Vous êtes sur la page 1sur 384

Redakcja

Filip Memches

Korekta
Dariusz Godoś

Projekt okładki
Miłosz Lodowski

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2013

ISBN 978-83-7595-626-9

Wydawnictwo M
ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków
tel. 12-431-25-50; fax 12-431-25-75
e-mail: mwydawnictwo@mwydawnictwo.pl
www.mwydawnictwo.pl
www.ksiegarniakatolicka.pl

Publikację elektroniczną przygotował:


Tę książkę dedykuję mojemu świętej
pamięci ojcu Leopoldowi (1923-1996),
żołnierzowi Armii Krajowej, który w odróżnieniu od
wielu rówieśników ze swego pokolenia miał
szczęście dożyć upadku komunizmu. Ale u
schyłku życia doświadczył też goryczy
obserwowania tego, co uczyniono z tą
odzyskaną wolnością
Wstęp
Po raz pierwszy o Lechu Wałęsie usłyszałem w
grudniu 1979 roku.
W moim rodzinnym Gdańsku chodziłem wówczas na
kurs angielskiego w Towarzystwie Wiedzy Powszechnej.
Zgromadziło się tam bardzo różne towarzystwo. Ja miałem
14 lat i szykowałem się do liceum. W naszej grupie
najbardziej zwracał na siebie uwagę Władek,
wszechwiedzący taksówkarz.
16 grudnia 1979 roku ujawnił nam, że pod bramą
stoczni odbył się wiec w rocznicę masakry z 1970 roku.
„Jakiś stoczniowiec przemawiał i zapowiedział, że zostanie
zbudowany pomnik poległych”. Wtedy jeszcze nie
wiedziałem, że tym kimś był Lech Wałęsa.
Trzydzieści cztery lata później, w 2013 roku, mam za
sobą już ponad trzy dekady życia w kraju, w którym imię
Lecha Wałęsy wciąż przykuwa uwagę Polaków. Młodzi
słyszą o zasługach lidera „Solidarności” w obaleniu
komunizmu, a jednocześnie mogą przeczytać rzetelne
prace naukowe, które na podstawie dokumentów i jak
dotąd niezakwestionowanych przekonująco badań
wskazują na Wałęsę jako agenta SB o kryptonimie „Bolek”.
Wreszcie obserwują dziś zdziwaczałego opozycyjnego
weterana, który co rusz kogoś obraża. Słuchają głosów
jego obrońców i zarzutów jego krytyków i często nie
potrafią sobie wyrobić jakiegoś spójnego obrazu
niegdysiejszego lidera „Solidarności”.
Jak pogodzić kult osoby Wałęsy z wychodzącymi co
rusz na jaw wątpliwościami co do roli tego polityka w
czasach PRL, ale i rozmaitymi faktami z czasów ruchu
„Solidarności”, jakie nie pasują do legendy związkowego
przywódcy?
Ileż to już razy ironicznie uśmiechający się zwolennicy
kultu Wałęsy zadają chwytliwe pytanie: „Jeśli Wałęsa był
agentem komunistycznej bezpieki, to jak mógł obalić
komunizm w Polsce?”. Inni nawet jeśli przyznają, że Lech
Wałęsa miał jakiś „niedobry epizod” na początku lat 70., to
wskazują, że niknie on w porównaniu z jego zasługami z
Sierpnia ’80 czy okresu stanu wojennego. Ale żaden z nich
nie jest w stanie przekonująco wytłumaczyć, dlaczego
Wałęsa nigdy nie zamknął raz na zawsze sprawy tego
rzekomo mało istotnego incydentu z początku lat 70., w
pełni go naświetlając.
„Nikt nie lubi tłumaczyć, że nie jest wielbłądem”,
„Lechu ma prawo wpadać w złość, gdy oskarżają go ludzie,
którzy sami nie grzeszyli w PRL odwagą” — takie
pseudowyjaśnienia mają zamykać usta oponentom.
Nikt nie kusi się o wytłumaczenie, dlaczego prezydent
zażądał wglądu do dokumentów akurat teczki „Bolka” i czy
jest w posiadaniu tych dokumentów, jakie po przekazaniu
do Pałacu Prezydenckiego już do UOP nie wróciły. Zamiast
tego obóz III RP woli skupiać się na najlepszym okresie
między Sierpniem ’80 a doprowadzeniem do wyborów 4
czerwca 1989 roku. Pozwala to zwolennikom Wałęsy uciec
od pytań o jego prezydenturę, a następnie o rolę
sojusznika Platformy Obywatelskiej, przynajmniej od 2005
roku aż do dziś.
Nie podzielam opinii lekceważących tak zwany epizod
z młodości Wałęsy. Moim zdaniem, położył się on wielkim
cieniem na całym jego życiu. A jednocześnie nie zmienia to
faktu, że Wałęsa był w latach 1980-1990 liderem walki z
komunizmem.
W tej książce spróbuję przedstawić życie
najsłynniejszego elektryka świata i pokazać, jak oba jego
oblicza — to jasne i to mroczne — przeplatały się w
różnych okresach. To nie ma być książka historyczna z
tysiącami faktów czy dokumentów. Chcę spróbować
ocenić, kiedy Wałęsa przysługiwał się Polsce, a kiedy nie.
W jakich momentach życia jego wcześniejsze kontakty z SB
wpływały na jego decyzje. Chcę też zmienić logikę
opowiadania o Wałęsie, która skupia się na dniach chwały
tego polityka z lat 1980-1990, za to wstydliwie pomija jego
prezydenturę. Stoję na stanowisku, że zmarnowane szanse
pięciu lat, gdy był głową państwa polskiego, w dużej
mierze wpłynęły na kształt Polski w pierwszych latach
istnienia III RP. Trudno też dziś, w roku 2013, lekceważyć
już prawie 18-letni okres postpolitycznej emerytury
Wałęsy, w trakcie którego, jakby dla ilustracji
wcześniejszych lat, wyszły na jaw wszystkie niedobre
cechy jego charakteru i poplątany sposób myślenia o
Polsce.
Dzieje Lecha Wałęsy to opowieść o człowieku z
tajemnicą. Liczni dramaturdzy i pisarze uwielbiali
budować fabuły swoich dzieł na emocjonującej
kontradykcji. Oto bohater, którego historia wyniosła do
sławy i uwielbienia tłumów, ukrywa jakiś obciążający
sekret ze swojej przeszłości. Tak zbudowano fabuły wielu
dzieł. Można by wymienić „Giaura” Byrona czy „Pana
Tadeusza” (chodzi tu o stworzoną przez Mickiewicza
postać Jacka Soplicy). Najczęściej autorzy, rozpoczynając
swoje dzieło, rozsiewają wpierw w swoim tekście rozmaite
znaki zapytania i aluzje co do niedobrej przeszłości
bohatera, aby dopiero w finale przedstawić czytelnikowi
bulwersującą prawdę o tej postaci. Inni pisarze straszny
sekret ujawniają na samym początku, aby czytelnik mógł
obserwować, jak próby ukrycia prawdy kształtują losy
bohatera.
Jak postąpić w wypadku Lecha Wałęsy? Zacząć tak jak
Paweł Zyzak od dzieciństwa i młodości Wałęsy, aby
poprzez opisy jego współpracy z SB na początku lat 70.
dojść do jego roli przywódcy Sierpnia ’80 i lidera
„Solidarności”? Taka logika jest uczciwa pod względem
chronologii, ale nie pozwala, szczególnie młodszym
czytelnikom, zrozumieć przyczyn ogromnej fali zachwytu,
jaki wywołał Wałęsa w roku 1980 i 1981.
Spróbuję też na dalszym planie tej opowieści
przedstawić moją własną historię postrzegania Lecha
Wałęsy. Opowiem o tym, jakim go poznałem i zobaczyłem
w Sierpniu ’80, ale nie unikając retrospekcji do mrocznej
przeszłości z początku lat 70. Opowiem również, jak
kibicowałem Wałęsie w latach rządów ekipy Jaruzelskiego,
najpierw jako popierający podziemie nastolatek, a potem
jako redaktor podziemnego pisma Regionu Gdańskiego
„Solidarności” i wreszcie dziennikarz w świecie mediów po
1989 roku będący świadkiem prezydentury Wałęsy i
okresu jego politycznej emerytury. Jako człowiek mediów
byłem bliżej wielu wydarzeń niż czytelnicy moich tekstów i
opisując lidera „Solidarności”, brałem odpowiedzialność za
uczciwość mojego przekazu. Dlatego nie wahałem się
zadawać bez żadnej taryfy ulgowej pytań o jego przeszłość,
gdy zaczęły wychodzić na jaw dotyczące jej niepokojące
informacje.
Czy może mnie nie obchodzić, jak naprawdę wyglądała
kariera Wałęsy? Przecież to poprzez pryzmat jego postaci
sam jakoś kształtowałem siebie, swoje poglądy, ideały i
wreszcie wizję dobra Polski. Te lata spędzone na
obserwowaniu „Lecha” musiały znaleźć odbicie w tej
książce. Bo przecież pytania o Wałęsę towarzyszyły mi od
samego początku mojego zaangażowania w antykomunizm,
a potem w moim dziennikarstwie. Ta książka zamyka
ponad trzy dekady mojego zmagania się z fenomenem, a
potem tajemnicą życiorysu Wałęsy. W cieniu
najsłynniejszego elektryka wzrastałem, dojrzewałem i z
oceną jego kariery politycznej zmagam się do dziś. Mam
nadzieję, że czytelnik nie weźmie tych osobistych
odniesień jako czegoś niestosownego.
Jest rzeczą tragikomiczną, jak sam Wałęsa wysadza w
powietrze żmudną akcję lukrowania swojego życiorysu
przez tych, którzy wychwalają go na złość prawicy.
Opowieści sławiące tego polityka jako bohatera stanu
wojennego i Okrągłego Stołu są kupowane przez
zwolenników III RP, ale sam Wałęsa im zaprzecza, podając
coraz to nowe wersje wydarzeń lub prowadząc polityczne
wojenki o kształt przeszłości na przykład z Bogdanem
Borusewiczem czy Henryką Krzywonos. To też tłumaczy,
dlaczego poważni profesorowie historii nie garną się do
pisania biografii Wałęsy. Po prostu sam bohater co rusz
koryguje swoje kolejne wersje tego, co było kiedyś, a przy
okazji jest nieznośnym egotykiem, który nawet najbardziej
pochlebne dzieło i tak odsądzi od czci i wiary z racji
jakiegoś drobiazgu.
„Lech Wałęsa był żartem historii i jednocześnie nim nie
był” — te słowa prezydenta Lecha Kaczyńskiego można
pojąć tylko po analizie wszystkich etapów życia
najsłynniejszego elektryka świata. Wałęsa stał się
przywódcą walki z komunizmem i bez niego komunistyczne
państwo trwałoby być może znacznie dłużej. Ale potem
zrobił wiele, aby wzmocnić „lewą nogę” i współtworzył
sytuację, w której generałowie Jaruzelski i Kiszczak
pozostali bezkarni. To dziedzictwo epoki Wałęsy.
Jest znamienne dla realiów III RP, że na palcach jednej
ręki można policzyć biografie Wałęsy. A jedyna z nich
oparta na solidnej bazie źródłowej to książka Pawła Zyzaka
„Lech Wałęsa — idea i historia. Biografia polityczna
legendarnego przywódcy »Solidarności« do 1988 roku”.
Jest to najlepsza i najbardziej wnikliwa pozycja o pierwszej
fazie aktywności Wałęsy, jaka dotąd powstała.
Kolejne dwie książki to pozycje popularyzacyjne:
„Wałęsa. Ludzie, epoka” duetu Krzysztof Burnetko i Jerzy
Skoczylas z 2005 roku oraz „Jak Lech Wałęsa przechytrzył
komunistów” byłego niemieckiego korespondenta w Polsce
Reinholda Vettera z 2010 roku. Mamy wreszcie „Zadrę”
Jana Skórzyńskiego, w której widać nieśmiałe próby
odniesienia się do znaków zapytania wokół lidera
„Solidarności”.
Co charakterystyczne, zarówno Vetter, jak i Skórzyński
skupili się na epopei „Solidarności”, a na margines swoich
książek spychają prezydenturę Wałęsy. Jan Skórzyński
poświęca tej prezydenturze tylko 16 stron na 250, a
Reinhold Vetter niewiele więcej — 68 na 437.
To jednak nieprawda, że fakty z życia Wałęsy z okresu
sprzed 1980 roku, znaki zapytania z lat epopei
„Solidarności” i wreszcie pięć lat spędzonych przez niego
w Belwederze nie mają ze sobą związku. Wszystko to, co
było złe w działalności i charakterze Wałęsy sprzed
1989 roku, odbiło się fatalnie na jego niedobrej
prezydenturze.
Jednocześnie pisząc o liderze „Solidarności”, chcę
przypomnieć, jak Wałęsę postrzegali Polacy i co o nim
wiedzieli w kolejnych latach od Sierpnia ’80, a także jak
postrzegałem go ja sam w ciągu tego okresu. Spróbuję
wyjaśnić, jak Wałęsa odważnie rzucający wyzwanie
władzom PRL mógł być tą samą osobą, która potem drżała
przed czarną teczką z dokumentami na temat swojej
niedobrej przeszłości.
Jest to przede wszystkim opowieść o stosunku Wałęsy
do komunistycznej władzy, a po 1990 roku do obozu
solidarnościowego i postkomunistów. Chcę pisać historię
polityczną, więc na przykład poglądy Wałęsy na
gospodarkę czy sprawy zagraniczne ważne będą dla mojej
opowieści wyłącznie jako element szerszych sporów z
poszczególnych okresów jego kariery. Tak samo tylko w
pojedynczych wypadkach będę się odnosił do życia
rodzinnego bohatera tej książki.
Będę się też starał jak najczęściej oddawać głos
samemu Wałęsie, sięgając do jego wywiadów i wystąpień.
Nie jest to również synteza historyczna lat 1980-2013,
choć opisując Wałęsę w tym okresie, siłą rzeczy opisuje się
dzieje Polski. Ale odtworzenie politycznych wyborów lidera
„Solidarności” więcej mówi o szansach i zaniechaniach
Polski niż drobiazgowe monografie dziejów III RP.
Dziś pełnoletność osiągają młodzi Polacy, którzy
urodzili się w 1995 roku, gdy Lech Wałęsa opuścił urząd
prezydenta. Ta książka jest przede wszystkim dla nich.
Rozdział 1
Polska odkrywa Wałęsę
Pierwszy raz zobaczyłem na własne oczy Wałęsę 16
grudnia 1980 roku. Po mszy w Stoczni im. Lenina grupa jej
pracowników niosła na swoich barkach parumetrowy
drewniany krzyż, który wbito w miejscu, gdzie stoczniowcy
zginęli od strzałów milicji w grudniu 1970 roku. To
wówczas pierwszy raz usłyszałem słowa: „Nazywam się
Lech Wałęsa. Niektórzy z was pamiętają mnie z komitetu
strajkowego w strajku grudniowym. Dziś wbijamy w tym
miejscu krzyż, aby na tym miejscu uczcić zabitych
kolegów”. Nie trzeba było się domyślać, że to właśnie był
lider protestu. Wałęsa mówił jak przywódca, zachowywał
się jak przywódca i wszyscy natychmiast uznali, że nim
jest.
Co czyni lidera kimś wyjątkowym? W wypadku Wałęsy
była to suma wielu czynników. Na pewno pomógł mu fakt,
że był pamiętany przez część stoczniowców jako jeden z
przywódców Grudnia ’70. A masakra sprzed niemal dekady
tkwiła jak cierń w pamięci nie tylko stoczniowców, ale i
wszystkich gdańszczan. To był wyrzut sumienia z powodu
próby zapomnienia o tych, którzy wówczas zostali
rozstrzelani. Przypominają się frazy Zbigniewa Herberta z
jego „Prologu” o powstańczej Warszawie: „Nie ma tego
miasta, zeszło pod ziemię”. Herbert czuł swoim poetyckim
instynktem, że ofiara dziesiątek tysięcy powstańców 1944
roku nie pozwala na bezrefleksyjne zginanie karku pod
komunistycznym jarzmem. Tak samo mieszkańcy
Trójmiasta mieli gdzieś w pamięci i sercu obraz Gdańska
czy Gdyni pacyfikowanej przez komunistyczną milicję i
wojsko. Mimo pozoru gierkowskiej epoki konsumpcji i
beztroski coś tkwiło jak zadra w pamięci mieszkańców
Trójmiasta. Była to pamięć, że władza nie dotrzymała
złożonej po grudniu 1970 roku obietnicy postawienia
pomnika zastrzelonym. To dlatego wieści o działaczach
Wolnych Związków Zawodowych, którzy składali wieńce
pod bramą stoczniową — przechodziły z ust do ust. To
dlatego taksówkarz Władek uznał, że musi się podzielić
wieścią o czczeniu stoczniowych ofiar. I to dlatego wbicie
krzyża w miejscu, gdzie rozstrzelano robotników, było
aktem nadania protestowi rangi wydarzenia, z którym
utożsamiać się mogły setki gdańszczan, a nie tylko sporem
o kiełbasę.
Wałęsa zdobył też zaufanie stoczniowców, wykazując
umiarkowanie i pewną dojrzałość. Gdy rozpoczął się strajk,
iluś starszych stoczniowców bało się, że jakiś zapaleniec
znów wyprowadzi robotników na ulicę, choćby pod
nieodległy Komitet Wojewódzki PZPR. Gdy tylko Wałęsa
wyraźnie zaznaczył, że strajk odbywa się na terenie
zakładu i nie ma mowy o żadnych pochodach na miasto,
nawet bardziej ostrożni nabrali do niego przekonania. Ale
przede wszystkim stoczniowcy czuli, że jest jednym z nich.
Mówił jak robotnik, żartował jak robotnik, nosił nawet
wtedy nieco prowincjonalne marynarki z bistoru i tandetne
koszulki polo z PRL-owskich sklepów. Nawet gdyby ktoś
powtórzył wtedy jakieś podejrzenia dotyczące szemranych
kontaktów z władzami, zapewne by go zakrzyczano. Choć
jak potem się okazało, starsi stoczniowcy mieli swoje
wątpliwości co do byłego kolegi. Ale wtedy nikt nie zwracał
na to uwagi. Wszyscy pozbywali się lęku. Ta nowa
wspólnota, jaka wytwarzała się dosłownie z dnia na dzień
na terenie stoczni, była wspólnotą ludzi, którzy mieli
świadomość, że w przeszłości każdy miał mniejsze lub
większe grzeszki. Ale w imię wspólnego celu — wpierw
podwyżek i przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz, a
potem walki o wolne związki zawodowe — łączono się we
wspólnej walce. To było doświadczenie opozycji końca lat
70. Z racji szacunku dla rzucenia wyzwania władzy
komunistycznej wybaczano Jackowi Kuroniowi zwalczanie
niepodległościowego harcerstwa, Adamowi Michnikowi —
brata stalinowca, a pisarzom sygnującym apele do władz
dobrotliwie zapominano ich stalinowskie dziełka z
przeszłości. Dotyczyło to nawet liderów strajku. Joannie
Dudzie-Gwieździe nie wypominano przynależności w PZPR
do 1968 roku. Bogdan Lis, jeden z liderów strajku, był w
PZPR nawet w chwili trwania protestu.
***
W pierwszym albumie o Sierpniu, wydanym jeszcze w
1981 roku, zamieszczona jest seria dość zagadkowych
zdjęć przedstawiających jakiegoś człowieka o wyglądzie
inżyniera w garniturze i krawacie. Ten dziwny człowiek
wpierw emocjonalnie coś wyjaśnia, stojąc na podium Sali
BHP, a potem podstawia sobie krzesło i przysięga na krzyż
wiszący tam na ścianie. Dopiero po latach zapytany o te
sceny Krzysztof Wyszkowski tłumaczy, że był to Zdzisław
Marchilewicz — delegat przysłany przez trzy strajkujące
zakłady z Pruszcza Gdańskiego, który w ich imieniu zgłosił
akces do protestu.
„Ktoś rozpoznał go i wypomniał mu fakt, że jest
sekretarzem zakładowej organizacji PZPR. Marchilewicz,
chcąc udowodnić czystość swoich intencji i chęć zaczęcia
wszystkiego od nowa, przysięgał na krucyfiks i co więcej —
wszyscy uznali to za zamknięcie dyskusji”. (Krzysztof
Wyszkowski, relacja 15.06.2013).
Ta scena pokazuje, jak szybko uczestnicy strajku
uznali, że protest jest jakby duchowym katharsis — szansą
dla wszystkich, którzy wcześniej zginali kark przed władzą.
Bronisław Wildstein, wówczas działacz krakowskiej
opozycji antykomunistycznej, przybył na strajk do stoczni
już pierwszego dnia. Tak wspomina on scenę pierwszego
spotkania dyrekcji z delegacją strajkujących:
„Na salę pełną robotników w drelichach weszła pewna
siebie grupa dyrektorów w eleganckich garniturach z
Mody Polskiej i z papierosami w ustach. Dyrektor stoczni
od razu przybrał lekceważący ton.
»Co to za postulat numer 1? Przywrócenie Anny
Walentynowicz do pracy? Mowy nie ma! Przecież tę
sprawę już rozstrzygnął sąd pracy. Przejdźmy do kolejnych
punktów« — ogłosił władczym tonem i poczułem, że zbici z
pantałyku stoczniowcy zapadają się w sobie. I wtedy po raz
pierwszy usłyszałem Wałęsę: »Zaraz, zaraz! Albo
dyskutujemy o pierwszym postulacie, albo w ogóle nie ma
o czym gadać!«.
»Tłumaczyłem to już panu. Sąd to rozstrzygnął« —
pogardliwie prychnął dyrektor.
»Co znaczy sąd pracy rozstrzygnął?« — przerwał mu
gwałtownie Wałęsa. »Teraz to my jesteśmy sąd pracy. Nie
ma powrotu Walentynowicz, nie ma rozmów«.
W jednej chwili Wałęsa odwrócił potencjał sił. Po chwili
to dyrektorzy zaczęli się gubić, a stoczniowcy wybuchali
śmiechem. Bez zdecydowania Wałęsy butni aparatczycy
zakrzyczeliby niepewnych siebie robotników” (Bronisław
Wildstein, relacja 21.08.2013).
Podobny przykład błyskawicznej umiejętności tego, co
Ludwik Dorn nazwie potem „dystrybucją szacunku”,
opisuje Aleksander Hall, wówczas działacz opozycyjnego
Ruchu Młodej Polski, który w sierpniu 1980 roku przybył
do stoczni z grupą kolegów. Dwóch działaczy RMP Dariusz
Kobzdej i Tadeusz Szczudłowski zdobyło wtedy w Gdańsku
sławę z racji ich trzymiesięcznej kary więzienia, na którą
ich skazano po demonstracji 3 maja, w której uczestniczył
też Wałęsa.
Młodopolacy w stoczni nie afiszują się ze swoją
obecnością, wiedzą, że dyrekcja może propagandowo grać
tezą, że agitatorzy spoza świata pracy manipulują
strajkiem. Ale te obawy szybko okazują się na wyrost. Hall
wspomina: „Wchodzimy do sali, gdzie komitet strajkowy
negocjuje z dyrekcją. Wałęsa woła: proszę wstać, wchodzą
ludzie, którzy odcierpieli trzy miesiące więzienia dla
ważnej sprawy. Potem intonuje hymn. Stoją
przedstawiciele dyrekcji. Też śpiewają” (Piotr Zaremba,
„Młodopolacy”).
Wałęsa łatwo wszedł w rolę lidera strajku — obok
Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz czy Bogdana
Borusewicza — dzięki temu, że miał więcej atutów niż inni.
Najwyraźniejszym rywalem do kierowania strajkiem była
dla niego Anna Walentynowicz, ale liczni pracownicy
stoczni pamiętający tamten protest po cichu zaznaczają, że
stoczniowcy nie zaakceptowaliby kobiety na czele protestu.
Z kolei Andrzej Gwiazda, mimo zasług w WZZ, miał styl
bycia przemysłowego inteligenta, owszem, bliskiego
robotnikom, ale jednak kogoś z półki ciut wyżej od
zwykłych stoczniowców. Wreszcie Bogdan Borusewicz był
typowym zawodowym rewolucjonistą, lecz nie był
robotnikiem. Ten absolwent KUL okazał się doskonały jako
organizator drukarni czy straży strajkowych, ale w roli
lidera przemawiającego do robotników by się nie
sprawdził. Co więcej, tacy opozycjoniści jak Borusewicz
czy wspomagający strajk działacze Ruchu Młodej Polski
nie pchali się przed obiektywy fotoreporterów. Nie chcieli
prowokować oskarżeń komunistycznej propagandy, że to
„zawodowi kontrrewolucjoniści” manipulują naiwnymi
stoczniowcami. To trzymanie się na drugim planie po
latach ułatwiło bardzo krzywdzące sugestie, że na przykład
Lech Kaczyński był tylko parę razy na strajku. Tymczasem
Kaczyński, jako specjalista od prawa pracy, był na
początku strajku upraszany przez kolegów z WZZ, aby nie
angażował się póki co w protest, bo w wypadku jego
zduszenia będzie bardzo potrzebny jako doradca przy
sprawach w sądach pracy. Wtedy wszyscy rozumieli, że
Lech Kaczyński, jako człowiek z samego jądra Wolnych
Związków Zawodowych, nie powinien rzucać się w oczy.
Ale po latach owo nierzucanie się w oczy w prostacki
sposób wykorzystał ówczesny szef straży strajkowej
Henryk Borowczak do aroganckiego ogłaszania, że nie
przypomina sobie Kaczyńskiego na strajku. Trzeba było
znaleźć zdjęcie pokazujące, jak Lech Kaczyński
przygotowuje delegatów „Solidarności” do kolejnej tury
rozmów z delegacją rządową, aby obalić tezę, że „prawie
nie było go na strajku”.
Jak wykazały późniejsze wydarzenia, działacze
Wolnych Związków Zawodowych szybko się zorientowali,
że Wałęsa wyrósł z roli podopiecznego grupy
opozycjonistów na samodzielną postać. Co więcej, Wałęsie
pomogło w usamodzielnieniu się przybycie grupy tak
zwanych doradców z Warszawy z Tadeuszem
Mazowieckim, Bronisławem Geremkiem i Bohdanem
Cywińskim na czele. Jeszcze inną postacią był mąż
zaufania prymasa Stefana Wyszyńskiego Romuald
Kukołowicz. Trzeba było sytuacyjnego sprytu Wałęsy, aby
uzmysłowić sobie, że wśród tylu różnych ośrodków jego
pozycja na zasadzie czysto przetargowej będzie rosła.
Nic dziwnego, że WZZ-owcy z Borusewiczem na czele
przyjęli przybycie ekipy doradców z Warszawy jako
zagrożenie wygaszania strajku. Wspominał o tym sam
Wałęsa po latach w rozmowie z „Przekrojem”:
„— Borusewicz, a on był wtedy moim szefem, mówił [o
doradcach — przyp. P.S.] »wygonić ich, wziąć pismo z
poparciem, wygonić ich«. Inni też tak krzyczeli. A ja wtedy
(...) bo miałem siłę, bo byłem stoczniowcem, a oni
[działacze WZZ — przyp. P.S.] wszyscy przyjezdni,
postawiłem sprzeciw. Oni chcieli zmonopolizować strajk,
mówili »nikogo nie wpuszczamy«. A ja rozumiałem tak:
musimy mieć jak najwięcej ludzi wartościowych,
przyłączyć ich, żeby się nie wycofali, to zwyciężymy. (...)
Chciałem dostać znacznych ludzi, bo wtedy im [władzy —
przyp. P.S.] będzie trudniej. Niech strzelają do profesorów.
I jak było ciężko, jak oni [WZZ-owcy] mi się sprzeciwiali, to
mówiłem: »To mnie zmieńcie, proszę bardzo«.
— A gdyby zmienili?
— Nie, ja byłem znany w całej stoczni, miałem dużo
doświadczeń” („Przekrój”, 24.08.2003).
Ten dość pyszałkowaty ton poczucia pewności siebie w
stosunkach między Wałęsą a Borusewiczem i innymi WZZ-
owcami kontrastuje z relacjami dotyczącymi okresu sprzed
strajku, kiedy to Wałęsa do rozpoczęcia strajku i stanięcia
na jego czele bynajmniej się nie palił.
Strajk w sierpniu był wynikiem starannie
przygotowanej akcji „twardego jądra” Wolnych Związków
Zawodowych. Osobą, która zaproponowała Wałęsie
stanięcie na jego czele, był Bogdan Borusewicz. Co
ciekawe, Wałęsa wyraźnie nie chciał podjąć się tej roli.
„Nie był nastawiony entuzjastycznie — wspominał
Borusewicz w przeprowadzonej przez Edmunda Szczesiaka
rozmowie rzece »Borusewicz. Jak runął mur«.
— Powiedział, że w zasadzie tak, ale ma małe dziecko,
niedługo chrzciny. Wolałby, żebym przesunął termin. (...)
Prądzyński [działacz WZZ — przyp. P.S.] mi potem
relacjonował, że Lech do końca nie wykazywał entuzjazmu.
To było normalne. Wszyscy się bali”.
Hasłem protestu miało być wyrzucenie z pracy
powszechnie szanowanej Anny Walentynowicz. Borusewicz
dobrze rozumiał, że Wałęsa jest jedyną osobą, która ma
szanse pociągnąć za sobą stoczniowców. Tylko on łączył w
sobie zakorzenienie w tradycji Grudnia ’70, z odpowiednim
dla takiej akcji dynamizmem.
Co, planując strajk w stoczni, liderzy WZZ wiedzieli o
Wałęsie? Na pewno najsilniejszą zasługą Wałęsy, jaką
doceniano, był udział w komitecie strajkowym Grudnia ’70.
Ale Wałęsa budził w WZZ-owcach mieszane uczucia. Lech
Kaczyński, który wówczas działał w WZZ, wspominał, że
tacy działacze jak Borusewicz, Andrzej Gwiazda, Joanna
Duda-Gwiazda czy nawet Krzysztof Wyszkowski, ze swej
strony gwarantowali wysoki poziom „opozycyjnej
świadomości”, ale z drugiej strony potrzebowali do akcji na
terenie zakładów pracy autentycznych robotników. Ten
sam dylemat mieli na początku XX wieku zawodowi
rewolucjoniści, którzy w imię zasad marksizmu, byli zdani
na budowanie grup bojowych w oparciu o autentycznych
robotników.
***
Wałęsa był typowym przedstawicielem generacji ludzi
urodzonych na wsi, których wyssała do miast wdrażana
odgórnie komunistyczna industrializacja PRL lat 50. i 60.
zeszłego wieku. W państwie, gdzie PZPR wciąż wbijała do
głów poddanych dogmat o władzy klasy robotniczej,
przywódcą antysystemowego zrywu miał największe
szanse zostać właśnie robotnik z plebejskim rodowodem.
Stoczniowcy pamiętali dobrze slogany, w których to oni
byli „awangardą dziejów”. Mit komunistów o
socjalistycznym państwie jako „władzy robotników i
chłopów” tym razem wykorzystano przeciwko nim samym.
Wałęsie — synowi chłopskiemu i stoczniowcowi — nie
można było łatwo zarzucić, że nie ma nic wspólnego z
ludźmi pracy.
Przychodzi na myśl zbadany długo potem dokładnie
przez Pawła Zyzaka początkowy okres życia Wałęsy
spędzony na kujawskiej wsi. Wielokrotnie wówczas
wyśmiewano fakt, że Zyzak zanotował relację jednego z
mieszkańców wsi, iż nastoletni Wałęsa w ramach
popisywania się nasikał do kościelnej kropielnicy. Ale dla
Ludwika Dorna, polityka, który nigdy nie stracił zacięcia
socjologa, właśnie ten fakt pokazuje, że Wałęsa w tak
prymitywny sposób udowadniał swoje przyszłe cechy.
„To siusianie do kropielnicy musiało być wynikiem
jakiegoś zakładu. W taki sposób wiejscy chłopcy
demonstrowali swoją gotowość do bycia lokalnym watażką.
Chwała Zyzakowi, że uwiecznił taki drobny fakt, bo
pokazuje on, jak silną rolę przez całe jego życie będzie
odgrywała potrzeba zabłyśnięcia i wybicia się między
innych. Ta chęć przewodzenia niosła za sobą jednocześnie
absolutną obojętność wobec tych, na czele których chce się
stanąć. Będzie to potem zauważalne w czasie jego kariery
politycznej” (Ludwik Dorn, relacja 25.06.2013).
Równie ważny dla zrozumienia cech, które naznaczyły
potem Wałęsę, był fakt, że musiał on opuścić rodzinną wieś
i wyjechać do Trójmiasta po skandalu z pojawieniem się
nieślubnego dziecka. Motyw ucieczki przed przeszłością
naznaczy potem całe życie Wałęsy.
Wspomnieliśmy już, że młody stoczniowiec, który
wszedł do środowiska WZZ, demonstrował wtedy
radykalizm. Krzysztof Wyszkowski precyzuje, że
wyśmiewał on wtedy głodówki jako metodę protestu
opozycji i lansował zasadę walki oko za oko, ząb za ząb.
Wałęsa miał proponować, by za każdego aresztowanego
opozycjonistę wysadzać jedną komendę milicji w
powietrze. Swój radykalny pomysł łagodził uwagą, że akcji
należy dokonywać w nocy, bez ofiar, gdy w środku komend
milicyjnych będzie pusto. Ta zadziorność połączona ze
sporą dozą sprytu i przebiegłości, by użyć słów biografa
Wałęsy Jana Skórzyńskiego, była dla działaczy WZZ i
kusząca, i budząca pewną rezerwę. Znamienne jest
przytoczone przez Bogdana Borusewicza wspomnienie
demonstracji w ósmą rocznicę Grudnia ’70.
„Edmund Szczesiak: — Po uroczystości miało —
według raportów SB — między Panem a Wałęsą dojść do
kontrowersji. Uważał, że po manifestacji przy bramie
stoczni należało ruszyć w pochodzie w stronę miasta...
Bogdan Borusewicz: — Była taka dyskusja. Jednak
wtedy o wszystkim decydowałem ja” (Edmund Szczesiak,
„Borusewicz. Jak runął mur”).
Warto odnotować to wspomnienie, bo potem
wielokrotnie Wałęsa głosił, że w sierpniu 1980 roku
występował przeciwko wymarszowi stoczniowców na
miasto, pomny na tragiczne skutki pochodów z grudnia
1970. Ten nastrój sprzecznych uczuć w stosunku do
wojowniczego stoczniowca dobrze oddaje wspomnienie
Jacka Kuronia, któremu po przyjeździe do Gdańska został
przedstawiony Wałęsa. „W tym swoim ubogim,
wyświechtanym garniturze, nieprawdopodobny
gawędziarz, chwalipięta, Zagłoba czy Falstaff, ojciec
wielodzietnej rodziny, wyrzucany bez przerwy z pracy,
mieszkający w jednoizbowej ruderze i przy tym ani słowa o
jakimś posłannictwie, służbie ojczyźnie czy coś w tym
stylu” (Jacek Kuroń, „Gwiezdny czas”).
Niechęć Wałęsy do jakiegoś górnolotnego patriotyzmu
potwierdził po latach Wiesław Walendziak, który
wspominał, że owszem, przywódca związkowy przychodził
na spotkania kółek samokształceniowych Ruchu Młodej
Polski, ale robił to wyłącznie po to by podkreślić swoją
opozycyjność. „Tak naprawdę Wałęsa śmiertelnie się na
tych wykładach historycznych nudził” — wspomina
Walendziak. A jednak, gdy się czyta zapis przemówienia
Wałęsy z grudnia 1979 roku — tego samego, o którym
dowiedział się wspomniany na początku tej książki
taksówkarz Włodek — wówczas się okaże, iż używa on
niezwykle wzniosłego języka. Jest to bardzo
charakterystyczne przemówienie, pobrzmiewa w nim
osobiste poczucie Wałęsy, że został oszukany w czasie
słynnego spotkania z Gierkiem, w wyniku którego powstała
legenda o stoczniowym okrzyku: „pomożemy”: „Dlatego
też rozliczając ten okres, oświadczam, że najważniejsze
postulaty [z tamtego spotkania] nie zostały spełnione.
Zaliczam do nich budowę pomnika tej straszliwej tragedii,
to jest obowiązek nas żyjących, a zarazem przestroga dla
rządzących”.
Ciekawe, że Wałęsa, co dziś warto przypomnieć, w
przemówieniu domagał się także powrotu religii do szkół.
Ale prawdziwym jego majstersztykiem był fragment: „W
przyszłym roku będziemy obchodzić 10. rocznicę tej
tragedii — musimy postawić pomnik. Jeżeli do tego czasu
nie powstanie, proszę wszystkich, by każdy na przyszłą
rocznicę przyniósł ze sobą kamień. Jeśli wszyscy przyniosą
po jednym, to na pewno zbudujemy pomnik. Będzie to
pomnik niezwykły, ale i sytuacja była niezwykła. Władza
ludowa strzelała do ludu swego. Z tego miejsca pragnę
powiadomić władzę, że tak bezkarne aresztowania, jak
były w tym roku, były to ostatnie aresztowania. W
przeciwnym razie pójdziemy i więzienia otworzymy. Jeśli w
przyszłym roku mnie tu nie będzie — nazywam się Lech
Wałęsa — przyjdźcie po mnie, a jeśli ja będę, a kogoś z was
nie będzie, ja pójdę po was”.
To przemówienie, które znalazło się w zapisach agenta
SB, zbudowane jest niezwykle sprawnie i w sposób
budzący emocje. Widać w nim zarówno resztki tego
radykalizmu, który wspominał Krzysztof Wyszkowski
(„pójdziemy i więzienia otworzymy”), jak i element sugestii
dla władzy, że jest jeszcze czas, aby się dogadać
(„najważniejsze postulaty nie zostały spełnione”). Czytając
to przemówienie, można zrozumieć wspomnienia byłych
WZZ-owców, którzy z pewnym zakłopotaniem mówią, że
wielu młodych robotników przychodzących do WZZ nie
miało świadomości, jak wielkie wyzwanie dla władzy
komunistycznej tworzą niezależne związki zawodowe. Ale
może gdyby nie ta nieświadomość, do Sierpnia nigdy by
nie doszło.
Te niepokojące cechy charakteru oddaje słynna już
historia o spotkaniu w mieszkaniu jednego z działaczy
WZZ. Odbyło się ono, żeby nagrać relację z grudnia 1970
roku, które miał potem opracować i przygotować Bogdan
Borusewicz. Jak wspominali Gwiazdowie, w trakcie
jednego z opowiadań Wałęsa dosyć prostodusznie wyznał,
że po zatrzymaniu w grudniu zgodził się na rozpoznawanie
twarzy stoczniowców na zdjęciach przedstawianych mu
przez SB. Joanna Duda-Gwiazda wspomina, że nie potrafiła
wówczas powstrzymać się od wywołanego szokiem
pytania: „Lechu, jak mogłeś to robić? Jak mogłeś pomagać
milicji rozpoznawać ludzi?”.
Według relacji, nieco zaskoczony tak gwałtowną
reakcją Wałęsa miał odpowiedzieć, że przecież milicja to
też ludzie. Na dobrą sprawę taka riposta powinna być
powodem do jakiejś awantury. Ale na korzyść Wałęsy
świadczyło to, że sam przyznał się do rozpoznawania ludzi
na zdjęciach, a poza tym już wówczas zakładano, że nawet
jeżeli Wałęsa robi coś złego, to właśnie teraz dokonuje
ekspiacji i przewyższa innych swoją odwagą. Nie jest
jednak przypadkiem, że uznał on za stosowne podkreślić,
że milicja to też ludzie. Wałęsa potrafił łączyć w sobie
zaskakujący radykalizm wobec władzy z jakimś — jak
gdyby ciągle tkwiącym w nim — przekonaniem, że z
władzą można się dogadać. Ten rys w przyszłych etapach
działalności Lecha Wałęsy będzie bardzo wyraźny.
Warto też wskazać na ciekawy epizod we
wspomnieniach Bogdana Borusewicza. Opowiada on, jak
jeszcze latem 1979 roku Wałęsę odwiedził w jego
mieszkaniu na Stogach II sekretarz Ambasady Brytyjskiej
w Warszawie, który przybył do Trójmiasta i elita
dysydencka wskazała mu Wałęsę jako przedstawiciela
opozycji robotniczej. To może tłumaczyć, dlaczego Wałęsa
nie czuł się onieśmielony, gdy do stoczni zaczęły zjeżdżać
dziesiątki zachodnich ekip telewizyjnych, prosząc go o
wywiady. Józef Oleksy, wówczas pracownik KC PZPR, po
latach wspomina: „Prawdopodobnie gdzieś na przełomie
1979 i 1980 roku po raz pierwszy przeczytałem o istnieniu
robotniczego działacza Wałęsy w tak zwanej »dziesiątce«,
specjalnym biuletynie MSW dla wyższej kadry partyjnej”
(Józef Oleksy, relacja 28.06.2013).
Aby zrozumieć późniejsze relacje zarówno działaczy
WZZ, jak i KOR dotyczące Wałęsy, trzeba uzmysłowić
sobie, jak złożonym tworem były Wolne Związki
Zawodowe. Lech Kaczyński wspominał, że ideę stworzenia
WZZ rzucili równolegle do siebie Bogdan Borusewicz i
Krzysztof Wyszkowski. O ile Bogdan Borusewicz był
„wiernym żołnierzem” lewicowej części KOR, pierwszy
zaczął przywozić transporty pisma „Robotnik” i długo
lansował ideę komisji robotniczych, o tyle Wyszkowski
reprezentował środowisko bardziej wyrastające z
gdańskich realiów i był zwolennikiem wolnych związków
zawodowych.
***
Światek gdańskiej opozycji różnił się od opozycyjnej
„warszawki” większym przechyłem na prawo. W Gdańsku
było mało rewizjonistycznej lewicy z marksistowskim
rodowodem, za to znacznie silniejsi byli katolicy z Ruchu
Młodej Polski. Na dodatek młodopolacy znacznie
ustępowali wiekiem warszawskiej opozycyjnej prawicy z
Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO) i byli
od niej dynamiczniejsi.
Jak wspominał Lech Kaczyński, wówczas trzymający
się na dystans wobec gdańskiej opozycji: „Znalazłem się w
środowisku wysoce egzotycznym z mojego punktu
widzenia. Z jednej strony było tam mnóstwo ludzi z
ówczesnej opozycji: Aleksander Hall, Andrzej Słomiński, a
także największy agent w historii WZZ, czyli Edwin Myszk.
Panowie w garniturach, krawatach, na stole wódka
klubowa. Z drugiej strony była tam grupa robotników
raczej z tak zwanych dołów. Rozmawialiśmy o prawie
pracy i o tym, że ja jako prawnik będę prowadził wykłady z
prawa pracy. Szybko się jednak zorientowałem, że
jakiekolwiek usystematyzowane wykłady z prawa pracy
robotników nie interesują, potrzebują raczej, aby ktoś im
napisał pozew czy sprzeciw wobec kary regulaminowej.
Toteż na spotkaniach opowiadałem im głównie o strajkach
w dziejach PRL”.
Bardzo ciekawa jest obserwacja Lecha Kaczyńskiego
na temat Lecha Wałęsy, który pojawił się wtedy na
spotkaniach WZZ, i szerzej, gdańskiej opozycji.
„Postrzegałem go jako robotnika, który widział
przeciwnika (w postaci władzy) bardzo nisko, już na
poziomie majstra (...), jawił się wówczas jako energiczny
robotnik, który zgromadził sprawną grupę młodszych
kolegów. Jeździli po różnych miastach, roznosili ulotki. Na
ogół ci robotnicy byli sympatyczni, ale akurat Wałęsy od
początku jakoś nie polubiłem. Jego styl bycia bywał
niełatwy do zaakceptowania”. I dalej: „Wałęsa dzięki
swojej aktywności i sile przebicia już wtedy dla wszystkich
był mitem. Anna Walentynowicz opowiadała o nim historie,
że sam buduje maszynki drukarskie. To, co widziałem
dookoła, to był kult Wałęsy, którego nie podzielałem przez
przekorność mojej duszy oraz przez to, że już wtedy
niepokoiły mnie niektóre cechy jego charakteru”.
Wałęsa, który zgłosił się do grupy tworzonej przez
Borusewicza, Wyszkowskiego, Kaczyńskiego i Gwiazdów —
nie bardzo wyznawał się w sporach, czy stawiać na
tworzenie komisji robotniczych w zakładach pracy, czy
skupić się na budowaniu komórek Wolnych Związków
Zawodowych. Krzysztof Wyszkowski wspomina: „Sam
byłem skonsternowany, gdy w styczniu 1980 roku, a więc
w półtora roku po powstaniu WZZ, Wałęsa ogłosił, że
zakłada w ZREMB-ie komisję robotniczą. Problem
rozwiązał się sam, bo Wałęsę niedługo stamtąd zwolnili,
ale dobrze pokazuje to, jak lawirował on między różnymi
tendencjami w gdańskiej opozycji” (relacja 26.06.2013).
***
Skąd się brało ówczesne zainteresowanie
opozycjonistów Wałęsą? Wynikało ono z ciągłej troski
intelektualistów i zawodowych dysydentów, by natrafić
wreszcie na robotników, którzy równie odważni jak oni
rzuciliby wyzwanie władzy. Dlatego gdy już ktoś taki się
trafił, miał odpowiednią charyzmę i antysystemową
fantazję, przykuwał uwagę członków KOR. Zofia
Romaszewska po raz pierwszy zobaczyła Lecha Wałęsę w
trakcie procesu opozycjonisty Marka Kozłowskiego w
Słupsku w kwietniu 1980 roku. „Nas — opozycjonistów —
na sali nie było zbyt dużo, tym większe wrażenie zrobiło
wejście Wałęsy z ekipą robotników. Szedł bardzo śmiało
naprzód, zachowywał się głośno i wyraźnie było widać, że
przewodził tym robotnikom. Na tle sądu, który wydawał się
być twierdzą aparatu przemocy PRL, był bardzo
optymistycznym akcentem. Oto grupa ludzi pracy, którzy
rzucają wyzwanie systemowi w miejscu, które zwykle
kojarzyło się z potęgą PZPR-owskiej władzy” (relacja
21.06.2013).
Bogdan Borusewicz pytany w 2005 roku w wywiadzie
rzece „Borusewicz. Jak runął mur” o to, czy Wałęsa w
momencie zgłoszenia się do WZZ miał jakieś ukryte
kontakty z SB, zdecydowanie zaprzeczał:
„— Czy »Bolek« to Lech Wałęsa?
— Odpowiem tak: Wałęsa, kiedy się do mnie zgłosił, był
człowiekiem uczciwym.
— Skąd to przekonanie?
— Bezpieka kierowała do mnie wielu agentów, żeby
nas rozpracować. Jednych wykrywałem wcześniej, drugich
później. Ale jeśli działałem z kimś dłużej, to na podstawie
różnych prób wykrywałem, kto jest kto. [Edwina] Myszka
sam rozszyfrowałem. Hodysz tylko potwierdził to, do czego
doszedłem. Testowałem także Wałęsę. Pytał mnie później:
Dlaczego miałeś do mnie zaufanie? Odpowiadałem zgodnie
z prawdą: Bo ciebie przetestowałem. Analizowałem każdą
wpadkę, każde zatrzymanie, rewizję. Kto co wiedział i jaki
krąg osób. Dwa i pół roku działaliśmy razem z Wałęsą. (...)
A takich testów przeprowadzałem wiele”.
Swoiste świadectwo czystości, jakie wygłosił w 2005
roku (a więc w czasie, kiedy jeszcze nie był silnie związany
z PO), jest o tyle wiarygodne, że Borusewicz w tym samym
wywiadzie nie podejmuje się orzekania, jaki był zakres i
długotrwałość współpracy Wałęsy z SB na początku lat 70.
Możemy więc przyjąć na potrzeby naszej opowieści, że tyle
mniej więcej o Wałęsie wówczas wiedzieli jego koledzy z
WZZ.
Borusewicz (znany ze swojej nieufności) sprawdzał
Wałęsę i doszedł do wniosku, że jest czysty. A inni WZZ-
owcy — z małżeństwem Gwiazdów na czele — choć mieli w
pamięci jego przyznanie się do rozpoznawania innych
robotników na zdjęciach, uznali to za zamknięty rozdział,
za który właśnie Wałęsa się swoją aktywnością ostatecznie
rehabilituje. Zbigniew Romaszewski, który przed
Sierpniem ’80 także słyszał o tym, że Wałęsa nie wyszedł z
Grudnia ’70 bez skazy, wspomina: „Wszyscy o tym
wiedzieli, ale uważano, że się z wszystkiego wywinął.
Wtedy zresztą powszechną praktyką było przyjmowanie, że
nawet jeśli ktoś się załamał, ale potem się do tego
przyznał, nikt z tego nie robił wielkiej sprawy”.
W znanych historykom dokumentach SB nie ma nic, co
by pozwalało stawiać tezę, że między połową 1978 roku,
gdy Wałęsa zgłosił się do WZZ, a początkiem strajku w
sierpniu 1980 roku miał on jakieś kontakty z SB. Ale aby
zrozumieć strajk sierpniowy, należy traktować bardzo
poważnie wszelkie znaki zapytania wobec roli Wałęsy w
czasie tego protestu, szczególnie w jego pierwszej fazie.
Takie rozważania w naturalny sposób zagrożone są
procesami Wałęsy o zniesławienie. Jednak w imię troski o
ustalenie prawdy historycznej nie wolno się uchylać od
odnotowywania zastanawiających relacji o widywaniu
Wałęsy poza stocznią, wypowiedzi byłych dygnitarzy
komunistycznych, którzy opisują opinie np. szefa MSW
Stanisława Kowalczyka o kontrolowaniu strajku przez ludzi
resortu, ani wreszcie wspomnień o znamionach
prowokowania protestów latem 1980 roku przez — jak
można domniemywać — którąś z frakcji aparatu esbecko-
partyjnego.
Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk, którzy
wydali w 2008 roku książkę „SB a Lech Wałęsa”, dotarli do
notatki służbowej dotyczącej spotkania oficerów SB, mjr.
Czesława Wojtalika i mjr. Ryszarda Lubińskiego, z Wałęsą
na terenie bazy transportowej przedsiębiorstwa ZREMB.
Esbecy przybyli na rozmowę z nim, aby przypomnieć mu o
starej współpracy i zmusić na nowo do donoszenia, ale
Wałęsa zdecydowanie odmówił. Jak czytamy w raporcie
oficerów SB: „Prosił, aby na kolejną rozmowę raczej
przyjść do niego do zakładu, gdyż poza zakładem może on
być obserwowany przez swoich kolegów z opozycji.
Zastrzegł się jednak, że w przyszłości nie będzie on
utrzymywać z nami kontaktu na zasadzie współpracy,
może nas jedynie informować o swoich zamierzeniach,
które będzie chciał realizować”.
Ta pewność siebie Wałęsy była wtedy zauważona i, jak
sądzę, skłoniła esbeków do prowadzenia z nim bardzo
wyrafinowanych gier w przyszłości. Zwróćmy zresztą
uwagę, że nawet na spotkanie w ZREMB-ie SB wysłała
stosunkowo wysokiej rangi oficerów — aż dwóch majorów.
I tu dochodzimy do problemu, który będzie nam
towarzyszył w kolejnych etapach życia Wałęsy — problemu
wyobrażenia sobie, jak mogła wyglądać dziwaczna
kohabitacja działacza związkowego z władzą.
Po rozmowie w ZREMB-ie z 1978 roku bezpieka
przyjęła do wiadomości, że Wałęsa nigdy nie wróci do
statusu zwykłego agenta jak w latach 1970-1974. Ale w SB
zapewne zapamiętano sobie deklaracje, że „może nas
jedynie informować o swoich zamierzeniach, które będzie
chciał realizować”. Wałęsa był na tyle wojowniczo
nastawiony, że nie można było go do niczego zmusić. Ale
wciągnąć w jakąś grę? Zbudować przekonanie Wałęsy, że
to on ustala reguły tej gry? Najpierw działacze WZZ,
potem inni działacze „Solidarności”, a wreszcie w latach
90. politycy prawicy nie byli w stanie wyobrazić sobie tak
dziwacznych i trudnych do zdefiniowania relacji.
Paradoksalnie najbliżej opisu tego zjawiska był Jan Rokita,
który po latach stwierdzi: „Wrażenie, że mam do czynienia
z kimś dziwnym i myślowo jakoś pokręconym, głęboko we
mnie tkwiło, a nawet pozostało do dzisiaj. (...) Bo Wałęsa
nie był zwykłym ludem. Miałem wrażenie, że lud nie jest
jednak tak dziwaczny i myślowo pokręcony jak on” (Jan
Rokita, „Anatomia przypadku”).
Jak rozumieć tę niezwykle poplątaną deklarację?
Można powiedzieć, że to typowy modus operandi Wałęsy.
Zawsze prowadzi grę, zawsze zostawia sobie furtki. Słowa
zacytowane przez esbeków o tym, że „nie będzie
utrzymywać z nami kontaktów na zasadzie współpracy, ale
tylko może informować o swoich zamierzeniach”, mogły
być próbką niewiarygodnej wręcz megalomanii Wałęsy,
który uważał, że jego działania są tak historyczne, że
nawet informując o nich władze, nie pełni roli kapusia, ale
wielkiego wodza, który wysyła manifest o swoich
kampaniach po to, by skłonić przeciwnika do ustępstw.
To interpretacja stosunkowo korzystna dla Wałęsy.
Interpretacja mniej korzystna każe rozważyć, czy jakaś
forma bardziej ścisłych kontaktów nie posłużyła SB do
użycia Wałęsy w celu wywołania strajku, jaki w walce
partyjnych koterii miał służyć obaleniu Edwarda Gierka.
Na rzecz tej drugiej wersji świadczyłyby niejasności
związane ze zwlekaniem Wałęsy z przyłączeniem się do
strajku w dniu 14 sierpnia 1980 roku, relacje o jego
znikaniu ze stoczni i świadectwa o tym, że w czasie strajku
widziano go w gdańskim Komitecie Wojewódzkim PZPR —
wszystkie te znaki zapytania zostały zebrane w książce
Pawła Zyzaka. Nie rozstrzygnę tych kwestii w tej książce.
Powróćmy do zacytowanej wcześniej opowieści
Bronisława Wildsteina o tym, jak pewność siebie Wałęsy
zadecydowała, że strajk nie zgasł na samym początku.
„Gdy po latach opowiedziałem tę scenę Pawłowi
Zyzakowi, ten zaskoczył mnie pytaniem: A może Wałęsa
był tak pewny siebie, bo wiedział, że ma silne oparcie po
stronie jakiejś frakcji partyjno-esbeckiej, która chciała
strajku, aby wywrócić Gierka? Zastanowiłem się nad tym
pytaniem — mówi dziś Wildstein — i coś może w nim jest.
Ale nie zmienia to faktu, że nawet jeśli była jakaś gra, to
Wałęsa rozpalił wtedy protest, którego znaczenia nikt nie
mógł przewidzieć (Bronisław Wildstein, relacja
21.08.2013).
Liczbę znaków zapytania wobec roli Wałęsy na
początku strajku wzmacnia też fakt sporej różnicy między
pierwszą fazą strajku z okresu 14-16 sierpnia a tym, co
działo się potem. W finale pierwszej fazy Wałęsa był
gotowy podpisać z dyrekcją ugodę gwarantującą jedynie
podwyżki i przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz. W
fazie drugiej — wskutek dramatycznej interwencji Anny
Walentynowicz, Aliny Pieńkowskiej i Henryki Krzywonos —
strajk podjęto na nowo.
Pochwały dla stylu, w jakim Wałęsa prowadził drugą,
decydującą fazę strajku w sierpniu 1980 roku, padają nie
tylko z ust jego chwalców, ale i najbardziej
konsekwentnego krytyka Krzysztofa Wyszkowskiego. W
wywiadzie dla „Do Rzeczy” w 2013 roku Wyszkowski
mówił: „Oczywiście trzeba też oddać honor Wałęsie. Pełnił
w tym strajku różne funkcje. Sam się przyznaje do
kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa, choć twierdzi, że
chciał wyprowadzić ją w pole. Obserwowałem go przez
dwa tygodnie i muszę stwierdzić, że jego rola była wybitna
i nie do zastąpienia. Kilka razy strajk stawał pod groźbą
załamania”. Ale jednocześnie ten sam Wyszkowski
zastanawiał się: „Może być tak, że sukces strajku został
spowodowany przez spisek Wojciecha Jaruzelskiego i
Stanisława Kani, którzy otrzymali z Moskwy polecenie
wysadzenia z siodła Edwarda Gierka. Jednak to nie
umniejsza zasług miliona Polaków i samego Lecha Wałęsy.
Nawet jeśli w tym czasie utrzymywał niepokojące,
potajemne kontakty z władzami. Cytując Gwiazdę — gdyby
nie byli agenci na czele strajku w Gdańsku i Szczecinie,
czyli Wałęsa i Marian Jurczyk, władze zapewne by do nas
strzelały, zamiast podpisywać porozumienie” („Skaza na
życiorysie Lecha W.”, „Do Rzeczy”, 27.05.2013).
***
Mimo ponad 30 lat od zakończenia strajku
sierpniowego ten najważniejszy antykomunistyczny protest
końca XX wieku — istotny z racji konsekwencji, jakie
przyniósł, w postaci niezależnego związku zawodowego —
nie doczekał się dotąd poważnej monografii. Nie doszło do
wyjaśnienia wszystkich znaków zapytania, jakie wlekły się i
do dziś wleką za Wałęsą.
A jednak, jeśli nawet do dziś nie jest jasne, jak i gdzie
Wałęsa przeskoczył przez płot i czy pacyfikował strajk po
dwóch dniach z własnej inicjatywy czy nie, to po 16
sierpnia najsłynniejszy elektryk stał się liderem, który był
realnym, a nie udawanym graczem w strajkowej rozgrywce
z władzą. Dobrze sprawdził się w rozmowach z delegacją
rządową, notabene bardzo dobrze uzupełniając się z
pryncypialnym Andrzejem Gwiazdą. Na tle rzeczowego, ale
ofensywnego Gwiazdy Wałęsa potrafił bywać rzeczowy, ale
i nieustępliwy. „Wczoraj byłem najedzony, dziś jestem
głodny”. To próbka stylu Wałęsy, który tymi słowami
odrzucał zarzut negocjatorów rządowych, że dzień
wcześniej akceptował ich postulaty. Wreszcie Wałęsa
doskonale czuł się wśród fleszy fotoreporterów i
zachodnich ekip, które zaczęły zjeżdżać do stoczni.
Raz jeszcze podkreślmy: strajk stoczniowy był
katharsis dla całego Gdańska. Niezwykle szybko zaczął
towarzyszyć temu protestowi fluid „wszyscy pomagamy
strajkowi”. To ta specyficzna zdolność Polaków do
samoorganizacji, która występuje tylko w chwilach
patriotycznego wzmożenia. Tłum ludzi stojący od rana do
późnego wieczoru pod bramą stoczni był żywą ochroną
przed potencjalnym atakiem milicji. Stoczniowcy mający
przynajmniej w pierwszych dniach strajku stracha, że
stocznia zostanie spacyfikowana przez wojsko i milicję jak
w Grudniu ’70, rośli w dumę i nabierali odwagi, gdy
widzieli, jak ludzie przynoszą w siatkach zdobytą gdzieś
kiełbasę lub konserwy, czy jak z kolejek przejeżdżających
wzdłuż muru stoczni machają do nich piękne dziewczyny.
Symbolem tej — tak uwielbianej przez Polaków —
niepisanej, ale oczywistej dla wszystkich mobilizacji na
rzecz stoczni była scena z filmu „Człowiek z żelaza”, gdy
barmanka z hotelu Heweliusz poucza dziennikarza, że
alkoholu się nie sprzedaje, „bo komitet strajkowy zakazał”.
Zresztą zakaz picia alkoholu, jaki obowiązywał na terenie
stoczni, powodował demonstracyjne wylewanie wódki
przed bramą.
Dla wszystkich tych, którzy pamiętali dziwaczną
symbiozę między komunistycznym państwem a
robotnikami pijącymi ukradkiem alkohol na terenie
zakładu, te strugi wylewanej na bruk gorzałki kojarzyły się
mocniej z jakąś duchową przemianą niż dziesiątki
biuletynów strajkowych. A i sami stoczniowcy, karmieni
latami sloganami o władzy robotniczej, poczuli się nagle
gospodarzami zakładu. Gdy odkryto, że drzwi do
stoczniowej powielarni są zamknięte na kłódkę, któryś ze
stoczniowców orzekł, że skoro w Polsce jest władza
robotnicza, to robotnicy mają prawo wyważyć drzwi i
przejąć powielarnię. Trzeba przyznać, że Wałęsa szybko
poparł hasło Wolnych Związków Zawodowych, które dla
doradców z Mazowieckim i Geremkiem na czele kojarzyło
się z postulatem, na który władza nie może przystać.
Tajemnicą rosnącej z każdym dniem roli Wałęsy od
stoczniowca, który miał pod nadzorem działaczy WZZ
rozpocząć protest, do ogólnonarodowego trybuna był fakt,
że strajk to było coś, co Jacek Kuroń nazywał „gwiezdnym
czasem”. Zdarzają się w dziejach krótkie okresy, gdy
historia gwałtownie przyspiesza, gdy każdy dzień rewolucji
przynosi tak gigantyczne zmiany, że przyzwyczajenia
jeszcze sprzed paru dni stają się odległe o lata świetlne.
Sierpień ’80 był sumą okoliczności, nad którymi władze
straciły kontrolę. Każdy dzień strajku wywracał do góry
nogami to, co wydawało się niezmienne, i wprowadzał do
porządku dziennego aspiracje społeczne i robotnicze, które
przed protestem wydawały się fantazją. Nawet jeśli władze
kontrolowały niektórych graczy tych wydarzeń po stronie
strajkowej, to fala historii była szybsza. Przed niedzielą 16
sierpnia 1980 roku delegacja stoczniowców udała się do
ks. Henryka Jankowskiego z pobliskiej parafii św. Brygidy z
prośbą o odprawienie mszy na terenie zakładu. Msza tak
bardzo kojarzyła się potem z wyzwaniem wobec władz, że
mało kto pamięta znamienny szczegół. Ksiądz Jankowski
zwrócił się o zgodę do biskupa gdańskiego Lecha
Kaczmarka, a ten wystąpił o pozwolenie na polową mszę w
stoczni do władz. Urząd wyznań nie tylko nie zakazał mu
odprawienia nabożeństwa, ale uznał, że może ono pomóc
uspokoić nastroje. A przecież to właśnie msza na terenie
stoczni była psychicznym przesileniem pozwalającym
wyrwać się z kleszczy strachu przed siłową pacyfikacją
protestu.
Pamiętam dobrze atmosferę pierwszych trzech dni
strajku — między piątkiem, 14 sierpnia, a niedzielą.
Stoczniowcy, którzy odważyli się wziąć w nim udział, po
pierwszej fali odwagi zaczęli się bać tego, w co się
wpakowali. Było to wyraźne szczególnie po tym, jak Alina
Pieńkowska, Anna Walentynowicz i Henryka Krzywonos
zaprotestowały przeciwko zakończeniu strajku przez
Wałęsę ugodą czysto finansową i zażądały walki do końca o
Wolne Związki Zawodowe. Gdy tylko samoloty zaczęły
rozrzucać nad stocznią wezwania do zakończenia „przerw
w pracy”, które też zachęcały, aby stoczniowcy „zapytali,
kim są ludzie stojący za organizacją strajku”, za każdym
razem część stoczniowców uznawała, że to ostateczne
ultimatum władzy przed krwawą pacyfikacją. Bardziej
bojaźliwi sarkali po cichu, że odrzucono realistyczną
propozycję władz i wdano się w polityczną awanturę.
Wałęsa jako sprawny lider wyczuł te nastroje i zrobił
wszystko, aby msza wypadła jak najbardziej imponująco. I
istotnie wspólna modlitwa i odwołanie się do religijności
choćby poprzez zawieszenie na bramie stoczni portretu
Jana Pawła II i krucyfiksu pomogło zredukować czający się
w sercach lęk. Paradoksalnie więc msza odprawiana przez
ks. Henryka Jankowskiego nie tylko nie spacyfikowała
nastrojów, ale scementowała determinację stoczniowców.
A Wałęsa codziennie wieczorem przewodniczył razem z
działaczkami Ruchu Młodej Polski zbiorowym modlitwom
przed stoczniową bramą. I znów ta scena była w jakiś
sposób naturalna. Bardzo wielu stoczniowców wywodziło
się ze wsi, gdzie modlitwa była naturalną reakcją na każde
poczucie zagrożenia.
***
W jakim stopniu Wałęsa miał świadomość, że tworzy
polityczny fenomen na skalę całego bloku sowieckiego, a
nawet świata? Podobnie jak w wielu sytuacjach w
przeszłości nie dociekniemy, ile było w tym wiedzy, ważne,
że miał polityczny instynkt, który mówił mu, że na tej fali
wyniesiony zostanie wysoko w górę. Wałęsa był
fenomenalnym przykładem człowieka o absolutnej
inteligencji sytuacyjnej. Symbolem tej inteligencji stały się
w Sierpniu ’80 i będą potem przez długie lata jego skróty
słowne, tak zwane wałęsizmy, które nie tylko doskonale
opisywały skomplikowane sytuacje za pomocą
sugestywnych haseł. To była jego „mądrość etapu” i wiele
innych sloganów. To wszystko powodowało, że w ciągu 10
dni stał się symbolem rozpoznawalnym przez całą Polskę.
W końcowych dniach protestu drogę wśród szpaleru
stoczniowców musieli mu torować strajkowi ochroniarze.
Im bardziej stoczniowcy bali się swojej odwagi, tym
bardziej teraz byli wdzięczni „Lechowi” za krzepiące
poczucie, że lider strajku wie, co robi.
Sam Wałęsa po latach wspominał:
„— Byłem w jakimś takim transie, byłem wodzem,
krótko mówiąc.
— Potem zdarzały się panu okresy takiego transu?
— Nie, takiego już więcej nie przeżyłem” („Przekrój”,
24.08.2003).
Faktem jest też, że stoczniowcy mieli prawo mieć
absolutne poczucie przejrzystości rozmów. Okna od Sali
BHP były otwarte na oścież i za pomocą głośników
transmitowano rozmowy z delegacją partyjno-rządową na
zewnątrz. Ten symbol jawności będzie przywołany 9 lat
potem jako antyteza niejawnych rozmów liderów
„Solidarności” z władzą w Magdalence. Wszystko wskazuje
na to, że nawet jeśli Wałęsa rozpoczął strajk z jakąś formą
uwikłania wobec władz, to około 18 sierpnia zrozumiał, że
fala historii wynosi go na poziom, na którym może uważać
się za równoprawnego partnera władzy. A ile z wydarzeń w
Gdańsku rozumiała centrala partyjno-rządowa w
Warszawie?
Nigdy nie zapomnę wywiadu, który jako dziennikarz
solidarnościowego „Tygodnika Gdańskiego”
przeprowadziłem w 1990 roku z szefem delegacji
rządowej, wicepremierem Mieczysławem Jagielskim.
Starszy pan, który przyjął mnie w swoim mieszkaniu
ekskluzywnej warszawskiej alei Róż, wyznał mi, że tylko
tam, na miejscu, w stoczni, można było zrozumieć skalę
wolnościowego pożaru, jaki tam wybuchł. Jagielski
twierdził, że stosunkowo szybko pojął, jak bardzo jest to
nowa jakość, i miał do wyboru: albo podzielić się swoją
obserwacją z Warszawą i ostrzec, że kontynuowanie
rozmów wywoła falę, jaka zmieni całą Polskę, albo
machnąć ręką, uznać, że władza Gierka nie ma już szans
się utrzymać, i zaakceptować hasło Niezależnych
Samorządnych Związków Zawodowych. Nie wiem, czy
Jagielski mówił prawdę, czy też ex post ubarwiał swoją rolę
w dojściu do porozumienia.
Przypominam tę historię, aby pokazać, że jeśli nawet
istniały jakieś scenariusze gry władzy wobec strajku, to
dynamizm wydarzeń pozbawiał je aktualności niemal
każdego dnia. Z jednej strony w wywiadzie rzece Janusza
Rolickiego „Przerwana dekada” mamy wskazówkę Gierka,
że ówczesny szef MSW Stanisław Kowalczyk uspokajał go,
że na czele strajku w Stoczni Gdańskiej miał być „nasz
człowiek”, z drugiej — jeśli nawet władza uważała, że „ma
trzymanie na Wałęsę”, to przywódca „Solidarności” sam
szybko się zorientował, że rewolucja, która wybuchła,
wyniesie go na taki poziom, iż zyska on status przynajmniej
równorzędnego partnera dla władzy. Otwarte pozostaje
wreszcie pytanie, na ile władze tolerowały strajk i
kierowniczą w nim rolę Wałęsy w ramach jakiejś gry o
wysadzenie Edwarda Gierka z fotela I sekretarza PZPR,
być może za zgodą Kremla. Jakiekolwiek byłyby jednak te
kalkulacje, sam fakt powstania Niezależnego
Samorządnego Związku Zawodowego stworzył nową
jakość.
Jerzy Skoczylas, współautor książki o Wałęsie, twierdzi,
że do nadania nowym związkom tej długiej nazwy doszło
wskutek surrealistycznego nieporozumienia.
„Rozmawiałem kiedyś z Bronisławem Geremkiem o
okolicznościach powstania nazwy »Niezależny Samorządny
Związek Zawodowy Solidarność«. (...) Geremek
opowiedział, że przed rozmową Wałęsy z komunistycznymi
władzami na ten temat przygotował mu trzy warianty
negocjacyjne. Wiedział, że nazwa »Wolny Związek
Zawodowy« nie przejdzie, więc w wariancie pierwszym
zaproponował słowo »niezależny«. W drugim znacznie już
łagodniejsze »samorządny«, a gdyby nawet na to władze
się nie zgodziły — no to po prostu »Związek Zawodowy
Solidarność«. Tymczasem Wałęsa powiedział: »Żądamy,
aby nasz związek się nazywał« i ciurkiem przeczytał z
kartki wszystkie trzy warianty negocjacyjne. A władze bez
żadnego sprzeciwu to zaakceptowały” (rozmowa Jerzego
Skoczylasa z Timothym Gartonem Ashem, „Okiem
brytyjskiego polityka. W Polsce lubię Polaków”,
Wyborcza.pl, 29.06.2013).
Dlaczego władze akceptowały tak dużo i tak szybko?
Czy były przekonane, że mają „haki” na Wałęsę i opanują
sytuację po zakończeniu strajku? Na pewno były i takie
rachuby, bo pierwszą rzeczą, po którą sięgnęli ludzie z
czołówki władzy i SB, były zapewne teczki Wałęsy. Ale jest
błędem sprowadzanie wszystkiego do esbeckiej inżynierii
społecznej. W stoczni powstawała wtedy nowa jakość,
otwierał się nowy rozdział w dziejach Polski. Tak samo jak
rok wcześniej na warszawskim placu Zwycięstwa, gdy Jan
Paweł II wzywał Ducha Świętego do „zstąpienia” i
„odmiany oblicza ziemi, tej ziemi”
Tę nową jakość czułem — bardziej intuicyjnie niż
rozumowo — stojąc 31 sierpnia 1980 roku w tłumie
oklaskującym Wałęsę, który wymachiwał podpisanymi
Porozumieniami Gdańskimi. To wtedy pierwszy raz
przyszło mi na myśl, że Wałęsa w nieprawdopodobnie
sprawny sposób potrafi zmieniać atmosferę tłumu. Wpierw
z radosną satysfakcją ogłosił, że „mamy niezależne
samorządne związki zawodowe”, jako pierwszy krok zmian,
a chwilę później wiedział, jak zmienić nastrój. „Jutro jest 1
września, wszyscy wiemy, co znaczy ta data, dlatego jutro
idziemy do pracy”. Dziś z perspektywy czasu ta scena, w
której robotnicy milkną przejęci nawiązaniem do daty
rozpoczęcia II wojny światowej, brzmi jak obrazek z
zaginionego świata. Ale tak właśnie wtedy było.
Od zakończenia wojennej tragedii minęło wtedy
raptem 35 lat. Wielu stoczniowców pamiętało dzień 1
września z własnych wspomnień. Ale było w tym
patriotycznym uniesieniu coś więcej.
Liczni inteligenci, którzy postawili już krzyżyk na klasie
robotniczej jako skorumpowanej i zapijaczonej podstawie
reżimu, nagle odkrywali, że to robotnicy biorą na siebie
odpowiedzialność za losy Polski. Sami stoczniowcy byli
jakby zaskoczeni rangą wydarzeń, które zapoczątkowali. A
personifikacją tej nowej epoki był właśnie Wałęsa i jego
wielki długopis z Janem Pawłem II, którym podpisywał
Porozumienia Sierpniowe. Wałęsa był wtedy mocny, miał
poparcie milionów Polaków. Ten kapitał będzie zawsze
skwapliwie wykorzystywał, ale bardzo rzadko będzie
szanował ludzi, którzy mu tego kredytu zaufania udzielali.
Wtedy pod bramą stoczniową nikomu do głowy nie
przychodziło, że narodzony na oczach ludzi stojących pod
stocznią trybun będzie łączył w sobie postać płomiennego
rewolucjonisty z bezpardonową walką o swoją pozycję
lidera.
Rozdział 2
Naczelnik
1 września 1980 roku rozpocząłem pierwszy dzień
nauki w gdańskim III liceum zwanym popularnie
„Topolówką”. Mimo że wszyscy w pierwszej klasie dopiero
się poznawali, tematem numer jeden był zakończony dzień
wcześniej strajk w Stoczni im. Lenina. Dziś już nie
pamiętam skąd, ale wszyscy w liceum już wiedzieli, że
pierwsza siedziba niezależnych związków zawodowych jest
w Gdańsku-Wrzeszczu przy ulicy Marchlewskiego (dziś
Romana Dmowskiego).
Natychmiast po inauguracji nowego roku szkolnego
pobiegłem pod starą XIX-wieczną gdańską kamienicę,
gdzie roił się już tłum takich samych jak ja ciekawskich,
którzy chcieli być świadkami tworzenia się historii. Pamięć
zapisuje czasami najdziwniejsze drobiazgi. Surrealistyczne
wrażenie pod pierwszą siedzibą „Solidarności”, wówczas
jeszcze nominalnie tylko Niezależnych Samorządnych
Związków Zawodowych, robił zaparkowany pod budynkiem
fioletowy rolls-royce, metalik. Jak się okazało, to jakiś
bogaty Polonus z Anglii przyjechał nim złożyć swój hołd
Wałęsie — trafnie ogłaszając, że to skromne mieszkanie-
biuro to „pierwszy skrawek wolnej Polski”.
Już wtedy nazwisko „Wałęsa” było na ustach
wszystkich. Ogromną rolę odegrało w tym Radio Wolna
Europa, zwane złośliwie „Warszawą Zachodnią”, które
skutecznie nagłośniło nazwisko Wałęsy w czasie 18 dni
strajku w stoczni. Niemiecki dysydent Ludwig Mellhorn
opowiadał potem, jak jego — turystę z NRD — zaskoczył 31
sierpnia w czasie pobytu w Tatrach widok tłumu
zgromadzonego na dworcu w Zakopanem. Dworcowy
radiowęzeł, zamiast zapowiadać odjazdy autobusów,
transmitował radiową relację z podpisania przez
najsłynniejszego elektryka Porozumień Sierpniowych.
Wszyscy więc znali już nazwisko Wałęsy, choć jeszcze nie
zawsze wiedzieli, jak on wygląda. Nikt się nie zastanawiał,
skąd wziął się nowy, skuteczny lider. Ważne, że ten lider
był! Wałęsa jawił się jak nowe wcielenie Kościuszki,
Piłsudskiego czy Mikołajczyka i Polacy wpadli masowo w
patriotyczne uniesienie.
To skojarzenie z Kościuszką nie jest wydumane — gdy
w październiku 1980 roku Wałęsa odwiedzi Kraków, to na
żądanie tłumu wzorem Kościuszki złoży przysięgę, że
będzie walczył o wolność Polski, dokładnie tak jak 186 lat
wcześniej Naczelnik noszący chłopską sukmanę. Teraz
wywodzący się z biednej kujawskiej wsi Wałęsa wydawał
się spełnieniem na nowo tamtych marzeń. Wszyscy
zaśmiewali się, że bonzowie z PZPR stanęli wobec
wypełnienia się w rzeczywistości ich hasła „o klasie
robotniczej jako przewodniej sile narodu”. Ale jednym
światem był tłum, który już okupował klatkę schodową
prowadzącą do pierwszego biura wolnych związków, a
innym światem były kręgi opozycji.
Jak już wspominałem, WZZ-owcy przez cały strajk mieli
do Wałęsy dość ambiwalentny stosunek. Z jednej strony
wpierw zmagali się z brakiem zapału „Lecha” do samego
pomysłu protestu, później podpadł im próbą zakończenia
strajku 16 sierpnia. Ale ten na nowo go podjął, a potem
sprawnie negocjował z komisją rządową. Gdy protest
rozwinął skrzydła ponownie, starzy WZZ-owcy znów
zachwycili się swoim wychowankiem i zachłysnęli się
determinacją stoczniowców. Choć jednocześnie z
nieprzyjemnym zdziwieniem odkryli, że Wałęsa wybił się
na pozycję lidera niezależnego, odsuwającego dyskretnie
od siebie dawnych mentorów i równoważącego ich wpływy
specjalną pozycją doradców, takich jak Tadeusz
Mazowiecki i Bronisław Geremek.
Na dodatek w czasie strajku do starych WZZ-owców,
takich jak Gwiazda, Borusewicz czy Walentynowicz, zaczęli
się zgłaszać stoczniowcy, którzy nie protestowali wprost
przeciw przywództwu Wałęsy, ale po cichu opowiadali, że
koloryzuje on i przesadza, ogłaszając, że kierował
strajkiem w grudniu 1970 roku. Do opozycjonistów
dochodziły też podejrzenia na temat współpracy z SB, jakie
wlekły się za Wałęsą. Jeszcze inni stoczniowcy
przypominali, że na zdjęciu z wizyty Gierka w stoczni na
początku 1971 roku Wałęsa stał tuż przy ówczesnym
nowym I sekretarzu, co stało w sprzeczności z jego
opowieściami przedstawiającymi go jako ofiarę Grudnia i
osobę ostro prześladowaną po zakończeniu strajku. Wśród
WZZ-owców na nowo odżyły też wspomnienia o Wałęsie,
który od niechcenia przyznawał się, że rozpoznawał
stoczniowców na milicyjnych zdjęciach.
Pierwsze spotkanie dawnego aktywu WZZ odbyło się w
sopockim mieszkaniu Mariusza Muskata 2 września 1980
roku. Według relacji Borusewicz miał na nim rzucić ideę,
aby Wolne Związki istniały dalej jako swoiste centrum
decyzyjne działające równolegle do tworzących się
Niezależnych Związków. Co charakterystyczne, na
spotkaniu był już natychmiast przybyły z Warszawy Jacek
Kuroń. On i Borusewicz mocno podkreślali, że KOR musi
być swoistym nauczycielem dla nieopierzonej nowej
rewolucji. Wałęsa miał na to spotkanie wpaść na krótko i
zadeklarować, że jak najbardziej honorować będzie
kierowniczą rolę dawnej opozycji.
Jednak potem WZZ-owcy dowiedzieli się, że tego
samego wieczoru Wałęsa zajrzał na spotkanie tych
działaczy RMP, którzy wspierali go w czasie strajku, i
złożył im dokładnie taką samą obietnicę. Rozdrażnieni tą
jego demonstracją, że zamierza grać równocześnie na paru
różnych fortepianach, WZZ-owcy i KOR-owcy spotkali się
raz jeszcze w nocy z 3 na 4 września, i to pod nieobecność
Wałęsy, którego specjalnie nie zawiadomiono o spotkaniu.
Zdaniem Pawła Zyzaka, w spotkaniu wzięli udział: Bogdan
Borusewicz, Joanna Duda-Gwiazda, Andrzej Gwiazda, Lech
Kaczyński, Jerzy Kmiecik, Andrzej Kołodziej, Bogdan Lis,
Helena Łuczywo, Jerzy Sikorski i Anna Walentynowicz.
Według Krzysztofa Wyszkowskiego, ustalano tam plan
swoistego puczu, który miał usunąć przywódcę
„Solidarności” ze stanowiska szefa Międzyzakładowego
Komitetu Założycielskiego (MKZ) pod zarzutem
nieujawnienia strajkującym przeszłości agenta SB.
W 1990 roku Grzegorz Nawrocki opublikował książkę
„Polak z Polakiem”, w której zamieścił relację
Wyszkowskiego na temat planu politycznego Jacka
Kuronia, jaki miał być przedstawiony na tym spotkaniu.
Jako najważniejsze punkty tego planu wymienia: usunięcie
Wałęsy z funkcji szefa MKZ, przeforsowanie na to
stanowisko Bogdana Borusewicza, powrót większości
dotychczasowych członków MKZ do pracy zawodowej i
mianowanie Heleny Łuczywo, działaczki KOR z kręgu
Michnika, szefową biuletynu „Solidarności”. Jeśli wierzyć
tej wersji wydarzeń, byłby to ciekawy dowód na
nieprawdopodobną konsekwencję w działaniu
solidarnościowej lewicy w długiej perspektywie.
Zauważmy, że ta sama Łuczywo w stanie wojennym będzie
szefem podziemnego „Tygodnika Mazowsze”, a w 1989
roku zostanie najważniejszą zastępczynią Michnika w
„Gazecie Wyborczej”.
Kuroń miał zakładać, że na czoło związku wysuną się
Borusewicz i Gwiazda, a on będzie nieformalnym doradcą
politycznym nowego ruchu. Co zresztą charakterystyczne
dla niego, widział on nowy ruch jako federację rad
zakładowych, co było jakąś próbą reaktywacji pomysłów z
października 1956 roku. Jest paradoksem, że osobami,
które bardzo ostro przeciwstawiły się takiemu dość
awanturniczemu scenariuszowi, byli przyszli surowi
krytycy Wałęsy: Krzysztof Wyszkowski i Lech Kaczyński. W
bardzo emocjonalny sposób zaprotestowali, wskazując, że
ogłoszenie Wałęsy agentem podetnie autorytet nowego
ruchu tuż po jego powstaniu, a stoczniowcy, którzy
pokochali swojego lidera w czasie strajku, po prostu w taki
zarzut nie uwierzą. Według Krzysztofa Wyszkowskiego,
Lech Kaczyński miał rzucić Jackowi Kuroniowi w twarz:
„»Mówisz o dobru robotników, a chodzi ci tylko o władzę«”
(Krzysztof Wyszkowski, „W odpowiedzi na artykuł Roberta
Spałka »Gracze« — Komitet Obrony Robotników w
propagandzie PRL, stereotypach oraz dokumentach
Ministerstwa Spraw Wewnętrznych”, „Pamięć i
Sprawiedliwość”, 2004, nr 2).
Potwierdzenie istnienia tego sporu w tym czasie, choć
bez szczegółów podawanych przez Wyszkowskiego,
znalazło się w książce Wałęsy „Droga nadziei”, który
napisał w niej o tym, że Anna Walentynowicz miała przyjść
do niego z koleżeńską propozycją ustąpienia. Wałęsa
relacjonuje argumentację Walentynowicz tak:
„Pani Ania przyszła z bardzo konkretną, koleżeńską
propozycją: Złóż rezygnację z funkcji przewodniczącego
MKZ-u. Że głowa za słaba, że na nowy etap trzeba kogoś w
rodzaju Andrzeja Gwiazdy, Kuronia czy Modzelewskiego, a
może jeszcze kogoś innego. Kandydatury były niejasne, ale
intencja przejrzysta: jestem za słaby, za mało
»rewolucyjny« w żądaniach, zbyt — jej zdaniem — uległy
wobec władz. Ten pomysł nie był tylko autorstwa pani
Anny, stała za nim nieliczna, ale wpływowa część WZZ-ów
na Wybrzeżu” (Lech Wałęsa, „Droga nadziei”).
Dlaczego Wałęsa nie wspomniał o „puczystach” z KOR?
To proste — doradcy z kręgu lewicy laickiej byli wtedy, w
latach 80., gdy pisano książkę, bardzo Wałęsie potrzebni.
Co innego WZZ, który dawno już nie istniał.
Wystąpienie Kaczyńskiego i Wyszkowskiego
zatrzymało pomysły puczu na pewien czas. Ten czas
wystarczył, by zwolennicy Gwiazdy sami doszli do wniosku,
że projekt rzeczywiście może podciąć nogi fali wybuchu
społecznego. Wałęsa, który szybko dowiedział się o
pomyśle Kuronia, zorientował się wtedy, że dawni
przyjaciele z WZZ mogą być dla niego równie groźni jak
PZPR-owska władza, sprzeciwu wobec której stał się
symbolem. Wałęsa zaczął wtedy po cichu podjazdową
wojnę przeciwko Annie Walentynowicz, Andrzejowi
Gwieździe i Jackowi Kuroniowi. Ale nie mógł tego robić
wprost i jawnie, bo byli oni bardzo popularni.
Jak szeroka była wiedza o próbie podjętej przez Jacka
Kuronia wypchnięcia Wałęsy z roli lidera nowego ruchu?
Po latach wielu ówczesnych działaczy prawicy — która
była wówczas wyjątkowo wyczulona na rywalizację z
lewicą laicką — wspomina, że wydarzenie to odbiło się
dość głośnym echem. Wojciech Bogaczyk, wówczas
związany z warszawskim Studenckim Komitetem
Solidarności i prawicowym ROPCiO, mówi:
„W pierwszej połowie września 1980 roku spotkałem
mojego kolegę z opozycji Wojciecha Frąckiewicza,
studenta ATK. »Czy słyszałeś, że Kuroń chce obalić
Wałęsę, bo ogłosił go agentem?« Pierwsza rzecz, jaka
przyszła mi do głowy, to taka, że dla kuroniowców Wałęsa
chodzący demonstracyjnie z wpiętą w klapę Matką Boską
jest problemem. A jeśli chodzi o oskarżenie o agenturę, w
środowisku warszawskiej prawicy związanej z Kościołem
natychmiast przypomniały się szeptanki lewicy KOR-
owskiej na temat Leszka Moczulskiego. Dobrze
pamiętaliśmy, że Kuroń potrafi być brutalny, sięgać po
ZMP-owskie metody i bardzo dba, aby KOR-owskiej lewicy
nie wyrosła żadna konkurencja”.
Także Marian Piłka, wówczas działacz RMP,
przypomina sobie, że „wśród młodopolaków mówiło się
wówczas, że Kuroń robi wszystko, aby zepchnąć Wałęsę na
drugi plan, i jest to bardzo awanturnicza gra KOR-owców”.
Piłka relacjonuje jednak, że wówczas nie mówiło się o
kwestii agenturalności Wałęsy, choć znacznie później, w
czasie zjazdu 1981 roku, lider młodopolaków Aleksander
Hall sam miał mu opowiedzieć, że w życiu Wałęsy był
niedobry epizod współpracy z bezpieką. Jednak wtedy, we
wrześniu i październiku 1980 roku, sygnał, że „Kuroń chce
załatwić Wałęsę”, był raczej impulsem do wyraźnego
wsparcia nowego lidera ze strony młodopolaków, którzy
weszli sporą grupą do otoczenia przywódcy „Solidarności”.
Wtedy to wytworzył się po raz kolejny mechanizm, którego
Wałęsa nauczył się jeszcze w stoczni. On sam, będąc w
centrum wydarzeń, zawsze mógł stawiać na jednych,
równoważąc wpływy innych, tak jak w czasie strajku
naturalna rywalizacja poglądów między doradcami z
Warszawy a „starym” WZZ pozwoliła mu wybić się na
pozycję niekwestionowanego lidera protestu. Teraz dzięki
nieufności młodopolaków do lewicy KOR mógł oprzeć się
na grupie młodych, dynamicznych i inteligentnych ludzi.
Zawsze ktoś bardziej nie lubił aktualnych rywali Wałęsy i
przez to gotowy był oddawać mu swoje umiejętności. Ta
taktyka udawała się Wałęsie także dlatego, że kolejnym
frakcjom dawał nadzieję na to, że jego ogromna
popularność pozwoli im wzmocnić swoje znaczenie.
Tak jak WZZ-owcy wahali się przed otwartym
wszczęciem konfliktu, który skompromitowałby nowy ruch,
tak i Wałęsa nie mógł wprost odciąć się lub wypchnąć ze
związku Anny Walentynowicz czy Andrzeja Gwiazdy.
Przecież Walentynowicz chodziła wówczas w glorii osoby,
której krzywda stała się iskrą do wybuchu sierpniowego
protestu. Wtedy, we wrześniu 1980 roku, jej mieszkanie
stało się miejscem, gdzie nocował Kuroń, który stał się
nieformalnym patronem tak zwanego „gwiazdozbioru”,
czyli kręgu przeciwników Wałęsy skupionych wokół
Andrzeja i Joanny Gwiazdów. Kontrsiłą dla po cichu
kontestujących Wałęsę Kuronia i Michnika byli doradcy z
Sierpnia z Tadeuszem Mazowieckim i Bronisławem
Geremkiem, którzy po zakończeniu strajku zmienili się w
doradców Wałęsy jako szefa Międzyzakładowego Komitetu
Założycielskiego.
Bardzo szybko okazało się, że małe mieszkanie w starej
kamienicy przy ulicy Waryńskiego nie pomieści gwałtownie
rozwijającego się związku i władze oddały Wałęsie spory
Hotel Morski, w którym znajdował się klub Stoczni
Gdańskiej „Ster”. To właśnie sala klubowa Steru zaczęła
być wtedy następczynią stoczniowej Sali BHP. Dawne
pokoje hotelu zostały rozdzielone między biura nowego
związku.
Pamiętam ten budynek jako miejsce o
nieprawdopodobnej sile przyciągania. Od wczesnego rana
po późne godziny wieczorne oblegały go tłumy ludzi
rzucających się na rozdawane choćby najbardziej błahe
ulotki. Specjalna straż w biało-czerwonych opaskach miała
niezwykle dużo kłopotu z powstrzymaniem dziesiątków
interesantów, którzy nagle potraktowali nowe związki jako
miejsce rozwiązania ich problemów lokalowych, sądowych,
spadkowych. Delegacje z odległej prowincji, które
przyjeżdżały, by się dowiedzieć, jak założyć organizację
nowego ruchu, przeciskały się przez wiecznie falujący
tłum. Jako szef licealnej gazetki prosolidarnościowej —
formalnie organu parlamentu III liceum — nauczyłem się
szybko znajdować sposoby, by przedostawać się do tej
pilnie strzeżonej twierdzy „samoograniczającej się
rewolucji”. Kawiarenka na ostatnim piętrze gmachu, gdzie
działa się polityka, była szara od dymu tytoniowego. Kuroń
ćmiący papierosa za papierosem otoczony wianuszkiem
zasłuchanych działaczy, ubrani w dyskretną czerń i
sztruksowe marynarki młodopolacy, niekryjący swojej
niechęci do ofensywnej lewicy laickiej, czy wreszcie zwykli
robotnicy, którzy nagle awansowali na etatowych działaczy
związkowych. A w tym wszystkim Wałęsa, który musiał
uczyć się z dnia na dzień, jak odpowiadać na pytania
dziennikarzy, jak odgadnąć nastroje tłumu i jak wykreować
ze strajkowej rewolty jednolitą organizację związkową.
Człowiek, który musiał szybko z niczego stworzyć sobie
sztab współpracowników, aby podołać roli jednej z
najważniejszych osób w Polsce.
Wtedy też zaczęto mówić o złych cechach Wałęsy. O
jego instrumentalnym graniu ludźmi, o otaczaniu się
dworem, o zadufaniu. Bardziej zorientowani opowiadali
półgłosem o pierwszych miniskandalach w Hotelu
Morskim. Plotkowano o tym, jak jedna z młodopolskich
sekretarek, oburzona niestosownymi awansami ze strony
„Lecha”, odeszła, trzaskając drzwiami. Wałęsa musiał
wówczas poradzić sobie z nieprawdopodobnym wręcz
sukcesem. Jak można przypuszczać, wtedy, we wrześniu
1980 roku, po raz pierwszy poczuł się człowiekiem, który
poprzez Sierpień skoczył na falę historii i raz na zawsze
wyzwolił się od kontaktów z SB. Ale autor opisujący tamte
wydarzenia ma obowiązek rzeczowo pomyśleć, jak tajne
służby PRL mogły wykorzystać wiedzę o wcześniejszym
uwikłaniu Wałęsy. To przecież właśnie wtedy musiały
zacząć powstawać bardzo poważne i specjalistyczne
zespoły w SB, które szukały sposobów na polityczną
neutralizację Wałęsy lub choćby ograniczenie mu pola
politycznego manewru. A przecież pożar wolnościowej
rewolucji w Polsce spowodował ponadto, że bardzo szybko
Wałęsa stał się zagrożeniem dla samego sowieckiego
imperium. I to na wysokiej pozycji, zaraz po Ronaldzie
Reaganie, Janie Pawle II, Margaret Thatcher i afgańskich
partyzantach. Nasuwa się wniosek, że Rosjanie wzięli pod
lupę wszystkie dokumenty, jakie na temat Wałęsy istniały
w archiwach SB.
Ale na razie bezpieka była wobec Wałęsy bezradna. W
razie ujawnienia przez władze PRL — dziś wiarygodnie
udokumentowanych przez IPN — kontaktów Wałęsy z SB w
latach 1970-1974 Polacy uznaliby to za oczywistą
fałszywkę. Dramatem kłamcy jest to, że nawet gdy chce
powiedzieć coś prawdziwego, to wszyscy i tak uważają, że
kłamie. Wałęsa wówczas skupił się na ugruntowaniu swojej
władzy wobec rywali. Po latach wspominał tamte czasy:
„Gdybym czuł, że w tym gronie jest ktoś zdolny do
udźwignięcia [kierowania nowym ruchem — przyp. P.S.],
może bym odpoczął, wypuścił kogoś na dalsze
prowadzenie, ale nie widziałem”.
No cóż, Wałęsie znacznie wygodniej jest mówić po
latach, że był w każdej chwili gotowy do odejścia, tyle że
nie było następcy. Ktoś, kto zasmakował w roli lidera,
niechętnie oddałby po miesiącu sławy kierownictwo
nowym ruchem. Przyszła „Solidarność” musiała
rozstrzygnąć formułę, jaką chce tworzyć. Czy postawić na
dosyć luźną konfederację rozmaitych nowych związków?
Takie rozwiązanie popierali Mazowiecki i Geremek, ale i
na przykład Borusewicz, bardzo obawiający się tworzenia
przez władzę fikcyjnych komitetów nowych związków
nafaszerowanych swoimi ludźmi. Wałęsa, słuchając
doradców, początkowo podtrzymywał taki model budowy
nowego ruchu, ale gdy 17 września na zebraniu delegatów
z całej Polski zorientował się, że sala chce jednego
centralnie sterowanego związku, szybko przyłączył się do
idei, która dominowała wśród delegatów. Rychło
zrozumiał, że silny związek da mu silną pozycję.
„Solidarność”, bo tak postanowił się 17 września nazwać
nowy ruch, była efektem nieprawdopodobnej eksplozji
energii społecznej.
Zatrzymajmy się chwilę przy nazwie nowego ruchu. To,
że nowy ruch nazywał się „Solidarność”, stanowić musiało
satysfakcję dla Krzysztofa Wyszkowskiego, który tę nazwę
chciał nadać biuletynowi Wolnych Związków Zawodowych
(koledzy woleli nadętego „Robotnika Wybrzeża”, co było
echem PPS-owskich fascynacji). Uparty Wyszkowski
przeforsował ją potem dla biuletynu wydawanego podczas
sierpniowego strajku w stoczni. Wałęsa zaś chciał nazwać
nowy związek „Monopolem”, co jest charakterystyczne dla
dziwacznych torów, jakimi niekiedy biegły jego myśli. Jak
po latach wyjaśniał w wywiadzie dla „Tygodnika
Powszechnego” (4.09.2005), nowy ruch miał zbudować
„monopol, który zmierzy się z monopolem
komunistycznym”. Propozycji Wałęsy grzecznie
wysłuchano, ale potraktowano jako nieszkodliwe
dziwactwo.
Dziś z perspektywy czasu można się tylko zdumiewać,
że do nowego ruchu nie wpłynęło na tyle dużo agentów i
prowokatorów, żeby rozbić związek. Agenci byli, ale ludzi
dobrej woli i patriotów było znacznie więcej, i to oni nadali
„Solidarności” nieprawdopodobny wręcz dynamizm. Był on
jak antysystemowy pożar idący przez wysuszony step
pogierkowskiego PRL. Komitety powstawały jak grzyby po
deszczu w całej Polsce.
Wałęsa szybko się zorientował, że o ile Trójmiasto go
już zna, to teraz trzeba się przedstawić na terenie
centralnej i południowej Polski, która o nim słyszała, ale
często go nigdy jeszcze na własne oczy nie widziała.
Październikowy Tour de Pologne przywódcy „Solidarności”
wiódł przez Warszawę, Kraków (w tym Nową Hutę), Nowy
Targ, Nowy Sącz, Tarnów, Jastrzębie, Katowice i
Częstochowę. To była podróż triumfalna. Na stadionach, w
halach sportowych, na rynkach miast Wałęsa gromadził
nieprzebrane tłumy. To właśnie wtedy ponowił
wspomnianą już przysięgę Tadeusza Kościuszki.
Jan Skórzyński, autor biografii Wałęsy pt. „Zadra”,
wspomina: „Urodzony trybun świetnie się czuł na wiecach,
improwizował, dowcipkował, z refleksem odpowiadał na
padające z tłumu pytania. Miał nie wiadomo skąd
zaczerpniętą umiejętność poruszania najtrudniejszych
tematów, takich jak stosunki polsko-radzieckie. Potrafił
bronić „Solidarności” przed zarzutami o nierozumny
antykomunizm, narażający kraj na inwazję sowiecką. —
Nikt z zewnątrz nie musi bronić nas i socjalizmu — mówił
w październiku w Krakowie. — My nie podważamy
sojuszów, nie podważamy podstaw... Następnego dnia w
Nowym Sączu powtarzał: »My nie zagrażamy innym
krajom, żadnym sojuszom, my nie podważamy socjalizmu.
My robimy porządek — ten mały i ten wielki, i
przypuszczamy, że gdzie indziej też należałoby zrobić
swoimi siłami porządek. My się nikogo nie boimy (...), ale
nie przypuszczam, żeby ktokolwiek śmiał nam robić
porządek. My jesteśmy sami od porządku«”. Dzień później
oznajmił w Katowicach: „My się niczego nie boimy. Przyjdą
czołgi, to wyjdziemy, przywitamy ich, w lufy włożymy
kwiaty. My nie będziemy strzelać, my walczymy
uczciwością, prawdą i wiarą”.
Ten krótki fragment pokazuje, że w głowie Wałęsy
kłębiły się różne symbole. Reminiscencje o czołgach z
Grudnia ’70 przeplatały się z bardzo nagłośnioną w 1974
roku w propagandzie PRL „rewolucją goździków” w
Portugalii. Szeregowi żołnierze na znak pokojowych
intencji i buntu wobec rozkazów dowództwa wsadzali tam
kwiaty w lufy czołgów wysłanych przez rząd na ulice.
Dziś te aluzje są już słabo czytelne, ale wtedy, w 1980
roku, był to miks efektowny i niezwykle skuteczny.
Pokojowy charakter rewolucji, podkreślany przez nowy
związek, był z uznaniem przyjmowany przez Zachód, który
drżał już przed tym, że jakaś nowa sowiecka inwazja
zrujnuje do reszty politykę „odprężenia”. „Solidarność”
miała szczęście, że na czoło państw NATO wysunęli się w
tym czasie zwolennicy zdecydowanego kursu wobec
Kremla. Rządząca od 1979 roku Żelazna Dama — premier
Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher, i wybrany w
listopadzie 1980 roku prezydent USA Ronald Reagan —
notabene niegdyś związkowiec. Siłę tego duetu wzmacniał
ponadto papież Polak Jan Paweł II, który od chwili
Porozumień Sierpniowych nie ukrywał sympatii dla
pokojowej rewolucji „Solidarności” w swojej ojczyźnie.
Gdzie Wałęsa nauczył się tego błyskotliwego stylu
natychmiastowego nawiązywania kontaktu z tłumem?
Edmund Szczesiak, autor szkicu o Wałęsie „Dookoła
życiorysu” dotarł do Henryka Parola, stoczniowca, który
służył z Wałęsą w jednostce wojskowej w Koszalinie. Parol
tak wspomina Wałęsę, który jako kapral miał pod swoją
pieczą żołnierzy: „Lubił dyscyplinę, wymagający, ale
wyrozumiały. Przykrości nikomu nie zrobił. Humorem i
żartem więcej osiągał niż inni krzykiem”.
Teraz umiejętność rozbrajania jednym żartem
delikatnych momentów wieców politycznych bardzo się
Wałęsie przydała. Po latach zanudzania Polaków
komunistycznymi przemówienia pełnymi tak zwanej
drętwej mowy dowcipnie skrzący się zaskakującymi
porównaniami styl Wałęsy wzruszał wszystkich. I
wywoływał euforię sympatii i poparcia. Od górali
wręczających mu ciupagi i góralskie kapelusze po
nobliwych profesorów i najsłynniejszych aktorów.
Ludowego trybuna natychmiast potraktowali jako swojego
robotnicy, dawni AK-owcy, młodzi kontestatorzy z
tworzącego się Niezależnego Zrzeszenia Studentów.
Dziś ciężko opisać nastrój narodowej euforii, jaki
zapanował jesienią 1980 roku. Była to atmosfera, która po
roku 1989 pojawiała się tylko, choć w znacznie słabszej
formie, w czasie wizyt Jana Pawła II, a potem po śmierci
wielkiego papieża Polaka i wreszcie w pierwszych dniach
po katastrofie smoleńskiej. Ludzie stawali się wtedy
naprawdę lepsi i bardziej sobie życzliwi. Dziewczyny
piękniały, a nieznani sobie ludzie, wzruszeni padali sobie w
ramiona. Tylko najbardziej zajadły beton partyjny i osoby
związane bezpośrednio z Moskwą z mściwą nienawiścią
czekali na jakieś przełamanie nastrojów. We wszystkich
związkach twórczych, w środowiskach artystów, w tym
aktorów, panowało radosne ożywienie. Na chwilę znów
popularne stały się dosyć sentymentalne narodowe sztuki,
takie jak na przykład „Betlejem polskie” Lucjana Rydla,
które stało się kanwą widowiska muzycznego „Kolęda
nocka” Ernesta Brylla i Wojciecha Trzcińskiego. Nagle
doszło do cudownego zbratania stanów, któremu
towarzyszyła powtarzana wtedy w nieskończoność
opowieść o tym, jak to w marcu 1968 roku inteligenci
wystąpili przeciwko władzy, ale robotnicy byli bierni, a
później, w grudniu 1970 roku, ruszyła stocznia, ale
studenci nie poparli zrywu, by teraz wspaniale uzupełniać
się w walce o jakąś nową, lepszą Polskę.
***
Wałęsa był beneficjentem tego gigantycznego
politycznego ożywienia, które nieprzypadkowo nazywano
Karnawałem „Solidarności”. Jednocześnie szczególnie
wtedy, w pierwszej fazie solidarnościowej rewolucji,
wszyscy się zaklinali, że nie chcą usunięcia socjalizmu,
tylko jego zreformowania. Pojawiali się wtedy ludzie,
którzy wierzyli, że sama partia odnowi się na tyle, by
wyrąbać sobie specjalny status w obrębie państw obozu
socjalistycznego. Głoszono wówczas pogląd, że tak jak po
1956 roku Moskwa musiała milcząco uznać specjalną
pozycję Kościoła katolickiego i indywidualnego rolnictwa w
PRL, tak teraz ZSRS nie będzie miał innego wyjścia, jak
uznać „Solidarność” jako polską specyfikę w bloku
sowieckim. Symbolem tej rewolucji był oczywiście Wałęsa.
Ludzi aparatu władzy lider nowego ruchu na przemian
irytował, ale i dawał nadzieję na jakieś instrumentalne
wykorzystanie. Wałęsa z kolei miał w tym okresie do
władzy dość dziwaczny stosunek — mieszankę nieufności i
jakiegoś poczucia wspólnego przeżycia w postaci
osiągnięcia Porozumień Sierpniowych.
Nie można go za to do końca winić. Jeszcze we
wrześniu czy październiku 1980 roku Polacy mieli głęboko
w pamięci słowa wicepremiera Jagielskiego o tym, jak
„dogadał się Polak z Polakiem” i jak nie wygrała ani jedna,
ani druga strona, tylko „wygrali wszyscy”. Efektem
porozumienia zawartego w gdańskiej Sali BHP między
robotnikami a władzą było przekonanie, że zatrzymano
dosłownie w ostatnim momencie kryzys epoki późnego
Gierka i teraz wystarczy tylko jakaś korekta błędnych
decyzji gospodarczych, by wrócić do dobrobytu pierwszej
połowy lat 70. Przykładem tamtego optymizmu z
pierwszych miesięcy po Sierpniu był entuzjazm, jaki
wybuchł na wieść o wybuchu gazu w Karlinie. Wielu
Polaków naiwnie przyjęło te wieści za cud. Na krótką
chwilę zachłyśnięto się kuszącą wizją, że Polska będzie
miała własną „wielką ropę” i powróci dobrobyt epoki
wczesnego Edwarda Gierka.
Choć sam I sekretarz KC PZPR odszedł w wyniku
przetasowań na szczytach władzy po sierpniu 1980 roku,
to paradoksalnie Lech Wałęsa na nowo, po prawie 9 latach,
powrócił po strajku w stoczni do nastroju optymizmu z
czasów hasła: „Pomożemy!” z 1971 roku. Wałęsa
przekonywał wtedy związek, że trzeba dać władzy szansę
na to, by oswoiła się z nową sytuacją.
Ale solidarnościowa rewolucja miała swoje
konsekwencje. Szybko okazało się, że związek, do którego
przystąpiło w niedługim czasie prawie 10 milionów ludzi,
staje wobec dwojakiego rodzaju problemów. Przede
wszystkim rozliczanie w ramach tak zwanej Odnowy
ujawniło szereg nieprawidłowości w rozmaitych regionach
Polski i w naturalny sposób pojawiły się żądania ukarania
dygnitarzy, którzy w najbardziej bezczelny sposób
korzystali z aury bezkarności epoki gierkowskiej. To
wywołało z kolei panikę nomenklatury wojska, milicji i SB.
Osłabiona władza po cichu zaczyna sabotować część
ustaleń Porozumień Sierpniowych. Przykładowo blokowano
dostęp do środków masowego przekazu i z wyraźną złą
wolą odkładano zapowiadane po Porozumieniach
Gdańskich podwyżki płac. Liderzy związku przeprowadzili
3 października ogólnopolski strajk ostrzegawczy, który
pokazał, jak „Solidarność” zamieniła się w wielomilionowy
ruch, który jest słuchany w prawie całej Polsce. Tacy jej
działacze jak Andrzej Gwiazda uznali, że jest to dowód, iż
solidarnościową rewolucję można posuwać dalej, i doszli
do wniosku, że władze trzeba dyscyplinować co pewien
czas za pomocą wyrazistych pokazów determinacji i
samoorganizacji społeczeństwa.
W końcu października doszło do pierwszego
poważnego, i co ważniejsze, jawnego konfliktu na szczycie
„Solidarności”. Zwolennicy stanowczości wobec władz
zażądali, by nowy premier — dziś już zupełnie zapomniany
— Józef Pińkowski przybył do Sali BHP gdańskiej stoczni.
Chodziło o pokazanie, że to robotnicy są suwerenem, a
władza musi się dostosowywać do nowych reguł gry.
Jednak premier Pińkowski odmówił przybycia do
Trójmiasta, ale — to znów charakterystyczne dla
ówczesnych sentymentów wobec Porozumień
Sierpniowych — wysłał w roli swojego przedstawiciela
wicepremiera Mieczysława Jagielskiego, który podpisał
dwa miesiące wcześniej historyczny dokument. Obie strony
spotkały się w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku.
Gwiazda upierał się, żeby spotkanie było tylko spotkaniem
technicznym i aby Jagielski jednak przyjechał do stoczni na
właściwe rozmowy. Była to pierwsza demonstracja, jak
Wałęsa potrafi, gdy jest mu to wygodne, zlekceważyć linię
Krajowej Komisji Porozumiewawczej i wyraźnie załagodzić
rozmowy z władzą. Najsłynniejszy elektryk ogłosił, że „nie
chce rządu rzucać na kolana”, i odciął się od ostrej linii
KKP. Gwiazda wtedy przegrał i Komisja pod wpływem
perswazji Wałęsy zgodziła się na przyjęcie zaproszenia od
rządu do Warszawy. Wtedy po raz pierwszy „Solidarność”
wykazała niezdecydowanie, a Wałęsa swoim osobistym
autorytetem rozbroił nastroje ofensywne w związku.
Ale po optymizmie września 1980 roku, gdy
powtarzano w kółko slogany o „porozumieniu się Polaka z
Polakiem”, niewiele zostało. Pojawiały się nowe problemy
— żądania jawności i koniec akceptacji dla siłowych
nawyków władzy musiały powodować tarcia. Wałęsa
tańczył na linie. Co rusz stawał wobec nowych konfliktów,
które rozwiązywał z jednej strony prężąc muskuły
robotniczej siły, z drugiej — korzystając z mediacji
ekspertów. Tak było z kryzysem na linii „Solidarność” —
władza komunistyczna z października i listopada 1980 roku
wokół próby narzucenia przez Sąd Wojewódzki w
Warszawie zmian w statucie związku, które podkreślały
kierowniczą rolę PZPR. Konflikt udało się rozbroić dzięki
kompromisowi wypracowanemu przez Tadeusza
Mazowieckiego i Bronisława Geremka. Doszło do
dołączenia do statutu związku pierwszej części Porozumień
Sierpniowych, w której zapisano dogmat o przewodniej roli
PZPR. W tym samym listopadzie 1980 roku doszło do
aresztowania Piotra Sapełły, który pracując w drukarni
Prokuratury Generalnej w Warszawie, zwrócił uwagę na
zlecony do powielenia tekst tajnej instrukcji prokuratora
generalnego PRL Lucjana Czubińskiego, nakazujący
prokuratorom wojewódzkim ściganie „inicjatorów
działalności antysocjalistycznej”. Sapełło wyniósł
dokument poza drukarnię i przekazał go poprzez
pośrednika Janowi Narożniakowi, członkowi zarządu
Regionu Mazowsze „Solidarności”, który tekst ten
nagłośnił. Gdy władze zorientowały się, kto wyniósł i
skopiował materiał, aresztowały 20 listopada zarówno
Sapełłę, jak i Narożniaka. Postawiono im zarzuty grożące
więzieniem od 6 miesięcy do 5 lat. W odpowiedzi
zastrajkowały zakłady w Ursusie i 10 innych zakładów w
stolicy. Tylko honorowy kompromis — inicjatywa
Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, które poręczyło za
zatrzymanych działaczy „Solidarności” — pozwolił uwolnić
aresztowaną dwójkę i rozładować kryzys. Co
charakterystyczne, partyjny beton bardzo źle przyjął
ustępstwo.
Na posiedzeniu Biura Politycznego 26 listopada
większość zebranych podzieliła stanowisko, że „zarówno
powód, jak i miejsce do konfrontacji jest niekorzystne”. Co
istotne, pojawiły się wtedy wyraziste opinie, aby nie cofać
się w nieskończoność przed „Solidarnością”, opowiadano
się też „za podjęciem strajkowego wyzwania bez liczenia
się ze skutkami”. Wiceszef MSW generał Adam
Krzysztoporski podkreślał: „decyzja o zwolnieniu będzie
miała duży ujemny wpływ na kondycję aparatu
bezpieczeństwa”. Przytakiwał mu kierownik Wydziału
Administracyjnego KC PZPR Michał Atłas: „bezwarunkowe
wypuszczenie Narożniaka bardzo odbije się na kondycji
aktywu, na organach”. „Zwycięska opcja pojednawcza [w
PZPR] zapobiegła wybuchowi protestów, niemniej
ściągnęła na Kanię i jego ludzi gromy zwolenników twardej
linii” (za „Encyklopedią Solidarności”).
Podczas gdy część kierownictwa PZPR była
niezadowolona z ustępstw — robotnicy Huty Warszawa
chcieli walki do końca i żądali spełnienia wszystkich
postulatów protestu ze zwolnieniem wszystkich więźniów
politycznych na czele. Wałęsa do zgaszenia strajku wpierw
wysłał Jacka Kuronia. Znamienne były wówczas wśród
robotników nastroje poczucia własnej mocy. Na hutników
nie podziałały perswazyjne talenty Kuronia i zaczęto się
szykować do wygaszania wielkich pieców.
Jacek Kuroń wspominał: „Hutników uspokoił przybyły z
Gdańska Wałęsa: »Dobra robota! Wspaniała robota! —
Owacje. A potem powolutku oswajał ludzi z myślą, że
strajk muszą przerwać. Wykładał, że strategia, typ ataku.
Ciągnęło się to w późną noc«” (za „Encyklopedią
Solidarności”).
Ten styl perswazji, który rozładowywać będzie liczne
kryzysy aż do grudnia 1981 roku, nazwano potem „efektem
Wałęsy”. Szczególnie w pierwszej fazie powstawania ruchu
polegał on na zaskoczeniu sali dynamizmem lidera, siłą
jego osobowości i barwnymi metaforami, jakie stosował.
Henryk Wujec, wówczas działacz NSZZ „Solidarność”
Regionu Mazowsze, wspomina: „Wałęsa czuł wtedy swoją
siłę lidera i gdy chciał, doskonale ją wykorzystywał. Było
widać, że ma jakiś dynamit w sobie. Gdy pojawiał się na
sali, przez widownię przechodził prąd elektryczny. To nie
było takie złe, wierzył w siebie, ale miał jeszcze na tyle
pokory, że potrafił swoich doradców pytać, sam żartował,
że nie zjadł jeszcze wszystkich rozumów”.
Ten okres kończy się gdzieś w listopadzie 1981 roku,
kiedy zaczynają się pojawiać — wpierw szeptane, a potem
coraz wyraźniej formułowane — zarzuty, że Wałęsie
uderzyła woda sodowa do głowy.
„Czasami miałem wrażenie, że poczuł się jak kacyk.
Świadomość, że jego słowo o wszystkim decyduje, była
demonstrowana tak wyraźnie, że rosła liczba osób, którzy
byli tym mniej lub bardziej jawnie zniesmaczeni. Z
perspektywy czasu myślę, że ten konflikt był nie do
uniknięcia. Po pierwsze, zniknął pierwszy paromiesięczny
okres zachłyśnięcia się nowym ruchem, po drugie, kryzysy
zaczęły się pojawiać jeden za drugim. Staram się
zrozumieć Wałęsę, wciąż na wszystko było mało czasu,
działał pod presją coraz to nowych wydarzeń, to wszystko
prawda, ale mógł lepiej rozegrać swoje ówczesne spory z
»Krajówką«”.
Ludzie, którzy wówczas pracowali w Hotelu Morskim,
jako pracownicy etatowi Regionu Gdańskiego lub ci
działacze Krajowej Komisji Porozumiewawczej, którzy znali
zachowania Wałęsy jeszcze sprzed Sierpnia ’80, zaczęli
sarkać na — jak nazywano go wówczas — Walezego, ale
woleli tej swojej wiedzy nie ogłaszać publicznie, bo
rozumiano, że władza czeka tylko na rozdźwięki. Z kolei ci,
którzy nie mieli okazji przyglądać się Wałęsie na co dzień i
przybywali do Hotelu Morskiego z całego kraju — od
Świnoujścia po Ustrzyki — byli wpatrzeni w przywódcę
„Solidarności” jak w święty obrazek. Bardzo często było to
niezależne od stopnia wykształcenia czy nawet
doświadczenia życiowego. Ludzie z regionu wspominają,
że najbardziej uderzający byli siwowłosi profesorowie,
którzy wręcz zginali się w pas przed Wałęsą. Oczywiście
nie wypada z tego kpić, bo byli to ludzie zachwyceni, że
wreszcie wolna Polska ma swojego lidera. Ale ci
profesorowie, zachwyceni 5- czy 10-minutową audiencją u
„Wałka”, odjeżdżali, a jego stali współpracownicy musieli
się zderzać z jeszcze większym poziomem samozachwytu
swojego szefa. Antoni Wręga, działacz robotniczy związany
z RMP, tak opowiadał Piotrowi Zarembie o tamtych
czasach w książce „Młodopolacy”: „Wałęsa początkowo
kierował się wrażeniami: a, tego znam, z tym byłem w
1979 roku pod pomnikiem, z tym w 1980 roku w bazylice.
Ale potem to przestało na niego działać. To [wtedy] tacy
ludzie jak [Andrzej] Celiński imponowali mu, bo był z
Warszawy, a jeszcze w dodatku potrafili schlebiać. To było
bardzo przyjemne, gdy ludzie z tytułami naukowymi
opowiadali Wałęsie, że jest genialny”.
W tej samej książce Tomasz Wołek, wówczas związany
z RMP, tłumaczył, dlaczego aż tylu ludzi zaciskało wtedy
zęby i milczało o coraz bardziej niepokojących
przemianach charakteru Wałęsy:
„W nich [młodopolakach — przyp. P.S.] narastał
krytycyzm. To oni musieli znosić dworskie obyczaje,
kaprysy, wzrost roli Mietka [Wachowskiego], narzucanie
własnego zdania. Ja uważałem, że o tych wadach nie
należy zbyt dużo mówić nawet we własnym gronie. On
może się składać z samych wad, ale palec Opatrzności
wyniósł go do wyjątkowej roli (...). Upominałem ich, kiedy z
niego drwili [Dariusz Kobzdej nadał Lechowi Wałęsie
przydomek »Bokassa« od nazwiska środkowoafrykańskiego
dyktatora — kanibala — przyp. Piotr Zaremba]. Bierzmy
Wałęsę takim, jakim jest, nikt inny nie zjednoczy Polaków”.
O tym, jak bardzo rosła liczba osób rozdrażnionych
metamorfozą Wałęsy, świadczą słowa Lecha
Bądkowskiego, pierwszego rzecznika prasowego MKZ.
Grzegorz Grzelak, cytuje jego opinię z 1981 roku w swoim
wydanym po 1989 roku szkicu „Lech Bądkowski a RMP,
»Solidarność« i Lech Wałęsa”: „To postać historycznie
przypadkowa. Przykład płatania figlów przez historię. Jego
wyniesienie spowodował głód moralnego przywództwa.
Człowiek ten, chociaż jest symbolem przełomu, nie jest
oczekiwanym przywódcą. Przeskoku, jaki przeszedł,
mógłby dokonać tylko człowiek o ogromnej kulturze
wewnętrznej, by nie ulec zepsuciu”.
Jeśli cytuję te opinie, to po to, aby wskazać, jak wiele
było czynników, które dodatkowo podminowywały relacje
między Wałęsą a takimi jego rywalami jak Andrzej Gwiazda
czy później Jan Rulewski lub Zbigniew Bujak. Nie tylko
zauważali oni wyjątkowo wyraźnie wady przywódcy
„Solidarności”, gdyż obserwowali go z bliska. Dodatkowo
nie potrafili rozdzielić irytacji Wałęsą jako człowiekiem i
różnic politycznych koncepcji. Ale to paradoksalnie nie
wzmacniało ich polemiki z przewodniczącym związku, ale
na odwrót, zmniejszało ich skuteczność. W pojedynkach na
słowa w czasie posiedzeń KKP mieszali osobiste urazy z
dyskusją o przyszłości związku. Próbując wpierw z Wałęsą
polemizować, a potem już wprost rzucić mu wyzwanie jako
liderowi, nie potrafili ukryć emocji. Nie rozumieli, że ich
krytyka Wałęsy jest bardzo często mało czytelna dla
większości delegatów. Ci z kolei „Wodza” widywali tylko
raz na miesiąc i tak jak wszyscy ulegali „efektowi Wałęsy”.
Adwersarze lidera zżymali się wtedy, że większość
delegatów daje się mu wodzić za nos. A to rozgoryczenie
jeszcze bardziej powiększało przepaść między radykałami
a resztą „Krajówki”. I byli jeszcze bardziej rozdrażnieni i
nieskuteczni.
Gwiazda zrażał do siebie inżynierskim stylem i
przekonaniem o swojej nieomylności, a Rulewski zbyt
łatwo wpadał w rewolucyjny hurraoptymizm. Bystry
obserwator ówczesnych konfliktów Ryszard Bugaj
zauważa, że duża część delegatów, oprócz paru pierwszych
miesięcy istnienia „Solidarności”, nie wyzbyła się lęku, że
wpakowała się w coś, co skończy się prędzej czy później
zemstą władzy. To dlatego radykalizm Gwiazdy czy
Rulewskiego trafiał często w próżnię, a Wałęsa, choć
zmienny i często łamiący zasady wewnętrznej demokracji,
potrafił zbierać oklaski, nawet gdy mówił tak pozornie
nielogiczne zdania jak: „Mieliśmy mieć demokrację, a
każdy mówi to, co chce”.
Zaskakująco ekshibicjonistycznie brzmi późniejszy
wywiad Wałęsy dla Ewy Berberyusz zamieszczony na
łamach „Tygodnika Powszechnego” z początku marca 1981
roku.
„— Mówiliśmy o pańskiej wadzie. A zaleta?
— Zaleta? Ja w sumie zły jestem...
— Jak się pan czuje, jak pana przegłosują?
— Właśnie ktoś wykorzystał, że zostałem
przegłosowany. BBC [brytyjska rozgłośnia nadawała
wówczas audycje w języku polskim — przyp. P.S.] podał.
Nigdy nie zostałem przegłosowany.
— Ale może być w demokracji tak...
— Nie będzie, bo ja zawsze jestem z wolą ludu. Ja nie
mogę mieć własnego zdania, ja zawsze muszę iść z
większością, czy mi się podoba, czy nie.
— Co się kryje pod pańską maską czarusia?
— Naprawdę jestem samolubem, zamkniętym
człowiekiem, człowiekiem, który w ogóle nie lubi mówić.
Nie lubię tańców, zabaw, nie lubię towarzystw. Chciałbym
być sam na sam na rybkach, na grzybkach. Życie mnie
wrzuciło w taką sytuację, bo sytuacja jest zupełnie
odwrotna od tego, co lubię” („Tygodnik Powszechny”,
1.03.1981).
Wróćmy jednak do końca listopada 1980 roku. Po
stronie władzy czas ten stał pod znakiem przygotowań do
możliwości wprowadzenia stanu wojennego. „Solidarność”
wiedziała o tym dzięki działalności swojej wtyczki w
aparacie bezpieki w postaci kapitana Adama Hodysza. 8
grudnia 1980 roku zazwyczaj dobrze poinformowany
tygodnik „Der Spiegel” zamieścił na okładce sowiecki
czołg miażdżący polskie godło z dużym tytułem: „Wymarsz
na Polskę”.
Dziś wiemy, że groźba sowieckiej inwazji była wówczas
realna i tylko bardzo zdecydowana postawa Jana Pawła II i
prezydenta USA Ronalda Reagana zapobiegła tragedii.
Oczywiście atak na Polskę nie był dla Moskwy wygodny,
skoro i tak miała problemy z Afganistanem. Jednak nie ma
złudzeń, że gdyby Rosjanie byli zdeterminowani, to władze
włączyłyby się w przywracanie porządku. 1 grudnia 1980
roku władze ZSRS przekazały przedstawicielom Ludowego
Wojska Polskiego, generałowi Tadeuszowi Hupałowskiemu,
i pułkownikowi Franciszkowi Puchale ramowy projekt akcji
wkroczenia Sowietów do Polski, który miano zamaskować
ćwiczeniami Sojuz ’80 z możliwym terminem 8 grudnia
1980 roku. Pułkownik Ryszard Kukliński poinformował
wtedy Waszyngton, że w akcji miało uczestniczyć 15
dywizji radzieckich, 2 dywizje z Czechosłowacji i jedna
jednostka z NRD. Stanisław Kania, nowy I sekretarz KC
PZPR, który rozumiał, że Polacy nie zareagowaliby biernie
na wjazd czołgów z czerwoną gwiazdą, zdołał 5 grudnia na
szczycie Układu Warszawskiego przeforsować odstąpienie
przez Rosjan od swoich planów i obiecał, że „Solidarność”
zostanie zdławiona wyłącznie polskimi rękami. Wtedy to
pojawiło się po raz pierwszy złowróżbne określenie: „gdy
tylko wystąpią pierwsze oznaki wyczerpania
społeczeństwa”.
Oznaczało to, że PZPR przystąpi teraz do
długoterminowego planu wszczynania konfliktów, za które
winą będzie obciążona „Solidarność”. Cynicznie — i jak się
potem okazało — skutecznie czekano, aż wyczerpie się
entuzjazm wolnościowej rewolucji, a uniesienia zastąpi
znużenie i strach. Te znane już dzisiaj bardzo groźne dla
Polski okoliczności dramatycznego kryzysu grudnia 1980
roku były wtedy nieznane, ale wszyscy wyczuwali je
intuicyjnie. Przy ocenianiu ówczesnej polityki Wałęsy
musimy pamiętać o ciężarze odpowiedzialności, jaka
wówczas spoczywała na liderze „Solidarności”.
Pamiętać też należy, że bardzo energicznym
czynnikiem wzywania „Solidarności” do umiaru był Kościół
katolicki z kardynałem Stefanem Wyszyńskim na czele,
który jeszcze w czasie sierpniowego strajku niemile
zaskoczył stoczniowców wezwaniami do jego przerwania i
podjęcia pracy. Stary prymas traktował Wałęsę jak swego
syna, ale z tym większym zdecydowaniem wzywał go do
samoograniczania się. Kardynał Wyszyński, który widział
na własne oczy Powstanie Warszawskie, miał jeszcze przed
oczami gigantyczny przelew krwi z lat 1939-1945 i
tragiczną epopeję żołnierzy wyklętych. Wiemy także, że
wizja sowieckiej inwazji była całkiem realna.
Ale nie należy też za bardzo idealizować Wałęsy. W
dużej mierze przy podejmowaniu rozmaitych decyzji
rzucała się w oczy jego skłonność do lawirowania i
przyjmowania linii postępowania w reakcji na przebieg
wydarzeń. Ówczesna barwna mowa Wałęsy była słuchana z
tak znaczną dozą nadziei, że nie rzucało się wówczas w
oczy, jak bardzo elastyczne i wieloznaczne są pozornie
efektowne szlagworty przywódcy „Solidarności”. Paweł
Zyzak, który w swojej biografii związkowego lidera
dokonał krytycznej analizy jego przemówień z lat 1980-
1981, pisał: „W okresie półtorarocznej działalności związku
pojawiły się pierwsze charakterystyczne powiedzenia
naszego bohatera. Później doszły kolejne w rodzaju »punkt
widzenia zależy od punktu siedzenia«, »jestem za, a nawet
przeciw«, »trochę tak, trochę nie«, »nie chcę, ale muszę«,
»plusy dodatnie, plusy ujemne«, »teoretycznie tak, a
praktycznie nie«. (...) Spisane sentencje wbrew pozorom
nie dowodzą o przywiązaniu naszego bohatera do
relatywizmu. Świadczyły jedynie o permanentnym
uciekaniu przed odpowiedzialnością za czyny. W razie
niepowodzenia Wałęsa mógł zmyć z siebie barwę
reprezentanta danej opcji i spróbować zatrzeć negatywne
wrażenie. (...) Wałęsa potrzebował szerokiego pola
manewru, powiadał więc: »Ja się z wami zgadzam, tylko to
trzeba zrobić mądrze«, pozostawiając interlokutorowi
cząstkę nadziei. W ten sposób poza małą grupą lepiej
znających go byłych działaczy WZZ zapewniał sobie
przewagę neutralnych emocji w gronie aktywistów ruchu”.
Gdy się słuchało Wałęsy bez patriotycznego uniesienia,
to to, co mówił, niekiedy bywało trudne do poważnego
traktowania.
Jan Rokita wspomina: „Uczestniczyłem w jego
spotkaniu z delegatami Małopolski w hali Olivii [na
zjeździe Solidarności w 1981 roku]. Tam wygłosił [on]
kilkunastominutowe przemówienie, którego główna myśl
była taka, że dąży do takiej Polski, w której każdy rolnik
będzie miał swojego robotnika. Rolnik będzie dostarczał
swojemu robotnikowi jedzenie, a robotnik dostarczy
rolnikowi maszynę. I to miał być podstawowy cel
Solidarności. Ja to zapamiętałem jako doświadczenie
wstrząsające. W kręgu krakowskich studentów z NZS
uważaliśmy wtedy, że Wałęsa jest... delikatnie mówiąc,
mało rozgarnięty” (Jan Rokita, „Anatomia przypadku”).
Jeśli uważnie przedrzeć się przez dziesiątki wywiadów,
jakich udzielił przywódca „Solidarności” w latach 1980-
1981, bez trudu można znaleźć równie egzotyczne tezy,
jakie przywołuje Rokita. Oto w sierpniu 1981 roku Wałęsa
— pytany przez dziennikarkę „Głosu Wybrzeża” o
wyczerpanie się skuteczności broni strajkowej —
przedstawia taką oto koncepcję: „powinniśmy robić takie
strajki, żeby społeczeństwo było zadowolone, żeby nic nie
traciło. Dam taki przykład: w dniu strajku nie płaci się za
bilety tramwajowe”.
„— To pozorny zysk, gdyż elektryczność się zużywa —
odpowiadała dziennikarka.
— Tak, ale to państwo traci, a nie społeczeństwo, nam
przecież trochę złotówek w kieszeni zostanie.
— Nie bardzo rozumiem, przecież węgiel się zużywa.
— Ale to jest nasza wspólna korzyść, bo ten węgiel nie
pójdzie gdzieś na rynek w tę czy tamtą stronę” („Gazeta
Krakowska”, 31.08.1981).
Jednym z pierwszych starć między Wałęsą a grupą jego
krytyków ze środowiska małżeństwa Gwiazdów i Anny
Walentynowicz stała się kwestia nazwy dla pomnika ofiar
masakry z 1970 roku, który powstał na przełomie listopada
i grudnia i miał być odsłonięty 16 grudnia 1980 roku.
Władze, które lubiły wtedy przedstawiać siebie jako
zwolenników porozumienia i zgody, wymusiły na Wałęsie
jego akceptację dla nazwania monumentu „pomnikiem
pojednania narodowego”. Symbolem owego pojednania
miało być umieszczenie na liście ofiar, oprócz
stoczniowców, także nazwiska zabitego milicjanta. Gdy o
tych planach dowiedziała się Anna Walentynowicz,
poinformowała o tym stoczniowców i wywołało to ogromne
wzburzenie. W końcu Wałęsa musiał się wycofać z takich
pomysłów, ale zemścił się, nie udzielając Annie
Walentynowicz przepustki na plac przed stocznią w dniu
odsłonięcia monumentu. To wtedy pojawił się w retoryce
Wałęsy zwrot o „pani Ani, która nam wszystkim chce
zbytnio namieszać”.
Sama uroczystość 16 grudnia była też znamienna z
jeszcze jednego powodu. Przybycie na plac przedstawicieli
władzy było ostatnią próbą wskrzeszenia ducha koncyliacji
z Porozumień Sierpniowych. Kolejne odsłonięcia
pomników, na przykład w czerwcu 1981 roku w Radomiu,
Ursusie i Poznaniu, odbywać się już będą wyłącznie w
solidarnościowym gronie.
Wałęsa musiał się wreszcie zmierzyć z problemem
międzynarodowej sławy. I znów można powiedzieć, że miał
nieprawdopodobne szczęście. Potrafił doskonale wcielić się
w obraz przywódcy pokojowego i nieawanturniczego, ale
jednocześnie dumnego ze swego kraju i wyczulonego na
pamięć o ofiarach komunizmu. Potrafił błyskać
zaskakującym humorem. Przykładem tego jest wywiad dla
„Der Spiegel” z 1981 roku. „Panie Wałęsa, pańskie
stosunki z rządem są z natury rzeczy napięte” — zagajali
niemieccy dziennikarze, na co przywódca „Solidarności”
ripostował: „Co wy opowiadacie? To są wręcz stosunki
miłosne”. Gdy wysłannicy „Der Spiegel” zwrócili mu
uwagę: „Jakoś nie ma na to dowodów”, Wałęsa dowcipnie
odrzekł: „W tej sprawie zawsze starałem się o dyskrecję”
(za: „Zadra” Jana Skórzyńskiego).
Wałęsa stał się szybko gwiazdą zachodnich mediów.
Doskonale wyczuwał, że medialna sława ochrania
„Solidarność” przed sowiecką inwazją, więc zawsze, nawet
mimo zmęczenia, znajdował czas i cierpliwość dla
zachodnich żurnalistów. Gdy w październiku 1981 roku
zgodził się na wywiad dla amerykańskiej edycji „Playboya”,
dziennikarze tego rozbieranego magazynu mitygowali się,
pytając, czy Wałęsa nie wstydzi się rozmawiać z „takim”
czasopismem. Najsłynniejszy elektryk świata odpowiadał
bardzo szczerze: „Szanuję was. W końcu to prasa zrobiła
ze mnie gwiazdę. Jestem z tego zadowolony. Jestem wam
wiele winien. (...) Bez was byłbym nikim” („Playboy”,
październik 1981 roku, przedruk w polskiej edycji pisma z
grudnia 1992).
Wałęsa był darem z niebios dla bardzo licznej grupy
zachodnich intelektualistów, którzy po inwazji Związku
Sowieckiego na Czechosłowację w 1968 roku i najeździe
na Afganistan w 1979 szukali jakiejś idei, która nie byłaby
prokapitalistyczna, ale jednocześnie byłaby ekspiacją za
długoletnie kibicowanie komunistycznym partiom na
Zachodzie. „Solidarność” stanowiła ucieleśnienie takiej
idei. Dlatego do Polski, jako miejsca robotniczej „słusznej
sprawy”, pielgrzymowali przedstawiciele tak różnych
środowisk, jak amerykańscy związkowcy z AFL-CIO i
jednocześnie trockiści z zachodniej IV Międzynarodówki.
To wtedy Wałęsa nauczył się palić fajkę, aby w razie
trudnego pytania, dzięki paru pociągnięciom cybucha, dać
sobie parę dodatkowych sekund na wybrnięcie z kabały.
Rewolucja solidarnościowa miała bardzo dobrą prasę
na Zachodzie dzięki tak obytym w świecie doradcom jak
Bronisław Geremek. Ale i swoje robiło wsparcie
pomarcowej emigracji. Kto dziś pamięta, że koło poparcia
dla „Solidarności” założyła w Oxfordzie nawet Helena
Wolińska, niegdysiejsza pani prokurator, żona profesora
Włodzimierza Brusa. Była krwawa prokurator stalinowska,
która w 1968 roku wyjechała z mężem do Wielkiej Brytanii,
kibicowała stamtąd, wraz z większością środowiska lewicy
laickiej, solidarnościowej rewolucji. W imię zachwytu nad
spełnieniem się czysto robotniczej, antybiurokratycznej
rewolucji nad Wisłą lewicowcy wybaczali liderowi
„Solidarności” noszenie wizerunku Matki Boskiej w klapie i
codzienne msze święte. Widzów programów
informacyjnych we Francji czy Wielkiej Brytanii zadziwiły
obrazki ze strajkujących zakładów, gdzie księża odprawiali
nabożeństwa i spowiadali robotników ustawionych w
długie kolejki. Litościwie kładziono to na karb „polskiej
specyfiki”. Günterowi Grassowi portret Matki Boskiej na
bramie Stoczni Gdańskiej kojarzył się z wizerunkiem Róży
Luksemburg.
Ale nie zmieniało to faktu, że pomysł Wałęsy z
wizerunkiem Pani Jasnogórskiej w klapie był piarowskim
majstersztykiem. To wszystko trzeba odnotować na
korzyść związkowego przywódcy. Miał wtedy mnóstwo
trafnych pomysłów i nie brakowało mu intuicji, jeśli chodzi
o wybór stylu. A wtedy każdy dobry pomysł był na wagę
złota. Nigdy wcześniej — może oprócz Praskiej Wiosny z
1968 roku — oddolny wolnościowy ruch społeczny w
państwie komunistycznym nie był tak dynamiczny i nie
trwał tak długo. Na dodatek Praska Wiosna była ruchem
reform odgórnych, a „Solidarność” stanowiła rewolucję
spontaniczną i niemającą nic wspólnego z partią
komunistyczną.
Dziś trudno sobie wyobrazić, jak bardzo różni ludzie
tworzyli Krajową Komisję Porozumiewawczą. Świadomość
polityczna tych robotników, którzy otarli się o opozycję,
była zupełnie inna niż delegatów reprezentujących
naturszczyków z głębokiej prowincji, gdzie opozycji nie
widziano od czasów Mikołajczyka i gdzie lęk przed siłą
komunistycznej władzy był jeszcze bardzo silny. Jak zwykle
w warunkach szybko i gwałtownie rodzącej się demokracji
zderzano się z nieumiejętnością sprawnego procedowania i
co rusz wybuchały skargi rozmaitych działaczy —
przekonanych, że ktoś nimi manipuluje. Typowym
wspomnieniem z tamtych czasów były długie narady
trwające do pierwszej czy nawet trzeciej w nocy, w trakcie
których powietrze, coraz mocniej nasączone dymem tanich
papierosów, powodowało, że niemal nie było czym
oddychać.
Na szczęście nie spełniły się najgorsze obawy starych
opozycyjnych wiarusów, w których obawiano się
masowego napływu do „Solidarności” ludzi podstawionych
przez bezpiekę. Można postawić tezę, że władza jesienią
1980 roku umieściła w bezpośrednim otoczeniu Wałęsy
Mieczysława Wachowskiego, który objął funkcję jego
osobistego kierowcy, a potem nieodstępującego na krok
szefa asystenta i osobistego sekretarza. Lektura książki
Pawła Rabieja i Ingi Rosińskiej „Kim pan jest, panie
Wachowski?” oraz fakt niezakwestionowania jej treści
przez Mieczysława Wachowskiego dają prawo do
postawienia dalej idących pytań, które trzeba stawiać w
imię prób zrozumienia sytuacji z tamtego czasu, np. czy
Wachowski mógł być oficerem SB na etacie niejawnym lub
agentem SB o wyjątkowo starannie wyczyszczonych
aktach? Do sprawy tej powrócę w jednym z kolejnych
rozdziałów. Najbliższe miesiące pokażą, że Wachowski
będzie odgrywał u boku Wałęsy niezwykle dziwaczną,
tajemniczą i znaczącą rolę.
***
Autorzy jedynej, jak dotąd, biografii wpływowego
kierowcy, Paweł Rabiej i Inga Rosińska, piszą, że
Wachowski towarzyszył przewodniczącemu „Solidarności”
we wszystkich objazdach krajowych, spędzając z nim setki
godzin. „Sam Wałęsa przyznaje, że przez rok
funkcjonowania prawie się nie rozstawali, w niedługim
czasie Wachowski poznał wszystkie tajemnice i upodobania
swego szefa”. I dalej: „Na prośbę Wałęsy Wachowski za
pomocą japońskiego magnetofonu rejestrował nagrania
wystąpień i rozmów Wałęsy z najprzeróżniejszymi ludźmi.
Formalnie chodziło o to, aby lider »Solidarności« mógł
potem wysłuchiwać ich w czasie długich jazd samochodem
i uczyć się wyłapywania błędów lub lapsusów językowych.
Ale jak się szybko okazało, Wachowski nagrywał wszystko
cały czas.
Jak ustalili Rabiej i Rosińska, jedna z sekretarek
Wałęsy zrobiła kiedyś awanturę, gdy podczas jazdy
samochodem z Wałęsą zauważyła mikrofon wystający zza
klapy marynarki szofera. „Zapytany o przyczynę, dla
której rejestruje rozmowę, Wachowski zmieszał się i
próbował obrócić sprawę w żart. Powiedział Kuczyńskiej
[sekretarce Wałęsy], że nagrań dokonuje na własny
użytek”. Rabiej i Rosińska twierdzą, że meldunki i raporty
Wachowskiego trafiały do szefa ówczesnego MSW i
pierwszego sekretarza KW PZPR Stanisława Kani. Jak
twierdzą autorzy książki, Wachowski spotykał się z
oficerem MSW Adamem Krzysztoporskim w gdańskim
hotelu Posejdon.
Z kolei notatka Stasi z listopada 1981 roku wskazuje,
że Krzysztoporski uznawany był za człowieka, który „na
zlecenie Kani utrzymywał ścisły kontakt z Wałęsą”. To
zdumiewające, że po Rabieju i Rosińskiej nikt nie
zdecydował się nie tylko na dalsze badania roli
Wachowskiego u boku Wałęsy, ale wręcz całą misję
tajemniczego kierowcy u boku szefa NSZZ „Solidarność” w
latach 1980-1981 zbywa się jako mało ważny element
folkloru Wałęsowskiego dworu. Jest coś niemal
diabolicznego w dziwacznych relacjach przywódcy
związkowego z jego kierowcą. Książka Rabieja i Rosińskiej
odnotowuje uparte plotki w centrali „Solidarności”
mówiące o tym, że Wachowski miał dbać o zapewnienie
Wałęsie rozrywki z kobietami, w czym pomagały jego
dawne kontakty jako taksówkarza z trójmiejskimi
„królowymi nocy”. Z drugiej strony świadomość, że
człowiek, który mógł być agentem SB, organizował takie
eskapady, każe pytać, czy Wałęsa nie wiedział, że mogło to
służyć gromadzeniu kompromitującego materiału w aktach
SB.
Czy Wałęsa uznawał Wachowskiego za swego rodzaju
łącznika z władzą za plecami Krajowej Komisji
Porozumiewawczej? Wreszcie, jeśli Wachowski był
agentem SB u boku Wałęsy i nagrywał wszystkie rozmowy
szefa, to jak miałaby wyglądać niezależność związkowego
lidera wobec władzy? Przyjąwszy, że Wachowski
kontrolował niemal każdą minutę Wałęsy, oznaczałoby to,
że od grudnia 1980 roku, a przynajmniej od stycznia 1981,
przywódca „Solidarności” był w niezwykle dużym stopniu
nadzorowany przez władze i to, że pełnił rolę wyzwania dla
komunizmu, wynikało już jedynie z faktu jego lawirowania.
Nawet niezwykle życzliwy dla Wachowskiego Jacek
Kuroń w swoich wspomnieniach nie ukrywał, że uważał go
za kogoś w rodzaju ochroniarza Wałęsy, ale z ramienia
MSW, który miał dbać o to, żeby jego szefowi przypadkiem
nie stała się jakaś krzywda, bo wówczas wszyscy uznaliby
to za sprawkę ekipy rządzącej. Może więc Wałęsa potrafił
jakoś dzielić sprawy, o których wiedział Wachowski, z
obszarami działań i rozmów, które były dla „wysłannika
władzy” nieznane. Ale przeczą temu wypowiedzi ludzi,
którzy wówczas otaczali Wałęsę. Wskazują one, że
Wachowski był niemal przy każdej jego rozmowie.
Dochodziło do tego, że w marcu 1981 roku, jak wspomina
Jan Olszewski, „Wachowski miał wręcz wpływ na
kształtowanie się składu delegacji »Solidarności«” udającej
się na rozmowy z rządem”. Jeśli dzisiaj wielu ówczesnych
współpracowników Wałęsy niechętnie potwierdza takie
relacje, to wynikać to może z głęboko upokarzającej
pamięci o sytuacjach, gdy prosty kierowca decydował o
tym, czy kogoś weźmie do samochodu na rozmowy z
rządem czy nie, i uważano to wówczas za działanie na
ciche polecenie Wałęsy. A jeśli było inaczej, jeśli to
Wachowski okazywał się człowiekiem, który
przeforsowywał w odpowiednich momentach swoje
decyzje? Konsekwencje, jakie wynikają z pytań o jego rolę,
są niezwykle poważne. Skłaniają do zadania pytania, czy
Wałęsa był samodzielny w swoich działaniach,
przynajmniej w okresie od grudnia 1980 roku do 13
grudnia 1981. Cała pamięć Polaków z tamtego okresu
temu zaprzecza, ale z drugiej strony dopiero zbierając
materiały do tej książki, zorientowałem się, jak mało
wiadomo o okresie między sierpniem 1980 roku a
grudniem 1981. Długie lata rządów ekipy, która
wprowadziła stan wojenny, w latach 1980-1989 nie
zachęcały do rozważań, jak wyglądała ówczesna
„Solidarność”. A po roku 1989 działo się tyle nowego, że
nikt do okresu Karnawału długo nie wracał.
Maciej Łopiński, wówczas dziennikarz gdańskiego
tygodnika „Czas”, przyglądał się Wałęsie z bliska.
Gdy pytam: „Czy władza, mając umiejscowionego u
boku Wałęsy Wachowskiego, wszystko wiedziała?”,
odpowiada: „Istota sprawy mieści się w podwójnym
znaczeniu słowa »kontrolować«. Jeśli »kontrolować« w
znaczeniu ‘wiedzieć’, to wiedziała bardzo dużo, a może
nawet wszystko. Jeśli »kontrolować« w znaczeniu ‘wpływać
na rozwój wydarzeń’, to władza nie miała na Wałęsę w
dużej mierze wpływu”.
Po pierwsze, czynnikiem dodatkowym była dynamika
ruchu „Solidarności”. Ta fala go niosła, a on doskonale
wyczuwał nastroje. Do pewnego momentu bardzo często
chciał się nastrojom przeciwstawić, przychodził na
spotkanie z zamiarem spacyfikowania jakiegoś protestu,
ale widząc, że ludzie w imię swoich racji skoczą w ogień,
przyłączał się do większości w myśl tego, co Wałęsa
nazywał zasadą, „że trzeba być blisko ludu”.
Po drugie, sytuację władzy utrudniała sama natura
Wałęsy. Można ją nazwać chłopską przebiegłością. Wałęsa
zawsze usiłował przechytrzyć sojusznika, jedne furtki
zamykać, inne otwierać i zawsze zachowywać specyficzną
duchową niezależność. W tym sensie niekiedy przechytrzał
kolegów z KKP, choćby tolerując Wachowskiego czy
uczestnicząc w niejawnych spotkaniach z
przedstawicielami władzy, z drugiej strony potrafił
doprowadzić władze do furii, robiąc coś, czego władza się
nie spodziewała. Ta frustracja ekipy PZPR-owskiej znajduje
swoją ilustrację we wspomnieniach Mieczysława
Rakowskiego. Wściekał się on w nich, że Wałęsa to
„oszust, z którym nie można się nigdy ułożyć i być do
końca wszystkiego pewnym”.
Podobną chwiejność zachowania Wałęsy pamięta
Zbigniew Romaszewski, który obserwował, jak latem 1981
roku Wałęsa przyjechał do Radomia zgasić lokalny strajk
przeciwko nadużyciom władzy kierowany przez szefa
Regionu Ziemi Radomskiej Andrzeja Sobieraja.
„Wałęsa wpada do regionu, idzie wprost do gabinetu
Sobieraja i już po chwili słyszę wściekłe ryki: co wy tu
robicie, psujecie mi robotę, jak się wścieknę, to po waszym
regionie nie zostanie nawet kamień na kamieniu. Wałęsa
myśli, że już osiągnął swój cel i spacyfikował Sobieraja.
Ten cicho i pokornie prosi, żeby jeszcze Wałęsa łaskawie
pojechał na wiec miejscowej »Solidarności« na stadionie w
Radomiu. Wałęsa, jak zawsze próżny, jedzie na wiec
pewny, że będzie mógł pobrylować. Tymczasem na
stadionie orientuje się, że tłumy w pełni popierają
Sobieraja i za nim stoją murem, popierając strajk. Wałęsa
bierze mikrofon do ręki i już po chwili popiera strajk i
Sobieraja” (Zbigniew Romaszewski, relacja 26.06.2013).
Wałęsa pozostawał więc wilkiem samotnikiem, który w
kluczowych momentach przeforsowywał swoją linię,
lekceważąc szefów regionów, a potem ex aequo rozbrajał
oburzenie na swoją samowolę poprzez efektowne sztuczki
słowne lub chwyty socjotechniczne. Dwie najbardziej
typowe, choć proste, metody lidera „Solidarności” polegały
na przerwaniu obrad, gdy temperatura sporu przekraczała
pewne granice, i proponowaniu odśpiewania hymnu
narodowego albo wspólnego odmówienia modlitwy. Z
punktu widzenia Wałęsy związkowi radykałowie — tacy jak
Andrzej Gwiazda, Seweryn Jaworski, Jan Rulewski,
Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk czy Patrycjusz
Kosmowski — byli jak szaleńcy zabawiający się ogniem. Z
kolei dla radykałów forsowana przez Wałęsę taktyka
unikania radykalnych metod w grze z władzą powodowała
utratę dynamizmu i poczucia jedności, jaki był
największym kapitałem Sierpnia ’80. Obie strony nie mogły
do końca uzasadnić słuszności swojej taktyki. Wałęsa nie
potrafił udowodnić, że naprawdę dana sytuacja była już na
ostrzu noża i groziło użycie siły przez władzę, a
radykałowie nie byli w stanie wykazać, że mocniejsze
„szturchnięcie” komunistów wywołałoby ich pójście na
ustępstwa.
Zbigniew Romaszewski stawia tezę, że w latach 1980-
1981 Wałęsa był mistrzem sytuacji. Czasami jednak ów
„mistrz sytuacji” zderzał się z coraz większą determinacją
władzy, która wolno, ale skutecznie przygotowywała się do
ostatecznej konfrontacji. Dziś z perspektywy czasu widać,
że wstępem do zamachu 13 grudnia było objęcie
stanowiska premiera przez generała Wojciecha
Jaruzelskiego w lutym 1981 roku. Początkowo Wałęsa,
który nigdy nie wyzbył się sentymentu do wojska, przywitał
tę nominację jako sygnał odprężenia. Na jednym z wieców
po wyborze Jaruzelskiego mówił: „Nowy premier, generał,
to widzimy, że chce dobrze. Potrzebny nam jest silny,
rozsądny rząd, który nie będzie przeszkadzał, ale musi
mieć czas, żeby poprzestawiać meble, a stare wstawić do
lamusa” (Radom, 16.03.1981).
Nadzieje związane z Jaruzelskim i dość śmieszny
sentymentalizm ówczesnych Polaków, którzy rozrzewniali
się na widok wojskowego munduru, były wówczas
powszechne. Gdy krótko po mianowaniu Jaruzelskiego jego
wybór spuentowałem w mojej gazetce szkolnej w III LO w
Gdańsku przyklejeniem zdjęcia dyktatora bodaj z Peru
noszącego bardzo podobne czarne okulary co Jaruzelski i
równie jak on łysego, niemal cały dzień podchodzili do
mnie czy to oburzeni nauczyciele czy nawet zdetonowani
koledzy, powtarzający, że się czepiam Jaruzelskiego bez
powodu i mimo wszystko trzeba mu dać jakiś kredyt
zaufania.
***
Wielkie nadzieje — jak można podejrzewać, także i
Wałęsy — wywołał apel Jaruzelskiego w Sejmie o 90
spokojnych dni. Tymczasem trzy dni po pochwałach dla
nowego premiera ze strony Wałęsy w Radomiu i
Bydgoszczy doszło do brutalnej akcji milicji, która rozbiła
próbę okupacji sali Wojewódzkiej Rady Narodowej przez
działaczy bydgoskiej „Solidarności”. Szef Regionu
Bydgoskiego Jan Rulewski oraz dwaj inni działacze zostali
dotkliwie pobici. Kryzys bydgoski bardzo dobrze pokazuje
amplitudę zachowań Wałęsy. Na początku Wałęsa dostaje
szału, bo dochodzi do niego, że władza z niego zakpiła, i
sypie wobec niej ostrymi deklaracjami. Przemawia z
balkonu siedziby „Solidarności” nad Brdą do ogromnych
tłumów i daje do zrozumienia, że tym razem związek
pokaże swoją siłę. Co ciekawe, Wałęsa, mówiąc, że „ktoś
pokazał pazurki i trzeba mu te pazurki przyciąć”, wysyła
sygnał, że możliwa jest prowokacja jakichś twardogłowych
z PZPR przeciwko generałowi Jaruzelskiemu. Ale już 22
marca Wałęsa spotyka się z Jaruzelskim sam na sam.
Nazajutrz po tym spotkaniu na posiedzeniu KKP w
Bydgoszczy Wałęsa jest już zwolennikiem ostrożnych
działań i ma przeciwko sobie większość kierownictwa
związku. Co charakterystyczne, im bardziej jest
wewnętrznie rozdwojony, tym bardziej sarka na Krajową
Komisję Porozumiewawczą, „która go ogranicza”. Biograf
lidera „Solidarności” Jan Skórzyński pisze: „Wałęsa
wystąpił przeciwko większości kierownictwa i rzucił na
szalę cały swój autorytet, torpedując plany strajku
generalnego niepoprzedzonego strajkiem ostrzegawczym.
Opowiadał się za stanowczością, ale unikaniem otwartej
konfrontacji. Apelował, by nie dolewać oliwy do ognia.
Otwarcie też stwierdził, że sytuacja jest tak poważna, że
trzeba ograniczyć demokrację wewnątrzzwiązkową. W
Bydgoszczy doszło wówczas do straszliwego konfliktu,
Wałęsa wyszedł z obrad, obrażając Komisję Krajową —
opowiada Andrzej Celiński” (Jan Skórzyński, „Zadra”).
Co charakterystyczne, Wałęsa po raz pierwszy sięgnął
wtedy po szantaż, stawiając warunek: albo ja, albo
demokracja. Rzucił mianowicie wyzwanie kolegom z KKP,
mówiąc, że albo Komisja przegłosuje jego wniosek, aby
poprzedzić strajk generalny strajkiem ostrzegawczym, albo
on opuści salę i machnie ręką na obrady KKP. Autorytet
Wałęsy był tak mocny, że mimo oburzenia adwersarzy
większość zagłosowała po jego myśli. Zwolennicy twardej
linii wobec władzy czuli, że teraz związek musi
zmobilizować społeczeństwo, gdyż inaczej jego autorytet —
i tak już słabnący od listopada 1980 roku — ulegnie
absolutnemu rozpadowi. Ci, którzy pamiętają ówczesne
nastroje, wskazują, że społeczeństwo było gotowe do
bardzo solidarnej i konsekwentnej akcji.
Zbigniew Romaszewski wspomina: „Jeśli nawet
profesorowie na uniwersytecie, i to często ci nie
najodważniejsi, kupowali wówczas śpiwory i materace,
szykując się do strajku generalnego, to oznaczało to, że
wszyscy zastrajkują”.
Strajk ostrzegawczy 27 marca był udany i jak
wskazywali zwolennicy „twardej konfrontacji z władzą”, w
wielu zakładach przyłączali się do niego nawet partyjni.
Zapomina się często, że w „Solidarności” znalazło się około
1 mln członków PZPR, choć byli to zazwyczaj szeregowi
członkowie trzymilionowej wówczas partii. Co
charakterystyczne, sukces strajku ostrzegawczego 27
marca, według zgodnej relacji wszystkich obserwatorów, w
żadnym stopniu nie wpłynął na wzmocnienie pozycji
Wałęsy. Już wtedy byli tacy, którzy wiązali ten „dół” w
nastrojach z rozmową z Jaruzelskim 22 marca.
Zastanawiano się, co takiego Jaruzelski mógł powiedzieć
Wałęsie, że ten od tego momentu wyraźnie uciekał od
zdecydowanej akcji. Ale na korzyść Wałęsy świadczy
jednak to, że 28 marca, czyli tuż przed kluczową fazą
rozmów z władzą, poruszające ostrzeżenie skierował do
przywódcy „Solidarności” i innych liderów związku prymas
Stefan Wyszyński. Były to niezwykle dramatyczne słowa:
„Odpowiedzialność za życie dzieci polskich to jest
odpowiedzialność straszna. I dlatego też zastanawiając się
nad sytuacją, pytam siebie: Czy lepiej z narażeniem naszej
wolności, naszej całości, życia naszych współbraci, już
dzisiaj osiągnąć postulaty, choćby najsłuszniejsze? Czy też
lepiej jest osiągnąć coś niecoś dzisiaj, a co do reszty
powiedzieć: Panowie, do tej sprawy wrócimy później”.
Czy słowa „niekoronowanego króla Polski” były
kontynuacją jego taktyki ostrożności, jaka zaczęła się w
trakcie przemówienia na Jasnej Górze 26 sierpnia 1980
roku, czy też były przesadną reakcją przywódcy Kościoła,
który — jak wspomnieliśmy — był naznaczony pamięcią o
Powstaniu Warszawskim i zmiażdżonej rewolcie na
Węgrzech w 1956 roku? Czy w otoczeniu prymasa byli
agenci władzy, którzy specjalnie wzmacniali lęki i obawy
prymasa Polski? Ostatecznie 28 marca 1981 roku doszło
do rozmów, w których władza wyraźnie czuła się w sytuacji
silniejszego partnera, pewnego, że „Solidarność” jest
podzielona w kwestii decyzji o strajku generalnym.
Wałęsa zdecydował się na samodzielne przyjęcie tak
zwanej ugody warszawskiej, która zakończyła spór w
sposób, który dla „Solidarności” był porażką. Na dodatek w
niewyjaśnionych do dzisiaj jeszcze okolicznościach
przywódca „Solidarności” doprowadził do tego, że
oświadczenie o ugodzie odczytał jego główny przeciwnik
Andrzej Gwiazda. W trakcie posiedzenia KKP 31 marca i 1
kwietnia Wałęsa bronił się, że „Polska zbyt wiele
ryzykowała”. Krzyczał na adwersarzy, że „siebie może
narażać, ale nie ludzi”. Dawał do zrozumienia, że Polacy są
zmęczeni i nie mają ochoty na konfrontację z władzą.
„Zejdźcie na dół, zobaczcie, co ludzie myślą”. Ale oddajmy
też głos tak zwanym radykałom. Jan Rulewski, który z racji
bycia liderem Regionu Bydgoskiego najbardziej boleśnie
odczuł rezygnację z wyjaśnienia prowokacji bydgoskiej,
wskazywał, że nie można mówić o żadnej prowokacji
przeciwko Jaruzelskiemu, skoro przez 3 tygodnie przed
atakiem na związkowców w budynku WRN
przygotowywano zgrupowanie milicji z czterech
województw. Rulewski na dramatycznym posiedzeniu KKP
rozliczającym indywidualną decyzję Wałęsy o przyjęciu
porozumień warszawskich z goryczą mówił w twarz
Wałęsie i jego doradcom z Bronisławem Geremkiem na
czele: „Przegraliście wszystkie karty łącznie z cenzurą,
więźniami politycznymi, rolnikami itp. (...) jest to hańba dla
związku, który nie tylko nie bronił swej godności, pobitych
ludzi, ale sprzedał nadzieje innych grup społecznych”.
Zbigniew Bujak, szef Regionu Mazowsze, wskazywał
wtedy, że Wałęsa, zawierając to porozumienie,
zdemobilizował związek i nie otrzymał nic w zamian.
Pozbawił związek jego głównej broni.
Nastąpiło pęknięcie nastrojów i już nigdy „Solidarność”
nie była w stanie zmobilizować tak wielkiej masy ludzi w
poczuciu, że można wygrać z komunistyczną władzą.
Maciej Łopiński, który obserwował tamte wydarzenia z
bliska, wspomina: „W każdym wielkim ruchu społecznym
przy tego typu konflikcie i tym stopniu mobilizacji mas nie
można sobie pozwolić na takie wypuszczenie pary w
gwizdek. Bo drugi raz podobnej mobilizacji już się nigdy
nie osiągnie. Nie można potem jeszcze raz zachęcić ludzi
do takiego sprężenia. Pamiętam dobrze nieprawdopodobną
atmosferę przed ogłoszeniem przez Wałęsę ugody.
Powtórzę raz jeszcze, nawet ludzie niespecjalnie odważni
deklarowali wtedy: no nie, teraz to już nie powinniśmy
odpuszczać władzy” (Maciej Łopiński, relacja 29.06.2013).
***
Kolejne 5 miesięcy to rosnąca frustracja działaczy KKP
i równie gwałtowna retoryka Wałęsy przeciwko
»szaleńcom«. Towarzyszy im coraz bardziej otwarcie
werbalizowana przez przywódcę „Solidarności” nuta
oskarżania KOR jako siły destrukcyjnej. Zacytujmy raz
jeszcze wywiad z Wałęsą z 31 sierpnia 1981 w „Głosie
Wybrzeża”. Na pytanie dziennikarki: „O co się pan kłóci z
Gwiazdami?”, padła odpowiedź: „Ej, proszę pani, to oni się
cały czas ze mną kłócą, pani tego nie widzi? Dużo rzeczy
bez Gwiazdy nie osiągnąłbym, bo to jest bardzo mądry
człowiek, ma nieprzeciętne zdolności. Ale jak długo można
do kogoś wyciągać rękę do zgody, gdy ta ręka natrafia na
próżnię. (...) Chodzi o to, żeby nikt tego związku nie
wykorzystywał do innych celów. Wiele zawdzięczam KOR-
owi, ja to doceniam, ale nie pozwolę, aby mieszali mi tutaj.
(...) Tak długo przepraszałem, prosiłem. Ale ci ludzie idą na
całego, ja już nie mam siły”.
W tych końcowych 5 miesiącach istnienia
„Solidarności” jej przywódca co rusz tworzy antynomię:
linia Wałęsy kontra awanturnictwo Gwiazdów i KOR.
Rozdrażnienie radykałami z KKP Wałęsa odreagowywał
coraz bardziej autokratycznym zachowaniem w swoim
otoczeniu. To bardzo charakterystyczne, że im bardziej
tracił on pomysł na wyjście z narożnika, do którego władza
wpychała powoli związek, tym bardziej w jego
bezpośrednim otoczeniu narastały niemal dworskie
obyczaje. Nałożyło się to na zmianę linii działania Jacka
Kuronia. Lider KOR doszedł do wniosku, że Wałęsy nie da
się strącić ze szczytu związku, i postanowił iść z nim na
pewną współpracę. Ludwik Dorn, który był wówczas
młodym socjologiem działającym w Instytucie Analiz
Społecznych przy Regionie Mazowsze, pamięta swoją
wizytę na obradach KKP, przy okazji której trafił z jakiegoś
powodu do pokoiku Wałęsy przylegającego do sali obrad,
gdzie lider „Solidarności” odpoczywał, leżąc na kozetce.
Na moje pytanie, dlaczego tak trudno znaleźć mi kogoś,
kto opowiedziałby, jak konflikty lata i jesieni 1981 roku
wyglądały z punktu widzenia bezpośredniego otoczenia
Wałęsy, Dorn odpowiada: „Pewnie dlatego, że ci, co byli
blisko Wałęsy, gdyby chcieli być szczerzy, to wtedy z ich
wspomnień musiałaby wyciec smutna prawda o panującym
wówczas w jego otoczeniu włazidupstwie i dworactwie. Nie
zapomnę tego, co widziałem wówczas w małym pokoiku
zajmowanym wtedy przez Wałęsę obok sali obrad KKP—
»wielki Walezy« rozwalony na kozetce i Kuroń, niemal
klęcząc podający mu ognia. Wałęsa nie raczył się nawet
pochylić, aby ułatwić zapalenie mu papierosa”.
Ten konflikt będzie bardzo wyraźnie widoczny w czasie
zjazdu, kiedy Wałęsa co prawda odrzuci zarzuty
przeciwników, że chce być „demokratycznym dyktatorem”,
ale w kółko będzie powtarzał, że „nikt nie może bajdurzyć,
ja potrzebuję ludzi, żeby robili, a wygram sam”.
Wspomnieliśmy już, że przez cały rok 1980 i 1981
Wałęsie udawało się utrzymywać rząd dusz nad liderami
związku z różnych regionów Polski. Wałęsa musiał się
ciągle zmagać z niezadowoleniem i podejrzliwością, z jaką
traktował go duet Adam Michnik i Jacek Kuroń. Lech
Dymarski, ówczesny działacz opozycji z Poznania,
wspominał, jak w październiku 1980 roku Michnik
zaskoczył go dziwacznym pomysłem.
„Adam Michnik w czasie jednego ze spotkań już po
kryzysie bydgoskim poinformował mnie konfidencjonalnie,
że odkrył »fantastycznego, młodego robotnika«, kandydata
na szefa »Solidarności«. »Nazywa się Domińczyk!
Zobaczysz, że będzie świetnym liderem!«. Nie podzielałem
tej ekscytacji. Był to pomysł absurdalny. Michnik nie
rozumiał, jak bardzo charyzmatyczną postacią był już
wtedy Wałęsa” (Lech Dymarski, relacja 30.07.2013).
Osobą, którą zachwycał się Michnik, był Mirosław
Domińczyk, przewodniczący Regionu Świętokrzyskiego
„Solidarności”, który jako delegat Kombinatu Budownictwa
Miejskiego i Fabryki Łożysk Tocznych „Iskra” w Kielcach
w sierpniu 1980 roku przybył do strajkującej Stoczni
Gdańskiej. Zachwyt Michnika nad Domińczykiem
pokazywał, że poszukiwał on robotnika, który byłby mu
powolny i którym zastąpiłby niesterowalnego Wałęsę.
Oczywiście próby te się nie udały i Wałęsa, mający
nieprawdopodobny instynkt politycznego zwierzęcia, nie
dał się wypchnąć z siodła. Przy okazji, aby zakończyć ten
wątek, podajmy, że internowany po 13 grudnia 1981 roku
Domińczyk w lutym 1983 wraz z rodziną udał się na
emigrację najpierw do RFN, a później do USA. Los
uśmiechnął się do niego dopiero w 1990 roku, kiedy jego
dwie córki Dagmara i Marika zrobiły karierę filmową w
Hollywood.
Wałęsa będzie z niechęcią Kuronia i Michnika zmagał
się jeszcze długo. Można postawić tezę, że Kuroń pogodził
się z faktem, iż Wałęsy nie da się wysadzić z siodła,
dopiero wiosną 1981 roku, a pokój z nim zawarł dopiero na
zjeździe „Solidarności” jesienią 1981 roku. Bardziej
krytyczny wobec Wałęsy był Michnik, który aż do listopada
1981 roku będzie po cichu narzekał na „sułtańskie
metody” kierowania związkiem i popierał Andrzeja
Gwiazdę i jego tak zwany „gwiazdozbiór”.
Dziś brzmi to zaskakująco, ale Michnik był wtedy
radykałem solidarnościowej rewolucji atakującym Wałęsę
za — jak uważał — wywołaną perswazją Kościoła zbytnią
ugodowość wobec komunistycznej władzy.
Kolejną kwestią, która musiała spędzać sen z powiek
Wałęsy, oprócz sojuszu Kuronia z małżeństwem Gwiazdów
i Anną Walentynowicz, była kwestia Konfederacji Polski
Niepodległej. To pierwsze ugrupowanie w polskiej
opozycji, które w sposób jawny zdefiniowało się jako partia
polityczna, powstało po rozłamie w obrębie ROPCiO i pod
wodzą Leszka Moczulskiego ogłosiło swoje istnienie 1
września 1979 roku.
Gdy 20 sierpnia 1980 roku Moczulski został
zatrzymany i zwolniono go 1 września, wydawało się, że
było to zatrzymanie typowe dla grupy różnych działaczy
opozycyjnych w czasie gdańskiego kryzysu. Jednak decyzja
władz o ponownym aresztowaniu Moczulskiego 23
września 1980 roku pod zarzutem udzielenia wywiadu dla
„Der Spiegel”, w którym — jak twierdziły władze — lider
KPN wystąpił przeciwko sojuszowi z ZSRS, była już
wyraźną demonstracją z ich strony. Jak wspominają liczni
działacze „Solidarności” z tamtego czasu, Wałęsa
zlekceważył początkowo całą sprawę, uznając, że
Moczulski po jakimś czasie zostanie zwolniony. Jednak
kolejne miesiące mijały i jak się okazało, aresztowanie
Moczulskiego, a potem grupy pięciu innych działaczy KPN
zaczęło budować ogromną popularność tej partii,
szczególnie wśród studentów, ale i części robotników. Ja
sam, krążąc po korytarzach siedziby gdańskiej
„Solidarności”, zacząłem zauważać, że wśród pracowników
regionu zaczynają się pojawiać osoby, które obok znaczka
„Solidarności” miały w klapie dodatkowo efektowny
znaczek Konfederacji z orłem w koronie i kotwicą Polski
Walczącej.
Naturalnym protektorem KPN-owców w Hotelu
Morskim była Nina Milewska. Od lutego 1981 roku
pracowała ona w biurze interwencji przy MKZ Gdańsk. Jak
podaje „Encyklopedia Solidarności”, Milewska prowadziła
nieoficjalny punkt informacyjny KPN w budynku
Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego. Postulat
zwolnienia więźniów politycznych poruszał wtedy
szczególnie młodych. Ja sam w lutym 1981 roku dostałem
od jednego z KPN-owców naręcze plakatów żądających
uwolnienia konfederatów.
Sprawę zapamiętałem tak dobrze, bo wtedy właśnie po
raz pierwszy zostałem zatrzymany w trakcie plakatowania i
zawieziony na komisariat MO przy ulicy Białej w Gdańsku.
Wtedy jeszcze panowała na tyle liberalna polityka, że po
tym, jak mnie spisano i próbowano wypytać o okoliczności
plakatowania, zostałem zwolniony po paru godzinach do
domu. Ale ten fakt, który w naturalny sposób utkwił mi w
pamięci, pokazuje, jak atrakcyjny wówczas był KPN jako
ugrupowanie z jednej strony budzące sympatię z racji
prześladowań, a z drugiej jawiące się — szczególnie
bardziej zaawansowanym w opozycyjnym dojrzewaniu
robotnikom — jako swego rodzaju radykalna partia
wewnątrz „Solidarności”, która miała pchać związek w
kierunku odważniejszego stawiania postulatu
suwerenności Polski wobec Sowietów.
Wałęsa długo odrzucał żądania jakiegoś bardziej
zdecydowanego wystąpienia na rzecz uwolnienia KPN-
owców, ale też w ogólnym chaosie MKZ nie był w stanie
wyraźnie zakazać przynależności do KPN pracownikom
zarządu regionu. Mało kto już pamięta, że żądanie
zwolnienia „wszystkich więźniów politycznych” było
jednym z postulatów protestu, jaki miał skończyć się
strajkiem generalnym w marcu 1981 roku. Gdy do strajku
nie doszło i Wałęsa zawarł ugodę warszawską, to chcąc
złagodzić chociaż jeden front krytyki swojej osoby, zgodził
się stanąć na czele Komitetu Obrony Więzionych za
Przekonania. Jak wspominają jednak działacze
„Solidarności” z tamtego czasu, komitet pod wodzą Wałęsy
był martwy.
Wojciech Bogaczyk, wówczas już działacz NZS,
wspomina: „Komitet pod wodzą Wałęsy nie wykazywał
specjalnej aktywności, za to jak grzyby po deszczu
wyrastały spontaniczne komitety obrony aresztowanych
konfederatów. Bardzo chętnie włączali się w jego działanie
studenci. Miałem wrażenie, że w wielu wypadkach te
spontaniczne komitety były faktycznie punktami
przyciągania do siebie kandydatów do Konfederacji”
(Wojciech Bogaczyk, relacja 9.07.2013).
Jest paradoksem, że pierwsza duża uliczna
demonstracja, jaka przeszła wtedy ulicami Warszawy, była
właśnie demonstracją na rzecz zwolnienia konfederatów.
W bardzo wielu albumach poświęconych „Solidarności”
reprodukowane jest zdjęcie właśnie z tej demonstracji, z
ówczesną studentką Barbarą Boboli, która ubrana w
podkreślający jej wdzięki T-shirt z czerwoną gwiazdą z
czerwonymi szponami, była potem ikoną „Solidarności” w
wielu zachodnich magazynach, na przykład w tygodniku
„Stern”. Wtedy też po raz pierwszy władze zrobiły
wszystko, aby zablokować przemarsz demonstracji obok
budynku Komitetu Centralnego PZPR. W końcu studenci
zgodzili się zmienić trasę pochodu i zakończyć go na placu
Zwycięstwa w zamian za obietnicę zwolnienia
Moczulskiego i jego kolegów pod pretekstem kłopotów
zdrowotnych. Krótkie zwolnienie Moczulskiego w czerwcu
miało na celu uspokojenie studentów, ale już w lipcu 1981
roku został on znowu aresztowany. Notabene wyjdzie z
więzienia dopiero w 1984 roku.
Warte uwagi jest to, że Wałęsę niepokoiła także i
radykalizacja młodzieży. Gdy w kwietniu 1981 roku przyjął
działaczy NZS — wspomnianego już Wojciecha Bogaczyka i
Jarosława Guzego — w Gdańsku, nie omieszkał przestrzec
ich przed radykałami.
„Wałęsa był bardzo miły, deklarował pełne poparcie
dla studentów, ale co charakterystyczne, puszczał oko,
żebyśmy uważali, bo »różni politycy będą was próbować
wykorzystać. Bądźcie sobą, nie dajcie się wodzić za nos
starszym«” (Wojciech Bogaczyk, relacja 7.07.2013).
Bogaczyk zgadywał wówczas, że Wałęsie chodzi o silne
środowisko Kuronia, które było bardzo popularne wśród
młodych, ale mogło chodzić też o KPN. Po raz kolejny
zaniepokojenie Wałęsy wyłanianiem się z „Solidarności”
coraz wyraźniejszych zaczątków partii politycznych
zaobserwować można we wspomnianym wywiadzie
przewodniczącego związku dla „Głosu Wybrzeża” z 31
sierpnia 1981 roku.
Oprócz dość tradycyjnego narzekania na radykalnych
adwersarzy w rodzaju Gwiazdy czy Rulewskiego do swojej
wypowiedzi Wałęsa wplótł nowy, ciekawy akcent:
„Co oni kombinują? Władzę przejąć? Ich władza byłaby
gorsza niż taka, która jest. A te ich partie polityczne, które
kombinują tu i tam — to po co. (...) Wiem jedno: świat
pracy chce chleba, chce żyć, jak najwięcej pracować, a nie
głowy na czołgi nadstawiać” (wywiad dla „Głosu
Wybrzeża”, za „Gazetą Krakowską”, 31.08.1981).
Te enigmatyczne słowa Wałęsy tym razem odnosić się
mogły do dwóch równoległych do siebie prób stworzenia
zaczątków partii. Na prawicy były to Kluby Służby
Niepodległości — ugrupowanie stworzone przez Wojciecha
Ziembińskiego i Aleksandra Halla, którego deklarację
założycielską podpisze także wiceprzewodniczący Regionu
Mazowsze NSZZ „Solidarność” Seweryn Jaworski. Z kolei
na lewicy, w środowisku Jacka Kuronia i Adama Michnika,
dojrzewała wówczas idea powołania Klubów
Rzeczpospolitej Samorządnej „Wolność, Sprawiedliwość,
Niepodległość”, które miały być zaczątkiem
solidarnościowej lewicy. Co zapewne nie uszło uwagi
Wałęsy, w tej z kolei inicjatywie czynny był Zbigniew
Bujak, który znajdował się pod polityczną kuratelą
Michnika od wielu miesięcy. Fakt, że w dwóch
inicjatywach quasi-partyjnych pojawili się liderzy
„Solidarności”, wywoływał w Wałęsie irytację nie tylko z
powodu jego obaw, że popsuje to i tak niełatwe relacje z
rządem Jaruzelskiego. Ludwik Dorn, który jako doradca
„Solidarności” obserwował wówczas nastroje w związku,
wspomina:
„Wałęsa się wściekał i miał do tego powody. Owszem,
wtedy, w sierpniu 1981 roku, te zaczątki partii były jeszcze
słabe i śmieszne, ale Wałęsa dobrze wiedział, że podstawą
jego siły jest magmowata jedność »Solidarności«. Ta
magmowatość powodowała, że w jednym ruchu spotykali
się tak różni ludzie, jak z jednej strony Wojciech
Ziembiński, a z drugiej Bronisław Geremek. Nie zapomnę,
jak w trakcie jednego ze spotkań doradców »Solidarności«
Wiesław Chrzanowski, żołnierz AK więziony po wojnie,
rozpoznał profesora Hellera, który w latach stalinowskich
był w aparacie represji PRL, a teraz jak gdyby nigdy nic
uznał za stosowne być doradcą »Solidarności«. Jak znam
Wałęsę, to jego tok myślenia wówczas można by streścić
słowami: te partie są jeszcze słabe, ale mogą urosnąć, a jak
urosną, to zakwestionują moje przywództwo. To nie jest
tak nieudolna krytyka jak w wykonaniu Andrzeja Gwiazdy.
Z czasem partie rozszarpią mi cały ten interes”.
Wszystko to pokazuje, że Lech Wałęsa był faktycznie
zainteresowany swoistym trwaniem status quo bez
eskalacji i radykalizacji solidarnościowej rewolucji. Wałęsa
wyczuł, że jego kluczowa pozycja w wydarzeniach wymaga
do pewnego stopnia symbiozy z drugą stroną. Mógł
zakładać, że jego szansą jest wykorzystywanie pewnego
stopnia równowagi: musiał być z jednej strony
wyrazicielem wolnościowych nastrojów Polaków, ale z
drugiej nie mógł przeciągać struny w rozgrywce z władzą,
bo jeśliby „Solidarność” diabli wzięli, to cała zabawa by się
skończyła. Może przeczuwał, że ten stan — i tak
zaskakująco długi — trwania Karnawału „Solidarności”
musi się kiedyś skończyć, ale mógł zakładać, że trzeba
próbować tak działać, by stan ten trwał jak najdłużej.
Ludwik Dorn, wspominając tamte lata, wskazuje: „Te
starania Wałęsy, aby krucha równowaga na linii
»Solidarność« — władza trwała jak najdłużej, były
oczywiście podporządkowane osobistej, jednostkowej
karierze Wałęsy, ale generalnie dla polskich dążeń
wolnościowych były bardzo korzystne. Każdy kolejny
miesiąc trwania solidarnościowej rewolucji zmieniał Polskę
w stopniu, w którym trudniejsza była potem próba
przywrócenia wszystkiego do epoki sprzed Sierpnia ’80”
(Ludwik Dorn, relacja 2.07.2013).
***
Pamiętajmy, że wcześniejsze okresy ożywienia
politycznego i liberalizacji trwały niezwykle krótko. W
wypadku odwilży 1956 roku stan wiecowania i pewnego
marginesu wolności trwał według różnych ocen od paru
tygodni do góra dwóch miesięcy. W wypadku odwilży po
Grudniu ’70 można mówić o paru tygodniach wykonywania
gestów pod adresem robotników. Wspominaliśmy już, że
także rekordowo długa Praska Wiosna był to okres pół
roku 1968. Na tym tle trwająca w sierpniu 1981 już 12-
miesięczna rewolucja „Solidarności” stanowiła coś
niespotykanego na skalę całego sowieckiego bloku. „Nasza
rewolucja liczona jest już na lata” — mówił Jan Rulewski
jesienią 1981 roku. A jednocześnie z wielu dokumentów
wynika, że komunistyczna władza, a przynajmniej jej część,
uznawała Wałęsę za najlepsze rozwiązanie.
Oczywiście nie przeszkadzało to w stosowaniu bardzo
diabolicznej polityki wymęczania „Solidarności” i
szykowaniu decydującego uderzenia. Jeśli można
próbować zrekonstruować myślenie ekipy Jaruzelskiego, to
zakładało ono powolne przygotowanie do uderzenia późną
jesienią lub zimą, a zanim ono nastąpi — dyskretne
wspieranie Wałęsy w jego sporach z rywalami z KKP,
takimi jak Jan Rulewski czy Andrzej Gwiazda. W tym stanie
rzeczy w dwóch turach: od 5 do 10 września oraz od 26
września do 7 października 1981 roku, odbył się w
gdańskiej hali Olivii I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ
„Solidarność”. Z sentymentem wspominam to wydarzenie,
gdyż mając 16 lat, byłem na zjeździe oficjalnie
zaakredytowany jako wysłannik niezależnego pisma
młodzieżowego „Uczeń Polski”. Siedząc jak trusia na
trybunie obserwatorów, oglądałem w ciągu dwóch tur
zjazdu — tej pierwszej, 5-dniowej, i tej drugiej, aż 11-
dniowej — karnawał w karnawale. Obserwowanie obrad
było niesłychanie żmudne z racji ciągłego chaosu,
wniosków z sali, absurdalnych dyskusji (trwających jeszcze
bardziej absurdalną ilość czasu) na temat zastrzeżeń co do
procedury i powtarzających się oskarżeń o manipulację.
Nieprzypadkowo wydawany równolegle do zjazdu dodatek
satyryczny młodych dziennikarzy związkowych nosił nazwę
„Pełzający Manipulo”. Zbigniew Romaszewski, który był
delegatem na zjazd, wspomina:
„Na sali jako stary opozycjonista wyczuwałem nosem
rozsianą wśród delegatów agenturę. Na moje oko około 50,
może 60 osób. Ich »wkładem« w zjazd było ciągłe budzenie
swarów, prowadzenie niekończących się dyskusji o jakieś
proceduralne duperele czy wpuszczanie szczurów w
postaci antysemickich aluzji. Ale przy całym rejwachu,
przy całym tym bałaganie, z tego zjazdu wyrastały
uchwały, na czele z posłaniem do narodów Europy
Wschodniej, pod którymi bym się podpisał także i dziś”
(Zbigniew Romaszewski, relacja 27.06.2013).
Z opowieści wielu uczestników zjazdu wynika, że
Wałęsa skupiał się głównie na wygraniu demokratycznych
wyborów o odnowienie mandatu przywódcy „Solidarności”.
To tłumaczy zresztą, dlaczego nie poruszyła go sprawa
posłania do ludzi pracy Europy Wschodniej. Gdyby chciał,
żeby rewolucja solidarnościowa nabrała tempa, powinien
był posłanie poprzeć. I na odwrót, gdyby miał być głównym
heroldem uspokajania „Solidarności”, powinien był huknąć
na delegatów, że wykonują krok, który zdenerwuje już nie
tylko ekipę w Warszawie, ale wręcz rozsierdzi Kreml.
Ludwik Dorn wskazuje:
„Dla Wałęsy zawsze najważniejszy był interes samego
Wałęsy, a jego interesem było wówczas pokonanie w
rywalizacji Gwiazdy, Jurczyka i Rulewskiego. Aby to
osiągnąć, musiał mieć po swojej stronie salę zjazdu. A co
jak co, ale to, jakie są nastroje u ludzi, Wałęsa wyczuwał
szóstym zmysłem. Skoro zobaczył, że ludzie chcą masowo
poprzeć posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej, to
pewnie pomyślał: najważniejsze, żeby za chwilę wybrali
mnie na szefa. Po co mam psuć swój dobry wizerunek.
Skoro ludzie chcą tego posłania, to niech je mają, po co
mam psuć swoje szanse” (Ludwik Dorn, relacja 6.06.2013).
O ile Wałęsa wyraźnie lekceważył Gwiazdę i
Rulewskiego jako swoich rywali, o tyle traktował bardzo
serio rywalizację z Marianem Jurczykiem. Dlaczego bał się
akurat lidera szczecińskiej „Solidarności”? To proste:
Jurczyk był z ludu i bardzo często potrafił przemawiać w
sposób, który — tak jak w przypadku Wałęsy — doskonale
trafiał do delegatów. W swoim kręgu lider związku
lekceważył Gwiazdę jako inteligencika inżynierka. A z kolei
Rulewski, jak trafnie zauważał Wałęsa, zrażał do siebie
salę zbyt neurotycznymi tyradami. Koniec końców
przewodniczący „Solidarności” wygrał z Jurczykiem
wybory na jej szefa, ale stosunkowo niedużą przewagą
głosów. Wałęsa mógł być jednak zadowolony — wybory
rozstrzygnęły się już w I turze, otrzymał on 462 głosy (55,2
proc.). Jego rywale uzyskali odpowiednio: Jurczyk — 201
(24,01 proc.), Gwiazda — 74 (8,84 proc.) i wreszcie
Rulewski — 52 (6,21 proc.).
Swoją wygraną lider „Solidarności” potraktował jako
okazję do wyraźnego podkreślenia, że przywódcą ruchu
jest tylko on i nikt więcej. W przemówieniu po wyborze
Wałęsa zapowiedział, że nie będzie tworzył „sekciarstwa”,
ale będzie je „rozwalał”. Aluzyjnie odnosząc się do
Gwiazdy, Jurczyka i Rulewskiego, mówił: „Pamiętajmy, że
pojedynczo znaczymy niewiele, a razem znaczymy bardzo
wiele i wspólnie, proszę, idźmy drogą do zwycięstwa”
(AKKS, cyfrowy zapis dźwiękowy z obrad I KZD —
2.10.1981). Dopiero dziś dowiadujemy się z dokumentów
SB, że operujący na zjeździe agenci w szeregach
delegatów otrzymali polecenie robienia wszystkiego, aby
Wałęsa wygrał. Bezpieka wiedziała też bardzo dobrze, że
obawiał się on pojawienia się na zjeździe swoich krytyków
w rodzaju Bogdana Borusewicza czy Anny Walentynowicz.
Czy Wałęsa dopuszczał w trakcie zjazdu możliwość
instrumentalnego wykorzystania służby porządkowej
przeciw adwersarzom? Opinie takie mogą potwierdzać
raporty oficerów SB z okresu zjazdu, do których dotarł w
archiwach IPN Sławomir Cenckiewicz i zaprezentował w
książce „Oczami bezpieki”.
Autor omawia tam szyfrogram płk. SB Sylwestra
Paszkiewicza do generałów Adama Krzysztoporskiego i
Władysława Ciastonia z 7 września 1981 roku, w którym
wyrażono opinię, że „coraz większa pewność Wałęsy, iż
zostanie wybrany przewodniczącym »Solidarności«
opierała się po części na przekonaniu, że w razie gdyby
zjazd przybrał niekorzystny dla niego [Wałęsy — przyp.
P.S.] obrót, to na salę wkroczy trzydziestoosobowa grupa
stoczniowców, która wspólnie ze służbą porządkową
usunie z sali osoby atakujące w swoich wystąpieniach
Wałęsę” (Sławomir Cenckiewicz, „Oczami bezpieki”).
Podobne informacje znajdują się w meldunku agenta o
pseudonimie „Grażyna”, który cytuje w swojej biografii
Wałęsy Paweł Zyzak. Meldunek pochodzący z teczki pracy
agenta TW „Grażyna” (nr archiwalny IPN BU 00200/1432
t. 3) tak relacjonuje wydarzenia na zjeździe:
„Dochodziło do scen takich, że straże porządkowe
spędzały wręcz na salę z powrotem delegatów. (...) Była w
kuluarach pani Walentynowicz (...) robiła robotę
odpowiednią. Spotkało się to z oburzeniem komisji
porządkowej i panią Walentynowicz wyproszono z
kuluarów. Próbował interweniować Gwiazda, ale i
Gwieździe uświadomiono bardzo brutalnie, chwytając go
za ręce, że on tez powinien być na sali. Cały czas straż
porządkowa jak gdyby wprowadzała pierwsze represje w
stosunku do delegatów. Porządkowi powtarzali, że
niewybranie L. Wałęsy oznacza wiec i wkroczenie
stoczniowców” (za: Paweł Zyzak, „Lech Wałęsa — idea i
historia”).
Czy Wałęsa mógł zdecydować się — w razie
niekorzystnego dla siebie przebiegu zjazdu — zagrać kartą
„protestu” solidarnościowego aktywu? Można
podejrzewać, że był to raczej środek nacisku i
przedwyborczej gry nerwów niż realny wariant.
Opowieści o „dobrych radach” dla Bogdana
Borusewicza czy Anny Walentynowicz, aby trzymali się z
dala od hali Olivii w czasie zjazdu, słyszałem sam z paru
niezależnych źródeł. Były to kwestie, o których wśród ludzi
„Solidarności” mówiło się wtedy z ubolewaniem jako o
dowodzie na dyktatorskie ciągoty Wałęsy, ale też jako o
problemie, o którym nie trzeba głośno mówić, aby nie
rzucał się cieniem na I zjazd „Solidarności”.
Jeszcze bardziej skomplikowaną kwestią są gry
operacyjne SB w trakcie zjazdu. I tu jedyne badania na
bazie raportów agentów SB prowadził Sławomir
Cenckiewicz, który opisał je w książce „Oczami bezpieki”.
Z jego badań wynika, że SB w trakcie obu tur zjazdu
kolejno próbowała zmiękczyć Wałęsę, wystawiając go na
groźbę porażki w paru istotnych głosowaniach, z drugiej
strony starała się wspierać lidera „S” w politycznej
rywalizacji z Jackiem Kuroniem, z trzeciej zaś działano na
rzecz wyboru Wałęsy na przewodniczącego związku,
uznając to za najbardziej optymalne rozwiązanie.
Oczywiście SB nie miała pełnego wpływu na wynik
wyborów, ale za pomocą swoich agentów w gronie
delegatów robiła co mogła.
Szyfrogram wspomnianego już płk. Sylwestra
Paszkiewicza do generałów Krzysztoporskiego i Ciastonia
wskazuje: „Możliwość frontalnego ataku na Wałęsę jest w
pierwszej turze obrad mało prawdopodobna. Czuje się on
[Wałęsa — przyp. P.S.] bardzo pewnie (lub też udaje, że
tak jest), co udziela się delegatom, których znaczna część
ma nadal do niego zaufanie i jest gotowa udzielać mu
swego poparcia” (za: Sławomir Cenckiewicz, „Oczami
bezpieki”).
Przekonanie przynajmniej części obozu władzy PZPR,
że wybór Wałęsy na szefa związku jest taktycznie
„mniejszym złem”, znajduje odbicie w zapisku Mieczysława
Rakowskiego w swoim dzienniku:
„Sprawa Wałęsy i naszego poparcia dla niego: »Całe
szczęście, że wygrał Wałęsa«, to powszechnie powtarzane
westchnienie«” (Mieczysław Rakowski, „Dzienniki
polityczne 1981-1983”).
***
Listopad 1981 roku to okres, w którym kardynał Józef
Glemp gorąco namawia Wałęsę do rozmów ostatniej
szansy. Spotkanie w trójkącie prymas, Lech Wałęsa i
Wojciech Jaruzelski z 4 listopada nie przynosi jednak
żadnego rezultatu. Jaruzelski dopina już ostatnie szczegóły
stanu wojennego i zainteresowany jest już tylko
odgrywaniem roli zwolennika umiaru, który — jak to
później stwierdzi w przemówieniu 13 grudnia — „w
odpowiedzi na wyciągniętą dłoń napotyka zaciśniętą
pięść”.
W tym czasie Wałęsa traci już chyba nadzieję na
kontynuowanie wspomnianej równowagi pomiędzy rządem
a „Solidarnością”. Wyraźna nuta dojścia do pewnych
psychicznych granic pojawia się i wcześniej. W jednym z
najlepszych wywiadów z Wałęsą z tego okresu
przeprowadzonym przez Ewę Berberyusz czytamy:
„Ci, co zostali wybrani, co prowadzą, powinni się
rozumieć. A nie: są zmęczeni. Zmęczenie nasze — no nie
wiem, czy tylko zmęczenie... wpływa na to, że coraz
bardziej się nie rozumiemy. Boję się, że właśnie przez nas,
działaczy, zawracamy z drogi, którą się tak pięknie szło.
(...)
— Co panu osobiście dają te stadiony, te rajdy po
kraju?
— Nic mi nie dają, męczą mnie. Jestem jednak
odpowiedzialny za swoje dzieci i za to, że stoję na czele
tego ruchu i dopóki z niego nie zejdę czy nie zostanę zdjęty
— będę to robił, czy się to komuś podoba czy nie”.
Te słowa Wałęsy ukazały się w „Przekroju” z 23
sierpnia 1981 roku. Można przyjąć, że 3 miesiące później,
w listopadzie, narastające zmęczenie Wałęsy było jeszcze
dotkliwsze. Ryszard Bugaj, podsumowując różnice
pomiędzy pierwszym okresem działania „Solidarności”
zakończonym niespełnionym strajkiem generalnym w
marcu 1981 roku a drugą fazą między kwietniem a
grudniem, tak je definiuje:
„Pierwsza faza to poczucie napięcia zakończonego
happy endem porozumienia w Stoczni Gdańskiej. Mówiąc
hasłowo, ówczesne myślenie brzmiało: jak się razem
weźmiemy do roboty — społeczeństwo i władza — to i
mięso się pojawi, i więcej wolności będzie. Druga faza,
która zaczyna się latem i staje się już bardzo wyraźna po
zjeździe »Solidarności«, to deprymująca myśl: nie damy
rady przewalczyć komuny, a dodatkowo oni na szczycie
»Solidarności« nie mają pomysłów. Nic się nie da zrobić,
bo jest Rosja, a Kreml twardo obstawia ekipę
Jaruzelskiego” (Ryszard Bugaj, relacja 7.07.2013).
Używając dzisiejszego języka, można powiedzieć, że
coraz więcej ludzi zaczynało wyczuwać, że „Solidarność”
doszła już dawno do szklanego sufitu swoich możliwości
politycznych. To poczucie powodowało znowu dwie fazy
postrzegania Wałęsy. W pierwszej fazie, między sierpniem
roku 1980 a marcem 1981, Wałęsa był nowością i
cudownym darem losu. Był kimś, kto daje nieoczekiwaną
nadzieję, że coś się zmieni. W drugiej fazie ludzie coraz
wyraźniej widzą, że nie daje on rady. Nie rozumieją
ostrości sporów między liderem „Solidarności” a Gwiazdą
czy Rulewskim, za to dobrze widzą, że z klinczu między
władzą a związkiem nie ma innego wyjścia oprócz
rozwiązania siłowego. Ostatnie tygodnie istnienia
„Solidarności” to coraz większe rozchodzenie się nastrojów
między rosnącą apatią związkowych dołów a
zwiększającym się radykalizmem części działaczy Komisji
Krajowej (tak nazywały się władze związku po zjeździe
„Solidarności”).
Z tego upiornego listopada 1981 roku mam osobiste
wspomnienie. Była sobota i ojciec wysłał mnie po jakieś
sprawunki w centrum Wrzeszcza. Mżył leciutki
kapuśniaczek, ale nie była to ulewa, która powodowałaby,
że wszyscy muszą siedzieć w domu. A jednak główna
arteria Wrzeszcza była jakoś dziwnie pusta. Na tle tych
opustoszałych ulic surrealistyczne wrażenie robił budynek
centrali „Solidarności”, z którego z megafonów
wydobywały się fragmenty piosenki Kaczmarskiego
„Wyrwij murom zęby krat” i komunikaty Radiowej Agencji
Solidarności. Wtedy uzmysłowiłem sobie, że lata świetlne
dzielą mnie od czasów jesieni 1980 roku, kiedy wokół
Hotelu Morskiego kręcił się tłum Polaków wyrywających
sobie z rąk choćby najbardziej błahą ulotkę. Teraz pod
sztabem „Solidarności” była absolutna pustka, a nadawane
w przestrzeń pustej głównej alei Wrzeszcza związkowe
komunikaty zdawały się trafiać w próżnię.
A do całej atmosfery rosnącej apatii Polaków władza
dolewała benzyny konfliktów — czy to w postaci pacyfikacji
2 grudnia 1981 roku Wyższej Oficerskiej Szkoły
Pożarniczej w Warszawie, czy potajemnego nagrania przez
agenta SB i publicznego ujawnienia radykalnych
przemówień na posiedzeniu prezydium KK w Radomiu.
To, że nagłośniono mocne słowa Wałęsy o „targaniu się
po szczękach z władzą”, pokazywało, że wobec lidera
„Solidarności” nie stosowano już żadnej taryfy ulgowej.
Ryszard Bugaj tak samo wspomina nastrój z grudnia
1981 roku w Warszawie:
„Zwiększał się rozdźwięk między bazą członkowską a
elitą, ja sam uczestnicząc w dyskusjach na temat
powołania jakiejś rady gospodarki narodowej, słuchałem
ludzi, którzy z całą powagą lansowali idee zupełnie
nierealne. Na przykład koncepcję jakiejś społecznej
kontroli eksportu. Ludzie odpadali. Ale nikt nie odpadał z
otwartą przyłbicą. Coraz trudniej było zmobilizować
kogokolwiek do działania. Nigdy nie zapomnę, jak w
trakcie trwania strajku w żoliborskiej Wyższej Oficerskiej
Szkole Pożarniczej zapaliłem się do idei, aby wówczas
jeszcze tylko otoczony przez milicję budynek szkoły
otoczyć żywym łańcuchem aktywistów »Solidarności«,
którzy byliby wyrazistą demonstracją woli oporu związku.
Nigdy nie zapomnę, jak przybył jeden z liderów Regionu
Mazowsze i cichym głosem wyznał: panowie, pomysł jest
piękny, ale ja nie mogę znaleźć nawet 100 ludzi, aby go
zrealizować” (Ryszard Bugaj, relacja 7.07.2013).
Czy Wałęsa był wówczas postrzegany przez władze
jako mniejsze zło, czy też jako rywal w walce o władzę,
wobec którego nie ma żadnej taryfy ulgowej? Józef Oleksy,
pytany po latach o to, jak zapamiętał stosunek działaczy
PZPR do Wałęsy w tym czasie, odpowiada jednoznacznie:
„Wałęsę postrzegałem jako zagrożenie. W kręgach
partyjnych drażniła jego krzykliwość. Pamiętam to
wyraźnie. Lech Wałęsa był uważany za zagrożenie dla
spokoju i ładu. Ale też nie przeceniano jego charyzmy ani
nie widziano w nim lidera tego ruchu na dłuższą metę”
(Józef Oleksy, relacja 28.06.2013).
Warto zapamiętać tę ostatnią opinię. Tłumaczyć może
ona zachowanie ekipy Jaruzelskiego wobec Wałęsy po 13
grudnia. Ale nie wybiegajmy zanadto w przyszłość.
Posiedzenie Komisji Krajowej w Stoczni Gdańskiej 12
grudnia odbywało się już przy krążących w kuluarach
informacjach o trudnych do sprawdzenia ostrzeżeniach ze
strony członków rodzin wojskowych, że realizowany jest
jakiś plan siłowy władzy. Do regionu wydzwaniali jacyś
bohaterscy Polacy, którzy przejętym głosem informowali o
przejeździe przez ich miasteczka kolumn ciężarówek
pełnych milicji lub wojska. Wszystkie relacje potwierdzają,
że od godziny 15-16 Wałęsa jakby się wyłączył. Ze zjadliwą
ironią zapytał, czy nie byłby rozsądny wniosek, aby komisja
sprawdziła, czy ktoś czegoś nie dodał do jedzenia w trakcie
obiadu w przerwie obrad Komisji Krajowej, co było jego
aluzją do coraz bardziej radykalnych wystąpień delegatów.
Uparta plotka w latach 80. głosiła już post factum, że
Wałęsa miał się spotkać w przerwie obrad z jakimiś
wojskowymi wysłannikami Jaruzelskiego w parafii św.
Brygidy. Miano go tam poinformować o wprowadzeniu
stanu wojennego i zachęcić, by nie wzywał do oporu, bo
przysporzy to Polsce tylko wielu niepotrzebnych ofiar. A
władza i tak od swej decyzji likwidacji „Solidarności” nie
odejdzie. Czy psychiczne „wyłączenie się” Wałęsy od około
godziny 16 z burzliwych obrad potwierdza tę teorię?
Faktem jest, że Wałęsa był już wtedy śmiertelnie zmęczony
16 miesiącami kierowania związkiem i domniemaną
zapowiedź akcji władz mógł przyjąć z ponurym fatalizmem.
Ostatni zapis w stenogramie obrad KK z 12 grudnia
1981 roku to słowa lidera łódzkiej „Solidarności” Andrzeja
Słowika, który referował kolejne sygnały wskazujące, że
ruchy ZOMO i wojska mają na celu jakąś większą akcję.
Nierozpoznany głos innego uczestnika obrad
zarejestrowany na taśmie próbuje rozładować napięcie
żartem: „Nie kracz, Słowik”. Dochodziła północ.
Ryszard Bugaj ma dziś gorzką refleksję: „Całkiem
prawdopodobne, że wprowadzenie stanu wojennego
uratowało legendę »Solidarności«. Wtedy realnie bałem
się, że jeszcze trochę, a wszyscy w związku wydrapiemy
sobie oczy i pójdziemy w rozsypkę. Ale równie mocno
widzę dziś jeszcze jedno: stan wojenny uratował mit Lecha
Wałęsy” (Ryszard Bugaj, relacja 28.06.2013).
Rozdział 3
W zamrażarce
W sobotę 12 grudnia 1981 roku niemal cały dzień
byłem na strajku NZS na Politechnice Gdańskiej, robiąc
dla swojej szkolnej gazetki fotoreportaż. Około godziny 21
zamknąłem się w łazience przerobionej na amatorską
ciemnię, aby wpierw wywołać kliszę, a potem odbić
zdjęcia. Słuchając radia, zdziwiłem się, że o 23 nie
następuje cotygodniowe „Studio Gama”, w którym
puszczano stosunkowo niezłą muzykę, tylko spiker
Sławomir Szof zapowiada muzyczną popelinę typu piosenki
Zdzisławy Sośnickiej i Ireny Santor. Skonany robotą w
ciasnej łazience poszedłem spać około 2 i rano ojciec ze
smutną ironią zbudził mnie słowami: „Możesz już nie
suszyć tych swoich zdjęć, bo władza uderzyła na
»Solidarność« i jest stan wojenny”. „A co z Wałęsą?” — to
było chyba moje pierwsze pytanie. „Nie wiem —
odpowiedział ojciec — w Wolnej Europie mówią tylko o
przemówieniu Jaruzelskiego, który straszy i zakazuje
niemal wszystkiego”. Dziś czytam w książce Jana
Skórzyńskiego „Zadra”: „Na pierwszej konferencji
prasowej stanu wojennego rzecznik rządu Jerzy Urban
oznajmił, że przebywa on [Wałęsa] w stolicy, traktowany
jest z całym szacunkiem należnym przewodniczącemu
»Solidarności« i nie został internowany”.
Moje wspomnienie z tamtych dni jest zupełnie inne.
Było dla nas w Gdańsku wówczas oczywiste, że Wałęsa
został aresztowany. Wystarczyło przejść się w okolice
Hotelu Morskiego, by zobaczyć silne sześcioosobowe
patrole demonstracyjnie przechadzające się po głównej
promenadzie Wrzeszcza — alei Grunwaldzkiej. Ale w tym
systemie były jeszcze luki. Około godziny 16 razem z
bardzo aktywnymi w gdańskiej opozycji braćmi Przemkiem
i Radkiem Kryszkami dowiedzieliśmy się, że w rozbitym
przez ZOMO Regionie Gdańskim został magazyn pełen
papieru. Wpadliśmy na dość szaleńczy pomysł: a może uda
się go wywieźć? Jechałem małym fiatem z Kryszkami na
zaplecze Hotelu Morskiego, pewny, że pchamy się w ręce
bezpieki, ale o dziwo parter budynku rzeczywiście był
pusty i parkując od jego tyłu, bez problemu załadowaliśmy
malucha ryzami z bezcennym wtedy papierem A-4.
Hasło „Uwolnić Wałęsę” usłyszałem następnego dnia
pod bramą strajkującej Stoczni Gdańskiej, gdzie od
poniedziałkowego rana 14 grudnia znów gromadzili się
gdańszczanie. Szukali tu wiary, że jak w Sierpniu robotnicy
swoim protestem coś zmienią. Miejsce było to samo, ale
panował ostry mróz, a strajkujących było znacznie mniej.
Na krótkie dwa dni (poniedziałek i wtorek) plac przed
stocznią stał się na nowo ostatnią oazą nadziei. Pamiętam
wygłaszane przez megafon słowa jakiegoś stoczniowca, że
strajk skończy się dopiero, gdy do stoczni przyjedzie
Wałęsa i zwolnieni działacze „Krajówki”. Początkowo
skierowani pod stocznię czołgiści całkowicie zbratali się z
licznie przybyłymi pod bramę stoczni gdańszczanami i
pozwalali nawet naklejać plakaty ze znakiem
„Solidarności” na burty czołgów T-54. W okolicach
pomnika Sobieskiego krążyły w tych dwóch pierwszych
dniach stanu wojennego tylko jakieś mało zdecydowane
patrole wojskowe. Pamiętam przekazywaną z ust do ust
instrukcję, że trzeba zwracać uwagę na kolor butów — jak
brązowe, to znaczy, że żołnierze, i nie ma co się tak bardzo
bać, a jak czarne — to znaczy, że milicja, i wszystko może
się zdarzyć. Dopiero w kolejnych dniach nauczyliśmy się
bezbłędnie odróżniać stalową barwę kurtek ZOMO-wców
od zielonych okryć „moro” żołnierzy LWP. Jeszcze środa 16
grudnia i czwartek 17 upłynęły na zażartych walkach w
okolicy dworca PKP i gdańskiej „bramy nizinnej” i było po
wszystkim.
Nośność ówczesnego hasła „Uwolnić Wałęsę” była
ciągiem dalszym typowego dla Karnawału „Solidarności”
przekonania, że od lidera związku zależy wszystko. A
przecież oprócz Wałęsy zatrzymano wtedy i więziono
kilkanaście tysięcy ludzi — notabene w nieporównanie
gorszych warunkach od tych, jakich zaznał lider
„Solidarności”. Gdy wspominam ówczesne nastroje,
pamiętam, że wszyscy byli jakoś niesamowicie pewni, że
Wałęsa „nie skrewi”. Im bardziej ludzie idealizowali
Wałęsę przez 16 miesięcy wolności, tym bardziej byli teraz
pewni, że „Lechu” nie pęknie. Fakt, że Wałęsa — mimo
rozmaitych aluzji propagandzistów WRON — nie
wypowiadał się publicznie, był dowodem fałszu tezy, że
„życie powoli wraca do normy”. Gdy do mojego liceum
przybył, jak do wielu innych szkół, wojskowy komisarz z
pogadanką na temat „potrzeby porozumienia
narodowego”, uspokajające tyrady przerywane były
głosami z tylnych rzędów: „Najpierw uwolnijcie Wałęsę”.
Podobnie tamten okres przełomu grudnia 1981 roku i
stycznia 1982 wspomina młodopolak Marian Piłka,
internowany wówczas w Białej Podlaskiej.
„Jedyne wieści o tym, co się dzieje, czerpaliśmy od
odwiedzających nas księży i rodzin. Skoro nie było żadnych
wiadomości o Wałęsie, to uznawaliśmy, że wszystko jest
OK i szef »Solidarności« trzyma fason. Tym bardziej że na
zasadzie kontrastu władze nagłaśniały wtedy kapitulancki
apel szefa »Solidarności Wiejskiej« Jana Kułaja, aby
słuchać władzy”.
„Skruszonych” działaczy związku, którzy w reżimowej
telewizji obiecywali „respektować przepisy stanu
wojennego”, było wtedy więcej. Choćby lider Regionu
Wielkopolska Zdzisław Rozwalak czy rzecznik związku
Marek Brunné, który w żałosny sposób kajał się przed
kamerami.
Dopiero w końcu lutego wyraźnie zmieniła się tonacja.
Zaczęły się ataki na Wałęsę jako awanturnika
odpowiedzialnego za rozwój wydarzeń, który doprowadził
do „nieuchronnej potrzeby reakcji władz”.
Wałęsa był wtedy niekwestionowanym bohaterem
zachodnich mediów. Z Wolnej Europy dowiadywaliśmy się,
że każdy gryps przemycony od szefa „Solidarności”
zachodnie media nagłaśniały na pierwszych stronach.
Osobom odwiedzającym Wałęsę zachodni korespondenci
wręczali małe „idiotenkamery”, aby robiły nimi ukradkiem
zdjęcie więzionemu bohaterowi.
Te zdjęcia z internowania, publikowane na przykład w
przywiezionym przez rodziców kolegi „Paris Matchu”,
oglądaliśmy w mojej klasie jak relikwie.
Liczni zachodni publicyści stawiali wtedy Wałęsę na
równi z takimi bohaterami walki bez przemocy jak
Mahatma Gandhi, Martin Luther King i Andriej Sacharow.
Jego więzienie kosztowało władze PRL spore straty
wizerunkowe i prestiżowe.
Ale potępienie świata członkowie ekipy stanu
wojennego na razie odreagowywali agresją. W pamięci
utkwił mi inny przeszmuglowany z Zachodu magazyn. Był
to numer „Sterna” z pierwszych miesięcy 1982 roku z
Mieczysławem Rakowskim sfotografowanym w
nowobogackim kożuchu na tle limuzyny Peugeot 604, z
lekceważeniem opowiadającym niemieckim dziennikarzom
o Wałęsie jako niebezpiecznym awanturniku, który sam
zapracował na swój los.
W odpowiedzi na arogancję ekipy Jaruzelskiego na
przystankach, skrzynkach pocztowych czy witrynach
sklepów pojawiły się małe — jak byśmy to dzisiaj
powiedzieli — „vlepki” z hasłem: „Solidarność żyje”, i
wizerunkiem Wałęsy ze słowami: „Uwolnić Lecha”.
Nieprzypadkowo chyba ich autorzy wybrali wizerunek
Wałęsy z Sierpnia ’80 z zadziornym śmiejącym się
spojrzeniem.
Nie zapomnę też przekazywanej z ust do ust informacji
o uroczystości chrzcin córki Wałęsy Marii Wiktorii, która w
marcu 1982 roku zgromadziła w niewielkim kościele św.
Kazimierza Królewicza na Zaspie spore tłumy. Do dziś
pamiętam ziąb, jaki panował w nieogrzewanym, lekko tylko
zadaszonym, kościele. A potem była cudowna
demonstracja 1 maja 1982 roku, kiedy to demonstranci
„Solidarności” nie tylko wdarli się w oficjalny pochód, ale
przeszli triumfalnie przez cały Wrzeszcz pod hasłem:
„Chodźcie z nami, dziś nie biją” aż pod dom Wałęsy. Jedna
z uczestniczek tego pochodu wspomina: „Wchodzimy
między bloki i domyślam się, że w którymś z nich mieszka
rodzina Wałęsy. Na jednym z balkonów II piętra suszą się
pieluszki, czyżby to były Marii Wiktorii? Rzeczywiście tłum
zatrzymuje się przed tym balkonem i skanduje:
»Solidarność! Solidarność! Wypuścić Lecha! Maria
Wiktoria!«. Po chwili na balkonie pojawia się pani Danuta
Wałęsa. Widać jej szalone wzruszenie, bo przecież widzi
przed sobą las sztandarów z napisem »Solidarność«.
Ludzie wiwatują na jej widok, skandują. Widać, że pani
Danuta płacze, oboma rękami ociera łzy napływające do
oczu. Wychodzą na balkon jej młodsze dzieci. Marię
Wiktorię trzyma jakaś kobieta przy oknie balkonowym.
Młodzi chłopcy, którzy szli na czele pochodu z
transparentem »Solidarności«, wbiegają na balkon i
rozpinają na całej długości balkonu. Pani Danuta coś mówi.
Słyszę jej słowa podziękowania. Prosi bardzo, aby teraz
rozejść się spokojnie i nie iść już dalej” (relacja Lucyny
Perepeczko, wspomnienia uczestnika pochodów 1-
majowych w zbiorze „Świadkowie stanu wojennego”).
Przez te bojowe miesiące 1982 roku i kolejne lata
każde nawiązanie do Wałęsy — z sensem lub bez sensu —
wywoływało żywiołowe reakcje.
Czczono wodza „Solidarności” — raz wprost, jak
wtedy, gdy na demonstracjach śpiewano „Zwycięży
»Solidarność«, bo jej przewodzi Lech”, innym razem
pośrednio, byleby tylko wymienić nazwisko, jakie władza
skazała na niebyt.
W świetnie oddającej koloryt tamtego czasu „Piosence
o łapaniu jeży na szosach” Jan Kelus śpiewał:
Co innego pieszy
— człowiek nie jest drewno —
wałęsa się szosą
i widzi niejedno
WAŁĘSA, WAŁĘSA
— z przeproszeniem Lecha — człowiek się szosami
a życie ucieka...
Również słuchacze radiowej audycji mówionej
poznańską gwarą „Blubry Starego Marycha” wiedzieli
dobrze, że gdy jej bohater Marian Pogasz kończył audycje
hasłem „I niech zwycięża Lech”, to nie chodziło tylko o
poznański klub piłkarski.
W tym niezwykle wiernym i bezwarunkowym poparciu
dla „wodza” Polacy dotrwali do listopada 1982 roku, kiedy
po delegalizacji „Solidarności” i stłumionych
demonstracjach 11 i 12 listopada w absolutnej beznadziei
władze ogłosiły list podpisany przez „kaprala Lecha
Wałęsę” do Jaruzelskiego z deklaracjami gotowości do
porozumienia.
„Wydaje mi się, że nadchodzi już czas wyjaśnienia
niektórych spraw i działania w kierunku porozumienia.
Trzeba było czasu, by wielu zrozumiało, co można i na ile
można. Proponuję poważne spotkanie i poważne
przedyskutowanie interesujących tematów, a rozwiązanie
przy dobrej woli na pewno znajdziemy” — mówił końcowy
akapit listu.
Dziś korespondencja ta sprawia wrażenie bardzo
ogólnikowej, i wydawałoby się, że mogła być powodem do
pewnej konsternacji zwolenników „Solidarności”. Ale
sięgając pamięcią tamtego okresu, nie przypominam sobie,
by ktoś wyrażał jakiekolwiek wątpliwości co do
antysystemowej determinacji „Lecha”. Nikt też nie uważał
dość dziwacznego podpisu „kapral Wałęsa” za coś innego
jak jedynie szyderczą kpinę z nadętego generała w
czarnych okularach.
Nic zatem dziwnego, że gdy 14 listopada po południu
znów z ust do ust w całym Gdańsku rozeszła się
informacja, że jeszcze tego samego dnia Wałęsa wróci do
domu przy ulicy Pilotów 16 na Zaspie, tłumy ruszyły pod
jego blok. Pamiętam parogodzinne czekanie na
obrzydliwym zimnie, które dłużyło się nam niemiłosiernie.
Ale gdy tylko samochód z Wałęsą przyjechał, wybuchł
chyba największy od wielu miesięcy szał radości.
„Niczego nie obiecałem, niczego nie podpisałem, do
niczego się nie zapisałem” — tak zapamiętałem ówczesne
słowa Wałęsy wygłoszone przez mikrofon z okna jego
domu.
„Mianujemy cię generałem” i „Lechu do domu, a
Jaruzel do Moskwy” — skandowano. Jak spod ziemi ludzie
zdobywali kwiaty i przekazywali nad głowami tłumu
szczęśliwcom stojącym najbliżej klatki najsłynniejszego
elektryka.
Parokrotnie jeszcze tego wieczoru „Lechu” podchodził
do okna i pozdrawiał zgromadzonych gdańszczan. Dopiero
około północy tłum zaczął niechętnie się rozchodzić. W
pamięci utkwiły mi rozjaśnione twarze wracających do
domu ludzi, uśmiechy, jakich nie widziałem od miesięcy.
Na chwilę wrócił klimat z Karnawału.
Tak internowanie wyglądało z perspektywy wiernego
„wodzowi” Gdańska. Czy można jednak zamykać oczy na
złożone dzieje postawy Wałęsy w czasie tych 11 miesięcy
odosobnienia? Te kwestie zamykane są przez obrońców
późniejszego prezydenta frazą: „koniec końców nie pękł
wtedy przed komuną, więc po co grzebać w szczegółach?”
Problem w tym, że wiele z tych szczegółów, podobnie
jak w okresie Karnawału, zapowie zachowania Lecha
Wałęsy po 1989 roku. Dopiero po latach dowiedzieliśmy się
o istotnych drobiazgach 11 miesięcy internowania Wałęsy.
Największe zasługi ma w tej mierze Paweł Zyzak, który
pracowicie zebrał wszystkie znane źródła dotyczące tego
okresu.
Zacznijmy od obserwacji, że władze przystąpiły do
zatrzymywania Wałęsy z ogromną kurtuazją. Przywódca
związku tak opisuje ostatnie minuty 12 grudnia i początek
13 grudnia:
„Dzwonek dzwonił tej nocy prawie bez przerwy. Około
1.00 zaczęła się seria wizyt w moim domu. Najpierw
zgłosili się młodzi ludzie z RMP z informacjami o
zatrzymaniach ich ludzi. Byli u mnie jeszcze raz,
informując, co się dzieje w mieście, oczekiwali, że im coś
doradzę. Powiedziałem: czekać do rana, nie wpadać w
panikę, teraz trudno ocenić zaistniałą sytuację. Dostałem
też wiadomość o aresztowaniu mojego kierowcy
[Mieczysława Wachowskiego — przyp.
P.S.]. Przyjechała jego żona w towarzystwie aktora,
dziennikarza »Tygodnika Solidarność« (Lech Wałęsa,
„Droga nadziei”).
Historyk IPN Justyna Skowronek tak z kolei opisuje
czas między 1 a 2 w nocy: „Do mieszkania Lecha Wałęsy w
dzielnicy Gdańsk Zaspa około godziny 1 w nocy przybyli
działacze opozycyjnego Ruchu Młodej Polski z
informacjami o aresztowaniach. Arkadiusz Rybicki z RMP
wspomina, że przewodniczący był już w piżamie,
powiedział, że poczeka do rana, co będzie, to będzie. (...)
Po rozmowie z Rybickim Wałęsa położył się spać” ( Justyna
Skowronek, „Stan wojenny w Polsce 1981-1983”, w zbiorze
„Świadkowie stanu wojennego”).
Wałęsa w „Drodze nadziei” nie opisuje dokładnie, kiedy
przybyli do niego wojewoda Jerzy Kołodziejski i I sekretarz
KW PZPR Tadeusz Fiszbach. Biorąc jednak pod uwagę
wcześniejszą jego uwagę, że Kołodziejskiego zbudzono
około 1 w nocy i zawieziono do Fiszbacha, aby razem
pojechali do Wałęsy, można przyjąć, że przybycie oficjeli
do bloku na Zaspie miało miejsce około godziny 2. Wałęsa
pisze w swojej autobiografii:
„Blok mieszkalny przy ul. Pilotów i wejście do klatki
były szczelnie obstawione milicją. Zaczęli rozmowę przez
zamknięte drzwi, potem weszli do środka i przekazali mi
polecenie udania się natychmiast do Warszawy.
Odrzuciłem tę propozycję, gdyż warunkiem wstępnym
powinno być uwolnienie wszystkich zatrzymanych”.
Jak wspomina, Fiszbach i Kołodziejski udali się z jego
żądaniem do swego punktu dowodzenia, skąd mieli
przekazać postulat do Warszawy. Dalej Wałęsa wspomina:
„Tymczasem pod drzwi mieszkania przybyła specjalna
grupa »bojowa« wyposażona w łomy, która zażądała
wpuszczenia. W wyniku pertraktacji ustalono, że zostaną
wpuszczeni dopiero po powrocie Fiszbacha i
Kołodziejskiego. Po godzinie 3.00 przybyli ponownie
Fiszbach i Kołodziejski i major dowodzący grupą
specjalną”.
Wałęsa miał powiedzieć obu dygnitarzom: „Będę
gotów, jak tylko żona spakuje mnie”. W końcu sam zgodził
się pojechać do Warszawy i tak zaczęło się jego blisko
roczne uwięzienie.
Ta kurtuazja ekipy Jaruzelskiego pokazuje, że ci ludzie
z obozu władzy, jacy stykali się z Wałęsą, musieli wyrazić
wtedy przekonanie, że szef „Solidarności” jest na tyle
przywiązany ambicjonalnie do roli lidera związkowego, że
raczej da się kupić. Skoro tak, to nawet przy zatrzymaniu
należy używać salonowych form. Była w tym mieszanina
premedytacji z ukrytym lekceważeniem Wałęsy.
Nie sposób nie zadumać się nad dziwactwami relacji
lidera „Solidarności”. Z jego relacji wynika, że aż do około
1 albo nawet 1.30 jego mieszkanie nie było otoczone przez
milicję. Oczywiście mogło być tak, że milicja trzymana była
w pogotowiu, a blok początkowo otoczyli tylko tajniacy. Ale
wszystko to nie tłumaczy, dlaczego Wałęsa nie próbował
na przykład pojechać do siedziby Regionu Gdańskiego, aby
osobiście wyjaśnić pierwsze sygnały o zatrzymaniach ludzi,
o których, jak sam mówi, mieli mu opowiedzieć
młodopolacy?
I tu raz jeszcze przychodzi na myśl, że wersja o
powiadomieniu Wałęsy o planowanym zamachu stanu 12
grudnia po południu najlepiej tłumaczy zrezygnowany
fatalizm zachowania Wałęsy, który w swoim mieszkaniu na
Zaspie niezwykle biernie czekał na jakiś ruch władzy.
Czy jednak Wałęsa pomyślał o tych wszystkich, którzy
byli już w tym czasie zatrzymywani i niekiedy bici? Czy
zastanawiał się, co się stanie z tymi, którzy podejmą strajki
w całej Polsce, choćby na wieść o jego zatrzymaniu?
Dlaczego nie chciał pozostawić — choćby żonie — jakiegoś
apelu do narodu?
Jak się okazało, jedyny apel, jaki przekazał osobom,
które z nim się kontaktowały po zatrzymaniu, to była
zachęta do tego, by nie strajkować.
Już 13 grudnia wieczorem w Stoczni Gdańskiej —
kolebce „Solidarności” — zaczęli się gromadzić najbardziej
odważni stoczniowcy i ludzie opozycji spoza zakładu. Jak
podaje książka „Gdańsk — dramat wojenny”, zredagowana
przez zespół trójmiejskich dziennikarzy głównie z
tygodnika „Czas” i wydana w Krakowie w 1984 roku, już
13 grudnia wieczorem zaczęli zbierać się robotnicy z
trzech komitetów strajkowych: krajowego, regionalnego i
zakładowego. Do stoczni dotarła grupa działaczy
„Solidarności” z Anną Walentynowicz na czele, która
uczestniczyła w zwołanym naprędce zebraniu załogi, i
debatowała nad zwołaniem strajku generalnego. W czasie
spotkania do zakładu przybyła Danuta Wałęsowa, której
towarzyszył zwolniony niezwykle szybko ze Strzebielinka
Mieczysław Wachowski oraz ksiądz Henryk Jankowski.
Według tej relacji przewodniczący zebrania oddał
mikrofon księdzu Jankowskiemu, który oświadczył
strajkującym, że niedawno rozmawiał z Lechem Wałęsą,
internowanym w Warszawie, mówiąc: „Prosi, żebyście
czekali na jego decyzję, bo jeszcze dzisiaj wieczorem albo
jutro rano będzie rozmawiał z przedstawicielami władz”.
Księdzu Jankowskiemu wtórowała żona Wałęsy.
Powiedziała, że mąż prosił, aby nie podejmowali
pochopnych decyzji. Znaczący jest opis reakcji
stoczniowców na zachęty do zaniechania strajku.
„Rozległy się pomruki niezadowolenia. Ktoś zawołał:
— Wałęsa to nie Związek! Obowiązuje nas statut!
Stojący obok niego stoczniowiec aż poczerwieniał na
twarzy:
— Jak ci zaraz przypierdolę! Wałęsa to nie Związek?
Wiszącą w powietrzu kłótnię rozproszył głos
Wałęsowej:
— Trzeba wylać kubeł zimnej wody na wasze gorące
głowy. Leszek będzie rozmawiał w Warszawie i nie róbcie
nic wbrew jego prośbom. To nie jest Sierpień! (...)
Głos z sali:
— Na przemoc i bezprawie odpowiemy strajkiem!”
(zbiór relacji „Gdańsk — dramat wojenny”).
Zauważmy dwie sprawy. Przede wszystkim na jaw
wyszła niezwykle istotna kwestia, czy Wałęsa to związek.
Czy miał on prawo do swojej — naiwnej, jak się potem
okazało — wiary, że ekipa Jaruzelskiego potraktuje go jako
równoprawnego partnera? Czy miał prawo wzywać, by nie
było strajków? Czy nie było w tym postawy kogoś, kto
myśli tylko o swoim ja? Dlaczego Wałęsa nie rozumiał, że
masowe strajki mogą tylko wzmocnić jego pozycję
negocjacyjną? I kolejna kwestia. Owszem, strajk w stoczni
nie miał szans na dłuższą metę, ale wtedy nikt nie wiedział,
jaka będzie skala protestów. Gdyby kolebka „Solidarności”
pozostała bierna, byłby to bolesny cios dla honoru związku.
Czy komunistyczna propaganda nie wykorzystałaby tego w
swojej propagandzie?
Na szczęście wieść o tej dziwacznej antystrajkowej
interwencji Wałęsy nie wydostała się poza strajkującą
stocznię. Przypomnę, że obserwując strajk z placu przed
główną bramą stoczni, miałem silne wrażenie, że jednym z
postulatów strajkujących jest zwolnienie Wałęsy, choć być
może było ono rozpuszczone w znacznie ogólniejszym
haśle „uwolnienia wszystkich działaczy związku”.
Trzeba przyznać, że sam Wałęsa relację z wiecu w
stoczni zamieścił, według krakowskiego wydania z 1984
roku, w swojej autobiografii, ale nie odniósł się żadnym
słowem do wyjaśnienia swoich motywacji tego
demobilizującego apelu.
***
Wałęsa przetrzymywany był w tym czasie w willi w
Chylicach koło Warszawy, do której przewieziono go z
Gdańska samolotem. Nadal traktowany był kurtuazyjnie —
jak już dowiedzieliśmy się z wiecu w stoczni — mógł
rozmawiać telefonicznie z księdzem Jankowskim i swoją
żoną. Najwyraźniej był wówczas pozytywnie nastawiony do
ewentualnej wizji rozmów z władzą. Ten Wałęsa z
pierwszych dni stanu wojennego, który zachęca stocznię,
aby nie strajkowała, to zupełnie zapomniany obrazek w
krajobrazie pamięci tamtych dni. Nic dziwnego — ci,
którzy strajkowali w stoczni po 13 grudnia, nie chwalili się
tym, a potem, po 1982 roku, Wałęsa jako bohater
narodowy znów był na fali.
Paweł Rabiej i Inga Rosińska w swojej książce „Kim
pan jest, panie Wachowski?” opublikowali zasłyszaną od
zastrzegającej anonimowość postaci z kręgów władzy
opowieść, według której Wałęsa miał 14 grudnia podpisać
oświadczenie o zaprzestaniu opozycyjnej działalności
politycznej. Jak spekulują Rabiej i Rosińska, właśnie to
podpisanie przez lidera związkowego oświadczenia miało
znaleźć się w tak zwanej czarnej teczce Stana Tymińskiego
z 1990 roku, obok aktu urodzenia nieślubnego syna
Wałęsy, zobowiązania Wałęsy do współpracy z SB oraz
pokwitowań odbioru pieniędzy za donosy. I znów warto
zauważyć, że to twierdzenie z książki nie zostało
zaskarżone sądownie. A Lech Wałęsa, mimo gromkich
zapewnień, nie zrobił nic, by wyjaśnić, czy Tymiński
posiadał jakieś istotne dokumenty na jego temat.
Co ciekawe, ksiądz Alojzy Orszulik, który spotkał się po
raz pierwszy z liderem „Solidarności” w Chylicach właśnie
14 grudnia, pytany przez Zyzaka, czy uważa podpisanie
lojalki przez szefa „Solidarności” za możliwe —
dyplomatycznie odpowiada, że „jeśliby nawet Lech Wałęsa
podpisał lojalkę, to nie miał zamiaru się do niej stosować.
Zrobił to raczej z zamiarem, aby władze odczepiły się od
niego”. Według duchownego nikt wówczas nie traktował
lojalek poważnie (relacja księdza Alojzego Orszulika do
biografii Wałęsy Pawła Zyzaka z 13.08.2007).
Jeśli powtarzam tę opinię, stawiającą Wałęsę w nie
najlepszym świetle, to po to, aby pokazać, że między 12 a
15 grudnia Wałęsa był zrezygnowany i niezwykle bierny.
O pierwszych rozmowach z przedstawicielami władz
(13 grudnia? — Wałęsa nie podaje daty) nie dowiadujemy
się zbyt wiele z autobiografii szefa „Solidarności”. Pisze on
niezwykle lakonicznie: „pierwsze rozmowy miały charakter
wstępny. Był obecny minister Stanisław Ciosek, jakaś
generalicja, trudno mi powiedzieć kto”.
Tylko tyle, ani słowa więcej. A przecież Wałęsie
powinny się wtedy nasuwać liczne pytania do rządu —
choćby na jakiej podstawie został zatrzymany i co z
aresztowaniem tysięcy jego działaczy?
Ale, jak to niezwykle często w życiu Wałęsy bywało, po
okresie bierności wobec komunistów nagle przyszła fala
złości. Była to reakcja na informacje w masakrze w kopalni
„Wujek”.
Notatka ks. Orszulika ze spotkania w dniu 20 grudnia
mówi:
„Stan psychiczny p. Wałęsy można określić jako dobry.
Jest jednak przygaszony. Nie ma już tego radosnego
uśmiechu na twarzy, jaki mogliśmy jeszcze widzieć w
czasie pierwszej wizyty 14 grudnia. Był wewnętrznie
wzburzony, nazywając rządzących bandytami. Był gotów
rozmawiać do poniedziałku [tj. do 14 grudnia — przyp.
P.S.], natomiast obecnie po tym, co się stało w kopalni
»Wujek«, nie będzie rozmawiał”. Ks. Orszulik konkluduje:
„nie wdawałem się w dyskusje” („Czas przełomu — notatki
z rozmów z władzami PRL w latach 1981-1989”).
Tu mała dygresja — po prostu nie sposób nie zadać
pytania, skąd 14 grudnia brał się „radosny uśmiech” na
twarzy Wałęsy? Czy przewodniczącemu „Solidarności” ktoś
12 grudnia lub wcześniej obiecywał, że stan wojenny
będzie bezkrwawy?
Ważną rolę w tym otrzeźwieniu odegrał także
dodatkowy przypadek. W autobiografii Wałęsy „Droga
nadziei” znajdujemy informację, że jedną z pierwszych
osób, które przyjechały do Chylic, gdzie przetrzymywano
Wałęsę, był wicepremier Mieczysław Rakowski. Traf
sprawił, że Wałęsa akurat kładł się spać i BOR-owiec
musiał go rozbudzić. Dodatkowo jeszcze agent ochrony
burkliwie poinformował go, że przybywa do niego
Rakowski, co Wałęsa mylnie usłyszał jako „Makowski”.
Rozwścieczony i wyrwany ze snu stwierdził, że nie zna
żadnego ministra o takim nazwisku i jak twierdzi, polecił
BOR-owcowi — wręcz krzyknął — żeby zrzucił
niespodziewanego gościa ze schodów. Gdy tę odpowiedź
przekazano Rakowskiemu, ten znany z miłości własnej
dygnitarz wybuchł wściekłością i opuścił willę, trzaskając
drzwiami.
Nie ma przypadków, są ponoć tylko znaki — twierdzą
ludzie o głębokiej wierze. Ten zbieg okoliczności, ale i
dawna antypatia dzieląca Wałęsę i Rakowskiego,
zahamowały marsz przywódcy „Solidarności” na drodze do
kompromitacji. Miał on też zupełnie nieoczekiwany wpływ
na losy Mieczysława Wachowskiego, który zwolniony po
jednym dniu internowania w Strzebielinku, pojawił się
wpierw na strajku w Stoczni Gdańskiej, a potem był
widziany przez Jarosława Kaczyńskiego w episkopacie jako
nieformalny przedstawiciel Wałęsy.
Można zaryzykować hipotezę, że w ramach zemsty za
zlekceważenie Rakowski zabronił, aby Wałęsie towarzyszył
w internowaniu nieodłączny dotąd szofer i asystent. Jeśli
uznamy, że osobisty kierowca był swoistym kontrolerem
władzy nad poczynaniami Wałęsy, to i tak jego przydatność
się już wyczerpała. Wałęsa był całą dobę podsłuchiwany, a
zapewne też obserwowany przez kamery, więc nie trzeba
było go jeszcze dodatkowo kontrolować za pomocą
asystenta. Wachowski pokręci się jeszcze wokół rodziny
Wałęsów, aby potem zniknąć na długie lata z otoczenia
„Lecha”.
Ale złośliwe zniweczenie nadziei internowanego lidera
na posiadanie własnego asystenta przypomniało Wałęsie
prawdziwe reguły gry — to władza wszystko daje i władza
wszystko może zabrać.
Kolejnym dygnitarzem, który zaczął odwiedzać Wałęsę,
był Stanisław Ciosek, który próbował skłonić go do jakiejś
formy okrojonej i pozbawionej prawa do strajku quasi-
„Solidarności”.
Początkowo reakcje musiały być dla Cioska obiecujące
— minister miał odnieść wrażenie, że lider związku zgadza
się, że jego rola jako przewodniczącego się skończyła, a
„Solidarność” w nowej sytuacji trzeba zreorganizować. W
dokumentach ze słynnego archiwum Mitrochina znalazła
się depesza sekretarza KC PZPR Mirosława Milewskiego z
grudnia 1981 roku, że „Wałęsa nie potrafi ukryć
przerażenia” i gotów jest do rozmów.
Ale było raczej na odwrót. Wałęsa powoli wychodził z
bierności i pewnego przytłumienia. Sam w swojej
autobiografii opowiada o propozycjach Cioska tak:
„Sugerowano mi, że nie ma Związku beze mnie,
sprawę zaś samego istnienia Solidarności w przyszłości
uzależniano od wielu okoliczności. Oficjalna wersja władz,
którą realizował Ciosek podczas tych rozmów, sprowadzała
się do żądania wyeliminowania ze Związku ludzi
zakwalifikowanych przez władze jako przeciwnicy
polityczni. Lista ta, od początku strajku w sierpniu
obejmująca członków KOR-u, stale się rozszerzała, by w
wersji, jaką upowszechniała propaganda stanu wojennego,
objąć wszystkie znaczące grupy kierownicze Solidarności
(...). Koncepcja zachowania Związku w jakiejś formie
obowiązywała dość długo, w każdym razie przez cały czas
moich początkowych rozmów z Cioskiem. Oczywiście
Solidarność będzie ograniczona”.
Wciąż pozostaje niejasne, jaka była rola w tych
rozmowach osobistego wysłannika prymasa, rzecznika
prasowego episkopatu, ks. Alojzego Orszulika. Jego
szczególnie intensywne wizyty miały miejsce między
grudniem 1981 roku a połową stycznia 1982. Ks. Orszulik,
według licznych opinii osób, które reprezentowały kręgi
zbliżone do Kościoła, namawiał Wałęsę w imieniu prymasa
Glempa przede wszystkim do podjęcia rozmów z władzą. W
notatce „pro memoria” Sekretariatu Episkopatu Polski dla
rządu z 4 stycznia 1982 roku mowa jest o sześciokrotnych
odwiedzinach „przedstawicieli Kościoła” u Wałęsy (czyli
licząc od 14 grudnia do 4 stycznia, średnio co trzy dni).
Formalnie komunikat Rady Głównej Episkopatu Polski z 15
grudnia żądał uwolnienia internowanych i „przywrócenia
związkom zawodowym, zwłaszcza związkowi zawodowemu
»Solidarność«, zgodnego ze statutem działania”.
W praktyce jednak Kościół zachęcał Wałęsę do
maksymalnego otwarcia na dyskusję o tym, jaką ma być
nowa, odradykalizowana „Solidarność” i jak dalece ma
przyjąć żądania władzy. To wszystko mogło być, jak się
zdaje, dla prymasa kwestią otwartą w tak dużym stopniu,
że zbulwersowałoby wielu aresztowanych działaczy.
Ks. Orszulik w swoich notatkach wspomina o
przekazanej Wałęsie informacji o rozmowie prymasa
Glempa z sekretarzem KC PZPR Kazimierzem
Barcikowskim, w trakcie której poproszono o przekazanie
papieżowi, że „Solidarność” będzie mogła działać zgodnie
ze swoim statutem. W reakcji Wałęsa powiedział, że „do
rozmowy nie przystąpi, że będzie prowadził głodówkę, bo
rozmowy potrzebne są partii, a nie nam” („Czas przełomu”,
notatka ks. Orszulika z 20.12.1981).
Informacje o kolejnym zwrocie nastrojów przynosi
notatka z wizyty u Wałęsy ks. Orszulika razem z biskupem
Zbigniewem Kraszewskim. W trakcie spotkania 1 stycznia
1982 roku Wałęsa miał nalegać, „by starać się o
przyspieszenie rozpoczęcia rozmów [z rządem — przyp.
P.S.]”. Ks. Orszulik tak relacjonował ówczesne wypowiedzi
szefa „Solidarności”:
„Nie jestem samobójcą. Nie będę wchodził w głupie
układy. Nie będę podburzał czy organizował strajku. Chcę
pomóc generałowi. Proszę o wypuszczenie członków
prezydium i umożliwienie im spotkania z członkami KK.
(...) Stan wojenny musi być utrzymany, bo nie można
przejść z ciepłego w zimne”. I dalej: „To, co będziemy
robić, nie jest wyrzuceniem socjalizmu, wracamy do
statutu, uznajemy realia. Popełniliśmy błędy, które nie
mogą się powtórzyć. Zobaczymy, kogo trzeba od dołu, a
kogo z góry wyeliminować”.
Paweł Zyzak wskazuje, że w archiwum Mitrochina
znaleźć można meldunek Czesława Kiszczaka do KGB,
który donosi, że prymas Józef Glemp „jest zupełnie
rozczarowany Wałęsą i uważa, że przywódcy związkowi nie
wyciągnęli wniosków z niedawnych wypadków i nie chcą
ustąpić z dotychczasowego stanowiska”.
Znając późniejsze powracające w otoczeniu prymasa
poglądy z tego czasu, można zaryzykować tezę, że mógł on
zachęcać Wałęsę do zaakceptowania odcięcia od związku
doradców z kręgów KOR-owskiej lewicy laickiej. Pytanie,
czy już wówczas nie pojawiła się późniejsza koncepcja
uznania, że „Solidarność” to zamknięty rozdział, i czy w
dłuższej perspektywie rozważano możliwości powołania
jakichś związków o charakterze chadeckim. 1 stycznia
1982 roku — jak można się domyślać, pod wpływem
rozmów z ks. Orszulikiem — Wałęsa, jak twierdzi w swojej
autobiografii, złożył na ręce duchownego deklarację, w
której zapewniał władze, że nie będzie organizował
strajków. Przyznawał, że sam miał trudności w związku z
opanowaniem radykalnych tendencji, oraz obiecał, że
będzie się domagał ustąpienia niektórych działaczy, a w
razie odmowy odwoła się do opinii środowiska, z którego
wyszli. Jednocześnie prosił o wypuszczenie członków
„Krajówki” i umożliwienie mu spotkania z nimi nawet w
warunkach odosobnienia.
Czytane dzisiaj deklaracje Wałęsy z okresu między 25
grudnia a 14 stycznia budzą konsternację. Zatrzymany
przywódca „Solidarności” bierze pod uwagę akceptację
narzucanej przez władzę czystki w demokratycznie
wybranych organach związku.
Na usprawiedliwienie można wskazać, że Wałęsa był
zachęcany do złagodzenia linii i wejścia na bardzo śliską
drogę negocjacji przez prymasa Polski. Ten tytuł kościelny
mógł się kojarzyć z najwyższym autorytetem moralnym,
jaki nadał mu kardynał Stefan Wyszyński...
O tym, jak bardzo udział Kościoła w tych negocjacjach
politycznych bywał ryzykowny moralnie i politycznie,
świadczyć może cytat z notatki ks. Orszulika ze spotkania
komisji wspólnej rządu i episkopatu 18 stycznia. W jego
trakcie ze strony Kościoła padła opinia (stenogram nie
wyszczególnia osoby), że uwaga Kościoła „jest skupiona na
głównym punkcie: stosunku [władzy — przyp. P.S.] do
działania »Solidarności«”.
„Mimo ogromnej siły, jaką ma państwo, nie można
lekceważyć »Solidarności«. Nie przeszłoby tak łatwo
wprowadzenie stanu wojennego, gdyby także nie postawa
Kościoła”. Oczywiście trzeba pamiętać o kontekście tych
rozmów — przedstawiciele Kościoła starali się ratować
nawet najsłabszą szansę na powrót „Solidarności” do
normalnej działalności. Jednak nawet po latach opinie
takie nie brzmią przekonująco.
Przy szacunku dla troski Kościoła, aby nie doszło do
rozlewu krwi i nie było pola dla nieodpowiedzialnych
działań młodych ludzi — a tu ostrzeżeniem była sprawa
śmierci sierżanta Karosa1 — można postawić pytanie, czy
sensowne było skłanianie Wałęsy do rozmów w sytuacji,
gdy aresztowania objęły tak znaczną liczbę działaczy
„Solidarności”.
Czy gdyby lider ruchu uległ zachętom do rozmów i
doszłoby do jakiejś prowokacji lub kompromitacji,
odpowiedzialność za to spadłaby tylko na niego? Gdy
rozmawiałem z politykami i działaczami opozycji, którzy w
tamtym czasie związani byli z Kościołem i obserwowali
politykę prymasa, nie znalazłem nikogo, kto chciałby ją
komentować pod swoim nazwiskiem. Zacytuję anonimową,
dość gorzką wypowiedź polityka związanego wtedy ze
środowiskiem Ruchu Młodej Polski: „Prymas Glemp w
porównaniu z kardynałem Wyszyńskim, który miał głębokie
poczucie dumy i narodowych imponderabiliów —
prezentował pragmatyzm posunięty do tak dalekiego
stopnia, że kojarzył mi się wręcz z jakimś chłopskim
cwaniactwem. Pierwszą kwestią, jaka zajmowała wtedy
prymasa, było zachowanie interesów Kościoła i dopiero na
drugim planie zachęcenie Wałęsy do przyjęcia jakiejś
nowej formy związków. Prymas nie wierzył w przetrwanie
»Solidarności« i już wtedy mówił, że jest to zamknięty
rozdział. W polityce oprócz tego, co można załatwić »na
dziś«, trzeba wymagać spojrzenia w dłuższej perspektywie.
W tym sensie arcybiskup Glemp myślał krótkowzrocznie. I
gotów był poświęcić sprawę, z którą wiązała nadzieje duża
część narodu, na zyski z dobrych relacji z władzą. Na
przeszkodzie tej polityce stanęło poparcie społeczne, które
pokazało, że Polacy wcale nie uważają, że »Solidarność« to
już zamknięty rozdział. W latach 80. ten dystans między
optyką prymasa Glempa a nastrojami zwykłych Polaków
ujawni się przy okazji stosunku do księdza Jerzego
Popiełuszki. Prymas Glemp, choć był uczniem prymasa
Wyszyńskiego, wydawał się wtedy nie pojmować wielu z
jego nauk” (relacja 1.07.2013).
Na wspomnianym już posiedzeniu komisji wspólnej
rządu i episkopatu 18 stycznia strona kościelna
zaprezentowała oświadczenie Wałęsy z dnia poprzedniego,
w którym znalazły się deklaracje, że nie jest prawdą, iż
mówił, że „należy rozwiązać partię” oraz że „nie upierał się
przy bezwzględnej obecności w czasie rozmów swego
doradcy [Bronisława] Geremka”. Lider „Solidarności”
deklarował gotowość do rozmów „bez wstępnych
warunków i na zasadach, jakie ustalą przedstawiciele
rządu i episkopatu”.
Przedstawiciele Kościoła nie wiedzieli, że następnego
dnia, 19 stycznia, władze rozkazały Służbie
Bezpieczeństwa rozpoczęcie akcji „Renesans” w celu
stworzenia „neo-Solidarności” z tych cieszących się
autorytetem działaczy, którzy skłonni byli pójść na ugodę z
ekipą Jaruzelskiego. Prawdopodobnie uznano, że do
rozmów dojdzie, i dodatkowo chciano postawić Wałęsę
przed faktem odtworzenia związku i w końcowej fazie
skłonić go do stanięcia na czele takiej atrapy prawdziwej
„Solidarności”.
Nie wiemy dokładnie, co zdarzyło się między 18
stycznia a końcem tego miesiąca, ale w tym czasie Wałęsa
zrozumiał, iż władze nie chcą „Solidarności” z
wykluczeniem paru radykałów, ale oczekują od niego
stworzenia parodii dawnego związku. Jak w wielu
wypadkach wcześniej, ugodzona miłość własna Wałęsy
połączona z jego trzeźwym spojrzeniem na jego interesy
nałożyła się na działanie, które było zgodne z interesami
polskich dążeń niepodległościowych. Internowany lider być
może dowiedział się w jakiś sposób o powołaniu w połowie
stycznia 1982 roku Ogólnopolskiego Komitetu Oporu NSZZ
„Solidarność”, skupiającego część działaczy, którzy
uniknęli aresztowania. W parę miesięcy później powstanie
podziemna Tymczasowa Komisja Koordynacyjna z
Władysławem Frasyniukiem, Zbigniewem Bujakiem i
Bogdanem Borusewiczem. Wałęsa, który miał dostęp do
Radia Wolna Europa, mógł też wtedy zrozumieć, że
oburzenie z powodu jego uwięzienia jest na świecie tak
duże, że ma on mocną pozycję przetargową i nie musi
wykonywać pospiesznych ruchów.
Wizja rozmów ulotniła się jak kamfora. Władze
zablokowały na długie miesiące wizyty ks. Orszulika u
więzionego lidera „Solidarności” i kwestia rozmów z
władzą zeszła z porządku negocjacji władzy z Kościołem.
W końcu stycznia Wałęsa musiał tak mocno
akcentować sprzeciw wobec propozycji władz, że w
zemście ekipa Jaruzelskiego wręczyła mu 26 stycznia 1982
roku postanowienie o internowaniu antydatowane na 12
grudnia.
Już 24 grudnia w informacji dla Biura Politycznego KC
SED (NRD-owskiej partii komunistycznej) pojawiła się
bardzo emocjonalna opinia na temat Wałęsy ze strony
czołówki działaczy PZPR:
„Wałęsa jest parszywym, prymitywnym i zakłamanym
typem. (Bez swych doradców jest kompletnym zerem). Po
pierwszych rozmowach z przedstawicielami rządu
oświadczył, że wita z radością stan wojenny i zgadza się,
żeby unieszkodliwić ekstremalne siły w Solidarności.
Obiecał współpracować z rządem i stworzyć taki program,
który całkowicie będzie zgadzał się z celami rządu. Ale już
podczas drugiego spotkania zażądał spotkania ze swoimi
doradcami i z prezydium KK Solidarność” (informacja dla
Biura Politycznego SED nr 6, 24.12.1981).
Wyzwiska w dokumencie stworzonym w otoczeniu
Jaruzelskiego per saldo wystawiają Wałęsie bardzo dobre
świadectwo. Przy okazji wspomniany cytat pokazuje, jak
bardzo partyjne władze były gotowe opowiadać o
wszystkich szczegółach rozwoju sytuacji w stanie
wojennym bratnim towarzyszom z Berlina.
Aby dodatkowo zemścić się na Wałęsie, bezpieka
podsunęła internowanym Annie Walentynowicz i Joannie
Dudzie-Gwieździe kopię donosów TW „Bolka” z początku
lat 70. Nie zrobiły one jednak użytku z dokumentów,
słusznie uznając, że jest to prowokacja SB.
Stopień akceptacji idei rozmów z władzami nie
przynosi oczywiście Wałęsie chluby. Trzeba jednak
przyznać, że uczciwie zrelacjonował ten okres swojego
życia w autobiografii „Droga nadziei”. Choć jeśli prawdą
jest, że 14 grudnia podpisał coś w rodzaju deklaracji o
przestrzeganiu reguł stanu wojennego, to wypada
zaznaczyć, że ten dokument mógł znaleźć się w czarnej
teczce Tymińskiego i w przyszłości mógł wpłynąć na losy
najsłynniejszego elektryka. Jest czymś skłaniającym do
smutnej zadumy, że nawet więziony i w jakimś stopniu
izolowany Wałęsa wyczuł, że proponowane rozmowy to
ślepa uliczka, a dysponujący, zdawałoby się, znacznie
większym polem obserwacji nastrojów prymas Glemp parł
do takich negocjacji aż do wycofania się z nich
przewodniczącego „Solidarności”. Przywołajmy raz jeszcze
głos wspomnianego już obserwatora polityki prymasa: „Co
paradoksalne, Wałęsa — choć wielokrotnie wykazywał coś,
co nazwałem chłopskim sprytem, w znacznie bardziej
odpychającej formie — szybko sam doszedł do wniosku, że
na ustępstwach wobec władzy może więcej stracić niż
zyskać”.
Władze parokrotnie próbowały wpływać na Wałęsę, w
kwietniu 1982 roku wysłały do niego pułkownika
Władysława Iwańca, który był jego zwierzchnikiem z
czasów jego służby w wojsku. W maju próbowano go
zachęcić do udziału w telewizyjnej dyskusji na temat
związków zawodowych, lecz Wałęsa słusznie wyczuł
podstęp. Ale były to już ostatnie podrygi polityki kuszenia
„Lecha”. Ostatecznym symbolem końca nadziei władz na
wykorzystanie Wałęsy było zakończenie jego pobytu w
pałacyku w Otwocku, skąd 11 maja przewieziono go do
Arłamowa w Bieszczadach, gierkowskiego luksusowego
ośrodka wypoczynkowego, gdzie pozostawał on przez
kolejne 6 miesięcy.
Zachowały się raporty BOR wyliczające, ile Wałęsa
wypił wtedy butelek wódki, wina i szampana. Pomijając już
fakt, że sporą część tego alkoholu mogli wypić pilnujący
Wałęsy funkcjonariusze, to kpiny z tego powodu nie biorą
pod uwagę sytuacji, w której znalazł się wtedy internowany
przywódca „Solidarności”. Słynny elektryk zmagał się z
rozłąką z rodziną, depresjami, obawami o swoją przyszłość
i trudno się dziwić, że odreagowywał to wszystko
korzystaniem z luksusowej obsługi ośrodka. I znów
przyznajmy, że szczerze opisał wszystkie te okoliczności
swojego pobytu w „Drodze nadziei”.
Jak można przypuszczać, jesienią 1982 roku władze
uznały, że nie da się odwlekać dłużej wizyty w Polsce Jana
Pawła II w związku z 600-leciem Obrazu Jasnogórskiego. A
przed planowanym zawieszeniem stanu wojennego i — w
dalszej perspektywie — wizytą papieża trzeba było jakoś
załatwić sprawę Wałęsy. W listopadzie 1982 roku było już
po delegalizacji „Solidarności” (wcześniej formalnie
związek był „tylko” zawieszony) i fiasku strajku
zapowiadanego przez Tymczasową Komisję
Koordynacyjną. Uspokojone nieco władze mogły już
zwolnić Wałęsę. Co charakterystyczne, ekipa Jaruzelskiego
zmagała się wówczas z pokusą ujawnienia agenturalnej
przeszłości związkowego lidera. Jednak zwyciężył pogląd,
że dla komunistycznego państwa będzie ośmieszające
czynienie zarzutu z tego, że ktoś współpracował z
komunistyczną przecież bezpieką. Obawiano się też
negatywnej reakcji tych, którzy aktualnie byli agentami
SB. Tak czy inaczej 11 listopada 1982 roku w Dzienniku
Telewizyjnym zapowiedziano rychłe zwolnienie Lecha
Wałęsy z internowania. W kręgach speców od propagandy
z Jerzym Urbanem na czele przeważyła opinia, że Wałęsę
da się sprowadzić do roli zwykłego obywatela. Uznano, że
per saldo władzy Wałęsa na wolności opłaci się lepiej niż
za kratkami. 14 listopada został on przewieziony do
Naczelnej Prokuratury Wojskowej, gdzie odbyła się
trwająca długo, bo dwie i pół godziny, jego rozmowa z
dwoma pułkownikami. W jej trakcie lider „Solidarności”
znów przyjął bardzo ugodową tonację. Wałęsa na przykład
mówił:
„Jestem przeciw podziemiu, przeciw strajkom, bijatyce
itd., bo widzę, że są inne wyjścia. Ustawiam się tak, że nie
mogę negować tego, co rząd zrobił. Jednocześnie odcinam
się od tych spraw, bo widzę inne wyjście. Chcę jak
najbardziej powrócić do spraw związkowych, bo jestem
robotnikiem. Chcę robotnikom pomóc. Nie mam żadnych
pretensji do aparatu partyjnego ani rządowego”.
Wałęsa w dalszej części rozmowy podkreśla, że
zaakceptował kwestie przewodniej roli partii i chce działać
na poziomie „brygadzisty, majstra, kierownika”. „Tu chcę
działać i na tym koniec” — podkreślał słynny elektryk.
Zapis rozmowy to dosyć przygnębiająca próbka taniego
cwaniactwa i chytrości Wałęsy. Co charakterystyczne,
także i w tej rozmowie pojawia się motyw podpisów z
przeszłości. Wałęsa wyraziście podkreśla, że niczego nie
będzie podpisywał.
„Wałęsa: — Z tym, żeby między nami nie było
konfliktów, a więc sprawę stawiam jasno. Tak jak od 4 lat,
nic nie podpisywałem, mimo...
Dyrektor Hipolit Starszak: — Ooo, parę podpisów
widziałem.
Wałęsa: — Nie, raczej nie. To znaczy jestem gotów
podpisać się pod porozumieniami każdymi,
wynegocjowanymi. Ale nie pod żadnym zobowiązaniem,
żadnych druków nie podpisuję”.
Ten cytat pokazuje, że cień donosów z dawnych lat był
z premedytacją przywoływany przez esbeków jako
pogróżka na przyszłość. Ale na korzyść Wałęsy trzeba
znowu przyznać, że po zwolnieniu ani myślał
dostosowywać się do obietnic, jakie złożył dwójce esbeków.
To wywołało ponowną furię władzy, która oburzała się na
niego jako na oszusta i człowieka niegodnego zaufania.
Wałęsie na pewno pomogła jego nieprawdopodobnie
duża popularność na całym świecie. Tradycyjnie martwił
się o niego Kościół: już 22 listopada — a więc w 8 dni po
zwolnieniu — przyjął go na audiencji prymas Józef Glemp.
Należy założyć, że władze uznawały, iż muszą Wałęsę
wypuścić, bo przetrzymywanie go przynosi PRL ogromne
straty wizerunkowe. Ale nie można też lekką ręką odrzucać
pytań stawianych choćby przez działaczy ze środowiska
Andrzeja Gwiazdy, czy Wałęsa, choć bardziej znany w
świecie, nie był dla władzy mniej groźny niż grupa
działaczy z lat 1980-1981 znanych ze swojego radykalizmu
wobec ekipy Jaruzelskiego.
Zwolniony z Arłamowa lider powoli rozglądał się w
nowej rzeczywistości politycznej w obozie „Solidarności”, o
której wcześniej słyszał tylko to, co dochodziło do jego
kolejnych miejsc internowania.
***
Jaki był krajobraz polityczny w łonie opozycji
solidarnościowej u progu 1983 roku?
O ile w latach 1980-1981 głównym bólem głowy
Wałęsy było wyzwanie rzucane mu przez ambitnych szefów
regionów lub starszych stażem kolegów z Wolnych
Związków Zawodowych, to gdy wyszedł na wolność w
listopadzie 1982 roku, nie miał żadnej konkurencji.
Większość szefów regionów albo siedziała jeszcze w
obozach internowania, albo więziona była w aresztach
śledczych, oskarżona o złamanie przepisów stanu
wojennego. Także po wyjściu z więzień — czy to na mocy
amnestii, czy warunkowych zwolnień — spora ich część
miała poczucie znalezienia się w pustce środowiskowej.
Szczególnie dotyczyło to tych szefów regionów, którzy
zrobili błyskotliwe kariery w czasie Karnawału. Owszem,
pomagał im Kościół, a koledzy przynosili zebrane składki
na pomoc, ale do dawnej pracy ich nie wpuszczano, a
bezczynność przy stałej inwigilacji SB bywała druzgocąca.
Wielu nie potrafiło się odnaleźć w nowej sytuacji. Nie byli
tak sławni jak Wałęsa i ich życia nie ubarwiały wizyty
zachodnich dziennikarzy. Działaczom KOR czy RMP w
zniesieniu „podłego czasu” pomagała rutyna z okresu po
Marcu ’68 lub z lat zabawy w kotka i myszkę z SB w latach
70. Robotniczy liderzy związkowi — bohaterowie nagłego
awansu z 16 miesięcy legalnej „Solidarności” — zazwyczaj
nie mieli takiego treningu. A ich rodziny, zmiażdżone
wywróceniem do góry nogami całego życia, szybko zaczęły
nalegać na skorzystanie z oferty władz i emigrację.
Tak było z Andrzejem Rozpłochowskim, liderem
katowickiej „Solidarności”, Patrycjuszem Kosmowskim,
liderem „Solidarności” Podbeskidzia, czy Mirosławem
Krupińskim, którzy po internowaniu zostali w więzieniu
oskarżeni o działania antypaństwowe, a następnie
wychodzili sukcesywnie na wolność. Kosmowski wyjechał
w 1985 roku do Szwecji, Krupiński w 1987 do Australii, a
Rozpłochowski w 1988 do USA. Część przywódców z
czasów Karnawału wycofała się z aktywności politycznej, a
część skompromitowała się po 13 grudnia, jak było w
wypadku wspomnianego już Zdzisława Rozwalaka z
Regionu Wielkopolska. Z kolei grupa solidarnościowych
liderów, takich jak Władysław Frasyniuk, Zbigniew Bujak i
Bogdan Borusewicz, uznawała bez zastrzeżeń autorytet
Wałęsy jako jawnej „głowy” podziemnego związku. Na
korzyść przewodniczącego wpłynął też fakt, że aż do
amnestii z 21 lipca 1984 roku w więzieniu w ramach
procesu tak zwanej „siódemki” pod kluczem trzymani byli
tacy liderzy związkowi — ale i niegdysiejsi rywale Wałęsy
— jak Andrzej Gwiazda, Jan Rulewski, Marian Jurczyk,
Seweryn Jaworski, Karol Modzelewski, Grzegorz Palka,
Andrzej Rozpłochowski.
Gdy wyszli z więzienia, zastali już podziemną scenę
„umeblowaną”. Podzieloną między podziemną Tymczasową
Komisję Koordynacyjną z Bujakiem i Frasyniukiem oraz
jawny ośrodek Wałęsy. Dopiero z perspektywy czasu
widać, jak bardzo korzystne dla szefa „Solidarności” było
stosunkowo wczesne jego wypuszczenie w listopadzie 1982
roku, a jak bardzo osłabiło rywali Wałęsy przebywanie w
więzieniu aż do połowy 1984 roku. Czy władze specjalnie
dość szybko wypuściły Wałęsę, a jednocześnie długo
trzymały jego rywali?
Polska w rok po ogłoszeniu stanu wojennego była
krajem, w którym powoli wygasała pierwsza fala oporu.
Kraj opuści w ciągu najbliższych lat blisko milion ludzi —
często najbardziej aktywne i dynamiczne jednostki, które
zachłysnęły się „Solidarnością”, ale potem — wobec jej
zejścia do podziemia — wybierały nadzieję na osobisty
dobrobyt i wyjeżdżały na Zachód. Kościół po porażce idei
rozmów władz z Wałęsą z początku 1982 roku był już
znacznie ostrożniejszy w angażowaniu się w rolę
mediatora. Na pewne zmitygowanie się prymasa Glempa
wpłynął papież Jan Paweł II. Ale jeszcze zanim Wałęsę
zwolniono, hierarsze zdarzały się wypowiedzi, które
odbierano jako lekceważenie Wałęsy. Szczególnie zachodni
dziennikarze wychwytywali ton désintéresement prymasa
wobec przywódcy „Solidarności”. Echo tego stylu
znajdujemy w „Dzienniku pisanym nocą” Gustawa
Herlinga-Grudzińskiego, w którym 31 października 1982
roku przebywający na emigracji we Włoszech pisarz
odnotowuje swoje obserwacje z materiału we włoskiej
telewizji na temat wizyty prymasa Glempa w Rzymie i jego
wypowiedzi z tej okazji. Herling-Grudziński nazywa go z
irytacją „człowiekiem, który się ciągle nie wiadomo
dlaczego śmieje”.
Jak zauważa pisarz, prymas, odpowiadając po przylocie
do Rzymu na pytanie o Wałęsę, miał oznajmić: „Biedaczek,
dokucza mu bardzo samotność”. Ten temat hierarcha
kontynuował, wypowiadając się w trakcie odbierania w
Taranto nagrody pokojowej Santissima Croce: „Dokucza
mu [Wałęsie] taka samotność, że gotów byłby przyjąć
każdą pracę w razie zwolnienia z miejsca internowania,
także pracę zakrystiana”.
Wiele wskazuje, że prymas, przyjeżdżając 31
października 1982 roku do Rzymu, był już po rozmowach z
władzą przygotowujących grunt pod wizytę papieską. Czy
wiedział już o planowanym zwolnieniu Wałęsy? Czy to
właśnie skłaniało arcybiskupa warszawsko-gnieźnieńskiego
do tak protekcjonalnego tonu? Ówczesne wypowiedzi
prymasa dla włoskich mediów podkreślające dystans
Kościoła wobec strajku, który podziemie zapowiedziało na
10 listopada, oraz zapowiedź spotkania z Jaruzelskim
pozwalają na takie przypuszczenia. Czy władze zwolniły
Wałęsę w ramach układu dotyczącego przyjazdu papieża?
W kontraście do lekkiego tonu, jakim prymas Glemp mówił
o przywódcy „Solidarności”, znaczący był gest Jana Pawła
II, który wymógł w następnych miesiącach na władzach
PRL umieszczenie w programie wizyty prywatnej rozmowy
z Wałęsą w Dolinie Chochołowskiej.
Spotkanie miało tym większą wagę, że miesiąc
wcześniej lider związku złożył podpis pod apelem do
prezydium Sejmu o przywrócenie pluralizmu związkowego,
uwolnienie wszystkich uwięzionych za działalność
związkową lub przekonania i przywrócenie do pracy
zwolnionych. Apel był przykrą niespodzianką dla władz,
gdyż podpisali się pod nim działacze związków branżowych
i autonomicznych. W tej sytuacji spotkanie papieża z
Wałęsą było nie tylko gestem humanitarnym, ale i
potwierdzeniem jego statusu przywódcy związkowego.
Przytoczmy fragment z „Drogi nadziei”:
„Zaczęła się rozmowa, w której Ojciec Święty cały
wsłuchiwał się w to, co mówiłem. Zdałem sobie wówczas
sprawę, że powinienem powiedzieć coś o nas — mówiłem
więc o stoczni, o ludziach, których znam, jak naród żyje, co
czuje i jakie ma nadzieje. Stawiałem sobie samemu
pytania. Mówiłem to, co czułem. Rozmawiało mi się tak jak
u mnie w domu — spokojnie, bez żadnego napięcia”.
Czterdziestominutowa rozmowa papieża z Wałęsą
pokazała, jak bardzo Jan Paweł II spragniony był relacji z
pierwszej ręki, pozbawionych wygładzeń ze strony
zarówno otoczenia prymasa Glempa, jak i watykańskich
dyplomatów.
W sierpniu 1983 roku kipiący nieodmiennie
nienawiścią do Wałęsy wicepremier Mieczysław Rakowski
wpadł na pomysł zorganizowania dyskusji w Stoczni
Gdańskiej. Zaplanowano ją na 25 sierpnia. Wpuszczono na
nią Wałęsę i solidarnościowych robotników. Polacy
obejrzeli ten dziwaczny show w telewizji. Spokojny ton
Wałęsy wzywającego do przywrócenia pluralizmu
kontrastował in plus z histerycznymi wywodami
Rakowskiego.
Rok 1983 to wreszcie ogromny sukces Wałęsy w
postaci pokojowej Nagrody Nobla. Władze PRL, wysyłając
dokumenty sugerujące, że jego współpraca z SB trwała po
1976 roku, spowodowały już wcześniej, że lider
„Solidarności” nie dostał nagrody.
Nigdy nie zapomnę, jak z bukietem kwiatów, z wpiętą
tarczą mojego liceum czekałem pod bramą główną stoczni
na Wałęsę wychodzącego z pracy. Z perspektywy czasu
widzę, że był to szczyt mojej fascynacji „Lechem”. Żeby
było śmieszniej, gdy już dopchałem się do Wałęsy i
wygłosiłem formułkę, że są to kwiaty od „Trójki” (czyli
mojej szkoły), zrozumiał on, że reprezentuję radiową
Trójkę i głośno się zdziwił: „To wam w reżimowym radiu
pozwalają na fetowanie Wałęsy?”.
Sam Wałęsa nie zdecydował się na wyjazd do Oslo w
celu odebrania Nobla, gdyż obawiał się, że władze nie
wpuszczą już go do kraju. Nagrodę odebrała Danuta
Wałęsowa w towarzystwie dwóch synów i widok skromnej
żony stoczniowca przyjmującej ją od parlamentu Norwegii
raz jeszcze w pozytywny sposób przypomniał światu o
liderze „Solidarności”. W Polsce zaś zemstą władz za
Nobla było publikowanie nagranych potajemnie rozmów
Wałęsy z bratem Stanisławem w czasie internowania. Choć
jak się potem okazało, megalomańskie i prostackie dialogi
były w dużej mierze autentyczne, to jednak sam fakt ich
zmontowania i zmanipulowania przez reżimową
propagandę wywołał u Polaków kolejną falę sympatii dla
człowieka, o którym Jerzy Urban z uporem twierdził, że
jest to osoba prywatna. Gdziekolwiek Wałęsa się pojawiał i
gdziekolwiek jechał, napotykał na wyrazy niesłychanie
silnej życzliwości zwykłych Polaków.
Ale mimo tych zaszczytów lider związku nadal potrafił
„wbijać w ziemię” działaczy „Solidarności” swoimi
pomysłami. Zofia Romaszewska, zajmująca się rodzinami
aresztowanych, pamięta, jak tuż po przyznaniu Nobla
przybyła do Gdańska, aby poprosić „wodza”, by w
wywiadach przypominał o losie tych solidarnościowców,
którzy wciąż siedzieli w więzieniach.
„Rozmowa z Wałęsą toczyła się dosyć niemrawo.
Machinalnie kiwał głową, obiecując, że w rozmowach z
dziennikarzami będzie przypominał, ilu ludzi jeszcze siedzi.
Nagle Wałęsa wpadł na jakąś myśl i zaczął z ożywieniem
mówić: »Za siedzenie w więzieniu Solidarność powinna
płacić. Za jeden dzień tyle a tyle, za miesiąc tyle a tyle.
Wtedy każdy będzie chętnie szedł do więzienia i będziemy
mieli chętnych do podziemnej roboty, że nie będzie się
można odpędzić od chętnych«. Po chwili zorientował się,
że coś jest nie tak w naszym zachowaniu, bo przerwał swój
monolog. Miał rację. Musiałam mieć chyba oczy okrągłe
jak spodki” (Zofia Romaszewska, relacja 21.06.2013).
***
Okres lat 1983-1988 w jakiś sposób ustabilizował życie
Wałęsy. Było nieco surrealistycznym zjawiskiem to, że oto
niekoronowany król wolnej Polski mieszka w samym
środku gdańskiej Zaspy, a obstawę SB, która pilnowała
każdego kroku lidera „Solidarności”, oglądać mogą we
dnie i w nocy mieszkańcy całego osiedla. Wałęsa w jakimś
sensie miał teraz okres świętego spokoju. Chodził do pracy
w stoczni, gdzie wydzielono mu warsztat prac
elektrycznych w dość przemyślany sposób oddzielony od
reszty załogi, z drugiej strony jego nieformalnym biurem
stała się parafia św. Brygidy. To tam przybywały wciąż
ekipy zachodnich i światowych telewizji, którym Wałęsa
udzielał wywiadów według dość powtarzającego się
scenariusza pytań.
To im opowiadał z filuternym błyskiem w oku, że gdy
zdarza mu się wyjść z bloku i zauważyć esbeków
przysypiających ze zmęczenia w milicyjnym fiacie, to stuka
im w szybę i woła: „No dalej! Co to za spanie, macie mnie
śledzić! Ruszać się!”.
W latach 90., gdy w znajdujących się pod
konstytucyjną kontrolą prezydenta Wałęsy służbach
specjalnych trafiają na kierownicze stanowiska byli
oficerowie SB, tacy jak np. Gromosław Czempiński, te
dialogi z lat 80. nabiorą innego, niepokojącego znaczenia.
Musi pojawić się pytanie, czy przyczyna zaskakująco
daleko posuniętej akceptacji prezydenta z
solidarnościowym rodowodem dla „fachowości” byłych
wysokich oficerów służb nie tkwiła mentalnie korzeniami
właśnie w tamtym okresie.
W tych burzliwych czasach najbliższym doradcą i
przyjacielem przywódcy „Solidarności” staje się ks. Henryk
Jankowski. Ta bliska znajomość zaczęła się po sierpniu
1980 roku. Lech Wałęsa, który na gwałt uczył się wtedy
wiedzy o życiu i świecie, uczynił z niego swego doradcę.
Bez roztropnych rad kapłana początkujący lider związku
zrobiłby znacznie więcej głupstw. Ks. Jankowski
uczestniczy w odsłonięciu pomnika Grudnia ’70, a potem
towarzyszy wszystkim najważniejszym epizodom
„Solidarności” z lat 1980-1981. A po 13 grudnia 1981 roku
proboszcz parafii św. Brygidy staje się wodzem skrawka
wolnej Polski.
Dziś jest to pustawe i zaciszne podwóreczko
odbudowane w starogdańskim stylu, ale od 1980 roku do
początku lat 90. dziedziniec przed kościołem św. Brygidy
przypominał brzęczący ul. Jak żartowano, obok Berlina
Zachodniego była to druga wolna wyspa na czerwonym
morzu. Po 13 grudnia słynne były odprawiane w kościele
św. Brygidy msze za ojczyznę — z patriotycznymi śpiewami
gdańskich aktorów Teatru Wybrzeże i tysiącami palców
układających się w znak wiktorii. Dom parafialny zaś
przypominał nieformalne centrum informacyjne lidera
zdelegalizowanej „Solidarności”. Zawsze wypełniony
zaaferowanymi działaczami i parafianami przychodzącymi
po pomoc. To właśnie wiedza, że „Brygida” jest parafią
Wałęsy, sprawiała, iż na jej podwórze zajeżdżały
ciężarówki z darami z całej Europy. To tu przyjeżdżali z
kopertami pełnymi dolarów, marek czy koron wysłannicy
zachodnich związków zawodowych, którzy przekazywali
pomoc rodzinom aresztowanych. Tu Lech Wałęsa
konferował z kościelnymi doradcami i zachodnimi
ambasadorami.
„Brygida” pełniła niekiedy funkcję prawdziwej fortecy.
Gdy na pobliskiej ulicy Rajskiej dochodziło do starć z
ZOMO, my, młodzi, zawsze wiedzieliśmy, że możemy
schować się do kościoła lub na kościelny podwórzec. To
właśnie na parafialnym podwórku, na charakterystycznych
schodkach przemawiali po mszach za ojczyznę Wałęsa i
inni solidarnościowi herosi, którzy przybywali tu w ramach
dziękczynienia po zwolnieniu z aresztu. Bywał tu także
witany serdecznie przez Wałęsę ks. Jerzy Popiełuszko.
Obawiał się on bardziej wtedy, że SB może przygotować
jakąś prowokację przeciwko ks. Jankowskiemu, niż
podejrzewał, iż sam padnie ofiarą porwania. Ale w tym
dziwnym świecie „Brygidy” nigdy nie zapomina się o
strukturach podziemnej „Solidarności”.
Po powrocie Wałęsy do domu w listopadzie 1982 roku
raz na jakiś czas za pomocą skomplikowanych operacji
logistycznych urządzane są jego ucieczki w celu spotkania
z członkami podziemnej TKK.
Notabene liderzy podziemia po zwolnieniu przywódcy
związku w listopadzie 1982 roku nie byli do końca pewni,
czy „wódz” zaakceptuje harmonijną współpracę z
podziemną „Krajówką”. Echa tych obaw znajdujemy we
wspomnieniach Bogdana Borusewicza:
„Było pytanie, czy Wałęsa uzna kierownictwo
podziemne, czy też będzie uważał je za konkurencję. A
konkurencji nie lubił. Okazało się, że nie ma takiego
problemu. Współpraca była bardzo dobra. Zdawał sobie
sprawę, że nie jest w stanie kierować podziemiem. Dla nas
był przywódcą, który jest na zewnątrz” (Edmund
Szczesiak, „Borusewicz. Jak runął mur”).
Przyznajmy Wałęsie po latach rację — uznając
autorytet podziemnych władz, zdał wtedy egzamin z
politycznej dojrzałości.
Cieszyły nas informacje o współpracy i lojalności
Wałęsy wobec podziemia. Rytualne wezwania do dialogu
traktowaliśmy jako rutynę, nie wątpiąc, że gdy tylko
Jaruzelskiemu powinie się noga, nowa rewolucja
„Solidarności” będzie znacznie bardziej radykalna wobec
„komuny” niż w latach 1980-1981.
W 1984 roku Wałęsa znów poruszył Polaków, godnie
przemawiając 3 listopada nad grobem zamordowanego ks.
Jerzego Popiełuszki. Jego słowa: „Spoczywaj w pokoju.
»Solidarność« żyje, bo ty oddałeś za nią swoje życie”
wycisnęły łzy z ogromnego, wielotysięcznego tłumu
zgromadzonego wtedy przez kościołem św. Stanisława
Kostki.
Okres lat 1984-1985 pamiętam ze swoich licealnych
czasów jako lekki spadek fascynacji Wałęsą wśród młodych
zwolenników „Solidarności”. „Walezy” po prostu
zezwyczajniał.
Gdy przeglądałem numery naszego licealnego pisemka
„BiT” z lat 1983-1985, które redagowałem razem z Jackiem
Kurskim, rzuciło mi się w oczy, że o Wałęsie było tam
stosunkowo niedużo. Nic dziwnego. „Wódz” opatrzył się i
ze swoją rutyną pojawiania się na kolejnych mszach za
ojczyznę i trudnym do niezauważenia bizantyjskim dworem
na parafii św. Brygidy stracił wiele ze swojej atrakcyjności.
Ale to były uwagi, które wygłaszaliśmy w swoim gronie. Na
zewnątrz lidera opozycji broniliśmy jak lwy i w czasie
coraz rzadszych już zadym skandowaliśmy nadal: „Lech
Wałęsa”.
Także na Zachodzie pojawiały się w mediach coraz
bardziej chłodne analizy specyficznego klinczu między
władzą a „Solidarnością”. I znów sięgnijmy po „Dziennik
pisany nocą” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Pod datą
17 października 1985 roku cytuje on komentarz publicysty
dziennika „La Stampa” Frane Barbieriego, o
przeprowadzonych wówczas wyborach do Sejmu PRL:
„Wszyscy przegrali. (...) Wszyscy to trzy główne siły
nad Wisłą: Jaruzelski, Solidarność i Kościół”.
W opinii Barbieriego przegrał Jaruzelski, skoro nie
powiodło mu się „przesłonięcie nagiej przemocy wiązką
listków figowych oberwanych z umiarkowanej,
przykościelnej gałęzi opozycji”. Przegrała „Solidarność”,
dla której „musi obecnie być jasne, że zużywa się z każdym
dniem bardziej plan utopienia reżimu w morzu obojętności
obywateli, że strategia uporczywego wzywania do dialogu
na przekór chronicznej głuchocie władzy pogłębia w
społeczeństwie zmęczenie i skłonność do apatycznej
rezygnacji, zamieniając stopniowo ‘Wałęsę — sztandar
bojowy’ w ‘Wałęsę — czcigodny pomnik’”. (Gustaw
Herling-Grudziński, „Dziennik pisany nocą 1984-1988”).
Ta konstatacja komentatora „La Stampy”, który
przyglądał się pozycji lidera „Solidarności” z włoskiej
perspektywy, z biegiem kolejnych lat stawała się coraz
bardziej „nasza”. Młode pokolenie, które organizowało się
czy to w ruch Wolność i Pokój, czy Federację
Anarchistyczną, czy wreszcie w Federację Młodzieży
Walczącej, zaczynało z coraz większym dystansem patrzeć
na „Pontona”, jak wtedy zaczęto nazywać coraz bardziej
korpulentnego Wałęsę. Skandowane na demonstracjach
hasło „Lech Wałęsa kupa mięsa” miało jeszcze charakter
surrealistycznego żartu, ale już ilustrowało zmęczenie
nowej generacji rezydentem parafii św. Brygidy.
Trzeba też przyznać, że wówczas opozycja wpadła w
pewien nudnawy rytuał swojej działalności. Po amnestiach
z 1984 i 1986 roku przybladł romantyzm ukrywania się
związkowych liderów, a pojawiło się znużenie kolejnymi
rocznicowymi deklaracjami wzywającymi władze do
rozmów.
W drugiej połowie lat 80. prowokacje bezpieki są już
rzadsze, rzadsze są też postsolidarnościowe demonstracje.
Ale parafię wciąż wypełniają opozycyjne gwiazdy z
Warszawy, za którymi przybywają zachodnie ekipy
telewizyjne. Parafia ks. Jankowskiego zaczyna się kojarzyć
z posmakiem luksusu i elitarności.
W niemal każdą niedzielę dziennikarze ABC, CBS czy
ZDF, którym towarzyszą oszałamiająco piękne polskie
tłumaczki, przychodzą nagrać wystąpienia Wałęsy. Powoli
wytwarza się specyficzny świętobrygidowy dwór, gdzie
mieszają się asystenci ks. Jankowskiego — zazwyczaj byli
ministranci — z ludźmi z dworu szefa związku. Zachodnie
ekipy, które chcą mieć jak najszybszy dostęp do przywódcy
„Solidarności”, obsypują członków parafialnego dworu
prezentami: paczkami pall-malli czy butelkami whisky.
Krążą plotki, że ludzie z otoczenia Wałęsy za dopuszczenie
dziennikarzy do „wodza” inkasują niezłe kwoty od ekip
telewizyjnych, które przyjeżdżają z całego świata: od
Japonii po Kalifornię.
Ale ten Wałęsa — nieco już zepsuty latami tkwienia w
„politycznej zamrażarce” lat 80. — nie ma nic przeciwko,
by na parafii św. Brygidy powstało u niego duszpasterstwo
anarchistów. Tam w kłębach tytoniowego i gandziowego
dymu młodzi katolicy debatują ze zwolennikami
pacyfistycznego ruchu Wolność i Pokój czy Federacji
Anarchistycznej.
Im bliżej końca lat 80., tym na plebanii u Wałęsy
pojawiają się gwiazdy i goście z najwyższej półki. Aktorki i
pieśniarki takie jak Joan Baez. Politycy tacy jak senator
Edward Kennedy, a niedługo potem sama premier
Margaret Thatcher. Ksiądz prałat prosi wysoko
postawionych gości na swe umeblowane ciężkimi
gdańskimi meblami salony i olśniewa ich faszerowanymi
bażantami i pieczonymi węgorzami. Zamiłowanie do
luksusu znajduje teraz usprawiedliwienie — przecież nie
wypada ich podejmować byle czym. Wałęsa, który sam
powoli rozsmakowuje się w wykwintnym życiu, nie
mityguje przyjaciela.
Już wtedy słyszałem od osób ocierających się o dwór
Wałęsy na plebanii św. Brygidy, o ich konsternacji
plotkami, że w otoczeniu przywódcy „Solidarności” są
ludzie posądzani o współpracę z SB i „wódz” to ignoruje
lub bagatelizuje.
O tym, że było coś w tych plotkach na rzeczy, świadczy
wspomnienie Wałęsy po latach o czasach pozostawania w
„półlegalności” w tym okresie:
„Ja dobrze wiedziałem o infiltracji, o agenturalności [w
swoim otoczeniu — przyp. P.S.]. Znałem agentów, tylko oni
o tym nie wiedzieli. Mało tego, nie wyrzucałem ich dlatego,
żeby mi nie dali nowego, o którym bym nie wiedział, czy
jest zwerbowany. Mało — wykorzystywałem ich do
niektórych robót, stawiając w głupiej sytuacji, no bo nie
mogli się zdekonspirować” („Czas Krakowski”, 3.06.1994).
***
Kiedy Wałęsa tak naprawdę przestał być robotnikiem,
a stał się politykiem, który coraz mniej miał wspólnego z
życiem proletariatu? Obserwowałem przewodniczącego
związku i jego dwór w latach 80. i zauważałem, jak
zaczyna on lubić ten nieco nierealny świat asystentów oraz
osobistego kierowcy — taksówkarza Andrzeja
Rzeczyckiego. Gdy tylko następuje jakieś polityczne
naprężenie, niedaleki od kościoła św. Brygidy hotel
Heweliusz pełen jest zachodnich dziennikarzy, którzy
stawiają whisky ludziom z otoczenia Wałęsy. A
jednocześnie wszystkie złośliwości na temat tego świata
nie mogą pomijać faktu, że sam Wałęsa jakoś w tych
nienormalnych warunkach musiał stworzyć aparat ludzi,
którzy pomagaliby mu w pełnieniu tej dziwacznej roli niby
osoby prywatnej, a faktycznie „tajnego” przywódcy Polski.
Co charakterystyczne, w tym czasie z otoczenia Wałęsy
znika Wachowski, choć wydawałoby się, że właśnie wtedy
jego formalne talenty ni to taksówkarza, ni to doradcy, ni
to totumfackiego powinny być potrzebne jak nigdy dotąd.
Ale jeśli uznać, że Wałęsa akceptował Wachowskiego jako
swój kanał komunikacyjny z władzą, to w latach 1982-
1988, kiedy to władza z uporem uznawała szefa
„Solidarności” za osobę prywatną, on ze swej strony
uważał, że odpowiedzią na taki lekceważący dla niego
status będzie odmowa utrzymywania z władzą jakiegoś
specjalnego kanału kontaktów. Pamiętajmy też, że w tym
czasie dumny opór Wałęsy wobec ekipy Jaruzelskiego był
dla milionów Polaków pozytywnym kontrastem na tle
wspomnianych już przypadków złamania
solidarnościowych liderów.
Myślenie ówczesnej konspiry na temat Wałęsy po
latach definiuje Ludwik Dorn: „Jako szarego zwolennika
Solidarności postrzegałem wtedy Wałęsę bardzo dobrze.
Oczywiście wiedziałem, że czasami gada od rzeczy, ale
zasadniczą linię trzymał, żadnej wielkiej głupoty wtedy nie
zrobił. Powtarzaliśmy sobie pół żartem, pół serio: gdyby
Wałęsa zachował się tak jak Kułaj, nas by już nie było. Ale
ponieważ zachowuje się dobrze, to znaczy, że Lechu jest w
pytę”.
Wałęsa w tym czasie, chyba pod wpływem zachęt
zachodnich wydawców, ale i też swoich doradców, że musi
przypominać światu o swojej osobie, zaczyna pisać, a
raczej dyktować wspomnienia dwóm solidarnościowym
dziennikarzom: Andrzejowi Drzycimskiemu i Adamowi
Kinaszewskiemu. Tak powstanie książka „Droga nadziei”.
To dzieło będzie potem bezcennym źródłem dla
późniejszych badaczy meandrów wczesnego okresu życia
polityka. Wałęsa jest wtedy na tyle pewny swojej
pomnikowej pozycji, że pozwala sobie na przykład na
bardzo dziwne wspomnienia o tym, jak na czele tłumu w
grudniu 1970 roku wszedł do oblężonej przez
stoczniowców Komendy Wojewódzkiej Milicji
Obywatelskiej, negocjował z milicjantami, wyszedł nawet
na balkon, by uspokoić tłum, ale został uznany za zdrajcę i
wreszcie jak gdyby nigdy nic opuścił komendę. Historycy
dobrze wiedzą, że dokumenty i relacje pisane są
bezcennym źródłem historycznym, bo ich autorzy, pisząc
jakąś wersję wydarzeń, nie są w stanie przewidzieć, jak
będą ją przedstawiać w przyszłości. Ale wtedy kult Wałęsy
był powszechny i nikt nie wczytywał się podejrzliwie w
jego wspomnienia z grudnia 1970 roku.
Wkrótce potem z pieniędzy uzyskanych z praw
autorskich Wałęsa kupił sobie domek przy ulicy Polanki.
Ten początkowo niewyróżniający się na tle reszty XIX-
wiecznej zabudowy starej Oliwy domek zamienił się z
czasem w niezwykle efektowną willę. Wałęsa był w tym
czasie bardzo lojalnym współpracownikiem podziemia, a w
1986 roku współtworzył jawną Tymczasową Radę
Solidarności, która miała być krokiem w kierunku
legalizacji związku. Do rady weszli, oprócz Wałęsy jako
patrona tej struktury, tacy działacze, jak między innymi
Zbigniew Bujak czy Tadeusz Jedynak. Jedynym problemem
dla autorytetu lidera związku była zdecydowanie wroga mu
grupa robocza Komisji Krajowej z Andrzejem Gwiazdą na
czele i silnym ośrodkiem działaczy łódzkich: Jerzym
Kropiwnickim, Grzegorzem Palką i Andrzejem Słowikiem.
Zarzucali mu oni, że nie doprowadził do spotkania
wszystkich przebywających na terenie Polski działaczy KK
według stanu z 12 grudnia 1981 roku. Wałęsa — po części
dla swojej wygody i utrzymania swojej dominacji, a po
części wskazując na polityczne realia — gniewnie odrzucał
te postulaty.
„Gwiazda, Jurczyk i Słowik domagają się zwołania
zjazdu [»Solidarności« — przyp. P.S.], aby potwierdzić
swój mandat. Mają do tego prawo. Ale to ich prawo
koliduje z prawem tych młodych działaczy, którzy swój
mandat wywalczyli nie w wyborach, bo to było niemożliwe,
lecz przez praktyczną działalność w ostatnich latach. A co
ja robię? Trzymam środek, który pozwala mi zrealizować
moją linię. A na dziś jestem najmocniejszy” — ten cytat
pochodzi z „Wprost” z 5 marca 1989 roku, ale dobrze
oddaje nastawienie Wałęsy wobec grupy roboczej Komisji
Krajowej z całego okresu lat 1984-1989.
Wałęsa tkwił więc w klinczu — z jednej strony co rusz
odbywał miniwiece na dziedzińcu parafii św. Brygidy, z
drugiej zaś czas odwrócenia się do niego plecami ekipy
Jaruzelskiego przedłużał się. Jerzy Urban na swoich
osławionych konferencjach prasowych z wyraźną lubością
pouczał zachodnich dziennikarzy, że to, co uważa za
rozmaite tematy Lech Wałęsa, nie interesuje władzy więcej
niż opinie wszystkich pozostałych 37 milionów Polaków.
Oczywiście takie wydarzenia jak demonstracje
„Solidarności” przy okazji wizyty papieskiej w Gdańsku w
1987 roku przypominały, że Wałęsa ciągle jest
niekwestionowanym liderem opozycji, ale zaczyna on
wtedy — podobnie jak reszta „Solidarności” — obawiać się
coraz silniejszych głosów mówiących, że związek przestał
być siłą sprawczą wydarzeń. Z jednej strony z okolic
prymasa Józefa Glempa zaczęły płynąć głosy zachęcające
do zastanowienia się, czy na „Solidarności” nie należy
postawić krzyżyka i raczej skupić się na uzyskaniu ze
strony władz zgody na jakieś chrześcijańskie związki
zawodowe — jak to wtedy mówiono: „żółte związki” (żółte
od koloru flagi papieskiej). Z drugiej strony jak grzyby po
deszczu zaczęły wyrastać wówczas towarzystwa
przemysłowe, które lansowały politykę małych kroków w
dziedzinie budowania kapitalizmu jako lepszej formy
rozmontowywania systemu niż ciągłe marzenia o
powtórzeniu się robotniczego zrywu, który rzuci władze na
kolana. Wreszcie nie najlepiej brzmiał w uszach działaczy
podziemia coraz silniejszy głos niechęci wobec
„Solidarności” jako potencjalnego kustosza wielkich
nierentownych molochów z epoki socjalizmu w wykonaniu
tak popularnego publicysty jak Stefan Kisielewski.
W tej atmosferze ponawiane przez Wałęsę i jego
doradców z Bronisławem Geremkiem na czele apele o
rozpoczęcie rozmów brzmiały jak rytualne mantry. Na
niekorzyść Wałęsy wpłynął też fakt, że od początku 1988
roku wzrosły na nowo wpływy Mieczysława Rakowskiego,
który z wyjątkową zajadłością demonstrował wobec niego
swoją niechęć. Już wówczas wokół Rakowskiego i PZPR-
owskiego liberała Mieczysława Wilczka skupiać się zaczęła
myśląca coraz bardziej o swoim uwłaszczeniu ta część
PZPR, która po cichu szkicowała wizję uwłaszczenia się
nomenklatury na państwowym majątku. W tej aurze
wzmacniało się przekonanie władzy, że nawet mimo
Gorbaczowowskiej pierestrojki w Polsce można
wprowadzić coś na wzór gulaszowego socjalizmu,
wcielanego w życie od końca lat 60. przez
komunistycznego przywódcę Węgier Janosa Kadara. Dziś
możemy się tylko domyślać, jakie były zamiary
Rakowskiego na początku 1988 roku. Ale wizja
popuszczenia pewnych obszarów aktywności społecznej
dla realizowania hasła „bogaćcie się” była ściśle związana
z pryncypialną niechęcią ludzi ekipy Jaruzelskiego do
jakiegokolwiek ponownego eksperymentowania z
„Solidarnością”. Jeśli już myślano o poczynieniu pewnych
koncesji, to adresatem takich ofert miały być raczej kręgi
liberalnego odłamu opozycji z Bronisławem Geremkiem na
czele.
Świadczyło o tym wydrukowanie w lutym 1988 roku w
specjalnie powołanym przez władze do „dialogowania”
piśmie „Konfrontacje” wywiadu z profesorem Geremkiem
na temat „paktu antykryzysowego” władzy z opozycją. W
tym samym czasie duża część opozycji marcowej została
usunięta ze spisów „osób niepożądanych”, jakie MSZ
rozsyłał placówkom dyplomatycznym PRL wydającym wizy
wjazdowe do Polski.
Wreszcie w 20. rocznicę Marca ’68, w głównym
wydaniu oficjalnego Dziennika Telewizyjnego wspomniano
przemilczaną dotąd rocznicę. Z tej okazji skrytykowano
falę antysemityzmu, jaka towarzyszyła tamtym
wydarzeniom.
Można przypuszczać, że już wtedy pojawiały się
pomysły jakiegoś przerzucenia mostów ze środowiskiem
komandosów marcowych, na przykład w środowisku,
doradzającego ekipie Jaruzelskiego, profesora Janusza
Reykowskiego. Choć jednocześnie wciąż stosunkowo silny
partyjny beton pukał się w czoło, gdy ktoś wspominał o
możliwości potraktowania Adama Michnika czy Jacka
Kuronia jako partnerów. Szczegóły wyłaniania się jakichś
planów negocjacji z częścią opozycji są do dziś mało
zbadane i wywołują w środowisku Michnika furiackie
ataki.
Tylko uważne przeglądanie prasy podziemnej pozwala
niekiedy znajdować ślady sondowania lewicy
„Solidarności” przez Służbę Bezpieczeństwa już w
poprzednich latach. Jednym ze śladów wysuwania się na
czoło późniejszego wodzireja Okrągłego Stołu Czesława
Kiszczaka było w 1986 roku zdanie z tekstu Jana
Lityńskiego w „Tygodniku Mazowsze”:
„Przesłuchiwania w więzieniach i aresztach, rozmowy z
generałem Kiszczakiem i jego podwładnymi nie były tym,
za co je braliśmy — rutynowymi działaniami policyjnymi,
lecz przeciwnie — negocjacjami politycznymi. Oczywiście
w komunizmie policja zawsze była ważnym i wpływowym
lobby, ale nigdy nie występowała jako siła bardziej
wyrazista niż biuro polityczne. Nie wiem, co to oznacza,
ale być może rola policji okaże się ważniejsza niż wojska
po 13 grudnia”. Była to znamienna obserwacja,
zapowiadająca przyszłą rolę generała Czesława Kiszczaka
w rozmowach z opozycją.
Bez tej analizy sytuacji z pierwszych miesięcy 1988
roku nie sposób zrozumieć splotu wydarzeń, który w maju
tego roku znów wyciągnął w górę postać Lecha Wałęsy.
Rozważania te zamknijmy jedną hipotezą: władza, w której
istniały środowiska pragnące jakichś zmian, brała pod
uwagę koncesje dla różnych środowisk opozycji, ale
niekoniecznie dla NSZZ „Solidarność” i Lecha Wałęsy.
Także Moskwa zaczęła wtedy dyskretnie szukać —
niezobowiązującego póki co — kontaktu z polską opozycją,
ale nie było oczywiste, że to Wałęsa ma być wielkim
wygranym kruszenia się epoki pobreżniewowskiej.
Owszem, Jaruzelski musiał brać pod uwagę zmiany
związane z „pierestrojką”, ale chciał rozegrać je na swój
sposób.
W centrum władzy Wałęsa miał wtedy opinię „zgranej
karty” i postaci, której nie można ufać i wierzyć. W tym,
jak można z perspektywy czasu podejrzewać, dość
minorowym nastroju przywódca „Solidarności” mógł
przewidywać, że dzień 1 maja 1988 roku zakończy się
jakimś kolejnym miniwiecem na placyku na dziedzińcu
kościoła św. Brygidy i w najlepszym razie jakąś małą
demonstracją z udziałem młodych zadymiarzy.
Wiosna młodych 1988 roku. Kto ją dziś wspomina?
„»Solidarność« zwycięży znów” — ten gitarowy hymn ze
strajku, podobnie jak i sam protest, który wybuchł 2 maja,
pamięta już niewielu. Ta wiosna młodej generacji,
wychowanej na micie wielkiego „Lecha” i Sierpnia ’80,
została utrwalona tylko na filmach Video Studia Gdańsk i w
paru ówczesnych podziemnych reportażach.
Młodzi stoczniowcy, którzy wchodzili wówczas na
scenę wydarzeń, pamiętali upokorzenie grudniowej nocy i
uczyli się polityki na zadymach po mszach w kościele św.
Brygidy. Byli wśród nich młodzi ludzie, którzy przyjechali
za pracą z różnych krańców Polski, ale i wychowankowie
ruchu oazowego szukający w Biblii uzasadnienia walki z
komuną. To oni pikietowali sklepy monopolowe z plakatami
przypominającymi orędzia Kościoła, że sierpień powinien
być miesiącem trzeźwości.
2 maja 1988 roku, nazajutrz po pierwszej od paru lat
ostrej pierwszomajowej zadymie zakończonej pałowaniem
ZOMO, właśnie ci młodzi wywołali strajk w stoczni.
Zakładzie, który — jak się komunistycznej władzy
wydawało — skutecznie wyczyszczono z „niepożądanego
elementu”.
A jednak znów — jak w sierpniu 1980 roku —
wystarczyła iskra, by rozgorzał strajk. Grupa młodych
stoczniowców z flagami, z Janem Staneckim na czele,
obeszła zakład, obsadziła bramę główną i ogłosiła strajk z
hasłem relegalizacji NSZZ „Solidarność”. Zaskoczyli tym
nie tylko dyrekcję stoczni, ale i samego Lecha Wałęsę oraz
władze gdańskiego podziemia. Młodzi czuli się jakby
onieśmieleni swoją rolą inicjatorów protestu. Chcieli, aby
„Lechu” jak najszybciej stanął na ich czele.
Strajk majowy obserwowałem z bliska — spędzając 9
strajkowych dni razem ze strajkującymi jako dziennikarz
podziemnego pisma „Solidarności” Regionu Gdańskiego i
pomagając stoczniowcom przy redagowaniu biuletynu
strajkowego. To był dobry punkt do obserwowania lidera
związku na tle wiosny „Solidarności” — wiosny, która
wyrwała Polskę z marazmu drugiej połowy lat 80.
Wałęsa dość szybko przyjechał na strajk. Nie zapomnę,
jak jąkający się z przejęcia Jan Stanecki informował
Wałęsę, że „sytuacja gospodarna, tragiczna, marna zmusiła
nas do protestu, bo nie idzie wyżywić rodziny!”. Wałęsa nie
uchylił się od patronatu nad strajkiem, ale zręcznie
przekazał bezpośrednie kierowanie nim leciwemu
Alojzemu Szablewskiemu i Jackowi Merklowi. Równie
ważni byli działacze średniego pokolenia: Roman
Gałęzewski oraz Edward Szwajkiewicz. Ale na ich tle widać
było kandydatów na nowych młodych liderów
„Solidarności”: Jana Górczaka, Jana Staneckiego,
Zbigniewa Stefańskiego czy nieżyjącego już Tadeusza
Duffka — dziś kompletnie zapomnianych.
To właśnie ci młodzi robotnicy obsadzali stoczniowe
posterunki, musieli słuchać pogróżek władzy z megafonów,
bez okazywania nerwów znosić pozorowane ataki ZOMO
na stocznię. To oni stworzyli specyficzny strajkowy folklor.
Od pisanych na kolanie piosenek przez happeningi
szydzące z ZOMO-wców aż po modlitwy pomagające
odegnać strach. Wtedy, w 1988 roku, mało kto myślał o
pozowaniu na bohatera. Realna była za to groźba brutalnej
pacyfikacji — pamiętano o „wkroczu” (jak nazywano wtedy
milicyjne akcje) w Nowej Hucie, gdzie także trwał
wcześniej strajk. ZOMO obstawiło stocznię i — wyciągając
wnioski z Sierpnia ’80 — nie dopuszczało gdańszczan do
tej głównej moralnej podpory protestujących — do bramy
głównej.
Ks. Henryk Jankowski pomagał przełamać blokadę
strajkującej stoczni — stworzył służbę tak zwanych
kangurów. Były to dzieci ze stoczniowej dzielnicy w wieku
od 9 do 11 lat. Znając każdą dziurę w zakładowym płocie,
przerzucały na teren strajkującej stoczni plecaki ze
sprzętem drukarskim i chlebem. Ale mimo to strajkujących
było niewielu — może 1000, może 1500. Reszta poszła do
domu, a w gdańskiej hali Olivii władze wypłacały
łamistrajkom pieniądze.
Bez pomysłowości, determinacji i odwagi tych paru
setek młodych stoczniowców nie powstałaby w maju swego
rodzaju eksterytorialna rzeczpospolita stoczniowa.
Kawałek wolnej Polski, z której Wałęsa i doradcy szybko
pojawili się w stoczni i zaczęli wzywać władze do uznania
„Solidarności”. Lider związku prezentował się wtedy —
trzeba mu to przyznać — doskonale. Szybko wprowadził
się do stoczni i nocował w ciasnych pokoikach przy
stołówce. Dokuczały mu wówczas choroby, ale nie
okazywał słabości na zewnątrz. Po latach opozycyjnej
rutyny, polegającej na spotykaniu się z zachodnimi
reporterami na parafii kościoła św. Brygidy, teraz wrócił
do stylu przywództwa, jaki starsi stoczniowcy pamiętali z
sierpnia 1980 roku. Wyczuwał nastroje, potrafił
zareagować, gdy zauważał, że pomiędzy strajkujących
wdziera się strach. Mówił prostym, zrozumiałym językiem.
Nie zapomnę, jak instynkt kazał mu natychmiast
zareagować bodaj 4 maja na ogłoszone za pomocą
megafonów komunikaty o likwidacji zakładu. Był chłodny
wieczór i siąpił przygnębiający deszcz. Wałęsa wsiadł
wtedy z grupą liderów na wózek akumulatorowy i zaczął
objeżdżać wszystkie posterunki strajkowe, które
szczękając zębami, miały prawo przestraszyć się pogróżek
władz.
„No i co? Zwycięstwo — grzmiał »Lechu« już z oddali,
wizytując strajkowe warty, które grzały się przy ogniskach.
— Przecież jeśli ogłaszają, że rozwiążą zakład, to znaczy,
że nasz protest już przestraszył władze”. Nie mijało parę
minut po buńczucznych tyradach Wałęsy, a już
stoczniowcy gratulowali sobie nawzajem, że władza
zaczęła się strajku bać.
U boku Wałęsy znów zgromadzili się wtedy jego
doradcy: Tadeusz Mazowiecki, bracia Kaczyńscy czy
Aleksander Hall. Do dziś pamiętam ze strajku nieco
surrealistyczny obrazek. Obawiający się podsłuchów w
budynkach stoczniowych szacowni doradcy debatują nad
strategią protestu, siedząc wokół Wałęsy na ogromnych
szpulach z kablem. To wtedy zarówno doradcy, jak i
robotnicy spali na dużych płytach styropianu. Ten słynny
styropian będzie po latach obiektem drwin, ale wtedy był
symbolem braku barier między robotnikami a
inteligentami.
Mazowiecki potrafił cierpliwie tłumaczyć młodym, co
oznaczają zwroty w propagandzie władz, a Jarosław
Kaczyński dopiero wtedy awansował do ścisłej ligi
doradców Wałęsy.
Ale realia były brutalne. Władze ze stoczniowcami nie
chciały rozmawiać, a reszta kraju się nie ruszyła. Choć pod
wpływem symbolicznych „styropianowych” scen nie
zauważałem wtedy jeszcze wyraźnego rozdwojenia między
solidarnościową elitą a strajkowymi dołami, to już jednak
instynktownie wyczuwałem w szacownych gościach chęć
do jak najszybszego zakończenia protestu na jakichś
honorowych warunkach.
Owszem, były na rzecz takiego zakończenia strajku
racjonalne argumenty — choćby brutalna pacyfikacja
protestu w Hucie im. Lenina czy brak szerszego poparcia
strajkowego dla stoczni. Ale dziś po latach myślę, że była w
tym jakaś podświadoma niechęć do młodych liderów
strajku. Coś jakby obawa, że rewolta młodych, jeśli
wymknie się spod nadzoru weteranów Karnawału lat 1980-
1981, może wywrócić dotychczasową hierarchię opozycji.
W końcu wynegocjowany przy pośrednictwie mecenasa
Władysława Siły-Nowickiego i przedstawicieli biskupa
gdańskiego Tadeusza Gocłowskiego kompromis
zagwarantował spokojny wymarsz ze stoczni i obietnicę
władz wyrzeczenia się represji wobec strajkujących. My,
młodzi solidarnościowcy, żartowaliśmy wtedy, nieco
rozgoryczeni, że Jaruzelski stłumił strajk siłą, tyle że Siłą-
Nowickim.
Wałęsa wyszedł na czele pochodu strajkujących pod
rękę z jednej strony ze stoczniowcem Edwardem
Szwajkiewiczem, a z drugiej z Mazowieckim i młodym
liderem Janem Górczakiem dźwigającym ogromny
krucyfiks.
Tu mała dygresja. Gdy oglądałem zdjęcie ukazujące
wymarsz tego pochodu spod stoczni w „Zadrze” Jana
Skórzyńskiego wydanej przez Europejskie Centrum
Solidarności, Górczak określony został w podpisie zdjęcia
jako NN (nazwisko nieznane). To dobry przykład tego, jak
całkowicie zapomniano tamtych młodych liderów.
Trzy miesiące później, w sierpniu, strajk w Stoczni
Gdańskiej wybuchł na nowo, tym razem jako reakcja na
protesty w śląskich kopalniach, porcie szczecińskim i hucie
Stalowa Wola. Tym razem został zaplanowany przez
Wałęsę i regionalne władze „Solidarności”, ale i on nie
udałby się bez entuzjazmu młodych stoczniowców.
Niektórzy doradcy, między innymi Tadeusz Mazowiecki
i Bronisław Geremek, choć czasem zaglądali do stoczni, to
równolegle sondowali już przedstawicieli władzy w
Warszawie. Od 22 sierpnia, czyli równolegle ze strajkiem
w Gdańsku, kontakt w sprawie rozmów nawiązują
reprezentujący Kościół i opozycję Andrzej Stelmachowski
oraz z ramienia PZPR Józef Czyrek. Z drugiej strony ZOMO
brutalnie pacyfikuje część śląskich kopalni.
Wałęsa i reszta jego doradców pilnie śledzą wtedy VIII
Plenum KC PZPR. Jedni jako groźbę usztywnienia linii
władz, inni jako oznakę zagubienia w kierownictwie partii.
Jedni komuniści są za twardą linią, inni namawiają do
dialogu z „Solidarnością”. Członek KC Zdzisław Gmurek
oświadczył wtedy: „Na dzisiejszym plenum musimy
wyraźnie powiedzieć: nie — dla demolowania naszej
Ojczyzny. Nie — dla obniżania poziomu życia klasy
robotniczej. Nie — dla »Solidarności«”. Znacznie bardziej
koncyliacyjna była, też członek KC, rektor Akademii
Medycznej w Gdańsku Barbara Krupa-Wojciechowska:
„Jeżeli założymy, że opozycjoniści to także patrioci, którzy
tylko inaczej myślą, to sądzę, że po tych 7-8 latach oni się
tak samo zmienili, że po prostu trzeba się wziąć razem do
roboty, gdyż sypiąc sobie piasek w tryby, zatrzymamy
maszynę, doprowadzimy do upadku Rzeczypospolitej”.
W tej atmosferze Wałęsa przyjął zaproszenie na
rozmowy 31 sierpnia z generałem Czesławem Kiszczakiem.
Pamiętam dobrze powrót Wałęsy do stoczni. Było to 31
sierpnia wieczorem. Szef „Solidarności” wobec komitetu
strajkowego i doradców postawił sprawę jasno: przyjąłem
propozycję rozmów na temat Okrągłego Stołu i ja strajk
opuszczam. Było to postawienie stoczni pod ścianą. Przed
wyjazdem Wałęsa zaznaczał, że jedzie do Kiszczaka poznać
jego propozycje i po powrocie przedstawi je strajkującym.
Teraz się okazało, że wszystkie decyzje już zapadły. W
burzliwej dyskusji jedni bronili wyboru Wałęsy, inni byli
sceptyczni.
Ówczesna linia podziału mogłaby zaskoczyć
dzisiejszego czytelnika. Wyboru Wałęsy bronili między
innymi Lech Kaczyński i Krzysztof Wyszkowski.
Sceptycyzm zachowywał z kolei Bogdan Borusewicz, który
wskazywał, że taki finał strajku nie jest żadnym sukcesem.
Decyzja Wałęsy o zakończeniu strajku i podjęciu
rozmów z władzą została podjęta bez konsultacji ze
stocznią. Gdy lider „Solidarności” jechał do Warszawy,
miał wrócić do strajkujących i przedstawić im propozycje
władzy. Podobnie jak w wypadku marca 1981 roku —
Wałęsa decyzję podjął sam, a potem zagrał swoim
nieładnym chwytem: „Jeśli chcecie, strajkujcie sobie dalej,
ale ja strajk opuszczam”.
Wszystko to było szokiem dla młodych stoczniowców.
Paktowanie akurat z Kiszczakiem odbierali oni jako
upokorzenie. Wierzyli, że strajk można wygrać.
Nie zapomnę sceny, gdy doradca Wałęsy Andrzej
Celiński wyszedł przed strajkujących, aby przekonać ich do
zakończenia strajku. Gdy zszedł z mównicy, odreagował
złość na oburzonych robotników, sycząc: „Pajace, nic nie
rozumieją”. Zaskoczył i przeraził mnie ten wybuch
wściekłości. Pamiętałem jeszcze dobrze strajk majowy.
Zastanawiałem się, czy Celiński zdaje sobie sprawę z tego,
że gdyby nie protest „pajaców”, władze w ogóle nie
kwapiłyby się do żadnych rozmów. W końcu na długim,
burzliwym, nocnym posiedzeniu komitet strajkowy
przegłosował zakończenie protestu.
Nigdy nie zapomnę tej nocy. Dorosłych mężczyzn
płaczących jak bobry, ludzi rozdartych między zaufaniem
do Wałęsy a poczuciem zawodu, że ich opinii nie bierze się
pod uwagę. Tych, którzy chcieli strajkować bez „Lecha”, w
końcu przekonano do porzucenia prób rozłamu. Jednak
kiedy rano Wałęsa opowiedział o decyzji zakończenia
strajku i rozpoczęcia rozmów z władzami, w tłumie słychać
było gwizdy. Pierwsze gwizdy, jakie lider „Solidarności”
usłyszał od robotników.
Stoczniowcy opuścili zakład w zwartej kolumnie,
przemaszerowując do kościoła św. Brygidy. Nie było wśród
nich ich dotychczasowego „wodza”. Wałęsa opuścił
stocznię wcześniej.
Znamienne, że późniejszy prezydent Wałęsa nigdy
potem nie wracał pamięcią do tradycji protestów z maja i
sierpnia 1988 roku. Nie zadbał o odznaczenie po 1989
roku tego najmłodszego walecznego pokolenia stoczni.
Nigdy nie patronował żadnym próbom przypomnienia
tamtych protestów. Ale nie tylko on.
Dla polityków solidarnościowych, którzy wyszli dzięki
tym protestom znów na powierzchnię wydarzeń, sierpień
1988 roku na tle Sierpnia ’80 będzie tylko epizodem.
Potem w trakcie apogeum wojny na górze Krzysztof
Wyszkowski zapamiętał pełen oburzenia wybuch Tadeusza
Mazowieckiego, któremu miały wyrwać się słowa: „To pan
na naszych plecach wyszedł w górę, a teraz...” (Krzysztof
Wyszkowski, relacja 15.06.2013). Otóż to samo w
kolejnych miesiącach po strajku sierpniowym mogło
wyrwać się młodym liderom strajku z sierpnia 1988 roku.
Tyle że w odróżnieniu od Mazowieckiego z ich opinią nikt
się już wówczas nie liczył.
I nikt, z Wałęsą na czele, nie ma specjalnej ochoty na
przypominanie tamtych wydarzeń. Sierpień roku 1988 był
symbolicznym zamknięciem epoki, w której doły
„Solidarności” wpływały na działania swoich
przedstawicieli, włącznie z jej przywódcą. Dziś były lider
związku, broniąc swojej ówczesnej decyzji o przystąpieniu
do Okrągłego Stołu, lubi wskazywać, że w Polsce roku
1988 nie było rewolucyjnej atmosfery.
W jakiejś mierze to prawda, ale też od jesieni tamtego
roku Wałęsa wiele zrobił, by rewolucyjną atmosferę —
nawet jeśli była gdańskim fenomenem — starannie
wystudzić. Po sierpniowym strajku zatrzasnęły się jakieś
psychologiczne drzwi za elitą „Solidarności”, która coraz
więcej czasu zaczęła spędzać w gabinetach negocjacji z
ludźmi PZPR. Gdy w listopadzie 1988 roku premier
Mieczysław Rakowski prowokacyjnie zapowiedział
likwidację Stoczni im. Lenina, nikt z czołówki ruchu
solidarnościowego nie rozważał nawet zorganizowania
pokojowych demonstracji, nie mówiąc już o strajku.
Jarosław Kaczyński po latach będzie twierdzić, że była
to prowokacja Rakowskiego mająca wciągnąć związek w
pułapkę.
Ale powtórzmy raz jeszcze, ostrożność Wałęsy
wynikała także z przekonania, iż radykałowie po
solidarnościowej stronie są stokroć niebezpieczniejsi niż
negocjatorzy w generalskich mundurach. Tę taktykę
chronienia rozmów przed „tymi, co nic nie rozumieją”
doskonale wykorzystywali partnerzy z PZPR.
Tadeusz Mazowiecki, Lech Wałęsa i bracia Kaczyńscy
byli przekonani, że to taktyka najlepsza w ówczesnej
sytuacji. O wrażliwości solidarnościowych dołów Wałęsa
przypomni sobie dopiero w końcu 1989 roku, a na szerszą
skalę w 1990 roku wraz z hasłem przyspieszenia.
Strajki z maja i sierpnia 1988 roku były ostatnimi
znaczącymi protestami politycznymi wielkich zakładów
pracy — najważniejszym postulatem protestujących była
legalizacja „Solidarności”. Nigdy później robotnicy nie
mieli już takiego wpływu na wydarzenia polityczne.
Na 26 przedstawicieli strony solidarnościowej przy
Okrągłym Stole było tylko pięciu robotników, którzy
pojawili się w życiu publicznym w czasie strajków z 1988
roku. Jednak w trakcie późniejszych rozmów w niewielkim
stopniu decydowali oni o strategii strony solidarnościowej.
Czy młoda fala „Solidarności” w 1988 roku mogła
stworzyć realną siłę polityczną i wzmocnić pozycję
negocjatorów „Solidarności”?
Moim zdaniem tak, jednak młodzi stoczniowcy nie
trafili na swój czas. Liderzy gdańskiego strajku — Jan
Górczak czy Jan Stanecki — w 1980 roku mieliby pozycję
tak silną, jak wówczas Zbigniew Bujak czy Władysław
Frasyniuk. W 1988 roku mieli pecha. Nie dość, że trafili na
czas schyłku znaczenia robotników, to jeszcze zderzyli się
z uformowaną i zamrożoną elitą „Solidarności” z okresu po
13 grudnia.
Bo polityczne otwarcie lat 1988-1989 było czasem
ambitnych polityków lewicy laickiej z pokolenia Geremka i
Celińskiego oraz szacownych doradców Kościoła z lat 60. i
70., ukształtowanych przez trudy i porażki stanu
wojennego, z których wyciągnęli wniosek, że droga
ewolucyjna jest lepsza od rewolucyjnej.
Dziś Wałęsa, ale i inni opozycjoniści z okresu stanu
wojennego uwielbiają szydzić z ówczesnych radykałów.
Przyklejają im etykietkę rewolucjonistów ostatniej minuty,
jednocześnie podkreślając martyrologię swojego pokolenia.
No cóż, różnice pokoleniowe zawsze dzielą ludzi.
W nowym, wspaniałym świecie transformacji po 1989
roku los spychał młodych stoczniowców w różne strony.
Wielu z nich uczestniczyło potem w demonstracjach
Federacji Młodzieży Walczącej. Byli wśród okupujących
gdański Komitet Wojewódzki PZPR w styczniu 1990 roku i
stamtąd — na rozkaz rządu Mazowieckiego — wygarniała
ich milicja. Byli tacy, którzy wyjechali za granicę lub
założyli własne biznesy. Innych spotykałem pod kościołem
św. Brygidy w Gdańsku, wysłuchujących ks. Henryka
Jankowskiego jak wyroczni. Niektórzy wciąż pracują w
Stoczni Gdańskiej, czekając, jaki wyrok wyda na nich rząd
Donalda Tuska.
Wałęsa zapomniał o nich, podobnie jak o milionach
innych ludzi, którzy w latach 80. tworzyli polityczną armię,
na czele której on stał.
Nigdy później robotnicy nie mieli już takiego wpływu
na wydarzenia polityczne. A Wałęsa dopiero stał na progu
najważniejszego okresu swojej kariery politycznej.
Rozdział 4
Od Magdalenki do Belwederu
Lech Wałęsa rozpoczął 1 września 1988 roku nowy
rozdział w swojej politycznej karierze. Było jasne, że
władze chcą jakichś rozmów, ale nie wiadomo było, na jaki
margines ustępstw są gotowe. Trzeba pamiętać, że oba
strajki, choć doprowadziły do rozmów, nie zakończyły się
żadnym spektakularnym zwycięstwem.
Wałęsa był wówczas już zupełnie innym człowiekiem
niż ludowy lider-naturszczyk z lat 1980-1981. Ponad 7 lat
rządów Jaruzelskiego wzmocniły jego pozycję przywódcy
„Solidarności”, który nie dał się złamać w czasie
internowania i skupił wokół siebie większość opozycji.
Większość, ale nie całość. Jego autorytet kwestionowała
grupa robocza Komisji Krajowej z Andrzejem Gwiazdą i tak
zwaną „grupą łódzką” na czele czy „Solidarność
Walcząca”. Własnego „wodza” miała KPN z Leszkiem
Moczulskim na czele. Jednak pozycja międzynarodowa
Wałęsy w tym czasie się umocniła. Najlepszym przykładem
jego siły był fakt, że w 1987 roku spotkał się z nim
odwiedzający Polskę wiceprezydent USA George Bush. W
kontaktach ze swoimi doradcami, od Bronisława Geremka
po Lecha Kaczyńskiego, Wałęsa otrzaskał się z arkanami
polityki, a także nabrał doświadczenia w grach
personalnych i pewności siebie. Oczywiście, jak to w
wypadku Wałęsy, przypływy zdecydowania sąsiadowały z
okresami politycznej frustracji. To, co najbardziej uderzało
wtedy w oczy, to absolutny brak sentymentu do tej młodej
generacji „Solidarności”, bez której nie byłoby strajku w
maju i sierpniu 1988 roku. Działacze związku, którzy
wówczas podejmowali decyzje, sami byli w większości
działaczami z czasów Karnawału. Tyle że 7 lat pobytu czy
to w więzieniach, czy to w podziemiu oduczyło ich
zdecydowania i radykalizmu, co było cechą lat 1980-1981.
Ten radykalizm bardzo często ocierał się o ryzykanctwo,
ale w razie powrotu wiary w to, że Polacy będą się masowo
zmieniać, mógł uczynić z „Solidarności” siłę na nowo
dynamiczną i nieprzewidywalną dla władzy. Przykładem
tego dynamizmu w 1981 roku było choćby opisywane w
jednym z poprzednich rozdziałów posłanie do ludzi pracy
Europy Wschodniej.
Teraz działacze Tymczasowej Rady Solidarności, a od
25 października 1987 roku liderzy Krajowej Komisji
Wykonawczej „Solidarność”, którzy stali na czele
nielegalnego związku, byli ludźmi ostrożnymi. Tacy liderzy
jak Zbigniew Bujak czy Władysław Frasyniuk oddalili się
od „robotniczych dołów”. Długie lata pobytu w podziemiu
środowisko lewicy laickiej wykorzystało do owinięcia ich
sobie wokół palca. Choć pozostały takie „wilki samotniki”
jak Bogdan Borusewicz. Zawodowy rewolucjonista, który
ułożył sobie modus vivendi z Wałęsą, ale potrafił
zachowywać swoje zdanie. Borusewicz był na przykład
przeciwnikiem zakończenia strajku w stoczni w sierpniu
1988 roku. Pytany o swoje ówczesne stanowisko w
wywiadzie po latach mówił:
„Razem z Aliną [Pieńkowską] byliśmy przeciwni
[zakończeniu strajku]. Uważałem, że ten strajk należy
pociągnąć, że nie trzeba jeszcze w tym momencie
porozumiewać się z władzą, że kolejna fala, która pojawi
się najpóźniej na jesieni, zmiecie Jaruzelskiego. Uważałem,
że jesteśmy jeszcze za słabi, aby prowadzić równorzędne
rozmowy”. (Edmund Szczesiak, „Borusewicz. Jak runął
mur”).
Ale stanowisko Borusewicza było w mniejszości.
Oczywiście jeszcze bardziej krytyczni wobec
planowanych rozmów z Kiszczakiem byli działacze
zgrupowani wokół grupy roboczej Komisji Krajowej NSZZ
„Solidarność” z Andrzejem Gwiazdą, Sewerynem
Jaworskim i Andrzejem Słowikiem czy „Solidarność
Walcząca”. Ale używając kolokwialnego określenia, można
powiedzieć, że rywale Wałęsy „nie byli przy stole”. Nie
mieli tak samo dobrych doradców i kontaktów z
zachodnimi mediami. Większość zwolenników
„Solidarności” nie rozumiała tego podziału w związku i
instynktownie uważała, że prawo do decydowania o linii
organizacji — czy szerzej: całej opozycji — ma Lech
Wałęsa. A najsilniejszą pozycję u boku Wałęsy uzyskali w
latach 80. Bronisław Geremek i (w mniejszym stopniu)
Tadeusz Mazowiecki. Zresztą zmieniała się wówczas
struktura opozycji. Związek „Solidarność” formalnie nie
istniał, a proces jego wychodzenia na powierzchnię, jak
choćby próby rejestrowania pojedynczych komisji
zakładowych, przebiegał niezwykle mozolnie. Jarosław
Kaczyński, który po strajku w maju i sierpniu 1988 roku
został pasowany przez Wałęsę na działacza w najbliższym
kręgu „wodza” związku, tak wspominał sytuację z
ówczesnej jesieni:
„Wałęsa spotkał się z Kiszczakiem i sprawy zostały
otwarte, więc nawet wtedy skutki prób zorganizowania
wielkiej siły politycznej poprzez odradzające się komitety
założycielskie „Solidarności” okazały się mizerne. Pomimo
powołania specjalnej agencji prasowej »Serwis
Informacyjny Solidarności«, tak by każda wiadomość o 10-
osobowym komitecie »Solidarności« w jakiejś fabryce
trafiała przez Wolną Europę do kraju i nakręcała
powstawanie następnych — na początku roku 1989
mieliśmy kilkaset komitetów, liczbę w skali kraju po prostu
niewielką” (Jacek Kurski, Piotr Semka, „Lewy
czerwcowy”).
Jesienią 1980 roku impulsem do szybkiego wyrastania
silnych struktur związku był słynny rajd Wałęsy po wielu
miejscowościach środkowej i południowej Polski. Teraz
Jarosław Kaczyński razem z bratem Lechem namawiali
lidera opozycji, aby powtórzyć taki solidarnościowy Tour
de Pologne.
„Trwał wtedy jesienią 1988 roku z naszej (...) strony
nacisk na Wałęsę, żeby się w to energicznie włączył. Żeby
podjął objazd kraju, ruszył w Polskę i szerzył ten pożar. (...)
Wałęsa zdecydowanie odmawiał, w żaden sposób nie
udawało się go do tego nakłonić. Wtedy traktowałem to
jako przejaw jego lenistwa, niechęci do działania i
ogromnej ostrożności. Dziś mogę spojrzeć na to inaczej.
(...) Że występowały jakieś uwikłania i uwarunkowania”.
Jarosław Kaczyński mówił te słowa w 1992 roku, kiedy
świeża jeszcze „noc teczek” skłaniała go do wyraźnego
podkreślania, że dawne grzechy Wałęsy rzucały przez dużą
część jego kariery cień dłuższy, niż to się wydawało. Ale
nie sposób uniknąć myśli, że ważne zwroty i, dodajmy,
demobilizacje szefa „Solidarności” pojawiały się już
wcześniej, zawsze po rozmowach z dygnitarzami władzy w
cztery oczy. Przypomnijmy, że spuszczenie przez Wałęsę z
tonu po prowokacji bydgoskiej w marcu 1981 roku
nastąpiło po rozmowie w cztery oczy z Jaruzelskim. Potem
silne były podejrzenia, że przewodniczący związku odbył
jakąś rozmowę w cztery oczy z przedstawicielami władzy
12 grudnia 1981 roku, po której wykazywał wyraźną
demobilizację. I wreszcie kolejną cezurą była rozmowa w
cztery oczy z Kiszczakiem 31 sierpnia 1988 roku, po której
zadecydował o zakończeniu strajku i przyjęciu możliwości
rozmów Okrągłego Stołu.
Co prawda z Wałęsą w rozmowie z Kiszczakiem
uczestniczył w charakterze świadka biskup Jerzy
Dąbrowski jako przedstawiciel Kościoła, ale — jak twierdzi
Krzysztof Wyszkowski — duchowny nie był przy całym
spotkaniu. Można sobie wyobrazić, że władza mogła
znaleźć w trakcie pobytu Wałęsy w Warszawie jakąś okazję
do sformułowania pogróżki. I znów, jak to często bywało w
wypadku przywódcy związku, mogła to nie być groźba
nakazująca mu wyjście z roli lidera „Solidarności”, ale
raczej stworzenie jakichś granic aktywności, poza którymi
może być on zaatakowany w dotkliwy sposób.
Przypomnę opinię naocznych świadków, że Wałęsa
wrócił wtedy do stoczni z rozmowy z Kiszczakiem w
Warszawie wyraźnie zgaszony i złamany. Konsekwencją
tego „braku humoru” był fakt, że nie miał on ochoty wyjść
ze stoczni wraz z wszystkimi robotnikami.
Ale ta niechęć do triumfalnego objeżdżania Polski z
hasłem „odbudowujmy »Solidarność«” na ustach, jeśli
nawet nie miała jakiegoś głębszego ponurego tła, to dobrze
wpisywała się w nastrój niepewności, jaki działacze
„Solidarności” mieli po tym wyciągnięciu z niebytu. Były
też obiektywne argumenty na rzecz ostrożności — na
przykład o ile jesienią 1980 roku po Porozumieniach
Gdańskich komunistyczna władza była ogłuszona i nie do
pomyślenia było chociażby zatrzymanie Wałęsy w drodze
na jakiś wiec, to teraz, gdyby się uparła, mogłoby dojść do
„zgarnięcia” Wałęsy z drogi na dane spotkanie. Ale idźmy
tropem tego za i przeciw. Przecież Wałęsa mógł wtedy
zaryzykować takie wiece i w razie aresztowania ogłosić, że
władze znów chcą go aresztować, więc ich deklaracje o
chęci porozumienia okazałyby się śmieszne.
Cała ta sprawa pokazuje jeszcze jeden głębszy
problem, który wówczas wyczuwałem coraz wyraźniej jako
dziennikarz pisma regionalnej „Solidarności”. Pamiętam,
jak w czasie jednej z rozmów z ludźmi z otoczenia Wałęsy,
którzy emocjonowali się, czy dojdzie do kolejnej tury jego
spotkań z Kiszczakiem, czy nie, przez głowę przeszła mi
przekorna wówczas myśl: „przecież doradcy Wałęsy
bardziej się martwią, czy dojdzie do rozmów, niż Kiszczak”.
Istotnie, jeśli spojrzymy z perspektywy czasu, to strona
solidarnościowa zdawała się wtedy jakby sparaliżowana i
zahipnotyzowana troską o rozmowy. Większość doradców i
osób z otoczenia Wałęsy nie brała serio możliwości
zerwania kontaktów z władzą i czekania na jej osłabienie,
jak to na przykład radził Borusewicz.
Skąd brał się ten wbity w podświadomość kompleks
słabości? Oczywiście przywoływano fakt, że „Solidarność”
jest o wiele słabsza i mniej masowa niż w 1980 roku. Ta
bierność ludzi była faktem. Gorzej, że zaczęła temu
ubolewaniu nad biernością towarzyszyć w otoczeniu
Wałęsy głęboka niechęć do tych radykałów, którzy
atakowali rozmowy z Kiszczakiem jako zdradę ideałów
„Solidarności”. Gdzieś w tle nerwowych reakcji Wałęsy
były złe wspomnienia z lat 1980-1981 dotyczące jego
rywali, takich jak Gwiazda czy Rulewski. Ale ostrość tej
wrogości bywała zaskakująca. Nigdy nie zapomnę, jak na
jednym z wieców na dziedzińcu parafii św. Brygidy jesienią
1988 roku Wałęsa zachęcał do zadawania mu pytań. Wtedy
do głosu doszedł stary działacz WZZ Jan Zapolnik, który
zaatakował go za paktowanie z władzą.
„Ooo, to Jasiu Zapolnik” — odpowiedział Wałęsa. I
kontynuował niby do stojących koło niego
współpracowników, ale tak, by słyszalne było to przez
głośnik na cały plac: „Przecież on był leczony psychicznie”.
A już po chwili dodawał tonem fałszywego zawstydzenia:
„Oj, nie powinienem był tego mówić. Ale proszę już o
kolejne pytanie”.
Ten styl przewodniczącego „Solidarności” daleki od
ryzyka był też wyrazistą oznaką, jak zmienia się ośrodek
kierowniczy u boku Wałęsy. W miejsce liderów
solidarnościowych, którzy przestali być najważniejsi,
wyrastała potęga Bronisława Geremka i w mniejszym
stopniu Tadeusza Mazowieckiego, którzy idealnie odnaleźli
się w polityce kuluarowo-negocjacyjnej. Dodatkowo do
tego świata dyskretnych spotkań ze Stanisławem Cioskiem
czy Józefem Czyrkiem doskonale pasowali także doradcy
prymasa Glempa, tacy jak Andrzej Stelmachowski, Andrzej
Wielowieyski, czy dyplomaci kościelni. A tam, gdzie
dominowały rozmowy w zacisznych gabinetach, tłumy
młodego pokolenia „Solidarności” czy Federacji Młodzieży
Walczącej, które przestawały być pewne, co jest
negocjowane w czasie dyskretnych rozmów, zaczęły się
jawić jako groźna siła, którą wspólnymi siłami powinny
neutralizować obie strony.
Czy można było znaleźć jakieś inne wyjście? Dziś z
perspektywy czasu myślę, że słabość elit
solidarnościowych wynikała z ich niezdolności do
zaryzykowania zerwania rozmów i czekania na dalsze
słabnięcie władzy. A może też jest tak, że gdyby zamiast
ruchu „Solidarności” w latach 1980-1981 z władzą
negocjowali doradcy prymasa Stefana Wyszyńskiego, a
potem prymasa Józefa Glempa, to szczytem osiągnięć
byłoby coś na kształt sejmowej grupy Znaku z lat 1957-
1976. Robotnicy, którzy tworzyli rewolucję „Solidarności”,
nie mieli kompleksu Powstania Warszawskiego, zrywu
węgierskiego 1956 roku czy Praskiej Wiosny. Tymczasem
doradcy prymasa od Wiesława Chrzanowskiego po
Andrzeja Stelmachowskiego te wspomnienia mieli głęboko
wdrukowane w podświadomość. A jeszcze mocniej klęskę z
13 grudnia 1981 roku. Ogromne znaczenie dla ówczesnej
dosyć biernej postawy Wałęsy miało też postrzeganie
młodzieży jako zagrożenia. Ten proces nie wziął się znikąd.
Jak zapisuje w swoim „Dzienniku pisanym nocą” Gustaw
Herling-Grudziński pod datą 7 czerwca 1986 roku,
Bronisław Geremek w wywiadzie dla dziennika „Il
Giornale” już wtedy martwił się przyjściem nowej fali
młodych radykałów. Herling-Grudziński zanotował
wówczas słowa jednego z głównych doradców szefa
„Solidarności”:
„Prestiż Wałęsy pozostaje ogromny. Ale młode
pokolenie ma może mniej zaufania do niego niż pokolenie
starsze. Sądzi bowiem, że strategia nieuciekania się do siły
i dążenie do kompromisu między reżimem komunistycznym
i opozycją społeczną nie zdały egzaminu. Gorycz prowadzi
wielu do wniosku, że linia Wałęsy okazała się błędna. Jeśli
można i należy mówić o jego [tj. Wałęsy — przyp. P.S.]
zmierzchu, to bardziej jako o problemie jutra niż dnia
dzisiejszego”.
Już wtedy przenikliwy obserwator polskiej sceny
politycznej z odległego Neapolu wskazywał, że świat
zachodni „wie sporo o orientacjach, których rzecznicy są
nader ruchliwi, często piórem lub ustnie formułują swoje
poglądy; mało [wie] o białej plamie na mapie oporu, o
młodym pokoleniu właśnie. Geremek, ostatecznie
współtwórca dzisiejszej »linii Wałęsy«, posunął się tu dość
daleko w przewidywaniu »jutra«. (...) Mit dialogu —
podsycany obrazem wielkiego długopisu z podobizną
Papieża — obrodził, prócz głównej »linii Wałęsy«,
ambitnymi mędrkami lubującymi się w pustych
samookreśleniach: »neorealistów«, zwolenników
»kolaboracji rozumnej« (pasztet z generalskiego konia
kolaboracji i płochliwego zajączka rozumu) etc. I oto
odsłania się obszar nieznany, zaludniony przez młodych
ludzi, którzy wyciągnęli naukę z dotychczasowej strategii.
Ktoś powie: naukę prowadzącą prosto do zderzenia. Wcale
nieprawda. Naukę wytrwałości i twardości w oporze. Jedno
tylko może skłonić władzę do ustępstw: rosnący duch
nieustępliwości po przeciwnej stronie. Wszystko inne jest
rozmienianiem na drobne, na żebracze miedziaki, skarbu
»Solidarności« (Gustaw Herling-Grudziński, „Dziennik
pisany nocą 1984-1988”).
Przypomnijmy zacytowane powyżej słowa Geremka z
1986 roku wyrażające obawę o zmierzch linii Wałęsy jako
„problemie jutra”. W 1988 roku to zagrożenie stało się
realne, a elity opozycyjne zgromadzone wokół Wałęsy
chciały rozegrać swoją partię z władzą, gdyż po 7 latach
„zamrażarki” rządów ekipy Jaruzelskiego uważały, że tylko
one mają prawo wypracować kompromis i skorzystać z
jego owoców. Od jesieni 1988 roku spora część elity
„Solidarności” zachowuje się tak, jakby bardziej bała się
wybuchu społecznego niż PZPR.
Spojrzenie na tamte wydarzenia oczywiście zawsze
będzie różne u ludzi złamanych klęską 13 grudnia i u ludzi
z mojego pokolenia, którzy wchodzili w dorosłe życie pod
koniec lat 80. To dlatego nowi liderzy robotniczy w maju i
sierpniu 1988 roku zderzali się z dawnymi działaczami
robotniczo-związkowymi wyłonionymi przez Karnawał
„Solidarności”. Ci drudzy byli zmęczonymi bohaterami,
których prestiż wzmocniły jeszcze lata ukrywania się, ci
pierwsi nie mieli jeszcze nic do stracenia i być może zbyt
optymistycznie zakładali możliwość wysadzenia komuny z
siodła. Ale tak w historii bywa, że realnej zmiany dokonują
ci, którzy ryzykują. A stare elity, które wykorzystały nowy
bunt w 1988 roku, na żadne dalsze ryzyko nie miały
ochoty.
To wtedy właśnie formalny lider związkowy oddał
realną politykę intelektualistom, którzy stworzyli potem
Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie, i ostatecznie
zostawił za sobą związek „Solidarność”. Trawestując stare
powiedzenie na temat Piłsudskiego, można stwierdzić, że
Wałęsa wysiadł ostatecznie z robotniczego tramwaju na
przystanku rozmowy Okrągłego Stołu.
Ten proces zaczął się w maju 1987 roku, kiedy przed
wizytą Jana Pawła II 60 przedstawicieli „Solidarności”, ale
i aktorów, ludzi kultury, intelektualistów, naukowców
podpisało się pod wspólnym listem apelującym o dialog
społeczny z władzą w kontekście wizyty papieża Polaka.
Potem jawnym dowodem na wzrost siły doradców kosztem
działaczy „Solidarności” były rozmowy w Magdalence.
Owszem, uczestniczyli w nich działacze związkowi, tacy jak
Władysław Frasyniuk czy Lech Kaczyński, ale ton zaczęli
nadawać „mistrzowie dyplomacji”, tacy jak wymienieni już
Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki czy Andrzej
Stelmachowski. Rozmowy w Magdalence, które prowadziły
do rozmów Okrągłego Stołu, mają tak złą sławę na prawicy
właśnie z powodu swojej konfidencjalności.
Przeciwnicy rozmów z władzą z kręgów młodej
robotniczej „Solidarności” przypominali, że w sierpniu
1980 roku negocjacje liderów strajku z kolejnymi
delegacjami rządowymi odbywały się przy otwartych
oknach Sali BHP i były transmitowane na żywo przez
stoczniowy radiowęzeł. Teraz szczegóły rozmów w
Magdalence były cedzone w ogólnikowych komunikatach
przez rzecznika związku, dystyngowanego Janusza
Onyszkiewicza. Dlaczego Wałęsa zaakceptował ten model?
Powtórzę moją najgłębszą intuicję: czuł się on słaby. Czy to
poczucie słabości wynikało z wypalenia lidera, który
przeczołgał się przez jałowe lata 80.? I teraz bał się, że
wizja rozmów się rozwieje, a on zostanie zdmuchnięty
przez radykalny wybuch? A może jak kolejny koszmar
wrócił jakiś hak z przeszłości Wałęsy?
Nie znaczy to, że lider związku nie walczył o
reaktywację „Solidarności”. Począwszy od pierwszych
spotkań z Kiszczakiem we wrześniu 1988 roku po późną
jesień, Wałęsa na pierwszym miejscu stawiał warunek, że
„Solidarność” znów musi być legalna. Tyle że polityczna
praktyka szefa związku powoli tworzyła już inną
rzeczywistość. Obsadzając doradców w roli głównych
aktorów negocjacji z władzą i zasadniczo odsuwając na bok
związek, Wałęsa sam spychał robotniczą „Solidarność” na
tylny plan.
***
Gdy 25 września 1988 roku Krajowa Komisja
Wykonawcza powoływała zespoły ekspertów, Bujak czy
Frasyniuk wciąż jeszcze byli przekonani, że eksperci będą
pełnić rolę poproszonych do pomocy doradców. Sam
Wałęsa definiował wtedy swoją rolę tak:
„Ja będę mówił: Nie ma wolności bez »Solidarności«, w
innych tematach będą fachowcy”.
Czy to znaczy, że w trakcie poufnych rozmów liderów
robotniczych nie było? Byli, ale nie przy wszystkich
rozmowach i ich opinie nie rozstrzygały. Nawet obyci z
solidarnościowymi doradcami tacy działacze jak Władysław
Frasyniuk czy Zbigniew Bujak nie potrafili dotrzymać
kroku zmieniającym się etapom negocjacji z władzą. Jak
wspomina Krzysztof Wyszkowski, panowała naiwna wiara,
że doradcy „poszukują rozwiązań”, a wszystko i tak będzie
musiał zatwierdzić związek. Tak było w teorii, a w praktyce
logika negocjacji marginalizowała robotnicze gwiazdy z lat
1980-1981. Tak naprawdę jedynym działaczem dawnego
WZZ obok Wałęsy, który wypracował sobie pozycję w
centrum negocjacji magdalenkowych, był Lech Kaczyński.
Po latach jego udział w tych negocjacjach będzie
wypominany przez „Gazetę Wyborczą”: jak Kaczyńscy
mogą krytykować ówczesne rozmowy z władzą, skoro sami
w nich uczestniczyli? Rzecz w tym, że Kaczyńscy rozumieli,
iż tylko będąc w otoczeniu Wałęsy, mogą wpływać na linię,
jaką przyjmie obóz solidarnościowy skupiony wokół
swojego przywódcy. A Wałęsa przypominał wtedy
potężnego cesarza, który swoim kaprysem lub wskutek
reakcji na pochlebstwa rozdawał łaski i wpływy. W tej
rywalizacji Jacek Kuroń i Adam Michnik byli niezwykle
sprawni. Jarosław Kaczyński będzie potem wspominał, że
gdy witał w tym czasie Wałęsę na dworcu w Warszawie, to
zdumiał go fakt, że Michnik natychmiast rzucił się, aby
ponieść liderowi „Solidarności” teczkę. Metoda pochlebstw
sprawdzała się też, kiedy na przykład Jacek Kuroń
lansował swoje pomysły, tak aby Wałęsa uznał, że to jego
własny pomysł. „Lechu, ty jesteś taki mądry, że na pewno
rozumiesz, iż najlepszym rozwiązaniem jest...” — dziś takie
zdanie wydaje się żenująco serwilistyczne, lecz wtedy
używanie takiej konstrukcji było stosowane przez
polityków solidarnościowej lewicy często. Ale oprócz
sprawności w kadzeniu „wodzowi” liczyła się jednak
wysługa lat. Gdy Wałęsa przyszedł do WZZ, Lech
Kaczyński był już w opozycji. Potem w latach 1980-1981
zajmował pozycję pośrodku sporu między nim a
Gwiazdami. Popierał Andrzeja Gwiazdę jako rzecznika
demokracji związkowej, ale zauważył jego nieporadność w
walce z szefem związku. Rekoncyliacja między Wałęsą a
Lechem Kaczyńskim miała miejsce w latach 80., kiedy to
jeden ze słynnych bliźniaków należał do grona najbliższych
doradców szefa „Solidarności”. Strajki w maju i sierpniu
1988 roku ostatecznie ugruntowały nie tylko jego pozycję,
ale i brata Jarosława. Kaczyńscy na jesieni 1988 roku, w
trakcie rozmów w Magdalence, uczyli się prawdziwej
polityki w przyspieszonym tempie. Już niedługo pokażą, co
mogą, rzucając wyzwanie Geremkowi, Kuroniowi i
Michnikowi.
Co do samych rozmów to spotkania październikowe w
podwarszawskiej Magdalence zaczęły buksować w
miejscu. Władze twardo stały na stanowisku, że nie będzie
legalizacji „Solidarności” jeszcze przed przystąpieniem do
obrad Okrągłego Stołu. Kierownictwo związku zobowiązało
swojego lidera do bardzo pryncypialnego trzymania się
zasady, że tylko legalna „Solidarność” może zasiadać do
rozmów z władzą. A jednak Wałęsa pod silnym wpływem
Tadeusza Mazowieckiego przystał na to, by zacząć
rozmowy przygotowawcze na temat Okrągłego Stołu bez
legalizacji związku. Oczywiście liderzy KKW się wściekli,
ale podobnie jak wcześniej, w latach 1980-1981, byli
bezradni wobec samowoli Wałęsy, któremu przeciwstawić
się w jawny sposób nie mogli. Był to element szerszego
zjawiska tracenia woli podmiotowości ze strony robotniczej
„Solidarności”.
W końcu listopada 1988 roku rozmowy znów stanęły w
martwym punkcie. W otoczeniu Jaruzelskiego silna była
frakcja, która nie mogła zaakceptować powrotu
„Solidarności”. Ważną postacią tego obozu był Mieczysław
Rakowski, który demonstracyjnie ogłosił likwidację Stoczni
Gdańskiej, licząc na sprowokowanie robotników. Ówczesny
wicepremier 21 października 1988 roku w czasie rozmowy
w Moskwie z Gorbaczowem mówił:
„Chcielibyśmy powodzenia Okrągłego Stołu (...), ale
jeśli Wałęsa i jego grupa odrzuci nasze propozycje, my
również odniesiemy swego rodzaju sukces w świadomości
społecznej” (zapis rozmowy M. Gorbaczowa z M.F.
Rakowskim w zbiorach Fundacji M. Gorbaczowa w
Moskwie, not. A. Paczkowski, za A. Dudek,
„Reglamentowana rewolucja”).
W tej atmosferze ni to rozmów, ni to konfrontacji
pojawił się pomysł przewodniczącego OPZZ Alfreda
Miodowicza, aby wyzwać Wałęsę na telewizyjny pojedynek.
Szef komunistycznych związków bał się, że jeśli nie błyśnie
czymś spektakularnym, to podległe mu organizacje
związkowe mogą się rozsypać. Parę rzeczy dziś brzmi
zaskakująco. Co prawda wielu ludzi z otoczenia
Jaruzelskiego nie było przekonanych, że pojedynek musi
się zakończyć zwycięstwem szefa czerwonych związków,
ale Miodowicz się uparł. Groził, że jak nie pozwoli mu się
debatować na antenie TVP, to wyzwie lidera „Solidarności”
na pojedynek przed gmachem na Woronicza. W końcu
Jaruzelski przystał na pomysł Miodowicza.
Co ciekawe, po stronie solidarnościowej również
bardzo silne były głosy, że przyjęcie tego wyzwania to jest
wystawienie się na możliwość prowokacji i ośmieszenia
solidarnościowego lidera. Cały sztab związanych z
„Solidarnością” reżyserów i ludzi z doświadczeniem
telewizyjnym próbował wbić Wałęsie do głowy mnóstwo
zasad telewizyjnego know-how. Wałęsa czuł raczej mętlik
od tych najprzeróżniejszych porad, a na dodatek w
przeddzień debaty złapał przeziębienie. A jednak
telewizyjna debata 30 listopada 1988 roku okazała się
sukcesem. Znów swoim szóstym zmysłem Wałęsa wyczuł,
że musi zacząć występ od zwrócenia się do kamer,
przywitania się ze zwolennikami „Solidarności” i
podziękowania im za lata wierności i wsparcia. Sam
pamiętam ten moment transmisji telewizyjnej, gdy przez
grupę moich przyjaciół, z którymi ją oglądałem, przeszedł
jakby prąd. Miodowicz upajał się własnym głosem, w mało
wiarygodny sposób pozował na swojaka, a w reakcjach na
bon moty Wałęsy był powolny i mało błyskotliwy. Wałęsa
sypał swoimi powiedzonkami typu: „świat jedzie
samochodem, a my na rowerze” i powtarzał jak mantrę:
„musi być pluralizm”.
Można powiedzieć, że Wałęsa wtedy zmienił nastroje
na swoją korzyść. Nawet rządowe centrum badawcze
CBOS zaszokowane było wzrostem liczby osób
wyrażających po debacie przekonanie, iż „Solidarność”
musi wrócić na scenę. Wałęsa otrzymał w grudniu 1988
roku zgodę władz na pierwszą od 7 lat wizytę zagraniczną
do Paryża. Tam jednak charme zwycięstwa w telewizyjnej
debacie nie działał tak mocno. Irena Lasota, która udała
się wraz z Jakubem Karpińskim na spotkanie z Wałęsą u
pallotynów, pamięta, że jego przemówienie było tak
chaotyczne, iż trudno było coś z niego zrozumieć. Ale
zebranym emigrantom to nie przeszkadzało.
„Wałęsa mówi takimi wygibasami słownymi, że nic nie
rozumiem, ale co trzecie słowo Wałęsy sala wybucha
entuzjazmem i intonuje hymn. Zapamiętałam tylko, że gdy
zachęcano do zadawania pytań Wałęsie, to towarzyszący
mu Geremek jedne pytania odkładał na lewą kupkę, a
drugie na prawą. Jak się domyślałam, te z lewej kupki były
nieprawomyślne. Gdy spotkanie się skończyło,
zaciekawiona postanowiłam wrócić do stołu i rzucić okiem
na pytania z lewej kupki. Ale zanim jeszcze dotarłam do
stołu, Geremek zauważył mój ruch, jednym susem dopadł
do stolika i zgarnął wszystkie karteczki do kieszeni. Tuż
przy wyjściu spotkaliśmy Giedroycia, który nie ukrywał
rozczarowania banałami Wałęsy, które określił jako
żenujące. Ale tłum zebrany u pallotynów żegnał Wałęsę,
jeszcze raz odśpiewując hymn narodowy” (Irena Lasota,
relacja 2.07.2013).
Bronisław Geremek panował wtedy niepodzielnie nie
tylko nad kartkami z pytaniami dla Wałęsy, ale nad całym
kursem opozycji. Po 9 latach trwania u boku Wałęsy dbał,
aby w nagrodę skonsumować frukta 7 lat społecznego
oporu. Karty rozdawali wtedy ci sami doradcy, którzy byli
u boku „wodza” w 1981 roku, dodatkowo wspierani przez
Kościół z kardynałem Józefem Glempem na czele, który
coraz bardziej przyjmował rolę obserwatora wydarzeń.
Owszem, jeszcze w połowie lat 80. prymas sarkał na silną
pozycję lewicy laickiej w otoczeniu Wałęsy, ale gdy wizja
rozmów stawała się coraz bliższa realizacji, w zaskakujący
sposób zniknęło przeczulenie otoczenia kardynała Glempa
na pozycję Geremka, Kuronia czy Michnika.
W latach stanu wojennego zabliźniły się spory między
Wałęsą a duetem Kuroń-Michnik, które naznaczały lata
1980-1981. Przywódca „Solidarności” w okresie po
zwolnieniu z internowania w 1982 roku bardziej niż
wcześniej potrzebował posiadających mnóstwo kontaktów
z Zachodem „głowaczy”. A najlepsze kontakty z
zachodnimi dziennikarzami mieli bystrzy weterani Marca
’68, którzy na dodatek posiadali oparcie i wpływy w
postaci prężnej emigracji pomarcowej. Wałęsa więc
podzielił świat swoich doradców na lewicę laicką, która
dawała mu pozytywne publicity w największych
zachodnich mediach, i na świat doradców kościelnych,
którzy zapewniali mu dobrą komunikację z Kościołem i
papieżem Janem Pawłem II. I nic dziwnego, że na tym tle
opozycyjna prawica — nawet najbardziej światowi w tym
towarzystwie młodopolacy — nie kojarzyła się Wałęsie z
żadnymi umiejętnościami, które mogłyby być mu przydatne
do budowania jego osobistej pozycji. Poza tym Wałęsa
swoim „nosem” wyczuwał, że poparcie prawicowych
katolików i tak ma za darmo, no bo kogo mieliby oni
wspierać? Jeśli spojrzymy pod tym kątem na Komitet
Obywatelski przy Lechu Wałęsie, który powoli zabierał już
inicjatywę decyzyjną liderom półlegalnej wtedy
„Solidarności”, to zobaczymy, że lista 135 ludzi
zaproszonych na pierwsze spotkanie w Warszawie 18
grudnia 1988 roku zdominowana była przez ludzi, których
wskazał Geremek.
Czujący wówczas spychanie młodopolaków na
margines wydarzeń Aleksander Hall tak wspominał to
gremium w 1993 roku:
„Odnosiło się wrażenie, że w tym bloku [tj. Geremka,
Kuronia i Michnika] jest po prostu siła kierownicza. I tę
siłę kierowniczą stanowi w istocie grono doradców Lecha
Wałęsy z lat 1980-1981, środowisko wywodzące się z KOR
plus kierownictwo podziemnej »Solidarności«”.
Raport Biura Studiów MSW, który cytuje Antoni Dudek
w swojej monografii „Reglamentowana rewolucja”, dzieli
skład komitetu na 71 „postsolidarnościowców”, 37
„postkorowców” i 27 osób zakwalifikowanych jako
„katoliko-chadecy”. Kwalifikacja oficerów SB była o tyle
nietrafna, że definiowała jako „postkorowców” jedynie
ludzi wywodzących się ze środowiska lewicy laickiej. Dziś
widać wyraźnie, że skład komitetu, preferujący ludzi
kultury i sztuki, był z punktu widzenia na przykład
Bronisława Geremka niezwykle łatwy do zdominowania.
Zauważył to już wtedy Jan Rokita, który w „Anatomii
przypadku” — rozmowie rzece, jaką przeprowadził z nim
Robert Krasowski — wspomina, że już wtedy, zaproszony
na obrady komitetu mające się odbyć 18 grudnia, zaczął
się obawiać, że widoczna na sali dominacja lewicy laickiej
prędzej czy później doprowadzi do rozłamu ruchu
solidarnościowego, „jeśli Geremek z Mazowieckim zechcą
zmonopolizować kontrolę nad komitetem”. Jak przenikliwie
zauważył wtedy Rokita: „To nie było trudne, skoro
gremium składało się z aktorów, pisarzy i akademickich
profesorów ani nierozumiejących polityki, ani
nieumiejących jej poprowadzić”.
Zacytujmy jeszcze jedną obserwację Rokity z tamtego
posiedzenia komitetu. Twierdzi on, że dostrzegł wtedy, iż u
boku Wałęsy pozycja Geremka jest znacznie wyższa niż
Mazowieckiego. „W grudniu na Żytniej zobaczyłem jednak,
że nie jest to równoprawny duumwirat, gdyż rolę wice-
Wałęsy odgrywał wyraźnie tylko Geremek. A też
towarzystwo zgromadzone w Komitecie Obywatelskim
wyglądało na grono jego ludzi, niemal całkiem mu
politycznie powolnych. Wtedy też zobaczyłem Geremka
pierwszy raz w akcji, był zdumiewająco pewny siebie i
władczy wobec tych wszystkich ludzi”.
Jak można dziś spekulować, Wałęsa wówczas zakładał,
że Geremek i jego „profesorowie”, którym dał wtedy
priorytet w rozmowach z władzą, to — by użyć metaforyki
najsłynniejszego elektryka — „najlepsze konie pociągowe
na ten dany etap”. Przewodniczący związku zakładał też,
że „mózgowcy” są dla niego znacznie bezpieczniejsi niż
rywale z „Solidarności”, bo nie wystąpią zbyt szybko jako
konkurenci w walce o władzę. Nie minie 10 miesięcy i
Wałęsa odkryje, jak bardzo się pomylił, ale wówczas
jeszcze nic nie zapowiadało, że na przykład w Tadeuszu
Mazowieckim zapłonie już niedługo żar osobistej ambicji.
Na tym samym posiedzeniu komitetu 18 grudnia po raz
pierwszy zamajaczyła kolejna nieznana dotąd linia podziału
w obozie solidarnościowym.
Oto Adam Michnik — używając obowiązkowej wówczas
metaforyki nawiązującej do geniuszu Wałęsy — stwierdził,
że udany występ „Lecha” w debacie telewizyjnej z
Miodowiczem „wskazał pewną drogę, pewien sposób
myślenia, taki oto, że w zmieniającej się Polsce (...) w tym
zmieniającym się świecie droga do konfrontacji jest drogą
do wojny domowej”. Przyszły redaktor naczelny „Gazety
Wyborczej” zachwycał się tym, że partyjna propaganda
dobrze się wyrażała o przywódcy „Solidarności”. Chodziło
na przykład o Krzysztofa Teodora Toeplitza, który
zauważył w „Polityce”, że dla ludzi władzy stało się
oczywiste, iż „Lech Wałęsa nie jest tym przywódcą
wielkiego masowego robotniczego ruchu, który raczej
marzy o podłużnej szubienicy niż o okrągłym stole”.
Michnik przestrzegał też przed „buntem niewolników”,
którzy „najlepiej potrafią budować szubienice”. I
kontynuował: „Trzeba myśleć w kategoriach Polski dla
wszystkich, w której będzie także miejsce dla znaczącej
części obecnego aparatu władzy i administracji — pod
warunkiem, że wytworzy się w tym środowisku rodzaj
proreformatorskiego jądra”.
Ta sugestia, że trzeba zadbać o część aparatu PZPR —
co charakterystyczne — była wtedy jeszcze rozwadniana
żartem Michnika, że jeśli nawet byłoby to 5 proc., to warto
na nich postawić, choć „on sam miał się zdziwić, że coś
takiego mówi”. W stenogramie można przeczytać, że ten
żarcik wywołał na sali śmiech — tak bardzo wszystkim
wydawała się absurdalna sytuacja, w której niedawny
więzień Rakowieckiej może martwić się o to, co się stanie z
komunistami.
W stenogramie z obrad komitetu nie można znaleźć
żadnego śladu reakcji Wałęsy na ten nowy nurt w myśleniu
lewicowo-laickich „koni pociągowych” przewodniczącego
„Solidarności”. Czy Wałęsa wiedział na przykład o
rozmowie ostrzegawczej Jacka Kuronia z listopada 1988
roku, która w opinii części historyków miała charakter
raczej rozmów sondażowych z władzą niż przesłuchania?
Rozmów na tyle udanych, że przeprowadzający je oficer
uznał za stosowne zaznaczyć, że w wypowiedziach Kuronia
pojawia się ton konstruktywny. Gdy informacja na ten
temat wyszła na jaw w 2008 roku, Wałęsa stwierdził, że
wiedział o tych rozmowach.
Mógł być to wyraz solidarności w ramach walki z tymi,
co grzebią w teczkach, ale i mogła być to prawda. W roku
1988 Wałęsa, podobnie jak większość obozu
solidarnościowego, bardziej się jeszcze martwił, że
Jaruzelski stawia weto wobec udziału Kuronia i Michnika w
rozmowach Okrągłego Stołu, niż potrafił przewidzieć to, co
potem nazwano sojuszem „czerwonych z różowymi”.
Po tym, jak przywódca „Solidarności” pokonał
Miodowicza, 18 stycznia 1989 roku KC PZPR ostatecznie
zaakceptowało negocjacje z opozycją. W tej nowej
rzeczywistości nikogo już nie dziwiło, że w styczniu
moskiewskie pismo „Nowoje Wriemia” przeprowadziło
wywiad z Wałęsą.
Gdy przegląda się wywiady z liderem „Solidarności” z
okresu rozmów Okrągłego Stołu, które jak za dotknięciem
różdżki pojawiły się nagle w oficjalnej prasie, to rzuca się
w oczy brak jakiejś nowej wizji, jakichś nowych celów.
Wałęsa odmienia wciąż przez wszystkie przypadki słowo
„pluralizm”. W wywiadzie dla „Kuriera Polskiego” z 3
lutego 1989 roku (a więc na trzy dni przed rozpoczęciem
obrad Okrągłego Stołu) wypowiada się zaskakująco
ogólnikowo:
„— Na pewno nie zrezygnuję z pluralizmu, w tym z
Solidarności. Bez pluralizmu i tak wszystkie rozwiązania
nie przyniosą skutku. (...) Pluralizm jest Polsce niezbędnie
potrzebny, bo świat używa go przez lata i ma efekty.
— Okrągły stół to przecież nie tylko relegalizacja „S”,
ale również, może nawet przede wszystkim, sprawa
wyborów do sejmu, a jeszcze szerzej w ogóle
demokratyzacji Polski.
— Wiele tematów jest istotnych dla naszej przyszłości i
oczywiście zalicza się do nich sprawa ordynacji wyborczej.
Ważniejsze jednak jest uzyskanie pluralizmu (...) dopiero
uzbrojeni w pluralizm możemy innym okiem patrzeć na
wybory” („Kurier Polski”, 3-5.02.1989).
W innym wywiadzie Wałęsa pokazuje, że wizja
przejęcia władzy w ogóle nie pojawia się nawet na
horyzoncie jego rozważań. Kiedy „Gazeta Młodych” go
pytała: „Czy zatem opozycja szykuje jakiś program na
wybory do sejmu?”, odpowiadał: „Opozycja? Nie ma w
Polsce takiej siły, która mogłaby się kusić o przejęcie
władzy. Taka jest prawda. Fanatycy, demagodzy mogą
mówić inaczej, należy natomiast budować pluralizm
polityczny i inny, by nie było jednej stajni. (...) i dopiero
spokojnie, przez przygotowanie programu, dojść do jakichś
organizacyjnych rozwiązań”.
Wałęsa w tym czasie nie ma żadnych zahamowań, aby
wyrażać się o opozycyjnych kontestatorach z zaskakującą
agresją. W wywiadzie dla PRL-owskiej Krajowej Agencji
Informacyjnej (14.03.1989) mówi:
„Są też w naszym społeczeństwie ludzie, którzy
uważają, że kierunek działania Lecha Wałęsy na
porozumienie i dialog jest zły. (...) Jaka [alternatywa]?
Walki na ulicy, demonstracje, strajki, pogłębianie kryzysu i
liczenie na to, że może uda się tę władzę rzucić na kolana.
A jak się nie uda, jak po raz kolejny znajdziemy się w
czasach stanu wojennego, a to jest bardzo
prawdopodobne, bo przecież ilość ZOMO i innych służb nie
zmniejszyła się. Co wtedy? Czy będziemy mogli, siedząc za
drutami obozów internowania, spojrzeć prosto w oczy
społeczeństwu?”.
Jeśli Wałęsa w wywiadzie dla oficjalnej, komunistycznej
agencji głosił, że wizja „internatów” dla opozycji jest wciąż
całkiem realna, to czy władze mogły serio brać pod uwagę
zerwanie przez „Solidarność” rozmów?
***
To był poniedziałek, 6 lutego 1989 roku. Od rana mżył
kapuśniaczek. W budynku Instytutu Socjologii
Uniwersytetu Warszawskiego zbierają się solidarnościowi
delegaci na otwarcie obrad Okrągłego Stołu. Z notesem w
ręku — jako dziennikarz podziemnego pisma „Solidarność”
Regionu Gdańskiego — notuję z przejęciem nazwiska
przybywających kolejno osób. Pierwsze wrażenie — sami
profesorowie. Młodych twarzy jak na lekarstwo. A gdzie są
robotnicy?
Owszem są, ale w tłumie doskonale znającym się z
warszawskich salonów czują się jakby onieśmieleni. To
bohaterowie strajków z 1988 roku: Alojzy Pietrzyk z
Górnego Śląska, Mieczysław Gil z Nowej Huty czy Edward
Szwajkiewicz z gdańskiej Stoczni im. Lenina. Niektórych
nazwisk nikt dziś już nie pamięta — jak Władysława
Liwaka z mieleckiej „Solidarności” czy Edwarda
Radziewicza ze Szczecina. Ale to nie ich oblegają
dziennikarze. Korespondenci tradycyjnie tłoczą się wokół
Wałęsy, Geremka i Kuronia. Wreszcie Tadeusz Mazowiecki
daje sygnał, aby ruszać. Setki warszawiaków stoją już
przed Pałacem Namiestnikowskim, gdzie mają się odbywać
narady. Mazowiecki, ubrany w dziwaczną czapkę z
daszkiem, wskazuje strażnikom, kto ma wejść na
dziedziniec pałacu. Tłum wpatruje się, jak delegacja już na
pustym placu zmierza do drzwi gmachu. Jakieś odległe
skojarzenie z ludźmi przylepionymi do bramy Stoczni
Gdańskiej w sierpniu 1980 roku. Pierwsza i ostatnia
demonstracja poparcia dla negocjujących przedstawicieli
„Solidarności”.
Pierwszy dzień obrad był dla delegatów raczej
oswojeniem się z nową sytuacją. Liczyły się tylko
przemówienia Lecha Wałęsy i Czesława Kiszczaka. Wałęsa
podkreślał dobrą wolę opozycji, ale i przypominał o wadze
relegalizacji „Solidarności”. Kiszczak przemawiał bardziej
okrągłymi frazami — jego przemówienie analizowano
drobiazgowo w poszukiwaniu jakichś ukrytych
komunikatów władzy. Wieczorem wracający z pałacu
delegaci ekspresyjnie dzielą się wrażeniami. Śmieją się z
rządowych kelnerów w muszkach, którzy z wyniosłością
angielskich butlerów roznoszą wodę Mazowszankę.
Obiektem żartów jest też Urban usadzony skromnie przy
stoliczku pod ścianą. Wtedy jeszcze rzecznik rządu PRL
jest jedynie obiektem kpin, a nie pożądanym gospodarzem
wykwintnej kolacji.
W ciągu kolejnych dni rozmowy powszednieją. Biuro
prasowe „Solidarności” stara się jak może, by informować
o negocjacjach, ale co bystrzejsi zaczynają zauważać, że o
czym innym mówią komunikaty, a co innego trzeba
wyciągać od poszczególnych delegatów. O pewnych
wstydliwych szczegółach — jak na przykład szybkiej
fraternizacji ludzi opozycji z PZPR-owcami — informacje
docierają dopiero po paru miesiącach. Już tylko nieliczni
warszawiacy zatrzymują się przy płocie odgradzającym
Pałac Namiestnikowski od ulicy. Dwa miesiące potem, 5
kwietnia, nikt już nie wita delegatów „Solidarności”
wychodzących z uroczystego zamknięcia obrad.
Z okazji kolejnych okrągłych rocznic Okrągłego Stołu
przypominane jest zdjęcie słynnego mebla z
drobiazgowymi opisami przedstawicieli wszystkich trzech
stron negocjacji: rządowej, solidarnościowej i OPZZ-
owskiej. W rocznicowych materiałach w telewizjach
powtarzana jest scena z pierwszego dnia, gdy elegancko
ubrany Wałęsa wchodzi na salę, wypatrując, na którym
miejscu ustawiona jest wizytówka z jego nazwiskiem. Ale
długi wykaz członków delegacji solidarnościowej z jej
liderem na pierwszym, honorowym miejscu niewiele mówi,
kto tak naprawdę miał wpływ na kierunek rozmów. Szybko
wyłoniła się grupa najbardziej wtajemniczonych, którzy
oprócz rozmów w Pałacu Namiestnikowskim mieli także
sesje wyjazdowe do rządowej willi na terenie ośrodka
MSW w Magdalence. Dlatego dziesiątki biogramów
przedstawicieli strony solidarnościowej robi często złudne
wrażenie pluralizmu.
Kogo zaliczyć do demiurgów Okrągłego Stołu? Na
pewno w centrum wydarzeń był Lech Wałęsa, ale ten, jak
już pisałem wcześniej, w ogromnym stopniu ufał wtedy
intuicji politycznej przede wszystkim Bronisława Geremka,
następnie Tadeusza Mazowieckiego i wreszcie męża
zaufania Kościoła — Andrzeja Stelmachowskiego. Wałęsa
formalnie dbał o równowagę między „dwoma nogami” —
jedną z nich utożsamiał z lewicą laicką, a drugą z
intelektualistami mającymi zaufanie Kościoła.
Ale to Geremek miał najwięcej atutów w garści. Antoni
Dudek stawia tezę, że główna oś komunikacji władzy z
opozycją ukształtowała się na bazie wieloletniej znajomości
Janusza Reykowskiego reprezentującego PZPR właśnie z
Bronisławem Geremkiem, który odgrywał kluczową rolę w
otoczeniu Wałęsy (Antoni Dudek, „Reglamentowana
rewolucja”).
Paweł Kowal tak opisuje różnice pomiędzy czołowymi
negocjatorami:
„Lech i Jarosław Kaczyńscy popierali koncepcję
wyborów jako plebiscytu, przedstawiając
maksymalistyczną wersję konfrontacji z władzą podczas
głosowania. Janina Zakrzewska i Marcin Król twardo
obstawali przy postulacie w pełni demokratycznych
wyborów. Jacek Kuroń, Adam Michnik i Bronisław
Geremek (...) nie odrzucali projektu w pełni
demokratycznych wyborów, ale byli najbardziej skłonni
przyjmować argumenty strony rządowej i pojmowali
zmianę ustroju jako proces ewolucyjny, rozciągnięty na
cztery lata” (Paweł Kowal, „Koniec systemu władzy”).
Jak do tego koncertu opinii wewnątrz zespołu
doradców odnosił się Wałęsa? Można postawić tezę, że
przyglądał się dość obojętnie tym sporom, zakładając, że
rywalizacja pomiędzy doradcami może mieć miejsce w
pewnych granicach i że hierarchia ważności z Geremkiem
na czele jest póki co optymalna. Ciekawe jest co innego.
Czy Wałęsa zauważał rosnącą fraternizację między
postkomunistami z Kwaśniewskim i Reykowskim na czele a
Geremkiem, Kuroniem i Michnikiem? A jeśli tak, to czy
widział w tym zagrożenie? Tego nie sposób wyczytać z
żadnych wspomnień z tamtego okresu.
W wielu momentach rozmów Wałęsa się nie pojawiał.
Tłumaczono to typową dla „Lecha” chęcią poczekania na
wyniki i w razie niepowodzenia zrzucenia
odpowiedzialności na doradców.
Im bliżej było końca obrad, tym silniejszą pozycję
zyskiwali Adam Michnik i Jacek Kuroń, którzy z pozycji
czarnych owiec dla PZPR szybko stali się najlepszymi
kumplami młodych komunistycznych reformatorów z
Aleksandrem Kwaśniewskim, Jerzym Szmajdzińskim i
Leszkiem Millerem. Dla brylujących w kuluarach
Okrągłego Stołu Michnika i Kuronia jedynymi
intelektualnymi rywalami byli bracia Kaczyńscy. Ich
przenikliwość niewiele jednak znaczyła. W hierarchii
solidarnościowych uczestników gry na szczycie obozu
opozycji odgrywali oni wciąż słabszą rolę. Bardziej to
dotyczyło Jarosława niż Lecha.
Gdzieś dalej w stopniach wtajemniczenia byli:
prostolinijny Aleksander Hall, przekonany o wysokiej
klasie swojej inteligencji Marcin Król czy Ryszard Bugaj,
szczerze skupiony na indeksowaniu płac. Oprócz tego w
stolikach i podstolikach z entuzjazmem brało udział wielu
profesorów, szefów związków twórczych czy
przedstawicieli organizacji społecznych, którzy z zapałem
ścierali się o wskrzeszanie organizacji rozgonionych na
cztery wiatry na początku stanu wojennego. Wszyscy
główni gracze głaskali po główkach robotników z
„Solidarności”, licząc się bardziej z tymi znanymi, jak
Frasyniuk czy Bujak, i lekceważąc tych mniej znanych.
Jeśli ktoś wskazywał problem paternalistycznego
traktowania związkowców, jakie się pojawiało wśród
inteligencji, wówczas zbywano to dość powierzchowną
uwagą, że przecież w centrum rozmów jest robotnik Lech
Wałęsa. Już wtedy było to mało trafne. Przy Okrągłym
Stole Wałęsa prowadził raczej wielką grę jako polityk, a
nie działacz związkowy. Byli też wreszcie szefowie
podstolików, „strażacy”. Taką rolę pełnił Andrzej Celiński,
który z dyskretnego nadania profesora Geremka gasił
radykalizm młodych NZS-owców czy działaczy
niezależnego harcerstwa.
Dziś wspominam, jak bardzo ludzie związani z
„Solidarnością” starali się zamykać oczy na różnice
ideowe, które istniały pomiędzy uczestnikami negocjacji.
Samo postawienie pytania, czy ktoś z „drużyny Lecha” nie
gra już na poczet swojego środowiska, wywoływało chór
oburzonych potępień. A jednak wówczas naturalna
selekcja tych, którzy byli bliżej Wałęsy, i tych, którzy
dopiero musieli się do niego dopychać, tworzyła
prefigurację późniejszej sytuacji politycznej. Ludzie lewicy
laickiej rozumieli to najlepiej. Ale były osoby, które
szczerze i prostodusznie nie rozumiały tego jeszcze bardzo
długo. A niektórzy dawni liderzy robotniczy wolą tego nie
rozumieć do dziś. Gdy bywali krytykowani za to, że pełnili
rolę figurantów przy rozmowach rozgrywanych przez
takich asów jak Geremek czy Michnik, wybuchali świętym
oburzeniem. Lukier zaproszeń na kolejne akademie z
okazji okrągłostołowych rocznic pozwala zapomnieć o tym,
że kiedyś było się robociarskim kwiatkiem do
inteligenckiego kożucha.
Kogo tak właściwie reprezentowali ludzie „drużyny
Lecha” w pałacu władzy? Raz jeszcze podkreślmy, że
przynajmniej od nocy 31 sierpnia 1988 roku, kiedy Wałęsa
po rozmowach z Czesławem Kiszczakiem właściwie
poinformował strajkującą stocznię o tym, że siada do
Okrągłego Stołu, można uznać, że od związku
„Solidarność” przestało powoli cokolwiek zależeć.
Jeszcze rozmowy z Magdalenki jesienią 1988 roku były
afirmowane przez władze związku, ale już w grudniu 1988
roku powstaje Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie.
Robotnicy nie odgrywają w nim żadnej decyzyjnej roli,
choć oczywiście mówi się przede wszystkim o postulacie
relegalizacji „Solidarności”.
Do tego wszystkiego doszła coraz większa bariera
między uczestnikami rozmów z przedstawicielami władz a
solidarnościowymi masami. Dotyczyła ona wiedzy o
szczegółach negocjacji. O wiele lepiej poinformowani od
prasy solidarnościowej byli zachodni korespondenci, którzy
od lat wkupywali się w łaski gwiazd opozycyjnego salonu.
Ten deficyt komunikacji pojawił się bardzo jaskrawo tuż po
wyborach 4 czerwca 1989 roku, gdy Bronisław Geremek i
Janusz Onyszkiewicz zarządzili powtórzenie głosowania na
listę krajową bez jakichkolwiek szerszych konsultacji,
choćby z władzami ówczesnej „Solidarności”. Tak samo
będzie z niejasnymi okolicznościami uczestnictwa posłów
solidarnościowego Obywatelskiego Klubu
Parlamentarnego w wyborach na prezydenta Wojciecha
Jaruzelskiego.
Tak naprawdę to w dużej mierze przy Okrągłym Stole
powoli wyłania się grupa polityków, jacy stworzą
późniejszy ROAD, a następnie Unię Demokratyczną. Jeśli
patrzeć pod kątem późniejszej prawicy, to w korytarzach
Pałacu Namiestnikowskiego zaliczyć można było do niej
tylko braci Kaczyńskich, Aleksandra Halla czy Marcina
Króla. A jednak spośród nich w dniu otwarcia obrad
Okrągłego Stołu znalazło się krzesło tylko dla Halla. Ta
nierównowaga sił już zapowiadała późniejszą wojnę na
górze.
Uczestnicy rozmów Okrągłego Stołu bardzo nerwowo
reagują na zarzuty, że ulegli swoistej magii rozmów z
władzą. Odrzucają krytyki, że od momentu pierwszych
spotkań przygotowawczych w Magdalence nigdy nie
spróbowali zawieszenia tych rozmów i poczekania, aż
nacisk społeczny wzmocni ich pozycję w rozgrywce z ekipą
Jaruzelskiego. Do znudzenia powtarzana jest teza, że
Polacy byli wypaleni i nie poparliby jakiegoś wezwania, na
przykład do fali protestów przeciw arogancji władzy
objawionej rozwiązaniem stoczni w listopadzie 1988 roku.
Antoni Dudek w swojej pracy „Reglamentowana
rewolucja” pokazuje jednak, jak szybko radykalizowały się
nastroje. W styczniu 1989 roku MSW zarejestrowało 49
strajków, w których uczestniczyło 15 tys. ludzi. W lutym
było 67 strajków z udziałem 60 tys. ludzi. W marcu 1989
roku liczba protestów urosła aż do 260. Oczywiście
większość z nich organizowano spontanicznie albo w
oparciu o OPZZ, który wtedy chciał się uwiarygadniać.
Wskazać można też na protesty Federacji Młodzieży
Walczącej czy NZS, jakie wybuchały wówczas w Gdańsku
czy Krakowie.
Dyskusja o Okrągłym Stole jest utrudniona przez różne
rozumienie tego pojęcia. Jeśli weźmie się do ręki „Gazetę
Wyborczą”, to lansowany jest na jej łamach spójny obraz
twórców 20-lecia III RP. Na czoło wysuwany jest Lech
Wałęsa jako bohater, z którego życiorysu usuwa się
wszystkie wady i wyskoki.
Zazwyczaj tuż za nim plasuje się Bronisław Geremek,
ale — co już Wałęsę irytuje — ex aequo z Aleksandrem
Kwaśniewskim. Dziś w wysłodzonej wizji przełomu lat 80. i
90. chwali się ich, że potrafili usiąść do Okrągłego Stołu,
zbudować demokrację, wprowadzić reformy Balcerowicza i
wreszcie zakotwiczyć Polskę w Unii Europejskiej i NATO.
Z tych życiorysów usuwane jest wszystko, co
kontrowersyjne, a podkreślane to, co państwowotwórcze i
nieprzemijające. Stąd już niedaleko do prób
przekonywania dzisiejszych 20-latków, że ich dostęp do
komputera czy podróżowania po Europie był przewidziany
już przy pierwszych spotkaniach Okrągłego Stołu. Tak
oczywiście nie było. Ale historia uśmiecha się najszerzej do
tych, którzy utrzymują się u władzy.
Wróćmy do istotnego rozróżnienia. Same rozmowy
Okrągłego Stołu były trudne do uniknięcia dla elit
„Solidarności”. Przyznać należy, że ich uczestnicy mogli
nie wiedzieć, jak długo trwać będą rządy komunistyczne.
Ustalenia okrągłostołowe, szczególnie ekonomiczne w
literalnym znaczeniu tego słowa, nie przetrwały nawet
paru miesięcy. Z kolei te o ustanowieniu urzędów
Prezydenta i Senatu są aktualne do dziś. To, co było wtedy
najważniejsze, to decyzja o wyborach z możliwością — ale
nie pewnością! — zdobycia puli 35 proc. miejsc przez
opozycję. Co charakterystyczne, PZPR i jej sojusznicze
ugrupowania miały zagwarantowane 65 proc. miejsc, ale o
mandaty, które mogła obsadzić „Solidarność”, walczyli
tacy „bezpartyjni” kandydaci jak Jerzy Urban, jedna z
czołowych twarzy ekipy stanu wojennego. Okrągły Stół
formalnie był jedynie krótkim dwumiesięcznym epizodem
prowadzącym do dalszego wydzierania przez
społeczeństwo wolności politycznej od obszarów
kontrolowanych przez PZPR.
Ale jeśli nazwa Okrągły Stół budzi skojarzenia ze
zdradą elit, to głównie dzięki czemuś, co można nazwać
filozofią Okrągłego Stołu. Tę filozofię zbudowali Adam
Michnik i w późniejszym okresie Jacek Kuroń. Wstępem do
niej była fascynacja niedawnymi adwersarzami z PZPR
ułatwiona wieloma pośrednimi elementami i gestami. Być
może jednym z pierwszych takich gestów było wyraźne
potępienie przez propagandę PRL brutalnego stłumienia
Marca ’68 w jego 20. rocznicę. Jakąś rolę odegrała też
kwestia pokoleniowa. Ludzie z otoczenia Kwaśniewskiego
zaczęli wtedy tłumaczyć swoim co bardziej twardogłowym
towarzyszom, że demonizowani niegdyś Kuroń i Michnik
mogą być partnerami na dziesięciolecia.
Ten projekt polityczny zbudowany w aurze popijaw w
wilanowskim osiedlu, gdzie mieli swe mieszkania młodzi
komuniści, nazwano później „sojuszem mądrych”. Tak
zdefiniowano ówczesne przekonanie Michnika, że Polskę z
ortodoksyjnego komunizmu może wyprowadzić tylko dość
dyskretne porozumienie reformatorów z PZPR i światłych
solidarnościowców. W myśl tej filozofii obaj partnerzy
takiego sojuszu mieli się zobowiązać do marginalizowania
ekstremy po swojej stronie. Także razem mieli tłumaczyć
Moskwie, że czas na zmiany. Gdzieś w tle myślenia
Michnika o takim sojuszu „dzieci Okrągłego Stołu” była
obawa, że koniec PRL dopuści do głosu klerykalną i
antysemicką prawicę.
W tym rozumieniu filozofia okrągłostołowa wyznawana
jest przez Michnika do dzisiaj. Ale była i inna, krótsza w
swoim istnieniu, jej wersja. To filozofia, która paraliżowała
Tadeusza Mazowieckiego aż do końca swojego
premierowania w 1990 roku. To rodzaj przekonania, że
zmiany powinny przebiegać niezwykle wolno i że każdy
radykalizm może wywołać tragedię. O wiele mniej
dynamiczny niż u Michnika styl myślenia wynikał z
pewnego pesymizmu doświadczeń życiowych
Mazowieckiego. Ktoś, kto pamiętał stalinizm, burzliwe
dzieje koła Znak w latach 60., dogmatyzm Gomułki i celę
„internatu” w Darłówku, witał każde ustępstwo władzy
jako epokowe wydarzenie.
Ostrożność Mazowieckiego i trzymanie się filozofii
Okrągłego Stołu powodowało, że zrazu był on
przeciwnikiem obejmowania premierostwa przez siły
solidarnościowe. Trzeci demiurg Okrągłego Stołu,
Geremek, łączył w swoim umyśle oba style myślenia —
Michnika i Mazowieckiego. Pech chciał, że cała ta trójka —
Michnik, Mazowiecki i Geremek — miała największy wpływ
na politykę obozu „Solidarności”. Szczególnie w wypadku
tego pierwszego rzucało się w oczy, że potrafił on myśleć
na parę kroków do przodu i na dodatek formułować swoje
idee w atrakcyjny i inteligentny sposób. To nie przypadek,
że to on zadbał, by w jego ręce trafiła „Gazeta Wyborcza”,
która programowała myślenie dużej części polskiej lewicy i
obozu liberalnego.
Dziś mieszanie pojęcia rozmów Okrągłego Stołu z
filozofią Okrągłego Stołu może być bardzo wygodne w
dyskusji. Gdy ktoś krytykuje filozofię okrągłostołową,
natychmiast słyszy zdumione pytanie, jak prawica może
uważać, że Okrągły Stół to coś złego, skoro uczestniczyli w
jego obradach na przykład bracia Kaczyńscy. To prawda,
ale to nie Kaczyńscy umawiali się na wódeczki z
Kwaśniewskim i to nie oni chcieli przedłużać ponad miarę
obecność PZPR w rządzie Mazowieckiego.
Owszem, bliźniacy uczestniczyli w wyścigu o
znalezienie się w kręgu decyzyjnym wokół Wałęsy i w tej
mierze odnieśli sukces, chociażby w sierpniu, gdy znacząco
przyczynili się do powołania koalicji „Solidarności”,
Stronnictwa Demokratycznego i Zjednoczonego
Stronnictwa Ludowego, która była zaczątkiem rządu
Mazowieckiego. Z kolei Michnik szybko odzyskał wpływ na
Mazowieckiego i braciom Kaczyńskim pozostało jedynie
skupić się wokół Wałęsy odsyłanego powoli na polityczną
emeryturę. Pamiętajmy jednak o jednym: wyścig Michnika
i Kaczyńskich o wpływ na politykę obozu „Solidarności” nie
był równy. Atutem bliźniaków była co prawda trafna
konstatacja szybkości rozpadu komunizmu, ale siłę
Michnika stanowiło poparcie ze strony obozu władzy, który
dostrzegł szybko w „Adasiu” swojego zbawcę.
Ta ostatnia refleksja miała też kolejną konsekwencję.
Skoro Michnik postawił na reformatorów z PZPR, nie było
komu budować lewicy postsolidarnościowej. Próby
Ryszarda Bugaja stworzenia Unii Pracy na styku ludzi z
opozycji i komunistycznej władzy się nie udały. W jeszcze
szerszym planie filozofia Okrągłego Stołu zablokowała na
15 lat realne ściganie Jaruzelskiego i Kiszczaka za
zbrodnie z 1970 roku i stanu wojennego. Echem tej filozofii
była niechęć do lustracji i antykomunistycznej polityki
historycznej.
Spory o ocenę Okrągłego Stołu to typowe rozmowy o
tym, czy historia mogła potoczyć się inaczej. Za czasów
prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego zrobiono bardzo
wiele, aby wykreować Okrągły Stół jako święto polskiej
demokracji. Ale tym upartym wysiłkom, które widać było
także i w tym roku, towarzyszyć musi zagłuszanie refleksji,
z jakiego rodzaju ludźmi solidarnościowcy siadali wówczas
do negocjacji. Ponurym cieniem na rozmowach położyły się
dwa niezależne od siebie zabójstwa — w nocy z 20 na 21
stycznia ks. Stefana Niedzielaka, oraz 30 stycznia (czyli na
tydzień przed rozpoczęciem obrad Okrągłego Stołu) ks.
Stanisława Suchowolca. Wrażenie wielu solidarnościowych
delegatów, że generał Jaruzelski może wiedzieć coś na
temat tych ponurych mordów, przypomniało, że naprzeciw
Lecha Wałęsy i jego drużyny siadali ludzie z resortu
mającego na koncie niezliczone ludzkie tragedie.
***
6 kwietnia 1989 roku zakończyły się rozmowy
Okrągłego Stołu. Mimo wygłaszania uroczystych
przemówień zakończenie negocjacji odbyło się bez
atmosfery święta po stronie solidarnościowej. O tłumie
warszawiaków oblepiających płot Pałacu
Namiestnikowskiego dwa miesiące wcześniej nie było
nawet co marzyć. Wałęsa miał powody, aby czuć się ciągle
głównym rozgrywającym w obozie „Solidarności”. Mógł
mieć poczucie, że nic nie dzieje się bez jego decyzji, choć
w tym czasie w maksymalnym stopniu dał swobodę
działania Geremkowi i w mniejszym stopniu
Mazowieckiemu.
Jan Rokita tak wspominał ówczesną atmosferę
serwilizmu, dzięki której doradcy mieli wpływ na Wałęsę,
ale w zamian obsypywali słynnego elektryka
komplementami:
„Stało się dla mnie absolutnie jasne, gdzie bije
prawdziwe źródło władzy i autorytetu. Był nim król —
robotnik, wokół którego kłębił się uniżony tłum
inteligentów. (...) Te spotkania [z doradcami] miały
dworsko-lizusowski charakter, ale trudno mieć o to jakieś
pretensje. Uznanie politycznego zwierzchnictwa Wałęsy
było powszechne i absolutne. Dotyczyło to i Michnika, i
Geremka, i Kuronia. Wszystkich. Wałęsa w pozycji
półleżącej na kanapie, a dworzanie wokół niego — każdy
swoim tonem — próbowali Wałęsę do czegoś przekonać.
Często rozpoczynając od jakiegoś pochlebstwa, by potem
próbować przeforsować własny pomysł. Michnik mówił:
»Ty jesteś, Lechu, przecież wielki, sprytny, w związku z
tym wiesz, że...«. Kuroń wygłaszał z podnieceniem teksty
bardzo pryncypialne: »Musimy, to jest nasz obowiązek,
zrozum to, Lechu«. A Geremek, czym mnie ujął, był
najbardziej powściągliwy. Jako jedyny mówił do Wałęsy
spokojnie, cicho: »Panie Lechu«. Zresztą on i Mazowiecki
mówili: »Panie Lechu«” (Jan Rokita, „Anatomia
przypadku”).
Rokita trafnie zauważa, że wszyscy widzieli wówczas w
Wałęsie polityka wybitnego. I trafnie wskazuje, że ktoś, kto
właśnie wygrywa taką bitwę jak w 1989 roku, z definicji
stawał się wielkim przywódcą. Na tym tle Geremek
zachowywał się jak szef szlachetnej rady królewskiej, który
dotarł do suwerena, przeforsowuje u niego swoje pomysły,
a cały pozostały „stan trzeci” po prostu lekceważy. Ten
ówczesny „stan trzeci” niedługo zacznie wykazywać
rozdrażnienie tym, że oświeceni doradcy przeznaczyli mu
rolę figurantów w wyrafinowanej grze z komunistyczną
władzą o kształt „transformacji”.
Szybka legalizacja „Solidarności” także odbywała się
już bez atmosfery narodowego święta. Do Wałęsy
zaczynało chyba wtedy dochodzić, że z czasem związek
będzie pełnił coraz mniejszą rolę, a na pierwszy plan
wysuwać się będą Komitety Obywatelskie „Solidarności”.
Tym bardziej że to właśnie ruch Komitetów zajął się
przygotowaniami do kampanii do wynegocjowanych przy
Okrągłym Stole ograniczonych wyborów parlamentarnych,
dających opozycji możliwość uzyskania góra 35 proc.
miejsc w Sejmie. Sam Wałęsa był wtedy sceptyczny wobec
hurraoptymistycznych nadziei na zgarnięcie całej puli.
Głosił, że opozycja może zdobyć najwyżej trzy czwarte
miejsc, które łaskawie przeznaczyła dla niej władza.
Genialnym pomysłem na sukces kampanii wyborczej było
zrobienie zdjęcia z wszystkimi 161 kandydatami do Sejmu i
setką kandydatów do Senatu.
29 kwietnia 1989 roku wykorzystano zjazd kandydatów
„Solidarności” w Stoczni Gdańskiej do zrobienia sesji
zdjęciowej. Grupa paru solidarnościowych fotografów
robiła każdemu zdjęcie z wielkim „Lechem”. Plakaty z
Wałęsą budowały popularność opozycjonistów, którzy w
swoim terenie byli zazwyczaj mało znani. Kolejny raz
okazywało się, że wielki elektryk to cudowny brand, który
potrafi wykreować z dnia na dzień mało znanego
solidarnościowca na murowanego kandydata w wyborach.
Z perspektywy czasu do miary symbolu aspiruje fakt,
że jednym spośród dwóch kandydatów Komitetu
Obywatelskiego, którzy z przyczyn losowych nie dotarli na
sesję zdjęciową w Sali BHP, był Lech Kaczyński. W
kampanii nie posiłkował się zdjęciem z Wałęsą.
A lider „Solidarności” był wtedy u absolutnego szczytu
politycznej siły. „2 maja, miesiąc przed głosowaniem,
podczas posiedzenia sekretariatu KC, Kiszczak z
niepokojem informował towarzyszy, że Solidarność
rozpoczęła już przygotowania do wyborów do Senatu.
Mówił o niezachwianej pozycji Wałęsy w związku” (Paweł
Kowal, „Koniec systemu władzy”).
Absolutną chwałę Wałęsy głosił wtedy zgodnie chór
doradców z Bronisławem Geremkiem i Adamem
Michnikiem na czele.
Ten swoisty kult jednostki już wówczas niepokoił co
trzeźwiejszych obserwatorów. Gustaw Herling-Grudziński
pisał wtedy:
„»Wałęsa nas prowadzi, Wałęsa nas doprowadzi« —
takie zapewnienie (w trzeciej osobie) usłyszałem z ust
Wałęsy podczas jego spotkania z tłumem Polaków w
Paryżu, w grudniu zeszłego roku [1988 — przyp. P.S.]. W
kwietniu bieżącego roku [1989], w rozmowie z Geremkiem
w Rzymie, nie ukrywałem przed nim, co o tej wodzowskiej
manierze myślę. Geremek spojrzał na mnie z wyrzutem.
Uznał moją reakcję za dowód »małostkowości«” (Gustaw
Herling-Grudziński, „Dziennik pisany nocą 1989-1993”).
Ta całkowita uległość liderów solidarnościowej lewicy
wobec „Lecha” dawała im w zamian całkowitą kontrolę
nad powstawaniem ruchu obywatelskiego „Solidarności”.
Układanie listy kandydatów było w rękach sekretariatu
Komitetów Obywatelskich, którym kierował niemal
dyktatorsko Bronisław Geremek i ściśle z nim
współpracujący Henryk Wujec.
Te kluczowe stanowiska posłużyły solidarnościowej
lewicy do przeforsowywania większości swoich
kandydatów. Zaczęły się kłopoty dla prawicy z uzyskaniem
miejsc w wielu okręgach. Tak było z Markiem Jurkiem,
który miał startować ze swojego Poznania, ale nie znalazło
się tam dla niego miejsce. Ostatecznie dzięki paru
korzystnym zbiegom okoliczności wystartował z list „S” z
Leszna.
Jan Rokita, pytany o kwestie włączenia na listy
wyborcze innych środowisk niż solidarnościowa lewica,
wspomina:
„Wszystko wydarzyło się na jednym posiedzeniu
Komitetu Obywatelskiego, które prowadził zwycięski
Geremek, a Wałęsa na tym posiedzeniu powierzył
Michnikowi »Gazetę Wyborczą« i rozstrzelał
Mazowieckiego z Hallem. Rozstrzygnięcie sprawy było w
gronie Komitetu tak jednoznaczne, że Wałęsa nie miał
żadnych wątpliwości, iż należy tworzyć wąską listę
wyborczą. Geremek kontrolował Komitet i podyktował
rozwiązanie. Dla każdego było chyba jasne, że Geremek z
wyraźnym poparciem Kuronia i Michnika chce utrzymać
kontrolę polityczną nad przyszłą frakcją Solidarności. (...)
Mazowiecki na starcie przegrał”.
Dziś brzmi to niezwykle egzotycznie, ale Mazowiecki
był wówczas na tyle zirytowany tym, iż Wałęsa pozwala
Geremkowi spychać go w cień, że demonstracyjnie nie
startował w wyborach. I znów oddajmy głos Rokicie:
„[Mazowiecki] całkiem słusznie obawiał się, że po
wejściu Solidarności do Sejmu Geremek zostanie
kanclerzem miłościwie panującego Wałęsy, Michnik
stworzy tubę propagandową nowego obozu politycznego, a
Kuroń będzie jego trybunem ludowym. Dla niego istotnie
mógł pozostać drugi plan”.
Czy Wałęsa zdawał sobie sprawę, jakie są
konsekwencje oddania „Gazety Wyborczej” w ręce
Michnika?
Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie. Po pierwsze,
mało kto wtedy przypuszczał, że Michnik ma
perspektywiczny plan „sojuszu mądrych”, czyli koalicji
dużej partii z solidarnościowym sztandarem i jakiegoś
zreformowanego PZPR. Owszem, 18 grudnia 1988 roku
sprawnie wychwycił to swoim uchem na posiedzeniu
Komitetu Obywatelskiego Rokita, ale nawet jemu wizja
sojuszu czołowego dysydenta z komunistami wydawała się
egzotyczna. Dziś jest to jasne, ale wtedy pamiętam dobrze
ludzi, dla których o wiele świeższym wspomnieniem było
długoletnie przebywanie Michnika w więzieniach
Jaruzelskiego oraz dumny list opozycjonisty do generała
Kiszczaka.
Lider ruchu „S” wyznawał wtedy ideologię „mądrości
etapu”. Wałęsa postawił w kwestii gazety codziennej obozu
„Solidarności” na Michnika, gdyż słusznie uważał, że on
zrobi to najlepiej. Nie przyszło mu jednak do głowy, że
Michnik robi gazetę przede wszystkim dla siebie, a póki co
także dla Wałęsy. Oficjalnie gazeta miała być organem
prezentującym poglądy wszystkich nurtów „Solidarności”.
Po części tak było — parę lat temu, gdy wykpiwano zasługi
opozycyjne braci Kaczyńskich, pracowici internauci
wyszukali peany na temat Jarosława i Lecha, jakie w czasie
kampanii wyborczej w maju 1989 roku wygłaszała gazeta
zainstalowana w byłym żłobku przy ulicy Iwickiej w
Warszawie. Wałęsa pamiętał też, że środowisko skupione
wokół Heleny Łuczywo już w 1981 roku stworzyło
niezwykle sprawny magazyn informacyjny „As”, a w stanie
wojennym redagowało pierwsze pismo podziemne
używające pełnego składu komputerowego „Tygodnik
Mazowsze”. Michnik nie zmarnował okazji. Szybko
stworzył gazetę, która przebiła swoją atrakcyjnością i
nowoczesną formułą nie tylko prasę reżimową, ale i
większość pism solidarnościowych.
Ale nie tylko „Gazeta Wyborcza” przyczyniła się do
sukcesu kampanii „Solidarności”. Do dziś pamiętam
gigantyczny entuzjazm, jaki wywoływały wiece z udziałem
kandydatów Komitetu Obywatelskiego. W Warszawie
gościem spotkań był sam Yves Montand, a fotograf Jerzy
Kośnik zdobył dla komitetu nawet zdjęcia ze znaczkiem
„Solidarności” takich megagwiazd jak Jane Fonda czy
Grace Jones. Ale Wałęsę prześladowała ciągle obawa przed
koszmarnym scenariuszem — „Solidarność” dostaje szansę
na półwolne wybory, ale ludzie, zmęczeni latami rządów
Jaruzelskiego, nie są w stanie z tej możliwości skorzystać.
Przypominało to nieco ponury nastrój Wałęsy przed
debatą z Miodowiczem, kiedy także — niesłusznie — do
końca nie wierzył w swoje siły. Największym atutem
„Solidarności” byli bowiem wolni Polacy, którzy
zaskakiwali świat swoją pomysłowością w lansowaniu
kandydatów Komitetu Obywatelskiego. Przykładowo 2
czerwca 1989 roku, w przedwyborczy piątek, ostatni dzień
kampanii, zwolennicy „Solidarności” w Trójmieście
spontanicznie skrzyknęli się i wymyślili niespotykany — jak
dziś powiedzielibyśmy — event wyborczy. Oto na miejscu
niegdysiejszej mszy papieskiej na Zaspie zgromadzili się
ochotnicy z Gdańska, Sopotu i Gdyni ze swoimi
samochodami, które dokładnie obklejono plakatami
wyborczymi „Solidarności”. Licząca ponad 100
samochodów solidarnościowa kawalkada wyborcza ruszyła
na trasę z Gdańska przez Sopot do Gdyni i z powrotem. Na
cześć Wałęsy ten zdumiewający orszak przejeżdżał pod
domem lidera związku, który pozdrawiał kierowców. Z
takich właśnie wariackich pomysłów wyłonił się miażdżący
sukces „Solidarności”, która z jednym wyjątkiem —
mandatu dla związanego z władzą senatora Henryka
Stokłosy z Piły — zdobyła wszystkie miejsca, jakie były do
ugrania.
***
Dnia 4 czerwca 1989 roku Polacy dokonali
symbolicznego odrzucenia komunizmu na dwa sposoby. Po
pierwsze poparli masowo kandydatów Komitetu
Obywatelskiego do Sejmu i Senatu, i po drugie skorzystali
z kolejnej przestrzeni, w jakiej dano wtedy Polakom wybór,
i z rozkoszą wykreślili prawie wszystkich komunistów z tak
zwanej listy krajowej. Wałęsa, który usłyszawszy o
sukcesie wyborczym „Solidarności”, odetchnął, szybko
zaczął być bombardowany przez Geremka obawami co do
strasznych efektów wycięcia komunistycznej wierchuszki
przez Polaków. W ciągu kolejnych paru dni zaczęły krążyć
koszmarne legendy o wzburzeniu w aparacie milicyjnym i
wojskowym, które mogło doprowadzić do unieważnienia
wyborów.
Pytany po latach o to, kto zadecydował o zmianie
ordynacji wyborczej i oddaniu komunistom listy krajowej
skreślonej przez Polaków 4 czerwca, Jarosław Kaczyński
mówił:
„Decydowało całe kierownictwo polityczne strony
Solidarności przy braku sprzeciwu Wałęsy. Ci ludzie byli
przerażeni wynikami wyborów, jednocześnie celowo
straszeni przez władze, że niby wyniki 4 czerwca nie będą
uznane. Geremek z Mazowieckim bez przerwy powtarzali:
»To są rozgniewane bestie« wyłącznie na podstawie
rozmów z komunistami, którzy ich najzwyczajniej
straszyli”.
Wałęsa zdał się na swoich doradców i zaakceptował
przeniesienie 33 mandatów z listy krajowej do okręgów i
ich pewne obsadzenie przez przedstawicieli władzy w
czasie II tury 18 czerwca.
Lider „Solidarności” po cichu zaakceptował też wybór
19 lipca Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta. W tej
ostatniej sprawie, trzeba przyznać, znajdował się pod
ogromną presją ambasad zachodnich, z ambasadą USA na
czele, które wręcz wymuszały na liderach nowo
powstałego klubu parlamentarnego znalezienie jakiegoś
sposobu, aby Jaruzelski został wybrany. Zgoda na
powtórzenie wyborów na listę krajową była zmianą reguł w
czasie gry. „Solidarność” straszono wtedy buntem milicji i
wojska w razie oporów. Sugerowano też, że jeśli 33
mandaty dla władzy nie zostaną obsadzone, wybory mogą
być uznane za nieważne, bo konstytucja PRL zawierała
wymóg, że posłów w Sejmie musi być dokładnie 460.
Trzeba uczciwie zaznaczyć, że argumenty za pójściem na
rękę władzy poparł zarówno Geremek, jak i Lech
Kaczyński. Dla solidarnościowych dołów była to gorzka
lekcja realizmu na szczycie „Solidarności”.
Ratowanie komunistycznej władzy w sprawie klęski
listy krajowej i akceptacja prezydentury dla Jaruzelskiego
to ostatnie dwa ważne wydarzenia, w których Wałęsa
trzymał się ściśle zaleceń swojego inteligenckiego mentora
Bronisława Geremka. Powoli na horyzoncie dworu Wałęsy
wschodziła gwiazda braci Kaczyńskich.
To nie jest przypadek, że Lech Kaczyński na
konferencji prasowej bronił tezy o konieczności oddania
listy krajowej. Jarosław Kaczyński tłumaczył potem to
stanowisko następująco:
„My w rozmowach wewnątrz politycznej grupy
decyzyjnej Solidarności sprawę stawialiśmy tak: można
pójść tu na kompromis, pod warunkiem, że władza ciężko
za to zapłaci i błyskawicznie odbędą się wybory
samorządowe, które rozwalą komunistyczną siatkę
układów na dole. (...) Liczyliśmy, że wyborami do rad
narodowych podmyje się układ od dołu; że samorządy
zrobią rewolucję. Odpowiedzią był jeden wielki jęk lewicy
[solidarnościowej — przyp. P.S.]: »nie drażnić bestii!«”
(Jacek Kurski, Piotr Semka, „Lewy czerwcowy”).
Gdzieś od maja 1989 roku Wałęsa zaczął traktować
Kaczyńskich z coraz większą uwagą. Być może do myślenia
dał mu już bardzo wyrazisty triumf Geremka nad
Mazowieckim przy układaniu list wyborczych. Na razie
była to jeszcze dość leniwa obserwacja, jak dwaj jego
główni doradcy rywalizują. Ale Wałęsa zawsze oceniał
polityczną sytuację pod kątem pytania: w jakim stopniu
ktoś może służyć budowaniu mojej niezagrożonej pozycji?
Rokita wspomina:
„On [Wałęsa — przyp. P.S.] intuicyjnie wychwytywał
napięcia pomiędzy Geremkiem i Mazowieckim. I chyba się
bawił, widząc kolejne fazy konfliktu. Nie wiem, na ile
sprawiało mu przyjemność patrzenie na waśnie pomiędzy
panami inteligentami, na ile czerpał satysfakcję ze
śmiesznych zabiegów inteligentów o jego łaskę, a na ile
prowadził przemyślaną grę polityczną. Podejrzewam, że i
jedno, i drugie, i także trzecie (...) myślę, że jeśli przy
okazji decyzji o liście [wyborczej Komitetu Obywatelskiego
— przyp. P.S.] robił jakąś bardziej przemyślaną politykę, to
w tym sensie, że chyba intuicyjnie czuł, iż im węższe
środowiskowo, im bardziej »geremkowska« będzie lista
wyborcza, tym łatwiej znajdzie w przyszłości sojuszników
do jej podważenia” (Jan Rokita, „Anatomia przypadku”).
Przypomnijmy sobie raz jeszcze lata 1980-1981, kiedy
to Wałęsa równoważył wpływy KOR-owskie lansowaniem
młodopolaków, a rady Kuronia równoważył słuchaniem
doradców kościelnych. Teraz Wałęsie coś zaczęło mówić,
że Geremek „dostał za dużo”. Rokita, wspominając tamten
czas, mówi:
„Dzikie polityczne zwierzę siedzące w Wałęsie zawsze
mu podpowiadało, kiedy coś budował: być może, chłopie,
będziesz chciał jeszcze cały ten układ wywalić. Dlatego
zresztą Wałęsa nigdy żadnego trwałego bytu politycznego
nie zbudował” ( Jan Rokita, „Anatomia przypadku”).
Ten nowy sposób myślenia Wałęsy zaczął się jeszcze w
epoce dominacji Geremka i Michnika. Paweł Kowal w
swojej książce „Koniec systemu władzy” przypomniał, że
po uroczystości 3 maja 1989 roku na Zamku Królewskim w
Warszawie odbyło się z inicjatywy Lecha Kaczyńskiego
nieformalne spotkanie Wałęsy z wiceprzewodniczącym
Stronnictwa Demokratycznego Tadeuszem Rymszewiczem,
którego Kaczyński znał z Wybrzeża i miał do niego
zaufanie. Tak zaczęła kiełkować myśl, którą podsunęli
Wałęsie w czerwcu bracia Kaczyńscy. Widział on już
wyraźnie, że komuniści, ogłuszeni zwycięstwem
„Solidarności”, przestają być silni. Losy niezdarnych prób
stworzenia rządu pod wodzą Czesława Kiszczaka w pewnej
mierze zadecydowały się wskutek coraz bardziej hardej
wobec PZPR postawy komunistycznych stronnictw
satelickich: SD i ZSL. Im bardziej koncesjonowani
„demokraci” i ludowcy zachowywali pełny serwilizm w
latach 80., tym bardziej chcieli teraz przedstawiać się jako
niezależne partie. Kaczyńscy zaczęli lansować pomysł na
rząd z solidarnościowym premierem, ale na bazie koalicji
Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego z SD i ZSL.
Wtedy po raz pierwszy okazało się, że bracia
Kaczyńscy potrafią być sprawniejsi niż rywale. Po prostu
mogą w tym samym czasie prowadzić negocjacje z różnymi
partnerami, bo ich jest dwóch i na dodatek ufają sobie w
100 procentach. Wałęsa po cichu firmował te działania.
Geremek i Michnik, którzy mimo wszystko długo
lekceważyli ambitnych braci, początkowo nie zauważyli
nowego układu sił wokół Wałęsy. Lewica laicka chciała
bezpośredniego sojuszu OKP z reformującą się PZPR lub
jakąś eurosocjaldemokracją z Aleksandrem Kwaśniewskim
na czele, więc żadne sojusze z SD i ZSL nie były im
potrzebne. Michnik, przemawiając w sierpniu 1989 roku
na forum władz Komitetu Obywatelskiego, użył nawet
wtedy efektownego sloganu, który miał tłumaczyć ten
wybór: „Rząd trzeba robić z panami, a nie lokajami”.
Kaczyńscy już wtedy przeczuwają, że taktyka Geremka
to stworzenie „układu idealnego” — idealnego oczywiście
tylko dla lewicy solidarnościowej i młodych
postkomunistów. Jak później pisał, ten „sojusz mądrych”
mógłby zabetonować polską scenę polityczną na długo.
„Jedna strona [komuniści — przyp. P.S.] wnosiłaby
tradycyjne instrumenty władzy, poparcie przynajmniej
części nomenklatury, stosunki w Moskwie, a druga —
społeczny autorytet, wielkie wpływy wśród
opiniotwórczych środowisk i inteligencji, wreszcie szerokie
stosunki na Zachodzie”.
Kaczyński napatrzył się na ten dziwny sojusz już w
czasie obrad Okrągłego Stołu. Jak wspominał potem,
następowała w niebywałym wręcz tempie fraternizacja
polityczna lewicy solidarnościowej z tamtą stroną.
„W czerwcu 1989 roku, czyli dwa miesiące po
Okrągłym Stole, mój brat Leszek odwiedził Kuronia
mieszkającego na Żoliborzu 500 metrów od nas. Rozmowa.
Nagle drzwi się otwierają (Kuroń miał takie obyczaje, że
wchodziło się bez pukania w dzień i w nocy) i wkracza
sobie najspokojniej w świecie Kwaśniewski, czyli Olek. (...)
Dołączył się do rozmowy. Leszek od razu sobie poszedł. To
była różnica między nami a lewicą, że najbardziej nawet
postępowych komunistów traktowaliśmy jako
przeciwników” (Jacek Kurski, Piotr Semka, „Lewy
czerwcowy”).
Kaczyński więc uznał, że rząd OKP, ZSL i SD będzie
mniejszym złem. Podobnie Kaczyńscy lansowali na
premiera Tadeusza Mazowieckiego, który wydawał im się
bardziej zdystansowany od młodych postkomunistów.
„Był tylko jeden wybór: Geremek lub Mazowiecki.
Wałęsa nawet szukał kogoś młodszego, sądząc, że łatwiej
go sobie podporządkuje, ale takiego nie znalazł. Jedynym
politykiem młodszego pokolenia i nie z lewicy, który miał
pewną pozycję (oczywiście nie w społeczeństwie, tylko w
elitach), był Hall, ale o Hallu Wałęsa nie chciał słyszeć. (...)
Dlatego na przykład musiałem stoczyć trzygodzinną bitwę
z OKP o przeprowadzenie Mazowieckiego na premiera”.
Ale ostateczną decyzję w sprawie premiera musiał
podjąć Wałęsa. Oficjalnie rozważano trzy kandydatury —
Bronisława Geremka, Tadeusza Mazowieckiego i Jacka
Kuronia.
Jan Rokita po latach jest pewny, że słynny artykuł w
„Gazecie Wyborczej” zatytułowany „Wasz prezydent, nasz
premier” był pisany z założeniem, że prezydentem jest już
Jaruzelski, a teraz czas na premierostwo dla Geremka.
„Po wyborze Jaruzelskiego nie było na dobrą sprawę
już o czym rozmawiać, bo wszystko było jasne. Jeśli władza
wpadnie nam w ręce, to premierem będzie Wałęsa. No
chyba że miał jakiś inny plan. To wtedy Geremek. Inne
warianty nie wydawały się realne. Artykuł Adama Michnika
w »Gazecie Wyborczej« był więc już rezultatem, a nie
przyczyną”.
Rokita nazywa ówczesną pozycję Lecha Wałęsy
statusem „niekoronowanego króla Polski”. Twierdzi, że
Geremek, ufny w swoją pozycję u boku tegoż króla, był
pewny premierostwa. Jak można podejrzewać, Geremek
zbyt dużo czasu spędził z Wałęsą, aby nie być
przekonanym, że sam Wałęsa funkcji premiera nie weźmie.
Że będzie zakładał, iż mając za sobą wciąż silny związek
„Solidarność”, będzie takim właśnie władcą, który w
konkretne sprawowanie władzy się nie miesza, ale w
każdej chwili może wywrócić polityczną układankę.
Geremek być może rozumiał już zwerbalizowaną znacznie
później koncepcję „premiera zderzaka”. Ale mógł zakładać,
że jeśli już rząd powstanie, to albo uda się Wałęsę
zepchnąć na jakąś honorową pozycję, albo jakoś „otorbić”.
Problem Geremka polegał na tym, że Wałęsa swoim
szóstym zmysłem już zaczynał to wyczuwać. Być może nie
była to obawa wprost zracjonalizowana, ale mogła
uruchomić znany już u Wałęsy syndrom postawienia na
różne konie w różnym czasie. Lider „Solidarności” w
chwilach szczerości definiował ten polityczny płodozmian
słowami: „Jak ktoś za bardzo wyrósł, to ja go w łeb i biorę
innego” (Jan Rokita, „Anatomia przypadku”).
A końmi, które aż prosiły się, żeby pociągnąć
Wałęsowski wóz, byli bracia Kaczyńscy. Nie jest tak, że
Wałęsa nie miał, szczególnie z Lechem Kaczyńskim,
żadnych złych doświadczeń. W okresie Karnawału Lech
Kaczyński wyraźnie krytykował despotyzm Wałęsy i uchylał
się od czapkowania przed przewodniczącym
„Solidarności”. Ale w stanie wojennym okazał się on
idealnym łącznikiem między liderem związku a podziemną
Tymczasową Komisją Koordynacyjną, a potem Tymczasową
Radą NSZZ „Solidarność”. Wałęsa uznał, że Kaczyński
zrozumiał, co jest dla niego dobre, i wraz z bratem będzie
idealnym antidotum na nadmiar wpływów Geremka.
W tej sytuacji lider „Solidarności” musiał w końcu
wybrać, kto ma być nowym premierem. Wałęsa swoim
instynktem wyczuł, że lewica laicka rozpoczyna grę,
mogącą zepchnąć go na dalszy plan, i dlatego wybrał
Mazowieckiego. Mogła to być opcja oparta nie tylko na
analizie poglądów byłego posła Znaku, ale także
przekonanie, że powolny, nieprzypadkowo
karykaturyzowany jako żółw, Mazowiecki nie wyrwie się
spod kontroli „wielkiego Lecha”. Zapewne przywódca
„Solidarności” zakładał, że premierem powinien być ktoś
bliski Kościołowi. Znając Wałęsę i jego specyficzny
chłopski pragmatyzm, można przyjąć, że mogło przejść mu
przez myśl, iż Kuroń i Geremek byli dobrzy jako doradcy,
ale jako premierzy mogą być krytykowani, ponieważ
istniało domniemanie, że mają oni żydowskie pochodzenie.
Świadczyły o tym późniejsze wycieczki Wałęsy w kampanii
1990 roku pod adresem lewicy laickiej, w której
pobrzmiewały podobne nuty.
Ale warto podkreślić, że Wałęsa, uznając, iż sam nie
będzie premierem, w dużej mierze określił całą swoją
późniejszą karierę. Gdyby najsłynniejszy elektryk na
świecie podjął ryzyko i stanął na czele rządu, to mógłby
zbudować równowagę w jakiejś wielkiej partii
postsolidarnościowej między lewicą a prawicą. Mogłaby
rządzić przez wiele lat z legendarnym działaczem
związkowym na czele jako rozważnym, ale nieangażującym
się w bieżące rozgrywki patronem. A jednak Wałęsa
przestraszył się tego brzemienia odpowiedzialności. Być
może miał też kompleksy kogoś, kto uważa, że ma braki w
wykształceniu lub źle się czuje w bezpośrednim
administrowaniu politycznym. Ale po latach bardziej
stawiam na niezdrową fascynację modelem władzy, w
którym Wałęsa jest wielkim politycznym sułtanem, a
kolejni wezyrowie przychodzą i odchodzą. Może po prostu
„Lechu” już wtedy chciał być prezydentem. Antoni Dudek
w swojej „Reglamentowanej rewolucji” przytacza
tajemniczy incydent z czerwca 1989 roku, z kilkunastoma
tysiącami egzemplarzy plakatu „Wybieramy Lecha Wałęsę
na prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej”, wydrukowanymi
w drukarni gdańskiej archidiecezji i przewiezionymi do
centrali „Solidarności”, o których SB donosiła Kiszczakowi.
Czy była to nadgorliwość kogoś z otoczenia Wałęsy, czy
świadome testowanie przez lidera „Solidarności” takiej
idei?
Ale niechęć do podjęcia premierostwa na rzecz
prezydentury zdradzała słabość Wałęsy. Ten
demoralizujący model czekania na prezydenturę
spowoduje, że Wałęsa nigdy nie wyrośnie zbytnio poza rolę
zdolnego amatora w polityce. On sam rozładowywał te
kompleksy, posuwając się niekiedy do kokieteryjnej krytyki
własnej osoby w stylu: nie wierzcie nikomu, nawet Wałęsie,
bierzcie sprawy we własne ręce.
Ale wtedy polityk ten był u szczytu swojej potęgi.
Odrabiał lata zaległości w wyjazdach zagranicznych. 15
listopada 1989 roku w czasie wizyty w Waszyngtonie
dostąpi zaszczytu danego w dziejach USA nielicznym —
będzie mógł wystąpić z własnym przemówieniem w
amerykańskim Kongresie. A jednak znów jego sukces był
faktycznie sukcesem Jacka Kalabińskiego, który napisał mu
słynne przemówienie rozpoczynające się od frazy „My,
naród” — pierwszych słów amerykańskiej deklaracji
niepodległości. Wszyscy zaczynali być pewni, że komuna
rozpadnie się na kawałki i Wałęsa mógł się znów nie bać
wiszących nad nim, jak miecz Damoklesa, grzechów z
przeszłości. Mógł wziąć władzę w swoje ręce i
zaryzykować. Być może istnienie partii Wałęsowskiej
trwałoby jeszcze krócej niż istnienie ruchu Komitetów
Obywatelskich, bo przecież kiedyś podział na lewicę i
prawicę musiałby nastąpić. Ale nawet z taką uszczuploną o
jakiś segment polityków partią Wałęsa byłby realnie
działającym politykiem, mogącym zawdzięczać wszystko
swojej pracy i talentowi.
Tak się jednak nie stało. Wtedy, w lipcu i sierpniu 1989
roku, Wałęsa wybrał rolę wiecznego „pasażera na gapę” w
kolejnych politycznych przedsięwzięciach. Wiecznego,
choć genialnie sprawnego amatora. Pasażera
specyficznego, bo aspirującego do dominacji, ale
nieodpowiedzialnego i egoistycznego.
I jeszcze ostatnia kwestia. Dlaczego bracia Kaczyńscy
nie popychali wtedy Wałęsy do objęcia funkcji szefa rządu?
Trudno udzielić innej odpowiedzi jak ta, że obaj bracia, a w
szczególności Lech Kaczyński, napatrzyli się dosyć na
niedobre cechy lidera „Solidarności”, żeby chcieć usadzić
go w pozycji wieloletniego hegemona polskiej sceny
politycznej. Kaczyńscy przede wszystkim chcieli wtedy
dopuszczenia na równych prawach przez Geremka do roli
doradców Wałęsy. Gdy tego nie dostaną, postanowią
wyrwać solidarnościowej lewicy przywódcę związku i użyć
go jako politycznego taranu przeciw „różowym”, mającym
skłonność do monopolizacji ruchu Komitetów
Obywatelskich.
Z kolei Wałęsa miał prawo podejrzewać, że zarówno
Geremek, Kuroń i Michnik, jak i bracia Kaczyńscy chcą
nim grać jako środkiem do realizacji jakichś swoich,
przewyższających znacznie jego ambicje, celów.
Wybór na premiera Tadeusza Mazowieckiego był
jednym z największych rozczarowań Wałęsy. We
wspomnieniach z tego czasu trudno znaleźć ślady jakiegoś
specjalnego zaangażowania lidera „Solidarności” w kształt
rządu. Wałęsa najprawdopodobniej zakładał, że będzie
miał przemożny wpływ na słabego Mazowieckiego, więc
już to, kogo ten sobie dobierze do swojej ekipy, nie jest tak
ważne. Z perspektywy czasu można postawić tezę, że ta
swoboda upewniła Mazowieckiego w tym, iż jak sam potem
mówił, nie jest malowanym premierem. Słynny dialog,
który miał wtedy miejsce między Mazowieckim a Wałęsą,
definiował to bardzo dobitnie:
„Wałęsa: — To ja uczyniłem pana premierem.
Mazowiecki: — To prawda, ale ja już jestem tym
premierem”.
Mazowiecki demonstrował swoją niezależność od
przewodniczącego „Solidarności”. Jan Rokita wspomina:
„Manifestacyjna samodzielność pokazywała, że
Mazowiecki to człowiek z charakterem i kompetencją
polityczną. (...) Samodzielność polityczna przywódcy, który
dostaje władzę, bardzo ją ceni i rygorystycznie ochrania, to
raczej coś dobrego niż złego. (...) Z czasem okaże się
dopiero, że Mazowiecki szybko wpadł w przewrażliwienie,
że ktoś mu się w politykę rządu miesza, i reagował zbyt
nerwowo czy to na Geremka, czy też na Wałęsę. Tolerował
tylko z niechęcią autonomię ekipy gospodarczej
Balcerowicza, bo na tym się nie znał i nie wiedział, co
innego mógłby tutaj robić”.
W idealistyczno-cukierkowym wizerunku Geremka, jaki
dziś kreuje obóz liberalny, zapomina się, że wówczas nie
najlepsze relacje panowały także na linii rząd — OKP,
którym on kierował. Ale wpływowy profesor wiedział, że
nie może otwierać zbyt wielu frontów naraz. Zaciskając
zęby, nie uzewnętrzniał swoich urazów wobec
Mazowieckiego i pomagał, jak mógł, ekipie rządowej w jej
pracy.
Wałęsa nie był Geremkiem i swoje rozdrażnienie tym,
że telefon na jego gdańskim biurku przewodniczącego
NSZZ „Solidarność” milczy, musiał jakoś odreagować.
Pierwszą kwestią sporu stał się fakt, że Mazowiecki, który
w kwietniu 1989 roku otrzymał funkcję redaktora
naczelnego „Tygodnika Solidarność”, uznał, że odchodząc
na funkcję premiera, ma prawo mianować następcę na
swoim stanowisku w postaci Jana Dworaka. Na początku
października 1989 roku Dworak został przez Wałęsę
odwołany, a zespół tygodnika o wyraźnie „mazowieckich”
sympatiach — po mianowaniu Jarosława Kaczyńskiego na
szefa pisma — demonstracyjnie odszedł (z paroma
wyjątkami). Lider „Solidarności” miał pełne prawo
dokonać zmiany, a zespół miał prawo odejść. Nowy szef
tygodnika zgromadził wokół siebie najlepszą część
solidarnościowych elit, krytycznych wobec prób
zawłaszczenia ruchu „Solidarności” przez lewicę laicką.
Kaczyński tak definiował ówczesne zagrożenie:
„Liczyłem na powstrzymanie Geremka, byłem bowiem
przekonany, że gdy on i jego grupa »dorwą się« do władzy,
to piłą się ich od niej nie odetnie” (Jacek Kurski, Piotr
Semka, „Lewy czerwcowy”).
To właśnie wtedy Kaczyński sformułował ostrzegawcze
hasło „sojuszu mądrych”, jednoznacznie przeciwstawiając
się pomysłom monopartii „Solidarności”, „koncepcji, która
reasumując, sprowadzałaby się do tego, iż potężna
warszawska elita wywodząca się z »S« i PZPR rządziłaby
krajem pod szyldem partii, której zwykli członkowie i
aktywiści musieliby się kontentować wpływami na
lokalnym szczeblu”. („Sojusz mądrych”, „Tygodnik
Solidarność, 15.12.1989). Ale jeszcze wcześniej pierwszą
salwą w dyskusji na temat spluralizowania się ruchu
„Solidarności” był 10 listopada 1989 roku i tekst Piotra
Wierzbickiego zatytułowany „Familia, świta, dwór”.
Wierzbicki pytał:
„Kto dziś rządzi w »S«? Jest to najpilniej strzeżona
tajemnica. (...) Naród, który miał zawsze nieomylną
intuicję językową, nadał owym trzem solidarnościowym
centrom własne wdzięczne literackie nazwy. Na grupę
skupioną wokół prezydium OKP mówi się (szeptem)
Familia, na grupę wokół Tadeusza Mazowieckiego mówi
się (szeptem) Świta i na grupę wokół Lecha Wałęsy i władz
związku Solidarność w Gdańsku mówi się Dwór”.
Publikacja tekstu Wierzbickiego wywołała furię lewicy
laickiej. Wolała ona utrzymywanie pozoru jedności ruchu
„Solidarności” z cichą nadzieją, że Wałęsa albo da się
zepchnąć na jakąś honorową pozycję „żywego pomnika”,
albo znajdzie się jakiś sposób, aby zaspokoić jego ambicje.
Po latach tacy publicyści jak Jan Maria Rokita czy Robert
Krasowski ubolewają nad tym, że Geremek nie wystąpił
wtedy po stronie Wałęsy i nie przejął w końcu funkcji
premiera, aby potem, wraz z prezydentem Wałęsą,
stworzyć udany tandem. Rokita twierdzi, że gdyby lider
„Solidarności” w sierpniu 1989 roku wyznaczył na
premiera nie Mazowieckiego, a Geremka, to nie doszłoby
do późniejszej wojny na górze: „Geremek bez zmrużenia
oka zaakceptowałby prezydenturę Wałęsy, a co więcej —
chciałby i potrafiłby się z nim ułożyć”.
Ten idealistyczny scenariusz nie brał pod uwagę, jak
bardzo Adam Michnik, który za pomocą swojej gazety miał
już duży wpływ na rozwój wydarzeń, ogarnięty był obsesją,
że podział ruchu „Solidarności” wskrzesi demony
nacjonalizmu i szowinizmu. Redaktor naczelny „Gazety
Wyborczej” opowiadał wtedy na prawo i lewo, że
komunizm był jak zamrażarka dla rozmaitych strasznych
zjawisk z okresu przedwojennego i teraz te demony mogą
odtajać i zacząć hulać ile wlezie. Naturalnym
dopowiedzeniem tej tezy było założenie, że Polacy
potrzebują jako warstwy kierowniczej właśnie
wspomnianych już wcześniej przez Kaczyńskiego
„mądrych”, którzy doprowadzą nasz kraj do Europy.
Wałęsa w tym standardzie wówczas się nie mieścił.
Dopiero wiele lat później, już na emeryturze, spełni ten
ideał „Lecha” — wielkiego pluszowego misia, który oburza
się tym, czym aktualnie oburza się salon, i wygłasza opinie,
które on akceptuje. Ale i nawet wtedy Wałęsa wyskakiwał z
krytyką na przykład homoseksualistów. Czy w 1989 roku,
kiedy czuł się nieporównanie silniejszy, nie przestraszyłby
się prędzej czy później siły i pozycji premiera Geremka?
Ale znów wchodzimy w teoretyczne dywagacje.
Przełom 1989 i 1990 roku to okres, kiedy świadomość
napięcia między Wałęsą a Mazowieckim zaczyna być coraz
bardziej wyraźna.
„Lechu” trafnie wyłapuje obszary słabości nowego
rządu i punktuje „Pana Tadeusza”. 18 stycznia 1990 roku
po spotkaniu z ambasadorem ZSRR Władimirem
Browikowem rzuca chwytliwe hasło: „wycofajcie wojska do
końca roku”. 22 stycznia spotyka się ze swoim starym
znajomym Tadeuszem Fiszbachem i błogosławi jego
pomysłom stworzenia Polskiej Unii Socjaldemokratycznej
— jak się potem okazało, absolutnego politycznego
niewypału. 30 stycznia rozwiązuje się PZPR i zaraz potem
Kwaśniewski tworzy Socjaldemokrację RP (formacja ta
będzie w latach 90. główną siłą koalicji Sojusz Lewicy
Demokratycznej, by w roku 1999 przekształcić się w partię
o takiej nazwie). Pozbawiony charyzmy Fiszbach nie wygra
z partią „Olka”, w której objawi się cała plejada
politycznych talentów — Leszek Miller, Józef Oleksy,
Marek Siwiec plus formalnie bezpartyjny Włodzimierz
Cimoszewicz. Wiele wskazuje, że błogosławieństwo lidera
„Solidarności” dla Fiszbacha było pocałunkiem śmierci.
Co ciekawe, Wałęsa czuł się w tym czasie tak pewnie,
że nawet dosyć swobodnie jak na swoje możliwości
wypowiadał się na temat swoich uwikłań z grudnia 1970
roku. W wywiadzie z lutego 1990 roku dla pisma
„Solidarność Małopolski” mówił:
„Naród nie składa się z samych bohaterów. Aktywnie
uczestniczyło 10-15 proc. Reszta musiała żyć, musiała
pracować, musiała rodziny utrzymywać. Każdy ma chwile
słabości, i ja je miałem, tylko że to było w 70 roku. Wtedy
też byłem słaby, też nie wierzyłem, bo gdybym był tak
ostry jak teraz, to prawdopodobnie nie doczekałbym tych
dni. Dlatego ja tych ludzi [z PZPR i komunistycznych
związków zawodowych — przyp. P.S.] rozumiem, bo moje
życie było też skomplikowane i też się bałem. Potem z tego
wyrosłem, ale do tego trzeba dojść — zbłądzić każdy może,
raz kiedyś. Nie można tym ludziom odmawiać szansy
rehabilitacji” („Solidarność Małopolski”, 25.02.1990).
W lutym 1990 roku Wałęsa faktycznie zlikwidował
monopol Geremka nad Komitetami Obywatelskimi,
wyznaczając na ich przewodniczącego Zdzisława Najdera.
Salon zareagował na kolejne zabranie kawałka władzy
medialną histerią, a Kaczyńscy byli zachwyceni
zdecydowaniem Wałęsy. Dziś nie jesteśmy w stanie sobie
wyobrazić, jak bardzo ówczesna polityka elit
solidarnościowych rozgrywała się za szczelnie wyciszonymi
ścianami. Wszystkie strony konfliktu wiedziały, że wyjście
na jaw konfliktu o władzę w obozie „Solidarności” będzie
przyjęte fatalnie przez Polaków. W tej sytuacji Michnik i
Geremek uwielbiali występować w roli zwolenników
jedności, gdyż wiedzieli, że hasło jedności zawsze jest
najkorzystniejsze dla tych, którzy mieli realne wpływy. A
mimo mianowania Najdera na stanowisko szefa Komitetów
Obywatelskich bardzo wpływowym sekretarzem KO był
ciągle Henryk Wujec, człowiek bliski Geremkowi.
Jakby dla ilustracji ostrzeżeń Jarosława Kaczyńskiego
przed pomysłami na stworzenie monopartii „Solidarności”
„Gazeta Wyborcza” rozpoczęła wtedy cykl tekstów
wyszydzających pomysły pluralizacji Komitetów
Obywatelskich według linii podziału zakładającej
powstawanie nowych partii. 7 marca 1990 roku Adam
Michnik napisał na łamach „GW” komentarz „Poczekajmy z
podziałami”. Bardzo negatywnie napisał o propozycji kilku
posłów i senatorów na posiedzeniu OKP 28 lutego, którzy
zaproponowali, aby przekształcić solidarnościowy klub
parlamentarny w federację różnych politycznych opcji i
stowarzyszeń. Michnika wzburzył pomysł, żeby
poszczególne ugrupowania miały delegować swoich
kandydatów do prezydium OKP. Naczelny „Wyborczej”
stawiał sprawę następująco: „Proponuję, poczekajmy z
podziałami. Niech do następnych wyborów każdy wystąpi
pod własną, świadomie wybraną chorągwią. Teraz jednak
wszyscy trzymajmy się sztandaru »S«”.
Bardzo znamienna była sekwencja rysunków
ilustrująca tekst naczelnego „GW”. Przedstawiały one
Lecha Wałęsę łowiącego ryby na jeziorze. Wałęsa łowi na
wędkę kolejne sztuki, aż łódź wypełnia się rybami. Na
ostatnim rysunku nie widać już ani Wałęsy, ani łodzi z
rybami, tylko rękę ze znakiem V wystającą z wody.
Ostrzeżenie było wyraźne: Lechu, nie żądaj za dużo, bo
możesz zniknąć z polskiej polityki.
7 kwietnia 1990 roku publicysta „Wyborczej” Ernest
Skalski wyśmiewał „bieda-partie”. Pisał:
„Lepiej mieć jedną — choćby przez to niedoskonałą —
liczącą się siłę polityczną niż żadną. A demontaż »S« nie
sprawi, że jej miejsce szybko zajmą wielkie i nowoczesne
partie”. Dzień później na posiedzeniu Komitetu
Obywatelskiego dochodzi już do otwartego rzucenia sobie
rękawic przez Mazowieckiego i Wałęsę. Z woli Wałęsy do
Komitetu Obywatelskiego dokooptowano 22 osoby ze
Stronnictwa Pracy, środowiska prawicowej „Dziekanii”,
Ruchu Młodej Polski i partii konserwatywnych. Obecny na
spotkaniu Tadeusz Mazowiecki rzucił wielokrotnie potem
powtarzane słowa: „Pragnę z państwem podzielić się jedną
troską. Prośbą o to, abyśmy tej zaczynającej się polskiej
demokracji nie zamienili w polskie piekło. Polskie piekło
swarów, podgryzań i walk. Jest to nasza wspólna
odpowiedzialność”.
Wałęsa, który był wówczas w coraz lepszej formie,
odpowiadał: „Pamiętajmy, co mieliśmy zbudować —
pluralizm ekonomiczny i polityczny. Mieliśmy go
poszerzać, a nie ograniczać”. Przywódca „Solidarności”
wypomniał Mazowieckiemu, że nie wystąpił do Sejmu o
przyznanie jego rządowi specjalnych pełnomocnictw.
Uzasadniał je słowami: „gdy jest rewolucja — a jest
rewolucja — jest czas dekretów”. Takie pomysły uważane
były w rządzie Mazowieckiego za dzikie wyskoki
niebezpiecznego watażki. Choć paradoksalnie mądrze
użyte dekrety pomogłyby rządowi Mazowieckiego w
zmienianiu Polski. Ale w „świątyni politycznego rozumu i
spokoju”, w jaką zamienił Mazowiecki URM, ciągle
panowała dewiza „spiesz się powoli”. A kwestia
przyspieszenia zmian — która niedługo stanie się
politycznym hasłem — była coraz bardziej paląca. Zdzisław
Najder, stanąwszy na czele Komitetów Obywatelskich, nie
ukrywał, że wspiera pluralizację tego ciała:
„Okres użyteczności formuły Okrągłego Stołu dobiegł
końca. Trzeba uniknąć sytuacji, że Komitet Obywatelski
przy Lechu Wałęsie i komitety lokalne staną się walcem,
który spłaszczy nasze życie polityczne. Musimy teraz
pomyśleć o przygotowaniu w pełni wolnych wyborów
parlamentarnych”.
Gdy takie wypowiedzi słyszano w obozie
Mazowieckiego, pukano się w głowę. Panował tam dogmat,
że wprowadzanie reform Balcerowicza musi się odbywać w
atmosferze spokoju politycznego, a wszelkie występowanie
przeciwko PZPR, która notabene już nie istniała, może
wywołać niebezpieczne rozchwianie sceny politycznej. Dla
załóg, które widziały, jak nomenklatura wykrawa z ich
zakładów spółki i spółeczki, ten dostojny styl cierpliwości
rządu był nie do przyjęcia. Wałęsa, który w momentach
politycznej mobilizacji uzyskiwał świetny słuch społeczny,
doskonale wyłapywał te głosy niezadowolenia. Pamiętam
jedną z konferencji prasowych Wałęsy w tym czasie, na
której bił on na alarm, że w jego własnej Stoczni Gdańskiej
dochodzi do strajku, bo ludzie nie mogą patrzeć, jak byli
partyjni uwłaszczają się na zakładowym majątku,
zagarniając najcenniejsze kąski.
Czy te hasła utrzymania jedności ruchu
solidarnościowego jako elementu wsparcia rządu
Mazowieckiego były tylko wymysłem? Oczywiście nie. Ale
problem w tym, że postulatu jedności w ramach parasola
nad rządem nadużywano. Politycy Mazowieckiego
wykazywali się zaskakującą arogancją w reagowaniu na
postulaty zerwania z komunizmem. Dla mojego pokolenia
symbolem tej arogancji były losy okupacji KW PZPR w
Gdańsku. W dniu, w którym rozwiązano PZPR w
Warszawie, młodzi działacze Federacji Młodzieży
Walczącej otrzymali informację, że w gdańskim komitecie
palone są na masową skalę tysiące dokumentów. Nie
namyślając się wiele, młodzi antykomuniści zajęli budynek
i znaleźli w piwnicach ciepłe jeszcze piece z kartonami
dokumentów przygotowanymi do zniszczenia. Młodzi
zaproponowali, że będą okupować gmach, ale są gotowi
przekazać budynek komisji Senatu, która sprawdziłaby, co
spalono, i zabezpieczyłaby przeznaczone do zniszczenia
dokumenty. Byłem razem z tymi młodymi chłopakami jako
dziennikarz zapomnianego już dzisiaj solidarnościowego
pisma „Tygodnik Gdański”. Około północy na rozkaz
Aleksandra Halla, ministra do spraw partii politycznych w
rządzie Mazowieckiego, budynek został zaatakowany przez
ZOMO, które aresztowało wszystkich obecnych, a ja, mimo
pokazywania prasowej legitymacji, trafiłem na komisariat
milicji na ulicy Białej, skąd zwolniono nas wszystkich po
spisaniu kwestionariuszy zatrzymania.
Wielu Polaków irytował też ówczesny styl wspólnych
uroczystości rządu z twarzami stanu wojennego.
Przykładem takiego „kiczu pojednania” była msza święta 1
kwietnia 1990 roku w intencji ofiar Katynia, w której
uczestniczył zarówno Tadeusz Mazowiecki i Andrzej
Stelmachowski, jak i nowy prezydent Wojciech Jaruzelski
oraz szef MON w rządzie solidarnościowego premiera —
generał Florian Siwicki. Ten widok był bulwersujący nawet
dla czytelniczki „Gazety Wyborczej”, która w rubryce
„Telefoniczna Opinia Publiczna” pisała:
„Nie poszłam w niedzielę na mszę przy Grobie
Nieznanego Żołnierza. Nie mogłabym w niej uczestniczyć z
generalicją dziś oddającą honory oficerom, o których
wcześniej »nie wiedzieli«. Nie mogłabym ot tak, bez
usłyszenia słowa »przepraszam«, «prosimy o wybaczenie«
— stać z generałami na placu, z którego w stanie
wojennym przepędzali mnie pałami, armatkami wodnymi,
gazami. Patrzyłam w telewizor, wyłączyłam, aby nie
obrażać Boga własnymi myślami”. Tych ludzi, którzy
zauważali albo nagle zaczęli zauważać, że rząd
Mazowieckiego rządzi już 9 miesięcy, a duża część
wojewodów ciągle pamięta epokę „Solidarności”, było
coraz więcej.
Nigdy nie zapomnę opowieści publicysty Piotra
Zaremby, który opowiadał, jak jego matka — typowy szary
członek wielkiej podziemnej armii solidarnościowej z lat
stanu wojennego — z ogromnymi nadziejami na zobaczenie
„naszego” premiera udała się na jakąś mszę rocznicową.
Gdy do świątyni wkroczył Mazowiecki, BOR-owcy bardzo
obcesowo rozepchnęli tłum i nie było nawet okazji nie tylko
uścisnąć dłoni premierowi, ale nawet się do niego zbliżyć.
Jak opowiadał Piotr, jego mama była zaszokowana,
powtarzała tylko: „jak on tak może, przecież jest naszym
premierem”. Ktoś powie, że Mazowiecki, wchodząc do
świata polityki, aby normalnie funkcjonować i
przemieszczać się, był skazany na otoczenie się BOR-
owcami, na omijanie ludzi, którzy wyciągali doń swoje
dłonie — krótko mówiąc, musiał stać się takim samym
politykiem jak wszyscy politycy na świecie. Ale w
opowieści matki mojego przyjaciela było coś z aury rządu
Mazowieckiego, w której przekonanie o swojej misji i brak
jakiegoś ludzkiego gestu wyjątkowo rzucały się w oczy.
Nadęty styl rzeczniczki Małgorzaty Niezabitowskiej i
wspomniana przed chwilą obecność generałów Kiszczaka i
Siwickiego na oficjalnych obchodach. Przekonanie, że
skoro ciężko harujemy od rana do nocy, to wszyscy muszą
przyjąć do wiadomości, że nikt nie ma głowy do jakichś
gestów. Na tym tle Wałęsa, który wówczas nie miał na
głowie odpowiedzialności za państwo, ale wszedł w fazę
politycznego „parcia na bramkę”, zdobywał sympatię
dowcipem i wdziękiem. Coraz więcej ludzi z dawnego
obozu wyborców 4 czerwca dochodziło do wniosku, że
Mazowiecki odgrodził się od ludzi za murami URM, a
Wałęsa czuje lepiej to, co czują ludzie, i pomoże dokończyć
solidarnościową rewolucję.
Paradoksalnie jeśli były jakieś próby zmian, to
pochodziły one z sejmowego klubu OKP, który proponował
projekt przebudowy MSW, likwidacji Służby
Bezpieczeństwa czy zajął się kwestią około 100 osób
uważanych za ofiary stanu wojennego. Spotkania OKP z
Mazowieckim kończyły się zniecierpliwionymi tyradami
premiera, który nieprzyjemnym głosem pytał, czy w końcu
OKP jest za rządem czy przeciw. W tym czasie kolejne
delegacje autorytetów solidarnościowych odwiedzały czy
to gabinet Wałęsy w Gdańsku, czy pokój premiera w
Urzędzie Rady Ministrów na Alejach Ujazdowskich,
próbując jakoś załagodzić nasilający się konflikt między
liderem „Solidarności” a szefem rządu. Według wielu
relacji, wszystkie wizyty miały podobny scenariusz. Ludzie
dobrej woli wzywali do porozumienia w imię sukcesu
reform. W odpowiedzi w pierwszym wariancie słyszeli, jak
rząd Mazowieckiego spycha robotników ku nędzy, a w
drugim wariancie premier Mazowiecki wyciągał grubą
teczkę z atakami Lecha Wałęsy na politykę rządu.
***
Samo ogłoszenie 10 kwietnia 1990 roku, że
przewodniczący związku chce kandydować na prezydenta,
było falstartem Jarosława Kaczyńskiego. Falstartem albo
przemyślanym zagraniem. Kaczyński powiedział wcześniej
w wywiadzie dla „Życia Warszawy” (7-8 kwietnia):
„Prezydentura Wałęsy nie jest celem samym w sobie. Jest
efektem wyczerpania możliwości obecnego układu
politycznego (...). Sądzę, że Wałęsa mógłby zostać
prezydentem jeszcze przed wyborami [parlamentarnymi —
przyp. P.S.]”. Jak wspomina Jarosław Kurski w książce
„Wódz”, podobną tezę postawił Lech Kaczyński w
wywiadzie z 9 kwietnia dla „Gazety Gdańskiej”. W tej
atmosferze Wałęsa, zapytany o to przez korespondentkę
PAP, w biegu na prezydium KKW, na korytarzu gdańskiej
centrali „Solidarności”, odparł:
„Trzeba przyspieszyć tempo reform, znieść stare
układy. Panowie Kaczyńscy wyświadczyli mi niedźwiedzią
przysługę. Powiedzieli to za wcześnie, mogę przez to
przegrać, ale cóż, jest wolność prasy. Potwierdzam”
(Jarosław Kurski, „Wódz”).
Cały ten incydent dobrze obrazuje problem relacji
Wałęsy z braćmi Kaczyńskimi. Lider „Solidarności”
potrzebował ich dynamizmu, ale w głębi duszy przed ideą
„przyspieszania” się wzdragał. Bliźniaków irytowało dla
odmiany jego niezdecydowanie, więc postawili go przed
faktem dokonanym ku rozdrażnieniu Wałęsy
samodzielnością ambitnych braci. Pytanie, w jakiej mierze
utkwiło to jak zadra w pamięci Wałęsy i odbiło się potem
na ich wzajemnych stosunkach.
Dwa dni później, 12 kwietnia 1990 roku, w „Gazecie
Wyborczej” ukazał się tekst o ambicjach prezydenckich
„Lecha”, który sygnalizował nową linię pisma Michnika
wobec niego. Ilustrowało go zdjęcie Wałęsy w stoczniowym
waciaku, który stoi z ręką wsuniętą za połę fufajki.
Wymowa była jasna — „robol roi, że zostanie
Napoleonem”. Tekst, który towarzyszył zdjęciu, rozważał
„za i przeciw” prezydentury — pamiętajmy, że „Gazeta
Wyborcza” próbowała jeszcze wówczas udawać, że jest
bezstronna w sporze. Ale o ile argumenty za prezydenturą
były banalne, to argumenty przeciw niej wiele mówiły o
stanie nastrojów w obozie lewicy laickiej. „Siłą Wałęsy była
jego umiejętność dobierania sobie doradców. Obecnie jest
pozbawiony najwybitniejszych z nich, którzy piastują
funkcje w instytucjach demokratycznego państwa”. Kolejny
argument przeciw głosił: „Istnieje lepszy kandydat, który
— jak to już udowodnił — spełnia wszelkie możliwe
oczekiwania wobec godności prezydenta — Tadeusz
Mazowiecki”.
Wreszcie wtedy po raz pierwszy pojawia się w
„Wyborczej” teza, że Wałęsa „jest przywódcą z gruntu
autorytarnym. Gdyby doszło, a zapewne dojdzie, do
zaburzeń procesu demokratyzacji w postaci na przykład
kryzysów parlamentarnych, mógłby łatwo odwołać się do
prezydenckich uprawnień, na przykład rozwiązując
parlament”.
Akurat ta przepowiednia sprawdzi się po trzech latach,
ale wtedy wielu mniej spostrzegawczych czytelników
szokowała nagła nominacja Wałęsy na przywódcę
autorytarnego. Przez wiele miesięcy „GW” starała się
Wałęsę traktować w rękawiczkach i nagle Polacy
dowiedzieli się, że jest on prostakiem i chamem.
Oczywiście tak wyraźnym epitetem nikt z obozu lewicy
laickiej nie operował. Zmiana tonu objawiła się
pojawieniem się potem w gazetach złośliwych zdjęć
wielkiego elektryka, kąśliwych aluzji do Mussoliniego,
wreszcie żartów z hasła „przyspieszenia”, które Wałęsa
podchwycił za braćmi Kaczyńskimi.
W odpowiedzi przywódca „Solidarności” na spotkaniu
w elbląskim Zamechu 12 kwietnia mówił:
„Chcę, by gra o prezydenturę była fair. Nie ubiegam
się specjalnie o to stanowisko, całe życie spędziłem
walcząc i chętnie bym już odpoczął, ale jeżeli taka będzie
wasza wola, to nadal będę walczył”.
Wałęsa znów nagle zaczął głosić, że najlepiej czuje się
wśród robotników, i sarkać na arogancję doradców. Na
zjeździe „Solidarności” 19 kwietnia 1990 roku w Gdańsku
padły słynne słowa o potrzebie prezydentury: „Nie chcę,
ale muszę”. Lider związku już bardzo krytycznie wyrażał
się o swoich byłych „mózgowcach”:
„Robotnik to przypadek, który nie mieści się w głowie
intelektualistom. Dzisiaj, kiedy rzuciłem na »rybkę«
prezydenturę, to zobaczcie, mówią, że powinienem inaczej
wyglądać” (za Robert Krasowski, „Po południu”).
Epigoni epoki, w której doradcy prowadzili „wielkiego
Lecha” za rączkę, próbowali jeszcze zagłaskać konflikt
komplementami. Aleksander Małachowski, delegat na
zjazd, a jednocześnie przedstawiciel solidarnościowej
lewicy, ripostował:
„Panie Lechu, mówi pan tak, jakby rzeczywiście miał
pan u góry wrogów. A przecież jest pan najbardziej
kochanym i szanowanym człowiekiem w Polsce. Czuje się
pan kapralem, a jest pan marszałkiem, który wygrał wojnę.
Zabolało mnie, że mówił pan tak źle o intelektualistach.
Czymże byłby związek bez intelektualistów, którzy przyszli
do stoczni w sierpniu 1980, bez Mazowieckiego, Geremka,
Wielowieyskiego”.
Wtedy jeszcze Wałęsa spuścił z tonu, zastrzegając się,
że nie chciał nikogo urazić, ale logika konfliktu była już
wyraźna. Zjazd „Solidarności” bardzo entuzjastycznie
poparł pomysły startu swego przewodniczącego w
wyborach. Jego wygrana była uważana za tak „oczywistą
oczywistość”, że formalnie postawiono wniosek o
stworzenie funkcji wiceprzewodniczącego związku, który
natychmiast przejmie obowiązki Wałęsy po jego wyborze
na prezydenta. Wniosku nie zdążono przeforsować z
przyczyn formalnych, ale pokazuje to, jak bardzo
związkowcy byli pewni wygranej swojego szefa.
„Gazeta Wyborcza” debiutowała wtedy w roli pisma,
które wychodzi ponad czyste informowanie, a zaczyna
dobierać informacje tak, by wspierały one sympatie i
antypatie dziennika. I tak już 17 kwietnia „Gazeta”
informowała, że w badaniach opinii „w porównaniu z
listopadem 1989 roku” najwięcej sympatii stracił Lech
Wałęsa (34 proc.), rząd (33 proc.), Senat (32 proc.),
„Solidarność” (31 proc.) i nieco mniej Sejm (26 proc.).
Autor notatki niby przypadkowo dodawał: „Uderzająca jest
natomiast utrzymująca się na wysokim poziomie aprobata
dla premiera Mazowieckiego. Musi ona opierać się na
cechach osobistych premiera, bo szybko traci rząd jako
całość, autor polityki gospodarczej Leszek Balcerowicz i
rzecznik Małgorzata Niezabitowska”.
Znamienne, że autor notatki nawet nie pokusił się o
pytanie, co oznacza ten zwrot nastrojów. Najważniejszy był
krzepiący w świetle deklaracji prezydenckich Wałęsy
komunikat: ludzie kochają naszego premiera.
Ten okres kwietnia i maja 1990 roku ma dla mnie
przełomowe znaczenie. Dopiero wtedy zacząłem
wyłapywać, jak „Gazeta Wyborcza”, którą do tego
momentu traktowałem — jak wielu innych zwolenników
„Solidarności” — jako „naszą gazetę”, miękko, ale
jednoznacznie włączyła się w akcję przeciwko
prezydenturze Wałęsy.
W pamięci utkwiła mi sekwencja paru dni po deklaracji
Wałęsy na temat jego startu w wyborach, kiedy to chyba
każdego kolejnego dnia pojawiały się w dzienniku
Michnika artykuły wynajdujące co rusz jakichś
wspaniałych kandydatów na prezydenta. O ile pamiętam,
byli to kolejno: Jerzy Giedroyć, Leszek Kołakowski i
wreszcie Zbigniew Brzeziński. Z nieprzynoszącą mi z
perspektywy czasu chluby naiwnością zadałem sobie
pytanie, czy to możliwe, że w jednym czasie do gazety
wpłynęły trzy różne teksty, wszystkie wynajdujące każdego
możliwego kandydata, byle nie Wałęsę. A dla mnie jego
kandydowanie było oczywiste — Jaruzelski w rok po
wygranych wyborach przez „Solidarność” był już
absurdem, a przekonanie, że Wałęsa go zastąpi, było i w
1989 roku, i wśród mas popierających „Solidarność” czymś
oczywistym.
Notabene było to także „od zawsze” oczywiste dla
samego „wielkiego Lecha”. Po latach Lech Kaczyński
wspominał w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”:
„Wałęsa chciał być prezydentem już na początku lat
80. Pamiętam, jak udzielał kiedyś wywiadu szwajcarskiemu
dziennikarzowi, który zapytał, kto będzie prezydentem
Polski po Jaruzelskim (który wtedy był co prawda
premierem, ale ów dziennikarz miał dość nikłą wiedzę o
Polsce). Wałęsa bez zastanowienia odparł: »Ja«. A była to
ciemna noc stanu wojennego” („Wałęsy nie polubiłem”,
„Rzeczpospolita”, 11.06.2008).
Kwestią, która przez pewien czas pozostawała
niejasna, było to, czy nowego prezydenta ma wybrać Sejm,
czy cały naród. Bracia Kaczyńscy wysyłali w tym czasie
dyskretne sygnały do obozu Mazowieckiego, że najlepszym
rozwiązaniem będzie wybór nowej głowy państwa przez
parlament. Kaczyńscy mieli w tyle głowy, że Wałęsa może
wykręcić mimo wszystko jakiś numer polskiej demokracji, i
uważali, że lepiej, by nie miał tak mocnej legitymacji
wyborczej, jaką dawał wybór w głosowaniu powszechnym.
Ale w obozie Mazowieckiego wzięto to jako jakiś chytry
podstęp braci — już wtedy rozpoczęło się ich
demonizowanie — i zaczęto upierać się przy głosowaniu
powszechnym. Co charakterystyczne, obóz Mazowieckiego
był przekonany, że wybór prezydenta przez posłów i
senatorów przyniesie wygraną Wałęsy. Wierzono, że nie
tylko większość OKP jest za „Lechem”, ale że także,
sparaliżowani marszem po władzę Wałęsy, postkomuniści,
Stronnictwo Demokratyczne i ZSL mogą poprzeć masowo
„niekoronowanego króla Polski”. Warto dodać, że
głosowania powszechnego domagał się też sam Wałęsa.
Ostatecznie, parę miesięcy później, 27 września 1990
roku, Sejm znowelizuje konstytucję i wprowadzi instytucję
powszechnych wyborów prezydenckich.
W aurze szykującego się już rozpadu Komitetów
Obywatelskich na zwolenników Wałęsy i Mazowieckiego
zaskakująco mało emocji skupiły na sobie pierwsze
całkowicie wolne wybory do samorządów. W skali kraju
wygrały je Komitety Obywatelskie „Solidarności”, które
zdobyły 53,1 proc. głosów. Pamiętać należy jednak, że na
solidarnościowym „dole” nie zdawano sobie jeszcze
specjalnie sprawy z tego, jak ostre były namiętności „na
górze”. Wszystko to zresztą dobrze ilustrowało
prawdziwość ówczesnej tezy Wałęsy, że „musi
doprowadzić do wojny na górze, aby był spokój na dole”.
Te jego słowa z majowego posiedzenia Komitetu
Obywatelskiego natychmiast wykorzystano przeciwko
niemu. Solidarnościowa lewica nie miała ochoty robić
miejsca dla prawicy. Grała o pełną pulę, a gdy nie udało jej
się utrzymać kontroli nad ruchem Komitetów
Obywatelskich, nie miała żadnych skrupułów przed
podzieleniem ich na pół. Jednak słowa Wałęsy o wojnie na
górze zostały wykorzystane do utrwalenia przekonania, że
Geremek, Kuroń i Michnik dawali Wałęsie serce na dłoni, a
ten — opanowany swoimi ambicjami — doprowadził do
rozłamu „drużyny Lecha”. Wałęsa, uwielbiający stosować
swój barwny język, nie rozumiał wtedy, że ma przeciwko
sobie aparat propagandowy, który wykorzysta jego każdy
agresywny bon mot do wykreowania wizerunku „szaleńca z
siekierą”. Oprócz punktowania Wałęsy za ostry język w
środowiskach przyszłej Unii Demokratycznej w modę
weszły kpinki z prymitywizmu słynnego elektryka.
Nieporadności językowe, które przez lata jakoś nie
przeszkadzały salonowi, teraz stawały się punktem wyjścia
do kąśliwych żarcików.
Nie zapomnę, jak w tamtym czasie wysłano mnie na
jakąś nudną konferencję wiceminister oświaty Anny
Radziwiłł, w trakcie której zapytano ją o jakiś projekt
reform. Pani minister, uśmiechając się od ucha do ucha,
zakończyła referowanie projektu słowami: „Aby opisać te
zmiany, użyłabym słowa »przyspieszenie«, gdyby nie to, że
teraz tego słowa nie używa się w przyzwoitym
towarzystwie”. To były żarty do opowiadania w
towarzystwie. W cztery oczy w warszawskim salonie
zaczęto pokpiwać z „wodzusia”, który inflację nazywa
„inflancją”. Gorsze dla politycznej skuteczności obozu
ROAD było przekonanie, że Mazowiecki ma już zwycięstwo
w kieszeni.
Egzaltowane zwolenniczki „pana Tadeusza”, ale także i
rozsądni, wydawałoby się, politycy solidarnościowej lewicy
doszli do wniosku, że Mazowiecki ma większe szanse niż
„podpalacz z Gdańska”. Była to jedna z pierwszych, acz nie
ostatnich, sytuacji, gdy ludzie przyszłej Unii
Demokratycznej podejmowali decyzje, wierząc we własną
propagandę.
W czerwcu jest już jasne, że Komitety Obywatelskie
pękają na pół. 24 czerwca dochodzi do starcia na
posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego, który zebrał się na
Uniwersytecie Warszawskim. Jerzy Turowicz, redaktor
naczelny „Tygodnika Powszechnego”, zaczął wtedy
powtarzać obawy przed kryzysem demokracji, a Andrzej
Wielowieyski cytował wyniki badań socjologicznych
mających pokazać, że ludzie boją się szybkich zmian.
Rozdrażniony Wałęsa skomentował te jeremiady,
wypowiadając do Wielowieyskiego słynne słowa: „Stłucz
pan termometr, nie będziesz miał pan gorączki”. I
przekraczając miarę, wywołał dystyngowanego
przedstawiciela krakowskich elit, za jakiego uchodził
Turowicz, do tablicy, aby go rugać za brak wiary w
pluralizację polskiej polityki. Jak wspomina Jan Rokita:
„Wałęsa okazał lekceważenie Turowiczowi, co stało się
zapalnikiem antywałęsowskiej histerii w kręgach Geremka.
Doszło do karczemnej awantury w Auditorium Maximum.
Hall rozjuszył Wałęsę zapowiedzią walki z ideą jego
prezydentury, Michnik wyzwał wałęsistów od świń, a
Geremek niemal z rozpaczą w głosie pytał Wałęsę: »Co się
zmieniło, panie Lechu, co się stało?«” (Jan Rokita,
„Anatomia przypadku”).
Miesiąc później, 16 lipca 1990 roku, z „pro-
Mazowieckiej” części Komitetów Obywatelskich powstanie
osobne ugrupowanie — Ruch Obywatelski Akcja
Demokratyczna, do którego weszli Adam Michnik,
Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Jacek Kuroń,
Bronisław Geremek i Barbara Labuda, którzy ogłosili
poparcie Mazowieckiego w wyborach na prezydenta.
Zerwanie z Wałęsą było zupełne.
Przewodniczący „Solidarności” w dość kapralski
sposób próbuje odwołać Michnika z funkcji redaktora
naczelnego „Gazety Wyborczej” i zarządza dodatkowo
odebranie logo „Solidarności” z winiety dziennika.
Pierwsze żądanie Michnik odrzuca, powołując się na
wotum zaufania ze strony zespołu, w drugiej kwestii
ustępuje. Być może dochodzi do wniosku, że uwolnienie się
od solidarnościowego szyldu na dłuższą metę jest dla „GW”
wygodne.
Wałęsa besztający publicznie Michnika nie rozumie, że
skończył się czas czystej polityki, a zaczyna się czas
politycznego piaru. Nie rozumie, że szef „Wyborczej” ma w
swoim ręku nie tylko gazetę, ale także instrument
oddziaływania na emocje i posiadania władzy interpretacji.
Wałęsa nie zastanawia się nad tym, jak jego słowa
zostaną odebrane — uważa słowa za cień czynu. Z kolei
Michnik już wie, że w nowoczesnej demokracji medialnej
to słowo decyduje o interpretacji czynu. Rozumie, że
najsłuszniejsze nawet działania mogą zostać odrzucone
przez masy pod naporem dyskredytujących je słów. I
właśnie dlatego tak szybko szefowi „GW” udaje się uzyskać
przekonanie elit, że to Wałęsa „bez powodu” rozpętał
wojnę na górze. Z kolei to, że Geremek i Michnik pokusili
się o zdominowanie ruchu Komitetów Obywatelskich,
prawica wie raczej z poczty pantoflowej, własnej intuicji i
nieufności do „kuroniady” niż z własnych mediów.
„Z pierwszą chwilą konfliktu Wałęsy z Michnikiem
poczuliśmy się jak konie kawaleryjskie słyszące bojową
trąbkę. Byliśmy gotowi poprzeć Lecha i chcieliśmy być w
tej batalii jego polityczną armią” — wspomina Wojciech
Bogaczyk, wówczas działacz Chrześcijańskiego Ruchu
Obywatelskiego (relacja 6.07.2013). Podobne nastroje
pchnęły ku kampanii Wałęsy dziesiątki tysięcy działaczy
związku, opozycji przykościelnej, ale i działaczy przyszłych
partii prawicy.
Michnik, przekonany o swoim rządzie dusz nad obozem
solidarnościowym, nie zdaje sobie jeszcze sprawy z
poważnego problemu — że obudził ze snu prawicowe
pospolite ruszenie. Lewica laicka ma wpływ na czytelników
„Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego” i na
opinie „Le Monde”, ale dla mas solidarnościowych
wyborców „Solidarność” to wciąż Lech Wałęsa.
Autorzy z obozu III RP, którzy opisują to rozejście się
Wałęsy ze swoimi doradcami z solidarnościowej lewicy,
przedstawiają ten konflikt jako jakiś szokujący przypadek
zamiany miłego, sympatycznego robotnika w politycznego
wilkołaka pod wpływem diabolicznych braci Kaczyńskich.
Tymczasem odpychając od siebie Bronisława Geremka,
który w zbyt dużym stopniu uznał, że stał się mentorem
posunięć Wałęsy raz na zawsze, „Lechu” realizował po
prostu swoją taktykę grania na siebie i zmieniania koni
pociągowych. Zacytujmy raz jeszcze opinię Jana Rokity:
„Wałęsa nigdy nie uznawał żadnych układów lojalności.
Jednym z jego talentów politycznych jest ta nieludzka
zdolność nieprzywiązywania się do nikogo, przecinania
wszystkich więzów, kiedy to uzna za konieczne” (Jan
Rokita, „Anatomia przypadku”).
Jak zawsze w wypadku wymiany przez Wałęsę
sojuszników, gdy zmartwiony Geremek pytał go: „Co się
stało, panie Lechu?”, bracia Kaczyńscy rozkwitali. Uznali,
że Wałęsa będzie ich politycznym taranem, dzięki któremu
stworzą dużą siłę polityczną na prawicy, a potem
utrzymają nad nim kontrolę. Kaczyńscy mieli w pamięci
jego niezłą formę ze strajków w 1988 roku i, jak się zdaje,
późniejszą bierność Wałęsy przy Okrągłym Stole kładli na
karb wpływów Geremka. Jarosław Kaczyński po latach tak
tłumaczył się z kreowania Wałęsy na prezydenta w tamtym
czasie: „W polityce bardzo rzadko można znaleźć
rozwiązanie idealne. Trzeba przeprowadzać rachunki
zysków i strat. (...) Nie było przesłanek, by orzec, w jakim
kierunku pójdzie Lech Wałęsa. (...) W 1990 roku był w
dobrej formie i z dobrym otoczeniem zachowałby
dynamizm. Miał intuicję polityczną, a może i dostęp do
informacji, których my nie mieliśmy. Na pewno trudniej
byłoby mu być prezydentem budowy nowej Polski, ale mógł
uwieńczyć swoją karierę lat 80. krótką prezydenturą, która
dokonałaby »przełomu« — zburzenia pozostałości układu
komunistycznego, swego rodzaju plantowania terenu pod
budowę nowego państwa” (Jacek Kurski, Piotr Semka
„Lewy czerwcowy”).
Jak widać z tego cytatu, najsłynniejsi polscy bliźniacy
także brali pod uwagę wysłanie za jakiś czas Wałęsy na
polityczną emeryturę. Czas pokaże, że takie rachuby były
dość krótkowzroczne. Ale Jarosław Kaczyński nawet po
latach zawsze powtarza, że gdyby cofnąć czas, to z wiedzą
o dalszych wydarzeniach także poparłby wtedy
najsłynniejszego elektryka. Trudno mu się dziwić. Na fali
hasła „Wałęsa na prezydenta” powstawały jak grzyby po
deszczu komitety nowej partii Jarosława Kaczyńskiego —
Porozumienia Centrum. Ale ożywienie zapanowało także
na całej prawicy.
„Dziś trudno sobie wyobrazić, jak bardzo podział
Komitetów Obywatelskich spowodował radość na prawicy”
— wspomina Marian Piłka, wówczas polityk ZChN.
Skończyła się obawa, że lewica solidarnościowa
przechwyci na stałe polityczny sztandar solidarnościowy,
spychając prawicę na margines, tak jak zrobił to Geremek,
wycinając kandydatów prawicowych w wyborach w
czerwcu 1989 roku. Inny ówczesny polityk ZChN Ryszard
Czarnecki tak zapamiętał tamten czas:
„Prawica nareszcie mogła się policzyć. Wtedy to
określenie kojarzyło nam się z rokiem 1979, kiedy to
pierwsza wizyta Jana Pawła II w Polsce pozwoliła
katolikom poczuć swoją siłę w komunistycznym państwie.
Teraz w państwie Okrągłego Stołu prawicowcy, którzy
natychmiast zakrzątnęli się wokół lokalnych komitetów
poparcia Wałęsy, pracowali za darmo noce i dnie. Była
wtedy ogromna nadzieja na wyrugowanie z życia
publicznego resztek PRL i skierowanie Polski na
konserwatywne, katolickie tory” (Ryszard Czarnecki,
relacja 7.07.2013).
Ale ci z prawicowców, którzy należeli do środowiska
młodopolaków, wiedzieli już, że Wałęsa jest
nieprzewidywalnym liderem. Marek Jurek wspomina:
„Mówiłem moim kolegom, że jest pewne, że Wałęsa
przejdzie do drugiej tury. W tej sytuacji możemy
wylansować jakiegoś kandydata prawicy chrześcijańskiej, a
w drugiej turze zawsze zdążymy poprzeć Wałęsę. Tylko
mój przyjaciel Marian Piłka wstrzymał się przy głosowaniu
na radzie politycznej ZChN nad poparciem Wałęsy już w
pierwszej turze” (relacja 3.07.2013).
Wałęsa ruszył w trasę spotkań i wieców i sprawnie
powrócił do swojej najlepszej formy z lat 1980-1981.
„Panie Geremek, panie Michnik — demokracja była, jest i
będzie, ale trzeba iść z ludźmi” — grzmiał wtedy na
dziedzińcu kościoła św. Brygidy.
W odpowiedzi łamy „Gazety Wyborczej” zapełniły się
tekstami wieszczącymi, że Wałęsa to groźba dyktatury i
antyinteligenckiego populizmu. Pośrednio przywołano
wspomnienia z Marca ’68, kiedy to „robole” ruszyli na
inteligencję.
Jerzy Surdykowski, niegdyś autor pełnych zachwytu
nad Wałęsą „Notatek gdańskich”, teraz bił na alarm:
„Straszliwym błędem Gdańskiego Noblisty, błędem, za
który płacimy i płacić będziemy ogromną cenę, jest wbicie
klina pomiędzy inteligencję a robotników, zaatakowanie i
zelżenie tego, co w »Solidarności« najcenniejsze:
solidarności. To, co budowaliśmy przez kilkanaście lat,
można paru nierozsądnymi wypowiedziami zniszczyć w
ciągu kilkunastu dni. Tym bardziej że ludziom
sfrustrowanym, tak biedą, jak i kłótniami przywódców,
łatwo podsunąć wizerunek wroga — »jajogłowego«
intelektualisty, »warszawsko-krakowskiego salonu«. Oby
nie gorzej...” („Gazeta Wyborcza”, 4.08.1990).
Ewy Berberyusz wyśmiewała z kolei u Wałęsy postawę
prowincjusza: „Mówienie (...) o Warszawce, którą trzeba
przewietrzyć, jako o jakiejś nieformalnej, ale zwartej i
złowrogiej grupie interesów, rezydujących w stolicy i
próbujących zawładnąć Polską, jest albo niepoważne, albo
dowodzi kompleksu prowincji” („Gazeta Wyborcza”,
17.10.1990).
Wreszcie homilię na temat potrzeby powstrzymania
„przyspieszacza z siekierką” zamieścił na łamach „GW”
sam Adam Michnik w tekście „Dlaczego nie oddam głosu
na Lecha Wałęsę” z 27 października 1990 roku:
„To, co szkodzi dziś Polsce, to tolerowanie mitu Wałęsy
rodem z lat 80.” — wskazywał. I ostrzegał: „Lech Wałęsa
jest politykiem obdarzonym wielkim talentem skłócania
ludzi i dlatego jest tak bardzo niebezpieczny. Jego wielkie
zasługi przeobrażą się w swoje przeciwieństwo — staną się
przekleństwem dla Polski”. Do kogo można takiego
człowieka porównać? Michnik snuł swoje rozważania:
„Wałęsa może zwyciężyć w wyborach, jeśli zdoła
utrzymać swój mit »ojca narodu«. Ojciec — jak wiadomo —
może się upić i zbić żonę, ale dzieciom na ojca nie wolno
podnieść ani głosu, ani ręki. Jeśli ten mit sparaliżuje
polskie umysły i serca — wtedy Wałęsa zwycięży.
Zwycięży, choć jasno zapowiada w swych wypowiedziach,
że demokracja jest mu potrzebna jako instrument do
objęcia steru rządów. A potem — obawiam się —
demokratyczne będzie już tylko to, co on sam zadekretuje”.
Wałęsa nie pasuje do demokracji. Dlaczego? „Wałęsa
jest nieprzewidywalny. Wałęsa jest nieodpowiedzialny. Jest
też niereformowalny. I jest niekompetentny.
Nieprzewidywalność była zaletą w walce z totalitarnym
komunizmem. I stać się musi katastrofą w
demokratycznych strukturach współczesnego państwa” —
ostrzegał Michnik.
Czy szef „Wyborczej” nie zauważał wcześniej
autentycznych, niedobrych cech Wałęsy? Oczywiście
zauważał. Jednak autentyczność tego oskarżenia osłabiał
fakt, że Michnik bił na alarm dopiero wtedy, gdy lider
„Solidarności” przestał realizować jego polityczne plany.
Michnik lubił wtedy ponuro żartować, że jeśli Wałęsa
wygra, to nie będzie miał pewności, czy jak ktoś dzwoni do
drzwi o 6 rano, to na pewno jest mleczarz. Gdy parę lat
później zdominowane przez Wałęsę służby specjalne
zaczną naprawdę dzwonić rankiem, Michnik w ogóle tego
nie uzna za problem, a skargi prawicy będzie
bagatelizował.
Tego, że jesienią 1990 roku aktywność Wałęsy w
kampanii dzieliła Polaków, Michnik nie wymyślił. Lider
„Solidarności” obiecywał przewietrzyć Warszawę, zaklinał
się, że będzie latał z siekierą po Polsce i wyrąbywał
korupcyjne układy i wreszcie obiecywał puszczanie
aferzystów w skarpetkach. Ten populizm mógł
konsternować.
Z drugiej strony widać było, że po stronie Wałęsy stoi
sztab bynajmniej niepasujący do przywoływanych przez
Michnika stereotypów ponurego populistycznego obozu
„ciemniaków”. Liberałowie gdańscy, którzy poparli Wałęsę,
widząc w tym szansę na wejście na polityczną scenę,
potrafili znaleźć elegancki, ale pełen narodowej godności
ton. Zgrabne klipy sztabu Wałęsy szybko zamieniły źle
przyjętą „siekierkę” w sympatyczny rysunkowy symbol,
który rozprawiał się z pozostałościami PRL.
Ta ponowna aura pozytywnego zaskoczenia energią
Wałęsy i podekscytowanie tym, że lider „Solidarności” nie
boi się zaczepiać „świętych krów” epoki Mazowieckiego,
bardzo wtedy nas, młodych dziennikarzy „Tygodnika
Gdańskiego”, pobudzała.
„Wola polityczna Gdańsk, słucham” — takimi słowy
Jacek Kurski odbierał wtedy telefony w swoim mieszkaniu
w gdańskim Wrzeszczu. Każdy dzień przynosił jakiś nowy,
ciekawy epizod z kampanii. Owa „wola polityczna”, której
dźwiękiem napawał się Jacek, była wówczas hasłem obozu
przyspieszenia. Z wolą polityczną miano doprowadzić do
lustracji, zerwania z Układem Warszawskim, wycofania
wojsk sowieckich. Pytania Wałęsy, dlaczego oddziały Armii
Czerwonej wciąż przebywają na terenie Polski, podczas
gdy Czesi mieli już zakończone negocjacje z Moskwą na
temat usunięcia tamtejszego kontyngentu
krasnoarmiejców, pokazywały, że Wałęsa doskonale
wyczuwał nastroje Polaków. Także plakaty Porozumienia
Centrum z jednym krótkim słowem „Teraz” opatrzone były
wizerunkiem Wałęsy z negocjacji z rządem w sierpniu
1980 roku. Ostre, bystre spojrzenie kogoś, kto potrafi
wygrywać. Kampania Wałęsy, w którą zaangażowali się
gdańscy liberałowie wspomagani przez speców
telewizyjnych z Video Studia Gdańsk, była niezwykle
sprawna.
Po stronie lidera „Solidarności” opowiedział się Stefan
Kisielewski, który ukuł zgrabny slogan, że „Za
Mazowieckim opowiada się inteligencja, a za Wałęsą ludzie
inteligentni”. Mnie najbardziej w klipach wyborczych
sztabu Wałęsy utkwiła Katarzyna Figura — opowiedzenie
się wówczas za gdańskim elektrykiem wymagało
środowiskowej odwagi.
Z kolei kampania Mazowieckiego kulała. Premier
niechętnie jeździł po kraju, a zastępowanie go na wiecach
przez polityków solidarnościowej lewicy odpychało z kolei
bardziej umiarkowanych wyborców. W końcu sztab
Mazowieckiego stracił nerwy i zaczął Polaków straszyć
wizją wygranej Wałęsy jako zagrożeniem dla reform i
demokracji. To wtedy pojawił się późniejszy dogmat III RP:
Jeśli nie wygrywają nasi, to nagle w Polsce „robi się
duszno” i grozi dyktatura. Na filmowych klipach sztabu
premiera złowroga ręka ukręcała kwiatek wyrosły w
doniczce polskich reform, a Wałęsowska siekierka
rozłupywała budzik lub odcinała Polskę na mapie Europy
od zachodu.
Gdy Wałęsa zdobywał punkty na wiecach w całej
Polsce, przez zachodnią prasę przetaczały się przerażone
głosy wieszczące, że sympatyczny robotnik i lider
pokojowej rewolucji zamienił się nagle w egoistycznego
demagoga stojącego na czele populistycznej rewolucji
zagrażającej reformom. Teraz dopiero Wałęsa odkrywał, w
jak dużym stopniu Bronisław Geremek był w ciągu
poprzedniej dekady odgromnikiem, który wychwytywał
lapsusy Lecha, i gwarancją dla zachodnich dziennikarzy, że
Wałęsa jest w rękach dostojnego mędrca — mentora
demokracji. Relacje zachodnich korespondentów sprawiały
wrażenie, jakby czerpali oni większość informacji o
sytuacji z „Gazety Wyborczej”.
Coś w tym było, bo w czerwcu i lipcu byłem na stażu
dziennikarskim w Paryżu, który zgromadził zarówno
dziennikarzy „Tygodnika Solidarność”, jak i „Gazety
Wyborczej”. Ponieważ ja reprezentowałem mało znany w
Warszawie „Tygodnik Gdański”, więc koledzy z
„Wyborczej” nie krępowali się kpić w niezwykle
drastycznej formie z aspiracji Wałęsy. Dostąpiłem nawet
takiego zaufania, że pozwolono mi udać się z
dziennikarzami „GW” do redakcji lewicowego dziennika
„Liberation”, gdzie na własne oczy mogłem zobaczyć, jak
dzwonią oni do swojej gazety do Warszawy i jak następnie
przekazują informacje o kolejnych antysemickich
wyskokach Wałęsy swoim francuskim kolegom.
Czy Wałęsa grał w czasie kampanii kartą antysemicką?
Wprost nie, ale zapewnienia, że on jest Polakiem, miały w
tym czasie bardzo określony posmak. Reakcją na te
wycieczki było opublikowanie w „Tygodniku
Powszechnym” tekstu o szlacheckich korzeniach rodziny
Mazowieckich sięgających kilkaset lat wstecz.
O wiele bardziej nieuczciwe były relacje z wieców
Wałęsy. Reporterzy „Wyborczej” na podstawie trudnych do
zweryfikowania cytatów tworzyli atmosferę
sfanatyzowanego tłumu, gotowego rozszarpać każdego
śmiałka, który przyszedł na wiec i przeciwstawiał się
Wałęsie. Wzorzec służący po latach do opisywania
obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu w 2010
roku.
Im bardziej sondaże pokazywały zwiększanie się szans
wyborczych Wałęsy, tym dziwniejsze chwyty stosowano,
aby ratować wrażenie, że Mazowiecki wciąż stoi mocno.
Jacek Łęski, wówczas dziennikarz lubelskiego dodatku
„Gazety Wyborczej”, z zainteresowaniem zauważył wtedy
w niej ciekawą rzecz:
„W tekście autorstwa Piotra Pacewicza pokazano za
pomocą wykresów tak zwany współczynnik efektywności
kampanii wyborczych Mazowieckiego i Wałęsy. Wynikało z
niego, że Mazowiecki prowadzi o wiele bardziej efektywną
kampanię niż Wałęsa. Zdziwiło mnie to, bo wtedy widać
było gołym okiem, że kampania »Pana Tadeusza« raczej
dołuje. Jak uzyskano tak niezwykły wynik?
Otóż wzrost liczby zwolenników podzielono tam przez
liczbę kilometrów przejechanych w czasie kampanii.
Wałęsa przemierzał wtedy w Polsce tysiące kilometrów i
zdobywał wiele tysięcy nowych zwolenników. Ale tak
wymyślony sondaż premiował Mazowieckiego, który
prawie nie ruszał się z Warszawy i któremu zwolenników
przybywało niewielu. Gdy zrozumiałem ten trick, przeszło
mi przez głowę — cholera, to jest już tak źle, że aż muszą
wymyślać takie głupoty?” (Jacek Łęski, relacja
11.07.2013).
Przewodniczący „Solidarności” długo skupiał się na
rywalizacji z Mazowieckim. Dopiero z pewnym
opóźnieniem zwrócił uwagę na pojawienie się w
prezydenckim wyścigu Stanisława Tymińskiego. Uparta
plotka głosiła wówczas, że za kampanią egzotycznego
przybysza z Peru stoi grupa oficerów dawnej SB. W sztabie
„cudotwórcy” z Ameryki Południowej widywano też ponoć
Urbana. Faktem jest, że Tymiński zgarnął cały elektorat
tych, którzy w 1989 roku nie pofatygowali się do urn,
„Solidarności” nie lubili, a na postkomunistów, których
reprezentował Włodzimierz Cimoszewicz, nie mieli ochoty
głosować. Rezultatem tej gwałtownej hossy Tymińskiego
był szybki wzrost jego notowań. W telewizyjnej debacie
Jarosława Kaczyńskiego z Adamem Michnikiem, gdy
nadąsany szef „Wyborczej” buńczucznie zapowiedział
wygraną Mazowieckiego, Kaczyński wnikliwie
odpowiedział: „Niech przynajmniej wygra z Tymińskim”.
Efekt tej debaty dla popularności Wałęsy był miarą zmiany
ówczesnych nastrojów. Piotr Zaremba, który popierał
wtedy Mazowieckiego, a pracował jako nauczyciel w
jednym z warszawskich liceów, pamięta swoje zaskoczenie,
gdy jeden z jego uczniów z klasy maturalnej orzekł po
zobaczeniu debaty: „No to teraz Mazowiecki już przegrał,
Kaczyński wygrał kampanię dla Wałęsy” (Piotr Zaremba,
„O jednym takim”).
Wyniki I tury przeprowadzonej w dniu 25 listopada
1990 roku potwierdziły intuicję bystrego licealisty. Wałęsa
zwyciężył, zdobywając 39,96 proc. głosów. Na drugiej
pozycji uplasował się — ku zaskoczeniu wszystkich —
Stanisław Tymiński z wynikiem 23,10 proc. Zimnym
prysznicem dla przyszłego obozu Unii Wolności było
dopiero trzecie miejsce Tadeusza Mazowieckiego, który
zdobył 18,08 proc. Czwarty był postkomunista Włodzimierz
Cimoszewicz. Jego stosunkowo wysoki wynik (9,21 proc.)
pokazywał, że elektorat PZPR wychodził powoli z szoku, że
rachuby na anihilację wyborców zadowolonych z PRL to
mrzonki.
Trudno dziś opisać skalę szoku, jaki przeszedł przez
środowisko solidarnościowej lewicy. Co więcej,
dotychczasowi szydercy, wykpiwający błędy językowe
Wałęsy, zaczęli nagle bać się jeszcze gorszego scenariusza
— wygranej Tymińskiego. Ten na swoich konferencjach
puszczał oko do elektoratu postkomunistycznego,
wychwalając Jaruzelskiego i enigmatycznie głosząc, że
„ręka, która krzywdziła Polaków, była zawsze własna”. Do
kampanii przeciwko Tymińskiemu rząd Mazowieckiego
kontrolujący telewizję rzucił wszystkie siły. Podawano
wyciągnięte dzięki „życzliwości” UOP fałszywe, jak się
potem okazało, informacje o tajemniczej bytności
kandydata w Trypolisie oraz wyemitowano w telewizji
wręcz rynsztokowy materiał, sugerujący, że tajemniczy
biznesmen z Peru bije swoją żonę. Ale te materiały nie
wpływały na masowość wieców Tymińskiego, które
ubarwiała jego egzotyczna żona, Indianka.
Sam Wałęsa podszedł do sukcesu przybysza zza oceanu
bez emocji. Słynny był jego kolejny bon mot: „Nic się nie
stało, ale wyciągnijmy wnioski”. Na specjalnym
posiedzeniu w Sejmie politycy ROAD po rytualnym
wygarnięciu Wałęsie, że sukces Tymińskiego nie byłby
możliwy bez jego wojny na górze, zadeklarowali poparcie
jego kandydatury w II turze.
Zastanawiającym epizodem okresu między dwoma
turami wyborów było grożenie przez Tymińskiego
ujawnieniem zawartości tajemniczej czarnej teczki, które
to dokumenty jednak nie zostały wówczas ujawnione. Na
wiecach Tymińskiego zaczęli się pojawiać wyborcy Wałęsy,
którzy je rozbijali, skandując hasła wyśmiewające
„czarownika z Amazonii”. Publicyści „Gazety Wyborczej”
kiwali ponuro głowami, komentując te pełne agresji starcia
między wałęsistami a zwolennikami Tymińskiego jako efekt
zdziczenia politycznych obyczajów, mający korzenie w
zaatakowaniu autorytetów. 9 grudnia 1990 roku odbyła się
II tura wyborów prezydenckich. Miażdżąco zwyciężył Lech
Wałęsa, zdobywając 74,25 proc. głosów. Stanowi
Tymińskiemu zaufało 25,75 proc. wyborców. W ten
grudniowy wieczór Wałęsa świętował zwycięstwo,
wygłaszając dość przaśny toast: „Zdrowie wasze w gardła
nasze”. Tylko niewielu znawców polskiej polityki potrafiło
rozpoznać twarz człowieka stojącego za promieniejącym
prezydentem elektem. Tym człowiekiem był Mieczysław
Wachowski. Tego wieczoru zaczynała się także i jego
epoka w polskiej polityce.
Ale o tym wiedział jeszcze mało kto. Choć formalnie
PRL przestała istnieć już 29 grudnia 1989 roku wraz ze
zmianami nazwy państwa w konstytucji, to wyborcy
Wałęsy dopiero teraz, po odejściu prezydenta Wojciecha
Jaruzelskiego, poczuli, że są świadkami początku wolnej
Polski.
Reporterka „Tygodnika Solidarność” tak opisywała
wieczór wygranej Wałęsy 9 grudnia 1990 roku w Gdańsku:
„Przed budynkiem Komisji Krajowej »Solidarność« i
jednocześnie sztabem Wałęsy, w miejscu, gdzie zawsze
ustawiały się kordony ZOMO, by nie dopuścić nikogo do
bramy Stoczni Gdańskiej — tłumy ludzi. Wszyscy się
cieszą, krzyczą »Solidarność«, »Gdańsk zwyciężył«,
śpiewają. Samochody przejeżdżają na klaksonach. Miasto
nie śpi, świętuje” („Tygodnik Solidarność”, 14.12.1990).
Danuta Wałęsa po latach wspominała:
„22 grudnia 1990 roku — zaprzysiężenie. Nie byłam
spięta. Byłam skupiona. I powtarzałam słowa przysięgi.
Tak bardzo chciałam, żeby mąż się nie pomylił. Bo przecież
wiadomo, jak ważne było, żeby wypowiedział ją bez
zająknienia, bez pomyłki, żeby zaczął urzędować dobrze. I
wyszło dobrze. Cieszyliśmy się” (Danuta Wałęsa,
„Marzenia i tajemnice”).
Ale dla tych, którzy przez 46 lat komunistycznej władzy
zachowali wierność wobec legalnych władz
Rzeczypospolitej na uchodźstwie, największe znaczenie
miało przekazanie na Zamku Królewskim w Warszawie
przez ostatniego prezydenta RP na uchodźstwie Ryszarda
Kaczorowskiego insygniów emigracyjnej władzy,
przywiezionych z Londynu: chorągwi prezydenckiej,
oryginału konstytucji kwietniowej z 1935 roku i pieczęci
majestatycznej Prezydenta Rzeczypospolitej. Tę
wzruszającą uroczystość oglądałem z przejęciem w
warszawskim mieszkaniu Wojciecha Giełżyńskiego —
podówczas podpory „Tygodnika Solidarność” — pisma
mającego dla wygranej kampanii Wałęsy trudną do
przecenienia rolę. Gdy nowy prezydent ujął w ręce wielką
pieczęć prezydencką — otworzyliśmy szampana. Żona
Wojtka, Marysia, nie kryła łez. Wydawało się nam, że
wreszcie doczekaliśmy wolnej Polski. Dopiero po latach
wdowa po prezydencie Karolina Kaczorowska ujawniła, że
pomysłodawcą powrotu insygniów z Londynu był Lech
Kaczyński, a jego brat Jarosław towarzyszył prezydentowi
Kaczorowskiemu lecącemu wraz z insygniami z Londynu
do Warszawy (wypowiedź po premierze filmu Joanny
Lichockiej i Jarosława Rybickiego „Prezydent”, 8.04.2013).
Uniesiony euforią chwili Piotr Wierzbicki pisał wtedy w
„Tygodniku Solidarność”: „Wreszcie mam swojego
prezydenta”. Cieszył się, że wreszcie nie musi się bać, co
się stanie, gdy kraj znajdzie się w jakiejś kryzysowej
sytuacji. „Mamy swojego prezydenta” — te słowa
powtarzały wtedy miliony Polaków.
Rozdział 5
Zmarnowana szansa
Nikt nie pamięta dokładnej daty pojawienia się
Mietka. Prawie nikt nie traktował Wachowskiego jako
człowieka, z którego przyjściem w sztabie zaczną się
zmiany, a już na pewno nie jako kogoś, kto wpłynie na
postępowanie wodza. A jednak to właśnie po jego przyjściu
rozpoczyna się gra i gwałtowne zmiany” — piszą Paweł
Rabiej i Inga Rosińska w swojej książce „Kim pan jest,
panie Wachowski?”. Lech Kaczyński wspominał:
„Przyszedłem do domu Wałęsy, żeby porozmawiać z
nim w cztery oczy, i wchodząc do mieszkania, zauważyłem,
że siedzi tam Wałęsa, pani Danuta Wałęsowa i Wachowski.
Był to koniec września albo początek października [1990
roku]. Zacząłem się z miejsca zastanawiać, czy on pójdzie
ze mną na tę rozmowę z Wałęsą, nie poszedł. (...) Potem
Wachowski spytał Pusza [głównego asystenta Wałęsy z
końca lat 80. — przyp. P.S.], czy mógłby, tak dla
uproszczenia, przedstawiać czy podpisywać się jako
sekretarz Wałęsy, i Krzysztof dobrodusznie się na to
zgodził. (...) Mietek stosował różne techniki, a Wałęsa
śmiał się i mówił, że on będzie co najwyżej »starszym nad
samochodami w Belwederze«, nic więcej. Mnie nigdy nie
powiedział, jak będzie naprawdę. A innym Wałęsa mówił ze
złością: A właśnie, że Wachowski będzie moim
sekretarzem” (Paweł Rabiej i Inga Rosińska, „Kim pan jest,
panie Wachowski?”).
Przypomnijmy, że Wachowski po umieszczeniu Wałęsy
w willi internowania pod Warszawą zniknął z
bezpośredniego otoczenia przewodniczącego
„Solidarności”. Potem pokręcił się jeszcze przez pewien
czas przy Danucie Wałęsie i rodzinie Wałęsów, aby zniknąć
na dobre. Teraz jego pojawienie się nie kojarzyło się
początkowo nikomu z możliwością jego powrotu do roli z
lat 1980-1981. Wydawało się rzeczą oczywistą, że Wałęsa
przeszedł tak długą drogę, dochodząc do najwyższej
pozycji w państwie, że jakiś dziwaczny epizod z
Wachowskim z czasów Karnawału nie może się powtórzyć
teraz, gdy Wałęsa był pierwszym obywatelem RP. Jarosław
Kaczyński rekonstruował potem moment, kiedy pierwszy
raz zobaczył „Miecia”:
„28 grudnia [1990 roku] już w Belwederze, gdy godzę
się objąć kancelarię [prezydencką], Wałęsa, nie wiem,
dlaczego wspomniał: »Mietka wysłałem po kapcie«. Chwilę
później zjawia się Mietek. Klęka. Zdejmuje Wałęsie buta.
Nakłada mu kapcia. Wałęsa przytupuje, czy dobrze leży.
Leży dobrze. Wachowski powtarza więc zabieg z drugą
nogą. Wałęsa rozważa o wyższości kapci nad butami. (...)
To mnie na jakiś czas zdezorientowało. Uważałem, że facet
ma status kapciowego. Szybko zorientowałem się jednak,
że kapciowy kapciowym, a wpływy wpływami” (Jacek
Kurski, Piotr Semka „Lewy czerwcowy”).
Były premier wspomina, że bardzo szybko Wachowski
zaczął pojawiać się przy niemal wszystkich rozmowach
Wałęsy. Wyjątek robił dla rozmów bliźniaków — Lech
Kaczyński w marcu 1991 roku został szefem Biura
Bezpieczeństwa Narodowego. Potem Jarosław Kaczyński
zwrócił uwagę na to, że Wachowski zaczyna
przeprowadzać swoje operacje na najwyższym szczeblu
polityki.
„Dostrzegłem, że Wałęsa jest wyraźnie przez kogoś
podpuszczany przeciw Havlowi i idei trójkąta
wyszehradzkiego. Potem dowiedziałem się, że był to
Wachowski. Rozmawiałem z Wałęsą dziesiątki razy,
przekonując, by go wyrzucił. (...) Wałęsa sprawę
bagatelizował: »Ty się Mieciem nie przejmuj«, »Co ty o
tym gównie ciągle«, a mimo to Wachowski pozostawał. Nie
było sposobu i koniec”.
Jak wytłumaczyć zaskakujący powrót Wachowskiego do
tej samej, podkreślmy, roli, w której występował między
grudniem 1980 a grudniem 1981 roku.
W archiwach IPN, jak twierdzą Inga Rosińska i Paweł
Rabiej, znaleziono jedynie informacje o jego statusie jako
k-TW, czyli kandydata na TW. Teoretycznie to dowód, że
Wachowski nie zyskał nawet statusu agenta, by nie mówić
już o roli etatowego oficera SB, prowadzącego wówczas
jakąś grę w otoczeniu lidera, który dla całego obozu
komunistycznego był wrogiem numer trzy lub cztery po
Ronaldzie Reaganie, Janie Pawle II lub Margaret Thatcher.
Paweł Zyzak w swojej książce stawia za Rosińską i
Rabiejem tezę, że Wachowski był pracownikiem SB na
niejawnym etacie. Informację tę uzyskali Rabiej i Rosińska
w czasie pisania książki jesienią 1992 roku. Przypomnijmy,
że w tym czasie środowisko byłych esbeków było
podzielone na tych, którzy odeszli z resortu wskutek
weryfikacji, oraz tych, którzy kontynuowali służbę w UOP, i
wreszcie tych, którzy stawiali na Wałęsę. Ci, którzy
znaleźli się poza służbami, mieli wiele powodów, by
kojarzyć Wałęsę ze swoim upokarzającym dla nich
położeniem. Jeśli więc był jakiś czas, aby ze środowiska
byłych esbeków wyciągnąć informacje o faktycznym
statusie Wachowskiego — to było to właśnie wtedy.
Jeśli — jak napisali Rabiej i Rosińska — Wachowski był
pracownikiem SB na niejawnym etacie — o czym wiedziało
tylko kilka osób w komunistycznym państwie — to
usytuowanie go u boku Wałęsy tłumaczyłoby taki specjalny
status. Jak komentuje tę sprawę Paweł Zyzak, „Wachowski
został w ten sposób zabezpieczony przed nagabywaniem i
dociekliwością kolegów z resortu”. Tę osobliwą praktykę
stosowano w innych podobnych przypadkach. Inną metodą
„zabezpieczania” było zakładanie przeciwko delikwentowi
tak zwanej teczki SOR, czyli Sprawy Operacyjnego
Rozpracowania. Była to resortowa kategoria sprawy
operacyjnej, która polegała na intensywnej inwigilacji
osoby lub grupy osób w czasach PRL.
Jeśli tak było, to można postawić hipotezę, że
Wachowski jako człowiek, który udowodnił już posiadanie
nieprawdopodobnego wprost wpływu na Wałęsę, mógł być
nadal po upadku komunizmu cenny dla środowiska byłych
wysokich oficerów SB i PRL-owskiego wywiadu
wojskowego. Można się zastanawiać, czy taka nieformalna
siatka kolegów z resortu mogła działać poza budowanymi
od nowa służbami III RP — Urzędem Ochrony Państwa i w
dużej mierze tylko przemianowanymi Wojskowymi
Służbami Informacyjnymi. Ta druga służba nie była nawet
weryfikowana, tylko na przełomie roku 1989 i 1990 po
prostu przejęła kadry Zarządu II Sztabu Generalnego
Wojska Polskiego i Wojskowej Służby Wewnętrznej. W
każdym z tych przypadków Wachowski nadal był ważnym
narzędziem do kontrolowania Wałęsy.
Powie ktoś, że niby dlaczego upadająca ekipa
Jaruzelskiego nie miała, jak się zdaje, wpływu na działania
lidera „Solidarności”, a nagle miałaby mieć jesienią 1990
roku, gdy Wałęsa akceptuje powrót Wachowskiego.
Odpowiedź na to pytanie jest dosyć prosta i przypomina
moje hipotezy dotyczące szantażowania Wałęsy w okresie
między strajkiem sierpniowym a 13 grudnia 1981 roku.
Wałęsa, gdy niosła go fala historii, był bezpieczny od
szantażu, ale gdy tylko zaczynał walkę o władzę z rywalami
wewnątrz obozu solidarnościowego, wizja ujawniania jego
brzydkich tajemnic z przeszłości kojarzyć mu się mogła z
daniem propagandowej amunicji tym właśnie jego
rywalom.
Dokładnie taka sytuacja miała miejsce między
kwietniem a wrześniem 1990 roku, kiedy Wałęsa z jednej
strony ogłosił już swoje ambicje prezydenckie, a z drugiej
strony zwalczała go niezwykle gwałtownie „Gazeta
Wyborcza”, a szerzej — obóz Mazowieckiego. Nawet jeśli
sztab pierwszego niekomunistycznego premiera nie
zdecydowałby się na wykorzystywanie takich „kwitów”, to
samo wypuszczenie ich na rynek medialny mogłoby
wystarczająco zaszkodzić Wałęsie, aby przegrał wybory.
Wspomnieć należy o tajemniczej sprawie publikacji w
„Gazecie Gdańskiej” w sierpniu 1990 roku, która była
efektem apelu dziennika, aby zgłaszali się ludzie mogący
dodać coś do wiedzy o legendarnym skoku Wałęsy przez
płot stoczni. Do tego regionalnego dziennika zgłosił się
wówczas Krzysztof Adamski, były starszy chorąży SB.
Rozmówca okazał się tak ciekawy, że Adam Kinaszewski,
współtwórca autobiografii „Droga nadziei”, zrobił z nim
czteroczęściowy wywiad. „Gazeta Gdańska” opublikowała
go między 14 a 23 sierpnia 1990 roku. Były esbek
opowiedział w nim, że śledził Wałęsę w kluczowy dzień 14
sierpnia 1980 roku, ale ten go zmylił i — na co wypada
zwrócić uwagę — przeskoczył przez płot, dołączając do
strajku przy pomocy „kolegi”.
Tę wypowiedź Krzysztof Wyszkowski, człowiek, który
od lat próbuje dociec prawdy o legendarnym przywódcy
opozycji w PRL, kojarzy z faktem, że w czasach pracy
Wałęsy w stoczni na jego wydziale W-4 pracował inny tajny
współpracownik SB właśnie o pseudonimie „Kolega”.
Według Wyszkowskiego, użycie przez byłego ubeka słowa
„kolega” mogło być pogróżką lub wyrazistą aluzją do
wiedzy esbeków i możliwości ujawnienia jakichś grzechów
z przeszłości zwycięzcy wyborów, na przykład z owego
tajemniczego poranka 14 sierpnia.
Drugim sygnałem, że stare grzechy kandydata na
prezydenta rzucają długi cień, była słynna teczka
Tymińskiego. Co w niej było? Wyszkowski na podstawie
swoich badań i rozmów z byłymi esbekami stawia tezę, że
mogły być w niej raporty Wałęsy z lat 1970-1974. Jakieś
dowody na branie pieniędzy za donoszenie na kolegów,
hipotetyczne oświadczenie Wałęsy z 14 grudnia 1981 roku,
deklarujące przestrzeganie przepisów stanu wojennego, i
wreszcie trzeci dokument dotyczący grzechów
obyczajowych. Przypomnijmy okres po I turze wyborów
prezydenckich. Ludzie ze sztabu Wałęsy wciąż traktują
serio szanse wyborcze Tymińskiego. „Kompromaty” na
Wałęsę, które można byłoby ujawnić z pełnym „wytupem”
— w wykonaniu Tymińskiego — mogłyby wtedy pogrzebać
kampanię lidera „Solidarności”. A Wałęsa bardzo chciał
wygrać i zostać prezydentem. Czy w ramach jakiegoś
układu kandydat na prezydenta zobowiązał się do
zaakceptowania Wachowskiego u swego boku? Tym
wszystkim, którzy będą wzruszać ramionami nad takimi
dywagacjami, można zadać pytanie: to jak inaczej wyjaśnić
powrót Wachowskiego do najbliższego otoczenia Wałęsy?
Pamiętam dobrze lata 1990-1995, kiedy to poważni
politycy z obozu solidarnościowego wymyślali na siłę
najrozmaitsze wyjaśnienia siły Wachowskiego, byleby tylko
uciec od pytania o przyczyny kariery rzekomego kierowcy.
Pamiętam też, jak wobec ludzi zadających pytania na
temat „Mietka” padały zarzuty, że ich niechęć do
Wachowskiego to wynik pogardy dla prostego człowieka
czy też wynik urażonych ambicji.
Daje do myślenia, że Wałęsa po zdobyciu prezydentury,
pytany o czarną teczkę, wyrażał się zaskakująco oględnie.
W czasie wizyty w studiu Polskiego Radia 5 lutego 1991
roku jeden ze słuchaczy zadał pytanie: „Czy pan prezydent
nadal obawia się ujawnienia tak zwanych tajemnic
dotyczących pana prezydenta, a których symbolem jest
czarna teczka Tymińskiego?”.
Wałęsa odpowiadał: „Ja żadnych takich rzeczy się nie
boję. Mam czyste sumienie. Nic nie zrobiłem, czego bym
się wstydził. Nikogo nie zdradziłem, na nikogo nie
donosiłem. Jestem czysty i będę. Natomiast wielu
fabrykowało różne dokumenty na Wałęsę (...). Tylko ja się
tym nie zajmuję, bo szkoda czasu. Polska ma inne
problemy” (za „Gazetą Wyborczą”, 6.02.1991).
W czasie wspomnianej już wizyty Wałęsy w radiowym
studiu nowy prezydent wzywał: „Mili państwo, trochę
czasu”. Co ciekawe, Wałęsa głosił wtedy, że „najlepiej
byłoby stolicę przenieść do innego miasta. Jest to tak
pokombinowane, tak poprzerastane, że nie mogę sobie na
razie z tym wszystkim poradzić. Będą wielkie cięcia.
Przyszedłem po to, żeby zrobić trochę porządku i spróbuję
to zrobić”.
Ale im bardziej gromkie były tego typu zapowiedzi, tym
bardziej było widać, że Wałęsa na żadne przyspieszenie nie
ma ochoty. Marek Jurek wspomina: „Wałęsie radzono
wówczas szybkie działanie, póki ma silny kapitał poparcia
udowodniony w grudniowych wyborach. Pojawiały się
pomysły rozwiązania parlamentu i ogłoszenia w krótkim
czasie pierwszych wolnych wyborów parlamentarnych,
oktrojowania2 nowej konstytucji i widocznych zmian. Ale
nic się nie działo. A przerażeni wizją dekomunizacji
politycy od Kwaśniewskiego zaczynali rozumieć, że
rewolucji nie będzie” (Marek Jurek, relacja 6.07.2013).
A tymczasem Wałęsa wręcz pysznił się, że nie będzie
stawał na czele żadnego wyraźnego bloku politycznego.
Uzasadniał to swoją nową teorią, że prezydent jest od tego,
aby utrzymywać równowagę między siłami politycznymi i
żadnej z nich nie dać zbytnio urosnąć.
„Nie dam utonąć żadnej z grup, nie dam się wyciąć
żadnej z grup i nie dam za dużo osiągnąć żadnej z grup.
Taką rolę sobie przypisałem i będę pilnował, aby żaden
monopol nie przeważył” („Życie Warszawy”, 16.04.1991).
Wałęsa uwielbia wtedy opowiadać dziennikarzom, jak
wspaniale gra się w ping-ponga w podziemiach Belwederu
z Mieczysławem Wachowskim. Swoje występy wiecowe
zamienia na wizyty w Polskim Radiu. Popijając ze szklanki
ulubioną kawę po turecku, z jednakową powagą odpowiada
zarówno na poważne, jak i banalne pytania radiosłuchaczy.
Konikiem prezydenta stało się nerwowe bronienie idei
rozdawania 100 mln złotych. Nowa teza prezydenta była
taka, że pomysł jest świetny, tylko „nie dają mu nic
zrealizować”. Wałęsa kręcił nosem na ograniczenia władzy
prezydenta wobec kontraktowego Sejmu, ale jednocześnie
nie robił nic, aby rozwiązanie tego reliktu Okrągłego Stołu
przyspieszyć.
Teoretycznie politycy prawicy z Jarosławem
Kaczyńskim na czele powinni byli pamiętać, że słynny
elektryk nigdy nie chce zdawać się raz na zawsze na
danych sojuszników. Owszem, są tolerowani w ramach tak
zwanej „mądrości etapu”, ale potem odsuwa się ich na
boczny tor, aby zbytnio nie przyzwyczaili się do łask
„wodza”.
I tak było tym razem. Dosłownie od pierwszych dni po
zwycięstwie prezydenckim Wałęsy nowa głowa państwa
zaczęła dystansować się od Porozumienia Centrum i
Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego — o NSZZ
„Solidarność” nawet nie wspominając — które to siły
tworzyły podstawę jego wyborczego obozu. Wałęsa swoją
politykę prezydencką zaczął od zaszokowania swoich
zwolenników propozycją, aby rząd Mazowieckiego działał
nadal. Co ciekawe, jako jeden z pierwszych pozytywnie
zareagował na ten pomysł postkomunista Włodzimierz
Cimoszewicz, komentując: „zaskakujące, ale rozsądne”.
Wałęsa miał jednak pecha, Tadeusz Mazowiecki był tak
rozżalony swoją przegraną, że zdecydowanie odrzucił
propozycję przedłużenia swojej misji. Wtedy nowo wybrany
prezydent z wyraźną złą wolą zgodził się na próby
tworzenia nowego gabinetu przez Jana Olszewskiego
reprezentującego koalicję prawicowych partii
popierających przywódcę „Solidarności” w wyborach. Było
to działanie pro forma. Wałęsie powolny Jan Olszewski
działał na nerwy, a ponadto kojarzył mu się z Tadeuszem
Mazowieckim, z którym dopiero co miał jak najgorsze
doświadczenia w kwestii jego niezależności od wąsatego
elektryka. Ostatecznym kresem udawania przez Wałęsę, że
jest w stanie akceptować Olszewskiego, było wyraźne
ultimatum nowego prezydenta, że Balcerowicz musi
pozostać w nowym rządzie. Ten spór żartobliwie
puentowano w programie telewizyjnym „Polskie zoo”, w
którym Olszewski występował w postaci misia koala, a
Balcerowicz konia pociągowego rządu. Niedźwiadek —
Olszewski — wygłaszał tam zdanie: „Jak rumak do rządu —
to misiu wysiadka”.
Wiele wskazuje, że obecność Balcerowicza w nowym
rządzie forsowali ambasadorzy czołowych państw
zachodnich, którzy widzieli w autorze polskich reform
gwarancję dla zmian gospodarczych. Urażony tym i
niemający ochoty na rolę figuranta Olszewski zakończył
swoją misję tworzenia rządu. I dopiero wtedy Wałęsa mógł
już sięgnąć po swojego upatrzonego kandydata.
Jan Krzysztof Bielecki na tle Tadeusza Mazowieckiego
czy Bronisława Geremka prezentował wyraźnie młodsze
pokolenie. Czterdziestoletni Bielecki (rocznik 1951) nie
nosił w sobie piętna wojny. Był działaczem „Solidarności”
drugiego, a nawet trzeciego szeregu i jego nazwisko
niewiele Polakom mówiło. Zwolennicy zmian pocieszali się
informacją, że w podziemnych strukturach „Solidarności”
gdańskiej z lat stanu wojennego pełnić miał funkcję kogoś
odpowiedzialnego za zwalczanie potencjalnej infiltracji
struktur podziemnych przez SB. Ci, którzy znali
Bieleckiego z Gdańska, wiedzieli, że od końca lat 80. jest
on członkiem środowiska gdańskich liberałów, którzy w
1990 roku założyli ugrupowanie Kongres Liberałów
(późniejszy Kongres Liberalno-Demokratyczny). Jednak
liberałowie byli wówczas na tyle słabi i mało znani, że aż
do marca 1991 roku ich grupa była formalnie członem
Porozumienia Centrum. Wałęsa w myśl zasady „dziel i
rządź” powołał Jana Krzysztofa Bieleckiego na nowego
kandydata na premiera, aby wbić klin między liberałów a
Porozumienie Centrum. Nominacja Bieleckiego, który
szybko stworzył koalicyjny rząd z czterech ugrupowań
(KLD, PC, ZChN, SD), była swoistym prztyczkiem w nos
dla Jarosława Kaczyńskiego. Lider PC nie po to pomagał
Wałęsie przeprowadzić kampanię przyspieszenia w 1990
roku, aby teraz powoli być odsuwanym od wpływów. Ale
Wałęsa wiedział, że Kaczyński nie ma zbyt dużego wyboru.
Póki co był skazany na trwanie w obozie belwederskim. To
kampania wyborcza na rzecz Wałęsy wzmocniła i
umasowiła struktury Porozumienia Centrum. Lider PC nie
mógł więc teraz nagle ogłosić, że Wałęsa przestał być
patronem zmian. Przyjął więc funkcję szefa Kancelarii
Prezydenta, zakładając, że być może współpraca z Wałęsą
z czasem jakoś się ułoży. Optymistycznym sygnałem było
to, że Wałęsa mianował Lecha Kaczyńskiego na stanowisko
szefa BBN po do dziś niewyjaśnionej dymisji Jacka Merkla
w marcu 1991 roku.
***
Unijny salon wciąż boczył się na nowego prezydenta.
Wciąż śmiano się z żartu, że na bramie Belwederu nowa
głowa państwa wiesza kartkę „Poszłem na nieszpór”. Sam
Wałęsa jednak nie dawał powodów do obaw o
„przyspieszanie z siekierą w ręku”. Jeszcze w czerwcu
1991 roku, w czasie wizyty Jana Pawła II, Kaczyński był
przez Wałęsę przedstawiany jako „mój zastępca”.
Ale mimo takich gestów nowy prezydent po cichu
eskalował konflikt z braćmi Kaczyńskimi, w czym
oczywiście ogromną rolę odgrywał Mieczysław Wachowski.
Jako kontrast z bliźniakami Jan Krzysztof Bielecki był dla
Wałęsy premierem idealnym. Nie miał zbyt wyraźnych
ambicji politycznych, zgodził się na silny patronat
Belwederu i wreszcie stanowił przeciwwagę dla Jarosława
Kaczyńskiego i jego PC. Wałęsa zadbał o to, aby
Porozumieniu Centrum przyznano w rządzie tylko dwa
resorty, i to gospodarcze. Dla PC, które w kampanii
prezydenckiej wyraźnie mówiło o potrzebie dekomunizacji
armii, służb specjalnych i MSZ, była to swoista polityczna
czarna polewka. Już sam fakt mianowania na stanowisko
szefa MON wywodzącego się z komunistycznej armii
admirała Piotra Kołodziejczyka był groźną zapowiedzią, w
jakim kierunku zmierzać będzie polityka Wachowskiego.
Wokół Belwederu zaczęli się kręcić generałowie z
komunistycznym rodowodem i ludzie dawnych służb
specjalnych PRL. Byli oni dla Wałęsy w wygodny sposób
przymilni i użyteczni. Nie sadzili się na żaden partnerski
status, jakiego żądał dla siebie na przykład Jarosław
Kaczyński czy inni solidarnościowcy. Późniejsze
wydarzenia pokażą, że byli esbecy mogli mieć dla Wałęsy
jeszcze jeden dodatkowy walor. Pozbawieni będą
skrupułów w nielegalnym inwigilowaniu przeciwników
Belwederu, a nawet w montowaniu bardzo awanturniczych
operacji polityczno-inwigilacyjnych.
Ale będzie to dopiero pieśń przyszłości. Póki co
prawica ciągle się łudzi, że Wałęsa wypełni program
przyspieszenia i zlikwiduje relikty PRL, jakie tkwiły ciągle
w państwie odziedziczonym po ekipie Tadeusza
Mazowieckiego.
I znów Polacy usłyszeli, że po wizycie papieskiej
prezydent „bierze się za kraj”.
„Już zmieniam koncepcję. Biorę się w kraju za
spotkania, za wyjazdy do zakładów, za dyskusje. A z nich
będą wynikały pewne zobowiązania i wytyczne tak dla
rządu, jak i dla nas wszystkich” („Czas Krakowski”,
14.06.1991).
Ale już niedługo potem Wałęsa ogłosił, że nadal nic nie
może. Na pytania słuchaczy Polskiego Radia odpowiadał:
„Dzisiaj właściwie nie mam władzy. Ja oczywiście mogłem
pokusić się o dyktaturę jakiegoś typu, mogłem zlekceważyć
prawa, konstytucję i parlament. Ale to, co robimy, co
budujemy, ma opierać się na pluralizmie i na prawie” (za
„Gazetą Wyborczą”, 18.10.1991).
Wspomniałem już, że powyborczy gambit Wałęsy
polegał na zepchnięciu na drugi plan Porozumienia
Centrum i wyciągnięciu do przodu stosunkowo mało wtedy
jeszcze znanych gdańskich liberałów. Ale równie po
macoszemu Wałęsa potraktował Zjednoczenie
Chrześcijańsko-Narodowe, z ramienia którego jedyne
ministerstwo w rządzie Bieleckiego otrzymał sędziwy
Wiesław Chrzanowski. Sam ZChN z zaskoczeniem
obserwował, jak rząd objęli wyraźni antyklerykałowie.
Symbolem tego specyficznego luzackiego stylu, który
długo, długo później Donald Tusk nazwie „nieklękaniem
przed księdzem”, był choćby skandalizujący plakat firmy
Benetton, pokazujący księdza całującego się z zakonnicą,
na którego trafiał każdy, kto wszedł do klubu sejmowego
KLD. Premier Jan Krzysztof Bielecki zademonstruje potem
swój liberalizm, odwołując związanego z ZChN
wiceministra zdrowia Kazimierza Kaperę, który nazwał
homoseksualizm zboczeniem. Jeszcze bardziej
antyklerykalny był wtedy Donald Tusk, od maja 1991 roku
nominalny lider KLD, który głosił wówczas, że nie obchodzi
go, czy ktoś w Kongresie Liberałów zaczyna niedzielę od
mszy, czy od meczu piłkarskiego.
Znamienne, że Wałęsa, tak wyraźnie podkreślający
swoją religijność, odwiedzający często Jasną Górę i
noszący Matkę Boską w klapie, zupełnie nie reagował na te
antyklerykalne pozy liberałów. Co więcej, liberałowie
szybko się zorientowali, że na fali popularności osobistej
Jana Krzysztofa Bieleckiego są w stanie zbudować własną
silną partię i wywindować ją do poziomu równego PC czy
ZChN. Zaczęli się też szybko zaprzyjaźniać z
establishmentem III RP. Słynne były w Sejmie niezwykle
swobodne imprezy, na które zapraszali najbardziej znane
sejmowe reporterki. Na dodatek nie mieli też nic
przeciwko temu, aby zawrzeć sojusz z częścią
postkomunistycznej nomenklatury, która teraz, póki
postkomuniści byli jeszcze słabi, pozowała na liderów
polskiego kapitalizmu. Na tej zasadzie gdy w maju, po
konflikcie z Balcerowiczem, odszedł minister gospodarki
Andrzej Zawiślak, Bielecki wezwał na jego miejsce
Henrykę Bochniarz, którą liczni naukowcy ze światka
ekonomicznego pamiętali z PRL-u. Tak jak w wypadku
wyraźnej tolerancji Wałęsy dla antyklerykalnych
demonstracji liberałów, tak i sięgnięcie przez Bieleckiego
po Henrykę Bochniarz nie wywołało żadnego sprzeciwu
Wałęsy. Znając mentalność nowego prezydenta, można
przyjąć, że z właściwym sobie pragmatyzmem uznał, że
skoro on sam ma swoich własnych „oswojonych
czerwonych”, to ma do tego prawo i Bielecki.
Co charakterystyczne dla tamtych czasów: wyciąganie
ręki do byłych PZPR-owców wydawało się wielu politykom
z dawnego obozu solidarnościowego całkowicie
niegroźnym procederem. Nikt nawet w najczarniejszych
snach nie wierzył, że postkomuniści mogą kiedykolwiek
wrócić do władzy. Ich klęska wydawała się tak daleko
posunięta, że wykorzystanie tego czy drugiego
postkomunistycznego fachowca było kuszącą perspektywą.
Przypomnijmy raz jeszcze atmosferę, z jaką wielu ludzi
prawicy poparło kampanię Lecha Wałęsy. Wydawało się
wtedy, że jego wygrana nie tylko otworzy drogę do
wyrzucenia dawnych aparatczyków z resortów na przykład
siłowych, ale i zbuduje jedną silną partię pod wodzą
Wałęsy na wzór francuskich gaullistów. Mijały jednak
kolejne tygodnie i okazywało się, że obietnica
„przewietrzenia Warszawy” była wyłącznie buńczuczną
przechwałką. Sam obserwowałem te próby zmian w TVP
na Woronicza, gdzie ściągnięty z Gdańska nowy prezes
Radiokomitetu Marian Terlecki szybko zderzył się z
nieprawdopodobną zdolnością ludzi z dawnego rozdania do
paraliżowania nawet najbardziej nieśmiałych prób zmian.
Tak samo obserwowałem, jak grupa zaprzyjaźnionych z
gdańskimi liberałami dziennikarzy, z Ryszardem
Grabowskim na czele, dość niezdarnie próbuje dokonać
jakichkolwiek zmian w Wiadomościach TVP.
Ale skoro Wałęsa nie chciał rewolucji, to nie było
żadnego źródła impulsu do zmian.
Pod jednym osobistym względem muszę być uczciwy.
Bez wygranej Wałęsy i zjawiska „desantu gdańskiego” być
może nigdy nie przeniósłbym się do Warszawy.
Oczywiście decyzję o podjęciu pracy w stołecznym
„Tygodniku Solidarność” podjąłem przede wszystkim z
racji przeniesienia się „wielkiej polityki” po wygranej
Wałęsy do Warszawy. Wtedy Gdańsk ostatecznie stracił
charakter drugiej „politycznej stolicy Polski”.
Zrozumiałem, że jeśli chcę być dziennikarzem politycznym,
muszę podjąć pracę w warszawskim piśmie. Moje
przenosiny łączono wtedy z szerszym zjawiskiem „desantu
gdańskiego” — w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego
pojawiło się wielu przybyszy znad Motławy. Ale mój
transfer do „Tysola” był wynikiem poznania w czasie
strajków w maju i sierpniu 1988 roku Andrzeja Gelberga —
wówczas reportera Radia Solidarność, a od lutego 1991
nowego szefa pisma związku. Ale gdańskie pochodzenie
rzeczywiście wiele w tamtym czasie ułatwiało.
W lipcu 1991 roku nowy szef Radiokomitetu Marian
Terlecki, były szef Video Studia przy diecezji gdańskiej, z
którym współpracowałem w końcu lat 80., zaproponował
Jackowi Kurskiemu i mnie przygotowanie w TVP
dynamicznego programu reporterskiego „Refleks”.
Gdańskie korzenie pomogły też Wiesławowi Walendziakowi
zostać potem szefem na Woronicza, co dało początek
fenomenu „pampersów” — młodej konserwatywnej grupy,
która nauczyła się tworzyć nowoczesne media. Nie byłoby
tego wyrąbania przestrzeni w mediach dla ludzi spoza
Michnikowego salonu bez wygranej Wałęsy.
Po rozejściu się moich dróg z najsłynniejszym
elektrykiem ludzie z jego otoczenia wypominali mi to
jeszcze nie raz.
Odpowiadałem wtedy i odpowiadam teraz — poparłem
Wałęsę z jego programem przyspieszenia. Gdy Wałęsa go
porzucił — ja pozostałem ideom kampanii 1990 roku
wierny i z tego tylko powodu mój krytycyzm wobec byłego
lidera „Solidarności” musiał zacząć narastać.
Jarosław Kaczyński ze swojej pozycji szefa kancelarii
zauważał zastój i bezskutecznie próbował zachęcić
prezydenta do działania. Ale już liberałowie na żadne
zmiany nie mieli ochoty. To dlatego nie udało się politykom
PC przeforsować szybkich wyborów jeszcze wiosną 1991
roku, w których emocje i nadzieje elektoratu, jaki wybrał
Wałęsa, mogły się przełożyć na zdobycie przez prawicę
większości w Sejmie. Fakt, że w dwa lata po wyborach 4
czerwca ciągle jeszcze istniał stary kontraktowy Sejm, był
dla wielu polityków z PC i ZChN powodem do frustracji.
Ale Wałęsa, pozornie demonstrujący chęć radykalnego
rozprawienia się ze starym parlamentem, właściwie nie
robił nic, aby doprowadzić do rozwiązania Sejmu.
W tej atmosferze w marcu 1991 roku doszło do
przesunięcia wyborów na jesień. Czując w tym cichą
zmowę liberałów, Unii Demokratycznej i postkomunistów,
ówczesny poseł OKP Andrzej Kern zażądał jawnego
głosowania w tej sprawie. „Niech Polska zobaczy, ile
zostało z obozu »Solidarności«” — mówił wtedy
dramatycznym głosem. Dziś po wielu latach można tylko z
szacunkiem pochylić głowę przed rozpaczą Kerna.
Rozumiał on doskonale, że Wałęsa w imię swojej
prymitywnej gry dzielenia prawicy marnuje ogromną
szansę na stworzenie rządu przełomu.
Ale prezydent był na tyle ostrożny, aby nie ogłaszać
wprost, że żadnej wielkiej partii Wałęsy nie będzie. W
tamtych czasach zapraszał do Belwederu kolejnych
przywódców mniejszych partii prawicy i w sugestywny, ale
mało konkretny sposób dawał im do zrozumienia, że to
właśnie oni staną na czele jego wielkiej partii. Na własne
oczy widywałem polityków rozmaitych ugrupowań
chadeckich czy ludowych, którzy pytani o takie spotkania,
kraśnieli z dumy, robili tajemnicze miny i dawali do
zrozumienia, że ich rozmowy z Wałęsą miały być
początkiem jakiejś nowej politycznej gry na prawicy z nimi
w roli głównej.
Nikt wtedy nie podejrzewał — z Wałęsą na czele — że
każdy miesiąc marnowania fali entuzjazmu społecznego,
jaki przyniosła kampania prezydencka zwycięzcy wyborów,
przybliża Polskę do recydywy rządów postkomunistów.
Wałęsa był właściwie bezradny wobec coraz bardziej
radykalnego nurtu niezadowolenia społecznego, jakie
narastało wraz z efektami polityki Leszka Balcerowicza,
który skazał dużą część przemysłu na upadek. Znów
wzrastała liczba strajków. Postkomuniści skwapliwie
wykorzystywali te problemy, a Wałęsa, grzmiący na
perfidię „komuchów”, nie potrafił zrozpaczonym ludziom
powiedzieć nic konkretnego. Swój brak pomysłu na
rosnące rozgoryczenie mas maskował wyjazdami na
spotkania z załogami upadających fabryk, gdzie zaklinał
się przed słuchającymi go robotnikami, że jest „jednym z
nich” i nie dopuści do żadnej katastrofy.
W tej aurze coraz bardziej zawiedzionych nadziei
prawicy na wcielenie hasła „przyspieszenia” w życie coraz
mocniej drażniły polityków prawicy rytualne wypowiedzi
Wałęsy o potrzebie wzmocnienia „lewej nogi”.
Demonstracją tej nowej polityki było wysunięcie na
kandydata na szefa NIK wiosną 1991 roku Wiesławy
Ziółkowskiej, byłej posłanki PZPR.
Ryszard Czarnecki wspomina: „Gdy któryś kolejny raz
usłyszałem o »lewej nodze«, pomyślałem: zaraz, zaraz, coś
tu jest nie tak. Dlaczego Wałęsa pompuje postkomunistów
przeciwko obozowi patriotycznemu? Wielu moich kolegów
z ZChN na siłę uspokajało siebie i mnie, że to tylko taka
taktyka. Odpowiadałem na to dosyć nerwowo: »No dobrze,
ale w imię czego Wałęsa podlizuje się ludziom od
Kwaśniewskiego? Czy ta taktyka nie staje się strategią?«”
(Ryszard Czarnecki, relacja 7.07.2013).
Belweder nie był też w najmniejszym stopniu oparciem
dla takich ludzi jak Michał Falzmann, kontroler NIK, który
bezskutecznie próbował zainteresować premiera
Bieleckiego nieprawidłowościami, jakie wykrył w czasie
swoich kontroli, i który potem zmarł w dziwnych
okolicznościach, podobnie jak Walerian Pańko, szef NIK
zmarły w uważanej za bardzo podejrzaną katastrofie
samochodowej.
Ci wszyscy, którzy mieli nadzieję, że dojście do władzy
szefa „Solidarności” zlikwiduje potężne wpływy ludzi z
tajnych służb PRL, odkrywali wówczas z goryczą, że
Wałęsy nie obchodzą żadne ideały poza kwestią jak
najszerszego zakresu władzy dla siebie. Często
przywoływany we wspomnieniach obraz prezydenta z
tamtych lat to znudzony lider trwoniący czas na
rozwiązywanie krzyżówek, na absurdalne telefony do
rozmaitych organów władzy, „aby sprawdzić, czy wszystko
jest w porządku”, i wreszcie stały widz telewizyjnych
Wiadomości sprawdzający, czy główny dziennik telewizyjny
poświęca mu odpowiednio dużo czasu.
O to, aby mieszkaniec Belwederu nie miał zbyt wielu
powodów do zażaleń do materiałów TVP „w temacie” jego
osoby, dbał mianowany przez ośrodek prezydencki szef
Radiokomitetu Janusz Zaorski. W mediach publicznych
była to epoka karier ludzi, którzy „żyli dobrze z Mieciem”,
takich jak choćby młody, ambitny reporter Wiadomości
Tomasz Lis. Symbolem łask prezydenckich dla starych i
nowych „szamanów eteru” była defilada z okazji
trzeciomajowego święta w 1991 roku, w której duet
Tomasz Lis-Monika Olejnik obdarzony został zaszczytem
jechania w uroczystej białej karocy. Tylko nieśmiałe
otwarcie bram gmachów na Woronicza i placu Powstańców
w epoce prezesa Terleckiego dla paru dziennikarzy
marzących o zmianach i późniejsze mianowanie szefem TAI
Roberta Terentiewa, który ściągnął dziennikarską ekipę
„niepokornych”, rozjaśnia nieco ponury bilans TVP z
czasów wszechwładzy Wałęsy.
W dziedzinie polityki zagranicznej Wałęsa nie potrafił
podjąć żadnej nowej interesującej idei, choć wydawało się,
że próżnia, jaka wytworzyła się w Europie po upadku
dominacji Sowietów, aż prosi się o jakieś nowe pomysły
polityczne. Najbliższym partnerem Polski powinna być
wtedy Czechosłowacja, gdzie prezydent Vaclav Havel
energicznie odcinał pępowinę łączącą swój kraj z Moskwą.
Jednak ten naturalny sojusz niweczyła płytka zawiść.
Wałęsa zazdrościł Havlowi popularności w Europie i z tego
tylko powodu odwrócił się plecami do naszego
południowego sąsiada. Gospodarz Belwederu zbytnio nie
ingerował też w politykę zagraniczną Krzysztofa
Skubiszewskiego, który swoją ostrożnością i biernością
wobec niepodległościowych aspiracji Litwy czy Ukrainy
wywoływał rozdrażnienie nawet premiera Bieleckiego.
Wreszcie Wałęsa nie widział nic złego w zapisach traktatu
polsko-niemieckiego z czerwca 1991 roku, który
zalegalizował brak równości praw między mniejszością
polską w Niemczech i mniejszością niemiecką w Polsce.
Miękkość polityki Skubiszewskiego wtajemniczeni
tłumaczyli tym, że od początku 1991 roku szef polskiej
dyplomacji rozpoczął starania o stanowisko sekretarza
generalnego ONZ. Było jasne, że tej funkcji nie można
objąć, nie zyskując poparcia wszystkich stałych członków
Rady Bezpieczeństwa, w tym ZSRS. I znów Wałęsa
wydawał się niezainteresowany szybkim ustaleniem daty
wycofania wojsk sowieckich z baz na terenie Polski. Już 28
grudnia 1990 roku, czyli w parę dni po swoim
zaprzysiężeniu, przyjął w Belwederze ambasadora w
Moskwie Stanisława Cioska i obiecał mu kontynuowanie
swojej misji w stolicy Rosji. A swoistym testem na wręcz
tchórzostwo Wałęsy w sytuacjach kryzysowych był tak
zwany pucz Janajewa z sierpnia 1991 roku. Kongres
Liberalno-Demokratyczny wydał wtedy oświadczenie,
sygnowane przez rzecznika partii Andrzeja Halickiego,
które niezwykle ostrożnie ogłaszało potrzebę pilnego
przyglądania się z uwagą sytuacji w ZSRS. W oświadczeniu
KLD można było przeczytać: „Liczymy, że wprowadzenie
stanu wojennego nie przeszkodzi nowym zasadom
współpracy między Polską a ZSRR, nie zagrozi
przemianom dokonującym się w Europie Środkowej i
Wschodniej”. Był to sygnał, że partia, do której należy
premier, jest w stanie bez większego problemu uznać
powrót do władzy twardogłowych komunistów. Na
szczęście Bielecki pod wpływem opinii prozachodnich
doradców zdecydowanie poparł Jelcyna, choć stało się to
zapewne za sprawą szybkiego odzyskania politycznej
inicjatywy, a następnie władzy, przez obóz rosyjskiego
prezydenta.
Dopiero po pewnym czasie wyszło na jaw, że pierwszą
reakcją Wałęsy na zamach był telefon do Jaruzelskiego. Tę
reakcję warto dobrze zapamiętać, gdyż pokazuje ona, jak
ogromną drogę przebył legendarny przywódca
„Solidarności” od maja 1988 roku, gdy nie bał się stanąć
na czele strajku w Stoczni Gdańskiej, do sierpnia 1991
roku — a więc trzy lata później — gdy jako głowa sporego
państwa drżał przed możliwością zwycięstwa komunistów
na Kremlu. Wałęsa próbował potem przekonywać, że
dzwoniąc do Jaruzelskiego, chciał go ostrzec przed
mieszaniem się w konflikt, ale nie brzmiało to
przekonująco.
Kryzys pokazał przy okazji, jak decydująca stała się w
tak dramatycznej chwili rola Wachowskiego. „Newsweek”
w 2012 roku cytował „byłego współpracownika Lecha
Wałęsy z Trójmiasta”, który wspominał tamte dni:
„Otoczenie prezydenta Wałęsy miało własną ekipę
telewizyjną. Na taśmach z Belwederu jest scena z 1991
roku, z czasów puczu Janajewa. Wałęsa rozmawia przez
telefon z Jelcynem. Gdzieś z boku słychać tłumaczkę. Kto
jest najważniejszy w kadrze? Wachowski. Bez marynarki,
rękawy podwinięte, co chwila doskakuje i szepcze do ucha
Wałęsie. To on kieruje rozmową” („Newsweek”,
7.08.2012).
Wałęsa tylko wskutek szczęśliwego zduszenia puczu
uniknął sytuacji stanięcia jako głowa państwa wobec
restytucji tępej władzy komunistycznej w Moskwie.
Dziś z perspektywy czasu można chwycić się za głowę,
dowiadując się, jak mało profesjonalnie działał wówczas
aparat obsługi prezydenta. Piotr Zaremba wspomina
uparcie krążącą wówczas wśród dziennikarzy opowieść o
gospodarzu Belwederu, który miał żywić
nieprzezwyciężony wstręt do przebijania się przez raporty
i dokumenty najważniejszych urzędów państwa. Tę awersję
Wałęsy jego urzędnicy rozwiązali ponoć w prosty sposób.
„Oto odpowiednio urodziwa asystentka streszczała na
nagraniu wideo to, co o prezydencie pisała prasa, i
sygnalizowała pod dyktando odpowiednich urzędników
kancelarii, jakie dokumenty prezydent musi koniecznie
podpisać” (Piotr Zaremba, relacja 11.07.2013).
KLD coraz bardziej się oddalało od prawicy
niepodległościowej. Zupełnie niepostrzeżenie zaczęły się
kontakty między liberałami, Socjaldemokracją
Rzeczypospolitej Polskiej i Unią Demokratyczną. KLD,
który jeszcze w 1991 roku — sam pamiętam — wyśmiewał
tchórzliwość Tadeusza Mazowieckiego, zachwycał się
kuponową prywatyzacją w Czechosłowacji i sarkał na
lewicową frakcję w Unii Demokratycznej pod wodzą Zofii
Kuratowskiej, teraz nagle zaczął się zaprzyjaźniać zarówno
z politykami UD, jak i postkomunistami. Ulubioną pozycją
liberałów było wtedy demonstrowanie swojego ubolewania
nad radykałem Kaczyńskim, który jest złym duchem
Belwederu. Ludzie, którzy powinni, wydawałoby się, po
paru minutach rozmowy z Wachowskim zorientować się, że
jest to postać wysoce podejrzana, zachwycali się rzekomą
inteligencją i bystrością szefa gabinetu Wałęsy. Wtedy to
na własne oczy widziałem sceny przypominające serial o
Nikodemie Dyzmie i tak samo jak w tym filmie słuchałem
szacownych profesorskich głów zachwyconych
„kapciowym” prezydenta. Wachowski potrafił być
czarujący dla sejmowych dziennikarzy i potrafił puszczać
oko do znanych polityków prawicy (że jak będą z nim
dobrze żyć, to ich pozycja wobec Wałęsy wzrośnie).
Jedynymi, których Wachowski szczerze nienawidził,
byli bracia Kaczyńscy. Ograniczali oni jeszcze wtedy jego
wszechwładzę na dworze Wałęsy. Przypomnijmy, jeden z
nich był szefem Kancelarii Prezydenta, a drugi szefem
Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Bliźniacy sami
odliczali już miesiące dzielące Polskę od wyznaczonych w
końcu na październik 1991 roku wyborów
parlamentarnych.
***
Już po wyborach, 12 listopada 1991 roku, doszło w
Belwederze do awantury, w trakcie której Wałęsa miał
grozić szefowi swojej kancelarii, że „zajmie się nim
prokurator”, na co usłyszał w odpowiedzi: „Nie wiadomo,
kim szybciej zajmie się prokurator!”. Kaczyński zwlekał z
opuszczeniem Wałęsy, gdyż miał świadomość, że wyborcy
PC tego nie zrozumieją i przyjmą jak najgorzej konflikt z
byłym liderem „Solidarności”. Na domiar złego
obowiązująca wówczas ordynacja wyborcza premiowała
małe ugrupowania i tworzyła wymarzoną dla Wałęsy
sytuację: mnogość wielu drobnych prawicowych partyjek,
która prezydentowi dawała rolę arbitra.
W wyborach do Sejmu 27 października brak było
wyraźnego zwycięzcy. Frekwencja wynosząca 42,2 proc.
pokazywała, że zniechęcenie społeczne do polityki
przekroczyło wszelkie dotychczasowe granice. Jeśli Wałęsa
chciał przeczekać okres największej popularności PC,
związany z kampanią prezydencką, to mu się to udało.
Porozumienie Centrum zajęło dopiero szóste miejsce. KLD
przekonany, że na popularności Jana Krzysztofa
Bieleckiego wyskoczy na pozycję jednego z rozgrywających
przyszłego Sejmu, dostał po nosie, zajmując siódme
miejsce pod względem liczby głosów z wynikiem 7,5 proc.
„Swój wielki dzień mają polityczni donkiszoci — ZChN i
KPN” — pisał Wiesław Walendziak na łamach dziennika
„Nowy Świat”. Istotnie, ugrupowanie Wiesława
Chrzanowskiego, które było liderem Wyborczej Akcji
Katolickiej, zdobyło trzecie miejsce (ex aequo z PSL), a
partia Leszka Moczulskiego, lidera Konfederacji Polski
Niepodległej, uzyskała nieco więcej głosów niż PC: 996 tys.
do 977 tys.
KPN-owcy byli wówczas przekonani, że stanowić będą
trzecią siłę, która po kolejnych kompromitacjach
komunistów i solidarnościowców zdobędzie rząd dusz nad
Polakami. Te nierealistyczne ambicje obserwował z uwagą
Mieczysław Wachowski, który uznał, że konfederatów
można w przyszłości użyć jako wygodną broń przeciw tym,
którym nie odpowiada wszechwładza Lecha Wałęsy.
Do Sejmu weszły łącznie aż 24 ugrupowania, co
znacznie utrudniało wyłonienie silnego rządu. Było jasne,
że tworzyć go będzie przynajmniej 5-6 partii, które będą w
naturalny sposób rozrywane ambicjami ich liderów.
Wałęsa, nie robiąc nic, aby stworzyć silny, jednolity blok
prawicy, uznał, że będzie mógł przebierać w prawicowych
politykach jak w ulęgałkach. Z perspektywy Belwederu —
by użyć krążącego tam bon motu — „partie prawicowe
przypominały gryzącą się nawzajem sforę psów, która
będzie przywoływana do porządku przez prezydenta”.
Temu rozgardiaszowi na prawicy z mściwą satysfakcją
przyglądali się postkomuniści, którzy zdobyli aż drugie
miejsce z wynikiem 11,99 proc. głosów. I na tle
„solidaruchów” przypominali zwartą i karną armię,
czekającą na rekonkwistę na scenie politycznej. Ale ten
czający się do skoku tygrys nie był zauważany przez
Wałęsę, który całą swoją nienawiść skupiał na braciach
Kaczyńskich i Janie Olszewskim.
Prezydent, który czuł się wówczas panem sytuacji,
znów ogłosił, że ma „pełen zeszyt rozmaitych scenariuszy”.
Pierwszym pomysłem Wałęsy było zaproponowanie misji
tworzenia nowego rządu Bronisławowi Geremkowi.
Formalnie były do tego podstawy, bo Unia Demokratyczna
zdobyła pierwsze miejsce w wyborach, uzyskując 12,32
proc. głosów. Do dziś trwają spory, dlaczego Wałęsa
wyciągnął wtedy rękę do ambitnego polityka unitów. Jedni
twierdzą, że chciał zakończyć konflikt z UD, inni zaś — że
była to wyrafinowana forma zakpienia z Geremka, który po
raz drugi miał obejść się smakiem mimo nadziei na objęcie
funkcji szefa rządu. Już po paru spotkaniach dawny
doradca „Solidarności” odkrył, że prawica nie ma ochoty
na powrót do władzy pewnej siebie i przekonanej o swojej
nieomylności „unii ludzi rozumnych” Geremek ciężko
przeżył upokorzenie, ale Wałęsa mógł odgrywać kogoś, kto
chciał dla profesora jak najlepiej. Gospodarz Belwederu z
pewnym nieprzyjemnym zdziwieniem odkrył, że partie
prawicy odrobiły lekcje z czasów Jana Krzysztofa
Bieleckiego i nie chciały powołania nowego rządu z
„premierem zderzakiem” całkowicie podległym
Belwederowi. Wałęsa z kwaśną miną przyjął fakt, że
powrót do koncepcji premierostwa Bieleckiego nie ma
szans. Dziś z perspektywy czasu można się tylko dziwić, że
prezydent się dziwił. Przecież dla ZChN Bielecki był
irytująco antykościelny, a z punktu widzenia PC zbyt
potulny wobec Mieczysława Wachowskiego.
W tej sytuacji kandydatem ugrupowań prawicy został
Jan Olszewski. Kaczyński nie był zachwycony tą
kandydaturą, ale nie bardzo mógł oponować. Wiedział, że
on sam jest nielubiany wśród liderów prawicowego
planktonu i nie ma szans na kierowanie nowym gabinetem.
Zresztą Olszewski wydawał się jeszcze wtedy człowiekiem,
który może dobrze pogodzić prawicę choćby z NSZZ
„Solidarność”, co było niezbędne dla zachowania parasola
nad reformami ekonomicznymi. Rząd Olszewskiego nie
ukrywał, że chce być rządem przełomu, który nadrobi
zmarnowany czas w ciągu roku po wygranej Wałęsy i
wreszcie, choć z opóźnieniem, doprowadzi do usunięcia
starych struktur w wojsku, służbach specjalnych i
dyplomacji. Ten postulat w wypadku Ministerstwa Spraw
Zagranicznych został na samym początku sparaliżowany
wyraźnym żądaniem Wałęsy, aby na swoim stanowisku
pozostał Krzysztof Skubiszewski. Prezydent próbował też
utrzymać na stanowisku swojego pupila Piotra
Kołodziejczyka, ale tym razem Olszewski był stanowczy i
przeforsował Jana Parysa. Gospodarz Belwederu
potraktował to jako afront i dobrze sobie zapamiętał tę
zniewagę.
Wałęsa wydawał się nie rozumieć, że sytuacja, w której
resort obrony kierowany jest przez wojskowego, absolutnie
nie pasuje do standardów państw zachodnich, do których
Polska aspirowała. Miłość Wałęsy do Kołodziejczyka, a
potem, jak się okaże, do kolejnych „trepów” — biernych,
miernych, ale wiernych — pokazuje, jak blisko było
prezydentowi do standardów raczej wschodnich niż
zachodnich. Okazało się, że polityk, który przez wiele lat
deklarował, że walczy o demokrację, w chwili gdy został
głową państwa, z ochotą zaakceptował system sprzeczny z
czytelnymi zasadami rozdziału władz. Ten „wschodni” rys
Wałęsy objawi się potem w gotowości do prześladowania
opozycji, w pomysłach „wariantu Jelcyna” czy w groźbach
rozwiązania Sejmu.
Ironią losu było wówczas to, że partia, która pyszniła
się ambicją wprowadzenia Polski na Zachód, czyli Unia
Demokratyczna, była wręcz zachwycona twardą ręką, jaką
Wałęsa miał dla niepodległościowej opozycji. Jacek Kuroń
znalazł natychmiast wspólny język z Mieczysławem
Wachowskim, a „Gazeta Wyborcza” w przypadku
wszystkich konfliktów Kaczyńskiego czy Olszewskiego z
prezydentem brała stronę gospodarza Belwederu. Nawet
po latach zdumiewa tak jednoznaczne poparcie Wałęsy.
Nie można tego wytłumaczyć inaczej niż tym, że
„Wyborcza” tak bardzo obawiała się wzmocnienia prawicy,
że wolała kibicować prezydentowi.
Pierwsze zderzenie z Belwederem miało miejsce w
czasie exposé wygłaszanego w Sejmie przez kandydata na
premiera Jana Olszewskiego. Szef MSZ Krzysztof
Skubiszewski wykreślił z tekstu wszystkie wzmianki o
aspiracjach Polski do NATO. Olszewski przełknął to, nie
chcąc zaczynać współpracy z prezydentem od awantury.
Ale uniknąć jej było nie sposób, bo każda próba zmian
wywoływała furię Wałęsy. Gdy Jan Parys wyraźnie
zaprotestował przeciwko utrzymywaniu przez część
generałów niejawnych relacji z Belwederem, w mediach
wytworzono pod dyktando Wałęsy histerię kreującą szefa
MON na pieniacza, a pomijano rolę w całej sprawie
generałów, którzy łamali normy oddzielenia wojska od
polityki. Bardzo szybko okazało się też, że nowy szef BBN
Jerzy Milewski zaczął postrzegać ministra obrony jako
konkurenta. I zaczął forsować byłego ministra obrony
admirała Piotra Kołodziejczyka na szefa mającego powstać
Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych. Było jasne, że
Wałęsa chce poprzez taką nową funkcję wprowadzić
swojego człowieka do wojska, po to by spychał on szefa
MON do roli figuranta.
Ale prawdziwym casus belli okazało się
zdymisjonowanie szefa Wojskowych Służb Informacyjnych,
kontradmirała Czesława Wawrzyniaka. Była to reakcja
Parysa na to, że na naradach w WSI, jak twierdził minister
obrony, jawnie dezawuowano rząd Olszewskiego i jego
osobę. Parys nie ukrywał, że WSI stało się instrumentem w
grze politycznej Belwederu, a nie zajmowało się swoimi
obowiązkami w wojsku. Doszło do awantury, w której Jan
Olszewski, aby znów próbować jakiegoś kompromisu z
Wałęsą, wysłał swojego szefa MON na przymusowy urlop.
Wszystkie te wydarzenia pokazują, że twierdzenia
wyśmiewające głębsze przyczyny obalenia rządu Jana
Olszewskiego i tłumaczące je prostym słownym
wytrychem: „to był słaby rząd, bez większości
parlamentarnej”, są tylko uciekaniem od uznania
dramatyzmu sytuacji. Rząd ten jako pierwszy gabinet po
1989 roku chciał naruszyć enklawę wpływów
postkomunistycznych w MSW i MON. I gdy dotknął tych
newralgicznych miejsc, Belweder z Wałęsą na czele wydał
mu wojnę na śmierć i życie. I na odwrót, gdyby Jan
Olszewski prowadził politykę schylania karku przed
Wałęsą, ale i Wachowskim, który w tych rozgrywkach jawi
się jako swoisty nadprezydent, istniałby z pomocą
Belwederu być może jeszcze całkiem długo. Olszewski nie
chciał jednak iść drogą liberałów, którzy tylko pozornie
głosili chęć zerwania z bezruchem epoki Mazowieckiego, a
gdy doszli do władzy, zrezygnowali z poważnych reform.
Partia Bieleckiego zaakceptowała PRL w nowej
Rzeczpospolitej. Zgodziła się bez większych oporów na
system sprawowania władzy zwany już wtedy
„wachowszczyzną”.
Z Olszewskim było dokładnie na odwrót — miał
poczucie, że jego rząd to ostatnia szansa na
przeprowadzenie zapowiadanego w kampanii 1990 roku
„przyspieszenia”. Chciał czegoś więcej niż stworzenia
kolejnej koterii, która dostałaby zielone światło od
Wachowskiego.
Dziś z perspektywy czasu widać, że kohabitacja Wałęsy
i rządu planującego wyczyszczenie Wojskowych Służb
Informacyjnych i jakąś formę lustracji była niemożliwa.
Sam pamiętam z rozmów w kuluarach sejmowych opinie
polityków z różnych obozów politycznych, że Wałęsa
zachowuje się tak, jakby był już skutecznie opleciony
systemem dworskim opartym właśnie na znajomości haków
i teczek, że każda forma lustracji musiałaby doprowadzić
do podcięcia nóg nieformalnemu imperium Wachowskiego.
Pytanie, w jakim stopniu ten układ władzy, który był
partnerem wszechmocnego „Miecia”, miał jakieś kontakty
z Moskwą, a w jakim realizował jedynie instynktowną dla
tego środowiska niechęć do zbliżenia z Zachodem i dogmat
orientowania się na Wschód.
Wiosną 1992 roku doszło do sporu między Wałęsą a
rządem Olszewskiego w kwestii układu polsko-rosyjskiego
o tworzeniu na terenie byłych sowieckich baz wojskowych
rosyjsko-polskich spółek joint ventures. Furia Belwederu,
który jak najgorzej przyjął usunięcie z układu zapisów o
tych właśnie spółkach, każe brać pod uwagę możliwość
istnienia jakichś planów biznesowych, w które
zaangażowani byli zarówno rosyjscy, jak i polscy
oficerowie byłych komunistycznych służb specjalnych.
Jeszcze bardziej niepokojące było lansowanie w
otoczeniu Wałęsy projektu NATO-bis, który prezydent
promował w marcu 1992 roku, ku przerażeniu
Olszewskiego, w czasie swojej wizyty w Niemczech. W tym
wypadku można już mówić o suflowaniu Wałęsie
rozwiązań, wiążących się ściśle z ówczesną rosyjską
strategią powstrzymywania wejścia krajów Europy
Środkowej do NATO. Wszelkie koncepcje „szarej strefy”,
które na długie dekady mogły powstrzymać wejście Polski
do zachodnich struktur bezpieczeństwa, były działaniem
na korzyść Rosjan. Olszewski od samego początku chciał
jak najszybszej integracji z Paktem Północnoatlantyckim.
Przypomnijmy sprzeciw Skubiszewskiego wobec
wzmianek o aspiracjach do NATO w exposé Olszewskiego.
Czy była to tylko zachowawcza maniera starego profesora?
Czy wynik jakichś nacisków ze strony silnego ośrodka
belwederskiego? Jeśli przejrzeć dzisiaj listę kwestii
spornych między Olszewskim i jego ministrami a
Belwederem, to widać, jak mocno Wałęsa bronił starego
układu. Przykładowo bardzo wyraźne niezadowolenie
ośrodka prezydenckiego wywołała decyzja nowego szefa
MSW Antoniego Macierewicza o zwolnieniu z funkcji szefa
wywiadu postkomunistycznego generała Henryka Jasika.
Tak samo Belweder stawiał opór zmianie na stanowisku
szefa Radiokomitetu, które obsadzał od 1991 roku
ulubieniec Wachowskiego Janusz Zaorski. W tej aurze
niechęci wobec rządu Olszewskiego nieprzyjazne
nastawienie politycznych rywali z Unii Demokratycznej i
Kongresu Liberałów łączyło się z troską Belwederu o
zachowanie siatki nieformalnych wpływów w wojsku, MSW
i mediach publicznych.
Jan Olszewski niespecjalnie nadawał się na premiera i
miał fatalny PR. Jak potem — już na chłodno — zauważali
publicyści, z perspektywy czasu bardzo trudno utrzymywać
tezę, że jego ekipa była rządem radykałów. A jednak
zwalczała ją szeroka koalicja przeciwników. Do Lecha
Wałęsy, Unii Demokratycznej, liberałów i postkomunistów
dołączyli ludowcy. Jeszcze w 1991 roku głosowali oni za
powołaniem rządu Olszewskiego. Dopiero potem Wałęsa
przekupił ich obietnicami politycznymi.
***
Rząd Olszewskiego coraz mocniej odczuwał, że szykuje
się ukręcenie łba ekipie, która chciała zerwania z reliktami
PRL i dążyła do jak najszybszej lustracji. Była w tym
naiwna wiara, że samo ujawnienie ukrytych powiązań ludzi
z otoczenia Wałęsy wywoła wstrząs społeczny i impuls do
szerszych zmian.
W tej atmosferze 28 maja 1992 roku będący wówczas
posłem Janusz Korwin-Mikke złożył w Sejmie wniosek o
lustrację parlamentarzystów i innych postaci życia
publicznego. Uchwała wskutek chwilowego zamieszania
przeszła większością głosów i zobowiązywała szefa MSW
do dostarczenia Sejmowi pochodzącej z zasobu
archiwalnego resortu listy posłów i urzędników
najwyższego szczebla zarejestrowanych jako agenci SB.
Ale już następnego dnia Unia Demokratyczna, Kongres
Liberalno-Demokratyczny i zapomniane już dziś
ugrupowanie Polski Program Gospodarczy zgłosiły wniosek
o wotum nieufności dla rządu. Tak naprawdę rozpoczął się
wtedy wyścig z czasem — Macierewicz chciał ujawnić
zasób archiwalny MSW i w ten sposób pokazać opinii
publicznej, jakie mogą być ukryte powody, dla których
określone środowiska polityczne zmierzają do likwidacji
rządu Olszewskiego.
29 maja Antoni Macierewicz odwiedza Wałęsę w
Belwederze. Rozmowie prezydenta z szefem MSW
towarzyszy kamera telewizyjna. Wyraźnie podekscytowany
Wałęsa wygłasza tyradę o tym, że trzeba lustrację robić
mądrze. Zaznacza: „Panie ministrze, niech pan pamięta, co
bezpieka robiła z ludźmi w latach 70.”.
Macierewicz tak opisuje tamtą rozmowę:
„Rozmowa trwała ponad godzinę i w mojej pamięci
pozostała taka jej atmosfera, że zarówno pan prezydent,
jak i jego bliższe otoczenie robiło na mnie wrażenie, jakby
nie przyjmowało do wiadomości, iż rzeczywiście wszystko
zostanie ujawnione. (...) Pan Wachowski twierdził, że
byłaby to katastrofa dla Polski i świata, gdyby »cień
niejasności padł na świetlaną postać wodza«” (Jacek
Kurski, Piotr Semka „Lewy czerwcowy”).
Po spotkaniu z Wałęsą doszło do drugiej rozmowy, już
z udziałem Wachowskiego i Macierewicza, w trakcie której
belwederski minister miał powiedzieć, że jeśliby coś w
sprawie prezydenta zostało przekazane Sejmowi, to
„Chmielnicki to przy mnie betka”. I towarzyszył temu gest
poderżnięcia gardła.
Według Macierewicza Wachowski miał dodatkowo
sypać aluzjami dotyczącymi teczek na członków rodziny
ministra spraw wewnętrznych.
„Sugerował, że jestem tajnym współpracownikiem,
ponieważ Macierewicz to jest takie rzadkie nazwisko, a on
się z nim zapoznał w archiwum. Tam rzeczywiście tkwiło
nazwisko jednego z moich krewnych jako kandydata na
tajnego współpracownika. (...) Odpowiedziałem
Wachowskiemu, że może sobie z moim krewnym
porozmawiać na równej stopie” (Jacek Kurski, Piotr
Semka, „Lewy czerwcowy”).
Dziś zapomina się już, że w okresie tego upiornego
tygodnia między sejmową uchwałą lustracyjną z 28 maja a
dniem ujawnienia teczek 4 czerwca 1992 roku dogmatem
wygłaszanym przez polityków UD i KLD była teza, że szef
MSW użyje zasobu archiwalnego resortu do zaatakowania
unitów i liberałów, a będzie chronił prawicę. Te oskarżenia
tłumaczą, dlaczego Macierewicz mógł dojść do wniosku, że
wyłączenie z listy Wałęsy i swojego szefa partyjnego,
prezesa ZChN Wiesława Chrzanowskiego, zostanie uznane
za dowód, że lustracja jest tylko pałką prawicy przeciwko
obozowi liberalnemu.
Minister spraw wewnętrznych 2 czerwca czekał na
lotnisku na przybycie z wizyty zagranicznej Wiesława
Chrzanowskiego. Poinformował go o dokumentach
dotyczących zarówno sprawy z lat 40., gdy UB uzyskało
zgodę na współpracę późniejszego marszałka Sejmu z tą
instytucją, jak i jego spotkań z SB w latach 1974-1976.
Według Macierewicza doszło wówczas do długiej,
kilkugodzinnej rozmowy, w trakcie której szef MSW
apelował o to, żeby prezes ZChN przyjął umieszczenie
swojego nazwiska na liście, a potem poddał się procedurze
wyjaśniania okoliczności obu wydarzeń przed specjalną
komisją, której przewodniczyć miał Adam Strzembosz.
„Wszystko tam zostało przeze mnie powiedziane i
wychodziłem w przekonaniu, że jest absolutna jasność co
do konieczności postępowania takiego, jakie nastąpiło”
(Jacek Kurski, Piotr Semka, „Lewy czerwcowy”).
4 czerwca Macierewicz dostarczył do Sejmu listy
zasobów archiwalnych MSW. Pierwsza reakcja Wałęsy w
postaci oświadczenia dla PAP (później wycofana) z około
godziny 10 mogła wskazywać, że zechce on zrzucić z siebie
ciężar i wyjaśnić wszystko przed komisją Strzembosza.
Głowa państwa ogłaszała w nim: „Aresztowano mnie wiele
razy. Za pierwszym razem, w grudniu 1970 roku,
podpisałem 3 albo 4 dokumenty. Podpisałbym
prawdopodobnie wtedy wszystko, oprócz zgody na zdradę
Boga i Ojczyzny, by wyjść i móc walczyć. Nigdy mnie nie
złamano i nigdy nie zdradziłem ideałów ani kolegów”.
Czy lista Macierewicza była kompilacją insynuacji lub
wyssanych z palca oskarżeń, jak do dziś się często głosi?
Najlepszym dowodem na to, że nie był to żaden element
planu antydemokratycznego zdobycia władzy przez ekipę
Olszewskiego, jest fakt, iż pokrywa się ona w znacznej
mierze z tak zwaną listą Milczanowskiego. Był to
dokument przygotowany w roku 1991 w Urzędzie Ochrony
Państwa, pod kierownictwem Andrzeja Milczanowskiego,
mający służyć premierom w unikaniu nominacji osób, które
mogłyby być szantażowane z racji agenturalnej
przeszłości. Jak podaje Wikipedia:
„W znacznym stopniu (...) opracowanie było tożsame z
»Listą tajnych współpracowników SB i wywiadu
wojskowego z 1992 r.«, znaną również jako tzw. lista
Macierewicza. Ludzie Milczanowskiego znaleźli w
archiwach MSW te same materiały dotyczące osób
ewidencjonowanych jako tajni współpracownicy SB, na
które w rok później natrafili ludzie Macierewicza.
Sprawdzenie Milczanowskiego objęło 7 tysięcy
kandydatów do Sejmu i Senatu, nie kontrolowano
członków rządu i pracowników Kancelarii Prezydenta.
Operacja ta rozpoczęła się na przełomie września i
października 1991 roku” (hasło „Lista Milczanowskiego”).
Jednak o zmianie klimatu politycznego zadecydowała z
jednej strony niezwykle histeryczna reakcja posłów Unii
Demokratycznej z Jackiem Kuroniem na czele, z drugiej
zaś zdecydowana reakcja Konfederacji Polski Niepodległej,
której lider, Leszek Moczulski, uznał, że jego partia została
zaatakowana i trzeba zorganizować jak najszybsze
odwołanie rządu. Atmosferę dodatkowo podkręciły media
niechętne prawicy z „Gazetą Wyborczą” na czele, które
rozpoczęły lansowanie tezy, że szykuje się próba zamachu
stanu. Szybko korytarze sejmowe zaczęły rozbrzmiewać
nieprawdziwymi, jak się potem okazało, pseudosensacjami
o alarmie operacyjnym w Jednostkach Nadwiślańskich
MSW i o rzekomym podpalaniu lasów wokół Warszawy. W
tym czasie najprawdopodobniej Wachowski przekonał
Wałęsę, iż nie ma co się tłumaczyć, tylko trzeba
zmontować koalicję, która w trybie nagłym odwoła rząd
Olszewskiego. Tak samo Belweder przekonywał Wiesława
Chrzanowskiego, że Macierewicz chce usunąć go ze
stanowiska prezesa partii i że jego ładny życiorys ludzie
Olszewskiego chcą splugawić i unieważnić. Około godziny
21.40 Wałęsa — w nienaturalny sposób podniecony —
przybył do Sejmu i złożył wniosek o natychmiastowe
odwołanie Jana Olszewskiego ze stanowiska prezesa Rady
Ministrów. Oznaczało to groźbę zakończenia istnienia
całego rządu.
Przez kolejną godzinę swój stosunek do nagłego
wniosku prezydenta przedstawiali szefowie klubów. Na tle
ogólnej atmosfery strachu tym mocniej pobrzmiewały głosy
wyłamujące się z histerii wykreowanej przez Wałęsę.
„Nie widzę powodu, żeby Sejm zgadzał się na tego
rodzaju dyktat, bo to jest dyktat i to jest upokorzenie
Wysokiej Izby” — mówił Jarosław Kaczyński.
Alojzy Pietrzyk z klubu „Solidarności” zażądał, aby
ujawnić tak zwaną drugą listę, na której widniało nazwisko
prezydenta i która została przedstawiona tylko do wiedzy
Prezydium Sejmu. Kropkę nad „i” postawił poseł Kazimierz
Świtoń z Górnośląskiej Chrześcijańskiej Demokracji, który
oświadczył: „Jako stary opozycjonista, odpowiedzialny za
swoje słowa, pragnę powiedzieć, że na drugiej liście jest
pan prezydent jako agent Służby Bezpieczeństwa”.
Symbolem tamtej nocy stało się zdjęcie Lecha Wałęsy,
który przysłuchiwał się tym słowom i reagował w
dziwaczny, zbyt emocjonalny sposób. Hałaśliwie się śmiał,
klaskał w ręce.
Następnie prezydent zaczął montować w swoim
sejmowym gabinecie koalicję, która miała przegłosować
odwołanie rządu, i rozpoczął konsultacje na temat
kandydatury nowego premiera. Tak doszło do słynnej
nocnej zmowy, w której uczestniczyli, oprócz Wałęsy:
Tadeusz Mazowiecki (UD), Donald Tusk (KLD), Waldemar
Pawlak (PSL), Aleksander Łuczak (PSL), Mieczysław Gil
(„Solidarni z Prezydentem”), Leszek Moczulski (KPN),
Gabriel Janowski (Porozumienie Ludowe), Paweł
Łączkowski (PChD) i Stefan Niesiołowski (ZChN). Kaprys
losu spowodował, że z tego poufnego spotkania
sporządzono nagranie wideo, które potem wyciekło z
Belwederu i stało się częścią filmu Jacka Kurskiego i
Michała Balcerzaka „Nocna zmiana”. To
charakterystyczne, że Wałęsa zadbał, aby nagrać to,
wydawałoby się, niezwykle tajne spotkanie. Było to jednak
zgodne z polityką Wałęsy, aby zbierać haki na politycznych
partnerów. Dziś wydaje się zdumiewające, że nikt z
uczestników narady nie zaprotestował przeciwko
obecności kamerzysty z Belwederu. Ale dzięki temu
zachowało się nagranie, które w najlepszy sposób
udowadnia, że obalenie rządu Olszewskiego było wynikiem
panicznego lęku liderów partii przed lustracją.
Wałęsa, mówiąc o ministrze Antonim Macierewiczu i
ówczesnym szefie UOP Piotrze Naimskim, powtarza w
trakcie tego spotkania, że „trzeba nie wpuścić ich do
gabinetów”. Prezydent naciskał na jak najszybsze
powołanie Waldemara Pawlaka na tymczasowego
premiera. U Wałęsy wrócił stary nawyk odwoływania się w
krytycznych sytuacjach do swoich doradców i
zaproponował, aby wicepremierem u boku Pawlaka był
Tadeusz Mazowiecki. Lider UD, zauważając jednak
groteskowy charakter konstruowania rządu „na tydzień”,
grzecznie, ale zdecydowanie uchylił się od takiego
zaszczytu. Wałęsa najwyraźniej był przekonany, że może
dojść do zamachu stanu. W kółko powtarzał: „Wy nie
wiecie, jak daleko oni zaszli, dlatego trzeba ich [odsunąć
od władzy — przyp. P.S.] błyskawicznie, natychmiast,
dzisiaj”. Resztki politycznej przyzwoitości kołatały się
jeszcze tylko w głowie Pawlaka, który nieśmiało zwrócił
uwagę: „Tylko że to jest trochę gangsterski chwyt”.
Prezydent natychmiast zgasił wątpliwości, powtarzając:
„Przecież już nie może być żadnych numerów. Odwołać
jeszcze dziś. Trzeba przystąpić do formowania
natychmiastowego rządu, żeby jutro, pojutrze był gabinet.
(...) Panie Tadeuszu, bo jak tego dziś nie zrobimy, to mamy
duży pasztet. (...) Ale natychmiast, żeby zablokować tych
ludzi, żeby mi nie przyszli do biura!”.
Wałęsa rozgorączkowany strachem przed lustracją z
pełną premedytacją zaprojektował „koalicję strachu”
złożoną z KPN, PSL, SLD, UD, KLD i Polskiego Programu
Gospodarczego. Charakterystyczna była obawa wszystkich
uczestników spotkania, czy postkomuniści poprą ten
polityczny plan. Rolę łącznika z SLD wziął na siebie
Pawlak, który — jak można zobaczyć w filmie „Nocna
zmiana” — przekonywał, że wszystko będzie w porządku.
Rząd Olszewskiego odwołano około północy, a następnego
dnia „koalicja strachu” powołała na premiera Waldemara
Pawlaka.
Sceny z tego dnia pokazują, że głównym zmartwieniem
nowego szefa rządu było wypytywanie Wałęsy, czy ma
wolną rękę do „czyszczenia sobie UOP”. Wałęsa, który
przyjął rolę patrona nowego premiera, uspokajał lidera
ludowców słowami: „wolna ręka”.
Jak wyglądało to czyszczenie w praktyce, opowiadał
potem Antoni Macierewicz:
„Jeszcze w piątek [5 czerwca 1992 roku], tuż po
uchwale Sejmu [o powołaniu Pawlaka], moja ochrona
zauważyła, że nasz wóz jest śledzony. Zostały podjęte
działania identyfikacyjne. Jeden z pracowników MSW
śledził mnie, zmieniając numery rejestracyjne i stosując
pewne operacyjne szykany. (...) Po południu 5 czerwca,
gdy próbuję wezwać szefów służb, ich telefony nie
odpowiadają. (...) Tu wszystkie kroki zostały precyzyjnie
przewidziane”.
W nocy z 5 na 6 czerwca, przy inwentaryzacji sejfu
Urzędu Ochrony Państwa, zjawiają się ludzie już pod
dowództwem Milczanowskiego. Występuje on w roli
nieformalnego komisarza MSW. Młodzi pracownicy
Wydziału Studiów, którzy opracowywali listę, zaczynają
być wzywani na przesłuchania. Macierewicz poleca im, by
odpowiadali na pytania wyłącznie komisji sejmowej. W
kolejnych dniach Macierewicz jest już niewpuszczany do
resortu, choć jest to działanie bezprawne.
Do dziś sceny uwiecznione 4 czerwca kojarzą się z
jakąś polityczną zbiorową histerią. Można zadać pytanie,
kto wytworzył u Wałęsy przekonanie, że realny jest zamach
stanu i usunięcie go z urzędu. I tu znów nasuwa się
odpowiedź, że osobą mającą przemożny wpływ na decyzje
Wałęsy był w tamtych czasach Mieczysław Wachowski. To
wrażenie narzuciło się znacznie później, w 1995 roku,
Gustawowi Herlingowi-Grudzińskiemu, obserwatorowi
poczynań Belwederu z perspektywy odległych Włoch.
„Bardzo trudno jest pisać o Wałęsie, nie obrażając
majestatu urzędu. Ale jak oprzeć się wrażeniu, że krajem
rządzi linoskoczek w błazeńskiej czapeczce, któremu udaje
się (według jego własnych słów) »ogrywać prawników« i
»wykolegować prawo«. (...) Wsłuchuję się w trzaskanie
bata reżysera numeru cyrkowego, czyli ministra
Wachowskiego. Co ich naprawdę łączy, i to tak głęboko?
Według mnie »hak« z przeszłości. Widziałem już takie
wypadki” (Gustaw Herling-Grudziński, „Dziennik pisany
nocą”).
Obalenie rządu Jana Olszewskiego w czerwcu 1992
roku było niezwykle ważną cezurą w dziejach prezydentury
Wałęsy. Było to ostateczne zakończenie złudzeń prawicy na
podjęcie przez prezydenta programu zmian. Wałęsa stał
się wtedy zakładnikiem swojej przeszłości i Mieczysława
Wachowskiego, za którym stała grupa weteranów PRL-
owskich służb specjalnych.
W ten brzemienny w skutki dzień miałem okazję
przyglądać się Wałęsie w Sejmie i uwiecznić tamte
wydarzenia. Wraz z Jackiem Kurskim filmowaliśmy
wówczas wydarzenia, zakładając, że będzie to materiał do
naszego cotygodniowego programu „Refleks”. Już nigdy
żadna dokumentacja pod tym tytułem nie trafiła na antenę,
ale to, co udało nam się nakręcić tego dnia, Jacek
wykorzystał potem w filmie „Nocna zmiana”. Jestem
niemal pewny, że gdyby nie ten przejmujący dokument
politycznej praktyki Wałęsy i innych uczestników frontu
antylustracyjnego, dzień 4 czerwca w Sejmie byłby
przykryty komunałami o słabym rządzie Olszewskiego,
który się wywrócił, zaplątany we własne nogi.
Do dziś nie potrafię zapomnieć tej przejmującej
atmosfery dramatu, jaka towarzyszyła wydarzeniom 4
czerwca w Sejmie. Poczucie wyjścia na jaw nieznanych
dotąd mechanizmów i siły uzależnienia polityków od
grzechów z przeszłości było porażające. Osoby o —
zdawało się — nieskazitelnej przeszłości zachowywały się
jak przerażone ofiary szantażu. Dziennikarze, którzy nie
rzucali się w oczy ze swoimi politycznymi afiliacjami, nagle
sprawiali wrażenie robotów recytujących teksty napisane
przez kogoś innego. Parę scen pokazujących ówczesny
zapał Tomasza Lisa czy innych dziennikarzy w
przygotowywaniu widzów do obalenia rządu mówi dziś
więcej niż setki artykułów.
Dla mnie, początkującego wówczas dziennikarza,
ponurym odkryciem była wreszcie łatwość, z jaką
przedstawiciele czołowych mediów powtarzali z zapałem
zwykłe kłamstwa, które wówczas miały uprawdopodobnić
kłamliwe tezy o przygotowaniach rządu Olszewskiego do
zamachu stanu. „Gazeta Wyborcza” drukowała rzekome
projekty ustaw dekomunizacyjnych mających obejmować
prawie wszystkich, od stanowiska majstra w górę. Ci
nieliczni żurnaliści, którzy czuli, że zwyciężają strach,
cynizm i bezwzględność, zapamiętali tę lekcję na całe
życie.
Nigdy nie zapomnę konferencji prasowej z 4 czerwca
ówczesnego szefa UOP Piotra Naimskiego. Zaczęła się od
wygłoszenia przez dziennikarza „Gazety Wyborczej” Artura
Domosławskiego szkalującego pytania, czy Naimski
podpisał w stanie wojennym lojalkę. Szef UOP z godnością
odpowiedział, że to całkowita nieprawda. Co
charakterystyczne, po tej wymianie zdań zapadła cisza.
Wydawałoby się, że rozmowa z szefem UOP tego dnia
powinna być dla dziennikarzy czymś niezwykle
atrakcyjnym. A jednak nie chcieli oni pytać Naimskiego o
nic. Dlaczego? To proste. Mieli już w głowach spodziewane
przez swoich szefów wersje wydarzeń, więc jakiekolwiek
wypowiedzi Naimskiego psułyby przyjęte tezy. Na
korytarzach Sejmu węszący już zwycięstwo nowego pana
dziennikarze TVP i PAP łasili się do Mieczysława
Wachowskiego, który z diabolicznym uśmieszkiem
uspokajał swoich ulubieńców, że do wieczoru rząd
Olszewskiego będzie już tylko wspomnieniem.
Nigdy nie zapomnę też z tamtego dnia
rozgorączkowanego Donalda Tuska, który w korytarzach
sejmowych z wyreżyserowanym oburzeniem opowiadał
dziennikarzom, „że nawet komuniści w lepszym stylu
oddawali władzę niż ekipa Olszewskiego”. Do dziś
zastanawia mnie stopień zaangażowania ówczesnego
lidera KLD w obalenie rządu „Olsza”, choć odpowiedzią
może być stopień podległości Belwederowi rządu Jana
Krzysztofa Bieleckiego. 28 maja 1992 roku liberałowie
razem z Unią Demokratyczną próbowali nie dopuścić do
przegłosowania uchwały lustracyjnej przez opuszczenie
sali w nadziei, że zabraknie kworum. Obliczenia UD i KLD
były wadliwe, choć prawie dobre — okazało się, że na sali
jest o dwóch posłów więcej, niż trzeba było do zapewnienia
kworum. Potem (4 czerwca) posłowie KLD obok Jacka
Kuronia i Jana Rokity byli w czołówce tych, którzy szybko
planowali obalenie rządu. Zajrzyjmy do wspomnień Jacka
Merkla. Tak opisuje on tamten dzień:
„Rano [4 czerwca 1992 r.] odbieram telefon od
Donalda. Tusk, jako przewodniczący klubu
parlamentarnego, prosi mnie o natychmiastowy przyjazd
do Warszawy. (...) W Warszawie zjawiłem się między 5 a 6
po południu. Kamienne twarze. Pytam: — Co się stało?
Donald mówi: — Wyciągnęli teczki, trzasnęli trzech od nas,
co robimy? Ja: — To co? Atakujemy! Tusk mówi: — Wiesz,
jedyne, co można zrobić, to obalić ten rząd”(za Janina
Paradowska, Jerzy Baczyński, „Teczki liberałów”).
Specjalnie cytuję ten fragment wspomnień polityka
KLD, bo doskonale pokazuje, że wszelkie późniejsze
opowieści, iż rząd obalono jedynie dlatego, że był słaby i
nie posiadał większości sejmowej, to jedynie wygodny
slogan. Słowa Merkla uświadamiają jasno, że Tuska nie
obchodziło, czy zarzuty lustracyjne są prawdziwe, czy nie.
Samo ośmielenie się wyciągnięcia kwestii lustracyjnej było
powodem do zniszczenia rządu. I to, czy ktoś był agentem,
czy nie, nie miało najmniejszego znaczenia.
Wtedy też po raz pierwszy na taką skalę po obaleniu
rządu Olszewskiego odezwał się chór usłużnych
intelektualistów, którzy nie mogli nachwalić prezydenta za
„zdecydowane działanie”. Cudem udało się ocalić przed
skasowaniem wystąpienie w TVP Jacka Kuronia, w którym
oskarżał on Antoniego Macierewicza i Jana Olszewskiego o
to, że byli „chorzy z nienawiści”, i składał serwilistyczny
hołd Wałęsie „za to, że nas uratował”.
Nie zapomnę też posła Unii Demokratycznej Andrzeja
Potockiego, który w trakcie przemówienia Jana
Olszewskiego uznał za stosowne wrzasnąć z tylnych ław:
„Cyganisz!”. Jego koledzy z ław poselskich poklepywali go
za ten „odważny” wyczyn.
Była jeszcze jedna grupa, która głosiła uznanie dla
Wałęsy. To byli ci politycy prawicy, którzy głosili, że są
zwolennikami lustracji, ale nie „takiej, która ma na celu
uderzenie w prezydenta”, ale mądrej i cywilizowanej. Przez
długie kolejne lata zarówno Wałęsa, jak i oni jakoś nie
potrafili zrealizować swoich szczytnych ideałów. Ustawa
lustracyjna, uchwalona w 1997 roku, która weszła w życie
w 1999, przypadła już na okres, kiedy teczki przestawały
być istotnym elementem władzy dla byłych oficerów służb
specjalnych w polskim biznesie i dyplomacji. A późniejsza
interpretacja Trybunału Konstytucyjnego z listopada 1998
roku, nakazująca uznawać za agenta tylko kogoś, w
stosunku do kogo można wykazać, że współpraca była
dobrowolna, szkodliwa i udokumentowana, pozwoliła wielu
ewidentnym tajnym współpracownikom przecisnąć się
przez ucho igielne lustracji.
Czy rząd Jana Olszewskiego był skazany na porażkę od
początku swego istnienia z racji słabości premiera i
wewnętrznego skłócenia? Czy też tak czy inaczej zostałby
odwołany, gdyż naruszył niejasne interesy grup, które
wówczas w niejawny sposób kontrolowały polską politykę?
Od razu powiem, że twierdząco odpowiadam na to
drugie pytanie. Chociaż nie przeczy ono pierwszemu. Nie
zamykam oczu na słabość rządu Olszewskiego jako sklejki
bardzo różnych i wewnętrznie skłóconych ugrupowań
prawicy. Tak samo zauważam, że jego szef — człowiek o
kryształowej uczciwości i pełen najwyższych cnót — nie
nadawał się na premiera. Ambicje Olszewskiego stały
często wyżej od jego politycznych umiejętności. A
rywalizacja z Jarosławem Kaczyńskim jeszcze bardziej
osłabiała siłę tego rządu.
Ale czas pozwala odróżniać to, co ważne, od tego, co
banalne i drugoplanowe. W tym kontekście trzeba
podkreślić polityczną odwagę ekipy Jana Olszewskiego. Od
swego powstania w grudniu 1991 roku — a był to pierwszy
rząd powstały w wyniku wolnych wyborów — gabinet ten
ośmielił się naruszyć wiele niepisanych tabu lat 1989-1991.
Rzecz w tym, że na straży tych „enklaw PRL” stał wówczas
Wałęsa otoczony ludźmi o bardzo niejasnych powiązaniach.
Dla tych ludzi lustracja i poddanie wojska i służb
specjalnych demokratycznej kontroli było zagrożeniem ich
niejawnych interesów. Dlatego szybko wypowiedzieli oni
wojnę ekipie Olszewskiego, posługując się Wałęsą jako
taranem. A sam prezydent uległ radom Wachowskiego, bo
chciał wierzyć, że ucieknie od swoich grzechów z
przeszłości. Wmówiono mu też, że dobrze mieć znów
superuległy rząd „premiera zderzaka”, do czego
przyzwyczaił go Jan Krzysztof Bielecki i liberałowie.
Jarosław Kaczyński, który rywalizował wówczas z
Janem Olszewskim, lansował uratowanie rządu przez
wprowadzenie do niego Unii Demokratycznej. Taki projekt
popierali w UD Kazimierz Ujazdowski z Aleksandrem
Hallem, przy pewnej życzliwej neutralności Tadeusza
Mazowieckiego. Kaczyński, Ujazdowski i Hall wyczuwali u
Wałęsy obsesję wszechwładzy i chcieli gabinetu mającego
solidne oparcie w większości parlamentarnej. Taki
scenariusz niezwykle mocno odrzucała unijna lewica i w
ślad za nią bardzo wpływowa wówczas jako kreator opinii
„Gazeta Wyborcza”. Kazimierz Ujazdowski wskazuje
przyczyny tej determinacji:
„Skuteczna lustracja zburzyłaby hierarchię
autorytetów, na jakiej solidarnościowa lewica zbudowała
swoją pozycję. Wywróciłaby świat, w którym Michnik był
hegemonem i tworzył użyteczny dla siebie panteon
autorytetów. Liderzy lewicy laickiej uznali, że w to miejsce
wejdzie zwycięska prawica” (Kazimierz Ujazdowski, relacja
26.07.2013).
W kręgu Kuronia panowało wtedy przekonanie, że
Macierewicz uderzy teczkami najmocniej w ich środowisko
z Bronisławem Geremkiem na czele. Dlatego rozejrzano się
za skutecznymi sprzymierzeńcami i tak doszło do sojuszu z
Mieczysławem Wachowskim. Jacek Kuroń opisał w swoich
wspomnieniach, jak 2 czerwca 1992 roku spotkał
wszechmocnego szefa gabinetu Wałęsy na raucie w
ambasadzie włoskiej.
„Powiedziałem mu, że teraz, po zgłoszeniu ustawy
lustracyjnej, już rozumiem, że nie ma rady — trzeba
przepędzić szkodników. Mietek popatrzył na mnie uważnie
i powiedział: — Ale do tego przepędzenia szkodników
trzeba się bardzo poważnie przygotować. Co zrobić? —
zapytałem. Przydałby się wam jakiś rolnik jako kandydat
na premiera” (Jacek Kuroń, „Spoko! czyli kwadratura
koła”).
Kuroń i Michnik mogli wiedzieć, że Wałęsa miał
niedobry epizod na początku lat 70., ale uznać mogli, że
właśnie z tego powodu jest wymarzonym sojusznikiem do
zablokowania lustracji i obalenia rządu Olszewskiego.
Rozpoczął się wyścig z czasem. Olszewski i Macierewicz
uznali, że zanim dojdzie od hipotetycznej ugody z UD i
jakiegoś poszerzenia bazy rządu, Wałęsa zniszczy gabinet.
Była to realna obawa, bo UD, KLD i PPG złożyły już 29
maja wniosek o wotum nieufności dla rządu. Olszewski i
Macierewicz postanowili wypełnić uchwałę sejmową i
przeprowadzić lustrację, mając nadzieję, że Wałęsa
skorzysta z chwili politycznego wstrząsu, przyzna się do
grzechów z przeszłości i stanie na czele procesu
lustracyjnego.
Minister Jan Parys mówił potem: „Gdyby Lech Wałęsa
uczynił choć jeden gest, miałby we mnie i w Antonim
Macierewiczu, szefie MON i ministrze spraw
wewnętrznych, najbardziej nieustraszonych obrońców,
którzy roznieśliby w drzazgi układy, które go spowijają i
osaczają”.
Tego samego zdania jest Zbigniew Romaszewski:
„Gdyby prezydent 4 czerwca 1992 roku nie podjął
antylustracyjnej ofensywy, całe społeczeństwo
zrozumiałoby i wybaczyłoby mu dawne grzechy. Wszyscy
uznaliby, że zrobił coś złego, ale dawno się z tego wywinął
i nie ma sprawy” (Zbigniew Romaszewski, relacja
21.06.2013).
Tak się nie stało. Wałęsa wybrał rolę kogoś, kto
zablokował lustrację i tym samym przeforsował na lata
praktykę trzymania teczek pod kluczem. A na liście
Macierewicza byli zarówno politycy lewicy, jak i prawicy,
ale Bronisław Geremek się na niej nie znalazł.
W jednej chwili solidarnościowa lewica, która
wieszczyła, że Macierewicz uderzy teczkami w Geremka, a
jednocześnie chronić będzie agentów z prawicy, zmieniła
front. „Patrzcie! Co za świnia z tego Macierewicza!” —
zakrzyknięto w kuluarach Sejmu. „Nawet swojego szefa
partii — marszałka Wiesława Chrzanowskiego, umieścił na
liście!”.
Czy Macierewicz mógł wykreślić Wałęsę i
Chrzanowskiego z listy? Czy należało to zrobić, aby zyskać
przychylność Wałęsy? Jeśliby tak zrobił, Jacek Kuroń
pierwszy oskarżyłby szefa MSW o stosowanie podwójnych
standardów i próbę zniszczenia teczkami lewicy przy
ochronie prawicy. „Gazety Wyborczej” zapewne nikt nie
przebiłby w opisywaniu kontaktów Wałęsy i
Chrzanowskiego z bezpieką. Nie byłoby żadnej taryfy
ulgowej dla obu polityków.
Tak jak liczni dziennikarze wyrażali wtedy oburzenie
rzuceniem cienia na zasłużonego marszałka Sejmu, tak
przy odwrotnym scenariuszu demonstrowaliby porażenie
faktem, że stary profesor „ukrywał pewne epizody z
przeszłości”. Czy profesor Chrzanowski nie miał
argumentów, przy pomocy których mógłby wyjaśnić swoje
kontakty z bezpieką? Miał, jak najbardziej, ale właśnie
szczególnie dlatego powinien był poprzeć lustrację,
udzielić wyjaśnień przed komisją Adama Strzembosza,
zamiast ulegać histerii wytworzonej przez Belweder i
antypatii do Macierewicza, w którym zawsze widział tylko
ukrytego KOR-owca.
Czy mimo to próba lustracji była potrzebna? W mojej
opinii tak. Pokazała, jak bardzo Wałęsa jest już po stronie
obozu Okrągłego Stołu i jak mocno uzależniony jest od
Wachowskiego i koterii postesbeckiej. Bez szoku nocy
czerwcowej światła dziennego nie ujrzałaby sytuacja
niejawnych ograniczeń wynikających z Okrągłego Stołu.
Bez szoku 4 czerwca nie wyłoniłaby się generacja młodych
polityków i publicystów, którzy zrozumieli, jak bardzo III
RP rządzą niejawne mechanizmy.
A co stało się z tymi, którzy z lekcji czerwca 1992 roku
nie mieli ochoty wyciągać wniosków? Klątwa nocnej
zmiany dotknęła licznych uczestników zmowy, którą
ukartował Wałęsa.
Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe po pewnym
czasie rozmyło się w bezideowości, a udział Stefana
Niesiołowskiego w tym ponurym widowisku poprowadził
go z czasem do Platformy Obywatelskiej.
Konfederacja Polski Niepodległej straciła
niepodległościową duszę i zniknęła wkrótce z polskiej
polityki. Leszek Moczulski odnajdzie się potem w roli
doktoranta Akademii Humanistycznej w Pułtusku, gdzie
jego promotorem będzie sam Bronisław Geremek. W 2004
roku Moczulski będzie świętować akces Polski do Unii
Europejskiej na dworze prezydenta Kwaśniewskiego.
Mazowiecki zostanie wypchnięty z fotela szefa swojej
partii (Unii Demokratycznej przekształconej po połączeniu
z KLD w Unię Wolności) trzy lata potem.
Gil, Łączkowski i Janowski znikną w tłumie
politycznych outsiderów jeszcze szybciej.
Tylko Pawlak i Tusk nauczyli się tamtej nocy cynizmu i
bezwzględności, które uczynią z nich w 2007 roku
sprawnych likwidatorów idei IV RP. Notabene z takim
samym błogosławieństwem Wałęsy. To, że 13 lat później,
czyli w czasie kampanii prezydenckiej roku 2005, lider
Platformy mówił, iż gabinet Olszewskiego trzeba było
obalić, bo słabo rządził i był obciążeniem dla Polski,
zapowiadało, że nie dojdzie do koalicji PO-PiS po
odbywających się w tamtym czasie wyborach
parlamentarnych. I jeśli Tusk wyciągnął jakieś wnioski z
wydarzeń 1992 roku, to poprzez powielenie ówczesnej
kampanii nienawiści i wrogości, jaką rozpętano w Sejmie, i
wskrzeszenie jej w latach 2005-2010, a także później.
Pierwsze próby działania przemysłu nienawiści
odbywały się w 1992 roku i w okresie po obaleniu rządu
Olszewskiego. Wtedy też specjalnie powołana komisja
sejmowa Jerzego Ciemniewskiego miała udaremnić
rzekomą próbę zamachu stanu, ale podobnie jak komisja
do spraw domniemanych nacisków wywieranych przez
Zbigniewa Ziobrę, nie była w stanie niczego znaleźć.
***
Niedługo po 4 czerwca zaczęła się inwigilacja
prawicowej opozycji. Wtedy też Jan Rokita z ówczesnej
Unii Demokratycznej zaczął używać określenia „opozycja
antypaństwowa”, które dziś występuje w postaci tezy
Platformy Obywatelskiej o PiS jako partii antysystemowej.
Liczni intelektualiści gotowi byli zaakceptować łamanie
zasad demokracji, byleby tylko „straszna prawica” była
trzymana odpowiednio daleko od władzy. Wyłoniła się
praktyka wykorzystywania intelektualistów do tworzenia
atmosfery zagrożenia państwa. Jej symbolem był wiersz
Wisławy Szymborskiej „Nienawiść” na pierwszej stronie
„Gazety Wyborczej”. Ilustruje on dobrze aurę politycznego
linczu na rządzie Olszewskiego.
Donald Tusk, tak aktywny w czasie nocnej zmowy u
Wałęsy, przeszedł wówczas pomyślny test na idealnego
polityka III RP. Salon mu tego nie zapomniał i być może
dzięki temu tak łatwo przeniesiono poparcie z dawnej Unii
Wolności na Platformę Obywatelską jako partię gwarancji
ładu okrągłostołowego. W tym sensie Tuskowa „polityka
miłości” narodziła się 4 czerwca 1992 roku.
Ale ten polityczny show miał słoną cenę. Wspólnota
interesów polityków postsolidarnościowych i
postkomunistów okazała się silniejsza od dawnej wspólnoty
życiorysów działaczy „Solidarności”. Jeśli dawny duch
ruchu „Solidarności” z lat 1980-1981 umarł ostatecznie, to
właśnie tamtej nocy. Nie minie rok i trzy miesiące od tego
dziwacznego aliansu, gdy postkomuniści już w pojedynkę
przejmą władzę nad Polską. To nie był przypadek. Skoro
politycy solidarnościowi wykazali, że nie potrafią rozliczyć
się ze swoją przeszłością, prysnął główny atut dawnej
opozycji — czynnik prawdy w polityce. 4 czerwca 1992
roku zaczął się też schyłek prezydentury Lecha Wałęsy.
Choć z pozoru to on był wielkim zwycięzcą i demiurgiem
tamtych wydarzeń.
5 czerwca 1992 roku Lech Wałęsa mógł być z siebie
zadowolony. Jeszcze 24 godziny wcześniej — niepewny, w
jakim kierunku pójdą sprawy — gotowy był w wycofanej
potem z PAP depeszy przyznać się do „podpisania trzech
albo czterech dokumentów”. Jak już wskazywaliśmy, to
zapewne Wachowski przekonał go do tego, że „koalicja
strachu” złożona z polityków zaniepokojonych ujawnieniem
ich teczek jest silniejsza od rządu Jana Olszewskiego.
Przeforsowany w nocy z 4 na 5 czerwca nowy premier
Waldemar Pawlak wydawał się Wałęsie idealnym
nawiązaniem do koncepcji „premiera zderzaka”.
Doświadczony w politycznych grach prezydent miał prawo
lekceważyć zaledwie 33-letniego lidera ludowców, a pełna
gotowość Pawlaka do opanowania MSW otwierała Wałęsie
drogę do żądania przekazania do wglądu do Belwederu
dokumentów TW „Bolka”.
Kiedy Pawlak objął Urząd Rady Ministrów, do
Belwederu zaczęły szybko przychodzić informacje, że ekipa
ludowców, z którą on przybył, wykazuje się
nieprawdopodobną żarłocznością. A jego pozycja była
słabsza, niż można się było tego spodziewać. Koalicja,
która poparła Pawlaka w głosowaniu na premiera, była
stosunkowo szeroka: od UD i KLD po Solidarność Pracy i
SLD. Ale miała ona charakter wyłącznie zadaniowy. Jej
celem było tylko „niewpuszczenie ludzi Macierewicza do
biur”.
W pierwszych dniach po obaleniu rządu Olszewskiego
politycy „koalicji strachu” skwapliwie skorzystali z okazji,
aby w gmachu MSW przeglądać swoje akta. Jak można się
domyślać, paść mogły solenne obietnice nowego szefa
MSW, Andrzeja Milczanowskiego, że dokumenty zostaną
raz na zawsze głęboko schowane. Wtedy nastrój lęku,
który jednoczył partie popierające Pawlaka, szybko
wyparował.
Wałęsa wykorzystał przewrót do wstawienia na nowo
na stanowisko prezesa Radiokomitetu Janusza Zaorskiego
w miejsce usuniętego nominata Olszewskiego, Zbigniewa
Romaszewskiego.
„Gdy minie burza, śmiej się ze świętego” — mówi
cyniczne włoskie przysłowie. Tak samo było z Pawlakiem.
Im więcej mijało czasu od jego wyboru na premiera, tym
jaśniejsze było to, że nie udaje się stworzyć silnej i
stabilnej koalicji, która byłaby podstawą jego rządu.
Wałęsa chciał premiera Pawlaka, ale nie chciał wejścia do
gry SLD, a zbyt wielu kandydatów do koalicji nie było.
Unia Demokratyczna, a szczególnie jej konserwatywna
część, zaczęła po cichu wstydzić się poparcia dla Pawlaka,
którego uważano za postkomunistę, choć nie tak
zhańbionego jak politycy SLD. Z kolei KPN zaczął
pokazywać różki, domagając się wywrócenia
dotychczasowych zasad budowania budżetu, korekt w
procesie prywatyzacji, a nawet „zmian metod określania
kursu walut”. Wreszcie ZChN zdecydowanie odrzucał
Pawlaka. W rezultacie coraz więcej wskazywało na to, że
Pawlak to gwiazda krótkiego politycznego sezonu.
Wałęsa mimo wszystko próbował do samego końca
skleić koalicję z PSL, Unii Demokratycznej, KLD i
Polskiego Programu Gospodarczego. 3 lipca na spotkaniu z
prezydentem Bronisław Geremek jasno oświadczył
Wałęsie, że koalicja wokół Pawlaka nie ma szans na
powstanie. Unia Demokratyczna miała jeszcze mniej
ochoty na kolejną koncepcję Wałęsy, czyli rząd
prezydencki. Politycy UD byli sojusznikami Wałęsy przy
torpedowaniu lustracji, ale nie zamierzali tolerować
premiera Pawlaka, którego uważali za politycznego
parweniusza. W tej sytuacji doszło do zakulisowych
rozmów Geremka ze Stefanem Niesiołowskim, w trakcie
których pojawiła się kandydatura Hanny Suchockiej.
Ta, wówczas 46-letnia, wielkopolanka zaliczana do
konserwatywnego skrzydła Unii Demokratycznej była
wystarczająco katolicka, by zyskać akceptację ZChN. Co
prawda w latach 80. dość długo była posłanką Stronnictwa
Demokratycznego — satelickiej partii u boku PZPR, ale w
1984 roku opuściła to marionetkowe ugrupowanie i w
końcu lat 80. wykładała na Katolickim Uniwersytecie
Lubelskim. Co zabawne, decyzję o tym, że Suchocka będzie
premierem, podjęto za jej plecami i zaskoczona
dowiedziała się ona o tym dopiero po powrocie z podróży
zagranicznej. Wałęsa długo starał się nie dopuścić do tego
rozwiązania, ale po porażce z Pawlakiem zrozumiał, że
pole jego politycznego działania jest już ograniczone.
Zauważył jednak, że Suchocka to mimo wszystko
polityczny średniak, bez większych ambicji i
doświadczenia. Złośliwi twierdzili, że w ogóle nie
nadawałaby się ona do pełnienia swojej funkcji, gdyby u
swego boku nie miała ambitnego Jana Rokity, który został
w jej rządzie szefem Urzędu Rady Ministrów. Gospodarz
Belwederu mógł też z satysfakcją patrzeć na obsadę
stanowisk wicepremierów. Byli to Henryk Goryszewski z
ZChN i Paweł Łączkowski z zapomnianej dziś już Partii
Chrześcijańskich Demokratów, obaj podchodzący z
nabożną czcią do Wałęsy. Pani premier, jako urodzona
legalistka, uznała wszechwładzę prezydenta nad MSZ i
MSW, które objęli Krzysztof Skubiszewski i Andrzej
Milczanowski.
Rząd Suchockiej był rządem słabym, pozostającym w
cieniu Lecha Wałęsy. Od początku stanowił sztuczną
kreację, w ramach której współistnienie obok siebie ZChN
i Unii Demokratycznej było łączeniem ognia z wodą. Dla
Wałęsy ważne było, aby nowy gabinet stał się partnerem w
akcji ograniczania wpływów opozycji prolustracyjnej. Po
półrocznym szoku wywołanym obaleniem rządu
Olszewskiego wyłoniły się dwa silne ośrodki kontestacji
polityki Wałęsy, skupione wokół PC i Jarosława
Kaczyńskiego oraz Jana Olszewskiego i Ruchu dla
Rzeczpospolitej.
Dla mnie lato i jesień 1992 roku były okresem
rozliczenia się z prezydenturą Wałęsy w postaci książki
„Lewy czerwcowy”. Razem z Jackiem Kurskim, wówczas
jeszcze dziennikarzem — przeprowadziliśmy między lipcem
a wrześniem 1992 roku serię wywiadów z Jarosławem
Kaczyńskim i ministrami w rządzie Jana Olszewskiego:
Janem Parysem, Antonim Macierewiczem, Adamem
Glapińskim i Grzegorzem Kostrzewą-Zorbasem, zastępcą
ministra Krzysztofa Skubiszewskiego w MSZ.
Książka ta — zarówno wtedy, jak i później — bywała
przedstawiana jako polityczna bomba, zaplanowana przez
polityków prawicy jako sygnał do politycznej ofensywy
przeciw Wałęsie. Było zupełnie na odwrót. Postanowiliśmy
z Jackiem Kurskim napisać tę książkę, gdyż męczyła nas
niezdolność prawicy antywałęsowskiej do spójnego
przedstawienia swojej wersji wydarzeń. Zarówno
Olszewski, jak i Jarosław Kaczyński nie potrafili dotrzeć do
Polaków ze swoją analizą matamorfozy Wałęsy. „Lewy
czerwcowy” był też odreagowaniem aury wszechobecnego
kłamstwa na temat prób reform w MSW, MSZ i MON i
przebiegu „nocy czerwcowej”.
Dopiero gdy książka ukazała się na rynku w styczniu
1993 roku — elektorat Wałęsy zrozumiał w pełni, jak
bardzo prezydent odszedł od programu „przyspieszenia”.
Dopiero szok wywołany lekturą książki przyczynił się do
politycznej mobilizacji zwolenników prawicy. Jednocześnie
na „Lewego czerwcowego” spadły anatemy obrońców III
RP. Waldemar Kuczyński grzmiał wówczas w „Życiu
Warszawy”: „Polskie piekło doczekało się swojej biblii”.
Falę oburzenia na politykę Belwederu postanowił
wykorzystać Jarosław Kaczyński. Na wiecu 22 stycznia
1993 roku w Auditorium Maximum Uniwersytetu
Warszawskiego lider Porozumienia Centrum rzucił hasło:
„Polsko, czas na zmiany”. 29 stycznia z centrum Warszawy
pod Belweder przeszedł wielotysięczny marsz zwolenników
lustracji — skandowano na nim: „Bolek, do Moskwy!”. Pod
Belwederem doszło do słynnego potem spalenia kukły
„Bolka”. Dziś można powiedzieć, że tego typu incydenty,
choć drastyczne, mieszczą się w logice demonstracji
politycznych. Wówczas jednak incydent ten posłużył do
odgrzania antyprawicowej histerii z nocy czerwcowej i
ogłoszenia zagrożenia bezpieczeństwa państwa.
Bardzo szybko pod wpływem oburzenia na „radykalne
wystąpienia” Jan Rokita sformułował tezę o pojawieniu się
„opozycji antypaństwowej”. Dziś już wiadomo, że efektem
takich poglądów mogły być działania UOP i — jak można
się domyślać — Wojskowych Służb Informacyjnych
przeciwko prawicowej opozycji. Ich symbolem była słynna
instrukcja 0015, która nakazywała inwigilację prawicy. Jej
autor, Piotr Niemczyk, opracował ją w 1992 roku jeszcze
jako dyrektor Biura Analiz i Informacji Urzędu Ochrony
Państwa. Potem, w latach 1993-1994, awansuje na
zastępcę dyrektora Zarządu Wywiadu UOP. Niemczyk
będzie później intensywnie zaprzeczał, aby instrukcja
miała na celu śledzenie legalnych partii politycznych. W
dziwnym świetle stawia te twierdzenia fakt, że w 1993
roku Wałęsa odznaczył go Srebrnym Krzyżem Zasługi. Za
co otrzymał to odznaczenie oficer o bardzo krótkim, bo
trzyletnim, stażu służby?
W latach 1992-1993 dochodziło też do szeregu
dziwnych incydentów, które dotykały opozycję. Takich jak
do dziś niewyjaśnione włamania do redakcji „Gazety
Polskiej”, przecinanie opon politykom prawicy czy wreszcie
akcje rozpowszechniania dyskredytujących informacji na
ich temat. Wyraźnie widać było, że Wałęsa i jego otoczenie
uzyskali dostęp do materiałów SB na temat Jarosława
Kaczyńskiego. Być może z tego powodu prezydent
zapraszał w lekceważącym tonie lidera PC na jedną z
imprez wraz z mężem, co można kojarzyć z notatkami
oficerów SB dywagujących, czy stan kawalerski lidera PC
nie wynika z jego domniemanego homoseksualizmu.
Wreszcie inspiracji Wałęsy można się dopatrywać w
brutalnym rozgonieniu 4 czerwca 1993 roku przez policję
demonstracji w pierwszą rocznicę „nocy teczek”. W noc
poprzedzającą demonstrację funkcjonariusze UOP na
polecenie ówczesnego szefa kontrwywiadu UOP
Konstantego Miodowicza usuwali plakaty nawołujące do
udziału w demonstracji oraz zatrzymywali rozlepiających je
zwolenników prawicy. W gabinecie szefa UOP działał
wówczas specjalny Zespół Inspekcyjno-Operacyjny
kierowany przez pułkownika Jana Lesiaka. Wiele wskazuje
na to, że to właśnie on prowadził tak zwane działania
dezintegracyjne, których ofiarami padali politycy
Porozumienia Centrum, Ruchu dla Rzeczypospolitej i
Ruchu Trzeciej Rzeczypospolitej (Jana Parysa). W
atmosferze całkowitej pogardy dla prawa, która cechowała
epokę rządu Suchockiej, możliwe wydają się pogłoski o
planach rewizji, a nawet aresztowań najważniejszych
działaczy opozycyjnej prawicy. Gdy w 1997 roku wszczęto
w tej sprawie śledztwo, umorzyła je osoba najbardziej
zainteresowana niegrzebaniem w brudnych sprawkach
tamtych lat, czyli Hanna Suchocka, pełniąca wtedy funkcję
ministra sprawiedliwości.
Innym przykładem atmosfery przyzwolenia na
wykorzystywanie prawa do prześladowania opozycji było
aresztowanie 26 lutego 1993 roku, w wyniku akcji oficerów
UOP, Wojciecha Dobrzyńskiego, szefa biura
parlamentarnego PC. Formalnym powodem było
oskarżenie o przyjęcie przez niego w 1992 roku „korzyści
majątkowej” od firmy Horn. Dobrzyński miał rzekomo
załatwiać tej firmie koncesję na import paliw, ale
faktycznie chodzić mogło o zmuszenie go za pomocą tak
zwanego aresztu wydobywczego do obciążenia
kierownictwa Porozumienia Centrum. Sprawa nagłośniona
została przez media nie jako przypadek ataku władzy na
opozycję, ale jako dowód podejrzanych interesów wśród
polityków PC. Wałęsa patronował też wielu działaniom,
które trudno określić inaczej jak wykorzystywanie władzy
w okresie rządów wyraźnie bojącej się go Suchockiej.
Obóz III RP lubi od pewnego czasu twierdzić, że
śledztwa prokuratury i proces Lesiaka z pierwszych lat XXI
wieku nie wykazały istnienia faktu inwigilacji prawicy. Ale
Bogdan Borusewicz, który popierał gabinet Suchockiej,
potwierdzał w 2006 roku, że inwigilacja była. Mówi o tym
w rozmowie rzece:
„— Za rządów Suchockiej były informacje, że UOP
zajmuje się legalnymi partiami, inwigiluje prawicę,
Kaczyńskich. Powiedziałem wówczas Milczanowskiemu, że
jeśli wydaje takie polecenia, to poprę wniosek, żeby stanął
przed Trybunałem Stanu. Zaprzeczył. A później okazało
się, że istniała specjalna komórka do nadzwyczajnych
poruczeń, pułkownika Lesiaka, podlegająca ministrowi,
która zajmowała się nie tylko Kaczyńskimi, lecz także
wcześniej Waldemarem Pawlakiem, jego życiem
prywatnym. Miała możliwości prowadzenia pracy
agenturalnej, chociaż takie uprawnienia przysługują tylko
niektórym, ściśle określonym wydziałom. W tej komórce
pracowało dwanaście osób — starzy esbecy i młodzi
chłopcy z późniejszego zaciągu. Miałem wcześniej
informacje o tej grupie, ale nie przypuszczałem, że właśnie
tym się zajmuje.
— Wałęsa twierdził, że nie ma realnej władzy,
dopominał się o system prezydencki. I umacniał kontrolę
nad resortami tak zwanymi prezydenckimi: MSW, MON,
MSZ.
— Miał bardzo dużo władzy” (za Edmund Szczesiak,
„Borusewicz. Jak runął mur”).
Charakterystyczna wówczas była aura zakłamania,
jaka towarzyszyła politykom Unii Demokratycznej i reszty
ugrupowań rządu Suchockiej w stosunku do skarg na
inwigilację PC i ugrupowania Jana Olszewskiego.
Publicysta Piotr Zaremba, który wówczas jako dziennikarz
„Życia Warszawy” przemierzał sejmowe korytarze,
wspomina:
„Pamiętam atmosferę 1993 roku, kiedy zawartość szafy
Lesiaka nie była jeszcze znana. Niektórzy politycy koalicji
rządowej przychodzili wtedy do polityków PC, ostrzegając:
oni was zniszczą. Panująca w tamtym Sejmie obsesja na
punkcie podsłuchów wskazywała na to, że po różnych
stronach sceny była świadomość kruchej natury polskiej
demokracji. Te zagrożenia łączono szeptem z Wałęsowskim
ośrodkiem władzy. Kiedy w kwietniu 1993 roku budynek
Sejmu był oblegany przez działaczy Samoobrony pod
wodzą Andrzeja Leppera, pewien znany polityk UD
zdenerwował się w mojej obecności, że to z pewnością
Milczanowski na polecenie Wałęsy nie broni Sejmu” (Piotr
Zaremba, „O jednym takim”).
Scena odmalowana przez Zarembę pokazuje
schizofrenię w relacjach między Belwederem a koalicją
rządu Suchockiej. Oficjalnie obowiązywał dogmat, że
bracia Kaczyńscy to siła antypaństwowa, ale ci, którzy
obserwowali, co Wałęsa wyrabia z prawicą, zaczęli się bać
skutków wszechwładzy najsłynniejszego elektryka świata.
Głównym narzędziem tej wszechwładzy był ślepo
posłuszny prezydentowi Andrzej Milczanowski, który
zaskakująco silnie utożsamił się z post-PRL-owskim
dziedzictwem resortu. Dziwaczna metamorfoza dawnego
solidarnościowego adwokata, a wcześniej prokuratora ze
Szczecina w silnego człowieka MSW z nadania Wałęsy była
przygnębiającym widowiskiem. Symbolem tego była
odmowa Milczanowskiego, aby odtajnić dokumenty SB na
temat okoliczności śmierci Stanisława Pyjasa.
Mając na czele MSW kogoś takiego, pewny swej
wszechwładzy Wałęsa pozwalał sobie na bardzo wiele.
Niedługo po tym, jak Milczanowski objął swoje stanowisko,
z sejfu szefa UOP Piotra Naimskiego zabrano akta TW
„Bolka”. Wpierw do oględzin przez komisję
Ciemniewskiego, a potem dwukrotnie przekazano je do rąk
samego Wałęsy. Akta powróciły potem do archiwów UOP
bez licznych dokumentów. Nasuwa się przypuszczenie, że
prezydent po prostu je sobie zabrał. To on odpowiadał za
ich zwrócenie do UOP w nienaruszonym stanie.
Dodatkowo Wałęsa nie zapomniał zemścić się na
kapitanie Adamie Hodyszu, szefie gdańskiej delegatury
UOP — człowieku, którego uznał za kogoś, kto przekazał
akta „Bolka” do lustracyjnego zespołu Macierewicza.
Hodysz został odwołany po obaleniu Olszewskiego na
wniosek prezydenta. Co charakterystyczne, Wałęsa z
lubością podkreślał, że skoro zdradził on SB, to nie jest
godny zaufania. W ustach polityka, który twierdził
wcześniej, że „bez pomocy Hodysza gdańska opozycja
byłaby ślepa” — dyskretnie informował on opozycjonistów
o planowanych akcjach SB — była to wyjątkowa perfidia.
Bardzo ciekawa i dająca do myślenia była też operacja
przekazania później do Belwederu przez szefa UOP
Gromosława Czempińskiego dużej liczby mikrofilmów
zawierających akta dawnej SB, które jego podwładni zajęli
w czasie rewizji u byłego majora SB Jerzego
Frączkowskiego. Dokumenty, które znaleziono u
Frączkowskiego, opisywały Bogdana Borusewicza, Lecha
Kaczyńskiego i Bogdana Lisa. Wałęsa nigdy tych
dokumentów na swój temat nie zwrócił i można
podejrzewać, że do dzisiaj jest w ich posiadaniu. Według
Krzysztofa Wyszkowskiego prezydent był ponadto
zainteresowany dokumentami z archiwów SB, jakie UOP
skonfiskował jednemu z byłych pracowników bezpieki,
który przetrzymywał je w domu. Według Wyszkowskiego
dokumenty te zwróciły uwagę prezydenta jako potencjalne
źródło haków na swoich politycznych przeciwników.
Co ciekawe, wyszabrowanie dokumentów TW „Bolka”
nie tylko nie uspokoiło Wałęsy, ale wręcz nasiliło
wygłaszanie w kolejnych wywiadach coraz to nowych
wersji na temat swojego epizodu z grudnia 1970 roku i
wydarzeń 4 czerwca 1992.
W wywiadzie dla „Życia Warszawy” z 5-6 września
1992 roku prezydent mówił: „Kto walczył, czy to robotnik
jak ja, czy inteligent, wpadał w objęcia czerwonych, czyli
komuny i bezpieki. Jedni byli czyści i twardzi i wychodzili z
tego bezwzględnego starcia czyści i twardzi. Inni
kombinowali, żeby przechytrzyć. Różnie ludzie postępowali
(...). Ale chcieli walczyć. Czasem w konfrontacji z bezpieką
popełniali błędy. Teczki założono tylko na tych, których
bezpieka uważała za przeciwników, a nie na takich, którzy
zachowywali się biernie”. Wałęsa rytualnie deklarował, że
jest zwolennikiem lustracji, ale takiej, „aby miała sens i
dała odpowiedź na wszystkie pytania”.
Nawet z tych chaotycznych wywiadów prezydenta
wyziera cały czas jego wręcz obsesja na punkcie
pozyskania dokumentów SB na swój temat. Wałęsa z
premedytacją mieszał pojęcie teczki zakładanej w celu
zbierania informacji o opozycjonistach z teczkami, w
których zbierano materiały uzyskane od konfidentów. Stąd
powtarzana w nieskończoność jego teza, że tylko na tych,
którzy nic nie robili, nie zakładano teczek. Ale w opozycji
do tego brzmi kolejny fragment wywiadu z „Życia
Warszawy”:
„Jak mnie oszukał minister Macierewicz. Ja mu mimo
wszystko do końca wierzyłem, za każdym razem pytałem
się, jak tam na przykład materiały na Wałęsę.
Sprawdzałem ich poczynania, znałem przecież zawartość
mojej teczki i wiedziałem, że się na nią nikt o dobrej woli
nie nabierze. (...) A tu nagle teczka jest. I widzę, że to
zrobiono celowo, by wykonać pewien plan. Nie dlatego
[uwierzyli w agenturalność Wałęsy — przyp. P.S.], że dali
się nabrać, ale po to, by przejąć władzę. (...) I wtedy
uderzyłem zdecydowanie i wyszedłem z koncepcji, która
odbierała im wszystko i mówiła: »idźcie, chłopcy, do domu,
boście nawet to spartolili«”.
Powyższy wywód Wałęsy jest przykładem absolutnego
chaosu. Na początku przyznaje, że jakaś teczka była. Ale
była „czysta”, a potem oburza się, że Macierewicz teczkę
skądś wyciągnął.
Przypatrzmy się kolejnym tezom Wałęsy na ten temat.
W lutym 1993 roku Wałęsa uchwycił się wypowiedzi
Czesława Kiszczaka, że teczka „Bolka” została zniszczona.
Komentował to tak:
„Kiszczak, za którego czasów zniszczono
dokumentację, stwierdził po prostu, że [dokumenty na
temat Wałęsy — przyp. P.S.] zostały zniszczone. Ja
politycznie nie wierzę tamtej generalicji, ale w fakty
wierzę, bo mam dowody, że 99 proc. mojej dokumentacji
zniszczono. Został 1 proc. tego, co było przeznaczone do
walki ze mną, co miało służyć przeciwko mnie” („Polityka”,
20.02.1993).
Wreszcie w pierwszej dekadzie XXI wieku Wałęsa
zaczął się przechwalać, że odkupił dokumenty na swój
temat i udowodni światu w odpowiednim momencie swoją
niewinność. Warto zacytować fragment telewizyjnego
programu „IV władza” w TV4 z października 2006 roku, w
którym zapytałem byłego prezydenta o tę sprawę:
„— Pan prezydent wielokrotnie mówił, że kupił
dokumenty na swój temat od ubeka, który miał je zniszczyć
bodajże w papierni w Świeciu. Czy pan prezydent ma te
dokumenty, czy pan prezydent je zgłosił IPN?
— Otóż, jak się okazuje, to 75 grubych tomów
zniszczono w Świeciu, a jak się okazuje, to były w paru
miejscach na różnych spotkaniach. Przynoszą mi ludzie i
pokazują dokumenty. Tak było w Stargardzie.
— Ale pan mówił, że pan kupił je i ma pan w hotelu i
może pokazać, mówił pan dziennikarzowi.
— Oczywiście, tylko ja tak nie robię, bo wiem, że zaraz
zrobiono by rewizję i by wpadło.
— Ale tego nie wolno trzymać w domu.
— Ja nie mam w domu.
— A gdzie pan ma?
— Ja temu człowiekowi powiedziałem: zostaw, ja ci za
to zapłacę.
— Ale za co pan zapłaci?
— Za te dokumenty, które ma.
— I pan prezydent zapłacił?
— Tak jest, zapłaciłem.
— I co z tymi dokumentami pan prezydent zrobił?
— Kazałem przekazać, ale to jest jego własność, więc
ja nie mogę mu nic rozkazać. (...)
— To IPN powinien poznać te dokumenty.
— Powinien poznać, ale czy chce? Nie wiem. Jemu
wystarcza już na dziś”.
(Program „IV władza”, 18.10.2006)
Część antyniepodległościowej furii Wałęsy z lat 90.
trudno nawet dzisiaj do końca zrozumieć. Gdy w 1993 roku
pojawiła się informacja o możliwym przyjeździe Ryszarda
Kuklińskiego, pułkownika Wojska Polskiego, który
przekazywał amerykańskiej CIA informacje o planach
sowieckiej agresji na Zachód i stanu wojennego, na skutek
nacisku Belwederu wszystkie placówki graniczne
otrzymały polecenie zatrzymania go. Trzeba było dopiero
dojścia do władzy postkomunistów, którzy szukając
uznania ze strony Amerykanów, wpierw umorzyli śledztwo
przeciwko Kuklińskiemu, a potem wręcz w osobie Leszka
Millera wyrazili uznanie dla jego działalności.
Skąd brała się ta nienawiść Wałęsy do takich ludzi jak
Kukliński? Najbardziej przekonująca teoria mówiła, że
prezydent wykonywał te gesty jako dowód swojej szczerej
chęci przyciągnięcia do Belwederu grupy byłych oficerów
tajnych służb. I tu znów trudno nie postawić pytania, jaką
rolę w tym porozumieniu Wałęsy z dawnymi ubekami pełnił
Mieczysław Wachowski. Dobrym przykładem
doświadczonych pracowników PRL-owskiego wywiadu,
którzy zrobili kariery w czasach prezydentury Wałęsy, były
osoby Gromosława Czempińskiego, Wiktora Fonfary i
Henryka Jasika.
Właśnie wtedy Wałęsa nauczył się — fatalnej w
skutkach, jak się potem okazało — maniery absolutnej
pogardy dla polityków obozu solidarnościowego. Ludwik
Dorn pośrednio usprawiedliwia prezydenta, wskazując, że
ówczesna premier Hanna Suchocka sama przyzwyczaiła
Wałęsę do roli „samca alfa” w polskiej polityce.
„[Hanna Suchocka] to już absolutny brak
podmiotowości. Wyciągnięta gdzieś z tylnego szeregu,
żeby premierostwa nie potraktowała zbyt poważnie. To był
pomysł na trwałą i zupełną niepodmiotowość premiera.
Aby gdzieś na zapleczu za sznurki władzy mógł pociągać
Geremek, Mazowiecki czy Chrzanowski. No i przede
wszystkim Wałęsa, którego potwornie się bano, gdy miał
swojego premiera Bieleckiego i nie swoją premierowską
pacynkę w postaci Hanny Suchockiej. A za sznurki władzy
pociągano bez jakiejkolwiek myśli państwowej” (Ludwik
Dorn, „Anatomia władzy”).
Zwycięstwo w łonie Unii Demokratycznej frakcji
konserwatywnej z Hanną Suchocką na czele w jednej
kwestii okazało się zbawienne. Wytworzyła się atmosfera
dla przeforsowania ustawy chroniącej życie ludzkie od
chwili poczęcia. Wskutek determinacji takich
parlamentarzystów jak Marek Jurek, Anna Knysok,
Walerian Piotrowski czy Alicja Grześkowiak 7 stycznia
1993 roku Sejm uchwalił ustawę o planowaniu rodziny,
ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności
przerywania ciąży. Zakazywała ona aborcji, dopuszczając
przerwanie ciąży tylko w trzech przypadkach: gdy ciąża
stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej,
gdy badania wskazują na wysokie prawdopodobieństwo
ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu lub
nieuleczalnej choroby oraz gdy ciąża powstała w wyniku
czynu zabronionego.
Wałęsa szybko podpisał nową ustawę, pozwalając jej
wejść w życie w maksymalnie szybkim terminie. W tej
kwestii prezydenta nie trzeba było specjalnie przekonywać.
Już w 1989 roku, kiedy idea ochrony życia dopiero
wchodziła na agendę sporów politycznych, przywódca
„Solidarności” jednoznacznie deklarował się po stronie
przeciwników aborcji. Jednak wyznawał wtedy tezę, że na
ustawowy zakaz przerywania ciąży nie ma i nie będzie
długo szans. W 1989 roku Wałęsa w jednym z wywiadów
mówił:
„Jako katolik podzielam prywatnie pogląd Kościoła.
Żyją jednak w tym kraju ludzie o odmiennej świadomości.
Jest to więc problem sumienia i wyznawanej moralności.
Tego się do końca nie da regulować ustawami” („Fakty”,
27.05.1989).
Wszystko to pokazuje, jak bardzo Wałęsa potrafił
oddzielać sferę poglądów prywatnych od sfery swojej
działalności politycznej. W 1989 roku, kiedy pozycja
solidarnościowej lewicy była nieporównanie silniejsza,
wyznawał zasadę „prywatnie jestem przeciw, ale zmian w
prawie nie poprę”. Ale gdy w 1993 roku obrońcy życia
doprowadzili do uchwalenia ustawy, bez oporów ją poparł.
Być może też, tradycyjnie wyczulony na opinię Kościoła,
Wałęsa uznał, że ten gest zostanie dobrze odebrany przez
jego elektorat.
W końcu maja 1993 roku na rządzie Suchockiej
zemściło się lekceważenie NSZZ „Solidarność”.
Zniecierpliwiony ciągłym lekceważeniem ze strony rządu
związek postawił wniosek o wotum nieufności dla
gabinetu. Rząd Suchockiej 28 maja przegrał głosowanie.
Dziś opowiada się bardzo często, że jeden jedyny głos,
jakiego zabrakło koalicji rządowej, należał do byłego
ministra sprawiedliwości z ZChN Zbigniewa Dyki (zabrakło
też głosu posłanki tej samej partii Bogumiły Boby). Ale tak
naprawdę rząd ten stworzony został przez koalicję dosyć
przypadkową i miał niewiele więcej szans na przetrwanie
niż rząd Jana Olszewskiego.
Wszyscy byli przekonani, że Wałęsa będzie patronował
szukaniu możliwości wytworzenia jakiejś nowej większości
parlamentarnej. Jednak gospodarz Belwederu zdumiał
marszałka Sejmu Wiesława Chrzanowskiego, którego
poinformował, że korzysta z przepisów małej konstytucji
dających mu prawo rozwiązania parlamentu. Przez długi
czas rozmaici politycy prawicy próbowali wówczas
dodzwonić się do Wałęsy z zamiarem perswazji i
zaklinaniem, aby nie rozpisywał nowych wyborów. Ale
prezydent był zaskakująco zdeterminowany.
***
Bezwzględność Wałęsy w rozwiązaniu parlamentu 31
maja 1993 roku jeszcze wzmocniło obawy przed
Belwederem i nasiliło tendencje prawicowych partii do
trzymania się jak najdalej od najsłynniejszego elektryka.
Mściły się dawne grzechy.
Brutalna skuteczność prezydenta, z którą wciągnął on
licznych liderów partii do „koalicji strachu” służącej
obaleniu rządu Jana Olszewskiego, utkwiła głęboko w
pamięci uczestników tego politycznego linczu. Wtedy, w
noc czerwcową, wszyscy uczestnicy narady uwiecznionej w
filmie „Nocna zmiana” panicznie obawiali się lustracji i
robili, co prezydent każe. Ale gdy już „rząd przełomu”
odszedł, pojawiła się u wielu polityków nieprzyjemna myśl:
a co jeśli Wałęsa okaże w przyszłości równą bezwzględność
wobec nas? Prezesi prawicowych partyjek, owszem, liczyli
się z Wałęsą, nie zadzierali z wszechmocnym Wachowskim,
ale zaczęli Belwederu unikać.
Czując wzrost siły postkomunistów, prezydent sięgnął
po pomysł szerokiego bloku politycznego na rzecz reform,
który umocniłby jego rolę tresera sfory skłóconych partii.
Ale jak zwykle w wypadku Wałęsy, w jego głowie mieszała
się idea koalicji partii solidarnościowych takich jak Unia
Demokratyczna i ZChN, które były filarami rządu
Suchockiej, z jakimś szerszym ruchem quasi-
pracowniczym, który zastąpiłby zbyt niezależny jak na gust
prezydenta NSZZ „Solidarność”.
Zalążkiem tych pomysłów było stworzenie 26 marca
1993 roku na spotkaniu w Zdzieszowicach Bezpartyjnego
Forum na rzecz Reform. To początkowo raczej związkowe
gremium oparte było na tak zwanej Sieci, czyli strukturze
poziomej fabrycznych organizacji „Solidarności” z
największych zakładów Polski. Jak pisze historyk Antoni
Dudek:
„Powołanie Forum miało istotny wpływ na decyzję
prezydenta o rozwiązaniu parlamentu. Wałęsa liczył
bowiem, że stworzona pod patronatem Belwederu
organizacja wygra wybory, zdobywając — jak sam
stwierdził — czterysta (!) mandatów. Jednak szybko
okazało się, że do utworzenia ostatecznie w czerwcu
Bezpartyjnego Bloku Wspierania Reform (BBWR) nie
zamierza się przyłączyć, mimo zachęt prezydenta — żadna
z partii współtworzących gabinet Suchockiej”.
Jan Rokita przekonująco tłumaczy, że w Unii
Demokratycznej zwyciężyły obawy jej lidera Tadeusza
Mazowieckiego, który bał się, że Hanna Suchocka jako
„twarz” takiego bloku zbyt szybko wyrośnie na jego lidera.
Z kolei Wiesław Chrzanowski, prezes ZChN, wolał
inicjatywę arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego, który w
lipcu 1993 roku doprowadził do stworzenia bloku
chrześcijańskiej prawicy pod nazwą Katolicki Komitet
Wyborczy „Ojczyzna”.
W obu wypadkach jednak w tle niechęci
Mazowieckiego i Chrzanowskiego był lęk przed
instrumentalnym wykorzystaniem ich partii przez
gospodarza Belwederu. Liderzy UD i ZChN, ludzie o dużej
kulturze osobistej, z niechęcią i obawą patrzyli na
belwederski „straszny dwór”, mający twarz
Wachowskiego. Nigdy nie zapomnę jednego z polityków
UD, który w kuluarach Sejmu skarżył się, że po rozmowach
z wszechwładnym ministrem stanu ma ochotę wziąć
prysznic, żeby zmyć z siebie aurę cynizmu i wulgarności.
Wałęsa, urażony odmową Chrzanowskiego i
Mazowieckiego, dał zielone światło swoim ludziom, aby
tworzyli „coś własnego”. Ale mistrzowie intryg z otoczenia
Wałęsy nie byli równie sprawni w budowaniu partii
politycznych.
Potem Wałęsa tak opisywał swój pomysł:
„Z początku myślałem, że pójdą ze sobą razem Unia i
liberałowie, przyciągając do siebie inne partie koalicji. (...)
Gdy tę propozycję odrzucono, przewidziałem, jakie mogą
być wyniki wyborów i próbowałem ratować sprawę. Tak
powstał BBWR”. Wałęsa z typowym dla siebie
lekceważeniem dla ludzi, którzy mu zaufali i stworzyli
BBWR, mówił w 1994 roku: „Ja nie miałem zbyt wielu
dobrych ludzi do BBWR, bo co lepsi już byli w UD i innych
partiach. Liczyłem na to, że dojdzie mi trochę chrześcijan,
a tu biskup [Gocłowski — przyp. P.S.] mi ich zabiera i ja
zostaję właściwie bez ludzi, a ci, którzy są, nie są
przygotowani” („Polityka”, 2.04.1994).
Ta przegrana rozgrywka o powstanie bloku reform
pokazywała, jak słaby był Wałęsa w politycznej grze, gdy
nie miał wokół siebie takich doradców jak Bronisław
Geremek czy potem Jarosław i Lech Kaczyńscy. Już sama
dziwaczność wybranej nazwy — Bezpartyjny Blok
Wspierania Reform — pokazywała, jak oderwani od życia
są ludzie z otoczenia prezydenta. BBWR była nazwą
kojarząca się z brutalnym autorytaryzmem Piłsudskiego
przełomu lat 20. i 30. i doskonale komponowała się z
plotkami o pomysłach gospodarza Belwederu, aby
stworzyć Gwardię Prezydencką — specjalne oddziały
quasi-wojskowe, które mogłyby na jedno skinięcie Wałęsy
(albo Wachowskiego) zorganizować na przykład zamach
stanu i rozwiązanie parlamentu.
Uparta plotka wskazywała na Andrzeja Zakrzewskiego,
ministra stanu w kancelarii Wałęsy i miłośnika historii II
RP, jako autora pomysłu na nazwę BBWR. Jednak sam ten
fakt pokazywał, że w otoczeniu Wałęsy nie było już speców
od public relations, tylko ekscentryczni historycy.
W rezultacie BBWR w czerwcu 1993 roku zaczęła
tworzyć druga liga polityków prawicy: Andrzej Gąsienica-
Makowski, Jerzy Gwiżdż, Jerzy Eysymontt czy najbardziej
znany, ale kiepski w polityce, ceniony chirurg Zbigniew
Religa. W tym samym czasie Wałęsa po cichu patronował
tworzeniu własnego pisma („Dziennika Krajowego”) na
wzór „Gazety Wyborczej”, którego szefem miał być Adam
Kinaszewski. Miało ono zapewnić sukces BBWR w
kampanii, ale okazało się niewypałem.
Dziś trudno zrozumieć, jakie były przyczyny tak
wyraźnego pędu Wałęsy do nowych wyborów. Trudno
znaleźć inną odpowiedź niż ta, że uwierzył on we własną
potęgę. Zakładał, że nowa partia prezydencka o dziwacznej
nazwie wzorowanej na partii z czasów rządów Piłsudskiego
wygra wybory i da Wałęsie wreszcie absolutną dominację
nad sceną polityczną. Kampania wyborcza w 1993 roku
odbywała się znów pod znakiem ogromnego rozdrobnienia
sił politycznych. Ukrytą pułapką na prawicę było
wprowadzenie progu 5 proc., a w wypadku koalicji
wyborczych — 8 proc. Do dziś zdumiewa pewność siebie
Wiesława Chrzanowskiego — przekonanego, że jego KKW
„Ojczyzna” z ZChN na czele przejdzie tak wysoki próg
zarezerwowany dla koalicji wyborczych. Równie pewny
swego sukcesu był Olszewski, który szedł osobno na czele
własnego bloku, w opozycji do PC braci Kaczyńskich.
To spowodowało, że w wyborach 19 września 1993
roku rozdrobniona prawica przegrała z dwoma dużymi
ugrupowaniami postkomunistycznymi: Sojuszem Lewicy
Demokratycznej i Polskim Stronnictwem Ludowym. Oprócz
tych dwóch partii do Sejmu weszły jeszcze: Unia
Demokratyczna, Unia Pracy, KPN, BBWR i mniejszość
niemiecka. Prawie cała prawica z Katolickim Komitetem
Wyborczym „Ojczyzna”, „Solidarnością”, Porozumieniem
Centrum, Kongresem Liberalno-Demokratycznym, UPR,
Koalicją dla Rzeczpospolitej Jana Olszewskiego i
Porozumieniem Ludowym znalazła się poza parlamentem.
Jeśli Wałęsa liczył, że jego autorytet wykreuje sukces
BBWR, to otrzymał zimny prysznic. Blok zdobył zaledwie
5,41 proc. głosów, wprowadzając do Sejmu tylko 16
posłów. Tak się okazało, że Wałęsa roztrwonił czas
pierwszych trzech lat swojej prezydentury, w których z
dużą dozą makiawelizmu grał na rozbicie prawicy tak, aby
pozostać ciągłym hegemonem polskiej sceny politycznej.
Gdy wreszcie zdecydował się na tworzenie „partii
prezydenckiej”, zdobyła ona poparcie niecałych 747 tys.
Polaków. Było to poważne ostrzeżenie dla Wałęsy przed
wyłaniającymi się już na horyzoncie wyborami
prezydenckimi w 1995 roku. Czas pokaże, że Wałęsa to
ostatnie ostrzeżenie przed skutkami swojego politycznego
egoizmu całkowicie zlekceważy.
Dla uważnych obserwatorów polskiej sceny politycznej
stało się jasne, że Wałęsa zmarnował szansę na stworzenie
silnej partii prezydenckiej na kształt francuskich
gaullistów. Ludwik Dorn twierdzi, że prezydent, nawet
gdyby chciał, był do tego niezdolny.
„Dla Wałęsy miarą oceny wszystkich zjawisk był sam
Wałęsa. W tym świecie nie mieścił się podział na władcę —
Wałęsę, i barona — na przykład Jarosława Kaczyńskiego.
Nie mieścił się, bo baronowie mają swoje baronie. A na
dworze Wałęsy — miał być on jedynym dostawcą
przywilejów dla ludzi, którzy mieli być wyłącznie
politycznymi singlami. Dlatego w ciągu 1991 roku Wałęsa
wiele razy dawał do zrozumienia Kaczyńskiemu, by nie
łudził się, że Porozumienie Centrum stanie się partią
prezydencką. »Ty tak, ale twoja partia nie« — mówił
prezydent swojemu szefowi kancelarii. W logice Wałęsy
polityk miał być zachwycony wizją, w której znajduje się w
pewnej puli ludzi wokół władcy, w której jak w bębnie
maszyny losującej kolejni »premierzy zderzaki« dostają
swoje pięć minut władzy, ale w zamian muszą bez słowa
protestu posunąć się, gdy nadchodzi czas kolejnego
faworyta Wałęsy. Oczywiście w ten sposób nie można
utworzyć obozu władzy. Ironia losu polega na tym, że
Wałęsa, wybierając taki wygodniejszy dla siebie model
swoich relacji z podwładnymi, nie rozumiał, że tak nie da
się długo rządzić. A marzenie o długich rządach było tym,
co Wałęsę zajmowało najmocniej. To zabawne, ale i
smutne, jak prezydent nie rozumiał tego, co doskonale
wiedzieli teoretycznie znacznie mniej związani z
demokracją postkomuniści. Sam będzie później ofiarą
swojego braku wyobraźni” (Ludwik Dorn, relacja
5.07.2013).
Póki co postkomuniści triumfowali. 19 września w
sztabie SLD Jerzy Urban, dawna „gwiazda” stanu
wojennego, odbijał gigantyczną butlę szampana,
wyciągając obraźliwie język na pohybel wszystkim
solidarnościowcom. Lech Wałęsa nie skomentował tego
obrazka z wyborczej nocy.
Rozdział 6
Mędrkująca bezsilność
Makiawelistyczna bezwzględność Wałęsy powoli
wypalała przestrzeń polityczną wokół Belwederu, jak pożar
wypala ściernisko. Na tej jałowej ziemi mocną pozycję
zachowali jedynie wojskowi w rodzaju szefa Sztabu
Generalnego WP Tadeusza Wileckiego oraz dwóch
kolejnych szefów Wojskowych Służb Informacyjnych:
Czesława Wawrzyniaka i Bolesława Izydorczyka Osobną
pozycję wypracowali sobie postesbeccy karierowicze —
szef UOP Gromosław Czempiński i ludzie mu podlegli: szef
wywiadu UOP Henryk Jasik, szef biura śledczego UOP
Wiktor Fonfara czy „superagent” z okresu PRL Marian
Zacharski. Wszyscy ci „fachowcy” uważani byli za ludzi
Mieczysława Wachowskiego. Spece z PRL-owskim stażem
mogli informować Wałęsę o tym, co robią Kaczyńscy, ale
nie byli w stanie stworzyć żadnego solidnego zaplecza
politycznego dla prezydenta. Wałęsa długo lekceważył ten
stan, przekonany, że wreszcie znajdzie jakieś „nowe konie,
które będą mnie ciągnęły”.
Wynik wyborów z roku 1993 okazał się dla BBWR,
będącego parodią „drużyny Lecha” z 1989 roku,
dojmujący. Wałęsa mógł jeszcze liczyć na mający niewiele
więcej miejsc w Sejmie KPN. Ale wobec dominacji klubów
SLD i PSL, które zdobyły łącznie 303 miejsca poselskie,
ugrupowania proprezydenckie stanowiły mizerną
przeciwwagę (raptem 38 miejsc).
Belweder zaczął być pustoszejącym zamczyskiem, w
którym swoje pozycje zachowała tylko dziwaczna ekipa
„politycznych singli” typu szacownego, ale słabego szefa
kancelarii Janusza Ziółkowskiego, cynicznego Lecha
Falandysza, bezbarwnego Andrzeja Drzycimskiego,
niewychodzącego ponad urzędniczą rutynę szefa BBN
Jerzego Milewskiego czy nieco dziwacznej postaci, jaką był
belwederski kapelan ksiądz Franciszek Cybula. Ten
ekscentryczny zespół był wynikiem systematycznej selekcji
wszechmocnego Wachowskiego, który zadbał, by z
Kancelarii Prezydenta po odejściu z hukiem Kaczyńskich
odeszły potem wszystkie niezależne od niego jednostki.
Tak było na przykład z Arkadiuszem Rybickim, zasłużonym
doradcą z lat 80., który został przez „Miecia” wypchnięty
już po roku pracy w kancelarii. Lista Macierewicza
wskazuje na „ponadstandardowy” procent ludzi z
agenturalną przeszłością w tej niewielkiej grupce
najbliższych współpracowników głowy państwa. Mogło to
potwierdzać uparte plotki o „systemie haków na każdego”,
jaki miał być podstawą politycznej skuteczności szefa
prezydenckiego gabinetu.
W politycznej szopce „Polskie zoo”, jaką emitowano w
tamtych latach w TVP, Wachowskiego można było
rozpoznać w prostackim, ale sprawnym „wybiegowym”,
którego grał Jerzy Kryszak. Rzadko kiedy się zdarzało, by
kabaretowa kreacja miała tyle prawdziwych cech
autentycznego szefa gabinetu Wałęsy.
Bardzo trudno dziś zweryfikować, ile z plotek
głoszących, że w Belwederze można było wówczas za
odpowiednią sumę załatwić wszystko, odpowiada
prawdzie. Przyznanie koncesji Polsatowi wywołało spory
gniew Wałęsy z racji daleko posuniętych — delikatnie
mówiąc — nadziei poczynionych przez urzędników
kancelarii w stosunku do włoskiego biznesmena
medialnego Nicoli Grauso. Złą opinią cieszyło się wówczas
ułaskawienie przez głowę państwa Andrzeja Zielińskiego
pseudonim „Słowik”. Jak podał w 2005 roku tygodnik
„Wprost”, Wachowski był podejrzany o przyjęcie w 1993
roku łapówki w wysokości 150 tys. dolarów w zamian za
skorzystanie przez prezydenta z prawa łaski wobec
słynnego gangstera.
Do gospodarza Belwederu zaczęło dochodzić, że partie
prawicy powoli odsuwają się od niego. Nie udały się też
próby zasypania przepaści między Wałęsą a Unią Wolności,
która powstała w 1994 roku z połączenia UD i KLD.
Nastąpiły — dość spóźnione — deklaracje prezydenta o
wsparciu prawicy.
„Tak jak dbałem o »lewą nogę«, ale z innych powodów,
tak teraz muszę zadbać o »prawą nogę«. Muszę
doprowadzić do takiej równowagi, aby nie burzyć
demokracji, a jednocześnie kontrolować całość procesu
reform” („Wprost”, 10.10.1993).
Ale te zaklęcia nie wywoływały już specjalnego
wrażenia na prawicy, która notabene była w totalnym
szoku po wyborczej klęsce. Wałęsa zrozumiał wtedy, że
pozostają mu — jako jedyne domeny wpływów — trzy tak
zwane resorty prezydenckie: MON, MSW i MSZ. Prezydent
specjalne prawa wywodził z tak zwanej małej konstytucji,
co jak sądził, zostanie zaakceptowane przez
postkomunistów wskutek ich respektu dla pogromcy
komuny z 1989 roku.
Wałęsa przypominał wtedy trochę rybę szarpiącą się
na piasku po odpływie morza. Idealnym jego żywiołem był
solidarnościowy ocean, w którym zachowywał się jak rekin
najskuteczniej atakujący tych, którzy mieli do niego jakiś
sentyment z okresu stanu wojennego. Teraz ten
solidarnościowy ocean cofnął się i prezydent stanął
naprzeciw butnych i pewnych siebie postkomunistów. Na
gwałt próbował wrócić do idei dominacji ośrodka
prezydenckiego nad Sejmem. Była to już jednak musztarda
po obiedzie. Jan Rokita, rozważając po latach zaniechania
Wałęsy, wskazywał:
„Gdyby Wałęsa naprawdę chciał ustroju
prezydenckiego, toby po triumfie 1990 roku szybko
doprowadził do wolnych wyborów, w których stawką stałby
się jego projekt ustroju prezydenckiego. Wtedy, w 1991
roku Wałęsa taki plebiscyt o ustrój państwa bez wątpienia
by wygrał, a realnie przeciw byliby tylko postkomuniści.
(...) Ale Wałęsa nie przedstawił wtedy żadnego własnego
projektu ustrojowego. (...) Krótko mówiąc: projekt ustroju
prezydenckiego nie zaistniał wtedy, kiedy miał największe
szanse i nie było czego pod tym względem popierać. Z
planem ustroju prezydenckiego obudził się, dopiero jak
postkomuniści byli u władzy, czyli w trzecim roku swojej
kadencji” (Jan Rokita, „Anatomia przypadku”).
Wałęsa przypominał trochę zbuntowaną nastolatkę,
która nauczyła się obrażać kochających ją rodziców i
wymuszać na nich co chce. Zawsze wiele rzeczy uchodziło
mu na sucho w obozie polityków z byłej „Solidarności”,
gdyż pamiętano i Karnawał lat 19801981, i Arłamów, i cud
wyborów 4 czerwca 1989 roku. Teraz naprzeciwko siebie
miał obóz postkomunistów, których Wałęsa nie mógł wziąć
na żadne „styropianowe” sentymenty. Choć jednocześnie
Kwaśniewski, Oleksy i Miller nie wyzbyli się jeszcze
całkowicie respektu dla najsłynniejszego elektryka.
Historia oswajania się postkomunistów z wąsatym liderem
jest niezwykle ciekawa. Leszek Miller wspomina, że pełen
najgorszych przeczuć dotyczących dekomunizacji i
rozliczeń za PRL, po raz pierwszy poczuł, że może uda się
przetrwać, w czasie wojny na górze z 1990 roku.
„Nas to rzeczywiście dziwiło. Ale nie sam konflikt, nie
walka o władzę, nie starcie ambicji, ale to, że rywalizacja
przybrała tak skrajne formy” (Leszek Miller, „Anatomia
siły”).
Miller opowiada, że w czerwcu 1990 roku jak
zahipnotyzowany oglądał ostrą wymianę zdań między
Wałęsą a Jerzym Turowiczem i Andrzejem Wielowieyskim
ze słynną frazą „stłucz pan termometr, nie będziesz pan
miał gorączki”. Wspominał:
„Wszyscy stawiali sobie bardzo ostre zarzuty, mimo że
całą dyskusję transmitowała telewizja. Nas zdziwiło, że oni
zachowują się w ten sposób przy podniesionej kurtynie.
Wtedy pomyślałem: to nieprawdopodobne, jak ten rozkład
szybko następuje, jak nic ich razem nie trzyma. Można
oczywiście dać sobie po buzi w zaciszu gabinetu, ale żeby
tak wychodzić z tym na zewnątrz? No i wtedy pomyślałem
sobie, że otwiera się jakaś szansa dla nas, o której nawet
nie marzyliśmy”.
Powolne odbudowywanie siły postkomunistów w latach
1990-1993 byłoby niemożliwe, gdyby nie odejście Wałęsy
od programu przyspieszenia. W jakimś sensie więc
komuniści mogli być wdzięczni „wielkiemu Lechowi” za
poszerzanie pola ich politycznego manewru. Już w noc
czerwcową, gdy obalano Olszewskiego, byli użyteczni w
sejmowym głosowaniu, choć jeszcze Wałęsa nie uważał ich
za godnych zaproszenia do zmowy uwiecznionej w filmie
„Nocna zmiana”. Ale co charakterystyczne, Wałęsa
zaprosił na ten seans politycznej dintojry młodego lidera
PSL Waldemara Pawlaka, którego zresztą zrobił potem na
miesiąc premierem. To wtedy nastąpiła faktyczna
rehabilitacja postkomunizmu, choć oczywiście Pawlak,
przypominający, że na studiach był w NZS, był jej
najstrawniejszą twarzą.
Jak trafnie zauważał Ludwik Dorn, postkomuniści
wzrastali w siłę, gdy obóz solidarnościowy wyrywał sobie
władzę.
„Od 1990 roku Kaczyński wielokrotnie formułował
diagnozę, że powstaje w polskiej polityce sytuacja
»podwójnego profitu«. Z jednej strony postkomuniści
czerpią polityczne i gospodarcze zyski z uczestniczenia w
transformacji, a z drugiej strony czerpią polityczne zyski z
atakowania transformacji” (Ludwik Dorn, „Anatomia
słabości”).
Także rządy Suchockiej wzmacniały pozycję
postkomunistów, których głosów pani premier
potrzebowała do takich swoich pomysłów jak na przykład
program powszechnej prywatyzacji. 30 kwietnia 1993 roku
projekt ten jako ustawa rządowa przeszedł dzięki głosom
posłów postkomunistycznych. W zamian UD i KLD obiecały
SdRP pomoc w wyborze Marka Siwca na członka Krajowej
Rady Radiofonii i Telewizji.
Naturalnym łącznikiem między Wałęsą a „czerwonymi
pająkami” — jak wtedy nazywano postkomunistów — był
wtedy dodatkowo Mieczysław Wachowski. Miller po latach
wspomina:
„Był przez nas odbierany jako »swój chłop«, lubił
popić, pożartować, rozładować sytuację. Dobrze, że był. A
przede wszystkim można było przez niego skutecznie
przesłać komunikat. Miał dostęp do ucha Wałęsy i jak się
musiało coś Wałęsie przekazać, to za jego pośrednictwem
na pewno docierało to w sposób niezniekształcony. Pełnił
pożyteczną rolę” (Leszek Miller, „Anatomia siły”).
Miller twierdzi po latach, że czołówka SdRP nie miała
żadnej konkretnej wiedzy o agenturalnej przeszłości
Wałęsy, choć oczywiście coś o jego uwikłaniach słyszeli.
Trudno w to uwierzyć, zakładając chociażby, że bardzo
dokładną wiedzę o papierach prezydenta na pewno
posiadali Jaruzelski i Kiszczak. Ale ta wiedza znów nie
musiała się przełożyć wprost na relacje z Wachowskim.
Pisałem już o podejrzeniach części historyków, że
obecność „kapciowego” u boku głowy państwa mogła być
elementem jakiegoś dealu z nieformalną sitwą
postesbecką. Ale ta sitwa niekoniecznie musiała wtedy
grać ręka w rękę z SdRP. Choć na pewno nie była też jej
wroga. Ciepły opis postaci Wachowskiego w wykonaniu
Millera pokazuje, że jak zwykle był to świat nieco
rozmazanych granic wpływów, gdzie elastycznie dzieli się
polityczny rynek wpływów. Tuż po wyborach liderzy SLD i
PSL zawiązali koalicję. Postkomuniści w porozumieniu z
ludowcami przedstawili Wałęsie trzech kandydatów na
premiera. Pojawiła się kwestia nowego szefa rządu.
***
Wałęsa stawiał wtedy oczywiście na Pawlaka, z którym
miał doświadczenia z czerwca i lipca 1992 roku i był
przekonany, że będzie dominował młodego wtedy polityka.
Józef Oleksy daje dziś do zrozumienia, że Kwaśniewskiemu
pasowało, by to Pawlak został szefem rządu, ale chciał do
tego doprowadzić tak, aby prezesowi PSL wydawało się, że
jest to jego autonomiczna decyzja. „Po wyborach
zebraliśmy się w trójkę: Pawlak, Kwaśniewski i ja, aby
ustalić, kogo zaproponować Wałęsie na premiera. Z
uśmiechem obserwowałem, jak Pawlak i Kwaśniewski
nawzajem zachęcają się do wzięcia premierostwa. »Tylko
ty, Olku — przecież to wy wygraliście wybory«. »Ale
Wałęsa będzie się pieklił, my możemy poczekać« —
dwornie ripostował Kwaśniewski. Po trzech turach takich
salonowych dialogów nagle Pawlak zmienił front: »No
dobra, zgadzam się, biorę to na siebie«” (Józef Oleksy,
relacja 28.06.2013).
Żartem historii jest fakt, że gdyby Wałęsa nie uległ
osobistym antypatiom i wysłał sygnał, że zaakceptuje w
roli szefa rządu Aleksandra Kwaśniewskiego, to ten na
pewno zużyłby się w ciągu kolejnych lat i byłby znacznie
gorszym kandydatem prezydenckim postkomunistów w
1995 roku. Póki co jednak Wałęsa zgodził się na Pawlaka i
zakładał, że tak jak w czerwcu 1992 roku będzie
dominował nad młodym i niedoświadczonym ludowcem.
Pawlak bez oporów zaakceptował typy Belwederu na
ministrów prezydenckich. Z MSW nie musiał się
wyprowadzać zasłużony w walce z prawicą Andrzej
Milczanowski, MON otrzymał równie wierny
Wachowskiemu admirał Piotr Kołodziejczyk, a MSZ zajął
się Andrzej Olechowski, także silnie związany z
wszechmocnym „Mieciem”.
Na korzyść Wałęsy trzeba przyznać, że powoli
wycofywał się on już wtedy z księżycowych pomysłów typu
NATO-bis i choć lubił głosić, że „na tamten czas była to
dobra koncepcja”, teraz zarówno Olechowski, a później
jego następca na stanowisku szefa MSZ, Władysław
Bartoszewski, prezentowali jednoznacznie pro-NATO-wską
linię. Jednocześnie otoczenie Wałęsy miało zaczął wtedy
zachęcać MSW do przyjrzenia się środowisku czołówki
SLD.
Spróbujmy teraz opisać zygzaki w polityce Wałęsy
wobec postkomunistów. Tuż przed wyborami, gdy kończyła
się kampania wyborcza, Wałęsa grzmiał retoryką
najczystszego antykomunizmu. W wywiadzie dla „Le
Figaro” z 17 września 1993 roku mówił: „Jeżeli
ekskomunistom uda się ponownie zdobyć władzę, będą
musieli uregulować wszystkie rachunki, których nie
zapłacili w ciągu ostatnich 4 lat”.
Po wyborach dla odmiany prezydent zaczął głosić, że
wygrana postkomunistów jest mu na rękę, bo wtedy
„skompromitują się do końca”:
„To nieprawda, że [postkomuniści] mogą coś nadrobić.
Nawet jeśli coś nadrobią, to i tak naród ich wypluje, ale w
klasie demokratycznej” („Wprost”, 10.10.1993).
Pół roku później, pytany w wywiadzie dla „Polityki”
(2.04.1994) o zwycięstwo postkomunistów z września 1993
roku, prezydent zapłonął oburzeniem:
„Jakie zwycięstwo! Przecież oni mieli w 1989 roku 3
miliony członków, do których trzeba jeszcze dodać rodziny,
a zdobyli 2,6 mln głosów. To nie jest tak, że Polacy
głosowali na komunistów. Polacy byli rozstrzeleni”.
Trudno sobie nie wyobrazić, by liderzy SLD, czytając
takie groteskowe próby zaczarowywania rzeczywistości,
nie zaczęli z wolna rozumieć, że Wałęsa coraz częściej
mitologizuje rzeczywistość. A to była wskazówka, że z
czasem zacznie popełniać coraz więcej błędów. Trzeba
było tylko cierpliwie czekać i na tle Wałęsy prezentować
się w roli aniołów politycznego porozumienia i spokoju.
Postkomuniści wiedzieli, że najważniejszym celem dla
Wałęsy jest ponowny wybór na prezydenta. W imię tego
celu gotowy był na rozmaite ustępstwa.
Leszek Miller wspomina rozmowę z Lechem Wałęsą, w
trakcie której usłyszał dość zaskakującą opowieść:
„Według Wałęsy jeszcze w 1994 roku miał on zaprosić
do siebie Aleksandra Kwaśniewskiego i zaproponować mu
polityczny układ. SLD miało poprzeć prezydenta, a w
zamian za to Wałęsa miał obiecać Kwaśniewskiemu, że po
wyborach prezydenckich zostanie on premierem z
błogosławieństwem wybranego na nowo Wałęsy” (Leszek
Miller, relacja 18.03.2013).
Czy taka oferta ówczesnego prezydenta dla
Kwaśniewskiego była prawdopodobna? Na pewno dla
Wałęsy reelekcja była idée fixe, dla której gotowy był na
bardzo dalekie koncesje dla środowiska SLD. Była też w
tym pycha gracza, przekonanego, że może dowolnie
ustawiać figury na politycznej szachownicy. Przypomnijmy,
że tuż po wygranej prezydenckiej Wałęsa był gotowy na
utrzymanie premierostwa Mazowieckiego i tylko zraniona
duma „pana Tadeusza” spowodowała, że oferta ta zawisła
w powietrzu. Jeśli opowieść Wałęsy jest prawdziwa, to
pokazuje ona, jak bardzo słabo rozumiał on ambicje
Kwaśniewskiego. A już pomijając wszystko, był to pomysł
mało realistyczny. Leszek Miller wskazuje: „Nawet gdyby
ktoś w Sojuszu wpadł na pomysł »kupienia« takiej idei, to
nasz elektorat by tego nie kupił. Niechęć do Wałęsy była
wtedy wśród wyborców SLD tak głęboka i żywiołowa, że
nie pomogłyby nawet najbardziej solenne wezwania”
(Leszek Miller, relacja 18.03.2013).
Jednak Wałęsa, szykując się do zderzenia z nową,
większościową koalicją SLD-PSL, bynajmniej nie zapomniał
o swojej obsesyjnej niechęci do Jarosława Kaczyńskiego.
Gdy prezes PC wyciągnął do Wałęsy rękę, proponując
utworzenie frontu antykomunistycznego, Wałęsa
zaprotestował przeciwko samej nazwie: „Nie
antykomunistycznego, bo komunistów w Polsce już nie ma.
W Polsce trzeba doprowadzić do równowagi między lewicą
a prawicą i zamierzam tego dokonać”. Odnosząc się
bezpośrednio do Kaczyńskiego, mówił:
„Są ludzie, którzy muszą pójść na emeryturę. Jest ich
niewielu, ale muszą to zrobić (...). Kilku polityków
doprowadziło do zachwiania równowagi po prawej stronie.
Po rozliczeniu reszta pociągnie Blok Wspierania Reform”
(„Wprost”, 10.10.1993).
Wizja Wałęsy, w której w partiach politycznych prawicy
partyjne „doły” rozliczą czy to Kaczyńskiego, czy to
Chrzanowskiego, a potem pociągną zgodnie w kierunku
BBWR, pokazywała, jak mało trafne były ówczesne
prognozy prezydenta. Ale Wałęsa miał jeszcze jeden powód
do rozdrażnienia. Świeżo utworzona Krajowa Rada
Radiofonii i Telewizji wybrała właśnie na prezesa TVP
młodego prawicowego publicystę Wiesława Walendziaka.
Jakie były przyczyny tego zaskakującego wyboru?
Zadecydowała o tym determinacja mianowanego co
prawda przez Wałęsę na szefa KRRiTV Marka
Markiewicza, który jednak potrafił zachować niezależność
działania i myślał kategoriami stworzenia choćby
elementarnej równowagi w telewizji publicznej.
Postkomuniści, których w Krajowej Radzie reprezentował
Marek Siwiec, bali się wówczas tak bardzo dążeń Wałęsy
do wywrócenia stolika polskiej demokracji, że uznali, iż
niezależny od Belwederu Walendziak będzie mniejszym
złem. A Wałęsa przyzwyczajony był do takich szefów
telewizji, jak Marian Terlecki czy Janusz Zaorski, którzy w
mig spełniali życzenia Belwederu. Nie mógł tego jednak
wyjawić wprost, więc ogłosił jedynie, że Walendziak jest
„za młody”. Jednak prawdziwy poziom swojego
rozdrażnienia zademonstrował, ogłaszając po nominacji
Walendziaka, że stracił zaufanie do trzech desygnowanych
przez siebie kilka miesięcy wcześniej członków KRRiTV:
Marka Markiewicza, Macieja Iłowieckiego i Ryszarda
Bendera.
Wałęsa nie byłby jednak sobą, gdyby nie wysłał oferty
do Walendziaka z przesłaniem: żyj ze mną dobrze, to cię
poprę.
„Choć byłem tej kandydaturze przeciwny, życzę panu
Walendziakowi jak najlepiej. Ma przed sobą wielką szansę,
ja czekam na fakty, które będą oceniały jego przydatność”
(„Głos Pomorza”, 30.12.1993).
Rychło Krajowa Rada znów rozwścieczyła Wałęsę,
przyznając 27 stycznia 1994 roku koncesję na
ogólnopolską sieć telewizyjną Zygmuntowi Solorzowi-
Żakowi. Przewodniczący KRRiTV Marek Markiewicz
podpisał koncesję dla Polsatu i natychmiast prezydent
ogłosił, że odwołuje ze stanowiska jej szefa. Tym razem w
dość powszechnej opinii warszawskich kręgów biznesowo-
medialnych Wałęsa miał wpaść w furię, gdyż koncesję
obiecał dość kontrowersyjnemu biznesmenowi włoskiemu
Nicoli Grauso, który miał się Belwederowi za obietnice
uzyskania koncesji dość sowicie odwdzięczyć. Przy okazji
wyszedł też na jaw inny rys prezydentury Wałęsy —
antykomunizm, który dochodził do głosu tylko w wypadku,
gdy sprzęgał się z partykularnymi interesami głowy
państwa. Belweder powoływał się na ustalenia UOP i
podejrzane okoliczności zbudowania przez Solorza-Żaka
fortuny. Czemu jednak wcześniej Wałęsy nie
zainteresowało działanie medialnego biznesmena?
W zemście za koncesję dla Polsatu Wałęsa ogłosił 31
marca 1994 roku, że mianuje nowym przewodniczącym
Krajowej Rady Ryszarda Bendera. Złośliwcy przypominali,
że przecież wcześniej ogłosił, że stracił zaufanie do
prezydenckich członków KRRiTV, więc tym samym i do
Bendera. Ale prezydent nie zwracał uwagi na takie
nielogiczności i po nominacji zażądał, żeby Markiewicz
odszedł z Krajowej Rady. Ten odrzucił żądanie, deklarując,
że pozostanie w składzie KRRiTV aż do końca swojej
kadencji. Wtedy po raz pierwszy swój dwuznaczny talent
objawił prezydencki prawnik Lech Falandysz. Ogłosił on,
że skoro prezydent może powołać przewodniczącego, to
może go i odwołać. W logice Falandysza odwołanie miało
skutkować natychmiast odejściem z Krajowej Rady.
Wałęsa swoje przekonanie o wszechwładzy, jaką miał
nad KRRiTV posiadać, ubrał wtedy w ulubioną dla siebie
stylistykę samochodową:
„W przypadku rady (...) nie może być tak (...) że można
tylko wrzucić bieg samochodu, a potem zatrzymać już go
nie wolno. Nie mieć wpływu na jego kierunek. (...) Musimy
wreszcie uporządkować system [podziału władzy — przyp.
P.S.]” („Głos Pomorza”, 30.12.1993).
Jednak później Trybunał Konstytucyjny odrzucił taką
interpretację.
Ryszard Bender wspomina: „Wałęsa stał na
stanowisku, że jeśli cofa swoje zaufanie dla swojego
nominata, to ten powinien odejść z rady. Jednak w żadnym
z tych wypadków nikt rady nie opuszczał, a Wałęsa nie
miał żadnej praktycznej możliwości usunięcia swoich
nominatów z rady. W rezultacie Markiewicz pozostał w
składzie KRRiTV aż do samego końca swojej kadencji”
(Ryszard Bender, relacja 24.07.2013).
Wojna Wałęsy z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji
paradoksalnie przedłużyła jej życie. Bardzo szybko
postkomuniści zaczęli zgrzytać zębami na prawicowego
Walendziaka, który wprowadził do telewizji niezwykle
dynamiczną grupę młodych prawicowych publicystów —
tak zwanych pampersów — oraz na Ryszarda Bendera,
który walczył o częstotliwości dla mediów katolickich.
Mimo to, gdy w lipcu 1994 roku pojawiła się możliwość
odrzucenia rocznego sprawozdania KRRiTV — Senat to
zrobił. Sejm jednak zagłosował za przyjęciem
sprawozdania, aby nie dawać Wałęsie satysfakcji
meblowania Krajowej Rady na nowo. Sam Bender na znak
protestu przeciwko odłożeniu przez KRRiTV decyzji o
koncesji dla Telewizji Niepokalanów odszedł i Wałęsa mógł
wstawić na jego miejsce swojego ulubieńca, Janusza
Zaorskiego. Perypetie z Krajową Radą uświadomiły
Wałęsie, że formalnie szerokie uprawnienia prezydenta
napotykają na poważne ograniczenia, gdy pojawia się silna
większość koalicyjna. A właśnie taką większością mogła się
pochwalić koalicja SLD-PSL. Dlatego w tym czasie pojawia
się stała już do końca 1995 roku nuta narzekań
prezydenta, „że nic nie może”.
„Jeśli wybiorę jeszcze raz drogę prezydencką — to
muszę mieć więcej możliwości niż teraz. Będę o nie
skutecznie zabiegał” — grzmiał Wałęsa („Wprost”,
10.10.1993).
Ta zła aura wokół Belwederu zauważana była także za
granicą. Gustaw Herling-Grudziński w swoim dzienniku w
notatce z wizyty w Polsce w czerwcu 1994 roku pisał:
„W przeddzień odlotu otworzyłem wieczorem telewizję.
Trafiłem akurat na rozmowę z prezydentem RP. Wałęsa
zapowiedział, że zamierza zgłosić po raz drugi swoją
kandydaturę w wyborach prezydenckich i z
samozadowolonym uśmiechem dorzucił: »Oczywiście
wygram, bo zawsze wygrywałem, ale pod warunkiem, że
politycy będą mi posłuszni«. Ta przykra (i lekko komiczna
zarazem) wysypka pychy budziła więcej politowania niż
jakichś realnych obaw, przypominała pogróżkę szefa bandy
podwórkowej, który od swoich chłopców wymaga ślepego
posłuszeństwa” (Gustaw Herling-Grudziński, „Dziennik
pisany nocą 1993-1996”).
Wygrana lewicy w 1993 roku rozpoczyna starania SLD
o unieważnienie ustawy chroniącej życie, która weszła w
życie 14 marca tego roku. Już 3 grudnia 1993, czyli w
ponad dwa miesiące od wyborów, do Sejmu, z inicjatywy
Parlamentarnej Grupy Kobiet, wpływa poselski projekt o
zmianie kodeksu karnego, zakładający wyłączenie z
karalności lekarzy za dokonanie aborcji w związku z tak
zwanymi przesłankami społecznymi. Jest to faktyczna
próba legalizacji zabijania dzieci nienarodzonych na
żądanie. 11 czerwca 1994 roku Sejm uchwala ustawę, ale
już 4 lipca 1994 roku prezydent korzysta z prawa weta i
nie podpisuje nowej ustawy. Wałęsa deklaruje, że nawet w
razie obalenia jego weta przez Sejm ustawy nie podpisze.
Zapowiada też, że nie zrobi tego, gdyby miał za to stanąć
przed Trybunałem Stanu.
Próba przełamania prezydenckiego weta w sejmowym
głosowaniu 2 września 1994 roku nie przynosi efektu —
zabrakło 40 głosów. Ustawa chroniąca życie została
ocalona.
„Wtedy, w 1994 roku, ustawę uratował prezydent
Wałęsa — co do tego nie ma dwóch zdań” — wskazuje
Marek Jurek. I dodaje: „Determinacja prezydenta
zablokowała próbę legalizacji aborcji aż do połowy 1996
roku, a potem ustawę uratował werdykt Trybunału
Konstytucyjnego. To najjaśniejszy punkt tej prezydentury”
(Marek Jurek, relacja 7.07.2013).
***
Od połowy 1994 roku narasta rozczarowanie
prezydenta w stosunku do nowego premiera Waldemara
Pawlaka. Zgadzając się na tę kandydaturę, Wałęsa miał w
pamięci 33-letniego politycznego naturszczyka, którego
obsadził w roli szefa rządu po obaleniu gabinetu Jana
Olszewskiego. Teraz okazało się, ku nieprzyjemnemu
zdziwieniu gospodarza Belwederu, że Pawlak nie daje się
prowadzić za rączkę przez prezydenta. Oczywiście Wałęsa
nie był odosobniony w irytacji na premiera, z którym
ciężko było nawiązać kontakt. Szef rządu zazwyczaj milczał
i często robił dokładnie na odwrót, niż to było umówione.
Sam pamiętam wówczas Aleksandra Kwaśniewskiego,
który po jednym ze spotkań z liderem ludowców skarżył się
dziennikarzom, że „nie sposób dogadywać się z kimś, kto w
trakcie ponadgodzinnego spotkania zachowuje się tak, że
równie dobrze można dyskutować z krzesłem”. Spory
kadrowe o kolejne odwołania ministrów z rządu
wykazywały, że Wałęsa nie ma nad Pawlakiem żadnej
władzy. To wywoływało u niego chęć przytarcia nosa
młodemu premierowi, ale nie było dobrego ruchu.
Alternatywą jawił się Kwaśniewski, irytujący
niezmiennie Wałęsę. Pawlak traktowany był więc przez
Belweder jako „mniejsze zło”, ale prezydent nie byłby
sobą, gdyby nie wysyłał liderowi ludowców wyraźnych
ostrzeżeń. Już w przypadku sporu o odwołanie ministra
finansów Marka Borowskiego Wałęsa wyrażał się
zaskakująco ciepło o fachowości postkomunistycznego
polityka, który rzucił wyzwanie liderowi PSL.
„Borowski jest świetnym ekonomistą, fachowcem, lecz
nie potrafią obaj [tj. on i Pawlak — przyp. P.S.] ze sobą
współpracować. (...) Dlatego na wniosek premiera
odwołam Marka Borowskiego”.
W lutym 1994 roku Lech Wałęsa pojechał na narty do
wojskowego ośrodka wypoczynkowego w Zieleńcu w
Kotlinie Kłodzkiej. Mało kto zwrócił wówczas uwagę na
wywiad z prezydentem, który ukazał się w lokalnym
„Tygodniku Wałbrzyskim”. Wyraźnie stremowany
majestatem głowy państwa dziennikarz tego pisma spytał,
dlaczego prezydent wybrał akurat ten ośrodek.
„Propozycji miałem wiele, ale tę przedstawił mi szef
sztabu generalnego gen. [Tadeusz] Wilecki, któremu
jestem za to bardzo wdzięczny, gdyż są tu naprawdę
doskonałe warunki do wypoczynku”.
Dziennikarz „Tygodnika Wałbrzyskiego” w jednym z
pytań mówi:
„Rozmawiałem z gen. Wileckim i spytałem, kto z was
jest lepszy i w jakich konkretnie konkurencjach. On
jednoznacznie odpowiedział: prezydent jest najlepszym
narciarzem, pingpongistą i bilardzistą”.
Czytając takie peany szefa sztabu Wojska Polskiego,
można zrozumieć, dlaczego w ciągu 1994 roku Wilecki
stawał się faworytem Belwederu, a zaczęła blednąć
gwiazda wcześniejszego ulubieńca Mieczysława
Wachowskiego — ministra obrony Piotra Kołodziejczyka.
Wilecki zaczął z coraz większą pewnością siebie żądać
specjalnego statusu dla szefa sztabu, który w praktyce
oznaczał uniezależnienie się od swego przełożonego i
status bezpośredniego podwładnego Wałęsy jako
zwierzchnika sił zbrojnych. Konflikt zaczął szybko narastać
i do złudzenia przypominał spór Jana Parysa z Piotrem
Kołodziejczykiem. Tyle że teraz to Kołodziejczyk znalazł się
w sytuacji Parysa.
30 września 1994 roku Wałęsa postanowił na swój
sposób rozstrzygnąć spór, odwiedzając ministra
Kołodziejczyka i zgromadzoną generalicję na obiedzie w
przerwie ćwiczeń wojskowych na poligonie w Drawsku
Pomorskim. Jak twierdzi ówczesny minister obrony, w
trakcie obiadu generałowie zaczęli krytykować jego
działalność i przeciwstawiać mu zalety szefa sztabu
generała Wileckiego. Wałęsa miał podchwycić te głosy i
zainicjować głosowanie nad tym, czy Kołodziejczyk
powinien dalej być szefem MON. Za ministrem
opowiedziało się ponoć tylko dwóch generałów i Wałęsa
rychło potem publicznie wezwał Kołodziejczyka do
ustąpienia. Czy doszło do formalnego głosowania z
podnoszeniem rąk, czy tylko wytworzono atmosferę, w
której generałowie pozwolili sobie na jawne lekceważenie
zwierzchnika, trudno ocenić. Sam Wałęsa przedstawił ten
incydent tak:
„Próbowałem ten konflikt, który nie jest polityczny, ale
chorobliwie ambicjonalny, rozwiązać wcześniej. Na
poligonie w Drawsku chciałem to załatwić w zamkniętym
gronie. Ale sprawę ujawniono i zrobiono wielką aferę
niepotrzebną i zastępczą. (...) Generałowie nie wybierali.
To nie było pytanie: czy chcecie ministra. To było pytanie:
czy zaczniecie współpracować, czy zaniechacie
zastępczych ambicjonalnych kłótni”.
Słynny obiad drawski wywołał oburzenie nie tylko w
SLD i w PSL, ale także w Unii Wolności i na prawicy.
Wszyscy rozumieli, że Wałęsa chce wprowadzić standardy
południowoamerykańskie, w których wojsko, a być może w
przyszłości i służby specjalne czy policja, mogą zacząć być
rozrywane walkami kolejnych „silnych ludzi” czujących za
sobą poparcie głowy państwa. Wszyscy rozumieli też, że z
takimi standardami Polska nie ma szans na wejście do
NATO. O tym, że nie była to wydumana obawa, świadczy
przykład sąsiedniej Słowacji rządzonej za pomocą
podobnych technik władzy przez autokratę Vladimira
Mečiara. Cały incydent wywołał zdecydowaną reakcję Unii
Wolności, która, ku zaskoczeniu Wałęsy, oburzała się na
obiad drawski głośniej nawet niż SLD i PSL.
Czy prezydent mógł być zaskoczony oburzeniem
unitów? Trzeba odpowiedzieć dość przekornie — tak. Jak
już napisałem, spór na linii Kołodziejczyk — Wilecki niczym
nie różnił się od sporu Parys — Kołodziejczyk. Tyle że
wtedy zarówno Unia, jak i liberałowie przy cichym
wsparciu SLD i PSL akceptowali wszystko, co mogło
osłabić rząd Olszewskiego, który występował na rzecz
likwidacji pozostałości po duchu Okrągłego Stołu.
Tym razem jednak wszyscy bali się już na serio
uzależnienia wojska od zachcianek Wałęsy. Wpierw
powołana sejmowa komisja przesłuchała Kołodziejczyka i
potępiła prezydenta za działania „sprzeczne z zasadą
cywilnej i demokratycznej kontroli nad wojskiem”. SLD i
Unia Wolności stały murem za Kołodziejczykiem i
odrzucały żądania Wałęsy zdymisjonowania ministra
obrony. Jednak tym razem Pawlak w swojej
nieprzewidywalności poparł właśnie Wałęsę i podpisał
wniosek o zdymisjonowanie ministra obrony. W odpowiedzi
SLD wykonało dosyć zgrabny manewr. Stanowisko szefa
MON w charakterze tymczasowego kierownika resortu
objął Jerzy Milewski, były szef BBN, który w międzyczasie
wypadł z łask Belwederu.
Ale Wałęsa miał już coraz wyraźniej dosyć Pawlaka,
którego zresztą przestał wyróżniać in plus z tłumu
politycznych rywali. W rozmowie z „Głosem Wybrzeża”
mówił:
„— Wszyscy próbują kopnąć prezydenta, aby poprawić
własne szanse wyborcze. Najładniej robi to Oleksy, mniej
elegancko inni (...) Kuroń, Małachowski i inni gryzą, bo
sami chcą kandydować i zanim to ogłoszą, już dziś starają
się gromadzić punkty.
— Waldemar Pawlak też gryzie?
— Pawlak trochę mniej. On gryzie z innych względów
— bardziej premierowskich niż prezydenckich” („Głos
Wybrzeża”, 12.10.1994).
Ryszarda Bugaja, wówczas lidera Unii Pracy, uderzała
bezradność Wałęsy, im bardziej buńczucznego, tym
mocniej ujawniającego swoją bezradność.
„Już wówczas jego prezydentura była katastrofą. Te
środki politycznego wyrazu, które znał i w których czuł się
najlepiej — wiece, kontakt bezpośredni z tłumem —
zupełnie się nie sprawdzały w warunkach pełnienia funkcji
głowy państwa. Wałęsa zastępczo próbował brylować w
wywiadach radiowych, w orędziach prezydenckich — ale
nie mogło to zastąpić przemyślanej polityki gabinetowej. A
tu nie był już tak sprawny jak w latach 1989-1990. Można
powiedzieć, że normalność demokracji była zabójcza dla
Wałęsy, który nauczył się polityki w nienormalnych
czasach PRL” (Ryszard Bugaj, relacja 20.06.2013).
W swojej opowieści często zwracam uwagę na to, jak
retorycznie antykomunistyczny Wałęsa faktycznie w wielu
wypadkach sprawiał wrażenie kogoś sparaliżowanego
niepisanymi regułami Okrągłego Stołu.
W grudniu 1993 roku Józef Oleksy, ówczesny
marszałek Sejmu z SLD, w telewizyjnej wypowiedzi
zarzucił „Solidarności” „złamanie kontraktu Okrągłego
Stołu, który przewidywał, że PZPR zachowa jeszcze władzę
przez 4 lata”.
Zbulwersowana tym dziennikarka „Super Expressu”
Elżbieta Misiak spytała Wałęsę, czy można powiedzieć, że
„Solidarność” złamała kontrakt. Wałęsa bynajmniej nie
podzielał jej wzburzenia:
„I tak, i nie. (...) Oleksy ma rację, bo wybory były na 4-
letnią kadencję i mogli spodziewać się jeszcze 4-letniego
sprawowania władzy. Ale niech mi nikt nie zarzuca, że ja
cokolwiek zdradziłem” („Super Express”, 20.12.1993).
Zauważmy, że prezydent nawet w niepełne pięć lat po
Okrągłym Stole traktuje jego ustalenia z ogromną powagą,
zamiast wyśmiać roszczenia Oleksego.
Równie kurtuazyjny był Wałęsa wobec generała
Jaruzelskiego: „Nie będę go rozliczał, dlatego że za dużo
jest spraw niejasnych (...) Oczywiście ja Jaruzelskiego nie
popieram, trzeba go rozliczyć, ale trzeba go oceniać w
ramach możliwości jego epoki. Bo przecież gdybyśmy
wszyscy grali bohaterów, toby nas Rosjanie wyrżnęli w
pień, więc naprawdę trudno mi oceniać Jaruzelskiego”
(„Polityka”, 2.04.1994).
Jednocześnie dwa miesiące później w wypowiedzi dla
krakowskiego „Czasu” (3.06.1994) Wałęsa zaofiarował się,
że może wystąpić jako świadek przed sejmową komisją
badającą odpowiedzialność za wprowadzenie stanu
wojennego. Prezydent w dość mętny sposób opowiadał, jak
to w czasie internowania zadzwonił z telefonu „rządówki”
do, jak to określił, najwyższych władz, aby zadeklarować,
że jest gotowy pojechać w dowolne miejsce strajków, żeby
tylko zatrzymać rozlew krwi.
„Odpowiedź brzmiała: proszę pana, to nie jest zabawa.
Wniosek był taki, że bez takiego przestraszenia, bez krwi
naród nie będzie się bał” („Czas”, 3.06.1994).
Każdy czytelnik tego mętnego oskarżenia mógł
zauważyć raczej to, że Wałęsa obawia się nawet
określenia, kto był odbiorcą jego rzekomego telefonu.
Taki był antykomunizm praktyczny Wałęsy. Hałaśliwy,
związany z aktualnymi, banalnymi konfliktami z ludźmi
byłej PZPR i właściwie pozostający bez konkretnych
efektów.
I jeszcze jeden element stylu tej prezydentury dawnego
przywódcy „Solidarności”: stosunek do symboliki drogiej
prawicowej części jego byłego elektoratu. Oczywiście
Wałęsa brał udział w takich oficjalnych wydarzeniach jak
choćby 50. rocznica powstania warszawskiego, w trakcie
której przybył do Polski prezydent Niemiec Roman Herzog.
Doprowadził też do przekazania dokumentów katyńskich
przez Borysa Jelcyna w czasie jego wizyty w Warszawie,
gdzie dodatkowo uzyskał od prezydenta Rosji brak
formalnego sprzeciwu wobec akcesu polski do NATO. Ale
towarzyszyły temu przykłady bulwersującej obojętności. W
1993 roku Krzysztof Nowak, były działacz Ruchu Młodej
Polski, a wówczas dyrektor kanału TVP Polonia, odwiedził
w Londynie byłego prezydenta na uchodźstwie Ryszarda
Kaczorowskiego w kamienicy, gdzie przez wiele lat
mieściła się siedziba rządu emigracyjnego.
„Gdy wchodziłem do budynku, mijałem się z ekipą
wyprowadzkową, która wynosiła stamtąd meble i
wyposażenie. Gdy spytałem prezydenta Kaczorowskiego,
co się dzieje, ten oznajmił, że to koniec tego historycznego
sanktuarium polskiej historii. Emigracja nie mogła już
utrzymać tego budynku w reprezentacyjnej dzielnicy
Londynu, więc Kaczorowski poprosił Wałęsę, żeby państwo
polskie przejęło to historyczne miejsce i utrzymało jako
muzeum albo choćby placówkę dyplomatyczną.
»Pan prezydent Wałęsa nic nie zrobił, rząd uznał, iż nie
ma pieniędzy, więc musimy stąd odejść«. Gdy Kaczorowski
mówił te słowa, widziałem w jego oczach łzy goryczy”
(Krzysztof Nowak, relacja 15.07.2013).
Wszystkie te okoliczności sprawiały, że przywołując
tamte lata potyczek byłego lidera „Solidarności” z
postkomunistami, nie potrafię sobie przypomnieć żadnych
żywszych emocji. Pracowałem wówczas w telewizyjnym
„Pulsie Dnia” — czołowym magazynie telewizji
Walendziaka — i pamiętam dobrze mur niechęci, z jakim
my, dziennikarze tego programu, stykaliśmy się ze strony
urzędników Kancelarii Prezydenta. W moim przypadku
pamiętano, że jestem współautorem „Lewego
czerwcowego”, i w kontaktach z Belwederem okazywano
mi to na różne sposoby.
Symbolem tej epoki zostanie Leszek Spaliński, nowy
rzecznik prasowy prezydenta, który we wrześniu 1994
roku zastąpił Andrzeja Drzycimskiego — „ostatniego
Mohikanina” ze starej gwardii Wałęsy z lat 80. Drzycimski
miał odejść po konflikcie z Wachowskim. Było to kolejne
potwierdzenie popularnego wówczas powiedzonka: „Kto z
Mieciem wojuje, ten od Miecia ginie”, które zresztą
powtarzał sam Wałęsa na konferencjach prasowych. Nowy
rzecznik prezentował najlepiej jałowość i banalność tego
okresu prezydentury Wałęsy. Złośliwi dziennikarze
ochrzcili go przydomkiem „Diesel”, bo wolno „odpalał”
(kojarzył).
Na łamach „Najwyższego Czasu!” z tamtego okresu w
dowcipnej karykaturze Arkadiusza Gacparskiego agent
UOP w czarnych okularach wręczał Wałęsie teczkę osób
niebezpiecznych dla Belwederu ze słowami: „Panie
prezydencie, oto pełna listy tych, którzy głosowali na pana
w 1990 roku”.
Czy coś rozjaśniało ten w sumie ponury obraz?
Wysilam pamięć i przypominam sobie tylko trochę żartów z
zagranicznych wizyt Wałęsy. Jego zabawną relację z
noclegu w pałacu brytyjskiej królowej, w łożu „tak
szerokim, że całą noc szukałem żony i nie mogłem jej
znaleźć”. Trochę celnych kpin Wałęsy z nadęcia ówczesnej
czołówki SLD, która zupełnie zapomniała o swojej
przegranej wyborczej z 1989 roku. Ale bon moty
prezydenta już nie bawiły jak kiedyś. Ciągłe deklaracje, że
„jesteśmy w pół drogi” i że on potrzebuje pełnej władzy
prezydenckiej, drażniły. A ciągłe spekulacje na temat
rozwiązania parlamentu czy zapowiedzi „kolejnego objazdu
po kraju” zaczęły z wolna męczyć i irytować Polaków.
***
W tej atmosferze Wałęsa wkraczał w rok 1995 —
ostatni etap swojej prezydentury. Na przełomie starego i
nowego roku nagromadziło się wiele elementów
politycznego kryzysu na największą skalę od czasu
wyborów parlamentarnych 19 września 1993 roku.
Wałęsa wpierw w grudniu 1994 roku zawetował
projekt ustawy utrzymującej stawki podatku dochodowego
z 1994 roku na rok następny, potem skierował tę ustawę
do Trybunału Konstytucyjnego i wreszcie złożył weto
wobec ustawy o środkach na wynagrodzenia dla sfery
budżetowej. W relacjach Belweder — rząd problemem
pozostawało wyraźne żądanie Wałęsy, aby koalicja SLD-
PSL zaakceptowała kandydata prezydenta na szefostwo
MON w osobie Zbigniewa Okońskiego.
Z kolei koalicja zakwestionowała dalsze kierowanie
MSZ przez „prezydenckiego” Andrzeja Olechowskiego,
zarzucając mu pogorszenie relacji z Rosją i budzące
wątpliwości łączenie funkcji ministra z funkcją
przewodniczącego rady nadzorczej Banku Handlowego.
Wałęsa zaczął otwarcie mówić o możliwości rozwiązania
parlamentu. Oliwy do politycznego ognia z lubością
dolewał prezydencki prawnik Lech Falandysz. Żonglował
on ekspertyzami prawnymi i wnioskami kierowanymi do
Sejmu, stawiającymi czerwono-zieloną koalicję w sytuacji
zagrożenia rozwiązaniem parlamentu. I znów — tak jak w
wypadku skandalu wokół obiadu drawskiego — najbardziej
oburzyła się Unia Wolności. A nic tak nie irytowało Wałęsy
jak mentorski ton unitów pouczających, co zagraża
demokracji, a co nie. Prezydent aż się palił, aby znów —
jak przed laty — dać „mózgowcom” nauczkę, tym razem
przed medialną widownią.
W styczniu 1995 roku doszło do spotkania Konwentu
Seniorów z prezydentem, które transmitowane było przez
telewizję. Wałęsa najwyraźniej chciał powrócić do swojej
formy z 1990 roku, kiedy efektownie fechtował słowem na
posiedzeniach Komitetu Obywatelskiego z tuzami
solidarnościowej lewicy. Jednak prezydent nie zauważył, że
w ciągu ponad 4 lat jego styl mocno się zestarzał.
Chaotyczne filipiki Wałęsy, pełne aluzji do wprowadzenia
systemu prezydenckiego, budziły u większości Polaków
raczej zaniepokojenie. Prezydent, mimo starań, nie potrafił
ukryć tego, że kieruje się w tej politycznej wojence
egoizmem i swoimi ambicjami. Na tym tle spokojny i
rzeczowy Kwaśniewski po raz pierwszy zaczął się jawić
jako ktoś, kto lepiej od niego rozumie logikę demokracji i
jest jej obrońcą. Wałęsa uznał swój show za sukces i
postanowił jeszcze mocniej podkręcić napięcie.
Na początku lutego Belweder zaczął twierdzić —
zgodnie z kolejną karkołomną ekspertyzą prawną Lecha
Falandysza — że poczynając od 4 lutego 1995 roku, wobec
uchwalenia budżetu bez stawek podatkowych, które
minister finansów wprowadził drogą obwieszczenia, Sejm
może być rozwiązany. Wałęsa z wielkim rozgłosem
skierował do obu izb parlamentu pismo żądające od ich
marszałków „wyrażenia opinii o ewentualnym rozwiązaniu
Sejmu”. Belwederscy ministrowie dwoili się i troili, aby
poprzez szukających sensacji dziennikarzy wysyłać na
ulicę Wiejską zapowiedzi determinacji prezydenta w
sprawie likwidacji parlamentu, aż do użycia siły włącznie.
Pojawiały się plotki o możliwym „prezydenckim” rządzie
generała Tadeusza Wileckiego. Na Wiejskiej opowiadano
wtedy efektowną historię o Bogdanie Borusewiczu,
wówczas pośle Unii Wolności, który miał spacerować po
dachu parlamentu, zastanawiając się, gdzie usytuować
stanowiska do najlepszej obrony gmachu, a Władysław
Frasyniuk, również z UW, miał z dumą deklarować, że
będzie Sejmu bronił ramię w ramię z Leszkiem Millerem.
Po latach Borusewicz wspominał:
„Dyskutowaliśmy w klubie parlamentarnym Unii
Wolności, co zrobimy, jeśli Wałęsa dokona zamachu stanu.
Wówczas powiedziałem, że w obronie demokracji będę na
jednej barykadzie nawet z Millerem. W tym sensie, że
nawet z diabłem. Nie chciałem tego wyrazić tak
tradycyjnie, więc powiedziałem z Millerem, który dla
moich kolegów był kwintesencją betonu. Wiedziałem, że
Nadwiślańskie Jednostki Wojskowe podporządkowane
Belwederowi są rozbudowywane i dozbrajane” (Edmund
Szczesiak, „Borusewicz. Jak runął mur”).
O tym, że obawy Borusewicza podzielali także
szeregowi posłowie postkomunistów, świadczyło słynne
potem zachowanie posłanki Barbary Blidy, która
pospieszyła się z odkręceniem swojej tabliczki poselskiej z
ław sejmowych, uznając, że to już koniec. Ale wtedy ku
zaskoczeniu wszystkich doszło do złagodzenia konfliktu. W
ramach ugody Wałęsy z SLD odszedł z premierostwa
Pawlak i wspólnie zaakceptowano objęcie stanowiska szefa
rządu przez Józefa Oleksego. Prezydent wycofał się z
grożenia Sejmowi rozwiązaniem. Ponadto koalicja
zaakceptowała dwóch nowych ministrów prezydenckich w
rządzie — Władysława Bartoszewskiego, który objął MSZ, i
Zbigniewa Okońskiego, który został ministrem obrony.
Andrzej Milczanowski zachował fotel szefa MSW.
Jan Rokita stawia tezę, że wtedy skończyła się epoka,
gdy Wałęsa był aktywnym graczem w tej dziwacznej wojnie
Belwederu z koalicją SLD-PSL.
„Gdyby Wałęsa się nie przestraszył i wojnę wygrał, to
unijna lewica byłaby w defensywie, a sama Unia w sposób
nieunikniony znalazłaby się w obozie wałęsowskim. I nikt
nie miałby mocy, aby go przed Trybunałem postawić.
Istotą tamtych wydarzeń była niespójność strategii Wałęsy.
Doprowadził do niesłychanego politycznego napięcia, a w
chwili, w której miał zadać decydujący cios — uciekł.
I tak sprowadził wielką wojnę do małej gierki” (Jan
Rokita, „Anatomia przypadku”).
Można tylko się dziwić, skąd u Rokity przekonanie, że
Wałęsa może wyjść poza logikę „małej gierki”. Im bardziej
prezydent ulegał egotyzmowi, tym bardziej osłabiał swoją
siłę działania. Nikt z obozu prawicy, ani tym bardziej Unii
Wolności, nie miał ochoty go wspierać w wojnie z
postkomunistami, gdyż nikt mu nie wierzył. Po pierwsze
nie wierzono, że zdobytą na gruzach parlamentaryzmu
władzę wykorzysta racjonalnie. Po drugie rozumiano, że
takie wyczyny, godne republik bananowych, zniweczą
nasze szanse na wejście do Unii Europejskiej i NATO. Po
trzecie wreszcie bano się, że Wałęsa nadzwyczajną władzę
wykorzysta do niszczenia opozycji. I znów mściła się na
nim zarówno pamięć „nocy czerwcowej”, jak i pamięć o
inwigilacji prawicy w latach 1992-1993.
Niespodziewana ugoda prezydenta z SLD i PSL
zamieniła podejrzenie postkomunistów, że Wałęsa to
„papierowy tygrys”, w pewność.
Doskonale rozumiał to Leszek Miller, który później
wspominał:
„Na tle skłóconego obozu solidarnościowego naszym
atutem było to, że nie kojarzymy się z kłótniami i
politycznymi awanturami. Budowaliśmy więc sobie dalej
wizerunek ludzi spokojnych, umiejących czekać. Gdy już
było wiadomo, że Kwaśniewski nie będzie premierem,
zaczęliśmy pracować na jego prezydenturę” (Leszek
Miller, „Anatomia siły”).
Polityk SLD twierdzi, że czołówka jego formacji
zrozumiała wtedy ostatecznie, że Wałęsa żadnego zaplecza
parlamentarnego nie ma, że własnego obozu już do jesieni
1995 roku — kiedy miały się odbyć wybory prezydenckie —
nie zbuduje, a zwykłych Polaków zaczyna najzwyczajniej w
świecie albo przerażać, albo śmieszyć.
Ale były i wcześniejsze sygnały pokazujące, że
gospodarz Belwederu dla przedłużenia swojej
prezydentury jest gotowy do politycznych targów. W
trakcie pracy nad tą książką usłyszałem od paru
znaczących polityków obozu SLD, że jeszcze w 1994 roku
Wałęsa próbował wytargować przedłużenie swojej
kadencji. Pośrednikiem miał być Stanisław Ciosek —
ambasador w Moskwie pozostawiony z woli prezydenta na
swoim stanowisku. Polityk lewicy zastrzegający
anonimowość wspomina:
„Ciosek przekazywał nam propozycję przedłużenia
prezydentury Wałęsy o dwa i pół roku w zamian za jakąś
formę zaspokojenia ambicji liderów Sojuszu” (relacja
28.06.2013).
Wszystkie takie dość niezdarne próby przedłużenia
swojej władzy ze strony Wałęsy trafnie były postrzegane
przez postkomunistów jako dowód wewnętrznej słabości
niegdysiejszego przywódcy „Solidarności”. Leszek Miller
rekonstruuje po latach ówczesne myślenie w kierownictwie
SLD:
„Dla nas było oczywiste, że Wałęsa nie posunie się do
niczego, co naprawdę byłoby sprzeczne z konstytucją.
Owszem, Falandysz manipulował prawem do granic
wytrzymałości, ale było wiadomo, że cała ta gra ma jednak
jasno wyznaczone ograniczenia. (...) Byliśmy pewni, że on
nigdy nie sięgnie po dyktaturę, bo nie jest to w polskich
warunkach możliwe” (Leszek Miller, „Anatomia siły”).
Postkomuniści uznali wtedy, że w ciągu najbliższych
miesięcy do jesiennych wyborów Wałęsa nie będzie w
stanie ponownie doprowadzić do rozwiązania parlamentu.
W jakimś sensie powtórzyła się historia sprzed 14 lat, gdy
Wałęsa, odwołując strajk generalny w marcu 1981 roku,
unicestwił dynamikę działania NSZZ „Solidarność”. Teraz
ambitny elektryk był już sam i mógł tylko unicestwić
własną grę polityczną.
***
Wysunięcie Józefa Oleksego na premiera rozwiązało
Kwaśniewskiemu ręce. Nie musiał już rozważać objęcia
premierostwa po Pawlaku. „Olek” był w dodatku w
wygodnej sytuacji. Jeśliby przegrał — a wiadomo, że
dostałby nie mniej niż około 30 proc. głosów — to
powtórzyłby się manewr Włodzimierza Cimoszewicza z
1990 roku. Przegrany polityk postkomunistycznej lewicy
by się nie kompromitował, ale poświadczał kolejny skok
swojej partii w sondażach. Wałęsa zaś grał o wszystko, a
zahaczająca o śmieszność gotowość do targów z SLD, aby
tylko przedłużyć kadencję, pozwalała założyć, że może
popełnić jakiś błąd. Hasło „Nie chcę, ale muszę” w tym
wypadku brzmiało jak werbalizacja słabości zwycięzcy
sprzed 5 lat.
Formalnie Wałęsa zgłosił zamiar kandydowania już w
czerwcu 1994 roku, ale nie miało to póki co żadnych
konsekwencji politycznych. Ten stan odwlekania
rozpoczęcia kampanii wyborczej skłaniał nawet najbardziej
zagorzałych zwolenników „Lecha” do pewnej irytacji.
„Gazeta Krakowska” w wywiadzie z prezydentem
zacytowała w lipcu 1995 roku list do redakcji pana
Franciszka Taraska z Jankowej w województwie
małopolskim, w którym ten wyborca Wałęsy tak pisał do
głowy państwa:
„Czemu wije się pan jak mucha w ukropie, a nie
rozpocznie pan wyrazistej, zdecydowanej i uczciwie
postawionej kampanii wyborczej”.
Wałęsa odpowiedział:
„Powiedzcie temu człowiekowi, że czekam właśnie na
takich jak on (...). Jeżeli zawrzemy kontrakt [z wyborcami
— przyp. P.S.], czarno na białym, tyle a tyle podpisów, to
Wałęsa nam i sobie pomoże. Jeżeli na przykład Sącz ma
100 tys. mieszkańców, to jeżeli zbierzecie 10 czy 20 tys.
podpisów, to rozpoczniemy razem batalię”.
Pięć dni później na łamach tejże „Gazety Krakowskiej”
Wałęsa gromko obiecywał: „Jeśli wystartuję, wygram!”.
Jednocześnie prezydent z niepokojem patrzył na sporą
niechęć prawicy do poparcia jego kandydatury. Prawicowe
partie dobrze znały sondaże, które dawały Wałęsie bardzo
małe szanse na reelekcję. Badania opinii publicznej z
wiosny 1995 roku sytuowały prezydenta w przedziale
wyników między 5 a 10 proc.
Wałęsa zaczyna walkę o dusze prawicowego
elektoratu. W maju 1995 roku mianuje Marka Jurka,
polityka ZChN, nowym szefem Krajowej Rady Radiofonii i
Telewizji na najdłuższą sześcioletnią kadencję.
Ryszard Czarnecki, który był wówczas liderem ZChN,
przypomina sobie wizytę w Belwederze na zaproszenie
Mieczysława Wachowskiego.
„Pan minister nie zniżył się do zachęcania ZChN do
poparcia Wałęsy, tylko po prostu wygłaszał przemowę, jak
wysoko wygra jego szef. Powoływał się na jakieś sondaże z
jego rodzinnej Bydgoszczy, które miały dawać Wałęsie
miażdżące zwycięstwo. Pamiętam słowa Wachowskiego:
»Kto ma rozum, niech dołączy do obozu Lecha Wałęsy póki
czas«. Słuchałem tej przemowy i pomyślałem sobie: Rysiu,
trzeba dawać dyla. Trafiłeś do jakiegoś zupełnie
odrealnionego świata” (Ryszard Czarnecki, relacja
6.07.2013).
Na początku największe szanse na status jednego
kandydata prezydenckiego prawicy wydawał się mieć
Adam Strzembosz, I prezes Sądu Najwyższego.
Sam Wałęsa uznawał długo Strzembosza za
najgroźniejszego rywala. Były ku temu powody, bo
Aleksander Hall lansował wtedy skupienie się wszystkich
sił solidarnościowych, włącznie z Unią Wolności, wokół
osoby I prezesa Sądu Najwyższego.
Gospodarz Belwederu w swoim przaśnym stylu
wyśmiewał wtedy szacownego seniora:
„Weźmy na przykład pana Strzembosza, co Strzembosz
może? Jaki on może być mocny na przykład w rozmowie z
Clintonem czy Jelcynem? Co on będzie mógł zrobić, kiedy
w parlamencie jest 2/3 postkomuny? (...) i prawdopodobnie
tak będzie dwa, trzy lata? Uśmiechać się? Nic ponadto”
(wywiad dla KAI, 14.04.1995).
Prawicowe partie dyskutowały wówczas nad
optymalnym kandydatem prawicy w ramach dziwacznego
tworu zwanego Konwentem św. Katarzyny — ta ostatnia
nazwa wywodziła się od jednego z warszawskich
kościołów, gdzie odbywały się te polityczne konwektykle.
Wśród kandydatów, co charakterystyczne, nie było Wałęsy,
za to prawicowi liderzy wahali się między Hanną
Gronkiewicz-Waltz, Janem Olszewskim i Leszkiem
Moczulskim.
Ostatecznie po bezskutecznych próbach zawarcia
konsensusu w Konwencie św. Katarzyny na placu boju w
wyborach prezydenckich zostali: Hanna Gronkiewicz-Waltz
i Jan Olszewski. Każdy z tych kandydatów wystartował z
własną, odrębną kampanią. Osobno do prezydenckiej
rywalizacji wszedł Lech Kaczyński — namówiony do tego
przez swojego brata. Potem, jeszcze w trakcie kampanii,
Strzembosz i Kaczyński się wycofali.
Ryszard Czarnecki na czele ZChN poparł Hannę
Gronkiewicz-Waltz, ale szybko się zorientował, że ta
kandydatka, startująca pod nietrafionym hasłem
„Zaopiekujmy się Polską”, jest wyjątkowym antytalentem
politycznym. Urzędnicy Wałęsy w nieoficjalnych
rozmowach z dziennikarzami z lubością wyszydzali jej brak
doświadczenia medialnego, nazywając ją „jakąś tam
pańcią”. Sam prezydent traktował Gronkiewicz-Waltz jako
wyjątkowo nielojalną zdrajczynię. Wypominał swojej
rywalce w wyborach, że to on zapoczątkował jej karierę,
mianując ją w 1992 roku prezesem Narodowego Banku
Polskiego.
Czarnecki doszedł do wniosku, że HGW, jak ją już
wówczas nazywano, nie ma żadnych szans. W tej sytuacji
ZChN zmienił front i jesienią poparł Wałęsę. Czarnecki
znów pojawił się w Belwederze.
„Wałęsę z tamtej rozmowy wspominam jako kogoś, kto
był w jakiś dziwaczny sposób przeczulony na punkcie
własnego ego. Wszystko mierzył tą miarą. Nie zapomniał
ZChN-owi poparcia Gronkiewicz-Waltz. Na najmniejszą
chociażby próbę wskazania na słabości jego polityki —
reagował »z buta«” (relacja 6.07.2013).
Kampania Wałęsy ruszyła początkowo w sytuacji
niskich notowań prezydenta. Aby polepszyć choć trochę
swój wizerunek w elektoracie pamiętającym prezydentowi
„noc czerwcową”, prezydent dymisjonuje Mieczysława
Wachowskiego. Było to wtedy spore zaskoczenie. Jeszcze
latem 1995 Wachowski zachowywał się jak ktoś
wszechwładny.
Marek Jurek, świeżo mianowany szef KRRiTV,
wspomina swoją wizytę w Pałacu Prezydenckim w tym
czasie.
„W trakcie śniadania z Lechem Wałęsą wspomniałem
prezydentowi o kłopotach prezesa Walendziaka z radą
nadzorczą TVP. Po skończonej rozmowie z prezydentem —
już na korytarzu — podszedł do mnie Wachowski. »Może
będę mógł jakoś pomóc« — zagaił. »Ludzie mają przecież
swoje kłopoty, zmartwienia« — mówił. »Może trzeba kogoś
zmotywować, przekonać?«. Natychmiast zmieniłem temat
rozmowy, nie mając ochoty się dowiadywać, jak minister
Wachowski może »motywować« tych, którzy są w jego
opinii problemem” (Marek Jurek, relacja 7.07.2013).
Jednak cały efekt dymisji Wachowskiego niweczyły
mętne wypowiedzi Wałęsy, które nie wykluczały, że po
wyborach wszechwładny minister może wrócić.
„Teraz znów muszę wszystko przestawić na
prezydenturę. (...) W poprzedniej konfiguracji [Wachowski
— przyp. P.S.] był naprawdę dobry, a teraz się nie nadaje,
bo potrzeba ludzi, którzy będą łączyć, szukać kompromisu.
(...) Gdyby był inny układ, demokracja wolnościowa, to nie
mam lepszego człowieka niż Wachowski. On się na tym
sprawdził. Ale nie przypuszczam, by było to możliwe” —
mówił Wałęsa w wywiadzie dla „Dziennika Łódzkiego”.
Wypowiedzi prezydenta były tak wyzywająco cyniczne, że
dziennikarzowi wyrwała się uwaga:
„— Można tak instrumentalnie traktować człowieka?
Raz pasuje, raz nie? Czy Wachowski się na to godzi?
— Zaraz, zaraz. Albo się zgodziłem być kolesiem i grać
w jakieś układy towarzyskie, albo się zgodziłem
przeprowadzić Polskę najmądrzej i najkorzystniej do
normalności. Jeśli tak, to ja wymieniam wszystkich oprócz
żony, bo ona mi się nie miesza do polityki” („Dziennik
Łódzki”, 7-8.10.1995).
W ramach wymiany kadr w Belwederze prezydent
pożegnał się też z Leszkiem Spalińskim — jednym z
niewielu rzeczników prasowych w historii tego zawodu,
który niemal nie ukrywał, że nie przepada za żurnalistami.
Nowy rzecznik Marek Karpiński, brat znanych eseistów
Jakuba i Wojciecha, miał być ukłonem Wałęsy wobec elit.
W łagodzeniu dawnych urazów ze środowiskiem Unii
pomagał wtedy prezydentowi Jan Rokita. To z jego
inicjatywy Wałęsa pofatygował się do krakowskiej redakcji
„Tygodnika Powszechnego”, aby przeprosić Jerzego
Turowicza za kłótnię z 1990 roku.
Prezydent zadbał też o odbudowanie relacji z Adamem
Michnikiem, podkreślając z kolei swoje zasługi w walce z
braćmi Kaczyńskimi. Nieprzypadkowo wielki wywiad
Michnika i grupy dziennikarzy z prezydentem z tego czasu
miał tytuł „Wiele bzdur Kaczory nagadali”. Wywiad był
faktycznym rozliczaniem Wałęsy z wszelkich gestów i
działań, które nie podobały się Michnikowi w ciągu
ostatnich 5 lat. Prezydent jak pokorny uczniak wysłuchiwał
pretensji o wypromowanie Olszewskiego, mianowanie
Macierewicza na szefa MSW i — szerzej — niesłuchanie się
„Gazety Wyborczej”. Bardzo charakterystyczne było
pytanie szefa „GW”:
„Lechu, czy ty jesteś reformowalny? Ja na Jacka
[Kuronia — przyp. P.S.] będę głosował, bo uważam, że to
najlepszy z kandydatów. A ty potrafisz przyznać się do
pomyłki i przekonać do odmiennego stanowiska?
— Nawet dziecko mnie przekona, jak ma przekonać”
(„Gazeta Wyborcza”, 14-15.10.1995).
Wtedy po raz pierwszy — choć na chwilę — mignęło
nam nowe przyszłe oblicze Wałęsy. Posłusznego
potakiwacza w kampaniach medialnych liberalnego salonu.
To, że dawny przywódca „Solidarności” zdolny był do
zaakceptowania tej, w sumie upokarzającej, rozmowy,
pokazuje, jak bardzo zdeterminowany był w walce o
prezydenturę.
Jednocześnie Wałęsa potrafił wybuchać
nieproporcjonalnie ostrym gniewem w odpowiedzi na
krytyki swojej osoby. Gdy Ryszard Bugaj, lider lewicowej
Unii Pracy, wypowiadając się z okazji rocznicy strajku w
Stoczni Gdańskiej, oskarżył głowę państwa o zdradę
robotniczej idei Sierpnia ’80 i kosztowny remont Pałacu
Prezydenckiego, reakcja Wałęsy była wręcz furiacka.
„Powiedzcie temu człowiekowi, że nie ma pojęcia, o
czym mówi. Tylko wybrzydza. Czy ja mam jakikolwiek
wpływ na budowę Pałacu Prezydenckiego? (...) I taki typ
jak Bugaj, inteligentny cham, obciąża mnie za to, że ktoś
wstawił mi jakąś wannę? (...) Może powinienem mieszkać
w stoczni, spać na styropianie? Bugaj chyba tego chce!
(„Głos Wybrzeża”, 29.08.1995).
Kampania Wałęsy przypominała trochę jego Tour de
Pologne z kampanii 1990 roku. Znów jeździł z wiecu na
wiec. Znów zachęcał, by ten, kogo przekonał, podniósł
rękę w górę, ale nie było już tego poczucia świeżości
sprzed pięciu lat. Było widoczne, że Wałęsa ma pewien
kompleks nieudanej prezydentury. Sporą część wieców
marnował na żalenie się, że „nic nie mogłem zrobić” i że
„prezydentura w takim kształcie jest po nic, bo nie daje
władzy”. Puenta tych wywodów polegała na wezwaniu
wyborców, aby wybierając Wałęsę, „pozwolili dokończyć
mu swoją robotę”. Wszystko to wieńczyły gromkie zaklęcia:
„W walce o dobro ojczyzny można mnie zabić, ale nie
pokonać”, dobrze brzmiących w czasach stanu wojennego,
ale teraz nieprzemawiających do Polaków, którzy od
dobrych paru lat korzystali z dobrodziejstw wolnego rynku.
Prezydent zdawał się nie zauważać, jak bardzo te
narzekania i tłumaczenia stawiają go w pozycji gderliwego
wujka, który głosi, jak wielkie rzeczy by osiągnął, gdyby
nie zawistni koledzy z pracy. Tę tonację dodatkowo
wzmacniał ton fanfaronady i przechwałek, którymi Wałęsa
maskował rosnącą obawę przed Kwaśniewskim.
Przytoczmy parę tytułów medialnych wywiadów
prezydenta: „Rozbiję komunę” („Życie Warszawy”,
21.10.1995), „Kim Ir Senem być nie chciałem” („Czas
Krakowski”, 24.10.1995), „Buduję na sto lat” („Głos
Wielkopolski”, 8.11.1995) i „Zmierzę się z komuną raz
jeszcze i zwyciężę” („Życie Warszawy”, 1.12.1995).
Lech Wałęsa kopiował bez większej refleksji swój styl
wiecowy z lat 1989-1990. Nie zauważył, że wyrosło już
nowe pokolenie, które nie ma ochoty na słuchanie o
wojnach, bataliach i ofensywach wielkiego elektryka. I
znów mścił się fakt, że w jego otoczeniu nie było nikogo o
słuchu socjologicznym.
Dodatkowo Rokita rozkręcał antykomunistyczną
kampanię „Trzy czwarte” mającą zmobilizować sondażowe
75 proc. Polaków, którzy według badań opinii deklarowali,
że nie zagłosują na Aleksandra Kwaśniewskiego. Wskutek
takich impulsów Wałęsę z wolna zaczęło popierać coraz
więcej osób. Byli to ludzie, których nachodziły obawy
dotyczące totalnej dominacji postkomunistów. Jak słusznie
podejrzewał prezydent, wizja, w której premierem miał być
Oleksy, a prezydentem Kwaśniewski, budziła jak najgorsze
skojarzenia. Mimo że oficjalnym kandydatem Unii
Wolności był Jacek Kuroń, to tacy politycy jak Jan Rokita
zaczęli popierać Wałęsę.
Rokita twierdzi, że jeśli Unia poparłaby wtedy Wałęsę,
to chcąc nie chcąc, dołączyłyby do tego bloku „Polski
posierpniowej” partie prawicy.
„Jedna strona medalu: wszyscy przeciwko Wałęsie. Ale
była też druga: otóż jeden Wałęsa był ciągle jeszcze
silniejszy od reszty. (...) Rzecz w tym, że opuszczony przez
partie trochę na własne życzenie, oddał swoją kampanię
wyborczą jakimś kompletnym nieudacznikom, którzy
bardziej się bali tego, że ktoś im »zabierze« Wałęsę, niż
potrafili cokolwiek dla niego zrobić. Na zorganizowanie mu
przeze mnie wiecu ze studentami w Krakowie jego sztab
zgodził się dopiero w ostatnim dniu kampanii, kiedy
wiadomo było, że z powodu ciszy przedwyborczej nie
będzie z niego żadnej relacji medialnej” (Jan Rokita,
„Anatomia przypadku”).
Krakowski polityk, wspominając o politykach drugiego
czy trzeciego szeregu, organizujących sztab Wałęsy, mógł
mieć na myśli takie zapomniane dziś postacie, jak Jerzy
Gwiżdż, poseł BBWR, Jerzy Stępień, wówczas polityk Partii
Chrześcijańskich Demokratów, czy Bogusław Kowalski,
działacz Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego.
„Sprawnemu prowadzeniu akcji wyborczej nie służyły
(...) spory między Gwiżdżem a przewodniczącym komitetu
wyborczego Jerzym Stępniem, prowadzące do sytuacji, w
której ten pierwszy zakazał wpuszczać drugiego do
siedziby sztabu wyborczego” — pisze Antoni Dudek w
swojej syntezie „Historia polityczna Polski 1989-2012”.
Naprzeciw tego anachronicznego sztabu zaludnionego
przez podtatusiałych prawicowców stał sztab Aleksandra
Kwaśniewskiego. Polityk ten wiedział, że trzeba
sprowadzić z Zachodu Jacques’a Séguélę, autora
zwycięskich kampanii François Mitterranda. Kwaśniewski
znalazł w sobie siłę, aby przed kampanią zrzucić zbędne
kilogramy. Uznał, że wizyty w solarium go nie ośmieszą,
ale zachwycą wyborców w Polsce B, i że warto założyć
niebieskie szkła kontaktowe, i że kamera telewizyjna lepiej
przyjmuje błękitny kolor koszuli. Kandydat SLD zadbał o
to, aby na jego trasie przygrywały mu kapele disco polo
wraz z czarnoskórym DJ-em. Sztab Kwaśniewskiego działał
jak dobrze naoliwiona maszyna. Ludzie ze sztabu Wałęsy
wyśmiewali się z tego, że kandydat lewicy rozdaje gadżety
ze swoim wizerunkiem, ale sami nie mieli lepszych
pomysłów na promocję swego szefa.
Kwaśniewski zaczął kraść Wałęsie jego pomysł na
popularność. Tym razem to on wiedział, jak wzbudzić
sympatię sali, a nie coraz bardziej staroświecki wąsacz. Bo
te sale nie były już zaludnione ludźmi w patriotycznym
uniesieniu epoki Karnawału, tylko Polakami, którzy chcieli
wreszcie spokojnie grillować, cieszyć się życiem i nie bać
się, że stracą pracę.
W otoczeniu Wałęsy zabrakło kogoś takiego jak Ludwik
Dorn, który wówczas z zacięciem socjologa obserwował z
pewną fascynacją odkrycie przez kandydata lewicy nowej
prawdy o Polakach:
„Kwaśniewski wyjątkowo elegancko i inteligentnie
reprezentował miałkość swojej epoki. (...) odkrył
discopolowatość, odkrył narodziny nowego typu
społecznego, nowego typu plebejskości, już nienaznaczonej
przez Solidarność, przez ten także przecież plebejski ruch.
Ale ten nowy typ plebejskości jest inny, wyłania się po
zawierusze przełomu lat 80. i 90. Jest już w pełni
ukształtowany do połowy 1993 roku, kiedy to w marcu
tamtego roku zaczął rosnąć dochód narodowy. (...) Zaczęło
się rodzić nowe społeczeństwo” (Ludwik Dorn, „Anatomia
słabości”).
Jeśli zderzyć ze sobą wyraziste obrazy ilustrujące
słowa Dorna, to będą to ujęcia Kwaśniewskiego
podrygującego na scenie w rytm piosenki grupy Top One
„Ole Olek” i Wałęsy, który wymachuje rękami na wiecach i
swoim skomplikowanym językiem tłumaczy, co mu się nie
udało. Przypomnijmy rok 1980. Wtedy Polacy też nie do
końca rozumieli, co mówi przywódca — najsłynniejszy
elektryk, ale potrzebowali go jako lidera. Teraz ten
ezopowy język drażnił, bo ludzie potrzebowali polityka na
nowe stulecie, a nie kombatanta minionych wojen.
Doskonale wypunktował to Aleksander Kwaśniewski 12
listopada 1995 roku w trakcie telewizyjnej debaty w TVP.
Lider postkomunistów wskazywał, że Wałęsa jest jak
zasłużony, utytułowany bokser, który ciągle mówi o swoich
zwycięstwach. „Te zwycięstwa były, nikt nie przeczy. Ale
trzeba teraz pomyśleć o przyszłości” — mówił z
nokautującą trafnością Kwaśniewski.
Do dziś wiele osób twierdzi, że gdyby Wałęsa wówczas
odrzucił telewizyjne wyzwanie, może by wygrał. Prezydent
został wyprowadzony z równowagi przez lidera lewicy jego
lekkim spóźnieniem, przywitaniem się z wszystkimi w
studiu z wyjątkiem Wałęsy. Nabzdyczony prezydent
wybuchł później słynną propozycją podania
Kwaśniewskiemu nogi. Zrobiło to na widzach debaty jak
najgorsze wrażenie.
Wałęsa był wtedy po I turze wyborów, w których
pierwsze miejsce zajął, ku jego irytacji, właśnie
Kwaśniewski, zdobywając 35,11 proc. głosów. Dopiero
drugi był prezydent z wynikiem 33,11 proc. Wspomniana
już pierwsza debata odbyła się wtedy, gdy Wałęsa
zrozumiał, że nie wygra łatwo.
Jak to często bywa w historii, powodzenie w przeszłości
osłabiło czujność. Gospodarz Belwederu miał w pamięci
swój zwycięski pojedynek telewizyjny z Alfredem
Miodowiczem 7 lat wcześniej i uznał, że nic w tym czasie
się nie zmieniło. Owszem, zmieniło się. Kwaśniewski
myślał kategoriami przekazu telewizyjnego. Wiedział, że
zlekceważenia przez niego prezydenta nikt z telewidzów
nie zauważy, ale wybuch złości Wałęsy rzuci się w oczy
każdemu.
I znów wracamy do powtarzanej w tym rozdziale tezy o
Belwederze jako pustym zamczysku. Nie znalazł się w
otoczeniu prezydenta nikt, kto wytłumaczyłby mu, co jest
dla widza ważne, a na co nie zwróci nawet uwagi.
Podejrzewam, że po nieudanej potyczce z Kwaśniewskim
belwederscy dworacy gratulowali raczej Wałęsie, że „tak
nagadał »Kwasowi«, że aż mu w pięty poszło”. Co więcej,
prezydent nie zorientował się, że palnął głupstwo, i w
następnej debacie 15 listopada zarzucił liderowi SLD, że
„wszedł do studia jak do obory i ani be, ani me, ani
kukuryku”. To był dodatkowy gwóźdź do trumny kampanii
najsłynniejszego elektryka. 19 listopada 1995 roku
Kwaśniewski zwyciężył, zdobywając głosy 51,72 proc.
Polaków. Wałęsa uzyskał stosunkowo niewiele mniej, czyli
48,28 proc. Ale to niewiele mniej nic nie dawało.
Zwycięzca był tylko jeden.
***
11 grudnia 1995 roku prezydent udzielił wywiadu
„Kurierowi Polskiemu” pod znamiennym tytułem „Mam asy
w rękawie”. Wałęsa na pytanie, dlaczego przegrał wybory,
odpowiedział:
„Nie użyłem wszystkich argumentów, nie użyłem całej
wiedzy, jaką posiadam o postkomunistycznej orientacji i
tych ludziach” („Kurier Polski”, 11.12.1995).
Słowa prezydenta można było zrozumieć dopiero w
trakcie wydarzeń 10 dni później. Na specjalnym
zamkniętym posiedzeniu Sejmu minister spraw
wewnętrznych Andrzej Milczanowski w trakcie
wystąpienia z trybuny sejmowej oskarżył premiera Józefa
Oleksego o współpracę z obcym wywiadem. Wobec szefa
rządu wysunięty został zarzut działalności szpiegowskiej
na rzecz Rosji pod pseudonimem „Olin” Część mediów
uściśliła, że chodzić miało o kontakty z rezydentami KGB w
Polsce: Grigorijem Jakimiszynem i Władimirem
Ałganowem. Wybuchł polityczny skandal. Oleksy
zdecydowanie odrzucił oskarżenie, a jego partia zaczęła
alarmować, że Polsce grozi zamach stanu ze strony
Wałęsy, który nie chce oddać władzy. Pakiet materiałów
śledczych, jaki posłużył Milczanowskiemu do oskarżenia
Oleksego, był efektem pracy czterech oficerów UOP z
Marianem Zacharskim na czele. Zbierał on materiały
przeciwko premierowi od wielu miesięcy. W atmosferze
politycznego kryzysu prokuratura Warszawskiego Okręgu
Wojskowego podjęła śledztwo, a Oleksy podał się do
dymisji.
Jaki był cel zbierania przez grupę oficerów materiałów
na szefa rządu? Przede wszystkim był to wynik
rozdwojenia wśród oficerów byłych służb specjalnych. W
1990 roku podzielili się oni na tych, którzy czekali na
powrót spadkobierców PZPR do władzy, i tych, którzy
uznali, że warto postawić na Wałęsę jako czynnik, który
będzie istotny w polskiej polityce jeszcze wiele lat. Jacek
Łęski, wówczas zajmujący się dziennikarstwem śledczym,
współautor opublikowanego w roku 1997 na łamach
„Życia” (dziennika nazywanego wtedy „Życie z kropką”)
głośnego tekstu „Wakacje z agentem”, o spotkaniach
Aleksandra Kwaśniewskiego z Władimirem Ałganowem,
jest zdania, że jakaś grupa oficerów od połowy 1990 roku
szukała rozmaitych sposobów, aby zdobyć mocną pozycję u
boku Wałęsy.
„To był efekt rozłamu w starych służbach. Postawienie
na Tymińskiego nie dało efektu, więc szybko odnaleźli
drogę do kancelarii prezydenckiej. Najprawdopodobniej
nie dostali od środowiska postkomunistów tego, co
uważali, że im się należy, i uznali to za nielojalność. Można
zaryzykować podejrzenie, że odbyło się to przy
pośrednictwie Wachowskiego. Byli esbecy ofiarowali swoje
talenty na użytek nowej władzy” (relacja 3.07.2013).
Według Łęskiego zaczęło się od odkrycia Zacharskiego,
że były kontakty Oleksego z Ałganowem. Musiało się to
zdarzyć na przełomie 1993 i 1994 roku. Rzecz w tym, że
„biesiady” Oleksego i Ałganowa trwały na początku lat 90.,
ale miały się zacząć jeszcze w latach 80.
Pytanie, dlaczego aferę „odpalono” już po wygranej
kandydata SLD? Przecież jeśli Wałęsie chodziło o
przypomnienie bliskich związków postkomunistów z
Rosjanami, to lepszą okazją była kampania
Kwaśniewskiego. Można przyjąć, że były ku temu istotne
powody. Wałęsa zakładał, że kandydatem SLD na
prezydenta będzie Oleksy. Mógł tak myśleć, bo
Kwaśniewski wydawał się idealnym kandydatem na
premiera, który w końcu 1994 roku czy na początku 1995
mógł zastąpić krytykowanego powszechnie Pawlaka. A
Oleksy jako marszałek Sejmu kojarzył się z kandydaturą,
którą Sojusz miał wysunąć na wybory prezydenckie. Stało
się inaczej i w lutym to Oleksy zastąpił Pawlaka.
Kwaśniewski zaś stanął do wyścigu o prezydenturę.
Przypomnijmy słowa Millera o tym, jak Wałęsa
przyznał się, że chciał skusić Kwaśniewskiego obietnicą
swojej pomocy w wypadku niestawiania przeszkód na
drodze do jego reelekcji. Być może wynikało to z tego, że
prezydent wiedział już, że są jakieś haki na Oleksego, więc
to był dla niego najbardziej wygodny rywal w rozgrywce
prezydenckiej. I być może Wałęsa nie wykluczał
wypuszczenia sensacji o „Olinie” w trakcie kampanii, w
której rywalizowałby z Oleksym. Tak się jednak nie stało.
Materiałów o „Olinie” Wałęsa nie zdecydował się
wykorzystać w kampanii przeciwko Kwaśniewskiemu i już
po przegranych wyborach mógł uznać, że jeśli jest jeszcze
okazja, aby „odpalić bombę”, to jest to ostatni na to
moment.
Łęski spekuluje: „Wałęsa nie miał już powodu, żeby
sprawę »Olina« zamieść pod dywan, a Milczanowski jej
ujawnienie uznał za misję państwową” (relacja 3.07.2013).
Sprawa „Olina” już pod pełną władzą SLD została
umorzona wiele miesięcy później. Nikt nigdy nie wyjaśnił,
kto się krył za tym pseudonimem. Jarosław Kaczyński,
który patrzył na ten konflikt z boku, nie żywiąc specjalnie
ciepłych uczuć ani wobec Wałęsy, ani Oleksego, ocenia
sprawę „Olina” dość racjonalnie:
„— Sprawę Oleksego planowano na wypadek
zwycięstwa Wałęsy w wyborach prezydenckich. Skądinąd
już na początku 1995 roku spektakularny konflikt Wałęsy z
Sejmem jawił się jako początek zamachu stanu, ale nic się
wtedy nie stało. (...)
— Oleksy ponosi jakąś winę?
— Pytał podobno: dlaczego właśnie ja? Ałganow znał
przecież całą postkomunistyczną elitę. Oleksy pewnie robił
w drugiej połowie lat 80. karierę w partyjnym aparacie w
jakimś związku z Rosją. Ale nie on jeden — i w dodatku
Wałęsie nie chodziło o żadną walkę z komunizmem.
Podczas sprawy Oleksego dzwoniły do mnie
rozhisteryzowane panie, pytając: dlaczego występowałem
przeciwko Wałęsie, a nie organizuję demonstracji
przeciwko Oleksemu. Więc zimą 1995 roku podczas
szczególnie wielkich mrozów zrobiłem antyeseldowską
demonstrację razem z Olszewskim. Nabawiłem się po niej
grypy” (Michał Karnowski, Piotr Zaremba, „Alfabet braci
Kaczyńskich”).
Dosyć lekki ton, w jakim późniejszy lider Prawa i
Sprawiedliwości opisuje sprawę „Olina”, jest dowodem, jak
bardzo antykomunizm Wałęsy był wówczas
skompromitowany. Odpalenie przez słynnego elektryka
posiadanej wiedzy o Oleksym jawiło się albo jako osobista
zemsta na „czerwonych” za przegraną, albo wstęp do
jakiejś formy dyktatury Wałęsy, w której inwigilacja
prawicy mogłaby zamienić się w otwarte represje i
aresztowania. Dlatego współpracownicy Kaczyńskiego
wspominają, że na wieść o przegranej Wałęsy i wygranej
Kwaśniewskiego szef PC nie ukrywał zadowolenia.
Po latach Michał Karnowski i Piotr Zaremba pytali:
„— Jak odebrał pan prezydenckie zwycięstwo
[Kwaśniewskiego] w 1995 roku?
— Nie ukrywam, że zdecydowanie dobrze. Wypiłem
wtedy potężny kielich dobrego wina.
— Za klęskę Wałęsy?
— Nie, za swoją skórę. Wtedy Krzysztof Wyszkowski,
też mocno z Wałęsą skonfliktowany, twierdził, że trzeba
będzie emigrować z kraju. I nie uważałem, że to
twierdzenie absurdalne. (...) Wraz z przegraną Wałęsy to
wręcz fizyczne zagrożenie zostaje odsunięte. Zresztą
lektura materiałów prokuratorskich ze sprawy inwigilacji
prawicy potwierdziła moje ówczesne obawy” (Michał
Karnowski, Piotr Zaremba, „Alfabet braci Kaczyńskich”).
Kaczyński słusznie zakładał, że Kwaśniewski będzie się
starał o wejście Polski do NATO i Unii Europejskiej, i w
związku z tym powstrzyma pokusę łamania demokracji, a
Wałęsa, do którego Wachowski powróciłby zapewne
następnego dnia po wygranych wyborach, w imię swojej
żądzy władzy nie przejmowałby się opinią Zachodu i
wzmacniałby autorytaryzm.
Cała afera nie powstrzymała zaprzysiężenia
Aleksandra Kwaśniewskiego 23 grudnia 1995 roku na
nowego prezydenta. W politycznych salonach Warszawy
krążyły wówczas plotki, że Wałęsa otrzymał od paru
zachodnich ambasad bardzo wyraźne ostrzeżenia przed
próbą kopnięcia w polityczny stolik. Dzień wcześniej, w
ostatnim dniu swojej prezydentury, odznaczył Orderami
Orła Białego Władysława Bartoszewskiego i Tadeusza
Mazowieckiego.
W marcu 2013 roku, w programie „Tomasz Lis na
żywo”, Lech Wałęsa dał do zrozumienia, że jego otoczenie
namawiało go do zamachu stanu i nieoddawania władzy
Kwaśniewskiemu z racji niejasnych informacji o przeszłości
prezydenta elekta. Chodziło o wątpliwości lustracyjne,
jakie podnosił potem w 2000 roku rzecznik interesu
publicznego, sędzia Bogusław Nizieński, w trakcie procesu
lustracyjnego Kwaśniewskiego przed kolejnymi wyborami
prezydenckimi.
„Piłsudski musiał zrobić zamach, by to uporządkować.
Miałem podobną sytuację, gdy zgłoszono mi
Kwaśniewskiego jako agenta. Zachęcano mnie wtedy do
zamachu, ale ja tego nie zrobiłem i nikt by mnie do tego
nie namówił” — podkreślił były prezydent („Tomasz Lis na
żywo”, 11.03.2013).
Fakt, że w otoczeniu Wałęsy ktoś mógł brać w ogóle
pod uwagę niedopuszczenie do przejęcia urzędu przez
Kwaśniewskiego drogą zamachu stanu, dowodzi, jak
dalece w Belwederze nie rozumiano już, że Polska znalazła
się w sferze politycznych obyczajów Europy Zachodniej.
To, że Wałęsa odrzucił takie pomysły, pokazuje, że słynny
elektryk choć na sam koniec swojej prezydentury wykazał
resztki realizmu. Ale jej bilans był przygnębiający. Lech
Kaczyński po latach, już jako prezydent, postawi tezę, że w
1995 roku wokół wyborów prezydenckich doszło do
rywalizacji dwóch grup wywodzących się z dawnej PZPR.
„Kilka lat temu jeden z nieżyjących już dziś wybitnych
polityków zwrócił mi uwagę, że walka o prezydenturę
między Kwaśniewskim i Wałęsą w 1995 roku była w istocie
rozgrywką między dwoma elementami tego samego
aparatu: aparatem partyjnym i aparatem bezpieczeństwa”
(„Wprost”, 18.03.2007).
Jak się okazało, wygrali „cywile”.
Rozdział 7
Zbędny, ale użyteczny
Gdzieś tuż przed zaprzysiężeniem Aleksandra
Kwaśniewskiego wszyscy dziennikarze akredytowani w
biurze prasowym prezydenta Wałęsy dostali zaproszenie
na pożegnalną konferencję prasową” — wspomina Jacek
Łęski, w 1995 roku dziennikarz telewizyjnego programu
„Puls Dnia”.
„Dziennikarze liczyli na jakiś poczęstunek, lampkę
wina na pożegnanie czy choćby szansę na luźną rozmowę z
odchodzącym prezydentem. Zamiast tego zobaczyli tylko
przygotowany mikrofon w głównej sali Belwederu, od
którego oddzielały ich barierki z kolorowych, pluszowych
sznurów. Wałęsa wyraźnie nie miał ochoty na żadne
wylewności. Pojechał swoim ulubionym stylem: »Chciałem,
nie musiałem«, »Co było, to było«, »Co zrobiłem, to
zrobiłem«, »Może można było lepiej, ale i tak wyszło
dobrze« itd. Gdy skończył, odwrócił się na pięcie i znikł za
drzwiami, które natychmiast za nim zamknięto. BOR-owcy
niesłychanie brutalnie zaczęli wypychać dziennikarzy z
sali, nerwowo oznajmiając: »konferencja skończona,
proszę opuścić salę«. Po chwili gwałtowność działania
BOR-owców spowodowała, że licznie zgromadzeni
dziennikarze zaczęli na siebie wpadać. Pamiętam, że w tym
tumulcie zniszczono Monice Olejnik mikrofon. Niektórzy
żurnaliści zaczęli z irytacją krzyczeć, żeby zaprzestać tego
niemal już brutalnego wypychania — co jeszcze bardziej
zdenerwowało i rozsierdziło BOR-owców. Po chwili
wszystkie media wypchnięto już na zewnątrz, a kolejni
BOR-owcy, już ci z zewnątrz, równie nieprzyjemnym
głosem wskazywali dziennikarzom bramę Belwederu. »No
to niezły ‘Wałek’ miał finisz, można powiedzieć, że z
przytupem« — takimi żartami rozwścieczeni reporterzy
odreagowywali niesmaczny incydent” (Jacek Łęski, relacja
7.07.2013).
Ten barwny obrazek z końca prezydentury Wałęsy
tłumaczy, dlaczego przez kolejne lata polscy dziennikarze
mieli na jakiś czas dosyć byłego prezydenta.
Jednym z pierwszych wystąpień Wałęsy po opuszczeniu
Belwederu nie były żadne manifesty polityczne, tylko
obwieszczenie światu, że jest bez środków do życia i musi
wrócić do pracy w stoczni.
„Już w miesiąc po wyborach ogłosiła to pani Danuta: —
Mąż musi wrócić do pracy, bo poza 3-miesięczną odprawą
prezydencką nie mamy środków do życia” (Jan Skórzyński,
„Zadra”).
Istotnie trzy miesiące później Wałęsa ogłosił, że wraca
do pracy w stoczni. Bardziej nerwowym politykom SLD
zamajaczyła przed oczami jakaś reminiscencja z lat 80., w
której były lider „Solidarności” może chcieć znów stanąć
na czele antykomunistycznego protestu. Zelektryzowani
wiadomościami z Polski zachodni dziennikarze tłumnie
stawili się 2 kwietnia 1996 roku przed bramą główną
Stoczni Gdańskiej. Wszystko okazało się jednak wręcz
kuriozalną maskaradą. Wałęsa otoczony tratującymi się
nawzajem ekipami telewizyjnymi wszedł do zakładu, złożył
wniosek o powrót do pracy w dyrekcji, dał się
obfotografować na tle swojego dawnego warsztatu
naprawy wózków akumulatorowych i po paru godzinach
wrócił do domu.
Dlaczego nie pomyślano o jakiejś emeryturze dla
Wałęsy? Próbuje to wyjaśnić poseł PSL Stanisław
Żelichowski:
„To był dopiero pierwszy prezydent wybrany
demokratycznie. Przed wyborami nikt o tym nie pomyślał,
bo powszechnie myślano, że Wałęsa przedłuży kadencję.
Jaruzelski, odchodząc z Belwederu, miał z kolei pensję
generalską. Ale nikt nie chciał wokół uposażenia Wałęsy
jakiejś aury skandalu. Szybko zabraliśmy się do roboty i
ustawa raz-dwa przeszła” (Stanisław Żelichowski, relacja
18.07.2013).
13 kwietnia 1996 roku uchwalono w Sejmie ustawę o
uposażeniu byłych prezydentów. W ramach kompromisu
zapisano w niej prawo do własnych biur, dotacji z budżetu
na koszty działalności publicznej i ochrony BOR. Oprócz
Wałęsy takie przywileje otrzymał Wojciech Jaruzelski, ale
także ostatni prezydent na uchodźstwie Ryszard
Kaczorowski.
Ta medialna tragikomedia z symulowanym powrotem
do stoczni „pozostającego bez środków do życia” Wałęsy
musi po latach nieco żenować. Przecież już 22 grudnia
1995 roku Wałęsa założył instytut swojego imienia, który
po pewnym czasie zaczął sprawnie gromadzić zamówienia
na wyjazdy najsłynniejszego elektryka na światowe
kongresy i wykłady na uczelniach — oczywiście za słone
honoraria. Dawał do myślenia fakt, że do zarządu fundacji
został zaproszony pułkownik Konstanty Miodowicz, były
szef kontrwywiadu z czasów prezydentury słynnego
elektryka. Ten sam, który zasłużył się w jego oczach akcją
zrywania antywałęsowskich plakatów prawicy
niepodległościowej w pierwszą rocznicę „nocy teczek” 3
czerwca 1993 roku. W takich sprawach Wałęsa był zdolny
do wdzięczności i pamięci.
Zupełnie inaczej podchodził on do tysięcy działaczy
„Solidarności”, którzy stracili zdrowie w czasach
internowania i więzień w epoce rządów ekipy
Jaruzelskiego. Mimo że fundacja, jaką jest Instytut Lecha
Wałęsy, operowała poważnymi sumami, trudno znaleźć w
jej działaniach jakieś ślady akcji pomocy dla ludzi
„Solidarności”, którzy po 1989 roku wpadli w nędzę lub
zmuszeni byli do leczenia chorób wynikłych czy to z pobić
ZOMO, czy pobytów w więzieniach.
W kontraście do dość skromnego poziomu życia
kolegów z dawnego WZZ Wałęsa przebudował właśnie
wtedy, w 1996 roku, swój poniemiecki domek na
luksusową willę. Gdańskie gazety w rubrykach
towarzyskich prześcigały się w tamtych latach w
publikowaniu migawek z wystawnych bankietów i imienin
byłego prezydenta, które odbywały się w lokalu Cristal,
należącym do znanego gdańskiego restauratora Ryszarda
Kokoszki.
Szok po przegranych wyborach Wałęsa zaczął
odreagowywać na różne sposoby. W pierwszej fazie były
prezydent specjalizował się w zapowiedziach, że lada
moment znów wróci do gry politycznej i rozpocznie
„objazdy kraju”. W wywiadzie dla „Polityki” w listopadzie
1996 roku zapowiadał: „Będę piorunującą maszyną”.
Jednym z głównych tematów, który podjął po przegranych
wyborach, było oskarżanie Aleksandra Kwaśniewskiego o
sfałszowanie wyniku tej rywalizacji. Zapytany przez
„Politykę” o to, czy nowego prezydenta można porównać
do Mojżesza, który przeprowadził komunistów przez Morze
Czerwone do demokracji, odpowiadał:
„Niech mnie pani nie rozśmiesza, ani on Mojżesz, ani
nie ma szans na oczyszczenie postkomunistów.
Wystartował do władzy w sposób hańbiący i to będzie
wykazane. (...) Te wszystkie oszustwa przy dochodzeniu do
władzy, czy on dziś do czegoś się przyznał, coś do końca
wyjaśnił? Do najwyższych stanowisk w państwie w ten
sposób nie wolno dochodzić” („Polityka”, 9.11.1996).
Niechęć do Kwaśniewskiego okaże się wyjątkowo
silnym uczuciem. W kwietniu 2005 roku Wałęsa weźmie
udział na zaproszenie Kwaśniewskiego w wyjeździe na
pogrzeb Jana Pawła II w Rzymie. Po mszy żałobnej Tadeusz
Mazowiecki skłoni Kwaśniewskiego i Wałęsę do
symbolicznego podania sobie ręki na zgodę. Ten gest
zostanie rozgłoszony jako symboliczne pojednanie obu
prezydentów, ale z czasem okazał się tylko krótkotrwałym
złagodzeniem Wałęsy wobec swojego następcy. Już w
czerwcu 2013 roku dawny przywódca „Solidarności”
ponownie twierdził, że Kwaśniewski „niepotrzebnie popsuł
mi reformowanie kraju i wlazł mi nie do końca uczciwie w
prezydenturę” („Wprost”, 20.06.2013).
Inny zarzut Wałęsy z tego okresu to przemilczanie jego
wizyt zagranicznych, i miał on już więcej ku temu podstaw.
W telewizji publicznej, po usunięciu Wiesława
Walendziaka, na fotelu prezesa zasiadł związany z PSL
Ryszard Miazek, a potem kojarzony z SLD Robert
Kwiatkowski. Za rządów obu prezesów Wałęsa był
pokazywany w mediach publicznych istotnie stosunkowo
rzadko. Były prezydent oburzał się na to w taki sposób:
„Jestem cenzurowany (...). Kilka dni temu wróciłem ze
Stanów Zjednoczonych, spotykałem się z tysiącami ludzi.
Na jednym ze spotkań było 12 tysięcy (...). Widziała pani
gdzieś choćby migawkę?” („Polityka”, 9.11.1996).
Tylko najwierniejszy publicystyczny zwolennik Wałęsy,
Tomasz Wołek, głosił w tym czasie w swoich artykułach, że
może się on jeszcze przydać „na czarną godzinę”. Redaktor
naczelny „Życia” wierzył, że może nadejść moment, kiedy
Polakom przyjdzie skupić się wokół wodza „Solidarności”.
***
Ale na horyzoncie pojawiały się już nowe zjawiska,
które były dla Wałęsy jeszcze większą niemiłą
niespodzianką. Oto w 1996 roku zaczęła się formalizować
Akcja Wyborcza Solidarność. Instytut Lecha Wałęsy wszedł
w skład tego kolektywu prawicowych partyjek, które
Marian Krzaklewski jako „integrator” mozolnie sklejał w
jeden duży blok. Były prezydent zgłosił akces do nowej
formacji, ale widać było, że rola patrona jednego z wielu
podmiotów AWS w żadnym stopniu go nie satysfakcjonuje.
Potem próbował wzmocnić swoją pozycję, pozwalając
łaskawie grupie podstarzałych prawicowców założyć
prowałęsowską partię o nazwie Chrześcijańska
Demokracja III RP. Kto wie, czy były prezydent nie
podjąłby jakiejś próby kierowania AWS z tylnego siedzenia,
gdyby nie felix culpa Jacka Kurskiego, wówczas działacza
konkurencyjnego Ruchu Odbudowy Polski. Na wiecu ROP
30 marca 1996 roku w Białymstoku Kurski wyraził
publicznie nadzieję, że „Krzaklewski nie zostanie rozlazłą
babą wiszącą u spódnicy Wałęsy”.
To dictum zepsuło na długo relacje AWS z ROP, ale
miało ten pozytywny skutek, że Krzaklewski trzymał się z
dala od Wałęsy i nie pozwolił na zrobienie z siebie kogoś,
kogo były prezydent mógłby protekcjonalnie poklepywać
po plecach.
1 stycznia 1997 roku napisałem na łamach „Życia”
artykuł „Rok bez Wałęsy”. Wskazałem w nim, że sukcesy w
integracji prawicy pod sztandarem AWS nieprzypadkowo
zbiegły się w czasie z wycofaniem się Wałęsy z bieżącej
polityki. Dopiero sukces związany z powstaniem Akcji
zilustrował prawdę, że 5 długich lat prezydentury Wałęsy
było okresem wytężonej pracy Belwederu nad skłócaniem i
rozbijaniem jakichkolwiek bloków politycznych po prawej
stronie obozu solidarnościowego.
Dobrym przykładem, jak wówczas pamięć o epoce
„wielkiego Lecha” kojarzyła się jak najgorzej, był epizod z
kampanii wyborczej AWS latem 1997 roku. W trakcie
jednego z posiedzeń zespołu przygotowującego telewizyjne
klipy wyborcze pojawił się pomysł, by do nagrań
wykorzystać głos kabareciarza Waldemara Ochni, znanego
z podkładania głosów do programu „Polskie zoo”. Gdy
tylko pomysł pojawił się w dyskusji, większość obecnych
gromko zaprotestowała. „Ostatnia rzecz, która jest nam
teraz potrzebna, to przypominanie ludziom groteskowego
antykomunizmu z epoki Wałęsy” — brzmiała jedna z opinii
uzasadniających odrzucenie pomysłu.
Ale jeszcze zanim doszło do sukcesów AWS, rządzący
Polską postkomuniści postanowili ujawnić pewne grzechy
byłego prezydenta z okresu, gdy był gospodarzem
Belwederu.
29 listopada rzecznik prasowy UOP — instytucji, którą
kierował wówczas posiadający zaufanie postkomunistów
Andrzej Kapkowski — wydał znamienny komunikat:
„Urząd Ochrony Państwa poinformował Prokuraturę
Wojewódzką w Warszawie, że pozostające w dyspozycji
prezydenta Lecha Wałęsy tajne dokumenty UOP i MSW nie
zostały przez niego zwrócone w całości po zakończeniu
urzędowania do wyżej wymienionych instytucji” (Sławomir
Cenckiewicz, Piotr Gontarczyk, „SB a Lech Wałęsa”).
W styczniu 1998 roku prokurator Prokuratury
Wojewódzkiej w Warszawie Małgorzata Nowak
przedstawiła Andrzejowi Milczanowskiemu i szefowi UOP z
1992 roku Jerzemu Koniecznemu zarzut dwukrotnego
przekazania Lechowi Wałęsie „wbrew przepisom
dotyczącym ochrony tajemnicy państwowej i służbowej”
materiałów zawartych w 6 tomach akt archiwalnych
delegatury UOP w Gdańsku oraz materiałów operacyjnych
byłej SB. Śledztwo w tej sprawie wlekło się dość długo i
nie zakończyło się żadnym wyrokiem skazującym. Niektóre
wątki tego śledztwa do dziś nie zostały zamknięte. Jest
gorzkim paradoksem, że to właśnie za czasów SLD
przywrócono do pracy usuniętego z UOP pułkownika
Adama Hodysza — przypomnijmy — oficera SB, który w
okresie stanu wojennego informował podziemną
„Solidarność” o działaniach bezpieki. Hodysz został
aresztowany przez SB w 1984 roku i wyszedł na wolność
dopiero 30 grudnia 1988. Gdy na początku 1989 roku
powrócił do Gdańska, witał go sam Lech Wałęsa, mówiąc:
„»Solidarność« podziwia pana i dziękuje”.
Jak pisze badacz gdańskiej opozycji Edmund Szczesiak,
w 1990 roku Hodysz „wrócił do pracy w służbach
specjalnych. Został szefem gdańskiej delegatury UOP. A w
trzy lata później szef UOP Jerzy Konieczny przeniósł go do
rezerwy kadrowej. Jak się okazało — na prośbę Lecha
Wałęsy, skierowaną do ministra Milczanowskiego. »Czy
ludzie, którzy mają tendencje do zdrady, mogą być w
pewnych miejscach? Myślę, że nie« — tak to uzasadniał
Wałęsa (...). Mówiło się, że major Hodysz musiał odejść, bo
w 1992 roku udostępnił ministrowi Antoniemu
Macierewiczowi teczkę »Bolka«. (...) W 1996 roku
przywrócono go do służby w UOP na poprzednie
stanowisko. Szef UOP [Andrzej Kapkowski — przyp. P.S.]
na wniosek Hodysza powołał specjalną komisję, która
miała »zbadać okoliczności oraz ustalić winnych zaginięcia
niektórych dokumentów oznaczonych klauzulą ‘tajne
specjalnego znaczenia’«. Lech Wałęsa grzmiał wówczas w
Radiu Gdańsk: »Panowie Hodysze! To są ważne
dokumenty, a nie prowokacje, które przygotowaliście, i
które wam się nie udały — z ‘Bolkiem’ i innymi. W związku
z tym przestańcie się wygłupiać. Weźcie się za pracę«”
(Edmund Szczesiak, „Borusewicz. Jak runął mur”).
Postkomuniści ujawnili fakt, że dokumenty TW „Bolka”
wypożyczone przez Wałęsę wróciły niekompletne. Złożono
oficjalne powiadomienie o podejrzeniu popełnienia
przestępstwa. Śledztwo wlekło się latami, ale co
ważniejsze, nie przełożyło się w żadnym stopniu na proces
lustracyjny Wałęsy wymagany z racji jego startu w
wyborach prezydenckich w 2000 roku. Mimo zastrzeżeń
rzecznika interesu publicznego Bogusława Nizieńskiego,
który wskazywał na liczne ślady współpracy dawnego
działacza opozycji z SB, sąd uznał prawdziwość deklaracji
wyborczej Wałęsy, który zapewniał, że nigdy nie
współpracował z żadnymi tajnymi służbami. Sąd nie
zapytał go, czy ma dokumenty SB na swój temat, i dość
nonszalancko podszedł do materiałów zebranych przez
sędziego Nizieńskiego, które miały wskazywać, że Wałęsa i
„Bolek” to ta sama osoba.
Przy okazji na łamach „Gazety Wyborczej” powrócił
duch poparcia dla byłego prezydenta w stylu nocy
czerwcowej z 1992 roku. Publicyści „GW” uczynili z
kwestii dopuszczenia Wałęsy oraz Kwaśniewskiego (wobec
którego też wysunięto wątpliwości lustracyjne) do
wyborów kwestię być albo nie być polskiej demokracji.
Znów pojawiła się teza, że jeśli Wałęsa i Kwaśniewski nie
zostaną dopuszczeni, to będzie to pewien rodzaj zamachu
stanu. Sam dawny lider „Solidarności” nie tracił
głębokiego przekonania, że jest bezkonkurencyjnym
kandydatem. Sondaż PBS z 1999 roku wskazywał, że w
wyborach prezydenckich na Wałęsę gotowość oddania
głosu wyrażał wtedy jedynie co setny Polak (dla
porównania gotowość oddania głosu na Mariana
Krzaklewskiego występowała ośmiokrotnie częściej, a na
Aleksandra Kwaśniewskiego aż czterdziestokrotnie
częściej). Jak reagował na te wyniki sam zainteresowany?
W wywiadzie dla „Głosu Wybrzeża” (18.09.1999) mówił:
„99 procent z tego, co jest mi zarzucane i za co nie
jestem lubiany, jest po prostu fałszerstwem. Jeżeli wy —
dziennikarze — zaczniecie pisać prawdę o Lechu Wałęsie,
to nie mam żadnych wątpliwości, że jestem
bezkonkurencyjny. Nikt nie stanie ze mną w szranki, bo ja
mam osiągnięcia”.
Wałęsa nie miał najmniejszych szans, aby uzyskać
choćby średni wynik, ale okazał się idealnym sojusznikiem
Kwaśniewskiego w psuciu kampanii Marianowi
Krzaklewskiemu z AWS. Gdy w sierpniu 2000 roku zbliżała
się rocznica Porozumień Sierpniowych, Wałęsa udzielał
licznych wywiadów, w których oznajmiał, że Krzaklewski
nie ma prawa do dziedzictwa „Solidarności”.
Najsłynniejszy elektryk świata złośliwie wykorzystał fakt,
że w czasie Sierpnia ’80 przyszły lider AWS akurat był na
wczasach w Bułgarii. Oczywiście, zarzut był bardzo
nieuczciwy, bo Krzaklewski włączył się w działania
katowickiej „Solidarności” od początku września 1980
roku, w podziemiu lat 80. był niezwykle zasłużonym
działaczem i miał wszelkie powody, aby uczynić z rocznicy
Porozumień Sierpniowych ważny punkt swojej kampanii
wyborczej. Jednak zdecydowana odmowa Wałęsy, aby
wspólnie złożyć kwiaty pod pomnikiem stoczniowców 31
sierpnia, rzuciła się cieniem na Krzaklewskiego, a złośliwe
media z lubością powtarzały deklarację byłego prezydenta,
że lider AWS „nie ma prawa do dziedzictwa
»Solidarności«”.
Wtedy to po raz pierwszy Wałęsa wystąpił w roli kogoś,
kogo prestiż już znacząco przybladł, a kto jest idealnym
narzędziem do obrażania innych zasłużonych ludzi ruchu
„Solidarności”.
W wyborczym studiu radia Plus, gdzie latem 2000 roku
prowadziłem wywiady z wszystkimi kandydatami na
prezydenta, moim gościem był wtedy także były gospodarz
Belwederu.
Wałęsa szybko wskoczył na swoją ulubioną tonację
rozliczania wszystkich Polaków z braku poparcia dla jego
planów wzmocnienia prezydentury w polskim systemie
politycznym. „Dlaczego nikt mnie nie popiera?” — grzmiał
do mikrofonu. „Przecież moje koncepcje są najlepsze i
tylko ja potrafię je zrealizować” — tokował były lider
„Solidarności”. Słuchając tej coraz bardziej oderwanej od
rzeczywistości tyrady, zastanawiałem się, jak wyjaśnić
Wałęsie, że jego polityczny czas dawno już przeminął, a on
sam szanse na silną prezydenturę rozmieniał na drobne. W
końcu na kolejne pytanie: „Dlaczego nikt mnie nie
popiera?” — do głowy przyszła mi tylko jedna riposta w
czysto wałęsowskim stylu:
„Na razie ma pan w sondażach 1-2 proc. poparcia.
Bądź pan dobry, to pana poprę”.
Zaskoczony Wałęsa zamilkł na dobrą chwilę.
***
8 października 2000 roku odbyły się w Polsce wybory
na stanowisko głowy państwa. Wynik Wałęsy był żenujący.
Uzyskał on 1,01 proc. głosów, co oznaczało 178 590
głosów. Triumfujący Aleksander Kwaśniewski mógł
pochwalić się wynikiem 9 485 224 (53,90 proc.).
Atakowany z zapałem przez Wałęsę Marian Krzaklewski
zdobył ostatecznie 2 739 621 (15,57 proc.).
W tle prób byłego prezydenta, aby znowu zaistnieć na
scenie politycznej, przebiegał proces wychodzenia na jaw
coraz to nowych relacji — bądź stawiających nowe znaki
zapytania wokół przeszłości dawnego przywódcy
„Solidarności”, bądź mogących wskazywać, że Lech
Wałęsa to „Bolek”. W 1999 roku Aleksander Kopeć,
niegdyś działacz PZPR, były wicepremier i minister
przemysłu maszynowego, wydał tom wspomnień „Jak
obalano socjalizm”. W swojej książce, omawiając strajk w
Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku, napisał:
„Strajk rozpoczął się 14 sierpnia. (...) — Lech Wałęsa
znalazł się na terenie stoczni — nieważne jakim sposobem
— w podwójnej roli: zadawnionego tajnego
współpracownika SB i aktywnego działacza nielegalnych
WZZ. W pierwszej fazie strajku nasz bohater zachował się
poprawnie wobec obu stron: rozwoził ulotki, rozlepiał je i
nawoływał do strajku, wznosił antypaństwowe okrzyki,
żądał załatwienia postulatów. Organy władzy też były
zadowolone: Pan Lech w dwa dni rozprowadził strajk,
podpisał ugodę z dyrektorem i ogłosił jego zakończenie,
osiągnął podstawowe cele. (...) Moim zdaniem był to
przełomowy moment w życiu L. Wałęsy: postanowił zerwać
współpracę z SB, postanowił służyć kolegom robotnikom i
związkowcom, a później etosowi Solidarności”.
Czy opinie Aleksandra Kopcia należy brać serio? Dziś
to nazwisko niewiele mówi, ale polityk ten był w latach
1975-1980 ministrem w rządach Piotra Jaroszewicza i
Edwarda Babiucha. Działał na najwyższym szczeblu
władzy, o czym świadczy fakt, że to właśnie on 3 września
1980 roku w imieniu rządu podpisał porozumienia z
Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym w Jastrzębiu.
W nowym rządzie Józefa Pińkowskiego, powołanym 5
września 1980 roku, objął nawet funkcję wicepremiera.
Dopiero gdy nowym premierem został Jaruzelski, Kopcia
zepchnięto na boczny tor, ale nadal pozostawał członkiem
Komitetu Centralnego.
Książka Kopcia przeszła bez większego echa. Podobnie
było z wydaniem w 2004 roku kolejnego tomu „Dzienników
politycznych” Mieczysława Rakowskiego z lat 1981-1983.
Polityk ten zanotował pod datą 4 lutego 1983 roku
rozmowę z szefem Biura Studiów Służby Bezpieczeństwa,
pułkownikiem Władysławem Kucą. Czytamy tam między
innymi:
„Zapytałem, dlaczego nie wykorzystują tego, że
[Wałęsa — przyp. P.S.] był kiedyś informatorem MSW.
Odrzekł, że chowają to na ostatnią minutę, ale że już to
wykorzystali przy utrąceniu kandydatury Wałęsy do
Nagrody Nobla”.
Co charakterystyczne, media w ogóle nie zauważyły
tego dość istotnego fragmentu wspomnień polityka,
notabene potwierdzającego obsesyjną nienawiść
Rakowskiego do Wałęsy. Wałęsa wydawał się w tym czasie
absolutnie wybity z rytmu. Główne siły sceny politycznej
zupełnie się nim nie interesowały. Kwaśniewski, którego
Wałęsa oskarżał o fałszerstwo wyborcze w 1995 roku, w
naturalny sposób nie palił się do jakichkolwiek gestów
wobec swojego rywala w wyborach prezydenckich. Z kolei
„Gazeta Wyborcza”, która wówczas roiła jeszcze o
stworzeniu silnego ugrupowania centrolewu z
postkomunistów i polityków Unii Wolności, nie
interesowała się specjalnie noblistą.
W tej sytuacji Wałęsa skupiał się głównie na odbieraniu
zaszczytnych wyróżnień lub też zbieraniu rozmaitych
prestiżowych nagród. W 1997 roku został honorowym
obywatelem Gdańska, wraz z George’em Bushem i
Richardem von Weizsaeckerem. W 1999 roku był
honorowym gościem szczytu NATO w Waszyngtonie, na
którym Polska wraz z pozostałymi krajami Europy
Środkowej została przyjęta do paktu.
W 2002 roku organizatorzy zimowej olimpiady w Salt
Lake City zaprosili Wałęsę do przyjęcia tytułu jednego z
ośmiu „chorążych olimpijskich”, którym przyznano
zaszczyt niesienia flagi igrzysk. Charakterystyczny dla
ówczesnej niechęci Aleksandra Kwaśniewskiego do Wałęsy
był fakt, że będący wtedy szefem Polskiego Komitetu
Olimpijskiego Stefan Paszczyk, bliski znajomy
urzędującego prezydenta, demonstracyjnie lekceważył
noblistę w trakcie olimpiady. Przed wylotem do Salt Lake
City miał on powiedzieć dziennikarzom, że nie wie, co
Wałęsa będzie robił w trakcie igrzysk, i że ma nadzieję, iż
nie zwróci się po strój polskiej reprezentacji, bo
nadliczbowych strojów już nie ma. Znamienne dla
atmosfery 2002 roku jest to, że aroganckie wypowiedzi
Paszczyka na temat Wałęsy wywołały oburzenie posłów
PiS, Lecha Kaczyńskiego i Mariusza Kamińskiego, którzy
na forum Sejmowej Komisji Sportu zażądali odwołania
Paszczyka. Niechęć do postkomunistów była wtedy
silniejsza niż pamięć o niedobrych doświadczeniach z
Wałęsą.
Ale w tym samym 2002 roku zaczyna się powolny
powrót Wałęsy jako celebryty lansowanego przez media
komercyjne. Jak wspomina korespondent TVN w Gdańsku
Jan Błaszkowski, Tomasz Lis, ówczesny szef „Faktów”,
zwrócił uwagę, że w Ameryce byli prezydenci są ważnymi
komentatorami aktualnych wydarzeń.
„Tomek Lis co kilka dni zlecał mi jako korespondentowi
»Faktów« TVN w Gdańsku nagrywanie Lecha Wałęsy.
Wypowiedzi prezydenta nie zawsze wnosiły coś nowego do
wydarzeń, ale z racji dużej rozpoznawalności i
charakterystycznego stylu wypowiedzi ubarwiały wydania
»Faktów«. Gdy TVN zaczął konsekwentnie wyciągać
Wałęsę z politycznego zapomnienia (politycznego outu), w
ślad za nami zaczęły robić to inne telewizje. Krótko
mówiąc, Wałęsa został medialnie »reanimowany« (Jan
Błaszkowski, relacja 21.05.2013).
Wszystko to nie oznaczało jednak, że były prezydent
miał coś ciekawego do powiedzenia na temat afery Rywina.
Jego ówczesne uwagi na ten temat są blade, ogólnikowe i
zdradzają całkowite zagubienie w sytuacji politycznej, jaka
wtedy była. W tym czasie wiatr w żagle łapią jego
odwieczni rywale, bracia Kaczyńscy. Pojawiająca się idea
IV RP kojarzyła się Wałęsie jak najgorzej i nie podzielał on
żadnej z emocji, jaką obóz PiS reprezentował w ówczesnej
swojej wędrówce do politycznych sukcesów.
Ten okres lat 2000-2005, gdy były prezydent nie jest do
niczego potrzebny żadnej z głównych sił politycznych,
odbija się na błahości jego ówczesnych wywiadów. Były
lider „Solidarności” chwalił się w nich głównie
pozytywnym wpływem na zdrowie diety doktora Jana
Kwaśniewskiego, zdradzał dziennikarzom, jak wypoczywa
na świeżym powietrzu, i opowiadał o swojej rodzinie.
Wałęsa spędzał całe dnie na zamykaniu się w gabinecie
i komentowaniu w internecie — w serwisie Blip i za
pośrednictwem komunikatora Gadu-Gadu — aktualnych
wydarzeń i wypowiedzi adwersarzy. Zacytujmy tekst
Romana Daszczyńskiego opisujący dziwaczną
komputerową pasję byłego prezydenta:
„Danuta Wałęsowa pamięta, że 10 lat temu [tj. w 2003
roku — przyp. P.S.], gdy zbliżały się 60. urodziny Lecha,
poczuła, iż zaczęło go ciągnąć do domu i rodziny. »Nawet
czasami mówił, że trzeba z tą polityką skończyć. Ale jednak
się nie zmienił, znalazł nowe zajęcie, nową pasję, a nawet
coś więcej niż pasję: coś, co niemal całkowicie go
pochłonęło i pochłania. Wcześniej przez wiele lat
wędkował i był z tego znany. Po skończonej prezydenturze
rzadko jeździł na ryby. Z czasem w ogóle stracił
zainteresowanie łowieniem ryb, zaczął zajmować się
komputerami oraz internetem«.
Szczytem wszystkiego było, gdy Lech przyszedł do
żony i zaproponował jej, żeby w domu porozmawiali przez
Skype’a, będąc w pokojach na różnych piętrach.
Pani Danuta przyznaje: »Wiem, że internet zastąpił mu
spotkania z ludźmi, wiece i dyskusje, w których brał udział
od 1980 r. aż po prezydenturę. Lecz mam prawo
nienawidzić komputera, ponieważ, niestety, maszyna
okazała się ważniejsza niż drugi człowiek«.
Lech często narzeka na zmęczenie. Żona to rozumie —
przecież we wrześniu [2013 — przyp. P.S.] skończy 70 lat.
Ma jednak pretensje, gdy wie, że Lech zmarnował wiele
godzin w sieci. »Jesteś zmęczony? Tak, ale co konkretnego
zrobiłeś? Ja zasiałam marchewkę, która wzejdzie za trzy
tygodnie, a za dwa miesiące urośnie. A ty? Godzinami
stukałeś w klawiaturę komputera«” (Roman Daszczyński,
„Zbyt głośna samotność”, „Tygodnik Powszechny”,
2.06.2013).
W tym czasie Wałęsa zaczyna też wpadać w kolejną
obsesję. Godzinami siedzi z uchem przy Radiu Maryja,
wyłapując najmniejsze nawet przypadki, gdy ktoś postawi
kwestię jego współpracy z SB sprzed lat. Danuta Wałęsowa
opowiadała na łamach „Tygodnika Powszechnego”, że
kiedyś obudziła się o 4.40 i słysząc krzątającego się męża,
pomyślała, że jak za stoczniowych czasów, przygotuje mu
śniadanie i będzie okazja do rozmowy. Jak relacjonuje:
„Ależ byłam naiwna! Zaczął mi opowiadać, o czym w nocy
mówił Rydzyk. Zdenerwowałam się: »Człowieku, co ty
opowiadasz?! Znów całą noc słuchałeś radia?! Nie po to
wstałam bladym świtem, żeby słuchać o Rydzyku i twojej
polityce«” (Roman Daszczyński, „Zbyt głośna samotność”,
„Tygodnik Powszechny”, 2.06.2013).
Swoje wywiady słynny elektryk nasycał też coraz
silniejszym egotyzmem w opowieściach o losach
„Solidarności”. „Bardzo szybko Lech Wałęsa przeszedł z
mówienia o ruchu »Solidarności« do opowiadania o swoim
wyłącznym wkładzie w obalenie komuny” — wskazuje
Maciej Łopiński. „Jeszcze w 1983 roku, gdy mówił o swoim
Noblu, nazywał go »nagrodą dla całej Solidarności«. Od
połowy lat 90. słyszeliśmy już tylko powtarzane jak mantra
stwierdzenia: «to ja obaliłem komunizm«. Nagle przestało
się liczyć te 10 milionów ludzi, które stało wtedy za
Wałęsą” (relacja 18.07.2013).
Dobrą ilustracją tego narastającego egotyzmu był
wywiad Piotra Najsztuba z byłym prezydentem dla
„Przekroju” w rocznicę Sierpnia w 2003 roku.
„— Ja dałem wolność, a jak kto z niej skorzystał, za to
już nie odpowiadam.
— Panie prezydencie. Pan mówi: Ja zrobiłem, ja dałem,
ja wiedziałem.
— Bo tak było.
— A może pan jest opętany manią wielkości (...). Pański
spowiednik nie zaleca panu skromności?
— Nie, to nie chodzi o skromność. Taka jest prawda,
więc czemu mam nie mówić prawdy?” („Przekrój”,
24.08.2003).
Gdy w lutym 2005 roku Wałęsa usłyszał dyskusję w
Telewizji Trwam o Okrągłym Stole, w której Krzysztof
Wyszkowski wspomniał mimochodem o przeszłości
dawnego przywódcy „Solidarności” jako TW „Bolka”, ten
przelał swoją furię na papier i ogłosił list otwarty, w
którym niezwykle ostro zaczął oskarżać toruńską
rozgłośnię o spiskowe teorie na temat III RP, antysemityzm
i ksenofobię. List Wałęsy został opatrzony efektownym
wykrzyknikiem: „Ojciec Król, ojciec Rydzyk i całe to
środowisko zostało dobrane chyba przez szatana, by
zniszczyć wiarę i Polskę”.
Bardzo gwałtowny atak Wałęsy podchwyciła „Gazeta
Wyborcza” i od tej pory zaczął się nowy etap w życiu
byłego prezydenta. Póki co „GW” uznała, że Wałęsa może
być bardzo wygodnym narzędziem do zwalczania obozu
prawicy, a także braci Kaczyńskich, którzy szli już w
kierunku władzy. Jednocześnie „Wyborcza” rozpoczęła
kampanię popierania Wałęsy, gdy ten desperacko odrzucał
twierdzenia o swojej współpracy z SB w przeszłości. W
atmosferze narastającej histerii wokół osoby byłego
prezydenta szef IPN Leon Kieres podjął decyzje o
przyznaniu Wałęsie statusu osoby pokrzywdzonej. Taki
status w terminologii IPN oznaczał osobę, co do której nie
istniały przesłanki, że była agentem SB. W wypadku
Wałęsy było to oczywiste nieporozumienie, gdyż
wskazówek świadczących o tym, iż TW „Bolek” to on, było
niezwykle dużo. Najlepszym dowodem na to był fakt, że
Wałęsa dokonał zaboru z archiwum UOP właśnie esbeckiej
teczki „Bolka”. Jeżeli nie miałby nic wspólnego z agentem
o tym pseudonimie, to dlaczego chciałby posiadać na
własność akurat te dokumenty?
Szef IPN powoływał się na ustawę lustracyjną, która
wskazywała, że za osobę pokrzywdzoną można uznać także
kogoś, kto prowadził działalność antykomunistyczną,
potem uległ słabości i podpisał deklarację współpracy z
SB, ale zrehabilitował się za ten błąd uczciwą działalnością
w opozycji. Krzysztof Wyszkowski publicznie zaprotestował
przeciwko uznawaniu, że taka zasada odnosi się do
Wałęsy. W wypadku Wałęsy było inaczej — wpierw był
agentem w środowisku działaczy Komitetu Strajkowego z
grudnia 1970 roku, a potem dopiero podjął działania
antykomunistyczne.
Media w tym czasie z lubością przekręcały też
znaczenie określenia „pokrzywdzony”. Określenie to było
stosowane przez IPN do oddzielania byłych agentów od
ludzi niebędących agentami, żeby zapobiec sytuacji, w
której były konfident prosi o dokumenty na swój temat, aby
sprawdzić, co o nim zostało w archiwach, i dostosować do
tego swoją linię obrony. Wiedząc, że ogromna część
czytelników i widzów nie zna takich terminologicznych
rozróżnień — demagogicznie pytano: „Przeciwnicy Wałęsy
oburzają się, że przyznano mu status pokrzywdzonego. Co
za absurd! Przecież Wałęsa był wielokrotnie krzywdzony
przez władze PRL”.
***
Wygrana Lecha Kaczyńskiego w wyborach
prezydenckich w październiku 2005 roku została przyjęta
przez Lecha Wałęsę jak najgorzej. Już od pierwszych dni
atakował on ideę IV RP i potem systematycznie brał udział
we wszystkich inicjatywach podważających autorytet
prezydentury swojego niegdysiejszego kolegi z Wolnych
Związków Zawodowych.
22 sierpnia 2006 roku Lech Wałęsa ogłosił, że
występuje z NSZZ „Solidarność”, gdyż związek za bardzo
angażuje się w popieranie PiS i Lecha Kaczyńskiego.
W tym samym roku we wrześniu spotkałem się ostatni
raz z Wałęsą. Było to w studiu Polsatu w programie
Jarosława Gugały „IV władza”. Wałęsa wygłaszał swoją
analizę dotyczącą rządów braci Kaczyńskich. Zacytujmy
rozmowę, którą z nim wtedy przeprowadziłem:
„— Panie prezydencie: »Będą się Kaczyńscy trzymać
władzy, chyba że w jakiś sposób los nam pomoże«. O czym
pan mówił?
— Zawał serca.
— Życzy pan im śmierci?
— Nie, nikomu nie życzę, tylko w takim klimacie, z
takim charakterem... ja mam kiepski charakter, ale oni
mają jeszcze gorszy. Oni są, wie pan, zakompleksieni, nie
znoszą uwag różnego typu. No, tacy ludzie. Ja ich znam, bo
ja z nimi pracowałem tyle lat. Był [Lech Kaczyński] moim
zastępcą w związku. Przecież ja go ustawiłem tam,
oddałem mu związek, jak pan pamięta. W związku z takim
charakterem... Ja wiem, jak ja straciłem zdrowie. Więc nie
wytrzymają długo, nie mogą wytrzymać, a mają
rzeczywiście za to, jak pracują, mają tyle przeciwności, że
to chyba niemożliwe, żeby organizm wytrzymał więcej niż
półtora roku.
— Panie prezydencie, a jak by się pan poczuł, gdyby
jakiś pana adwersarz powiedział: »Lech Wałęsa będzie się
trzymać swojej pozycji trybuna ludowego, chyba że los
nam pomoże i dostanie zawału«. Czy nie byłoby panu
wtedy przykro?
— Wie pan, los nam pomoże, to panu może pomóc, ale
by pan stracił rację bytu swoją, gdyby Wałęsy nie było”.
W tym samym roku były lider „Solidarności” ostro
skrytykował przyznanie Orderu Orła Białego Annie
Walentynowicz i Andrzejowi Gwieździe. Wałęsa wyrażał
zdumienie, że odznacza się ludzi, którzy niszczyli i skłócali
„Solidarność”.
W 2007 roku Wałęsa przezwyciężył nawet swoją
antypatię do Kwaśniewskiego i wziął udział w powołaniu
Ruchu na rzecz Demokracji mającego chronić Polskę przed
„dyktaturą” braci Kaczyńskich. Prezydent Kaczyński,
zapytany o to spotkanie, kpiąco skomentował:
„Na naszych oczach rodzi się nowy Związek
Bojowników o Wolność i Demokrację. Z obroną
demokratycznych standardów ma on jeszcze mniej
wspólnego niż tamta fasadowa organizacja kombatancka z
niepodległościowym podziemiem” (Money.pl, 3.06.2007).
Im bardziej narastał konflikt pomiędzy Platformą
Obywatelską a PiS, tym bardziej Wałęsa zacietrzewiał się
w niechęci do prezydenta Lecha Kaczyńskiego. 17 lutego
2007 roku na antenie TVN24, oceniając sprawę ujawnienia
raportu z weryfikacji WSI i zarzutów dotyczących tego, że
Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski nie reagowali na
nieprawidłowości w tych służbach, ten pierwszy wypalił:
„Mamy durnia za prezydenta”. Rok później, 28 marca 2008
roku, prokuratura nie uwzględniła zażalenia prezydenta
Kaczyńskiego w sprawie jego znieważenia przez Wałęsę.
Prokuratura uznała, że wypowiedź Wałęsy była
emocjonalna, ale nie znieważająca, i sprawę umorzyła. 12
marca 2008 roku prezydent Lech Kaczyński złożył
zażalenie na tę decyzję, prokuratura odmówiła jednak
podjęcia umorzonego postępowania. Lech Wałęsa w
rozmowie z reporterem radia RMF wzywał też, by Lecha
Kaczyńskiego zbadali lekarze: „Finał to badanie lekarskie”,
„Trzeba będzie to medycznie sprawdzić”. I wreszcie 19
czerwca 2007 roku na swojej stronie internetowej były szef
„Solidarności” napisał komentarz, w którym nazwał
prezydenta Kaczyńskiego „sk...nem”. Dodatkowo w
programie „Kropka nad i” w TVN24 podtrzymał to zdanie.
Wałęsa obrażał na prawo i lewo, ale niekiedy sam
ponosił konsekwencje swojego zachowania. 11 czerwca
2007 roku Sąd Okręgowy w Gdańsku orzekł, że były
prezydent naruszył dobra osobiste Krzysztofa
Wyszkowskiego, nazywając go „małpą z brzytwą,
wariatem, chorym debilem”. Różne odsłony procesu
Wałęsa kontra Wyszkowski będą się wlec w kolejnych
instancjach i apelacjach do chwili, gdy piszę te słowa w
2013 roku.
Wydawałoby się, że taki poziom braku kultury
prezentowany przez byłego prezydenta powinien wpychać
go w medialną izolację. Było dokładnie na odwrót.
Zarówno politycy Platformy, jak i gwiazdy mediów pokroju
Tomasza Lisa czy Moniki Olejnik z tym większą ochotą
zapraszali Wałęsę do swoich programów. Wytworzył się
dość typowy dla tego okresu syndrom. Wałęsa wiedział, że
im bardziej ostro będzie krytykował przeciwników
politycznych PO, tym częściej będzie zapraszany do
mediów i tym silniej będzie broniony przez Platformę z
Donaldem Tuskiem na czele.
PO nie kryła, że będzie używać całej swej siły
politycznej do obrony Lecha Wałęsy. Rankiem 22
października 2007 roku po nocy, w której stało się jasne,
że Platforma wygrała z PiS, Donald Tusk jako pierwszą
osobę odwiedził właśnie byłą głowę państwa. Po spotkaniu
zadeklarował, że PO nie zgodzi się na pisanie historii
Polski na nowo. Niezbyt wiele osób w Polsce i na świecie
zdziwiła sytuacja, w której lider zwycięskiej partii składa
deklaracje sugerujące aktywne działanie przyszłego rządu
w kwestii badań naukowych dotyczących konkretnej osoby
publicznej.
W 2008 roku szef IPN Janusz Kurtyka postanowił
ogłosić i wydać solidną pracę opartą na dokumentach
autorstwa Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka:
„SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”. „Książka w
rzetelny sposób zanalizowała dokumenty IPN na temat
byłego prezydenta i wskazuje, że Wałęsa donosił na
kolegów i brał za to pieniądze” — stwierdził jej współautor
Piotr Gontarczyk (relacja 25.07.2013). W szybko
przeprowadzonej korekcie budżetowej Instytut ukarano za
wydanie książki, która rozdrażniła Wałęsę, obcięciem
zasobów budżetowych dla placówki. Po raz kolejny PO
ruszyła na odsiecz swojemu pupilowi, gdy wydawnictwo
Arcana wydało pierwszą naukową biografię Wałęsy pióra
Pawła Zyzaka „Lech Wałęsa — idea i historia”. I tym razem
choć była to pierwsza solidna biografia Wałęsy,
proplatformerskie media włożyły wiele wysiłku w
zdyskredytowanie książki. Demagogicznie sprowadzono jej
treść do paru drastycznych szczegółów wyrwanych z
kontekstu pracy.
Wskutek ataków na książkę minister nauki i
szkolnictwa wyższego Barbara Kudrycka zleciła kontrolę
naukową na Uniwersytecie Jagiellońskim, który przyznał
Zyzakowi tytuł magistra. Jak pani minister napisała w liście
do przewodniczącego Państwowej Komisji Akredytacyjnej
profesora Marka Rockiego: „kontrola ma być
przeprowadzona w związku z nieprawidłowościami
metodologicznymi w procedurze przygotowania,
zrecenzowania i obrony pracy magisterskiej pana Pawła
Zyzaka na Wydziale Historii Uniwersytetu
Jagiellońskiego”. Co charakterystyczne, profesor Rocki
przyznał, że minister nauki zwraca się o przeprowadzenie
kontroli w trybie nadzwyczajnym średnio kilkanaście razy
rocznie, jednak był to pierwszy raz, kiedy działo się tak z
powodu pracy magisterskiej. Znamienne, że władze
Uniwersytetu Jagiellońskiego nie zareagowały na
oczywisty represyjny charakter działań pani minister.
Dziekan Wydziału Historii UJ profesor Andrzej Banach
bagatelizował wówczas całą sprawę. „[Pani minister] ma
prawo do takiej kontroli. Jesteśmy otwarci, nie mamy nic
do ukrycia” — mówił „Rzeczpospolitej”. Tylko dyrektor
Instytutu Historii UJ profesor Piotr Franaszek zdobył się na
nazwanie kontroli „zamachem na swobodę badań
naukowych” („Rzeczpospolita”, 3.04.2009).
Z kolei „Gazeta Wyborcza” nagłaśniała akcję w obronie
Lecha Wałęsy, którą podjął obradujący w czerwcu 2008
roku IV Konwent Przewodniczących Rad Miast
Wojewódzkich. Jego uczestnicy w specjalnym oświadczeniu
wyrazili protest wobec „kampanii oczerniania” byłego
prezydenta. Znamienna była nowa geografia politycznego
poparcia dla Wałęsy. Pod pismem podpisali się w
większości działacze PO i SLD. Inna inicjatywa, Ruch
Obrony Dobrego Imienia Lecha Wałęsy, nie wyszła poza
grono prowałęsowskich działaczy, którzy w latach 1993-
1999 powoływali się na autorytet byłego prezydenta
(„Rzeczpospolita”, 11.07.2008).
„Gazeta Wyborcza” pisała wtedy:
„W obronę byłego prezydenta zaangażował się (...)
powstały w Szczecinie komitet »Solidarni z Lechem
Wałęsą«. Jego członkowie zbierają w kilku punktach
miasta podpisy pod listem wspierającym go. W piśmie
napisano m.in.: »Chcielibyśmy wesprzeć Pana w tej trudnej
sytuacji, kiedy mali, zakompleksieni ludzie próbują Pana
zniszczyć m.in. za pomocą opłacanej za pieniądze
podatników instytucji, jaką jest IPN»”. Liczba podpisów nie
była chyba oszałamiająca, bo media szybko przestały
informować o całej inicjatywie.
Kulminacją trwającej od 2005 roku nieustającej
kampanii na rzecz niepokalanego imienia Wałęsy i nagrodą
dla niego za trzy lata atakowania idei IV RP była
uroczystość na Zamku Królewskim w Warszawie z okazji
jego 65. urodzin i 25. rocznicy pokojowego Nobla. Zebrała
się cała czołówka III RP: Tadeusz Mazowiecki, Jan
Krzysztof Bielecki, Adam Michnik, arcybiskup Józef
Życiński, Andrzej Wajda. Impreza została zapamiętana z
racji przemówienia ówczesnego marszałka Sejmu
Bronisława Komorowskiego, który zadedykował
prezydentowi fraszkę własnego autorstwa kończącą się
słowami: „Lech Wałęsa zuch, starczy za tych dwóch”.
Te aluzje do braci Kaczyńskich wywołały salwy
śmiechu niezwykle dobrze czującego się w swoim
towarzystwie kwiatu polityki Platformy i dawnej Unii
Wolności.
Mniej subtelny był Jerzy Owsiak, który poruszony
publikacją Pawła Zyzaka o byłym prezydencie deklarował
w kwietniu 2009 roku: „Jestem pacyfistą, ale mogę teraz z
»baśki« przyłożyć. Niech tylko Wałęsa wskaże komu”
(Gazeta.pl, 1.04.2009).
***
Okres lat 2005-2013 to czas, kiedy były prezydent
rozdaje razy na prawo i lewo. Po wydaniu książki „SB a
Lech Wałęsa” w 2008 roku publicznie atakował jej
współautora Sławomira Cenckiewicza za fakt, że jego
dziadek był oficerem SB. Wszyscy ci, którzy wcześniej
oburzali się na wytykanie Donaldowi Tuskowi dziadka z
Wehrmachtu, nie uznali tego za coś nagannego. W tym
samym roku dawny lider „Solidarności” zaatakował
arcybiskupa Kazimierza Nycza, sugerując, że „są papiery
na metropolitę warszawskiego”. Oczywiście była to
nieprawda i Wałęsa potem przepraszał hierarchę, który
notabene jako jeden z niewielu w episkopacie był
zwolennikiem lustracji biskupów.
W 2010 roku były prezydent postanowił zemścić się na
IPN za publikację zbioru dokumentów na temat teczki TW
„Bolka”. Gdy zbliżała się 30. rocznica strajku w Stoczni
Gdańskiej, prezydent Gdańska Paweł Adamowicz,
kierujący spotkaniem organizatorów rocznicowych
obchodów pod bramą zakładu, demonstracyjnie nie
zaprosił przedstawicieli IPN na spotkanie, choć Instytut
miał już gotowy projekt obchodów. Prezydent Gdańska
wyjaśnił zebranym, że na udział IPN nie zgodził się Lech
Wałęsa z powodu wydania przez Instytut książki
Cenckiewicza i Gontarczyka.
Ten dyktat milcząco zaaprobował ówczesny dyrektor
Europejskiego Centrum Solidarności, dominikanin ojciec
Maciej Zięba, który pytany o to przez dziennikarzy,
wypowiadał się enigmatycznie: „Ja nie zapraszałem, więc
trudno mi się wypowiadać. Faktem jest, że IPN wobec
Lecha Wałęsy nie zachowywał się fair” („Rzeczpospolita”,
15.09.2010).
W grudniu 2012 roku, gdy Krzysztof Wyszkowski, z
którym Wałęsa prowadził wieloletnie procesy, trafił
wskutek depresji na pododdział psychosomatyczny
oddziału psychiatrii, Wałęsa na Blip zachęcał dziennikarzy,
aby sprawdzili, gdzie leży jego adwersarz, pośrednio
sugerując, iż ten nie odpowiada za swoje poglądy.
Ów agresywny styl przekładał się na całkiem
konkretną agresję fizyczną, jaką zaprezentował w
listopadzie 2008 roku szef Instytutu Lecha Wałęsy Piotr
Gulczyński. Po rozprawie sądowej między reżyserem
Grzegorzem Braunem a byłym prezydentem jeden z
członków ekipy filmowej towarzyszącej temu pierwszemu
został uderzony przez Gulczyńskiego, który ruchem ręki
zmiótł ze swojej drogi obiektyw kamery. Sam sprawca
twierdził, że nikogo nie uderzył, a Wałęsa oskarżył Brauna
o prowokację, ale nagranie filmowe z tego incydentu
wskazuje wyraźnie na brutalne zachowanie Gulczyńskiego
(„Szef Instytutu Wałęsy: Nikogo nie uderzyłem”,
„Rzeczpospolita”, 28.11.2008).
Jednocześnie praktyka wielu mediów udawania, że nie
ma podstaw do mówienia o kontaktach Wałęsy z SB,
zaczęła ocierać się o absurd. W wydanej w 2012 roku
„Encyklopedii Gdańska”, firmowanej przez całe grono
utytułowanych historyków, w haśle „Lech Wałęsa” nie
znalazła się najmniejsza nawet wzmianka o „Bolku”. Jak
wyjaśniał Jarosław Mykowski, jeden z redaktorów
encyklopedii i autor hasła „Wałęsa”: „Nie wchodzimy w to,
bo spory i kontrowersje wokół Wałęsy będą trwały jeszcze
latami i może nigdy nie ustaną. A encyklopedia to mają być
bezsporne fakty” („Gazeta Wyborcza Trójmiasto”,
24.11.2012).
W marcu 2010 roku Wałęsa ogłosił, że chce startować
w najbliższych wyborach prezydenckich. „Historia daje mi
kolejną szansę” — ogłosił. Obecność na jego konferencji
prasowej Pawła Piskorskiego mogła wskazywać, że ten
ambitny polityk Stronnictwa Demokratycznego wiązał
jakieś nadzieje z wypromowaniem swojego ugrupowania
przy okazji kampanii byłego przywódcy „Solidarności”.
Wałęsa jednak nie spełnił swoich deklaracji i w wyborach
nie wystartował. Plotka głosiła, że Platforma wywarła
wtedy na niego silny nacisk, aby nie ważył się znów
wchodzić na polityczną scenę.
Katastrofa smoleńska 2010 roku tylko na krótko
złagodziła język Wałęsy wobec Lecha Kaczyńskiego. 2
września, prawie pięć miesięcy od katastrofy, pytany w
TVN o tragicznie zmarłego w Smoleńsku prezydenta,
Wałęsa powiedział: „Na pewno zginął i to jest osiągnięcie,
że zginął. Natomiast innych osiągnięć nie widzę i nie
widziałem. Przykro mi o tym mówić, ale taka jest prawda, a
jak jeszcze się sprawy wszystkie wyjaśniają, jak się
znajdzie jeszcze telefon z nagraniem tamtej rozmowy, w
tych ostatnich momentach, to nie chciałbym być w skórze
Jarosława Kaczyńskiego” („Fakty po faktach”, 2.09.2010).
W sierpniu 2010 roku wybuchła kontrowersja wokół
wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na zjeździe
„Solidarności”, który wskazał, że Lech Kaczyński trzymał
stronę robotników w dyskusji między doradcami, czy
należy stawiać postulat wolnych związków zawodowych. W
odpowiedzi liczni politycy Platformy i dawnej Unii
Wolności postawili tezę, że Lech Kaczyński albo w ogóle
nie był na strajku sierpniowym, albo był niezwykle krótko i
nie odegrał żadnej ważnej roli. Wałęsa w wypowiedzi dla
PAP 31 sierpnia stwierdził, że „Lech Kaczyński był daleko,
daleko, jeszcze dalej, w ogóle nie [był] liczącym się
działaczem w tamtym czasie”. Potem w wypowiedziach dla
„Super Expressu” poszedł jeszcze dalej i ogłosił, że Lech
Kaczyński był w czasie strajku tak tchórzliwy, że bał się
własnego cienia („Super Express”, 7.09.2010).
Na 5 dni przed drugą rocznicą śmierci Lecha
Kaczyńskiego w Smoleńsku Wałęsa w programie „Kropka
nad i” uznał za stosowne ponownie zaatakować
prezydenturę swojego niegdysiejszego kolegi z
„Solidarności”.
„O umarłych nie można mówić źle, ale było to
nieszczęście dla Polski i nieszczęściem się skończyło (...).
Nic nie zostało zbudowane, to były stracone lata w historii
Polski”.
W tym czasie Lech Wałęsa powoli przyzwyczaił już
Polaków do popierania wszelkich działań Platformy. Z tego
powodu poparł przywrócenie napisu „imienia Lenina” na
historycznej bramie Stoczni Gdańskiej mimo protestów
„Solidarności” w marcu 2012 roku i zachęcał Donalda
Tuska do użycia siły wobec „Solidarności” blokującej
budynek Sejmu w maju 2012 roku. Wałęsa narzekał
wówczas, że policja nie użyła siły wobec związkowców:
„Gdybym był na miejscu Tuska, dałbym polecenie
spałować, oddać za to, władzę trzeba szanować. (...). Oni
[posłowie — przyp. P.S.] są przedstawicielami narodu, nie
mogą pozwolić sobie na takie, na opluwanie, na bijatykę,
no, no, no. Panie premierze, zdecydowania, dość takiej
zabawy”.
Zachęcanie premiera Tuska przez Wałęsę do
„spałowania” solidarnościowych związkowców otrzeźwiło
nawet tych, którzy przez lata próbowali usprawiedliwiać
„wodza”.
„Sprzeniewierzył się ideałom »Solidarności«” — tak
ocenili Lecha Wałęsę związkowcy, którzy odebrali mu tytuł
„Zasłużonego dla Solidarności Podbeskidzia” podczas XI
walnego zjazdu podbeskidzkiej struktury NSZZ
„Solidarność” w maju 2012 roku, w 31. rocznicą strajków z
1981 roku, w których Wałęsa odegrał ważną rolę.
„Delegaci podkreślili, że są ludźmi honoru; dziękują i
nagradzają, ale zawsze też opowiadają się po stronie
prawdy i godności. Z tego właśnie powodu — jak
zaznaczono w uchwale — zjazd postanowił pozbawić Lecha
Wałęsę tytułu” („Dziennik Zachodni”, 22.06.2012).
Za przyjęciem uchwały opowiedziało się 64 delegatów,
przeciw było 13, a 19 wstrzymało się od głosu. Tytuł
„Zasłużonego dla Solidarności Podbeskidzia” został
przyznany Lechowi Wałęsie w 2005 roku. Związkowcy
docenili w ten sposób jego postawę w trakcie
podbeskidzkiego strajku generalnego.
Ale Lech Wałęsa, mimo taryfy ulgowej stosowanej
wobec niego przez większość elit, a może właśnie wskutek
tejże taryfy, w ferworze pozwalał sobie na wypowiedzi,
które ściągały na niego krytykę salonu III RP. Gdy w 2006
roku wyszło na jaw, że Günter Grass, znany niemiecki
pisarz i honorowy obywatel Gdańska, ujawnił swoją służbę
w Waffen SS, Wałęsa oświadczył niemieckiej bulwarówce
„Bild”, że Grass powinien zrezygnować z tego tytułu, gdyż
jego zdaniem, nie powinien on przysługiwać byłym
żołnierzom tej formacji.
Wywiad na temat tej ostrej deklaracji, przeprowadzony
przez Jacka Żakowskiego z Wałęsą z 17 sierpnia, to jeden z
niewielu w tamtym czasie przykładów tego, jak były
prezydent, gdy chciał, potrafił wrócić do roli obrońcy
polskiej godności. Gdy Żakowski zaproponował Wałęsie,
aby spotkał się z Grassem, żeby porozmawiać o „waszych
trudnych biografiach, trudnych, że taka była historia”,
Wałęsa odpowiedział: „No tak, tylko mojemu ojcu
[Bolesławowi, który zmarł z wycieńczenia po pobycie w
niemieckim obozie pracy — przyp. P.S.] życia już nie
wrócę. Zmierzam do sprawiedliwości w moim czasie i w
moich warunkach, tylko tyle”. I potem dodał: „Zaproszę
Grassa na grób mojego ojca na Wszystkich Świętych”. Na
uwagę Żakowskiego, że Wałęsa powinien prowadzić dialog
z Grassem, zamiast obrzucać go obelgami i pozbawiać
honoru, były prezydent odpowiedział: „Ja go nie obrzucam
obelgami, tylko mówię, że coś tu musi zrobić, żeby sytuacja
nie była taka śmierdząca” (Tok FM, 17.08.2006).
Na jedną krótką chwilę powrócił Wałęsa umiejący
mówić o poczuciu godności Polski i dysproporcji w ocenie
przewin Polaków i Niemców.
Na deklarację byłego prezydenta bardzo ostro
zareagował Michnik, który w komentarzu „Wałęsa w sforze
naganiaczy” natychmiast wypomniał mu uwikłania z
początku lat 70.
„Kilkunastoletni młodzi ludzie popełniają różne błędy
— Lech Wałęsa wie o tym doskonale, bowiem jako młody
człowiek — pisał o tym w swojej książce wspomnieniowej
— dopuścił się czynów, które potem sam uznał za błędne i
pożałowania godne” („Gazeta Wyborcza”, 28.09.2006).
To zdanie Michnika zabrzmiało jak swego rodzaju
ostrzeżenie, że jeżeli dawny przywódca „Solidarności”
będzie wychodził poza kanony politycznej poprawności,
jego przeszłość może być używana przeciw niemu.
Kolejna sytuacja, w której Wałęsa „zmusił” swoich
obrońców do przygany, przydarzyła się w maju 2009 roku.
Przyjrzyjmy się nieco dokładnie temu przypadkowi, bo
kumuluje on całą specyfikę obecności byłego prezydenta w
życiu politycznym pierwszej dekady nowego wieku.
Gdy do Polski dotarły wieści o wystąpieniu Lecha
Wałęsy 1 maja 2009 roku na kongresie eurosceptycznej
partii Libertas w Rzymie, był to dla Platformy
Obywatelskiej prawdziwy szok. Zwłaszcza że dzień
wcześniej, na kongresie Europejskiej Partii Ludowej (EPP)
w Warszawie kreowano Wałęsę na symbol euroentuzjazmu.
Trudno się zatem dziwić, że początkowe reakcje były
nerwowe. Najpierw Stefan Niesiołowski zagrzmiał, że
Wałęsa się skompromitował. Potem politycy PO
zorientowali się, że wyjazd byłego prezydenta do Declana
Ganleya ich samych najbardziej wystawia na pośmiewisko,
zmienili więc linię propagandową. Zaczęli bagatelizować
sprawę, ogłaszając, że historyczny lider „Solidarności” jest
wolnym człowiekiem i może robić to, co chce. Sam premier
Donald Tusk nie wyszedł poza zdawkowe określenie
„wyskok”.
Choć wydawać by się mogło, że najwięcej powodów do
złośliwej Schadenfreude ma PiS, to najostrzej Wałęsę
zaatakowały duchowe sieroty po Unii Wolności. Jacek
Żakowski, publicysta „Polityki”, oznajmił, że były
prezydent, popierając Ganleya, „przeszedł na stronę
interesów Kremla”. Z kolei Władysław Frasyniuk, który
niedużo wcześniej radził Wałęsie „dawać w twarz”
adwersarzom, zaczął rozwodzić się nad jego chłopskimi
przywarami: pazernością i nadmiernym przywiązaniem do
wartości materialnych.
Dla odmiany Andrzej Celiński, były sekretarz dawnego
lidera „Solidarności” z 1981 roku, uderzył się w piersi: „To
nasz problem, że Polska nie znajduje miejsca dla Lecha
Wałęsy”.
Pojawili się już jednak nowi zażarci obrońcy. Wdzięczni
za rzymski show polscy politycy Libertas wybaczyli
Wałęsie wcześniejsze flirty z PO. Artur Zawisza ni stąd, ni
zowąd zauważył, że były polski prezydent w europejskiej
radzie mędrców „zwalcza socjalistyczne pomysły”, a
Libertas „jest dumny, że mógł zaprezentować Wałęsę jako
wkład Polski w walkę o wolność w Europie”. Roman
Giertych zdążył obwieścić, że Wałęsa „z natury ludowy,
katolicki, antybiurokratyczny” tylko czeka, aby rzucić
wyzwanie Platformie. Z kim? Giertych już wiedział: z
Libertas, które jest „właściwym dla niego miejscem”.
Wszystkie te wypowiedzi utrwalały typową dla Polski
praktykę traktowania Wałęsy jako cudownego — choć
kapryśnego — dziecka, które ma prawo robić wszystko, co
zechce.
Sam noblista wybrał najprostszą linię obrony. Z
rozbrajającą szczerością ogłosił, że kasuje pieniądze i
kasować będzie: „Potrzebuję pieniędzy na ubrania, na buty
mi nie starcza”. Ku niewymownej zgrozie dziennikarki
TVN24 Moniki Olejnik ujawnił nawet, że za odpowiednią
cenę gotowy jest obsłużyć zarówno zjazd PiS, jak i
spotkanie Radia Maryja. W złośliwym dowcipie Henryka
Sawki z tego okresu szefowa Związku Wypędzonych pyta
do słuchawki: „Ile kosztuje Wałęsa?”.
W ten sposób były lider „Solidarności” potwierdził
zasadę, dzięki której dawał sobie radę od dziesięcioleci —
po odsunięciu starych zwolenników szybko zyskuje
nowych, którzy liczą na to, że coś im skapnie z jego pozycji
i sławy.
Wróćmy do słów Wałęsy o „potrzebie pieniędzy na buty
i ubranie”. Czy rzeczywiście były prezydent był zmuszony
do skromnego życia? Bez pieniędzy na buty i skarpetki?
Jego dożywotnia prezydencka pensja zapewne
ucieszyłaby wielu Polaków. Za darmo chronią go BOR-
owcy. Dodatkowo ma do dyspozycji opłacane z budżetu
państwa biuro, które organizuje mu wyjazdy zagraniczne.
Od ponad dekady za zagraniczne wykłady otrzymuje
zresztą spore sumy. Kto uwierzył w tyrady Wałęsy o braku
pieniędzy, mógł przyjrzeć się corocznym imieninom
noblisty w jego gdańskim domu, gdzie stoły uginają się od
luksusowych dań i gdzie bawi się parę setek gości.
Można podejrzewać, że Wałęsa do Rzymu pojechał
zarówno skuszony atrakcyjną gażą, jak i powodowany
chęcią utarcia nosa Platformie, która traktowała go już
niemal jako swoją własność. Na dodatek miał od dłuższego
czasu wiele innych pretensji do Donalda Tuska: że nie
zlikwidował IPN, że nie gwarantuje mu prokuratorskiego
śledztwa, które zakończy się ogłoszeniem braku jego
kontaktów z SB.
Według krążącej plotki, Wałęsa zażądał od Tuska w
tamtym czasie umieszczenia jego syna Jarosława na
pierwszym miejscu na pomorskiej liście wyborów do
europarlamentu. Koniec końców Tusk dał Wałęsie
juniorowi jedynie ostatnie — dziesiąte — miejsce na liście
(„Rzeczpospolita”, 7.05.2009).
Wróćmy do rytualnego załamywania rąk nad tym, że
Polska nie potrafi zagospodarować postaci Lecha Wałęsy.
Czy nie przypomina to rozterek rodziców spowodowanych
tym, że nie potrafią zmusić leniwego dziecka do
zainteresowania się czymkolwiek? Wiele wskazuje na to, że
Wałęsa na żadne ambitne misje międzynarodowe nie ma
ochoty.
Inny prezent od PO za walkę z braćmi Kaczyńskimi —
desygnowanie Wałęsy przez Donalda Tuska w październiku
2008 roku do unijnej rady mędrców, mającej zająć się
refleksją nad przyszłością UE, okazało się
nieporozumieniem.
Jedyna planowana wtedy wizyta w Wenezueli, kraju
pogrążającym się w dyktaturze, nie doszła do skutku, gdyż
Wałęsę uznano za persona non grata. A czy były lider
ruchu „Solidarności” interesował się systematycznie
represjonowanymi związkowcami czy bojownikami o
wolność? Czy próbuje wjechać do Birmy, by zobaczyć się z
opozycjonistką Aung San Suu Kyi? Jeździ do Gruzji, aby
mediować między prezydentem Saakaszwilim a opozycją?
Próby wysyłania byłego prezydenta przez nasz rząd do
państw Afryki Północnej po rozruchach „arabskiej wiosny”
w roku 2011 też były średnio udane. O tym, jak Wałęsa
przyzwyczaił się do lekceważenia innych, świadczy jego
zlekceważenie zaproszenia na spotkanie z prezydentem
Barackiem Obamą w czasie jego wizyty w Polsce w maju
2011 roku. Pytany o przyczyny swojej absencji, Wałęsa
mówił w TVN24: „Miałem całą masę telefonów,
przekonywano mnie do spotkania z Obamą, ale nie pasuje
mi. (...) Spodziewam się, że po tej wizycie oprócz fotografii
nie zostanie nic” („Rzeczpospolita”, 27.05.2011).
Nic nie wskazuje na to, aby wygodny Wałęsa miał
ochotę ruszać się poza zachodnie uniwersytety, gdzie
nawet najbardziej banalny wykład daje mu solidny zysk.
Sam natomiast w Blip i Gadu-Gadu dokumentował jak
najdokładniej błahy poziom swoich spotkań, zasypując
internet zdjęciami z uczestnikami rejsów statków
turystycznych, które odwiedzały Gdańsk.
Wałęsa nie ukrywał, że za umieszczenie w programie
wizyty w Gdańsku spotkania z jego osobą inkasował
odpowiednie wynagrodzenie. W kraju, w którym
najmniejsza niezręczność Lecha Kaczyńskiego była
powielana w setkach internetowych szyderstw,
występowanie przez Wałęsę w roli misia z Krupówek wśród
zagranicznych turystów nie wywołało jakoś szerszego
zainteresowania.
Tak samo nie wzbudził większej uwagi mediów fakt, że
w 2012 roku Instytut Lecha Wałęsy ogłosił, że były
prezydent weźmie udział w akcji promowania hymnu
narodowego. Dopiero z czasem okazało się, że był to
integralny element wielkiej kampanii reklamowej piwa
Tyskie, jakie towarzyszyło mistrzostwom Europy w piłce
nożnej.
Ale ten sam Wałęsa potrafił — co nie było częste —
potępić profanację moskiewskiego Soboru Chrystusa
Zbawiciela przez członkinie grupy Pussy Riot i
jednocześnie skrytykować wyrok, jaki na nie zapadł w
związku z tą akcją. „To było niesmaczne. Na świątynię to
na pewno nie pasowało. Nie wiem, co tu zrobić, bo cenzury
bym nie chciał. Ale w świątyni takie harce wyprawiać? To
jest obraza wiary, religii, świątyni. I to mi się nie
podobało” (Wprost.pl, 6.09.2012).
Ale gdy były prezydent posuwał się w swym
konserwatyzmie jeszcze dalej i przekraczał normy
poprawności politycznej w istotnych dla lewicowych elit
kwestiach, nie uchodziło mu to płazem.
W marcu 2013 roku Lech Wałęsa zabrał głos w sprawie
możliwości debaty w Sejmie na temat związków
partnerskich i w programie „Fakty po faktach” w TVN24
skrytykował pomysły legalizacji homozwiązków.
„Mniejszość nie może przeszkadzać większości. Jeśli jest
ich 5 proc., to muszą demonstrację mieć nie na ulicy w
centrum miasta, tylko na peryferiach. Zróbmy to
sprawiedliwie — wasze 5 proc., to możecie dojść do
pierwszej ulicy, a dalej nie, bo macie 5 proc. W każdej
dziedzinie powinniśmy być sprawiedliwi. (...) Nie życzę
sobie, żeby ta mniejszość, którą toleruję, ale z którą się nie
zgadzam, żeby mi wychodziła na ulice i moje dzieci, moje
wnuki bałamuciła jakimiś tam mniejszościami”.
Na pytanie prowadzącego program, czy w związku z
tym polityk o orientacji homoseksualnej powinien być
sadzany w parlamencie w ostatniej ławie, Wałęsa
odpowiedział: „Oczywiście, że tak. Jak sprawiedliwość, to
sprawiedliwość. A nawet jeszcze za murem, bo tyle
reprezentuje. Ja jestem 100 proc. demokratą, ale w każdej
dziedzinie, a nie tak, żeby 1 proc. wchodził mi na głowę i
mówił: »musisz się zgodzić, bo jesteś w większości«”.
Tym razem dawny lider „Solidarności” przekroczył
zasady poprawności politycznej w tak drastycznym
stopniu, że reakcje były odpowiednio bardziej dotkliwe.
Przedstawicielka władz ustawodawczych San Francisco
Jane Kim złożyła wniosek o odebranie Wałęsie nazwy ulicy
ku jego czci w tym mieście. Faux pas byłego prezydenta
zyskało też rozgłos w zachodniej prasie i pośrednio
spowodowało odwołanie wielu planowanych wykładów
Wałęsy na całym świecie. Niemiecka prasa, zazwyczaj
solidaryzująca się z nim jako „ofiarą oszczerstw braci
Kaczyńskich”, tym razem oburzała się na „proletariackie
grubiaństwo Wałęsy”. Natychmiast przypomniano, że gdy
był głową państwa, „ryczał, aż trzęsły się ściany, tyle że
nie wiadomo było, co chciał powiedzieć” („Frankfurter
Allgemeine Zeitung”, 6.03.2013).
Sam Wałęsa robił nadal dobrą minę do złej gry i groził,
że pozwie homoseksualistów o straty wynikłe z odwołanych
spotkań. Cały ten skandal skłonił Andrzeja Mleczkę w
„Polityce” do skarykaturyzowania byłej głowy państwa pod
postacią buraka. Powrócił klimat z 1990 roku, kiedy to w
kręgach inteligencji lewicowej panowała moda na
wyśmiewanie prostactwa Wałęsy.
I wreszcie w maju 2013 roku dawny przywódca
„Solidarności” zareagował furią na wywiad Henryki
Krzywonos dla „Wprost”, w którym postawiła ona tezę, że
to Bogdan Borusewicz był w sierpniu 1980 roku
faktycznym przywódcą protestu, a nie najsłynniejszy
elektryk. Wałęsa odpowiedział atakiem, o dziwo, nie na
Krzywonos, tylko na Borusewicza, którego posądził o
inspirowanie wypowiedzi tramwajarki. Dający do myślenia
był ostatni akapit listu do marszałka Senatu, który kończył
się złowróżbnym zdaniem: „Mam nadzieję, że mnie
przeprosisz i nie wymusisz odkrywania innych niemiłych
stron historii”. Komentując niejasne słowa Wałęsy, portal
wPolityce.pl pisał: „Na czym polegać ma »wymuszenie
odkrywania innych, niemiłych stron historii«? Przynajmniej
na razie Wałęsa tego nie ujawnił. Czy stanie się tak, jeśli
Borusewicz go nie przeprosi? Jedną z teorii, jakie pojawiają
się przy tej okazji, są sugestie Andrzeja Bulca (działacza
WZZ), który kilka lat temu mówił w rozmowie z portalem
Dziennik.pl: »Osobiście nagrałem taśmę ze spotkania u
Gwiazdów. Wałęsa wyznał, że kolegów podpieprzał SB. I
potwierdził, że nagranie przekazał właśnie Bogdanowi
Borusewiczowi«”.
Jeśli podejrzenia Andrzeja Bulca są trafne, to pokazują
one, że po zdobyciu dokumentów na swój temat i
korzystaniu z bezczynności prokuratury, która nie podjęła
żadnych działań, aby je odzyskać, byłego prezydenta
niepokoi już tylko możliwość istnienia jakiejś kopii
nagrania, na którym przyznaje się on do współpracy z SB.
Ostrość reakcji na wypowiedź Henryki Krzywonos mogła
wynikać też z niemiłego doświadczenia, jakie z nią miał
Wałęsa.
W 2005 roku Paweł Demirski wystawił w Teatrze
Wybrzeże sztukę o niegdysiejszym związkowym liderze,
która próbowała wykreować na nowo jego mit jako
bohatera klasy robotniczej. Sztukę z ogromnym
entuzjazmem przyjęło środowisko „Krytyki Politycznej”.
Jednak powtórzyła się stara zasada: gdy tylko młodzi
lewicowcy przyjrzeli się z bliska żywemu Wałęsie, stracili
ochotę do jego dalszej gloryfikacji.
Potem „KP” wykreowała na „legendę Sierpnia” właśnie
Henrykę Krzywonos, co, jak głosiła trójmiejska wieść,
wyjątkowo rozdrażniło sławnego elektryka. Ostatnim
wreszcie elementem złej passy Wałęsy z lat 2009-2013
było ukazanie się jesienią 2011 roku niezwykle dotkliwej
dla byłego prezydenta książki jego żony „Marzenia i
tajemnice”. Książka przedstawiała w bardzo bezpośredni
sposób Wałęsę jako osobę bezwzględną, egoistyczną i
pozbawioną cieplejszych uczuć. Przy okazji żona byłego
prezydenta rzuciła nowe światło na kwestię, czy w latach
1970-1974 otrzymywał on pieniądze za raporty „Bolka”.
Danuta Wałęsa wspominała, że w tym czasie żyło im się
ciężko, ale mąż na szczęście regularnie przynosił do domu
dodatkowe złotówki, po tysiąc, dwa, które miał wygrywać
w totolotka. Zauważyła przy tym, że grał on później jeszcze
wiele lat, ale już nigdy nic nie wygrał.
Do kwestii powrócili internauci korzystający z
aktywności Wałęsy na portalu Wykop.pl. Na pytanie
jednego z internautów: „Panie prezydencie, ile pieniędzy
wygrał Pan w latach 1970-1972?”, odpowiedział on: „Około
35 tysięcy złotych”. Gdy jeden z internautów przeliczył od
razu, że jest to na dzisiejsze pieniądze około 15 tys.
złotych, czyli suma dość spora, Wałęsa uciął dyskusję,
pisząc: „Wygrywałem zawsze, kiedy naprawdę
potrzebowałem” (Gazeta.pl Trójmiasto, 16.07.2013).
Co charakterystyczne, przy percepcji książki Danuty
Wałęsy dała o sobie znać zasada „lepsze jest wrogiem
dobrego”. Dla publicystów lewicowego salonu dawny lider
„Solidarności” był dobry jako antidotum na braci
Kaczyńskich, ale gdy na scenie pojawiła się jego żona ze
swoim świadectwem, które można było usytuować w
nurcie feminizmu, to zaczęła ona być natychmiast
przedstawiana jako wzór. Bez refleksji powtarzano jako
oczywiste fakty jej twierdzenia na temat męża.
***
Ostatnim wątkiem pierwszych lat XXI wieku były
demonstracje sympatii Wałęsy wobec generała
Jaruzelskiego. 22 maja 2005 roku dawny przywódca
„Solidarności” dał się namówić do wspólnej telewizyjnej
debaty z niegdysiejszym szefem WRON, w trakcie której
apelował do niego, aby ten poświadczył, że nigdy nie był
agentem. Można było odnieść wrażenie, że tak jak
liberalny salon zaprosił w 2005 roku Wałęsę do pojednania
z Kwaśniewskim po pogrzebie papieża, tak teraz do
ogólnego pojednania pod sztandarem „Polski
okrągłostołowej” walczącej z IV RP chciano zaprosić
jeszcze twórcę stanu wojennego. Tak postrzegać można
sesję zdjęciową „prezydenckich córek” dla magazynu
„Viva” w 2006 roku z udziałem córki Wałęsy — Marii
Wiktorii, a także Moniki Jaruzelskiej i Aleksandry
Kwaśniewskiej ze znamienną absencją Marty Kaczyńskiej.
Po pewnym czasie powstanie takiego sojuszu
potwierdziły fakty. 30 lipca 2008 roku Wałęsa pojawił się
na procesie Wojciecha Jaruzelskiego oskarżonego o
wydanie rozkazu strzelania do robotników w grudniu 1970
roku i wystąpił z obroną generała.
„Generał miał mało do powiedzenia. Wówczas rządził
sekretarz partii” — mówił przed sądem były prezydent,
pytany, kto wydał rozkaz strzelania do robotników na
Wybrzeżu w 1970 roku.
Wałęsa nawiązał w zeznaniach do jednego z
najbardziej tajemniczych epizodów swego życia.
Wspominał przed sądem, że na prośbę milicji próbował
uspokoić wzburzony tłum przed komendą MO w Gdańsku
w grudniu 1970 roku. „Udało mi się wejść do komendy, by
negocjować zwolnienie aresztowanych stoczniowców i
nieatakowanie manifestantów” — relacjonował przed
sądem. „Komendant obiecał to i prosił mnie, bym
zapanował nad tłumem” — mówił były prezydent i dodał,
że choć udało mu się uciszyć tłum, milicja zaatakowała
manifestantów, a komendę obrzucono kamieniami.
„Koledzy myśleli, że zostałem zabity przez milicję” —
powiedział Wałęsa. Były prezydent nie wyjaśnił, gdzie
znalazł się w czasie, gdy koledzy atakowali milicyjny
gmach.
Rok później, tuż przed kolejną rocznicą wprowadzenia
stanu wojennego, znów wystąpił z obroną Jaruzelskiego w
radiu RMF FM. „Generał nie wierzył, że Polska może się
wyrwać na wolność. Spodziewał się wielkiego ataku i
zniszczenia Polski. Jeśli tym się kierował, należy go
zrozumieć. Ja miałem inne dane” — mówił, komentując
informacje IPN, że Jaruzelski domagał się sowieckiej
interwencji. I wyraził stanowisko: „Bronię generała, choć
milczał, gdy gnojki mnie atakowały” (za portalem TVN24,
11.12.2009).
Wreszcie 24 września 2011 roku Lech Wałęsa, przy
okazji wizyty w jednym z warszawskich szpitali u
przebywającego tam syna Jarosława, odwiedził także
leczącego się tam generała Jaruzelskiego. Zdjęcie z
uściskiem dłoni z hospitalizowanym dyktatorem upublicznił
on sam na swojej stronie LechWalesa.blip.pl.
A jak potoczyły się losy Mieczysława Wachowskiego po
1995 roku? W sierpniu 2012 roku tekst o jego
pobelwerderskich losach opublikował „Newsweek”.
Czytamy w nim:
„Z czego żyje? Tak jak u boku Wałęsy — brat łata zna
wszystkich. Wszyscy znają Mietka. Ułatwia biznesy.
Otwiera drzwi tym, którzy mają mniej znajomości.
Przygarnia go Sobiesław Zasada. Wachowski trafia do rady
nadzorczej spółki produkującej ciężarówki. — A komuś
broł, biednym cy bogatym? — pytają górale byłego
ministra stanu, gdy w 1998 roku w Bukowinie pasują go na
zbójnika. — Różne rzeczy się robi. Z samej kradzieży
człowiek przecież nie wyżyje — żartuje Wachowski. W
końcu lat 90. w biznesie przestaje mu się wieść. — Jego
biznesowi partnerzy to była co najwyżej jakaś liga
okręgowa — opowiada były współpracownik z Belwederu”
(„Newsweek”, 7.08.2012).
Współpraca z przedsiębiorcą budowlanym Sławomirem
Malickim kończy się długotrwałym sporem sądowym.
Według „Newsweeka”, Malicki miał wziąć od
Wachowskiego kwotę 159 tys. dolarów w zamian za
udziały, ale ich nigdy nie dostał.
„Prokuratura stawia zarzuty to jednemu, to drugiemu,
sądy raz umarzają, raz wydają wyroki. Po biznesowej
przyjaźni zostały sprawy karne” — pisał „Newsweek”.
Wachowski został też oskarżony o wzięcie łapówki od
Irakijczyka Hassana Al-Zubaidiego w zamian za obietnicę
jego zwolnienia z więzienia. Na te kłopoty nakładać się ma
od paru lat choroba nowotworowa. „Newsweek” informuje:
„Wachowskiego w obronę bierze Wałęsa. Pisze listy do
kolejnych ministrów sprawiedliwości”. Bez większego
efektu.
W styczniu 2008 roku sąd w Warszawie skazuje
Wachowskiego na pół roku więzienia w zawieszeniu i 2 tys.
złotych grzywny za składanie fałszywych zeznań w jednej
ze spraw biznesowych, jakie trapią byłego ministra stanu.
Wiosną tego samego roku po odwołaniu Wachowskiego
Sąd Okręgowy w Warszawie uniewinnia go od tego
zarzutu. Sam Wachowski mówi dziennikarzom, że jest już
jedynie wycieńczonym człowiekiem, zmagającym się z
bólem i żyjącym od jednej sesji radiologicznej do drugiej.
Świat wpływów epoki prezydentury Wałęsy przeszedł
ostatecznie do przeszłości. Ale to nie znaczy, że były
prezydent przestał budzić emocje. Nadal szarżuje na
portalach internetowych i pojawia się w stacjach
telewizyjnych, gromiąc aktualnych wrogów Platformy.
Każdego 4 czerwca, w rocznicę obalenia rządu Jana
Olszewskiego, młodzi prawicowcy pikietują willę Wałęsy.
Te pikiety budzą skojarzenia z protestami pod willą
generała Jaruzelskiego.
Dla części ludzi „Solidarności” pamiętających 13
grudnia 1981 roku ta zbieżność jest oburzająca. Jak można
zrównywać Wałęsę z Jaruzelskim? Można. Z okazji 90.
urodzin Jaruzelskiego grafik Wojciech Korkuć projektuje
rozlepiany na ulicach Warszawy drastyczny i bluźnierczy
plakat pokazujący twórcę stanu wojennego jako pseudo-
Madonnę z aureolą z Okrągłego Stołu, tulącą wąsate
niemowlę — Wałęsę. Tak duet aktorów z 13 grudnia
postrzegany jest w ponad trzy dekady później.
Czy nie wpłynęły na to dusery, jakich były wódz
„Solidarności” nie szczędzi od lat szefowi WRON?
Sygnałem emocji wokół obu polityków, ale i faktu, że
obie postacie zlewają się młodemu pokoleniu w jedno, była
kwestia obecności Wałęsy i Jaruzelskiego na kongresie
Lewicy Społecznej w maju 2013 roku. Uczestnictwa w tej
imprezie odmówiło ugrupowanie Zieloni 2004 właśnie z
powodu zaproszeń dla pierwszego i drugiego prezydenta
III RP.
„Trudno nam, partii praw człowieka i sprawiedliwości
społecznej, debatować o tych sprawach w towarzystwie
Wojciecha Jaruzelskiego i Lecha Wałęsy. (...) Epoka
Jaruzelskiego kojarzy nam się ze stanem wojennym i akcją
»Hiacynt« wymierzoną przeciwko osobom
homoseksualnym. (...) Lech Wałęsa nie tak dawno
nawoływał rząd do pałowania związkowców, a także
postulował, żeby przedstawiciele mniejszości seksualnych
siedzieli w Sejmie w ostatnim rzędzie, a nawet za murem.
(...) Jeżeli obecność tych dwóch osób na państwa kongresie
ma być znakiem historycznego pojednania, to byłoby to
pojednanie kosztem upokorzenia mniejszości i ludzi pracy”
— stwierdzili działacze Zielonych 2004.
Chichot historii?
Rozdział 8
Surfer na falach historii
Dwadzieścia lat temu, wspólnie z Jackiem Kurskim,
napisałem „Lewego czerwcowego”. Tamten zbiór
wywiadów potraktowałem wówczas jako „rodzaj
osobistego pożegnania z mitem Lecha Wałęsy”.
Jednocześnie wyraziliśmy jeszcze wówczas z Jackiem
Kurskim nadzieję na zejście ówczesnego prezydenta z
drogi zwalczania niepodległościowej prawicy. Dziś, 20 lat
po tym wszystkim, mogę tylko gorzko powiedzieć, że
Wałęsa nie tylko nie stał się lepszy, ale wręcz na rozmaite
sposoby potwierdził zarzuty, jakie stawialiśmy mu w
„Lewym czerwcowym”.
Stosunek do Lecha Wałęsy to bardzo często podział
generacyjny. Im dłużej pracowałem nad niniejszą książką,
tym bardziej potwierdzało się to w rozmowach ze
świadkami opisywanych czasów.
Ci, którzy jako dojrzali ludzie zapamiętali lata
fenomenu przywódcy „Solidarności”, broniąc Wałęsy,
bronią fascynacji swojej młodości i emocji utrwalonych w
tamtym czasie. Dla odmiany ci przenikliwsi już w latach
Karnawału „Solidarności” zauważali niedobre cechy u
„wodza”. Ludzie utożsamiający się z PRL nie lubili go trzy
dekady temu i nie lubią także dzisiaj. A młodsi z kolei
pytają: „skoro był kiedyś taki fajny, to dlaczego dziś jest
taki kiepski”?
No cóż — Wałęsa był lepszy, gdy czasy były lepsze i
sprzyjały patriotycznym uniesieniom. I był gorszy, gdy
czasy „psiały”, a w Polakach stygł patriotyzm.
Ja w swojej książce starałem się pójść środkiem drogi
— pokazać, jak silna była fascynacja Polaków swoim
„naczelnikiem” i jak bardzo Wałęsa roztrwonił ten kapitał
zaufania w latach swojej prezydentury. Takie złożone,
skomplikowane wizerunki postaci historycznych rzadko
zdobywają łatwą akceptację. Ale bez tej analizy nie sposób
zrozumieć, dlaczego III RP została zbudowana tak, a nie
inaczej.
Ludwik Dorn podkreśla: „Nie ma dobrego i złego
Wałęsy z różnych etapów jego kariery. Wałęsa był cały
czas taki sam, tylko zmieniały się okoliczności i polityczne
koniunktury” (Ludwik Dorn, relacja 6.07.2013).
Jeśli dziś historia byłego stoczniowca wywołuje taki
szok, to jest to tylko miara lukrowania jego portretu od
1995 roku. W mediach dyskusja o „Bolku” najczęściej
ilustrowana jest archiwalnymi zdjęciami z Sierpnia: na
ukwieconej bramie stoczni młody Lech Wałęsa z
mikrofonem. Ale te zdjęcia z paru najważniejszych chwil w
życiu słynnego elektryka przysłaniają zbyt dokładnie długie
43 lata dzielące nas od grudnia 1970 roku — w ciągu
których były dni chwały, ale i kompromitujące upadki.
Dobrze rozumiem to sięganie po migawki z
„gwiezdnego czasu” Wałęsy — z dni Sierpnia ’80 czy stanu
wojennego. Ja też chciałbym pamiętać go takim, jakiego
widziałem w Gdańsku jako zaaferowany „Solidarnością”
nastolatek czy kiedy został zwolniony z internowania w
1982 roku. Na własne oczy widziałem, jak dowcipny i łatwo
porywający tłumy robotnik zachwycał świeżością. Był
prawdziwym liderem symbolizującym nową epokę.
Odważnie rzucał wyzwanie Kremlowi. Ale trwanie w
zachwycie opartym wyłącznie na oficjalnej,
wyidealizowanej legendzie Wałęsy nie czyni nas
mądrzejszymi.
Próba wyjaśnienia, jak pogromca komunizmu mógł żyć
z tajemnicą „Bolka”, nie jest łatwa. Wyobraźnia z trudem
poddaje się tworzeniu portretu psychologicznego
człowieka, który z taką samą łatwością zmienia co rusz
wersje na temat swojej przeszłości, jak i wypowiada zdania
godne największego patrioty. Który szczerze wierzy w
swoją wielkość, jak i mataczy, zaklinając się na największe
świętości. Który raz jest tak polski jak postacie z płócien
Matejki, a chwilę potem tak mały jak drobny kupczyk.
Jak skleić z tych różnych cech jednego człowieka? Nie
jest to łatwe, ale my, publicyści, powinniśmy próbować.
Przynajmniej tego mogą oczekiwać od nas czytelnicy.
***
W 2010 roku z okazji 30. rocznicy Sierpnia na łamach
tygodnika „Ozon” po raz pierwszy spróbowałem opisać
fenomen Wałęsy. Zaproponowałem metaforę „surfera na
falach historii”: zręcznego aktora historii mimo kuli
przykutej do jego nogi. Kuli w postaci podpisania
współpracy z SB po strajku w grudniu 1970 roku. Ta kula
zawsze Wałęsie ciążyła, a czasem skłaniała do mało
chlubnych zachowań. Z kolei dobre cechy jego charakteru i
fale wolnościowych zrywów będą ułatwiać mu czynienie
rzeczy godnych i zbliżających Polskę do wolności. Kulę tę
dał sobie Wałęsa przykuć do nogi wskutek słabości
charakteru, gdy miał 27 lat, i dziś, gdy doszedł wieku 70
lat, wciąż nie potrafi się od niej uwolnić.
Z książek Sławomira Cenckiewicza i Piotra
Gontarczyka oraz Pawła Zyzaka wynikają w moim
przekonaniu wystarczające przesłanki do opinii, że
kontakty Wałęsy z SB nie były krótkim epizodem. Że trwały
przynajmniej trzy lata i były wynagradzane pieniędzmi. Ani
Cenckiewicz, ani Gontarczyk — wbrew zapowiedziom —
nie zostali podani do sądu przez Wałęsę.
Posługując się metaforą z surferem, można powiedzieć,
że Wałęsa po raz pierwszy wskoczył na wolnościową falę w
grudniu 1970 roku, ale po paru dniach przykuto mu do
nogi kulę donosicielstwa. Grzegorz Braun i Piotr Szyma w
dokumentalnym filmie „Plusy dodatnie, plusy ujemne” z
2008 roku przedstawiają nagrane w tym czasie wypowiedzi
oficera SB Janusza Stachowiaka, który prowadził na
początku lat 70. teczkę „Bolka” i twierdzi, że widział w niej
charakterystyczną zieloną kartę osób prowadzonych przez
agenturę wojskową. Ponadto, jak wspomina funkcjonariusz
Służby Bezpieczeństwa, wśród dokumentów, jakie Wałęsa
mógł zabrać z teczki „Bolka” w 1992 roku, był
zapamiętany przez Stachowiaka stenogram z rozmów SB z
Wałęsą z 14 i 15 grudnia 1970 roku, czyli z okresu
początku strajków i pierwszych pochodów stoczniowców
pod KW PZPR i komendę MO w Gdańsku.
Jeśli byłaby to prawda, musiałyby się nasuwać pytania
o rolę Wałęsy w trakcie jego uspokajającej wzburzony tłum
stoczniowców przemowy z balkonu milicyjnej komendy 15
grudnia 1970, zasygnalizowanej w „Drodze nadziei”. Nikt
nigdy nie sprawdził też, jak długo Wałęsa działał w
zakładowym aktywie Związku Młodzieży Socjalistycznej,
do którego należał przynajmniej od marca 1968 roku. To
wszystko wymaga jeszcze zbadania.
Na razie na potrzeby tych rozważań przyjmijmy
niekwestionowane już w poważnych naukowych
opracowaniach założenie, że sformalizowane kontakty
Wałęsy z SB zaczęły się po stłumieniu protestu Grudnia
’70.
Nawet w tym wypadku stajemy wobec przedziwnego
przykładu poplątanej psychiki. Wałęsa jest TW „Bolkiem”,
ale jakoś godzi składanie donosów na kolegów ze stoczni z
odważnymi wystąpieniami na zebraniach rady zakładowej,
w których krytykuje władze i kierownictwo zakładu.
Działanie przykrywkowe, które ma wzbudzić zaufanie
innych stoczniowców? A może Wałęsa uważał, że w ten
sposób odkupuje grzechy wynikające z donoszenia na
kolegów? Może tak właśnie odreagowywał upokorzenie
bycia wtyczką? W końcu ze współpracy się wygrzebał, choć
zawdzięcza to także uspokojeniu nastrojów w czasie
wczesnego Gierka (lata 1972-1975). Przystępując w 1978
roku do Wolnych Związków Zawodowych, Wałęsa mógł
chcieć odpłacić się władzy za klęskę Grudnia ’70.
Zamknięciem tamtej niedobrej epoki „Bolka” mogło być
przyznanie się przed kolegami z WZZ.
Wskakując na wolnościową falę, Wałęsa z pewnością
pokazuje odwagę, bo fala ta jest jeszcze dosyć słaba. Co
prawda jest już po protestach w Radomiu i Ursusie, ale
opozycj a wciąż jest krucha. Kula mu nie ciąży, bo
równoważy ją determinacja, a być może i pewien brak
wyobraźni.
Choć i na ten dobry okres pada cień. Przypomnijmy
raport SB z rozmowy Wałęsy z esbekami w ZREMB-ie w
1978 roku. Oficerowie bezpieki zostają poinformowani, że
nie ma powrotu do dawnej współpracy. Ale w słowach
Wałęsy wyczuwają ton, który skłania ich do wyrażenia
przekonania, iż jest jakaś szansa na powrót do rozmów. Na
sekundę wśród szumu wolnościowej fali kula u nogi znów
zabrzęczała cichutko.
W sierpniu 1980 roku „Lechu” przyłącza się najpierw
do strajku ekonomiczno-solidarnościowego. Po paru
dniach, wskutek nacisku strajkujących spoza stoczni i
determinacji Anny Walentynowicz, staje na czele protestu
o charakterze politycznym. Przypuszczalnie SB straszy
Wałęsę, że zostanie ukarany przez nagłośnienie dawnej
współpracy. Może początkowo ulega szantażowi i gasi
strajk. Ale dzięki determinacji grupy odważnych kobiet, z
Anną Walentynowicz i Aliną Pieńkowską, strajk znów się
rozpala. Wałęsa korzysta z szansy i znów staje na czele.
Zapewne czuje swym niepowtarzalnym instynktem, że
strajk to żywioł tworzący nową polityczną jakość. Że wieje
wiatr historii i on wraz ze stoczniowcami dostaje od losu
szansę na niewiarygodna karierę.
Sam wystawałem wówczas przed stoczniową bramą i
widziałem na własne oczy narodziny Wałęsy jako lidera na
wielką skalę. Wtedy też słuchałem transmitowanych przez
megafony negocjacji MKS z Wałęsą i Andrzejem Gwiazdą
na czele z kolejnymi delegacjami rządowymi. Gdy po wielu
latach oglądałem film dokumentalny z tamtych rozmów —
wrażenie pozostało takie samo.
Wałęsa był idealnym materiałem na przywódcę,
doskonale uzupełniał się z Gwiazdą i potrafił wykorzystać
pięć minut, jakie dała mu Opatrzność, najlepiej, jak było
można.
Czy wtedy mógł się nie bać akt „Bolka”? Wygrany
strajk sierpniowy musiał spowodować, że jego teczka
trafiła na najważniejsze biurka na Kremlu i w KC PZPR.
Wałęsa — znów być może instynktownie — zdawał się o
tym nie myśleć. Inaczej nie przetrwałby na czele nowego
ruchu. Początkowo wierzył w deklaracje wicepremiera
Mieczysława Jagielskiego, że „nie ma zwyciężonych i
zwycięzców, bo wygraliśmy wszyscy”. A skoro władza
odcięła się od starych błędów, to — jak mógł uznać Wałęsa
— i sprawa „Bolka” miała zostać zamknięta.
Wściekając się na „wąsatą małpę” (jak nazywał w 1981
roku lidera „Solidarności” Jerzy Urban), szefowie PZPR
zadawali sobie pytanie, czy ktoś inny na czele związku nie
byłby gorszy. Mógł przeważyć pogląd, że lepszy Wałęsa, na
którego jest „hak”, niż ktoś inny, „czysty”. Jak wynika z akt
IPN, raporty SB odzwierciedlają troskę, by
„przewidywalny” Wałęsa wygrał z rywalami wybory na
szefa związku podczas I Zjazdu „Solidarności” jesienią
1981 roku. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że słynny
elektryk w czasie Karnawału „Solidarności” i po 13
grudnia 1981 roku w decydującym stopniu sam wywalczył
sobie status lidera.
Nikt z jego rywali nie miał tyle charyzmy, aby utrzymać
jedność związku. Po internowaniu Wałęsa — mimo chwil
słabości — odrzucił próby nakłonienia go do tworzenia
posłusznej władzom pseudo-„Solidarności”. Nie uległ
sugestiom, by odwrócić się plecami do podziemnych
struktur związku. Po raz kolejny otrzymał ogromny kapitał
zaufania od Polaków. Ponownie mógł się czuć jak surfer na
fali historii. Znów mógł rzucić w oczy bezpiece: kto wam
dziś uwierzy w papiery „Bolka”? Dla wolnego świata był
bohaterem rzucającym wyzwanie sowieckiemu imperium.
Miliony Polaków skupiły się wokół niego w oporze przeciw
władzy.
Władze, wściekłe na Wałęsę, próbowały go
skompromitować. W reżimowej TVP pojawiło się nagranie
z jego rzekomej rozmowy z bratem. Ekipa Wojciecha
Jaruzelskiego próbowała storpedować nominację Wałęsy
do pokojowej Nagrody Nobla. Do Oslo zostały wysłane
sfałszowane dokumenty mające stworzyć wrażenie, że
współpraca Wałęsy z SB wykraczała poza początek lat 70.
Ale bazą tej falsyfikacji były autentyczne papiery „Bolka”.
Przypomnijmy cytowaną już w tej książce rozmowę
Mieczysława Rakowskiego, wicepremiera w latach stanu
wojennego, z wyższym oficerem SB. Esbek, pytany przez
Rakowskiego, dlaczego nie wykorzystuje się faktu dawnej
agenturalności Wałęsy, tłumaczy, że sięgnąć po to można
tylko w ostateczności. Skoro Wałęsę zepchnięto do roli
„prywatnej osoby”, teczką „Bolka” nie trzeba było grać. A
gdy przywódcy PZPR w połowie 1988 roku dostrzegli
symptomy upadku sowieckiego ładu i zaczęli myśleć o
Okrągłym Stole, uznano, że lepiej grać z Wałęsą, na
którego są „haki”, niż go „palić”.
Trzeba też wskazać, że Wałęsa sam dbał o siłę swojej
pozycji przetargowej w grze z komunistyczną władzą.
Dlatego był tak aktywny w trakcie strajków w maju i
sierpniu 1988 roku. I znów ma niewiarygodnego farta.
Upadek komunizmu sprawia, że wolnościowa fala niesie
Wałęsę coraz wyżej i kula z napisem „Bolek” waży tyle co
piórko. W 1988 roku cała Polska ogląda, jak w studiu TVP
ośmiesza szefa komunistycznych związków zawodowych
Alfreda Miodowicza.
Co się dzieje potem? Wałęsa doprowadza „Solidarność”
do Okrągłego Stołu. Z tego okresu nie zachowały się żadne
istotne akta SB opisujące ewentualną grę teczką „Bolka”
przez ekipę Jaruzelskiego w latach 1988-1990. Trudno
więc orzec, w jakim stopniu zaszłości sprzed lat wpływały
na jego ówczesne wybory polityczne.
***
W 1990 roku Wałęsa sięga po prezydenturę. Znów jest
na fali, ale w II turze wyłania się nieoczekiwany rywal —
Stanisław Tymiński. I tu być może ktoś przypominał
przywódcy „Solidarności”, że „rękopisy nie płoną”. Czy
czarna teczka Tymińskiego była symbolem kolejnego
szantażu wobec Wałęsy? Poruszamy się wśród hipotez.
Tym, których ich stawianie oburza, warto jednak zadać
pytanie, jak inaczej wyjaśnić liczne wybory Wałęsy, które
pchały go w polityczny ślepy zaułek.
Przypomnijmy sobie powrót Mieczysława
Wachowskiego czy koncesje dla byłych esbeków:
nominacje dla generałów Gromosława Czempińskiego,
Henryka Jasika czy Wiktora Fonfary. Pomoc
Czempińskiego w dostępie Wałęsy do materiałów na swój
temat świadczy o tym, jak pozornie wygodni byli ludzie
PRL-owskich służb. Nie pytali o procedury, byli użyteczni i
sprawni. Książka Cenckiewicza i Gontarczyka pokazuje, jak
Wałęsa z lubością promował esbeków, którzy go
inwigilowali, a jak niszczony był pomagający opozycji w
latach 80. oficer SB Adam Hodysz. Daje dodatkowo do
myślenia zadziwiająca obojętność Wałęsy na los
weteranów Grudnia ’70 czy wręcz niechęć do tych, którzy
pamiętali go z tamtego okresu (na przykład Henryk
Lenarciak). Zastanawiająca jest też wrogość wobec
Ryszarda Kuklińskiego.
Dlaczego świeżo upieczony prezydent nie wyznał
grzechu z 1970 roku tuż po swoim wyborze na prezydenta
w 1990 roku? Nie wiem. Mam wrażenie, że kula z napisem
„Bolek” od tego momentu zaczęła ciążyć mu z roku na rok
coraz bardziej. Do tego słabła fala, która niosła go między
rokiem 1980 a 1989. W imię ratowania się przed lustracją
doprowadził do jej sparaliżowania na 7 lat. Zamiast
wyjaśnienia sprawy zażądał przesłania mu teczki do
Belwederu i oddał ją bez części dokumentów. Ilu? Dziś nie
sposób tego ustalić. To kolejny wstydliwy epizod. Historia
surowo ukarała Lecha Wałęsę. To właśnie głosów ludzi
„Solidarności” zabrakło mu w 1995 roku, by wygrać z
Aleksandrem Kwaśniewskim.
Prezydentura Wałęsy była słaba, bo z latami stawał się
zakładnikiem Mieczysława Wachowskiego. Po opuszczeniu
Belwederu noblista przez kolejne lata z chorobliwym
uporem próbuje udowodnić, że „nie był po tamtej stronie
ani sekundy”. To dlatego się upokorzył, prosząc przed
kamerami Jaruzelskiego o świadectwo moralności. Ten
ostatni gest pokazał, że sam Wałęsa nie potraktował
poważnie pozytywnego dla siebie werdyktu sądu
lustracyjnego z 2000 roku.
Po 1995 roku Wałęsa zawiera pokój ze środowiskiem
Unii Wolności, a potem Platformy Obywatelskiej. Dzięki
temu uzyskuje parasol Adama Michnika, a potem Donalda
Tuska i PO nad swoim coraz rozpaczliwej bronionym
dobrym imieniem. Najpierw niesie go fala antylustracyjna,
a potem fala konfliktu między III RP a IV RP.
Wałęsa w kółko powtarza: „To ja obaliłem komunizm”.
Im bardziej bezkrytycznie przyjmowana bywa chełpliwa
wersja solidarnościowego „kultu jednostki”, tym łatwiej
salon zapomina o roli 10 mln Polaków tworzących ruch
„Solidarności”. A przecież to oni rozbujali falę, na której
przez ponad dekadę surfował Lech Wałęsa.
Możemy w kółko przywoływać obraz wspaniałego
„Lecha” z sierpnia 1980 roku, ale oznacza to zamknięcie
oczu na jego prezydenturę i szerzej — na jego rolę w
budowaniu nowej Rzeczypospolitej po 1989 roku. A bez
surowej oceny pierwszych pięciu lat III RP, na które jako
prezydent miał ogromny wpływ, nie zrozumiemy, jak
doszło do dominującej pozycji postkomunistów.
***
Hagiograficzna książka niemieckiego dziennikarza
Reinholda Vettera z2010 roku została zatytułowana „Jak
Lech Wałęsa przechytrzył komunistów”.
Czy przechytrzył? Z perspektywy blisko ćwierćwiecza
III RP widać wyraźnie, że to komuniści przechytrzyli
Wałęsę. Gdyby nie jego niezdecydowanie, egoizm i
tchórzostwo po zdobyciu prezydentury w latach 1990-
1995, mogliby już dawno być na marginesie polskiej
polityki. Ale przy słabym Wałęsie — skutecznym tylko w
niszczeniu prawicy i obozu solidarnościowego —
postkomuniści rozkwitali. I w końcu w słynnej debacie
prezydenckiej z 1995 roku między Lechem Wałęsą a
Aleksandrem Kwaśniewskim słynna lewa noga, tak
gorliwie przez ówczesnego prezydenta wzmacniana,
boleśnie i skutecznie wykopała go z realnej polityki.
Na parę dni przed oddaniem tej książki do druku,
przeglądając w IPN materiały SB zbierane w ramach
inwigilacji mojej osoby, znalazłem zapis zeznania
funkcjonariusza SB, który 11 listopada 1987 roku dokonał
mojego zatrzymania w czasie lubelskiej demonstracji z
okazji rocznicy odzyskania niepodległości. Esbek zaznacza,
że wznosiłem wówczas hasło: „Chcemy Lecha, nie
Wojciecha”.
Gdy czytałem o tym, przypomniała mi się przyjacielska
wizyta 13 lipca 2012 roku Lecha Wałęsy na kawie i
ciastkach w domu komunistycznego dyktatora. Jak to
bratanie się dwóch partnerów, którzy firmowali w 1989
roku układ Okrągłego Stołu, miało się do moich nadziei z
tamtej jesiennej demonstracji?
Jak ma się do pamięci o rozstrzelanych stoczniowcach
z 1970 roku? Jedną z najbardziej poruszających dla mnie
scen, którą opisuję w tej książce, jest Lech Wałęsa
zeznający na korzyść Jaruzelskiego w procesie dotyczącym
masakry Grudnia ’70. Wałęsa, wypowiadając się przed
sądem, skupia się na usprawiedliwianiu generała jako
kogoś, kto nie miał wówczas w centrum komunistycznej
władzy żadnego wpływu na decyzje. Wałęsa bronił w ten
sposób Jaruzelskiego, choć jego wiedza o zapadaniu
decyzji na najwyższym szczeblu ówczesnej komunistycznej
władzy jest znikoma. Reporterzy, którzy relacjonowali te
zeznania, nie zauważyli żadnej refleksji noblisty,
solidaryzującej się z zamordowanymi kolegami
stoczniowcami. Zamiast tego Wałęsa wdał się raz jeszcze w
mętne opowiadanie, dlaczego znalazł się w gmachu
komendy MO w Gdańsku i z jakich powodów przemawiał
do tłumu, pacyfikując nastroje. Te zeznania z 2008 roku
pokazują, jak płytka jest refleksja Wałęsy o masakrze
grudniowej. A przecież to na postulacie pamięci o zabitych
stoczniowcach i potrzebie ich uczczenia wyrósł on na
lidera „Solidarności” w sierpniu 1980 roku. Czy wtedy grał
rolę kogoś, kto chce pomścić zabitych kolegów? Czy dziś
tak bardzo psychicznie odległy jest już od tamtych
wydarzeń, że bliżej mu do kata Trójmiasta niż do ofiar
wydarzeń sprzed 43 lat? Człowiek, który zmienia poglądy
wraz z tym, co dziś jest akceptowane przez salon? A może
gracz, który zawsze miał gdzieś kolegów ze stoczni, a
potem towarzyszy walki z „Solidarności”? Jeśli tak, to w
imię czego i za jakie korzyści?
Dlatego dyskusje o przeszłości Wałęsy to nie
małostkowy spór o ponury epizod z zamierzchłej
przeszłości, ale próba wyjaśnienia wielu jego decyzji, nie
tylko w latach 1980-1988, ale i w czasie kluczowych,
pierwszych lat III RP.
W pamięci świata pozostanie jako wielki zwycięzca w
walce z komunizmem. Prestiżowy tygodnik „The
Economist” z 29 czerwca 2013 roku uwiecznił go na
okładce jako lidera jednej z czterech najważniejszych
rewolucji ostatnich dwóch stuleci.
Jednak Polacy muszą patrzeć głębiej. Muszą
zrozumieć, co stało się w czasie 5 lat prezydentury Wałęsy,
aby pojąć przyczyny przetrwania postkomunistów i jego
efektu — narastającego kultu generała Jaruzelskiego.
Nie mam wątpliwości, że czas wyniesie na
powierzchnię ukradzione dokumenty z teczki „Bolka”. W
latach 1988-1992 z pewnością były kopiowane jako swoista
polisa ubezpieczeniowa dla wielu esbeków. Co z tego, że
Wałęsa oddał do archiwów UOP teczkę „Bolka” bez części
dokumentów, skoro ich kopie, a być może i wcześniej
wyciągane oryginały, mogą spoczywać w jakichś skrytkach
letniskowych domków oficjeli. Prędzej czy później ktoś je
znajdzie, a może będzie chciał sprzedać mediom za słoną
sumkę.
Lech Wałęsa od prawdy o sobie nie ucieknie. Być może
ta świadomość czyni jesień jego życia taką nerwową i
zgorzkniałą. Jego historia to smutne potwierdzenie
odwiecznej mądrości, która głosi, że kłamstwo ma krótkie
nogi, oszustwa wychodzą na jaw, a jedynym wyjściem jest
stanięcie w prawdzie. Tego stanięcia w prawdzie Wałęsa
zawsze unikał. Oszczędzanie go zawsze najbardziej
demoralizowało jego samego. Gdyby wobec słynnego
elektryka nie stosowano swoistej taryfy ulgowej, może
powstrzymywałoby go to od robienia wielu głupstw,
którymi się ośmieszał.
Publicysta Krzysztof Kłopotowski mądrze napisał:
„Wałęsa swoje nagrody już odebrał w obfitości, jaka zdarza
się raz na stulecia”. Nic dziwnego więc, że po latach mamy
pełne prawo badać, w jakim stopniu bywał lojalny wobec
kolegów wspólnej sprawy. W jakiej mierze na sławę
bohatera Wałęsa zasłużył i w jakich chwilach przysłużył się
Polsce, a w jakich marnował jej szanse na podmiotowość.
Na tle prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego —
także pełnej grzechów i tajemnic — prezydentura Wałęsy
uderzała chaotycznością i brakiem politycznego
profesjonalizmu, na tle kadencji Lecha Kaczyńskiego raziła
odwróceniem się plecami do ideałów „Solidarności”.
Powtórzmy raz jeszcze — gdy fale wolnościowych
zrywów unosiły Wałęsę w górę, epizod „Bolka” bladł. Gdy
fala opadała, niedobra przeszłość ciążyła mu jak kula u
nogi. A w końcu w czasie jego prezydentury kula z napisem
„Bolek” pociągnęła go na dno.
Wiele razy w życiu lider „Solidarności” marnował
szansę do zrzucenia z siebie ciężaru grzechu z przeszłości.
I w jak dużym stopniu odsunięcie od władzy PZPR było
efektem wysiłku patriotycznych milionów Polaków, a nie
jedynie efektem woli Lecha Wałęsy. I jak bardzo
przetrwanie obozu komunistów i ich miękkie wejście w
nową demokratyczną rzeczywistość po 1989 roku było
efektem zaniechań i błędów prezydentury Wałęsy.
***
Moja książka ukazuje się w parę lat po wydaniu
wyczerpującej pracy „SB a Lech Wałęsa” duetu Sławomir
Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk oraz biografii noblisty do
1988 roku autorstwa Pawła Zyzaka. W obronę mitu
legendarnego elektryka zaangażowali się wówczas premier
Donald Tusk, Platforma Obywatelska, media, tak zwane
autorytety i Europejskie Centrum Solidarności. Choć nikt
nie był w stanie przeprowadzić merytorycznej krytyki obu
prac, odsądzano obie pozycje i ich autorów od czci i wiary.
Pokazało to, jak mocno niepokalany mit Lecha Wałęsy
stał się elementem ładu Okrągłego Stołu i III RP. Ten mit
ma zastąpić mit wolnościowego zrywu milionów ludzi
ruchu „Solidarności”, który odważnie wystąpił w 1980
roku o podmiotowość Polski, wspierany duchowo przez
Jana Pawła II.
Mit Wałęsy jest lansowany odgórnie, ale jest tak
naprawdę martwy. Doskonale pokazuje to obojętność, z
jaką spotyka się były prezydent w czasie swych nielicznych
publicznych wystąpień w Polsce. Brak żywszych emocji,
który towarzyszy też tworzeniu Europejskiego Centrum
Solidarności, pokazuje, jak bardzo ugrzeczniona wizja lat
80., z „Lechem” jako sztucznie nadymanym symbolem, jest
nienaturalną aranżacją. Mit Wałęsy wygodny jest także dla
tych wszystkich, którzy wyznaczają nam poślednie miejsce
w europejskiej politycznej „szarej strefie” między
Zachodem a Rosją. I dlatego bez rozliczenia się z tym
mitem nie można uczciwie opowiadać o zasługach
milionów anonimowych działaczy „Solidarności”, którzy
wywalczyli nam wolność.
W jakim sensie Wałęsa z początku drugiej dekady XXI
wieku — zachęcający rząd Tuska, by nie żałował pałek
wobec związkowców z „Solidarności”, czy grożący „wojną
domową” na wypadek, gdyby Platforma musiała oddać
władzę — wraca w stare koleiny, do epoki Gierka? Obecna
ekipa rządowa, choć działa w sytuacji nieporównywalnej z
systemem PRL, to przecież również grzęźnie w kryzys,
wykazuje niezdolność do oddania władzy i niepokojąco jest
skłonna do reakcji siłowej na wystąpienia społeczne. A
Wałęsa, w 1980 roku uznany za symbol wyzwania
rzuconego „właścicielom PRL”, jest dziś agresywnym
rzecznikiem tych, którzy uważają się za wyłącznych
właścicieli III RP.
Bez rewizji mitu o karierze Wałęsy nie sposób
sformułować żadnej nowej koncepcji odbudowy
podmiotowości ani oszacować skali aspiracji Polaków na
miarę zrywu „Solidarności” i odrodzenia moralnego po
wyborze Jana Pawła II. Wypada tylko wierzyć, że taki zryw
jest jeszcze możliwy.
„W 1918 roku mieliśmy Piłsudskiego, a w 1989 roku
niestety już tylko Wałęsę” — mawiał z goryczą w latach 90.
mój śp. ojciec.
KONIEC
Literatura
Przy pisaniu książki autor korzystał głównie z następujących źródeł:
Książki
Kazimierz Brandys, „Miesiące 1985-1987”, Paryż 1987
Sławomir Cenckiewicz, „Oczami bezpieki”, Łomianki 2012
Sławomir Cenckiewicz, Piotr Gontarczyk, „SB a Lech Wałęsa.
Przyczynek do biografii”, Gdańsk — Warszawa — Kraków 2008
Ludwik Dorn, „Anatomia słabości”, rozmowa z Robertem
Krasowskim, Warszawa 2013
Antoni Dudek, „Historia polityczna Polski 1989-2012”, Kraków
2013
Antoni Dudek, „Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury
komunistycznej w Polsce 1988-1990”, Kraków 2004
Gustaw Herling-Grudziński, „Dziennik pisany nocą 1973-1996”,
Warszawa 1998
Jerzy Holzer, „Solidarność 1980-1981”, b.m.w. (wydanie
podziemne)
Michał Karnowski, Piotr Zaremba, „Alfabet Rokity”, Warszawa
2004
Michał Karnowski, Piotr Zaremba, „Alfabet braci Kaczyńskich”,
Warszawa 2006
Jakub Karpiński, „Dziwna wojna”, Paryż 1990
Paweł Kowal, „Koniec systemu władzy. Polityka ekipy gen.
Wojciecha Jaruzelskiego w latach 1986-1989”, Warszawa 2012
Robert Krasowski, „Po południu. Upadek elit solidarnościowych po
zdobyciu władzy”, tom I, Warszawa 2012
Jacek Kurski, Piotr Semka, „Lewy czerwcowy”, Warszawa 1993
Jarosław Kurski, „Wódz”, Warszawa 1991
Leszek Miller, „Anatomia siły”, rozmowa z Robertem Krasowskim,
Warszawa 2013
Grzegorz Nawrocki, „Polak z Polakiem”, Warszawa 1990
Ks. bp Alojzy Orszulik, „Czas przełomu. Notatki z rozmów z
władzami PRL w latach 1981-1989”, Warszawa — Ząbki 2006
Paweł Rabiej, Inga Rosińska, „Droga cienia”, Warszawa 1993
Paweł Rabiej, Inga Rosińska, „Kim pan jest, panie Wachowski?”,
Warszawa 1993
Jan Rokita, „Anatomia przypadku”, Warszawa 2013
Piotr Semka, „Lech Kaczyński — opowieść arcypolska”, Warszawa
2010
Jerzy Surdykowski, „Notatki gdańskie”, Londyn 1982
Edmund Szczesiak, „Borusewicz. Jak runął mur”, Warszawa 2005
Lech Wałęsa, „Droga nadziei”, Kraków 1990
Reinhold Vetter, „Jak Lech Wałęsa przechytrzył komunistów”,
Warszawa 2010
„Świadkowie stanu wojennego — wspomnienia mieszkańców
Pomorza” (wydanie zbiorowe), Gdańsk 2006
Jan Skórzyński, „Zadra. Biografia Lecha Wałęsy”, Gdańsk 2009
Piotr Zaremba „Młodopolacy — Historia Ruchu Młodej Polski”,
Gdańsk 2000
Piotr Zaremba, „O jednym takim. Biografia Jarosława
Kaczyńskiego”, Warszawa 2010
Paweł Zyzak, „Lech Wałęsa — idea i historia. Biografia polityczna
legendarnego przywódcy »Solidarności« do 1988 roku”, Kraków 2009
Gazety i czasopisma
„Biuletyn Krajowej Agencji Informacyjnej”, 1989
„Czas Krakowski”, 1990-1997
„Do Rzeczy”, 2013
„Dziennik”, 2003-2009
„Gazeta Olsztyńska”, 1989-1995
„Gazeta Wyborcza”, 1989-2013
„Gość Niedzielny”, 1989-2013
„Głos Pomorza”, 1989-1995
„Głos Szczeciński”, 1989-1995
„Głos Wybrzeża”, 1980-1995
„Konfrontacje”, 1989-1990
„Kurier Polski”, 1989-1992
„Ład”, 1988-1995
„Nadodrze”, 1989
„Nasz Dziennik”, 1998-2013
„Nasza Gazeta”, 1995
„Newsweek Polska”, 2001-2013
„Pamięć i Sprawiedliwość”, 2004
„Playboy”, 1992-2013
„Polityka”, 1981-2013
„Polska Zbrojna”, 1991-1995
„Rzeczpospolita”, 1989-2013
„Solidarność Małopolski”, 1990-1995
„(W) Sieci” 2012-2013
„Tygodnik Gdański”, 1989-1991
„Tygodnik Kulturalny”, 1989-1992
„Tygodnik Płocki”, 1989-1995
„Tygodnik Powszechny”, 1981-2013
„Trybuna”, 1989-2009
„Tygodnik Solidarność”, 1981, 1989-2013
„Tygodnik Wałbrzyski”, 1994
„Uważam Rze”, 2011-2013
„Wolność i Solidarność. Studia z dziejów opozycji wobec
komunizmu i dyktatury”, Gdańsk 2010-2013
„Wprost”, 1988-2013
„Życie”, 1996-2001
„Życie Warszawy”, 1981-1996
Przy pracy nad książką wykorzystano relacje ustne (w posiadaniu
autora) następujących osób:
Ryszard Bender, Jan Błaszkowski, Wojciech Bogaczyk, Ryszard
Bugaj, Ryszard Czarnecki, Ludwik Dorn, Lech Dymarski, Piotr
Gontarczyk, Marek Jurek, Jacek Łęski, Maciej Łopiński, Leszek Miller,
Józef Oleksy, Krzysztof Nowak, Zbigniew Romaszewski, Zofia
Romaszewska, Kazimierz Michał Ujazdowski, Henryk Wujec, Krzysztof
Wyszkowski, Piotr Zaremba, Stanisław Żelichowski
Przypisy
1 Zdzisław Karos (starszy sierżant MO) został w lutym 1982
postrzelony w czasie szamotaniny przez dwóch młodych ludzi i w wyniku
odniesionych obrażeń zmarł.
2 Oktrojowanie konstytucji — narzucenie jej przez władzę zwierzchnią
z pominięciem przewidzianej procedury.
Spis treści:
Strona redakcyjna
Wstęp
ROZDZIAŁ 1. Polska odkrywa Wałęsę
ROZDZIAŁ 2. Naczelnik
ROZDZIAŁ 3. W zamrażarce
ROZDZIAŁ 4. Od Magdalenki do Belwederu
ROZDZIAŁ 5. Zmarnowana szansa
ROZDZIAŁ 6. Mędrkująca bezsilność
ROZDZIAŁ 7. Zbędny, ale użyteczny
ROZDZIAŁ 8. Surfer na falach historii
Literatura
Przypisy