Vous êtes sur la page 1sur 14

Tak wymienia się rdzeń duszy.

Nowy esej Jacka Dukaja


Jacek Dukaj
9 maja 2020 | 05:57
Magazyn Świąteczny GW

Jak teraz reagujesz, jak lubisz, nudzisz się, pożądasz, zazdrościsz, marzysz, wybierasz? Pracując zdalnie.
Traktując jako normę kontakt zapośredniczony. Odruchowo odgradzając się od drugiego człowieka.
Poddając się ślepo komendom Władzy. Praktykując rytuały zadane przez kapłanów Nauki.

Słyszę zewsząd, jak to pandemia spowolniła świat i ludzi. Jest na odwrót: koronawirus oznacza
przyśpieszenie.

W strategiach ekonomicznych. W trendach technologicznych. W geopolityce, w grze sił na mapie świata. W


lifestyle’u. W przemianach wartości i kultury. W ewolucji ustrojów społecznych. W stanie świadomości.

Dziś, w oku informacyjnego cyklonu i z głową jeszcze niespokojną, szacuję, iż wirus przyśpieszył nas
średnio o 10 lat. Po wyjściu z jego cienia znajdziemy się w tym miejscu, w którym bez wirusa
znaleźlibyśmy się około roku 2030.

***
Każdy kryzys doprowadza do przełomu procesy, które inaczej musiałyby przejrzeć, zgnić i dopiero wejść w
nową fazę.

XXI wiek stał dotąd pod znakiem wyczekiwania na przyszłość, która ciągle jakoś się spóźniała. Nie pomnę,
w ilu dyskusjach brałem udział, gdzie wszyscy się zgadzali, że taka czy inna zmiana musi zajść; a jednak
czemuś nie zachodzi.

Przejście do nowego stanu równowagi („nowej normalności”) wymaga wielu kroków pośrednich – które
odczuwamy najczęściej jako zmianę na gorsze. Nieopłacalną. Niedogodną. Bolesną.

Złożone organizmy społeczne przeskakują te etapy pośrednie np. w rewolucjach. W biologii funkcję tę
pełnią wielkie wymierania połączone z eksplozją nowych gatunków. W biznesie czy polityce również
bardzo trudno przebić się od razu do nowego equilibrium. Wszyscy wiedzą, co trzeba zmienić, lecz zmiana
nie leży w interesie menedżera-decydenta albo nie spina się z krótkoterminowymi celami polityków, albo
osłabiłaby nas wobec innych, którzy jej nie wprowadzają. Więc nie zmienia się nic.

Tak to miesiąc po miesiącu, rok po roku napinała się sprężyna nieziszczonych konieczności. Aż pojawił się
COVID-19.

***
Spójrzmy pod tym właśnie kątem na chorobę, jej konsekwencje bezpośrednie, oraz działania rządów i
biznesu.

Kryzys to w tak szczególny sposób dostrojony do kluczowych trendów początku XXI wieku, że niezmiernie
trudno oddzielić jego skutki „naturalne” od czysto pretekstowego wykorzystania go do przyśpieszenia ku
wizji świata korzystnej akurat dla przyśpieszaczy.

Używają oni mitologii „postępu” i „konieczności” dla przemian najgłębszych i zrazu najmniej widocznych:
do przemeblowania nam w głowach wartości i wrażliwości.
Jak niewiele trzeba, by ruszyć z posad najcięższe aksjomaty! „Życie ludzkie jest najważniejsze”. Zatem
pozostaniemy w zamknięciu, dopóki ostatni przypadek choroby nie zostanie zwalczony, a lek wynaleziony,
nawet jeśli miałoby to ściąć PKB o 90 procent i doprowadzić do masowego bezrobocia.

Ale już czujemy, że to absurdalne wartościowanie. W każdym większym przedsięwzięciu – budowie


autostrady, organizacji koncertu, prowadzeniu restauracji – kalkuluje się, ile warto zapłacić za obniżenie
szansy wypadków śmiertelnych o dany procent. Już to rozumiemy. Życie ludzkie wycenia się nieustannie,
np. względem komfortu podróży (samochodami, samolotami).

I po dwóch miesiącach cyfrowego pustelnictwa i wysłuchiwania o zapaści gospodarczej, o spadku standardu


życia gotowi jesteśmy przehandlować pewną liczbę żyć za pewną sumę dochodu.

Jak osądzić zmiany, w wyniku których zmieniają się nam kryteria osądu?

Jak odróżnić praktyczną konieczność od ideologii konieczności historycznej?

Kiedy ból owych etapów pośrednich jest w istocie sygnałem ostrzegawczym od organizmu?

Rozpędziliśmy się. Włączmy przynajmniej długie światła.

***
Najbardziej oczywiste jest radykalne przyśpieszenie w przechodzeniu na standardy życia, pracy i rozrywki
online.

Co ma też konsekwencję w sferze wartości: że już to transfer wrażeń zmysłowych jest normą, a wyjątkiem
od normy – przeżywanie bezpośrednie.

Obiecywano nam tę rewolucję od dekad. Lecz zmiana przebiegała powoli, jakby niechętnie, napotykając
opory przyzwyczajeń, kultury, prawa.

Koronawirus ochrzcił nas wspólnym doświadczeniem życia w takiej normalności. I ono już z nami
pozostanie. Będziemy pamiętali bycie Japończykami cierpiącymi na hikikomori: monadami zamkniętymi w
swoich osobistych wszechświatach przeżyć cyfrowych. (Japonia to poligon przyszłości reszty świata).

***
Zaakceptowawszy, że dostęp do internetu stanowi podstawowe prawo człowieka, teraz czujemy, że takim
prawem jest również prawo do cyfrowej rozrywki. Do dostępu do repertuaru przeżyć, które wypełniałyby
człowiekowi dzień od rana do wieczora.

Aby mógł, samotny w swojej łupinie materii, wyłączyć nadmiarowe procesy świadomości i oddać się
czystemu przeżywaniu.

Wspomnijmy bohaterów fikcji sprzed epoki elektryczności, miasta i masy. Zapada zmrok na
wrzosowiskach, w oknach ceglanego domku pełga żółte światło świecy. A zamieszkujący tam umysł-w-
ciele jak ma uciec od myślenia o swoim myśleniu? Tylko czytając. Albo rozmawiając z innym umysłem.

Oszalelibyśmy.

***
Tak to wirus przyśpieszył także przejście do postpiśmienności. Siedzimy zamknięci z zapasem książek do
przeczytania. I kiedy wreszcie mamy czas, mamy morze czasu – co robimy? Oglądamy seriale na Netflixie.
Gramy w gry komputerowe. Urządzamy audiowizualne party na Skypie, Facebooku, Zoomie. Pływamy po
YouTubie, po sieciach społecznościowych.

Nadzwyczajnym wzrostem popularności cieszą się natomiast audiobooki. Ostatnią znośną formę czytania
stanowi słuchanie.

YouTube’owy standard surowego autentyzmu zastąpił stare standardy telewizyjne. Sądziłem, że trzeba
będzie do tego wymiany pokoleniowej; dzięki wirusowi wystarczyło parę dni. Włączasz telewizję
informacyjną – i masz kanał YouTube’owy dziennikarza zmienionego w bieda-celebrytę ze stu
followersami.

Wyobraźmy sobie przejście przez te tygodnie izolacji bez Skype’a, Zooma, Messengera; bez możliwości
zamawiania produktów online, z laptopa czy komórki; bez Netflixa i innych dostarczycieli cyfrowych treści
życia.

Bardzo trudno będzie teraz złamać Amazony, Google, Facebooki, czy to prawem antytrustowym, czy
ponadkrajowymi podatkami cyfrowymi. Z kategorii nuworyszy biznesu i piratów Silicon Valley,
niebezpiecznych zabawek totalitarystów i utopistów przeszły w szeregi usług równie fundamentalnych, co
służba zdrowia czy energetyka.

Wirus zalegitymizował panowanie gigantów Cyfry.

***
Od trzydziestu lat zapowiadano przejście na standard pracy zdalnej. Presja była jednak zbyt słaba, byśmy się
godzili na niedogodności etapów pośrednich, w tym psychiczne, społeczne. Lecz teraz, przymuszeni,
wtrenowani, przyzwyczajeni – czy się cofniemy?

Na pewno znaczna część funkcji i zawodów utrzyma ów standard i po pandemii. Najpierw z uwagi na
koszty (zwłaszcza w kryzysie ekonomicznym), potem – bo tak będzie już NATURALNIEJ.

Łatwiej też przekazujemy prace i funkcje programom i maszynom. Czegokolwiek nie musi robić człowiek –
kaszlący, kichający, oddychający – niech robi software lub hardware.

Jakże wyśmiewano drony dostarczające do domów zakupy! Trudno wymyślić katastrofę, która lepiej
dowiodłaby ich użyteczności.

Amazon i tysiące ścigających się z nim sklepów internetowych od lat stopniowo niszczą handel w realu. W
2019 roku przetoczyła się przez USA fala bankructw galerii handlowych. Zaczęliśmy się zmagać z tym
problem także w Europie, w Polsce.

Wirus przyśpieszył tu nieuniknione: galerie muszą wynaleźć się na nowo. I już raczej jako miejsca
„wspólnego przeżywania” niż seryjnych zakupów.

***
Przyśpiesza także trend najgłośniej krytykowany w ostatniej dekadzie: wzrost nierówności.

Walter Scheidel w „The Great Leveler” wykazał, iż nierówności da się zniwelować tylko wielkimi
katastrofami, wojnami, rewolucjami i zarazami. Wszystkie inne wysiłki egalitarystów albo nie dają
rezultatu, albo okazują się przeciwskuteczne.

Lecz oto mamy do czynienia z zarazą, która nierówności potęguje.


Jako że im wyżej rozwinięte państwo, tym lepiej sobie może radzić z tym wirusem. Jak niby
kwarantannować bezdomnych? Jak w ogóle kontrolować i zapobiegać epidemii, gdy aparat państwowy jest
niewydolny, a Big Data nie informuje decydentów? Jak pracować i komunikować się zdalnie, gdy nie ma się
dostępu do internetu, nie żyje się w środowisku cyfrowym? Sama idea „dystansu społecznego” dla
większości ludzkości stanowi baśń luksusu. Kurier dostawca to figura niewolnika naszych cyfrowych Aten:
bezpiecznie odizolowani obywatele mogą sobie filozofować na Facebooku o demokracji, gdy obsługują ich
niewidzialni niewolnicy.

Rozwarstwienie przyśpiesza i wewnątrz gospodarki. Przetrwają najwięksi; im mniejszy biznes, tym bardziej
cierpi. Raz, że nie ma poduszki finansowej; dwa, że najczęściej już działał na granicy zyskowności; trzy, że
największych jakby co wyciągnie z długów za uszy rząd. Już wyciąga, jak Boeinga czy wydobywców ropy
łupkowej.

***
Taka jest natura tego wirusa. Umierają najstarsi, najmniej aktywni – a kto najbardziej cierpi od
spowodowanych przezeń ograniczeń i zakazów? Młodzi, aktywni. Tymczasem krzywa bogactwa jest
odwrotna: wśród bogaczy najwięcej właśnie starców. I decydenci to niemal bez wyjątku ludzie starzy,
zarówno w państwach demokratycznych, jak i niedemokratycznych. Ich strachy, nadzieje i rachuby
warunkowane są przez doświadczenia wieku. I to te doświadczenia stoją za odruchowymi reakcjami
rządzących; młodzi mają w głowach inne wagi wartości.

W demokracjach Zachodu dysproporcja jest jeszcze większa. Bo nie dość, że nasza demografia ugina się
pod pokoleniami seniorów, to są oni najbardziej zdyscyplinowaną częścią elektoratu, ich głos waży więc
jeszcze więcej.

Wirus też nierówno uderza w płci. Więcej mężczyzn pracuje w zawodach, które da się uzdalnić, w
porównaniu z kobietami, częściej wybierającymi profesje związane z kontaktem fizycznym. Więcej
mężczyzn pracuje także w kluczowych sektorach gospodarki, których nie można zamknąć.

W normalnych warunkach recesje uderzają boleśniej w mężczyzn: oni częściej ryzykują, wchodząc w
biznesy i kariery zależne od koniunktury i w koniunkturze bardziej zyskowne. Lecz nie ta recesja.

***
Zdarzenia niezależne od koronawirusa wzmacniają te siły odśrodkowe. Spór między Saudami, Rosją i
Ameryką o kontrolę rynku energetycznego doprowadził do zerwania porozumienia OPEC, wskutek czego
świat został zalany tanią ropą. To nałożyło się na drastyczny spadek zapotrzebowania spowodowany
zatrzymaniem globalnej gospodarki.

W bańkach kulturowych biednych i bogatych skutki tego będą odmienne. Wysokie ceny ropy służyły za
jedną z głównych motywacji dla przechodzenia na zieloną energię. Te same przedsięwzięcia i regulacje
teraz – w kryzysie, bezrobociu i przy dostępności taniej „brudnej” energii – objawią się biednym niczym
więcej jak fanaberią Jednego Procenta. Okrutną religią wielkomiejskich ateistów: niech inni cierpią za nasze
przekonania o przyszłości, której i tak nie dożyjemy.

Już w czasach względnej prosperity i wysokich cen ropy wywoływało to kontrowersje; teraz może
doprowadzić do buntów, przy których protesty „żółtych kamizelek” to niedzielne pikniki.

***
I jako jednostki to najbogatsi zyskują na tym kryzysie. Akcja ratunkowa banków centralnych polega na
intensyfikacji metod stosowanych od 2008 roku: na wlewaniu Niagary pieniądza w rynek obligacji i akcji i
skupowaniu ich z rynku, co jeszcze bardziej winduje indeksy giełdowe. Ci, co posiadają akcje, korzystają na
tym druku pieniądza. Reszta traci na inflacji ostatnie oszczędności.

Co stanowi fundament stabilności demokracji? Poczucie niezależności materialnej w rdzeniu demosu. Że


mogę podejmować suwerenne decyzje, ponieważ ani rząd, ani pracodawca nie mają nade mną władzy
szantażu finansowego.

Dawniej definiowano tę niepodległość przez posiadanie majątku ziemskiego lub przynajmniej domu o
znacznej wartości. Współcześnie dają ją oszczędności wystarczające na przeżycie na dotychczasowym
poziomie przez przynajmniej rok. Wyborca ma wtedy mentalny bufor i równowagę emocji odpowiednie, by
swoim osądem stabilizować demokrację. Jego przeciwność zaś to zakredytowani po uszy prekariusze czy
plebs starożytnego Rzymu żywiący się rozdawanym przez cezarów chlebem.

W 2019 roku 28 procent populacji w USA nie miało żadnych oszczędności, a 25 procent – wystarczające na
przeżycie mniej niż kwartału.

Po trzech miesiącach zarazy – ilu wyborców może jeszcze zostać nazwanych suwerenem: suwerennym w
swoich wyborach politycznych?

***
Zamiast tego – kolejne przyśpieszenie: gwarantowany dochód minimalny (UBI, Universal Basic Income).

Powoli wgryzał się on w świadomość polityków, ekonomistów i publicystów. W prawyborach


prezydenckich w USA z ramienia Partii Demokratycznej startował pod jego hasłem Andrew Yang. Kilku
innych kandydatów przejęło ten postulat. A teraz przejął go Trump.

I błyskawicznie wprowadzają go w tej czy innej formie kolejne państwa. Nawet papież za nim agituje.
Nagle UBI nie jest mrzonką futurologów i utopistów społecznych; jest twardą koniecznością.

I jakiż polityk zlikwiduje UBI, gdy raz zostanie on wprowadzony? Jakiż polityk w Polsce zlikwiduje 500+?

Taki model redystrybucji – rzeki pieniędzy płynące do najbogatszych i milion strumyków do każdego –
wypłukuje z Zachodu resztki klasy średniej.

***
Fast forward w spóźnioną przyszłość – lecz tych możliwych przyszłości majaczących przed nami we mgle
szans i wątpliwości było wiele. Jak w przypadku Unii Europejskiej, od lat rozdzieranej między
koniecznością większej jedności politycznej i nieuchronnością rozpadu unii walutowej.

Waluta reprezentuje wiarę wszystkich uczestników rynku w siłę fikcji organizującej wspólnotę posługującą
się tą walutą do działań budujących wartość. Nie da się dokładnie przewidzieć, kiedy fikcja pęknie. Da się
jednak pomierzyć narastanie napięć, rozbieżnych interesów wewnątrz wspólnoty. Ciągną one w różnych
kierunkach poszczególne stany w USA, landy w Niemczech, miasta w Polsce. Lecz póki przeważa nad nimi
poczucie przynależności, płacimy podatki jedni na drugich, nosimy nawzajem swoje ciężary, uznajemy
równoważność naszych cierpień i nadziei.

Łatwo żyć w tej fikcji wspólnotowości, gdy jej utrzymywanie niewiele kosztuje. Test następuje w momencie
kryzysu; kryzys dopiero może z fikcji uczynić prawdę, może potwierdzić naszymi odruchowymi wyborami
istnienie wspólnoty, a nie jedynie nadziei na wspólnotę, marzenia o wspólnocie. Kryzys zmusza do
wypowiedzenia brutalnej prawdy o własnych i cudzych interesach. A rynki walutowe na żywo pokazują
wyniki tego siłowania się wyobrażeń i potrzeb w głowach setek milionów kupujących i sprzedających.
(Niekiedy dyskusje kowbojów Forexa brzmią już jak fenomenologia ducha narodów).
Zwiększając nierówności i wpędzając kraje w kryzysy uniemożliwiające zarządzanie wspólnym długiem,
wirus popycha Europę do tego punktu przesilenia. Inaczej Unia i euro jeszcze pokolenie mogłyby gnić w
limbo półśrodków i ćwierćdecyzji, w oparach zatęchłych fikcji.

Unifikacja polityczna czy rozpad unii walutowej? Obstawiam rozpad.

***
Rozpada się wtem wiele porządków, relacji handlowych, sieci umów i wzajemnych korzyści. Ruszyła z
kopyta deglobalizacja. Przypisywana głupocie populistów i nacjonalistów, wyśmiewana jako niemożliwość
gospodarcza, ilustrowana obrazami dzieci w obozach uchodźców – nagle pokazuje się nieuchronnością.

Globalizacja miała być nieodwracalna: przecież wszyscy na niej zarabiamy. Tylko idiota zarżnie kurę
znoszącą złote jaja! Zresztą globalizacja wszystkich nas czyni bezpieczniejszymi. Wystarczy tak spleść się
interesami, że nie można już wyrządzić krzywdy innym, nie krzywdząc samego siebie.

Wirus obnażył tę „interconnectivity” jako właśnie słabość. Po pierwsze, nawet jeśli wszystkie państwa
zyskują na globalizacji, to już nie wszyscy obywatele tych państw. A niezadowolenie przegranych grup
potrafi wynieść do władzy figury sprzeciwu jak Trump. Po drugie, nawet jeśli wszystkie państwa zyskują, to
nie wszystkie równie dużo, i te zyskujące mniej tracą swą pozycję.

Wirus unaocznił racjonalność deglobalizacji, bardzo podobną do logiki teorii gier odpowiadającej za wyścig
zbrojeń w czasie zimnej wojny. Zmusił nas do myślenia tymi kategoriami. Do widzenia świata przez
pryzmat lokalnych korzyści z przerwania lub odtworzenia łańcuchów dostaw, wymiany handlowej, wolnej
migracji.

I nie trzeba prowadzić wojen handlowych. Nie trzeba przerywać wszystkich łańcuchów, zamykać granic.
Wystarcza OBUSTRONNA ŚWIADOMOŚĆ tej logiki. Tak jak wystarczała świadomość logiki wojny
nuklearnej: jeśli ja mam X głowic, a on ma Y głowic, to komu się opłaca uderzyć pierwszemu?

Głupiec, kto zda się teraz na łaskę dostawców konkurentów, partnerów rywali. I oni kalkulują tak samo.
Każdy organizm gospodarczy musi odtąd ważyć koszty ryzyka nagłej deglobalizacji względem zysku z
polegania na zasadach otwartego świata. Musi się hedge’ować na izolacjonizm, mówiąc językiem giełdy.

Lewica, prawica, centrum, peryferia – nie ma to znaczenia. Ujrzałeś pierwszą eksplozję bomby atomowej i
od tej chwili musisz rozwijać własne strategie wojny nuklearnej.

***
Przyśpieszenie przez wirus deglobalizacji może natomiast pozwolić uniknąć wojny USA z Chinami.

Ta konkretna wojna była i nadal jest ogłaszana nieuniknioną: handlowa, zimna lub militarna, gorąca.
Studiujący historię i geopolitykę rozpoznają w obecnej sytuacji USA i Chin klasyczną „pułapkę
Tukidydesa”: oto stara potęga widzi wzrost nowej potęgi, czuje się zagrożona, toteż prędzej czy później
musi spróbować pretendenta zgnieść; a pretendent wie, że ona to wie; i ona wie, że pretendent wie, że ona
wie. Tak wybuchały dziesiątki wielkich konfliktów. Tylko więc czekać, aż Chiny zbliżą się do USA na tyle,
że Stany nie będą miały innego wyjścia niż atak.

Jeśli jednak następuje nagłe, nieprzewidziane zdarzenie, które w mgnieniu oka reorganizuje całą siatkę sił,
tak że po nim pretendent okazuje się znajdować już o dwie długości przed starym hegemonem – pułapka
zostaje ominięta. Przeskoczyliśmy od razu do nowego stanu równowagi.
Aby było to możliwe, owa różnica siły po przejściu przez Zdarzenie X musiałaby być na tyle duża, że i
decydenci, i społeczeństwo starego hegemona pogodziłyby się z „nową normalnością”. Czy pandemia
koronawirusa może do tego doprowadzić? Przypisuję temu scenariuszowi kilkanaście procent szans.

Niemniej – pandemia pokazała tę możliwość. Pokazała więcej: że podjąwszy taką rozgrywkę, Chiny w razie
wygranej mogą zyskać bardzo dużo, a jeśli się nie uda – cóż, nie straciły nic. Nawet ukrywanie informacji o
wirusie ujdzie im na sucho. Bo przecież – to Chiny.

***
Lecz czy deglobalizacja jest w ogóle możliwa na poziomie informacji, kultury? Jak odwrócić rewolucję
cyfrową, nie powodując katastrofy o rzędy wielkości większej niż pandemia w sumie dość łagodnego
wirusa? Ba, pandemia wszak przyśpieszyła dokładnie te trendy: życia online, pracy i komunikacji zdalnej,
ignorującej przestrzeń.

Im mniej żyjemy w świecie obiektów fizycznych, tym mniejsze znaczenie ma deglobalizacja świata
fizycznego. A tym większe – właśnie rosnąca globalizacja cyfrowa.

W zderzeniu tych przeciwnie skierowanych sił ugniata się teraz – za zasłoną fajerwerków medialnych i
bieżączki politycznej – mapa teatru wojen następnej dekady.

Nazywam go światem przeglobalizowanym. W potrójnym sensie przedrostka „prze”:

że globalizację przeszliśmy, była i minęła;

że świat został jednak przez globalizację nieodwracalnie zmieniony;

i że nastąpiło tu globalizacją przesycenie, przekroczono granice wytrzymałości materiału.

***
Narastające spory i targi dokoła technologii 5G wyświetliły już te linie napięć. O ile w świecie handlu
dobrami materialnymi to oceany stanowiły ową przestrzeń strategiczną, o tyle w świecie
przeglobalizowanym są to oceany Cyfry. Wiele wskazuje, że tak jak mamy trzy oceany na globie –
Atlantyk, Pacyfik i Indyjski – tak będziemy mieli w infosferze oceany dwa: zachodni, anglosaski, i
wschodni, chiński.

Rosja wciąż stara się oddzielić i ufortyfikować swój trzeci akwen, lecz po przyśpieszeniu najpewniej
odpadnie z tego wyścigu. Wydawało się, że ma kilkanaście lat na budowę własnego standardu 5G i
obsługującego go środowiska, wraz z AI i Big Data. Teraz zaś mowa o trzech-czterech latach. Bardzo to
utrudnia ulubioną rosyjską strategię wyczekiwania.

Wirus, przyśpieszając rozwój nowych standardów technologicznych, przyśpieszy decyzję Rosji o jej
strategicznym sojuszu. Obstawiam, iż będzie to sojusz z USA, nie z Chinami. Pytanie tylko, za jaką cenę i
czy w tę cenę nie zostaną wliczone interesy Polski.

***
Świat przeglobalizowany nie zna jeszcze siebie. Nie ma języka na opowieść o sobie i nie wie, co i kto w tej
opowieści odgrywa rolę bohatera, a kto – czarnego charakteru. Przykłada do siebie wartości świata
zglobalizowanego; wymyśla sobie nieaktualne cele, gnębi się przeterminowanymi lękami.

Spróbuję wydobyć jego zarys w trzech przekrojowych pytaniach.


(1) O kierunek i tempo rozwoju owych dwóch uniwersów Cyfry.

Patrzę na nie jak na Yin i Yang. Siły niby wrogie, a zależne od siebie; niby oddzielne, a odbijające wzajem
swe kształty; niby powodowane przeciwnymi motywami i ideami, a zdefiniowane przez jedną zasadę:
postępu w kumulacji wiedzy i bogactwa.

Konkurencja prowadzi do ich konwergencji. Konwergencja obniża odporność na ataki konkurenta: na


wpuszczane do systemu wirusy, na przejmowanie kontroli nad podsystemami i sprzętami, kradzież danych i
rozwiązań. A jednak – Yin nieustannie uczy się i kradnie z yang, a Yang uczy się i kradnie z Yin.

Od jakości infrastruktury i odporności tego organizmu cyfrowego zależy los całej gospodarki, wojska,
nauki. Tymczasem zewsząd słyszymy, że z owego wyścigu nie da się wycofać i nie da się go spowolnić.

Ale nie da się go także kontrolować. Policzmy, ile już dzisiaj mamy inteligentnych i podłączonych do sieci
urządzeń w domu. (Drugie tyle jest do niej podłączone bez naszej wiedzy). Przemnóżmy to przez liczbę
mieszkańców Polski. Dodajmy sprzęty publiczne. Dodajmy hardware komercyjny, przemysłowy. I teraz
wyobraźmy sobie, że te setki milionów maszyn – rozmaitych marek, dat produkcji, rozmaicie używanych i
naładowanych różnym softem – musi zostać w ciągu paru godzin zaktualizowane do nowego standardu Yin,
stary przestał być bowiem bezpieczny wobec nagłego update’u Yang. Kto to zrobi? Nie ludzie przecież. I
kto to będzie w stanie skontrolować?

Co zatem wyznacza kierunek tej ewolucji, skoro nie my? Rodzi się poczucie, że cały ten proces i jego
kierunek zostały z góry zdeterminowane.

Technologia umożliwiła m.in. rozwój systemów inwigilacji i modelowania zachowań. Można go stosować
do celów komercyjnych, można – do celów politycznych. Yin idzie jedną ścieżką, Yang drugą. Konkurują
ze sobą, podpatrują, uczą się od siebie. I właśnie ten mechanizm konkurencji-konwergencji odpowiada za
narastające poczucie nieuchronności historycznej. Za nakrywający nas zimnym cieniem DETERMINIZM
KULTUROWO-TECHNOLOGICZNY.

(2) O relację między światem Cyfry a światem materii.

Jakie produkty pochodzące z Yin można bezpiecznie sprzedawać i używać w Yang? Już w tej chwili
smartfony i podobna elektronika okazują się roznosicielem miazmatów wrażego systemu. Jak Huawei –
narzędziem chińskiego wywiadu.

To dopiero przedsmak konfliktu. Bo w jakich produktach elektroniki nie ma? Nawet ubrania wyposaża się w
chipy RFID. Więcej, my sami nosimy w sobie „agentów” Cyfry. Czy np. człowiek z rozrusznikiem serca lub
implantem przeciwpadaczkowym wstawionym w Hongkongu będzie mógł przylecieć do Europy?

Każdy brand, każda firma i osoba publiczna (która także jest brandem) musi się zero-jedynkowo określić:
albo jest Yin, albo Yang. Wpuszczenie obcego kodu do naszego organizmu Cyfry to jak transfuzja krwi o
niewłaściwej grupie.

Czekają nas więc podróże z „kwarantanną elektroniczną”: wymaganą do oczyszczenia z nośników obcej
Cyfry. Co jednak np. z samymi samolotami? Czy Airbus będzie mógł wylądować w Pekinie?

Co z prawem patentowym? Jak sądy Yin mają respektować prawo własności Yang? Przecież Yin MUSI
stworzyć i wyprodukować własnym sumptem odpowiednik każdego chipa, leku, algorytmu Yang. I vice
versa.

A skoro sfera własności intelektualnej rozchodzi się na dwa nierespektujące się nawzajem dominia, to na
jakiej zasadzie można się dzielić wiedzą, również w naukach podstawowych? Mamy więc oto astronomię
Yin i astronomię Yang, chemię organiczną Yin i chemię Yang, medycynę Yin i Yang.
Social distancing podniesiony do zasady ontologicznej: ani nam witać się, ani żegnać, żyjemy na
archipelagach.

(3) O relację między technosferą a światem kultury i wartości.

Ta kwestia wydaje mi się najważniejsza. I to do pracy nad nią najboleśniej brak nam narzędzi mentalnych.

Słyszę: to oczywiste, że każdą technologię można użyć do złego lub dobrego. Technologia jest neutralna.
Liczy się użytek, jaki z niej robi człowiek.

Tak argumentowano wobec energii jądrowej, i tak się teraz argumentuje wobec Big Data, AI i technik
inwigilacyjnych.

Rzecz w tym, iż używanie danych technologii – życie w nich, z nimi, dzięki nim – zmienia nasze najgłębsze
poczucie, czym jest to „dobre” (piękne, słuszne, postępowe) i czym jest to „złe” (brzydkie, niesłuszne,
zacofane).

Trudno to pojąć i zaakceptować, gdyż niezwykle rzadko mamy szansę „na żywo” obserwować, jak
przemiany środowiska technologicznego przekręcają nam w głowach wartości. Podobne zmiany zwykły
zachodzić stopniowo: obyczaje nakładają się na obyczaje, pokolenia na pokolenia, trendy współistnieją,
postępują i cofają się, i postępują.

Trzeba dopiero takich wyjątkowych momentów w historii: gdy w miesiące wydarzają się lata, gdy w lata
wydarzają się dziesięciolecia. Te czasy przyśpieszenia pozwalają na niemalże kliniczną obserwację
URABIANIA WARTOŚCI.

***
Spróbuj wyhodować sobie w głowie agenta, który przyglądałby się twoim własnym myślom i uczuciom. Jak
teraz reagujesz, jak lubisz, nudzisz się, pożądasz, zazdrościsz, marzysz, wybierasz? Pracując zdalnie.
Traktując jako normę kontakt zapośredniczony. Odruchowo odgradzając się, odsuwając od drugiego
człowieka. Poddając się ślepo komendom Władzy. Praktykując rytuały zadane przez kapłanów Nauki. I
codziennie – żyjąc w Cyfrze, przez Cyfrę.

Tak wymienia się rdzeń duszy.

***
Dlaczego dotąd podróże były dobre, a izolacja zła? Dlaczego różnorodność była jakością pozytywną, a
homogeniczność – negatywną? Dlaczego „otwartość” to jasność i ciepło, a „zamknięcie” to ciemność i
chłód?

Jonathan Haidt wydestylował sześć podrozumowych fundamentów sądów moralnych. Jednym z nich jest
„czystość”, nakładająca się na poczucie „świętości”. Pierwotne jej uzasadnienie stanowiła łatwość
przenoszenia chorób w prymitywnych warunkach życiowych. W higienicznych i nieprzeludnionych krajach
Zachodu i Północy instynkt „czystości” nie gra już takiej roli, tu więc inne fundamenty etyki wzięły górę –
lecz nie np. w Indiach.

Wizytujący Kraków obywatele kraju przyszłości, Japonii, od lat zdumiewali tubylców, paradując w
maseczkach i rękawiczkach. Czy powodował nimi wyłącznie lęk przed zanieczyszczeniem powietrza,
bakteriami, grzybami? Kiedy szukałem wyróżników psychologicznych pokolenia, które najliczniej
wylogowało się z cielesności (jedna trzecia Japończyków po rewolucji internetowej nigdy nie uprawiała
seksu w realu), natrafiałem na odpowiedzi wskazujące bynajmniej nie na wstydliwość, purytańską
cnotliwość czy kompleksy seksualne, lecz na metafizykę „czystości”. Wszelki kontakt fizyczny jest brudny.
To zwierzęta parzą się ciałami. Ludziom zaś przystoi seks umysłów. Każdy akt seksualny stanowi wszak
ćwiczenie w abstrahowaniu z fizyczności; teraz wspomaga nas w nim technologia.

Dzięki niej wchodzimy w „nową normalność” obsesji fizycznego odseparowania człowieka od człowieka.
W ulgę i komfort kontaktów zapośredniczonych.

***
Czyż nie czujemy, jak się nam w głowach obracają te wektory wartości? Kiedy w Kalifornii wprowadzono
nakazy dystansu społecznego, liberałowie słonecznego wybrzeża zrazu tym serdeczniej witali się uściskami
i pocałunkami, dla publicznej demonstracji politycznej: nas Trump nie zmieni w ksenofobów!

Większość regulacji i zaleceń ogłaszanych w reakcji na wirusa jeszcze trzy miesiące temu zdemaskowałaby
wysuwających je jako prawicowych nacjonalistów esencjonalistów. Dzisiaj słyszymy je w co drugiej
rozmowie analityków giełdowych. A i lewicowe media prześcigają się w udowadnianiu humanizmu
dystansu międzyludzkiego.

Obserwujmy bajkową łatwość tej inżynierii dusz.

Z pewnością z uwagą obserwują ją rządy i wielkie korporacje Cyfry. Obserwują i się uczą.

***
I coraz głośniej wykładają nam tę doktrynę determinizmu kulturowo-technologicznego:

Technologia warunkuje kulturę, a kultura sprzyja lub przeszkadza w rozwoju technologii.

Rozwój technologii decyduje o sile gospodarki, która decyduje o sile politycznej i militarnej.

Wartości, sposób życia, treść produkowanych masowo przeżyć – wszystko to jest zasobem strategicznym w
rywalizacji państw i bloków państw w przeglobalizowanym świecie.

Albo więc pozostawiamy kulturę na pastwę losu, motywowanych zyskiem manipulacji globalnych
korporacji oraz wypadkowej wpływów zewnętrznych – i w konsekwencji przegrywamy w wyścigu
technologicznym.

Albo zarządzamy kulturą tak jak budową infrastruktury 5G czy rozwojem systemu operacyjnego – w celu
wytworzenia wartości, obyczajów, idei maksymalnie sprzyjających rozwojowi technologicznemu.

„To mamy się wszyscy zmienić w poddanych totalitarnej kontroli Chińczyków?”.

Skoro Chiny faktycznie wyprzedzają nas dzięki odpowiedniemu zarządzaniu kulturą, to jeśli się nie
zmienimy dobrowolnie, zmienimy się potem i tak, tylko że już pod dominacją zwycięskiego modelu, który
przyjdzie z zewnątrz.

***
A na czym polega to zarządzanie kulturą? Na generowaniu i sterowaniu rzekami przeżyć przepływających
przez miliony przeżywaczy zamkniętych w swoich bańkach tożsamościowych, a teraz także – w bańkach
fizycznych.

Skandal ze zmanipulowaniem wyboru Trumpa przez rosyjskich trolli stanowił ledwie próbną potyczkę na
oceanach przeglobalizowanego świata. Czyż nie jest już oczywiste, iż niefiltrowany transfer przeżyć do
elektoratu demokratycznego państwa oddaje władzę nad tym państwem producentom i dystrybutorom
przeżyć?

Więc nakładamy filtry. I władza przechodzi wówczas w ręce tych, co filtrują, co sterują, zarządzają
przepływami przeżyć. Albo dla korzyści swojej firmy, albo dla wzmocnienia Yang, a osłabienia Yin (lub na
odwrót).

Wirus przyśpieszył i ten proces: w imię walki z pandemią pozwalamy Google’owi i innym władcom Cyfry
uprzedzająco filtrować wiedzę. Perswazje polityczne filtrują oni od lat – także w imię bezpieczeństwa.

A gospodarka oparta na handlu uwagą i modelami użytkowników zdążyła rozwinąć narzędzia pozwalające
skwantyfikować „styl życia” i ująć go w reguły ustaw i kodeksów. Można już obłożyć akcyzą przeżycia.
Można embargować atrakcyjność celebrytów i idiomatyczność dowcipów. Tylko polityka i prawo nie
nadążają tu za przyśpieszonym światem. Ale dajcie nam chwilę i pochwycimy w paragrafy inwazje obcych
etyk przez seriale i świętą niepodległość lokalnego poczucia humoru.

***
Na to jeszcze się buntujemy: Cenzura! Manipulacja! Indoktrynacja!

Nic dziwnego. Rdzeniem indywidualistycznej tożsamości człowieka Zachodu jest wolność wyboru treści
przeżyć.

Ale to iluzja. Intelektualnie jesteśmy już świadomi, że treści przeżyć wybierają dla nas algorytmy Google’a,
Netflixa, Facebooka. Tylko emocjonalnie pozostajemy przywiązani do mitu suwerennego „ja”. Nikt nam nie
będzie sterował kulturą! Kultura to żywioł – to nasza wolność – to rzeki przeżyć, które są mną.

Jak najłatwiej złamać ten mit? Przystawiając pistolet do głowy. „Prywatność albo życie”.

Wszak życie jest najważniejsze. Życie, czyli gładkie obroty maszyny do przeżywania.

Oddamy prywatność, podmiotowość i jeszcze dołożymy za friko wolność słowa.

Wiedzieliśmy, że to nadejdzie, ale myśleliśmy: nasze wnuki będą się z tym mierzyć. Myśleliśmy: to wybór
kulturowy, Wschód nie ceni praw jednostki, my się tak nie poddamy. Myśleliśmy: i tak to nie zadziała.

Działa, i robimy wszystko, żeby działało. Przecież im więcej system wie o człowieku, tym bezpieczniejsze
jest całe społeczeństwo. Im więcej wie o człowieku, tym lepiej może go obsłużyć, tym lepiej chronić jego
zdrowie.

***
Wirus pozwala przyśpieszyć ten proces weaponizacji kultury. Chiny kształcą inżynierów, matematyków,
lekarzy. Zachód – prawników, pijarowców, producentów telewizyjnych. Czy ta różnica wynika z tego, że
Chiny ZMUSZAJĄ swoich obywateli do określonych karier? Czy z tego, że Chińczycy szczerze je
wybierają – ponieważ zostali wychowani w kulturze do takich celów ustawionej przez państwo?

W tej drugiej połówce Yin-Yang kontrola nad „systemem operacyjnym kultury” stanowi jedno z
podstawowych przystosowań do konkurencji w przeglobalizowanym świecie. Chiny mają tu konkretną
politykę; Zachód – ma wolność jednostki.

Technologia warunkuje kulturę, a kultura sprzyja lub przeszkadza w rozwoju technologii.

***
I determinista nie ma wątpliwości: człowiek Zachodu musi przestać być człowiekiem Zachodu, żeby móc
obronić człowieka Zachodu przed człowiekiem Wschodu.

Człowiek Zachodu staje zatem wobec niemożliwej do przyjęcia prawdy: „Jestem pomyłką rzeczywistości”.

I w odruchu wyparcia obraca wartości. Tak aby ta sama sytuacja mogła zostać opowiedziana ku jego
chwale, nie zaś ku pognębieniu.

Słabość to siła. Niedziałanie to mądrość. Dążenie do bogactwa to przejaw złego gustu. Dążenie do
zwycięstwa – zniewolenie przez zwierzęcą naturę.

Stanęliśmy tu w Europie na szczycie poznania i rozumu, toteż wiemy, że nic nie ma sensu, nic nie ma
wartości. A kto tego nie wie i jeszcze ciuła jakieś fortunki, buduje jakieś biznesiki, toczy jakieś wojenki, ten
sam się wystawia na pośmiewisko i żenadę. Nie jest godzien czytać Houellebecqa przy naszym stoliku w
kawiarni.

Potem oczywiście ci prostaccy ciułacze wykupują nas razem z kawiarniami i Houellebecqami.

***
Gdy następuje takie przyśpieszenie procesów dziejowych, upraszczają się one i klarują niczym
dziesięcioletni wykres giełdowy ściśnięty na jednym ekranie: oto hossa, oto bessa, trend taki, formacja taka.
Nieodmiennie prowokuje to współczesnych do interpretacji deterministycznych. „Ujrzeliśmy nagie
mechanizmy historii i teraz możemy tylko im ulec albo przegrać”.

Nie inaczej było w latach 30.: faszyzm i komunizm jawiły się Koniecznością Historyczną, owocem Rozumu
i Postępu. Dziś to wrażenie wzmacnia bezprecedensowe poddanie biegu dziejów rozwojowi technologii:
samej esencji Rozumu.

***
Czy rzeczywiście temu, kto nie akceptuje owego determinizmu, pozostaje wiara w cuda albo w Opatrzność
Bożą?

Można być deterministą miękkim: tak, każde zdarzenie ma swoją przyczynę, ale to nie znaczy, że przyczyna
może mieć tylko jeden skutek i że jest on z góry zadany. Foton może odbić w lewo, foton może odbić w
prawo – szanse są pół na pół, i w każdym przypadku odbicie ma swoją przyczynę.

Takie rozumienie przyczynowości bardziej odpowiada procesom o wysokiej złożoności i chaotyczności – a


takim procesem jest historia.

***
Dlaczego sądzę, że ten twardy determinizm kulturowo-technologiczny prowadzi na manowce?

Jest wysoce nieprawdopodobne, by realizacje każdej kolejnej technologii usprawniały kulturę ku rozwojowi
technologii dalszych. Znacznie bardziej prawdopodobne są liczne ślepe uliczki po drodze: technologie, w
które nie powinniśmy iść, jeśli chcemy wygrać w dłuższym wyścigu.

Potentaci Cyfry – miliarderzy San Francisco i Silicon Valley – kształcą swoje dzieci, wymuszając
POMINIĘCIE technologii cyfrowych: w szkołach staroświeckich, w klasach kredy, tablicy i papieru.
Jeśli chcesz rozwijać technologię, nie możesz być niewolnikiem technologii.

Po drugie, o ile nie poddamy jej władzy także samej natury człowieka – jego podstawy genetycznej i
neurologicznej – to wciskając go w nowe technologie tylko dlatego, że są one możliwe, nieuchronnie
wyrządzimy mu krzywdę. Nie jednostkom, lecz człowiekowi w skali antropologicznej. Jaki tryb życia jest
dla niego NATURALNY?

A jeszcze długo nie uplastyczni się tak natury Homo sapiens. Choć właśnie przechodzimy przez
przyśpieszony proces ugniatania „naturalności”, to wciąż nie sięga on podstawy genetycznej człowieka
(poza kilkoma eksperymentami w Chinach).

Argument trzeci, graniczny, sprowadza się do problemu AI. Koszt nie ma tu znaczenia, przekonują
determiniści. Musimy pierwsi zdobyć Świętego Graala sztucznej inteligencji, gdyż zwycięzca w tym
wyścigu zwycięży we wszystkich kolejnych.

Lecz czy tylko jedna AI jest możliwa? Czy dialektyczne napięcie między Yin i Yang nie dotyczy raczej
tego, JAKĄ z wielu możliwych AI ziścimy, czyniąc z niej szablon całego dalszego postępu?

A wybór natury sztucznej inteligencji zależy od wartości, na których stała kultura, co AI wydała.

***
Czy ten wybór nadal do nas należy? Czy też ów proces kulturowo-technologicznych „konieczności”
przyśpieszył na tyle, że możemy już tylko gapić się tępo na migające za oknami krajobrazy?

Może ugniataczom naszej normalności chodzi przede wszystkim o to, żebyśmy tak właśnie myśleli. W
Europie, Ameryce, Chinach, na całym świecie. Yin i Yang, upodabniamy się, ponieważ pragniemy
zachować odrębność.

Bo czy dana zmiana stanowi ruch do przodu, czy do tyłu, stwierdzamy na podstawie wartości zbudowanych
także po tej zmianie. Zbudowanych DZIĘKI tej zmianie.

Mitologia Oświecenia narzuca skojarzenia przyśpieszenia z postępem: szybciej do przodu – prędzej do Raju.
Ale eugenika – ongi też stanowiła postęp.

Do czego nie zdołają nas przyzwyczaić rządy i korporacje Cyfry, jeśli do tylu rzeczy jeszcze niedawno nie
do pomyślenia przyzwyczailiśmy się w parę tygodni?

***
Obserwujmy, co się dzieje w naszych głowach. Myślmy o naszych myślach. Osądzajmy nasze osądy.
Jacek Dukaj Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Jacek Dukaj - pisarz, który przesuwa granice literatury s.f., czyniąc z niej wziernik w jutro. Znakomita
większość jego przewidywań już się ziściła lub właśnie się ziszcza. Wydał (nakładem Wydawnictwa
Literackiego) m.in. „Inne pieśni”, „Perfekcyjną niedoskonałość”, „Lód”, „Starość aksolotla”. Laureat
m.in. Nagrody Kościelskich, Europejskiej Nagrody Literackiej, nominowany do Nike