Vous êtes sur la page 1sur 179

Ostatnich gryzą psy czyli o drodze do

bogactwa
Krzysztof Habich
Krzysztof Habich - urodził się w 1947 roku w rodzinie kupieckiej.

Już z piersi matki wyssał świadomośd znaczenia sprawiedliwości społecznej, w imię której
upaostwowiono dorobek rodziców. Służył on paostwu do czasu, aż został zdewastowany i porzucony.
Była to pierwsza lekcja makroekonomii.

Studiów nie skooczył - przestraszył się nakazu pracy „na paostwowym” oraz uzależnienia kariery od
przynależności do partii, która swoją siłę czerpała z tego, co zabrała innym.

Na paostwowej posadzie nie przepracował nawet dnia. Biznesem zajął się jeszcze na studiach. Jako
pierwszy „prywaciarz” otrzymał, w socjalizmie, tytuł Menagera Roku. Kapitalizm uhonorował go
tytułem Biznesmena Roku i wieloma innymi, najbardziej znaczącymi nagrodami.

Tygodnik „Wprost” sklasyfikował go w czołówce najbogatszych Polaków. Marzy, aby podobne


miejsce w świecie zajęła Polska Uważa, że jedyną przeszkodą jest świadomośd społeczeostwa.
Wierzy, że tą książką przyczyni sie do jej zmiany. Do przekonania ludzi, że najkrótszą drogą do
bogactwa jest wolnośd.

„ W kraju, którego obywatele cieszą się wolnością, lepiej żyje całe społeczeostwo, nigdy natomiast nie
będzie dobrobytu tam, gdzie rządy uzurpują sobie prawo do reglamentowania wolności. Ograniczają
ją jednym obywatelom, aby dołożyd innym, najczęściej w imię sprawiedliwości społecznej. Trzymają
obywateli na smyczy, a jeśli - mimo to - niektórym z nieb uda się coś upolowad, odbierają większą
częśd łupu dla tych, którzy na tej smyczy polowad nie chcą albo nie mogą. Tymczasem wolności nie
mierzy się długością smyczy. Wolnośd i dobrobyt jest tylko tam, gdzie smyczy nie ma w ogóle. Nawet,
jeśli niektórzy uznają za niesprawiedliwe to, że jedni obywatele do tego dobrobytu pobiegną szybciej,
a inni wolniej. Równanie do najsłabszego jest zasadą szlachetną, ale tylko w harcerstwie. W
gospodarce i w życiu tempo narzucają najsilniejsi, natomiast ostatnich gryzą psy.”
Od stuleci uczono nas, że powinniśmy czcid naszych przodków i byd wierni naszym tradycjom,
i dobrze, że postępowaliśmy zgodnie z tymi naukami.
Teraz jednak, w obliczu wyzwao przyszłości, musimy robid to, czego nie robiliśmy nigdy dotąd
i do czego, obawiam się, możemy okazad się niezdolni, a mianowicie czcid naszych
potomków, kochad nasze wnuki bardziej, niż samych siebie.
Jim Dator
Część I
Spojrzenie na Polskę

To właśnie podejmowane przez ludzi próby uczynienia paostwa niebem, zamieniały je zawsze
w piekło.
Friedrich Hölderlin

Ile jesteśmy warci, czyli portret własny na tle innych

Jeśli serce w twej piersi żąda bogactwa, czyo tak - pracuj, pracuj i pracuj.
Hezjod

Już coraz mniej osób pamięta, że w dekadzie sukcesu, czyli „za panowania” Edwarda Gierka (lata
1970-1980) socjalistyczna propaganda twierdziła, iż Polska jest... dziewiątym mocarstwem świata.
Społeczeostwo nabijało się z takiej megalomanii, wystarczyło bowiem wyjechad do któregokolwiek
kraju zachodniego, aby zobaczyd jak tam zaopatrzone są sklepy i - co ważniejsze - na co ludzie mogą
sobie pozwolid za własne zarobki. Porównanie to niezmiennie wypadało dla nas przygnębiająco. Skąd
więc brał się ten hurraoptymizm naszych propagandzistów?

Z tego, że nie patrzyli oni na gospodarkę oczyma zwykłych ludzi, lecz mierzyli ją bzdurnymi
wskaźnikami, np. ilością wyprodukowanej stali czy cementu „na głowę mieszkaoca”. A stali i cementu
produkowaliśmy dużo. Dużo ton, w złym gatunku. Bo już gatunki szlachetniejsze trzeba było
sprowadzad z zagranicy. Wytapialiśmy wielkim wysiłkiem dużo stali, żeby wybudowad dużo hut, które
wyprodukują jeszcze więcej stali. Przemysł pracował sam dla siebie, ludzkie potrzeby pozostawiając
niezaspokojonymi. Stali, węgla, cementu było więc dużo, ale pralek, mebli, żywności brakowało
ciągle. Tak wyglądała nasza dziewiąta, mocarstwowa pozycja.

Jak jest teraz? Kiedy zaczęliśmy mierzyd zamożnośd społeczeostwa tak, jak robią to inni, czyli
wielkością Produktu Krajowego Brutto na jednego mieszkaoca, okazało się, że... król jest nagi.
Jesteśmy jednym z najbiedniejszych krajów, jeśli przymierzymy się do paostw bogatej Europy czy
USA. Nasz Produkt Krajowy Brutto „na głowę” wynosi bowiem ok. 2.200 dolarów amerykaoskich
rocznie. Takiej wartości towary i usługi wytwarza jeden statystyczny obywatel w Polsce.

To nie jest wielkośd imponująca, jeśli zobaczymy, jak ten wskaźnik wygląda u innych. Bogaci
Szwajcarzy mają 34.000 USD, Japooczycy 29.000 USD, daleka Australia 16.000 USD, Austria 23.000
USD, zaś najbiedniejszy członek Unii Europejskiej, czyli Portugalia - 8.500 USD. Nawet w „naszym
byłym obozie”, czyli byłej RWPG wcale nie jesteśmy najlepsi, chod tutaj poziom mamy bardziej
wyrównany. Lepsi, bogatsi od nas są Czesi - 2.400 USD, Bułgarzy - 2.300. A za nami na świecie kolejka
króciutka - Turcja 1.900 USD, Słowacja 1.700, Indie 293 USD (tabela nr 1).

Dystans od tych, którym chcielibyśmy dorównad poziomem zamożności jest więc olbrzymi. Gdybyśmy
chcieli żyd tak, jak Austriacy - musielibyśmy rocznie wytwarzad wszystkiego dziesięciokrotnie więcej!
Portugalia zaś, która jest krajem naprawdę dośd biednym, ma PKB aż czterokrotnie od nas wyższy.
Żeby więc próbowad te kraje doganiad - musimy pracowad nie tak, jak obecnie. Nie tak nawet, jak
one, ale - o wiele bardziej wydajnie.

W jaki sposób wytwarza się bogactwo kraju? Są tylko dwie drogi - własna praca oraz wymiana
z zagranicą. Do historii przeszli Fenicjanie - jako naród najbogatszy i ten, który wymyślił pieniądze -
którzy sami niczego nie produkowali, tylko zajmowali się handlem z innymi narodami.

Wielu Polaków, którzy chcieli zwiedzad świat za komuny - a było to niemożliwe przy poziomie
osiąganych zarobków - uciekało się właśnie do handlu. Za złotówki nic w świecie nie można było
kupid, wywożono więc kryształy, kawior, lisie futra, żelazka. W zależności od tego, co i w jakim kraju
miało najlepsze „przebicie”. Można by powiedzied, że żyłkę do handlu mamy o wiele lepszą, niż inni.
A jednak, jako kraj, nie wykorzystujemy tej doskonałej i szybkiej drogi do bogacenia się. Spójrzmy do
statystyk, a zobaczymy, że ci, którzy są od nas bogatsi, wymieniają ze światem towary na
nieporównanie większą skalę.

Polska eksportuje i importuje rocznie „na głowę” zaledwie za 858 USD, Niemcy za 8.637 również
dolarów, a nie marek, Austria za 8.503, USA za 4.174 USD. Kto jest od nas gorszy? Turcja - 637,
Rumunia - 449, Ukraina -106, Indie - 49 (tabela nr 7).

Patrząc na grupę krajów bogatych i tych, żyjących w nędzy, widad wyraźnie do czego prowadzi
„ochrona” rodzimego przemysłu, rodzimego rolnictwa i rodzimego niezgulstwa przed konkurencją
zagraniczną. Do zmniejszenia wymiany z innymi krajami, a w rezultacie - do rezygnacji ze
sprawdzonego sposobu dochodzenia do zamożności. Im ktoś się bardziej chroni, tym bardziej jest
biedny. Biedny, bo głupi i robi nie to, co powinien i co umie najlepiej.

Skoro jednak chronimy rolników (cła na żywnośd są już horrendalnie wysokie, a kontyngenty
bezcłowe - minimalne) i przemysł samochodowy (dzięki czemu u nas samochód niemiecki kosztuje
dwa razy więcej, niż w Niemczech, więc polonezy i „maluchy” mogą bezkarnie zatruwad nam
środowisko) i kilka innych branż, to ktoś musi za to ciężej pracowad. Kto? Ano, problem w tym, że nikt
nie ma ochoty.

Niby wzięliśmy się za budowę kapitalizmu, ale łudzimy się, że zrobimy to własnym, nie odkrytym
przez nikogo sposobem, czyli - bez kapitału (własnego nie mamy, a zagraniczny nie bardzo lubimy)
i co jeszcze gorsze - bez pracy.

Proszę się na mnie nie oburzad. Z pewnością jest w naszym kraju wielu ludzi, którzy bardzo ciężko
pracują. I, byd może, dzięki temu stają się oni ludźmi coraz bardziej zamożnymi. Ja jednak nie piszę
o nich, ale o społeczeostwie, jako całości. Opieram się nie na własnych spostrzeżeniach, ale na
roczniku statystycznym z 1994 roku. I w tej oto publikacji widzimy, jak w ostatnich latach wyglądał
nasz przeciętny (nie - nominalny) tydzieo pracy. Średnio w tygodniu w przemyśle przetwórczym
pracowaliśmy: w 1980 roku - 37 godzin w 1985 roku - 35,6 godziny w 1990 roku - 32,8 godziny w
1992 roku - 31,4 godziny.

Proszę się nie łudzid, że statystykę psuje nam wielka rzesza bezrobotnych. Rocznik nie bierze ich
w ogóle pod uwagę. Zajmuje się tylko czasem pracy ludzi zatrudnionych.
Pracujemy krócej, bo może chorujemy więcej. Przy dobrej organizacji pracy system sam wymusi, że
będzie się pracowało 8 godzin, czy ile potrzeba, intensywnie.

Tak więc z każdym rokiem pracujemy coraz krócej. A przecież nie spadł nam z nieba nagle jakiś
olbrzymi kapitał, dzięki któremu wszystkie przedsiębiorstwa mogły wyrzucid stare maszyny i zastąpid
je nowymi, bardziej wydajnymi. Owszem, przedsiębiorcy inwestują, ale nie dzieje się to w pożądanym
szybkim tempie, bo nasz kapitalizm ma dopiero pięd lat i o „kapitalistów” jest w nim na razie łatwiej
niż o kapitał, zaś kredyty są ciągle bardzo drogie. Nasz przemysł nie unowocześnia się więc tak
błyskawicznie, że usprawiedliwia to coraz większą niechęd do pracy. Nikt też chyba nie wątpi, że inne
kraje rozwinięte - Niemcy, Francja, USA mają produkcję nowocześniejszą i wydajniejszą niż my. A
jednak wszędzie tam ludzie pracują dłużej!

Najbogatsi Szwajcarzy (34 tys. PKB) pracują w tygodniu dziesięd godzin od nas dłużej. Anglicy - jeszcze
więcej - prawie o 13 godzin. Kto jest od nas bardziej „leniwy”? Z krajów, którym poziomu życia
zazdrościmy - ŻADEN (tabela nr 3).

Zupełną niespodzianką jest zaś tygodniowy czas pracy w USA. W tym samym czasie, gdy myśmy
z naszego tygodnia pracy urywali godziny, oni, o tyleż od nas bogatsi, wydłużali przepracowany czas.
W 1980 roku pracowali niewiele od nas dłużej, bo 39,7 godziny, w 1985 - już 40,5 godziny, w 1990 -
40,8, a w 1992 - 41,4 godziny.

A przecież trudno zaprzeczyd prawidłowości, że bogaci mogą się pocid mniej. Stad ich bowiem na
kupno coraz lepszych urządzeo, które coraz więcej czynności wykonują za człowieka. Mogą więc swój
czas pracy skracad. Mogą, ale nie chcą, bo inni także nie chcą. Świat pędzi do przodu coraz szybciej,
a ostatnich gryzą psy. Nas, pod względem liczby przepracowanych godzin w tygodniu, mogą gonid już
tylko kraje Trzeciego Świata. Te rozwinięte zostawiły nas bowiem daleko w tyle.

Jak się nie ma kapitału, to trzeba pracowad o wiele ciężej od tych, którzy go mają. Jak się nie ma
kapitału, ani ochoty do pracy, to nie osiągnie się takiego poziomu zamożności, jakim cieszą się inni.

Zwłaszcza, że tych pracujących - mało, ale jednak - też jest u nas mniej niż w innych krajach. Nam
kapitalizm kojarzy się z dużym bezrobociem, ale nie jest to wniosek, który potwierdzają inne
przykłady. Nasze bezrobocie jest wielkie, bez zajęcia znajduje się aż 15,5% ludzi zdolnych do pracy. W
niewątpliwie bardziej kapitalistycznych Stanach Zjednoczonych wskaźnik ten wynosi 6,8%, w
Niemczech - 8,2% (a statystykę tę psuje wielu bezrobotnych z byłej NRD). Nas „bije” Chorwacja,
Hiszpania (21,5%) oraz Finlandia (17,9%) - (tabela nr 2).

Jeśli więc zestawimy ze sobą te wszystkie wskaźniki, to ułożą się one w całkiem niewesoły obraz.
Mamy jeden z najniższych odsetek osób czynnych zawodowo - 45,2% (za nami są tylko Włochy -
42,5% i Węgry - 41%), podczas gdy w Szwajcarii wynosi on 51,5%, w USA - 50% (tabela nr 6). Co
znaczy, że taki procent dorosłej ludności pracuje, reszta - to emeryci, renciści i bezrobotni. Nie dośd
więc, że jest to grupa mniej niż w innych krajach liczna, to także jej czas pracy jest krótszy. Zaś trzeci
czynnik, decydujący o zamożności, czyli wydajnośd, także wiele pozostawia do życzenia i sytuuje nas
w ogonie paostw rozwiniętych.

Część społeczeństwa aktywna zawodowo


Rok Polska USA
1980 51,2% 46,8%
1985 48,9% 49,0%
1992 45,2% 50,4%

Liczby i tabele, w które warto się wgłębid, pokazują więc, zarówno to, jak bardzo jesteśmy od innych
biedniejsi, ale przede wszystkim - jaką mamy szansę, aby tę dzielącą nas odległośd pokonad.
Konkluzja jest, niestety, bardzo smutna. Jeśli będziemy tak pracowad, jak obecnie i tak ograniczad
wymianę międzynarodową, to dzielący nas od świata dystans będzie się z każdym rokiem powiększad.
Nie ma więc mowy o tym, że dogonimy Szwajcarię, czy chodby Portugalię za 10 czy 20 lat. Wzrost
naszego Produktu Krajowego Brutto o 6%, z czego rząd jest niezwykle dumny, to w liczbach przyrost
o około 130$ na jednego mieszkaoca naszego kraju. W Szwajcarii zaledwie 1% wzrostu, dałby
przyrost 340$ na jednego mieszkaoca. Po latach może się więc okazad, że jesteśmy od nich jeszcze
dalej, niż obecnie. Warto zdad sobie z tego sprawę już teraz. Chodby po to, żeby przekonad się, iż
pozostajemy ubodzy na własne życzenie, a nie - z powodu niepomyślnych, zewnętrznych
okoliczności. Nasz dobrobyt zależy od nas, ale nigdzie nie jest powiedziane, że musimy go osiągnąd
bez wyrzeczeo. Albo przyjemne nieróbstwo i błogi spokój posocjalistycznych mastodontów,
chronionych murami celnymi - albo też .ciężka praca, za którą z czasem będzie można kupid coraz
więcej i więcej. Wspaniale jest mied dużo wolnego czasu, ale kiepsko spędzad go pod gołym niebem,
z braku własnego dachu nad głową. Zwłaszcza gdy hula wiatr i pada deszcz. Jeżeli przyjęliśmy sobie
jako naród za cel - wzorem niektórych sekt - ubóstwo, to obraliśmy dobrą drogę i na pewno cel
osiągniemy.
Kto śpi, komu rośnie?

Nie można latad jak orzeł, mając skrzydła wróbla.


William Hudson

Nie może byd bogatym krajem taki, który ma nędzne rolnictwo. Nędzne rolnictwo nie stanie się
jednak bogatszym, jeśli rząd będzie je „chronił” tak, jak do tej pory. I tu także lektura tabel,
pokazujących, jak nasze rolnictwo sytuuje się na tle innych krajów, jest szalenie pouczająca.

Wychyomy nieco za własne opłotki, żeby zobaczyd, jak z problemami wyżywienia radzi sobie świat.

Zwykle, jeśli przytacza się jakieś statystyki, to najchętniej porównuje się wydajności z jednego
hektara. Tymczasem jest to wskaźnik, który - bez porównania go z innymi - mówi bardzo niewiele.
Czasem może nam nawet zwodniczo poprawiad samopoczucie, jeśli - chod ze zdumieniem -
zobaczymy, że w Polsce zbiera się z jednego hektara więcej pszenicy, niż w USA (tabela nr 8)! No to
świetnie - można by powiedzied. Jesteśmy lepsi! Tak trzymad!

Tymczasem jesteśmy skansenem, co - w oparciu o ten sam rocznik statystyczny - jakże łatwo
udowodnid. Żeby bowiem mówid o nowoczesności rolnictwa, trzeba patrzed nie tylko na same zbiory,
ale przede wszystkim na to, jaka częśd społeczeostwa jest w stanie wykarmid resztę, a potem - ile
zużywa do tego nawozów.

Bardzo łatwo zauważyd prostą zależnośd: im kraj bogatszy, tym mniejsza częśd jego mieszkaoców jest
w stanie wyżywid resztę.

W Polsce w rolnictwie pracuje 9,9% aktywnych zawodowo ludzi (w 1980 r. było ich 14,8%), w USA
zaledwie - 1,1%, niewiele więcej w Szwajcarii - 1,9% (ale tu trzeba wziąd pod uwagę olbrzymi eksport
serów), tyle samo w Szwecji, która raczej nie może powiedzied, że klimat jej sprzyja. Im biedniej, tym
więcej osób uprawiających rolę. W Turcji 19,9%, w Indiach aż 25% (tabela nr 9). Ten właśnie
wskaźnik, a nie - wydajnośd z hektara - jest miarą wydajności rolnictwa.

Warto, przy okazji, zwrócid uwagę na jeszcze jedną rzecz. Nasi chłopi lamentują, że produkcja
żywności jest nieopłacalna. Żądają, ze skutkiem, wysokich ceł, już nie ograniczających, ale wręcz
uniemożliwiających import. Tak, aby pracując niewydajnie, byli w stanie wyżyd nie gorzej, niż ludzie
w mieście. I to pracując na dwóch, trzech hektarach, gdyż nasze rolnictwo jest niesamowicie
rozdrobnione. Nikt nie ma wątpliwości, że lepiej, niż nasi chłopi, żyją amerykaoscy farmerzy. Ale tam
najmniejsze gospodarstwa mają 70-80 ha i taki obszar uważany jest za granicę opłacalności. Z
mniejszego pola - uważa amerykaoski farmer - wyżyd się nie da, nie mają one więc racji bytu.

Kraje bogate mają rolnictwo wydajne, dzięki mechanizacji i nowoczesności. Te z nich, które mają
nadwyżkę ziemi uprawnej starają się dbad nie tyle o plony z 1 ha, ale utrzymując wysoką globalną
produkcję, dbają o zdrowie własnego narodu - i minimalizują zużycie nawozów. I tu tkwi tajemnica,
dlaczego zbiory pszenicy w Polsce są większe, niż w USA. My zużywamy na hektar 62 kg nawozów, oni
43 (tabela nr 10). Różnica w zużyciu nawozów i tak jest większa, niż w wysokości plonów. Natomiast
korzyści z propagowania rolnictwa ekologicznego - nie do przeliczenia.
Zdrowi są bowiem nie tylko ludzie, ale i zwierzęta. Polska krowa daje tyle mleka, że chłop na
Zachodzie nie trzymałby takiego darmozjada w oborze. Nasza krasula, jak się postara, da rocznie
3.167 kilogramów mleka, niemiecka 5.100, amerykaoska - 7 tys. kg (tabela nr 11). W USA farmer nie
ma kłopotu z kupnem wysokomlecznej, młodej krowy. U nas, na rolniczej wystawie zwierząt, cena
jałówki „holenderki” sięgała 60 min starych złotych, a rolnicy licytowali tak wysoko, bo trudno jest
kupid krowę dobrego gatunku. Który kraj lepiej dba o własnego rolnika?

Patrząc z zazdrością na zużywające mniej chemii rolnictwo amerykaoskie, moglibyśmy przynajmniej


spróbowad pójśd nieco w jego ślady, bo zdrowia narodu nie da się przeliczyd na pieniądze. My też
moglibyśmy zmniejszyd zużycie nawozów. Tak wysokie plony wcale nie są potrzebne, a dużo ziemi
leży odłogiem, nie ma więc mowy o tym, że ziemia polska nas nie wyżywi. Wyżywi z powodzeniem.
Nasze rolnictwo nie jest tak nowoczesne, jak amerykaoskie, ale my supermaszyny możemy na razie
zastąpid ludzkimi rękami, których na wsi polskiej jest za dużo, a miasto też ich nie potrzebuje.

Skutek byłby taki, że podczas gdy teraz kupujemy żywnośd bardzo drogą i skażoną, to potem
moglibyśmy jeśd równie drogo, ale przynajmniej zdrowo. Ekologiczną żywnośd łatwiej też dobrze
sprzedad tym, którzy na jej produkcję pozwolid sobie nie mogą, ponieważ zwyczajnie jest im za ciasno
- tak, jak bogatym Japooczykom.

Polski chłop bogaciłby się sprzedając drogo żywnośd zdrową. Wszyscy byliby zadowoleni. Dlaczego
więc tak się nie dzieje?

Po lekturze tabel mamy dokładny obraz, jak nieefektywne jest nasze rolnictwo. Skutki tego są żałosne
nie tylko dla mieszkaoców wsi, ale dla całego społeczeostwa Nieefektywnośd rolnictwa to bowiem
coś o wiele gorszego, niż nieefektywnośd np. przemysłu stoczniowego. Statki bowiem kupują tylko
nieliczni, ale jeśd musi każdy. Ponieważ tak wielka częśd społeczeostwa wytwarza tak małą częśd
Produktu Krajowego Brutto, więc i ceny żywności są wysokie i rolnicy żyją o wiele gorzej, niż w innych
krajach.

Mimo jednak wielkiej nieefektywności naszego rolnictwa, nie tylko ono jest odpowiedzialne za naszą
biedę. Przemysł, chod jego udział w PKB jest dużo większy, także osiąga wydajnośd o wiele niższą, niż
podobne branże w innych krajach. Łatwo zorientowad się, w jakich dziedzinach nasza wydajnośd
najbardziej odstaje od poziomu światowego. To te, gdzie cła są najwyższe: żywnośd, samochody,
wyroby przemysłu lekkiego, sprzęt elektroniczny.

Spójrzmy na tabelę, pokazującą, jaka jest wydajnośd pracowników w przemyśle samochodowym


w najbardziej znanych fabrykach:

Koncern i kraj, w którym Liczba samochodów, przypadająca na 1


auto jest montowane zatrudnionego
Toyota, Japonia 133,6
Opel, Niemcy 59,3
Ford, USA 58,8
Renault, Francja 48,0
Vw, Niemcy 23,6
FSO, Polska 4,0
Oczywiście, trzeba dodad, że ta statystyka jest nie do kooca prawdziwa Na Zachodzie bowiem auta
w fabrykach, do których odnoszą się te dane, tylko się montuje. W FSO natomiast także produkuje się
wiele części. Nawet jednak przy tej poprawce, przewaga innych nad nami jest miażdżąca. Może teraz
zmniejszą ją nieco Koreaoczycy. W innych branżach także nie bijemy świata na głowę. Trudno jest
nawet powiedzied, że depczemy mu po piętach.

Porównajmy tabele (tabele nr 12 i 13), które pokazują ile i jakich towarów może kupid za średnią
pensję Polak - z „siłą nabywczą” innych narodów. I zestawmy te informacje z inną tabelą, pokazującą
wielkośd spożycia w kilku wybranych krajach. Co się okazuje? Z pierwszej tabeli wynika, że mięsa,
cukru, mąki i wszystkich innych towarów możemy kupid o wiele mniej, niż inne rozwinięte kraje.
Porównując jednak spożycie tych samych towarów żywnościowych widzimy, że nasze nie odbiega
w zasadzie od spożycia innych. Czy jest to jednak powód do radości?

Człowiek, bez względu na to, jak jest zamożny, je zwykle dziennie jedno śniadanie, jeden obiad
i jedną kolację. Oczywiście ten bogaty dogadza sobie bardziej: umila posiłki ostrygami, kawiorem,
szampanem. Ale cukru, pieczywa je tyle samo, co biedny, albo nawet mniej, jeśli chce żyd dłużej.
Mięso bogaty je w lepszych gatunkach i większym wyborze, ale ilości są raczej zbliżone, bo żołądki
rzeczywiście wszyscy mamy jednakowe. I bogaci, i biedni jedzą tyle, żeby się najeśd, również
statystycznemu Polakowi żołądek do żeber z głodu nie przysycha, chod nie należy zapominad, że częśd
ludzi żyje w nędzy.

Bogatego od biednego nie różni więc zasadniczo ilośd spożywanego pokarmu. Dlatego też statystyki
pokazują, że my jemy podobne ilości mięsa, cukru, trochę więcej od innych zboża, równie dużo
warzyw. Bogatego od biednego różni to, jaką częśd swego dochodu obaj przeznaczają na żywnośd -
im biedniejszy, tym więcej.

I dopiero w tym momencie zaczyna się dramat. Tego bowiem, co zarabiamy, starcza wprawdzie na
żywnośd, ale już na niewiele więcej. Stosunkowo dużo kupujemy lodówek, ubrao czy sprzętu
elektronicznego, ale nie ma już mowy o tym, żeby zarobid na własny dach nad głową.

Również na Zachodzie jest to towar drogi. Kredyt na własny domek spłaca się więc i przez 20 lat. Tam
jednak na taką pożyczkę stad ludzi średnio, i nieco poniżej średniej, sytuowanych, u nas - tylko
najbogatszych. I problem będzie nabrzmiewad, gdyż stare domy rozsypują się szybciej, niż przybywa
nowych. A żyd bez własnego dachu nad głową się nie da. Może świadomośd tego właśnie faktu jest
przyczyną, iż „za to” spożycie alkoholu mamy kilkakrotnie wyższe, niż wielokrod bogatsi od nas.
Mało mamy i roztrwaniamy

Jeśli kto nie chce robid, niech też nie je.


Biblia Nowy Testament II List do Tesaloniczan

Nasz Produkt Krajowy Brutto na głowę jest żałośnie niski. Gdybyśmy nim rozporządzali sami, każdą
złotówkę przed wydaniem oglądalibyśmy kilkakrotnie. Ale ponad połowę naszego wspólnego
dorobku zabiera nam budżet w formie różnego rodzaju podatków i urzędnicy roztrwaniają nasze
wspólne dobro.

W naszych tabelach widzimy, że inni mają od nas o wiele więcej. Budżet zabiera im jednak mniej.
Nam - ponad połowę, w krajach rozwiniętych zaś około 35%. I tam parlamenty surowo patrzą na ręce
urzędnikom. U nas zaś posłowie narzekają w Sejmie, że ponad 30% wydatków paostwa odbywa się
poza kontrolą parlamentarzystów! Urzędnicy więc bezkarnie nie swoje pieniądze wydają na sobie
bliskie cele. Jako społeczeostwo mamy więc jeszcze mniej, niż wypracowaliśmy.

Powody do narzekao mają więc i biedni, i bogaci. W każdym społeczeostwie są ludzie starzy, chorzy,
dzieci, czy mniej zaradni, którym paostwo powinno pomagad. U nas potrzebujących jest wielu, ale
pomoc - znikoma. Mało wypracowujemy, więc chod nam zabierają ponad połowę (a Bóg jeden wie,
ile po drodze marnują), to i tak w rezultacie potrzebujących nie ma czym obdzielad.

Niezadowoleni są też zdrowi, silni i bogaci, bo paostwo podatkami skrępowało im ręce, pozbawiło
wolności gospodarczej. Gdyby nie te więzy, w pogoni za własnym zyskiem, tworzyliby nowe
przedsiębiorstwa i nowe miejsca pracy. Przybywałoby tych, którzy pracują i pomnażają nasze
wspólne bogactwo, zaś ubywałoby tych, którym trzeba pomagad.

Już dawno, dawno temu ludzie wymyślili przysłowie „bez pracy nie ma kołaczy”. To jest bardzo mądre
przysłowie.

Ludzie w ankietach nierzadko wypowiadają się przeciwko nowemu ustrojowi, bo pozbawił ich pracy,
obniżył poziom życia. Jednak to nie ustrój jest zły. Przez ponad pół wieku usiłowano udowodnid, że
socjalizm jest lepszy, aż w koocu sam się rozsypał.

Nie można mied pretensji do bezrobotnych, do kooczącej szkoły młodzieży, do ludzi z niewielką
inicjatywą - że sami sobie nie stworzą miejsc pracy. W każdym społeczeostwie są tacy, którzy chcą
byd przedsiębiorcami i tacy, którzy wolą spokojnie, solidnie, ale bez ryzyka pracowad u kogoś. Nie ma
nigdzie kraju, w którym są sami kapitaliści. Byt ludzi mniej zaradnych zależy od tych zaradniejszych.
Nie polega to jednak na tym, aby jednym zabrad pieniądze i oddad je drugim.

O wiele większą wyobraźnię i wrażliwośd społeczną wykazuje taki rząd, który nie tłamsi wolności
gospodarczej. Tylko wtedy bowiem gospodarka rozwija się w sposób nieskrępowany. Jeśli bogaty,
w pogoni za własnym zyskiem, otworzy przedsiębiorstwo, to musi w nim zatrudnid innych ludzi. Jeśli
zaś odbierze mu się pieniądze i żadnego przedsiębiorstwa nie otworzy, to zabrane szybko zostanie
przejedzone, bezrobotnych nie ubędzie, a sfrustrowanych przybędzie.
Nie ma innej drogi do bogactwa, jak praca. Paostwo pracy takiej, żeby była wydajna i dobrze płatna,
zapewnid nie jest w stanie. Mogą to zrobid tylko ludzie przedsiębiorczy. Nie należy im więc
przeszkadzad, aby tworzyli warunki do tego, byśmy wspólnie szybciej wypracowywali nasz wspólny
dobrobyt. Lepiej szybko się bogacid, niż pilnowad, aby coraz większa bieda była dzielona jak
najbardziej sprawiedliwie.
Pieniądze własne i cudze

Najtaniej za cudze.
Anonim

Trafiło nam się; zostaliśmy zaproszeni do wytwornej restauracji. Jak będzie wyglądał taki posiłek?
Każdy lubi co innego, a jednak nasze postępowanie będzie podobne. Po pierwsze - nie będziemy
płacid, a więc rubryka „cena” może nas w ogóle nie interesowad. Taka gratka zdarza się rzadko, więc
trzeba należycie ją wykorzystad. Zaczniemy od tego, że uważnie przestudiujemy propozycje
z przystawkami. Może skusimy się na kawior, a może na kraby czy inną egzotyczną a drogą przekąskę,
której nigdy byśmy sobie nie zafundowali za własne, ciężko zarobione pieniądze. Już nie z chęci
nadwerężania finansów (chod na biednego nie trafiło) naszego fundatora, ale żeby pokazad mu, że
ma także ze światowcami do czynienia - nie odmówimy wypicia aperitifu, a potem, poobiednią kawę
wzmocnimy aromatycznym koniakiem. Przecież udając się na proszony posiłek, własny samochód
zostawiamy w domu. Jesteśmy na luzie, w czasie pobytu w wytwornym lokalu kłopoczemy się tylko
tym, aby dostarczyd sobie jak najwięcej przyjemności. Przecież o to chodziło również osobie, która
owo zaproszenie pod naszym adresem skierowała.

Wydawad nie swoje pieniądze jest bardzo przyjemnie. Jeśli więc czegoś podczas tego sympatycznego
wieczoru żałujemy, to chyba tylko tego, że - zamiast przejeśd luksusowo tak sporą sumę -
wolelibyśmy ją otrzymad w gotówce. A wtedy z pewnością wydalibyśmy te pieniądze zupełnie inaczej.
Zamiast na kraby czy ostrygi, na przykład zapłacilibyśmy rachunek za prąd czy telefon. Bo reguły
rządzące wydawaniem swoich pieniędzy są zupełnie inne od tych, którymi kierujemy się, wydając
cudze.

Jeszcze inaczej wygląda sprawa, gdy pieniądze własne wydajemy na kogoś. Na przykład kupujemy
znajomemu w prezencie ekspres do kawy. Chcemy, oczywiście, zrobid obdarowanemu przyjemnośd.
Ale już nie bez znaczenia jest fakt, ile nas ta jego przyjemnośd będzie kosztowad. Ekspedientka
pokazuje nam dwa, na pierwszy rzut oka identyczne, ekspresy. Różnią się jednak ceną. Do tego
taoszego użytkownik, przed każdym zaparzeniem kawy, będzie musiał włożyd jednorazowy,
papierowy filtr. Aby więc w pełni mógł cieszyd się z prezentu, będzie musiał nieustannie ponosid,
niewielkie wprawdzie, ale jednak, wydatki na zakup filtrów. Ale to już będą jego pieniądze,
decydujemy się więc na zakup taoszego ekspresu. Wygląda przecież tak samo pięknie, jak ten
droższy.

Droższy natomiast - gdyby zaszła taka potrzeba - kupimy sobie. Nie dlatego, że dla siebie jesteśmy
bardziej rozrzutni, ale - wręcz odwrotnie. Ten typ ma bowiem urządzenie, dzięki któremu nie trzeba
za każdym razem wkładad jednorazowego filtra. Jeśli się więc weźmie pod uwagę nie tylko cenę
samego ekspresu, ale także późniejsze koszty eksploatacji, to naprawdę ten droższy opłaci się
bardziej.

Wniosek nasuwa się sam: najbardziej racjonalnie gospodarujemy pieniędzmi wtedy, gdy własne
środki wydajemy na własne potrzeby. Natomiast wtedy, gdy wydajemy pieniądze cudze na potrzeby
własne, jak i wtedy, gdy z własnego portfela opłacamy potrzeby cudze - ta racjonalnośd jest
zakłócona innymi względami. Zarówno my sami, w sytuacji gdy inni obdarowują nas, jak i nasi bliźni,
obdarowani przez nas - serdecznie za prezenty dziękują, ale w głębi serca woleliby dostad gotówkę,
którą one kosztowały. Wtedy bowiem pożytek z niej byłby największy. Na pocieszenie pozostało
przysłowie „darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy”.

W omawianych sytuacjach obdarowany i fundator nie byli sobie obcy. Kupiliśmy przyjacielowi
ekspres, a nie - klatkę na kanarka, gdyż wiedzieliśmy, że kawę uwielbia, a więzienia ptaszków nie
znosi. „Szalejąc” na wytwornym obiedzie skusiliśmy się wprawdzie na kawior, ale wzięliśmy go tyle,
żeby zjeśd ze smakiem, a nie - żeby się zmarnował. Obie strony starają się więc zachowywad
racjonalnie, a mimo to coś zgrzyta w tak skonstruowanych systemach wydawania pieniędzy.

A co się dzieje, gdy ktoś wydaje nie swoje pieniądze na nie swoje potrzeby? Tak miało byd w ustroju,
którego szczęśliwie nie udało się nam zbudowad, czyli w komunizmie.

Teoria głosiła „każdemu według potrzeb”, a więc coś takiego, jak zarobki za pracę musiałyby zostad
skasowane. Mają przecież to do siebie - że, w przeciwieostwie do żołądków - nie są jednakowe.
Wyobraźmy sobie (co, niestety, nie jest łatwe), że mimo to ludzie w komunizmie staraliby się
pracowad tak dobrze, jak wtedy, gdy dostawali za to pieniądze. Byliby bowiem świadomi, że te
umowne „pieniądze” nie idą wprawdzie do ich kieszeni, ale do jednego, wspólnego, gigantycznego
portfela. I potem jakiś centralny planista wydawałby je „każdemu według potrzeb”.

Oczywiście, to nie mógłby byd jeden człowiek, ale wielka armia urzędników i zaopatrzeniowców. Ci
pierwsi decydowaliby o tym, jakie są potrzeby społeczeostwa (jednostki w tym ustroju ogólnej
szczęśliwości nie mogą byd brane pod uwagę). A może raczej zadecydowałby o tym centralny
planista, bo przecież globalny popyt musiałby się równad globalnej produkcji. Ledwie przedsmak tego
mieliśmy w socjalizmie, gdy nie było ważne, ile wyprodukowano pralek, czy butów, liczyła się
natomiast wielkośd „masy towarowej”. Potem taki centralny rozdzielnik trzeba zamienid na
rozdzielniki wojewódzkie, gminne, dzielnicowe, uliczne i blokowe. Nie ma mowy o żadnym
bezrobociu, znów praca ganiałaby za ludźmi.

Chociaż najłatwiej byłoby pewnie o zaopatrzeniowców. Dostałby taki furgonetkę, listę towarów,
hurtowni i adresów odbiorców. W piątki np. całą ulicę Lenina zaopatrzyłby na obiad w parówki,
a sąsiednia, Dzierżyoskiego - dostałaby po kawałku wołowiny z kością. Raz na dwa lata mieszkaocy
obu ulic dostaliby kartki na jednakowe gumiaki.

W gorszym ustroju, np. kapitalizmie, taka Kowalska sama musi główkowad, co kupid na obiad,
w jakim sklepie zapłaci najmniej i jeszcze sama musi to zataszczyd do domu. A w komunizmie będą się
o to martwid inni: planiści, zaopatrzeniowcy, konwojenci. I cała armia kontrolerów, która sprawdzi,
czy np. tym zaopatrzeniowcom nie przyszło do głowy, by z porcji zaplanowanych na 10-dekowe nie
odkroid po dwa deko na lewo. Oraz superkontrolerów, co przypilnują aby nieuczciwi zaopatrzeniowcy
nie przekupili kontrolerów.

Jak już cały ten system dostarczania „każdemu według potrzeb” zostanie dopracowany, to wyłoni się
problem. Okaże się, że chociaż wszyscy planują, jak mrówki, to niczyje potrzeby nie zostały
zaspokojone. Nie tylko dlatego, że ci, którym przypadły spodnie zielone, woleliby granatowe, a inni
zmuszają się do parówek, chod woleliby zwyczajną. Przede wszystkim dlatego, że kiedy anonimowi
ludzie wydają nie swoje pieniądze, żeby zrobid dobrze innym anonimowym ludziom, to nie ma prawa
się to udad. Potrzeby obdarowanych są zwykle inne niż komuś się wydaje, a system ich zaspokajania
kosztuje tak dużo, że w rezultacie dzielid można coraz mniej. Takie społeczeostwo składa się bowiem
nie tylko z producentów i konsumentów, ale - przede wszystkim - z armii ludzi, tak naprawdę
bezproduktywnych, którzy główkują jak wydad nie swoje pieniądze na nie swoje potrzeby. Nie
interesuje więc ich ani rubryka „cena”, ani za co się ją płaci.

A mimo to, coś nas nieodparcie w komunizmie pociąga.


Nie ma sprawiedliwości

Sprawiedliwośd waszą sądzid będę. (napis na ścianie sali sądowej trybunałów staropolskich)

Skoro najmniej racjonalnie wydaje się cudze pieniądze na nie swoje potrzeby, to dlaczego domagamy
się tego z coraz większym upodobaniem? Dlaczego, zamiast usilnie starad się samemu wydawad
swoje ciężko zarobione pieniądze na własne potrzeby, naciskamy na to, aby gospodarowali nimi
anonimowi ludzie? Głosząc odwrót od komunizmu, coraz bardziej się do niego zbliżamy. Od kilku lat,
chociaż głosimy, że budujemy gospodarkę rynkową, pozwalamy na to, aby coraz większą częśd
wypracowanych przez nas pieniędzy wydawał rząd. Produkt Krajowy Brutto rośnie bowiem wolniej,
niż budżet centralny. W roku 1995 ponad połowę Produktu Krajowego Brutto, a więc pieniędzy, które
wypracowaliśmy - wydał rząd, a nie my sami. O przeznaczeniu co drugiej złotówki decyduje urzędnik,
a nie ten kto ją zarobił. Chociaż więc jesteśmy społeczeostwem biednym, zwiększamy naszą mizerię
jeszcze bardziej przez to, że anonimowi ludzie beztrosko wydają nasze pieniądze. Nie interesuje ich
ani cena, bo nie są to ich pieniądze, ani to, za co ją płacą, bo nie dla nich jest to przeznaczone.

Wyobraźmy sobie sytuację, że Kowalski chce sprzedad swojego „malucha”, a jego sąsiad - Malinowski
gwałtownie potrzebuje starego, niedrogiego samochodu. Malinowskiemu autko Kowalskiego pasuje
jak ulał, zaś Kowalskiego całkowicie satysfakcjonuje cena, jaką oferuje mu sąsiad. Co pomyślimy o
obu tych facetach, jeśli - zamiast dobid transakcji bez pośrednika (znają się od lat i w grę nie wchodzi
obawa, że maluch może byd kradziony) - obaj pobiegną do auto-komisu i dadzą zarobid jego
właścicielowi, tracąc na tym solidarnie? Otóż pomyślimy o nich, że brakuje im piątej klepki. Z usług
pośrednika, który też przecież musi zarobid, korzysta się bowiem tylko wtedy, jeśli jest to konieczne,
jeśli bez niego do transakcji dojśd nie może, bo kupiec i sprzedawca nie mają ze sobą kontaktu.

Śmiejąc się jednak z głupoty Kowalskiego i Malinowskiego, sami rączo podążamy w ich ślady. A
w każdym razie czynią tak nasi, demokratycznie wybrani przedstawiciele w Sejmie. Najlepszym tego
przykładem było odrzucenie veta prezydenta (wtedy jeszcze Wałęsy), dotyczącego stawek
podatkowych od dochodów osobistych w 1995 r.

Przypomnijmy: prezydent żądał ich obniżenia z 21,33 i 45% do 20, 30 i 40%. Rząd przecież uprzednio
zapewniał, że podnosi podatki tylko na jeden rok, ale obietnicy tej nie dotrzymał.

Ponad 90% naszego społeczeostwa płaci podatki w wysokości 21%. Gdyby Sejm utrzymał w mocy
veto prezydenta, ludzie ci oddaliby fiskusowi o jeden procent mniej. Dla najuboższych nawet te
kilkaset tysięcy zł rocznie stanowi sumę sporą i mogłoby chod odrobinę poprawid ich sytuację. Ale
przedstawiciele partii lewicowych, a więc mieniących się byd rzecznikami interesów właśnie
najuboższych - lekką ręką im te pieniądze z kieszeni wyjęli. Tłumacząc, że... przez obniżenie podatków
najubożsi wprawdzie zyskaliby po te kilkaset tysięcy złotych, ale w rezultacie straciliby dużo więcej.
Mniej bowiem pieniędzy wpłynęłoby do budżetu i niższe byłyby różnego rodzaju zasiłki itp.

Gdyby progu 21% podatków nie przekraczała np. połowa społeczeostwa, zaś druga jego częśd, ta
bogatsza, przekraczałaby wyższe progi opodatkowania, to takie rozumowanie można by uznad za
słuszne. Rząd chce odebrad bogatym, żeby dołożyd biednym. Tak jednak, niestety, nie jest. Najwyższy
pułap podatkowy, czyli 45%, przekracza ledwie 1,5% podatników. Tak naprawdę więc budżet żywi się
wcale nie pieniędzmi bogatych, ale - ubogich. I tym ubogim politycy mówią tak: oddajcie do budżetu
aż 21% swoich dochodów, bo obcy ludzie wydadzą je na wasze potrzeby o wiele lepiej niż byście to
uczynili sami. A jednocześnie swoimi własnymi pieniędzmi panowie posłowie wolą jednak
rozporządzad sami - diety poselskie więc opodatkowane nie są.

Dlaczego się na to godzimy? Głośno, w Sejmie, powiedziała to przedstawicielka Unii Pracy: bo na


obniżeniu progów podatkowych zyskaliby wprawdzie biedni, ale jeszcze bardziej bogaci. I tu leży pies
pogrzebany. Wielu z nas woli stracid, byleby tylko bogatsi stracili jeszcze więcej - niźli zyskad, skoro
przy okazji ci wstrętni bogacze obłowią się jeszcze bardziej. Polskiego kotła w piekle już żaden diabeł
nie musi pilnowad. Rodacy wciągną do wrzącej smoły każdego, kto spróbuje się z niego wychylid.
Kolejnym zamachem na kieszenie bogatszych, były propozycje podatkowe na rok 1996. Na szczęście
Trybunał Konstytucyjny odrzucił pomysł zwiększenia obciążeo.

Tak więc rękami fiskusa oraz swoimi własnymi pieniędzmi staramy się naprawid to, co zły los urządził
- naszym zdaniem - za bardzo nieudolnie, bo niesprawiedliwie. Tak, niesprawiedliwie. Bo to jest
niesprawiedliwośd, że my jeździmy zdezelowanym „maluchem”, a na ulicach tyle mercedesów. Że nas
nie stad na wysłanie dzieci raz w roku na kolonie nad polskie morze, a sąsiad swoje pociechy kształci
w szkole prywatnej i wysyła za granicę nie tylko na letnie wakacje, ale nawet na ferie zimowe.
Przykładami jaskrawej niesprawiedliwości możemy sypad, jak z rękawa. Uważamy, że trzeba z nią
walczyd, także przy pomocy podatków. Rząd, jak Janosik, ma zabierad bogatym i dawad biednym. A że
zabiera i jednym, i drugim? Nic to. Tym biednym z pewnością wynagrodzi to z nawiązką.

Oczywiście, tkwi w nas głębokie przekonanie, że my osobiście, na tym zyskamy. Że nam fiskus
odbierze mniej, niż potem odda w formie np. dodatku mieszkaniowego, darmowego leczenia, czy też
- odpukad - „kuroniówki”, gdy stracimy pracę. Ponad 90% społeczeostwa - bo aż tylu z nas zarabia
tylko tyle, że nie jest w stanie przekroczyd pierwszego progu podatkowego - łudzi się, że paostwo do
nich dołoży z tego, co zabierze pozostałym 10%. Za mało mamy bogatych, żeby było nam aż tak
dobrze. Mimo więc, że zamożnych skubie się coraz gorliwiej - oprócz podatków od dochodów
osobistych, płacą też przecież akcyzę od luksusowych samochodów, wielkie cło od importowanych
alkoholi i papierosów, wszystkie podatki importowe itp., itd. - to, jak się to podzieli przez 38 mln
Polaków, wychodzi na to, że nie ma się na kim pożywid. Więc paostwo żywi się najuboższymi. Cło
i podatek razem wzięte od wszelkiej maści importowanej whisky i koniaków, to pryszcz
w porównaniu z sumami, jakie płyną do budżetu ze sprzedaży rodzimej „czyściochy”. A tę, jak
wiadomo, bogaci piją niechętnie, albo wcale.

Sto złotych, a teraz po denominacji - jeden grosz, ściągnięty z biedaka daje paostwu więcej, niż
złotówka zabrana bogatemu. Bo biednych jest więcej, a bogatych garstka. I dopóki będą wysokie
podatki, te proporcje się nie zmienią. Nie ma sprawiedliwości na świecie.

Powie ktoś: ale przecież podatki muszą byd wysokie, bo lekarze i pielęgniarki zarabiają nędzne grosze,
a szpitale zamyka się z powodu braku pieniędzy. Wojsko nie ma na sprzęt i gdyby - nie daj Boże -
trzeba było bronid naszych granic, to strach pomyśled czym by się to mogło skooczyd. A oświata? A
administracja? Przecież w każdym kraju sferę budżetową utrzymuje się z podatków całego
społeczeostwa.

Tak, ale nie w każdym jest ona tak ogromna. To tylko my, Polacy, świadomie lub nie - wolimy
paostwowy szpital od prywatnej kliniki. Paostwową szkołę od społecznej. Dlaczego?
Przez pół wieku wbijano nam do głowy, co to jest „wartośd dodatkowa”. To ta częśd naszej pracy,
którą przechwytuje wstrętny kapitalista. Prawdziwym celem właściciela prywatnej kliniki nie jest
wcale leczenie pacjentów. Tak się niejako dzieje przy okazji, a celem rzeczywistym jest zysk
i dorwanie się do owej „wartości dodatkowej”. Dlatego wolimy szpital paostwowy. Paostwo -
jesteśmy o tym głęboko przekonani - nie chce na nas zarabiad. Ono chce nas leczyd, uczyd, bronid
zupełnie bezinteresownie. Skoro więc nie zabiega o ową „wartośd dodatkową”, leczenie w szpitalu
paostwowym, czy nauka w szkole publicznej są taosze. Na pewno tak jest, przecież za nie nie płacimy.
Wiara czyni cuda. Zwłaszcza, gdy zastępuje fakty. A te pozostają nieznane. Wiadomo, ile jaki zabieg
kosztuje w klinice prywatnej, ale nie wiadomo, ile naprawdę kosztuje w szpitalu. Nikt tego nie liczy,
a my - płacąc horrendalne podatki - łudzimy się, że leczą nas „za darmo”. Gdy ktoś wreszcie zechce
policzyd, jak to „za darmo” wygląda - włos zjeży się na głowie.

Tak, jak się jeży, gdy człowiek słyszy, ile „paostwo” (czyli my) płaci na utrzymanie jednego
wychowanka domu dziecka. Otóż suma ta miesięcznie, sięga kwoty... 18 milionów zł (dane za rok
1994). Jaka zwykła, pełna, doskonale zarabiająca rodzina może sobie na to pozwolid? Ale jeszcze
bardziej zdumiewające jest to, co owe sieroty otrzymują za tak astronomiczne pieniądze. Żywione są
gorzej, niż w skromnie zarabiającej, przeciętnej rodzinie. Ubrane są zwykle także gorzej, niż ich
rówieśnicy, wychowywani przez rodziców. Najmłodsi, często nie mają nawet misia, do którego można
by się w nocy przytulid. Żeby zdobyd zabawki dla sierot, ogłasza się publiczne kwesty, zbiórki itp. Na
cóż więc idą te pieniądze? W najmniejszym stopniu na same dzieci. W lwiej części na utrzymanie
rzeszy anonimowych ludzi: sprzątaczek, zaopatrzeniowców, kuratorów, kontrolerów, wychowawców,
księgowych itp. Osób, które wydają nie swoje, lecz paostwowe pieniądze, na nie swoje, lecz sierot,
potrzeby. Pieniędzy mogą pozazdrościd najbogatsi, ale sierotom z domów dziecka nie zazdroszczą
nawet najbiedniejsi.

A przecież domy dziecka nie są jakąś enklawą rozrzutności czy marnotrawstwa. To mała częśd sfery
budżetowej, która rządzi się tymi samymi prawami, co reszta.

Paostwowe domy dziecka, szkoły, szpitale rzeczywiście nie przechwytują „wartości dodatkowej” i nie
myślą o tym jakby tu na nas zarobid. Ale nie liczone koszty marnotrawstwa i biurokracji są tak
ogromne, że nigdy i nigdzie nie pozwoliłaby sobie na nie żadna klinika czy szkoła prywatna.

Są wszelkie powody, żeby przypuszczad, że tak jak dziecko, jest o wiele szczęśliwsze w rodzinie, która
może wydad na nie miesięcznie 2-3 min zł, niż w domu dziecka, który bierze od paostwa na ten cel 18
min zł, tak pacjent szybciej i taniej wyzdrowieje w dobrze zarządzanej prywatnej klinice, niż w szpitalu
paostwowym. Strach przed nowym i prywatnym jest jednak tak wielki, że ciągle nie chcemy i nie
możemy się o tym przekonad. Nie sposób bowiem i płacid wysokie podatki i leczyd się prywatnie.
Nasz drogi rząd

Skoro Lud... chce byd oszukiwany, niechże będzie oszukiwany.


Carlo Caraffa

Kowalski na pewno nie sprzeda sąsiadowi starego „malucha” za pośrednictwem auto-komisu, bo obaj
wiedzą, że stracą na tym dokładnie tyle, ile zarobi pośrednik (plus podatek od transakcji). Wszyscy
inni w podobnej sytuacji zachowują się identycznie, bo tak podpowiada zdrowy rozsądek. Tam, gdzie
się tylko da, unikamy pośredników, gdyż to kosztuje.

A czym jest paostwo? Takim samym, często zbędnym pośrednikiem, czego jednak wielu z nas zdaje
się nie zauważad, ponieważ nie jesteśmy w stanie wyliczyd ile nas to pośrednictwo kosztuje. A często
nawet wręcz odwrotnie - wydaje nam się, że jest to dobry wujek, który coś nam ofiarowuje za darmo.
„Za darmo” otrzymuje swoją „kuroniówkę” bezrobotny. „Za darmo” jeszcze niedawno jeździliśmy do
sanatorium. „Za darmo” uczą się w szkole publicznej nasze dzieci i „za darmo” wypisują nam recepty
w rejonowej przychodni. Oto, jak wiele otrzymujemy od paostwa. Czy to za mało, aby móc nazwad je
dobrym wujkiem?

Nawet, jeśli uświadomimy sobie, że paostwo to my, nie zmienia to naszego stosunku do niego. Do
niedawna nie mieliśmy nawet zielonego pojęcia o tym ile pieniędzy nam zabiera. Przecież podatek od
dochodów osobistych nie jest jedynym podatkiem, jaki płacimy. W 1994 r. w Centrum Edukacji
Ekonomicznej im. A. Smitha obliczono, że statystyczny pracujący Polak oddaje paostwu rocznie...
ponad 40 min zł. Każda zaś statystyczna rodzina, w której osobami czynnymi zawodowo są oboje
małżonkowie, oddaje budżetowi aż 120 min starych złotych. Oto, ile naprawdę kosztuje nas ten
pośrednik. Przekonanie większości społeczeostwa, że więcej od paostwa otrzymuje, niż mu oddaje
jest więc po prostu nieprawdziwe. Wynika z tego, że zwyczajnie nie zdajemy sobie sprawy z tego jak
wiele pieniędzy się nam zabiera. Tylko niewielka ich częśd wraca natomiast do nas z powrotem -
coraz więcej bowiem pochłania sam pośrednik.

Właściciel auto-komisu nie może śrubowad swojej prowizji, bo potencjalny klient uda się do innego
pośrednika, albo nawet na giełdę. Łatwo bowiem się zorientowad, czyja marża jest najwyższa.
Pośrednik, jakim jest paostwo, nie ma konkurenta, albo raczej zrobił wszystko, aby nas do korzystania
z usług konkurencji skutecznie zniechęcid.

Bez względu na to, czy będziemy się leczyd w szpitalu paostwowym, czy w klinice prywatnej,
wysokośd płaconych przez nas podatków będzie identyczna. Stworzono więc nam tylko wybór: czy
płacid za to samo raz, czy dwa razy. Gdyby koszty leczenia prywatnego można było odjąd od podatku,
publicznej służbie zdrowia z pewnością ubyłoby pacjentów. Łatwiej byłoby ją reformowad. Trzeba by
w koocu zacząd liczyd, ile co naprawdę kosztuje. Dlaczego się tego nie robi?

Ponieważ pośrednik, czyli paostwo, straciłby nieco na znaczeniu. Nie byłby tak wszechpotężny.
Przecież za reformą służby zdrowia, musiałaby pójśd reforma oświaty, ubezpieczeo społecznych i całej
sfery budżetowej. Ludzie sami wybieraliby pośredników - patrząc im dokładnie na ręce. Paostwu na
ręce patrzed się nie da, bo tak naprawdę wydaje ono nasze pieniądze nie tłumacząc się przed nami ile
poszło i na co. Owszem, są worki bez dna, zatytułowane „służba zdrowia”, „oświata”, „obronnośd”.
Ile się do nich pieniędzy wrzuci, zawsze jest za mało. Czy jednak mądrze są wydawane - nie wiadomo.

Często z trybuny sejmowej, i nie tylko, słyszymy, że nasza armia, aby móc skutecznie bronid naszej
suwerenności, musi dostad z budżetu więcej pieniędzy. I pewnie jest to prawda, bo sprzęt mamy
przestarzały, a dopasowanie naszego wojska do struktur NATO też z pewnością musi kosztowad.
Budżet MON jest więc zbyt skąpy, co - niestety - nie zmienia faktu, że pieniądze nierzadko wydaje
wojsko w sposób, wołający o pomstę do nieba.

Nie tylko kupuje się za nie nowy sprzęt, ale także buduje mieszkania dla oficerów. W porządku, oni
także muszą gdzieś mieszkad. Tylko dlaczego mieszkania te są tak horrendalnie drogie? W raporcie
Najwyższej Izby Kontroli czytamy, że w roku 1992 koszt budowy 1 metra kwadratowego mieszkao
w niektórych osiedlach wojskowych sięgał... 25 min zł. W tym samym czasie spółdzielnie warszawskie
budowały ponad trzykrotnie taniej. Kontrolerzy NIK podali, że niegospodarnośd w budownictwie
wojskowym w całej Polsce kosztowała budżet w tym okresie aż 2 biliony zł.

Nie znaczy to wcale, że generałowie i pułkownicy instalowali sobie kryształowe wanny ze złotymi
kurkami. Wojskowe osiedla wcale tak bardzo nie odbiegają standardem od pozostałych. Ale ci, dla
których je budowano nie płacili za nie z własnej kieszeni, nie obchodziło ich więc ile to naprawdę
kosztuje. „Dobry wujek” też nie dopilnował, bo przecież i on wydawał nasze, a nie - swoje pieniądze.

Nikt nie potrafi tak zmarnowad swoich prywatnych pieniędzy, jak zrobi to paostwo z pieniędzmi
swoich obywateli. Bo „paostwowego” tak naprawdę nie pilnuje nikt. Owszem, im większy budżet,
tym większa armia urzędników, która nim dysponuje. Ci ludzie czerpią z tych pieniędzy zarówno
legalnie, jak i mijając się z prawem. Nasz drogi rząd z każdym rokiem kosztuje nas coraz więcej. Nie
tylko dlatego, że rosną pensje ministrów, wojewodów i wielkiej rzeszy administracji. To wprawdzie
także „sfera budżetowa”, ale jej zarobki daleko w tyle pozostawiły pensje profesorów czy lekarzy. Im
więcej paostwo zabiera nam pieniędzy, tym rząd (a więc ci wszyscy, którzy te pieniądze wydają)
rozrasta się coraz bardziej. Prócz ministrów, wojewodów i ich urzędników, powstają rozliczne agendy
rządowe. Ot, chodby takie, jak Agencja Rynku Rolnego, Agencja Własności Rolnej Skarbu Paostwa,
Agencja Rozwoju Przemysłu itp., itd. Niby się mówi, że docelowo mają one pieniądze zarabiad, ale na
starcie z budżetu dostają spore dotacje. W swoim czasie wybuchł skandal z Agencją Rynku Rolnego,
której szefowie kilka paostwowych bilionów zmarnotrawili. Do innych Agencji, jak na razie, NIK
jeszcze nie zajrzała. Zaglądała natomiast do tych fundacji (np. Fundacji Rozwoju Kultury), które
również przejęły pieniądze paostwowe. Tu także okazało się, że gospodarowano nimi nader
nieroztropnie i szybko fundusze roztrwoniono. Wcale nie lepiej rozporządził pieniędzmi Fundusz
Oddłużenia Rolnictwa, umarzając kredyty głównie rodzinie i przyjaciołom prezesa.

Daje się przy tym zauważyd pewną prawidłowośd. Te różnego rodzaju agencje, fundacje i inne
jednostki, powołane do wydawania paostwowych pieniędzy, płacą swym szefom i pracownikom
niezbyt imponujące pensje. A mimo to tłok do objęcia tych posad jest ogromny. Dlaczego? Bo
najłatwiej wzbogacid siebie i przyjaciół, wydając nie swoje pieniądze. Na ręce nie patrzy bowiem ani
ten, kto je zarobił (czyli podatnicy), ani ten, dla kogo są przeznaczone (bo darowanemu koniowi
w zęby się nie patrzy).
Mechanizm jest prosty. Jeśli np. prywatna firma kupuje komputery, to jej właściciel szuka takiego
dostawcy, którego sprzęt jest dobrej jakości, a cena nie wyższa niż u konkurencji. Jednym słowem -
wybiera ofertę najlepszą. To przecież jego pieniądze i jego firma będzie tych komputerów używad.

A jak się komputeryzuje ministerstwo, czy inna instytucja, która za podobny sprzęt zapłaci - nie
pieniędzmi właściciela, ale podatników? To nie owi podatnicy będą płacid, ani nie oni zweryfikują
później przydatnośd owych komputerów. Zapłaci jakiś urzędnik. Tak naprawdę nie jest on
zainteresowany ani wyborem najlepszego sprzętu (a bo to dla niego?), ani zapłaceniem zao jak
najniższej ceny (wydaje przecież nie swoje pieniądze). Może natomiast - i często tak bywa - byd
zainteresowany, aby pieniądze trafiły do kieszeni kogoś zaprzyjaźnionego, kto w różny sposób może
przecież się odwdzięczyd. Tak zrodziła się sprawa InterAms, ten sam mechanizm działa zawsze, gdy
urzędnik dysponuje dużymi pieniędzmi, kupując nie dla siebie i nie za swoje. Pokusa, aby zadbał
przede wszystkim o interes własny, jest wtedy wyjątkowo silna.

Im więcej będzie tych „niczyich”, paostwowych pieniędzy, tym więcej okazji, które czynią złodzieja. I
większa rzesza funkcjonariuszy paostwowych, którzy nie zawsze chcą i potrafią się tej pokusie oprzed.
Zamiast płacid, także z kieszeni podatników, tym, którzy będą nieustannie i często nieskutecznie ich
uczciwośd kontrolowad, lepiej dbad o to, aby paostwo wydawało jak najmniej. W przeciwnym razie
coraz bardziej zbliżymy się do modelu ustroju, w którym rząd zadba o to, aby „każdemu według
potrzeb”. Utrzymanie tych, którzy dbają o zaspokojenie owych potrzeb kosztuje coraz więcej i więcej,
a pula dóbr dzielonych, kurczy się coraz bardziej. Bogatych nie będzie, ale biedni staną się jeszcze
biedniejsi.
Budżet jak narkoman

Rząd jest rodzajem zalegalizowanej kradzieży.


Elbert Hubbard

Na rodzinę Wiśniewskich sąsiedzi patrzą z rosnącym przerażeniem. Zarobki Wiśniewskiego są raczej


przeciętne, ona nie pracuje w ogóle, ale obiady jadają regularnie w restauracji. Do sprzątania,
zakupów, wynajmują innych ludzi, chociaż nie bardzo są z nich zadowoleni. Pan Edek - zamiast
bezrobotnej Wiśniewskiej chodził za nią do sklepu - regularnie kantował na koszyczkowym. Pan
Waldek, którego Wiśniewscy przyjęli zamiast wywalonego Edka, chyba nie kradnie, ale - nie wiadomo
dlaczego - jeździ po chleb i wszystko do chleba, na drugi koniec miasta i to w dodatku do
najdroższych sklepów.

Wiśniewscy nie są w stanie związad kooca z koocem Zadłużyli się już u sąsiadów i nie bardzo
wiadomo, z czego te długi spłacą. Na razie wierzyciele skrupulatnie dopisują im odsetki. Aby starczyło
na pensje dla pana Edka, a teraz Waldka i pani do sprzątania, Wiśniewska musiała sprzedad złoto,
które odziedziczyła po rodzicach. Do spieniężenia został już rodzinie tylko domek z niewielkim
ogródkiem. Gdyby za te pieniądze kupili niewielkie mieszkanie i samochód dostawczy, to mógłby się
on stad warsztatem pracy zarówno dla obojga Wiśniewskich, jak i ich dorastającego syna. Mogliby też
zrezygnowad z usług pana Waldka, sprzątaczki i sami, zakasując rękawy, wkrótce odbiliby się od
finansowego dna. Wszystko jednak wskazuje na to, że Wiśniewscy domek sprzedadzą, a pieniądze
pójdą na sprzątaczkę, zaopatrzeniowca i jedzenie. Swoim dzieciom, zamiast złota i domku po
dziadkach, zostawią zaś olbrzymie długi i coraz mniej zadowolonego pana Waldka, z dochodzącą
sprzątaczką.

Masz rację Czytelniku, Wiśniewscy to rodzina papierowa, nie istniejąca w rzeczywistości. Rodziny
istniejące naprawdę nie zachowują się w sposób tak absurdalny. Zasobami, zgromadzonymi przez
poprzednie pokolenia, jak i pieniędzmi zarobionymi na bieżąco, gospodarują racjonalnie, żeby nie
zrobid krzywdy własnym dzieciom.

Wprawdzie społeczeostwo polskie składa się z milionów istniejących naprawdę rodzin, to jednak
wcale nie znaczy, że rząd zachowuje się tak, jak troskliwy ojciec rodziny. To, co rząd nam gotuje,
nazbyt przypomina zachowanie wymyślonych przeze mnie Wiśniewskich. Ale nawet papierowe
latorośle Wiśniewskich w którymś momencie zaprotestują, my natomiast sami popychamy rząd do
tego, co czyni. Przyzwalamy, a nawet zachęcamy do tego, aby rząd zachowywał się jak narkoman -
musi brad coraz więcej pieniędzy wypracowanych przez społeczeostwo.

Popatrzmy tylko na kilka ostatnich lat. Kiedy wprowadzono podatek od dochodów osobistych, jego
stawki wynosiły 20, 30 i 40%. W roku następnym stawki się nie zmieniły, ale podstępnie i bezprawnie
zamrożono progi podatkowe. Tylko w pierwszym roku tej operacji rząd dzięki ich zamrożeniu, oskubał
społeczeostwo na 9 bln starych złotych więcej, niż pozwalało prawo (jest werdykt Trybunału
Konstytucyjnego). Cóż z tego, że rok później progi zrewaloryzowano, skoro podniesiono je tylko
o stopieo inflacji jednorocznej, a nie dwuletniej. Tak więc zamrożenie progów podatkowych
w jednym tylko roku spowodowało, że fiskus wyciąga z naszej kieszeni więcej każdego kolejnego
roku, chod przeważnie nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ale ciągle mu mało i już rok później stawki
zwiększono do 21, 33 i 45%. Zapowiedziano, że tylko na rok, ale rząd i tym razem słowa nie
dotrzymał. A podatnicy nie protestują, bo wielu z nich uważa, że taka jest cena sprawiedliwości
społecznej. Ci biedni i uczciwi dają się skubad bo pociesza ich świadomośd, że bogatych (w ich
przekonaniu - nieuczciwych) fiskus skubie jeszcze bardziej.

Cóż jednak z tego, że podatki z roku na rok są coraz wyższe? W służbie zdrowia dzieje się coraz gorzej,
w oświacie nie lepiej, lekarze głodują w ramach protestu, emeryci - bo im nie wystarcza.
Bezrobotnych nie ubywa, ale coraz więcej z nich traci prawo do zasiłku. Wszyscy oddajemy do
budżetu coraz więcej, a nikomu się nie poprawia. Jak to możliwe?

Odpowiedzi jest kilka.

Po pierwsze: Janosik, jakim jest rząd, odbiera coraz gorliwiej (wszystkim, nie tylko bogatym), ale
oddaje (biednym) niekoniecznie więcej. Janosik i jego ludzie muszą mied przecież godziwe pensje,
przestronne gabinety, służbowe samochody, podległych urzędników, sekretarki itp. To kosztuje. Im
większy budżet centralny, tym więcej ludzi zajmowad się musi wydawaniem naszych pieniędzy, a więc
koszty pośrednictwa rosną. Oddając do budżetu coraz więcej, nie otrzymujemy wcale tych pieniędzy
z powrotem.

Po drugie: coraz bardziej boleśnie odczuwamy skutki tego, że rząd zachowuje się jak Wiśniewscy.
Zamiast pozbyd się pana Waldka i pani sprzątaczki, pożycza pieniądze dla nich na pensje. Gdybyśmy
większą częścią (a nie - niecałą połową) wypracowanych przez siebie pieniędzy, czyli Produktu
Krajowego Brutto, zarządzali sami, zamiast korzystad z usług najbardziej kosztownego pośrednika,
jakim jest paostwo, mielibyśmy na utrzymaniu mniejszą rzeszę urzędników, tych panów Edków i
Waldków. Niestety, to urzędnicy przygotowują corocznie projekt budżetu (Sejm go tylko zatwierdza),
trudno więc wymagad od nich, by przyznali, że są niepotrzebni. Gdyby reformowano ubezpieczenia
społeczne, oświatę, służbę zdrowia - nie byłoby potrzeba tylu funkcjonariuszy paostwowych. Więc się
nie reformuje. Zamiast tego - zwiększa podatki, „przejada” sprywatyzowane fabryki i zaciąga długi.
Kredyty zagraniczne w lwiej części nam umorzono. To co trzeba będzie spłacid, zwracamy na razie
bardzo opieszale. Dlatego też w budżecie za 1994 rok obsługa długu zagranicznego wynosiła zaledwie
4%. Natomiast ogromną pozycję - aż 13% (119 bilionów starych złotych) stanowi obsługa długu
krajowego. Zatrważające jest także to, że ta pozycja, w stosunku do roku 1993 była już o 45%
większa. W roku 1995 - jak śnieżna kula - urosła jeszcze bardziej. To jest taka sama pozycja, jak
w budżecie Wiśniewskich: rodzice pożyczyli od sąsiadów na pensje dla Waldka i sprzątaczki, a ich
dzieci i wnuczki z Waldkowych usług i tak już korzystad nie mogą, ale dług będą musiały spłacid.
Wiśniewskiemu sąsiedzi już nie chcą pożyczad. Rząd, abyśmy nadal chcieli kupowad obligacje
skarbowe, musi je coraz atrakcyjniej oprocentowad. W ten sposób rośnie, jak śniegowa kula, pozycja
w budżecie „obsługa długu wewnętrznego”.

Co powoduje, że kolejni premierzy i ich ministrowie z uporem zachowują się jak samobójca albo
półgłówek Wiśniewski? Czy przeciętny ojciec zwykłej rodziny jest od nich mądrzejszy? Nie. Tylko, że
najżywotniejszą sprawą każdej rodziny jest nie tylko jakoś przeżyd teraz, ale też zatroszczyd się
o przyszłośd własnych dzieci. Natomiast najważniejszą sprawą dla ekip rządzących nie jest wcale
przyszłośd kraju, ale... najbliższe wybory.
Politycy więc nie martwią się o to, co zrobid, aby za rok, dwa czy dziesięd gospodarka rozkwitła. Oni
i sztaby ich doradców „główkują”, co zrobid, aby w sposób jak najmniej odczuwalny zabrad jak
największej liczbie ludzi i w sposób głośny i widoczny obdarowad tych, którzy za chwilę oddadzą im
swe głosy.

Podatki (zarówno od dochodów osobistych poszczególnych obywateli, jak i dochodowy od


przedsiębiorstw) nie są do realizacji tej polityki najlepsze. Ci, których skubie się najbardziej, głośno
krzyczą, tracą motywację do pracy i również odpłacają pięknym za nadobne przy wyborach. Najlepiej
skubad tak, żeby skubani nie do kooca zdawali sobie z tego sprawę. W przeciwieostwie do tych,
którzy odniosą z tego skubania korzyści.

Można np. zapewnid sobie głosy ponad 30% mieszkaoców wsi, głosząc ochronę polskiego rolnictwa.
Chroni się je obecnie zaporowymi cłami na import. W ten sposób rolnikom, którzy produkują
żywnośd nieefektywnie przysparza się nie tylko pieniędzy, ale i czasu. Tylko przy wolnym rynku
i konkurencji, chłop zmuszony jest produkowad dużo i tanio. Jak się go przed tą konkurencją chroni,
to nawet susza mu nie straszna. Przedtem musiałby myśled o jakimś nawadnianiu, aby się
uniezależnid od kaprysów pogody, teraz - może spad, najwyżej mało urośnie. Wtedy można będzie
drogo sprzedad i wyjdzie się na swoje.

Import nie zbije ceny, bo wysokie cła czynią go nieopłacalnym. Chłop dobrze wie, kto mu zrobił tak
dobrze i na jaką partię będzie głosował.

Dobrze wie, ale nadal narzeka. Chociaż bowiem żywnośd sprzedaje coraz drożej, to zaraz potem
drożeją nawozy, maszyny rolnicze, a nawet „maluchy”. Bo ci z miasta, którym - z powodu „ochrony”
rolnictwa - przyszło dużo więcej zapłacid za chleb i coś do niego, zaczynają naciskad swoich
pracodawców o wyższe płace. A jak rosną płace to i składki na ZUS, podatki itp. W rezultacie skaczą
więc i ceny. Najpierw żywności, a za chwilę - wszystkich artykułów przemysłowych.

„Ochrona” zakładów paostwowych czy też wybranych branż uruchamia taką samą spiralę inflacji,
tylko od drugiego kooca.

Chroo nas więc Boże od rządu, który chce chronid i chłopów, i nieefektywne przedsiębiorstwa
paostwowe, i wszystkich innych, którym się nie chce lub nie mogą. Taki rząd potrzebuje bowiem
bardzo dużo pieniędzy. Z Produktu Krajowego Brutto dla tych, którzy go wypracowali, zostanie więc
coraz mniej. Historia musi się powtórzyd: aby zreperowad to, co taki rząd napsuje, będzie musiał
gospodarkę wziąd w swoje ręce następny Balcerowicz. I-to jego społeczeostwo znienawidzi, a nie
tych, którzy doprowadzili do tego, że tak bolesna kuracja stała się konieczna.
Wydawać z głową, najlepiej własną

Rząd jest jak niemowlę: na jednym koocu ma przewód pokarmowy, charakteryzujący się
ogromnym apetytem i żadnego poczucia odpowiedzialności na drugim.
Ronald Reagan

Czytelniku, czy jestem zdrowy na umyśle? Mam dobrze zaopatrzony sklep piekarniczy dwa domy
dalej. Żeby jednak zaopatrzyd się w kawałek grahama i kilka bułek udaję się, najpierw w przeciwną
stronę, na parking strzeżony, na którym trzymam swój samochód. Potem odpalam i jadę w stronę
piekarniczego, ale nie mogę stanąd pod sklepem, gdyż ustawiono tam znak zakazujący postoju.
Mieszkam w dośd ruchliwej dzielnicy, więc zdarza się, że wykonam kilka sporych okrążeo, zanim
znajdę miejsce do zaparkowania. Nierzadko jest ono położone o wiele dalej, niż wynosi odległośd
dzieląca mój dom od sklepu z pieczywem. W rezultacie mój codzienny chleb i bułki kosztują mnie
piekielnie drogo, do ceny ich zakupu doliczyd przecież muszę stracony czas i wypaloną benzynę. Moja
sąsiadka zarabia o wiele mniej niż ja, ale po chleb chodzi piechotą. A ponieważ w inne, niezbędne
rzeczy zaopatruję się w sposób podobny do trybu, w jaki kupuję kawałek naszego powszedniego -
życie kosztuje mnie strasznie dużo. O wiele więcej, niż uroczą sąsiadkę, której zarobki są co najmniej
kilkakrotnie niższe od moich, a która wydaje się byd z życia zadowolona o wiele bardziej.

Z przykrością stwierdzam, drogi Czytelniku, że pomyślałeś, iż mam nierówno pod sufitem. Żaden
przecież pojedynczy człowiek, ani też rodzina, nie zaopatruje się w pożywienie, buty czy pralkę
w sposób taki, aby uzyskanie tego dobra kosztowało ją o wiele więcej, niż identyczne dobra, które
zdobywają inni ludzie. Bo człowiek, nawet zupełnie niewykształcony, myśli racjonalnie. Pod
warunkiem jednak, że wydaje swoje własne pieniądze. Wydając natomiast pieniądze cudze, na dobra
również przeznaczone nie dla siebie, ludzie tracą rozum. Ja go nie straciłem, historyjka opowiedziana
na początku jest zupełnie wyssana z palca!

Niestety nie są wyssane z palca wydatki, jakie ponosi budżet paostwa. Budżet wiecznie dziurawy,
w którym ciągle brakuje pieniędzy, więc obywatelom trzeba kazad płacid z każdym rokiem wyższe
podatki. Tylko dlatego, że urzędnicy wydają nasze pieniądze w sposób identyczny, jak ja kupowałem
bułeczki.

Czy ktoś z Paostwa zastanowił się, ile kosztuje funkcjonowanie wszystkich oddziałów Zakładu
Ubezpieczeo Społecznych, czyli instytucji, która oblicza i wysyła starym ludziom renty i emerytury.
Powiecie Paostwo - ale przecież ktoś musi to robid. Oczywiście, ale nie w taki sposób, żeby
mercedesem jeździd do sklepu, który mieści się w tym samym domu.

Kilka lat temu zreformowano system podatku od dochodów osobistych. Teraz powinien go płacid
każdy pełnoletni obywatel, a więc - emeryci też. Ruszyła więc gigantyczna maszyna biurokratyczna.
Umysły ludzi wspomagane komputerami, wyliczały ile to też trzeba każdemu emerytowi dołożyd do
chudej emerytury, aby po odjęciu mu 20% (tyle jeszcze wtedy wynosił pierwszy próg) - dostał on od
paostwa dokładnie tyle samo, co poprzednio.

Niestety, nie był to wysiłek jednorazowy. Co miesiąc z budżetu wypłaca się starym ludziom
skrupulatnie wyliczoną, powiększoną o podatek emeryturę, aby im potem ten podatek z powrotem
do budżetu odebrad. To nieustanne dodawanie po to, żeby można było odjąd, kosztuje ogromne
pieniądze. Płacimy więc podatki, aby budżet paostwa był w stanie ten wydatek sfinansowad.

A ja - jak mówił świętej pamięci Wiech - się zapytowywuję - PO CO? Komu jest od tego lepiej?
Paostwu? - Nie. Emerytom? Też nie. Pozostałym podatnikom, którzy za to wszystko płacą - tym
bardziej nie. A więc po co niepotrzebnie kursowad po kraju tym mercedesem? Tylko po to, żeby
wydawad więcej pieniędzy, niż to potrzebne?

Specjaliści od wydawania cudzych pieniędzy, czyli - Ministerstwo Finansów, zaraz się oburzy. Emeryci,
tak samo jak inni dorośli obywatele, muszą wypełniad swoje PIT-y, żeby było sprawiedliwie. To
znaczy, że jeśli któryś z nich dostaje emeryturę większą, albo też resztką sił dorabia sobie do
głodowego zasiłku i jego dochody przekroczą następny próg podatkowy - to trzeba im będzie ten
podatek zwiększyd.

Nikt jednak nie liczy zysków i strat takiej „sprawiedliwości”. Zyski są znikome - nikła tylko częśd
emerytów osiąga dochody, które przekraczają drugi próg podatkowy. A straty? To bezustannie
wydawane pieniądze na ZUS, który wylicza podatki i odejmuje je od zasiłków tych emerytów, którzy
nie korzystają z żadnych ulg. ZUS może sobie kursowad mercedesem, który kupił nie za swoje
pieniądze, po chleb dla emerytów, za który także nie on zapłaci. Zaiste, bogate musi byd paostwo,
które decyduje się ponosid tak wielkie wydatki w imię tak niesprawiedliwej sprawiedliwości. Jako
społeczeostwo - biedniejemy z tego powodu. Czy natomiast zbiednielibyśmy, gdyby starzy ludzie
resztką sił i zdrowia dorobili do chudych emerytur tyle, że kwalifikowaliby się do przekroczenia
drugiego progu podatkowego, ale żadnego podatku by nie zapłacili? Ot, taka skąpa premia na
starośd, której nikt nikomu przecież nie zazdrości.

Pomyślnośd bytu każdej rodziny z pewnością zależy od wysokości dochodów, jakie osiągają jej
członkowie. Ale także od tego, czy mądrze wydaje zarobione pieniądze. Można zarabiad dużo,
a wydawad bezmyślnie i żyd kiepsko, a można też osiągad dochody niewielkie, ale mądrze nimi
gospodarowad. Polskie rodziny realizują wariant drugi, polskie paostwo - niestety, pierwszy. A
ponieważ paostwo zabiera nam ponad połowę naszych dochodów, to ludzie żyją o wiele biedniej, niż
mogliby żyd, zarabiając tyle samo co obecnie.

A ponieważ naszymi pieniędzmi paostwo bezmyślnie rozporządza już od wielu dziesięcioleci,


przestaliśmy - jako społeczeostwo - dostrzegad dlaczego tak naprawdę budżetowi potrzeba coraz
więcej środków.
Ucz się za swoje

...co dzieo postrzegam, jak młódź cierpi na tem, że nie ma szkół uczących żyd z ludźmi
i światem.
Adam Mickiewicz

Co wiemy o polskim szkolnictwie i systemie oświaty? Że nie nadąża za potrzebami naszych czasów
(nie mówiąc już o przyszłości), że marnuje talenty, że w szkole źle czują się zarówno uczniowie, jak
i nauczyciele. Opis, udowadniający, że oświata w naszym kraju jest w stanie wołającym o pomstę do
nieba, byłby długi. Zaoszczędzę go Paostwu, gdyż każdy z Was, zarówno sam chodził do szkoły, jak
i posyłał i lub będzie posyłał - do niej swoje dzieci. Czy jednak świadomośd tej sytuacji przybliża nas
do jej uzdrowienia? Nie. Przyjęło się uważad, że na gruntowną reformę nas nie stad, bo to
wymagałoby ogromnych pieniędzy. Oczywiście - z budżetu. A przecież, jak wynika z roczników,
oświata pochłania ogromne pieniądze.

Ci, którym się je zabiera, gdyby mieli coś do powiedzenia, często wydaliby te pieniądze zupełnie na
coś innego. Czy emerytów rzeczywiście najbardziej obchodzi to, jak wykształcone będzie
społeczeostwo za 10 czy 20 lat? Z pewnością tak, ale jeszcze bardziej zależałoby im, aby już teraz,
lepiej funkcjonowała służba zdrowia. Im człowiek starszy, tym częściej jego zdrowie wymaga
interwencji lekarza. Większośd ludzi w Polsce umiera wcześniej, niż w innych krajach. Tylko dlatego,
że służba zdrowia nie chce lub nie potrafi im pomóc. Gdyby więc emerytom pozostawiono sumy,
które teraz zabiera im fiskus, z pewnością wydaliby je na rzeczy, bardziej dla nich ważne.

Co nie znaczy, że wszystkim dorosłym też w jednakowym stopniu zależy, aby szkolnictwo było
darmowe i aby oni musieli je utrzymywad, niezależnie od tego, jak sami czy ich dzieci są lub będą
kształcone. Czy komuś, kto zamierza zostad tapicerem, naprawdę zależy, aby studia prawnicze były
darmowe? Czy to jest dobre, że ciężary, jakie nakłada się na poszczególnych obywateli, aby paostwo
mogło utrzymywad szkoły, nie mają żadnego związku z tym, ile oni sami z tej oświaty „wzięli” czy
„biorą”?

Czy rodzinie wielodzietnej, która nigdy swoich pociech nie wyśle na studia, nawet gdy pozostaną
darmowe, naprawdę zależy, aby dzieci ludzi zamożniejszych studiowały nie tylko za pieniądze swoich
rodziców, ale także za jej podatki?

Oświata, tak jak inne sfery budżetowe, to worek, do którego wrzuca się pieniądze zabrane
społeczeostwu i z którego daje się pieniądze bez związku z obciążeniami, jakie już poniosło lub
poniesie w przyszłości. Mam pełną świadomośd faktu, że łatwiej uzdrawiad szkolnictwo w kraju
bogatym. Zmniejsza się wtedy podatki wszystkim (mniejszy jest wtedy worek ogólny, z którego
finansuje się oświatę) i wtedy rodzicom pozostaje więcej pieniędzy, aby własne dzieci kształcid za
własne pieniądze. Dopiero tym, których na to nie stad, pomaga paostwo. Dając jednak pieniądze nie
szkołom, ale ludziom.

W naszym społeczeostwie taki sposób uzdrowienia oświaty nie jest na razie możliwy. Nawet bowiem,
gdyby wszystkim zmniejszono podatki o tę częśd, którą statystycznie odbiera się na oświatę, zbyt
wielka częśd społeczeostwa i tak nie byłaby w stanie udźwignąd ciężaru kształcenia własnych dzieci.
Zwłaszcza, że tam, gdzie ciężary te są największe - w rodzinach wielodzietnych - jest zwykle najmniej
pieniędzy. Zaś pozostawid własnemu losowi tych ludzi nie można. I to niekoniecznie z powodu
„wrażliwości społecznej”, którą dziś deklarują rządzący, ale z czystego wyrachowania.

Możemy bowiem wymienid wiele grup społecznych i wiele osób, które niekoniecznie są
zainteresowane tym, aby każdy mógł się uczyd za darmo (warto sobie jednak zadad pytanie, czy teraz,
kiedy szkolnictwo niby jest za darmo, naprawdę może?), jednak jako społeczeostwo powinniśmy byd
zainteresowani tym, aby było wśród nas jak najwięcej gruntownie wykształconych osób. To one
bowiem wytwarzają największą częśd bogactwa narodu. I nie myślę tu wcale o podatku od ich
dochodów osobistych, który im się zabiera, bo i tak go paostwo w dużej części marnuje. Tak
naprawdę wzbogacają oni paostwo w inny sposób - nadają tempo postępowi.

Czy jednak ta ostatnia konkluzja oznacza powrót do punktu wyjścia i zaakceptowanie faktu, że wielu
nieznanych ludzi konsumuje (chodząc do szkoły czy na studia) pieniądze innych nieznanych osób?
Absolutnie nie! Dlatego, że przy obecnym systemie oświaty wielka częśd przeznaczanych na nią
środków nie służy wcale lepszemu wykształceniu młodszej części społeczeostwa, lecz jest zwyczajnie
marnowana. Wszystkie dzieci, niezależnie od ich zdolności, traktuje się „po równo”. A przecież żywi
ludzie to nie komputery. Dlaczego te, które są w stanie przerobid program dwóch klas w ciągu
jednego roku szkolnego, nie mogą tego uczynid? Na świecie młodzi ludzie, dwudziestokilkuletni,
zajmują już szalenie wysokie i odpowiedzialne stanowiska. Bo uczą się szybciej. U nas zaś jest to
w zasadzie niemożliwe. Owszem są nieliczni, którzy mają indywidualny tok studiów. Ale dlaczego
dopiero studiów, a nie - już podstawówki, czy szkoły średniej?

Dziś wszyscy uczą się jednakowo długo, bo wydaje im się, że nauka jest za darmo. Rok szkolny też
trwa o wiele krócej, niż mógłby. Dlaczego wakacje muszą trwad tak długo? I dla tych, którzy się z tego
cieszą i dla tych, którzy woleliby uczyd się szybciej.

Trzy miesiące wakacji dla nauczycieli (wliczając w to zimowe ferie, a w przypadku studiów jeszcze
dłużej), którym trzeba za nieróbstwo płacid. Długa przerwa dla uczących się, którzy w nowym roku
zdążyli zapomnied, czego się nauczyli w poprzednim. Puste przez wielką częśd roku budynki szkolne -
to wszystko kosztuje.

Jeśli ktoś powie, że chciałbym dzieci zmuszad do nazbyt intensywnej nauki, odbierając im sporą częśd
beztroskiego dzieciostwa - to ja odpowiem, że dając dzieciom dzieciostwo nazbyt beztroskie,
pozbawiamy je szans na dobrą przyszłośd. Nie pozwalamy im przygotowad się do trudnych wymagao
dorosłości tak, jakby mogły to uczynid. Działamy na ich szkodę.

Przez te kilka lat gospodarki prawie rynkowej (gdyż ciągle zbyt dużo w niej socjalizmu) przekonaliśmy
się, jak niezwykle ważna jest konkurencja. Nie tylko w gospodarce, ale w każdej dziedzinie naszego
życia. Doskonale potrafimy przewidzied, co by się stało, gdyby nałożono na nas przymus
zaopatrywania się np. w buty tylko w jednym, z góry określonym sklepie. A ten z kolei sklep mógłby
kupowad towar tylko u jednego producenta, którego także odgórnie powiązano z określonymi
kooperantami.

Łatwo sobie wyobrazid nasze buty! Już lepiej byłoby chodzid boso. Garbarnie robiłyby taką skórę, jaka
by im wyszła, bo przecież odbiorca i tak nie mógłby kupid lepszej u konkurencji. Z lichej skóry szewc
też nie zrobiłby dobrych butów. Po co zresztą miałby się starad, skoro sklep i tak musi je kupid? To
samo z klientami, o których uśmiechnięta ekspedientka również nie musiałaby zabiegad. Pamiętamy,
jak trudno było kupid dobre buty w socjalizmie. A przecież nawet wtedy, gdy można je było dostad
tylko na talony (kto jeszcze pamięta te czasy?), przynajmniej mogliśmy czynid poszukiwania w wielu,
jak to się wtedy mówiło, placówkach handlowych.

Po co kreuję tak koszmarny obrazek, skoro te czasy szczęśliwie mamy już za sobą? To prawda, buty
kupujemy już inaczej, bo w sferze produkcji i handlu zapanowała konkurencja. Żadnej konkurencji nie
ma jednak w sferze budżetowej. Kształcenie wygląda tak samo, jak przymus kupowania butów
w jednym sklepie.

Rodzice malucha nie mogą sami zadecydowad, do jakiej „zerówki” go wyślą. To już za nich
zdecydował kiedyś anonimowy urzędnik. Nie przyglądał się ani dzieciom, ani przedszkolakom czy
szkołom. Wziął mapę, podzielił na rejony i powiązał uczniów ze szkołami „terytorialnie”. Masz chodzid
do tej placówki, która jest w twoim rejonie! Tak, jak chłop paoszczyźniany nie mógł opuścid ziemi
swojego pana, tak dzieci, jeżeli chcą chodzid do szkoły paostwowej - wybierad jej nie mogą.
Kuratoriów nie interesuje, czy im to odpowiada. Cienia konkurencji.

Czy taki sklep, przepraszam - szkoła, będzie zabiegad o dobro dzieciaków, o jak najwyższy poziom
kształcenia? A po co? I tak nie pójdą do innej.

Nie ma konkurencji między szkołami, nie ma jej także wśród nauczycieli. Wszyscy narzekają, że ich
zarobki są zbyt małe i jest to prawda. Ale czy, o ich wysokości decyduje poziom zawodowy
nauczycieli? Skądże. Liczy się tylko staż. Czy, gdy szkoła otrzyma jakieś pieniądze na podwyżki, to
najwięcej dostają najlepsi, mniej - średni, a najgorszym mówi się „dziękuję”? Nie, dzielid trzeba po
równo.

Od lat więc poziom nauczycieli się obniża. Coraz mniej świetnych pedagogów, coraz więcej miernoty,
skutecznie utrupiającej próby różnicowania zarobków w zależności od poziomu zawodowego. Tego
stanu rzeczy, jak Burek budy, broni Związek Nauczycielstwa Polskiego, skutecznie pilnując, aby nie
zwolniono nikogo spośród wielkiej rzeszy miernych nauczycieli.

Czy może byd inaczej? Musi, bo staniemy się bandą niewykształconych matołów. Trzeba jednak
zacząd nie od wyszarpywania z budżetu większej ilości pieniędzy, ale od mądrzejszego wydawania
tego, co jest. W oświacie najważniejszy ma byd uczeo, a nie kuratorium, szkoła czy nawet nauczyciel.

Szkoły są biedne, to nie ulega wątpliwości. Ale czy robią cokolwiek aby więcej pieniędzy zarobid, czy
tylko czekają na to co dostaną z budżetu? Zresztą, gdyby sobie dorobiły, organizując np. płatne kursy
komputerowe dla dorosłych, to jeszcze by im kuratorium obcięło dotację, bo dobrze sobie radzą,
a inne nie mają na prąd.

Między szkołami, a w rezultacie także między nauczycielami, musi zapanowad konkurencja. Jak ją
wprowadzid? Nie jest to aż tak strasznie skomplikowane, jak się z początku wydaje.

Zacząd należy od tego, że pieniędzy przeznaczonych np. na szkolnictwo podstawowe nie ma prawa
rozdzielad budżet centralny. Na im niższym szczeblu wydaje się cudze pieniądze, tym większe szanse,
że mniej się zmarnuje. Te środki ma dostad gmina, przed czym tak się wzdraga obecny rząd.
Ale samorząd również nie ma prawa dzielid ich między szkoły, bo to niewiele uzdrowi sytuację i nie
ma nic wspólnego z konkurencją. Te pieniądze należy przeznaczyd na uczniów.

Oczywiście nie znaczy to, że każdy z nich dostanie gotówkę i będzie walczyd z pokusą wydania jej na
lody. Rodzice na każdego uczniaka dostaną coś w rodzaju talonu. Taki talon daje im prawo do
bezpłatnego chodzenia do szkoły podstawowej. Której? O tym zdecydują oni sami, kierując się
głównie dobrem swego dziecka. Czy najważniejsze będzie dla nich to, aby do szkoły ich pociecha
miała jak najbliżej? Nie sądzę, raczej będą się kierowad poziomem nauczania. Przecież to, co włożą
dziecku do głowy, będzie jego najważniejszym kapitałem, z którego będzie czerpad przez całe swoje
życie. Warto więc nawet ponieśd pewne uciążliwości, czy nawet koszty, aby ten kapitał był jak
największy.

Nietrudno przewidzied, że szkoły dobre zaczną przeżywad inwazję chętnych. Szkoła nie z gumy i mogą
się nie pomieścid? Prawda! Zabraknie nauczycieli? Też racja. Ale każdy uczeo ze swoim talonem, to
pewna ilośd pieniędzy, którą dopiero teraz szkoła otrzyma za niego z gminy. Jeśli uczeo wybierze
szkołę w innej gminie - pieniądze pójdą tam za nim.

Szkoła dobra szybko stanie się też szkołą bogatą. Będzie mogła zatrudnid więcej i lepszych nauczycieli.
Będzie mogła wynająd dodatkowe pomieszczenia, aby żadnego ucznia nie odsyład z kwitkiem do
konkurencji. Będzie mogła nawet pracowad na dwie zmiany. Na podniesienie poziomu nauczania
naprawdę nie trzeba będzie długo czekad.

Szybko też skooczą się uciążliwości, związane z dojazdami dzieci do dalekich, ale za to dobrych szkół.
Gminy, widząc jak uczniowie, razem z pieniędzmi, „wypływają” z jej terenu, szybko zainteresują się,
dlaczego tak się dzieje? Dlaczego ich szkoły nie cieszą się zaufaniem rodziców? Może trzeba zmienid
dyrektora? Przyjąd lepszych nauczycieli? Wyposażyd placówkę w lepsze pomoce naukowe?

O zatrudnieniu nauczycieli nie będą decydowad ani ich poglądy polityczne, ani układy towarzyskie
z kimkolwiek. Najważniejszy stanie się ich poziom zawodowy, bo tylko on zachęci lub zniechęci do
szkoły uczniów i rodziców. Dopiero wtedy dobry nauczyciel będzie mógł dobrze zarabiad. Pieniądze
zaczną byd dzielone między konkretnych ludzi, a nie - etaty. Może też częśd nauczycieli dojdzie do
wniosku, że za większe pieniądze chce im się pracowad dłużej, niż kilkanaście godzin w tygodniu?
Wcale nie kosztem poziomu nauczania, bo wtedy szydło szybko wyjdzie z worka.

A co stanie się ze złymi pedagogami? Dziś skutecznie gwarantuje im zatrudnienie Karta Nauczyciela.
Jeśli jednak rodzice gremialnie dojdą do zgodnego wniosku, że ten nauczyciel niczego dobrego nie
jest w stanie nauczyd ich pociechy, to żaden ZNP nie zmusi ich, aby - kosztem przyszłości swoich
dzieci - zmienili zdanie. Zły nauczyciel będzie miał do wyboru: albo stad się dobrym, albo - jeśli nie jest
w stanie tego uczynid - zacząd uprawiad zawód, w którym potrafi odnieśd większe sukcesy. O
przyszłości narodu, jaką są najmłodsi członkowie społeczeostwa, muszą decydowad najlepsi. To brak
konkurencji sprawił, że przy naborze do szkolnictwa zaczęła obowiązywad selekcja negatywna.
Najlepsi uczyli się lepiej płatnych zawodów. Teraz lepiej płatny stanie się zawód nauczyciela. Ale
i uwaga! - tylko dobrego pedagoga. A przecież o to właśnie chodzi!

Od zamożności kraju zależed będzie przez jaki okres zechce paostwo utrzymad talonowy system
bezpłatnego nauczania. Czy będzie to tylko osiem, czy też może dziesięd lat. Ja jestem za tym, aby za
talony można się było uczyd tylko w podstawówce. Szkoły zawodowe, średnie i studia już nie powinny
byd bezpłatne.

Zanim jednak zaczniesz, Czytelniku, ciskad na mnie gromy oburzenia, zastanów się, czy teraz młodzi
ludzie studiują naprawdę bezpłatnie? Czy zdolny, ale z biednej rodziny człowiek ze wsi lub małego
miasteczka może naprawdę skorzystad z dobrodziejstwa bezpłatnego studiowania? Kto zapłaci mu za
akademik? Za co kupi żywnośd i ubranie? Żeby na to wszystko zarobid musi iśd do pracy, a więc
pożegnad się ze studiami dziennymi i - jeśli nadal będzie trwad w uporze studiowania - udad się na
wieczorowe lub zaoczne. A te już od kilku lat są płatne, chod dają studentowi o wiele uboższą porcję
wiedzy.

Tak naprawdę za pieniądze nas wszystkich studiują dziś na bezpłatnych studiach stacjonarnych dzieci
rodziców zamożnych, przeważnie mieszkających w większych ośrodkach akademickich. Czy to jest
sprawiedliwe, że całe społeczeostwo, razem z tymi o wiele gorzej lub wcale niewykształconymi zrzuca
się na wyższe studia dla tych, którzy wcale nie są najbiedniejsi? Czy, jeśli ktoś ma ochotę studiowad
długo, bo go na to stad, to stad na to również resztę społeczeostwa, która tę bezpłatną dla wiecznego
studenta naukę finansuje?

Jeśli ktoś skooczył ledwie podstawówkę i jest zbyt biedny, aby móc kształcid się dalej, więc
postanawia handlowad na bazarze, to czy paostwo, z naszych wspólnych podatków funduje mu
„szczęki”? Nie. Zapożycza się na nie u znajomych lub w banku i, gdy zarobi, musi te pieniądze oddad.
Czy jest szczęśliwy, gdy widzi, że za częśd jego podatków może dalej uczyd się ktoś, kto już na starcie
był od niego bogatszy?

Jak rozwiązad ten problem? Najlepiej byłoby, gdyby ludzie kształcili się za pieniądze swoje lub swoich
najbliższych. Oni jednak zwykle tych pieniędzy jeszcze nie mają, a wielu rodziców także nie stad, aby
ten wielki ciężar brad na swoje barki. Czy społeczeostwo może godzid się z faktem, że studiują tylko
najbogatsi, podczas gdy tłumy ludzi zdolnych, z których w przyszłości miałoby wielki pożytek, muszą
z powodów materialnych zrezygnowad z nauki?

Kiedyś funkcjonowały tak zwane stypendia fundowane. Wielkie, bogate fabryki paostwowe wypłacały
pewną pulę pieniędzy zdolnym studentom, aby ci - po ukooczeniu nauki - musieli się u nich zatrudnid
i odpracowad to, co w nich zainwestowano. Była to szansa dla zdolnych, a niebogatych i dla
przedsiębiorstw. Jednak od dobrych już kilku lat zakłady paostwowe nie fundują młodym ludziom
nauki. Socjalistyczne mastodonty nie potrafią się przystosowad do gospodarki rynkowej. Same nie są
w stanie zarobid na siebie, muszą ludzi zwalniad, czemu więc mają dziś płacid komuś po to, aby
w przyszłości mied kogo przyjąd do pracy?

Jednak stypendia fundowane, to nie był zły pomysł. Cieszy więc fakt, że odradza się w nowych
warunkach. Niestety, bardzo powoli. Potrafię już wymienid kilku prywatnych właścicieli wielkich firm,
którzy dali się namówid na sfinansowanie studiów bardzo zdolnym młodym ludziom. Doszli bowiem
do wniosku, że to może byd dla nich doskonała - chod nie bez sporego elementu ryzyka - inwestycja.
Młody człowiek, gruntownie wykształcony w dobrej szkole, kiedy wróci do przedsiębiorstwa, będzie
dla niego o wiele bardziej cenny, niż najlepsze, importowane (także przecież drogie) urządzenie. Obie
strony są z tej transakcji zadowolone.
System ten ma jednak poważną wadę. W Polsce niewiele jest jeszcze stabilnych, prywatnych
przedsiębiorstw. Jeszcze mniejsza liczba ich właścicieli, borykająca się z bieżącymi problemami,
decyduje się podjąd tak poważne ryzyko, aby - pomagając kształcid swoich przyszłych pracowników -
inwestowad w przyszłośd. Przy obecnych, tak wysokich podatkach nikt nie jest pewien, czy za rok,
dwa, jego firma jeszcze utrzyma się na powierzchni.

Cóż więc robid? Tak, jak opłacalne, chod ryzykowne, może byd finansowanie cudzej nauki dla
prywatnego przedsiębiorcy, tak samo opłacalne może byd dla paostwa. Przy czym paostwo, będąc
„sponsorem” nie jednego, czy dwóch, ale dużej liczby studentów, poniesie ryzyko o wiele mniejsze.

Czy dziś ktoś, kto kształci się na jeszcze bezpłatnych studiach dziennych naprawdę ma doping, aby
czynid to gruntownie? Nie śmiem już powiedzied - szybko. Wcale nie brakuje młodych ludzi, którzy -
kosztem całego społeczeostwa - wydłużają czas przebywania na różnego rodzaju uczelniach
niekoniecznie po to, aby zdobyd jak najlepszą wiedzę, ale - aby opóźnid trudny moment wchodzenia
w życie dorosłe, koniecznośd poszukiwania pracy, wykazania się w niej. Społeczeostwo łoży na to
wielkie pieniądze, czy może się jednak spodziewad, że delikwent kiedykolwiek zwróci poniesione nao
nakłady? Czy można delikwenta potępiad za to, że bierze chętnie, jak długo się tylko da, skoro dają
i nie wymagają niczego w zamian? Czy mało znają Paostwo takich osób, które w dalszym ciągu idą na
studia wcale nie po to, aby zdobyd zawód, ale - aby uciec przed wojskiem? Jaki wreszcie Wy,
podatnicy, macie pożytek z tego, że ktoś przez 5 czy 6 lat studiuje historię sztuki albo archeologię
śródziemnomorską, po których to kierunkach i tak prawdopodobnie nie znajdzie pracy w tym
zawodzie, gdyż popyt na tego rodzaju specjalistów jest nikły? Same studia, owszem, bardzo
przyjemne, ale czy to akurat Ty powinieneś płacid za cudzą, tak kosztowną przyjemnośd? Rozejrzyjmy
się wśród naszych znajomych: ile osób wykonuje zawód zgodny z kierunkiem studiów, jakie
ukooczyły? Zapewniam Paostwa, że jest to procent znikomy. Co ma paostwo z tego, że sfinansowało
im kilka lat przyjemnego studiowania? Za coraz większą częśd leków płacą już sami chorzy. Jeśli nie
mają pieniędzy - leczą się gorzej. A jednocześnie za nasze pieniądze studiuje w szkołach filmowych
i teatralnych stado młodzieży, z której tylko kilku najzdolniejszych zobaczymy kiedyś na scenie. Czy
paostwo wydaje nasze pieniądze według hierarchii celów, którą my, podatnicy zaakceptowalibyśmy?

Nie ulega wątpliwości, że obecny system szkolnictwa, także wyższego, jest zły i szybko staje się
jeszcze gorszy. Studia wielu ludzi, chod pochłaniają wielkie pieniądze, wcale nie dają uczącym się
gruntownego wykształcenia. Sale wykładowe na uniwersytetach wyglądają tak, jak przed 10, 20 czy
50 laty: jest tablica, kreda (na którą jednak coraz częściej brakuje pieniędzy) i wykładający docent lub
profesor. A cóż dopiero mówid o uczelniach technicznych. Mają one przygotowad kadrę specjalistów
nie tylko do dzisiejszych, ale także do przyszłych potrzeb kraju, ale same nie mają nowoczesnego
sprzętu. Dla studenta źle wyposażonej politechniki szczytem osiągnięd motoryzacyjnych będzie
polonez. To, jak się robi bardziej nowoczesne auta, pokazywano mu tylko w książkach.
Niewykształcony emigrant, który na wakacje przyjeżdża do Polski z Niemiec, gdzie pracuje przy
taśmie montażowej volkswagena, ma wiedzę o wiele gruntowniejszą, niż nasz absolwent.

Świat zrobił badania i wie, że słuchając uważnie - a przecież nauka w naszych uczelniach głównie
odbywa się poprzez wykłady - człowiek przyswaja zaledwie 10% przekazywanych informacji. Bardziej
efektywne jest czytanie, w ten sposób jesteśmy w stanie opanowad już 20% wiedzy. Jeszcze lepsza
jest dyskusja. Podczas niej nie możemy bujad w obłokach, musimy byd czujni i przygotowani na
zajęcie własnego stanowiska w jakiejś sprawie, a potem umiejętne przekonanie do niego tych, którzy
postrzegają problem inaczej. Jednak najszybciej uczymy się robiąc to, co jest przedmiotem naszych
studiów. Na renomowanym Harvardzie aż 90% swego czasu studenci wydziału zarządzania
poświęcają nie opanowaniu książkowej wiedzy, ale na autentycznym zarządzaniu! Ale też absolwenci
tej uczelni są w cenie! Nikt nie sprawdza ich umiejętności, za pokazanie dyplomu oferuje się nie
mniej, jak 50 tys. dolarów rocznej pensji. Nasi absolwenci opłacani są marnie, ale czego ich tak
naprawdę nauczyła uczelnia?

Z uporem maniaka, jak w każdym rozdziale tej książki, zmierzam do powtórzenia, że najbardziej
racjonalnie wydajemy swoje własne pieniądze! Jak więc i za własną wiedzę będziemy płacid sami,
z pewnością uczyd się będziemy bardziej efektywnie, niż do tej pory.

Tym, co mówię, nie zamykam wcale drogi do wykształcenia młodym ludziom z niezamożnych rodzin.
Wręcz przeciwnie, to właśnie teraz oni takich możliwości nie mają.

Będą je mied dopiero wtedy, gdy paostwo przestanie rozdzielad pieniądze pomiędzy uczelnie.
Uniwersytety, akademie medyczne i politechniki będą utrzymywane przez studentów, którzy uznają,
że tu właśnie posiądą wiedzę, na której im zależy.

Jeśli ktoś ma pomysł na świetny interes, lecz brakuje mu kapitału, aby go rozkręcid I pożycza w banku
i oddaje przez wiele lat. Albo znajduje wspólnika i proponuje mu swoje umiejętności oraz założenie
spółki. Udziałem tego drugiego są pieniądze. Zyski z przyszłego przedsięwzięcia dzielą po połowie
i obaj są zadowoleni.

Wszystkim młodym ludziom, którzy pragną zdobywad wykształcenie należy stworzyd możliwośd
wzięcia na ten cel specyficznego kredytu (który też możemy nazwad stypendium fundowanym).
Dodajmy - taniego kredytu. Człowiek weźmie od paostwa tyle, ile uzna, że mu jest niezbędne do
zdobycia wiedzy. Na uniwersytecie, na politechnice, a - byd może nawet za granicą. On sam, pewnie
też przy pomocy rodziców, zrobi swój najważniejszy w życiu biznes plan. On też go będzie realizowad.
Paostwo zaś wniesie do tej spółki kapitał. Przyszłe zyski, kiedy już młody człowiek zacznie pracowad,
będą dzielid w takich proporcjach, jak się umówią. Im lepiej młody człowiek wykorzysta tę pożyczkę,
tym bardziej gruntowne zdobędzie wykształcenie. A więc - osiągnie lepsze zarobki, kiedy zacznie już
pracowad. Im będą one wyższe, tym niższą ich częśd pochłonie zwrot pożyczki paostwu.

Przy takim systemie zdobywania wiedzy - mądry, młody człowiek wykorzysta zaciągnięty kredyt jak
najlepiej. Ma do nauki taki doping, że lepszy trudno sobie wyobrazid. Zdobywając wiedzę, wzbogaca
i siebie i społeczeostwo. Dlatego ono, jeśli uzna, może mu częśd tej pożyczki nawet umorzyd. Dlatego
pożyczanie od paostwa będzie lepszą formą finansowania nauki, niż typowy kredyt, stypendium
fundowane, czy też zadłużanie się u znajomych czy rodziny.

Czy nie będzie to dla startującego w życie człowieka obciążenie zbyt wielkie? Nie, bo przecież nie
będzie płacił tak horrendalnych podatków, jak obecnie. Teraz wielką częśd zabieranych ludziom
pieniędzy paostwo marnuje. Potem - to oni sami będą je wydawad.

To oni też, swoimi (chod pożyczonymi) pieniędzmi zmuszą uczelnie do reformy studiów. Uczelnie, tak
jak inne szkoły, będą musiały zabiegad o studentów, oferując im możliwości najbardziej
poszukiwanego przez nich wykształcenia.
Student zdolny może uzna, że program, który inni są w stanie opracowad w ciągu pięciu lat, on
przerobi w cztery? Ktoś inny uzna, że zapożyczy się po uszy, ale wybierze renomowaną uczelnię
zagraniczną, której ukooczenie gwarantuje mu bardzo wysokie zarobki. Każdy sam będzie decydował
w swojej własnej sprawie. Własne pieniądze wyda na własne wykształcenie, a zaciągnięty na ten cel
dług będzie potem spłacał z własnej kieszeni. Natomiast osoby, których okres kształcenia będzie
trwad krócej, nie będą swoimi podatkami finansowad nieznajomych. Czy to nie jest bardziej
sprawiedliwe? Czy nie stwarza szansy każdemu, a nie - jak obecnie - tylko niektórym? Reforma
studiów wyższych, jakby przy okazji zrobi się sama. Ubędzie pewnie szkół artystycznych, gdyż dobijad
się będą do nich tylko najzdolniejsi. Zwiększy się natomiast liczba takich, których ukooczenie
gwarantowad będzie zdobycie dobrze płatnej pracy. Kraj szybciej ruszy do przodu, ludziom przybędzie
pieniędzy, gdyż fiskus przestanie ich skubad tak pazernie.

Dzisiaj wiele szkół, np. biznesu, to szkoły prywatne, w których kształcenie kosztuje bardzo dużo
pieniędzy. A jednak nie brakuje im studentów. Tyle, że paostwo im tam nauki nie ułatwia, chociaż to
oni, jako absolwenci, bardziej przyczynią się do jego rozwoju, niż mało zdolny absolwent bezpłatnej
szkoły artystycznej.
Lecz się za swoje, to nie boli!

Kto się leczy za darmo, ten się leczy na darmo.


Anonim

Czy lepiej, niż szkolnictwo, wydaje pieniądze służba zdrowia? Bronimy się przed jej
sprywatyzowaniem, bo jesteśmy przekonani; że wtedy leczenie będzie tak drogie, iż mało kogo
będzie stad na dbanie o to, co ma najcenniejszego - własne zdrowie.

Czy myślą Paostwo, że teraz leczą się „za darmo”? Płacą Paostwo horrendalne podatki, z których
wielka częśd idzie właśnie na utrzymanie przychodni i szpitali. Co one tak naprawdę Wam
gwarantują? Czy pojmujecie logikę, jaką się ta sfera rządzi?

Ogromna częśd chorych, aby dostad się do szpitala, musi używad protekcji, albo też dodatkowo,
nieformalnie się opłacad. W szpitalu leczą ich i karmią „za darmo”. Ci chorzy, dla których miejsca
zabrakło, a którzy płacą takie same, albo i wyższe podatki - płacą i za leki i za jedzenie, bo muszą się
leczyd w domu.

W placówkach służby zdrowia, tak jak i w szkołach, obowiązuje rejonizacja. Pacjenta, znów jak chłopa
paoszczyźnianego, przywiązano do szpitala rejonowego. Jeśli panoszy się w nim korupcja, jeśli jest
umieralnią, w której ludzi wysyła się na tamten świat, zamiast przywracad im zdrowie, to chory nie
może udad się do innego, cieszącego się lepszą opinią, ale w innym rejonie. Tę sytuację już częściowo
„zreformowano” - można leczyd się w innym szpitalu, ale trzeba zapłacid sporą sumę za przyjęcie.
Oczywiście nie można sobie tego wydatku odpisad od podatku. Kto tu o kogo zabiega? Gdzie jest cieo
konkurencji między szpitalami? Jeśli już o konkurencji mowa, to ścigają się ze sobą wyłącznie chorzy,
za pomocą wysokości łapówek.

Czy mało znają Paostwo przypadków, że ustosunkowana rodzina umieszcza w szpitalu starą babcię,
której ten szpital i tak nie leczy, ale opiekuje się nią i karmi, dając odpoczynek rodzinie. Na miejscu
babci mógłby się leczyd ktoś naprawdę chory, komu lekarze byliby w stanie przywrócid zdrowie. Ale
dla niego miejsca zabrakło. Bo brakowało mu albo protekcji, albo pieniędzy.

Oczywiście lecznictwa nie możemy zreformowad w sposób podobny, jak szkolnictwa. Człowiek ciężko,
nieraz śmiertelnie chory nie znajdzie wspólnika, który pokryje jego koszty leczenia, bo to byłaby
bardzo marna spółka. Jedno jest pewne: z fikcją „bezpłatnej” służby zdrowia należy skooczyd.
Wspólny worek - budżet, do którego wrzuca się pieniądze wszystkich podatników, jest bez dna.

Służba zdrowia musi mied własny worek. Będą do niego wrzucane obowiązkowe składki, w połowie
płacone przez zainteresowanego, w połowie - przez jego pracodawcę, Obracad tymi środkami,
pomnażając je, mogłyby fundusze powiernicze. Ich działalnośd, w przeciwieostwie do działalności
paostwa, można kontrolowad.

W takim funduszu każdy z nas miałby swoje własne, imienne konto. Wpływałyby na nie zarówno
składki, jak i sumy, zarobione dla niego przez fundusz. Tak, jak z naszego konta bankowego, nikt bez
naszej zgody nie może wziąd na zmarnowanie naszych pieniędzy, tak i do tego konta łapa żadnego
urzędnika, szastającego cudzymi pieniędzmi, nie mogłaby sięgnąd. Niczyja babcia ani ciocia nie
leżałaby „bezpłatnie” w szpitalu za nasze pieniądze. Za szpital trzeba byłoby płacid, uszczuplając
własne konto.

Oczywiście, może się zdarzyd, że ciężka choroba dotknie kogoś, czyje pieniądze, zgromadzone na
koncie, nie wystarczą na walkę z nią. Przewidując takie sytuacje, ludzie będą mogli tworzyd wspólnoty
kont. Może to byd wspólnota rodzinna, zakładu pracy, branży czy każda inna. O jej powstaniu lub nie
mają jednak decydowad sami zainteresowani. Oni też lub osoby przez nich zatrudnione cały czas
kontrolowad będą, w jaki sposób wydaje się ich pieniądze. I to jest właśnie solidaryzm społeczny.
Żaden człowiek, w razie nieszczęścia, jakim jest choroba nie pozostanie samotny, bez środków na
leczenie. A jednocześnie zawartością swoich kont ludzie będą się dzielid tylko z tymi, z którymi chcą
się dzielid.

Fundusze powiernicze, w trosce o własną reputację, którą zdobędą, troszcząc się o nasze pieniądze,
zmusiłyby służbę zdrowia do reformy. Nareszcie szpitale zaczęłyby naprawdę zabiegad o zdrowie
chorego.

Fundusze postarałyby się zarówno o właściwy system oceny szpitali, jak i poszczególnych lekarzy. O
to, aby chory trafił do takiego specjalisty, jaki mu pomoże najszybciej i najskuteczniej. Dziś
w publicznej służbie zdrowia starają się nas pozbyd jak najszybciej, a po prywatnej - poruszamy się po
omacku. Wydając czasami sporo pieniędzy, ale także bez zadowalających efektów.

Sami o tym, czy jakiś lekarz albo szpital jest zły, wiemy dziś tylko z szeptanej propagandy. Potem -
specjaliści z funduszy powierniczych będą mieli prawo zajrzed do szpitalnych statystyk i kart choroby.
Wyliczą, że w takim szpitalu z raka piersi „wyciągnięto” tyle i tyle kobiet, w innym zaś nie umiano
pomóc nieszczęśliwym. Nie będzie też mógł szpital, jak dzieje się to obecnie, poprawiad sobie
statystyki, odmawiając przyjęcia ciężko chorych.

Czy dzisiaj lekarz, który dawno już skooczył studia, naprawdę ma doping, żeby uczyd się języków
i uważnie śledzid fachową literaturę światową, aby obserwowad postęp medyczny i podnosid własne
kwalifikacje? Za te marne grosze, jakie mu płacą? On raczej wyszukuje sobie jakieś dodatkowe
miejsca zarobkowania - a to przychodnię, a to spółdzielnię lekarską, a to swój prywatny gabinet. Jak
wielu mamy dziś naprawdę znakomitych lekarzy? Trochę jeszcze mamy, ale czy naprawdę leczymy się
u nich za darmo? Niewiele ryzykuję twierdzeniem, że największa „szara strefa” szerzy się właśnie
w służbie zdrowia! I żaden chory nie pomoże w demaskowaniu jej, bo on - przede wszystkim - chce
byd zdrowy. Za każdą cenę!

Wybitny lekarz, jak każdy inny specjalista, którego rynek potrzebuje, ma prawo zarabiad duże
pieniądze. Dzisiaj legalnie nie może tego robid, więc czyni nielegalnie. Gdyby służba zdrowia stała się
płatna tak, jak ja to widzę - im lepszy byłby lekarz, tym większy byłby na niego popyt, a więc
zarabiałby też większe pieniądze. To jest naprawdę wystarczający argument, aby lekarze chcieli byd
coraz lepsi i skuteczniejsi. Dziś jego zarobek zależy od stanowiska, stażu i miejsca pracy. Potem -
zależałby głównie od tego, jak by nas leczył.

Dlaczego już dziś wielkie pieniądze może legalnie zarabiad błyskotliwy piłkarz, a nie może ich, również
legalnie, otrzymad doskonały chirurg? Czyżby mecz piłkarski był dla nas ważniejszy od własnego
zdrowia i życia? Jedni aktorzy, najchętniej przez nas oglądani, zarabiają już całkiem spore pieniądze,
a beztalencia pootwierały pizzerie, bo nie miały z czego żyd. I to jest normalne. A lekarze ciągle
zarabiają „po równo”. I ci, którzy nas potrafią wyleczyd i ci, którzy nazbyt często wysyłają chorego do
Abrahama na piwo. I to nie jest normalne.

Tymczasem wiemy już doskonale, że monopol w produkcji czy handlu jest dla konsumenta groźny.
Dlaczego więc godzimy się z monopolem w sferach o wiele od handlu ważniejszych, bo decydujących
o naszym życiu, wiedzy, jakości koocówki naszego życia?
Kochajmy nasze wnuki

Gdzie można czud się lepiej, jak w gronie własnej rodziny?


Jean François Marmontel

Przypomnijmy sobie, jak kiedyś, kiedyś, wyglądała rodzina tradycyjna. Wszystkich jej członków można
było podzielid na pracujących i niepracujących. Ci pierwsi, w kwiecie wieku (dopiero potem zaczęto
o nich mówid „w wieku produkcyjnym”) musieli zarobid na utrzymanie zarówno swoje, jak
i pozostałych członków rodziny, niezdolnych do pracy już albo jeszcze. Czyli zarówno na małoletnie
dzieci, jak i na osoby starsze albo też kalekie czy niesprawne z innych powodów. Nie tylko
w plemionach pierwotnych, ale i długo potem, pierwszy do stołu zasiadał ojciec, żywiciel rodziny. Dla
niego przeznaczone były najsmaczniejsze kąski, a jeśli pożywienia brakowało - on jeden nie miał
prawa odejśd od stołu głodny. Reszta - czyli staruszki i małoletni - mogli nie dojeśd, ale żywiciel
rodziny musiał byd syty.

Ktoś się obruszy, że było to niehumanitarne. Jedli silniejsi, głodowali słabsi. To prawda, tyle że
powody były dokładnie odwrotne - jak najbardziej humanitarne. Spróbujmy sobie wyobrazid, co by
się działo, gdyby odwrócid kolejnośd napełniania żołądków: najpierw starcy i dzieci, dopiero na koocu
dorośli. Gdyby żywności było w bród, nie działoby się nic złego. Mówimy jednak o sytuacjach, kiedy
jej brakuje i nie starcza dla wszystkich. Otóż babcie, dziadkowie, niemowlęta i małolaty poszłyby spad
syte i zadowolone. A dorośli, żywiciele rodziny, musieliby zacisnąd pasa i położyd się na głodniaka. Na
drugi dzieo sił mieliby mało, w rezultacie więc upolowaliby też niewiele i na stół trafiłoby jeszcze
mniej jedzenia, niż poprzedniego dnia. Znów najstarsi i najmłodsi napełniliby żołądki, a dorośli - i tym
razem - udaliby się na spoczynek głodni. Po jakimś czasie już wszyscy w rodzinie byliby niezdolni do
zdobywania pożywienia, cała rodzina byłaby więc skazana na śmierd głodową. Dlatego, że na
początku było humanitarnie.

Jeśli jednak, bez względu na to, ile jadła jest na stole, ojciec zawsze pozostanie najedzony, będzie on
miał siłę, aby zdobywad pożywienie i przymusowe odchudzanie niepracujących członków rodziny nie
potrwa długo. Jakiś czas może byd im ciężko, ale potem znów najedzą się do syta.

Potem ten model rodziny zaczął się zmieniad, a działo się to wraz ze wzrostem roli paostwa w życiu
społecznym. Nadal było tak, że pracujący członkowie rodziny utrzymywali dzieci, ale dla osób starych
wymyślono emerytury, a dla tych, którzy przestali pracowad wcześniej z powodów zdrowotnych -
renty. Środki na nie brały się stąd, że ludzie ci, od samego początku swojej pracy zawodowej, częśd
swoich zarobków oddawali na ubezpieczenia emerytalne. W krajach zachodnich obracają nimi
i pomnażają je fundusze powiernicze. I, jak przychodzi czas przejścia na zasłużony odpoczynek,
fundusze wypłacają emerytury. System ten w różnych krajach wygląda trochę inaczej, ale pewne jego
cechy są wspólne. Częśd składki płaci zainteresowany, drugą częśd - jego pracodawca. Z tych środków
złoży się na starośd podstawowa częśd emerytury. Oprócz tego, już dobrowolnie, każdy pracownik
„doubezpiecza” się sam, płacąc dodatkowe składki, aby na starośd móc dostawad więcej.

W Polsce jest zupełnie inaczej, ponieważ po drugiej wojnie światowej komunistyczne paostwo
znacjonalizowało nie tylko fabryki i majątki ziemskie, ale także ludzi już niezdolnych do pracy.
Powiedziało społeczeostwu, że oto nastał początek wspaniałego ustroju, w którym nikt już nie musi
martwid się o siebie, bo o każdego z nas, bez względu na to, czy mu się taki stan podoba, czy
niekoniecznie - zatroszczy się paostwo. Ludzie mieli tylko pracowad, o emeryturach i rentach myślało
paostwo.

Każdego ubezwłasnowolniono. Dostawał tyle, żeby nie umrzed z głodu, ale - faktycznie - sam żadnych
składek emerytalnych nie płacił. Ogólnie tylko było wiadomo, że zarobki dlatego są niskie, ponieważ
paostwo musi mied dla nas pieniądze na szkoły, mieszkania, dotacje do żywności, a także właśnie na
renty i emerytury.

Każdy z nas, w swojej naiwności, wyobrażał sobie, że paostwo jest to taki duży, ale dobry gospodarz.
Że te pieniądze, któreśmy wypracowali, ale ich nie otrzymali, są gdzieś zebrane na jakiejś kupce. Że tą
kupką jest np. Zakład Ubezpieczeo Społecznych. Niestety, tak nie było.

Paostwo, pieniądze, które powinno było odkładad na emerytury - zwyczajnie zmarnowało. Starzy
ludzie do dziś nie rozumieją, że tych pieniędzy po prostu nie ma. One fizycznie nie istnieją, dawno
zostały bez śladu wydane. Jak strasznie musi boled ich fakt, że chod przez całe życie ciężko pracowali -
ich dzisiejsze, głodowe przeważnie emerytury, to nie są ich, odłożone kiedyś pieniądze. To są
pieniądze, które paostwo dziś odbiera ludziom jeszcze pracującym. A ponieważ liczba starych
i niezdolnych do pracy ludzi rośnie, a pracujących maleje - ci, którzy dziś przymusowo płacą wielką,
bo sięgającą połowy ich zarobków składkę na ZUS - na starośd staną przed jeszcze większą tragedią:
ich wnuczkowie mogą w koocu powiedzied - dośd! Nie będziemy płacid na kogoś, skoro my sami albo
wcale już nie dostaniemy emerytur, bo budżet paostwa się rozwali, albo też będą one
niewspółmiernie niższe w stosunku do obciążeo, jakie musimy dzisiaj ponosid.

Starzy ludzie są bardzo ambitni, ale paostwo komunistyczne tę ich ambicję podeptało i depcze ją
nadal, każąc im żyd na koszt ich dzieci, a nawet wnuków i tych, jeszcze nie narodzonych.

Przecież emerytury wypłaca się z budżetu. Z roku na rok coraz większa jest różnica między sumą,
którą zabiera się pracującym na ZUS, a tą, która potrzebna jest na wypłatę chudych emerytur. Chcąc
ją zdobyd, rząd drukuje i sprzedaje obligacje. Żeby za rok, dwa, czy trzy mied pieniądze na ich
wykupienie, będzie sprzedawad jeszcze więcej obligacji. Stworzył się łaocuszek Świętego Antoniego.
Coraz więcej i więcej ludzi będzie posiadało obligacje. Obligacje będą emitowane na coraz dłuższy
okres czasu. To znaczy, że coraz więcej i więcej pieniędzy paostwo będzie winne swoim obywatelom.
Coraz większa rzesza ciężko pracujących ludzi, zamiast przekazad przyszłym pokoleniom złoto,
mieszkania, majątek, przekaże im obligacje. Ale z czego kolejne rządy wykupią tę pożyczkę? Albo
całkiem zaduszą gospodarkę podatkami albo też nasze dzieci, a najdalej wnukowie zbuntują się
i powiedzą, że starzy, obcy ludzie nic ich nie obchodzą, gdyż ich własne rodziny umierają z głodu.
Tylko, że wtedy będzie już za późno, aby cokolwiek reformowad.

Każdy kolejny rząd jest świadom nadchodzącej katastrofy. Patrzy jak nabrzmiewa ten ropiejący
wrzód, ale łudzi się, że pęknie nie za jego kadencji. To przyzwolenie na nadchodzącą, wielką,
narodową tragedię nazywa „wrażliwością społeczną”. Tymczasem trzeba chwytad za skalpel, żeby
wrzód przeciąd, aby nie mógł narastad. Będzie bolało, będzie bardzo bolało. Ale im później, tym ten
straszliwy ból będzie jeszcze większy, już nie do zniesienia.
Jak zabrad się do tej niesłychanie skomplikowanej operacji? Może spróbujmy, przynajmniej tam,
gdzie to możliwe, wrócid do dawnego modelu rodziny.

Obecnie kilkanaście milionów pracujących, płacąc składkę na ZUS, opodatkowuje się na dziewięd
milionów emerytów i rencistów. Wielka rzesza anonimowych dawców karmi prawie tak samo wielką
rzeszę anonimowych biorców. Kowalski nie wie, kto otrzyma jego pieniądze. Malinowski nie ma
pojęcia, ilu Kowalskich złożyło się na jego zasiłek. Te wielkie pieniądze zabiera, miesza, dzieli i...
marnuje wielka liczba paostwowych urzędników. A wiemy już, że najmniej racjonalnie wydaje się
cudze pieniądze na nie swoje potrzeby.

Dzisiejsi, starzy Malinowscy mają nadzieję, że cały ten system nie rozwali się do ich ostatnich dni. Ale,
im kto dzisiaj młodszy, tym jego starośd wydaje się czarniejsza.

Delikatne przecinanie wrzodu można by zacząd od tego, aby jak największą częścią naszych pieniędzy
nie mogło gospodarowad paostwo, ale - żebyśmy zaczęli je wydawad sami. Po co mamy dawad po
kilka złotych na milion emerytów, lepiej dajmy te pieniądze naszym własnym rodzicom. Trzeba
wymyślid i opracowad system emerytalny, oparty na rodzinie, a tym samym, pozbawiony biurokracji.

Tak, jak obecnie, płaci się obowiązkową składkę na ZUS, tak powinno się ją płacid na własnych
rodziców. Dziś wielu z nas, buntując się przeciwko tak wielkim obciążeniom, chętnie zarabia „na
czarno” i nie płaci ZUS-u wcale. Inni z kolei płacą haracz na ZUS, a oprócz tego i tak w znacznym
stopniu utrzymywad muszą rodziców, gdyż głodowa emerytura absolutnie nie wystarcza im nawet na
bardzo skromne życie. Stanowczo, upaostwowienie emerytów nie wychodzi na dobre ani
pracującym, ani tym, którzy już się w życiu napracowali. Płacąc te pieniądze dla własnych rodziców,
zapewne nie chcielibyśmy ich oszukiwad. Jesteśmy przecież społeczeostwem katolickim. Zaś co do
tego, że to właśnie rodzina jest najważniejszą „komórką społeczną” zgadzają się zarówno osoby
wierzące, jak i nie. Zapewne i pracujący chętniej, niż fiskusowi, oddawaliby częśd swoich zarobków
własnym rodzicom i starzy ludzie nie musieliby się dzielid tym, co dostaną od własnych dzieci,
z obcymi urzędnikami. Ludzie zaczęliby żyd lepiej, godniej i bardziej moralnie. Żaden rodzic nie
odchodziłby na przyspieszoną emeryturę czy „lewą” rentę, gdyby to naprawdę nie było konieczne,
gdyż wstyd by mu było przed własnymi dziedmi. Dziś dzieje się tak wcale często, a ci, którzy tak czynią
w głębi swych sumieo nie czują wyrzutów. Odwrotnie - są przez paostwo oszukiwani, cieszą się więc,
kiedy i im uda się chod w nikłej części zrewanżowad.

Oczywiście, wszyscy mieliby możliwośd dobrowolnego ubezpieczenia w funduszach powierniczych.


Rodziny bezdzietne płaciłyby tam składkę obowiązkowo (jako, że nie mając własnych dzieci, nie
inwestowaliby w nie, a więc i na starośd nie mają na kogo liczyd). Rodziny posiadające jedno dziecko,
płaciłyby obowiązkowo połowę składki. Może jednak częśd rodzin bezdzietnych zechciałaby więzy
krwi zastąpid więzami ekonomicznymi i wspierad np. sieroty, oczekując po latach tego samego od
nich. Chodzi o to, aby dający i biorący byli blisko siebie, aby łączyły ich autentyczne więzy,
niekoniecznie krwi. I aby nikt po drodze ich pieniędzy nie marnował.

Najtrudniejszy, jak zwykle, będzie okres, kiedy nakłady na ubezpieczenia społeczne będą podwójne:
osoby pracujące będą je ponosid zarówno na rzecz swoich rodziców, jak i dzieci oraz na aktualnych
emerytów.
Jestem pewien, że przy powrocie do takiego tradycyjnego modelu w wielu wypadkach wzrośnie
troska rodziców o własne dzieci. Będzie ją nakazywad... zwykły egoizm, troska o własną starośd. Tam,
gdzie tych uczud rodzinnych zabraknie, będą je musiały zastąpid alimenty: na wzór tych, które dziś
obowiązują rodziców wobec dzieci. Jutro - taki sam obowiązek będą miały dzieci wobec rodziców.

Zawsze też, kto zechce wybrad inną receptę na własną starośd - będzie mógł po prostu wybrad
dobrowolne płacenie składek, rezygnując z opieki nad dziedmi. I tak okres reformy będzie o wiele
łatwiejszy. Dzięki bowiem rezygnacji z pośrednictwa urzędników - jedni będą płacid mniej, a drudzy
i tak dostaną więcej, a w najgorszym przypadku - tyle samo.

Z pewnością i tak zostałyby wyjątki. Ale lepiej będzie, aby na „utrzymaniu” paostwa były wyjątki niż
całe społeczeostwo. A i one zapewne wolałyby same składad sobie na przyszłą emeryturę
w konkretnych funduszach powierniczych, niż w anonimowym, przymusowym ZUS. Związek
z paostwem polega bowiem na tym, że pewne jest tylko to, iż trzeba dad. Natomiast wysokośd tego,
co się otrzyma i czy cokolwiek się otrzyma z powrotem jest absolutnie nie związana z tym, co się dało.

Reformowad system emerytalny trzeba natychmiast. Najtrudniejsze bowiem będą pierwsze lata.
Kiedy na już potrzebne emerytury nie będzie jeszcze pieniędzy. Dlatego ludzie, których to dotknie,
muszą mied szansę zadłużad się, ale nie u wnuków, lecz u swoich... przodków. Pieniędzmi
z prywatyzacji, czyli majątku wcale nie paostwowego lecz tego, który wytworzyli oni sami lub
pokolenia jeszcze wcześniejsze.

Jest jeszcze jedna kwestia: honor ludzi starych, spośród których wielu uważa, że woli dostad
emeryturę od paostwa, niż korzystad z „jałmużny” nawet najbliższych, bo własnych dzieci. Kwestia
honoru, to także rzecz umowy społecznej. Czy rzeczywiście wstyd jest brad od bliskich? Przecież nie
jest to powód do wstydu, ale dumy: patrzcie, jakim dobrym byłem ojcem czy matką. Jak dobrze
wychowałem i wykształciłem swoje dzieci, jak pomogłem im znaleźd dobre miejsce w życiu.

Teraz, gdy stanęły na własnych nogach, potrafią mi za to podziękowad. Dzięki latom moich starao,
moja inwestycja we własne dzieci okazała się lepsza, niż inwestycja w najlepszy fundusz powierniczy.

Nie jest wstydem brad od tych, którym się wcześniej tak dużo dało. Wstydliwa jest natomiast obecna
sytuacja ludzi starych, chociaż nie oni ją zawinili, ale paostwo. Ich składki na ZUS zostały przez
paostwo wydane, nie wiadomo ani kiedy, ani na co. Wiadomo tylko, że tych pieniędzy dawno nie ma.
A więc starzy ludzie nie dostają emerytur z tego, co paostwo z ich pieniędzy odłożyło. Oni po prostu
zostali postawieni w sytuacji, że wyciągają ręce do wszystkich pracujących. Żyją na koszt
społeczeostwa. Jeśli nie będzie reformy ubezpieczeo, to ci, którzy dziś pracują, jutro też zostaną
postawieni w upokarzającej sytuacji. Wyciągną rękę nie tylko do swoich bliskich, ale i do obcych ludzi,
którzy na tę rękę będą patrzed z oburzeniem, a nawet złością, w przekonaniu, że wcześniej niczego od
niej nie dostali.

To brutalna prawda. Ale w narodzie, jak w rodzinie, trzeba sobie mówid o wszystkim. Dopiero,
wiedząc wszystko, można podjąd najlepszą decyzję.
Tabakiera dla nosa

Zadaniem rządu jest sterowad łodzią nie zaś wiosłowad.


E. S. Savas

Przeanalizowaliśmy tylko kilka, ale za to najważniejszych usług, świadczonych obywatelom przez


paostwo. Z pozostałymi dzieje się podobnie, jak z oświatą, służbą zdrowia czy systemem rentowo-
emerytalnym: są wykonywane źle, niesprawnie i bardzo kosztownie. Znaczna częśd Produktu
Krajowego Brutto, czyli wypracowanego przez nas bogactwa, jest po prostu przez paostwo
marnowana. To, co zostaje nam z naszego dorobku odebrane jest niewspółmiernie wielkie
w porównaniu do złej jakości usług, które w zamian otrzymujemy.

Pierwszą przyczyną tego stanu jest fakt, iż najpierw odbiera się wielu ludziom, aby wymieszad
i podzielid znów na wielu. Zrywając więź dawcy z biorcą powoduje się, że obaj nie są w stanie ani
wydad racjonalnie swoich pieniędzy, ani otrzymad za nie przyzwoitego „towaru”. Jednym odbiera się
niewspółmiernie wiele, inni otrzymują niewspółmiernie mało. Źle, ale za to kosztownie. Nie zmieni
się tego, dopóki przez ręce paostwa, czyli reprezentującej je biurokracji nie będzie przechodzid coraz
mniej i mniej naszych pieniędzy. Musimy je wydawad sami, na potrzeby swoich własnych rodzin.
Droga do tego wiedzie przez tworzenie systemów świadczenia usług społecznych tak, aby jak
najmniej pieniędzy przechodziło przez ręce paostwa.

Żeby to osiągnąd trzeba odebrad paostwu „możliwości wykonawcze”. Niech rozpoznaje problem,
inicjuje działanie, a potem - analizuje jego wyniki. Jak największa ilośd dóbr (szkoła, szpital, fundusze
powiernicze) powinna natomiast byd prywatna. Wtedy wszelkie problemy zaczynają rozwiązywad się
same.

Podaż tych dóbr zapewnia rynek. Konsumenci zgłaszają popyt, zaś przedsiębiorcy wytwarzają je
i sprzedają po cenie satysfakcjonującej obie strony. Niestety, duża częśd dóbr ma charakter
zespołowy. Tutaj filozofia działania musi byd inna, specyficzna. Zespoły powinny byd jak najmniejsze,
żeby mogły szybko i elastycznie reagowad na zmianę zarówno potrzeb, jak i warunków.
Zdecentralizowanie zwiększa inicjatywę ludzi, ich zaangażowanie i chęd do pracy. Wtedy także musi
zmienid się sposób finansowania tych dóbr.

Obecnie, jest to worek bez dna. Gdyby oświata czy służba zdrowia jutro otrzymały dwa razy więcej
pieniędzy, to - byd może - przez krótki czas zadowoleni byliby ich pracownicy, gdyż otrzymaliby
podwyżki, natomiast na pewno nie poprawiłby się ani system kształcenia, ani system leczenia. Nie
tędy droga. Źle się dzieje nie tylko dlatego, że pieniędzy jest za mało, ani nawet nie przede wszystkim
dlatego, chod i to jest prawdą. Pierwszą przyczyną jest brak oceny skutków. Nauczyciel ocenia ucznia
nie wedle tego, jak długo się uczył, ale - czy się nauczył. Ze szkołą i samym nauczycielem musi byd
podobnie. Nie należy ich wynagradzad za samo staranie, ale za jego rezultaty.

Najpierw więc trzeba znaleźd metodę pomiaru wykonywanej pracy. Jeśli nie mierzy się wyników
pracy, to nie sposób odróżnid sukcesu od porażki. A taki stan jest groźny, bo staje się bardzo
prawdopodobne, że nagradzany także nie jest sukces, ale właśnie porażka.
Nie odróżniając sukcesu od porażki, nie dowiemy się też, co robid, aby sukces osiągad częściej, zaś
porażek unikad. Umiejętnośd osiągania sukcesów pociąga za sobą poparcie społeczne, które dla
paostwa (czy dokładniej - rządu) jest niezbędne. Jeśli jednak nie umie tego osiągad, ucieka się do
przymusu i represji.

Tylko odróżniając sukces od porażki, będziemy też potrafili osiągad wysoką jakośd każdego towaru,
także usług społecznych. Z drugiej strony, pomoże temu zastosowanie w praktyce zasady konkurencji.
Tylko ona bowiem może zmusid paostwowe i prywatne monopole do reagowania na potrzeby
klientów, do zwiększania wydajności, do lepszego wykorzystania każdej złotówki.

Publiczny szpital rejonowy, kiepsko finansowany z budżetu, ma w nosie zdrowie „swoich” pacjentów.
Prywatny musi je szanowad, bo w przeciwnym razie pacjent pójdzie się leczyd do konkurencji.

Nie będziemy zadowoleni, dopóki cała sfera usług społecznych nie zacznie się kierowad naszym
interesem. Dziś wcale nie zabiega o nas, ale o pieniądze z budżetu. To się musi zmienid, zabiegad ma
o nas. Stanie się to wtedy, gdy My będziemy mogli wybierad, gdy zapanuje konkurencja. Koniecznośd
zabiegania o nas zmusi szkoły, szpitale i wszystkich innych do dostosowania owoców ich pracy do
naszych oczekiwao. Będzie im więc zależed, aby zaoferowad nam dokładnie to, czego żądamy i po
cenie, jaką zaakceptujemy. To konkurencja - a nie kontrola - zmusi usługodawców do jak najbardziej
racjonalnego wydawania naszych pieniędzy.

W usługach, tak jak wszędzie indziej, powinna raczej obowiązywad zasada, że trzeba zarabiad, a nie -
wydawad. Osiągad to można przez rozszerzenie zakresu usług, za które pobiera się pieniądze.
Wydawad się powinno pieniądze w taki sposób, aby w przyszłości móc zaoszczędzid, a więc - na
zapobieganie chorobom, bo ich leczenie - zwłaszcza w stanie zaawansowanym - jest i bardzo drogie i
- niestety - jakże często nieskuteczne.

Każde działanie w tych ważnych sferach naszego życia, musi byd więc dokładnie analizowane. Czynid
trzeba to, co będzie dobre w przyszłości, nie to, co dobre było wczoraj. Żeby tego dokonad, rząd nie
może się martwid o budżet, który jest konstruowany tylko na rok, a po grudniu - chodby potop.
Przerzucanie ciężaru ponoszenia wydatków bezpośrednio na ludzi oraz oszczędności wynikające
z bardziej efektywnego wydawania pieniędzy, zaowocują sytuacją, w której paostwo nie będzie
potrzebowało ich aż tak wielu. A więc podatki, tak bardzo szkodzące gospodarce, będą mogły zostad
zmniejszone. Dochody z prywatyzacji przestaną byd „przejadane”, lecz zostaną przeznaczone na
inwestycje, które w przyszłości przyniosą pożytek, staną się np. zaczynem funduszy powierniczych,
a te przyniosą zysk emerytom i rencistom w okresie przejściowym, czyli wtedy, gdy zerwany zostanie
łaocuszek dobrej woli między pokoleniami i najmłodsi zbuntują się przeciwko spłacaniu przez nich
zbyt wielkich długów, jakie w przeszłości - nie pytając ich o zgodę - zaciągnęło paostwo.

Dzisiaj, gdy rząd sprzedaje fabrykę, którą wybudowali nasi ojcowie, słyszymy, że budżet dzięki tej
transakcji osiągnął dochód. Dochody z prywatyzacji płyną do budżetu i w tym samym roku zostają
roztrwonione. Nikt nie protestuje, że tak się dzieje, co najwyżej - że sprzedano za tanio. Czy jednak
my, w rodzinie, zachowalibyśmy się tak samo? Jeśli ojcowie i dziadkowie, oszczędzając nie tylko na
własnych przyjemnościach, ale nierzadko drogą wyrzeczeo, zostawili nam jakieś kosztowności, to któż
z nas sprzedaje je, aby bardziej wykwintnie się odżywiad, czy - nie daj Boże - przepid owoce ich
ciężkiej pracy? Oni oszczędzali na czarną godzinę i my robimy to nadal. Wiemy, że jeśli w rodzinie
zdarzy się nieszczęście, np. ciężka choroba, to mamy prawo spieniężyd to, co odziedziczyliśmy po
naszych przodkach, aby ratowad rodzinę. Nie przyszłoby nam jednak do głowy, aby trwonid owoce ich
ciężkiej pracy tylko dlatego, aby sobie poprawid poziom życia. Owszem, możemy sprzedad klejnoty
i kupid ciężarówkę, która stanie się warsztatem naszej pracy i dzięki której mamy szansę zarobid dużo
więcej niż warte były kosztowności. Ale to jest inwestycja, robiona z myślą o lepszej przyszłości naszej
rodziny. Jeśli jednak, zamiast ciężarówki, kupimy luksusowy samochód osobowy, aby zaszpanowad
i jeździd wygodniej, to nie będzie to inwestycja w przyszłośd, ale - marnotrawstwo.

A rząd robi właśnie tak, jak nie uczyni żaden odpowiedzialny ojciec rodziny! Fabryki paostwowe
wybudowano nie za pieniądze rządów, ale dzięki pracy naszych ojców, których zapłata była dużo
mniejsza, niż wartośd tej pracy. To była ich inwestycja w przyszłośd. Teraz rząd, sprzedając je, mówi,
że to on osiągnął dochód. Jaki dochód? Rząd niczego nie zarobił, on się zwyczajnie zadłużył. Tyle, że
tym razem, nie u naszych wnuków, ale ojców i dziadków. On sobie pożyczył pieniądze z przeszłości.

Zmniejszenie wydatków paostwa spowodowałoby też, że z roku na rok nie powiększałby się, lecz
w koocu zaczął kurczyd deficyt budżetowy, czyli wielki dług, do którego spłacania zmusi się z kolei
nasze dzieci i wnuków. Dzisiaj rząd pożycza na prawo i lewo. To od banków zagranicznych, to od
własnego społeczeostwa - sprzedając mu obligacje, które ktoś w przyszłości będzie musiał wykupid
i to wraz z wysokimi odsetkami. Rosną więc podatki, aby rząd miał z czego spłacad ten dług publiczny.
Ciągle jednak paostwo wydaje więcej niż zarabia, żyje jakby na kredyt.

I tutaj znów czyni tak, jak nie robi zwyczajna rodzina. Poszczególne rodziny, planując swoje wydatki,
usiłują się zmieścid w swoich zarobkach. Jeśli się dopożycza, to na krótko, aby szybko pozbyd się
długu. Meble czy samochód na raty kupują tylko ci, których dochody są pewne i wiedzą, że zarobią
tyle, aby spłacid pożyczkę. Czy ktoś jednak słyszał o rodzicach, których zarobki nie wystarczają na
kupno „malucha”, ale mimo to pożyczają od kogoś pieniądze (chod w takiej sytuacji tylko wariat
udzieli pożyczki) i wystawiają weksel w imieniu dzieci, które jeszcze nawet nie poszły do przedszkola?

Rodziny postępują racjonalnie. Ale suma rodzin, jaką jest społeczeostwo, wydaje się tracid głowę. Jak
to się dzieje? Wracam, jak pijany do płotu - bo w rodzinie roztrwania pieniądze konkretny ojciec,
a jego długi spłacad będzie musiał konkretny syn. Może dojśd do sytuacji, że tatuś - utracjusz nie
będzie w stanie spojrzed mu w oczy. A w paostwie anonimowy tłum biorców miesza się
z anonimowym tłumem dawców. Wydając samemu własne pieniądze, śledzimy, czy postąpiliśmy
właściwie. Oddając je paostwu, zupełnie tracimy nad nimi kontrolę. Kto spojrzy w oczy naszym
wnukom?

Tak, jak kiedyś rodziny lokowały oszczędności w złocie, dolarach, tak teraz coraz więcej osób,
zachęconych wysokim oprocentowaniem, kupuje od paostwa obligacje. Żeby kupowały je jeszcze
i jeszcze - rząd zwiększa oprocentowanie. Na razie jest dokładnie tak, jak w łaocuszku Świętego
Antoniego. Ale kiedyś wnuki się zbuntują, gdyż zorientują się, że jest to hochsztaplerka. Nie zechcą
kupowad obligacji, a więc - nie zechcą spłacad długów, jakie - ich kosztem - zaciągnęło paostwo. Ten
moment będzie koocem paostwa. Społeczeostwo zostanie z obligacjami, które - żeby kupid - musiało
ciężko pracowad, a okazuje się, że one nie są nic warte. Bo nikt nie chce ich wykupid. Ten moment
dramatycznie się zbliża. Wrzód narasta, a kolejne rządy boją się chwycid za skalpel. Żyją w nadziei, że
pęknie, jak już one odejdą od władzy. Rządy się zmienią, ale społeczeostwo pozostanie.
Część II
Siła pozoru

Zarówno ubóstwo jak i bogactwo są pochodnymi wiary


Thomas Jefferson

Wiara czyni pieniądz

Pieniądz nie jest kołem handlu, jest oliwą, która sprawia, że koło to porusza się gładko.
David Hume

Pieniądze szczęścia nie dają, bywają brudne, chociaż jak mówi kolejne powiedzenie, nie śmierdzą,
a bogaczowi łatwiej przejśd przez ucho igielne, niż wejśd do królestwa niebieskiego. Ale królestwa
ziemskie funkcjonowad bez nich nie mogą. Są bowiem dla gospodarki tym, czym krew dla ludzkiego
organizmu. Obieg krwi w żyłach człowieka dostarcza jego komórkom tlenu i innych składników,
niezbędnych do życia. Krwioobiegiem gospodarki są natomiast pieniądze. To dzięki nim do
gospodarki paostwa czy świata pompowane są surowce, zasoby siły roboczej i same pieniądze.

Człowiek pierwotny nie wiedział, co to pieniądz. Ale żył nie w paostwie, tylko w gromadzie
dwunogich, podobnych do niego. Gromada była samowystarczalna. Jedni jej członkowie polowali
i zdobywali pożywienie, inni je przygotowywali, sami wyprawiali skóry upolowanych zwierząt i sami
bronili się, jeśli napadli ich członkowie innej gromady. Zwierząt ubijano tyle, żeby się nasycid
i ewentualnie przygotowad zapasy. Skór wyprawiano także tylko tyle, ile potrzeba było na spanie
i przyodzianie istot dwunożnych, należących do tej jednej grupy. Inne gromady postępowały
identycznie.

Z czasem można było zaobserwowad wśród nich coś w rodzaju specjalizacji. Gromady, żyjące nad
wodą, zdobywały więcej ryb i szybciej „wynalazły” skuteczniejsze sposoby ich przechowywania.
Ludzie zamieszkujący leśne ostępy mieli ładniejsze futra na przyodziewki i posłanie. W innym z kolei
ludzkim skupisku narodził się talent, który potrafił wyprodukowad wyjątkowo poręczną i skuteczną,
bo nabijaną krzemieniem maczugę. Jak się zestarzał, tajniki swojego zawodu przekazał młodszemu
członkowi swojej gromady i od tej pory była ona o wiele lepiej uzbrojona niż te, z którymi czasami
przychodziło im wojowad. Producentowi maczug nudno było samemu nabijad krzemienie, więc
przyuczył do roboty jeszcze dwóch kumpli. Większośd jednak dniówki łazili po drzewach i zbijali bąki,
gdyż ich gromada nie potrzebowała aż tylu maczug, ile byli w stanie wytworzyd. I tak kilka walało się
niepotrzebnie w kącie groty, w której zamieszkiwała wspólnota. W kątach groty innych ludzi
pierwotnych zgromadziła się sterta glinianych naczyo, które oni pierwsi nauczyli się lepid i wypalad.

Ludzie pierwotni często dłubali w nosie i ziewali z nudów, albowiem po wypełnieniu obowiązków,
związanych z zapewnieniem gromadzie pożywienia, zostawało im jeszcze dużo czasu. Nie wszyscy
przecież musieli czuwad, czy do ich siedziby nie zbliżają się dzikie zwierzęta lub inny nieprzyjaciel. Z
tych nudów, bywało, znów nalepili trochę garnków i dorzucili do innych, których nie mieli potrzeby
używad. Albo narobili maczug, chod broni mieli już grubo więcej, niż było członków gromady,
z niemowlętami włącznie.

Pewnego razu najlepiej uzbrojona gromada natknęła się przy wodopoju na inną grupę, której
najwyraźniej nowe miejsce bardzo się podobało. Przewaga liczebna przybyszów była wyraźna, ale ich
uzbrojenie ani się umywało do broni, którą dysponowali napadnięci. Kudy ich gołym pałom do
nabijanych krzesiwem maczug. Bitwa była krwawa, trup słał się gęsto, w rezultacie intruzi musieli
odstąpid. Ale zanim wycofali się na z góry upatrzone pozycje, poległemu wojownikowi przeciwnika
wyrwali z bezwładnej ręki maczugę.

Już w bezpiecznym miejscu przywódca gromady zaczął maczugę wąchad i oglądad i już na drugi dzieo
wiedział, że przyczyną tak sromotnej porażki jego ludzi były owe kawały ostrego krzemienia,
osadzone w drewnie. Zanim nadeszła zima, przywódca zdał sobie sprawę, że aby pokonad
przeciwnika i zająd jego grotę przy wodopoju - musi mied równie skuteczną broo. Nakazał więc swoim
wykonad serię podobnych maczug, na wzór i podobieostwo zdobycznej. Nic jednak z tego nie wyszło.
Krzemienie, jakie udawało im się znaleźd, kruszyły się przy nabijaniu.

Napadanie było dla i tak mocno przerzedzonych szeregów obcych przybyszów nazbyt ryzykowne. Ale
specjalizacją owej gromady był spryt i szybkie myślenie. Zgrzybiały już przywódca, zmuszony do
przekazania władzy nad gromadą młodemu następcy, wraz z cenną maczugą przekazał mu cenny
pomysł. Przed laty, kiedy napadli na inną gromadę, pobili ją i zabrali kilka kobiet, gdyż własnych
odczuwali niedostatek. Jedna z nich zdążyła zabrad do niewoli gliniane naczynie.

Takiego urządzenia obcy nie znali. Ale jakież było ich zdziwienie, gdy niewolnica wlała do garnka
wody i włożyła doo mięso, które do tej pory piekli tylko przy ogniu, albo wręcz jedli na surowo. Po
przyrządzeniu pierwszej gotowanej potrawy niewolnica na stałe powędrowała na posłanie
przywódcy. Garnek nie był jednak duży, a inni członkowie gromady - spróbowawszy gotowanego -
także zapragnęli urozmaicenia własnego menu. W gromadzie zaczęły się szeptanki, ukośne spojrzenia
i sprytny przywódca wkrótce się zorientował, że to się nie może dobrze skooczyd. Pobratymcy
najwyraźniej mieli ochotę nie tylko na jego garnek, ale i żonę, a niewykluczone, że także i władzę.

Z pomocą nieoczekiwanie przyszła mu żona. Ona także wyjątkowo była zadowolona z niewoli, a to
z powodu posłania, które przyszło jej dzielid z przywódcą. Niedźwiedzie skóry, na których polegiwali
były o wiele lepiej wyprawione, a więc i bardziej miękkie, niż w jej ojczystej gromadzie. Najpierw
długo, bo na migi, niewolnica tłumaczyła mężowi co chce zrobid. Potem on, też w ten sam sposób,
przekazał pomysł pobratymcom. Zwinęli skóry, kobiety z gromady usadowiły niemowlęta na plecach
i udali się z powrotem... do koczowiska krewniaków swoich niewolnic. Nie chcieli przelewu krwi, więc
zatrzymali się w stosownej odległości. Ostatnie kilometry, obładowana skórami, niewolnica przeszła
już sama. Niebawem wróciła, obładowana glinianymi naczyniami. Od tej pory obie gromady żyły
w przyjaźni, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak wielki uczynili krok w rozwoju cywilizacji -
zawarli przecież pierwszą w świecie transakcję barterową - czyli towar za towar.

Od tej pory świat zaczął kręcid się szybciej. Jeden z członków kiepsko uzbrojonej gromady wziął
gliniany garnek i podkradł się pod grotę producentów maczug. Naczynie zostawił, a sam uciekł
w krzaki. Zgodnie z jego przewidywaniami, ten który stał na czatach, szybko garnek znalazł i z
ciekawością zaczął oglądad, jako że nigdy czegoś takiego nie widział. Obwąchiwanie naczynia
sprawiało mu wyraźną przyjemnośd, więc szybko poleciał podzielid się nią z innymi członkami swojej
groty. Jak zaczęli zdobycz wąchad i wyrywad z rąk, to któryś upuścił na kamieo i naczynie szlag trafił.
Gdyby ten, który całą scenę obserwował z krzaków, już wtedy umiał mówid, to niechybnie puściłby
wtedy jakąś soczystą wiązankę. Przepadła szansa, że uda mu się w zamian uzyskad kilka maczug.

Pomysł trzeba było udoskonalid. Następny garnek, z którym podkradł się do nieprzyjaciół, nie był już
pusty, ale zawierał gotowaną potrawę. Jak najlepsi producenci maczug spróbowali gotowanego
mięsa, to - wylizując garnek - wprawdzie znowu go stłukli, ale byli już wyraźnie bardziej skłonni do
pokojowych pertraktacji.

I tak rozwinął się handel wymienny. Skóry „chodziły” za garnki, te ostatnie świetnie wymieniały się na
maczugi. Zaś ludzie pierwotni zaczęli więcej pracowad, gdyż za towar, w produkcji którego byli
w okolicy najlepsi, mogli od wędrującej gromady uzyskad inny, którego do tej pory nie znali, albo
robili gorzej. Ludzie pierwotni poznali też, co to jest zwiększony apetyt konsumpcyjny.

Radośd w puszczy była wielka, ale z czasem pojawiło się niezadowolenie. Okazało się, że w tym
rewelacyjnym systemie coś jednak zgrzyta.

Ci, którzy sprzedawali ryby mogli swoje apetyty konsumpcyjne zaspokajad tylko do zimy, dopóki rzeka
nie zamarzła. Jeśli gromada handlowców pojawiła się zimą, rybacy nie mieli jej czego zaoferowad.
Towaru nie było. Inni też nie zawsze byli zadowoleni. Oferta kupców nie zawsze im odpowiadała,
a nieumiejętnośd długiego przechowywania swojego towaru - aż do następnej wizyty handlowców -
zniechęcała do wytężonej pracy. Gospodarka ówczesnego świata osiągnęła taki stopieo rozwoju, że
nie mogła się już dalej rozwijad.

Nasi przodkowie odczuli potrzebę wprowadzenia do gospodarki swoich gromad czegoś, co można by
nazwad dobrem przejściowym. Posiadacze ryb chcieli jeśd mięso nie tylko latem, gdy byli w stanie
złowid dużo swojego towaru, ale także wtedy, gdy rzeki były skute lodem. Nie mogli zaś nakupid
latem dużo mięsa na zapas, bo jego także nie umieli jeszcze przechowywad. Gromady odczuły
potrzebę sprzedawania swego towaru za coś, co im w danej chwili nie jest potrzebne, ale za jakiś czas
będą to „coś”, mogli wymienid na pożądane przez siebie dobra. Właśnie owo „coś” umożliwiłoby
przeniesienie transakcji barterowej zarówno w inne miejsce, jak i czas, bo nie zepsuje się latem.
Pozwoliłoby też włączyd do transakcji innych. Jeszcze nie wiedzieli, że ich gospodarka zacina się, bo
po prostu brakuje jej pieniędzy. Wiedzieli natomiast, jakimi cechami powinno się charakteryzowad to
„coś”, czyli owo dobro przejściowe. Powinno otóż byd ogólnie znane, aby wszyscy uczestnicy
wymiany znali jego wartośd rynkową. Jeśli jedni mają garnki i mogą je zamienid tylko na futra, które
im w tej chwili nie są potrzebne, to barter nie dojdzie do skutku. Jeśli jednak kupiec zapłaci czymś, za
co od innego kupca, albo od tego samego, ale za jakiś czas, kupią maczugi - to wtedy transakcja
dochodzi do skutku. Dobrami, które spełniały te wszystkie warunki bywała sól, płótno, zboże, srebro,
kosztowności, a długo, długo potem np. w Polsce, w stanie wojennym - papierosy i wódka.

Ekonomiczna wartośd półlitrówki Wyborowej w kraju, który wówczas uważał się za dziewiątą potęgę
przemysłową świata, była wyższa, niż ówczesnych złotówek. Za złotówki trudno było kupid cokolwiek,
za wódkę - szło bez pudła. Brali ją chętnie nawet abstynenci, gdyż równie bezproblemowo uzyskiwało
się za nią szynkę, czy czekoladę. Ile promili alkoholu znajdowało się w krwioobiegu naszej gospodarki
u schyłku socjalizmu? A ile go do tej pory płynie za naszymi wschodnimi granicami?
Kiedy już nasi przodkowie wynaleźli owo dobro przejściowe, które stało się praprzodkiem pieniądza,
znów radośd ich była wielka. I znów gospodarka żwawo ruszyła do przodu, a wraz z nią szybko
rozwijały się tak zwane siły wytwórcze, co z kolei stało się przyczyną nowych perturbacji. Ludzie
i wtedy już nie pierwotni - najpierw poznali smak inflacji, a potem - deflacji.
Na huśtawce, czyli od inflacji do deflacji

Najlepszy towar to najgorszy pieniądz.


Anonim

Sól oraz inne ówczesne dobra przejściowe, które pełniły rolę dzisiejszego pieniądza, dlatego
nadawały się do tego tak dobrze, iż ich podaż rosła bardzo wolno. Mozolna była wtedy technologia
produkcji. Trzeba było odparowad wielkie ilości morskiej wody, aby uzyskad garśd soli. Jeśli nawet
wydobywano ją w prymitywnych kopalniach, to także potrzebna była do tego praca wielu ludzi. Ten
protoplasta pieniądza pierwotnego, czyli - pieniądz towarowy stał się czymś w rodzaju „zamrażarki
ludzkiej pracy”.

Jedni ciężko pracowali, żeby zdobyd mięso, po czym sprzedawali je za kilogram soli. Wysiłek tych od
mięsa był porównywalny z wysiłkiem ludzi wysuszających morze, jak np. 50 do 1. Za 50 kg mięsa
uzyskiwano 1 kg soli. Łatwiej i poręczniej było ją wozid kupcom. Zadowoleni z takiego środka
płatniczego byli także ich klienci. Nie musieli swoich łatwo psujących się ryb zamieniad na równie
szybko tracące świeżośd mięso. Czyli - nie musieli pewnej ilości własnej pracy zamieniad na
ekwiwalent pracy cudzej, który trzeba szybko skonsumowad, zanim się zepsuje. Dopiero długo potem
wymyślono pierwszą lodówkę, a mimo to tę ludzką pracę dało się zamrozid. Zahibernowano ją
w pieniądzu towarowym, jakim stała się sól. Nie trzeba jej było wymieniad na inny towar
natychmiast. Można to było zrobid za tydzieo, miesiąc, czy jeszcze później. Można było nie „zjadad”
pracy ludzkiej, zawartej w mięsie natychmiast, bo zachowywała ona swoją świeżośd (w
przeciwieostwie do mięsa) jeszcze długo potem. Kilogram soli był wart tyle samo kilogramów mięsa
co przedtem. Podobnie rzecz wyglądała, gdy walutą było płótno, czy zboże. Ich podaż była bowiem
ograniczona, a ilości, o które się powiększała były przez ówczesnych konsumowane. A więc cechą
pieniądza towarowego było nie tylko to, że dawał się przeliczyd na inne dobra, ale że sam także był
dobrem użytkowym i stosunkowo rzadkim. Solą ludzie nie tylko płacili, ale także ją jedli. Ta jej
wartośd użytkowa utwierdzała ich w przekonaniu, że warto ją gromadzid, bo nie traci na swojej
wartości. Ludzie zawsze będą solid potrawy, szyd odzież z płótna, czy przyozdabiad szyje ukochanych
kobiet szlachetnymi kamieniami. Pieniądz towarowy, nawet gdyby z jakichś przyczyn tracił na swojej
wartości jako środek płatniczy, to zawsze będzie potrzebny do konsumpcji. Uważano go więc za
bezpieczny.

I jeszcze coś. Kiedy ludzie używają pieniądza towarowego, to każdy z nich może osobiście
uczestniczyd przy jego wytwarzaniu - odsalad wodę morską, siad len, tkad z niego płótno, czy też
szlifowad drogie kamienie. Każdy może mied więc niejako w domu swoją mennicę, czyli fabryczkę
pieniędzy. Paostwo jeszcze do gry nie wchodzi, nie ingeruje w to co dzieje się na rynku. A mimo to
wszystko jakoś się kręci. Jeśli jednak zbyt wielu ludzi uruchomi swoje „mennice”, to podaż pieniądza
towarowego gwałtownie rośnie. Do tego przyczynia się też rozwój techniki. Soli jest coraz więcej, nie
tylko dlatego, że coraz więcej osób chce odparowywad wodę morską. Nowe maszyny i urządzenia
niesłychanie podnoszą wydajnośd jej produkcji. Atrakcyjne staje się też kopanie soli z ziemi, gdy sporą
częśd wysiłku człowieka przejmują maszyny. Co wtedy dzieje się na rynku?
Przez wiele lat za jeden kilogram soli można było otrzymad 50 kg mięsa. Rozwój techniki spowodował
gwałtowny wzrost podaży soli, a więc mięso zaczyna względnie „drożed”. Jego prawdziwa wartośd nie
rośnie, ale aby kupid 50 kg mięsa trzeba już 2, 10, a wkrótce 50 i 100 kg soli. Gwałtowna podaż
pieniądza spowodowała szybki wzrost cen innych towarów i zjawisko, które dobrze znamy, czyli -
inflację. Złamane bowiem zostało jedno z podstawowych praw: równowaga między podażą pieniądza
a popytem na niego.

Jeśli podaż pieniądza rośnie, a dóbr, które można za niego kupid nie przybywa - ludzie tracą do
pieniądza zaufanie. Przedtem wierzyli, że mogą mied w domu tyle worków soli, ile będą w stanie
zgromadzid i - gdy im przyjdzie ochota - zawsze wymienią je na inne dobro, nie tracąc na tym, że
„pieniądze” leżały. Teraz widzą, że worek soli nie starcza im już na kilogram mięsa, chociaż jeszcze
niedawno był wart 50 razy więcej. Szybko się więc pozbywają zapasów, bo za chwilę będą warte
jeszcze mniej. Zostawiają sobie tylko tyle, ile potrzeba im do przyprawiania jedzenia. Sól traci swoją
wartośd jako środek płatniczy i zachowuje tylko swoje walory użytkowe. Jako zamrażarka pracy
ludzkiej stała się bezwartościowa - praca się w niej psuje, staje się mało warta. Przyszła chwila, że sól
musi zostad zdetronizowana, przestaje służyd jako środek płatniczy. Jej rolę przejmuje teraz inny
towar, który będzie się do niej nadawał. I do którego ludzie będą znów mieli zaufanie. I tak oto
odkryliśmy następne prawo: „lepszy pieniądz zawsze będzie wypierał gorszy”.

Dlatego w czasach, kiedy złotówek było o wiele więcej niż towarów, które można było za nie kupid -
woleliśmy zawierad transakcje w dolarach, mimo że było to niezgodne z prawem. W dolarze jednak
nasza praca nie traciła na wartości, w rodzimej walucie natomiast psuła się, jak w zdezelowanej
zamrażarce. Nikomu się więc za złotówki nie chciało pracowad. Ludzie mieli więc coraz więcej
wolnego czasu i nie wytwarzali dóbr, poszukiwanych przez innych.

Krawiec wolał dłużej pospad niż uszyd jeden garnitur więcej. Ale chod dłużej odpoczywał, humor miał
coraz bardziej kiepski. Nie mógł bowiem dostad porządnych butów, gdyż szewcom też nie bardzo
chciało się pracowad. Czy dlatego, że w owych czasach ludzie byli bardziej leniwi? Nie. Dlatego, że
nastąpił zator w krwioobiegu gospodarczym. Szewc swoją pracą nie zaspokajał popytu krawca, bo
zabrakło prawdziwego pieniądza, który by rzetelnie odzwierciedlał wartośd pracy ich obu. Tak, jak
przed wiekami postęp techniczny zdeprecjonował sól jako środek płatniczy (zrobiło się jej bowiem za
dużo), tak wiele lat potem, w czasach realnego socjalizmu, głupota rządzących deprecjonowała
wartośd złotówek, ponieważ drukowano ich za dużo, rujnując równowagę między podażą pieniądza,
a popytem na niego - i to spowodowało, że my, Polacy, o wiele gruntowniej niż inne narody,
przerobiliśmy bolesną lekcją ekonomii, której temat brzmiał „inflacja”.

Temat kolejny, czyli „deflacja” wydaje się o wiele bardziej obcy. Żeby go zgłębid, ponownie cofnijmy
się w czasie do lat, kiedy ludzie rozczarowali się pieniędzmi towarowymi, czyli solą, płótnem czy
zbożem.

Zawiedli się na pieniądzu, ale się na niego nie obrazili. Nie zaczęli więc ponownie zamieniad towaru
na towar, lecz główkowali nad ulepszeniem pieniądza. Wiedzieli, że aby mogli mied do niego zaufanie
- musi on byd i pozostawad, niezależnie od postępu technicznego, dobrem naprawdę rzadkim.
Warunki te najlepiej spełniało złoto.

Wprawdzie przez wieki alchemicy niezmordowanie usiłowali je wytworzyd w swoich „laboratoriach”,


ale żadnemu się to nie udało. Złota jest ciągle tylko tyle, ile go zawierają naturalne złoża. Zaś sposób
pozyskiwania kruszcu z owych złóż ciągle na tyle mozolny, że podaż złota nie może rosnąd
gwałtownie. Tak więc złoto okazało się pieniądzem tak dobrym, że aż... za dobrym.

Oprócz ograniczonej podaży, ma ono także inne cechy, jakimi musi się charakteryzowad pieniądz
doskonały. Trwałośd - można je przechowywad przez wiele lat, w najtrudniejszych nawet warunkach,
a ono się nie roztopi, nie zardzewieje i nie straci nic na swojej wartości. Jest także łatwe do
przenoszenia - za wiele kilogramów mięsa czy ryb otrzymuje się niewielką ilośd złota. W dodatku jest
ono podzielne.

Tak więc złoto, jako pieniądz, bardzo się ludziom spodobało. Pieniądzem doskonałym uczyniła go ich
wiara w to, że jest taki doskonały. Wierzyli, że inni również wierzą, iż jest dobry, a więc warto za
niego pracowad. Wymiana więc złota na pracę ludzką i pracy na złoto przebiegała idealnie. A że nic
tak nie dopinguje do pracy, jak dobry pieniądz - więc ludzie znów ochoczo rzucili się do zarabiania.
Chcieli mied złota coraz więcej i więcej. Dlatego, że dzięki niemu mogli wejśd w posiadanie wszystkich
innych atrakcyjnych dóbr oraz dlatego, że chcieli je gromadzid na potem. Kruszec ten był przecież tak
doskonałą zamrażarką ludzkiej pracy, że nie tylko nie traciła ona w niej wartości, ale wręcz odwrotnie
- z czasem zaczęła zyskiwad. Człowiek za grudkę złota sprzedawał np. 50 kg mięsa, a z czasem
okazywało się, że tę samą grudkę złota może już zamienid na 60 kg mięsa. Ta wiara, że złoto nie tylko
nie traci, ale nawet zyskuje na wartości - jeszcze bardziej mobilizowała ludzi do pracy. Za otrzymane
za nią złoto nie chcieli już kupowad innych rzeczy, woleli je chowad i gromadzid. Uczenie nazywa się to
tezauryzacją.

I znów zaczęło się dziad coś dziwnego. Ludzie rwali się do roboty, rezygnując z wolnego czasu, aby
tylko zarobid trochę więcej złota. Jak tylko mogli, unikali zamieniania go na inne dobra, bo przecież
z czasem za tę samą ilośd złota mogli ich mied jeszcze więcej. Popyt na złoto rósł więc coraz bardziej,
a jego podaż zupełnie za tym nie nadążała. Wręcz odwrotnie. Na rynku złota - jako pieniądza - było
coraz mniej, ponieważ ludzie je tezauryzowali, czyli - gromadzili w charakterze oszczędności.

Przypominamy sobie, że w czasach, gdy pieniądzem była sól, doszło do zachwiania równowagi między
popytem na ten pieniądz, a jego podażą. Soli gwałtownie przybywało, co zakooczyło się jej
deprecjacją, jako pieniądza i gwałtownym wzrostem cen wszystkich innych towarów. Teraz, gdy
pieniądzem stało się złoto - znów dochodzi do zachwiania tej równowagi. Tyle, że jakby z drugiego
kooca - podaż pieniądza staje się zbyt mała. To doprowadza do relatywnego obniżenia cen wszystkich
innych towarów - nazywamy to deflacją.

Wbrew pozorom jednak - ludzie wcale nie mają z tego tytułu powodów do radości. Towarem jest
przecież także ich praca i za ten towar dostają oni teraz coraz mniej pieniędzy, czyli - złota. W
dodatku usiłują tego złota nie wydawad, wolą je zachowad na czas, gdy będzie warte jeszcze więcej.

Rynek zaczyna więc wyglądad coraz dziwniej. Jest na nim wielka rozmaitośd i obfitośd dóbr, ale coraz
mniej pieniędzy (złoto leży bowiem w materacach i pooczochach). Podaż jest o wiele większa od
popytu. Skoro więc tych dóbr nie ma kto kupowad - producenci muszą ograniczyd ich produkcję.
Następuje recesja. Ludzie, chod wcale tego nie chcą, tracą pracę i mają wolne nie tylko niedziele, ale
również poniedziałki, wtorki itp.
Inflacja była niedobra, bo - zamiast krwi, czyli prawdziwego pieniądza - pompowała wodę do
gospodarczego organizmu. Deflacja nie jest wcale lepsza, przypomina wampira, który tę krew
z organizmu wysysa.

Nie ma jednak wampira, z którym rynek - jeśli gospodarka naprawdę jest wolna - nie byłby w stanie
sobie poradzid. Chod nieraz wymaga to trochę czasu. O tym, jak rynek walczył z deflacją,
dowiadujemy się... z westernów. Ludzi ogarnęła gorączka złota, gnali na Dziki Zachód w jego
poszukiwaniu. Szukali, płukali, jego podaż rosła, aż na tyle, aby złoto, jako pieniądz, nie utrzymało się
przy władzy.

Przyszedł czas, kiedy i ten szlachetny kruszec, podobnie jak zwykła sól, został zdetronizowany. Był
dobry, ale nie na tyle, aby utrzymad się przy władzy jako pieniądz. Ludzie byli bowiem w stanie
zwiększyd jego podaż na tyle, że przekroczyła popyt. Jednakże nie to było podstawową przyczyną
detronizacji. Po prostu pojawił się lepszy pieniądz.
Papier pieniądzem

Lenistwo twórcą postępu.


Anonim

Kiedy już wartośd złota wzrosła tak bardzo, że niewielka jego ilośd zawierała w sobie ogrom ludzkiej
pracy, rosły rzesze nie tylko tych, którzy wyruszali na jego poszukiwanie, ale także tych, którzy
decydowali się wejśd w jego posiadanie drogą ryzykowną, ale kuszącą - rabując i zabierając kruszec
dotychczasowym jego posiadaczom. Trzymanie złota w pooczochach i materacach zaczęło się wiązad
z niebezpieczeostwem utraty zdrowia, a nawet życia. Ale z tym problemem „niewidzialna ręka rynku”
uporała się dosyd szybko. Powstała grupa ludzi, którzy wybudowali solidne, dobrze strzeżone
pomieszczenia, w których przechowywali cudze złoto, oczywiście - za odpowiednią opłatą. Nazwijmy
ich na razie złotnikami.

Posiadacze cennego kruszcu, w trosce o swoje i jego bezpieczeostwo, zanosili go na przechowanie do


złotnika. Ten wydawał im pokwitowanie. Kiedy właściciel złota zapragnął częśd swego majątku
zamienid na przykład na krowę, albo wóz drabiniasty, odbierał od złotnika trochę złota i płacił nim
kupcowi. Sprzedawca po dokonaniu transakcji, to samo złoto zwykle zanosił również do złotnika, aby
nie narażad się na ograbienie. Tak więc po kilku godzinach złoto przeważnie wracało tam, skąd
wyszło.

Z czasem ludzie doszli do wniosku, że bez sensu jest odbierad kruszec ze skarbca, aby narażad się na
grabież. Lepiej i bezpieczniej dokonywad transakcji u złotnika. No tak, ale wadą tego systemu jest to,
że wszelkie transakcje muszą odbywad się u tego samego złotnika. Tymczasem jednak złotników
przybywało i znów wyłaniał się problem transportu kruszcu z jednego skarbca do drugiego.

Dopóki ktoś nie wpadł na kolejny, genialny pomysł! Po co wozid złoto, skoro można „płacid” samymi
pokwitowaniami, że się je posiada. Są równie dobre, jak złoto, gdyż w każdej chwili można je
u złotnika na kruszec zamienid. Ale jednocześnie - w przeciwieostwie do złota - nie narażają ich
posiadacza na rozbój. Złoto było anonimowe, na pokwitowaniu zaś jest napisane nazwisko
prawowitego właściciela, oraz informacje, na kogo przenosi on prawo własności złota. I tak narodził
się kwit depozytowy, od którego dzieli nas już tylko krok do... dzisiejszego pieniądza. Narodził się on
w chwili, gdy po raz pierwszy kwit depozytowy wystawiono nie na nazwisko konkretnego człowieka,
ale na okaziciela. W ten sposób, przy jego pomocy można było dokonywad wielu aktów kupna
i sprzedaży, bez konieczności ich odnotowywania na odwrocie. Do złotnika po złoto mógł udad się
ten, kto w danej chwili był posiadaczem owego kwitu. Mógł, ale zwykle tego nie robił. Po co, skoro
kwit był tak samo dobry?

I tak oto złoto leżało sobie bezpiecznie w skarbcach złotników, natomiast ludzie posługiwali się tylko
papierowymi kwitami. Kwity nieustannie zmieniały właścicieli, ale do skarbców mało kto zaglądał.
Potężna bowiem była wiara, że kwitów jest dokładnie tyle, co złota, a ich posiadacze w każdej chwili -
jeśli zechcą - dokonają zamiany papieru na prawdziwie szlachetny kruszec. O wartości kwitów, czyli
owych papierowych pieniędzy, nie decydował surowiec, z którego były zrobione, nie miały też -
w przeciwieostwie do soli czy płótna - żadnych walorów użytkowych. Ten papier, pieniądzem uczyniła
tylko wiara ludzka. Wiara, że jest on wart dokładnie tyle złota, ile jest na nim napisane (bo,
oczywiście, kwity - podobnie, jak dzisiejsze banknoty - opiewały na różne nominały). I że w każdej
chwili jego aktualny posiadacz może pójśd do skarbca i kwit na ową ilośd złota bez kłopotu wymienid.

Przez długi czas kwity miały pokrycie w złocie. Złotnicy, jak nikt inny, zdawali sobie sprawę z tego, że
to nie tyle złoto, ile wiara ludzka czyni papier pieniądzem. Widzieli, że dopóki ludzie wierzą, dopóty
nawet nie zaglądają do skarbców, żeby na owe złoto popatrzed. Ta myśl nie dawała złotnikom
spokoju. Korciło ich, żeby przestad byd tylko stróżem cudzego majątku.

Postanowili, że przestaną byd tylko złotnikami, a staną się - bankierami.

To było dawno temu. A mimo to nawet dziś wielu ludzi sądzi, że bank, to takie miejsce, do którego
jedni przynoszą na przechowanie swoje pieniądze (lokaty terminowe, oszczędności), a inni te same
pieniądze od banku pożyczają (kredyty). I że bank, tak jak kiedyś złotnik może jednym „dad” tylko tyle
ile wcześniej „wziął” od innych.

Żeby łatwiej wejrzed w duszę bankiera, wyobraźmy sobie... prywatnego dentystę. W ciągu jednego
dnia jest on w stanie przyjąd dziesięciu pacjentów i tyle numerków sprzedawała rano jego asystentka.
Aliści pan doktor zauważył, że zwykle jego pacjentom życie komplikuje plany i - chod numerki
wykupili wszyscy - na wizytę zgłasza się dziewięciu, a czasem nawet ośmiu. Żeby więc nie siedzied
z założonymi rękami, pan doktor polecił pielęgniarce, żeby codziennie sprzedawała jedenaście
numerków.

Złotnicy główkowali dokładnie tak, jak nasz wyrwiząb. Wiedzieli, że jest nikłe niebezpieczeostwo, aby
wszyscy posiadacze papierowych kwitów zapragnęli nagle tego samego dnia wymienid je na złoto. A
skoro tak - zastanawiali się złotnicy, którzy postanowili zostad bankierami - to nie ma przymusu, aby
dokładnie wszystkie kwity miały pokrycie w złocie. Jakaś częśd (jak ten jeden, nadprogramowy
numerek u lekarza) może go nie mied, byleby tylko ludzie nie zdawali sobie z tego sprawy. Jak
postanowili, tak zaczęli robid. Od tej chwili bankierzy zarabiali już nie tylko na przechowywaniu
cudzego złota - także na „drukowaniu” kwitów bez pokrycia, które zaczęli pożyczad „na procent”. Jeśli
pazernośd złotnika okazywała się zbyt wielka, wystawiał on zbyt wiele kwitów depozytowych, to tak,
jakby nasz dentysta zaczął sprzedawad po 15 numerków. Nawet, jeśli dwie osoby by nie przyszły, to
i tak w poczekalni byłoby o trzech ludzi więcej, niż był w stanie przyjąd. Nasz dentysta zacząłby się
cieszyd złą sławą, co mogłoby się zakooczyd utratą klienteli.

Zła sława w przypadku złotnika, czy bankiera - to pewna plajta. Wystarczy plotka, że jakiś bank ma
trudności finansowe, aby wszyscy jego klienci, jak na gwizdek, stawili się przed kasami i zapragnęli
wyjąd swoje oszczędności. Żaden bank takiego szturmu nie wytrzyma.

Tak nierozsądnie i pazernie, jak zachowywali się kiedyś niektórzy złotnicy, obecnie zachowują się też
paostwa i rządy. Panujący nam miłościwie dzisiaj pieniądz papierowy oderwał się już od złota, nie ma
w nim pokrycia. Nie ma też żadnej wartości użytkowej - nie da się nim przyprawid potrawy, jak było
w przypadku soli, ani też uszyd zeo koszuli, jak z płótna. Jest kawałkiem zadrukowanego papieru,
którego koszt produkcji jest niewspółmiernie niski do jego rzeczywistej wartości. Produkcją tego
papieru zajmuje się paostwo. Co sprawia, że jeden kawałek zadrukowanego papieru ma dla nas
wielką wartośd, a inny, nawet ładniejszy (np. carski rubel) - nie ma żadnej? Wiara, poparta
doświadczeniem, że jeden papier można bez trudu zamienid na wszelkie inne, pożądane dobra, zaś
drugiego - nie sposób.

Dla pieniędzy ludzie rezygnują z wypoczynku, zdwajają swoje wysiłki, ryzykują swoje zdrowie i życie,
a nawet - niekiedy - pozbawiają życia innych ludzi. Chęd zdobycia pieniędzy - tej garści papierowych
banknotów - wyzwala w ludziach niezwykłą siłę, siłę pozorów. Od paostwa zależy, czy siła ta znajdzie
ujście w budowie dobrobytu człowieka i jego kraju, czy też będzie ten dobrobyt niszczyła tak, jak
rzeka, której wezbrane wody można wykorzystad dla dobra człowieka i „zmusid je”, aby napędzały
turbinę wytwarzającą prąd lub mieliły ziarno, a można też pozwolid jej zalad pola i niszczyd ludzki
dobytek. Pieniądz jest, jak ta rzeka. Nieuregulowany, powoduje inflację, bezrobocie, kryzys, skraca
życie ludzkie, zwiększa przestępczośd. Dobrze uregulowany buduje dobrobyt.

Jednak łatwośd produkcji pieniądza powoduje, że często rządy zachowują się, jak głupi złotnicy.
Ulegają pokusie, aby dodrukowywaniem banknotów rozwiązywad wszelkie problemy. Niczego jednak
nie rozwiązują, bo takie działanie musi zakooczyd się inflacją (jawną lub ukrytą) i wielkimi
zakłóceniami w gospodarce. Efektem utraty panowania nad pieniądzem jest utrata szansy na wzrost
gospodarczy. Podczas gdy naprawdę bogactwo paostwa i ludzi może wynikad tylko z bezwzględnej
wartości wytworzonych usług i dóbr, a nie z ilości pieniędzy. Zbyt mała ilośd pieniędzy - niszczy
dobrobyt, zbyt wielka - również go niszczy. A ponieważ to paostwo uczyniło siebie monopolistą od
produkowania pieniędzy - odpowiedzialnośd za wzrost lub upadek gospodarczy spada wyłącznie na
nie, a w szczególności na tych, którzy kierują polityką pieniężną i finansową.
Pieniądz rządzi... rządem

Pieniądze są najbardziej egalitarną siłą w społeczeostwie: powierzają władzę temu, kto je ma,
bez względu na to kim on jest.
Roger Starr

Złotnik zaczął wypisywad kwity depozytowe, na których była informacja, kto jest posiadaczem
złożonej w jego skarbcu ilości złota, albowiem przenoszenie samego kruszcu stało się nazbyt
niebezpieczne. Kwity stały się więc pierwszym pieniądzem naprawdę symbolicznym, gdyż same
w sobie nie zawierały żadnych walorów użytkowych. Uosabiały jednak wiarę ludzi, że w każdej chwili
będą mogli zamienid je na każdy towar. Ulepszoną wersją kwitu depozytowego stał się pieniądz
papierowy.

Tak, jak ewoluował świat, tak razem z nim zmieniały się pieniądze. Z jednej strony rozwój techniki
(komputery) oraz rozwój sieci banków, z drugiej, podobnie jak w przypadku złota, coraz większe
ryzyko rabunku, jeśli nosi się przy sobie gotówkę, spowodowały, że ktoś wymyślił, a świat z zapałem
zaczął stosowad na coraz większą skalę - pieniądz bezgotówkowy. Czyli coś, z czego już jego
posiadacza obrabowad nie można, bo złodziej i tak nie będzie miał z tego pożytku. Im kraj bardziej
cywilizowany, a banki sprawniejsze, tym ludzie chętniej rezygnują z obracania gotówką. Nie chodzi im
przecież o samo posiadanie papierków czy monet, ale o możliwośd zakupu za nie, kiedy tylko tego
zapragną, pożądanych towarów lub usług. Jeśli taką możliwośd daje im książeczka czekowa lub karta
kredytowa, nie będąca pokusą dla rabusiów, to po co narażad zdrowie, a może i życie?

W momencie zastosowania pieniądza bezgotówkowego, ludzie zyskali poczucie bezpieczeostwa. A


banki? Pamiętamy dentystę, który - nauczony doświadczeniem, że nigdy nie przychodzą na wizytę
wszyscy, którzy wcześniej wykupili numerki – wycwanił się i sprzedawał zawsze kilka numerków
więcej, niż był w stanie przyjąd pacjentów. Ów cwany wyrwiząb był ojcem zjawiska, które fachowcy
nazywają kreacją pieniądza.

Laikom wydaje się, że banki pracują tak, jak lombardy, albo kantory - mogą sprzedad tylko tyle
towaru, ile uprzednio kupiły. Czyli - udzielid pożyczek na tyle pieniędzy, ile przynieśli im ci, którzy
ulokowali w nich swoje oszczędności. Albo też dokupując pieniędzy z Narodowego Banku Polskiego,
czyli - mówiąc uczenie - zaciągając w nim kredyt refinansowy. Takie przypuszczenia ugruntowują
w nas gazety i telewizja, donosząc, że zdrożał lub staniał kredyt refinansowy, a więc odpowiednio
więcej zdrożeją lub stanieją także kredyty w bankach komercyjnych. Gdyby jednak banki zarabiały
tylko na usługach, czyli obracając pieniędzmi, przyniesionymi im przez ludzi i przedsiębiorstwa oraz
kupionymi w NBP - nie byłyby tak strasznie bogate. Kto w każdym mieście stawia najbardziej okazałe
budynki i używa do wyposażenia ich wnętrz największej ilości marmurów? Naturalnie, że banki.

Ich bogactwo bierze się stąd, że postępują, jak nasz dentysta - pożyczając o wiele więcej pieniędzy (i
zarabiając na tym), niż mają ich na lokatach swoich klientów. Jest to więc dokładnie tak, jakby każdy
z banków miał w swoich piwnicach drukarkę laserową i drukował na niej codziennie poczet królów
polskich. „Jakby” - ale nie dosłownie. Prawo do emitowania pieniędzy ma bowiem jedynie Narodowy
Bank Polski. Gdyby więc banki komercyjne to prawo łamały, drukując własne banknoty - popełniałyby
przestępstwo, jak mafia z Wołomina czy Pruszkowa. Ale banki nie drukują własnych, fałszywych
banknotów - one puszczają w obieg pieniądz bezgotówkowy. Gdyby to była żywa gotówka -
popełniałyby przestępstwo. Ponieważ jednak jest to pieniądz bezgotówkowy - prawo nie jest łamane,
a zjawisko nazywa się kreacją pieniądza. Ale skutek dla gospodarki jest identyczny - i w jednym, i w
drugim przypadku na rynek trafia pusty pieniądz, bez pokrycia w towarze - kreacja więc napędza
inflację.

Czyż nie jest zdumiewające, że NBP jako jedyny ma prawo emitowania pieniędzy (papierków i monet)
właśnie dlatego, że rolą paostwa jest nie dopuszczad do zachwiania równowagi między podażą
towarów i usług, a podażą pieniądza. NBP, jak pies, broni gospodarki zarówno przed inflacją, jak
i recesją. Ale jest to rotweiler lekko już ślepawy i przygłuchy - pilnuje przed wypływem pustej
gotówki, ale nie pilnuje przed zalewaniem rynku przez pieniądz bezgotówkowy.

Chociaż trzeba mu przyznad, że stara się jak może. NBP doskonale wie, jaki proceder uprawiają banki i
- ponieważ nie może go zabronid - stara się przynajmniej ograniczyd. Robi to, żądając od banków
komercyjnych lokowania przymusowych rezerw u siebie. Wygląda to w ten sposób, że jeśli ktoś
przyniesie do banku 1 milion zł i umieści go na własnym rachunku, płatnym na każde żądanie - to
tenże bank musi natychmiast ulokowad 30% tej sumy w NBP, na koncie nieoprocentowanym. W
przypadku lokat długoterminowych rezerwa obowiązkowa wynosi tylko 10% sumy depozytu. Załóżmy
więc, dla uproszczenia, że średnio rezerwa wynosi 20%.

A teraz zobaczmy, jak mnoży się puste pieniądze.

Przychodzi baba..., nie, nie do lekarza, ale do banku i lokuje na własnym koncie 1 tysiąc nowych
złotych. Bank karnie odprowadza do NBP 20% tej sumy i zostaje mu do dyspozycji 800 zł.

Przychodzi klient i chce pożyczyd z banku właśnie 800 zł, bo zapragnął kupid rower. Ale ten klient nie
bierze gotówki (wtedy bowiem bank nie mógłby wykonad numeru z kreacją), lecz zapisuje się to na
jego konto. Od tej operacji bank znów odprowadza 20% rezerwy do NBP - 160 zł - ale do dalszego
mnożenia pozostaje mu jeszcze 640 zł, które przepisuje na konto producenta rowerów. Od tej
operacji znów odprowadzi rezerwy 128 zł, ale znów zostanie mu 412 zł, którymi zapłaci któremuś
z dostawców fabryki rowerów. I tak dalej, aż do momentu, gdy - po odprowadzeniu rezerw - nie ma
już czego mnożyd.

Oprócz tego, że bank nadmuchuje pusty balon, zarabia też na swoich usługach. Kreację pustego
pieniądza uniemożliwia mu klient, który zażąda gotówki. Może ją też bardziej ograniczyd bank
centralny, podnosząc procent rezerw z 20 na wyższy.

Zmniejszyłby w ten sposób zagrożenie inflacją, ale banki drożej sprzedawałyby wtedy swoje kredyty,
a więc i tak by wzrosła, tyle że z innego powodu.

Można też sobie wyobrazid inną sytuację. Nikt nie bierze z banku gotówki, wszyscy płacimy czekami
lub kartami kredytowymi. Bank, dzięki temu, zarabia dużo więcej, może więc obniżyd cenę kredytu.
Taosze kredyty, to pozytywne zjawisko w gospodarce. Ale drugą ręką, zalewając rynek pustymi
pieniędzmi bezgotówkowymi - banki hajcują pod kotłem z inflacją. Z tego więc powodu, za jakiś czas,
kredyty znów musiałyby zdrożed.
Każdy bank w Polsce, przy dzisiejszych realiach, może jedną, zdeponowaną w nim złotówkę
nadmuchad do... 4 zł, a więc trzy puste polecą na rynek. NBP nie może więc w pełni kontrolowad
inflacji.

Jest jeszcze jedna, bardzo zła strona tego medalu: banki komercyjne tylko niewielką cześd tych
nadmuchanych przez siebie złotówek pożyczają przedsiębiorstwom na ich inwestycje, czy też
pojedynczym ludziom na zakup samochodów, lodówek czy telewizorów. Lwią częśd owych pustych
pieniędzy pożycza od nich budżet, sprzedając im dobrze oprocentowane obligacje czy też bony
skarbowe. Paostwo musi to robid, bo brakuje mu pieniędzy na lekarzy, wojsko, czy emerytów.

Jak już powiedziałem - te obligacje i bony skarbowe są wysoko oprocentowane. Żeby te odsetki
bankom zapłacid, budżet będzie musiał wyegzekwowad z chudej kasy paostwowej sporo pieniędzy.
Skąd je weźmie? Trzeba będzie podnieśd podatki - zabierze się m.in. lekarzom, nauczycielom,
emerytom. Zabierze im się, w formie 21% (a lepiej zarabiającym odpowiednio więcej) podatku
„żywe”, ciężko przez nich wypracowane pieniądze. Po to, żeby budżet mógł zapłacid bankom odsetki
od „wykreowanych” przez nie pustych pieniędzy. Czyż to nie paradoks, że banki komercyjne bogacą
się kosztem całego społeczeostwa?

Na tym jednak nie koniec złych skutków kreacji pieniądza. Niektóre banki tracą głowę ze szczęścia, że
tak łatwo można zarabiad pieniądze (czytając historyjkę, która będzie w następnym rozdziale,
o facecie, który założył bank nie mając grosza przy duszy, chyba już nie będziemy przekonani, że to
wyssana z palca fikcja literacka, prawda?) i mnożą je, zapominając, o granicach własnego
bezpieczeostwa. Kiedy pożyczają zbyt dużo pieniędzy - najmniejsza plotka powoduje panikę ich
klientów i pędzą oni do banku po swoje oszczędności, nie bacząc nawet na utratę odsetek. Wtedy
okazuje się, że kasa jest pusta.

W ciągu ostatnich lat upadło w kraju wiele banków. Ich klienci albo stracili w nich dorobek swego
życia, albo sporą jego częśd. Czyż nie staje się jasne, dlaczego przysłowie mówi, że każdemu bankowi
najbardziej, ze wszystkiego zależy na... dobrej opinii.

Pieniądz ma w sobie wielką siłę. Ale pozwolid się nim bawid każdemu, to tak, jakby ludzie masowo
zaczęli hodowad tygrysy. Dopóki małe, są ciepłe i mięciutkie, aż się proszą o głaskanie. Gdy dorosną -
mogą rozszarpad zarówno właściciela, jak i jego otoczenie. Z tym kotkiem trzeba się umied nie tylko
bawid, ale także trzeba go okiełznad, trzymad w takim miejscu, żeby nie mógł stad się groźny.

W interesie naszego paostwa jest zarówno to, żeby tygrysy nie uciekły z ZOO na ulicę, jak to, aby
banki komercyjne nie mogły bogacid się dzięki kreowaniu pieniędzy. Ten przywilej należy zostawid
bankowi centralnemu, czyli NBP. Inne banki niech zarabiają jak lombardy.

Czy to nie wszystko jedno kto się na nas bogaci? Czy będzie to NBP, czy też banki komercyjne? Otóż
właśnie społeczeostwu nie jest wszystko jedno. Wródmy do sytuacji, gdy NBP sprzedaje bankom
obligacje, a te kupują je za pieniądze, których naprawdę nie posiadają, a które tylko wykreowały. Jeśli
tą kreacją zajmie się NBP, to także może grozid większą inflacją. Ale na pewno nie grozi
powiększeniem podatków, aby bankom prywatnym spłacid fikcyjny dług prawdziwymi odsetkami.
Jednakże NBP, znając dokładnie ilośd wykreowanych pieniędzy, będzie w stanie przed inflacją nas
uchronid.
Widzimy więc jasno, że możliwośd kreowania pieniędzy daje bankom komercyjnym faktyczną władzę
nad rządem, a więc i nad paostwem. To, że na innowacjach finansowych bogacą się one, a nie -
paostwo, daje im też władzę nad parlamentem. W jaki sposób? Ktoś, kto tak jak banki ma strasznie
dużo pieniędzy, może nie tylko finansowad kampanię wyborczą różnych polityków, ale nawet całe
partie. Są to, oczywiście działania owiane gęstą mgłą tajemnicy, ale coś czasem ujrzy światło dzienne,
jak afera z „Telegrafem”, którego akcje kupił kilka lat temu za wielkie pieniądze Krakowski Bank
Przemysłowo-Handlowy. Nie było to nic innego, jak finansowe wsparcie dla dośd liczącej się wówczas
partii, jaką było Porozumienie Centrum.

Takich tygrysków, jakie może urodzid upowszechnienie pieniądza bezgotówkowego, jest więcej, nie
tylko kreacja pieniądza. Innym rodzajem tak zwanego pieniądza dłużnego są weksle. Wszyscy zgodzą
się co do tego, że ułatwiają życie i umilają je, jak mały kotek w prążki. Co się jednak może stad, gdy
urośnie i stracimy nad nim kontrolę?

Wyobraźmy sobie, że nagle pojawi się jakiś zbawca narodu i namówi nas, że dojdziemy szybciej do
dobrobytu, jeśli wszyscy zaczniemy honorowad swoje weksle.

Weksel jest jakby pożyczką. Płacimy nim, bo zapewniamy, że należnośd, wraz z odsetkami,
uregulujemy np. za 5 lat. Świetne, prawda? Podobnie, jak sprzedaż na raty, czy leasing. Teraz sklepy
są pełne towarów, a tylu ludzi nie stad, żeby z tych pełnych półek skorzystad. Weksel utoruje nam
drogę do dobrobytu.

Kupujemy więc cudzą pracę (na samochód składa się praca monterów, wytwórców części, stalowni,
hut, kopalni itp.) nie za pieniądze, zarobione własną pracą, ale za obietnicę jej wykonania. To samo
robi nasz sąsiad i jego teściowa, która także dowiedziała się o wekslach. Wystawiają je rozsądnie -
każdy na takie sumy, jakie rzeczywiście za 5 lat jest w stanie zarobid, nie ma więc obawy, że po tym
czasie okażą się bez pokrycia. Ale płyną do sklepów masowo, bo z dobrodziejstwa chcą skorzystad
wszyscy. Nawet emeryci płacą wekslami za żywnośd i rachunki za czynsz.

Na początku, rzeczywiście, cud gospodarczy. Gospodarka się ożywia, producenci mają zbyt, o jakim
nie marzyli. Kotek jest śliczny i milutki. Ale, niestety, rośnie. Sklepy pustoszeją, a produkcja zaczyna
się załamywad. Dlaczego, skoro zbyt jest tak ogromny? Dlatego, że do sklepów zaczyna przychodzid
coraz więcej ludzi nawet nie z wekslami, ale z prawdziwą gotówką. To znaczy, że oni swą pracę
wykonali, a teraz chcą za nią kupid rezultaty pracy innych ludzi. Ale nie mogą, bo na półkach nie ma
już nawet octu. Po co więc ludzie mają pracowad, skoro dostają za to nic nie warte pieniądze?

Utrata wiary w siłę pieniądza, którą spowodowało masowe honorowanie weksli, zamienia
początkowe ożywienie gospodarki w kryzys. Taki, na jaki permanentnie cierpiał socjalizm. Okazuje
się, że nie umieliśmy się bawid z tygrysem - pieniądzem. Pożarł w koocu i nasz dobrobyt i całą
gospodarkę. Kto zawinił? My? Tygrys? Paostwo! Ma pilnowad, aby każdy, kto wykonał swoją pracę,
mógł bez kłopotu wymienid ją (w postaci otrzymanych pieniędzy) na pracę innych ludzi (czyli -
atrakcyjny dla niego towar). Jeśli ta wymiana okaże się trudna, lub wręcz niemożliwa - wszyscy
potencjalni nabywcy, a więc całe społeczeostwo straci wiarę w pieniądz, a w rezultacie ochotę do
pracy, co przerabialiśmy niemal przez pół wieku, a nasi wschodni sąsiedzi do dzisiaj. Bo rola
pogromców tygrysów należy do paostwa.
Co nie znaczy jeszcze, że zawsze wypełnia ją dobrze. Paostwo, zwłaszcza takie, które chce uchodzid za
opiekuocze i wrażliwe na ludzką biedę, też igra z tygrysami. Takim bezgotówkowym tygrysem jest
bowiem również... deficyt budżetowy.

Bierze się on stąd, że paostwo nie ma pieniędzy, ale wielka wrażliwośd społeczna partii rządzących
każe im dawad bezrobotnym, emerytom, czy pielęgniarkom to, czego nie ma. Bo są biedni, bo im się
należy. To prawda, że się należy, ale szynką w aerozolu najeśd się nie można. Dając im, odbierają
innym, którym też się należy. I to cichcem, jak złodziej.

Deficyt budżetowy, to puste pieniądze. Oznacza on, że paostwo zaplanowało i realizuje wydatki
większe, niż ma wpływy. Co robi Malinowska, jeśli żyje ponad stan i nigdy nie wystarcza jej od
pierwszego do pierwszego? Pożycza od sąsiadek, jeśli te się nie boją, iż może nie oddad. Gdy jednak
wpadnie w takie długi, których żadną miarą nie będzie mogła spłacid, ani chybi doczeka się wizyty
komornika.

Paostwo na pozór jest w lepszej sytuacji - może pożyczyd od banków, o czym już mówiliśmy. Ale
może też kazad NBP wydrukowad nowe banknoty, które nie mają pokrycia w towarze. Liczy na to, że
kiedyś, za kilka lat, wpływy będą większe i jakoś to będzie. Jeśli jednak - tak jak to się dzieje u nas -
dziura w budżecie powiększa się z roku na rok - inflacyjnego tygrysa coraz trudniej jest opanowad.
Taki rząd - z dobrego przecież serca dla potrzebujących - wpędzi gospodarkę w takie tarapaty, że
wyborcy, jak komornik, też w koocu przycisną go do ściany, wybierając do Sejmu innych posłów,
którzy utworzą nowy - oby mądrzejszy - rząd.

Kłopot w tym, że nasze społeczeostwo, wychowane w lwiej części w księżycowej gospodarce


socjalizmu - nie umie jeszcze wybierad mądrze. Wiadomo, że rządzid mają fachowcy, a tak zwany
szary obywatel nie musi znad się (przeważnie nie zna) na ekonomii. Dla własnego jednak dobra musi
zafundowad sobie jakiś przyspieszony kurs, gdyż nauka na własnych błędach jest najbardziej bolesna.
Żywotnym interesem każdego z nas jest bowiem iśd do urn i wybierad dobrze. Nie tych, którzy
obiecują, że dadzą dużo i każdemu, ale tych, którzy są w stanie mądrze kierowad gospodarką, wtedy
bowiem - i tylko wtedy - budżet będzie miał więcej pieniędzy, aby dzielid między potrzebujących -
natomiast przedsiębiorstwa rozwiną się, bo rządzący zdejmą im z pleców zbyt wielkie obciążenie
podatkowe.

Chociaż bowiem jeszcze raz powtórzę, że tylko paostwo - mimo że na Zachodzie również robią to
banki - może sobie pozwolid na hodowlę i poskramianie finansowych tygrysów, to i ono musi tę
trudną sztukę opanowad. Bo inaczej z dnia na dzieo wszyscy będziemy coraz bardziej biedni - i ci,
którym zabrano i ci, których obdarowano.

Zastanówmy się jeszcze, dlaczego świat tak zaczął bawid się pieniędzmi? Dlaczego tyle pojawiło się
innowacji finansowych, a wpadki przy ich stosowaniu potrafią wstrząsnąd systemami walutowymi
wielu krajów? Dlatego, że pieniądz - zarówno w gotówce, jak i bezgotówkowy - wyraźnie nie nadąża
za coraz szybszym rozwojem świata. Patrząc na to, jak powstał i jak w miarę potrzeb się zmieniał,
możemy założyd, że już wkrótce doczekamy się kolejnej zmiany w pieniądzu. Stary, który już się
przeżywa, z pewnością zostanie zastąpiony przez nowy, którego dziś jeszcze nie znamy.

Na koniec dodam jeszcze, że pokusa wyhodowania własnego tygryska jest silna. Ja też go
wyhodowałem, na razie - na szczęście - tylko we własnej głowie.
Wyobrażam sobie, że w jakimś mieście w Polsce (może to byd zresztą obszar nieco większy, np.
wielkośd jakiegoś województwa), zamiast złotówki, wprowadzam nowy pieniądz, nazwijmy go
„Jarosław”. Wszyscy właściciele złotówek wymieniają go w kantorach po kursie jeden za jeden. Ale -
powtarzam - eksperymentujemy w Polsce i naszego regionu nie oddzielają od reszty kraju żadne
granice. Jeśli jakiś hurtownik zaopatruje się w towar gdzie indziej - w każdej chwili wymienia
w kantorze Jarosławy na złotówki. Również indywidualni osobnicy, jeśli udają się na teren, gdzie
niczego za Jarosławy nie nabędą - zamieniają je na złotówki. I odwrotnie - wszyscy odwiedzający nasz
piękny region, zostawiają w kantorach swoje złotówki i otrzymują w zamian Jarosławy.

Co jest potrzebne, aby ludzie zgodzili się na taki eksperyment? Muszą uwierzyd, że im się to opłaca -
ci wszyscy, którzy złożą swoje comiesięczne zarobki w moim banku i wymienią na Jarosławy, zarobią
na tym odsetki. Mogą to zrobid absolutnie wszyscy - nawet ci, którzy z trudem wiążą koniec z koocem
i do normalnego banku swoich pieniędzy by nie zanieśli, bo i tak przed upływem terminu musieliby je
stamtąd wybrad, żeby przeżyd.

Drugi warunek, niezbędny do przeprowadzenia eksperymentu - to sprawnośd naszej sieci kantorów.


Posiadacze Jarosławów w każdej chwili muszą mied możliwośd zamiany ich na złotówki. I muszą
uwierzyd, że tak będzie do kooca trwania eksperymentu.

Warunek trzeci - wiara, że twórca tej finansowej innowacji jest prawdziwym finansistą, a nie
oszustem. Wiele osób przed kilkoma laty zaufało Grobelnemu i wiara ta kosztowała ich dorobek
całego życia.

Wielu moim Czytelnikom aż ciśnie się na usta pytanie: skoro ja jestem uczciwy i wszyscy, którzy
uwierzyli we mnie i w Jarosława rzeczywiście otrzymają obiecane odsetki, które w każdej chwili mogą
zamienid na prawdziwe złotówki, to ja jestem chyba wariat, który - aby się pobawid z wymyślonym
przez siebie tygryskiem - gotów jest stracid majątek na tym interesie, no bo skąd weźmie pieniądze na
te odsetki?

Proszę Paostwa, ja lubię pieniądze zarabiad, ale nie tracid, i na tej finansowej innowacji zarobiliby
posiadacze Jarosławów, ale ja - także. I tak oto mamy kolejne pytanie: jakim cudem? Postawmy je
inaczej, gdyż cudotwórcą nie jestem. Skoro zyskam ja i ci, którzy uwierzyli we mnie i w mojego
Jarosława, to kto straci? Ano właśnie.

Po każdej wypłacie zarobione w regionie złotówki, ludzie zamienią u mnie na lokalną walutę. Dając im
Jarosławy, zachowuję się jak bank, wręczający książeczkę czekową. I ja pobawię się pieniędzmi
podobnie, jak robią to banki. Sporą częśd wpływów ulokuję w prawdziwym banku na procent.
Mądrze, czyli zachowując spory margines bezpieczeostwa, aby w kantorach nigdy nie zabrakło
złotówek na wymianę. Zachowuję się podobnie, jak nasz dentysta, sprzedający więcej numerków
pacjentom. Albo jak banki, które kreują pieniądze. Ja jednak pustych złotówek ani Jarosławów nie
wypuszczam na rynek. Dzięki mojej lokacie w prawdziwym banku - wykreuje je on. I uczciwie dopisze
mi odsetki, którymi ja podzielę się z posiadaczami Jarosławów.

Wródmy do pytania, kto straci? Bank? Skądże. On dostał ode mnie prawdziwe pieniądze, ale każdą
prawdziwą złotówkę rozdmuchał do trzech pustych. Tak naprawdę więc straciła reszta
społeczeostwa, obracająca złotówkami poza regionem jarosławskim. Bank bowiem pustymi
złotówkami napędził inflację, która uderza zawsze po kieszeni całe społeczeostwo. Kogo teraz
paostwo potępia: mnie, czy banki? Ale one też nie złamały żadnego przepisu, bo paostwo nasze im na
takie harce pozwala.
Nie mam nic, mam... bank

Bank jest miejscem, w którym pożyczają ci parasol wówczas, gdy jest ładna pogoda i proszą
o zwrot, gdy zaczyna padad deszcz.
Robert Frost

Spróbujmy sobie wyobrazid, że w Polsce nie ma ani jednego banku. W tym kraju ląduję ja i nie mam
przy duszy złamanego grosza. Mam za to kartkę papieru, długopis oraz mocne postanowienie, że
otworzę tu pierwszy bank. Jest tylko jeden problem (nie - wcale nie brak pieniędzy) - muszę mied
reprezentacyjną, godną mojego banku, siedzibę. Rozglądam się po mieście, jaki gmach mógłbym
ewentualnie brad pod uwagę. Pałac Kultury? Intraco? Mariott? Ten ostatni wydaje mi się najbardziej
stosowny.

Załóżmy, że ów budynek wart jest 50 milionów dolarów i że jego właściciel absolutnie nie zamierza
się go pozbyd. Nie zamierza za 50, 60 milionów. Byłby jednak głupcem, gdyby nie sprzedał Mariotta
za podwójną cenę, czyli okrągłe 100 milionów dolarów.

Skąd wezmę taką gotówkę? A kto tu mówi o gotówce? Ja chcę założyd pierwszy bank w Warszawie,
w którym wprowadzę obrót bezgotówkowy. Dotychczasowemu właścicielowi nie daję więc walizki
z dolarami, ale zakładam mu w swoim banku konto i zapisuję, że ma na nim równowartośd stu
milionów dolarów. Załóżmy, że właścicielem Mariotta był Orbis i że nie chce on trzymad swoich
pieniędzy na koncie w moim banku, ale chciałby np. za 80 milionów dolarów zakupid błękitny
wieżowiec. Strony dochodzą do porozumienia, więc ja odpisuję z konta Orbisu 80 min dolarów
i zapisuję je na rachunek poprzedniego właściciela błękitnego wieżowca.

Po mieście rozchodzi się wieśd, że otworzyłem bank, więc zaczynają się pojawiad klienci, którzy
chcieliby w nim zaciągnąd kredyt. Spółdzielni domków jednorodzinnych udzielam więc pożyczki
w równowartości 10 milionów dolarów. Ale i spółdzielni, podobnie jak Orbisowi, nie wypłacam
pieniędzy do ręki. Zresztą do budowy domów nie są potrzebne pieniądze, ale materiały budowlane.
Prezes zamawia więc cegłę, deski czy cement, a mój bank zapłatę dla ich wytwórców zapisuje na ich
konta. Ich pracownicy, zamiast pensji, dostają karty kredytowe mojego banku. Wszystkie sklepy,
hurtownie i restauracje w mieście także mają już w moim banku rachunki. Należnośd za lodówki,
ubranie czy żywnośd, które kupują posiadacze kart kredytowych, są im po prostu odliczane
i zapisywane na kontach właścicieli sklepów. Wszystko się kręci, wszyscy są zadowoleni, a nikt
podobnie jak ja - nie wyjął z kieszeni ani miedziaka. Nie muszę dodawad, że usługi jakie świadczy mój
bank, nie są bezpłatne. Ci, którzy zaciągnęli w nim pożyczki, teraz spłacają raty wraz z odsetkami. A ja,
z czasem staję się coraz bogatszy, chociaż przyjechałem tu goły i bosy.

O moim banku mówi się coraz głośniej. Dzięki jego działalności ożywiła się produkcja i handel. Klienci
są zadowoleni. Nic dziwnego, że nawet rząd, któremu również w budżecie brakuje pieniędzy, także
przemyśliwa, czy nie pożyczyd ich ode mnie. Proszę bardzo, ile potrzebujecie? Pół miliarda dolarów?
Już się robi.

Rząd paostwa polskiego, podobnie jak inni klienci mojego banku, nie dostaje ode mnie gotówki.
Paostwowe szpitale winne są zapłatę za remonty przedsiębiorstwom budowlanym, więc zapisuję to
na konto tych ostatnich. Płace dla lekarzy i nauczycieli? Proszę bardzo, otrzymują karty kredytowe,
którymi płacid mogą już nie tylko w sklepach, ale także czynsz i rachunki za gaz, czy elektrycznośd. I
tak sumę, którą pożyczył ode mnie rząd, rozpisałem na konta jego wierzycieli: szkół, szpitali, policji,
czy wojska. Oni z kolei, w ten sam sposób, przy pomocy pracowników mojego banku, będą regulowad
swoje zobowiązania. Ruch na kontach ogromny, a wszystko to odbywa się bez użycia pieniędzy.

Rząd jest mi winien równowartośd pół miliarda dolarów, ale nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym
czasie mógł mi dług oddad. Proponuje mi więc, żebym kupił wyemitowane przez Skarb Paostwa
obligacje. Są tak atrakcyjnie oprocentowane, że opłaci mi się poczekad, nieźle bowiem na tym
zarobię.

Żebym jednak ja mógł zarobid, to ktoś będzie musiał stracid. Paostwo? No tak, budżet. Żeby oddad
dług i odsetki, rząd będzie musiał zwiększyd podatki obywatelom. Każdy obywatel staje się w ten
sposób moim dłużnikiem. Wszyscy muszą płacid większe podatki, żeby rząd mógł wykupid ode mnie
swoje obligacje. Stałem się właścicielem jakby kawałeczka Polski, chod tak niedawno przyjechałem tu
bez grosza, pracowałem tylko głową.

Powie ktoś: całe szczęście, że Polska nie jest wyspą i jest tu wiele banków, więc pan się naszym
kosztem tak łatwo nie dorobi. Ja, nie... ale kto inny...

Co chcę powiedzied przytaczając tę wymyśloną historyjkę? To, że nikt nie dziwi się, że emisją
prawdziwych pieniędzy zajmuje się tylko i wyłącznie paostwo. Nawet najbardziej zagorzali wrogowie
monopoli - ten monopol bez dyskusji przyznają paostwu. I słusznie.

Świat jednak poszedł naprzód - gotówka wszędzie traci na znaczeniu, coraz bardziej popularny staje
się obrót bezgotówkowy. Taki, jak - upraszczając nieco sprawę - przedstawiłem w swojej historyjce.
Taki obrót bezgotówkowy w piękny sposób łamie monopol paostwa na „produkcję” pieniędzy.
Zaczynają się tym zajmowad banki. Wprawdzie nie jedyny, taki jak z mojej historyjki, ale - wiele, już
istniejących banków. Zwiększają one podaż pieniądza nie I przez drukowanie banknotów i bicie
monet, co pozostaje nadal przywilejem paostwa - ale przez kreację pieniądza bezgotówkowego.
Kreację tę paostwo usiłuje wprawdzie kontrolowad, ale - moim zdaniem - robi to w sposób nie dośd
skuteczny. W rezultacie - paostwo pozwala bankom nadgryzad swój monopol, zaczynają one
majstrowad przy pieniądzach, bogacąc się na tym, na czym powinno bogacid się tylko paostwo. W
dobrze zorganizowanym paostwie nie powinno byd żadnych monopoli, z wyjątkiem monopolu
kreowania pieniądza.

Drugie wyjście jest tylko takie, że - tak jak działo się w czasach pieniądza towarowego, czyli soli, zboża
itp. I paostwo pozwoli na drukowanie pieniądza każdemu. I będzie czekad, aż z tego bałaganu wyłoni
się pieniądz najmocniejszy. Mówiliśmy już, że pieniądz, tak naprawdę tworzy tylko i wyłącznie ludzka
wiara. Ten, komu uda się taką wiarę pozyskad, będzie bogaty. Może to byd bank, może paostwo.

Czy Ty, Czytelniku, masz w domu jakieś leje albo ruble? Nie masz, bo i po co Ci takie śmieci. Ale na
pewno masz jakieś dolary. Wielu ludzi ma nawet konta dolarowe. Nie tylko w Polsce, także na całym
świecie. Dlaczego? Bo wiele osób nie ma zaufania do swojej rodzimej waluty, ale doświadczenie ich
oraz ich przodków podpowiada im, że warto mied na czarną godzinę jakieś dolary. Bo nawet, gdy
wszystko już straci wartośd, to ta waluta ciągle będzie w cenie. Ile więc jest tych dolarów, ukrytych
w bieliźniarkach i pooczochach? Miliardy.
To właśnie ludzka wiara jest niebagatelną przyczyną dobrobytu Stanów Zjednoczonych. Oczywiście
przyczyną był dobry stan amerykaoskiej gospodarki, ale owa wiara tę koniunkturę ciągle napędza.
Dzięki temu, że każdy niemal człowiek na kuli ziemskiej usiłuje mied w rezerwie chod kilka dolarów, ile
więcej tych dolarów może „bezkarnie” wydrukowad amerykaoski odpowiednik naszego NBP? Rząd
USA nawet tego nie ukrywa, jest to przecież powód do dumy. W obiegu znajduje się dokładnie 387
miliardów USD. Z tego, poza Stanami Zjednoczonymi aż dwie trzecie.

Jeśli ktoś nie jest w stanie wyobrazid sobie w jaki sposób pomnaża to dobrobyt paostwa i obywateli
USA, niech przypomni sobie naszego dentystę. To jest tak, jakby zaczął on sprzedawad trzydzieści
numerków dziennie, mając gwarancję, że zgłosi się do niego nie więcej, jak tylko dziesięciu
pacjentów.

Przez 200 lat historii USA, mądre rządy doprowadziły do tego, że wartośd ich rodzimej waluty utrwala
wiara mieszkaoców całego globu. Nie ma mowy o dobrobycie w żadnym kraju, w którym poważania
i wiary obywateli nie pozyska jego własna waluta. Aby tak stad się mogło - podaży pieniądza, zarówno
tego realnego, jak i bezgotówkowego, musi skutecznie pilnowad paostwo. Jeśli paostwo zostawia
sobie przywilej drukowania banknotów, ale nie jest w stanie powstrzymad banków przed nadmierną
kreacją pieniądza bezgotówkowego - to nie ma mowy o mocnej walucie. To jest to samo, co pozwolid
facetowi bez grosza przy duszy, założyd bank, w którym w krótkim czasie zadłuży się całe
społeczeostwo. Banki powinny pracowad tak, jak się ludziom zdaje, że pracują: dokonywad
wzajemnych rozliczeo ludzi i przedsiębiorstw. Na kreację pieniądza monopol powinien mied tylko
Bank Centralny. Niech się społeczeostwo zadłuża u samego siebie, a nie w prywatnych bankach.
Lokaty i oszczędności powinny przyjmowad nie we własnym imieniu, tylko w imieniu Narodowego
Banku Polskiego. Analogicznie z udzielaniem kredytów - banki komercyjne powinny wykonywad tego
typu usługi w imieniu NBP.
Do banku jak do kantoru

Pieniądze przynoszą szczęście, ale w pewnym momencie zaczynają przynosid po prostu tylko
więcej pieniędzy.
Neil Simon

W rozdziałach dotyczących pieniądza starałem się uchylid przed Paostwem zamknięte drzwi banków.
Sprawy dotyczące kredytów, kreacji pieniądza itp. są jednak trudne. Pamiętamy jednak, że banki
mogą pożyczad dużo więcej pieniędzy, niż ich naprawdę posiadają.

Paostwo polskie jest mocno zadłużone w polskich bankach. Same odsetki wyniosły w 1995 r. około 75
bilionów starych złotych. Jak już wiemy z poprzednich rozdziałów - banki, pożyczając rządowi
pieniądze, wcale nie musiały ich naprawdę posiadad. Natomiast rząd, aby je oddad, musi naprawdę
odebrad te pieniądze społeczeostwu. Z budżetu na 1995 r., do którego wpływają pieniądze
z podatków, aż 75 bilionów złotych trzeba było przeznaczyd na odsetki dla banków.

Nawet komuś kompletnie niezorientowanemu może się wydawad dziwne, że paostwo rezygnuje
z zarabiania pieniędzy w taki sposób, w jaki to robią banki. Skoro banki zarabiają na kreacji kredytów,
to dlaczego nie robi tego rząd? Nie musiałby wtedy odbierad społeczeostwu aż tylu pieniędzy. To, na
czym dziś zarabiają banki, zarobiłby bowiem budżet.

Mówi się, że światem rządzi międzynarodowa finansjera i jest to prawda. Banki są bowiem silniejsze
od rządów. Ale to nie znaczy, że u nas też tak musi byd. Zwłaszcza, że nasz rząd potrzebuje nazbyt
wielu pieniędzy.

Minister finansów powinien pozwolid bankom, aby pracowały tak, jak kantory. Mogą sprzedad tylko
pieniądze NBP, zarabiając jedynie na prowizji. Natomiast na kreacji kredytów może zarabiad tylko
paostwo. Jeśli będzie pożyczało samo od siebie, to przynajmniej zaoszczędzi na odsetkach.

Nie zanudzając Czytelnika niepotrzebnymi zawiłościami, powiem tylko tyle, że dzięki oddaniu banków
w ręce paostwa - odchudzilibyśmy budżet o kolejne 75 bilionów zł (tylko w 1995 r.). W kolejnych
latach ta suma będzie już dużo większa.

Dodatkowo należy zwrócid uwagę, że deficyt budżetowy paostwo finansuje emitując papiery
wartościowe, które nabywane są przez najbogatszych. Przynoszą one im dodatkowe zyski, czyniąc ich
jeszcze bogatszymi. Dodatkowo pikanterii sprawie dodaje fakt, że te dochody zwolnione są z podatku
dochodowego. Tak więc na zwiększenie dochodów najbogatszych przeznacza się pieniądze
wszystkich. Biednych jest znacznie więcej niż bogatych. Tym samym - oni głównie ponoszą ciężar
deficytu budżetowego.

Nie da się już ze społeczeostwa wycisnąd więcej. I nie należy go mamid, że odbierane mu pieniądze
idą do kieszeni emerytów oraz sfer, świadczących usługi, bez których społeczeostwo funkcjonowad
nie może. Wiele pozycji w wydatkach, ponoszonych przez paostwo, wzbogaca bogatych.

Starałem się pokazad te najważniejsze, które można i trzeba skreślid. Nie po to, aby żyło nam się
jeszcze gorzej, ale odwrotnie - abyśmy wreszcie obudzili się z tego złego snu i zaczęli żyd normalnie,
jak inne narody. Przez tyle lat, tyle kolejnych rządów przekonywało nas, że to niemożliwe. Ale jest to
zwyczajna nieprawda, co w tej książce starałem się udowodnid.
Grzebień dla łysego

Każdy wie najlepiej gdzie go boli.


Anonim

Czy człowiekowi, który jest niewrażliwy na ból żyje się lepiej? Nigdy nie bolą go zęby. Nawet, jak się
przewróci i zwichnie nogę, nie cierpi z tego powodu. A jakiż z takiego „mana” doskonały materiał na
boksera. Nic nie czuje, kiedy obrywa od przeciwnika, nie powali go więc na deski nawet najbardziej
bolesny sierpowy.

Wszystko to guzik prawda. Człowiek, któremu nie dane jest zaznad uczucia bólu, jeśli nawet żyje
lepiej, to bardzo krótko. To, że nie bolą go zęby, wcale jeszcze nie znaczy, że jego szczęki są odporne
na działanie bakterii. Ból jest tylko sygnałem, że w zębach są dziury, albo nawet stan zapalny. Po
otrzymaniu takiego sygnału od swojego organizmu, człowiek dbający o swoje zdrowie, udaje się do
dentysty i zęby leczy. Stan zapalny znika. A co się dzieje, jeżeli zęby nie bolą? Ich właściciel nie dostaje
żadnego niepokojącego sygnału, nie wie więc, że dzieje się z nim coś złego. Choroba nie leczona -
rozprzestrzenia się. Stan zapalny zębów grozi zapaleniem opon mózgowych, ciężkim reumatyzmem,
chorobami serca i wieloma innymi, dramatycznymi w skutkach schorzeniami. Ale człowiek, który nie
czuje bólu, nawet o tym nie wie. Jak się dowie, będzie już za późno.

Na szczęście, nie ma ludzi nie odczuwających bólu. Nasz system nerwowy między innymi przy
pomocy bólu, przenosi informacje po to, aby wywoład w nas odpowiednie reakcje. Ból zęba
„zawiadamia”, że coś się złego w nim dzieje, że trzeba go leczyd. Uczucie nadmiernego ciepła
powoduje, że zdejmujemy kożuch.

Takimi bodźcami, przenoszącymi informacje do „systemu nerwowego gospodarki” są ceny. Każda


cena, tak jak ból czy uczucie gorąca, niesie jakąś informację, która wywoła w gospodarce określoną
reakcję - np. wzrost albo spadek produkcji jakiegoś towaru.

Cena jest zawsze „zła”. Dla potencjalnego nabywcy - za wysoka. Cokolwiek kupujemy, czy będzie to
chleb, czy telewizor, uważamy, że jest za drogi. Innego zdania jest jego sprzedawca. Dla niego ta cena
jest za niska. Chętnie by ją podniósł i zarobił więcej, nie robi tego tylko ze strachu, że droższy towar
trudniej mu będzie sprzedad.

Tak więc cena jest przyczyną nieustającego konfliktu między kupującym a sprzedającym.

Co to jest cena? Ekonomiści mówią, że jest to „wartośd towaru, wyrażona w jednostkach


pieniężnych”. Zapomnieli jednak przy okazji wyjaśnid, co to jest „wartośd”. O zdefiniowanie tego
pojęcia pokusił się Karol Marks. Mówi on, że „wartośd towaru równa jest cenie pracy ludzkiej, jaka
jest w nim zawarta”.

Cóż wart jest stół? Na jego wartośd składa się cena pracy kogoś, kto wyhodował sadzonki drzewek
i kogoś, kto z tych sadzonek posadził las; ludzi, którzy ścięli drzewa i przewieźli je do tartaku; także
tych, którzy wyprodukowali samochód i przyczepę, na którą to drzewo załadowano i przewieziono
oraz producentów paliwa, które do tego celu zostało zużyte itp., itd.
Widzimy, że definicja Marksa jest słuszna. Zwątpimy w nią jednak, gdy zobaczymy w sklepie dwa
stoły, identycznego kształtu i koloru, zrobione z takiego samego drewna. Jeden jednak jest
pomalowany lakierem na tak zwany wysoki połysk. Drugiemu tej operacji kosmetycznej oszczędzono.
Jest matowy, na jego wartośd nie składa się więc cena lakieru. A mimo to - droższy, niż błyszczący
kolega. Dlaczego? Bo „wysoki połysk” przestał byd modny, klienci przestali go kupowad. Cenę już raz
obniżoną, trzeba będzie zmniejszyd po raz kolejny. Jest to sygnał i dla sprzedawcy, i dla producenta -
zaprzestad wytwarzania stołów na wysoki połysk. Bardziej opłaci się handlowad matowymi.

Widzimy więc, że marksowską definicję wartości trzeba by uzupełnid. Na wartośd, a więc i cenę
towaru składa się nie tylko wartośd ludzkiej robocizny, ale także to co nazywamy modą. Jak jest moda
na czarne rajstopy, to żadnej wartości dla potencjalnych klientek nie mają kolorowe, chod wartośd
ludzkiej pracy, w nich zawarta jest identyczna.

Czy teraz wiemy już na pewno, co to jest wartośd? Też nie. Bo są przecież dobra, których wartośd
powszechnie uznana jest za wysoką, a które zawierają w sobie niewielką porcję robocizny. Na
przykład diamenty, wydobywane w kopalniach odkrywkowych przez kiepsko opłacanych czarnych
robotników. A więc wcale nie wartośd ludzkiej pracy decyduje o wysokiej cenie diamentów, ale
rzadkośd ich występowania.

Inny „towar” - powietrze. Ile jest warte dla każdej oddychającej istoty? Najwyższą cenę i życie.
Dlaczego więc nikt nie chce za nie płacid ani grosza? Bo jest go dużo, wystarczy dla wszystkich. W
każdym razie dopóki człowiek zupełnie go nie za truje spalinami.

A ile wart jest grzebieo? Czy na jego cenę złoży się tylko wartośd pracy tych, którzy przyczynili się do
jego powstania, oraz to czy jest modny i dostępny w każdym sklepie? Tak, ale nie tylko. W kraju
łysych każdy grzebieo będzie miał cenę zero, bo nikomu nie jest potrzebny. Decyduje więc o niej
także wartośd użytkowa - fakt, czy czegoś potrzebujemy, czy też nie.

Ceny mają to do siebie, że zawsze rosną. Oczywiście mówimy o wszystkich cenach w gospodarce
jakiegoś kraju, o ich średnim wzroście. W socjalizmie, kiedy ogłoszono podwyżkę cen żywności, to
jednocześnie dodawano, że potaniały np. lokomotywy. W ten sposób średni wzrost cen w statystyce
był niewielki, ale problem ludzi polegał na tym, że wzrostu kosztów zakupu jedzenia nie mogli sobie
zrekompensowad oszczędnościami na lokomotywach, gdyż ich nie kupowali, ani wtedy gdy były
drogie, ani po obniżce.

W gospodarce rynkowej ceny nie służą propagandzie, ale także rosną, oczywiście - średnio.
Najdroższe są nowości, bo modne i poszukiwane. Inne jednak tanieją, gdyż produkuje się ich bardzo
dużo i tanio - np. komputery. Kraje o dobrej gospodarce różnią się od krajów zarządzanych kiepsko
m.in. tym, że w tych pierwszych wzrost cen jest minimalny, czasem nawet nie przekracza ułamka
procenta rocznie, zaś w tych drugich inflacja sięga kilkuset, a nawet tysiąca procent.

Skąd się biorą ceny?

Łatwiej będzie zacząd od odpowiedzi, od czego zależy cena pracy ludzkiej. W okresie dużego
bezrobocia, gdy słabe są związki zawodowe - robocizna nie jest w cenie. Nawet bowiem niezbyt
atrakcyjne finansowo zajęcie jest lepsze od zasiłku. Kiedy jednak następuje ożywienie gospodarki
i rzesza bezrobotnych się kurczy - rosną w siłę związkowcy i pracodawcy muszą płacid więcej. Są też
inne reguły, o których warto wiedzied, jak np. ta, że im więcej towarów firma produkuje, tym są one
taosze, chod cena pracy ludzkiej wcale się nie zmniejsza. Ale „tanieją” maszyny, czynsze za fabryczną
halę oraz inne tak zwane koszty stałe.

Mówiąc inaczej: przedsiębiorca za urządzenia do produkcji zapłacił np. 1 tys. zł. Jeśli pracuje ono tylko
8 godzin dziennie, to cena wytworzonego na nim towaru będzie wyższa, niż wtedy, gdy będzie ono
uruchomione przez całe dwie zmiany. Wydatek na maszynę trzeba wkalkulowad w większą liczbę
wytworzonych przy jej udziale produktów. To trochę tak, jak w teatrze - jeśli widownia jest malutka,
to cena biletu zwykle wysoka. Kiedy zaś krzeseł jest więcej - koszt przedstawienia rozkłada się na
większą liczbę widzów i bilety mogą byd taosze.

Od reguły „im wyższa produkcja, tym niższa cena”, tak jak od każdej innej - są wyjątki. Bywa i tak, że
wraz ze wzrostem produkcji, rosną koszty, a więc i cena. Takich wyjątków szczególnie wiele
obserwowaliśmy w epoce socjalizmu, gdy modne były przedsiębiorstwa - giganty. Wtedy to ogromne
cukrownie wytwarzały cukier o wiele drożej, niż małe. Buraki bowiem trzeba było zwozid z coraz
odleglejszych okolic, a to bardzo podnosiło koszty. Nowi pracownicy, których zatrudniono nie mieli
zielonego pojęcia o robocie i trzeba ich było dopiero przyuczad do zawodu - więc ich wydajnośd była
bardzo niska. W rezultacie cukier z cukrowni-giganta tak naprawdę kosztował o wiele drożej, niż
z małej. No, ale w tamtych czasach o wysokości cen decydował nie rynek, ale urzędnicy, więc cukier
z każdej cukrowni w sklepie kosztował tyle samo.

Teraz wrócimy do pytania, skąd biorą się ceny. Z cenami towarów jest podobnie, jak z ceną pracy
ludzkiej - kształtuje je popyt i podaż. Prawidłowy dla danej gospodarki układ cen powstaje w wyniku
godzenia ze sobą sprzecznych interesów indywidualnych. Sprzedawcy zgłaszają gotowośd sprzedania
określonych ilości towarów po określonej cenie. Kupujący robią to samo. Interesy obu stron krzyżują
się i w ich wyniku powstaje cena równowagi. Jeśli samochody tanieją - liczba kupujących rośnie. Jeśli
amatorów danego towaru jest wielu, a jego podaż ograniczona, można przypuszczad, że cena
równowagi osiągnie wysoki pułap.

Cena jest niezwykle ważną informacją dla producentów. Skąd mają oni wiedzied, czy popyt na jakiś
wyrób rośnie, czy maleje? Mówi o tym cena. Rośnie ona waz z rosnącą gotowością ludzi do wejścia
w posiadanie jakiegoś dobra.

Można jednak zapytad - ludzie na całym świecie chcą kupowad coraz więcej samochodów, a jednak
ich cena nie rośnie (my jesteśmy wyjątkiem, bo u nas w kształtowanie cen samochodów wmieszało
się paostwo). To prawda, ale kiedyś samochodów było mało i ich ceny były bardzo wysokie. Tak
zachęcająco wysokie, iż wiadomo było, że dają swoisty zysk producentom. Z kolei malała liczba
chętnych do kupowania powozów, czy innych wolniejszych od automobili, pojazdów. Spadała więc
ich cena, a wraz z nią topniał zysk producentów. Rynek dawał im w ten sposób do zrozumienia, że już
nie warto angażowad się w przestarzałą produkcję, na którą jest coraz mniej amatorów. Trzeba siły
i środki ulokowad w produkcji samochodów, bo przyszłośd należy do nich. Tak więc - mimo, że popyt
na auta rósł w tempie oszołamiającym - jeszcze szybciej rosła ich podaż. Armia naukowców
i inżynierów główkowała też nad tym, jak ulepszyd i potanid produkcję. W efekcie samochody na
świecie są coraz doskonalsze, bezpieczniejsze i - relatywnie - taosze.

Sygnały, jakie poprzez ceny płyną do gospodarki, powodują, że rozwija się ona w cyklach
koniunkturalnych. Pojawia się jakiś nowy, rzadki wyrób i staje się modny, a więc - pożądany. Skoro
jest go mało, a rzesza pragnących wejśd w jego posiadanie, ogromna - cena równowagi będzie bardzo
wysoka. Na tyle wysoka, że gwarantuje wytwórcy ogromny zysk. A, ponieważ każdy woli zarabiad
więcej, niż mniej - przedsiębiorcy rezygnują z taniej, mało opłacalnej produkcji i przerzucają się na
wyroby, osiągające bardzo wysokie ceny. Wkrótce podaż owych pożądanych dóbr staje się coraz
bogatsza, co ich wytwórców zmusza do ostrej konkurencji, także cenowej. Ceny spadają aż do
poziomu, który czyni produkcję nieopłacalną. Ten i ów rezygnuje z produkcji, podaż maleje i... cena
znów rośnie. Ponieważ jednak nie tylko cena ma znaczenie dla konsumenta, więc owe cykle
koniunkturalne w normalnej gospodarce rynkowej zmuszają wytwórców do nieustannego wysiłku
nad poprawianiem jakości, wymyślania nowych generacji tego samego wyrobu i w ogóle uczynienia
go ciągle atrakcyjnym dla potencjalnych nabywców.

Tak więc to ceny nieustannie informują przedsiębiorców o pragnieniach klientów. O tym, jakie
towary chcą oni nabywad, a z jakimi rozstają się bez żalu. Zmuszają ich, aby się do życzeo
konsumentów dostosowali. Wielki problem, wielka krzywda konsumentów zaczyna się wtedy, kiedy
owe sygnały, jakimi są ceny, zaczyna zniekształcad paostwo.

Paostwo zwykle wtrąca się do gospodarki pod hasłem ratowania, czy chronienia kogoś. Aż ciśnie się
w tym momencie powiedzenie „Boże, chroo mnie od przyjaciół, bo z wrogami sam sobie poradzę”.

Dlaczego w naszym kraju budynki przepuszczają ciepło, jak nigdzie na świecie (z wyjątkiem oczywiście
krajów postkomunistycznych)? Czy dlatego, że architekci, którzy je projektowali, to nieuki,
a inżynierowie, pod okiem których je wznoszono, to banda idiotów? Nie. Dlatego, że opiekuocze
paostwo chciało ochronid społeczeostwo przed prawdziwymi cenami energii i wprowadziło sztucznie
zaniżone, bo dotowane. Nawet architekt - nieuk i inżynier - idiota w czasach realnego socjalizmu
prowadzili jakiś rachunek kosztów. Z tego rachunku wynikało im czarno na białym, że taniej będzie
ogrzewad domy, przepuszczające ciepło, niż zbudowad je z dobrych termoizolacyjnych materiałów. Te
materiały były bowiem bardzo drogie, a ciepło - bardzo tanie. Tak w każdym razie wynikało z cen.
Architekci i inżynierowie rozumowali prawidłowo, ale sygnały, które otrzymywali (ceny) były
fałszywe. Tak naprawdę bowiem energia była bardzo droga, bo jej prawdziwa cena była większa
o olbrzymie dotacje z budżetu, czyli - z naszych pieniędzy.

Czy, wprowadzając zaniżone, sztuczne ceny na węgiel, prąd czy gaz, paostwo naprawdę nas
ochroniło? Bzdura. Znaleźliśmy się w ślepym zaułku, z którego nie ma wyjścia. Jesteśmy
społeczeostwem biednym, które na ogrzanie swoich mieszkao wydaje kilkakrotnie więcej pieniędzy,
niż paostwo bogate. Częśd tych rachunków płacimy sami, a częśd płaci za nas paostwo, ciągle dotując
nośniki energii. Ale paostwo robi to pieniędzmi, które odbiera nam, w formie podatków.

Inny przykład. Dawni „badylarze”, ongiś najbogatsza warstwa społeczeostwa, zgrzytają zębami, że
kapitalizm i gospodarka rynkowa wpędziły niemal w nędzę ich oraz ich rodziny. Rzeczywiście, wiele
szklarni stoi pustych. Niektóre przerobiono na hurtownie, inne - na baseny. Ich właściciele na
pokrycie szklanymi dachami sporych połaci gruntu wydali w owym czasie pieniądze. Nie tylko oni, na
nowalijkach zarabiały też i inwestowały w szklarnie najlepsze PGR-y. Ogrodnicy wysyłali nawet swoje
warzywa i kwiaty na eksport i było to wtedy szalenie opłacalne. Wysokie ceny stały się sygnałem:
inwestujcie w szklarnie, na tym zarobicie tak, jak na niczym innym. Aż tu nagle skooczyła się komuna,
przyszedł kapitalizm i szlag trafił zarobki i badylarzy. Nagle ich produkcja przestała się opłacad.

Nie z ich winy. I nie z winy kapitalizmu. Prawdziwym winowajcą jest znów socjalistyczne paostwo,
które zniekształciło ceny energii - podstawowego surowca, niezbędnego do uprawy pod szkłem.
Opłaciło się badylarzom, bo dopłacało do nich całe społeczeostwo, nie zdając sobie z tego zresztą
sprawy. Nowalijki i kwiatki sowicie dotowano, gdyż dotowano cenę węgla. Kiedy te dotacje
drastycznie zmniejszono - ich produkcja przestała się opłacad. Rachunek kosztów ogrodników był
fałszywy, bo fałszywe były ceny, na których się opierał.

Przykłady, które padają, dotyczą minionej epoki. Teraz mamy gospodarkę rynkową i ceny -
z wyjątkami - są już prawdziwymi sygnałami, jakie odbierają przedsiębiorcy.

Czyżby? Niestety, jest to wierutna nieprawda. Paostwo bowiem wcale nie wyrzekło się majstrowania
przy cenach. Nie królują już, co prawda, ceny urzędowe (a wódeczka?), ale paostwo zmieniło tylko
metodę wtrącania się w to, od czego powinno trzymad się z daleka. Wzięło do rąk i manipuluje -
a jakże, dla naszego dobra - takie instrumenty, jak cła, opłaty wyrównawcze, podatki graniczne
i wszelkie inne, płace minimalne itp. Uszczęśliwiając i czyniąc dobrze jednym grupom społecznym,
psuje system nerwowy całej gospodarki.

Faszeruje cherlaków środkami przeciwbólowymi, wmawiając im, że czyni z nich w ten sposób
supermenów, niewrażliwych na ciosy. Niestety, nie jest to najlepszy sposób na osiągnięcie tężyzny
fizycznej.
Żywność drożeje, rolnik... biednieje

Ziemia jest dla jednych matką a dla drugich macochą.


Ezop

„Paostwo, w którym rolnicy klepią biedę, nie może byd bogate”. Tego argumentu często używają
partie chłopskie, domagające się od rządu realizowania polityki wspierającej wieś. To prawda, że od
dobrobytu rolnika zależy poziom życia nas wszystkich. Jednak ochrona tego sektora gospodarki
poprzez mieszanie się paostwa do cen żywności powoduje, że wsi się jakoś nie poprawia, a miasto
popada w coraz większą nędzę. Zaś ceny żywności pną się do góry coraz żwawiej i żwawiej.

Przyjrzyjmy się na kilku przykładach, jak gorliwie paostwo usiłuje pomagad pracującym na roli i jak
odwrotne od zamierzonych osiąga rezultaty.

Tkwimy w przekonaniu, że skoro chłop zbiera z pola to, co mu urosło, tylko raz w roku, zaś inflacja
ciągle jest wysoka - to należy go wspomóc kredytami. Oczywiście - preferencyjnymi, czyli
oprocentowanymi niżej niż wzrost cen Skąd banki obsługujące rolnictwo, mają pieniądze na
dokładanie do tego interesu? Z budżetu, czyli z naszych podatków, płaconych także przez rencistów
i emerytów. Wystarczy powiedzied, że dotacja budżetu w 1995 r. do Banku Gospodarki Żywnościowej
była sporo większa od sum, które budżet przeznaczył na funkcjonowanie policji, a więc na utrzymanie
porządku i bezpieczeostwa całego społeczeostwa. Gdybyż jeszcze były te pieniądze dobrze wydane.
Ale skąd! Udzielając tanich kredytów rolnikom, rząd wyrządza krzywdę zarówno ludziom z miasta, jak
i ze wsi.

Tanie pożyczki dawane są po to (tak się to uzasadnia), aby chłopi nie musieli wszystkich swoich
plonów sprzedad jesienią lecz robili to stopniowo, w miarę upływu czasu. Wydaje się to logiczne,
a jednak logiczne nie jest. Zobaczmy bowiem jakie są tego skutki.

Już od jesieni 1994 r., a więc zaraz po zbiorach, ceny żywności ostro ruszyły do przodu. Tylko
w styczniu 1995 r. podskoczyły aż o 4%. Co było na przednówku - pamiętamy.

Wytłumaczenie tej drożyzny wydaje się oczywiste - susza zjadła zbiory, żywnośd musi więc drożed.
Owszem, jest w tym częśd prawdy, ale niewielka. Stodoły jeszcze pełne zboża, cukrownie puchną od
cukru (jego produkcja w 1995 r., mimo mniejszego urodzaju buraków śmiało wystarczyła nam do
nowej kampanii), a ceny szalały, bo podaż drastycznie spadła. Dlaczego spadła? Bo rolnicy myślą:
będzie drożed, po co więc mam sprzedawad pszenicę czy ziemniaki teraz, skoro mogę poczekad do
przednówka, gdy ceny będą najwyższe? Dostałem tani kredyt, przeżyję, a potem zarobię dużo więcej.
Pożyczkę oprocentowano mi przecież sporo niżej, niż wyniesie wzrost cen na moje produkty. Im
dłużej poczekam z ich sprzedażą, tym lepiej na tym wyjdę.

Chłop rozumuje i dobrze to o nim świadczy. To nie on jest głupi, ale paostwo. Rząd, który łudzi się, że
wysokie ceny płodów rolnych pomagają rolnictwu.

Rezultat jest taki, że ziemniaki już w lutym zdrożały od jesieni o 50%. Cena mąki, a więc chleba łupie
po kieszeni zjadaczy naszego, powszedniego. Można by ceny zbid, otwierając granice. Ale po co?
Zgodzono się na malutki bezcłowy kontyngent zbóż, ale tylko paszowych. Zboże na chleb może więc
tyle zdrożed, ile się chłopom zamarzy. Żadna konkurencja zagraniczna im nie grozi. W roku 1996
historia się powtarza.

Ach, jak się chłopi obłowią! A guzik prawda!

Gdyby rządzące partie chłopskie chciały naprawdę pomóc wsi, ich liderzy musieliby się ździebko
podkształcid. Zacząd należałoby od wzięcia do ręki roczników statystycznych z ostatnich lat. Studiując
je uważnie, zauważyliby, że wzrost cen płodów rolnych wprawdzie na początku napycha chłopom
kieszenie, ale wkrótce potem opróżniają się one w jeszcze szybszym tempie. Okazuje się bowiem, że
tempo wzrostu cen artykułów przemysłowych jest jeszcze szybsze niż żywności. Rolnicy, chod
wydawało im się, że tyle zarobili na droższej pszenicy czy ziemniakach - klną, gdyż drożeją im
traktory, nawozy, garnki, czy buty. Chleb, zresztą też, kupują w sklepach.

Czy jest to zemsta mieszkaoców miasta? Nie. Inaczej byd po prostu nie może.

Jesteśmy społeczeostwem biednym i lwią częśd średnich zarobków przeznaczamy na żywnośd. Nawet
najbardziej potulny robotnik, czy urzędnik musi zarobid tyle, żeby on i jego rodzina nie umarli z głodu.
Jeżeli żywnośd drożeje i wszyscy pracodawcy muszą ludziom w mieście podnieśd płace. Ale to nie
wszystko. Od wyższych zarobków trzeba zapłacid wyższy podatek i większe składki na ZUS. I chociaż
pracownikom dołożono tylko tyle pieniędzy, aby im zrekompensowad wzrost cen żywności, to
posunięcie to poważnie zwiększyło finansowe obciążenia pracodawcy. Jego koszty wzrastają w ten
sposób bardziej, niż uprzednio zdrożały artykuły spożywcze. Ceny artykułów przemysłowych rosną
więc także dużo wyżej.

Tanie kredyty dla rolnictwa nie wzbogaciły więc wsi, chłopski lament jak widzimy - nie ustaje. Miasto
natomiast zostało łupnięte po kieszeni dwukrotnie. Raz - kiedy płaciło podatki, z których pieniądze
zasiliły banki, obsługujące rolnictwo. Dwa - wyższymi cenami artykułów spożywczych. Wszyscy
stracili, nikt nie zyskał.

Jest złudzeniem złych rządów, że dobrobyt wsi da się osiągnąd kosztem ludzi z miasta. Odwrotnie -
szybciej do niego dojdzie, kiedy paostwo przestanie „pomagad”.

Co by się stało, gdyby rząd nie udzielił tanich kredytów na zboże? Może pojawiliby się spekulanci
(czytaj - prawdziwi handlowcy), którzy chcieliby zboże skupid tanio, a sprzedad drogo? Pewnie tak. Im
wyższy przewidywaliby wzrost cen, tym więcej ziarna chcieliby od chłopów odkupid. Duży popyt
spowodowałby zwyżkę cen i chłopi by na tym nie stracili. Na przednówku „spekulanci” też nie
poszaleliby z cenami, bo baliby się, że ktoś inny może sprowadzid taosze zboże z zagranicy i oni nie
tylko nie zarobią, ale zostaną z zapasami do nowych zbiorów.

W rezultacie - ceny mąki byłyby niższe niż przy kredytach preferencyjnych, a społeczeostwo
zaoszczędziłoby sporo pieniędzy, które budżet dopłacił do BGŻ.

Rząd robi wszystko, aby ceny żywności rosły. Dlaczego? Bo produkcja rolna ma się opłacad wszystkim,
którzy się nią parają. Zarówno rolnikom dobrym, pracującym w dużych zmechanizowanych
gospodarstwach i stosującym nowoczesne metody, jak i tym uprawiającym karłowate działki, przy
pomocy chabety i motyki. Wiadomo bowiem, że gdyby ceny płodów rolnych spadły, a nawet rosły
zbyt wolno, to produkcja stałaby się nieopłacalna dla tych najmniej wydajnych gospodarstw. Co
stałoby się z ich właścicielami? - dramatycznie pytają chłopscy przywódcy. Do miasta nie pójdą, bo
tam także nie ma pracy i jest wielu bezrobotnych. A na „kuroniówkę” dla dodatkowych kilku
milionów osób ze wsi, paostwa przecież nie stad.

Ależ my tę „kuroniówkę” i tak płacimy! Tyle, że jest ona ukryta w zawyżonej cenie żywności i nie
nazywa się zasiłkiem dla bezrobotnych.

Można powiedzied jeszcze inaczej. Skoro tak czy inaczej społeczeostwo musi do wsi dopłacad, to - dla
lepszego samopoczucia jej mieszkaoców - niech to czyni płacąc drożej za jedzenie, niż wydając zasiłki
dla bezrobotnych.

Problem w tym, że to wcale nie na jedno wychodzi.

O tym, że wysokie ceny żywności nie doprowadzą chłopów do dobrobytu - już wiemy. Spróbujmy
więc wyobrazid sobie, co by się działo, gdyby zboże, mięso, czy mleko nie drożały.

Oczywiście, najmniejsze i najbardziej przestarzałe gospodarstwa, nie mając z czego dokładad do


interesu, zaniechałyby obsiewania pól, czy hodowli. Trzeba by im było wypłacad zasiłek dla
bezrobotnych.

A co by się działo w tych lepszych zagrodach? Wydaje się, że przy niższych cenach, ich właściciele
także dostaliby po kieszeni. Ale to nieprawda. Do tej pory, mimo że produkowały taniej, sprzedawały
swoje płody za tyle samo, co ekonomiczne cherlaki (a od czego mamy ceny minimalne?). Popyt na ich
taniej wyprodukowane mięso czy warzywa nie był wcale większy. W momencie, gdy cherlaki
zaniechają produkcji, gospodarstwa lepsze niejako przejmą klientów, którzy do tej pory zaopatrywali
się u tamtych. Będą więc mogły produkowad i sprzedawad więcej, a więc ich zyski będą rosły - nie
wraz z cenami, ale zgodnie z zasadą „duży obrót, mały zysk”.

Ich traktory i kombajny także będą lepiej na siebie zarabiad - to tak jak z tą maszyną, której koszt
zwraca się właścicielowi szybciej, jeżeli urządzenie pracuje nie na jedną, ale na dwie zmiany.

I sprawa kolejna, o której już była mowa I jeśli nie będą rosły ceny żywności, to nie pociągną one za
sobą jeszcze większego wzrostu cen artykułów przemysłowych. Nikt nie straci, wszyscy zyskają.
Żywnośd będą produkowad tylko gospodarstwa, które potrafią to robid najlepiej i najtaniej. Tylko tą -
a nie żadną inną - drogą mamy szanse dojśd do tak rozwiniętego rolnictwa, jakie ma Ameryka, czy
Europa Zachodnia - gdzie zaledwie 8-10% społeczeostwa pracuje na wsi i jest w stanie wyprodukowad
żywnośd dla całej reszty.

A co z tymi nieszczęśliwymi bezrobotnymi rolnikami? Czeka ich dokładnie to samo, co bezrobotnych


w mieście. Trzeba się rozejrzed za nową robotą. Skoro nie ma zapotrzebowania na to, co robili do tej
pory, widocznie muszą się nauczyd czegoś innego. Owszem, to jest trudne, ale tylko w ten sposób
można do czegoś dojśd. Kraje rozwinięte oswajają się z myślą, że w najbliższej przyszłości każdy
członek społeczeostwa, aby nie znaleźd się na marginesie, dwa razy w swoim życiu zawodowym
będzie się musiał przekwalifikowad. Jeden zawód, którego się nauczy na starcie swojej kariery, po iluś
latach jego wykonywania będzie już niepotrzebny. Pojawią się nowe, których rynek pracy będzie
potrzebowad. Czy można więc sobie wyobrazid, że cały, otaczający nas świat coraz szybciej pędzi do
przodu, a tylko polski rolnik sieje i zbiera takimi metodami, jak robił to jego ojciec i dziadek?
To prawda, że dla rolników, którzy będą musieli przestad zajmowad się produkcją żywności, nie ma
w mieście ani roboty, ani mieszkao. Ale też nie ma potrzeby, aby opuszczali oni swoje zagrody. Jakośd
życia mieszkaoców wsi polskiej jest o wiele niższa, niż w krajach zachodnich. Brakuje telefonów,
podstawowych usług - te potrzeby można zaspokajad tylko w mieście. Także dlatego, że obecnie
mieszkaocy wsi są za biedni, aby móc korzystad z wszelkich udogodnieo cywilizacyjnych. Nie ma
chętnych, aby otwierad na wsi restaurację, bo i tak pies z kulawą nogą do niej nie zajrzy.

I stan ten się nie zmieni, dopóki polityka rolna będzie „chronid” wieś tak, jak do tej pory. Dopiero,
kiedy tej „ochrony” zabraknie - jedni będą musieli przestad produkowad drogą żywnośd, ale inni -
w ich miejsce - sprzedadzą dużo więcej swojej, wyprodukowanej po niższych kosztach. Najlepsi
rolnicy zaczną się szybko bogacid.

Powie ktoś, że to niesprawiedliwe, aby jednym pozwalad zarabiad krocie kosztem innych, których
taka polityka zepchnie na dno nędzy. I jest to bzdurne, komunistyczne myślenie, którego skutkiem
jest tylko równe dzielenie biedy, bo do bogactwa nikomu się dojśd nie pozwoli.

Co zrobią ze swymi pieniędzmi szybko bogacący się rolnicy? Wypchają nimi sienniki? Nie, zechcą je
wydad. Wielu z ruch zapragnie wybudowad większe, wygodniejsze domy. Nie będą tego robid
własnymi rękami. Zatrudnią murarzy, malarzy, cieśli, stolarzy. Najlepiej miejscowych, bo wtedy
robocizna będzie taosza. Kupią nowe, lepsze samochody, nie mówiąc już o lepszych maszynach do
produkcji rolnej. Czy będą jeździd do miasta, żeby je naprawiad i konserwowad? Czy jednak chętniej
skorzystają z usług miejscowego warsztatu, jeśli taki powstanie?

Bogaci rolnicy łatwiej znajdą żony, z czym dziś na wsi jest nie lada problem, gdyż kobiety boją się
brudnej i trudnej pracy na roli. Co wpłynie na to, że przestaną się bad? Ich mężów stad będzie na
kupno sprzętu, który ułatwi im pracę. One same zaś, tak jak kobiety w mieście, będą miały możliwośd
(bo będą na to pieniądze), aby co jakiś czas poprawid sobie urodę u fryzjera czy kosmetyczki. Jeśli
będzie popyt, a z drugiej strony - ludzie bez zajęcia, to co stoi na przeszkodzie, aby ci bezrobotni
nauczyli się zawodów, na jakie powstanie zapotrzebowanie?

Nie jest więc tak, że jedni się wzbogacą, a inni zostaną pozbawieni środków do życia. Jeśli wszyscy są
biedni „po równo”, to nikogo nie stad na nowy dom, samochód czy kosmetyczkę. Jeśli jednak zaczyna
się tworzyd grupa bogatszych, to dzięki nim bogacid się mogą także inni - murarze, bo jest dla nich
praca, której do tej pory nie było. Mechanicy samochodowi, fryzjerzy, kosmetyczki I z tego samego
powodu. Powoli wszyscy zaczynają żyd coraz lepiej, tylko dzięki temu, że wreszcie rząd przestał ich
chronid.

Nie znaczy to wcale, że paostwo powinno pozostawid wieś samą sobie i w ogóle przestad jej
pomagad. Owszem, powinno to robid, ale mądrze. Co to znaczy mądrze?

Odkryjmy Amerykę, zapytując - komu najbardziej zależy na dobrych wynikach produkcyjnych?


Właścicielowi gospodarstwa indywidualnego, czy też najemnym pracownikom gospodarstw
spółdzielczych, czy PGR-ów? Odpowiedź wydaje się oczywista - naturalnie, że tym pierwszym, czyli
właścicielom. Z pewnością też oni bardziej przykładają się do roboty, niż np. pracownicy PGR-ów.
Problem w tym, że najlepsze rezultaty osiąga wcale nie ten, kto wcześniej wstaje i więcej się spoci.

Zajrzyjmy do rocznika statystycznego. Ze zdumieniem stwierdzimy, że najbardziej wydajnie pracują


PGR-y, potem spółdzielcy, a najgorzej rolnicy indywidualni.
Zobaczmy ile mleka dawały rocznie krowy:

1990 r. 1993 r.
w PGR 3855 litrów 3619 litrów
w gospodarstwach spółdz. 3603 litrów 3465 litrów
w gospodarstwach indywid. 3023 litrów 3013 litrów

Podobnie jest z plonami czterech podstawowych zbóż, osiąganymi z jednego hektara.

Z 1990 r. 1993 r.
w PGR 38,8 kwintali 31,3 kwintali
w gospodarstwach spółdz. 32,8 kwintali 30,9 kwintali
w gospodarstwach indywid. 29,6 kwintali 26,7 kwintali

Jak to wytłumaczyd? Tak samo, jak tłumaczy się fakt, że chociaż Polska jest ziemniaczanym
mocarstwem, to Mc Donald musi ziemniaki, na sprzedawane w Polsce frytki, sprowadzad z zagranicy -
nasi rolnicy takich nie produkują. Rolnicy nasi pracują bowiem ciężko, ale efekty ich pracy są dośd
mizerne.

Najlepiej bowiem miewa się nie ten, kto pracuje rękami, ale ten, kto pracuje głową. I nie jest to wina
samych rolników, ale właśnie paostwa.

Zamiast wtrącad się w ceny żywności, powinno ono bowiem zadbad o to, o co rolnicy sami zadbad nie
są w stanie - o wyhodowanie najlepszych odmian genetycznych zarówno zbóż, jak zwierząt, czy
ziemniaków i zachęcanie rolników, aby z tego materiału korzystali. Lepsze plony PGR-ów nie są
bowiem wynikiem lepszej pracy ich robotników, ale właśnie lepszych odmian, jakie stosują oraz
nowocześniejszych metod upraw, których nauczyły się stosowad. Rolnik indywidualny zaś, chod
pracowity, jest często za mało wykształcony. Uprawia to samo i tak samo, jak jego przodkowie, a więc
i rezultaty ma takie same jak oni, ale żyd chciałby inaczej - tak jak żyje rolnik na Zachodzie. Nie
osiągnie tego celu, gdy paostwo zapewni mu ceny minimalne, wiedzie doo bowiem zupełnie inna
droga. I tylko wtedy rolnicy osiągną dobrobyt, ale nie kosztem miasta.

Produkując drogo - nie wzbogaca się wieś, a ubożeje miasto. Tylko coraz taosza żywnośd może
poprawid finanse i samopoczucie zarówno rolnikom, jak i konsumentom tego, co oni wyprodukują.
Kto handluje, ten żyje..

Podejmuje się ogromne wysiłki, aby połączyd dwa kraje, kopiąc tunel pod górą. Następnie, po
wykonaniu olbrzymiej pracy mającej ułatwid wymianę po obu stronach góry, stawia się
posterunki celne, aby maksymalnie utrudnid przewóz przez ten tunel.
Frederic Bastiat

Socjalizm spowodował, że nasze życie bardzo zaczęło przypominad czasy, opisywanych już tutaj
gromad ludów pierwotnych. Cechą takiej gromady - jak pamiętamy - było to, że wszelkie potrzeby jej
członków zaspokajała ona sama. Sama musiała zdobyd pożywienie, upolowad zwierzęta, w których
skóry można było się przyodziad, sama wyszukiwała i przysposabiała jaskinie do mieszkania.

Wielu Czytelników może się w tym miejscu oburzyd! Przecież „za komuny” nikt z nas nie musiał
polowad, aby mied co do garnka włożyd, nikt też chyba nie wyprawiał skór domowym sposobem,
porównywanie więc życia gromad pierwotnych do socjalizmu jest więc grubym nadużyciem. Czyżby?

Czy pamiętacie, czym oprócz, oczywiście, propagandy - zajmowały się wtedy głównie gazety
i telewizja? Poradnictwem. Jak samemu pomalowad mieszkanie, wycyklinowad podłogę, uszyd
spodnie i nauczyd się angielskiego, a także zreperowad odkurzacz, czy - dla najzdolniejszych - nawet
„malucha”. Wielkim powodzeniem cieszyły się broszury „Zrób to sam”.

Dlaczego ludzie socjalizmu, zamiast zająd się tym, co umieli robid najlepiej, sami usiłowali malowad
swoje mieszkania, reperowad samochody itp.? Nie dlatego, że byli głupi, ale że szwankował handel.
Nauczyciel języka angielskiego mógł, co prawda, łatwo sprzedad swoje umiejętności, udzielając
korepetycji, ale już z zakupieniem innego dobra za otrzymane pieniądze były spore kłopoty. Bo
złotówki wtedy kiepsko służyły handlowi.

Dlaczego dziś jest inaczej, skoro kupujemy i sprzedajemy za te same „papierki” i ani nie są one
ładniejsze, ani lepiej wydrukowane. Są już co prawda nowe banknoty i monety, ale nam i tak jest
wszystko jedno, czy wydają nam resztę starymi czy nowymi pieniędzmi. Nie o ich urodę więc chodzi.
Każdy z nas z pewnością wolałby znaleźd pięd dolarów niż pięd rubli, chod nie każdy nawet pamięta,
jak wygląda jeden czy drugi banknot.

Siłą pieniądza jest wielka siła pozorów. Wiary, że jest on tyle samo wart dla nas, jak i dla innych ludzi
i w każdej chwili możemy go zamienid na inne, atrakcyjne dla nas dobro. Taką wiarą nie były
obdarzone złotówki za socjalizmu, a cieszą się nią teraz, chod często są to te same banknoty, a ich siła
nabywcza przez te lata mocno zmalała.

Pieniądz musi byd zatem dobry (a więc - obdarzony ludzką wiarą), aby mógł dobrze służyd handlowi.
Wielka siła handlu po raz pierwszy ujawniła się już w momencie, gdy jedna gromada wymieniła swoje
garnki na maczugi innej gromady. To była jeszcze prymitywna wymiana, a już stał się cud. Obie
gromady, przedtem smutne, po dokonaniu transakcji poczuły się szczęśliwe. Każda z nich zrobiła
bowiem doskonały interes. Dla producentów garnków ich nadmiar stanowił tylko przeszkodę,
walającą się pod ścianami jaskini. Ten sam kłopot mieli producenci najlepszych w puszczy maczug,
wysadzanych krzemieniami. I oto za jednym zamachem pozbyli się nie tylko niepotrzebnych dla nich
rzeczy, ale zostali szczęśliwymi posiadaczami przedmiotów do tej pory dla nich nieosiągalnych. Każda
gromada w swoim własnym przekonaniu wymieniła rzecz mniej cenną dla siebie na bardziej
wartościową. Jedna garnki, których miała nadmiar na maczugi, których sama nie potrafiła wytworzyd.
Druga - maczugi, których produkcję opanowała w sposób dla innych nieosiągalny na garnki, dzięki
którym poczyniła wielki postęp cywilizacyjny - mogła od tej pory delektowad się gotowanymi
posiłkami.

Z chwilą, kiedy handel ujawnił tak wielką siłę, ludzie uświadomili sobie, że dzięki niemu mogą stawad
się coraz bardziej bogaci. Bez handlu zaś osiągnięcie dobrobytu jest niemożliwe. Wymyślenie
pieniądza, który go ułatwiał (najpierw towarowego, czyli soli, płótna, zboża itp., a potem
papierowego) było więc tylko kwestią czasu.

Cóż z tego, że członkowie jednej gromady po mistrzowsku produkowali maczugi? Robili ich tylko tyle,
ile potrzebowali do obrony własnej. Wytwarzanie większej ich liczby było bez sensu, bo i tak walały
się tylko po kątach. Czy przez to, że byli mistrzami ówczesnego przemysłu zbrojeniowego, stali się
bogatsi? Nie. Stało się to możliwe dopiero wtedy, kiedy zaczęli maczugami handlowad. Dzięki temu
mogli zdobywad dobra, które do tej pory były dla nich nieosiągalne.

Czy dobry malarz pokojowy epoki socjalizmu miał szansę stad się bogatszym przez to, że sam
próbował zreperowad swego „malucha”? Zajęło mu to z pewnością o wiele więcej czasu, niż
zawodowemu mechanikowi, a i efekt jego żmudnego wysiłku nierzadko był opłakany.

To handel jest motorem specjalizacji. Dzięki niemu każdy zajmuje się tym, co potrafi robid najlepiej.
Wymieniając rezultat swojej pracy na specyficzny towar, jakim są pieniądze, otrzymuje szansę
zakupienia innej rzeczy, którą ktoś inny także zrobił lepiej i taniej, niż uczyniłby to on.

Handel ma jeszcze jedną właściwośd, której zwykle sobie nie uświadamiamy. Jest również winą
socjalizmu, że o ludziach uprawiających tę czynnośd, zwykliśmy mówid z pogardą - „handlarze”,
a czasem wręcz z nienawiścią - „spekulanci”. Były nawet specjalne brygady, powoływane przez rząd
(np. osławione IRChA z okresu stanu wojennego, czyli Inspekcja Robotniczo-Chłopska
Antyspekulacyjna) do tropienia i karania spekulantów. Do więzienia trafił wtedy człowiek, który
kupował w jednym miasteczku świeże bułeczki i wiózł je na rowerze dwadzieścia kilometrów dalej,
gdzie były nieosiągalne. Tam rozchodziły się, jak... świeże bułeczki, więc za spekulację handlowca
posadzono do mamra.

Ścigając i tępiąc prawdziwych handlowców, socjalizm nie przybliżył nas do dobrobytu. Zaś niechęd do
handlarzy i spekulantów, płynąca z błędnego przeświadczenia, że to oni okradają nas z naszych ciężko
zarobionych pieniędzy - przesłoniła nam prawdziwe cechy handlu - altruizm, czyli myślenie nie
o sobie, dbanie nie o własne potrzeby, ale o potrzeby innych ludzi. Tych, którzy się w tym momencie
roześmieją z niedowierzaniem, zaraz postaram się przekonad.

Kiedy człowiek zajmujący się handlem, staje się naprawdę bogaty? To oczywiste - wtedy, kiedy dużo
sprzedaje. Aby jakakolwiek transakcja mogła dojśd do skutku, ten kto ma pieniądze musi dojśd do
wniosku, że są one dla niego mniej warte, niż przedmiot, który może za nie kupid. Chętnie więc
pozbywa się pieniędzy w zamian za ową rzecz. Z kolei sprzedawca owej rzeczy też najwidoczniej
uznał, że woli kolorowe papierki, niż swój towar i obaj partnerzy zachowują się dokładnie tak, jak
gromady, zamieniające garnki na maczugi - każdy z nich w swoim własnym przekonaniu - zamienił
rzecz mniej cenną dla niego na bardziej pożądaną. Zadowoleni są obaj, bo każdy z nich zyskał.

Jak to jest możliwe, że obaj zyskali, a nikt nie stracił? Jest to możliwe dzięki temu, że handel jest
ojcem specjalizacji. To on spowodował, że ludziom przestało się opłacad robid wszystko, gdyż
zauważyli, że lepiej żyją wtedy, gdy wytwarzają to, co potrafią najlepiej.

Dokładnie tak, jak dzieje się w sporcie. Najbardziej wszechstronną dyscypliną jest dziesięciobój.
Dziesięcioboista skacze wzwyż i w dal, a także o tyczce, biega na różnych dystansach. W całej długiej
historii sportu nie było jednak przypadku, aby zawodnik, uprawiający wielobój, pobił rekord świata
w którejkolwiek z uprawianych przez siebie dyscyplin. Najlepsze wyniki osiągają bowiem ci, którzy się
wy specjalizowali tylko w jednej dyscyplinie.

Dokładnie tak samo dzieje się w gospodarce. Ani pojedynczy człowiek, ani małe narody nie mają
szansy na osiągnięcie dobrobytu, jeśli będą zachowywad się jak Zosia Samosia, czyli wszystko robid
samemu, zamiast wymieniad własną pracę na pracę innych.

I znów przypomnijmy sobie, jak to było „za socjalizmu”. Gazety i telewizja z dumą pokazywały tych,
którzy podjęli się produkcji antyimportowej. To znaczy zaczęli robid sami jakieś rzeczy, które do tej
pory trzeba było sprowadzad z zagranicy. Byliśmy dumni z tego, że „Polak potrafi”, ponieważ nie
liczyliśmy ile go to naprawdę kosztuje. Ale widzieliśmy rezultat - Polakom żyło się kiepsko, o wiele
gorzej, niż narodom prowadzącym gospodarkę otwartą. Ale lepiej niż Albaoczykom, którzy zamknęli
granice prawie zupełnie, rezygnując z jakiejkolwiek wymierny ze światem.

Dziś, narzekając na wielkie bezrobocie, na rozszerzający się margines nędzy, nie zauważamy wielkiego
postępu w gospodarce. Tak wielkiego eksportu, jaki mamy obecnie, nie mieliśmy nigdy w przeszłości.
Takiego bogactwa towarów w naszych sklepach także nie. I są to nie tylko rzeczy z importu, ale także
rodzimej produkcji, które przestały byd siermiężne, a upodobniły się do tych, które wytwarza świat.

W czasach socjalizmu, kiedy mówiło się, iż najważniejszy jest człowiek, tenże człowiek musiał pid białą
brudną ciecz, nazywaną mlekiem, która często nie nadawała się do spożycia już w dniu zakupu,
chyba, że sprytny rolnik dosypał wcześniej do niej proszku IXI. Proszek do prania powodował
wprawdzie gwałtowny „przemarsz wojsk” w przewodzie pokarmowym konsumentów, ale za to
mleko nie warzyło się w trakcie gotowania.

Teraz - nad czym ubolewa większośd lewicowców - nie liczy się człowiek, ale zysk. I co robią ci
najbardziej pazerni na pieniądze? Żądni zysku rolnicy, chcąc osiągnąd lepszą cenę w punkcie skupu,
lepiej dbają o zdrowie i higienę swoich krów, dzięki czemu mleko jest o wiele mniej niż kiedyś
zanieczyszczone. Żądne zysku mleczarnie przestały nalewad mleko do butelek, gdzie psuło się w ciągu
kilkunastu godzin, ale pasteryzują je lub sterylizują i pakują w kartony, dzięki czemu konsument nie
musi już biegad do sklepu każdego ranka, aby móc na śniadanie napid się mleka. Natomiast przez to,
że otworzyliśmy naszą gospodarkę na świat, a cena dolara przestała byd zupełnie oderwana od jego
rzeczywistej wartości - te kartony, w które nalewa się mleko nie są droższe od tego co zawierają.

Jednym słowem - takie mleko i takie jego przetwory, jakie oferuje się konsumentom obecnie nie były
możliwe do osiągnięcia w socjalizmie. A podobnych przykładów jest wiele, w każdej branży.
Dopiero dziś naprawdę możemy się przekonad, że spekulant to nie jest złodziej, który nas okrada, ale
najlepszy handlowiec. Żeby się bowiem wzbogacid, musi najpierw ostro główkowad, co innym
ludziom już jest, albo będzie wkrótce najbardziej potrzebne. Musi wiele się wysilad, żeby jak najlepiej
zaspokoid ich potrzeby. Jego konkurenci martwią się bowiem o to samo. Najlepiej zarobi więc ten, kto
te potrzeby odgadnie i zaspokoi najlepiej. Pamiętamy przecież, że tak samo, jak w czasach gromad
pierwotnych, tak i teraz ludzie pozbędą się efektów swojej pracy (ongiś były to garnki czy maczugi,
teraz - pieniądze) tylko wtedy, jeśli uznają, że jest to dla nich transakcja korzystna. I tak oto doszliśmy
do zaskakującego wniosku: im ktoś jest bogatszy, tym z lepszym skutkiem potrafi zaspokajad potrzeby
bliźnich. Żądza zysku doprowadziła go niemal do altruizmu. Aby stad się bogatym i móc zaspokoid
swoje nawet najbardziej wyszukane zachcianki, musi najpierw zadbad o potrzeby i zachcianki innych
ludzi. Mało tego - kapitalizm doprowadził do tego, że nie tylko każdy stara się - dla własnego dobra -
jak najlepiej zaspokajad cudze potrzeby, ale nawet je... wymyśla. Samochód wynaleziono nie dlatego,
że był nao popyt (przecież go nie znano), ale dlatego, iż ktoś słusznie pomyślał, że ludzie będą chcieli
poruszad się coraz szybciej.

Wtedy, gdy deklarowano, że najważniejszy jest człowiek, w rzeczywistości jego potrzeby były
w głębokiej pogardzie. Nawet takie potrzeby - jak utrzymanie w należytym stanie zdrowia
społeczeostwa. Tam natomiast, gdzie najważniejszy jest zysk, czyli w prawdziwym kapitalizmie -
można go osiągnąd tylko wtedy, gdy z największą i najprawdziwszą troską traktuje się innych ludzi.

Co w socjalizmie mogły wywojowad różnej maści organizacje konsumenckie? Co by dało


uświadamianie ludzi, że mleko jest skażone, skoro innego i tak nie było? Dlaczego litrowe butelki ze
srebrnym a nawet ze złotym kapslem zniknęły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Bo ludzie
nie tylko zorientowali się, że biała ciecz jest paskudna i szkodliwa dla zdrowia, ale też dano im
możliwośd kupna lepszego, zdrowego mleka. Przypomnijmy sobie, zanim się pojawiło polskie, dobre
mleko w kartonach, ludzie zaczęli masowo kupowad mleko z importu, które nagle stało się dostępne.
Czy ta wredna, zagraniczna konkurencja zniszczyła naszych chłopów i mleczarnie? Te najgorsze - tak.
Ale inne zmusiła do tego, aby zaoferowały ludziom mleko takiej jakości, jakie naprawdę chcą
spożywad. Bez otwartego handlu było to niemożliwe.

Tak więc lepsze mleko zawdzięczamy paostwu (a konkretnie Leszkowi Balcerowiczowi), jego
działaniom, umożliwiającym nieskrępowany handel. Temu służyło bowiem ujednolicenie kursu walut
(przedtem były dwa - niski, paostwowy, który zniechęcał eksporterów, gdyż za wymianę z zagranicą
dostawali śmiesznie małe pieniądze - i wysoki, czarnorynkowy, który uniemożliwiał z kolei
konsumentom kupowanie produktów importowanych; za granicą kupowało więc tylko paostwo).

Tak jednak, jak wicepremier Balcerowicz międzynarodowy handel ułatwił, tak jego następcy coraz
bardziej „sypali piasek w szprychy”.

Spróbujmy przyjrzed się, jakie skutki przynosi ograniczanie swobody handlu.

Wiemy już, że jeśli społeczeostwo gardzi handlowcami, to w gospodarce dominują Zosie Samosie.
Jedna z takich Zoś Samoś potrafi dziennie wyprodukowad pięd krzeseł. Jej koleżanka tyle samo.
Pierwszej jednak stanowczo lepiej wychodzą części tapicerowane, te na których się siedzi. Drugiej -
elementy drewniane. W momencie, gdy zrozumieją, że szybciej wzbogaci je handel, niż ilośd
wylanego potu, każda z nich zacznie wytwarzad te elementy, które robi najlepiej. I oto stanie się cud:
jedna będzie robid dziennie dwanaście części tapicerowanych, druga tyle samo elementów
drewnianych.

Kiedy wymienią je między sobą, każdej z nich codziennie będzie przybywad już nie 5, ale 6 krzeseł.
Oczywiście, upraszczamy sytuację. Nie będzie to bowiem handel wymienny, lecz każda z nich swoją
dzienną produkcję sprzeda za pieniądze. Dzięki handlowi wzbogacą się obaj producenci, ale wzbogaci
się też społeczeostwo - o dwa krzesła każdego dnia.

Ale społeczeostwo, a zwłaszcza reprezentujący je rząd, nie lubi, jak ktoś bogaci się za szybko. W
interesie bezrobotnych, emerytów i sfery budżetowej paostwo postanawia nałożyd na handel
podatek, będący równowartością 25%, a więc 3 krzeseł. Każda z Zoś, które od momentu, gdy
wkroczył handel, przestała byd Samosią - musi od tego momentu oddad paostwu 3 z wytworzonych
przez siebie 12 elementów, zostaje im więc po 9.

Powie ktoś - ale wzbogacili się biedni emeryci i za lepsze pieniądze może pracowad „budżetówka”. I
byłaby to prawda, gdyby ludzie byli chodzącymi ideałami. Ale nie są, nie od dziś wiemy, że natura
ludzka jest ułomna i człowiek zabiega przede wszystkim o dobro własne i swojej rodziny.

Podatek, a więc wtrącanie się paostwa w handel sprawi, że każda z Zoś znów stanie się Samosią, chod
już wbrew własnej woli. Jako Samosia będzie robid wprawdzie znów tylko 10, a nie 12 krzeseł, ale nie
będzie musiała płacid podatku. Przedtem miała wybór, czy mied 10 czy też 12 krzeseł, dzięki
handlowi. Podatek zmienił go zasadniczo - teraz zastanawia się, czy handlowad i płacid haracz, co
w rezultacie spowoduje, że będzie miała 9 krzeseł, czy znów robid wszystko samemu i posiadad ich
10.

Paostwo więc zahamowało handel i rozwój gospodarki, gdyż -jak wiemy dzięki specjalizacji obie Zosie
stały się wydajniejsze. Straciło też społeczeostwo, bo Zosie i tak podatku nie płacą, a na rynku jest
dziennie o 2 krzesła mniej.

Spróbujmy sobie wyobrazid, co by to było, gdyby każde województwo brało myto (podatek) od
wszystkich towarów, które przywożone są na jego teren z innych województw. Mogłoby te pieniądze
przeznaczyd na własnych bezrobotnych i emerytów, którym trzeba pomóc. Ceny w sklepach całego
kraju podskoczyłyby do góry, bo żadne województwo nie potrafi się obejśd bez „importu” z innych
regionów. Jeśli stawki myta byłyby bardzo wysokie, to w regionach rolniczych, strasznie drogi byłby
węgiel (sprowadzany ze Śląska) i inne towary przemysłowe, np. tekstylia (sprowadzane z Łodzi).
Górnicy na Śląsku przymieraliby głodem, bo u nich z kolei w górę bardzo poszłaby żywnośd. Rolnik
wolałby palid chrustem, niż wydawad wielkie pieniądze na węgiel. Jego żona i córki ściągnęłyby ze
strychu stare kołowrotki i zaczęły prząśd wełnę i robid swetry na drutach. Górnicy, zamiast gołębi,
zaczęliby hodowad świnie, bo byłyby one taosze, niż te importowane z łomżyoskiego. Ale o wiele
droższe niż wtedy, gdyby myta nie było.

Po co podaję takie abstrakcyjne przykłady, skoro - dzięki Bogu - myta na rogatkach każdego
województwa nie płacimy i nic nie wskazuje na to, aby taki podatek wprowadzono. A czym od myta
różni się cło? Tylko tym, że nie jest pobierane na granicy województw, ale kraju. O ile jednak pomysł
wprowadzenia myta między regionami naszego kraju z pewnością spotkałby się z wielkim
sprzeciwem, to stawki celne aprobujemy, a nierzadko wręcz domagamy się ich podniesienia. My -
producenci, bo nie konsumenci, którzy zawsze są ich ofiarą.
Każdy podatek jest zły, bo robi krzywdę gospodarce. Ale najgorszym podatkiem jest cło, ponieważ
niszczy handel i krajowi, otoczonemu celnymi murami, nie pozwala się wzbogacid, czyniąc zeo ubogą
Zosię Samosię.

Zwolennicy ceł posługują się kilkoma „żelaznymi” argumentami, mającymi uzasadnid ich koniecznośd.
Na czoło wysuwa się koniecznośd ochrony rodzimych producentów. Nikt nie ma wątpliwości, że wiele
naszych fabryk produkuje gorzej i drożej, niż dzieje się to w innych krajach. Gdyby więc cło nie
windowało sztucznie cen artykułów importowanych, konsumenci nierzadko woleliby kupowad
produkty obce, niż „made in Poland”. Wtedy producent krajowy mógłby nawet zbankrutowad -
wołają obroocy polskiego przemysłu. Nie wolno do tego dopuścid!

Sztandarowym przykładem tej ochrony jest nasz przemysł motoryzacyjny, o którym złośliwi mówią, iż
wytwarza produkty samochodopodobne. Wysokie cła i akcyza spowodowały, że za niemieckie auto w
Polsce zapłacid trzeba dwa razy tyle, co w Niemczech. Nasz polonez stał się, dzięki temu podatkowi,
bezkonkurencyjny. Wprawdzie każde auto zachodnie podobnej klasy bije go na głowę jakością, ale
jest jednak dużo droższe. Więc FSO, owszem, żyło się dobrze dzięki tej ochronie. Może mariaż
z koreaoskim Daewoo zmieni tę sytuację. Ale jej zachodni konkurenci idą do przodu o wiele szybciej.
A więc, co naprawdę wart jest rozwój FSO - zobaczymy za kilka lat, gdy cła stopnieją do zera. Może
się okazad, że mimo tylu lat ochrony, fabryka nie jest w stanie stawid czoła konkurencji. Albo też -
właśnie z powodu tej ochrony.

Hołubienie monopolistów tylko dlatego, że są krajowi, czyni gospodarkę niezdolną do konkurowania


ze światem. Sami nawet nie wiemy, że tych monopolistów jest aż tak wielu. Na przykład - produkcja
silników. Fabryk, gdzie one powstają jest chyba kilkanaście. Problem w tym, że one ze sobą nie
konkurują, bo każda - tak zadekretowano w socjalizmie - wytwarza inny rodzaj silnika. Podobna
sytuacja jest w wielu innych branżach. Jeśli otwarte granice nie zmuszą ich do rozwoju i wydajniejszej
pracy - polski klient będzie musiał przepłacad za produkt niższej klasy. Bo cło chroni przed
koniecznością sprostania światu. Pod takim parasolem nigdy nasza gospodarka nie stanie się
konkurencyjna. Zaś społeczeostwu odbiera się szansę wzbogacenia - często bowiem, właśnie
z powodu cła, do wymiany handlowej z innymi krajami nie dochodzi.

Może wydad się nieprawdopodobne, ale tak jest, że nawet wtedy, gdy handlują ze sobą kraje
o różnym poziomie rozwoju - zyskują na wymianie oba. Jeśli zaś któryś cłem ogranicza handel, czyni
dokładnie, jak niemądre dziecko, które na złośd mamie odmraża sobie uszy.

Gdyby paostwo mniej gorliwie chroniło, m.in. przy pomocy cła, przemysł krajowy - niektóre fabryki
rzeczywiście musiałyby splajtowad. Ale w dłuższym okresie nasza ludzka energia i zdolności, a w
konsekwencji także maszyny - zostałyby skierowane na produkcję tego, co nam wychodzi najlepiej
i ma zbyt tak w kraju, jak i zagranicą, gdyż jakością i ceną jest w stanie sprostad konkurencji.

Innym argumentem, mającym usprawiedliwid cła, jest strach, że gdyby je zniesiono, to „zalałyby nas
obce produkty”. Żeby wylała rzeka, muszą padad obfite deszcze. Żeby mogły nas zalad importowane
towary, musimy my swoimi produktami „zalewad” innych. Nikt nam bowiem niczego nie da za
darmo. Żeby kupid obce towary, musimy mied obce pieniądze. Nie wydrukuje ich NBP, można je
zdobyd tylko sprzedając polskie towary za granicę. Jeśli import wzrósłby gwałtownie - podskoczyłaby
na naszym rynku cena obcych walut. Nie ma się co łudzid, że nas „zaleją” za darmo. „Zalejemy” się
tylko za tyle pieniędzy, za ile wyeksportujemy.
Niektórzy, a zwłaszcza partie chłopskie, straszą nas dodatkowo ogólnoświatowym spiskiem. Kraje
Unii Europejskiej - w myśl tej teorii - celowo dopłacają do produkcji żywności, żeby wykooczyd nasze
rolnictwo. Ale jak tylko jego upadek stanie się faktem - światowe ceny żywności natychmiast skoczą
do góry. I wtedy co? Głodem nas wezmą?

Stad by się tak mogło, gdybyśmy byli krajem o wielkości byłego ZSRR, albo co najmniej USA. Ale
Polska jest średniej wielkości i nawet, gdybyśmy - co jest absurdalne - mieli kupid zagranicą zboże na
chleb dla całego społeczeostwa, to nie wytworzymy na giełdach światowych takiego popytu, żeby
ceny gwałtownie poszły do góry.

Tymczasem cła na żywnośd, tak jak i ceny minimalne, naszego rolnictwa nie chronią, ale właśnie je
niszczą. Skoro ci rolnicy, którzy produkują drogo (bo albo mają bardzo kiepskie ziemie, albo też są
niedostatecznie wykształceni) nie boją się o zbyt, to ci najlepsi (z kraju i z zagranicy) nie mogą
zwiększad taniej produkcji, bo ceny minimalne czy cło i tak spowodują, że dla nabywców będzie ona
tak samo droga.

Jak niszczące są cła dla całego społeczeostwa, zilustrują nam... ananasy. Nie mamy tak ciepłego
klimatu, aby rosły u nas pod gołym niebem, ale w szklarniach potrafimy je wyprodukowad. Co by się
stało, gdyby wprowadzono tak wysokie cła, że ananasy z ciepłych krajów byłyby w sklepach droższe
od rodzimych? Amatorów na tak horrendalnie drogie owoce z pewnością nie byłoby wielu, ale
zawsze ktoś by się znalazł. Krajowi producenci rozbudowaliby szklarnie pod ochronnym parasolem
celnym i „rozwijaliby się” prawie tak, jak FSO. Czy byłoby to dla kraju właściwe? Oczywiście, że nie.

Dobrze mieliby się tylko nieliczni producenci ananasów, do produkcji których trzeba by zużyd wiele
ton węgla. Owocem tym delektowad by się mogło nieliczne grono najbogatszych. Gdyby zaś węgiel,
który spalono, aby ogrzad ananasowe oranżerie - sprzedano za granicę, można by kupid za to bardzo
wiele ananasów. I gdyby je sprzedano bez cła - raczyliby się nimi nie tylko bogaci, ale i mniej zamożni.

Handel opłaca się i wzbogaca nie tylko wtedy, gdy gdzieś rosną owoce tropikalne, a gdzie indziej
wydobywa się węgiel. Wymiana opłaci się zawsze.

Wyliczanie i zbijanie argumentów obrooców cła byłoby niepełne, gdybym zapomniał o domagającym
się także większej ochrony celnej - przemyśle zbrojeniowym. „Zbrojeniówka” broni ceł, jak...
niepodległości, zapewniając, że wojsko bez naszych czołgów czy karabinów nie obroni naszych granic.

Otóż wojsku, to oczywiste, broo jest potrzebna. Tyle, że niekoniecznie polska, ale na pewno dobra
i możliwie tania. Jeśli ktoś zagranicą umie zrobid broo lepszą i taoszą od polskiej, to zagrożeniem dla
niepodległości byłoby od niego tej broni nie kupid, bo obłożona wysokim cłem byłaby droższa od
krajowej. Oczywiście istnieją obszary produkcji zbrojeniowej, którą należy popierad i w razie potrzeby
chronid cłami. Przykładem mogą byd fabryki amunicji. Jej brak w przypadku działao wojennych
mógłby byd okupiony wielkim nieszczęściem narodu. Jednakże przy wyborze dziedzin objętych
ochroną celną należy podchodzid bardzo rozważnie. Może dojśd do sytuacji, że producent
sznurowadeł używanych do obuwia między innymi przez wojsko, również byłby objęty ochroną.

Zawsze należy pamiętad, że za cłami przemawia więc tylko chęd do wygodnego i bezpiecznego życia
wszelkiej maści producentów. Racje paostwa i społeczeostwa są inne.
Jedną rękę na pulsie, a drugą za twarz

Najgorszym złem, zło niewidoczne.


Anonim

Ekonomiści mają nam za złe, że za dużo konsumujemy, natomiast zbyt mało pieniędzy przeznaczamy
na inwestycje. I mają rację, ale prawdziwy kłopot pojawi się wtedy, gdy duża cześd społeczeostwa,
czując się patriotami, postanowi gospodarce pomóc. Wezmą ludzie wypłaty i podejmą twarde
postanowienie: wstrzymania się od konsumpcji , na ile tylko będzie to możliwe. Tak, jak nałogowiec
obiecuje sobie wstrzymanie się od palenia.

Jednemu palec wyłazi z buta, ale nic to. - Muszę byd twardy, dla dobra mojego kraju, idzie wiosna,
więc i tak wkrótce wskoczę w stare sandały. Inny miał zamiar kupid dzieciom nowe kurtki, bo stare
zniszczone, ale powstrzymał go od tego patriotyzm. Ludzie zapomnieli o kartkach na żywnośd, ale
wydzielają sobie racje żywnościowe równie skromne, jak wtedy. Wówczas jednak była to
koniecznośd, teraz wyrzekają się by pomóc krajowi. Chowają zarobione pieniądze do bieliźniarek i w
pooczochy, aby ich ukochany kraj jak najszybciej doszedł do dobrobytu.

Chroo nas Boże przed takimi patriotycznymi odruchami. Zamiast do rozkwitu, doprowadzid one mogą
gospodarkę do ciężkiej choroby. Tak bowiem, jak krwioobieg człowieka może zostad zakłócony
różnymi dolegliwościami: wylew (gdy ciśnienie jest zbyt wysokie), albo dla odmiany zapaśd (kiedy
dzieje się odwrotnie), tak i na krwioobieg gospodarki czyhają przeróżne choróbska. Stanie się tak
niechybnie, jeśli pieniądz, który już wcześniej porównywaliśmy do krwi, zacznie w gospodarce krążyd
w niewłaściwym tempie: albo zbyt szybko, albo zbyt wolno.

Zerknijmy Czytelniku na najbliższą stronę, na której narysowaliśmy „obieg pieniądza w gospodarce”.


Pomoże Ci to łatwiej wyobrazid sobie, jak się to w praktyce odbywa. Obiegi, jak widzimy są dwa: mały
i duży.

Najpierw zajmijmy się obiegiem małym, czyli pieniędzmi, które wędrują tylko między poszczególnymi
przedsiębiorstwami. Można powiedzied, że przenoszą one między nimi zasoby surowców, siły
roboczej, energii itp.

Zilustrujmy to na przykładzie. Są kopalnie, w których wydobywa się węgiel. Potem ten węgiel
wędruje do elektrowni, hut i wielu innych przedsiębiorstw. Dzięki węglowi tworzą one prąd, gaz, stal,
koks itp. To, co dla kopalni było produktem gotowym, bo wytworzyli go jej pracownicy - dla ich
odbiorców jest zaledwie surowcem. I kolejno - energia elektryczna, stal, gaz itp. stają się surowcami
dla następnych odbiorców - producentów samochodów, rur, nawozów itp.

Każde kolejne ogniwo tego obiegu powoduje, że towar, znów stając się surowcem, nabiera nowych
cech użytkowych, ma inny stopieo rzadkości występowania, wzbogaca się o produkty innych
przedsiębiorstw i o pracę ludzką. W samochodzie jest zarówno praca górników, hutników,
pracowników elektrowni, jak i chemików oraz wielu innych. Wartośd samochodu (a dotyczy to
każdego innego produktu) jest przy tym znacznie wyższa, niż wartośd wszystkich produktów,
z których został wytworzony.
Nierzadko produkt przetworzony wraca do tego, kto swoim produktem przyczynił się do jego
wytworzenia: kopalnie dostarczają hucie węgiel, ale też biorą od niej stal, potrzebną m.in. do
stemplowania chodników. Kupują też maszyny górnicze, w których zawarta jest także jakaś ilośd tego
surowca. Nie brakuje również stali w elektrowniach.

Przemieszczanie tych produktów do różnych ogniw, tworzących nasz mały obieg było możliwe tylko
dzięki temu, że przemieszczał się także pieniądz. Kopalnia rudy żelaza za węgiel płaciła pieniędzmi i za
pieniądze, wytworzoną u siebie rudę sprzedawała hucie itd., itd.

Mały obieg, który tworzą przedsiębiorstwa, nie jest wyizolowany z gospodarki, nie jest zamknięty,
lecz łączy się z obiegiem dużym. W nim z kolei poszczególnymi ogniwami są m.in. paostwo (a
dokładniej jego budżet), obywatele naszego kraju, a także ludzie zagranicą, którzy kupują nasze
towary. Przedsiębiorstwa nie eksportujące, walutę po prostu kupują.

Paostwo (budżet) otrzymuje pieniądze od każdego z przedsiębiorstw małego obiegu. Każde z nich,
otrzymane od innych produkty jakoś przetworzyło, uszlachetniło dzięki pracy własnej załogi i ten
towar jest dzięki temu więcej wart, niż produkty, z których powstał. Od tej wartości dodanej paostwo
pobiera przymusową daninę - podatek VAT.

Nie jest to jednak jedyna danina, jaką pobiera budżet. Następna, to podatek dochodowy. Jeszcze
inne, to składki na ZUS oraz pozostałe przymusowe świadczenia płacone przez przedsiębiorstwa.

Nie można jednak powiedzied, że pieniądze płyną tylko w jedną stronę: z przedsiębiorstwa do
paostwa. Częśd tej daniny wraca bowiem do przedsiębiorstwa z powrotem. Budżet kupuje leki dla
szpitali, pomoce naukowe dla szkół, materiał na mundury oraz broo dla policji itp., itd. Jednym
słowem to wszystko, co niezbędne jest do funkcjonowania tzw. budżetówki - są to wydatki publiczne.
Można też o budżecie powiedzied, że tworzy on tzw. popyt inwestycyjny. Częśd otrzymanej od
przedsiębiorstw daniny wydaje bowiem na inwestycje - budowę szpitali, elektrowni (przedtem
jeszcze budował paostwowe fabryki i mieszkania).

Mały obieg łączy się z dużym nie tylko poprzez paostwo. Przedsiębiorstwa - za pośrednictwem
banków - nawiązują też relacje z zagranicą. Kupują stamtąd niezbędne do produkcji surowce
i materiały, służbowe samochody itp. Skąd mają na to pieniądze? Ze sprzedaży własnej produkcji za
granicę, czyli z eksportu. Nadwyżkę między sumami, które wydadzą na zakupy zagranicą a tymi, które
otrzymały za własne towary - lokują w bankach, zamieniając przy tym walutę obcą na rodzimą.

Gospodarstwa domowe I jako częśd dużego obiegu - także łączą się z małym. Pracownicy
przedsiębiorstw uzyskują przecież zarobki, których suma złoży się na popyt konsumpcyjny
gospodarstw. Natomiast daniny, jakie płacą przedsiębiorstwa do budżetu, także w części wracają
z niego do gospodarstw domowych - jako renty i emerytury, zarobki policji, lekarzy, nauczycieli szkół
publicznych.

Widzimy więc, że identycznie, jak krew w krwioobiegu człowieka, tak pieniądz w gospodarce dociera
wszędzie. Oba obiegi i wszystkie ich ogniwa pośrednio lub bezpośrednio łączą się ze sobą. I rządzą
tym pewne prawa, które - jeśli zostaną złamane - powodują perturbacje. Najpierw może w jednym
ogniwie, potem obiegu, ale za chwilę w całym organizmie gospodarki.
Jednym z takich praw jest to, że taki sam strumieo pieniędzy, który z przedsiębiorstwa wypływa,
powinien do niego wpłynąd z powrotem. Bo jeśli nie, to wkrótce cały organizm zaczyna chorowad.

Zajrzyjmy w oba kooce rury, przechodzącej przez któreś ogniwo. Niech to, na początek, będzie rura,
w której uwijają się nasi patrioci, których zostawiliśmy na początku tego rozdziału z mocnym
postanowieniem, że - odmawiając sobie konsumpcji - wydźwigną ukochany kraj z kryzysu. Uważny
Czytelnik domyśla się, że tę rurę można odnaleźd na naszym obrazku, ilustrującym obieg pieniądza
w gospodarce jako „gospodarstwa domowe”.

Wpłynęła do nich pewna suma pieniędzy w postaci zarobków, rent, emerytur, zasiłków dla
bezrobotnych, wygranych w totolotka czy jakichś gazetowych zdrapkach itp. Z drugiego kooca rury
powinno wypłynąd tyle samo pieniędzy - w postaci zapłaconych rachunków za prąd czy telefon,
czynsz, zakupów żywności, artykułów konsumpcyjnych itp. Ale widzimy, że ten strumieo jest wyraźnie
cieoszy - odchudziło go nasze niezłomne postanowienie niewydawania pieniędzy. Zamiast więc
wypłynąd z naszej rury - pieniądze utknęły w bieliźniarkach. I te, za które nie kupiono butów czy
kurtek, za które ktoś nie poszedł do kina, którymi - jednym słowem - patrioci postanowili ratowad
kraj.

Ale patrzmy, co dzieje się dalej. Ten chudy strumyczek płynie w stronę małego obiegu, czyli - do
przedsiębiorstw. Zagląda do sklepów, bo nie da się żyd w ogóle bez konsumpcji, ale na półkach
pozostaje o wiele więcej, niż jeszcze niedawno, nie sprzedanych butów, kurtek, telewizorów czy
kuchenek mikrofalowych.

Skoro chudszy strumyk pieniędzy wpłynął do sklepów, to nie większy wpłynie do przedsiębiorstw,
produkujących te nie chciane chwilowo przez patriotów towary. A więc do rury łączącej mały obieg
przedsiębiorstw wpływa mniej pieniędzy, niż wypłynęło z niej do sklepów towarów. Zaopatrzeniowcy
w owych fabrykach załamują ręce z przerażenia: za otrzymane pieniądze kupią mniej surowców,
mniej będą mogli płacid swoim pracownikom, więc częśd z nich trzeba będzie zwolnid. Nie wystarczy
też na nowe urządzenia, chod najwyższy czas unowocześniad produkcję. Skutek jest taki, że skoro
mniej pieniędzy wpłynęło jednym koocem rury, to mniej ich także musi wypłynąd po jej drugiej
stronie: przedsiębiorstwa wyprodukują mniej towarów. Mniejsza podaż pieniędzy zaowocowała
mniejszą podażą towarów. Patrioci zobaczyli ze zgrozą, że swoim skąpstwem pogrążyli kraj w jeszcze
głębszym kryzysie.

Ale ich determinacja naprawienia swego błędu jest ogromna. Zrobią to z tym większym
entuzjazmem, że nowy sposób ratowania kraju jest dla ludzi o wiele przyjemniejszy. Precz
z odmawianiem sobie konsumpcji! - wrzeszczą nasi patrioci. Wydźwigniemy nasz ukochany kraj
z biedy tylko wtedy, gdy masowo ruszymy do sklepów.

Jest jednak mały problem: do rury pod tytułem „gospodarstwa domowe” na skutek kryzysu też
wpłynął chudszy strumyk pieniędzy. Pracujący zarobili mniej, niż poprzednio. Ci, którzy stracili robotę,
dostali mniejszy, niż kiedyś pensja, zasiłek dla bezrobotnych. Ale od czegóż zbawcy narodu, którzy
pojawiają się zawsze, gdy tylko znajdzie się na nich zapotrzebowanie. I my też takiego mamy, plątał
się po którymś z poprzednich rozdziałów.

To ten sam, który - jako panaceum na recesję - zaproponował masowe wystawianie i honorowanie
weksli. Brakuje ci pieniędzy na nowego „malucha”? - krzyczał na trybunie wyborczej. Wystaw weksel,
płatny za rok. Emeryci - brakuje wam na życie? Kupujcie za weksle. O ich wykup niech się martwią
wasze wnuki, którym zostawicie w spadku wasze mieszkania.

Naród szybko zauważył, że zbawca miał rację. Ze sklepów błyskawicznie znikają wszelkie towary,
nawet ocet. Rurę, którą płyną pieniądze z ogniwa „gospodarstwa domowe” w stronę małego obiegu
przedsiębiorstw, szybko trzeba wymieniad na nową, mającą o wiele większy przekrój. Rwąca rzeka
pieniędzy i weksli wali do działów zbytu przedsiębiorstw, chociaż wcześniej wypłynął z nich cherlawy
strumyczek towarów.

Ale przecież od przybytku głowa nie boli! Kupimy więcej surowców, bo przecież mamy za co - weksle
są honorowane tak jak gotówka. Ludziom można będzie dad spore podwyżki, też częściowo wekslami.
A i podatki do budżetu zapłaci się wekslami, więc częśd z nich wróci z powrotem do tych, którzy je
wystawili. Koniunktura gospodarcza ożywiła się, aż miło!

„Miłe złego początki” - mówi przysłowie. Właściciele sklepów, widząc, jak klienci szturmują półki,
postanawiają też zarobid na ożywieniu i zwiększają marże, a ich śladem rączo podążają hurtownicy.
Producenci też nie od gwizdka mogą zwiększyd ilośd produkowanego towaru - trzeba kupid nowe
maszyny, przyjąd i przeszkolid nowych pracowników, a to trochę trwa. Natomiast już, od ręki, jednym
pociągnięciem pióra można trochę „poprawid” ceny. Zawsze, gdy popyt przewyższa podaż musi też
podskoczyd cena równowagi.

Najpierw jest tak, że wszyscy na tym zarabiają. Konsumenci, bo dzięki wekslom (czyli zwiększonemu
strumieniowi pieniędzy) mogą więcej kupid. Sprzedawcy i hurtownicy, bo - dzięki zwiększonej sile
nabywczej - mogą więcej sprzedad. I producenci, bo zaczynają więcej produkowad.

Kiedy jednak podaż towarów nie nadąża natychmiast za zwiększoną podażą pieniądza (towar trzeba
wyprodukowad, weksle wystarczyło wystawid) - ceny zaczynają iśd do góry.

Właściciel sklepu najpierw więcej zarobił, ale - zanim zdążył się wyskakad z radości - dostał wyższy
rachunek za czynsz, a w hurtowni wszystko poszło w górę. Producent ucieszył się, że do kasy
wpłynęło więcej pieniędzy, więc kupi nowe maszyny, więcej surowców i materiałów i zacznie
wytwarzad więcej poszukiwanego towaru. Ale za chwilę okazuje się, że jego dostawcy też chcą szybko
skorzystad na koniunkturze. U nich także łatwiej zwiększyd cenę, niż produkcję.

Ceny, raz puszczone do góry po spirali inflacji, pną się coraz szybciej i szybciej. Ludzie nadal kupują
dużo, ale coraz bardziej nerwowo. Już nie tylko dlatego, że czegoś potrzebują, ale że za tydzieo, dzieo,
godzinę to coś będzie coraz droższe. Nie opłaci się oszczędzad, dochodzi do tego, że złotówka,
nieopatrznie upuszczona z okna trzeciego piętra, gdy spadnie na chodnik, warta jest już tylko
pięddziesiąt groszy. Ludzie, tak pełni euforii na początku „ożywienia”, teraz czują się coraz bardziej
udręczeni. I - co gorsze - nawet patrioci nie bardzo już wiedzą, jak pomóc udręczonemu krajowi. A
wszystko przez to, że z kooca jednej rury wypłynęło o wiele więcej pieniędzy, niż do niej wpłynęło.
Rura nie wytrzymała nadciśnienia. Człowiek, w takim przypadku, dostaje wylewu. Gospodarka też, ale
u niej nazywa się to galopującą inflacją. Łatwo było ją rozpętad, potem urwała się ze sznurka.

Uważny Czytelnik może mi zarzucid, że opowiadam historyjki wzięte nie z życia, ale z sufitu. Nie jest
przecież tak, że nagle całe społeczeostwo postanawia się wstrzymad od konsumpcji, zwłaszcza, że
niskie zarobki i tak ledwie starczają na życie - po co więc ubolewad nad pieniędzmi ulokowanymi
w bieliźniarkach, skoro dziś nikt tego nie robi. A skoro historyjka o patriotach, chowających pieniądze
w pooczochach jest nieprawdziwa - więc i przyczyny naszego kryzysu, często zwanego recesją - na
pewno są inne.

To samo można powiedzied o inflacji. Ciągle jest ogromna, wielu z nas pamięta początek lat
dziewięddziesiątych, gdy była galopująca, ale ani wtedy, ani obecnie nie spowodowały jej weksle,
masowo wystawiane i honorowane.

Tak, to prawda. Obie historyjki są nieprawdziwe. Ale, dzięki nim, poznaliśmy prawdziwe mechanizmy.
Dzięki temu teraz, gdy zaczniemy rozmawiad o niedociśnieniu i nadciśnieniu w gospodarce, możemy
posłużyd się najprawdziwszymi przykładami. Od czego zaczniemy? Od nadciśnienia, bo ono
uzdrawiaczy kusi najbardziej. Są przekonani, że nic tak dobrze nie robi gospodarce, jak leciutka
inflacja.
Poślizgnąć się na inflacji

Zanim zbuduję mur, spytam co tym murem otaczam.


Robert Frost

Każdy kraj, nawet najlepiej rządzony, pozwala sobie na odrobinę inflacji. Jest ona bowiem naprawdę
pożyteczna. Pod warunkiem jednak, że nie przekracza kilku procent w skali roku.

Co w niej dobrego? Na przykład - pozwala ludziom poprawid samopoczucie. Każdy chciałby przecież
dostawad jakieś podwyżki - raz, bo jest to przyjemne, gdy człowiek może sobie pozwolid na więcej.
Dwa - bo jest to także wyraz uznania przełożonych dla naszej pracy. Przy małej inflacji ludzie dostają
wszystko niejako za darmo. Podwyżki poprawiają im samopoczucie, ale ich pracodawcę tak naprawdę
nic one nie kosztują - dołożył bowiem i tak tylko tyle, ile wyniósł wskaźnik inflacji.

Malutka inflacja - co widzieliśmy w poprzednich rozważaniach - niewątpliwie ożywia koniunkturę.


Można by powiedzied, że służy do oliwienia trybów tej skomplikowanej maszyny. Dlatego ekonomiści
uważają, że te drobne kilka procent rocznie jest gospodarce równie potrzebne, jak kobiecie
kosmetyki. Tak naprawdę nie powodują one, że jej nos staje się zgrabniejszy, a oczy większe, ale...
pomagają sprawid takie wrażenie i zatuszowad drobniejsze defekty.

Kłopot z inflacją polega jednak na tym, że łatwo ją rozpętad, ale bardzo trudno okiełznad. Można więc
sobie zaplanowad kilka procent wzrostu cen w ciągu roku, ale bardzo trudno będzie tego planu nie
przekroczyd. Dobry narciarz potrafi zahamowad zjeżdżając ze stromej góry, kiepski - popędzi jak go
narty poniosą. Do jednej klasy narciarzy należą nasze ostatnie rządy - nie trudno się domyśled do
jakiej. Od dobrych kilku lat nie udaje im się powstrzymad inflacji w ryzach, jakie sobie wcześniej
zaplanowali. Dlaczego?

Jednym z głównych powodów jest ciągle wielki deficyt budżetowy. Widzieliśmy, co się dzieje, gdy
wszyscy wystawią weksle i będą one traktowane tak, jak prawdziwe pieniądze. Deficyt budżetowy
często jest tym samym, co takie masowe wypuszczenie na rynek weksli - zakłóca obieg pieniądza
w gospodarce, powoduje jej nadciśnienie.

Spójrzmy jeszcze raz na stronę, ilustrującą nasze dwa obiegi. Wiemy już, że z każdego ogniwa (bez
względu na to, czy będą to przedsiębiorstwa, czy gospodarstwa domowe, czy każde inne) nie
powinno wypływad więcej pieniędzy, niż do niego wpłynęło. I oto jedno z nich łamie to prawo. Jest
nim „budżet”. Strzałki pokazują nam, skąd do budżetu napływają pieniądze. Są to przede wszystkim
podatki - zarówno od przedsiębiorstw, jak i od osób indywidualnych, cła itp. Deficyt budżetowy
oznacza jednak, że rząd (za zgodą Sejmu) wykręci nam wszystkim niezły numer. Zlekceważy
mianowicie prawo, że może z budżetu wydad tylko tyle pieniędzy, ile do niego wpłynie. On chce
wydad więcej, niż ma. Bo postanowił podreperowad samopoczucie emerytów, lekarzy, policji i wojska
- dając im pieniądze, których tak naprawdę nie ma.

Z rury pod tytułem „budżet” wypłynie więc więcej pieniędzy, niż ich tam napłynęło. Co będzie dalej?
To samo, co przy masowym wypuszczeniu weksli: więcej pieniędzy trafi do sklepów i przedsiębiorstw.
Więcej, niż warte były towary, które wcześniej wyprodukowano. Najpierw więc nastąpi ożywienie,
a zaraz potem - ceny zaczną się wspinad do góry. Zachwiana zostanie bowiem równowaga między
podażą pieniądza a podażą towarów i usług. Najłatwiejszym sposobem odzyskania jest zawsze wzrost
cen. Pierwszym impulsem były większe wydatki, niż wpływy do budżetu. Potem jednak spirala inflacji
kręci się już sama i bardzo trudno ją zatrzymad.

Deficyt budżetowy może byd jednym, ale nie jedynym powodem inflacji. Obieg pieniądza
w gospodarce może też zostad zakłócony w innych ogniwach. Nie tak dawno minister finansów
ubolewał, że nie jest w stanie zapanowad nad inflacją, ponieważ nakręca ją... eksport.

W innych rozdziałach tej książki przekonuję Paostwa, że wymiana międzynarodowa zawsze wzbogaca
tych, którzy w niej uczestniczą. A tu, okazuje się, że zwiększony eksport stał się przyczyną nie lada
kłopotów, w tym - inflacji, nad którą nikt nie jest w stanie zapanowad. To jak to w koocu jest? Czy
eksport służy gospodarce, czy może jej szkodzi? Skoro napędza inflację, to - wydawałoby się - jest zły
i należy go ograniczad.

Otóż - nic bardziej błędnego. Ale po kolei. Najpierw zobaczymy, dlaczego duży eksport może stad się
powodem nadmiernego wzrostu cen w kraju.

Otóż - cokolwiek zostało sprzedane za granicę, to ci, którzy wzięli udział w wyprodukowaniu tego
towaru - otrzymali za to pieniądze. Jeśli np. fabryka w Swarzędzu sprzedała swoim zagranicznym
odbiorcom dużo mebli, to najpierw zapłaciła leśnikom złotówkami za drzewo do ich produkcji. W
naszej rodzimej walucie zapłacono też tym, którzy wytworzyli płyty wiórowe i inne, niezbędne do
produkcji mebli materiały. Wypłaty w złotówkach otrzymali też pracownicy samej fabryki w
Swarzędzu. A na koocu i fabryka, i ludzie podzielili się tymi pieniędzmi z budżetem, odprowadzając
doo stosowne podatki.

Załóżmy więc, że meble, jakie Swarzędz wyeksportował warte były 10 miliardów starych złotych. I
dokładnie tyle złotówek zasiliło nasz obieg gospodarczy w różnych jego ogniwach. Wszystko byłoby
w porządku, gdyby jednocześnie wszystkie te meble trafiły do naszych sklepów. Ale mebli nie ma,
wyjechały za granicę. A więc złotówki, które otrzymali ludzie za ich wyprodukowanie, nie mają
pokrycia w towarze, są puste. Znów w krwioobiegu gospodarczym pojawia się nadciśnienie pieniądza.
Uruchamia ono ten sam mechanizm, któremu przyglądaliśmy się przy okazji weksla - inflację.

Czy jednak należy ją leczyd, ograniczając eksport? Tak zrobił NBP, zmniejszając długopisem tempo
dewaluacji złotówki. Moim zdaniem jednak - uczyniono źle. Eksportu bowiem drażnid nie można,
należy go hołubid, bo jest potrzebny. A lekarstwem na inflację nie jest zmniejszanie wymiany
z zagranicą, ale - wręcz odwrotnie.

Swarzędz, ani żaden inny eksporter, nie oddał swojego towaru za granicę za darmo. On go sprzedał.
Tyle że nie za złotówki, ale za inne kolorowe papierki. Te papierki jednak nie są wcale gorsze od
naszej krajowej waluty, nie brakuje dowodów, że świat ceni je dużo bardziej niż złotówki. Pan
minister finansów ubolewa, że nasze rezerwy tych obcych papierków rosną zbyt szybko, ale - tak
naprawdę - to nie jest powód do płaczu, lecz do radości. Te obce pieniądze w każdej chwili można
przecież zamienid na obce, ale atrakcyjne dla nas towary. Wtedy na naszym rynku znów wyrówna się
podaż złotówek i podaż towarów. Co hamuje tę wymianę? Towary importowane są dla nas zbyt
drogie.
W tym momencie powie ktoś, że - wobec tego - dobrze się stało, iż zwolniono tempo dewaluacji
złotówki, gdyż - dzięki temu - obce waluty stały się dla nas taosze, łatwiej dostępne. Zaś w momencie,
gdy NBP w ogóle przestanie wtrącad się w kursy walut i zacznie je kształtowad rynek, wszystko będzie
jak należy.

I tak, i nie. Będzie dobrze, bo o tym, ile kosztuje marka czy dolar nie zadecyduje urzędnik, ale rynek.
Jeśli nadal będziemy eksportowad dużo i sporo dewiz będzie napływad do kraju - ich cena nie będzie
wygórowana. Ale - właśnie po to, by nie mied kłopotów z inflacją - rząd nie powinien hamowad
zakupów zagranicą. A, jak do tej pory, robi to usilnie. Przy pomocy wysokich ceł, akcyzy, podatków
granicznych itp. I dlatego rosną nam rezerwy dewizowe i inflacja. Bo do rury z napisem „handel
zagraniczny” wpływa więcej pieniędzy z tytułu eksportu, niż ich wypływa przy okazji importu.

A teraz trochę sobie pożartujemy.

Ci z Paostwa, którzy dobrze pamiętają socjalizm, uważają nieraz, że - w przeciwieostwie do


gospodarki dzisiejszej - tamta odporna była na pewne schorzenia, typowe dla kapitalizmu. Cen np.
pilnował rząd i szynka potrafiła kosztowad 90 zł przez wiele lat. A jak w 1976 r. Jaroszewicz ogłosił
w telewizji spore podwyżki cen żywności, to na drugi dzieo musiał je odwoład, a i tak zaczęły się
wielkie protesty klasy robotniczej. Tak, gospodarka socjalistyczna wydajna nie była, ale inflacja się jej
nie imała.

Zamiast przekonywad Paostwa, że to nieprawda, opowiem historyjkę. Nic nowego - identyczne


fragmenty może opowiedzied każdy, kto chodby kawałeczek swego życia spędził w odpornym na
inflację socjalizmie. Historyjka będzie o miłości. Love story socjalistyczna, czyli inflacja ukryta.

Ona i On poznali się w środę o godzinie 13. O tej porze sprawdzano obecnośd chętnych na nabycie
telewizora kolorowego marki Jowisz, zapisanych na społecznej liście. Ona miała numer 792. On -
dokładnie 50 miejsc dalej. To bardzo korzystne lokaty - pozwalały bowiem mied nadzieję, że
szczęśliwymi nabywcami staną się jeszcze w tym roku - zważywszy na okolicznośd, że szybkośd
przesuwania się kolejki zależała nie tylko od wielkości dostaw telewizorów, ale i od tempa
wykruszania się kolejkowiczów. Pod tym sklepem było ono szybsze, niż gdzie indziej. O godzinie 13
otwierali bowiem sklepy monopolowe i niektórzy nie wytrzymywali nerwowo słysząc, że w pobliskich
delikatesach dają bełty bez kartek. Wino marki „wino” było, co prawda, z lekka sfermentowane i nikt
nie chciał marnowad kartek na produkt niepełnowartościowy, ale zaoferowany poza reglamentacją,
znów stawał się atrakcyjny. Renciści, emeryci i młodsi wiekiem kolejkowi stacze mieli więc dylemat -
podpisad listę obecności o godzinie 13 pod sklepem z telewizorami, co dawało nadzieję na zarobek za
dobre kilka miesięcy, czy też przerzucid się na sfermentowane bełty, na których zarobek był mniejszy,
ale w posiadanie których - przy odrobinie szczęścia - można było wejśd w każdą środę. Klasyczny
dylemat handlowca: mały obrót, duży zysk, czy też duży obrót, mały zysk? Trzy nieobecności na
społecznej liście pozwalały skreślid delikwenta z kolejki oczekujących, a więc reszta automatycznie,
nawet, gdy załoga producenta zajmowała się akurat strajkiem - przesuwała się wyżej.

On, jak wielu innych pod sklepami, był kolejkowym staczem, co sytuowało go wysoko pod względem
zarobków. Nie lokował ich, oczywiście, w złotówkach. W ciasnym pokoju u rodziców, u wezgłowia
jego tapczanu stały już trzy pralki automatyczne Polar, cztery telewizory, a skrzynia na pościel
w tapczanie pełna była mydeł i proszków do prania, których świeże dostawy miał zapewnione od
sąsiada z drugiego. Sąsiad pracował w Pollenie, gdzie comiesięczny deputat dla pracowników
uzupełniał proszkami, regularnie wynoszonymi na lewo (w dni, kiedy wartownikiem na portierni był
szwagier). Bohater naszej love story, na imię mu było Feliks, na sąsiedzkie proszki zamieniał swoją
kartkę alkoholową. Ją, Anię, wypatrzył od razu, jak tylko przyszedł się zapisad na listę. Ale nieśmiały
był, miał kompleks, że nie dostał się na studia, chod zdał egzamin, ale zabrakło mu punktów za
pochodzenie. A ona - studentka, zawsze meldowała się na liście ze skryptami. Potem się okazało, że
musiała regularnie zarywad wykład z ekonomii politycznej socjalizmu. Feliks zaimponował jej
w sposób zdumiewający. W którąś ze śród akurat rzucili telewizory i tłum popędził na zaplecze, żeby
sprawdzid, czy liczba telewizorów na fakturze zgodna jest z tą, którą komitetowi kolejkowemu podał
kierownik sklepu. Ktoś zdartą zelówką przeszorował prawą nogę Anki, powodując nie tylko otarcie
stopy (głupstwo, zagoi się), ale oczka w rajstopach. Rajstopy nie były na kartki, ale kupid je było nie
sposób i pech chciał, że Anka nie miała już żadnej pary w akademiku. Nie pech, ale szczęście, bo Feliks
wracał właśnie z pasmanterii, gdzie zawarł układ z ekspedientką - donosił jej proszki do prania,
w zamian za rajstopy. Chciał się tych proszków z tapczana pozbyd, bo właśnie dostał pryszczy na
twarzy, co jego brat, dermatolog, wiązał z nadmierną ilością detergentów, na jakich sypiał. Tak więc,
owej szczęśliwej środy Feliks, przezwyciężając inteligencką nieśmiałośd, podszedł do Ani
z wyciągniętą ręką, w której dzierżył nowiutkie rajstopy. Już to wystarczyło, żeby przestała dostrzegad
pryszcze na jego spłonionej twarzy i zgodziła się - w dowód wdzięczności - zawalid kolejny wykład
i pójśd z nim na kawę.

Kawa też była na kartki, więc większośd kawiarni oferowała wtedy herbatę. Ale hotelowe, luksusowe
restauracje miały ten deficytowy napój w ciągłej sprzedaży. I dania mięsne, z jakichś dziwnych
gatunków mięsa, nie objętego kartkową reglamentacją.

Tak więc, jedząc filet z żubronia (do dziś Anka nie wie co to był za zwierz), dziewczyna dowiedziała
się, że Feliks gotów jest jej zaoferowad nie tylko kolejną parę rajstop, ale nawet wyjątkowo świetlaną
przyszłośd. A z powodu przyszłości właśnie, Anka potrafiła ostatnio nie spad po nocach. Była już na
piątym roku historii i nie miała zielonego pojęcia co dalej? Jak skooczy studia w terminie, będzie
musiała wrócid do siebie, do Siedlec, bo bez zameldowania w Warszawie nie dostanie tu żadnej
pracy. Chociaż pracę, prawdę mówiąc, już miała. Popołudniami jeździła do biblioteki w jednym
z hoteli robotniczych. Jej kierownikiem był emerytowany wojskowy i wśród tylu książek czuł się
bardzo nieswojo. Wymógł więc na zwierzchnikach pół etatu dla pracownika i dzięki temu Anka,
wykonując za niego robotę, mogła dorabiad do stypendium. Ale jak zostanie magistrem i trzeba
będzie opuścid akademik, to bez meldunku i dachu nad głową, nie ma co marzyd o pozostaniu
w stolicy. Chyba, żeby zawalid rok, nie spieszyd się tak z pisaniem pracy magisterskiej. Podjąwszy
postanowienie, że - dla lepszych widoków na przyszłośd - trzeba studiowad dłużej, Anka zapisała się
na telewizor i już bez wyrzutów sumienia urywała się ze środowych wykładów.

I w takim to trudnym momencie jej życia pojawia się oto ten pryszczaty chłopak. Taki nieśmiały, ale
zdeterminowany. Jaki wewnętrzny przymus każe mu się oświadczad już na pierwszej randce? -
zastanawia się dziewczyna. Mając takie dojścia i profity z nimi związane, może mied każdą
dziewczynę, jaką sobie upatrzy.

Ale Felek upatrzył sobie ją właśnie. Patrząc na jej smukłe nogi, na których zamiast siódemek nosiła
dziewiąty rozmiar butów, bo tylko takie, już prawie dla nietypowych udało jej się kupid, praktycznie
pomyślał, że on by raczej polował na piątki. Też rozmiar mniej popularny, ale można rozbid u szewca
do siódemki. Albo się rozwalą, albo będą leżały do nogi.
To, że Anka mu się spodobała od razu, gdy zobaczył ją w kolejce, to raz. A dwa - dowiedział się
wczoraj w spółdzielni mieszkaniowej, że w przyszłym roku mają rozpoczynad budowę bloku,
w którym, jako posiadacz książeczki mieszkaniowej od lat 25, czyli od urodzenia, ma szansę dostad
mieszkanie. Jeśli jednak w ciągu trzech miesięcy nie założy rodziny, to za te 5 czy 7 lat, gdy dom
stanie, będzie mu się należała zaledwie kawalerka. Natomiast w przypadku posiadania żony, uznani
zostaną za małżeostwo rozwojowe i przydzielą im dwa, a może nawet trzy pokoje. Przymus
oświadczenia się Ance już, niezwłocznie, jest więc jak najbardziej uzasadniony.

W tym momencie Anka już nie widziała ani jednego pryszcza na zaradnej twarzy swego przyszłego
męża. I pomyśled, że jeszcze niedawno, głupia zwracała uwagę na nieporadne zaloty kolegów z roku.
A jakaż przyszłośd czeka ją z takim, jak ona magistrem?

Nie namyślała się długo nad „tak”. Wesele było huczne, gdyż żona emerytowanego wojskowego
kierownika Anki była też kierowniczką w sklepie za żółtymi firankami - dla dyplomatów. Kierownikowi
dobrze się z Anką pracowało, więc powiedział jej, że może się udad do sklepu jego żony od zaplecza
i kupi bez kartek tyle mięsa i wędlin na wesele, ile sobie zażyczy. - Tak samo, jak żony prominentów I
zażartował kierownik.

Rodzice panny młodej nadziwid się nie mogli, że przywieziona przez nich połówka cielaka skwitowana
została ledwie krótkim „dziękuję”. Ale potem zdziwili się jeszcze bardziej, jaką to karierę zrobiła ich
ukochana córeczka. Tak zaradnego męża Pan Bóg zdarzył. Żeby mogli pomieścid się w małym pokoju
u Felkowych rodziców, trzeba było sprzedad wszystkie nagromadzone tam pralki, telewizory
i lodówki. Upłynnili towar w kilka dni, bo za wszystko brali ciut mniej, niż chcieli inni kolejkowi stacze,
a więc ledwo połowę drożej, niż wynosiła cena oficjalna. Pieniędzy więc zgromadzili sporo, ale nie
zdążyli się zmartwid w jakim towarze szybko i bez straty je ulokowad. Nikt myślący nie będzie przecież
trzymad w złotówkach w PKO, bo chod ceny w sklepach się tak szybko nie zmieniają, to co z tego,
skoro i tak bez kartek lub znajomości nic kupid nie można? A na czarnym rynku ceny rosną szybko.
Uratowało ich od zmartwienia kolejne szczęśliwe wydarzenie. Utonęła na Wiśle barka, przewożąca
nowe polskie fiaty. Trochę czasu i wody upłynęło, zanim je wyłowiono. Rdza blachy jeszcze nie
ruszyła, ale długa kąpiel tapicerce, chod sztuczna, dobrze nie zrobiła. Krótko mówiąc ci, którym
przydzielono talony, ani słyszed nie chcieli, aby zamieniad je na uszkodzone samochody. Mają talon,
to muszą dostad nowy, nie kąpany.

Na wyłowione zorganizowano więc przetarg. Szły, jak woda, bo dla tych, którym nigdy talonów nie
przydzielą, takich jak Felek, jest to doskonała okazja. I niech się zaśmiewają zagraniczne gazety, że
Polska to taki dziwny kraj, w którym ludzie za przytopione samochody płacą dużo więcej, niż za nowe.
Jakby ci żurnaliści nie wiedzieli, że nowy, po cenie oficjalnej, może kupid tylko ktoś, kto wcześniej
dostał talon. Sprzeda stary, pięcioletni, na giełdzie i za te pieniądze kupi nowy, w Polmozbycie - jak
ma talon. Tym to fiatem, świeżo wykąpanym, Ania i Felek pojechali do ślubu.

Nasza love story - wbrew pozorom - nie jest o miłości, ale o gospodarce socjalistycznej, w której ceny
- jak nam się wówczas wydawało - były stabilne. Ale, w sklepach były tylko ceny. Towaru, bowiem, już
nie sposób było uświadczyd. Miał szansę kupid go ten, kto miesiącami karnie i regularnie odstał
w społecznej kolejce, albo - zapłacił staczowi, który wykonał za niego ten uciążliwy obowiązek.
Dobrze w tej księżycowej gospodarce żyli nie ci, którzy rzetelnie pracowali, bo oni za swą robotę
otrzymywali tylko złotówki. Niewiele warte, bo w sklepie trudno było za nie cokolwiek kupid. Trzeba
było mied kartki, albo dojścia.
Statystyki podawały, że w gospodarce socjalistycznej nie ma inflacji. Świadczyd bowiem o niej miały
ceny oficjalne, wzrostu cen prawdziwych, czarnorynkowych, nikt zaś nie mierzył. A to właśnie ten
wzrost, a nie fikcyjne ceny oficjalne - był prawdziwym zwierciadłem chorej gospodarki.

Ówczesne rządy nie umiały wyleczyd chorej gospodarki. Zamiast przyczyn choroby, usiłowały leczyd
skutki. Inflacja zżerała gospodarkę, ale nie można się było do tego przyznad. Zamrożono więc ceny
i wprowadzono kartki, które sztucznie ograniczały popyt. Na mięso, na masło, na ryż, na cukier, na
kawę, wódkę, buty, samochody (kartki na żywnośd dostawali wszyscy, talony na samochody - tylko
pieszczochy systemu). To tak, jakby lekarz, wezwany do osoby ciężko chorej na zapalenie płuc,
usiłował tylko obniżyd jej temperaturę.

Powie ktoś - inflacja ukryta czy jawna, jeden pies. Ostrożnie. I jedna, i druga jest zła. Ale ta ukryta jest
o wiele gorsza. Zniechęca bowiem ludzi do pracy. Do każdej pracy, bo wydajnie w takich warunkach
pracowad po prostu nie można.

Mięso jest tanie, ale go nie ma. Bojąc się gniewu głodnych ludzi ich zakłady pracy - zamiast
produkowad to, do czego są przygotowane - rozbudowują służby zajmujące się hodowlą świo,
zdobywaniem i rozdzielaniem papieru toaletowego i innych dóbr. Całe społeczeostwo swoją energię
i inteligencję poświęca na zdobywanie deficytowych dóbr, a nie - na zdobywanie wykształcenia
w celu jak najlepszego i najbardziej wydajnego ich wyprodukowania. Muszą więc cofad się, zamiast
rozwijad.

Inflacja jawna jest chorobą groźną, ukryta - śmiertelną.


Wampiry

Prawdziwa wiedza to znajomośd przyczyn.


Arystoteles

Tyle miejsca poświęciliśmy inflacji, jakby nasza gospodarka zawsze i wszędzie cierpiała tylko
z powodu nadmiaru pustych pieniędzy. Tymczasem wcale tak nie jest i nie brak nam najświeższych
przykładów, gdy polskiej gospodarce zdarzało się chorowad na niedociśnienie, czyli w jej krwioobiegu
krążyło mniej pieniędzy, niż powinno. Mówiliśmy wtedy o recesji lub o kryzysie. Jego przyczyną był
fakt, że z któregoś ogniwa naszego obiegu gospodarczego wypływało więcej towarów i usług, niż
potem wpływało doo za nie pieniędzy. Można powiedzied, że z jakichś powodów malał na nie popyt.
Pamiętają Paostwo - jak wtedy, gdy nasi patrioci, chcąc pomóc ukochanemu krajowi, postanowili
zacisnąd pasa i wstrzymad się od konsumpcji, chowając zarobione pieniądze w bieliźniarkach.

Gdyby zanieśli je do banku - nie byłoby sprawy. Pieniądze te nie wypadłyby bowiem z obiegu. Ktoś
mógłby je pożyczyd na zakup telewizora czy lodówki. Albo - jeszcze lepiej - suma indywidualnych
ludzkich oszczędności złożyłaby się na kredyt, za który jakiś przedsiębiorca kupiłby maszyny do
uruchomienia nowej produkcji.

W banku - pieniądze służyłyby więc gospodarce. W bieliźniarkach szkodzą jej, bo wypuszczają krew
z krwioobiegu. Powodują, że ciśnienie maleje. Tak jak człowiek, cierpiący na niedociśnienie, staje się
wolniejszy, wysiłek sprawia mu większą trudnośd niż zdrowemu, tak i tryby gospodarki po takim
upuszczeniu krwi poruszają się wolniej.

Mimo że najwspanialszą maszyną jest ludzki organizm, to czasem można odnieśd wrażenie, że
gospodarka jest czymś jeszcze bardziej zadziwiającym i skomplikowanym. Człowiek bowiem (może
nie mam racji i lekarze mnie poprawią), jeśli choruje na nadciśnienie, to raczej nie może mied
jednocześnie niedociśnienia. Zaś gospodarka - jak najbardziej. W każdym razie - nasza.

Od dobrych kilku lat mamy ciągle sporą inflację, a więc - nadciśnienie krwi w naszym krwioobiegu
pieniądza. A jednocześnie obserwujemy objawy niedociśnienia. I - co gorsze - to wcale nie jest tak, że
jedna choroba łagodzi skutki drugiej.

Żeby dokładniej zrozumied, na czym polega owo upuszczanie krwi i zwalnianie pracy organizmu
gospodarczego, wyobraźmy sobie, że cała gospodarka jest jednym wielkim sklepem, w którym
uprawia się tylko handel wymienny. A więc ktoś, kto potrzebuje krzeseł wie, że - aby je zdobyd
i najpierw sam musi np. zrobid stół. Za każdym razem, gdy przynosi stół - dostaje zao 2 krzesła. Mając
krzesła, łatwo zamienid je na żywnośd itp.

Co się stanie, jeśli któregoś dnia ów wytwórca stołów nie pojawi się w naszym sklepiku ze swoim
towarem? Nie zamieni go na dwa krzesła, więc producent krzeseł będzie musiał ograniczyd ich podaż.
Straci też w rezultacie dostawca żywności, który za swe masło i sery otrzymywał krzesła. Z kolei
spadek popytu odnotuje też krawiec, który w rezultacie za te właśnie krzesła dostarczał ubrania. I tak
dalej, i tak dalej. Lenistwo stolarza, któremu nie chciało się przynieśd na bazar rezultatu własnej
pracy, spowodowało, że stał się on przyczyną przymusowej bezczynności wielu innych, kolejnych
producentów. Stół bowiem „wypadł z obiegu” - nie wymieniono go na inny towar, za który ktoś
następny znów mógł otrzymad kolejne dobro. Identyczny proces zachodzi wtedy, gdy stół zastępują
pieniądze. Jeżeli ktoś je schował w bieliźniarce, wycofując w ten sposób z obiegu gospodarczego -
powoduje spadek popytu, a w rezultacie podaży wszystkich innych dóbr. Widzimy więc, że skąpcy
psują gospodarkę, bo upuszczają z niej krew.

Jeśli już mowa o upuszczaniu krwi, to lubują się w tym gospodarcze... wampiry. Kto jest takim
wampirem, wysysającym krew ze zdrowych organizmów, wpędzając je w chorobę, a może i śmierd?
W naszej gospodarce takimi wampirami są niektóre wielkie przedsiębiorstwa paostwowe, które nie
potrafią zarobid same na siebie, a więc żyją na koszt innych, wysysając krew z obiegu gospodarczego.

Sztandarowym okazem takiego wampira jest na przykład... Ursus. Żeby robid traktory, kupuje on
wiele materiałów od innych mniejszych od siebie producentów. Po czym zwleka z zapłatą za nie
miesiącami, a niektórym wierzycielom nie oddaje nigdy. Takie praktyki powodują, że od jego
dostawców wypływa większy strumieo towarów, niż wpływa pieniędzy. Za towary, przeznaczone dla
Ursusa, dostają bowiem zapłatę dużo później, albo i wcale. Nie mają więc za co kupid potem
surowców, w rezultacie więc ograniczają produkcję. Wampir - Ursus wyssał z nich częśd pieniędzy, nie
zwracając im ich należności.

Gdyby w naszej gospodarce grasował jeden wampir, szkodziłby on tylko swoim dostawcom. Niestety,
tych wampirów jest wielu. Wiemy z filmów, że na skutek zetknięcia się z Nosferatu, wampirami
stawali się także zwykli, normalni ludzie. W gospodarce jest identycznie. Jeśli taki Ursus regularnie nie
płaci swoim dostawcom, żyjąc na ich koszt, to oni usiłują zwlekad z uregulowaniem należności swoim
z kolei kooperantom itd., itp. Zjawisko to nazywa się zatorami płatniczymi.

Skutek jest taki, że ciągle nie pada wielki Ursus, ale padają jego drobni prywatni dostawcy. Nie
dlatego, że nie było popytu na ich produkcję, ale że zapłatę za nią odebrał im silniejszy - wampir.
Zakłócił tym samym ich krwioobieg, bo z tych małych przedsiębiorstw pieniądze (w postaci towarów)
wypłynęły, ale z powrotem, w postaci zapłaty, już nie wpłynęły.

Nie tylko przedsiębiorstwa prześcigają się w wysysaniu krwi ze słabszych. Wampirem bywa także
budżet paostwa, gdy miesiącami zalega z dotacjami, jakie powinien w terminie wypłacid, np.
szpitalom, czy szkołom.

Ta powszechna niechęd do regulowania własnych zobowiązao bardzo osłabia gospodarkę


i zniekształca jej obraz. Nie padają bowiem ci, którzy nie potrafią na siebie zarobid, ale ci, którzy nie
potrafią się obronid przed wampirami.
Bagno popytu

Biedne ludy cierpią za swych królów błędy.


Horacy

Nie tylko wampiry powodują niedociśnienie w gospodarce. Nieraz się zdarza, że krew (czyli pieniądz)
wycieka z krwioobiegu w tak zwane bagno popytu. Mogliśmy to zaobserwowad w czasie hossy na
naszej giełdzie. Przez dobre kilka miesięcy, kto żyw kupował akcje przedsiębiorstw, wcale nie dlatego,
że tak świetnie one prosperowały i można się było spodziewad wysokiej dywidendy, czyli udziału
w zyskach. Wartośd akcji, aż do maja 1994 r. straciła jakikolwiek związek z wartością przedsiębiorstw.
Akcje kupowano tylko w celach spekulacyjnych, ponieważ drożały z dnia na dzieo i nabywcy mieli
nadzieję na szybkie zrobienie fortuny. Akcji nie przybywało, ale za każdą trzeba była płacid coraz
drożej i drożej. Co to powodowało w krwioobiegu naszej gospodarki?

Ludzie starali się ograniczad konsumpcję, aby chod trochę gotówki móc przeznaczyd na zakup akcji.
Każdy rozumował podobnie: wstrzymam się z zakupem lodówki, telewizora czy mebli, a za te
pieniądze kupię akcje. Po kilku miesiącach (latach?) ich cena wzrośnie tak bardzo, ze starczy mi nie
tylko na lodówkę, telewizor, czy meble, ale jeszcze sporo zostanie. Ponieważ grono osób, myślących
w ten właśnie sposób, było już dośd spore, skutki dla gospodarki też stały się widoczne: malał
strumieo pieniędzy przeznaczonych na dobra konsumpcyjne, a więc do działów zbytu ich
producentów wpływało mniej pieniędzy, niż wypłynęło uprzednio towarów. Częśd pieniędzy
odłączyła się bowiem i coraz szerszy ich strumieo „wsiąkał” w giełdę, powodując niedociśnienie
w gospodarce.

Przemysł zaczął narzekad na recesję, zaś ludzie nieco obeznani z giełdą, patrzyli z niepokojem, kiedy
pęknie ten balon. Bo, że musi pęknąd - nie było wątpliwości. I tak się stało. Wystarczyło drobne
wahnięcie, by owczy pęd, skierowany na giełdę, teraz się od niej odwrócił. Ludzie, tak jak przed
chwilą usiłowali za każdą cenę akcje kupid, tak potem usiłowali się ich pozbyd. Strumieo pieniędzy
wypłynął z giełdy z powrotem do sklepów. Te gwałtowne skoki ciśnienia z recesji wpędziły
gospodarkę w zwiększoną inflację.

Bagnem popytu może byd nie tylko giełda. Tworzy go zapotrzebowanie na wszelkie dobra
niereprodukowalne, czyli: dzieła sztuki, złoto, kamienie szlachetne, ziemię. Czy można taki
zwiększony popyt przewidzied i próbowad mu zapobiec? Owszem.

Cena na dzieła sztuki, ziemię, złoto, czy twardą walutę rośnie wtedy, gdy ludzie mają coraz więcej
pieniędzy, których nie chcą lub nie mogą ulokowad gdzie indziej. Zwykle są to brudne pieniądze, czyli
takie, które zostały zarobione nielegalnie. Na świecie najwięcej brudnych pieniędzy pochodzi z handlu
narkotykami i z hazardu, które to działalności u nas nie osiągnęły jeszcze tak horrendalnych
rozmiarów. Ale i my mamy swoje, rodzime, brudne pieniądze. I tak, jak cały świat, bardzo się ich
brzydzimy.

Znajdują się one w posiadaniu bardzo różnych grup społecznych. Mówi się o sporych zasobach, jakie
zgromadziła stara, czerwona nomenklatura, z działalności, która i wtedy nie była zgodna z prawem.
Są też kapitały zdobyte niedawno - np. na przemycie. Jest wreszcie szara strefa w handlu i produkcji.
Jakiekolwiek jednak jest ich źródło, brudne pieniądze łączą dwie rzeczy: zostały zarobione nielegalnie,
a więc ich posiadacze nie podzielili się nimi z fiskusem.

Za to społeczeostwo usiłuje ich ukarad, uniemożliwiając legalne zainwestowanie owych pieniędzy


i przez to ich upranie, a więc wprowadzenie do legalnego obrotu gospodarczego. Posiadacz więc
sporej ilości paskudnych pieniędzy, jakich dorobił się na przemycie alkoholu, nie może teraz za nie
wybudowad fabryki, bo gdy zechce zainwestowad tak sporą sumę - to go fiskus dopadnie i zapyta,
skąd ma, zaś - w przypadku braku satysfakcjonującej odpowiedzi - surowo finansowo ukarze.

Przodkowie wielu amerykaoskich, szanowanych dziś rodzin (w tym prezydenta Kennedy'ego) dorobili
się pierwszego miliona dolarów na czarno. Dopiero potem jakoś uprali te brudne pieniądze
i następne ich miliony pochodziły już z legalnej działalności. Nasze społeczeostwo nie jest tak skłonne
do wybaczania, więc obecne prawo nie zostawia furtek, umożliwiających wprowadzanie brudnych
pieniędzy do legalnego obrotu. Ich posiadacz może je tylko bezkarnie konsumowad, ale inwestowad
mu ich nie wolno. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że społeczeostwo - słusznie chcąc
ukarad winnych - tak naprawdę karze samo siebie. I to dwukrotnie.

Raz - bo gdyby brudne pieniądze zostały legalnie zainwestowane, np. w nowe urządzenia, czy całą
fabrykę, to powstałyby nowe i również legalne - miejsca pracy. Produkcja takiego przedsiębiorstwa
też byłaby już legalna.

Dwa - bo posiadacz brudnych pieniędzy coś przecież musi z nimi zrobid. Najczęściej lokuje je w złocie,
twardej walucie itp. I nie jest to zjawisko obojętne dla reszty społeczeostwa. Z rynku bowiem znikają
marki, czy dolary, które znalazły się tam dzięki temu, że ileś towarów zostało wyeksportowanych za
granicę. Za tę walutę nie kupi się już innych, importowanych towarów, gdyż skupił je posiadacz
brudnych złotówek. Wpompował w naszą gospodarkę nie pochodzące z legalnego obiegu złotówki,
a pozbawił nas towarów, które można by zakupid za ściągnięte przez niego dewizy. Dewizy, które
teraz najprawdopodobniej wywiezie i zainwestuje za granicą - na zakup willi na Majorce, czy Rivierze
Francuskiej albo na przedsiębiorstwo w jakiejś strefie bezpodatkowej. W ten sposób pieniądze, które
mogłyby bogacid nasze społeczeostwo, posłużą do wzbogacania innych.

Idealiści i ludzie niepraktyczni, chod I byd może - szlachetni wierzą, że jeśli brudnym pieniądzom
uniemożliwi się ich zalegalizowanie, to zniechęci to ich posiadaczy do nielegalnej działalności. Tak
jednak nie jest. Jeśli brudnym pieniądzom uniemożliwia się legalne wpłynięcie do jawnego obiegu
gospodarczego, to albo zostaną wymienione na dewizy i opuszczą nasz kraj, albo ugrzęzną w bagnie
popytu, powodując spekulacyjny wzrost cen na dobra niereprodukowalne (co też nie służy
gospodarce), albo będą nadal obracad się w szarej strefie, przyczyniając się do jej rozkwitu.

Społeczeostwo jest bezsilne - tak naprawdę (jeśli nie zostanie on ujęty na gorącym uczynku) nie jest
w stanie ukarad posiadacza brudnych pieniędzy. Im bardziej usiłuje go pognębid, tym dotkliwiej
szkodzi legalnej gospodarce. To przykra prawda, bo przecież wolimy byd szlachetni i walczyd ze złem.
Należy jej jednak spojrzed w oczy i powiedzied sobie uczciwie: brudne pieniądze są paskudne, skoro
jednak już gdzieś są, to... należy je jak najszybciej pozwolid uprad, zamiast pozwalad, by nam
szkodziły. Cały świat głośno oburza się na brudne pieniądze, a po cichu je pierze, bo wie, że jak tego
nie uczyni, to zrobią to i zarobią inni. Zdawały sobie z tego sprawę nawet władze Polski...
komunistycznej. Wtedy bowiem (bodajże za Gierka) fiskus nie odpytywał właścicieli sporych,
nieudokumentowanych pieniędzy, jeśli decydowali się oni zainwestowad je w kupno mieszkania lub
szklarni. Obecnie władze są bardziej surowe, ale szara strefa jakoś się od tej surowości nie kurczy.

***

Zarówno w przypadku inflacji, jak i schorzeo, wynikających ze zbyt małej ilości pieniądza - paostwo
może próbowad ingerowad w gospodarkę - pompując lub „wysysając” z niej nadmiar pieniądza.
Problem w tym, żeby robiło to we właściwym czasie i umiejętnie. W przeciwnym razie, bardziej
gospodarce zaszkodzi, niż pomoże.
Lekarz w czapce niewidce

Zysk jest osią handlu.


Robert Keayne

Doszliśmy już do tego, że pieniędzy powinno krążyd w obiegu gospodarczym nie za dużo, ale i nie za
mało, lecz „w sam raz”. To „w sam raz” w każdym kraju wygląda jednak inaczej. Od czego zależy?

Nietrudno zgadnąd, że pewnie od liczby obywateli danego kraju. Oczywiście, im kraj większy i więcej
ludzi go zamieszkuje, tym popyt na pieniądze jest większy (nie należy go mylid z apetytem na
pieniądze, który oznacza, że bez względu na nasze rzeczywiste możliwości zarabiania, chcemy ich
mied jak najwięcej). Ale wcale nie jest to czynnik najważniejszy, bo w dwu krajach o identycznej
liczbie mieszkaoców popyt na pieniądz może byd różny.

W kraju bogatszym jest on na pewno większy. Ogólne bogactwo wypracowane przez jego obywateli
(nazywa się to Produkt Krajowy Brutto) jest bowiem duże, a - jak wiemy - musi mied ono pokrycie
w pieniądzach. Większe są także zarobki osób pracujących, emerytury, a razem z nimi rosną zwykle
ludzkie potrzeby. Kraj jest bogaty, ludzie dużo zarabiają, sporo wydają, a więc i popyt na pieniądze
musi byd duży.

Liczba mieszkaoców - to raz, bogactwo kraju - to dwa. Czy jest coś jeszcze, co decyduje o wielkości
popytu na pieniądz? Tak. Nazywa się to szybkością obrotu pieniędzy. W Stanach Zjednoczonych
szybkośd jest na pewno dużo większa, niż na przykład w Polsce. Dlaczego? Chodby dlatego, że tam
społeczeostwo już dawno odwykło od posługiwania się gotówką. Pieniądze trzyma się w banku. Na
zakupy, do restauracji czy na urlop jedzie się z książeczką czekową.

W Polsce wiele osób dostaje wypłatę raz w miesiącu i stara się tak rozłożyd wydatki, aby pieniędzy
starczyło do następnej. Z kupki ułożonej w bieliźniarce każdego dnia trochę ubywa - pieniądze ruszają
się wolno - jakaś ich częśd nie zmienia właściciela przez trzy, inna przez dwa tygodnie itp. Zupełnie
inaczej dzieje się, gdy nasza wypłata trafia na konto a my tylko wypisujemy czeki. Nasze pieniądze
bank od razu może komuś pożyczyd, np. na kupno maszyny, dzięki której ktoś będzie szył sukienki
i pomnażał nasze wspólne bogactwo. Pieniądze nie leżą, ale ciągle zmieniają właściciela. Ich obrót
jest szybszy, a więc i popyt na nie większy.

Jest jeszcze jedna, bardzo istotna rzecz, która silnie oddziałuje na popyt - ceny. Im są wyższe, tym
popyt na pieniądze większy. U nas z dnia na dzieo popyt na pieniądze zmalał 10 tysięcy razy. Tylko
i wyłącznie z powodu denominacji złotówki. To, za co jeszcze ostatniego grudnia 1994 r. trzeba było
zapłacid 10 tys. złotych, następnego dnia kosztowało już tylko złotówkę. Nikt jednak z powodu tego
gwałtownego spadku cen nie skakał do góry z radości. Tyle samo zer, ile obcięto cenom, ubyło także
naszym zarobkom.

Z rosnącego popytu na pieniądze paostwo może się cieszyd, albo wręcz odwrotnie. Powiedzieliśmy
już, że jest on tym większy im kraj bogatszy. Kiedy gospodarka zaczyna się ożywiad - przedsiębiorcy
więcej inwestują. Przybywa miejsc pracy, a więc ubywa bezrobotnych, którym trzeba było wypłacad
zasiłki. Większa liczba zatrudnionych wytwarza więcej towarów i usług, zaś ludzie zaczynają coraz
więcej zarabiad. Wtedy rośnie też popyt na pieniądze i taki popyt budzi radośd. Paostwo może,
a nawet musi dodrukowad trochę pieniędzy. Nie są to jednak puste pieniądze - mają one pokrycie
w rosnącym bogactwie kraju. Przybywa papierków i monet, ale wcześniej przybyło też towarów
i usług. Popyt na pieniądze rośnie, bo rośnie zamożnośd kraju i jego mieszkaoców. To, że pieniędzy
przybyło, nie oznacza, że paostwo straciło kontrolę nad gospodarką, ale że nadąża za tym, co się
w niej dzieje.

A teraz przykład odwrotny. Rząd zaplanował, że roczna inflacja musi się zmieścid w granicach 17%.
Znaczy to, że bank centralny może dodrukowad tylko tyle nowych pieniędzy, nie mających pokrycia
w rosnącym bogactwie. Minister finansów zapewnia, że tak, jak gospodarz mocno trzyma za uzdę
wierzgającego konia, tak on powściąga popyt na pieniądze. Niestety, wierzgający koo kopnął go
w brzuch i pogalopował tak, że do tej pory nie mogą go dogonid.

Konia nie dało się utrzymad w ryzach, albowiem okazało się, że - wbrew zapewnieniom i staraniom
ministra - popyt na pieniądze jednak wzrósł o wiele bardziej, niż ten zamierzał mu pozwolid.
Przyczyną tego stały się szybko rosnące ceny żywności. Jeszcze niedawno rodzina na tygodniowe
„życie” wydawała np. półtora miliona złotych. Teraz, kupując dokładnie to samo i w tych samych
ilościach, zostawid musi w sklepie dwa i więcej milionów starych złotych. Ta rodzina nie jest
wyjątkiem, tak samo dzieje się w każdej innej - podrożał chleb, masło, margaryna, rekordowo wspięły
się w górę ceny ziemniaków. Niczego nam nie przybyło, a jednak popyt na pieniądze wzrósł. Rząd,
nawet jeśli bardzo nie chce, musi „rzucid” na rynek trochę pustych papierków, ludzie wymuszą to na
nim chodby strajkami. Strajkujący zaspokoją w ten sposób rosnący popyt na pieniądze, ale nie
zaspokoją głodu swoich rodzin. Żywności nieco ubyło (susze i kiepskie zbiory), jej ceny poszły w górę.
Wystrajkowane podwyżki nie spowodują, że całe społeczeostwo dzięki nim będzie mogło zjeśd trochę
więcej, niż przedtem. Co najwyżej - zje ciut mniej, bo żywności ubyło, a wzrosły tylko ceny.

Powiedzieliśmy, że gdy popyt na pieniądze wymyka się rządowi z rąk, musi on „rzucid” na rynek
więcej pieniędzy, niż pierwotnie planował. Dla gospodarki nie jest jednak bez znaczenia, w jaki
sposób on to uczyni. Jeśli „pompa”, tłocząca krew w organizmie człowieka zaczyna nawalad, lekarze
czasem muszą zdecydowad się na operację na otwartym sercu. Podobnie działają czasem
uzdrowiciele naszej gospodarki, a ich poczynania nazywają się też prawie identycznie - „operacjami
na otwartym rynku”.

Są to rzeczy dośd skomplikowane, więc - żeby je lepiej zrozumied - ucieknijmy się do łatwiejszego
porównania. Wszyscy wiemy, co to jest zbiornik retencyjny. To taka wielka wanna, w której zbiera się
wodę w czasie wielkich deszczy. Dzięki temu jej chwilowy nadmiar nie zalewa łąk i ludzkich
gospodarstw lecz zostaje zebrany. I przechowany na okres suszy. Kiedy z nieba przez długi okres nie
spada ani kropla dżdżu - można ziemię zasilid wodą, przechowaną w zbiorniku. Gdyby go nie było -
wiosną dorobek ludzki niszczyłyby powodzie, a latem - susze. Dzięki zapasom, zgromadzonym
w zbiorniku retencyjnym, można się przed tymi wybrykami natury bronid.

Taką samą wielką wannę ma w każdym kraju jego bank centralny, który u nas nazywa się Narodowym
Bankiem Polskim. Tyle, że przechowuje w niej nie wodę, ale pieniądze. Kiedy w gospodarce rośnie
popyt na pieniądze i zjawisko to nie idzie w parze z rosnącym Produktem Krajowym Brutto (wtedy po
prostu banknoty się dodrukowuje) - bank centralny może sięgnąd do zbiornika i wziąd z niego
potrzebną ilośd pieniędzy, aby je rzucid na rynek. Oczywiście, nie dosłownie. Rząd ogłasza wtedy, że
skupuje od przedsiębiorstw własne obligacje, bony skarbowe itp. papiery wartościowe. Za te papiery
płaci pieniędzmi i tą drogą strumyk banknotów wpływa na wysuszony rynek, zaspokajając zwiększony
popyt.

Dlaczego lepiej jest dla gospodarki, kiedy paostwo wykupuje własne obligacje, niż gdy drukuje puste
pieniądze? Gdyż rzucanie na rynek pieniędzy bez pokrycia jest dolewaniem oliwy do ognia. W ten
sposób nieodwołalnie nakręca się inflację. Natomiast handel papierami wartościowymi pozwala nie
tylko rzucad pieniądze na rynek, ale także je ściągad.

Jeśli np. następne zbiory będą obfite jest nadzieja, że ceny żywności mogą spaśd. Aby im w tym
pomóc, rządowy lekarz od gospodarki może ogłosid, że sprzedaje obligacje. Aby skłonid obywateli do
ich kupowania, oprocentowuje je wyżej, niż lokaty bankowe. Wiele osób dojdzie wtedy do wniosku,
że warto mniej pieniędzy wydad na jedzenie, czy telewizor i kupid za nie obligacje rządowe. Za rok,
dzięki nim, nie tylko będą mogli kupid to, co zamierzali, ale jeszcze trochę im zostanie. Dzięki takiej
„operacji na otwartym rynku” lekarz naszej gospodarki może ściągnąd z obiegu trochę pieniędzy, co
zmniejszy tempo inflacji. Gdyby zaś nie handlował papierami wartościowymi, to w jaki sposób
ściągałby z rynku pieniądze?

Popyt na pieniądz wymyka się z rąk także w krajach o doskonale zarządzanej gospodarce. Bywa, że
zjawisko to dzieje się równocześnie nie tylko w jednym, ale w wielu krajach. Najwyraźniejszym
przykładem tego był tak zwany szok naftowy.

Kraje, wydobywające ropę naftową, zorganizowały się i postanowiły ograniczyd jej wydobycie. To
spowodowało, że ceny benzyny i innych produktów, wytwarzanych z ropy, zaczęły gwałtownie
rosnąd. Ludzie płacili i przeżywali szok - ropa potrzebna jest do wszystkiego. Im kraj bardziej
rozwinięty, tym większe jest jego zapotrzebowanie na ten surowiec. Benzyny potrzebują nie tylko
samochody, ale i cały przemysł. Ceny rosły, szok trwał, a rządy poszczególnych krajów - bez względu
na swoje pierwotne zamierzenia - nie były w stanie powstrzymad gwałtownie rosnącego popytu na
pieniądz. Urzędowi lekarze od gospodarki rozłożyli ręce I nie potrafili jej leczyd.

Ale tak, jak w czasach pierwotnych, kiedy mimo, iż jeszcze nie było lekarzy, to jednak ludzie rodzili się
i nierzadko dożywali sędziwego wieku, tak i gospodarka nie jest skazana tylko na pomoc lekarzy
z urzędu. Ona potrafi też leczyd się sama. Możemy też powiedzied inaczej - leczy ją nie tylko rząd, czyli
jakby lekarz z urzędu, ale także lekarz, który fizycznie nie istnieje. Niektórzy nazywają go
„niewidzialną ręką rynku”. Jak leczy ona gospodarkę? Po prostu - uruchamia w niej tak zwane procesy
dostosowawcze.

Kiedy kraje OPEC ograniczyły wydobycie ropy, jej ceny zaczęły piąd się w górę, ponieważ podaż była
mniejsza od popytu na ów surowiec. Rządy wszystkich innych krajów (a więc ci lekarze z urzędu) były
bezsilne wobec OPEC, nie były w stanie zmusid tej organizacji do zwiększenia wydobycia, co
pozwoliłoby cenom wrócid do poprzedniego poziomu. Gdyby nie „niewidzialna ręka rynku” - byd
może światowa gospodarka przeżyłaby nie tylko szok, ale olbrzymi krach. Na szczęście jednak
nastąpiły w niej procesy dostosowawcze. Najlepsze sztaby naukowców zaczęły głowid się nad
wymyśleniem silników, zużywających mniej paliwa. Inne - nad wymyśleniem paliwa konkurencyjnego,
innego niż wytwarzane z ropy.

Na efekty wcale nie trzeba było długo czekad. Pojawiło się wiele nowych modeli samochodów,
których silniki spalały o wiele mniej benzyny, niż przedtem. Wiele towarów, do produkcji których
jeszcze niedawno zużywano ropę, teraz nauczono się wytwarzad z innych surowców. Jednym słowem
- świat był bezsilny wobec ograniczenia podaży ropy, ale uporał się ze zbyt wielkim popytem na nią.
Na świecie najlepsze ceny osiągają i cieszą się największym powodzeniem u klientów te rzeczy, które
„pożerają” jak najmniej nośników coraz droższej energii. Nie tylko ropy, ale też węgla, gazu itp. U nas
zaczyna już byd podobnie.

Chory człowiek traci szanse na wyzdrowienie, jeśli leczy go dwóch lekarzy, z których każdy ordynuje
mu zupełnie inną kurację. Z gospodarką jest identycznie.

Mądry rząd (czyli lekarz widzialny, z urzędu) stara się tak leczyd gospodarkę, aby współdziaład z
„niewidzialną ręką rynku”. Tylko bowiem w ten sposób można pacjenta postawid na nogi. Gorzej jest
jeśli lekarz widzialny uważa, że jest od tego drugiego mądrzejszy i stara się go w ogóle do pacjenta nie
dopuścid. Tak uczynił nasz rząd, kiedy żywnośd zaczęła drożed w sposób niekontrolowany. Sam nie
mógł nic na to poradzid i patrzył oraz patrzy do tej pory bezradnie na to, jak jej ceny absurdalnie
rosną. Całe społeczeostwo zaś pada ofiarą naszego konowała, który nie chce dopuścid do chorego
kogoś lepszego od siebie.

Co zrobiłaby „niewidzialna ręka rynku”, gdyby jej rząd nie związał? Pozwoliłaby wszystkim chętnym
ograniczoną podaż żywności krajowej uzupełnid taoszą żywnością z importu. Dzięki temu ceny
produktów krajowych nie mogłyby rosnąd zbyt wysoko, ponieważ konsumenci po prostu by ich nie
kupowali. Inflacja miałaby szansę zmieścid się w uprzednio zakreślonych granicach. Konował jednak
wprowadził horrendalnie wysokie cła i - zamiast je ograniczad - podnosi je coraz bardziej. Lekarz nie
zamierza zmienid złej kuracji, jakby nie dostrzegał, że pacjent wygląda już tak, jak śmierd na chorągwi.
Byłoby o wiele lepiej, gdyby pozwolono gospodarce, aby leczyła się sama.

Z rąk paostwa może się wymykad nie tylko popyt na pieniądz, ale także jego podaż. I w tej sytuacji,
identycznie jak poprzednio, interweniowad może lekarz z urzędu, ale - jeśli tego nie uczyni - i tak do
akcji wkroczy uzdrowiciel w czapce niewidce.

Pamiętamy z poprzednich rozdziałów, że - aby móc kontrolowad podaż pieniądza - rządy zachowują
zwykle dla siebie, a dokładniej - dla banku centralnego, monopol drukowania pieniędzy. Pamiętamy
też jednak, że jest on niezupełnie skuteczny, ponieważ to samo robią banki, kreując pieniądze.
Różnica polega tylko na tym, że nie produkują one papierków, ale wykonują operacje bezgotówkowe.
Bank centralny nie może im tego zabronid, może natomiast, jeśli wydaje mu się, iż banki
„wykreowały”, czyli wyprodukowały zbyt dużo pieniędzy na rachunkach swoich klientów - żądad, aby
powiększyły one swoje rezerwy obowiązkowe. Skutek tego posunięcia jest taki, że banki, dbając
o własne bezpieczeostwo, muszą wtedy ograniczyd sumę udzielanych przez siebie kredytów. Jest to
to samo, co ograniczyd podaż pieniędzy.

Wysokośd rezerw obowiązkowych nie jest jedynym instrumentem, przy pomocy którego bank
centralny kontroluje wielkośd podaży pieniądza. To on ustala także wysokośd stóp procentowych
różnych rodzajów kredytów, jakie zaciągają u niego banki komercyjne.

Jeśli np. kredyt lombardowy jest tani - bank komercyjny, który potrzebuje pieniędzy na krótko -
chętnie zastawi swoje bony skarbowe i skorzysta z pożyczki, aby samemu z kolei móc swoim klientom
pożyczyd więcej, czyli - zwiększyd podaż pieniędzy. Jeśli natomiast cena kredytu lombardowego jest
zbyt wysoka - banki komercyjne wolą z niego nie korzystad. Mniej więc pożyczają swoim klientom
i podaż pieniądza maleje.

Bank centralny, sterując zachowaniem banków komercyjnych, pośrednio steruje też zachowaniem
przedsiębiorstw i obywateli. Chcąc ograniczyd ilośd pieniędzy - podnosi w sposób odczuwalny stopy
procentowe. Obywatele ograniczają wtedy swoją konsumpcję, usiłując jak najwięcej pieniędzy
odłożyd w banku, bo widzą, że jest to sposób powiększenia oszczędności.

Tanieją też wtedy różnego rodzaju akcje i obligacje, gdyż ich właściciele, widząc, że lokowanie
w banku przynosi większe zyski - usiłują je sprzedad, a pieniądze wpłacid na lokaty.

Przy wyższych stopach procentowych ludzie chętnie zanoszą oszczędności do banków, ale
z mniejszym zapałem od nich pożyczają, bo to kosztuje zbyt drogo. Podaż pieniądza na rynku staje się
mniejsza.

Wydawałoby się, że skoro lekarze naszej gospodarki mają na podorędziu tak wiele narzędzi, aby
utrzymad pacjenta w doskonałej kondycji, to dlaczego tak często im się to nie udaje? Czyżby nie
umieli z nich korzystad? Niekoniecznie.

Żeby byd dobrym lekarzem trzeba mied wiedzę, instrumenty i leki. Ale, żeby leczyd skutecznie - trzeba
mied także pełną informację o stanie zdrowia pacjenta. Pełną, to znaczy aktualną. Nasz rząd i nasz
bank centralny często nie posiadają świeżej wiedzy o stanie naszej gospodarki. To tak, jakby lekarz
stawiał diagnozę choroby na podstawie objawów np. sprzed dwóch tygodni. W skrajnym przypadku
można np. usiłowad obniżyd temperaturę pacjentowi, który właśnie pożegnał się z tym najlepszym ze
światów.

Jak bardzo niedoinformowany jest nasz rząd, niech świadczy fakt, że tak naprawdę nie wie on, czy
więcej za granicę sprzedajemy, niż sprowadzamy towarów, czy też dokładnie na odwrót. Z danych
Głównego Urzędu Ceł wynika, że mamy w handlu zagranicznym saldo ujemne, czyli, że import jest
wyższy od eksportu. Z kolei jednak wielka podaż obcej waluty, z którą nie może się uporad NBP, zdaje
się świadczyd o czymś odwrotnym. Wiemy, że wielki napływ marek i dolarów zawdzięczamy tak
zwanemu handlowi przygranicznemu, ale jaka jest dokładnie tego skala - tego nasz biedny łapiduszek
nie wie.

Stąd wynikają jego nerwowe ruchy, związane z upłynnieniem kursu walutowego. Wreszcie nasz
konowałek doszedł do wniosku, że lepiej niż na urzędników, zdad się na „niewidzialną rękę rynku”.
Niby jednak pozwala jej zrobid porządek, czyli pozwolid, aby rynek sam ustalił kurs naszej waluty, ale
jednak trzyma za łokied, ograniczając import coraz wyższymi cłami.

Skutek mógłby byd świetny, bo wolny rynek rzeczywiście ustaliłby kurs na jego prawdziwym
poziomie. Kłopot w tym, że rynku nie ma, bo nie ma prawdziwej konkurencji, gdyż w sposób sztuczny
ogranicza się import.

Gdyby upłynnieniu kursu złotówki towarzyszyło otwarcie granic - nie byłoby kłopotów z inflacją,
a producentów - nieudaczników orzeźwiłby zimny prysznic konkurencji. Upieranie się przy
blokowaniu granic przed obcymi towarami powoduje, że dusimy się pozornym nadmiarem dewiz,
wywołujących inflację i że dusi się w ten sposób eksporterów, każąc im sprzedawad swoje towary po
kursie, który wcale nie jest prawdziwy.
Z tej bezradności lekarzy oficjalnych wynika wiele złego dla gospodarki. I tylko jeden pozytywny
skutek uboczny. Nie umiejąc sobie poradzid ze skupem dewiz, NBP zdecydował, że przedsiębiorstwa,
znów mogą trzymad je na rachunkach walutowych. Przedtem było to zabronione i decyzja ta
skutecznie ukatrupiła wszystkie transakcje zagraniczne, na których nie zarobiono kokosów. Najpierw
bowiem trzeba było bankowi zarobione dewizy sprzedad, za co brał słoną marżę, a potem znów je od
niego odkupid i zapłacid frycowe po raz drugi.

***

Brak centralnej, rzetelnej informacji oraz wielka niechęd do współdziałania z lekarzem w czapce
niewidce, czyli „niewidzialną ręką rynku”, powoduje, że kuracje, jakie serwują naszej gospodarce jej
lekarze z urzędu, nazbyt często okazują się nieskuteczne. Lepiej byłoby gospodarkę pozostawid samej
sobie.

Niezależnie bowiem od tego, na ile na jej kondycję starają się mied wpływ lekarze oficjalni - na całym
świecie rozwija się ona cyklicznie. Zawsze na ten cykl rozwoju składają się cztery fazy: kryzys - wtedy
produkcja spada i jest to faza najbardziej niekorzystna. Drugim etapem jest recesja - kiedy produkuje
się mniej, niż wynoszą możliwości gospodarki, ale poziom tej produkcji jest zupełnie wysoki.
Pamiętamy, że w czasach socjalizmu nasza gospodarka notowała wysoką dynamikę wzrostu, a na
Zachodzie panowała recesja. Tyle, że my żyliśmy nędznie, a oni tam narzekali, ale poziom ich życia był
nieporównanie wyższy.

Trzecią fazą jest ożywienie, po którym następuje rozkwit. I znów wszystko zaczyna się od początku:
kryzys, recesja, ożywienie, rozkwit.

Przeciętnie taki cykl trwa 5 lat. Jeśli lekarze urzędowi mądrze współdziałają z „niewidzialną ręką
rynku”, to mimo wzlotów i upadków - gospodarka wspina się na coraz wyższy poziom rozwoju. Dno
kryzysu kolejnego cyklu jest wyżej, niż poprzedniego, podobnie recesja itp. Nie znaczy to więc, że
z dobrobytu wpadamy w nędzę, ale że przechodząc przez wszystkie cztery fazy - pniemy się cały czas
do góry.

Niestety, nie możemy powiedzied, że nasze paostwo, czyli lekarz oficjalny, usiłuje współdziaład
z rynkiem. On, w imię źle pojętej sprawiedliwości społecznej powoduje, że mniej ludzi uczestniczy
w wytwarzaniu naszego narodowego bogactwa, niż mogłoby to czynid. Potencjał produkcyjny jest
niewykorzystany, bo zbyt wysokie podatki to uniemożliwiają. Dziś jeszcze znajdujemy się na etapie
ożywienia, po którym nadejdzie rozkwit. Ale kryzys zepchnie nas na dno, które - przy mądrzejszej
polityce rządu - nie musiałoby byd tak nisko.

Dylemat jest trudny i, mówiąc krótko, polega on na tym, czy nasz wspólny bochenek chleba będzie
coraz większy, ale dzielid go będziemy niesprawiedliwie, czy też, krojąc sprawiedliwie, będziemy mieli
do podziału coraz mniej. Najlepsze byłoby trzecie wyjście: i sprawiedliwie, i coraz więcej. Ale tego
świat na razie jeszcze nie wymyślił.
Nie zawracać kijem Wisły

Każdy człowiek z natury pragnie pieniędzy. Żadne prawa nie wygrają z zyskiem.
Robert Keayne

Niemądrym rządzącym - a w naszym kraju nigdy ich nie brakowało - zdarza się narzekad na
społeczeostwo: że przypadkowe, że nie zna się na gospodarce i dlatego tak trudno nim właściwie
pokierowad. Niektórzy wręcz otwarcie przyznają, że ministrowie, posłowie czy partie polityczne
muszą myśled za nas, maluczkich. Starczy tylko krok, i wielu go czyni, aby uszczęśliwiad nas na siłę,
wbrew naszej woli. Jako że to oni, rządzący, wiedzą lepiej, co jest dla nas dobre.

Tymczasem człowiek, chod jest istotą najbardziej ze wszystkich skomplikowaną, zwykle zachowuje się
nad wyraz racjonalnie. Każdy z nas, zarówno profesor, jak i niewykwalifikowany robotnik, jest istotą
ekonomiczną. Ekonomiczne są bowiem wszystkie jego decyzje, jakich wiele podejmuje każdego dnia.
Jesteśmy gatunkiem homo nie tylko sapiens, ale też economicus. Nasze decyzje, w swej zbiorowości,
są w przeważającej większości niesłychanie racjonalne. Wytyczamy sobie jakiś cel i wybieramy do
jego osiągnięcia drogę najkrótszą i najłatwiejszą. Świadomie lub mniej świadomie poprzedza ją
zawsze analiza decyzyjna. Musimy na przykład pomalowad mieszkanie. Zaczynamy nasz „proces
decyzyjny” od wyszukania firmy solidnej i niezbyt drogiej. Następnie, razem z wykonawcą liczymy,
jakie musimy ponieśd koszty tego przedsięwzięcia. Zwykle też usiłujemy się dowiedzied, jaki jest
w tym udział materiałów, a jaki tzw. robocizny. Załóżmy, że za robotę trzeba będzie zapłacid 10 mln
starych (albo tysiąc nowych) złotych.

Człowiek niezamożny i mający dużo czasu zdecyduje zapewne, że - ucząc się na własnych błędach -
będzie malowad sam i nie wyda tej, dośd dużej dla niego sumy. A co powie ktoś zamożny? Ktoś, kto
również uporałby się z tą, niezbyt w koocu skomplikowaną robotą. Zajęłaby mu ona jednak tyle
czasu, że gdyby go poświęcił zajęciom, jakie wykonuje zawodowo - zarobiłby w tym czasie 15 mln
złotych. Nie mówmy jednak pochopnie, że człowiek w tym momencie postanowił nie brad pędzla do
ręki. On bowiem liczy dalej: to prawda, że ja za robotę zapłacę im 10 min zł, ale - żeby dostad do ręki
tę sumę- musiałem zarobid aż 18 min zł (bo płacę już 45% podatku od dochodów osobistych). Czyli,
zlecając malowanie firmie muszę zarobid 18 a nie 10 min zł. Czyli, gdybym malował sam, to
oszczędzam na tym wydatku więcej, niż gdybym ten czas poświęcił na zajęcia zawodowe.

Ile więcej? 3 miliony? Skądże. Powiedzieliśmy, że właściciel mieszkania zarobiłby w tym czasie 15 mln
zł. Ale powiedzieliśmy też, że on już „wskoczył” w 45% podatek. Na rękę dostałby więc nie 15, ale 8
mln 250 tys. Różnica wyniesie więc nie trzy, ale prawie 10 mln zł. Bogaty też chyba chwyci za pędzel,
odkładając na bok swoje zajęcia zawodowe. I będzie to jak najbardziej racjonalna decyzja.

Wielu moich Czytelników zwątpi w tym momencie w moją prawdomównośd. Przecież tak samo, jak
nie może byd bogaty kraj, który rezygnuje z wymiany międzynarodowej, tak i człowiek robiący
wszystko sam nie dojdzie raczej do majątku. I mają Paostwo rację.

Co nie zmienia faktu, że człowiek ten zachował się racjonalnie. Uczynił bowiem tak, jak w tych
warunkach opłacało mu się uczynid. To nie on źle policzył, to źle policzyło paostwo, które zmusiło go
do takiej decyzji.
To paostwo, ponieważ ciągle brak mu pieniędzy, z każdym rokiem zwiększa podatki. Traktuje
społeczeostwo, jak stado baranów, które potulnie da się popędzid na finansową rzeź. Owszem,
w każdym społeczeostwie znajdzie się kilka potulnych owieczek, które będą pracowad coraz ciężej,
żeby płacid coraz wyższe podatki, a ich rodziny nie odczują żadnej ulgi. Większośd ludzi jednak będzie
usiłowała znaleźd z tej, coraz trudniejszej sytuacji, jakieś lepsze wyjście.

Częśd zdecyduje się pracowad i zarabiad w tak zwanej szarej strefie, czyli - nielegalnie. Ci ludzie jednak
złamią prawo, postąpią nieuczciwie, chod ich do tego zmuszono. Ale my przyjrzyjmy się tym
najuczciwszym, którzy dumni są z tego, że nie ominęli w życiu żadnego paragrafu, nie jechali nawet
nigdy tramwajem na gapę.

Otóż ci ludzie w każdej sytuacji będą myśled ekonomicznie, będą liczyd identycznie, jak nasi
właściciele mieszkao, wymagających natychmiastowego pomalowania. Jeśli podatki są niskie - niższe
są też ceny. Człowiek częściej jada w restauracjach, korzysta z usług itp. Jednym słowem robi to, co
mu się bardziej opłaca. Tani posiłek w jadłodajni nie musi byd droższy od tego, przygotowanego
w domu. A jakaż oszczędnośd czasu, ważna zwłaszcza dla kobiety, pracującej zawodowo.

Nikt nie będzie się uczył hydrauliki, aby móc wymienid cieknącą uszczelkę, bo wiadomo, że specjalista
zrobi to lepiej i szybciej. Właśnie - człowiek ekonomiczny doskonale wie, że malarz lepiej i szybciej
pomaluje mu mieszkanie, niż on sam. Tapeta, przyklejona przez specjalistę wygląda na ścianie lepiej,
niż taka, po której spływa pot samouka. Jednym słowem - fachowiec w godzinę robi więcej i lepiej,
niż amator. I człowiek ekonomiczny nie miałby wątpliwości przy podejmowaniu decyzji, czy powierzyd
robotę tym, co się na niej znają, czy też wykonad ją samemu. Ale to paostwo wysokimi podatkami,
zakłóciło te sygnały rynkowe. Zmusiło ludzi, aby wybierali wyjście ekonomiczne dla nich samych, ale
nieekonomiczne dla społeczeostwa jako całości. Bo nie jest to najbardziej wydajne, jeżeli piekarz
reperuje buty, wymienia uszczelki i kładzie glazurę, a szewc po godzinach siedzenia przy kopycie,
wypieka bułki.

Żaden z tych ludzi nie może się specjalizowad w tym, co robi najlepiej. A poza tym - wszyscy oni
umknęli w strefę, której nie można nazwad szarą, ale która dla gospodarki jest tak samo zła.

Jeśli informatyk sam sprząta w domu i w tymże domu szkli okna, gdy zbije się szyba, zrobi mały
remoncik, naprawi synowi narty itp., to „odbiera chleb” wyspecjalizowanej sprzątaczce, szklarzowi,
malarzowi, glazurnikowi i wielu innym usługowcom. Gdyby podatki były małe (np. 10%) każdy
z pewnością wolałby skorzystad z usług specjalisty. Przy dużych - robi się moda na samozaspokajanie
potrzeb. Przy małych podatkach - fiskus zbiera dużo, przy dużych płacą tylko ci, którzy naprawdę nie
mają innego wyjścia. Ludzie liczą doskonale, minister finansów - kiepsko. Ale tylko w ministerstwie,
bo u siebie w domu z pewnością i on także jest człowiekiem ekonomicznym. Niejeden z naszych
ministrów finansów przyznawał się do tego, że pali papierosy z przemytu, bo są taosze od tych,
objętych przez niego akcyzą.

Mądre paostwo powinno stwarzad ludziom takie warunki, aby - postępując zgodnie z własnym
interesem, dobrze czynili także ogółowi. A więc - żeby najpierw zajmowali się tylko tym, co robią
najlepiej. Potem - żeby podatki nie zjadały im tej przewagi nad innymi. I wreszcie, żeby chcieli
wydajną pracę własną wymieniad na równie efektywną innych. Jak osiągnąd wszystkie te cele?
Niskimi podatkami. Wtedy zyska też fiskus. Bo ludzie nie będą go ani oszukiwad w szarej strefie, ani
omijad - robiąc wiele rzeczy samemu, zamiast zlecid je innym.
Rządzenie ludźmi nie będzie więc takie trudne, jeśli rządy nie zechcą... zawracad Wisły kijem. Czyli -
zrezygnują ze zmuszania obywateli, aby postępowali wbrew dobru własnemu i swojej rodziny.
Nauczą się natomiast tak sterowad paostwem, aby z dobra jednostki wynikało dobro dla całego
społeczeostwa.

Niestety, w naszej rzeczywistości ciągle jeszcze mamy sporo przykładów, że paostwo czyni odwrotnie,
usiłuje w nas zabid człowieka ekonomicznego. I że tam, gdzie mu się to udaje, gospodarka
funkcjonuje źle.

Dobrym tego przykładem może byd sytuacja w papierach wartościowych. W gospodarkach naprawdę
rynkowych kapitał ciągle przepływa z przedsięwzięd mniej do bardziej efektywnych, dzięki czemu
odbywa się rozwój. W jakiejś firmie dzieje się źle, bo np. przegapiła ona, że konkurencja szykuje się
do wypuszczenia na rynek produktu nowej generacji - już jej akcje na giełdzie tanieją. Ludzie, nawet
tracąc, usiłują się ich jak najszybciej pozbyd i resztkę uratowanych pieniędzy ulokowad tam, gdzie
zarobią na nich więcej, a więc - w firmie lepszej. Posiadacze akcji zachowują się ekonomicznie, dzięki
temu, że ich pieniądze przepływają z przedsiębiorstw słabszych do mocniejszych. W rezultacie taka
gospodarka ciągle idzie do przodu.

My też już od kilku lat mamy giełdę papierów wartościowych. I u nas też ludzie, po pierwszym ślepym
pędzie, nauczyli się odróżniad akcje firm lepszych od gorszych. Nie robią tego jeszcze tak dobrze, jak
na Zachodzie, ale - jeśli chodzi o ludzi - wszystko jest na jak najlepszej drodze. Wcześniej czy później,
chod nie bez potknięd, pieniądze akcjonariuszy przepływad będą z firm słabszych do silniejszych,
lepiej radzących sobie na wolnym rynku.

Raczej jednak później, bo i tu paostwo urządza mord zbiorowy na ludziach ekonomicznych. Zamiast
cieszyd się, że z przedsięwzięd mniej efektywnych kierują oni pieniądze do bardziej wydajnych -
paostwo zmusza ich, aby postępowali wbrew interesom ogółu i lokowali swoje kapitały
w przedsięwzięciach beznadziejnych. Jak to robi?

Ano tak, że ludzie wcale nie zarabiają najlepiej na lokowaniu swoich oszczędności w najlepszych
przedsiębiorstwach. Paostwo bowiem, jak ongiś Wolną Europę, tak teraz zagłusza płynące z rynku
sygnały. Zagłusza w ten sposób, że najkorzystniej oprocentowuje obligacje Skarbu Paostwa.
Ekonomiczni ludzie zachowują się racjonalnie: kupują papiery, gwarantujące im najwyższy zarobek.
Tyle, że paostwo nie zarobi tych pieniędzy, żeby wykupid za nie dług razem z odsetkami. Paostwo je
swoim obywatelom, wbrew ich woli, zabierze podatkami.

Gdyby nie paostwo, nasze oszczędności wzmocniłyby przedsiębiorstwa najlepsze. Ale ponieważ ono
się wtrąciło - wrzucimy je w czarną dziurę, okradając własne dzieci i wnuki.

Dobrze rządzony kraj to taki, w którym rząd pozwala człowiekowi byd wolnym i wybierad zawsze to,
co dla niego najlepsze. Można bowiem z góry założyd, że w większości będzie on podejmowad decyzje
racjonalne. Paostwo zaś nie jest od tego, aby walid go po głowie, ciągle zmieniając cła, podatki itp.,
ale aby - w ściśle określonych sytuacjach - delikatnie nim sterowad, czyniąc jego interes zbieżny
z dobrem ogółu. Stanowczo zaś wkraczad może tylko w sprawy, dotyczące ochrony środowiska
naturalnego, przy kataklizmach itp.

Nasza planeta jest jak wielkie mrowisko. Ludzie, jak mrówki, są w ciągłym ruchu. Nieustannie
występują raz w roli sprzedającego (np. swoją pracę), to znów kupującego. Śmiało można założyd, że
przeważająca większośd ich decyzji będzie jak najbardziej racjonalna. Pod jednym, ale podstawowym
warunkiem - że nikt nie będzie zagłuszał płynących z rynku sygnałów.

A więc - nie będzie ograniczał handlu zagranicznego murami celnymi, a wewnętrznego - innymi, zbyt
wysokimi podatkami. Tak jak handel i człowiek, wolne będą ceny, nie zafałszowane ani nadmiernymi
podatkami, ani dotacjami oraz, że wolny handel, sygnalizujący potrzeby rynku prawdziwymi cenami,
odbywad się będzie przy pomocy pieniędzy, których musi byd nie za dużo, nie za mało lecz w sam raz.
Dużo bierze, kto mało bierze

Nawet jeśli uczciwie wypełniasz formularze podatkowe, to nigdy nie wiesz czy jesteś
oszustem czy też męczennikiem.
Will Rogers

Ideałem gospodarki rynkowej jest wolny człowiek, swobodnie wymieniający swoją pracę na produkty
będące efektem pracy innych ludzi. Zwykle dokonuje on wyborów, korzystnych dla siebie, pod
warunkiem jednak, że sygnały, które odbiera nie są przez paostwo fałszowane. Najczęściej to
fałszowanie rynku odbywa się przy pomocy zniekształconych cen. Na ich deformację najbardziej
wpływają podatki. One też silnie ograniczają wolnośd gospodarczą społeczeostwa.

A jednak ludzie godzą się na krępowanie tymi przykrymi więzami. Czynią to w imię wyższej racji, jaką
jest koniecznośd zorganizowania i prawidłowego funkcjonowania paostwa. Oczywiste jest dla nich, że
porządku publicznego musi pilnowad policja, że granic musi strzec wojsko i że oświata, w sporej
części, także powinna byd finansowana przez całe społeczeostwo, a nie tylko przez rodziców. Żeby to
wszystko opłacid, paostwo musi - tak jak każdy obywatel - mied swoją kasę. A ponieważ prawie każdy
z nas chce się czud bezpieczny, życzy sobie aby sędziowie nie brali łapówek (a więc - muszą byd
właściwie wynagradzani) i raczej nie chciałby aby zdolne, ale biedne dzieci były pozbawione
możliwości nauki - więc godzimy się na podatki. Godzimy się świadczyd na rzecz paostwa dla naszego
dobra. Tymczasem paostwo naszą zgodę wykorzystuje przeciwko nam i przeciwko gospodarce.
Sprawia, że zamiast - dzięki podatkom - czud się w kraju lepiej, czujemy się coraz bardziej fatalnie,
gdyż w gospodarce dzieje się źle.

Kooczy się wiek XX, a nasi rządzący ekonomiści nie odkryli jeszcze prawd, z których Zachód zdał sobie
sprawę już w XVIII wieku. Są cztery zasady, których musi przestrzegad każdy minister finansów,
nakładający na obywateli podatki: taniośd, równośd, dogodnośd i pewnośd. Nietrudno zauważyd, że
nasz fiskus zasady te często sobie lekceważy i że mszczą się one za to na nas okrutnie.

Jak zachowałby się zwykły obywatel, gdyby ceny biletów podskoczyły tak bardzo, że jego koszt
dojazdu do pracy byłby wyższy, niż osiągnięte zarobki? Może człowiek ten, gdyby miał blisko, wolałby
jeździd do pracy rowerem. Może rozejrzałby się za jakąś robotą bliżej domu. Jedno jest pewne - nie
jeździłby do pracy tak, jak do tej pory, po to, aby po miesiącu okazało się, że tego co zarobił nie
wystarczyło na bilety. Zwykły obywatel zachowałby się racjonalnie.

Tak samo powinien zachowywad się minister finansów. „Taniośd” przy nakładaniu podatku oznacza
tyle, że koszty jego pozyskania nie mogą byd większe od samego podatku.

Taniośd przy ściąganiu podatków oznacza stosowanie sprawnych narzędzi do ich egzekwowania.
Narzędziem ministra finansów jest cały aparat skarbowy. Dziesiątki, może setki tysięcy
zatrudnionych, od Ministerstwa Finansów począwszy, przez urzędy kontroli skarbowej, a na samych
urzędach skarbowych skooczywszy. Wiemy, że jest to aparat liczny i ciągle słychad głosy, że - aby był
skuteczny - armię fiskusa należy powiększad. Źle to wróży naszym podatkom, bo przecież ludzie ci
utrzymywani są z naszych pieniędzy. Chcą, żeby ich było więcej, chcą też lepiej zarabiad.
Jak wykorzystują nasze pieniądze? Wiele urzędów skarbowych zaczęło od poprawienia sobie
warunków lokalowych. W porządku, gdyby chodziło o wygodne biurka i fotele. Ale po co te
marmury? Dobry przedsiębiorca najpierw zabiega o wykwalifikowaną załogę i wydajne urządzenia. O
marmurach i przestronnych holach na początku nie myśli wcale, a i potem - jeśli jest mądry - tylko
wtedy, jeśli jest to konieczne, np. do reprezentacji.

U nas marmury, którymi coraz chętniej wykładają korytarze i przestronne gabinety urzędy skarbowe,
nie służą podatnikom, a więc tym - którym bez ich woli i chęci zabrano na ten cel pieniądze.

Częśd zaś ogromnych sum - bo 80 milionów USD - jakie zapłacono francuskiej firmie Bull za
komputeryzację naszego aparatu skarbowego - nie służy nikomu. Bull pieniądze wziął, ale
zamówienia nie zrealizował. Dostarczone przez niego komputery leżą w pudłach, gwarancja na nie już
dawno się skooczyła - a systemu jak nie było, tak nie ma. Niektóre urzędy komputeryzują się na
własną rękę, razem tworząc egzotyczną składankę, której poszczególne elementy nie mają ze sobą
żadnej łączności. Gdyby prywatny przedsiębiorca tak wykorzystywał swoje pieniądze, już dawno by
splajtował. Urzędy nie plajtują, bo wydają nie swoje. A tych, dzięki którym żyją, traktują w sposób
skandaliczny. Swoją wdzięcznośd za pieniądze, jakie otrzymują, wyrażają innym urzędnikom, którzy
także dzielą to, czego nie zarobili.

Ogólna pula podatków jest wynikiem działao tych, którzy tworzą ogólną otoczkę prawną, a więc
przepisy, regulujące działalnośd gospodarczą oraz tych, którzy je stosują. Ważnym elementem tej
otoczki jest prawo podatkowe i jego stosowanie. Spójrzmy ile razy zmieniły się przepisy
o zryczałtowanym podatku dochodowym? A przecież każda zmiana kosztuje ogromne pieniądze!
Trzeba ją stworzyd, wydrukowad i rozprowadzid. Następnie przeszkolid urzędników, ponieważ przepis,
którego jeszcze nie zdążyli się nauczyd, właśnie zmienił swoją postad. Ile czasu na nadążanie za
zmianami muszą poświęcid sami podatnicy? W malutkiej firmie szef, zamiast dbad o produkcję
i funkcjonowanie przedsiębiorstwa - biega w poszukiwaniu coraz to nowych aktów prawnych i drży ze
strachu, że przeoczy jakąś istotną dla niego zmianę. Większe firmy zatrudniają już sztaby ludzi,
których jedynym zadaniem jest najpierw śledzenie zmian, a potem szukanie ludzi (chętnie, za opłatą,
robią to sami autorzy przepisów), którzy zinterpretują niejasności. Za te wysiłki, żmudne, ale jałowe -
bo nie pomnażają zarobku przedsiębiorstwa - trzeba ludziom płacid. Tworzą się niepotrzebne koszty,
które powodują, że i cena towaru staje się coraz wyższa.

Wszelkie koszty, ponoszone przez podatników, powinny byd uzasadnione - tak nas uczy ustawa
„prawo podatkowe”.

Informuje się nas, że wszelkie odszkodowania z tytułu wad w dostarczonych towarach, usługach czy
robotach nie stanowią kosztów uzasadnionych. Czy koszty tworzenia prawa, ciągłego zmieniania
przepisów, można uznad za koszty uzasadnione? Oczywiście, świat idzie do przodu, gospodarka się
zmienia, ale zmiana powinna byd uzasadniona racją wyższą, niż nieudolnośd, niekompetencja
i niechlujstwo autorów przepisów. Nie potrafią oni przewidzied skutków swoich poczynao. Widzą je
dopiero wtedy, gdy nowy przepis już wchodzi w życie. Okazuje się, że chodziło im o coś innego, więc -
dawaj go zmieniad.

Na lekcjach fizyki uczono nas, że każda akcja pociąga za sobą reakcję. Na każdy nowy przepis -
gospodarka reaguje. Zły przepis tworzy - w najlepszym razie - bałagan. Pamiętamy, jak owe
nieszczęsne przepisy o ryczałcie „wymiotły” z kiosków bilety komunikacji miejskiej. Okazało się
bowiem, że marża jaką otrzymywali za ich sprzedaż kioskarze, jest mniejsza niż podatek, który musieli
od tej sprzedaży zapłacid. Przestali więc zawracad sobie głowę interesem, do którego musieliby
dokładad. Kto zapłacił za sfuszerowany przepis? Miasta, bo ludzie - nie mogąc kupid biletów - musieli
jeździd na gapę. Częśd pasażerów, którzy zostali złapani na tym procederze przez kontrolerów. Wielu
ludzi, tylko nie autor tego skandalu, który - owszem - jeszcze na tym zarobił, bo musiał skonstruowad
kolejną nowelizację złego przepisu.

I - tak jak w przypadku tylko tego jednego, nieszczęsnego ryczałtu - zdarzało się wielokrotnie.
Podatnicy musieli zapłacid za przeszkolenie urzędników, za ich ciężką, ale nieefektywną pracę.

Jeśli malarz spartaczy swoją robotę, to - gdy jest zatrudniony u kogoś - może stracid zapłatę, a nawet
zatrudnienie. Jeśli zaś pracuje na własny rachunek, to - gdy sytuacja będzie się powtarzad - straci
dobrą opinię, a w rezultacie także klientów. Zostaje przez nas surowo ukarany za swoje niedbalstwo,
czy też brak profesjonalizmu. Nie możemy jednak w żaden sposób ukarad twórcy złych przepisów,
chod on także jest wynagradzany za nasze pieniądze. Jak mu nie „zapłacimy”, paostwo przyśle
komornika, który puści z torbami nas i naszą rodzinę. Jak zatrudniamy malarza - wiemy jak on się
nazywa. Przed niesolidnym Kowalskim czy Malinowskim możemy przestrzec innych. Twórcy
przepisów pozostają anonimowi, nie firmują fuszerki własnym nazwiskiem. Jeśli nawet je poznamy,
to i tak pozostajemy bezsilni. Nie my go przecież zatrudniamy, nas zmusza się tylko, żebyśmy za to
płacili.

Ani urzędnicy, którzy są rzeczywistymi autorami przepisów, ani nawet minister, który je firmuje, nie
ponoszą za złą robotę żadnej odpowiedzialności. Chyba, że szkoda, jaką zły przepis przynosi całej
gospodarce i społeczeostwu, jest horrendalnie wielka, jak było z tak zwaną aferą alkoholową. Wtedy
sprawa trafia na wokandę Trybunału Konstytucyjnego i... też nic. Autor nie zostaje ukarany, nie
mówiąc już o tym, że nikt nie zabiera mu majątku na częściowe chodby zrekompensowanie strat
społeczeostwu. Może dalej robid swoją złą robotę.

W oparciu o złe przepisy, złe decyzje wydają urzędy skarbowe, mimo że i w nich często ułomnośd
produktów urzędniczych budzi poważne wątpliwości interpretacyjne. Dlatego tak wielka liczba ich
decyzji zostaje przez wyższe instancje, łącznie z NSA, uchylana. Ale trwa to nierzadko latami, bo złe
prawo powoduje mnogośd skarg, których sądy nie są w stanie „przerobid”. Aż 30% decyzji, które
trafiają do NSA, zostaje przez sąd uchylona, jako niezgodne z prawem. Skarżący otrzymuje zwrot
pieniędzy, wraz z odsetkami. Ale marna to pociecha, bo za lawinę błędów jednych i wytknięcie ich
przez sądy też w rezultacie płacą podatnicy. To jest dokładnie tak, jakby krowa, którą się doi, potem
wypijała swoje mleko z powrotem.

Kiedyś telewizja pokazywała nieco głupawy skecz. Jeden facet pyta drugiego - W Gródku
Jagiellooskim był? - Nie był - odpowiada indagowany i otrzymuje soczysty policzek. - A jakby
odpowiedział, że był? - To też by dostał.

Jest jedna różnica między życiem a skeczem. W tym ostatnim walono ofiarę w twarz za darmo.
Podatnik od ludzi fiskusa bierze cięgi jeszcze większe, ale sam musi za to jeszcze płacid.

Żeby więc zastosowad zasadę „taniości podatków”, zacząd trzeba od zatrudnienia kompetentnych
twórców precyzyjnych przepisów, a następnie - inteligentnego, a nie - licznego sztabu urzędników
podatkowych. I wtedy dopiero ta krowa przestanie wypijad mleko, które miało byd przeznaczone dla
emerytów, lekarzy czy nauczycieli.

Może ci zwolnieni poszukają sobie lepszej pracy i przejdą na drugą stronę barykady. Zamiast zwalczad
przedsiębiorczośd i inicjatywę, będą musieli - aby żyd - sami się nią wykazad. I, zamiast ciągle brad od
społeczeostwa, zaczną mu wreszcie dawad i mnożyd nasze wspólne bogactwo.

Leszek Balcerowicz zaordynował gospodarce kurację szokową. Była surowa, ale przyniosła efekty.
Produkowane w Polsce towary i usługi są o wiele lepsze, bardziej przypominają te, które kiedyś
mogliśmy kupid tylko na Zachodzie, a nierzadko są nawet lepsze. Identyczna kuracja szokowa
powinna byd zaordynowana całemu aparatowi skarbowemu. Zyskaliby na tym zarówno podatnicy, jak
i całe społeczeostwo. Taniej będzie nas kosztowało płacid nawet złym urzędnikom zasiłek dla
bezrobotnych, niż za skutki ich szkodliwej dla gospodarki, chod nierzadko ciężkiej, pracy. Taka kuracja
przydałaby się też całej sferze budżetowej.

Nasz aparat skarbowy nie liczy kosztów, jakie sam ponosi. Kazano mu strzelad do wróbli, a za każdego
ustrzelonego - paostwo daje milion. Urzędnicy więc pokupowali karabiny maszynowe, ustawili
w oknie i strzelają. I karabiny, i naboje finansują wróble - podatnicy. Jest duże prawdopodobieostwo,
że im więcej naboi taki automat wystrzeli, tym większa szansa, że jakiś wróbel padnie trupem od
przypadkowego strzału. Urzędnik ani w ząb nie umiejący strzelad, dostanie nagrodę.

Rozumiem, fiskus musi strzelad do wróbli. Może jednak warto byłoby zachęcid urzędników
skarbowych, aby byli uprzejmi najpierw nauczyd się strzelad? Niech np. płacą po tysiąc złotych za
nabój, aby nie strzelad Panu Bogu w okno?

Gdyby nasz fiskus tej zasady przestrzegał, nigdy nie dopuściłby np. do tego, aby składka na ZUS (też
przecież rodzaj podatku) równała się prawie połowie osiąganych przez nas zarobków. A jednak tak się
stało. Może dlatego, że ani minister, ani cały rząd nie potrafią policzyd, jakie koszty ponosimy wszyscy
z tego powodu. To jest tak, jakby nasz dojeżdżający do pracy obywatel nie potrafił policzyd ile zapłacił
za bilety autobusowe. Chod, przyznad trzeba, rząd ma do przeprowadzenia bardziej skomplikowane
rachunki.

Nie będziemy za niego odwalad roboty. Ale pokażemy mu, co powinien, a czego najwyraźniej nie
liczy.

Otóż nie liczy on tego, że - tak jak nasz obywatel wolał taoszy rower - tak przedsiębiorstwa też
w sporej części tej ogromnej składki (niby na emerytury) nie płacą. Największe, paostwowe, robią to
całkowicie bezkarnie. Ich zadłużenie wobec ZUS jest już tak wielkie, że coraz częściej mówi się o
konieczności... umorzenia tych długów. Wyjdzie na to, że głupi byli ci, co płacili.

Firmy prywatne nie mogą sobie pozwolid na tak jawną kpinę z paostwa. One więc nie śmieją się
fiskusowi w nos, jak Ursus, czy kopalnie, ale chichoczą ukradkiem. I zatrudniają ludzi na czarno, albo
za płacę minimalną oficjalnie, a nieoficjalnie dopłacają im z lewej kieszeni.

Powiesz, drogi Czytelniku, że to nieuczciwe i że należy takie postępowanie jak najsurowiej ścigad.
Zanim jednak zaczniesz pomstowad, dolicz do naszego rachunku także to, co dzieje się w firmach
uczciwych, które ZUS-u nie chcą, albo też nie mogą kantowad. Otóż tę ogromną składkę muszą one
wliczyd w cenę produkowanych przez siebie towarów lub usług. I teraz z przerażeniem stwierdzają, że
ich towar przestaje byd konkurencyjny. Klienci wolą taoszy - może on pochodzid z przedsiębiorstwa,
które częśd załogi zatrudnia na czarno. Może też byd przywieziony z zagranicy.

Wtedy ci uczciwi biją na alarm. Wołają, żeby walczyd i z szarą strefą, i z importem. A ponieważ z szarą
strefą walczy się trudno i nieskutecznie, a z importem łatwo, bo wystarczy podnieśd cła, to rząd je
podnosi. W ten sposób do jednego podatku dorzuca następny i ceny rosną. A jak rosną ceny, to rynek
się kurczy, popyt maleje! Fabryki produkują mniej, ale koszty stałe nie zmalały, trzeba je więc teraz
rozłożyd na mniejszą ilośd towaru. W ten sposób cena wzrośnie po raz kolejny. Producent stwierdza,
że do wytworzenia mniejszej ilości towaru nie potrzebuje aż tylu pracowników i części swojej załogi
dziękuje za robotę. Ludzie ci idą na „kuroniówkę”, którą rząd wypłaca im z naszych podatków.
Widzimy znów prostą zależnośd: wyższe podatki powodują, że trzeba na społeczeostwo nałożyd...
jeszcze wyższe podatki. Tę spiralę bardzo trudno jest potem zatrzymad.

Już przestajemy się dziwid, że rząd nie umie policzyd, ile naprawdę kosztuje społeczeostwo
podniesienie składki na ZUS. Nie sposób bowiem zmierzyd ogromu tych wszystkich szkód. Gdyby nasz
obywatel brał miesięcznie pobory i do nich dokładał częśd oszczędności, aby móc sfinansowad
dojazdy do pracy, uznalibyśmy, że brak mu piątej klepki. Tymczasem rząd zachowuje się podobnie
i tylko trudnośd w policzeniu ceny tych „biletów” na ZUS powoduje, że nie mówimy o nim w ten sam
sposób.

Niektóre rządy krajów postkomunistycznych lepiej opanowały tę sztukę liczenia. Węgrzy np. w 1995
roku aż o połowę zmniejszyli stawkę podatku dochodowego dla przedsiębiorstw - z 36 na 18%. Czy
dlatego, że ich budżet centralny aż pęka od nadmiaru pieniędzy? Z pewnością nie. Im, tak jak i nam
brakuje środków na sfinansowanie wszystkich koniecznych wydatków. Lecz obniżyli swoje podatki nie
dlatego, że chcą mied w budżecie pieniędzy mniej, lecz więcej.

Bo niższe podatki są nie tylko taosze dla tych, komu je przychodzi płacid. Są też taosze w ściąganiu dla
fiskusa. Im bowiem skala obciążeo niższa, tym mniej opłaci się ryzykowad ich niepłacenie, np.
schodzeniem do nielegalnego obiegu gospodarki.

Mniej też opłaci się tropienie wszelkich nieścisłości w prawie, tego, co u nas tak chętnie nazywa się
lukami prawnymi. Człowiek czy firma, gnębiona przez urząd skarbowy chętniej interpretuje prawo na
swoją korzyśd. Jeśli jest ono nieprecyzyjne - urzędnik z pewnością uczyni odwrotnie. Obie strony się
procesują, często sprawa - przez wszystkie kolejne szczeble - trafia aż do Naczelnego Sądu
Administracyjnego. Tak, jak było w przypadku głośnego procesu aktorów warszawskich.
Zarejestrowali oni działalnośd gospodarczą i - zgodnie z rozporządzeniem ministra finansów - chcieli
płacid podatki w formie ryczałtu. I urząd skarbowy od nich te podatki pobierał. Dopiero po kilku
miesiącach doszedł do wniosku, że chyba jednak powinni oni byd opodatkowani według zupełnie
innych zasad. Sprawa trafiła aż do NSA.

Czyż to nie zdumiewające, że nie tylko zwykli obywatele, ale również funkcjonariusze fiskusa, mają
tak ogromne kłopoty z interpretacją przepisów podatkowych. Ileż naszych, podatników, pieniędzy
przeznaczyd trzeba wcale nie na szkoły, wojsko czy policję, ale na pracę sędziów, którzy usiłują te
wątpliwości interpretacyjne rozstrzygnąd. Płacimy coraz większe podatki, aby były pieniądze na
opłacenie różnej maści urzędników i sędziów, którzy będą głowid się, co autor miał na myśli, tworząc
tak niechlujne prawo podatkowe. To także łamie podstawową zasadę, że podatki mają byd tanie.
Najwięcej kłopotów interpretacyjnych - nie tylko, zresztą, w naszym kraju - budzi zasada druga,
mówiąca o równości, albo sprawiedliwości w płaceniu tego bezzwrotnego świadczenia na rzecz
paostwa. Co to znaczy równo, sprawiedliwie?

Czy sprawiedliwie jest wtedy, gdy wszyscy płacą tyle samo, czy też wtedy, gdy temu, kto bogatszy,
zabiera się więcej? Im biedniejsze społeczeostwo, tym zwykle bardziej się stara, aby nie móc się
wzbogacid. Tym, którzy pracują intensywnie odbiera się więcej, odbierając im ochotę do
ponadprzeciętnego wysiłku.

Odbywa się to dokładnie według tego samego wzoru, według którego postąpili trzej znajomi, którzy
wybrali się razem do lasu na grzyby. Dwóch pochodziło chwilę po młodniku i orzekło, że to nie jest
teren grzybny. Zalegli więc na miękkim mchu, pod brzózką, oddając się przyjemnej pogawędce. Tym
przyjemniejszej, że przezornie wcześniej zaopatrzyli się w piwko. Ten trzeci „browaru” nie wziął, ani
nie miał ochoty na polegiwanie pod drzewem. Ambitnie przedzierał się przez chaszcze i okazało się,
że w lesie jednakowoż grzyby rosną. Po kilku godzinach mozolnego zginania pleców, z pełnym
koszem, dołączył do kolegów.

Koledzy po raz pierwszy poczuli do niego niechęd, gdy - zamiast solidarnie, wraz z nimi, oddad się
pogawędce - pracuś uparcie wypatrywał w mchu borowików. Ich niechęd spotęgowała się jeszcze
bardziej, gdy zobaczyli, jak wiele udało mu się ich znaleźd. Obaj ci, których kosze były puste, zgodnie
doszli do wniosku, że to niesprawiedliwe, aby jeden miał pełno grzybów, a dwaj pozostali - wcale. W
demokratycznym głosowaniu uchwalili, że szczęśliwy, acz umordowany, posiadacz pełnego kosza,
musi się z nimi grzybami sprawiedliwie podzielid. Nie tak, żeby każdemu na spróbowanie, odpalił po
dwa grzyby, ale żeby swój dzienny „urobek” podzielił na trzy równe części.

Następnym razem, kiedy koledzy razem wybrali się do lasu, scenariusz rozpoczął się jak poprzednio.
Dwaj leniwi demokraci, pokręciwszy się dla niepoznaki po krzakach, znów zalegli pod brzózką, pewni,
że pracuś pod koniec dnia dołączy do nich z pełnym koszykiem. Ale tym razem pracuś nie miał już
ochoty na zginanie kręgosłupa za kogoś. Jakież było zdziwienie demokratów, gdy - jeszcze przed
osuszeniem przez nich browarku - z lasu wyłonił się ich kolega i także zaległ pod brzózką. Tym razem
cała trójka, solidarnie, wróciła do domu z pustymi koszykami. Każdy z nich zaczął się rozglądad, kogo
by tu namówid na wspólne grzybobranie. Znaleźli ochotnika! W trójkę spoczęli na wygodnej ściółce
leśnej, a „ochotnika” jak ogara wypuścili w knieje! I on wrócił z pełnym koszykiem, który podzielono
demokratycznie, ale już nie na trzy, lecz na cztery części. Nietrudno się domyśled, że następnym
razem, gdy ruszyli do lasu w piątkę, z kolejną ofiarą, jej „urobek” dzielono już na pięd części, więc
niezadowolenie wszystkich stawało się coraz większe.

Powie ktoś, że życie to nie grzybobranie. Jednak mechanizmy zniechęcające pracusiów, obserwujemy
podobne. Tyle, że są nieco bardziej zakamuflowane.

Każde przedsiębiorstwo trochę przypomina taką wyprawę do lasu. Jeśli jest paostwowe i związki
zawodowe, jak lwica małych, bronią, aby zbędnych ludzi nie pozbawid zatrudnienia, to tam
grzybobranie wygląda trochę tak: do lasu idą wszyscy (czyli przychodzą regularnie do roboty), ale las
mały a ludzi dużo, więc wyzbierali wszystkie grzyby w dwie godziny, przez pozostałe delektując się
nicnierobieniem. Dzielą swoje kosze między wszystkich - czyli biedę po równo - i wszyscy są
jednakowo niezadowoleni, bo efektywnie pracujący otrzymuje relatywnie mało, a pracujący
nieefektywnie otrzymuje relatywnie dużo, otrzymując mało.
Ktoś zauważy - ale przecież mamy już coraz więcej przedsiębiorstw prywatnych, w których nie ma
zbędnego zatrudnienia i gdzie obowiązuje zasada „jaka praca taka płaca”. Są już w Polsce firmy,
w których wykształceni, dyspozycyjni (jak trzeba w nocy, to pracują w nocy, jak szef każe przyjśd
w niedzielę, to nie ma dyskusji) i bardzo pracowici ludzie zarabiają nawet 50 mln starych złotych
miesięcznie. To wielkie, jak na nasze warunki, pieniądze. Ich pracodawca, szczęśliwy, że posiadł tak
doskonałych pracowników, zrobił wszystko, aby i oni zasmakowali owoców swojej ciężkiej pracy.
Upilnował, aby nikt z gorzej pracujących kolegów, nie wyciągał ręki do ich, pełnego borowików,
koszyka. Jego władza jest jednak ograniczona. Już w kasie, do której ludzie ci udali się po zarobek,
pazerna łapa zainstalowanego tu fiskusa, skrupulatnie odlicza każdemu 45%. Z tych 50 mln zł, które
zapłacił im pracodawca, mogą dostad tylko 27,5 mln zł. Do grzybów dobrało się paostwo.

Zaczęło od podatków od dochodów osobistych, ale jego apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wszystko
w imię „sprawiedliwości społecznej”. Przecież gorliwcy, nawet po odebraniu im prawie połowy, i tak
mają w koszyku więcej, niż przeciętny obywatel. Na resztę jego grzybów fiskus zasadza się już
w sklepach.

Naiwny, gorliwy pracuś wymyślił sobie, że może pracowad jeszcze gorliwiej i wydajniej, jak
przesiądzie się z wiecznie psującego się i niszczącego środowisko naturalne poloneza do zachodniego,
niezawodnego auta z katalizatorem. A fiskus zaciera łapy. Z tej okazji pobierze od niego kolejne
podatki - graniczny, którym obłożony jest cały import, akcyzowy, jakim karci się amatorów lepszej
jakości samochodów. A potem regularnie będzie poskubywał przy tankowaniu. W krajach bowiem,
w których paostwu zależy, aby obywatele oddychali jak najmniej skażonym powietrzem - benzyna
bezołowiowa obłożona jest mniejszym podatkiem, niż gorsze paliwo. U nas jest tak samo droga. Bo
naszemu paostwu nie zależy na zdrowiu zarówno biednych, jak i bogatych. Ono lubi tylko łupid.

I łupi dalej, coraz bardziej zamaszyście. Naukowcy przyznają, że mamy jeden z najwyższych w świecie
wskaźników tak zwanych podatków pośrednich, czyli obecnie - VAT. I paostwo nie ma zamiaru go
obniżyd, wręcz odwrotnie - tam gdzie jeszcze nie sięgnął on 22% (np. w budownictwie), będzie on
stopniowo podwyższany.

Z koszyka coraz mniej bogatego pracusia ubywa więc grzybów błyskawicznie. Im więcej kupuje, tym
więcej w postaci VAT - wyciąga od niego paostwo. A jak sobie nieszczęśnik wybuduje dom, to do
kooca życia będzie jeszcze płacił podatek od nieruchomości. Zaś umierając - zapewne na zawał, bo
pracowici rzadko doczekują emerytury - zostawi ten dom w spadku dzieciom. I tu fiskus zachichocze
z radości, nawet nad jego trumną. Dom nieszczęśnik wybudował duży, to i podatek spadkowy trzeba
teraz zapłacid tak wielki, że na ten podatek trzeba sprzedad dom. Koniec grzybobrania.

Pora na zasadnicze pytanie: w jednym z rozdziałów piszemy, że - jako społeczeostwo I pracujemy


mniej niż inne narody. Czy dlatego, że jesteśmy leniwi? Czy ten trzeci z pierwszej trójki kolegów,
którzy wybrali się na grzyby był leniwy? Skądże! Rzucił się przecież w krzaki z ogromnym zapałem
i wytargał z lasu cały kosz grzybów. Ale mu go odebrano. Jeśli odbiera się zbyt dużo owoców pracy
ludzkiej, to odbiera się także ochotę do niej. Coraz większa grupa spoczywa na mchu, coraz mniej
frajerów zgina kark w poszukiwaniu grzybów. Albo chodzi do lasu ukradkiem, chcąc zbierad tak, żeby
inni nie widzieli i nie odebrali. Fiskus mówi o nich ze złością „szara strefa”.

„Sprawiedliwośd” to piękne słowo, ale „sprawiedliwośd podatkowa” jest jak „demokracja


socjalistyczna”, staje się kpiną z pierwszego członu. Zamiast leciutko podebrad każdemu z koszyka
troszeczkę grzybów, skazuje na nieróbstwo i nędzę całe społeczeostwo. Tych wybitnych
i pracowitych, na których pracę jest ogromne społeczne zapotrzebowanie, skutecznie leczy z
„pracoholizmu”.

Nikt nie lubi, gdy się go - nawet demokratycznie - ograbia z owoców jego pracy.

Urzędnicy fiskalni też o tym wiedzą. Posiedli więc i z lubością stosują sztukę podatkowej iluzji - czyli
odbierania w taki sposób, aby delikwent nie zorientował się, że jest oskubywany.

Po to wprowadza się tak zwane podatki pośrednie, jak VAT. Człowiek kupuje buty i nawet nie wie, że
aż jedną piątą ich ceny stanowi właśnie podatek.

Przedsiębiorców skubie fiskus jeszcze bardziej finezyjnie. Podatek dochodowy jest i tak wielki, nie
można go więc podnieśd, bo podniesie się rwetes. Ale przecież można zabrad inaczej - sztucznie
spowodowad, żeby skubany był przekonany, iż jego zysk jest większy, niż jest naprawdę.

Co to jest zysk przedsiębiorstwa? Jest to różnica między jego przychodem a kosztami. Jako przychód
uznaje się każdą złotówkę, jaka wpłynęła do kasy. W tej kwestii poglądy skubanego i skubiącego są
podobne. Ale już wydatki, jakie przedsiębiorstwo musiało ponieśd, fiskus raz pozwala mu zaliczyd do
kosztów uzyskania przychodu, a raz nie. Nie kieruje się przy tym wcale logiką, ale... apetytem
paostwa na nasze pieniądze.

Wyobraźmy sobie firmę, która zaczyna produkowad rewelacyjną, nieporównywalną z dotychczas


stosowanymi, protezę dla osób, dotkniętych utratą jednej nogi. Przedsiębiorstwo to z trudnością
i różnymi drogami zdobywa adresy osób, mogących się protezą zainteresowad. Opracowuje ulotkę,
w której wyjaśnia, dlaczego ta właśnie proteza może uczynid ich życie łatwiejszym, niż poprzednie
typy i wysyła ją tylko do osób, pozbawionych jednej nogi. Jest to pewien rodzaj reklamy? Oczywiście.

Ale nie dla fiskusa. Fiskus wymyślił przepis, że na reklamę niepubliczną firma może wydad (tak aby to
zostało uznane za koszt uzyskania przychodu) nie więcej, niż 0,25% swoich obrotów. Na reklamę
publiczną, np. w telewizji - owszem może wydad dużo więcej.

Co to ma wspólnego z logiką? Reklama telewizyjna jest szalenie droga i firmy, która dopiero zaczyna
lansowad swój produkt, po prostu na nią nie stad. Zresztą, po co płacid tak szalone pieniądze, żeby
reklama obejmowała miliony ludzi, z których tylko nikły ułamek procenta będzie zainteresowany
produktem? Nie lepiej i taniej adresowad ją tylko do tych, którym produkt może byd potrzebny?
Pewnie, że lepiej, ale trzeba od tego zapłacid podatek. Nie ma zysku, na firmie ciąży zaciągnięta
pożyczka, ale fiskusowi wychodzi, że osiągnęła ona zysk i musi on zostad obłożony podatkami.

Innym przejawem opacznie pojętej sprawiedliwości jest podatek od nieruchomości, a konkretnie - od


własnego domu. Wielu uzna, że jest to jak najbardziej sprawiedliwe. Jak ktoś jest taki zamożny, że był
w stanie wybudowad sobie, czy kupid dom, to należy go zmusid, żeby corocznie cząstkę tego
bogactwa oddał w formie podatku od nieruchomości. Za kilka lat cząstka ta może byd całkiem spora,
bo wejdzie w życie nowa forma tego podatku.

Problem w tym, że to, co dla jednych jest przejawem sprawiedliwości, innym wydaje się rażąco
niesprawiedliwe. Podatek od nieruchomości krzywdzi nie tylko posiadaczy domów, każąc im płacid za
nie do kooca życia, a potem - podatek spadkowy i tak odbiera następnym pokoleniom sporą częśd
dorobku ojców. Otóż podatek, jaki muszą płacid właściciele domów uderza... w firmy budowlane oraz
producentów materiałów budowlanych. Zniechęca on bowiem ludzi do posiadania własnego dachu
nad głową. Nie dośd, że trzeba się zapożyczyd na budowę, to po jej zakooczeniu, rok w rok, paostwo
wyciąga łapę po haracz. Ktoś, kto kupuje meble, czy wódkę - płaci za nie raz, chod sofę, czy regały też
może użytkowad przez kilkanaście lat. Czy to jest sprawiedliwe?

Trudna jest definicja sprawiedliwości. Człowiek, który sam pracuje, będąc jednocześnie właścicielem
jednego przedsiębiorstwa i mając na przykład dom - płaci podatek trzy razy: od własnej pracy
(podatek od dochodów osobistych), od zysku (dochodowy) i od kapitału (podatek od nieruchomości).
Mówimy: słusznie, on jest posiadaczem większej cząstki majątku narodowego, a więc jego udział
także powinien byd większy. Podatek jest więc niejako karą za bogactwo, czyli karą za pracę, dzięki
której on do tego bogactwa doszedł. Jeśli kara staje się nazbyt dolegliwa, człowiek stara się jej
uniknąd i ogranicza swoją pracę. Zmniejsza działalnośd gospodarczą, produkcję, a w konsekwencji
także zatrudnienie. Albo - nie buduje domów, woli wynająd potrzebne do działalności firmy
pomieszczenia, kiedy to czynsz jest traktowany jako koszt uzyskania przychodu. Jeśli tak postąpi
większa grupa osób - czynsze rosną, zyski firm maleją, a więc i fiskus w konsekwencji dostaje mniej.

Jest sprawiedliwe, bo bogatsi stają się biedniejsi. Tylko, że „przy okazji” drastycznie obniża się poziom
życia tych biedniejszych (bo np. stracili pracę u bogatego), a paostwo - mimo wysokich podatków -
ma coraz mniej pieniędzy, które może przeznaczyd na pomoc dla biednych.

Podatki - mówią ekonomiści - powinna cechowad także dogodnośd. Co to znaczy? Jeśli ktoś
podejmuje pracę, to zwykle pracodawca wypłaci mu pensję dopiero po jakimś czasie, np. po
miesiącu. Wtedy też potrąci mu od niej podatek od dochodów osobistych - 21%. Niezależnie od tego,
czy w odczuciu otrzymującego wypłatę ten podatek jest traktowany jako duży, czy umiarkowany, to
jest on raczej dogodny, ponieważ płaci go wtedy, gdy otrzymuje pieniądze. Natomiast wysoce
niedogodny byłby on wtedy, gdyby człowiek musiał go płacid np. pierwszego dnia każdego miesiąca,
a wypłatę dostawał ostatniego. Żeby więc móc zapłacid podatek, najpierw musiałby się zapożyczyd.
To absurd? Oczywiście, że absurd, ale przykładów podobnych absurdów mamy w naszym życiu
gospodarczym wiele.

Jesteś, mój Czytelniku, właścicielem firmy remontowo-budowlanej i dostałeś zlecenie na kapitalny


remont urzędu skarbowego. Musiałeś zakupid wiele materiałów, w których zawarty jest podatek VAT.
Policzyłeś sobie swoją robociznę, do której także doliczyłeś VAT i wystawiłeś urzędowi rachunek za
wykonaną robotę. Swoją robotę już wykonałeś, ale zapłatę za nią masz na razie tylko na papierze.
Jeśli klient jest solidny - prawdziwe pieniądze może otrzymasz w ciągu kilku tygodni. Jeśli nie (a
urzędy skarbowe, tak jak szkoły, szpitale, czy inne urzędy, opłacane z budżetu - zawsze ociągają się
z uregulowaniem swoich rachunków) - możesz na nie czekad miesiącami.

Ale ten sam urząd już dawno wziął od Ciebie VAT i - co gorsze - żąda też podatku dochodowego od
dochodu, którego tak naprawdę jeszcze nie osiągnąłeś i nie bardzo wiadomo, kiedy go osiągniesz.
Najpierw więc każą Ci płacid podatek od zarobku, który stanie się zarobkiem dopiero za jakiś czas.
Tak, jakby nasz absolwent musiał zapłacid podatek od dochodów osobistych, które osiągnie za
miesiąc. Absolwent, ze złości będzie wolał wziąd zasiłek dla bezrobotnych, niż dad podatek
z pieniędzy, których jeszcze nie ma. A co masz zrobid Ty, mój właścicielu firmy? Zwinąd interes? Wziąd
kredyt, żeby zapłacid podatek?
Łamanie kardynalnej zasady o dogodności podatkowej jest przyzwoleniem paostwa na żerowanie
jednych, słabych ekonomicznie przedsiębiorstw na ciele drugich, bardziej wydajnych. W prawdziwej
gospodarce kapitalistycznej na rynku ostają się najlepsi, których produkty są dla odbiorców
najbardziej atrakcyjne, tak pod względem ceny, jak i jakości. U nas tak się ciągle jeszcze nie dzieje.

Teoretycznie, każdy przedsiębiorca, zanim zawrze umowę ze swoim partnerem, powinien skorzystad
z usług wywiadowni gospodarczej. Dowiedzied się, jak wygląda jego kondycja finansowa, czy jest
rzetelny i wypłacalny. Te informacje potrzebne mu są właśnie po to, aby uzyskad przekonanie, że
należnośd zostanie zapłacona. I tak, co prawda, podatek trzeba zapłacid wcześniej, ale chodzi już tylko
o to, aby go zapłacid od zysku, który się kiedyś zrealizuje. Najgorzej jest, gdy klient w ogóle nie zapłaci
i poniesiemy straty, a fiskus i tak zabierze nam podatek dochodowy od jego faktury.

Każdy przedsiębiorca - chcąc uniknąd takiej sytuacji - może skorzystad z usług wywiadowni. Pod
warunkiem jednak, że chodzi mu o dane, dotyczące firmy prywatnej. Natomiast kondycja finansowa
przedsiębiorstw największych, które ciągle są jeszcze paostwowe, trzymana jest przez paostwo
w wielkiej tajemnicy.

I co się dzieje? Trafiasz na takiego bankruta, który nie pada i wyciągasz z tego błędne wnioski, że
widocznie jest to firma, która prosperuje nieźle. Dostarczasz jej (np. kopalni, stoczni, czy takiemu
chociażby Ursusowi) materiały lub wykonujesz dla niej usługi. I wystawiasz za to rachunek, a fiskus już
wyciąga łapę po pieniądze. Twoją fakturę już sobie bankrut wpisał w koszty, ale pieniędzy Ci nie
zapłacił. On sobie podatek obniżył, a ty zapłacisz wyższy, bo od zysku, którego nie osiągnąłeś. W ten
sposób firmy rzetelne kredytują bankrutów, którzy nie padają, bo żyją na koszt innych. Mało tego -
ponieważ bankruci są duzi, a ich wierzyciele mniejsi, to nierzadko dzieje się tak, że pada ten lepszy,
bezprawnie oskubany z pieniędzy przez paostwowego mastodonta, wspólnie z pazernym fiskusem.
Następuje wtórny podział dochodu narodowego - firmy dobre pozbawia się środków, aby mogły
trwad pasożyty.

Aby lepiej zrozumied sens ostatniej zasady podatkowej - pewności, opowiedzmy historyjkę nie
związaną z podatkami, aczkolwiek jeszcze bardziej makabryczną. Nasze paostwo potrzebuje
pieniędzy, aby móc wspomagad biednych i lepiej płacid „budżetówce”, tak? Tak! To może jako
dodatkową karę za spowodowanie wypadku drogowego, nakładad na jego sprawców bardzo wysokie
grzywny? Im częściej kierowcy będą prowadzid w „stanie wskazującym na spożycie”, im więcej ofiar
będzie ginęło na drogach, tym paostwo będzie miało więcej pieniędzy. Tak? Tak! Dlaczego więc,
Czytelniku masz ochotę cisnąd tą książką o podłogę i do samego diabła wysład jej autora? To proste -
bo są rzeczy ważniejsze od pieniędzy. I z pewnością należy do nich życie i zdrowie ludzkie. Paostwo
powinno cieszyd się pożytkami, płynącymi z tego, że jeździmy ostrożnie, a nie z tego - że na drogach
ludzie tracą zdrowie lub nawet życie.

I po tej porcji horroru wródmy do naszych podatków. Prawo podatkowe jest złe i nieprecyzyjne. To
nie jest tylko moje zdanie, świadczą także o tym liczne wyroki Trybunału Konstytucyjnego, czy też
Naczelnego Sądu Administracyjnego. Sporo spraw podatkowych izby skarbowe rozstrzygają na
korzyśd podatników. A mimo to i one często się mylą, a ich werdykty uchylad musi NSA.

Tymczasem pewnośd podatkowa polegad powinna na tym, że każdy z nas musi wiedzied ile i kiedy ma
zapłacid fiskusowi.
Możliwe to będzie tylko wtedy, gdy przepisy będą precyzyjne, klarowne i nigdy prawo nie będzie
działad wstecz. U nas zaś przepisy są koszmarne i można je zinterpretowad zarówno „w jedną, jak i w
drugą maokę”. W rezultacie wysokośd płaconych przez nas podatków wcale nie zależy od prawa, ale
od tego jak je zinterpretuje urzędnik. Jakaż to piękna pożywka dla korupcji! Skoro złe przepisy
powodują, że tak naprawdę nie wiemy, ile zapłacimy podatków, to ten brak pewności należy
podatnikom próbowad zrekompensowad, przynajmniej obniżeniem stawek.

Nie dośd, że przepisy są tak złe, to jeszcze kary za to, żeśmy je źle zrozumieli (bo to nie wina autora,
że nie umiał się precyzyjnie wyrazid, ale nasza, żeśmy nie odgadli, co miał na myśli) - ogromnie
wysokie. W dobrze rządzonym kraju kary za nieprzestrzeganie przepisów mają podatnika
dyscyplinowad. U nas - trudno oprzed się wrażeniu, że ich celem jest cerowanie dziury w budżecie.
Paostwo cieszy się, że popełniamy pomyłki, bo ma z tego więcej pieniędzy, niżby wpłynęło do
budżetu z naszych podatków. Można by pomyśled, że przepisy podatkowe nie są efektem
nieudolności, ale celowego działania. Gdyby były jasne, możliwośd pomyłek zostałaby ograniczona
i fiskus dostawałby „tylko” podatki. W przypadku, kiedy Bóg jeden wie (bo nawet NSA często ma
trudności z interpretacją) jak tłumaczyd źle skonstruowany paragraf, łatwo minąd się z intencją autora
i zapłacid wysoką karę finansową, o wiele bardziej satysfakcjonującą fiskusa, niż sam wymiar podatku.

Teraz widzimy, co wspólnego ma makabryczna historyjka, opowiedziana przed chwilą, z podatkami. I


tu, i tam paostwo największe finansowe korzyści odnosi wtedy, gdy zachowujemy się w sposób
wysoce naganny.
Nie przeginać

Ze szkód najlepsza jest mała szkoda.


Anonim

Jak pogodzid koniecznośd finansowania przez paostwo wielu wydatków z faktem, że podatki
ogromnie szkodzą gospodarce? Wbrew pozorom, nie jest to aż tak strasznie trudny dylemat
i wcześniej mądrzy ludzie już go rozwiązali i nazwali - od nazwiska twórcy - krzywą Laeffera. Do
swoich wniosków doszedł on drogą dedukcji, odpowiadając na takie między innymi pytania: jeśli
podatki wyniosą „0” to z pewnością wpływy do budżetu też będą miały poziom „0”. Jeśli jednak
poziom opodatkowania społeczeostwa podniesiemy do 100, to czy można założyd, że i wpływy będą
takie same? Nie. Też będą „0”, ponieważ nikt nie zechce pracowad za darmo.

W gospodarce każdego kraju jest taki punkt krytyczny, po przekroczeniu którego, wpływy do budżetu
- wbrew oczekiwaniom - wcale nie rosną, lecz maleją. Zbyt wysokie podatki duszą bowiem
gospodarkę, a ludziom odbierają chęd do pracy. Węgrzy doszli do wniosku, że wpływy z ich podatków
będą wyższe, jeśli stopa wyniesie 18% (zamiast dotychczasowych 36%)! Naukowcy wyliczyli, że
w naszych realiach ta optymalna dla paostwa i dla gospodarki stopa, w przypadku drobnej
przedsiębiorczości wynosi... 10%. Mamy zaś 40%. Czyli, że budżet otrzymałby o wiele więcej
pieniędzy, gdyby podatki były niższe. Jednak nasz rząd zachowuje się tak, jakby te wyliczenia okryte
były przed nim głęboką tajemnicą. I robi wszystko, abyśmy - będąc biednymi - nigdy nie stali się
bogatsi.

Dlaczego 18% podatków w jednym kraju może byd dla gospodarki mniej dolegliwe, niż 10% w innym?
Odpowiedź na to pytanie jest skomplikowana, a jednocześnie prosta: czy połowa jabłka może byd
większa od całego jabłka? Tak, pod warunkiem, że bierzemy pod uwagę dwa jabłka zupełnie różnej
wielkości.

Na wielkośd podatku składa się nie tylko wysokośd stopy podatkowej (tak jak słowo „połowa” nie
określa jeszcze wielkości jabłka). To także definicja przychodu, kosztów, wielkośd ulg, wysokośd
inflacji, funkcja zasad rachunkowości, dogodności, pewności podatkowej. Wyciąganie wniosków
o wielkości obciążeo podatkowych tylko na podstawie stopy procentowej, jest tym samym co
porównywanie ułamków tylko na podstawie ich liczników. Wtedy możemy dojśd do wniosku, że 1/2
to jest mniej, niż 3/10. Już w szkole podstawowej nauczyli nas rozwiązywad ten problem: trzeba
ułamki sprowadzid do wspólnego mianownika. Z podatkami jest podobnie. Można więc nie zwiększad
licznika (czyli stopy podatkowej), ale zmniejszając mianownik, skubad podatnika w sposób bardziej
zawoalowany.

Weźmy rubrykę „koszty uzyskania przychodu”. Logicznie byłoby, gdyby księgowało się w niej
wszystkie wydatki związane z funkcjonowaniem przedsiębiorstwa. Niestety, tak nie jest. Z każdym
rokiem za koszty uzasadnione uznaje się coraz mniej rodzajów wydatków. Powoduje to absurdalną
sytuację, że firma może mied duży dochód „na papierze”, ale niewielki zysk, albo nawet stratę
w rzeczywistości. A zysk to jeszcze nie zarobek. Pieniądze bowiem musiały zostad wydane, ale
urzędnik nie uzna wydatku za koszt uzasadniony. Fikcyjny dochód jest więc dużo większy, niż
prawdziwy zarobek i w dodatku od tej fikcji zapłacid jeszcze musimy podatek dochodowy.

Stopa podatkowa się nie zwiększyła, ale podatek - owszem. Tylko dlatego, że jakieś rodzaje wydatków
cichcem wypadły z uznawanych przez fiskusa kosztów uzyskania przychodu.

Również inflacja działa tak, jak zwiększenie podatku. Mogliśmy się o tym przekonad wtedy, kiedy rząd
- nie zwiększając przecież podatków - „zamroził” progi podatkowe. Inflacja powodowała, że rosły
ceny, za nimi wzrastały więc też nasze zarobki. Był to jednak wzrost płac pozorny, gdyż siła nabywcza
naszych pensji wcale nie wzrastała, a często bywało nawet odwrotnie - kupid za nie mogliśmy mniej.
Ale podatki płaciliśmy większe naprawdę, bo wcześniej wchodziliśmy w pułap, przy którym
obowiązywała wyższa stawka - wtedy jeszcze 30 i 40%.

W dodatku, zamrażając progi tylko w jednym roku, rząd cichcem okrada nas także w latach
następnych. W pierwszym roku zamrażania - na 9 bilionów starych złotych. W następnych - nikt już
tego nie liczy. A o skali obciążeo podatkowych może świadczyd fakt, że ci z nas, którzy płacą „tylko”
21% podatku od dochodów osobistych, a więc - wydawałoby się - osoby najmniej zarabiające - do
kooca czerwca (jak obliczyło Centrum im. Adama Smitha) pracują tylko na podatki. Im kto bogatszy,
tym mniejszą częśd swoich zarobków może przeznaczyd na własne potrzeby, a większośd oddaje
paostwu.

W przypadku przedsiębiorstwa, ta niszcząca siła inflacji jest większa. Jeśli stolarz jest dobrym
fachowcem, to - zanim zrobi meble - kupuje drewno i przez najmarniej rok musi je sezonowad, aby
się meble potem nie rozsychały. Po roku sprzedaje meble - z zyskiem, od którego zapłaci podatek
dochodowy. Ale inflacja spowodowała, że ceny drewna bardzo w tym czasie poszły w górę. Za cały
swój zysk, jeszcze przed opodatkowaniem, stolarz z przerażeniem stwierdza, że nie kupiłby tyle
drewna, ile miał na początku roku. Po opodatkowaniu tych pieniędzy starczy mu na jeszcze mniej.
Jego przedsiębiorstwo, zamiast się rozwijad, kurczy się, gdyż stolarzowi brakuje środków na zakup
surowca. Za to podatki płaci od dochodu, który skonsumował nie on, ale inflacja, której pomogły
równie sprytnie wymyślone przez fiskusa zasady rachunkowości, wedle których za koszty przyjmuje
się te, poniesione w cenach historycznych (stare ceny drewna, które odkupid stolarz musi po
nowych), a nie - odtworzeniowych.

Jak widad, większośd z nas jest frajerami, którzy wybrali się z fiskusem na grzybobranie. Łatwo jednak
udowodnid, że tylko pozornie, łupiąc frajerów, paostwo działa na rzecz pozostałych.

W rozdziale o bezrobociu pokazujemy, że „podaż tworzy popyt”, chociaż często wydaje nam się, iż
dzieje się odwrotnie. Znaczy to, że jeśli szewc sprzeda w tygodniu butów za 15 mln starych złotych, to
on wcześniej (kupując surowce, płacąc ZUS, rachunki za prąd itd.) spowodował, że inna częśd
społeczeostwa ma siłę nabywczą, równą tym 15 milionom. Gdyby teraz ten sam szewc, chcąc np.
zarobid na bardziej luksusowe utrzymanie dla swojej rodziny - zrobił w tygodniu nie za 15, ale za 30
milionów, pracując samemu po kilkanaście godzin dziennie i zatrudniając jeszcze jednego pracownika
- to siła nabywcza reszty społeczeostwa też wzrosłaby z 15 do 30 mln. Krótko mówiąc, wzbogaciłby
się zarówno sam szewc, jak i inni (ci, od których kupił skóry, kleje, nowo zatrudniony pracownik,
producent maszyn, przy pomocy których szewc pracuje, a w koocu i sam fiskus, bo VAT od większej
liczby butów też byłby większy). Ale nasz szewc wie, że im wyższe będą jego zarobki, tym większą ich
częśd będzie musiał oddad, gdyż wzrośnie progresja podatkowa. A jak - nie daj Boże -
z przepracowania dozna uszczerbku na zdrowiu, to wzrosną też ogromnie jego wydatki na leczenie.
Wychodzi na to, że zwiększony wysiłek nie popłaca. Szewc woli więc (jak my wszyscy, na pracę
których popyt jest ogromny, a więc i zarobki wysokie) spędzid więcej czasu, chod w skromniejszych
warunkach, z rodziną, niż pracowad dużo więcej za zarobek proporcjonalnie dużo mniejszy. Nie
pójdzie na grzyby, wygrzeje się z rodziną pod brzózką.
Pod pistoletem

Wieża Eiffla jest tym co pozostało z Empire State Building po opłaceniu podatków.
John Smith

Dziennikarze mówią, że nic tak nie ożywia gazety, jak świeży... nieboszczyk. Prasa, zwłaszcza
brukowa, stara się mied zawsze na pierwszej stronie jakieś morderstwo, gwałt, zamach - bo to
przyciąga czytelnika. Porządni obywatele unikają kryminalistów, starają się chronid swoje dzieci przed
złym wpływem zdeprawowanych rówieśników, ale poczytad o tym, co dzieje się w świecie
przestępczym, owszem - lubią. Więc i ja postanowiłem zaproponowad Paostwu nieco bardziej krwisty
kąsek. Opowiem Wam troszeczkę o mafii...

Coraz częściej o niej słyszymy i nawet człowiek kompletnie niezorientowany w tej materii wie, że
dwie najbardziej groźne, to mafia pruszkowska i wołomioska. Od czasu do czasu ktoś ginie od bomby,
a policja kwituje zamach stwierdzeniem, że były to mafijne porachunki. Nie słyszeliśmy, żeby złapano
i osądzono któregoś ze sprawców krwawych zamachów, ale stwierdzenie „mafijne porachunki” ma
uspokoid uczciwych, praworządnych obywateli. Ma ich przekonad, że te zabójstwa dzieją się tylko
w świecie, z którym oni nie mają nic wspólnego. Im żadne bomby nie grożą, to tylko jeden mafioso
dybie na życie innego członka konkurencyjnego gangu.

Niestety, nie jest to prawda. Nawet, jeśli na razie członkowie mafii strzelają tylko do członków innej
mafii, to krew wypijają z całego społeczeostwa. Nie wszyscy tylko uświadamiamy sobie, w jaki sposób
ta pijawka się do nas dosysa.

Macki mafii sięgają daleko - nawet do szkół podstawowych. Kręcą się pod nimi młodociani
narkomani, którzy częstują „trawką” dzieci. „Trawka” jest droga, ale oni częstują za darmo - tacy
„fajni”, starsi kolesie. Ci, którzy ich w narkotyk zaopatrują, dobrze wiedzą, że wystarczy, iż dziecko
kilka razy spróbuje, a już coraz trudniej będzie mu odmówid. Im młodsze, tym szybciej się uzależni.
Gdy stanie się narkomanem „fajni” koledzy przestaną go częstowad. Bo wiedzą, że teraz już musi
dpad. Zrobi więc wszystko - będzie kraśd, rabowad - byleby tylko zdobyd pieniądze na narkotyk! Wielu
szeregowych członków mafii, to narkomani, którzy posłuszeostwem i wykonywaniem każdego
rozkazu zarabiają na codzienną porcję narkotyku.

Mafie nie tylko handlują amfetaminą, kokainą czy „maryśką”. Ściągają także haracz od właścicieli
sklepów, restauracji, barów, czy bazarowych stoisk. Poszkodowani boją się o życie własne i rodziny,
widzą też nieskutecznośd działania policji, więc przeważnie nie proszą jej o pomoc. Płacą i płaczą. Z
czego płacą? Ano, trzeba o haracz zwiększyd marże sprzedawanych towarów. Rosną więc ceny, bo
trzeba do nich doliczyd sumy, po które regularnie zgłasza się mafia.

Ta przestępcza organizacja wie, że zasięgiem swojego działania musi objąd wszystkich. Dzielą więc
mafie między sobą tereny swojego działania, ale każda pilnuje, aby na jej terenie sito było tak gęste,
żeby nikt się nie przecisnął. Nie może jeden sklep na ulicy mied wyraźnie niższych cen, bo wtedy
klienci będą kupowad tylko tam i ci, którzy płacą haracz - splajtują, pozbawiając mafię regularnych
dochodów. A skoro płacą wszyscy sklepikarze i restauratorzy, to znaczy, że tak naprawdę - płacą ich
klienci, czyli - my. W ten oto sposób mafia, co do której byliśmy przekonani, że nie mamy z nią nic
wspólnego, wysysa naszą krwawicę. W cenie mąki, dżemu czy mięsa, które kupujemy zawiera się
bowiem haracz, po który mafia regularnie zgłasza się do właściciela sklepu.

Po co o tym mówię? Nie mam cienia wątpliwości, że każdy uczciwy człowiek potępia sposoby
działania mafii i - gdyby to tylko od niego zależało - zrobiłby wszystko, aby przestępców
unieszkodliwid. I nawet nie przypuszcza, jak wielu z nas, uczciwych obywateli zachowuje się...
podobnie, jak mafia. Nie grabi, nie morduje, ale w sposób niewidoczny wysysa krew z reszty
społeczeostwa. Podam kilka przykładów. Po ich przeanalizowaniu, Ty sam, drogi Czytelniku, w głębi
własnego sumienia oceo, na ile i w Tobie tkwi odrobina mafioso.

Paostwowa fabryka obuwia ma coraz większe kłopoty ze sprzedażą swego niezbyt udanego towaru.
Jej pracownicy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że ich buty nie są już ani modne, ani wygodne,
za to ceną przewyższają inne, znajdujące się na rynku. Pracownicy tej fabryki zarabiają mało i nie stad
ich na wyrzucanie pieniędzy w błoto, więc sami wolą kupowad buty taosze i lepsze. Wspomagają tym
samym konkurencję, która potrafi takowe wyprodukowad. Jednocześnie ta sama załoga, która nie
potrafi przystosowad się do wymagao rynku (chod ona także jest częścią tego rynku), nie chce
pogodzid się z myślą, że - wobec tego - musi z tego rynku zniknąd. Fabryka, robiąca produkt, którego
nikt nie chce kupid - plajtuje. Ale nasi paostwowi szewcy plajtowad także nie chcą. Ogłaszają więc
strajk, którego najważniejszym postulatem jest adresowane do wojewody żądanie, aby „załatwił
zbyt” na niechciane przez nikogo buty.

Zastanówmy się nad dwiema sprawami. Pierwsza: dlaczego adresatem żądao paostwowej fabryki jest
właśnie wojewoda (przykład jest autentyczny)? I druga - co to właściwie znaczy „załatwid zbyt”?

Nasza fabryka swój strajkowy pistolet przyłożyła do głowy wojewody, bo to on był tak zwanym
organem założycielskim owego paostwowego przedsiębiorstwa. Dla przedsiębiorstw większych, jak
huty, czy kopalnie, jest nim zwykle minister. Ale nie to jest najważniejsze. Istota rzeczy tkwi w tym, że
zarówno wojewoda, jak i minister mają dostęp do... paostwowej kasy, czyli do pieniędzy, które fiskus
odebrał reszcie społeczeostwa.

Nikt nie jest w stanie zmusid tegoż społeczeostwa, aby z dobrej, nieprzymuszonej woli zakupiło
nieudane buty, jakie produkują nasi strajkujący. Ludzie bowiem zbyt ciężko pracują, aby nie szanowad
własnych pieniędzy. Kupują więc buty takie, jakie odpowiadają ich potrzebom, i których cenę są
w stanie zaakceptowad. Oferta strajkujących tych wymagao nie spełnia (gdyby było inaczej nie
musieliby strajkowad).

Żony panów wojewodów i ministrów, udając się na zakupy, także nie wydadzą swoich prywatnych
pieniędzy na toporne i drogie trepy, chodby nawet najbardziej współczuły robotnikom. Owszem, stad
je na buty droższe, ale szukają też modniejszych, bardziej luksusowych. Tych wymagao nasi
strajkujący również nie są w stanie spełnid. Ich towaru, po żądanej przez nich cenie, nikt nie chce
kupid za swoje prywatne pieniądze. Dlatego ze swoimi żądaniami udają się do ludzi, którzy mają
dostęp do pieniędzy cudzych. Jest bowiem szansa, że pan wojewoda czy minister bardziej sobie ceni
spokój i utrzymanie wysokiego stanowiska, niż pieniądze podatników. Swoich by nie wydał, ale
cudze? Jeśli da się nimi opłacid utrzymanie się na intratnym stanowisku?

„Załatwienia zbytu” na swoje nieudane wyroby żąda od urzędników paostwowych nie tylko jedna
fabryka obuwia. Głośnym i zgodnym tym razem chórem żądają „załatwienia eksportu do krajów
byłego ZSRR” zarówno fabryki paostwowe, jak i rzesza rolników prywatnych. Po co go „załatwiad”,
skoro można samemu sprzedad? Ano, nie można, bo albo towar nie taki, albo cena za wysoka, co
widad zwłaszcza w przypadku żywności. „Załatwid zbyt” znaczy więc zawsze to samo: zabranie
z budżetu naszych wspólnych pieniędzy i wręczenie ich tym, którzy sami nie potrafią ich zarobid. Albo
wprost, albo dopłacając do klientów zagranicznych, którzy bez tej dopłaty nie chcą naszego towaru
kupowad. Jak byśmy byli tacy bogaci, żeby dopłacad do innych.

Dad szewcom, którzy nie umieją zrobid butów, aby klient kupił je bez przymusu i dopłaty. Dad wielkim
zakładom przemysłowym, od których Rosja kiedyś kupowała, ale teraz nie chce. Żeby zechciała,
trzeba jej więc dopłacid z kieszeni polskiego podatnika. Po co? Żeby nie upadł kolejny zakład
paostwowy, który nie potrafi sprostad wymaganiom klientów. Z kieszeni tegoż podatnika trzeba też
zapłacid polskim rolnikom, aby mogli sprzedawad żywnośd na Wschód, nie kłopocząc się o to, jak
produkowad ją taniej. Jednym słowem - paostwo daje nasze pieniądze, których my sami nigdy byśmy
z dobrej woli na taki właśnie cel nie wydali.

Czym różnią się żądania strajkujących szewców, paostwowych fabryk i prywatnych rolników od
działania mafii? Tylko tym, że w tym pierwszym przypadku nie leje się krew. Skutek ekonomiczny jest
jednak podobny: ktoś pod przymusem odbiera nam nasze ciężko zapracowane pieniądze. Jeśli mafia
ściąga haracz z właścicieli sklepów i restauracji - rosną ceny. Jeśli paostwo spełnia żądania różnych
strajkujących - a to kredyty preferencyjne, do których budżet musi dopłacad, a to umorzenie
zadłużenia wobec ZUS, co spowoduje również koniecznośd większych dopłat z budżetu i jakiekolwiek
inne żądanie, łączące się z wydawaniem publicznych pieniędzy - to rosną podatki. Rośnie VAT, a więc
rosną ceny. Rośnie składka ZUS - a więc rosną ceny. Rośnie podatek od dochodów osobistych, a więc
rosną ceny.

Niewydajne przedsiębiorstwa paostwowe, niewydajne rolnictwo nie przystawiają pistoletu,


naładowanego żądaniami dopłat - paostwu, ale przystawiają go tej części społeczeostwa, która
jeszcze pracuje wydajnie. Lecz te wydajne dziedziny naszej gospodarki również nie mogą się rozwijad,
bo wysysa z nich krew mafia niewydajnych.

Jeśli emerytce bandzior wyrwie torebkę z nędzną emeryturą, to nie ma ona na chleb aż do czasu,
kiedy w następnym miesiącu otrzyma kolejny głodowy zasiłek. Sąsiedzi jej współczują, czasem nawet
wspomogą i jednogłośnie potępią młodego złodzieja. Ale w tym samym bloku, w którym mieszka
okradziona emerytka, aż co trzeci lokator nie płaci czynszu. Jedni, bo stracili pracę i nie mogą znaleźd
nowej, inni - bo jej nie szukają. Jeszcze inni, bo widzą, że sąsiedzi nie płacą. Dom niszczeje,
a spółdzielnia po raz kolejny podnosi czynsz, aby budynek jakoś utrzymad z pieniędzy tych, którzy
jeszcze płacą. Nasza babcia emerytka należy do tych, którzy płacą - stara przedwojenna szkoła
honoru. Jednak po opłaceniu podwyższonych świadczeo, na życie nie zostało jej już nic. Tak samo, jak
wtedy, gdy wyrwał jej torebkę bandyta. Tylko, że teraz, solidarnie ograbili ją sąsiedzi, nie płacąc
czynszu.

Zapewne natychmiast stanie ktoś w obronie niepłacących sąsiadów. Powie, że czynsze zrobiły się tak
strasznie wysokie, że już nie sposób ich płacid. Bo domy zbudowano tak, że większośd coraz
droższego ciepła ucieka na zewnątrz. Te domy są, jak te buty, których nikt nie chciał kupid. Różnica
jest jednak taka, że po buty można się było udad do konkurencji, a wyprowadzid się nie ma dokąd.
Owszem, buduje się już domy energooszczędne, taosze w eksploatacji, ale kogo na nie stad?
Którędy do przodu?

Każdy naród ma taki rząd, na jaki zasługuje.


Joseph Maria de Maistre

Mieszkamy w kraju, w którym coraz trudniej jest żyd. Ceny już są wyższe niż w innych krajach,
a zarobki wielokrotnie niższe. Domy się sypią, miasta niszczeją. Lekarze nie leczą, nauczyciele źle
uczą, policja nie jest w stanie zapewnid obywatelom poczucia bezpieczeostwa, a wojsko do
pilnowania magazynów z bronią wynajmuje... agencje ochroniarskie. Dlaczego tak się dzieje? Czy
tylko dlatego, że „oni” źle rządzą? A może dlatego, że w każdym z nas tkwi jakaś cząstka „onych”?
I w rolniku, który żąda od paostwa emerytury, ale nie chce płacid składki ubezpieczeniowej. Tak, jak
nie chce przyjąd do wiadomości, że to nie dotacje doprowadzą go do dobrobytu, ale inny sposób
gospodarowania. I w robotniku, który chce sobie bardziej godne życie wystrajkowad, zamiast
rozejrzed się i nauczyd czegoś nowego, na co jest dzisiaj większy popyt, niż na jego dotychczasową
robotę. I w nas wszystkich, którzy godzimy się żyd w paostwie tak źle, jak obecnie, rządzonym.
Obudźmy się z tego złego snu, który śnimy wcale nie lat 50, ale już dobre kilka setek. Nie musimy byd
Kopciuszkiem świata!

Od czego zacząd? Może od tego, aby nauczyd się właściwie oceniad tych, których wybieramy, aby
nami rządzili. Bez tej umiejętności nie będziemy potrafili zrobid właściwego użytku z demokracji.

Duża częśd społeczeostwa, to kibice sportowi. Gdyby przyszło im wybierad polską drużynę na przykład
na olimpiadę, to sądzę, że zupełnie nieźle uporaliby się z tym zadaniem. Wybierając oszczepnika,
z pewnością zaczęliby od przyjrzenia się wynikom, jakie osiąga. Czy w ostatnim czasie tak naprawdę
rzucił tym oszczepem raz, ale daleko, czy też potrafi swój dobry wynik osiągad często? Nie bez
znaczenia jest także jego odpornośd na stres, mocne nerwy. Czy rzuca daleko tylko na własnym
stadionie, przy aplauzie życzliwej widowni, czy też potrafi osiągnąd sukces na obcym terenie, bez
dopingu życzliwych kibiców. A co powiedzieliby kibice o kimś, kto wprawdzie oszczepem nigdy nie
rzucał, ale zapewnia, że mu się uda? Bo ogrywał wszystkich na podwórku w cymbergaja. Nie sądzę,
aby taki ktoś załapał się do drużyny olimpijskiej. Mimo że od jej sukcesu czy porażki nie zależy
przecież poziom życia całego społeczeostwa.

Gdybyśmy tak wnikliwie - i za dorobek, a nie za obietnice - oceniali tych, którzy mają nami rządzid,
zapewne mniej, niż obecnie, mielibyśmy powodów do narzekao. Jak to jest, że wiemy jak wybrad
kadrę olimpijską, a błądzimy wybierając prezydentów? Czy nie zadawali sobie Paostwo tego pytania?

Kibic nie ocenia sportowca za czczą gadaninę, ale za to, co ten pokazał, że umie osiągnąd. Dlaczego
wybierając głowę paostwa nie kierujemy się tym samym? Dlaczego nie oceniamy kandydatów za to,
co już zrobili, lecz pozwalamy łudzid się obietnicami? Nie zdając sobie sprawy z tego, że najgroźniejszy
jest dla nas ten, kto obiecuje najwięcej (chyba, że nie zamierza swych obietnic realizowad).

Podoba nam się bezpłatne szkolnictwo, darmowa służba zdrowia, ochrona najuboższych i tanie
kredyty. Problem w tym, że niczego nie ma za darmo. Żeby więc dad, trzeba najpierw zabrad. Im kto
więcej obiecuje, że da, tym więcej nam najpierw zabierze. Ze swojej kieszeni dawad bowiem nie
będzie. Natomiast ci, którzy na takiego populistę głosują, łudzą się, że akurat oni dostaną więcej, niż
im się zabierze.

Jako społeczeostwo, ciągle nie umiemy odróżniad sukcesu od porażki. W rezultacie więc nie
potrafimy zrobid Właściwego użytku z demokracji. Od kilku lat cieszymy się już nie - demokracją
socjalistyczną, ale prawdziwą. Wybieramy samorządy terytorialne, posłów, prezydenta. A więc -
wybieramy tych, którzy nami rządzą, na wszystkich szczeblach władzy. Widzimy jednak, że rządzą
nami źle, a mimo to wybieramy następnych, którzy także nie robią z uzyskanej władzy właściwego
użytku. Czy to tylko ich wina, czy także - nasza?

Mądre przysłowie mówi, że każdy naród ma taką władzę, na jaką zasłużył.

Wybrany demokratycznie parlament po raz kolejny chciał zwiększyd podatki od dochodów


osobistych. Propaganda Ministerstwa Finansów i lewicowych posłów była jednak
hurraoptymistyczna. Aż 80% społeczeostwa na sześciostopniowej skali opodatkowania by zyskało,
a tylko 20% tych zarabiających powyżej średniej krajowej straciłoby. Odebrano by bogatym, żeby
dołożyd biednym. Czy jednak naprawdę jest z czego się cieszyd? Czy nowa skala podatkowa, to byłby
sukces społeczeostwa i gospodarki, czy może porażka? Otóż to!

Wydawałoby się, że sukces, bo przecież zyskałaby ogromna większośd kosztem mniejszości. Ale to
nieprawda. Zysku nikt by nie odczuł, najuboższych stad by było na kilka bułek w miesiącu więcej. Ale
straty byłyby o wiele większe, niż się na pozór wydaje. Straciliby bowiem nie tylko ludzie, ale także
najzdrowsza częśd gospodarki. Wraz z pieniędzmi odbiera się ludziom motywację do intensywnej,
wydajnej pracy. Za chwilę więc tych najuboższych byłoby jeszcze więcej, a i tak niewielka częśd
bogatych - by zbiedniała. Jakoś nikomu nie daje do myślenia fakt, że - patrząc na ostatnich kilka lat -
wraz ze wzrostem podatków rośnie także ta częśd społeczeostwa, która żyje w nędzy. A przecież
odbiera się bogatemu, dlaczego więc coraz więcej biednych? Co jest sukcesem, a co porażką?
Paostwo nie jest zdolne do tworzenia nowych miejsc pracy, mogą je tworzyd tylko przedsiębiorcy
prywatni. Jeśli jednak zabiera się im pieniądze, to po co mają to robid? Po co ludzie mają zdobywad
wiedzę, wyższe kwalifikacje? Żeby więcej zarobid i więcej zapłacid podatków? Gdzie jest taki kraj
kapitalistyczny, w którym ktoś, kto zarobi więcej, niż trzykrotna średnia krajowa, musi „na pniu”
oddad fiskusowi 45% zarobków? W ramach podatku od dochodów osobistych, a są przecież także
inne, chodby VAT.

Żyjąc przez pół wieku w księżycowej gospodarce socjalistycznej, nie nauczyliśmy się właściwie
oceniad, co jest dla nas i dla tej gospodarki naprawdę dobre, a co złe. Zarobki w fabrykach
paostwowych nie zależały od tego, czy potrafią one produkowad towary dobre, o konkurencyjnej
cenie, ale od siły politycznej ich załogi. Te załogi doskonale wiedziały, że wyższe zarobki najlepiej
wystrajkowad. To im zostało do tej pory. Strajki gasi się jednak pieniędzmi nie rządu - ale tych, którzy
jeszcze potrafią je zarobid. Przedsiębiorstwo prywatne musi umied zarabiad, w przeciwnym razie -
zniknie z rynku, upadnie. Przedsiębiorstwo paostwowe ciągle nie musi. Nie zapłaci ZUS, nie zapłaci
podatków i nie padnie, bo - aby mogło trwad nadal - rząd zabierze pieniądze prywatnym. Czy taki stan
rzeczy, to sukces, czy porażka? Ktoś powie - sukces, bo w przeciwnym razie byłoby jeszcze więcej
bezrobotnych. A jednak - porażka. Najpierw bowiem byłoby więcej bezrobotnych, ale potem
przynajmniej częśd tych ludzi nauczyłaby się wykonywad pracę, której rynek potrzebuje. Zaś
przedsiębiorstwa prywatne, na których przestały pasożytowad paostwowe molochy, miałyby
pieniądze na rozwój, a więc także na tworzenie nowych miejsc pracy. Upieranie się przy
podtrzymywaniu przy życiu niewydajnych, paostwowych przedsiębiorstw jest nakładaniem
betonowych butów tym, którzy mogliby gospodarkę pociągnąd do przodu. Brak jednak wiedzy, co jest
sukcesem, a co porażką nie pozwala wybrad drogi, która wiedzie do dobrobytu, a nie - na skraj
przepaści.

Społeczeostwa Zachodu taką wiedzę posiadają. Nie dlatego, że są od nas lepiej wykształcone, lecz
dlatego, że gospodarki tych krajów nie przerabiały księżycowej ekonomii. Ludzie wiedzą, że jeśli
polityk obiecuje, że coś im „da”, to lepiej na niego nie głosowad, bo będzie podnosił podatki
i ograniczał wyborcom możliwości decydowania, na co chcą wydawad własne pieniądze. A u nas? Im
więcej obiecuje, tym liczniejszą ma rzeszę zwolenników.

Dopiero więc, kiedy sami nauczymy się odróżniad sukces od porażki, będzie nam łatwiej zrozumied,
jak go osiągnąd. W życiu prywatnym umiemy to przecież robid, tylko w życiu publicznym nie bardzo
nam wychodzi. Za komuny walczyliśmy o wolne soboty, bo brakowało materiałów i surowców, więc
ludzie przychodzili do roboty, ale i tak nie mieli z czego robid. Teraz lewicowcy proponują skrócony
tydzieo pracy, bo... mamy duże bezrobocie. Jak to jest? I na brak surowców i na nadmiar ludzi to
samo lekarstwo? Mamy mało pieniędzy, więc I jeśli będziemy krócej pracowad - będziemy mied ich
jeszcze mniej. Nasz popyt zmaleje, więc w rezultacie inni też sprzedadzą mniej towaru. Trzeba będzie
zmniejszyd produkcję i pozbyd się części pracowników. Bezrobocie więc od krótszego tygodnia pracy
nie zmaleje, ale wzrośnie. Tylko więcej pracując można dojśd do dobrobytu, ale nie - odwrotnie.
Dlaczego pozwalamy rządzid ludziom, którzy o tym nie wiedzą?

Można by pomyśled, że nasz kraj jest źle rządzony od tak wielu lat, że dystansu dzielącego nas od
krajów bogatych nie pokonamy nigdy. Można, tylko że od takiego myślenia nic się nie zmieni. Nigdzie
nie zostało zadekretowane, że Polska musi byd Kopciuszkiem świata. Tak naprawdę, to tylko od nas
zależy, abyśmy wreszcie obudzili się z tego złego snu i zaczęli się bogacid, jak inne narody. Brakuje
nam kapitału, doświadczenia, brakuje nam wielu rzeczy. Zacznijmy więc od zrobienia właściwego
użytku z tego, co mamy - z demokracji.

Wybieraliśmy przed chwilą prezydenta. Jeśli jednak nawet nasz wybór był trafny, to i tak w naszym
kraju niewiele się zmieni na lepsze. Sam prezydent bowiem nie zmieni złego systemu zarządzania
krajem. Ale może on się zmienid, jeśli zażąda tego społeczeostwo.

Powiedziałem już, że zacząd należy od nauczenia się co jest sukcesem, co porażką. Podawałem
przykłady skróconego tygodnia pracy, podatków oraz inne. Mam świadomośd, że w ocenie tych
zjawisk różnią się nawet elity, a co dopiero mówid o 38 milionach obywateli, z których ogromna
większośd nie jest specjalistami od gospodarki. Nie mam zamiaru nakłaniad nikogo, aby nocami
zgłębiał tajniki ekonomii. To nie ma sensu, a - przede wszystkim - nie jest wcale konieczne.

Nie musimy byd ekspertami od gospodarki, aby nauczyd się, który kandydat na polityka obiecuje nam
gruszki na wierzbie, a który rzeczywiście może przyczynid się do lepszego rządzenia krajem. Pod
warunkiem jednak, że wcześniej uświadomimy sobie, że musimy już teraz zacząd żądad od polityków,
aby cofnęli ręce precz od naszych pieniędzy. Będą one wydawane tym lepiej, im więcej ich zostanie
tam, gdzie powstają.

Nie namawiam nikogo, abyśmy od nowego roku przestali płacid podatki i rząd nie będzie miał z czego
opłacid służby zdrowia, policji itp. Nawołuję jednak, abyśmy wreszcie zaczęli reformowad sferę
publiczną. I wiem, jak należy to robid, aby nie załamad się w najtrudniejszym okresie przejściowym.
Pokazywałem to w poprzednich rozdziałach. Teraz chciałbym pokrótce pokazad cel, do którego
zmierzam. Narysowad kontury owego paostwa - może nie idealnego - ale przyjaznego swym
obywatelom, dobrze rządzonego, zorganizowanego tak, aby każdy jego mieszkaniec miał równe
szanse do zdobycia wykształcenia, a potem - bogactwa. I nie będzie to paostwo komunistyczne, ale
kapitalistyczne. Paostwo, w którym każdy obywatel z osobna i gospodarka jako całośd, cieszą się
wolnością. Bo tylko wolny człowiek jest naprawdę twórczy, ma motywację, aby pracowad dla dobra
własnego, swojej rodziny a w rezultacie także swojego kraju.

Aby stało się to możliwe, należy zacząd od odebrania sporej części władzy rządowi. O konieczności
decentralizacji władzy mówi się od dawna, ale kolejne rządy nie chcą się z władzą rozstad. Wiedzą, co
robią. Nie ma jednak innego wyjścia. Nie jest prawdą, że premier i kilkunastu ministrów w Warszawie
wiedzą najlepiej, co jest dobre dla ludzi w Wałbrzychu, Łomży, czy Zamościu. Władza centralna musi
zacząd oddawad władzę niżej.

„Wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi” - mówi przysłowie. I jest to prawda? Nie wiemy, czy minister K. jest
naprawdę dobrym ministrem, czy bierze łapówki i czy bije żonę. Ale wiemy, zwykle dużo o ludziach,
którzy startują w wyborach samorządowych. Wiemy, bo mieszkamy obok. Bo znamy ich od lat,
wiemy, jak się zachowywali w przełomowych momentach naszej historii.

Jeśli ktoś był doskonałym dyrektorem szkoły, kandyduje na radnego i jego dotychczasowy dorobek -
a nie obietnice - pozwala nam wierzyd, że będzie też dobrze rządził naszą gminą. Jeśli tak -
wybierzemy go na następną kadencję. Jeśli nie - przepadnie w kolejnych wyborach. Zawsze będziemy
go sądzid nie za słowa, ale za czyny.

Pod jednym warunkiem: rząd nie ma prawa zabierad gminom prawie wszystkich pieniędzy, jakie
zarobiły. A na razie tak właśnie się dzieje. Nie wiemy więc nawet, czy nasi radni są dobrzy, czy źli - bo
rząd, pozbawiając ich pieniędzy, odebrał im także władzę. Cóż mogą zwojowad z podatkiem od psów,
bo to im tak naprawdę zostawiono.

Dzisiaj rząd chce mied władzę, więc odbiera gminom niemal wszystko. A potem - jak dobry wujek -
rozdaje po uważaniu. Żyje się lepiej niekoniecznie w gminach, gdzie się lepiej gospodaruje, ale gdzie
otrzymuje się większe dotacje od rządu. Jak w fabrykach paostwowych, w których zarobki zależą nie
od wyników ekonomicznych, ale od determinacji strajkujących.

Spróbujmy sobie wyobrazid, co by się działo, gdyby dobrobyt gmin nie zależał od łaskawości
Warszawy, ale od ich własnej operatywności. Te, które dziś są biedne, usiłowałyby pewnie ściągnąd
na swój teren przedsiębiorców. Ludzie mieliby pracę, podatki - chociaż niższe - też zostawałyby
w gminach. Im bardziej zależałoby samorządowi na przedsiębiorcach, tym lepsze warunki by im
proponował.

Inaczej pewnie zachowywałyby się gminy, gdzie mieszkają ludzie zamożni. Nie chciałyby mied pewnie
u siebie uciążliwej działalności gospodarczej. Bardziej bowiem, niż na podatkach od galwanizerni czy
stolarni, zależy im na czystym powietrzu. Ale wybór w każdym przypadku zależy od ludzi, których on
dotyczy! Niech oni decydują, kto w ich gminie może prowadzid działalnośd gospodarczą. Niech oni -
pod wpływem swoich wyborców - decydują, czy bardziej im zależy na dodatkowych miejscach pracy,
na wpływach z podatków, czy może na ciszy i nieskażonym środowisku. Niech oni decydują o jakości
swojego życia, a nie jacyś urzędnicy w Warszawie.

Najlepszym przykładem, do czego prowadzi centralizacja władzy jest Śląsk. Przez wiele lat, nie
wyłączając obecnych, lwią częśd pieniędzy, którą wypracowali ludzie na Śląsku, zabiera Warszawa. Z
powrotem wraca nikła tylko częśd. Za mało, żeby chronid środowisko. Za mało, żeby służba zdrowia
była w stanie leczyd skutki jego skażenia. Warszawa traktowała i traktuje Śląsk gorzej, niż kiedyś
mocarstwa swoje kolonie. Gdyby Śląsk mógł rządzid się sam zarobionymi przez siebie pieniędzmi,
władza lokalna nie pozwoliłaby pewnie ani na tak ogromne skażenie środowiska, ani na takie
pohaobienie mieszkających tu ludzi. Nie mogłaby sobie na to pozwolid, bo wyborcy zrezygnowaliby
z niej. Cóż z tego, że dzisiaj mieszkaocy Śląska, tak jak i innych regionów kraju, demokratycznie
wybierają swój samorząd lokalny, skoro ich pieniądze nadal płyną do kasy w Warszawie? Jak można
dziwid się ludziom, że nie idą głosowad, skoro dobrze wiedzą, że wybrani przez nich radni są bezradni,
bo rząd odebrał im pieniądze.

Po co myśled, po co rozwijad przedsiębiorczośd? O wysokości „kuroniówki” decyduje i tak Warszawa. I


taki sam zasiłek dostaje bezrobotny górnik, który musi oddychad zatrutym powietrzem, jak
bezrobotny w Suwałkach, który oddycha pełną piersią i świetnie sobie radzi uprawiając na czarno
handel przygraniczny. W gminach przygranicznych radni doskonale wiedzą, dla kogo zasiłek jest
konieczny, a dla kogo jest tylko nieznacznym dodatkiem do nielegalnych zarobków. Czy można mied
do nich pretensję, że nie robią z tej wiedzy użytku? To przecież nie ich pieniądze, to z budżetu...

Pozostawienie pieniędzy tam, gdzie zostały zarobione (rząd, zamiast zabierad wszystkim i dzielid
między wszystkich, miałby prawo tylko do dofinansowania gmin typowo rolniczych) - jest
podstawowym warunkiem do tego, aby wyborcy mieli szansę ocenid wybrany przez siebie samorząd.

Kolejnym krokiem na drodze do decentralizacji jest przywrócenie powiatów. Tylko ktoś, kto już dał się
poznad jako radny, wójt czy burmistrz w gminie - może teraz kandydowad do władz powiatu. Jego
wyborcy nie będą go oceniad na podstawie kwiecistych przemówieo czy obietnic. Widzą bowiem jego
rzeczywisty dorobek. To, czy przez kilka lat współzarządzania gminą - życie jej mieszkaoców stało się
lepsze. Mogą sobie odpowiedzied na pytanie, czy chcą, aby w całym powiecie rządził tak, jak robił to
w gminie. Wyborcy mają duże szanse dokonania trafnego wyboru - ci, spośród których wybierają,
wspinają się szczebel po szczeblu na drabinie politycznej kariery. Cały czas będąc pod ostrzałem
krytyki opinii publicznej. Tutaj nikt nie namawia elektoratu, że będąc dobrym (?) wytwórcą wkładek
ortopedycznych, będzie dobrym prezydentem. Co ma piernik do wiatraka? Cymbergaj do rzucania
oszczepem? Tutaj ocenia się dorobek ludzi w tej samej dyscyplinie, którą zamierzają nadal uprawiad,
tyle - że na szerszą skalę. W USA kandydat na prezydenta nie jest człowiekiem znikąd, dał się poznad
jako gubernator jakiegoś stanu. Dał wyborcom możliwośd oceny tego, co potrafi zrobid. Reszta należy
do nich.

Tak musimy wybierad władzę również w Polsce. Żadnych ludzi znikąd. Na wyższy szczebel władzy
należy wybierad tych, którzy już się sprawdzili na niższym. Żadnych prezydentów, którzy w rubryce
„zawód” piszą „działacz społeczny”. To zawsze brzydko pachnie. Władza potrzebna mu do tego, aby
zarobid pieniądze, których nie umiał zarobid inaczej.

Musimy upierad się przy tym, by zawsze wybierad konkretnych ludzi. Tylko wtedy bowiem możemy
ich ocenid naprawdę. Ta zasada musi obowiązywad na wszystkich szczeblach władzy. Nie głosujemy
na partię, głosujemy na ludzi. Partię ocenid trudniej, wiadomo tylko, że im więcej obieca, tym gorzej
dla wyborców, bo najpierw więcej odbierze, a potem jeszcze wiele z tego odebranego zmarnuje.
Niech biorą raz

Sztukę pobierania podatków można przyrównad do skubania gęsi. Należy wyrwad z niej jak
najwięcej piór przy jak najmniejszym syczeniu.
Jean Baptiste Colbert

Widzimy, że nie musimy wkuwad po nocach zasad ekonomii, aby nauczyd się odróżniad porażkę od
sukcesu. Niech się tego uczą ci, którzy chcą nami rządzid. Wyborcy ocenią ich umiejętnośd po
efektach ich pracy. Co jest jednak możliwe tylko wtedy, jeśli władza i pieniądze zejdą na dół. Im mniej
pieniędzy będzie miał budżet centralny, tym mniej ich zmarnuje. Pieniądze mają zostawad tam, gdzie
zostały zarobione, czyli - w gminach. Samorząd lokalny dobrze wie, kto je wypracował, zna także
potrzeby tych, dla których będą przeznaczone. To już nie jest wydawanie cudzych pieniędzy na
nieswoje potrzeby. Tu wiadomo, od kogo się pieniądze wzięło i dla kogo je przeznacza. Jedni i drudzy
patrzą wybranej przez siebie władzy na ręce. Widzą czy dobrze tymi pieniędzmi gospodaruje, czy ich
nie marnuje, czy jej się one do rąk nie przylepiają.

Jeśli natomiast wypracowane w przedsiębiorstwach i gminach pieniądze wędrują do budżetu


centralnego i stamtąd z powrotem - do gmin, szkół, szpitali i obywateli, to nie sposób policzyd nawet
tego, ile ta wędrówka kosztuje. Podam przykład, który finansistów nie zaskoczy, a który zwykłego
obywatela musi zdumied niepomiernie. Wiemy, że - wzorem wielu innych paostw zachodnich - mamy
od kilku lat VAT, czyli podatek od towarów i usług, zawarty w ich cenie. Do ceny każdego towaru
dolicza się 22% albo 7% tego podatku. Nie zawierają go tylko nieprzetworzone produkty rolne, np.
ziemniaki, pszenica itp.

Wpływy z VAT stanowią główne źródło zasilania budżetu, prawie co druga złotówka, trafiająca do
kasy paostwa pochodzi właśnie z podatku od towarów i usług. Warto zastanowid się też, ile kosztuje
zdobywanie tych złotówek, czyli - jakie są koszty pozyskania VAT. Okazuje się jednak, że nie ma na ten
temat żadnych informacji! Raz tylko wiceminister finansów powiedział, że podatek VAT nie może
wynosid 7%, ponieważ nie wystarczyłoby to na pokrycie kosztów ściągalności!

Jest to szalenie istotna informacja. Oznacza ona bowiem, że nakładając na towary i usługi 7% podatku
- rząd tak naprawdę nie otrzymuje nic - jeszcze dokłada do tego interesu. Całe społeczeostwo,
zostawiając w sklepach o 7% więcej pieniędzy, nie przyczynia się wcale do poprawienia ciężkiej doli
emerytów, nauczycieli czy pielęgniarek, ponieważ oni z tej powszechnej „zrzutki” nie otrzymają ani
grosza! Cały podatek idzie bowiem na utrzymanie tych, którzy zajmują się jego wyliczaniem,
ściąganiem, kontrolowaniem itp. Nareszcie mamy bardzo ogólny szacunek, jak potwornie drogo nas
ten aparat kosztuje.

Z pewnością nie jest taosza machina biurokratyczna, obsługująca PIT-y, czyli zeznania podatników,
opłacających haracz od dochodów osobistych. A przecież jest jeszcze podatek dochodowy od osób
prawnych. Też nie wypadł sroce spod ogona i swoje musi kosztowad. Potężna armia ludzi fiskusa
usiłuje przekonad społeczeostwo, że drenuje mu kieszenie dla dobra emerytów, lekarzy, policjantów.
Tak naprawdę jednak wielką częśd zagrabionych nam pieniędzy pożera ona sama.
Aparat fiskalny jest dzisiaj tym, czym w socjalizmie był przemysł ciężki. Kopalnie, huty, koksownie nie
pracowały wcale po to, żeby ludzie mogli kupid coraz lepsze pralki, lodówki czy telewizory, ale - dla
siebie. Przemysł ciężki pracował nie dla konsumentów, ale na potrzeby przemysłu ciężkiego. Fiskus
dzisiaj robi to samo. Pożytek z tego tylko taki, że mniej zanieczyszcza środowisko naturalne.

Nie jestem aż tak wielkim rewolucjonistą, aby nawoływad do natychmiastowego zaprzestania


pobierania wszelkich podatków. Powtarzam po raz kolejny, że szkodzą one gospodarce, ale
ograniczad je trzeba stopniowo, żeby nie powodowad bałaganu jeszcze większego, niż jest. Myśled
jednak trzeba już, natychmiast!

Skoro koszt ściągnięcia każdego rodzaju podatku jest aż tak horrendalnie wielki, to jedno jest
oczywiste: im mniej rodzajów podatków, tym koszty te są mniejsze. A przy okazji - łatwiej jest
kontrolowad, czy obywatele nie unikają któregoś z nich.

Czyli - możliwe jest do osiągnięcia coś, co wydaje się niemożliwe: społeczeostwo, jako całośd, może
płacid niższe podatki, nie uszczuplając wcale puli, przeznaczonej dla emerytów, oświaty, służby
zdrowia, armii czy policji. Wystarczy, że zamiast podatku dochodowego i podatku od dochodów
osobistych oraz ceł, będziemy płacid tylko jeden z nich - podatek od towarów i usług.

Trudno w to uwierzyd, ale łatwo wyliczyd czarno na białym, posługując się danymi, które są nam
znane. Przy dzisiejszych stawkach VAT (22, 7 i 0%) - wpływy z tego podatku stanowią aż połowę
budżetu. Ale koszty pozyskania - cytuję za jednym z wiceministrów finansów - większe niż 7%. Znaczy
to, że gdybyśmy ujednolicili stawkę VAT na wszystkie towary (pozostawiając „0” na płody rolne), to
budżet miałby tyle pieniędzy, ile obecnie - przy stawce VAT na poziomie 25-27%.

Oczywiście, spowodowałoby to kilkuprocentowy wzrost cen. Ale każdemu z nas podskoczyłyby o ileż
więcej zarobki - nikt nie płaciłby już bowiem podatku od dochodów osobistych.

W tym momencie zapewne zacząłby rwad włosy z głowy poseł Bugaj i wszyscy członkowie Unii Pracy
i innych partii lewicy. Bo najmniej zyskaliby najubożsi - tylko 21% zaoszczędzonych podatków,
a najwięcej osoby zamożne - 45%.

Otóż, jeśli nie będzie podatków od dochodów osobistych, to wraz z nimi skasowane zostaną także
ulgi, z których ponod najwięcej korzystali najbogatsi.

Ale dosyd żartów. Przyjęło się mawiad, że progresywny podatek od dochodów osobistych ma służyd
nie tylko budżetowi, ale także - sprawiedliwości społecznej. Ma odbierad bogatym, aby wspomóc
biednych. Problem w tym, że bogatych niewielu, a ubogich dużo i aż około 80% wpływów z podatku
od dochodów osobistych pochodzi od ludzi ubogich, których emerytury lub zarobki są niższe od
średniej krajowej. Czy jest to sprawiedliwe społecznie, że odbiera się aż 80% ubogim, aby dopaśd tych
pozostałych? VAT, równy dla wszystkich, jest podatkiem, który zadowala nawet zwolenników
sprawiedliwości społecznej. Wiadomo, że im kto bogatszy, tym chętniej kupuje dobra zwane
luksusowymi. Luksusowa cena, to także luksusowy podatek. W naszych warunkach znakomicie
podwyższa go jeszcze akcyza. Tutaj fiskus dopada bogatych na każdym kroku, począwszy od alkoholu
i benzyny, skooczywszy na luksusowych samochodach. Dola, jakiej fiskus żąda od bogatych, jest
wielka i akcyzą odbiera im sporą częśd tego, co darował w podatku od dochodów osobistych.
Wydaje się jednak, że prawdziwej sprawiedliwości mniej zależy na łupieniu bogatych, a bardziej - na
polepszaniu doli biednych. Rezygnacja z podatku od dochodów osobistych oraz z podatku
dochodowego przedsiębiorstw oznacza nie tylko to, że dochody ubogich automatycznie rosną o 21%.
W krótkim bowiem czasie okaże się, że... biednych ubyło. Zaczyna bowiem szybko przybywad nowych
miejsc pracy.

Powie ktoś - co ma piernik do wiatraka? Otóż ma. Dziś przedsiębiorca, jeśli chce kupid nową maszynę
za 600 mln starych zł, musi mied miliard, bo najpierw fiskus weźmie należny mu podatek dochodowy.
Jeśli ten podatek zlikwidujemy - inwestycje okażą się taosze. A spodziewane zyski większe.
Przedsiębiorcy zaczną więcej inwestowad. Tym bardziej, że VAT łupie po kieszeniach, wtedy gdy
konsumują. Kupując mercedesa czy futro z szynszyli, płacą wielki podatek VAT. Kupując maszyny,
mogą sobie wkrótce ten podatek odliczyd. Pojawia się poważna zachęta do inwestowania, a to
zawsze oznacza, że miejsc pracy będzie przybywad.

I już tak zupełnie niechcący, przypadkiem, ograniczyliśmy także szarą strefę. Pracownicy najemni,
z chwilą kiedy przestano im odbierad podatek, przestali byd zainteresowani pracą na czarno. A
w momencie, gdy zreformowane zostaną ubezpieczenia społeczne - ochotników do nielegalnej pracy
zabraknie. Zobaczmy, co się dzieje! Wykonaliśmy jeden ruch, na którym w dodatku budżet wcale nie
stracił. I - jak przy celnym uderzeniu z jednorękiego bandyty - sypią się pieniądze. Coraz większe
rzesze ludzi zyskują, a gospodarka żwawiej rusza do przodu. Kto na tym stracił? Przerzedziły się
urzędy skarbowe i urzędy kontroli skarbowej, przestronniej na korytarzach Ministerstwa Finansów,
odchudziły się przedsiębiorstwa z biuralistów, wyliczających zaliczki na podatek. Jeśli jednak ludzie ci
są dobrymi fachowcami - znajdą szybko robotę w rozwijających się przedsiębiorstwach. Jeśli nie -
niech się wyuczą potrzebnego zawodu.

Od wysokich podatków - ubywa bogatych, przybywa biednych. Od niskich - ubywa biednych,


przybywa bogatych. Dlaczego wolimy byd chorzy, brzydcy i biedni, skoro moglibyśmy byd zdrowi,
piękni i bogaci?
Z bezrobociem jak z jajkiem

Poborca podatkowy musi bardzo kochad biednych ludzi, ponieważ tak wielu ich tworzy.
Bill Vaughan

Nikomu jeszcze nie udało się rozstrzygnąd dylematu, co było pierwsze - jajko czy kura. Jeśli jajko, no
to skąd - jak nie z kury wzięło się ono samo. Jak widad nie ma odpowiedzi na to proste pytanie.

W ekonomii takim jajkiem jest bezrobocie. Wydaje nam się często, że kurą, która je zniosła jest brak
popytu. Ludzie nie mają pieniędzy, a więc w sklepie za dużo jest telewizorów, więc trzeba ograniczad
ich produkcję i redukowad niepotrzebnych pracowników. Jesteśmy biedni, nie stad nas na kupno
mieszkania (popyt nie oznacza apetytu czy potrzeby, ale realną możliwośd jego zaspokojenia), więc
kombinaty budowlane poplajtowały, a ich byli pracownicy nie znaleźli zatrudnienia w prywatnych
firmach budowlanych, bo te nie mają aż tylu zamówieo.

I już jesteśmy pewni, co było pierwsze. Kura! Czyli brak popytu, z którego wzięło się bezrobocie. Z
takiego „odkrycia” brały się następne nasze „ekonomiczne” posunięcia. Skoro ludzie i tak nie mają
pieniędzy, żeby kupid to, co już jest w sklepach, to po co produkowad jeszcze więcej rzeczy? Mamy
więc już nie tylko wolne soboty, ale też najdłuższe weekendy. Jeśli bowiem jakieś święto przypada we
wtorek, to nie pracujemy już od piątku, z poniedziałkiem włącznie. Jeśli w środę, to świętujemy
jeszcze dłużej. Skoro i tak goło, to niech przynajmniej będzie wesoło!

Tymczasem na świecie już dawno odkryto jajko, z którego wylęgła się nasza kura, czyli - brak popytu.
Tamci ekonomiści upierają się, że o wielkości popytu tak naprawdę decyduje wielkośd... podaży.
Inaczej mówiąc, że to właśnie podaż wytwarza popyt, a nie - odwrotnie. Taką tezę, którą potem
uznano za jedno z fundamentalnych praw ekonomii, sformułował Say: podaż decyduje o popycie. Co
to znaczy?

Wyobraźmy sobie sklep, w którym czeka na klienta wiele rzeczy, ale my skupimy się na jednej. Oto
stół za, na przykład, 4 miliony starych, czyli 400 nowych złotych. Żeby go zrobid, trzeba było od
jakiegoś nadleśnictwa kupid drewno, a więc ktoś wziął za nie pieniądze. Potem zapłacono tartakowi,
żeby przerobił je na odpowiednie deski, sklejkę itp. Ktoś inny wystawił rachunek za farbę i lakier,
środki drewnochronne. Potem jakiś stolarz zapłacił za wszystkie te materiały i uczynił z nich stół.
Sprzedał go naszemu sklepikarzowi, a ten już ostrzy zęby na marżę, którą doliczył do jego ceny. Z
marży za stół i inne, wystawione w sklepie rzeczy, zapłaci personelowi, właścicielowi lokalu, rachunek
za prąd i firmie ochroniarskiej. Zanim nasz stół trafił do sklepu, czyli zanim stół stał się „podażą”,
wytworzył już wiele „popytu”. Leśniczy dostał zapłatę za drzewo i już dawno wydał ją na żywnośd,
buty dla dzieci, czy korale dla żony. Pieniądze za swój udział w powstawaniu stołu wzięli ludzie
z tartaku, transportowcy oraz producenci farb i lakierów. Oni też, dzięki temu, dysponują jakąś siłą
„popytu”, chociaż stół jeszcze czeka na klienta.

W tym momencie wielu moich Czytelników słusznie zauważy, że na każdym etapie powstawania stołu
pojawia się drapieżna łapa fiskusa i ona to uszczupla, każdemu po kolei, jego siłę nabywczą. To
prawda. Ale, uszczuplając jednym, wzmacnia innych. Nie służy to gospodarce, ale nie można
powiedzied, że ogranicza popyt. Ona go tylko inaczej rozkłada. Podatki, które wyszarpała leśnikom,
właścicielowi ciężarówki, pracownikom tartaku, stolarzom, producentom farb i sklepikarzowi
przekaże bezrobotnym w formie „kuroniówki”, lekarzom, nauczycielom, policjantom i - przede
wszystkim - urzędnikom skarbowym, ministerialnym itp. Ktokolwiek dostanie więc te pieniądze,
pójdzie z nimi do jakiegoś sklepu, czy ureguluje jakieś rachunki. A więc, ktoś musi dysponowad taką
siłą popytu, żeby wydad 4 mln złotych za stół. Ale, zanim to się stanie, ten stół już wytworzył ten
popyt, bo wielu ludzi, dzięki jego produkcji, zarobiło jakieś pieniądze. Tylko sklepikarz jeszcze czeka
na swoją dolę. W sumie: tyle pieniędzy, ile kosztuje nasz stół (podaż), tyle samo musi pójśd do ludzi
i wytworzyd popyt. Czyli - to podaż wytwarza popyt, a nie - odwrotnie.

I co tu teraz począd z naszymi wolnymi sobotami i najdłuższymi weekendami nowoczesnej Europy?


Leniuchując w tym czasie, nie wytwarzamy podaży, a w rezultacie - ograniczamy też popyt, czyli -
zwiększamy bezrobocie. Zupełnie odwrotnie, niż nam się do tej pory wydawało. Prawo Saya mówi
bowiem wyraźnie: produkujmy jak najwięcej, a pieniądze, żeby to kupid, same się znajdą. Cały świat,
który gospodarkę rynkową uprawia od lat, kieruje się tą właśnie zasadą, wychodząc na tym lepiej, niż
my na skracaniu naszego czasu pracy, o czym mówiłem w jednym z pierwszych rozdziałów.

Pierwszą więc przyczyną braku popytu jest brak podaży. Inaczej mówiąc: im wyższa podaż, tym
mniejsze bezrobocie.

Na chwilę jednak musimy zatrzymad się nad słowem „podaż”, ponieważ ci z nas, którzy dobrze
pamiętają socjalizm, wiedzą jak można ją zdeformowad, W socjalizmie przecież, zanim doszło do
rzeczywistego wymiecenia półek z towaru, sklepy wcale nie były puste. Owszem, na wieszakach
pełno było sukienek, czy garniturów, ale w kolorach szaro-burych, fasonach przedpotopowych i z
tkanin takich, jakie potrafił wyprodukowad przemysł rodzimy, bez „dewizowego wsadu”. Taka
„podaż” wytwarzała krótki popyt. Ludzie, którzy przyczynili się do wytworzenia owych koszmarków -
owszem - wzięli za to pieniądze i ruszyli z nimi do sklepów, a tam natrafili na... podobne koszmarki.
Trudno mówid o sile popytu, jeśli na podaż nikt nie ma ochoty i w rezultacie towar taki nie znajduje
nabywcy.

Prawo Saya, że podaż tworzy popyt, ma bowiem zastosowanie w gospodarce prawdziwie rynkowej. A
więc takiej, w której wytwarza się różne dobra po to, aby znalazły one nabywców, a nie po to (jak
w socjalizmie), aby w statystykach zaprezentowad dynamikę produkcji. Pogoo za dynamiką, a nie -
oczekiwaniami klientów - powodowała bowiem, że w sklepach pełno było „masy towarowej”, a ludzie
potrzebnych towarów poszukiwali u „spekulantów”.

Zostawmy socjalizm, bo i w gospodarce prawdziwie rynkowej czyhają pułapki, które powodują, że nie
wystarczy zastosowad w praktyce prawa Saya, aby definitywnie uporad się z bezrobociem.

Przecież, kiedy ogląda się sklepy w krajach Europy Zachodniej, czy USA, to pełno w nich bardzo
atrakcyjnych towarów. A mimo to ich rządy walczą z bezrobociem, niekoniecznie odnosząc w tej
walce widoczne sukcesy. Znają prawo Saya, mogą więc jeszcze bardziej zwiększyd podaż, aby
zwiększyd popyt i uporad się z bezrobociem. Skoro recepta jest tak prosta, to dlaczego chory nie
całkiem zdrów?

Upraszczając mocno sprawę: dlatego, że owa siła popytu, wytworzonego przez podaż, bywa
rozpraszana, albo osłabiana. Wracając do naszego stołu, mogliśmy powiedzied, że pieniądze, jakie
otrzymali różni ludzie w wyniku tego, że został on wyprodukowany - wystarczą na kupienie tego
właśnie stołu. Leśnicy, stolarze, urzędnicy itp. dostali w sumie 4 mln złotych, czyli tyle ile wynosi cena
stołu.

Oczywiście życie nie jest takie proste, jak nasz przykład. Ludzie, którzy dostali pieniądze za stół, nie
biegną do sklepów aby znów kupid stół, ale inne - potrzebne im - artykuły. Tyle, że wyprodukowanie
chleba, szynki czy skarpetek również wytworzyło popyt równy ich cenie. Wszystko więc jakoś się
kręci, dopóki... się kręci.

Czasem jednak zaczyna zgrzytad i może się to zdarzyd wcale nie tak rzadko. Przysłowie mówi, że
pijany trzyma się płotu, a ja będę trzymał się swojego stołu. Częśd pieniędzy, jaką różni ludzie zarobili,
w związku z jego powstaniem - zanieśli do banku. Właściciel tartaku - aby zbierad pieniądze na
odtwarzanie maszyn, które zużywają się przy produkcji. Sklepikarz - żeby oszczędzad na zakup
własnego lokalu. Urzędnik skarbowy - po prostu, na czarną godzinę.

Wszystko jest w porządku, jeśli inne osoby potrzebują kredytów i idą do banków, aby wyjąd z nich
pieniądze tamtych. Ale paostwo np. zwiększa podatki i przedsiębiorcy dochodzą do wniosku, że nie
opłaci im się inwestowad w rozwój własnych przedsiębiorstw, a tym bardziej nie będą otwierad
nowych.

Mogą byd też inne przyczyny, np. wysoka inflacja i podrożenie kosztów kredytu, co skutkuje
zmniejszonym zapotrzebowaniem na kredyty. W każdym razie pieniądze, które jedni ludzie zanieśli
do banków - leżą w nich, bo inni nie chcą pożyczad. A, skoro leżą, to tym samym zmniejszają siłę
popytu. Jest podaż (stół bowiem został wyprodukowany i nawet sprzedany), ale wytworzyła ona
popyt mniejszy, niż powinna. Z czterech milionów złotych - milion bowiem został ulokowany w banku
i nikt tej sumy nie pożyczył od niego. Prawdziwa, realna siła popytu wynosi już więc nie cztery, ale -
trzy miliony złotych. Widzimy więc, że popyt zmalał. Prawo Saya zostało bowiem zakłócone. Grozi
wzrost bezrobocia, jeśli nie zmaleją podatki - znów czyniąc nowe inwestycje opłacalnymi. Albo nie
zmaleje inflacja, czyniąc kredyty niżej oprocentowanymi. To nie Say jest winien, ale ten, kto w tryby
dobrze pracującej maszyny nasypał piasku - podatków lub wyższej inflacji.

Prawo Saya może też ugrzęznąd w bagnie popytu. W bankach wszystko gra. Jedni lokują w nich
pieniądze, inni je stamtąd pożyczają. Ale znów nie po to, aby kupowad to co zostało wyprodukowane.
Drożeje np. ziemia, dzieła sztuki czy inne dobra, o których mówi się, że są niereprodukowalne (nie
można bowiem „Słoneczników” Van Gogha, które są niepowtarzalne, namalowad w dwóch czy
dziesięciu egzemplarzach, gdyż oryginał jest tylko jeden). Ludzie zaczynają więc lokowad pieniądze
w tych dobrach, bo wierzą, iż będą one jeszcze droższe, więc kiedyś na tej transakcji zarobią. Stoły,
lodówki, telewizory, które do tej pory cieszyły się sporym wzięciem - teraz leżą. Ludzie, chociaż ich
potrzebują i mają na to pieniądze, wolą je przeznaczyd na kupno obrazu, o którym myślą, że
sprzedadzą go dwa razy drożej. I znów - podaż wytworzyła wprawdzie popyt, ale został on utopiony
w bagnie popytu.

Fabryka lodówek czy telewizorów, z braku popytu, ogranicza produkcję i zwalnia ludzi. Ale nie ma
fabryki obrazów, która zaczyna produkowad „Van Goghi”, bo ten był tylko jeden. Obrazów wcale nie
przybywa - drożeją te, które powstały już dawno temu - cena idzie ciągle w górę.

Można powiedzied, że wydatki jednych są dochodami drugich. Że wprawdzie jeden człowiek odmówił
sobie kupna auta, aby kupid obraz, ale ten co go sprzedał, teraz może za te pieniądze kupid auto. Tak.
Tylko, że w tym przypadku wcale nie mówimy o bagnie popytu. Tworzy się ono dopiero wtedy, gdy
obrazy zaczynają drożed irracjonalnie. Albo - gdy równie irracjonalnie, co sami mogliśmy
zaobserwowad - drożeją akcje. Nawet ci, którzy je sprzedają, kupują za te pieniądze następne, bo
znów spodziewają się zarobid. Pieniądze nie są więc przeznaczane na inne dobra, ale coraz większe
sumy „topione” są na zakup ciągle tych samych towarów, których wcale nie przybywa. Siła popytu
odpływa z normalnego rynku i grzęźnie w bagnie popytu. Say z rozpaczy przewraca się w grobie.

Identyczny skutek - obniżenie popytu - osiągamy wtedy, gdy ludzie, na masową skalę tracą zaufanie
do banków. Zamiast więc oszczędności wpłacid na konto i sprawid, że za chwilę te pieniądze znów
trafią do obiegu gospodarczego, nie zakłócając go - nieufni trzymają je w domu w bieliźniarkach lub
pooczochach. Grzęzną więc tam identycznie, jak w bagnie popytu.

Przykładów, jak często siła popytu może ulec osłabieniu, nie trudno podad więcej. Gwałtownie rośnie
cena np. benzyny (zjawisko to szerzej opisałem w rozdziale o obiegu pieniądza w gospodarce). Sumy,
jakie społeczeostwo może przeznaczyd na paliwo, stają się coraz wyższe i wyższe, a jego zużycie nie
bardzo można ograniczyd. W takim przypadku paostwo raczej powinno dodrukowad trochę
pieniędzy, niż godzid się na recesję i bezrobocie, którym zaowocuje odpływ pieniądza z rynku do
dostawców ropy.

Widzimy więc, że popyt mogą obniżyd różne zakłócenia w obiegu pieniądza. Generalnie jednak siła
popytu jest dokładnym odzwierciedleniem siły podaży. Nasze wolne soboty i szewskie poniedziałki
nie są więc skutkiem dużego bezrobocia, ale jego najpoważniejszą przyczyną. Kraj biedny, taki jak
nasz, nie ma do wyboru innej drogi do dobrobytu, jak kosztem rezygnacji z części wolnego czasu
swoich obywateli. Bo dobrobyt bierze się z pracy, po prostu. Co nie znaczy, że jak byśmy zrezygnowali
tylko z wolnych sobót, ale nawet z niedziel i świąt, to bezrobocie zniknie.

Nie. W gospodarce rynkowej jest ono bowiem czymś naturalnym, częścią ceny, za którą idzie ona do
przodu. Ta cena nie powinna jednak byd wyższa, niż 5-6%. U nas natomiast pracy nie ma trzykrotnie
więcej osób w tak zwanym wieku produkcyjnym. I taki stan jest alarmujący.

Wiemy już, że rzesza ludzi niepracujących najszybciej rośnie wtedy, gdy maleje podaż towarów
i usług. To najpoważniejsze źródło bezrobocia. Ale są też inne pomniejsze źródełka i nie ma nic
niepokojącego w tym, że „produkują” ludzi bez zajęcia. Czy mamy bowiem powód do rozpaczy, że
dzisiejszy nastolatek nie bardzo wie, czym zajmował się kołodziej, albo bednarz, czy repasaczka?
Zawody te zaniknęły, bo - po prostu - świat poszedł naprzód i przestały byd potrzebne. Nie ma już
chyba wiejskich wozów na kołach bez opon, które ręcznie wytwarzał kołodziej. Zniknęli bednarze, bo
beczki, jeśli są potrzebne, robi się już chyba fabrycznie a nie w warsztatach. Najdłużej trzymała się
repasaczka, bez której kobiety żyjące w socjalizmie nie wyobrażały sobie życia. Na Zachodzie
repasaczki zniknęły już dawno. Po co łapad oczka w rajstopach, skoro za grosze można kupid nowe?
Repasaczka ze swoją prawie ręczną maszynką nie miała szans z maszynami, z których co kilka sekund
wyskakuje całkiem nowa pooczocha. Ale u nas - miała. Bo z rajstopami w socjalizmie było tak, jak
z papierem toaletowym. Gospodarka socjalistyczna żadną miarą nie była w stanie „pokryd na nie
zapotrzebowania”. A więc rajstop, w których oczka puściły, nie wyrzucało się pochopnie na śmietnik,
lecz nosiło do załapania. Dziś, na szczęście i łatwo je kupid i - relatywnie bardzo staniały. Repasaczki
musiały nauczyd się nowego zawodu.
Bo bezrobocie frykcyjne, o jakim teraz mówimy, polega na tym, że wprawdzie zanika
zapotrzebowanie na pewne zawody, ale dzieje się tak dlatego, że wzrasta na inne. Nie ma
kołodziejów, ale zatrudniają ludzi firmy oponiarskie - rośnie w siłę Dębica. Maleje zapotrzebowanie
na maszynistki (panie przepisujące teksty na maszynach do pisania), ale rośnie na osoby potrafiące
korzystad z komputera. Im prężniej rozwija się kraj, tym bardziej jego mieszkaocy muszą byd
przygotowani psychicznie na to, że zawód, którego wyuczyli się w młodości - przestanie byd
potrzebny, zanim zakooczą swoją aktywnośd zawodową. Jest to trudne i bolesne, zwłaszcza, gdy
społeczeostwo nie miało się kiedy z taką sytuacją oswoid. Ale to też jest cena dobrobytu. Na
Zachodzie coraz częściej mówi się o tym, że każdy pracujący już wkrótce będzie zmuszony uczyd się
nowego zawodu aż trzy razy w ciągu swojego zawodowego życia. Świat idzie bowiem naprzód coraz
szybciej. Żeby przestad byd bezrobotnym nie wystarczy więc zarejestrowad się w rejonowym urzędzie
pracy, ale trzeba ze swymi umiejętnościami próbowad za tymi przemianami podążad.

Podobne przyczyny, ale spotęgowane, obserwujemy przy bezrobociu strukturalnym i regionalnym.


Tyle, że w tym przypadku zanika zapotrzebowanie już nie tylko na poszczególne zawody, ale - na całe
branże. Bogata Europa Zachodnia bardzo boleśnie przeżywała redukcję kopalo, która i nas czeka. Jeśli
jakieś miasto żyje i pracuje w jednej kopalni czy jakimkolwiek innym zakładzie pracy i ten zakład ulega
likwidacji, to jest to dramat nie tylko pojedynczych rodzin, ale całej społeczności. Jego skala jest tak
wielka, że ludziom musi pomóc paostwo, ponieważ sami nie są w stanie tego zrobid. U nas tak
dramatycznych miejsc jest sporo - Mielec, Starachowice, Śląsk. Nie jest to pocieszające, ale w krajach
byłego ZSRR jest dużo gorzej. Tam miast i miasteczek, które powstały wokół jednej, wielkiej fabryki -
jest bardzo wiele. Teraz te fabryki nie są w stanie się utrzymad, a co zrobid z ludźmi? Ludzie ci,
zwłaszcza starsi, którym do emerytury brakuje niewiele, nie są już zdolni do nauczenia się nowego
zawodu. Nie warto też inwestowad w ich naukę, jeśli będzie długa i kosztowna. Nie zdążą oni bowiem
już tej inwestycji „odpracowad”.

Może się to wydawad paradoksalne, ale bezrobotnych tworzy też... samo paostwo, nierzadko przy
pomocy związków zawodowych. Paostwo, w trosce o byt ludzi pracy ustanawia np. wysokośd płacy
minimalnej. Jeśli jest ona wyższa, niż rynkowa cena pracy, to wtedy cena produkowanych towarów
gwałtownie rośnie, maleje na nie popyt i trzeba ludzi zwolnid. Ludzie pracy zostają bez pracy.
Pilnując, aby płaca minimalna nie spadła poniżej pewnego poziomu, rząd w najgorszej sytuacji stawia
tych, których chce chronid najbardziej. Jeśli idziemy na bazar i widzimy takie same jabłka w różnych
cenach - wybieramy najtaosze. Jeśli natomiast cena jest identyczna, a jabłka lepsze i gorsze -
z pewnością wybieramy lepsze. Pracodawca rozumuje podobnie - jeśli bezrobocie jest duże, a mimo
to on nie może człowiekowi zapłacid mniej, niż rząd a nie rynek postanowił - to będzie szukał jabłek
najlepszych. Pracowników lepiej wykwalifikowanych, młodszych, mniej konfliktowych. Ci
najbiedniejsi, najgorzej wykształceni, zostaną za bramą. Gdyby przedsiębiorca mógł płacą różnicowad
- może do prostych robót wybrałby robotnika najtaoszego. Gdy zaś wiąże mu ręce płaca minimalna,
co mu szkodzi zatrudnid inżyniera, jeśli ten akurat szuka jakiejkolwiek roboty.

Drugą stroną tego samego medalu jest upieranie się związków zawodowych przy zachowaniu stanu
zatrudnienia w przedsiębiorstwie, które nie potrzebuje aż tylu pracowników. Jego konkurencyjnośd
jeszcze bardziej maleje i taka łódź, która nie pozbyła się w porę balastu, teraz sama tonie. Bez pracy
zostają wszyscy. I ci, których należało zwolnid wcześniej, bo nie byli firmie potrzebni i ci, którzy by ją -
może - wyciągnęli z dołka, gdyby ceny produkowanego przez nich towaru nie były tak bardzo
obciążone kosztami zbędnych płac. Identyczną kulą u nogi każdego przedsiębiorstwa, która zawyża
koszty jego produktów, są nadmiernie wysokie składki na ZUS. Chroniąc emerytów paostwo
produkuje bezrobotnych, którym trzeba wypłacid zasiłki, w związku z czym paostwu brakuje pieniędzy
na emerytury.

Rolę twórcy bezrobocia może też pełnid... pożyczka zagraniczna. Paostwo nie bardzo godzi się na
zatrudnianie u nas cudzoziemców, ponieważ zbyt wielu mamy bezrobotnych. To tak, jakbyśmy nie
chcieli, aby pracowali u nas stolarze z WNP, bo wielu naszych pozostaje na zasiłku. Ale jednocześnie
nasz minister finansów pożycza za granicą pieniądze, co wpływ na nasze bezrobocie ma o wiele
większy.

Stolarz - Rosjanin „zabrałby” pracę naszemu, ale - żeby zrobid meble - kupiłby w Polsce drewno, dał
zarobid tartakowi, producentowi farb i fiskusowi. Zaś minister finansów, pożyczając pieniądze na
Zachodzie - „pożycza” gotowe meble i inne towary, które można za nie kupid, czyli cudzą, zagraniczną
robociznę - rezygnując z własnej, rodzimej.

Tymczasem paostwo, zamiast bezrobotnych produkowad, powinno zająd się czymś innym. Jeśli już
musi się wtrącad do gospodarki, to niech przeanalizuje, w jakich, eksportowanych przez nas
towarach, jest najwięcej pracy ludzkiej. I przy popieraniu takiego eksportu lekki interwencjonizm
paostwa (np. rezygnacja z podatków) mógłby się przyczynid do zwiększenia wywozu, a wtedy
eksporter musiałby zatrudnid więcej ludzi. Inne, stosowane przez rząd, sposoby walki z bezrobociem
dają najczęściej rezultaty odwrotne od zamierzonych.

Najbogatsze żniwo bezrobocia, nazwijmy go szarostrefowym, zbiera rząd w rezultacie zbyt wysokich
podatków. Dobrym tego przykładem jest Łódź i okolice, uznane za region najwyższego bezrobocia.
Rodzi to pewne przywileje - m.in. przedłuża prawo do pobierania zasiłku. Ale zapytajmy, co o tym
sądzą sami przedsiębiorcy? Wiele, legalnie na tym terenie działających, firm nie jest w stanie znaleźd
ludzi do pracy. Na początku myślano, że potrzeba szwaczek, a bezrobotne są akurat prządki.
Organizowano więc liczne kursy, na których przyuczano prządki do szycia. Chętnych na kursy,
owszem, było sporo. Ale po ich ukooczeniu znów nikt nie zgłaszał się do pracy.

Teraz już wszyscy dokładnie wiedzą, co jest grane. Kobiety pobierają zasiłki legalnie, a pracują na
czarno. W ten sposób zarobią więcej. Nie tylko o zasiłek, ale i o nie zapłacone podatki. Ich
pracodawcy z kolei zaoszczędzą na składkach na ZUS. Łódź jest regionem największego bezrobocia
i najbujniejszej szarej strefy. Czy to wina złego charakteru jej mieszkaoców? Nie. Paostwa. A przecież
Łódź nie jest wyjątkiem. To samo dzieje się w Suwałkach i wielu innych miastach w kraju.
Wróbel w garści, kanarek na dachu

Istnieją wszelkie dane na to, iż w pięciu przypadkach na sześd światło na koocu tunelu jest
światłem nadjeżdżającego pociągu.
Paul Dickson

Bezrobocie tak wielkie, jak u nas, jest nie tylko wielkim dramatem poszczególnych ludzi oraz ich
rodzin. Wielka częśd ludzi bez pracy nie ma roboty na czarno, musi wyżyd z zasiłku, co właściwie jest
niemożliwe. Statystyki pokazują, że u nas jeden zatrudniony ma na utrzymaniu, oprócz siebie, jeszcze
1,25% innej osoby. Gdy jednak zostaje bez pracy - poziom życia jego i najbliższych drastycznie się
obniża. Badania robione w 1992 r. pokazały, że w rodzinach czteroosobowych zasiłek wystarczał na
przeżycie poniżej minimum socjalnego. Czyli, jeśli ktoś nie posiada oszczędności, stacza się na dno
nędzy. I nie jest to dno, od którego bezrobotni szybko się odbijają, znajdując nowe zajęcie. U nas
bezrobocie jest, niestety, stanem długotrwałym. Świadczy o tym fakt, że aż połowa ludzi, nie
posiadających pracy, utraciła już prawo do zasiłku.

Jak już powiedziałem - tak wielka armia bezrobotnych nie jest tylko tragedią ich rodzin, ale także
dramatem całego społeczeostwa, z którego wiele osób nie zdaje sobie jeszcze sprawy. Tak, jak
w wielu innych sprawach dotyczących gospodarki rynkowej, tak i w tej kwestii dobrze zapoznad się
z dorobkiem naukowym krajów, które budują kapitalizm już wiele lat.

Wiadomo, że o bogactwie całego kraju świadczy poziom Produktu Krajowego Brutto. Nasz rząd
ogromnie cieszy się z faktu, że w 1995 r. wzrósł on aż o 6,5%. Nikt nie zaprząta sobie głowy tym, że
mogłoby byd o wiele lepiej, gdyby nie aż tak liczna rzesza bezrobotnych. Naukowcy zachodni mierzą
nie tylko PKB, który został wyprodukowany. Wyliczają także jaki mógłby byd, gdyby potencjał ludzki
i możliwości danego kraju, takie jak kapitał, ziemia itp., zostały w pełni wykorzystane. W pełni, to
wcale nie znaczy, że każdy miałby zatrudnienie. Jako poziom uzasadniony uważają oni 5-6%
bezrobotnych. I twierdzą, że każdy procent bezrobotnych więcej, to strata aż trzech procent PKB.
Wynika z tego, że mamy możliwości bogactwo swojego kraju co kilka lat podwajad (nie startujemy ze
zbyt wysokiego poziomu, więc i tak sporo czasu zajęłoby nam dogonienie innych, którzy też nie stoją
w miejscu). Ale możliwości te, jak się okazuje wykorzystujemy w niewielkim tylko stopniu. Ściskamy
więc triumfalnie wróbla w garści, ani myśląc o tym, że moglibyśmy próbowad złapad kanarka, który
skacze na dachu.

Jak wziąd się do łapania tego pięknie śpiewającego kanarka? Z pewnością nie tak, jak robi to rząd,
czyli - chwytając za dubeltówkę.

Najpierw trzeba sobie odpowiedzied na proste pytanie: na czym nam tak naprawdę zależy. Czy tylko
na tym, żeby osoby bezrobotne miały jakiekolwiek zajęcie i nie frustrowały się tym, że znalazły się
poza nawiasem normalnie pracującego społeczeostwa. A może jednak na tym, aby czas, umiejętności
i chęd do pracy osób, pozostających bez zajęcia, zostały wykorzystane z jak największym pożytkiem
zarówno dla nich samych, jak i dla ogółu społeczeostwa. Żeby ci, którzy wytwarzają dochód
narodowy, nie musieli lwiej części zapłaty za swoją pracę oddawad tym, którzy także mogliby się do
pomnażania wspólnego bogactwa przyczynid, ale tego nie robią, bo zabrakło dla nich pracy.
Zastanawiając się nad tymi dwoma pytaniami, nie mamy wątpliwości, co jest ważniejsze. A jednak w
życiu dzieje się odwrotnie. Dzieje się tak, jakbyśmy wybrali odpowiedź pierwszą.

Znów cofnijmy się trochę w czasie, tym razem nie do okresu socjalizmu, ale jeszcze dalej, do
początków kapitalizmu. Do historii przeszedł strajk żyrardowskich tkaczy w 1905 r., którzy niszczyli
nowe, wydajne krosna za to, że czyniły ich niepotrzebnymi. To, co ludzie do tej pory robili ręcznie,
teraz miały wykonywad maszyny. Ludzie przestraszyli się, że wylądują na bruku. Niektórym moim
Czytelnikom wyda się, że tkacze mieli rację. I tak, i nie.

Wródmy do naszych czasów. Na każdej budowie pracuje zwykle koparka. Jej wielka „łyżka” może
wybrad kilkadziesiąt razy więcej ziemi, niż człowiek uczyni to łopatą. Co zrobiła koparka? Zabrała
pracę kilkudziesięciu robotnikom.

I oto znaleźliśmy prosty sposób na rozprawienie się z bezrobociem. Zniszczmy wszystkie koparki! Zaś
przy kopaniu rowów pod kable telefoniczne, rury kanalizacyjne czy do fundamentów pod nowe domy
zatrudnimy tych, którzy nie mają zajęcia. Genialnie! A jednak bez sensu.

Co zyskali sami bezrobotni? Ci, bez żadnego wykształcenia - nic. Ich płaca nie będzie wyższa od
zasiłku. Zresztą na tak niewydajne przedsięwzięcie nie pójdzie żaden prywatny przedsiębiorca, bo
splajtuje. Cena, jaką musiałby wziąd od inwestora za wykopane ręcznie fundamenty, byłaby bowiem
o wiele wyższa, niż żąda jego konkurent, pracujący koparką. Tych robotników, zamiast koparki,
musiałoby więc zatrudniad paostwo i dokładad do tego interesu z naszych podatków. Aby bowiem
ktokolwiek wynajął taką firmę do kopania, musi ona nie tylko zrobid to samo, co koparka, ale także
nie drożej. Za swoje usługi to paostwowe przedsiębiorstwo musiałoby więc brad zapłatę nie wyższą,
niż konkurencja pracująca przy pomocy sprzętu zmechanizowanego. Raczej jednak przedsiębiorstwo
paostwowe musiałoby cenę za swoje kopanie ustalid niższą, gdyż koparki pracują szybciej.

Aby więc ta paostwowa firma, powołana nie do zarabiania pieniędzy, lecz do walki z bezrobociem,
mogła pełnid swoją misję - paostwo musiałoby ciągle do niej dopłacad. I to więcej, niż wydawało
przedtem na zasiłki dla tych, którzy teraz znaleźli tu zatrudnienie. Nie łudźmy się bowiem, że ciężkiej,
fizycznej pracy ludzie ci podjęliby się chętnie za takie same pieniądze, jak zasiłek. Teraz bowiem
dochodzą im koszty dojazdu do pracy. Muszą też odżywiad się lepiej, bo przy wytężonej pracy szybciej
traci się kalorie, niż przy leniuchowaniu. Długo można by wyliczad argumenty podważające sens tego
przedsięwzięcia. Ani ludzie, którzy dostali taką pracę, ani społeczeostwo niczego na tym nie zyskało.
Odwrotnie - ci, którzy przyczyniają się do wytwarzania wspólnego bogactwa, teraz muszą płacid
jeszcze wyższe podatki. Tyle, że nie na zasiłki dla bezrobotnych, ale na płace dla zatrudnionych w tej
paostwowej firmie, która walczy z bezrobociem, walcząc z postępem. Jej racje są takie same, jak
żyrardowskich tkaczy.

O nie! - oburzą się niektórzy. Ta paostwowa firma kopaczy chyba rzeczywiście jest bez sensu, ale
tkacze mieli rację. Przyjrzyjmy się ich racji. Ludzie woleli ciężko pracowad, niż stracid pracę, a zasiłków
wtedy nie było. Bo tylko tak daleko do przodu byli w stanie spojrzed. Dostrzegali tylko tyle, że
krwiopijca woli krosna, na których wzbogaci się szybciej, niż na ich krwawicy. I to prawda. Tylko co on
z tym bogactwem będzie robił? Z pewnością jakąś jego częśd wyda na luksusową konsumpcję -
wygodniejszy dom, lepszy samochód, kawior i szampana. Ale, im bogatszy kapitalista, tym mniejszą
częśd swoich pieniędzy jest w stanie skonsumowad. Jeśli jest on prawdziwym kapitalistą, a nie idiotą,
któremu pierwsze większe pieniądze przewróciły w głowie (u nas takich nie brakuje, ale to się
z czasem musi zmienid) - to będzie te pieniądze inwestowad, aby je pomnożyd. Będzie budował nowe
fabryki, sklepy, kupował nowe maszyny. Jednym słowem - będzie tworzył nowe miejsca pracy.

Owszem, ci którzy stracą pracę, będą się pewnie musieli nauczyd nowych umiejętności. Tkacze
musieli nauczyd się obsługiwad nowy, wydajniejszy typ krosna. Jeden człowiek przy pomocy kilku
takich maszyn wyprodukował jednak o wiele więcej towaru, niż przedtem bez nich. Większy przyniósł
zysk kapitaliście, ale też - więcej zarobił sam.

Kiedy oglądamy stare amerykaoskie filmy, z niedowierzaniem patrzymy, jak biedni byli tam wtedy
ludzie. Teraz USA są dla nas symbolem bogactwa. Ale ludzie i kraj doszli do niego dzięki postępowi,
a nie - walcząc z nim i zastępując koparki łopatą i ludzkim potem.

Powie ktoś - ale my przecież nie niszczymy koparek. A czym innym jest kurczowa obrona miejsc pracy
w paostwowych fabrykach? Dochód, jaki one osiągają (jeśli osiągają, bo przeważnie jest inaczej),
z powodzeniem mogłyby osiągnąd, zatrudniając o wiele mniej ludzi. A co z resztą?

Nie łudźmy się, że paostwo zwalczy bezrobocie programami, na wdrażanie których płacimy już tak
wielkie podatki. Co z tego, że organizuje się tak wiele kursów dla bezrobotnych, skoro po nich - nawet
dysponując nowymi umiejętnościami - ich absolwenci nadal nie mogą znaleźd pracy. Dlaczego tak się
dzieje? Bo miejsc pracy nie przybywa. A dlaczego nie przybywa? Bo paostwo wali do kanarka
z dwururki, zamiast wabid go prosem.

Żaden przedsiębiorca nie zbuduje nowej fabryki tylko dlatego, żeby zatrudnid w niej ludzi. On to zrobi
wtedy, gdy mu się to będzie opłacad. Czyli, jak mu paostwo zdejmie z gardła łapę fiskusa, która się na
nim zaciska.

W socjalizmie było tak, że jeśli „prywaciarz” opłacił się, komu należało i pozwolono mu prowadzid
interes, to cokolwiek produkował - ze zbytem nie miał kłopotu. Teraz, po otwarciu granic, nareszcie
mamy pełne sklepy, nareszcie klient może wybierad. Nie musi przychodzid do mięsnego z paczką
kawy dla ekspedientki, aby ta odłożyła pod ladę kawałek szynki. To wspaniale i tak byd powinno, że
im łatwiej jest konsumentom, tym trudniej producentom.

Podjęcie nowego rodzaju produkcji, czyli kupienie nowych maszyn, czy wręcz otwarcie nowego
przedsiębiorstwa, wiąże się już z podjęciem sporego ryzyka.

Przedsiębiorca podejmuje to ryzyko sam, wkłada w nie swoje własne pieniądze lub kredyt, który sam
będzie musiał spłacad. Jak przedsięwzięcie okaże się fiaskiem - bank zajmie jego majątek. Jeśli jednak
wypali - ten sukces będzie miał dwóch ojców. Prawie połowę zysków (40%) trzeba będzie oddad
paostwu! Czy można się dziwid, że ci nasi domorośli kapitaliści zachowują się tak niekapitalistycznie?
Że pieniądze, jakie zarobili w pierwszych latach naszego, rodzącego się kapitalizmu wydają na
mercedesy, wycieczki zagraniczne i rażącą innych, rozbuchaną konsumpcję - zamiast je inwestowad
w nowe, przynoszące pożytek całemu społeczeostwu, przedsiębiorstwa? Paostwo każe im wiele
ryzykowad po to, aby - w razie sukcesu - nazbyt wiele odebrad.

A ludzie są ludźmi Jeśli człowiekowi, zatrudnionemu u kogoś, fiskus zabiera aż 45% dochodów
osobistych, to on woli nierzadko pracowad mniej, aby tego progu nie przekroczyd. Przedsiębiorca
gnębiony wysokimi podatkami, zadowoli się tym, co już ma, zamiast pomnażad dorobek swój
i społeczeostwa. A kanarek harcu je po dachu.
Po pierwsze: nie szkodzić

Gdy sprawy układają się tak źle, że sięgają dna, wówczas zaczynają się polepszad.
Anna Werner

Lekarze mówią: primum - non nocere - po pierwsze nie szkodzid. Zasada ta obowiązuje nie tylko
w medycynie, ale także w gospodarce. Jeśli paostwo nie jest pewne, że może pomóc, niech ograniczy
się do tego, aby nie szkodzid. Niech więc nie leczy bezrobocia. Musi przestad szkodzid, gdyż
gospodarka zlikwidowałaby je sama.

Starałem się już pokazad, jak ważne są wszelkie zakłócenia w obiegu pieniądza w gospodarce. Wiele
z nich bowiem odbija się kryzysem, a ten bezrobociem. Paostwo więc, jeśli potrafi, czyli dysponuje
szybką i rzetelną informacją - niech pilnuje, aby tętno gospodarki biło właściwie. Jeśli jednak te
informacje są nieprawidłowe, albo nawet tylko spóźnione, lepiej żeby paostwo pozwoliło gospodarce
wyleczyd się samej. Ona to naprawdę potrafi.

Czasem aż trudno nam uwierzyd, że wychodzenie gospodarki z dołka wcale nie wymaga od obywateli
nadmiernego zaciskania pasa i rezygnowania z konsumpcji, jeśli nie jest ona niezbędna do życia.
Niczego - dla dobra kraju - nie należy się wyrzekad nazbyt gorliwie. Tętno bije bowiem normalnie
wtedy, gdy zachowana jest równowaga między konsumpcją a inwestycjami. Przechył w którąkolwiek
ze stron powoduje perturbacje.

Wyobraźmy sobie, że ludzie rezygnują z przyjemności (np. z automatycznej zmywarki do naczyo,


video, jeszcze jednego garnituru itp.), aby więcej oszczędzad. Oczywiście nie odkładają pieniędzy do
bieliźniarki, aby nie ugrzęzły w bagnie popytu, a jeśli o takim bagnie nie słyszeli, to ze strachu przed
złodziejami. W każdym razie zaoszczędzone pieniądze niosą do banku. Stąd pożyczają je
przedsiębiorcy, aby unowocześniad swoje już istniejące firmy, albo też uruchamiad nowe.

I co się dzieje? Otóż równowaga między konsumpcją a inwestycjami zaczyna się chwiad. Na rynku
przybywa towarów, ale ubyło chętnych, bo ludzie pozanosili pieniądze do banku i kupują tylko to, co
niezbędne. Powstaje wrażenie, że towarów jest za dużo. Teraz mogą zacząd spadad ich ceny.

Zatrzymajmy się w tym momencie, żeby zastanowid się czy to źle, czy dobrze? Sami sobie Paostwo
odpowiedzcie na to pytanie, już tyle wiecie o gospodarce.

Co się będzie działo, jeśli paostwo nie zacznie się do tego procesu wtrącad? Ceny spadną, więc
przedsiębiorcy - mimo, że kredyty są tanie, bo ludzie ostro oszczędzają - przestaną inwestowad, gdyż
uruchamianie nowych przedsiębiorstw przestało byd opłacalne, skoro tak trudno sprzedad
wytwarzane przez nie towary. Firmy już istniejące stają się coraz mniej rentowne, te najsłabsze,
niewykluczone, że padną. Towarów zacznie na rynku ubywad, a więc - po jakimś czasie - znów pewnie
zdrożeją. Gospodarka wyleczy się sama, chociaż jakiś czas będzie chorowad. Przejściowo jakaś liczba
ludzi może stracid pracę.

Im większa wolnośd gospodarcza, tym mniej więzów krępuje nie tylko ludzkie ręce, ale i wyobraźnię.
Dlaczego w sklepach socjalistycznych wzrok można było zatrzymad co najwyżej na ładnej
ekspedientce, a w gospodarce kapitalizmu oferta towarowa kusi i rwie oczy? Bo w socjalizmie
wolnośd gospodarcza jest silnie ograniczona, a w kapitalizmie - nie. W socjalizmie kraj się rozwija, jak
rośnie wydobycie węgla, przybywa hut i coraz większej degradacji ulega środowisko naturalnie, a w
kapitalizmie - jeśli ludziom żyje się coraz lepiej i wygodniej. Jeśli bowiem zbyt wielu rzeczy sobie
odmówią, aby zanieśd pieniądze do banku - w kraju zacznie się kryzys. Przedsiębiorcy i ekonomiści
świetnie zdają sobie z tego sprawę. Dlatego tak wiele środków przeznaczają na badania, na rozwój
nauki. Ale ta nauka nie jest, tak jak u nas, zamknięta na uczelniach, a docenci pracują tylko po to, aby
zostad profesorami. W gospodarce rynkowej naukowcy pracują z myślą o ludziach. Wymyślają ciągle
nowe rzeczy, żeby ludzi kusid: nie idź do banku, wejdź do sklepu. Spójrz na ten telewizor kolorowy.
Jest inny, niż ten, który masz w domu. Lepszy, nowocześniejszy, twój sąsiad już taki ma. Zobacz, twoja
sukienka jest już niemodna, kup nową. Ludzie kupują nie dlatego, że coś im się zepsuło, podarło, nie
nadaje się do użycia. Ale dlatego, że w sklepie pojawiła się nowa generacja, lepszy model, a więc
rzeczy modniejsze, atrakcyjniejsze, bardziej ułatwiające życie. Tam zwyczajnie nie jest do pomyślenia,
aby jeden, ciągle ten sam wyrób samochodopodobny produkowad przez dwierd wieku! Taki
producent już dawno by padł, gdyż ludzie kupowaliby lepsze auta u konkurencji. W gospodarce
rynkowej obowiązuje bowiem konkurencja, w socjalizmie - monopol.

Paostwa zachodnie, jeśli ich rządy chcą wtrącid się do gospodarki i nie dopuścid do bezrobocia, gdy
ludzie zbyt chętnie zaczynają oszczędzad - udają, że chcą pomóc innym, podczas, gdy tak naprawdę
pomagają sobie. Aby więc nie dopuścid, by ceny towarów konsumpcyjnych spadały, co grozi utratą
rentowności - rząd „zdejmuje” z rynku nadwyżkę towarów i przeznacza ją na przykład na pomoc dla
jakiegoś biednego kraju.

Sama gospodarka broni się przed takim kryzysem na przykład wzrostem płac, albo - skracaniem czasu
pracy. I kusi, kusi ludzi, żeby dogadzali sobie coraz bardziej i wydawali więcej pieniędzy na
konsumpcję. Również banki, gdy maleje popyt na kredyty, zaczynają zniechęcad ciułaczy do
oszczędzania, zmniejszając stopy oprocentowania: tanieją kredyty i to samo dzieje się
z oszczędnościami.

Socjalistyczni działacze partyjni, którzy w nagrodę, za paostwowe pieniądze jeździli po świecie,


wracając opowiadali, że ten wstrętny kapitalizm pogrąża się w kryzysie. A ci, mniej subordynowani,
dodawali - ale jak pięknie to robi!

Wiemy już, czym grozi odmawianie sobie nazbyt wielu rzeczy, aby tylko oszczędzad. Teraz przerobimy
wariant odwrotny - gdy konsumpcja rośnie nadmiernie, a ludzie nie chcą oszczędzad.

Popyt na towary konsumpcyjne szybko wzrasta, rośnie więc też rentownośd przedsiębiorstw i ich
ochota do inwestowania.

Mogą ją jednak nieco studzid wysokie odsetki, gdy bankom brakuje lokat. Brak oszczędności będzie
więc z jednej strony hamowad inwestycje, ale wzrost stóp procentowych znów zachęci ludzi do
oszczędzania, studząc ich ochotę do wydawania pieniędzy w sklepach. Gospodarka wyleczy się sama,
jeśli tylko - tak jak lekarz tętna - będzie mogła słuchad, płynących z rynku sygnałów. Te sygnały mogą
jednak byd zagłuszane przez zbyt wysokie podatki. Podatki te zniechęcają do podejmowania inicjatyw
gospodarczych, a w konsekwencji - do zwiększania podaży. A, jak już wiemy, mała podaż, to duże
bezrobocie. Rząd, deklarując walkę z nim, w rzeczywistości tylko potęguje to zjawisko tak
niekorzystne dla gospodarki, a tragiczne dla dotkniętych nim rodzin. Ponieważ zlekceważył
podstawową zasadę - po pierwsze: nie szkodzid.
Na smyczy do dobrobytu

Warunkiem istnienia demokratycznego paostwa jest wolnośd.


Arystoteles

Co to jest wolnośd? Na pewno nie jest wolny ktoś, kogo zamknęli w więzieniu. Czy to jednak znaczy,
że ludzie, którzy w więzieniach nie przebywają, są naprawdę wolni? Dlaczego teraz mówimy, że
żyjemy w wolnej Polsce, a nie mieliśmy takiego poczucia w socjalizmie? Przecież teraz też, podobnie
jak wtedy, sądy osadzają przestępców w zakładach przymusowego odosobnienia. Zaś statystyki wręcz
mówią, że liczba przestępców niepokojąco wzrasta.

Żeby odebrad człowiekowi wolnośd, niekoniecznie trzeba go osadzad w celi z zakratowanym oknem.
Wolnośd bowiem, to nie tylko prawo swobodnego pokonywania przestrzeni, to - przede wszystkim -
swoboda podejmowania decyzji, dotyczących własnego losu. Za komuny takiej swobody nie
mieliśmy.

Nie chodzi tylko o to, że więzieniem karano tych, którzy ośmielali się publicznie wyrazid wątpliwości,
czy aby socjalizm jest ustrojem najlepszym dla ludzi. Zakazanych - albo nakazanych - było wiele
innych rzeczy. Absolwenci wielu kierunków studiów musieli zacząd pracę nie tam, gdzie widzieli dla
siebie najlepsze perspektywy rozwoju, ale tam, dokąd wystawiono im nakaz pracy. Ktoś, kto nie
urodził się w Warszawie, nie miał prawa podjąd w niej pracy - nawet, jeśli znalazł chętnego
pracodawcę - ponieważ nie wolno mu się było w stolicy zameldowad. Ludzie żenili się niekoniecznie
z miłości i nawet nie dla pieniędzy, ale dla uzyskania meldunku.

Nie wolno też było mied za dużo. Dopuszczalną granicą bogactwa był mały sklepik lub warsztat
rzemieślniczy. Dom towarowy (lub, nie daj Boże, cała ich sied), czy fabryka? Skądże. Właścicielem
„środków produkcji”, zgodnie z teorią Marksa, mogło byd tylko paostwo. Konsekwencją był więc
także zakaz legalnego bogacenia się. Ponieważ jednak naturalnym dążeniem każdego człowieka jest
dążenie do dobrobytu - ludzie usiłowali go osiągad wbrew paostwu, co było karane nader surowo: za
nadużycia gospodarcze, czego przykładem jest słynna afera mięsna, jak nigdzie w cywilizowanym
świecie, karano nawet wyrokiem śmierci.

Nie siedząc więc za kratami, ludzie byli praktycznie niewolnikami paostwa, a w najlepszym razie -
obywatelami ubezwłasnowolnionymi. To nie oni sami, ale groźne i „wszechwładne” paostwo
podejmowało za nich istotne decyzje: gdzie mają pracowad, kiedy zostanie im przydzielone
mieszkanie, czy dziecko dostanie się do przedszkola, a nawet - ile kilogramów mięsa, czy cukru wolno
im zjeśd w ciągu miesiąca. To paostwo podzieliło swoich niewolników na kilka kategorii. Najmniej
cenna była dla niego inteligencja (jako klasa, która niczego nie produkuje). Tym darmozjadom
należało się więc zaledwie dwa i pół kilograma mięsa (z kością) miesięcznie. Klasa robotnicza
dostawała kartkę na cztery, a jej czołowi przedstawiciele nawet na 6 kg mięsa z kością. Ale mydło -
nie wiedzied czemu - dzielono na talony po równo.

Byli też „równiejsi”. W wolnym społeczeostwie więcej pieniędzy może zarobid człowiek zdolniejszy,
bardziej pracowity, albo też taki, którego przodkowie odznaczali się tymi cechami i dzięki temu
zgromadzili kapitał, z którego on teraz korzysta. W społeczeostwie niewolnym o tym, kto będzie
„równiejszy” decyduje władza - wszechwładne paostwo.

Do grona „równiejszych” można było awansowad, zapisując się do partii. To była droga jakby
oficjalna. Ale były też kanały „podziemne”, z których jednak ogół obywateli doskonale zdawał sobie
sprawę. Kelnerem, szatniarzem w ekskluzywnej restauracji, ekspedientką w sklepie mięsnym, czy
ajentem na stacji benzynowej nie zostawał byle kto. Chod bowiem oficjalnie zarobki, jak wszędzie,
były tu mizerne, ludzie ci stanowili elitę finansową PRL-u. Żeby kupid kawałek szynki - nie wystarczyło
mied kartkę i pieniądze. Trzeba było jeszcze zdobyd względy pani ekspedientki. Jeszcze drożej
kosztowały względy ajenta stacji benzynowej. Benzyny na kartki wystarczyło na kilka dni w miesiącu,
jeśli ktoś chciał lub musiał jeździd więcej - trzeba było sowicie opłacid ajenta. Było też sporo takich,
którzy jednego zdezelowanego „malucha” ubezpieczali po kilka razy. Po co wyrzucali pieniądze? Bo
na poświadczenie z PZU wydawano talony na paliwo. Jak się miało dwa poświadczenia z PZU, to była
szansa na podwójną ilośd benzyny.

Czy paostwo nie wiedziało o tych patologiach? Wiedziało doskonale. Ekspedientką w sklepie mięsnym
zostawała więc żona milicjanta albo tajnego współpracownika MSW. Ajentem - bodajże sam tajny
współpracownik. Paostwo samo nie opłacało ich lojalności wobec władzy, pozwalało by opłacali ją
zwykli obywatele.

To była machina skonstruowana bardzo precyzyjnie. PRL to nie była tylko władza -3 miliony członków
PZPR, trybików - bezpartyjnych, składających się na ten mechanizm było dużo więcej. Jak łatwo
zapominamy, w jakim kraju naprawdę żyliśmy.

A przecież nie piszę o polityce, cały czas zajmuję się tylko gospodarką. Gospodarka socjalistyczna była
taka, a nie inna, ponieważ ludziom odebrano wolnośd.

Tylko człowiek wolny jest w stanie rozwinąd swoje zdolności. Wśród niewolników nie wyrastają
geniusze. Najlepszym tego przykładem są Niemcy. Po wojnie ich kraj podzielono na dwie części. Obie
były jednakowo zniszczone i biedne, obie zamieszkiwał ten sam naród. RFN była jednak wolnym
krajem i wkrótce od zniewolonej NRD różniła się tak, jak marka zachodnia od wschodniej. Jak
mercedes i bmw od trabanta i wartburga. Czy sprawił to mur berlioski? Sprawiło to prawo, które po
jednej jego stronie konstruowali ludzie wolni, a po drugiej - zniewoleni. Z RFN nikt nie przeprawiał się
do NRD, aby wybrad wolnośd. To „dobrzy Niemcy” (jak ich wtedy nazywaliśmy) z bronią gotową do
strzału i psami, znanymi z filmów wojennych, kontrolowali siedzenia w pociągach, jadących na
Zachód, czy aby jakiś obywatel RWPG nie chce się nielegalnie przemycid do zgniłego kapitalizmu.

Model NRD już przerabialiśmy. Teraz usiłujemy budowad kraj i gospodarkę bardziej zbliżoną do tej,
jakiej dorobiły się społeczeostwa zachodnie. Cały czas musimy jednak pamiętad, że tym szybciej
dojdziemy do dobrobytu, im bardziej będziemy wolni. Każda decyzja dotycząca spraw istotnych dla
nas i naszej rodziny - musi należed do nas, nie może byd nam narzucona przez paostwo, czyli
anonimowych urzędników. W całej historii ludzkości genialne wynalazki powstawały nie wtedy, kiedy
komuś coś nakazano, ale gdy ich autorzy czuli się wolni. To nie przypadek, że geniusz wszechczasów
Leonardo da Vinci pojawił się w epoce Odrodzenia, a nie wcześniej, w Średniowieczu, gdy sied
zakazów krępujących ludzi była wyjątkowo gęsta. Aby bowiem mogli pojawid się wielcy ludzie - nie
wystarczy, że urodzą się geniusze. Musi byd jeszcze społeczny klimat przyzwolenia dla wszystkiego, co
wystaje ponad przeciętnośd, różni się od niej.
Stosując przymus, rząd (nie ma znaczenia, w jakiej epoce), wprowadza standardy, nie będąc w stanie
rozwijad odmienności i różnorodności indywidualnego działania. Prowadzi to do stagnacji, zamiast
postępu, zamiast różnorodności.

Dla człowieka wolnego najważniejszy jest... człowiek. Paostwo traktuje on więc jako zbiór
indywidualnych jednostek, a nie „coś”, co jest ponad nimi. Jednakże w praktyce to „coś” nazywa się
paostwem i jest reprezentowane przez rząd.

Po co nam paostwo, ograniczające naszą wolnośd? Bo ktoś musi pilnowad, aby to, co jest wolnością
jednego człowieka, nie przeradzało się w krzywdę innego. Wolnośd bowiem nie oznacza wcale
dowolności. Nie oznacza, że człowiekowi wolnemu - wolno absolutnie wszystko.

Czy Kowalski będzie mniej wolny, jeśli zabroni mu się bid własną żonę? Może i będzie miał takie
poczucie, jednak jego wolnośd nie może oznaczad niewoli dla innej osoby.

Czy jest ograniczeniem wolności, że zabrania się ludziom kraśd, mordowad, handlowad narkotykami?
Można tak uważad, ale to „ograniczenie” jest jednocześnie obroną wolności innych.

Czy można zabronid przedsiębiorcy wybudowad fabrykę i wytwarzad w niej przedmioty, które inni
ludzie kupią, gdyż uznają, że są im potrzebne? W żadnym razie nie można, ale... Otóż to, może byd
pewne „ale”. Jeśli np. ta fabryka nadmiernie niszczy środowisko, np. zatruwa powietrze, którym
oddychają inni i naraża na szwank ich zdrowie. Brutalnie ogranicza więc wolnośd innych ludzi,
odbierając należne im prawo do czystego powietrza. Wtedy rolą paostwa jest odebrad częśd wolności
fabrykantowi, aby on nie czynił szkody innym.

Jeśli jakiś wolny kraj zechce napaśd na inny wolny kraj, to nie tylko rząd kraju poszkodowanego, ale
też organizacje międzynarodowe mają obowiązek powściągnąd dążenie napastnika, chodby uważał
on, że jest to ingerencja w wolnośd obywateli.

Jednym słowem: wolnośd każdego człowieka, grupy ludzi, czy kraju winna kooczyd się tam, gdzie
może zacząd się krzywda innego człowieka, grupy ludzi, czy kraju. I to właśnie paostwo musi
pilnowad, aby jego obywatele nie nadużywali własnego prawa do wolności. Ponieważ przymusowi
człowieka wobec człowieka można skutecznie zapobiec wyłącznie groźbą przymusu władzy.

I to jest pierwszy, wielki paradoks: przymus władzy hamuje wolnośd, ale bez tego przymusu nie
można zapewnid większości ludzi rzeczywistej wolności. Mądre paostwo, mądry rząd, to jest taki,
który ingeruje naprawdę tylko wtedy, gdy te granice między wolnością jednych, a krzywdą innych,
zostają przekroczone. A najlepszy - gdy ludzie świadomi obecności paostwa, tych granic sami nie
przekraczają. Gdy paostwo minimalizuje przymus do sytuacji absolutnie koniecznych.

Rząd kiepski natomiast sprawia, że obywatele zaczynają boleśnie odczuwad paradoks drugi: paostwo,
którego podstawowym celem jest ochrona ich wolności, staje się również największym dla niej
zagrożeniem. Zamiast powstrzymywad jednych, aby nie czynili krzywdy innym, samo im tę krzywdę
wyrządza.

Uczciwi, pracowici obywatele godzą się na istnienie paostwa, bo wiedzą, że ono obroni ich przed
złodziejami, którzy zechcą im owoce ich pracy odebrad. Jakże gorzko się rozczarowują, gdy paostwo
okazuje się złodziejem największym, z tą tylko różnicą, że rabusie zabierają dla siebie, a paostwo
mówi, że zabiera dla innych, poszkodowanych przez los. Ale to zabieranie jednym i dawanie innym
kosztuje tak wiele, że ograbiony czuje wprawdzie boleśnie ile mu odjęto, ale ten, na którego rzecz to
uczyniono, jakoś poprawy nie dostrzega.

Nie łudźmy się, że jeśli będziemy patrzyli urzędnikom uważnie na ręce, to sama czynnośd zabierania
jednym a dawania drugim, będzie kosztowad mniej. Stany Zjednoczone są naprawdę krajem
rządzonym nie najgorzej. A ostatnio okazało się, że z każdego dolara, jakiego zabierano podatnikom
na pomoc dla Indian w rezerwatach, dostawali oni... zaledwie 20 centów. Resztę pożerała
biurokracja.

Każdy rząd i obywatele każdego kraju powinni pamiętad o dwóch rzeczach: 1) że zdolnośd czynienia
dobra, jaką posiada rząd, jest jednocześnie zdolnością czynienia zła; 2) że koszty tego są tak wielkie, iż
ból jednych jest ogromny, a poprawa u innych - nieodczuwalna.

Przysłowie mówi, że „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. Rządy zdają się go nie znad. Jako
wystarczające - ich zdaniem - usprawiedliwienie złodziejskich poczynao, podają chęd ulżenia doli
pokrzywdzonych. Na skutek ich działao rzesze tych, którym dzieje się krzywda - rosną, zaś grono
zadowolonych - maleje.

Tylko anarchiści i... Lenin uważają, że paostwo jest niepotrzebne (Lenin pisał, że na najwyższym
etapie rozwoju komunizmu paostwo zniknie, dał jednak zaczątki paostwa, które pozbawiło obywateli
wolności całkowicie). Ogół obywateli uznaje, że jest ono potrzebne, bo musi ich chronid. Musi też
chronid ich wolnośd.

Spróbujmy się teraz zastanowid, czy - pamiętając, o czym mówiliśmy poprzednio - od kilku lat, żyjąc
w nowo odzyskanej Rzeczpospolitej, możemy naprawdę cieszyd się wolnością? Czy nasze paostwo
naprawdę stało się jej gwarantem?

Tak, mamy wolnośd polityczną. Każdy, kto chce, może założyd partię i każdy może do niej wstąpid. Nie
ma przymusu uznawania, że socjalizm jest cacy, a kapitalizm be i że krajem największej szczęśliwości
jest ZSRR.

Ale wolnośd polityczna - chod tak bardzo ważna - to jeszcze za mało, aby móc cieszyd się dobrobytem.
Do tego bowiem potrzebna jest wolnośd gospodarcza. A w tej kwestii nasze paostwo swoich
obywateli ciągle trzyma na smyczy. Owszem, ta smycz jest o wiele dłuższa, niż za socjalizmu.
Niektórym może się nawet wydawad, że w ogóle jej nie ma. Wystarczy jednak wybiec za daleko, aby
poczud ostre szarpnięcie do tyłu.

W socjalizmie właścicielem tzw. środków produkcji było paostwo. Obywatelom pozwalano mied
niewiele: rolnik nie miał prawa mied więcej, jak 50 hektarów, „prywaciarzowi” nie pozwalano
zatrudniad zbyt wielu pracowników. Domy, które rodziny budowały za ciężko zarobione pieniądze,
nie mogły mied większej powierzchni, niż pozwalały przepisy. Obywatelowi nie wolno „było byd
bogatym” - socjalizm takiego „wybryku natury” nie przewidywał.

Teraz wolno budowad fabryki i zatrudniad w nich tylu pracowników, ilu właściciel uzna za stosowne.
Wolno zarabiad, wolno mied, wolno się bogacid. Własnośd nie jest już zmonopolizowana przez
paostwo. Paostwo zezwoliło na zaistnienie własności prywatnej. Na tym jednak jego rola nie może się
kooczyd. Ono musi ją także chronid.
W paostwie, dokonującym transformacji od socjalizmu do kapitalizmu, warunkiem wstępnym staje
się reprywatyzacja, czyli oddanie dóbr ich prawowitym właścicielom lub ich prawnym
spadkobiercom.

Inna przesłanką wolności, którą paostwo powinno chronid, jest wolny rynek. To wolny rynek
gwarantuje konsumentowi uniknięcie przymusu ze strony dostawcy, ponieważ istnieją inni, do
których może się on zwrócid. Podobnie producent - nie musi swego towaru sprzedawad tylko temu,
kogo wskazał mu centralny planista, lecz może wybierad spośród wielu potencjalnych odbiorców. I
wreszcie pracownik unika przymusu ze strony pracodawcy, zaś ten ze strony pracownika. Nie są oni
bowiem wzajemnie na siebie skazani, lecz mają wolny wybór. Takie ochronne mechanizmy rynek
wytwarza sam, bez udziału rządu. To rynek koordynuje działalnośd gospodarczą milionów ludzi, bez
stosowania narzędzi przymusu, którymi posługuje się paostwo. A właśnie ta koordynacja działao
milionów ludzi jest podstawowym problemem nowoczesnych, wysoko wyspecjalizowanych
społeczeostw. Możliwośd koordynacji poprzez dobrowolną współpracę ludzi opiera się na
podstawowej, chod często negowanej prawdzie, że obie strony transakcji odnoszą z niej korzyśd. Ta
korzyśd jest do osiągnięcia tylko wtedy, gdy transakcje będą przeprowadzane świadomie
i dobrowolnie. Warunkiem koniecznym jest niedopuszczenie przez paostwo do przymusu fizycznego
oraz zapewnienie wywiązywania się obu stron z dobrowolnych kontraktów.

Wszelkie życie w grupie możliwe jest tylko wtedy, gdy wszyscy jej członkowie przestrzegają pewnych
zasad, które w początkowych stadiach rozwoju występują w formie nie uświadamianych zwyczajów,
zaś potem - w miarę rozwoju - stają się uświadamianymi, wyraźnymi regułami prawa. Powstanie
rynku, podobnie jak pieniądza, języka, mechanizmu cenowego, nie było świadomie zamierzone, ani
nie zostało wymyślone przez ludzki umysł. Ewolucyjny proces prób i błędów, którego wynikiem są
zasady moralne i reguły prawa, sprawia, że reguły te zawierają doświadczenia kolejnych pokoleo
i dzięki temu umożliwiają przestrzegającym je ludziom optymalne dostosowanie się do całego
społeczeostwa. Złe prawo kasuje optymalizm, wprowadzając zakłócenia współżycia społecznego
i doprowadzając do konfliktów. Takie prawo gospodarce nie służy, ale ją rujnuje, dobre prawo ją
buduje.

Widzimy więc, że fundamentem każdego, właściwie rządzonego paostwa, jest dobre prawo. Czy
możemy powiedzied, że III Rzeczpospolita już zbudowała taki mocny fundament? Nie możemy.

Prawo - a najlepszym tego przykładem są corocznie zmieniane ustawy podatkowe - jest złe, ale jego
twórcy nie ponoszą z tego powodu żadnych konsekwencji. Trudno się więc dziwid, że nie mają
motywacji, aby swoją robotę wykonywad bardziej rzetelnie. Prawo złe i nieustannie zmieniane - nie
może stanowid mocnego fundamentu dla całej gospodarki. Jest, jak ruchome piaski - dzisiaj coś na
nich zbudujesz, a jutro ziemia usunie ci się spod nóg. Jeśli więc ciągle nie dopracowaliśmy się
stabilnego zbioru zasad, normujących nasze życie gospodarcze, to tak, jakbyśmy nie mieli
drogowskazu, pokazującego, w którą stronę należy podążad. Bałagan nie oznacza wolności, wręcz
odwrotnie - stanowi dla niej poważne zagrożenie.

Prawo - jakiekolwiek ono jest - musi byd przestrzegane. Paostwo jest od tego, aby to egzekwowad.
Czy rządy III Rzeczpospolitej wywiązują się z tej roli? Nie.

Najpierw zwyczaje gromad pierwotnych, a potem prawo każdego cywilizowanego kraju wyraźnie
mówi, że obowiązkiem obu stron jest dotrzymywanie dobrowolnie zawartych kontraktów. Sam
kontrakt - jest przejawem wolności obu stron. Pilnowanie, aby jego warunki zostały dochowane -
troską, aby nikt nie nadużył własnej wolności na niekorzyśd drugiej strony.

Jeśli wziąłeś ode mnie towar - musisz zapłacid w określonym przez umowę terminie. Jeśli pożyczyłeś
pieniądze - musisz je oddad. Tak jest wszędzie, ale nie u nas. Wszędzie paostwo broni
poszkodowanego, czyli - wierzyciela. U nas - dłużnicy bezkarnie żerują na wierzycielach. A że
dłużnikami często są wielkie przedsiębiorstwa paostwowe, więc rząd jeszcze je w tej bezkarności
utwierdza. Nadużywają one swojej wolności, bo paostwo nie chroni wolności ich wierzycieli.
Wierzyciele padają, dłużnicy bezkarnie wysysają następnych.

Paostwo - chod do tego powołane - nie chroni wolności jednych obywateli przed przemocą innych. W
dodatku samo także coraz chętniej używa przemocy wobec obywateli, których wolnośd gospodarczą
powinno chronid.

W 1989 r. uchwalono ustawę o działalności gospodarczej i już mogło się wydawad, że jesteśmy wolni.
Ale wkrótce okazało się, że to tylko długa smycz, którą od tamtej pory zaczęto skracad, wprowadzając
różnego rodzaju koncesje, kontyngenty, cła i coraz bardziej zwiększając podatki. Nasz wolny rynek
pętano coraz to nowymi więzami, niszcząc wolnośd i - co za tym idzie - efektywnośd gospodarczą.
Paostwo wytężyło wielkie siły, aby przeciwstawid się sile wolnego rynku. Skutkiem funkcjonowania
wolnego rynku jest m.in. alokacja kapitału, czyli jego przepływ z przedsiębiorstw nieefektywnych do
wydajnych. Cherlawe, dzięki temu procesowi padają, zaś zdrowe rozwijają się coraz szybciej, ciągnąc
do przodu całą gospodarkę i prowadząc kraj do dobrobytu.

Nasz rząd, ingerując brutalnie w wolny rynek, ten proces hamuje. Wegetują ci, którzy powinni paśd.
Nie mogą rozwijad się ci, którzy wypracowali środki na rozwój, albowiem paostwo - ten superzłodziej
- im te pieniądze odebrało. Odbierając jednocześnie swoim obywatelom szansę na dojście do
dobrobytu.

Wolny człowiek wytęża wszelkie swoje zdolności i poświęca wiele swego czasu, aby zapewnid coraz
lepszy byt sobie i swojej rodzinie. W kraju, którego obywatele cieszą się wolnością, lepiej żyje całe
społeczeostwo. Nigdy natomiast nie będzie dobrobytu tam, gdzie rządy uzurpują sobie prawo do
reglamentowania wolności. Ograniczają ją jednym obywatelom, aby dołożyd innym, najczęściej
w imię sprawiedliwości społecznej. Trzymają obywateli na smyczy, a jeśli - mimo to - niektórym z nich
uda się coś upolowad, odbierają większą częśd łupu dla tych, którzy na tej smyczy polowad nie chcą
albo nie mogą. Tymczasem wolności nie mierzy się długością smyczy. Wolnośd i dobrobyt jest tylko
tam, gdzie smyczy nie ma w ogóle. Nawet, jeśli niektórzy uznają za niesprawiedliwe to, że jedni
obywatele do tego dobrobytu pobiegną szybciej, a inni wolniej. Równanie do najsłabszego jest zasadą
szlachetną, ale tylko w harcerstwie. W gospodarce i w życiu tempo narzucają najsilniejsi, natomiast
ostatnich gryzą psy.
EPILOG
Inne jutro

Jesteśmy świadkami wielkiego zapotrzebowania na wolnośd, jedną z największych sił


napędowych historii ludzkości.
Jan Paweł II

Po kuracji odchudzającej

Marzenia stają się rzeczywistością, gdy żądza bogactwa przekształca się w konkretne
działanie.
Thomas Jefferson

Kraj, który sobie wspólnie za chwilę wyobrazimy, nie musi byd utopią, obecną tylko w naszych
marzeniach. Taki może byd nasz kraj. Już nikt z zewnątrz nie narzuca nam władzy. Ludzi, którzy będą
nami rządzid i urządzad Polskę - wybieramy sami. Swoje głosy możemy więc oddad na tych, którzy
wiedzą, w jaki sposób najszybciej doprowadzid nas do dobrobytu. Nie skoncentrują swych wysiłków
na tym, aby biedą dzielid po równo, ale żeby każdemu umożliwid bogacenie się. Od jego zdolności
i pracowitości zależed będzie, jak tę szansę wykorzysta.

Dożyliśmy dnia, w którym tak się właśnie stało. Od dziś na naszych granicach nie obowiązują żadne
cła. Każdy importer może szukad na światowych rynkach i kupowad towary w krajach, gdzie
produkuje się je najlepiej i najtaniej. Żaden celnik nie ukarze go za to cłem ani podatkiem granicznym.
Zniesiono też wszelkie kontyngenty i wszelkie inne bariery, ograniczające swobodną wymianę
zagraniczną. Nikt już nie prowadzi kontroli jakości wywożonego z Polski towaru, bo to jest tylko
sprawa sprzedającego i kupującego.

Konsumenci zacierają ręce, że rodzimi rolnicy za chwilę spuszczą z ceny, albo też do kraju napłynie
taosza żywnośd z zagranicy. Tylko konkurencja jest w stanie zmusid producentów rolnych do
zwiększenia efektywności.

Wewnątrz kraju zniesiono wszystkie podatki, z wyjątkiem VAT. Ludzie nie wypełniają żadnych PIT-ów,
bo - bez względu na to, jak dużo zarobią - nikt ich za pracowitośd nie ukarze podatkiem od dochodów
osobistych. Dobrych przedsiębiorstw także już nie karci się podatkiem dochodowym; mogą swoje
zyski przeznaczyd na rozwój. Ceny puszczono luzem, paostwo przestało je kontrolowad, zrezygnowało
z ustanawiania cen urzędowych i regulowanych. Naprawdę wolne stały się także kursy walut.
Interwencja paostwa sprowadza się już tylko do łagodzenia wahnięd, bez ambicji urzędowego
poganiania lub zwalniania tempa dewaluacji złotówki.

Bankom komercyjnym nie wolno kreowad pieniędzy sprzedawanych klientom. Paostwo czuwa, aby
pieniędzy było w sam raz - ani za dużo, ani za mało.
Mimo protestów związków zawodowych - wydłużono tydzieo pracy. Za chwilę okaże się w praktyce,
czy teoria mówiąca, że to podaż dyktuje popyt (a nie odwrotnie - jak upierali się związkowcy) jest
prawdziwa. Czy też w soboty, które już przestały byd wolne, ludzie będą przychodzid do pracy, której
rezultaty nie znajdą nabywcy.

Ale nie tylko wydłużony tydzieo pracy nie podoba się robotnikom i związkowcom. Nowa władza
naraziła im się także ograniczeniami prawa do zasiłku dla bezrobotnych. Doszła bowiem do wniosku,
że trzeba brad pod uwagę nie tylko to, że ponad dwa miliony osób nie znajduje zatrudnienia, ale i to,
że wielka rzesza pracodawców bezskutecznie poszukuje ludzi do roboty. W wielkich miastach
rejonowe urzędy pracy coraz częściej wydają zezwolenia na zatrudnianie obcokrajowców, ponieważ
rodacy nie reagują na oferty. Coraz więcej firm budowlanych zatrudnia Rosjan, czy Białorusinów, bo
np. w Warszawie chętnych do takiej roboty nie uświadczysz.

Na wszelki jednak wypadek - pomyślała nowa władza - gdyby tak głębokie reformy spowodowały, że
częśd rolników zechce ze wsi odejśd, trzeba im to odejście trochę ułatwid. Pracy, jak wiemy, tak
naprawdę w wielkich ośrodkach nie brakuje. Brakuje natomiast mieszkao. A jednocześnie wokół tych
samych miast, np. w Rembertowie, stoją bezużytecznie koszary po armii radzieckiej. Jeśli się
zagospodaruje wszelkiego typu rezerwy, okaże się, że znów może powstad wielka sied czegoś na
kształt hoteli robotniczych. Zdecydowano się nawet na przekwaterowanie polskich jednostek
z podstołecznej Wesołej, znakomicie zwiększając liczbę wolnych mieszkao.

Wszystkie te działania, chod żadna z ekip poprzednich się na nie nie zdobyła, były pestką
w porównaniu do reformy sfery budżetowej. Kluczem do niej stało się przyjęcie podstawowej zasady,
że pieniądze wydawane są najbardziej racjonalnie wtedy, gdy każdy zainteresowany płaci z własnego
portfela za własne potrzeby. W ten sposób spora częśd usług, np. medycznych, stała się płatna. Ale
nie - jak dotychczas - z budżetu, ale z kieszeni pacjenta, któremu te wydatki zwracało towarzystwo
ubezpieczeniowe. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, szpitale i przychodnie gwałtownie
zaczęły zabiegad o pacjentów i o to, aby ich jak najskuteczniej i najtaniej leczyd. Szefowie tych
placówek też nagle nauczyli się odróżniad dobrych lekarzy i pielęgniarki od kiepskich. Pierwszym
starali się płacid godziwie, bo to oni przyciągali pacjentów wraz z pieniędzmi. Drugich - usiłowali się
pozbyd, gdyż psuli szpitalowi opinię. Pracownicy równie szybko zorientowali się, że tylko dobrzy
pracują i zarabiają, więc też usilnie starali się nowym wymaganiom sprostad. To, co przez tyle lat było
niemożliwe, teraz stało się samo: nagle odróżnienie sukcesu od porażki okazało się dziecinnie łatwe. I
równie łatwe stało się nagradzanie pierwszego. A fundusze powiernicze i towarzystwa
ubezpieczeniowe, także konkurujące między sobą, pilnie baczyły, aby pieniądze ich klientów
wydawane były z jak największym dla nich pożytkiem.

Ta gwałtowna, odchudzająca kuracja uzdrowiła nie tylko służbę zdrowia, system emerytalny, czy
szkolnictwo (zarządzane teraz, na szczeblu podstawowym i zawodowym przez samorządy
terytorialne), ale także budżet centralny. Odkąd rząd przestał zamartwiad się o to ile pieniędzy
przeznaczyd na grypę Kowalskiego z Pcimia, odkąd przestał wydawad nieswoje pieniądze na potrzeby
nieznanych mu ludzi - sama zniknęła dziura budżetowa. Nie trzeba będzie długo czekad, aż również
sama zacznie się kurczyd inflacja: zmaleje dług publiczny i nie trzeba będzie coraz większych sum
z budżetu przeznaczad na jego spłacanie.

Rząd odetchnął. Dziura zniknęła wraz z wydatkami, których mu ubyło. Przestanie się więc teraz
zamartwiad jak ją łatad. Co robid, żeby zamknąd coroczny budżet jak najmniej tragicznym deficytem.
Nareszcie może spojrzed na kraj z dłuższej perspektywy - wyrazem tego będzie tworzenie budżetów -
już nie jednorocznych, ale wieloletnich.

Na razie jesteśmy na samym początku tej wielkiej reformy. Rząd patrzy daleko, ale precyzyjnie widzi
cel, do którego ma nas i cały kraj doprowadzid. Ale opozycja, partie, mające usta pełne wrażliwości
społecznej, wszelkie inne, najbardziej pragnące dzielid biedę po równo - nie bardzo wierzą
w osiągnięcie tego celu. Sądzą, że okres dochodzenia do niego będzie tak trudny, że wcześniej czy
później trzeba będzie z tej drogi zawrócid. Lepiej więc w ogóle na nią nie wchodzid.

Swą niechęd do głębokich reform opozycja potrafi uzasadnid. Potrafi „udowodnid”, że każda z nich
zakooczy się sromotną klęską. Rejestr tych klęsk jest długi. Oto niektóre z nich.

Jeśli zrezygnuje się z ceł i podatków, to budżet pęknie. Nie będzie z czego finansowad policji, wojska,
służby zdrowia, czy emerytur, a nawet administracji. Nie będzie środków na dotacje dla rolnictwa
oraz nie radzących sobie w gospodarce rynkowej przedsiębiorstw.

Rozebranie murów celnych spowoduje zalew Polski taoszymi towarami zagranicznymi. Pod ciosami
obcej konkurencji padnie wiele fabryk rodzimych, a ich załogi stracą pracę. Źródła utrzymania
zostanie pozbawionych także wielu rolników, nie będących w stanie sprzedad swojej zbyt drogiej
żywności. Do tej rosnącej armii bezrobotnych dołączy też wielu urzędników fiskalnych. Skoro do
naliczania i sprawdzania zostanie tylko VAT, upora się z nim o wiele szczuplejsza rzesza urzędników
skarbowych. Ta armia bezrobotnych, przy jednoczesnym ograniczeniu prawa do zasiłków, zmuszona
zostanie do kradzieży i rozbojów, albowiem nie będzie miała innych środków do życia.

Rozszaleje się inflacja. Podniesienie podatku VAT bezpośrednio wpłynie na podniesienie cen, czyniąc
ludziom piekło na ziemi.

Ten obraz nędzy i rozpaczy może byd - zdaniem przeciwników reform - uzupełniany tysiącem innych,
nie mniej ponurych szczegółów. Życie, jakie wiedziemy teraz, to sielanka w porównaniu
z przyszłością, jaką chcą nam zafundowad reformatorzy, zwani też u nas czasem liberałami, które to
określenie w obecnej Polsce nie ma zabarwienia pozytywnego. Koszty radykalnych reform byłyby tak
wielkie, że społeczeostwo ich nie udźwignie. Należy je więc spowolnid, a słowo to oznacza po prostu
i zaniechad. A często nawet wycofad się z tego, co - z takim trudem - udało się już przeprowadzid
Balcerowiczowi.

Kto ma rację? Czy naprawdę cel, jakim jest dojście do dobrobytu, jest akurat dla nas nie do
osiągnięcia? Zamiast kulid się z przerażenia, słuchając „argumentów” przeciwników reform czyli
wolności gospodarczej, przeanalizujemy każdy z nich bez emocji, na chłodno.

Zacznijmy od szalejącej inflacji, która zniszczy nam gospodarkę po podniesieniu VAT i rezygnacji z cen
urzędowych i kontrolowanych. To prawda, podniesienie stawki podatku od towarów i usług o kilka
procent, a także oswobodzenie cen urzędowych spowoduje wzrost cen wszystkich innych towarów.
Nominalnie ceny wzrosną, czyli za identyczny koszyk z zakupami zapłacimy więcej, niż przed
podniesieniem VAT.

Nie zapominajmy jednak o tym, że jednocześnie w naszych portfelach znalazło się więcej pieniędzy.
Już nie płacimy podatku od dochodów osobistych. Najbiedniejsi więc zyskali co najmniej 21%, bogatsi
już 33%, a najlepiej zarabiający - nawet 45%.
Ale na tym nasze zyski się nie kooczą. Nie ma już ceł nie tylko na towary gotowe, ale także na
surowce i materiały, których potrzebują nasze, polskie fabryki. Nie ma też podatku granicznego. Już
więc tylko z tego powodu ceny polskich towarów muszą spaśd. Jest więc jeszcze jeden powód do ich
schudnięcia - znikną kolejki na granicach. Jeśli ciężarówki z towarem potrafiły stad tam nawet i po
dwa tygodnie, to koszt tego zmarnowanego czasu także był zawarty w cenie towaru. Teraz
konsument tego kosztu już nie będzie ponosił.

Ale, raz uruchomiona, spirala cen kręci się dalej. Tyle, że tym razem w dół. Podatek dochodowy,
którego już nie płacą przedsiębiorstwa, nie ma wprawdzie bezpośredniego wpływu na cenę, ale
pośredni - jak najbardziej. Każdy przedsiębiorca, który zdecyduje się włożyd kapitał w biznes, chce
żeby w określonym czasie, np. w ciągu pięciu lat, zainwestowane pieniądze mu się zwróciły. Jeśli
podatek dochodowy zniknie - ten zwrot nastąpi szybciej. Mądry przedsiębiorca zadowoli się tymi
samymi pięcioma latami, ale - dzięki brakowi podatku - może ograniczyd swoją rentownośd, a więc
cenę towaru. Po to, aby był on bardziej konkurencyjny. Przecież granice są wolne - płyną przez nie
taosze towary zagraniczne. Trzeba z nimi konkurowad.

Już widzę, jak światli komuniści zaczynają kręcid nosem. Zgadzają się ze wszystkim, ale jedno jest dla
nich nie do zaakceptowania. To, że na tych reformach - ich zdaniem - najwięcej zyskają bogaci. Nie
chcą dostrzegad, że dzięki temu, zacznie przybywad kapitalistów. Ktoś, kto na cudzym zacznie
zarabiad tyle, że nie tylko utrzyma rodzinę, ale także będzie mógł co nieco odłożyd - może pokusi się
o zainwestowanie tych pieniędzy we własny warsztat pracy. Może, w kolejnym etapie, zacznie go
rozwijad i tworzyd następne miejsca pracy.

Wszyscy rodzimi kapitaliści, którym dzisiaj jeszcze jakże często zarzuca się, że - zamiast inwestowad -
wolą kupowad luksusowe samochody i szpanowad luksusem konsumpcyjnym, w momencie gdy
zostaną zniesione cła - poczują na plecach prawdziwy oddech konkurencji. Aby przetrwad będą
musieli inwestowad w coraz nowocześniejsze i wydajniejsze urządzenia, często nawet kosztem
konsumpcji. Zaś w nowych miejscach pracy, które będą tworzyd, coraz cenniejsza i lepiej opłacana
będzie wiedza. Młodzi ludzie będą chcieli i musieli się kształcid, bo ten trud w życiu dorosłym będzie
im sowicie wynagrodzony. Jak więc widad, zamiast szalejącej inflacji, będziemy mieli tylko
jednorazowy impuls do wzrostu cen. Potem, z każdej strony, pełno będzie bodźców do tego, żeby
one malały. Żeby polski towar mógł sprostad zagranicznej konkurencji, żeby polski konsument miał
ochotę wyciągnąd w sklepie rękę właśnie po niego. Inflacja będzie maled, dając kolejny impuls do
odchudzenia cen, ponieważ stanieją również kredyty.

I znów, jakby mimochodem i bez żadnych specjalnych starao rządu, zniknie po prostu szara strefa.
Jakim cudem? Cudu żadnego nie będzie. Reforma ubezpieczeo społecznych spowoduje, że ani żaden
pracodawca nie będzie już musiał nikogo zatrudniad na czarno (jego pracy nie będzie już przecież
obciążad horrendalnie wysoka składka na ZUS), ani żaden pracownik nie zechce byd nielegalnie
zatrudniony. Po co mu to, skoro legalnie także nie płaci podatku od dochodów osobistych, a - chcąc
sobie zapewnid godną starośd, będzie inwestował nie w niepewny ZUS, ale we własne dzieci lub
wybrany przez siebie fundusz powierniczy.

Likwidacja samoistna szarej strefy spowoduje, że uczciwych przedsiębiorców nie będzie już gnębid
nieuczciwa konkurencja „gospodarki cienia”. Nie będzie im podkupywad pracowników (w 1995 r. na
ponad dwa miliony oficjalnych bezrobotnych, aż ponad milion na stałe pracowało nielegalnie), ani
oferowad taoszych, bo nie obciążonych podatkami, towarów. Zniknie jeszcze jeden problem, którego
do tej pory w żaden sposób nie udawało się rozwiązad.

Otwarcie granic spowoduje napływ towarów do Polski, ale zwrot VAT-u, nie tylko oficjalnym
eksporterom, lecz także turystom (jak dzieje się w innych krajach) jeszcze bardziej zwiększy ochotę
Niemców, Czechów czy Ukraioców do zakupów na przygranicznych bazarach, ożywiając tym samym
polski handel hurtowy, detaliczny, transport, czyli znów dając zatrudnienie wielu ludziom. Teraz
w statystykach, są to regiony ogromnego bezrobocia. W rzeczywistości, ludzie pracują tam, jak
mrówki - tyle, że na czarno.

Im większy eksport, tym więcej dewiz napłynie do Polski i będą one taosze. Obce towary nie zaleją
naszego kraju, gdyż - aby je kupid - trzeba najpierw mied dewizy, czyli sprzedad polskie towary za
granicę. Zniesienie ceł nie powali więc naszego biednego przemysłu na kolana. Pozwoli natomiast
odróżnid dobrych producentów od złych. Ci dobrzy, odciążeni od dotychczas ponoszonych kosztów
(składki na ZUS, podatki) mają większą szansę, aby wytrzymad napór konkurencji. Źli - niech się
poprawią, albo zaczną robid coś, co będzie wychodziło im lepiej. Jeśli okaże się, że tych złych jest tak
wielu, że ludzie wolą kupowad towary zagraniczne, to równie szybko zabraknie nam dewiz na ich
import, więc ich cena pójdzie w górę. To z kolei uczyni eksport bardziej opłacalnym i znów zwiększy
się strumieo dewiz, wpływający do Polski. Interwencja urzędnika nie jest do niczego potrzebna.

Spójrzmy teraz na budżet, który - według czarnego scenariusza - musi się rozwalid. Ale dlaczego
miałby się rozwalad? Od samego początku wpływa przecież do niego tyle pieniędzy, ile wpływało
przedtem. To, czego nie uzyskał z ceł, podatku dochodowego, granicznego i od dochodów osobistych,
zrekompensowały mu zwiększone wpływy z VAT. Właśnie po to, aby nie było załamania w okresie
przejściowym. Oszczędzamy natomiast sporo pieniędzy, które i tak nie zasilały ani służby zdrowia, ani
chudych portfeli emerytów. Oszczędzamy pieniądze, które pochłaniał sam pobór podatków.

Ale nie to jest celem wielkiej reformy. Na jej koocu budżet ma zostad odchudzony tak, jak figura
wziętej modelki.

Wiele osób ma pretensje do Leszka Balcerowicza, że to on stworzył wielką, utrzymującą się do tej
pory, armię bezrobotnych. Niektórym ludziom trudno zrozumied, że tak naprawdę Balcerowicz
nikogo bezrobotnym nie uczynił. On tylko pokazał bezrobocie, które istniało wcześniej, tyle że
w formie utajonej. Czy było lepsze od jawnego? Tak, jak lepsze jest kłamstwo od prawdy.
Zakłamywano nas opowieściami o pełnym zatrudnieniu, ale dzisiejsze zasiłki dla niepracujących były
zawarte w cenach. I nadal są, bo nadal prawdziwe bezrobocie ma u nas o wiele większe rozmiary, niż
to oficjalnie zarejestrowane. Balcerowicz pokazał częśd góry lodowej. Jego następcy, niwecząc jego
wysiłki, znów próbują ją głębiej wepchnąd pod wodę. Dlatego nasze towary ciągle są tak dużo droższe
od zachodnich, chod nasze zarobki są o wiele mniejsze. A my, zamiast redukowad koszty, odgradzamy
się od konkurencji cłami.

Z budżetem należy zrobid to, co ze sferą produkcyjną usiłował zrobid (ale nie dano mu dokooczyd)
Balcerowicz. Pokazad nagą prawdę, ujawnid utajone bezrobocie. Tę olbrzymią rzeszę ludzi, których
praca społeczeostwu nie jest potrzebna, a którzy żyją na jego koszt. Pokazanie, że jest ich za wielu, że
częśd będzie się musiała oderwad od ciepłego stołka, zmobilizuje ich do lepszej pracy.
Co, w przypadku urzędnika paostwowego, znaczy „lepsza praca”? Przecież nie wytwarza on żadnego
dobra, którego jakośd można by ocenid. Jego wysiłek nie zwiększa dochodu narodowego. To prawda,
ale może przyczynid się do tego, aby inni - dzięki jego pracy - wytwarzali ten dochód sprawniej. Albo
odwrotnie - urzędnik może im tę pracę utrudniad. Niestety, w naszej obecnej rzeczywistości więcej
mamy przykładów na to, że urzędnicy gospodarce szkodzą, zamiast tworzyd klimat, w którym innym
pracuje się lepiej.

Szczególnie szkodliwa i bezkarna jest działalnośd ludzi fiskusa. Oni sami usiłują przekonad
społeczeostwo, że pracują dla jego dobra, dbają przecież o to, aby do budżetu wpłynęło jak najwięcej
pieniędzy. Chcą wytworzyd w nas wiarę, że ten wątpliwy cel może uświęcad środki, jakie stosują,
łącznie z nagminnym łamaniem prawa. Wszyscy, płacąc podatki, łożymy na pensje tych ludzi, na
marmury, jakimi coraz chętniej zdobi się wnętrza urzędów skarbowych, na biurka, fotele i komputery
dla urzędników, a samochody dla ich zwierzchników. Jaką mamy kontrolę nad tymi pieniędzmi? Co
możemy zrobid, aby wydawano je dla dobra kraju, a nie po to, żeby szkodzid jego gospodarce?
Żadnej. Mimo że wiadomości o złej pracy urzędników skarbowych roznoszą się wcale nie pocztą
pantoflową, lecz podają je oficjalne statystyki, a prasa bije na alarm. W ubiegłym roku urzędy te
nagminnie rozmijały się z prawem - izby skarbowe uchylały co trzecią, wydaną przez nie decyzję.

Ale i w samych izbach nie brak ludzi, nonszalancko traktujących przepisy. Sądy administracyjne
uchylały co drugą ich decyzję. Nie da się wymierzyd szkód, jakie uczyniła przedsiębiorstwom ta
radosna twórczośd fiskusa. Wiadomo tylko, że są one ogromne. Czy jednak z tego powodu jakiś
urzędnik, który napaskudził, został ukarany? Nie. Nawet jak odwołuje się ze stanowiska wysokiego
urzędnika, bo stał się już dla całego społeczeostwa symbolem złej roboty, to daje mu się inne,
również wysokie stanowisko, na którym także będzie mógł nielicho naszkodzid.

A przecież urzędnicy fiskalni nie są niechlubnym wyjątkiem, w pozostałych sferach opłacanych przez
budżet, jest podobnie. Bo ci, którzy płacą, nie mają żadnej możliwości, aby nagradzad dobrych i karcid
złych. Więc nikt nie musi się starad.

Trudny pieniądz w gospodarce oznacza lepsze życie dla konsumentów. Równie trudny powinien on
byd dla budżetu, a wtedy łatwiej będzie żyd społeczeostwu. Kurację odchudzającą, rozpoczętą
w gospodarce, należy jak najszybciej przeprowadzid także w budżetówce, odciążając naszą wspólną
kasę od służby zdrowia, oświaty, świadczeo społecznych. Wtedy to, co będzie musiało pozostad -
wojsko, policja, nie będzie narzekad na brak środków, łatwiej też będzie oceniad i kontrolowad ich
działalnośd.

Szczupły budżet, jak szczupły człowiek - jest zdrowszy i sprawniejszy. Dodatkową nagrodą za kurację
będą i dla niego niższe ceny, odchudzone o podatki, składki, ukryte zasiłki na bezrobotnych itp. Taniej
będzie kosztowało uzbrojenie armii, policji, a nawet wybudowanie mieszkao dla ludzi tam
zatrudnionych.

I wreszcie ostatnia armata, jaką wytaczają przeciwnicy radykalnych reform - bezrobocie. Są, jak
zdradzany mąż, który udaje, że nie dostrzega licznych romansów żony i naprawdę rogaczem poczułby
się wtedy, gdyby ktoś poinformował go o tym oficjalnie. Tymczasem fakt jest faktem - rogi są
i ślepota ich posiadacza nie czyni ślepym także jego otoczenia. A tym bardziej - nie czyni cnotliwą jego
małżonki. Jedynym dobrym wyjściem (co nie znaczy - łatwym) z tej sytuacji, byłoby zaprezentowanie
się własnej żonie jako kochanek bardziej atrakcyjny od pozostałych.
Ale żarty na bok. Zakłamywanie rzeczywistości nie czyni jej lepszą, natomiast opóźnia wszelkie próby
naprawy. Zacznijmy więc od przyjrzenia się temu bezrobociu. Obecnie szacuje się je na ponad dwa
miliony osób, ale też wiadomo, że aż połowa z nich - będąc zarejestrowana jako poszukująca
zatrudnienia - utrzymuje się z pracy w szarej strefie. Naukowcy obliczyli, że gospodarka cienia nie jest
nieznaczącym marginesem, gdyż wytwarza się w niej co najmniej 18% Produktu Krajowego Brutto.
Usunięcie przyczyn, z powodu których przedsiębiorstwa schodzą w podziemie gospodarcze (wysokie
składki na ZUS i podatki) usuwa też samą szarą strefę i te same firmy zaczynają już funkcjonowad
legalnie. A więc bezrobocie gwałtownie skurczy się o ponad milion osób. Dyscyplinującą rolę odegra
też system kas fiskalnych, utrudniających ukrywanie obrotów.

Natomiast pełne otwarcie granic, połączone ze zniesieniem innych podatków - stwarza rodzimemu
przemysłowi dwa impulsy jednocześnie: pozbawia go ochrony przed konkurencją, ale jednocześnie
daje w rękę oręż, który pozwoli jej sprostad. Tą bronią jest odchudzenie kosztów pracy o ZUS
i podatki. Dodatkowo zaś dłuższy tydzieo pozwala lepiej wykorzystad maszyny i tak zwane koszty
stałe dzielą się już na większą ilośd wyprodukowanych towarów, tym samym czyniąc je taoszymi.
Ludzie zaczynają więcej zarabiad, rośnie też realna wartośd otrzymywanych przez nich pieniędzy.
Nakręca się koniunktura i nowych miejsc pracy zaczyna przybywad. Miastom bezrobocie nie grozi.

Dramatyczniejszy przebieg będą miały z pewnością reformy na wsi. Pozbawienie żywności ochrony
celnej zmusi rolników do unowocześnienia produkcji, do czynienia jej bardziej wydajną. Okaże się
szybko, że wyżywid nasze społeczeostwo, a nawet sporo jeszcze wysład za granicę, jest w stanie
o wiele mniejsza liczba rolników. Częśd mieszkaoców wsi pożegna się więc z zatrudnieniem na roli.
Zechcą sprzedad ziemię, która stanieje, przyspieszając tym samym proces powstawania większych
gospodarstw. Ich właściciele także będą potrzebowali rąk do pracy, tyle że - odwrotnie niż obecnie -
ludzie, którzy sprzedadzą ziemię nie znajdą się w sytuacji bez wyjścia. Wielu nowych rąk do pracy
będzie potrzebowało miasto i ono „wyssie” nadmiar siły roboczej ze wsi. Natomiast rolnicy, którzy
pozostaną rolnikami, nareszcie zaczną o wiele lepiej zarabiad. Będą też chcieli podnieśd swój standard
życia. Na wsi powstanie popyt na wiele usług, na które dziś chłopi po prostu nie mają jeszcze
pieniędzy.

Kiedy uczy się studentów zarządzania, każe się im przed podjęciem każdej decyzji przeprowadzid tak
zwany rachunek symulacyjny. To znaczy, dokładnie przeanalizowad bliższe i dalsze skutki wszelkich
możliwych rozwiązao. Skutkiem strachu przed reformami, robienia jednego kroku w przód
i natychmiastowego cofania się o dwa - jest obecna sytuacja. Dla rządu zadowalająca, dla
społeczeostwa - niekoniecznie. Skutki zdecydowania się na prawdziwe reformy, usiłowałem pokazad
w tej książce. Kiedy strach przestaje paraliżowad myślenie o przyszłości - widad dokładnie, że tylko tą
drogą możemy dojśd do dobrobytu. Dlaczego więc aż tak bardzo się przed tym wzdragamy?

W tej książce proponuję rozwiązania, które już dawno z powodzeniem zastosowały inne kraje i dzięki
nim są dzisiaj o wiele bogatsze od nas. Ale pokazuję też takie, których inni nie przedsięwzięli, np. żeby
do kreacji pieniądza miał prawo tylko rząd i żeby na skutek tego bogacił się tylko budżet, a nie - banki
komercyjne. I one, jak się spodziewam, wzbudzą najbardziej zaciekły atak ewentualnych krytyków.
Częściowo więc spróbuję go uprzedzid i przynajmniej odpowiedzied na pytanie, dlaczego nie
ograniczam się tylko do rozwiązao sprawdzonych. Dlaczego nie zawsze chcę tak „jak na świecie”.

Dlatego, że kraje bogate swój dobrobyt budują od wieków, stopniowo, osiągając poziom, który
satysfakcjonuje większośd społeczeostwa. Ludzie więc nie chcą tam rewolucyjnych zmian, w wyniku
których działoby się im jeszcze lepiej. Po co narażad się na ryzyko i niewygody, skoro tak, jak jest
obecnie, także nie jest źle?

To tak, jakbyśmy posiadaczowi dużego, wygodnego domu proponowali uciążliwy remont generalny,
w wyniku którego jego siedziba będzie jeszcze wspanialsza i jeszcze bardziej komfortowa. Ale jemu
jest i teraz wygodnie, a dobrobyt - jak wiemy - rozleniwia. Nie chce więc podejmowad żadnego
ryzyka. Nie chce znosid brudu i niewygód. Ma przecież tak wiele do stracenia.

Ale my? My nie mamy wygodnego domu, ani sprawnej gospodarki. Stary, zły, zawalił się i my, na jego
ruinach, zastanawiamy się, jak zbudowad nowy. Może byd tak samo kiepski, jak ten stary. Może byd
tylko trochę lepszy, a możemy też spróbowad wznieśd budynek, jakiego pozazdroszczą nam inni. Nic
nie krępuje nam rąk. Nie musimy stawiad go na starych fundamentach, bo te skruszały. Nie wiążą
nam rąk ściany nośne, bo te także się rozwaliły. Nic nie skrępuje wyobraźni architekta. Trzeba tylko,
żeby był to dobry architekt.

Dobrych architektów - wbrew pozorom - także nam nie brakuje. Ale, chod kapitalizm zaczynamy
budowad od podstaw, jest coś, co jego budowniczych trzyma za ręce. To polityka i politycy, dla
których nie liczy się dobro kraju, które można osiągnąd w jakiejś perspektywie czasowej, ale
najbliższe wybory. Rezygnują z dobrej przyszłości, bo boją się, że najbliższe wybory przypadną akurat
w okresie remontu i związanych z nim uciążliwości i niewygód, a więc - mogą je przegrad, bo to oni
zarządzili przebudowę. Nie potrafią, albo też nie chcą, przekonad narodu, że - w imię lepszej
przyszłości - warto ponieśd te trudy, że w ten sposób zapewniają dobre życie swoim dzieciom
i wnukom. Chroo nas Boże przed takimi politykami i spraw, żeby na ich miejsce przyszli mężowie
stanu.

W Polsce trwa walka o władzę, a nie o lepsze jutro i dobrą gospodarkę. Straszak czasowej uciążliwości
wykorzystywany jest przez każdą opozycyjną partię i zniechęca ludzi do prawdziwych reform. Jedyna
fala przyzwolenia narodu pozwoliła Balcerowiczowi przeprowadzid częśd reform. Ale niedługo potem,
społeczeostwo podjudzane przez żądną władzy opozycję, cofnęło swe przyzwolenie. Od tego czasu
reformy mają charakter pozorny. Po każdym kroku naprzód następuje krok w tył. Inni w tym czasie
idą ostro do przodu.

Cieszymy się ze wzrostu gospodarczego, ale zapominamy o cyklach koniunkturalnych. O tym, że po


ożywieniu przychodzi kryzys. Że najważniejsze nie jest więc samo ożywienie, ale stały trend wzrostu,
który każdy kryzys czyni mniej bolesnym, a ewentualna recesja jest wtedy tylko niepełnym
wykorzystaniem coraz większych możliwości. Jeśli ktoś (czytaj: rządzący) nie myśli o celu, jaki chce
osiągnąd, lecz tylko o tym, aby w drodze do niego nie ponosid uciążliwości - to nigdy żadnych reform
nie przeprowadzi. Wydaje wyrok na własny kraj i naród. Dramat Polski polega na tym, że politycy nie
są uczciwi wobec tych, którzy ich tymi politykami uczynili.
Trochę statystyki i ekonomii

Są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa okropne, kłamstwa i statystyki.


Benjamin Disraeli

Tabela 1
Produkt Krajowy Brutto (ceny bieżące wg kursu oficjalnego)
Lp. KRAJE na 1 mieszk. w 1992 r.
w $ USA
1 Szwajcaria 34.962
2 Japonia 29.525
3 Niemcy 27.592
4 Austria 23.495
5 USA 23.215
6 Wielka Brytania 18.027
7 Australia 16.566
8 Portugalia 8.551
9 b. ZSRR 3.751
10 Węgry 3.431
11 Czechy 2.473
12 Bułgaria 2.393
13 Polska 2.198
14 Turcja 1.914
15 Słowacja 1.756
16 Rumunia 1.166
17 Indie 293

Tabela 2
Bezrobotni (przeciętne roczne)
Lp. KRAJE w % ludności aktywnej
zawodowo w 1993 r.
1 Finlandia 17,9
2 Bułgaria 16,4
3 Polska 15,5
4 Chorwacja 15,0
5 Słowacja 14,4
6 Węgry 12,1
7 Australia 10,8
8 Włochy 10,4
9 Wielka Brytania 10,3
10 Rumunia 10,2
11 Niemcy 8,2
12 USA 6,8
13 Portugalia 5,6
14 Szwajcaria 4,5
15 Czechy 3,0
16 Japonia 2,5
17 Białoruś 1,3
18 Rosja 1,1

Tabela 3
Przeciętna liczba godzin przepracowanych w tygodniu przez robotników w przemyśle
przetwórczym
Lp. KRAJE 1992 r.
1 Wielka Brytania 43,2
2 Szwajcaria 41,6
3 USA 41,0
4 Czechy i Słowacja 40,0
5 Niemcy 38,9
6 Japonia 38,8
7 Australia 37,9
8 Portugalia 37,5
9 Austria 32,1
10 Węgry 31,7
11 Polska 31,4

Tabela 4
Ludność aktywna zawodowo
Lp. KRAJE 1992 r.
1 Japonia 52,9
2 Rosja 52,6
3 Białoruś 52,5
4 Czechy i Słowacja 51,6
5 Szwajcaria 51,5
6 Ukraina 50,8
7 USA 50,4
8 Wielka Brytania 49,9
9 Australia 49,2
10 Niemcy 49,1
11 Portugalia 48,2
12 Austria 46,1
13 Rumunia 45,2
14 Polska 45,2
15 Włochy 42,5
16 Węgry 41,0

Tabela 5
Struktura ludności aktywnej zawodowo wg działów gospodarki narodowej w stosunku do
Produktu Krajowego Brutto wg działów gospodarki narodowej
- 1988 r.; b - 1987 r.; c - 1985 r.
Rolnictwo i leśnictwo
Lp. KRAJE ludnośd aktywna zawodowo udział procentowy
w odsetkach w PKB
1 Australia 5,0 3,0
2 Austria 7,2 2,8
c
3 Bułgaria 16,5 15,4
4 Finlandia 8,0 4,8
5 Japonia 6,2 2,3
6 Niemcy 3,3 1,3
a
7 Polska 27,8 6,9
8 Portugalia 17,5 5,8
c
9 USA 2,8 2,2
10 Węgry 15,4 10,0
b
11 Wielka Brytania 2,1 1,5
b
12 Włochy 9,1 3,3

Tab. 5 (cd.) Przemysł


Lp. KRAJE ludnośd aktywna udział
zawodowo procentowy w
w odsetkach PKB
1 Australia 16,7 23,2
2 Austria 28,3 29,0
c
3 Bułgaria 37,9 43,4
4 Finlandia 20,6 19,5
5 Japonia 24,4 32,0
6 Niemcy 31,5 29,5
a
7 Polska 28,2 34,4
8 Portugalia 26,1 31,0
c
9 USA 18,7 26,2
10 Węgry 32,6 28,0
b
11 Wielka Brytania 21.1 -
b
12 Włochy 20,4 26,2

Tab. 5 (cd.) Budownictwo


Lp. KRAJE ludnośd aktywna zawodowo udział procentowy
w odsetkach w PKB
1 Australia 6,9 7,3
2 Austria 8,7 7,3
3 Bułgaria 8,7 4,5
4 Finlandia 8,2 7,5
5 Japonia 9,4 9,9
6 Niemcy 6,3 5,4
a
7 Polska 7,9 7,2
8 Portugalia 8,1 6,9
c
9 USA 6,3 4,8
10 Węgry 7,0 5,3
b
11 Wielka Brytania 5,6 5,9
b
12 Włochy 7,8 5,9
Tabela 6
Ludność aktywna zawodowo na przestrzeni lat 1980-1992
Lp. KRAJE w % ogółu ludności
1980 r. 1985 r. 1992 r.
1 Australia 45,9 45,8 49,2
2 Austria 41,3 44,4 46,1
3 Czechy i Słowacja 51,4 - 51,6
4 Finlandia 46,4 49,8 50,1
5 Japonia 48,9 49,9 52,9
6 Niemcy 43,4 45,4 49,1
7 Polska 51,2 48,9 45,2
8 Portugalia 46,6 45,9 48,2
9 Rosja - - 52,6
10 Rumunia 50,1 - 45,2
11 USA 46,8 49,0 50,4
12 Szwajcaria 48,6 49,0 51,5
13 Ukraina - - 50,8
14 Węgry 47,3 46,1 41,0
15 Wielka Brytania 47,0 47,4 49,9
16 Włochy 39,9 40,9 42,5

Tabela 7
Eksport i import (ceny bieżące)
Lp. KRAJE na 1 mieszkaoca
w $ USA w 1993 r.
ŚWIAT w tym: 1.358
1 Szwajcaria 16.630
2 Austria 8.503
3 Niemcy 8.637
4 Wielka Brytania 6.949
5 Włochy 6.459
6 Australia 2.945
7 Portugalia 4.088
8 USA 4.147
9 Japonia 4.833
10 Węgry 2.113
11 Czechy i Słowacja 873
12 Polska 858
13 Bułgaria 716
14 Turcja 637
15 Rumunia 449
16 Rosja 471
17 Ukraina 106
18 Indie 49
Tabela 8 Plony pszenicy
Lp. KRAJE plony pszenicy z 1 ha
w kwintalach
w 1993 r.
ŚWIAT w tym: 25,8
1 Wielka Brytania 69,3
2 Niemcy 64,7
3 Czechy 49,5
4 Słowacja 36,3
5 Włochy 35,4
6 Polska 33,3
7 Bułgaria 31,6
8 Ukraina 30,9
9 Białoruś 30,8
10 Węgry 30,6
11 USA 25,9
12 Indie 23,5
13 Rosja 20,1
14 Australia 16,3

Tabela 9
Ludność aktywna zawodowo w rolnictwie (szacunki FAO)
Lp. KRAJE w % ludności ogółem
w 1992 r.
1 Indie 25,1
2 ŚWIAT 20,4
3 Turcja 19,9
4 Polska 9,9
5 Rumunia 9,4
6 Portugalia 6,9
7 b. ZSRR 5,9
8 Bułgaria 5,6
9 Węgry 5,2
10 Czechy i Słowacja 4,6
11 Włochy 2,6
12 Australia 2,2
13 Niemcy 2,1
14 Szwajcaria 1,9
15 USA 1,1
16 Wielka Brytania 0,9

Tabela 10
Zużycie nawozów sztucznych na 1 ha użytków rolnych ogółem (w przeliczeniu na czysty
składnik)
Lp. KRAJE ogółem w kg 1991/92
ŚWIAT w tym: 27,9
1 Japonia 338,8
2 Niemcy 171,2
3 Włochy 117,8
4 Wielka Brytania 117,7
5 Austria 84,4
6 Szwajcaria 81,7
7 Bułgaria 68,9
8 Polska 62,1
9 Czechy i Słowacja 60,9
10 Węgry 54,9
11 USA 43,8
12 b. ZSRR 35,1

Tabela 11
Produkcja mleka krowiego
Lp. KRAJE przeciętny roczny udój
od 1 krowy
w kg w 1993 r.
ŚWIAT w tym: 2.025
1 USA 7.036
2 Austria 6.554
3 Japonia 6.063
4 Wielka Brytania 5.412
5 Niemcy 5.130
6 Szwajcaria 5.041
7 Węgry 5.000
8 Australia 4.318
9 Włochy 4.087
10 Czechy 3.520
11 Polska 3.167
12 Słowacja 3.115
13 Bułgaria 2.663
14 Białoruś 2.563
15 Ukraina 2.289
16 Rosja 2.282
17 Rumunia 1.871
18 Turcja 1.750
19 Indie 959

Tabela 12
Relacje przeciętnych miesięcznych wynagrodzeń nominalnych do cen detalicznych
wybranych towarów żywnościowych
Lp. KRAJE Wynagrodzenie miesięczne
wyrażone w kg mąki pszennej
w 1992 r.
1 Niemcy 3.065
2 USA 2.950
3 Wielka Brytania 2.524
4 Japonia 1.905
5 Austria 1.675
6 Australia 1.611
7 Węgry 776
8 Czechy i Słowacja 577
9 Bułgaria 371
10 Polska 357
11 Ukraina 331
12 Białoruś 166

Tabela 12 (cd.)
Lp. KRAJE wynagrodzenie miesięczne
wyrażone w kg mięsa wołowego bez kości
w 1992 r.
1 Wielka Brytania 251,0
2 USA 210,0
3 Australia 198,0
4 Austria 175,0
5 Japonia 98,2
6 Niemcy 81,5
7 Węgry 63,0
8 Ukraina 53,8
9 Czechy i Słowacja 52,7
10 Polska 48,8
11 Białoruś 44,1

Tabela 12 (cd.)
Lp. KRAJE wynagrodzenie miesięczne
wyrażone w kostkach 250 g
masła w 1992 r.
1 Australia 2.559
2 Niemcy 1.801
3 Wielka Brytania 1.670
4 USA 1.568
5 Austria 1.050
6 Japonia 921
7 Węgry 310
8 Polska 277
9 Ukraina 227
10 Czechy i Słowacja 212
11 Białoruś 158
12 Bułgaria 136

Tabela 12 (cd.)
Lp. KRAJE wynagrodzenie miesięczne
wyrażone w tuzinach jaj kurzych
w 1992 r.
1 USA 1.826,0
2 Japonia 1.474,0
3 Niemcy 1.169,0
4 Australia 1.071,0
5 Wielka Brytania 875,0
6 Austria 698,0
7 Węgry 297,0
8 Ukraina 232,0
9 Czechy i Słowacja 182,0
10 Polska 179,0
11 Bułgaria 105,0
12 Białoruś 87,6

Tabela 12 (cd.)
Lp. KRAJE Wynagrodzenie miesięczne
wyrażone w kg cukru białego
w 1992 r.
1 Australia 2.471
2 Niemcy 1.959
3 USA 1.865
4 Wielka Brytania 1.696
5 Japonia 1.637
6 Austria 1.499
7 Węgry 363
8 Czechy i Słowacja 266
9 Polska 247
10 Ukraina 213
11 Białoruś 103
12 Bułgaria 102

Tabela 13
Spożycie niektórych artykułów konsumpcyjnych na 1 mieszkańca
Lp. KRAJE spożycie zboża w 1991 r.
wyrażone w kg
1 Czechy 161
2 b. ZSRR 133
3 Polska 116
4 Węgry 98
5 Wielka Brytania 77
6 Niemcy 73
7 USA 67
8 Austria 67
9 Japonia 34

Tabela 13 (cd.)
Lp. KRAJE spożycie mięsa w 1991 r.
wyrażone w kg
1 USA 119
2 Niemcy 100
3 Czechy 96
4 Austria 94
5 Słowacja 77
6 Wielka Brytania 74
7 Węgry 72
8 Polska 68
9 b. ZSRR 59
10 Bułgaria 58
11 Japonia 44

Tabela 13 (cd.)
Lp. KRAJE spożycie masła i w 1991 r.
wyrażone w kg
1 b. ZSRR 10,0
2 Czechy 8,2
3 Niemcy 6,6
4 Polska 5,0
5 Austria 4,3
6 Wielka Brytania 3,4
7 Węgry 1,8
8 Japonia 0,6

Tabela 13 (cd.)1
Lp. KRAJE spożycie jaj w 1991 r.
wyrażone w kg
1 USA 14,0
2 Japonia 17,0
3 Niemcy 15,0
4 Słowacja 19,0
5 Wielka Brytania 13,0
6 Austria 14,0
7 Węgry 20,0
8 b. ZSRR 15,0
9 Czechy 19,0
10 Polska 9,7
11 Bułgaria 11,0

Tabela 13 (cd.)
Lp. KRAJE spożycie cukru w 1991 r.
wyrażone w kg
1 Czechy 45
2 b. ZSRR 45
3 Słowacja 43

1
Tak w oryginale - zorg
4 Wielka Brytania 41
5 Austria 37
6 Niemcy 35
7 Węgry 35
8 Polska. 35
9 USA 30
10 Bułgaria 16
OBIEG PIENIĄDZA W GOSPODARCE

A. przepływ pieniędzy od przedsiębiorstw do gospodarstw domowych z tytułu wynagrodzeo,


dywidend, udziałów w spółkach, odsetek od obligacji przedsiębiorstw, czyli osobiste dochody
rozporządzalne;
B. podatki bezpośrednie - głównie podatek dochodowy przedsiębiorstw;
C. podatek od ponadnormatywnego wzrostu wynagrodzeo;
D. dywidenda od majątku;
E. dochody z jednoosobowych spółek skarbu paostwa;
F. płace pracowników budżetowych, emerytury, renty oraz zasiłki dla bezrobotnych - powiększa
osobiste dochody rozporządzalne;
G. subwencje budżetowe, np. dla rolnictwa lub budownictwa mieszkaniowego - powiększa
osobiste dochody rozporządzalne;
H. podatek dochodowy od osób fizycznych i inne opłaty od budżetu - pomniejsza osobiste
dochody rozporządzalne;
I. wydatki na zakup obligacji i innych papierów wartościowych emitowanych przez paostwo;
J. częśd oszczędności zdeponowana w bankach;
K. wydatki gospodarstw domowych przeznaczone na konsumpcję, będące głównym składnikiem
popytu globalnego;
L. częśd oszczędności przekazana na potrzeby przedsiębiorstw poprzez rynek papierów
wartościowych, stanowiąca częśd popytu inwestycyjnego;
M. eksport;
N. import;
O. częśd oszczędności stanowiąca rezerwę pieniężną gospodarstw domowych oraz pieniądze
stale biorące udział w obrocie na rynku niereprodukowalnych lub trudno reprodukowalnych
dóbr (dzieła sztuki, antyki, kolekcje filatelistyczne, spekulacja ziemią, złoto itd.);
P. wielkośd ta wyłączona jest z obiegu pieniądza i nie stanowi części popytu;
Q. pieniądze przekazane na potrzeby przedsiębiorstw poprzez rynek papierów wartościowych,
stanowiące częśd popytu inwestycyjnego;
R. kredyty bankowe dla przedsiębiorstw, stanowiące częśd popytu inwestycyjnego;
S. podatek dochodowy płacony przez jednostki kredytujące, pomniejszające popyt
inwestycyjny; dochody gospodarstw domowych (nieopodatkowane) z tytułu lokat
bankowych itp.;
T. wydatki budżetowe na dobra i usługi, stanowiące popyt paostwa,
U. podatki pośrednie (VAT) pomniejszające popyt, czyli częśd pieniędzy wydatkowana przez
gospodarstwa domowe, przedsiębiorstwa czy budżet, wpływająca do budżetu i
pomniejszająca wpływy do przedsiębiorstw.
Spis treści
Częśd I Spojrzenie na Polskę .................................................................................................................... 5
Ile jesteśmy warci, czyli portret własny na tle innych ......................................................................... 5
Kto śpi, komu rośnie? .......................................................................................................................... 9
Mało mamy i roztrwaniamy .............................................................................................................. 12
Pieniądze własne i cudze ................................................................................................................... 14
Nie ma sprawiedliwości ..................................................................................................................... 17
Nasz drogi rząd .................................................................................................................................. 20
Budżet jak narkoman......................................................................................................................... 23
Wydawad z głową, najlepiej własną .................................................................................................. 26
Ucz się za swoje ................................................................................................................................. 28
Lecz się za swoje, to nie boli! ............................................................................................................ 36
Kochajmy nasze wnuki ...................................................................................................................... 39
Tabakiera dla nosa............................................................................................................................. 43
Częśd II Siła pozoru ................................................................................................................................ 46
Wiara czyni pieniądz .......................................................................................................................... 46
Na huśtawce, czyli od inflacji do deflacji ........................................................................................... 50
Papier pieniądzem ............................................................................................................................. 54
Pieniądz rządzi... rządem ................................................................................................................... 57
Nie mam nic, mam... bank................................................................................................................. 64
Do banku jak do kantoru ....................................................................................................................... 67
Grzebieo dla łysego ........................................................................................................................... 69
Żywnośd drożeje, rolnik... biednieje .................................................................................................. 74
Kto handluje, ten żyje.. ...................................................................................................................... 79
Jedną rękę na pulsie, a drugą za twarz.............................................................................................. 86
Poślizgnąd się na inflacji .................................................................................................................... 91
Wampiry ............................................................................................................................................ 97
Bagno popytu .................................................................................................................................... 99
Lekarz w czapce niewidce................................................................................................................ 102
Nie zawracad kijem Wisły ................................................................................................................ 108
Dużo bierze, kto mało bierze ........................................................................................................... 112
Nie przeginad ................................................................................................................................... 123
Pod pistoletem ................................................................................................................................ 126
Którędy do przodu? ......................................................................................................................... 130
Niech biorą raz................................................................................................................................. 136
Z bezrobociem jak z jajkiem ............................................................................................................ 139
Wróbel w garści, kanarek na dachu ................................................................................................ 145
Po pierwsze: nie szkodzid ................................................................................................................ 149
Na smyczy do dobrobytu ................................................................................................................. 152
EPILOG Inne jutro ................................................................................................................................ 158
Po kuracji odchudzającej ................................................................................................................. 158
Trochę statystyki i ekonomii................................................................................................................ 166

Okładkę projektował: Andrzej Pągowski


Fotografia: Włodzimierz Okooski
Ilustracje: Julian Bohdanowicz, Edward Lutczyn, Andrzej Mleczko, Henryk Sawka, Maciej Turowicz, Anna Uhera
© Copyright by Krzysztof Habich, Warszawa 1996 Wydawnictwo Hobby, Warszawa 1996 Druk: Z.G. „Dom Słowa Polskiego” ISBN 83-
906144-0-5
Hobby Warszawa 1996

Ilustracje w tekście zostały pominięte – zorg.