Vous êtes sur la page 1sur 8

1

Dlaczego system nadal bierze górę nad wrzeniem antysystemowym

Sześćdziesiątą rocznicę podpisania Traktatu Rzymskiego i utworzenia Wspólnego Rynku


obchodzi się bez fanfar. Polityka Unii Europejskiej okazała się tak katastrofalna, że flaga
unijna straciła blask. Niemal wszędzie kwitną ruchy antysystemowe. W niektórych
krajach sytuują się one zdecydowanie na lewicy. Wiele z nich to jednak ruchy prawicowe,
które zbijają kapitał polityczny na ksenofobii i rasizmie.

PERRY ANDERSON*

Dwadzieścia la temu często używano terminu „ruch antysystemowy”. Czynili tam


zwłaszcza socjologowie Immanuel Wallerstein i Giovanni Arrighi opisując rozmaite
zbuntowane przeciwko kapitalizmowi siły lewicowe. Nadal jest to trafny termin, ale na
Zachodzie jego znaczenie uległo zmianie. Ruchy kontestacyjne, które rozmnożyły się w
ciągu minionego dziesięciolecia, nie buntują się już przeciwko kapitalizmowi, lecz
przeciwko neoliberalizmowi – to znaczy przeciwko deregulacji przepływów
finansowych, prywatyzacji usług publicznych i pogłębianiu się nierówności społecznych.
Chodzi zatem o ten wariant panowania kapitału, który zainstalowano w Europie i Stanach
Zjednoczonych poczynając od lat 80. Wynikający z niego ład gospodarczy i polityczny
zaakceptowały niemal tak samo rządy centroprawicowe i centrolewicowe uświęcając
zasadę pensée unique, jedynie słusznej myśli – maksymę Margareth Thatcher: There is
no alternative, nie ma żadnej alternatywy (w skrócie TINA). Jako reakcja wobec tego
systemu rozwinęły się dwa rodzaje ruchów: lewicowe i prawicowe. Klasy panujące
stygmatyzują je prezentując jako jedną groźbę – groźbę populizmu.
To nie przypadek, że ruchy te najpierw pojawiły się w Europie, a nie w Stanach
Zjednoczonych. 60 lat po Traktacie Rzymskim łatwo to wyjaśnić. Wspólny rynek z 1957
r., stanowiący przedłużenie europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali – wykoncypowanej
przez Roberta Schumana po to, aby zapobiec nawrotowi stulecia wrogości francusko-
niemieckiej, a jednocześnie aby skonsolidować powojenny wzrost gospodarczy w
Europie Zachodniej – był wytworem okresu pełnego zatrudnienia i wzrostu przeciętnych
dochodów, mocnego zakotwiczenia demokracji przedstawicielskiej i rozwoju systemów
redystrybucyjnych. Porozumienia handlowe wynikające z istnienia wspólnego rynku
zbytnio nie kolidowały z suwerennością państw członkowskich, które raczej uległy
umocnieniu niż osłabieniu. O budżetach i kursach walut decydowano na szczeblu
krajowym, w parlamentach odpowiedzialnych przed wyborcami, żywo debatując w nich
nad bardzo różniącymi się od siebie orientacjami politycznymi. Paryż zasłynął zresztą z
tego, że zahamował dążenia brukselskiej Komisji do poszerzenia swoich prerogatyw.
Francja gen. de Gaulle’a, ale również, znacznie bardziej dyskretnie, Niemcy Zachodnie
Konrada Adenauera prowadziły politykę zagraniczną niezależną od Waszyngtonu i
potrafiły rzucać mu wyzwania.

Drakońskie plany oszczędnościowe

Koniec „chwalebnego trzydziestolecia” wstrząsnął tą konstrukcją. Od połowy lat 70.


rozwinięte społeczeństwa kapitalistyczne weszły w długą fazę schyłku, którą zanalizował
amerykański historyk gospodarczy Robert Brenner: w kolejnych dziesięcioleciach

1
2

następował trwały spadek stopy wzrostu gospodarczego i spowolnieniu ulegał wzrost


wydajności pracy, było coraz mniej miejsc pracy i coraz więcej nierówności, a to
wszystko naznaczały silne recesje [1]. Poczynając od lat 80. najpierw Wielka Brytania i
Stany Zjednoczone, a następnie reszta Europy, odwróciły strategię: obniżały świadczenia
społeczne, prywatyzowały przemysł i usługi publiczne, deregulowały rynki finansowe.
Na scenę wkroczył neoliberalizm. W Europie z biegiem czasu przybrał on jednak
szczególnie sztywną formę instytucjonalną – w miarę tego, jak wzrastała liczba państw
członkowskich czegoś, co stało się w końcu Unią Europejską, aż wreszcie zwiększyła się
ona czterokrotnie, obejmując rozległą strefę taniej siły roboczej na wschodzie.
Od unii walutowej (1990) do paktu stabilności (1997), a następnie do aktu o jednolitym
rynku (2011) i paktu budżetowego (2012) parlamenty europejskie zastąpiła struktura
władzy biurokratycznej osłonięta przed wolą ludową – jak to przewidział i czego
domagał się ultraliberalny ekonomista Friedrich Hayek. Gdy zainstalowano tę
mechanikę, można było odgórnie narzucić bezsilnemu elektoratowi drakońskie plany
oszczędnościowe. Uczyniono to pod wspólnym kierownictwem Komisji Europejskiej i
zjednoczonych Niemiec, które stały się najpotężniejszym państwem Unii i w których
wiodący myśliciele bez żenady zapowiadali powołanie tego państwa do odgrywania roli
kontynentalnego hegemona. W tym czasie Unia i jej członkowie przestali odgrywać
jakąkolwiek rolę zewnętrzną na świecie i działać wbrew dyrektywom amerykańskim [2],
stając się w końcu strażą przednią wytyczanej przez Stany Zjednoczone i finansowanej
przez Europę polityki nowozimnowojennej wobec Rosji.

Krajobraz ruchów antysystemowych

Nic zatem dziwnego w tym, że coraz bardziej oligarchiczna kasta rządząca Unii
Europejskiej, gardząc wynikami kolejnych referendów, ma w nosie wolę ludową i
wpisuje swoje dyktaty budżetowe w konstytucje państw członkowskich – że wywołuje to
aż tyle ruchów protestacyjnych. Jak wygląda krajobraz tych ruchów? W trzonie Europy
sprzed rozszerzenia Unii na wschód, innymi słowy w Europie Zachodniej w granicach z
czasów zimnej wojny (zostawmy tu na boku Europę Środkowo-Wschodnią, której
topografia jest radykalnie odmienna) ruchy prawicowe dominują w opozycji wobec
systemu we Francji (Front Narodowy, FN), w Holandii (Partia Wolności, PVV), Austrii
(Wolnościowa Partia Austrii, FPÖ), Szwecji (Demokraci Szwecji, SD), Danii (Duńska
Partia Ludowa, DF), Finlandii (Prawdziwi Finowie, PS), Niemczech (Alternatywa dla
Niemiec, AfD) i Wielkiej Brytanii (Partia Niepodległości zjednoczonego Królestwa,
UKIP).
W Hiszpanii, Grecji i Irlandii przeważają natomiast ruchy lewicowe – odpowiednio
Podemos, Syriza i Sinn Féin. Włochy to oddzielny przypadek, gdyż tam mamy do
czynienia z wyraźnie usytuowanym na prawicy ruchem antysystemowym, Ligą Północną
(LN), i z jeszcze potężniejszą partią sytuującą się ponad podziałem na lewicę i prawicę:
Ruchem Pięciu Gwiazd (M5S). Retoryka pozaparlamentarna tego ostatniego o podatkach
i imigracji sytuowałaby go na prawicy, ale jego działalność parlamentarna sytuuje go
raczej na lewicy, ze względu na stałą postawę opozycyjną wobec neoliberalnej polityki
rządu Matteo Renziego, zwłaszcza w sprawach edukacji i deregulacji rynku pracy, oraz
jego konsekwentny sprzeciw wobec projektu rewizji włoskiej konstytucji, który zmierza
do nadania jej bardziej autorytarnego charakteru [3]. Do tego dochodzi Momentum,

2
3

organizacja, która pojawiła się niedawno w Wielkiej Brytanii na fali nieoczekiwanego


wyboru Jeremy Corbyna na przewodniczącego Partii Pracy. Z wyjątkiem AfD wszystkie
ruchy prawicowe pojawiły się przed kryzysem 2008 r., niektóre z nich nawet w latach
70., a nawet jeszcze wcześniej. Natomiast wzlot Syrizy oraz narodziny M5S, Podemos i
Momentum były wynikiem światowego kryzysu finansowego.

Przewaga prawicy nad lewicą

W tych ogólnych ramach faktem centralnym jest to, że w swoim całokształcie ruchy
prawicowe ważą więcej niż lewicowe, jeśli ocenia się to na podstawie liczby krajów, w
których dominują, i ich łącznej siły wyborczej. Przewagę tę wyjaśnia struktura systemu
neoliberalnego, przeciwko której występują, a której najbrutalniejszym i najbardziej
skoncentrowanym przejawem jest to, czym stała się Unia Europejska. Jej ład opiera się
na trzech zasadach: redukcji i prywatyzacji usług publicznych, ograniczeniu kontroli i
reprezentacji demokratycznej oraz deregulacji czynników produkcji. Wszystkie trzy są
obecne na szczeblu krajowym, w Europie podobnie jak gdzie indziej, ale przejawiają się
jeszcze bardziej intensywnie w Unii. Świadczą o tym tortury zadawane Grecji, podeptane
wyniki referendów i rosnący rozmach dumpingu płacowego. Na arenie politycznej te
orientacje przewodnie napędzają główne niepokoje społeczeństw i motywują przejawy
ich wrogości do systemu – stosunek do planów oszczędnościowych, utraty suwerenności
i imigracji. Ruchy antysystemowe różnią się wagą przypisywaną każdemu z tych
czynników, co decyduje o tym, jakie barwy wybierają one z palety neoliberalnej jako
swoje cele priorytetowe.
Najbardziej oczywisty powód sukcesu ruchów prawicowych polega na tym, że od
początku zawłaszczyły kwestię imigracji. Grają na ksenofobicznych i rasistowskich
reakcjach po to, aby uzyskać poparcie najsłabszych warstw społecznych. Z wyjątkiem
ruchów w Holandii i Niemczech, które są adeptami liberalizmu gospodarczego, postawa
taka jest ściśle związana nie z piętnowaniem, lecz obroną państwa opiekuńczego,
zagrożonego ich zdaniem przez napływ migrantów – takiego stanowiska bronią
prawicowe ruchy antysystemowe we Francji, Danii, Szwecji i Finlandii. Błędem byłoby
jednak przypisywanie im przewagi tylko temu. Jak świadczy o tym przypadek
francuskiego FN, w niektórych bardzo ważnych krajach toczą one również walkę na
innych frontach.

Nie tylko imigracja

Najbardziej oczywisty przykład to front walki z unią walutową. Jednolita waluta i


Europejski Bank Centralny w takiej formie, w jakiej zaprojektowano je w Maastricht,
skojarzyły plany oszczędnościowe i zaprzeczenie suwerenności ludowej w jeden system.
Ruchy lewicowe mogą wytaczać przeciwko nim równie, a może jeszcze bardziej
gwałtowne oskarżenia, ale rozwiązania, które proponują, są mniej radykalne. Natomiast
Front Narodowy i Liga Północna opowiadają się za drakońskimi posunięciami wobec
„plag” jednolitej waluty i imigracji: za wyjściem z euro i za zamknięciem granic. Lewica,
poza izolowanymi wyjątkami, nigdy nie sformułowała tak niedwuznacznych postulatów.
W najlepszym razie proponuje wniesienie do jednolitej waluty pewnych poprawek
technicznych, które są zbyt skomplikowane na to, aby mogły mobilizować szeroki

3
4

elektorat, oraz czyni niejasne, zakłopotane aluzje do kwot imigrantów; ani jedno, ani
drugie nie jest tak czytelne dla wyborców jak proste propozycje prawicy.
Imigracja i unia walutowa stanowią dla lewicy problemy z powodów historycznych.
Traktat Rzymski opierał się na obietnicy swobodnej cyrkulacji kapitałów, towarów i siły
roboczej w obrębie wspólnego rynku europejskiego. Dopóki rynek ten ograniczał się do
krajów zachodnioeuropejskich, naprawdę liczyła się tylko ruchliwość dwóch pierwszych
czynników produkcji, ponieważ migracje transgraniczne pozostawały dość skromne.
Jednak od końca lat 60. populacja pracowników-imigrantów pochodzących z dawnych
kolonii afrykańskich, azjatyckich i karaibskich, jak również z regionów półkolonialnych
dawnego Imperium Osmańskiego, osiągała już znaczne rozmiary. Rozszerzenie Unii na
Europę Środkowo-Wschodnią wzmogło następnie migracje wewnątrzeuropejskie.
Wreszcie neoimperialne awantury w dawnych koloniach śródziemnomorskich –
blitzkrieg w Libii w 2011 r. i proxy fanning, zastępcze nakręcanie wojny domowej w
Syrii – ściągnęły na Europę szerokie fale uchodźców razem z odwetowym terroryzmem
szerzonym przez bojowców z tego regionu, w którym Zachód nadal obozuje jako
włodarz, ze swoimi bazami, bombowcami i wojskami specjalnymi.

Słaba reprezentacja rekordowego niezadowolenia

To wszystko podsyciło ksenofobię, na której prawicowe ruchy antysystemowe zbijają


swój kapitał polityczny i którą lewica zwalcza ze względu na wierność sprawie
humanistycznego internacjonalizmu. Te same względy skłoniły większość lewicy do
opierania się wszelkim pomysłom położenia kresu unii walutowej, co jej zdaniem
doprowadziłoby do nacjonalizmu kojarzącego się z katastrofami, których w przeszłości
doświadczyła Europa. Ideał jedności europejskiej pozostaje w jej oczach wartością
kardynalną. Lecz obecna Europa integracji neoliberalnej jest spójniejsza od wszelkich
niezdecydowanych rozwiązań alternatywnych, które dotychczas proponowała lewica.
Plany oszczędnościowe, oligarchia i ruchliwość czynników produkcji to ściśle powiązane
ze sobą części składowe systemu. Ruchliwość czynników produkcji jest nierozłączna od
oligarchii: żadnego spośród elektoratów europejskich nigdy nie konsultowano w sprawie
napływu zagranicznej siły roboczej i jego skali; zawsze działo się za plecami wyborców.
Negowanie demokracji, które stało się strukturą Unii, od początku wykluczało możliwość
wypowiadania się wyborców w sprawie składu ich populacji. Odrzucenie takiej Europy
przez ruchy prawicowe jest politycznie konsekwentniejsze niż jej odrzucenie przez
lewicę – i jest to kolejny powód przewagi tej pierwszej nad tą drugą.
Pojawienie się M5S, Syrizy, Podemos i AfD świadczyło o silnym wzroście
niezadowolenia społecznego. Bieżące sondaże wykazują rekordowe poziomy
niezadowolenia wyborców z Unii. Lecz na lewicy, podobnie jak na prawicy,
parlamentarna waga ruchów antysystemowych pozostaje ograniczona. Na szczeblu
europejskim, w ostatnich wyborach, trzy najlepsze wyniki prawicy antysystemowej –
uzyskane przez brytyjską UKIP, francuski FN i duńską DF – sytuują się na poziomie
około 25% głosów. Na szczeblu krajowym w Europie Zachodniej przeciętny wynik
wszystkich tych sił – lewicowych i prawicowych razem wziętych – sięga około 15%.
Jedna szósta elektoratu nie stanowi poważnego zagrożenia dla systemu. Problemem może
być jedna czwarta, ale „niebezpieczeństwo populistyczne”, o którym alarmują media,
pozostaje bardzo skromne. Z jedynymi przypadkami, kiedy jakiś ruch antysystemowy

4
5

doszedł do władzy (lub wydawało się, że jest o krok od tego), mieliśmy do czynienia
tylko wtedy, gdy ordynacja wyborcza premiowała partie większościowe i gdy obróciło
się to przeciwko tym partiom. Tak stało się w Grecji oraz niewiele brakowało, aby stało
się również we Włoszech.

Lęk góruje nad gniewem

W rzeczywistości istnieje dziś wielka luka między stopniem społecznego rozczarowania


do neoliberalnej Unii Europejskiej – latem ubiegłego roku awersję do nich wyraziła
większość badanych we Francji i Hiszpanii i nawet w Niemczech zaledwie połowa
badanych miała o niej dobre zdanie – a poparciem dla sił, które się jej sprzeciwiają. O ile
oburzenie czy niezadowolenie nabrały od pewnego już czasu szerokiego rozmachu, o tyle
to, jak głosują Europejczycy, pozostało (i pozostaje) zdeterminowane przez lęk.
Społeczno-ekonomiczne status quo budzi w szerokich kręgach społecznych nienawiść.
Nie przeszkadza to jednak regularnemu afirmowaniu tego status quo w urnach –
utrzymywaniu przy władzy partii, które za nie odpowiadają, z obawy przed tym, że na
załamanie się status quo zaalarmuje rynki i społeczeństwa pogrążą się w nędzy. Jednolita
waluta nie pozwoliła na żadne przyspieszenie wzrostu gospodarczego w Europie i
doprowadziła do załamania gospodarczego w najsłabszych krajach południowej Europy.
Tymczasem perspektywa wyjścia z euro przeraża nawet tych, którzy wiedzą już, do
jakiego stopnia jest ono odpowiedzialne za ich bolączki. Lęk bierze górę nad gniewem.
Stąd akceptacja kapitulacji Syrizy przed Brukselą przez wyborców greckich, w Hiszpanii
utrata głosów przez Podemos i we Francji powłóczenie Partii Lewicy nogami. Logika jest
wszędzie taka sama: system jest zły, ale stawiając mu czoło narazimy się na represje.
Jak zatem wyjaśnić Brexit? Masowa imigracja, budząca lęk w całej Europie, była
niestrudzenie stygmatyzowana podczas brytyjskiej kampanii na rzecz wyjścia z Unii
przez Nigela Farage’a, przywódcę UKIP – obok prominentów konserwatywnych
rzucającego się w oczy mówcę i organizatora tej kampanii. Tu jednak, podobnie jak gdzie
indziej, ksenofobia nie wystarcza, aby stworzyć przeciwwagę wobec lęku przed krachem
gospodarczym. W Wielkiej Brytanii wrogość do cudzoziemców narastała w takiej
mierze, w jakiej kolejne rządy kłamały w sprawie rozmachu imigracji. Gdyby jednak o
wyniku referendum brytyjskiego miały decydować te dwa lęki, jak tego pragnęła klasa
polityczna, to pozostanie w Unii niewątpliwie zwyciężyłoby znaczną przewagą głosów,
podobnie jak stało się to w referendum z 2014 r. w sprawie niepodległości Szkocji.

Jak gniew wziął górę nad lękiem

Trzy inne czynniki zdecydowały o wyniku referendum. Po Traktacie z Maastricht


brytyjska klasa polityczna odrzuciła kaftan bezpieczeństwa w postaci euro tylko po to,
aby kontynuować swoją własną, drastyczniejszą niż jakakolwiek inna na kontynencie,
politykę neoliberalną. Najpierw rozpasana finansjeryzacja gospodarki, dokonana przez
blairowską Nową Partię Pracy, wtrąciła Wielką Brytanię w kryzys bankowy wcześniej
niż kryzys taki ogarnął inne kraje europejskie, a następnie rządząca koalicja
konserwatystów i liberalnych demokratów wdrożyła tak drastyczne plany
oszczędnościowe, jakich bez przymusu zewnętrznego nie doświadczył żaden kraj Europy
kontynentalnej. Pod względem gospodarczym rezultaty tej polityki brytyjskiej mówią

5
6

same za siebie. Żaden inny kraj europejski nie uległ tak dramatycznej polaryzacji
regionalnej jak Wielka Brytania – na otoczoną bańkami spekulacyjnymi metropolię z
wysokimi dochodami, którą stanowią Londyn i południowy wschód kraju, oraz zubożały
i zdezindustrializowany obszar obejmujący północną i północnowschodnią część kraju,
gdzie wyborcy czuli, że niewiele mają do stracenia głosując za wyjściem z Unii – była to
bowiem dla nich bardziej abstrakcyjna perspektywa niż gdzie indziej wyjście z euro –
niezależnie od tego, co stanie się z City i inwestycjami zagranicznymi. Rozpacz wzięła
górę nad lękiem.
Również pod względem politycznym żadne państwo europejskie nie przeprowadziło tak
bezczelnie antydemokratycznej przebudowy swojego systemu wyborczego jak uczyniła
to Wielka Brytania. O ile w 2014 r. UKIP stała się w Parlamencie Europejskim
największą partią brytyjską, a to dzięki proporcjonalnej ordynacji wyborczej, o tyle rok
później uzyskała jeden mandat poselski w parlamencie brytyjskim, choć padło na nią
13% głosów, a Szkocka Partia Narodowa, na którą padło w całej Wielkiej Brytanii 5%
głosów, uzyskała 55 mandatów. Dopóki Partia Pracy i Partia Konserwatywna,
beneficjenci tego systemu politycznego, wymieniały się u steru władzy po to, aby
prowadzić niezmienną politykę, wyborcy sytuujący się u podstaw piramidy dochodowej
masowo bojkotowali lokale wyborcze. Kiedy natomiast dostrzegli w referendum
ogólnonarodowym szansę na dokonanie prawdziwego wyboru, stawili się licznie w tych
lokalach, aby powiedzieć, co myślą o spustoszeniach spowodowanych przez rządy Tony
Blaira, Gordona Browna i Davida Camerona.
Ostatnim – i to decydującym – czynnikiem była różnica historyczna dzieląca Wielką
Brytanię od kontynentu. W ciągu stuleci Wielka Brytania stanowiła imperium nie tylko
przyćmiewające pod względem kulturalnym wszelkich rywali europejskich, ale co
więcej, w przeciwieństwie do Francji, Niemiec, Włoch i większości pozostałych państw
kontynentu nie poniosła klęski ani nie doznała obcego najazdu i okupacji w żadnej z
dwóch wojen światowych. Dlatego zawłaszczenie władzy miejscowej przez
zainstalowaną w Belgii biurokrację musiało wywołać tu znacznie większy sprzeciw niż
gdzie indziej: dlaczego państwo, które dwukrotnie usadziło Berlin na swoim miejscu, ma
znosić ingerencje urzędasów z Brukseli czy Luksemburga w jego sprawy? Tu kwestia
tożsamości łatwiej mogła przebić kwestie interesu materialnego niż w innych państwach
członkowskich Unii. Dlatego normalna formuła, zgodnie z którą lęk przed odwetem
gospodarczym przeważa nad lękiem przed imigracją, nie zadziałała w obliczu kombinacji
rozpaczy spowodowanej sytuacją gospodarczą i dumy narodowej.

Od Brexitu do zwycięstwa Trumpa

To również w podobnych warunkach w Stanach Zjednoczonych republikański kandydat


na prezydenta z bezprecedensowym pochodzeniem i temperamentem – budzący odrazę
opinii publicznej obu partii głównego nurtu i wcale nie starający się dopasować do
przyjętych zasad zachowania obywatelskiego czy politycznego oraz nie lubiany przez
wielu spośród tych, którzy na niego zagłosowali – mógł z powodzeniem zaapelować do
zlekceważonych białych robotników z zardzewiałych ośrodków przemysłowych i wygrać
wybory. Podobnie jak w Wielkiej Brytanii, w zdezindustrializowanych regionach
proletariackich desperacja wzięła górę nad lękiem. Tam również, choć ze względu na
głębszą niż w Wielkiej Brytanii historię rodzimego rasizmu w sposób brutalniejszy i

6
7

jaskrawszy, napiętnowano imigrację oraz zażądano wzniesienia barier fizycznych i


prawnych w celu jej zatamowania. W końcu, a nawet przede wszystkim, imperium
amerykańskie to nie wspomnienie o odległej przeszłości, ale żywy atrybut teraźniejszości
i naturalny postulat przyszłości, porzucony przez tych, którzy sprawują władzę, w imię
globalizacji oznaczającej dla prostych ludzi ruinę, a dla kraju poniżenie. Hasło Donalda
Trumpa brzmiało: Make America great again, przywrócić Ameryce wielkość – uczynić ją
kwitnącą, odrzucając fetysze swobodnego ruchu towarów i siły roboczej, oraz zwycięską,
zrywając pęta i odrzucając obłudę multilateralizmu: Trump nie pomylił się proklamując,
że jego triumf to Brexit na wielką skalę.
Była to o wiele bardziej spektakularna rewolta niż Brexit, ponieważ nie ograniczała się
do jednej – dla większości ludzi symbolicznej – sprawy, jak w przypadku wyjścia
Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, i w przeciwieństwie do Brexitu była pozbawiona
wszelkiej establishmentowej szacowności czy medialnego namaszczenia.

Obłuda europejskiej klasy politycznej

Zwycięstwo Trumpa wywołało oburzenie europejskiej klasy politycznej – całej


zjednoczonej przy tej okazji centroprawicy i centrolewicy. Zerwanie z uświęconymi
konwenansami w sprawach imigracji to w jej oczach rzecz szokująca. Unia Europejska
może bez większych skrupułów blokować uchodźców w Turcji Recepa Tayyipa
Erdoğana – państwa z dziesiątkami tysięcy więźniów politycznych, policyjnymi
torturami i w ogóle zawieszeniem czegoś, co uchodzi za państwo prawne – czy odwracać
wzrok od zapór z drutu kolczastego wzdłuż północnej granicy Grecji, mających
zatrzymać uchodźców na wyspach Morza Egejskiego. Lecz Unia, respektując zasady
przyzwoitości dyplomatycznej, nigdy nie chwaliła się jawnie swoimi wykluczeniami. To,
że Trump nie ma pod tym względem zahamowań, bezpośrednio jej jednak nie dotyczy. O
wiele bardziej dotyczy jej i ją niepokoi odrzucenie przez Trumpa swobodnego ruchu
czynników produkcji, a jeszcze bardziej jego niefrasobliwa pogarda dla NATO i jego
mniej wojownicza postawa wobec Rosji.
Wkrótce okaże się, czy to coś więcej niż gesty, podobnie jak wiele z jego obietnic
wyborczych dotyczących polityki wewnętrznej. Wybór Trumpa na prezydenta
wykrystalizował jednak poważną różnicę między wieloma prawicowymi czy mętnie
centrowymi ruchami antysystemowymi a dominującymi partiami różowej czy zielonej
lewicy. We Francji i we Włoszech ruchy prawicowe konsekwentnie przeciwstawiały się
polityce nowozimnowojennej i awanturom wojskowym, którym towarzyszył aplauz partii
lewicy, w tym blitzkriegowi w Libii i sankcjom wobec Rosji.
Referendum brytyjskie i wybory amerykańskie były konwulsjami antysystemowymi na
prawicy, ale oskrzydlały je zrywy antysystemowe na lewicy (ruch Bernie Sandersa w
USA i zjawisko Jeremy Corbyna w Wielkiej Brytanii). Co prawda były to ruchy na
mniejszą skalę, ale za to bardziej nieoczekiwane.

O radykalizm antyunijny z lewa

Nie wiadomo, jakie będą skutki zwycięstwa Trumpa i Brexitu, ale nie ulega wątpliwości,
że będą bardziej ograniczone niż wynika to z bieżących prognoz. Panujący ład nigdzie
nie został pobity, a jak pokazała Grecja, jest on w stanie niezwykle szybko wchłonąć i

7
8

zneutralizować rewolty niezależnie od tego, z której strony do nich dochodzi. Wśród


przeciwciał, które już wygenerował, są symulakry przełomów populistycznych w
wykonaniu yuppies (Albert Rivera w Hiszpanii, Emmanuel Macron we Francji),
złorzeczących na obecne impasy i korupcję oraz obiecujących czystsze i bardziej
dynamiczne życie polityczne poza ramami podupadających partii.
Dla ruchów antysystemowych lewicy w Europie nauka wynikająca z tego, co wydarzyło
się w ostatnich latach, jest jasna. Jeśli nie mają dać się wyprzedzić ruchom prawicowym,
nie mogą sobie pozwolić na mniejszy radykalizm w atakowaniu systemu i w opozycji do
niego muszą być spójniejsze. Powinny zatem uznać za prawdopodobne to, że Unia
Europejska jest tak zależna od drogi, którą przebyła jako konstrukcja neoliberalna, iż jej
reformy nie można już dłużej sobie poważnie wyobrażać. Należy ją zdemontować zanim
będzie można zbudować coś lepszego, czy to wychodząc z niej, czy odbudowując Europę
na nowych fundamentach i oddając traktat z Maastricht na pastwę płomieni. Dopóki nie
dojdzie do kolejnego, głębszego kryzysu gospodarczego, dopóty mało prawdopodobne
jest, że to nastąpi.

* Historyk, profesor na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, autor The H-Word.


The Peripeteia of Hegemony (2017).

tłum. Zbigniew M. Kowalewski

[1] R. Brenner, The Economics of Global Turbulence. The Advanced Capitalist


Economies from Long Boom to Long Downturn, 1945-2005, Londyn – Nowy Jork, Verso
2006.

[2] Opozycję Francji i Niemiec wobec wojny w Iraku w 2003 r. należy zrelatywizować.
Prezydent Jacques Chirac zgodził się, aby amerykańskie samoloty wojskowe
przelatywały nad Francją. Agenci niemieckich służb specjalnych zainstalowani w
Bagdadzie przekazywali informacje. Dwa miesiące po inwazji, 22 maja 2003 r., oba
państwa głosowały za rezolucją 1483 Rady Bezpieczeństwa ON| zatwierdzającą
amerykańską okupację Iraku.

[3] Zob. R. Laudani, „Źle obstawiona karta Matteo Renziego”, Le Monde diplomatique
– Edycja polska, styczeń 2017 r.