Vous êtes sur la page 1sur 209

Spis treści

Karta tytułowa Karta redakcyjna Prolog Uwagi autora Podziękowania Wprowadzenie Rozdział
1. Polityka państw OSI Rozdział 2. Udział w wojnie i jej wpływ na gospodarkę i siły zbrojne
sojuszników niemiec Rozdział 3. Plan „Barbarossa”: Świat wstrzymuje oddech! Rozdział 4.
Klęska Ostheer (zima przełomu 1941 i 1942 roku) Rozdział 5. Fall Blau Rozdział 6. Stalingrad
Rozdział 7. Zima nad Donem Rozdział 8. Operacja „Uran”: klęska Rumunów Rozdział 9. Kolej
na Włochów. Operacja „Mały Saturn” – faza pierwsza Rozdział 10. Ostatnie wojska sojusznicze.
Węgierska 2. Armia Rozdział 11. Bilans walk nad Donem Rozdział 12. Ostateczny krach OSI.
Losy sojuszników Hitlera po bitwie nad Donem Rozdział 13. Pokłosie Załączniki Bibliografia
Netografia Indeks Indeks osób
Wyprodukowano przez Wydawnictwo Bellona
dla DeAgostini Publishing Italia S.p.A.

Tytuł oryginału
Death on the Don: The Destruction of Germany’s Allies on the Eastern Front 1941‒1944

Projekt okładki i stron tytułowych


Mariusz Kula

Redaktor merytoryczny
Tomasz Kompanowski

Redaktor prowadzący
Bogusław Kubisz

Redaktor techniczny
Agnieszka Matusiak

Korekta
Bogusława Jędrasik

Copyright in the Polish translation © by Dressler Dublin sp. z o.o., 2019


Copyright © The History Press, 2017
Published by arrangement with Lester Literary Agency

Wszelkie prawa zastrzeżone.


Kopiowanie lub wykorzystywanie całości lub jakichkolwiek fragmentów bez zgody właściciela
praw zabronione.

Wydawca:
Wydawnictwo Bellona
01-233 Warszawa
ul. J. Bema 87

Dystrybutor: DeAgostini Publishing Italia S.p.A.


Zapraszamy do prenumeraty!
www.deagostini.pl/tajemnicehistorii

Reklamacje powinny być składane na piśmie, z podaniem daty stwierdzenia wady


produktu, na adres:
FUH Emilia, ul. Badylarska 48, 05-816 Michałowice, Opacz Kolonia.

Druk i oprawa: Druk-Intro S.A.


88-100 Inowrocław, ul. Świętokrzyska 32
tel. +48 52 354 94 50, fax +48 354 94 51
www.druk-intro.pl; druk-intro@druk-intro.pl

ISBN: 978-83-11-15421-6

Skład wersji elektronicznej


pan@drewnianyrower.com
Prolog

Mam za sobą uniwersyteckie studia historyczne i karierę wojskową w jednym z elitarnych


pułków piechoty armii brytyjskiej. Czytelników może zaskakiwać fakt, że tak późno zająłem się
pisaniem na temat historii militarnej. Analiza przyczyn tej pozornej zagadki przywiodła mnie do
przekonania, że to w istocie moje doświadczenia z wojska opóźniły wszelkie rodzące się
w moich myślach zamiary podjęcia poważniejszych badań nad dziejami wojny. W Królewskiej
Akademii Wojskowej w Sandhurst podczas (obecnie już zlikwidowanego) skróconego,
siedmiomiesięcznego kursu dla absolwentów i młodszych oficerów na nieliczne prelekcje
o historii wojskowości, wygłaszane przez oczytanych cywilnych wykładowców, chętnie
zapisywali się kadeci tacy ja, aby nieco odespać godziny marnowane każdego wieczoru na
polerowaniu butów i prasowaniu poszczególnych części garderoby.
Podjęcie służby w przydzielonym batalionie przypominało wyrwanie się z czyśćca,
jednak ze studiowaniem dziejów wojen wcale nie było lepiej. Praca w jednostce piechoty jest
wymagająca, wyczerpująca fizycznie i drobiazgowa. Zajmuje bez reszty wszystkich w mesie
oficerskiej. W tej, do której sam uczęszczałem, było, czego jestem pewien, podobnie jak
w większości innych, przeznaczonych dla oddanych służbie zawodowców, decydujących
o wartości armii brytyjskiej i nie bez powodu czyniących z niej coś, co budzi podszyty zawiścią
podziw obcokrajowców. Sprawność fizyczna, prawość i uczciwość, znajomość fachu, pełne
zaangażowanie w sprawy podkomendnych i całego pułku – i nieszczędzenie starań na rzecz tego
wszystkiego – angażowało nas bez reszty. Do bardziej intelektualnych refleksji na temat
konfliktów zbrojnych, ich przeszłości i przyszłości odnoszono się w naszym gronie nader
niechętnie. Tylko raz pewien nowy dowódca zlecił swoim młodszym oficerom, w tym mnie,
napisanie eseju na wybrany samodzielnie temat z dziedziny militarnej. Przygotowałem
rozprawkę na temat tego, jak inne państwa Unii Europejskiej coraz chętniej „płacą” armii
brytyjskiej – usługami logistycznymi, dostawami, danymi wywiadowczymi itp. – w zamian za
podejmowanie roli „legii cudzoziemskiej”, interweniującej w lokalnych konfliktach; czynią to
z obawy, że żołnierze z ich krajów nie spisaliby się w nich należycie.
Później jakiś cudem skierowano mnie do wydziału dla młodszych oficerów
w prestiżowym Kolegium Sztabowym Armii Brytyjskiej (JDSC). Należałem do trójki
najmłodszych słuchaczy na kursie. Umożliwiało to młodszym oficerom, takim jak ja, bliższe
zapoznanie się z przebiegiem nieustannych wojen w dziejach ludzkości. Nagle okazało się, że
badanie „historii naszej profesji” to nie tylko przedmiot teoretyczny. Po raz pierwszy, odkąd
wstąpiłem do wojska, sześć lat wcześniej, zacząłem prowadzić emocjonujące rozmowy ze
swoimi kolegami oficerami o kolejnych okresach służby w Irlandii Północnej, gdzie toczyła się
niewypowiedziana wojna, oraz wnioskach, które można było wyciągnąć z incydentów na Falls
Road (w Belfaście) i w Crossmaglen, East Tyrone i Short Strand, Divis Flats i Bogside. Poza tym
odczuwaliśmy głębokie niezadowolenie i wstyd z powodu bezsilności sił wojskowych
ONZ-u w Chorwacji i Bośni – właśnie w czasie pobytu w JDSC poznałem się z oficerami, którzy
znaleźli się tam, bezradni i pozostawieni sami sobie w obliczu przerażających okrucieństw,
jakich dopuszczali się wszyscy uczestnicy tej krwawej wojny domowej, a oficjalną wymówką
zarówno polityków, jak i dowódców wyższych rang był argument, że „nie mamy upoważnienia
ONZ-u” do energicznego interweniowania. Na zawsze zapamiętam swojemu przełożonemu
w czasie naszej misji w Chorwacji i Bośni (choć nawet teraz nie wymienię go z nazwiska, tak na
wszelki wypadek) to, że wydał nam wszystkim krystalicznie jasne instrukcje, iż, niezależnie od
wszelkich „mandatów ONZ-u”, mamy postępować zgodnie z własnym sumieniem i poczuciem
tego, co złe, a co dobre. Gdybyśmy uznali, że życie niewinnych jest zagrożone, mieliśmy działać,
tak jak podpowiadało nam sumienie. Nasz pułkownik był dobrym człowiekiem i świetnym
oficerem.
Jednakże wypadki rozgrywające się w czasie wspomnianych operacji wojskowych
wywołały głębokie poczucie zaniepokojenia u niektórych ze starszych oficerów, mających pod
swoimi rozkazami pokolenie młodszych dowódców, którzy zaczęli spoglądać na lata sprzed
zimnej wojny i jasne podziały na „swoich i obcych”; chcieli się właściwie przygotować na
warunki zupełnie innej epoki. Nigdy nie umknie mi z pamięci pewien wysoki stopniem oficer,
który odwiedził nas w JDSC. Po solidnym obiedzie uraczył nas, grono słuchaczy złożone
z młodych wiekiem kapitanów, banialukami typowymi dla niezbyt dobrze przygotowanego
prelegenta. Cóż, działo się to upalnego dnia; mieliśmy za sobą wyjątkowo ciężką pracę i trochę
puszczały nam nerwy. W pewnej chwili myślałem, że zawyję z wściekłości, gdy kolejni
oficerowie zaczęli zasypywać wykładowcę celnymi pytaniami – na temat możliwych rozwiązań
impasu w Ulsterze, prymatu celów politycznych nad wojskowymi, przyszłości BOAR
(Brytyjskiej Armii Renu – brytyjskiego kontyngentu w składzie kontynentalnych sił NATO, od
dziesięcioleci najsilniejszego zgrupowania brytyjskich wojsk), wreszcie o koszmarny system
okresowej służby w rejonach ogarniętych konfliktami zbrojnymi. Wszystko to prelegent
skwitował stwierdzeniem, że „nie jest rzeczą młodszych oficerów dopytywanie się albo próby
zrozumienia kwestii wykraczających ponad ich stopień”.
Właśnie wtedy zrozumiałem, że jeśli mam zostać badaczem historii – a przecież to wojny
zdominowały większość tejże historii – to nie mogę pozostać w składzie armii brytyjskiej.
Wypada wszak stwierdzić, że do nielicznych pozytywnych aspektów niedawnych, wciąż
niezakończonych wojen w Iraku i Afganistanie należy rzeczywiste rozbudzenie wśród rzeszy
młodych oficerów świadomości o wpływie historii militarnej na ich obecną sytuację i znaczeniu
zwyciężania z honorem – choć takie przebudzenie może jeszcze długo potrwać.
Jeśli chodzi o mnie, to niniejsza książka jest moją szóstą rozprawą z dziedziny historii
wojskowości oraz piątą poświęconą drugiej wojnie światowej. Pod względem tematycznym
stanowi jednak dla mnie osobiście coś nowego, gdyż we wcześniejszych publikacjach skupiałem
się niemal całkowicie na osiągnięciach i bitwach „drugiej armii” nazistowskich Niemiec, czyli
Waffen-SS, zwłaszcza na problematyce wielkiej liczby obcokrajowców (nie-Niemców), którzy
z rozmaitych powodów walczyli w szeregach tej formacji. Po napisaniu kilku książek
o francuskich, flamandzkich, muzułmańskich i skandynawskich ochotnikach miałem poczucie, że
w znacznej mierze przedstawiłem wyczerpująco dany temat – może poza kwestią setek tysięcy
etnicznych Niemców z Europy Wschodniej, służących w jednostkach Waffen-SS.
Tak się złożyło, że w swoich rozprawach koncentrowałem się głównie na walkach na
obszarach Związku Sowieckiego, gdyż przede wszystkim tam Waffen-SS toczyło wojnę. Pisząc
o gigantycznych kampaniach na froncie wschodnim, ledwie poruszałem tematykę sowieckiego
zwycięstwa pod Stalingradem i ofensyw nad Donem – formacje SS nie brały udziału w tych
bataliach – i długo odnosiłem wrażenie, że wspomnianą bitwę stalingradzką dokładnie
i wielokrotnie opisali historycy najwyższej klasy, na czele których stoi, moim zdaniem, Antony
Beevor. Jak to bywa z pasjonującymi historiami, pewne jej elementy wydają się bardziej
pasjonujące niż inne, a dla mnie takim tematem był los niemieckich sojuszników – Rumunów,
Węgrów, Włochów, Chorwatów i Słowaków.
Muszę przyznać, że do czasu przystąpienia do pracy nad tą książką wiedziałem o ich
losach stosunkowo niewiele i były to zwykle typowe ogólnikowe informacje – że odegrali oni
rolę drugoplanowych graczy w wojnie niemiecko-sowieckiej, że wystawili przestarzałe wojska
z minionej epoki (a ich armie składały się rzekomo z wieśniaków z widłami), a kiedy natknęli się
na prawdziwych żołnierzy nieprzyjaciela z nowoczesną bronią, od razu podali tyły. Zgodnie
z legendą właśnie do tego doszło pod Stalingradem, co przypieczętowało los okrążonej
niemieckiej 6. Armii. Na beznadziejną wartość bojową niemieckich sprzymierzeńców z państw
Osi nałożyła się megalomania Hitlera, który uparcie nie chciał słuchać argumentacji swoich
doradców z grona zawodowych wojskowych.
Po kapitulacji Paulusa sojusznicze wojska praktycznie zniknęły z widoku, tylko na krótko
ponownie się wyłoniły dopiero wówczas, kiedy zwycięska Armia Czerwona wtargnęła do ich
krajów i narzuciła niemal w każdym sowiecką wersję komunizmu. Nie muszę chyba wyjaśniać,
że im bardziej zagłębiałem się w ten temat, owe mity zaczęły się kruszyć i rozwiewać, a w końcu
większość z nich okazała się bajkami. Nie oznacza to, że nie było ziarna prawdy w większości
domysłów dotyczących prowadzenia wojny przez sojuszników Rzeszy – ostatecznie przecież
z takiego ziarna zazwyczaj wyrastają legendy – lecz jasne jest także to, iż upływ czasu
i powtarzane banały zrobiły swoje. Mam nadzieję, że moja książka rzuci nieco światła na
tragedię setek tysięcy żołnierzy, z których większość poszło na wojnę, której ani nie rozumieli,
ani nie chcieli, a wielu z nich skończyło w zimnych, mrocznych grobach na żyznych
czarnoziemach Związku Sowieckiego.
Uwagi autora

Tak jak w każdym fachu, tak i w literaturze historyczno-wojskowej stosuje się


specyficzny język – z akronimami i skrótami myślowymi, nieczytelnymi dla osób
niezainteresowanych tematem. To jednak jest celowe i zamierzone. Kiedy ktoś próbuje pisać
o siłach zbrojnych nie jednego kraju, lecz dziewięciu, potrzebny jest jakiś punkt odniesienia,
a jako były oficer postanowiłem posłużyć się znanym sobie „kodem”. Podaję np. wojskowe
stopnie, niemieckie i w armiach sojuszników Rzeszy, w wersji brytyjskiej i poniekąd
międzynarodowej: wielu czytelników wie, kim jest Hauptmann, i rozumie, że to kapitan
w wojsku niemieckim, ale są i tacy, którzy mogą tego nie wiedzieć.
Co się tyczy sprzętu wojskowego i niektórych popularnych (jak sądzę) terminów
militarnych, przyjąłem inną zasadę. Uważam, że określenia, takie jak „Blitzkrieg” czy
„pancerny” są zrozumiałe dla każdego, kto może sięgnąć po tę książkę. Tak więc używałem ich
tam, gdzie to stosowne. Mimo wszystko świadomie starałem się unikać zbyt częstego stosowania
fachowej terminologii wojskowej, a tam, gdzie było to możliwe, „przekładałem” mniej popularne
nazwy na powszechnie znane słowa; jeżeli nie spodoba się to znawcom tematu, to proszę ich
o wyrozumiałość.
Do kontrowersyjnych spraw należą oznaczenia jednostek wojskowych; np. kiedy „armia”
oznacza „armię polową” albo czy lepiej pisać „2.” niż „Druga”. Jest to w zasadzie kwestia
wyboru, więc zdecydowałem się tradycyjnie oznaczać niemieckie formacje do szczebla
dywizyjnego (oraz armie) numeracją arabską, natomiast korpusy – rzymską; odnosi się to także
do jednostek sowieckich oraz wojsk państw Osi. Nieco inny problem ma jednak większe
znaczenie i wymaga pewnego wyjaśnienia, by lepiej zrozumieć przebieg bitew, opisanych na
kolejnych stronach. Jeśli natkniemy się na informację, że „dywizja strzelecka” armii sowieckiej
zaatakowała węgierską „lekką dywizję piechoty”, to moglibyśmy odnieść wrażenie, iż były to
formacje równej siły – co jednak mija się z prawdą. Sowiecka dywizja strzelecka miała
przeciętnie ok. 3000–5000 żołnierzy – mniej więcej tyle samo, ile brygada w armii brytyjskiej
czy niemiecki pułk – podczas gdy węgierska dywizja piechoty liczyła aż 12 000 ludzi. Z tego
powodu zamieściłem w tekście pewne szczegółowe wyjaśnienia na temat liczebności struktury
wojsk przeciwników i choć niekiedy informacje takie mogą wydać się zbyteczne, to w istocie
chodziło mi o sprecyzowanie, jakie siły toczyły ze sobą walki, co z kolei umożliwi w miarę
obiektywną ocenę tego, jak się spisały w stoczonym boju.
Wymiary, odległości, masę itp. wartości podaję w wersji międzynarodowej, a kalibry
broni – standardowo w milimetrach (np. 76 mm).
Wszystkie walki opisane na następnych stronach rozgrywały się na terenach byłego
Związku Sowieckiego, najczęściej na obszarach obecnie niepodległej Ukrainy oraz Federacji
Rosyjskiej. Wobec tego, że cyrylica znacznie się różni od alfabetu europejskiego (łacińskiego),
translacja pewnych nazw własnych nastręcza określone kłopoty; bywa, że to samo miasto nosi
w źródłach podwójną nazwę (np. Nikołajewka i Nikolayevka). Starałem się wybierać
najpopularniejszą z wersji, aby ułatwić czytelnikom śledzenie przebiegu kampanii na
współczesnych mapach.
Skoro już mowa o Związku Sowieckim, to wypada wyjaśnić, że bynajmniej nie wszyscy
żołnierze sowieckich sił zbrojnych byli Rosjanami; w ich składzie znaleźli się przedstawiciele
ponad setki różnych nacji i grup etnicznych, walczących dzielnie u boku Rosjan. Ale czasem, dla
uproszczenia, wspominam o wojskach rosyjskich, gdy mam na myśli sowieckie. To samo się
tyczy różnych kampanii. Z rzadka piszę o froncie rosyjskim, choć batalie rozgrywały się na
Ukrainie, Białorusi i w krajach bałtyckich; chodzi o to, by nie powtarzać w kółko tych samych
określeń i nadać tekstowi większą płynność. Wreszcie uwaga na temat języków: we francuskim
mamy akcenty, w niemieckim umlaut, a rumuński, węgierski, bułgarski, serbsko-chorwacki
i rosyjski charakteryzują się lingwistycznymi osobliwościami. Próbowałem zachowywać
wszystkie te szczegóły; jeśli tu i ówdzie nie powiodło mi się, biorę winę na siebie. Ponadto
wybierałem częściej przyjętą pisownię tam, gdzie uznałem to za potrzebne. Raz jeszcze proszę
czytelnika o wyrozumiałość, jeśli przywykł do innej pisowni terminów i nazw własnych.
Podziękowania

Miałem wielkie szczęście nawiązać znajomość i współpracę z grupą ludzi, niekiedy na


eksponowanych stanowiskach, gotowych dopomóc mi, w miarę swoich możliwości, w badaniach
historycznych – wyszukiwali różne materiały, zdjęcia, tłumaczyli teksty i dokumenty albo też
udzielali cennych rad lub dostarczali krytycznego komentarza. Ich udział w powstaniu tej książki
był bezcenny i to dzięki nim udało mi się zaprezentować od tak dawna skrywany w cieniu temat.
Hope Hamilton jest jedną z tych osób. Ta znakomita autorka nie szczędziła mi czasu i chętnie
dzieliła się swoimi doświadczeniami; polecam czytelnikom jej książkę o tragicznym losie
osławionego włoskiego Korpusu Alpejskiego podczas walk nad Donem (Sacrifice on the Steppe).
Niektórzy z jej krewnych służyli i cierpieli w tej formacji, a ich relacje są bardzo żywe
i poruszające. Przytoczyłem wiele cytatów z tej książki i jestem wdzięczny za możliwość ich
wykorzystania. Jak zwykle, podczas pracy nad książką zapoznałem się z mnóstwem publikacji na
temat kampanii wschodniej; uważam, że zarówno dzieła Antony’ego Beevora, jak
i niezrównanego Paula Carella, który w pionierskiej rozprawie z lat 60. Hitler’s War on Russia
(wyd. polskie: Operacja „Barbarossa”, Warszawa 2013) przeanalizował wojnę ze Związkiem
Sowieckim z niemieckiej perspektywy, to lektury obowiązkowe dla każdego poważniej
zainteresowanego tym okresem historii.
Relacje naocznych świadków nadal są „świętym Graalem” w czasie przygotowywania
opracowań tego rodzaju, a coraz bardziej rozbudowane zasoby internetowe stanowią bezcenne
źródło, pozwalające na dotarcie do ludzi, którzy mogliby pozostać nieznani i niedocenieni. Jak
zawsze, bardzo mi w tym pomógł Jimmy McLeod ze swoją „czarną książeczką” z adresami
i telefonami. Nierzadko rozmowy z nim naprowadzały mnie na realcje spisane bezpośrednio –
zwykle w formie pożółkłych dzienników jednostek wojskowych, raportów bojowych i wzmianek
pochwalnych. Treść tychże, z pozoru sucha, jest nader wymowna dla kogoś, kto potrafi czytać
między wierszami.
Kilka osób pomogło mi w redakcyjnej i korektorskiej obróbce tekstu. Służyło mi
sugestiami, wprowadzało poprawki, korygowało błędy – mój ojciec Robert ma bystre oko
i wielką cierpliwość – oraz wygładzało gotowy materiał. Dziękuję im wszystkim za pomoc. Sam,
rzecz jasna, starałem się za wszelką cenę wyeliminować wszelkie niedociągnięcia w warstwie
literackiej, a odpowiedzialność za ewentualne błędy i pomyłki spada wyłącznie na mnie.
Jeśli chodzi o moją najbliższą rodzinę, to Rachel, moja żona, była zanadto zajęta pracą,
dziećmi i nową kuchnią, żeby zaangażować się w następny z dziwnych „projektów” swojego
męża, natomiast sport, szkoła i różne nowe urządzenia techniczne bez reszty pochłonęły nasze
dzieci. Mimo wszystko wytrwam przy nich i pozostawię egzemplarz tej książki w każdym
pokoju w nadziei, że z desperacji lub nudów chociażby ją przekartkują, a wtedy może coś na tych
stronach przyciągnie ich zainteresowanie!
Wprowadzenie

22 czerwca 1941 roku o 3.15 Adolf Hitler, pochodzący z Austrii założyciel i dyktator
nazistowskich Niemiec, rzucił do walki największe siły inwazyjne w historii świata przeciwko
jedynemu wówczas komunistycznemu państwu. Rozpoczął operację pod kryptonimem Fall
Barbarossa (plan „Barbarossa”). Dwa potężne państwa totalitarne – hitlerowska Trzecia Rzesza
i Związek Sowiecki Stalina, wcześniej przez dwa lata związane osobliwym paktem o nieagresji –
miały zetrzeć się w śmiertelnej walce, która przyniosła niespotykane w dziejach ludzkości
bestialstwa, a także ukształtowała oblicze światowej historii na co najmniej pięćdziesiąt lat.
Wojna Hitlera – a była to w istocie wojna wywołana przez tego jednego człowieka – okazała się
konfliktem zbrojnym nowego rodzaju. Europa i Azja przywykły do podbojów, wojen o różne
ziemie, zasoby naturalne, władzę i prestiż, lecz w tym gigantycznym rosyjsko-niemieckim starciu
zeszły na dalszy plan. Owa wojna miała zasadniczo charakter wielkiego konfliktu rasowego.
Światopogląd Hitlera, jego Weltanschauung („wiara”), jasno przedstawił jego akolita Heinrich
Himmler, socjopatyczny szef SS, w broszurze opatrzonej tytułem Die SS: „[…] odkąd na ziemi
są ludzie, wojna między ludźmi a podludźmi stała się historyczną regułą. Od niepamiętnych
czasów jesteśmy świadkami tej prowadzonej przez Żydów batalii, która stała się czymś
normalnym w życiu na tej planecie”.
Innymi słowy, o ile Karol Marks postrzegał historię jako walkę między różnymi klasami
społecznymi, o tyle hitlerowcy widzieli historię jako zmagania między rasami – Rassenkrieg
(„wojnę ras”). Stawką tych zmagań było panowanie na świecie oraz wszystko, co się z tym
wiązało – władza i bogactwa, zapewnione po wsze czasy. Pokonanych czekała otchłań zagłady,
całkowite wyginięcie. Przed 1941 rokiem Hitler poświęcił prawie dekadę na przekonywanie
Niemców, że to właśnie oni niosą pochodnię „rasy aryjskiej” i pisane im bycie panami świata –
że stanowią Herrenvolk („nację panów”). Większość mieszkańców północno-zachodniej Europy
także należało, w wyobrażeniach Hitlera, do ludów aryjskich – Skandynawowie, Holendrzy,
Flamandowie, Anglicy (choć Brytyjczycy pochodzenia celtyckiego już nie) – a za ich
naturalnych wrogów uważał Słowian i Azjatów, czyli ludność Związku Sowieckiego oraz Polski.
Najbardziej niebezpieczni byli jednak Żydzi. W urojeniach Hitlera to właśnie Żydzi odgrywali
rolę pająków w centrum wszechświatowej sieci i poprzez oszustwa, złą wolę i zakulisowe
manipulacje, do czego wykorzystywali kapitalizm i „niższe” rasy, zamierzali zatruć aryjską krew
i w efekcie zniszczyć „wyższą” rasę. Jedyny sposób na ocalenie rasy aryjskiej polegał na
podjęciu radykalnych działań i zniszczeniu przeciwnika – nie tylko na pokonaniu go, lecz na jego
unicestwieniu: fizycznej eliminacji wrogich genów. Wprawdzie Hitler rzucił swoje wojska na
sowiecki Kaukaz, aby zdobyły pola naftowe w okolicach Baku i Groznego, ale złoża ropy nie
były głównym celem, a tylko środkiem do osiągnięcia zasadniczego celu, to jest supremacji
jednego ludu – Aryjczyków – oraz likwidacji innych, tzw. gorszych nacji. Tak więc siłą
napędową nazistowskiej wiary były nie tylko zaborcze zakusy, lecz również dążenia do
ludobójczej przemocy. Z czasem doktryna ta na tyle przeniknęła cały nazistowski reżim, że coś,
co można określić jako „nałóg mordowania”, stało się programową polityką hitlerowskiego
państwa. Najjaskrawiej dowodzi tego Generalplan Ost (plan generalny „Wschód”).
W dokumencie tym, opracowanym przez Heinricha Himmlera na bezpośrednie polecenie Hitlera,
jasno sformułowano strategię działań nazistów w Związku Sowieckim po przewidywanym
podboju ZSRS. Suchym, urzędowym językiem stwierdzono, że 75 procent Białorusinów i 64
procent Ukraińców należy doprowadzić do śmierci głodem lub pracą albo przymusowo wysiedlić
z ich ziem, aby zrobić miejsce dla aryjskich osadników. W przypadku Polaków odsetek ten miał
być jeszcze wyższy: sięgał 80 procent. Na jednym z przyjęć tuż przez rozpoczęciem planu
„Barbarossa” Himmler posunął się do otwartego zakomunikowania niektórym z zaproszonych
gości: „Celem wszystkich przyszłych kampanii w Rosji będzie zdziesiątkowanie populacji
Słowian, zredukowanie jej do trzydziestu milionów”.
Były to plany tak potworne, że nawet wtedy większość ludzi, która je poznała,
potraktowała je jako przesadne, czcze zapowiedzi. Jednak po pewnym czasie tak często
powtarzane, stały się rodzajem mantry i stworzyły ideologiczną bazę niemiecko-sowieckiego
konfliktu. To z kolei umożliwiło Hitlerowi i jego zausznikom przekonanie Niemców, aby
bezwarunkowo poparli tę megalomańską wizję, a wojska skoncentrowane w pobliżu granic
Związku Sowieckiego w przededniu planu „Barbarossa” nie miały żadnych wątpliwości co do
słuszności swojej sprawy i „prawości” misji. A tego, że owa misja miała doprowadzić do rasowej
rzezi, nie poddawano nawet pod dyskusję. Na zasadniczy i przerażający fakt, że Hitler rzucił
80-milionowy naród do walki z krajem niemal bezkresnym, pełnym niewyczerpanych bogactw
naturalnych i zamieszkanym przez ok. 190 milionów ludzi oraz mającym najliczniejsze siły
zbrojne na świecie, można było w takich warunkach przymknąć oko. Niewątpliwie taka wiara,
wsparta przez potężną wewnętrzną moc państwa totalitarnego, pomagała Niemcom w wytrwaniu,
kiedy obiecanego przez Hitlera zwycięstwa nie osiągnięto w 1941 roku, a lista ofiar walk tamtej
straszliwej zimy stale się powiększała.
Choć skrajny fanatyzm oficjalnej polityki rasowej oddawał przysługi w wymiarze
propagandowym w samych Niemczech – każdy naród lubi słuchać o swojej wyjątkowości – to
zarazem stanowił kolosalną zawadę w nazistowskich próbach stworzenia globalnego sojuszu
zaprzyjaźnionych państw, liczących na zwycięstwo w wojnie. Niewiarygodnie trudno było
zawrzeć szczere przymierze z krajem oficjalnie uznawanym za „gorszy rasowo” i mniej
cywilizowanym. Niekiedy starania obejścia tego paradoksu przeradzały się w istną farsę,
w rodzaj intelektualnej „licencji”, pozwalającej nazistom na stwierdzanie, że Japończycy
i Nepalczycy to w rzeczywistości ludy aryjskie, a muzułmańscy Albańczycy wywodzą się od
Ostrogotów z okresu wczesnego średniowiecza. W zawiązywaniu sojuszów to jednak alianci pod
przywództwem brytyjskiego premiera Winstona Churchilla osiągali imponujące sukcesy.
Churchill, zagorzały antykomunista, był gotów sprzymierzyć się ze Stalinem, a tę inicjatywę
opatrzył sławnym komentarzem: „Gdyby Hitler najechał piekło, to w Izbie Gmin przynajmniej
mógłbym powiedzieć coś pozytywnego o diable”.
Przecież nie tylko Niemcy zaatakowali zachodnie granice ZSRS latem 1941 roku. U boku
maszerujących na wschód jednostek Wehrmachtu były też wojska aż sześciu krajów
sprzymierzonych z Rzeszą oraz kontyngenty wojskowe sześciu oficjalnie neutralnych państw.
Zbrojna formacja SS Heinricha Himmlera – Waffen-SS – zdołała zwerbować w swoje szeregi
kilka tysięcy ludzi z okupowanych krajów skandynawskich, Holandii oraz Belgii. Faszystowska
Hiszpania Franco wysłała na front wschodni całą dywizję ochotniczą, znaną jako Blau Division
(„Błękitna Dywizja”, od koloru koszul mundurowych, początkowo noszonych przez jej
żołnierzy).
Jednak to sojusznicy Niemiec, czyli państwa Osi, wzięli w tej kampanii zdecydowanie
dużo większy udział, chociaż od samego początku był on nierówny. Przykładowo: Finlandia
przystąpiła do ataku na ZSRS tylko z zamiarem odzyskania terytoriów utraconych na rzecz
Sowietów podczas wojny zimowej w latach 1939––1940. Finowie doszli do swojej dawnej
granicy, gdzie się okopali i czekali; nie chcieli wkraczać w głąb ziem rosyjskich, na wypadek
gdyby kampania potoczyła się niepomyślnie.
Jeśli chodzi o Bułgarów, to odnosili się oni bez entuzjazmu do zaatakowania swoich
tradycyjnych sojuszników i nawet oficjalnie nie wypowiedzieli wojny Sowietom. Po pewnym
czasie armia bułgarska pomaszerowała nie na wschód, tylko na południe, gdzie zajęła sporne
obszary odebrane pokonanej Grecji i podjęła brutalne działania antypartyzanckie w Tracji
i Macedonii. Z perspektywy Bułgarii w interesie tego kraju leżała ekspansja terytorialna kosztem
sąsiednich państw, a nie drażnienie potężnych słowiańskich pobratymców – Rosjan.
W południowym sektorze frontu zdecydowana większość niemieckich sojuszników
z państw Osi miała odegrać ważną rolę. Podczas wielkich kampanii na Ukrainie i południu Rosji
wojska Rumunii, Węgier, Włoch, Słowacji i Chorwacji podjęły walkę z pamiętliwym i mściwym
przeciwnikiem. Żołnierze ze wspomnianych krajów, nierzadko nienawidzący się wzajemnie
o wiele bardziej niż wrodzy wobec Rosjan, z którymi stanęli do boju, początkowo stanowili
niespełna 10 procent sił inwazyjnych. Niemieccy frontowi dowódcy najczęściej powierzali im
drugorzędne zadania; poważne odstępstwo od tej reguły stanowiły tylko okupione ogromnymi
stratami zwycięstwa wojsk rumuńskich pod Odessą i Sewastopolem. Jednakże fiasko planu
„Barbarossa” u samych wrót Moskwy oraz późniejsze potężne sowieckie zimowe kontrofensywy
wszystko zmieniły. Ostheer (niemieckie wojska lądowe na froncie wschodnim) zdołały oprzeć
się śnieżnym zadymkom oraz mrozom i powstrzymać Armię Czerwoną. Straty były jednak
gigantyczne: ponad milion żołnierzy poległo, odniosło rany bądź zaginęło. W gruncie rzeczy
dawniejszy Wehrmacht, który dokonał podboju Polski, Danii, Norwegii, Francji, Holandii, Belgii
i Bałkanów, uległ zniszczeniu w Rosji w 1941 roku.
Początek 1942 roku przyniósł Hitlerowi kolejną szansę podjęcia działań zaczepnych na
froncie wschodnim. Niemniej lektura wszystkich raportów strategów z Oberkommando der
Wehrmacht (OKW – Naczelnego Dowództwa Sił Zbrojnych) była dla Führera niemiła. Najlepsi
niemieccy sztabowcy zgodnie twierdzili: nazistowskie Niemcy są fizycznie niezdolne do
powtórzenia wielkiej ofensywy z 1941 roku na trzech kierunkach strategicznych. Trudności
nastręczało nawet skoncentrowanie dostatecznych sił do pojedynczego uderzenia.
W poszukiwaniu rozwiązania Hitler poniewczasie zwrócił się do swoich sojuszników i zażądał
od nich pełnego zaangażowania się w wojnę ze Związkiem Sowieckim. Rezultatem tego był
masowy napływ na front wschodni żołnierzy z Rumunii, Włoch i Węgier. Łącznie te trzy kraje
wystawiły 750 000 ludzi do udziału w letniej ofensywie, mającej doprowadzić do zdobycia
zasobnych w ropę naftową obszarów sowieckiego Kaukazu. Ofensywa o kryptonimie Fall Blau
nie powiodła się jednak, a kolejna rosyjska zima zastała źle wyekwipowane wojska niemieckich
sprzymierzeńców z państw Osi rozciągnięte, osłabione i przemarznięte na brzegach Donu na
północy i południu od Stalingradu, gdzie trwała rzeź niemieckiej 6. Armii.
Pod wodzą generała Żukowa, obrońcy Moskwy, Armia Czerwona, szykująca się do
zimowych przeciwuderzeń, postawiła sobie za cel całkowitą likwidację wojsk Osi i formacji
niemieckich w południowej Rosji. Wobec tego, że mające niepełne stany osobowe jednostki
sojuszników Niemiec obsadzały bardzo długie odcinki frontu i odczuwały dotkliwy brak broni
ciężkiej, amunicji i wszelkiego nowoczesnego sprzętu wojskowego, jedyną nadzieję na ocalenie
w razie sowieckiego ataku mogły stanowić dla Rumunów, Węgrów i Włochów silne, ruchome
odwody niemieckie. Do tej roli wyznaczono dwa korpusy – XXXXVIII Korpus Pancerny
i Korpus Cramera. Ich strażą przednią były doborowe jednostki armii rumuńskiej i węgierskiej –
rumuńska 1. Dywizja Pancerna oraz węgierska Pancerna Dywizja Polowa. Na barkach żołnierzy
tych formacji spoczywała odpowiedzialność za zwycięstwo. Poniosły one jednak klęskę. Kiedy
Sowieci najpierw uderzyli na Rumunów podczas operacji „Uran”, a następnie na pozycje
Włochów i Węgrów, linia frontu poszła w rozsypkę, a elitarne jednostki zmechanizowane Osi
uległy zagładzie. Klęska rumuńskich i węgierskich czołgistów oraz ich niemieckich sojuszników
przesądziła o losie wszystkich czterech armii Osi nad Donem. Gdy wojska sowieckie przedarły
się na tyły, pozbawione świeżych odwodów oddziały rumuńskie, węgierskie i włoskie przestały
istnieć jako zorganizowane jednostki, a ocalali z tej katastrofy żołnierze wycofywali się bezładnie
na zachód. W ciągu nieco ponad dziesięciu tygodni frontowe oddziały sprzymierzeńców
nazistowskich Niemiec wycięto w pień. Była to najgorsza katastrofa militarna w dziejach tych
krajów.
Pogrom setek tysięcy żołnierzy i utrata wielkich ilości cennego sprzętu wstrząsnęła całą
koalicją Osi. Włosi, Chorwaci i Węgrzy na dobrą sprawę wycofali się z frontu wschodniego,
a udział Rumunów i Słowaków w późniejszych walkach był już znacznie mniejszy. Dopiero pod
koniec 1944 roku, gdy zwycięska Armia Czerwona podeszła do ich państwowych granic,
zmobilizowali się do ostatniego wysiłku zbrojnego. Wówczas nic to już nie dało. W obliczu
nieuchronnej klęski Rumuni i Słowacy odwrócili się od nazistowskich Niemiec i przeszli na
stronę aliantów; Włosi próbowali to uczynić już rok wcześniej. W ostatnich miesiącach wojny
żołnierze rumuńscy, słowaccy, bułgarscy, a nawet fińscy podjęli walkę ze swoimi byłymi
niemieckimi towarzyszami broni. Ta przeprowadzona w ostatniej chwili wolta niewiele dała ich
krajom, gdyż Stalin nie miał zamiaru pobłażać niedawnym nieprzyjaciołom. Pokój przyniósł
okupację, represje i narzucenie sowieckiego komunizmu. Wschodnioeuropejskie monarchie
i rządy po kolei zastępowano dyktaturami podporządkowanymi Kremlowi – a w istocie
Stalinowi, „pająkowi” w samym centrum komunistycznej sieci. Tylko Finlandii i Włochom udało
się wyrwać z cienia „żelaznej kurtyny”; głównie za sprawą położenia geograficznego nie
podzieliły strasznego losu swoich byłych sprzymierzeńców.
Dlaczego więc kraje, takie jak Rumunia i Węgry – tradycyjnie sobie wrogie, gotowe
skoczyć sobie do gardeł (przy czym Rumuni byli w okresie międzywojennym ważnym
sojusznikiem Francji) – dały się złapać na „haczyk”? Zadecydowały o tym te same czynniki
geograficzne, które jakże często dyktowały bieg historii tych krajów. Znajdujące się między
dwiema totalitarnymi potęgami niemal wszystkie nacje środkowoeuropejskie musiały przejść na
jedną ze stron, kiedy wojna ogarnęła prawie cały Stary Kontynent. Polityka, historia i mężowie
stanu – wszystkie te czynniki odegrały pewną rolę w tym wyborze. Hitler prowadził bardzo
sprytną rozgrywkę, najpierw straszył potencjalnych sprzymierzeńców nazistowską agresją,
a potem kusił podziałem łupów grupę państw, które w praktyce dopiero otrząsały się ze skutków
pierwszej wojny światowej i rzekomych niesprawiedliwości, będących jej rezultatem. Każdy
z nich wybrał własną drogę: przyłączał się do kampanii podjętej przez Ostheer lub odmawiał
w niej udziału, tak jak Bułgarzy.
Dla faszystowskich Włoch Mussoliniego udział w kampanii rosyjskiej oznaczał li tylko
przerzucenie na front wschodni części zasobów militarnych z głównego, dla Włochów, teatru
wojennego w Afryce Północnej, podczas gdy dla Rumunii, Węgier i Słowacji front wschodni
okazał się główną bądź jedyną areną działań militarnych. Fiasko nazistowskich planów rozbicia
Związku Sowieckiego podczas planu „Barbarossa” było zatem równie wielką katastrofą dla
sojuszników Rzeszy z państw Osi, jak dla samych Niemiec. W wojnie na wyczerpanie na
bezkresnych rosyjskich ziemiach rażąco dała o sobie znać słabość sił wojskowych państw Osi,
zwłaszcza gdy naciskano na nie, aby rzuciły do walki kolejne zastępy w wielkiej pokerowej
zagrywce, jaką była w istocie letnia ofensywa Wehrmachtu w 1942 roku. Faktycznie Hitler
beztrosko dobierał sobie sprzymierzeńców. Chwiejne monarchie i państewka autorytarne,
tworzące europejską koalicję Osi, nigdy nie były na tyle silne militarne i ekonomicznie, by móc
przechylić szalę zmagań na froncie wschodnim na stronę Wehrmachtu, a kataklizm nad Donem
zimą 1942–1943 – wraz z klęską niemieckiej 6. Armii – przesądził o ostatecznej porażce
Niemiec.
Często pozostająca w cieniu bitwy stalingradzkiej katastrofa nad Donem, podczas której
poległy setki tysięcy przemarzniętych rumuńskich, węgierskich, włoskich i chorwackich
żołnierzy (poborowych i ochotników), była równie dramatyczną i krwawą batalią, jak ta o miasto
nad Wołgą, i miała równie wielkie konsekwencje dla Europy w następnych sześćdziesięciu
latach.
Oto więc dzieje przełomowej bitwy oraz żołnierzy, którzy wzięli w niej udział.
Rozdział 1

Polityka państw OSI

Następstwa pierwszej wojny światowej – zwycięzcy i przegrani

Choć działo się to w czasie drugiej wojny światowej, to w istocie genezy zmontowanego
przez Hitlera „osobliwego aliansu” europejskiego, który doprowadził do zagłady nad Donem
wojsk sojuszników Rzeszy w 1942 roku, należy się dopatrywać w wielkim zamęcie, wywołanym
przez… pierwszą wojną światową. Znalazłszy się po obu stronach tego straszliwego konfliktu
zbrojnego, kraje, które później przystąpiły do Osi, nadzwyczaj ucierpiały, a każdy z nich na swój
sposób wyszedł z wojny przegrany. Królestwo Węgier w 1914 roku tworzyło wspólny organizm
państwowy z archaicznym reliktem późnego średniowiecza – rządzonym przez Habsburgów
cesarstwem. Po dość przypadkowym przystąpieniu do wojny, do której były zupełnie
nieprzygotowane, Węgry najpierw straciły setki tysięcy żołnierzy na polach bitewnych frontu
wschodniego, a potem zostały wielce upokorzone przez zwycięzców w postanowieniach traktatu
w Trianon. Dla Węgrów stanowił on ekwiwalent niefortunnego traktatu wersalskiego, w którym
rozprawiono się z cesarskimi Niemcami (w znacznym stopniu przyszłych losów Węgrów
dotyczył zawarty w 1919 roku traktat w Saint-Germain, który doprowadził do formalnego
rozbicia monarchii austro-węgierskiej i utworzenia niepodległych Węgier, Czechosłowacji,
Polski i Jugosławii).
Podpisany 4 czerwca 1920 roku traktat w Trianon w takiej samej mierze okazał się
zarzewiem późniejszych konfliktów europejskich, jak nieco wcześniejsze układy z Wersalu
i Saint-Germain. Dla wojowniczych Madziarów był ciosem depczącym ich dumne tradycje
militarne. Liczebność armii węgierskiej zredukowano do zaledwie 35 000 żołnierzy, a Węgrom
nie wolno było mieć samolotów bojowych, czołgów i ciężkiej artylerii. Ich nowy regent, Miklós
Horthy, został admirałem bez floty, gdyż Węgry utraciły dostęp do Adriatyku. „Nowa armia”,
znana jako Honved („wojsko narodowe”), miała odtąd bronić kraju okrojonego z aż dwóch
trzecich przedwojennej ludności i terytoriów. Pod rządami Habsburgów przedstawiciele różnych
grup etnicznych przemieszczali się swobodnie i mieszali się ze sobą na pagórkowatych
równinach dorzecza Dunaju i okolicznych obszarach, więc kartografom z Trianon nader trudno
było wytyczyć rozsądne granice nowych suwerennych państw. Rezultaty ich starań nie mogły
być gorsze. Ziemie od dawna uznawane za część historycznych Węgier rozparcelowano
pomiędzy sąsiednie kraje: obszar Siedmiogrodu, o powierzchni ponad 54 000 km2 i z 1,7 mln
etnicznych Węgrów, znalazł się w granicach Królestwa Rumunii, a 600 000 przedstawicieli
ludności madziarskiej z Rusi Zakarpackiej stało się obywatelami nowo utworzonego państwa
czechosłowackiego. Postanowienia traktatu z Trianon spowodowały zatem, że ponad 2,5 mln
Węgrów pozostało poza granicami swej okrojonej ojczyzny. Ludność węgierska i rząd Węgier
nie kryli rozgoryczenia i dążyli za wszelką cenę do odzyskania utraconych ziem. Szansę
dostrzeżono w błyskawicznym wzlocie nazistowskich Niemiec i gotowości tego kraju do
przeprowadzenia arbitrażu w kwestii spornych obszarów; acz Berlin oferował swoją pomoc nie
za darmo.
Rumuni, w 1914 roku w praktyce otoczeni przez Habsburgów oraz ich sojuszników
Bułgarów, przezornie zachowali neutralność. Ostatecznie jednak udało się nakłonić Rumunię do
przystąpienia do ententy, o czym zadecydował w sporej mierze pozorny sukces carskich wojsk
podczas ofensywy Brusiłowa na froncie austriackim w 1916 roku; 27 sierpnia 1916 roku
Rumunia wypowiedziała wojnę państwom centralnym: Niemcom i Austro-Węgrom. Rumuni
zmobilizowali 750 000 żołnierzy i skierowali 23 dywizje do węgierskiego Siedmiogrodu, gdzie
spodziewali się odniesienia szybkiego i łatwego zwycięstwa nad wyczerpanym przeciwnikiem.
Jednak słabo wyposażone i źle dowodzone wojska rumuńskie niebawem starły się z aż czterema
niemieckimi, austriackimi i bułgarskimi armiami polowymi i poniosły dotkliwą porażkę. Po
zaledwie czterech miesiącach nieprzyjaciel zajął Bukareszt i większość Rumunii, a niedobitki
armii rumuńskiej wycofały się do Rosji, aby uchronić się przed katastrofą. Ocalona przez klęskę
Niemiec i zakończenie pierwszej wojny światowej Rumunia zliczyła koszty swojego
pyrrusowego zwycięstwa – ok. 336 000 poległych i 120 000 rannych żołnierzy. Sojusz ze
zwycięską ententą, okupiony daniną krwi, przyniósł narodziny Romania Mare („Wielkiej
Rumunii”), gdyż kraj ten z dnia na dzień niemal dwukrotnie powiększył się terytorialnie kosztem
węgierskich strat. Rozległe nowe obszary przyłączono do rumuńskiej Mołdawii i Wołoszczyzny.
Były to: Siedmiogród z 5,5 mln ludności (z której 60 procent faktycznie stanowili etniczni
Rumuni), dawne prowincje carskiej Rosji, czyli Besarabia i Bukowina (również zamieszkane
głównie przez Rumunów), wreszcie bułgarski region Dobrudży. Rumunia z 18-milionową
ludnością wyrosła na Bałkanach na regionalną potęgę, która dominowała nad sąsiednimi
Węgrami i Bułgarią. I choć taki wynik wojny mógł uderzyć do głowy władzom w Bukareszcie, to
nie przyniósł Rumunom ani spokoju, ani dobrobytu, a tylko zrodził głęboką nienawiść sąsiadów
na ponad dwadzieścia lat, która zresztą w niemałym stopniu przyczyniła się do klęski rumuńskich
wojsk nad Donem na przełomie lat 1942 i 1943.
Zjednoczone Królestwo Włoch, które w chwili wybuchu pierwszej wojny światowej nie
istniało nawet pół wieku, początkowo należało do trójprzymierza, czyli sojuszu państw
centralnych, wraz Niemcami i Austro-Węgrami, lecz w 1914 roku roztropnie nie przystąpiło do
czynnego udziału w konflikcie zbrojnym, który wybuchł na Bałkanach i opanował większość
Europy oraz Rosję. Na nieszczęście dla samych Włochów rychło odrzucili oni rozsądek
polityczny i już w maju 1915 roku dali się przekonać entencie do porzucenia neutralności
i zaatakowania monarchii austro-węgierskiej. W zamian obiecano im zyski terytorialne po
wygraniu wojny. Ową marchewkę, którą machano Rzymowi przed nosem, stanowiły bogate
prowincje cesarskiej Austrii w pobliżu północnej granicy włoskiej: Trentino i Fiume (Rijeka)
oraz tereny na dalmatyńskim wybrzeżu Adriatyku. Rozbudzano te same hurapatriotyczne,
nacjonalistyczne emocje, które rok wcześniej ogarnęły Wielką Brytanię, Francję, Niemcy i inne
walczące kraje. Włoskie komisje poborowe nawoływały młodzież do wstępowania w szeregi
wojska. Ogółem powołano tam pod broń 5,6 mln mężczyzn – aż o ponad milion więcej, niż udało
się zmobilizować Włochom w latach drugiej wojny światowej. Podobnie jak ćwierć wieku
później, źle wyszkoleni, słabo wyekwipowani i często beznadziejnie dowodzeni włoscy żołnierze
dzielnie zaatakowali nieprzyjaciela i zostali rozbici w puch. W kampanii, która zapisała się we
włoskiej historii jako Il Guerra Bianca („biała wojna”) – gdyż walki często toczono wśród
śniegu, na białych, wapiennych graniach – aż 689 000 włoskich żołnierzy zginęło, a ponad milion
odniosło rany pod Caporetto i w innych katastrofalnych dla Włochów bitwach z wojskami
austro-węgierskimi. Mimo że Włochy formalnie wyszły z wojny zwycięsko, to jej przebieg
wstrząsnął narodem i rozbudził ostre poczucie niesprawiedliwości, jako że zwycięstwo z 1918
roku nie przyniosło ich krajowi wszystkich obiecanych im zdobyczy. Wprawdzie Trentino
z niedużymi przyległymi obszarami znalazły się w granicach włoskich, lecz ważny port Fiume
i część dalmatyńskiego wybrzeża – już nie. Co więcej, przekazano je nowemu Królestwu
Serbów, Chorwatów i Słoweńców: Jugosławii.
Dla innych europejskich sojuszników nazistowskich Niemiec na początku lat 40. rezultaty
pierwszej wojny światowej były różne: dobre i niekorzystne. Bułgaria znalazła się ostatecznie po
niewłaściwej stronie; straciła Dobrudżę na rzecz Rumunii oraz swoją część wybrzeży Morza
Egejskiego na rzecz Grecji, a wraz z tym – dostęp do morza. Odtąd Bułgarzy z ledwie skrywaną
nienawiścią zerkali na Bukareszt i, zwłaszcza, na Ateny. Monarchistyczna Hiszpania pozostała
neutralna, a Finlandia (wcześniej prowincja carskiej Rosji) zdołała wykorzystać rozpad caratu
i wywalczyć niepodległość po krwawej lokalnej wojnie z nową komunistyczną Rosją. Słowakom,
od dawna buntującym się pod rządami Habsburgów, udało się zrzucić obce jarzmo, lecz
odgrywali zaledwie drugorzędną rolę w nowej unii ze swoimi czeskimi sąsiadami; Praga
i Bratysława nie były zgodnymi partnerami. Także Chorwaci, choć wcześniej uważani za
Kaisertreu – jedną z najbardziej lojalnych nacji w granicach austro-węgierskiego cesarstwa –
wyzwoliwszy się spod habsburskiego panowania, zostali, podobnie jak Słowacy, przymusowo
włączeni w skład nowego państwa – zdominowanej przez Serbów Jugosławii – w którym mało
się liczyli, co dawano im odczuć.
Polityka w latach międzywojennych

Reakcją Chorwatów, a w mniejszym stopniu także Słowaków, na ich nowy status


państwowy było nasilenie się nastrojów nacjonalistycznych, graniczących z nietolerancją
etniczną oraz politycznym ekstremizmem. Chorwat z pochodzenia, urodzony w Bośni prawnik
Ante Pavelić zorganizował ultranacjonalistyczny ruch ustaszów (Chorwacki Ruch Rewolucyjny)
– radykalne ugrupowanie terrorystyczne, dążące do zapewnienia Chorwacji niepodległości za
sprawą kampanii zamachów bombowych i zabójstw. Z akcji tych najbardziej niesławne było
zabójstwo jugosłowiańskiego króla, Serba Aleksandra I, w Marsylii w 1934 roku. Odpowiedzią
kierowanych przez Serbów władz jugosłowiańskich na terror ludzi Pavelicia były surowe
represje, podsycające głębokie podziały wewnętrzne w tym kraju w późnych latach 30.
Co się tyczy Słowaków, to powtarzano ironiczne powiedzonko o tym, że „Czesi mają
kulturę, a Słowacy – agrykulturę”, świadczące o tlących się resentymentach, dotyczących
czeskiej dominacji w młodym państwie czechosłowackim i jego instytucjach, w tym wśród kadry
zawodowej świetnej armii czechosłowackiej. Napięcia te doprowadziły w latach 30. do narodzin
ruchu na rzecz uzyskania przez Słowaków autonomii i samorządu. Nie wywołał on bynajmniej
wstrząsów na taką skalę jak podobne separatystyczne dążenia w Jugosławii. Nawet po tym, jak
na konferencji monachijskiej w praktyce dano Niemcom zielone światło do przeprowadzenia
podziału państwa czechosłowackiego, na Słowacji nie było masowych wystąpień na rzecz
uzyskania niepodległości. Jednak Hitler nie tolerował odmowy ani sprzeciwu. Ostatecznie,
w marcu 1939 roku, wezwał do Berlina liderów Słowackiej Partii Ludowej i oznajmił im, że
jeżeli Słowacy niezwłocznie nie odłączą się od Czechów i nie ogłoszą niepodległości, wówczas
on zezwoli Węgrom na zajęcie państwa słowackiego. W tej sytuacji Słowacja już następnego
dnia proklamowała niepodległość.
W latach międzywojennych na północy Europy zasadniczo panował spokój. Finowie
szybko przywykli do wywalczonej suwerenności i weszli na drogę prowadzącą do wielopartyjnej
demokracji. Widoczną oznaką tego, że osiągnęli sukcesy w tej mierze, było powierzenie im
organizacji igrzysk olimpijskich w 1940 roku.
Zupełnie inaczej przedstawiała się sytuacja w katolickiej Hiszpanii, gdzie w latach
1936–1939 toczyła się niezwykle krwawa wojna między konserwatywnymi siłami prawicowymi
a lewicą; ten konflikt wewnętrzny spustoszył kraj, a setki tysięcy Hiszpanów zginęło w wyniku
działań wojennych i odwetowych.
Wprawdzie królestwo Bułgarii nie podzieliło straszliwego losu Hiszpanii, lecz zmagania
tradycjonalistów z siłami dążącymi do przemian społecznych, które wstrząsały większością
Europy w latach 20 i 30., także wywarły wpływ na ten klanowy kraj. Abdykacja cara Ferdynanda
w 1918 roku (podobnie jak Rosjanie, Bułgarzy nazywali swojego cesarza carem) wyniosła do
rządów jego syna Borysa III i zapoczątkowała demokratyczne rządy. Nie było jednak mowy
o spokoju. Zamachy i próby przewrotów stanowiły normę. W czerwcu 1923 roku zamordowano
nawet jednego z premierów, Aleksandyra Stambolijskiego (nieszczęśnika okrutnie torturowano,
obcięto mu rękę, a zabójcy odesłali jego głowę do Sofii w pudle po ciastkach na dowód jego
zgładzenia). W końcu Borys energiczniej wkroczył do polityki i w kwietniu 1935 roku ogłosił się
dyktatorem, co paradoksalnie na pewien czas względnie ustabilizowało sytuację w kraju,
aczkolwiek w warunkach rządów totalitarnych, w których nie było miejsca na opozycję.
We włoskiej monarchii system polityczny starano się na próżno przykroić do bardzo
złych nastrojów społecznych i jakoś zaspokoić roszczenia mas. Kolejne słabe koalicje
sprawowały władzę do 1922 roku, kiedy to za sprawą czczych obietnic i fanfaronady przejęcie
steru rządów w Rzymie zaproponowano populistycznemu byłemu socjaliście i agitatorowi Benito
Mussoliniemu. Na światowej arenie politycznej pojawił się nowy system – faszyzm. Dzięki dość
zręcznej propagandzie, połączonej z prześladowaniami przeciwników politycznych
i wprowadzaniem rzeczywistych reform, Mussolini wyrósł na europejskiego „modelowego
dyktatora” i nawet Hitler starał się go naśladować, póki nie zdał sobie sprawy, cokolwiek późno,
że nabierał się na sztuczki mistrza iluzjonisty. Uważni obserwatorzy szybciej dostrzegli
zasadnicze bolączki faszystowskiego systemu. Zdecydowany zapewnić Włochom balsam dla
zranionego poczucia narodowej dumy, Mussolini podjął agresywną politykę zagraniczną, która
często prowadziła do chaotycznych interwencji zbrojnych i kompromitujących niepowodzeń.
W rezultacie dwaj dyktatorzy, niemiecki i włoski, jak gdyby zamienili się rolami, a Włochy coraz
częściej okazywały się „ogonem niemieckiego psa”.
Można posłużyć się podobną analogią i stwierdzić, że w latach międzywojennych
największymi „psami” na arenie bałkańskiej były Rumunia i Węgry – śmiertelni i odwieczni
wrogowie, podzieleni głównie przez kwestię spornej granicy w Siedmiogrodzie, gdzie liczna
populacja etnicznych Madziarów była uśpioną „piątą kolumną”, nieustannie spędzającą sen
z powiek rządzącym w Bukareszcie. Rumuni potrzebowali przyjaciół, więc, co naturalne,
zwrócili się ku swemu najważniejszemu sojusznikowi z czasów pierwszej wojny światowej –
Francji – oraz innemu państwu, które skorzystało na postanowieniu traktatu w Trianon –
Czechosłowacji. Podpisano porozumienia w kwestii dostaw uzbrojenia, często poprzedzające
zawarcie formalnych sojuszów między krajami. Rumuńskie siły zbrojne korzystały głównie
z francuskich i czeskich samolotów oraz innego sprzętu wojskowego wyprodukowanego we
Francji i w Czechach. Dyplomatyczna współpraca między tymi krajami też była dość ścisła,
jednakże wzrost potęgi nazistowskich Niemiec doprowadził do wbicia klina w tę koalicję, gdyż
w Paryżu, Pradze i Bukareszcie usiłowano jakoś zareagować na pojawienie się nowego
europejskiego mocarstwa – Trzeciej Rzeszy. Dla politycznego intryganta i konspiratora, takiego
jak Hitler, tego rodzaju sieć spleciona z wzajemnej wrogości, fałszu i ze strachu była istnym
polem do popisu; i nie omieszkał wykorzystać korzystnej dla siebie sytuacji.
Sojusze z lat 1939–1940 i wojna na Zachodzie

Nastawienie Hitlera do sojuszów i międzynarodowej dyplomacji z czasem uległo


radykalnej zmianie. Nigdy nie przejawiał skłonności do nawiązywania osobistych przyjaźni lub
szukania partnerów politycznych, choć początkowo starał się współdziałać z innymi dyktaturami
reprezentującymi zbliżoną ideologię, i stąd jego zamiłowanie do faszystowskich Włoch.
Doprowadziło to do zawarcia w maju 1939 roku paktu stalowego przez Rzym i Berlin,
określającego między innymi współpracę gospodarczo-wojskową, a następnie do najbardziej
spektakularnej wolty dyplomatycznej w erze międzywojennej – podpisania 23 sierpnia 1939 roku
paktu o nieagresji, znanego także jako układ Ribbentrop-Mołotow (od nazwisk dwóch ministrów
spraw zagranicznych, Joachima von Ribbentropa i Wiaczesława Mołotowa, którzy negocjowali
treść o pokoju i przyjaźni między Związkiem Sowieckim i nazistowskimi Niemcami). Pakt ten
wywołał na świecie szok, gdyż zaprzysięgli ideologiczni wrogowie nagle padli sobie w ramiona.
Świat nie wiedział jednak, że wspomniany układ zawierał tajne klauzule, które praktycznie
ustalały podział Europy Wschodniej i Bałkanów na dwie sfery wpływów, gdzie każdy
z sygnatariuszy paktu mógł zaprowadzać własne porządki.
Już tydzień później zaczęto urzeczywistniać postanowienia tego tajnego protokołu:
Niemcy napadły na Polskę i rozpoczęły drugą wojnę światową. Moskwa nie zgłosiła żadnego
protestu, a w dodatku po upływie dwóch tygodni Armia Czerwona przekroczyła wschodnie
granice Polski, co przypieczętowało klęskę i rozbiór tego kraju. Tym samym wspomniane tajne
klauzule weszły w życie. Po dalszych trzech miesiącach, o północy 29 listopada, Berlin
odwdzięczył się Sowietom i wykazał podobną bierność po tym, jak następujący rozkaz
sowieckiego generała Kiryła Mierieckowa odczytano 250 000 czerwonoarmistom, oddanym pod
jego komendę: „Towarzysze, żołnierze Armii Czerwonej, oficerowie i komisarze polityczni!
W celu wypełnienia woli władz sowieckich i naszej wielkiej ojczyzny niniejszym rozkazuję
żołnierzom Leningradzkiego Okręgu Wojskowego przekroczenie granicy, rozbicie wojsk
fińskich i zabezpieczenie raz i na zawsze północno-zachodnich rubieży Związku Sowieckiego
i miasta noszącego imię Lenina, tej kolebki rewolucji proletariackiej”.
Finlandia, kraj z zaledwie czteromilionową ludnością, zaatakowała zbrojna potęga
Związku Sowieckiego. Inne państwa skandynawskie, a także cały świat, przypatrywały się
w oszołomieniu i trwodze, jak pewna zwycięstwa Armia Czerwona uderza na wielokrotnie
słabszego przeciwnika, wyposażonego w niewiele starych dział przeciwpancernych
i przestarzałych samolotów. Sowieci spodziewali się łatwego sukcesu w starciu z niedużym
sąsiadem z północy. Jednakże dzielni Finowie nie ustępowali i zadawali bardzo dotkliwe ciosy
źle przygotowanym do walki oddziałom sowieckim – najbardziej spektakularnym wyczynem
obrońców było całkowite zniszczenie sowieckiej 44. Dywizji pośród śniegów pod Suomussalmi
pod koniec grudnia. Do czasu zakończenia wojny zimowej, 13 marca 1940 roku, Armię
Czerwoną zmuszono do rzucenia do boju ponad miliona żołnierzy. Przebieg konfliktu stanowił
dla Stalina osobiste upokorzenie. Nie powstrzymało go to jednak przed zaanektowaniem Litwy,
Łotwy i Estonii w czerwcu tego samego roku, zgodnie z postanowieniami paktu z Rzeszą.
Upadek Francji i rozbiór Rumunii

Wraz z kapitulacją Francji 22 czerwca 1940 roku Rumunia utraciła swoją dotychczasową
sojuszniczkę i znalazła się na łasce otaczających ją „sępów”. Moskwa uderzyła pierwsza: zajęła
Besarabię, północną Bukowinę i rejon hercański, a jednostki Armii Czerwonej wmaszerowały do
obwodu czerniowieckiego, czemu przyglądały się ponuro zebrane tłumy rdzennych Rumunów.
Kolejnymi beneficjantami były Węgry i Bułgaria. Ribbentrop i jego włoski odpowiednik, hrabia
Galeazzo Ciano, zmusili Bukareszt do zaakceptowania postanowień tak zwanego drugiego
arbitrażu wiedeńskiego, na których mocy obszar Siedmiogrodu o powierzchni prawie 43 500
km2 przypadł Węgrom, a cała południowa Dobrudża – Bułgarii. Ogółem Rumunia utraciła 33
procent swych ziem i ludności.
Rok 1940: narodziny Osi

Pomimo wszelkich korzyści, jakie Niemcom przyniósł pakt Ribbentrop-Mołotow, Hitler


już w tym czasie postanowił w niedalekiej przyszłości zniszczyć Związek Sowiecki. Zastanawiał
się tylko, kiedy i jak to uczynić. Na te pytania częściowa odpowiedź znalazła się w ściślej tajnym
rozkazie – Dyrektywie nr 21 – z 18 grudnia 1940 roku, rozesłanym z kwatery głównej Hitlera
w Berlinie do najwyższych rangą oficerów Wehrmachtu (niemieckich sił zbrojnych, złożonych
z Heer, czyli wojsk lądowych, Kriegsmarine, czyli marynarki wojennej, oraz Luftwaffe – sił
powietrznych), dotyczącym planowanej operacji, której nadano kryptonim na cześć
XII-wiecznego cesarza rzymskiego narodu niemieckiego – Fryderyka Barbarossy
(Rudobrodego). Na jednej stronie nakreślono zamysł zapewne najbardziej zuchwałego
i ryzykownego przedsięwzięcia militarnego w historii – inwazji i zniszczenia największego
państwa na świecie, czyli Związku Sowieckiego: „Niemieckie siły zbrojne muszą być gotowe do
rozbicia Rosji Sowieckiej w krótkiej kampanii (plan «Barbarossa») jeszcze przed zakończeniem
wojny z Anglią”.
W dokumencie tym znalazł się także passus na temat roli przewidzianej dla sojuszników
Niemiec:
„II. Prawdopodobni sprzymierzeńcy i ich cele
Można liczyć na czynny udział Rumunii i Finlandii w wojnie Rosją Sowiecką na flankach
naszego zgrupowania.
1. Naczelne Dowództwo uzgodni i ustali w swoim czasie, w jakiej formie siły zbrojne
tych dwóch krajów znajdą się pod niemieckim dowództwem podczas interwencji zbrojnej
[w ZSRS].
2. Zadaniem Rumunii oraz wojsk tam skoncentrowanych [tj. na terytorium rumuńskim]
będzie związanie stojących naprzeciwko wojsk nieprzyjacielskich, a także świadczenie usług
pomocniczych na zapleczu frontu.
3. Finlandia osłoni koncentrację wojsk niemieckiej Grupy Północ (części Grupy XXI)
przerzuconych z Norwegii i podejmie z nimi współdziałania. Oprócz tego Finlandia otrzyma
zadanie zlikwidowania [sowieckiej obrony na półwyspie] Hanko”.
W dokumencie tym po raz pierwszy wyrażono potrzebę wsparcia niemieckich planów
wojennych przez sojuszników Rzeszy. Pomoc miała zostać udzielona w ramach paktu trzech oraz
Osi – przymierza noszącego taką nazwę, gdyż sojusze często określano podobnymi terminami
z dziedzin geografii i fizyki. Hitlera nie interesowało utworzenie wielkiej wielonarodowej armii
typu napoleońskiego, która miałaby zniszczyć Związek Sowiecki lub też uczestniczyć w podziale
przewidywanych łupów po zwycięstwie nad ZSRS. Była to strategia niebywale krótkowzroczna,
zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę możliwość zaatakowania sowieckiego Dalekiego Wschodu
przez Japończyków i zmuszenie Moskwy do walki na dwóch frontach. Hitlerowi chodziło
głównie o zabezpieczenie swoich flanek, zwłaszcza tej na południu, oraz – z czasem w coraz
większym stopniu – o zapewnienie Niemcom stałego dostępu do surowców i kopalin
niezbędnych do prowadzenia wojny, np. szwedzkich rud żelaza, jugosłowiańskiego boksytu oraz
przede wszystkim rumuńskiej ropy naftowej.
Przed atakiem na ZSRS wspomniane złoża ropy znajdowały się pod pieczą rumuńskiego
premiera, generała (później marszałka) Iona Antonescu. Antonescu, niski, elegancki mężczyzna
o silnym charakterze i niewzruszonych poglądach, początkowo rządził w imieniu młodego króla
Michała przy wsparciu faszystowskiej Żelaznej Gwardii. Jednakże Żelazna Gwardia rychło
zaczęła stanowić dla upartego premiera zawadę. Niechęć była zresztą wzajemna. Pod koniec
stycznia 1941 roku faszyści dokonali próby zamachu stanu i przejęcia siłą pełni władzy.
Antonescu uzyskał poparcie rumuńskiej armii i ciche przyzwolenie Hitlera, dzięki czemu rozbił
Żelazną Gwardię. Aresztował setki jej członków i zabił tych, którzy stawili mu opór. Przywódcy
organizacji zbiegli do Niemiec, gdzie Hitler trzymał ich w „rezerwie” na wypadek zdrady
Antonescu. Nazistowski dyktator postawił na wojskowego – czy też conducătora, jak Antonescu
zaczął się określać.
Na bazie paktu stalowego sojusz Osi szybko się rozrastał: najpierw 27 września 1940
roku przystąpiła do niego cesarska Japonia, 20 listopada uczyniły to Węgry, trzy dni później
Rumunia, a po upływie kolejnych czterech dni – Słowacja. Wkrótce poszła za ich przykładem
Bułgaria, a Jugosławia ostatecznie zgłosiła akces w marcu 1941 roku, co wywołało w tym kraju
masową antyniemiecką rewoltę. Aby ją zdławić, Wehrmacht najechał i podbił ten kraj
w błyskawicznej dwutygodniowej kampanii. Wydzielone z obszarów podbitych przez
zwycięzców Niepodległe Państwo Chorwackie (NDH) – rządzone przez Pavelicia i ustaszów –
okazało swoją wdzięczność i przystąpiło w czerwcu do Osi.
Oś powstała z niczego w ciągu niecałego roku. Odtąd Berlinowi zaczęło zależeć na
uzyskaniu korzyści militarnych i gospodarczych z tego sojuszu.
Rozdział 2

Udział w wojnie i jej wpływ na gospodarkę i siły zbrojne


sojuszników niemiec

Prowadzenie wojny zawsze wymagało pieniędzy oraz sprzętu i zasobów, pochłaniających


zasoby finansowe. Industrializacja wysiłku wojennego, która w rzeczywistości przypadła na lata
1914–1918, przyniosła zdecydowany wzrost roli strategicznych surowców oraz fabryk,
w których przerabiano surowce na machiny i urządzenia niezbędne do prowadzenia działań
wojennych w dobie nowożytnej, czyli wozów bojowych, dział, samolotów oraz wszelkiego
innego ekwipunku.
Jeśli wziąć pod uwagę ten arcyważny czynnik, to nazistowskie Niemcy nie mogły sobie
dobrać gorszych sprzymierzeńców, a Churchill – lepszych. (Produkt Krajowy Brutto Stanów
Zjednoczonych w chwili wybuchu drugiej wojny światowej był równy PKB wszystkich państw
Osi razem wziętych). Poza Niemcami żadne z państw Osi nie zasługiwało na miano
przemysłowej potęgi; w istocie były to kraje głównie rolnicze i gospodarczo zacofane. Niemal
zupełny brak nowoczesnego przemysłu zbrojeniowego w państwach, takich jak Włochy, Węgry
czy Rumunia miał się bezpośrednio przyczynić do klęski ich wojsk w Rosji. Wojska te,
rozciągnięte nad Donem zimą 1942 roku, były całkowicie uzależnione od nieprzerwanych dostaw
zaopatrzenia, w tym amunicji i broni, aby mieć szansę na powstrzymanie coraz groźniejszej
Armii Czerwonej. Służby logistyczne sojuszników Niemiec, na których spoczywało zadanie
zaopatrywania oddziałów na liniach obronnych w niezbędne ciężarówki, czołgi, samoloty
i działa, były rozpaczliwe słabe, a gospodarki państw Osi (poza Rzeszą) – niezdolne do
zaspokojenia potrzeb swoich frontowych jednostek.
Wprawdzie Włochy zaliczano do bardziej rozwiniętych państw europejskich, jednak
w rzeczywistości ten zwariowany na punkcie piłki nożnej kraj składał się z dwóch „połówek”.
Północ, czyli dolina Padu i pobliskie regiony, była przemysłowym sercem Włoch. Tam właśnie
znajdował się względnie prężny ośrodek przemysłu zbrojeniowego z wytwórniami
samochodowymi, takimi jak Ferrari czy mediolańska Alfa Romeo, lecz były to zakłady
nastawione na produkcję wyspecjalizowanych pojazdów, podczas gdy Włochy potrzebowały
wielkich fabryk, takich jak gigantyczne zakłady Fiata w Turynie. Na południu kraju sytuacja
przedstawiała się zupełnie inaczej. Żołnierz brytyjskiego Pułku Sherwood Foresters, szeregowy
Whitmore, który walczył na włoskim „bucie” w 1943 roku w składzie alianckich sił inwazyjnych,
tak wspominał południowe Włochy: „Och, było tam strasznie, strasznie. Gorzej niż w dystrykcie
Peak w [hrabstwie] Derbyshire. Wieśniacy z południowych Włoch byli bardzo prymitywni, nie
mieli toalet ani niczego takiego. Pamiętam, że w domach, w których mieszkali, stały w kątach
łóżka; spały w nich babiny, które miały po parę kurcząt i nic więcej. Ze wsi prowadziła na
wzgórza droga, właściwie ścieżynka, a po obu jej stronach nad ludzkimi odchodami brzęczały
roje much. Nigdy wcześniej nie widziałem niczego podobnego, nigdzie nie było ustępów
i pewnie dlatego tylu z nas się pochorowało”.
Poza tym Włochy miały stosunkowo niedużo surowców naturalnych, co uzależniało jej
od importu; np. w 1940 roku zapotrzebowanie Włoch na ropę naftową wynosiło 8,5 mln t,
z czego zaledwie 100 000 t wydobywano w kraju, a zapasy ropy wystarczały tylko na rok. Dla
porównania, Niemcy produkowały 8 mln t nafty i paliw pochodnych, a Wielka Brytania – 12 mln
t. Z wydobyciem węgla było jeszcze gorzej. W wielkich podziemnych kopalniach w Zagłębiu
Ruhry i na Śląsku wydobywano 365 mln t tego surowca dla niemieckich pieców hutniczych,
a w kopalniach Walii i północnej Anglii – 224 mln t. Węgiel był niezbędny do wytopu stali,
będącej głównym komponentem większości sprzętu wojskowego. Włochy musiały importować
aż połowę z potrzebnych gospodarce tego kraju 4,8 mln t stali w 1940 roku. Wspomniane braki
powodowały, że w pierwszym roku wojny Włosi wyprodukowali zaledwie 250 czołgów i nieco
ponad 2000 samolotów. W tym samym roku Wielka Brytania wyprodukowała 1399 czołgów,
a Niemcy – 1643; ponadto w Rzeszy powstało prawie 11 000 nowych samolotów, a w Wielkiej
Brytanii aż 15 000. Mussolini nigdy nie przyznał tego publicznie, ale pod koniec 1939 roku, to
jest na samym początku światowego konfliktu militarnego, po cichu prosił Hitlera o niezwłoczne
dostawy aż 170 000 t sprzętu wojskowego, rozpaczliwie starając się unowocześnić włoskie siły
zbrojne z myślą o nadchodzącej wojnie. Hitler musiał mu odmówić, gdyż nie był w stanie
zaspokoić żądań generalicji Wehrmachtu dotyczących nowego uzbrojenia.
W rzeczywistości gdy wojenne gospodarki głównych mocarstw uczestniczących w wojnie
w wielkim tempie zwiększały produkcję zbrojeniową, to peryferyjne kraje Osi właściwie pod tym
względem stały w miejscu. Dane statystyczne wymownie o tym świadczą. Weźmy przykładowo
Włochy – najbardziej rozwinięty kraj spośród partnerów Niemiec z Osi: podczas wojny opuściły
hale produkcyjne ogółem 2473 czołgi i działa samobieżne, a także 7200 działa i 83 000
ciężarówki. Z kolei w Niemczech produkowano tyleż czołgów niemal co miesiąc w 1944 roku,
a nawet Kanada wyprodukowała w latach wojennych 5678 czołgów!
Znacznie gorzej niż we Włoszech było na Węgrzech i w Rumunii. W latach 30.
gospodarki obu tych krajów miały zasadniczo charakter rolniczy; działały niewielkie ośrodki
przemysłowe, a nowoczesna infrastruktura, w sensie linii kolejowych, asfaltowych dróg i sieci
elektrycznej, była słabo rozwinięta. Powszechna umiejętność czytania, pisania i liczenia,
nieodzowna do osiągnięcia wzrostu ekonomicznego, wciąż pozostawała nader odległym celem
w obu wspomnianych krajach. W Rumunii w czasie pierwszego oficjalnego spisu powszechnego
w 1930 roku ponad 38 procent ludności w wieku powyżej siedmiu lat uznano za analfabetów
(z jakiegoś powodu przeważali w tym gronie mężczyźni, ponadto, co już zrozumiałe,
analfabetyzm był znacznie bardziej rozpowszechniony na prowincji niż w dużych miastach).
Musiało się to bezpośrednio przełożyć na stan rumuńskich sił wojskowych. Feldmarszałek Erich
von Manstein, zapewne najwybitniejszy strateg niemiecki z lat drugiej wojny światowej, napisał
w swoich powojennych wspomnieniach (wyd. polskie pt. Stracone zwycięstwa, t. 1, przeł. J.
Bańbor, Warszawa 2001): „Wprawdzie żołnierz rumuński – pochodzący przeważnie z warstwy
chłopskiej – był niewymagający w stosunku do siebie, ale za to był zdolnym, a także dzielnym
żołnierzem. Jednak niski poziom wykształcenia powszechnego [w Rumunii] nie dopuszczał
możliwości wychowania tego żołnierza w duchu samodzielnego działania, a cóż dopiero na
kogoś z korpusu podoficerskiego”.
Innymi słowy, póki przełożeni żyli i działali, rumuński żołnierz mógł walczyć dobrze,
lecz bez dowódców okazywał się bezradny. Prawie to samo można było powiedzieć
o Madziarach, choć ci z pewnością oburzyliby się na to, gdyż uważali się za urodzonych
wojowników!
Faktom nie można jednak zaprzeczyć: Rumunia i Węgry były zacofane ekonomicznie,
a ich gospodarki miały bardzo niewielką zdolność do zaopatrywania wojska w nowoczesne
wyposażenie, broń i wszelkiego rodzaju maszyny. W czasie całej wojny na Węgrzech
wyprodukowano zaledwie 630 czołgów i dział samobieżnych oraz 450 dział. Rumunia nie
osiągnęła nawet takiego poziomu. W 1938 roku w całym królestwie było tylko 35 800 wszelkich
pojazdów motorowych, z czego mniej niż jedna trzecia nadawała się do jakiegokolwiek użytku
wojskowego, a w jedynej rumuńskiej fabryce ciężarówek co roku montowano z importowanych
części kilka tysięcy wozów. Wystarczy to porównać z gigantycznymi możliwościami
produkcyjnymi przeciwników Węgier i Rumunii. W Związku Sowieckim wyprodukowano
105 000 czołgów, 200 000 samochodów ciężarowych oraz ponad 500 000 dział – uzbrojenia dla
artylerii zwanej bogiem wojny. Przy danych dotyczących produkcji wojennej w Stanach
Zjednoczonych nawet te kolosalne liczby wydają się małe: w USA zbudowano aż 2,4 mln
ciężarówek, z czego mniej więcej 400 000 dostarczono Sowietom, co pomogło w przekształceniu
Armii Czerwonej w zmotoryzowaną niszczycielską machinę, jaką się stała w 1944 roku.
Amerykańskie dostawy dla ZSRS w czasie wojny były zaiste gigantyczne i obejmowały m.in.:
51 503 samochody terenowe, 131 633 karabiny maszynowe, 11 155 kolejowych wagonów
towarowych, prawie 5 mln t żywności oraz ponad 15 mln par butów wojskowych!
W tym jakże niekorzystnym dla Osi zestawieniu potencjałów stron konfliktu był wszak
jeden wyjątek, za to bardzo ważny. Chodziło o złoża znajdujące się wokół średniej wielkości
miasta leżącego ponad 50 km na północ od rumuńskiej stolicy, Bukaresztu. Wspomniane miasto,
będące siedzibą władz okręgu Prahova, leżące w sercu historycznej Wołoszczyzny, zamieszkane
przez ok. 40 000 ludzi, nosiło nazwę Ploeszti. Założone w 1596 roku przez sławnego hospodara
i księcia Siedmiogrodu Michała Walecznego, kwitło jako ośrodek handlu aż do czasu odkrycia
w XIX wieku pod okolicznymi żyznymi czarnoziemami bardzo bogatych złóż ropy naftowej.
Trudno sobie dziś wyobrazić, w świecie przyzwyczajonym do dominacji Bliskiego Wschodu na
rynku naftowym, że w latach 30. i 40. minionego wieku relatywnie zacofana Rumunia miała
jeden z największych kompleksów wydobycia i rafinacji ropy. Inwestycje, zwłaszcza
amerykańskie, doprowadziły do uruchomienia wydobycia na dziesięciu oddzielnych polach
naftowych – do największych należały: Astra Romania, Romania Americana, Colombia Aquila
i Dacia Romania – gdzie ogółem co miesiąc wypompowywano z ziemi ponad 600 000 t ropy.
Było to więcej niż łączne wydobycie tego surowca w Niemczech, we Włoszech, na Węgrzech
i Słowacji, w Bułgarii, Chorwacji, Finlandii, Hiszpanii oraz Japonii i czyniło z Rumunii
strategicznego partnera dla spragnionej paliw pędnych Trzeciej Rzeszy. To złoża koło Ploeszti
sprawiały, że Rumunia była dla Osi tak ważna – a nie jej gospodarka czy wojsko.
Siły zbrojne – „symbol potęgi narodów”

Królestwo Rumunii

Rumuńskie wojska, jak już wspomniano, doznały upokorzenia podczas pierwszej wojny
światowej. Niestety, powojenna reakcja Rumunii na tę kompromitację nie polegała na
profesjonalizacji czy też efektywnej modernizacji armii. Cierpiące na brak pieniędzy
i zaniedbywane wojsko tego kraju kulało przez większość międzywojennego dwudziestolecia,
a jedyna godna uwagi zmiana polegała na wprowadzeniu osobliwych przepisów i reguł, takich
jak przepis o tym, że tylko oficerom wolno używać kosmetyków! Wreszcie, na wiosnę 1935
roku, gdy nad Europą zawisło widmo kolejnej wojny, Rumunia ogłosiła dziesięcioletni plan
dozbrojenia kraju. Przewidziano unowocześnienie wojska, mającego się składać z czterech armii
i trzynastu korpusów, w tym jedenastu korpusów piechoty, z dwudziestoma dwoma dywizjami
pierwszego rzutu (oraz Dywizją Gwardii), korpusu kawalerii z trzema dywizjami oraz
czterobrygadowego korpusu górskiego. W rezerwie winno się znaleźć kolejnych dziesięć dywizji
– dziewięć piechoty i jedna kawaleryjska. Zamierzano też zorganizować Dywizję Ochrony
Pogranicza oraz różne inne formacje, takie jak brygady forteczne i obrony wybrzeża, pułki
artylerii, saperów itd. W przeciwieństwie do swoich przyszłych sojuszników, Włoch i Węgier,
Rumuni zdecydowali się nie rozbudowywać przesadnie swoich sił zbrojnych na papierze przez
redukcję składu osobowego każdej z dywizji w stosunku do ówczesnych standardów
europejskich. Zgodnie z tradycją krajów na Starym Kontynencie ich dywizje miały po trzy pułki
piechoty oraz jednostki wsparcia. W związku z tym każda z dywizji liczyła mniej więcej tylu
żołnierzy, ilu dywizja niemiecka – ok. 17 000 ludzi.
Mimo że reformy robiły wrażenie, to nowa armia miała dwie poważne słabości: brak
broni ciężkiej i brak transportu. Na każdą z dywizji przypadały zaledwie 52 działa (z zaprzęgiem
konnym) i 40 armat przeciwpancernych (małokalibrowe działa z lat pierwszej wojny światowej
o niewielkiej donośności i skuteczności). Masy żołnierzy piechoty musiały przemieszczać się
pieszo. Odczuwano niedostatek moździerzy i karabinów maszynowych. Nawet rumuńska
kawaleria – nadal uważana za elitę i główną siłę uderzeniową armii – była dość słaba (brygada
kawalerii liczyła średnio 6000 żołnierzy), chociaż wyposażono ją w nieliczne samochody
pancerne oraz 36 czeskich tankietek – klasyfikowanych niekiedy jako czołgi lekkie – ČKD
AH-IV (którym Rumuni nadali oznaczenie R-1): bardzo słabo opancerzonych wozów bojowych,
przeznaczonych do zadań rozpoznawczych, dostarczonych Rumunii przez sojuszniczą w latach
międzywojennych Czechosłowację. Czołgi R-1 przydzielono do plutonów, po trzy pojazdy
w każdym; po dwa takie plutony zasiliły każdą z brygad kawalerii.
Jedynym elementem planu wzmocnienia armii, który niewątpliwie się powiódł, było
utworzenie rumuńskiego Korpusu Górskiego. Oddane pod komendę byłemu oficerowi cesarskiej
armii austro-węgierskiej – pochodzącemu z Siedmiogrodu Niemcowi Arthurowi Phlepsowi –
rumuńskie jednostki piechoty górskiej rychło uznano za doborowe; jako jedyne otrzymały
nowoczesne działa, na ogół czeskie, produkowane przez zakłady Škoda. Phleps dosłużył się
w czasie drugiej wojny światowej w Waffen-SS najwyższej rangi, jaką przyznano folksdojczowi
(Niemcowi spoza Rzeszy), nim zginął pod koniec 1944 roku w walce z czerwonoarmistami
w obronie rumuńskiej ziemi.
Poza zorganizowaniem formacji piechoty górskiej jednym z najważniejszych elementów
całego programu reformy wojska było utworzenie formacji zupełnie nowego typu – brygady
pancernej. Czołg – opracowany i wprowadzony do użycia przez Brytyjczyków podczas pierwszej
wojny światowej – miał zdominować przebieg walk na lądzie w czasie kolejnej wojny światowej.
W latach 30. europejskie armie zastanawiały się nad możliwie najefektywniejszą taktyką
wykorzystania tej nowej broni. Niemcy, Francuzi i Brytyjczycy wybrali różne drogi: we Francji
i w Wielkiej Brytanii uznano za optymalną koncepcję budowy niedużych, szybkich czołgów
lekkich, przeznaczonych do zadań rozpoznawczych i w gruncie rzeczy wykorzystywanych w roli
„opancerzonej kawalerii”, natomiast cięższe, powolniejsze czołgi miały wspierać piechotę jako
mobilna artyleria. Z kolei w Niemczech, pod wpływem Heinza Guderiana, postąpiono zupełnie
inaczej. Starano się grupować czołgi w wielkich jednostkach – nazwanych „dywizjami
pancernymi” – operujących samodzielnie i przejmujących od piechoty, kawalerii i artylerii rolę
głównej broni na polu bitewnym.
W wojsku rumuńskim, podobnie jak w wielu innych krajach, odnoszono się do broni
pancernej nader podejrzliwie i ostrożnie. Przede wszystkim obsługa tak skomplikowanego
pojazdu jak czołg wymagała od załogi dobrego wyszkolenia, nie wspominając nawet
o umiejętności czytania i pisania. A w Rumunii był z tym problem, gdyż masy żołnierzy
pochodziły głównie z obszarów wiejskich, gdzie tylko co czwarty człowiek umiał pisać, czytać
i liczyć. Z kolei w skład kadry oficerskiej wchodzili wyłącznie przedstawiciele arystokracji lub
rozwijającej się dopiero klasy średniej, a więc ludzie wykształceni, którzy jednak starali się
o przydział do kawalerii lub któregoś z doborowych pułków piechoty. Mimo wszystko nowej
broni pancernej nie dało się zignorować i w 1937 roku Rumuni złożyli w czeskich i francuskich
firmach zamówienia na kilkaset czołgów, które miały być dostarczone w ciągu kolejnych kilku
lat. Przewidywano, że wozy bojowe zasilą istniejące już rumuńskie wojska pancerne – królestwo
miało wtedy 76 czołgów, głównie starych Renault FT-17, porzuconych przez wojska francuskie
na Bałkanach pod koniec pierwszej wojny światowej. Czołgi te, bardzo nowoczesne w czasie,
gdy powstały (jako pierwsze miały w pełni obrotową wieżę), w latach 30. stały się już bardzo
przestarzałe. Podczas poszukiwań po Wielkiej Wojnie na terenie Rumunii odnaleziono też różne
samochody pancerne produkcji niemieckiej, francuskiej i rosyjskiej. Wykorzystano tę osobliwą
zbieraninę pojazdów i sformowano w 1919 roku pułk czołgów. Przez prawie dwie dekady była to
jedyna rumuńska jednostka pancerna. Dopiero z końcem lat 30. rozbudowywane rumuńskie siły
pancerne miały otrzymać całkowicie nowy sprzęt: 126 czeskich czołgów średnich Škoda
S-IIa (znanych w Rumunii pod oznaczeniem R-2, a potem przemianowanych przez Niemców na
Panzerkampfwagen 35(t) – PzKpfw 35(t); litera t oznaczała tschechisch, czyli czeski) oraz 75
francuskich Renault R-35 – dostarczonych okrężną drogą.
Rumuni początkowo usiłowali kupić licencję i wyprodukować 200 R-35 w kraju, lecz
negocjacje przeciągały się, gdyż wytwórnia Renault dostawała coraz większe zamówienia od
rządu francuskiego, dozbrajającego swoją armię. Ostatecznie Rumunom dostarczono w sierpniu
1939 roku 41 zbudowanych we Francji pojazdów tego typu, aby choć częściowo zadowolić
zagranicznego nabywcę. W tym samym czasie Paryż domagał się coraz więcej czołgów,
ciężarówek i innego sprzętu produkowanego przez zakłady Renault. Kolejne 34 czołgi R-35 były
„łupem wojennym”, przejętym pod koniec wspomnianego roku – odebranym polskiemu 21.
Batalionowi Czołgów Lekkich, kiedy dziesiątki tysięcy polskich żołnierzy wraz z rządem
i rezerwami złota przekroczyły granicę i znalazły się w neutralnej Rumunii, aby nie dostać się do
niewoli niemieckich i sowieckich najeźdźców.
Nie wydawszy zgody na licencyjną produkcję swojego czołgu, firma Renault starała się
udobruchać Bukareszt zobowiązaniem budowy w Rumunii fabryki, mającej produkować
gąsienicowy ciągnik zaopatrzeniowy Renault UE Chenillette. Była to korzystna dla Rumunów
inwestycja, dzięki której z czasem mogli liczyli na rozwinięcie rodzimego przemysłu ciężkiego,
lecz w owym czasie, wobec wojennych chmur zbierających się nad Europą, nic z tego nie
wyszło.
Tak czy inaczej, z parkiem maszynowym zasilonym nowym sprzętem zreorganizowane
rumuńskie brygady pancerne składały się odtąd z dwóch niewielkich pułków czołgów (1. i 2.),
oddziałów piechoty zmotoryzowanej, niedużych oddziałów artylerii i różnych służb
pomocniczych, także najczęściej zmotoryzowanych. Rumuńska 1. Brygada Pancerna była
zdecydowanie najnowocześniejszą formacją w całej armii. Po pewnym czasie rozbudowano ją do
siły 1. Dywizji Pancernej – stanowiącej elitarną rumuńską jednostkę na froncie rosyjskim. Uległa
ona zniszczeniu podczas próby ocalenia wojsk rumuńskich nad Donem.
Tymczasem w związku z arbitrażem wiedeńskim i utratą znacznych terytoriów w armii
rumuńskiej zapanował całkowity chaos. Niemal z dnia na dzień liczba rezerwistów
podlegających mobilizacji skurczyła się z 3,5 mln do nieco ponad 2 mln, a armia straciła prawie
połowę personelu – 100 000 żołnierzy regularnych oddziałów i 300 000 żołnierzy rezerwy. Taka
gigantyczna redukcja wymusiła likwidację dowództw wielu dywizji, gdyż okręgi, z których
powoływano poborowych do tych jednostek, nagle stały się „posiadłościami” innych krajów,
a poborowi zostali „nowymi” obywatelami Węgier, Związku Sowieckiego i Bułgarii. Jednakże
nie zawsze przynosiło to korzyść tym państwom, jak zaświadczył pewien węgierski żołnierz,
który wspominał walki w Rosji w sierpniu 1942 roku: „Starszy wiekiem porucznik z jednostki
karabinów maszynowych zdezerterował do Rosjan i zdradził im nasze pozycje oraz lokalizację
naszych składów. Tej nocy Rosjanie rozpoczęli natarcie i wyparli naszą piechotę. Zginęło wielu
żołnierzy i oficerów. Rosjanie zniszczyli bombardowaniami naszą bazę zaopatrzeniową, […]
w 1. Batalionie mieliśmy pięćdziesięciu zabitych i setkę rannych. Ten porucznik, który
zdezerterował, był Serbem. Jak można było zaufać komuś, kto nie jest Węgrem? Większość
żołnierzy piechoty, którzy pouciekali, pochodziło z Rusi Zakarpackiej i Rumunii. Węgrów było
niewielu. Nasi nieszczęśni węgierscy towarzysze broni pozostali na posterunkach i polegli”.
Był to fragment dziennika kaprala Istvana Balogha z 3. batalionu 1. Brygady Piechoty
Zmotoryzowanej, wkrótce potem przemianowanej na węgierską 1. Polową Dywizję Pancerną.
Ten niezwykły dokument przeleżał lata w sowieckich archiwach, aż wreszcie znakomity historyk
Antony Beevor odkrył go pośród stosu innych papierów w czasie prac badawczych, których
rezultatem było jego arcydzieło – książka Stalingrad.
Regencja węgierska

Sytuacja Węgier i ich sił zbrojnych przypominała tę u znienawidzonego rumuńskiego


sąsiada. Skrępowani restrykcjami dotyczącymi liczebności wojska i jego wyposażenia,
narzuconymi w Trianon, Węgrzy poszli w ślady weimarskich Niemiec i obmyślali coraz
przebieglejsze fortele, by obejść zakazy. W świetle węgierskiego prawa wszyscy sprawni
fizycznie i umysłowo mężczyźni podlegali obowiązkowi służby wojskowej po osiągnięciu
dwudziestego pierwszego roku życia (później limit ten obniżono do 19 lat, gdy z powodu
wojennych strat wystąpiły kadrowe niedobory), ale tylko niewielki odsetek z nich służył
w wojsku. Większość „schowano” w policji, straży granicznej i innych paramilitarnych
organizacjach, w których przechodzili przeszkolenie wojskowe, podczas gdy liczebność armii nie
przekraczała dopuszczalnego 35-tysięcznego limitu. Pielęgnujący swe militarne trakcyjne
węgierski Honved był zawodowym, choć i staroświeckim wojskiem. Oficerowie i podoficerowie
byli zazwyczaj profesjonalistami; ci pierwsi (podobnie jak w Rumunii, niemal wszyscy
oficerowie wywodzili się ze szlachty albo z mieszczaństwa) szli już w wieku dziesięciu lat do
średnich szkół kadetów, następnie wstępowali na cztery lata do akademii wojskowej (studia
skrócono do dwóch lat po tym, jak całe roczniki oficerów zginęły w walkach). Co się tyczy kadry
podoficerskiej, to wśród poborowych przeprowadzano selekcję kandydatów, kierowanych
następnie na specjalne szkolenie. Po upływie trzyletniej obowiązkowej służby wojskowej
zawierano z nimi umowy na następne 26 lat.
Z początkiem lat 30. Honved stawał się w coraz większym stopniu przestarzałą armią; jej
żołnierze byli zorganizowani w słabo uzbrojone dywizje piechoty, a kawalerię uważano za
najważniejszy rodzaj sił zbrojnych – w zbiorowej świadomości utrzymywał się wizerunek
dzielnego Madziara na koniu. Władze budapeszteńskie wreszcie przebudziły się z letargicznego
samozadowolenia, zaniepokojone zbrojeniami Rumunii. 5 marca 1938 roku ogłosiły własny
program remilitaryzacji kraju. Premier Kálmán Darányi zwołał naradę w Györ, gdzie wygłosił
dramatyczne przemówienie. Publicznie odrzucił ograniczenia wynikające z postanowień traktatu
w Trianon. Ogłoszono pięcioletni plan, w którego pierwszej fazie miała nastąpić rozbudowa
węgierskich sił zbrojnych z 35 000 do 80 000 żołnierzy. Nowa struktura organizacyjna – zwana
planem Huby, od nazwiska ministra obrony nadzorującego te reformy – przewidywała
wystawienie trzech armii polowych (Hadseregs), złożonych z trzech korpusów, a każdy korpus
miał się składać z trzech brygad (Dander) i nielicznych batalionów wsparcia. Ponadto trzy
samodzielne korpusy otrzymały zadanie strzeżenia granicy z Rumunią.
Tak jak w przypadku rumuńskich sąsiadów, Węgrom rozpaczliwie brakowało ciężkiego
uzbrojenia i transportu motorowego, a jeszcze bardziej – ludzi. Korpusy w większości
ówczesnych armii składały się z dwóch dywizji, a każda z dywizji – z trzech brygad (lub, jak
w przypadku wojska niemieckiego, pułków). Tak więc korpusy węgierskie były w istocie
dwukrotnie słabsze liczebnie od korpusów niemieckich, francuskich czy brytyjskich – a słabość
ta miała się okazać fatalna dla węgierskich jednostek w latach 1942–1943, gdy powierzono im
obronę wielkich obszarów nad Donem.
Gdy wyścig zbrojeń między Rumunią a Węgrami nabierał tempa, Madziarowie starali się
utworzyć siły zmechanizowane, dorównujące nowej rumuńskiej 1. Brygadzie Pancernej. Mieli
tylko niewiele nabytych nieco wcześniej przestarzałych już włoskich tankietek Ansaldo CV33
oraz pewną liczbę wolnobieżnych czołgów Renault FT-17, więc zwrócili się do czołowych
europejskich wytwórców broni, Czechosłowacji i Szwecji, w poszukiwaniu potrzebnych
nowoczesnych cięższych czołgów. Wybrani przez nich producenci, czyli czeskie firmy Škoda
i ČKD Praha, już wcześniej zobowiązały się do wywiązania się z rumuńskich zamówień na
czołgi R-1 i R-2. Węgrom zaproponowano więc zakup w ČKD Praha licencji na produkcję
czołgu V-8-H, a w zakładach Škoda na ten sam pojazd, który Czesi sprzedali Rumunii – S-II,
określany w wersji eksportowej jako czołg średni T-22. Budapeszt zdecydował się na podjęcie
licencyjnej produkcji S-II, a także szwedzkiego czołgu lekkiego Landsverk Stridsvagn L-60 (Strv
L-60). Montaż wozów bojowych obu tych typów miał się odbywać w zakładach Manfreda
Weissa, a po modyfikacji wersji oryginalnych stać się „węgierskimi” czołgami i stanowić rdzeń
sił pancernych kraju. Trzymiejscowy Strv L-60, z cienkim opancerzeniem oraz uzbrojeniem
w postaci jednego karabinu maszynowego i działka 20-mm, przemianowano na toldi (w wersjach
I i II), natomiast S-II otrzymał nazwę turán (wersje I, II i III). Czołgi typu Toldi dostarczono
wojsku do września 1939 roku, ale pierwsze turány zamówiono dopiero w październiku 1941
roku. Do tego czasu Węgrzy musieli się zadowolić swoimi przestarzałymi włoskimi tankietkami,
a także wypożyczaniem od niemieckich sojuszników starych i nieprzydatnych Wehrmachtowi
zdobycznych wozów bojowych.
Węgry miały względnie silne lotnictwo wojskowe: 6000 ludzi i ponad 300 samolotów,
zorganizowanych w ok. 30 eskadr. Podobnie jak w przypadku czołgów, było to zagraniczne
i węgierskie konstrukcje różnych typów. Poziom wyszkolenia pilotów i załóg oraz stan
techniczny maszyn nie były zbyt dobre, za to morale personelu zasługiwało na wysoką ocenę.
Najstarszy syn węgierskiego dyktatora, podporucznik rezerwy István Horthy, był w swoim
eleganckim mundurze pilota myśliwskiego „chłopcem z plakatu”, stawianym za wzór innym
lotnikom.
Kraj rzymskich legionów w XX wieku

Włochy znalazły się po pierwszej wojnie światowej w gronie zwycięzców, więc


postanowienia traktatowe nie nałożyły na ten kraj ograniczeń w dziedzinie sił zbrojnych. Mimo
to Włosi nie wyciągnęli należytych wniosków z koszmaru „białej wojny” i niezliczonych
słabości włoskiej armii, które wyszły na jaw podczas tych zmagań. Szkolenie nadal
zaniedbywano, wciąż brakowało pieniędzy na paliwo i sprzęt, więc poborowi ćwiczyli głównie
musztrę i forsowne marsze. Kiedy młody włoski żołnierz po raz pierwszy wchodził do walki –
przerażony i spocony ze zdenerwowania – najczęściej też pierwszy raz w życiu strzelał ze
swojego karabinu. Tak wielkie zaniedbania w zakresie prawdziwego szkolenia oznaczały
również, że kadrze oficerskiej i podoficerskiej rozpaczliwie brakowało doświadczenia
i przygotowania do trudów związanych z dowodzeniem żołnierzami w boju. Ze szczególną
drastycznością wyszło to na jaw nad Donem, gdzie zawiodło włoskie dowództwo, a kilka
włoskich jednostek po prostu poszło w rozsypkę w arcytrudnych warunkach bitewnych. Dojście
do władzy Mussoliniego w istocie nasiliło takie problemy, gdyż dyktator gorliwie i pospiesznie
wplątywał faszystowskie Włochy w kolejne zagraniczne interwencje i konflikty zbrojne, do
udziału w których jego wojska były zupełnie nieprzygotowane. Zdecydowany pokazać światu, że
oto odrodziła się potęga cesarskiego Rzymu, Il Duce (Mussolini ogłosił się „wodzem”, włoskim
odpowiednikiem niemieckiego Führera, hiszpańskiego caudillo, rumuńskiego conducătora
i chorwackiego poglavinka) uznał za dobry pomysł równoczesne uwikłanie swej znajdującej się
w opłakanym stanie armii w dwie różne lokalne wojny na różnych kontynentach. Najpierw
bardzo silny liczebnie włoski korpus ekspedycyjny wylądował w Hiszpanii, aby dopomóc
generałowi Franco i jego prawicowym rebeliantom w pokonaniu lewicowego rządu
republikańskiego, natomiast jeszcze liczniejsza armia inwazyjna zaatakowała Abisynię
(dzisiejszą Etiopię) cesarza Hajle Sellasje w cynicznej próbie powiększenia afrykańskich
posiadłości Włoch. Oba militarne przedsięwzięcia przyniosły Włochom kompromitację.
Spodziewano się łatwego zwycięstwa w Abisynii, lecz faktycznie rozpętała się tam krwawa
i długotrwała wojna, a dumni i dzielni Etiopczycy nie ugięli się i stawili twardy opór. W końcu
Włosi uznali za konieczne podjęcie terrorystycznych nalotów powietrznych i ostrzeliwanie celów
niewojskowych oraz użycie gazów bojowych. Z kolei ponad 1500 km dalej, w Hiszpanii,
nieporadni żołnierze 50-tysięcznego włoskiego Korpusu Ochotniczego doznali serii niepowodzeń
i ponieśli żenującą klęskę w bitwie pod Guadalajarą. Straty w ludziach i obciążenie dla Skarbu
Państwa były olbrzymie. Udział w wojnie hiszpańskiej pochłonął aż 20 procent włoskich
wydatków w latach 1936–1939, a krajowe rezerwy złota zostały niemal całkowicie wyczerpane.
W Hiszpanii zginęło ok. 4000 Włochów, kolejnych 3000 poniosło śmierć w Abisynii. Ponadto
w walkach w tych krajach Włosi stracili 160 czołgów oraz 1800 dział – bardzo dużo jak na kraj,
który w czasie całej drugiej wojny światowej wyprodukował zaledwie 7000 nowych armat
i haubic. Jednakże w epoce Mussoliniego przechwałki i patos przyćmiewały poczucie
rzeczywistości; Regio Escorito (armia włoska) rozbudowano do aż 73 dywizji (armia brytyjska
miała w owym czasie tylko 34 dywizje) i wprowadzono obowiązek półtorarocznej służby
wojskowej dla wszystkich mężczyzn powyżej 18. roku życia. Do zwiększenia liczby dywizji
przyczyniło się również wprowadzenie w 1938 roku systemu „binarnego”, polegającego na
zredukowaniu każdej z dywizji do dwóch pułków piechoty w miejsce wcześniejszych trzech. Ta
„reforma”, podobnie jak rzecz się miała z reorganizacją wojska węgierskiego zgodnie z planem
Huby, powiększyła armię na papierze, za to poważnie ograniczyła faktyczną siłę bojową typowej
dywizji. Jeżeli chodzi o broń ciężką, to Włosi nadal mieli jej niewiele; formacje piechoty miały
mało moździerzy i karabinów maszynowych, a na każdą z dywizji przypadało zaledwie po
dwanaście dział polowych (dawał się odczuć brak artylerii o kalibrze powyżej 100 mm). Do
transportu nielicznego sprzętu ciężkiego wykorzystywano zaprzęgi konne bądź po prostu broń
taką dźwigali żołnierze, co czyniło z sił głównych armii włoskiej, złożonych z 59 dywizji
piechoty, niezdolne do szybkich manewrów wojsko. Oprócz tego Włosi mieli jednak także sześć
doborowych dywizji strzelców górskich (osławionych Alpini; początkowo było ich pięć, a szósta
– Alpi Graie – sformowano w 1941 roku), do których rekrutowano górali z włoskich Alp,
Dolomitów i Apeninów. Ci twardzi żołnierze wyróżniali się stosunkowo dobrym wyszkoleniem
i byli nieźle dowodzeni oraz wyekwipowani do działań w regionach górzystych. Główny środek
transportu w tych dywizjach stanowiło 5000 jucznych mułów. Na każdą z tych jednostek
przypadały zaledwie po cztery armaty przeciwpancerne niewielkiego kalibru.
Wreszcie należy wspomnieć o włoskich siłach uderzeniowych, trzech tzw. mobilnych
dywizjach Celere (szybkich) oraz trzech dywizjach pancernych – „Centauro”, „Littorio”
i „Ariete”. Na nieszczęście dla włoskich żołnierzy na froncie nad Donem wszystkie walczyły
wyłącznie w Afryce Północnej.
Dywizje szybkie były przekształconymi dywizjami kawalerii, wzmocnionymi pułkiem
bersalierów – lekkiej piechoty zmotoryzowanej, w istocie formacją cyklistów i motocyklistów.
Lepiej wyszkoleni i uzbrojeni od typowych jednostek piechoty bersalierzy, rozpoznawani po
tradycyjnych hełmach korkowych z czarnymi kogucimi piórami, sprawiali, że włoskie dywizje
szybkie były nieco silniejsze liczebnie, choć złożone z 7000 żołnierzy, wciąż ustępowały
przeciętnym dywizjom piechoty. W składzie tych jednostek znajdował się również batalion
czołgów lekkich, wyposażony głównie w tankietki ansaldo oraz wozy bojowe Carro Armato
L3/35 – w istocie zasługujące na miano ruchomych bunkrów. Przykładowo, L3 był uzbrojony
w dwa kaemy typu Breda i miał bardzo cienki pancerz; stanowił wersję brytyjskiej tankietki
z 1930 roku. Później dywizje Celere otrzymały nieliczne nieco cięższe czołgi M13/40, uzbrojone
w armatę Böhler kal. 47 mm, a nie tylko w broń maszynową. Płyty pancerza M13, o masie
zaledwie 13 t, nierzadko rozpadały się na kawałki wskutek trafienia pociskiem
przeciwpancernym. Opancerzenie tego czołgu było dwukrotnie słabsze od tego w sowieckim
T-34, będącym głównym przeciwnikiem włoskich wozów bojowych na froncie rosyjskim.
W rzeczywistości w 1940 roku armia włoska znajdowała się w rozpaczliwym stanie;
z około 2 mln żołnierzy noszących mundury większość była ledwie przeszkolona i źle
dowodzona, brakowało też niezbędnego sprzętu. Wojsko włoskie, które miało uczestniczyć
w zażartych walkach na froncie wschodnim, składało się ze zbyt wielu dywizji, z których wiele
miało zaledwie 50 procent stanów osobowych i zdecydowanie za mało ciężkiej broni oraz
środków transportu. Połowę ich artylerii stanowiły armaty małokalibrowe (kalibru od 20 mm do
47 mm), ledwie zasługujące na miano dział i przydatne praktycznie tylko w walce z piechotą
i nieopancerzonymi pojazdami wroga, prowadzonej na niewielkim dystansie. Nawet podstawowa
broń piechoty – karabiny i granaty ręczne – okazywała się zawodna. Armia znajdowała się
w trakcie przezbrajania oddziałów ze starych karabinów kal. 6,35 mm z lat pierwszej wojny
światowej na nowsze, kalibru 7,35 mm, ale na razie żołnierze musieli korzystać z liczącej już 40
lat broni strzeleckiej. Wśród granatów dominował standardowy typ SRCM Mod. 35. Nie od
rzeczy będzie tu przytoczenie relacji z demonstracji tej broni, przeprowadzonej przez pewnego
włoskiego generała na froncie wschodnim: „[Granat] produkowany ze starannością i używany od
wielu lat. Jest zaopatrzony w zawleczkę, która umożliwia jego bezpieczny transport […]
i uchroni przed wybuchem, nawet gdy sam granat zostanie zgnieciony”.
Następnie demonstrator wyciągnął zawleczkę, odbezpieczył go i odrzucił, najdalej jak
mógł od zebranej widowni, która oczekiwała ogłuszającego wybuchu. Generał zapomniał jednak,
że obok niego stał jego ulubiony owczarek niemiecki. Posłuszny poleceniom pana pies
najwyraźniej uznał to wszystko za zabawę, pomknął za granatem, wziął go w pysk i z dumą
przyniósł z powrotem swojemu oniemiałemu właścicielowi. Pewien odważny sierżant
spodziewał się, że eksplozja w każdej chwili może rozerwać psa na strzępy i zabić generała oraz
kilku widzów, więc chwycił owczarka, rozwarł mu pysk, wyciągnął granat i ponownie odrzucił.
Tym razem przytrzymał zwierzę. Granat uderzył w ziemię, lecz wybuch znowu nie nastąpił.
Nikomu z obecnych nic się nie stało, pies też nie ucierpiał, lecz wspomniany pokaz nie przyniósł
chwały demonstrowanej broni!
Włoskie naczelne dowództwo było świadome niedostatków swojej armii, ale nie
potrafiło, lub też nie chciało, spojrzeć prawdzie w oczy i uznać, że siły zbrojne Włoch nie nadają
się do niczego poza obroną ojczystego kraju. W tajnym raporcie opracowanym przez służby
wywiadowcze armii włoskiej stwierdzono: „Nasza armia jest przestarzała, jeśli chodzi o metody
szkolenia oraz prowadzenia wojny – gdyż wojna przeobraziła się z działań statycznych
w działania manewrowe”.
Nawet Mussolinim targały wątpliwości co wartości bojowej jego wojska, stąd też jego
osobiste prośby skierowane do Hitlera o wielkie dostawy niemieckiego sprzętu wojennego.
Podobnie jak większość dyktatorów, ulegał on jednak graniczącym z urojeniami złudzeniom i nie
dostrzegał nic zdrożnego w posyłaniu armii do kampanii, do których była całkowicie
nieprzygotowana. W faszystowskich Włoszech liczyła się tylko władza, a korupcja kwitła.
Najjaskrawszy przykład zbiorowego szaleństwa wyszedł na światło dzienne w 1939 roku,
gdy w chlubie Włoch Mussoliniego, Regia Aeronautica (siłach powietrznych), wybuchł wielki
skandal, kiedy okazało się, że dowódca lotnictwa wojskowego generał Giuseppe Valle od lat
przekazywał rządowi fałszywe dane na temat liczby samolotów, żeby dostawać więcej pieniędzy
z budżetu na wojsko. Oficjalne śledztwo ustaliło, że włoskie siły powietrzne dysponują zaledwie
1000 sprawnych maszyn, a nie aż 3000 nowoczesnych samolotów bojowych, jak wcześniej
zapewniano. Pozostałe były beznadziejnie przestarzałymi modelami, poważnie uszkodzonymi
płatowcami bądź wrakami spisanymi na straty. Prasa rozdmuchała tę historię, a w kraju
zapanowało powszechne oburzenie. Skompromitowany Valle musiał ustąpić ze stanowiska, lecz
nie oznaczało to jeszcze wzmocnienia włoskiego lotnictwa; siły powietrzne Włoch pozostały
słabe.
Finowie i Bułgarzy

Na dalekiej północy niewielka armia Finlandii składała się w czasach pokoju z dziewięciu
dywizji, zgrupowanych w trzech korpusach. Miała ona bardzo niewiele czołgów, dział
i samolotów, gdyż Finowie pokładali nadzieje w deklarowanej neutralności, a także w warunkach
naturalnych swojego kraju: mrozy, jeziora i lesiste obszary miały zapewniać im bezpieczeństwo.
Kiedy wybuch wojny zimowej rozwiał te mrzonki, Finowie zareagowali błyskawicznie. Nabór do
wojska przekroczył najśmielsze oczekiwania. Mniej więcej 400 000 ludzi – aż dziesięć procent
populacji kraju – zorganizowano w siedem korpusów, wyekwipowanych w ciężką broń, zdobytą
na polach bitewnych i kupioną za granicą.
Bułgaria prowadziła własną politykę, jeszcze bardziej niezależną od strzegących swej
neutralności Finów, lecz choć miała pod bronią aż 450 000 ludzi, to car Borys nie łudził się
zbytnio co do możliwości własnej armii; obrona kraju i działania antypartyzanckie stanowiły
rozsądny limit jej militarnych ambicji.
„Nowe państwa” – Chorwacja i Słowacja

Chorwacja i Słowacja były na mapie Europy nowymi organizmami państwowymi.


Chorwaci formalnie zdobyli niepodległość dopiero na kilka miesięcy przed inwazją Hitlera na
Związek Sowiecki. Oba te kraje czuły się poważnie zagrożone już od chwili swych narodzin:
Słowacy obawiali się głodnych ziemi węgierskich sąsiadów, a Chorwatów nękali komunistyczni
partyzanci Tito oraz czetnicy Dražy Mihailovicia. Aby przetrwać, wspomniane państwa musiały
sformować siły zbrojne i uzyskać mocne poparcie z zagranicy. Szybko związały się sojuszami
z Rzymem i Berlinem, a następnie przystąpiły do organizowania oddziałów wojskowych.
Mając niewielką ludność (po około 3 mln – w istocie populacja państwa chorwackiego
była dwa razy większa, ale tylko połowę jej stanowili etniczni Chorwaci) i stosunkowo słabo
rozwinięty przemysł, oba te kraje nie mogły wystawić dużych armii. Ich wojska składały się
głównie z jednostek piechoty. Słowacy skorzystali z tego, że przed wojną wchodzili w skład
bardzo nowoczesnej armii czechosłowackiej, wyposażonej w broń wytwarzaną przez
rozbudowany czeski przemysł zbrojeniowy i dowodzonej przez dobrze wyszkolone kadry
oficerską i podoficerską. Zmuszona do kapitulacji bez walki w rezultacie układu monachijskiego
armia została podzielona zgodnie z pochodzeniem etnicznym jej żołnierzy. Kontyngent słowacki,
wraz ze swoim sprzętem pancernym, stał się zalążkiem złożonego z trzech dywizji wojska
formalnie niezależnej Słowacji. Te niewielkie siły zbrojne były nowoczesne i sprawne, lecz
wobec tego, że prawie cały czechosłowacki przemysł ciężki znajdował się w Czechach,
odczuwały one dotkliwe braki transportu motorowego, artylerii, dział przeciwpancernych,
a przede wszystkim czołgów. Tym, co wyróżniało armię słowacką spośród sił zbrojnych
europejskich sprzymierzeńców Niemiec, było specjalne traktowanie żołnierzy ze 130-tysięcznej
populacji lokalnych folksdojczów, którym umożliwiano odbywanie służby wojskowej
w jednostkach złożonych wyłącznie z Niemców; ostatecznie powstały aż cztery „niemieckie”
pułki – dwa piechoty, jeden artylerii i jeden saperów.
Z kolei Zagrzeb borykał się z problemami zupełnie innego rodzaju i na inną skalę niż
Bratysława. Chorwacja była państwem, które narodziło się podczas wojny, tworem powołanym
do istnienia przez Niemców i Włochów, którzy zaatakowali Jugosławię i pobili ją w ciągu
zaledwie dwóch tygodni. Powierzenie władzy psychopatycznemu Ante Pavelicovi jako
chorwackiemu poglavnikowi (przywódcy) i przekształcenie terrorystycznej organizacji ustaszów
w siły policyjne zapoczątkowało okres niesłychanych okrucieństw i masowych mordów, których
echo pobrzmiewa w tej malowniczej części Bałkanów do dziś. Pavelić, zdecydowany nie tylko
pokonać zagrażających mu partyzantów i czetników, lecz także przeprowadzić czystki etniczne
w kraju zamieszkanym przez prawie trzymilionową ludność niechorwacką, wprowadzić
przymusowy pobór do chorwackiej armii narodowej (Hrvatsko Domobranstvo). Sformowano
pięć dywizji, pewną liczbę samodzielnych pułków oraz aż dziesięć batalionów, złożonych
z fanatycznych ustaszów. Z końcem 1941 roku Pavelić miał pod bronią ok. 52 000 ludzi; nie dla
wszystkich wystarczyło mundurów, a niektórym wydawano przedwojenne hełmy francuskiego
wzoru albo części umundurowania byłej królewskiej armii jugosłowiańskiej, z odprutymi
naszywkami i insygniami oraz zacerowanymi dziurami po tych odznakach. Wielu żołnierzy
nosiło własne, cywilne ubrania z pojedynczymi elementami przepisowych mundurów. Ich
uzbrojenie było niewyszukane: wojsku wydano 100 000 przestarzałych niemieckich i włoskich
karabinów oraz to, co pozostało po niemieckiej inwazji. W powojennym studium, opracowanym
przez armię amerykańską, a dotyczącym wykorzystania zdobycznego sprzętu wojennego przez
państwa Osi, można przeczytać: „Armaty przeciwpancerne Škoda 37 mm, zdobyte w Jugosławii,
zostały przejęte przez chorwackie siły zbrojne wraz z większością jugosłowiańskiej broni palnej,
którą oddano do dyspozycji Chorwacji do wzmocnienia jej armii. Kilka nowoczesnych dział
Škoda 150 mm wykorzystano później do obrony wybrzeża”.
Pomimo pilnych potrzeb, wynikających z toczącej się w kraju wojny domowej, najlepiej
wyekwipowane formacje tej armii wcale nie walczyły w Chorwacji, gdyż Pavelić zadeklarował
przyłączenie się do roztrąbionej przez Hitlera „krucjaty antybolszewickiej”. Na ten zew z 3000
wyselekcjonowanych ochotników z całej Chorwacji i Bośni utworzono 369. Wzmocniony
Chorwacko-Niemiecki Pułk Piechoty (określenie „wzmocniony” odnosiło się do tego, że pułk ten
miał własny baon dział kal. 105 mm). Jako jedyni z sojuszniczych formacji Osi zaangażowanych
w udział w planie „Barbarossa” Chorwaci nie tworzyli oddzielnych, narodowych formacji, a ich
pułk otrzymał numerację oznaczającą przynależność do Wehrmachtu; mieli też niemieckie
mundury i broń. Na dowódcę jednostki wyznaczono byłego oficera armii jugosłowiańskiej,
chorwackiego pułkownika Viktora Pavicica, który wraz z większością żołnierzy swojego pułku
zginął pod Stalingradem osiemnaście miesięcy później.
Chorwaci „odziedziczyli” po siłach zbrojnych Jugosławii kilka eskadr lotniczych,
zasilonych kilkoma starymi włoskimi samolotami. Jednakże kiedy Pavelić postanowił skierować
swój Legion Powietrzny do udziału w planie „Barbarossa”, wdzięczne władze w Berlinie
przekazały mu eskadrę nowoczesnych myśliwców typu Messerschmitt Bf-109 i eskadrę średnich
bombowców Dornier Do 17. Jak się okazało, identyczny sprzęt otrzymało też lotnictwo
bułgarskie do pomocy w ochronie cennych rumuńskich pól naftowych.
Utworzenie sił pancernych w wojskach sprzymierzeńców z Osi

Działania sił morskich podczas drugiej wojny światowej przyniosły zmierzch ery
pancerników. Najważniejszymi okrętami stały się w ich miejsce lotniskowce. Z kolei w walkach
na lądzie na czołową pozycję wysunęły się czołgi. Te machiny, których historia w chwili
wybuchu wojny nie miała jeszcze nawet 30 lat, zdominowały wszystkie pola bitewne podczas
zmagań w Europie – choć, co ciekawe, na teatrach wojennych Azji i Oceanii już nie. Koncepcja
czołgu była nieskomplikowana, a każdy znany z historii czołg stanowił kombinację trzech
walorów: mobilności, opancerzenia i siły ogniowej. W początkowym okresie drugiej wojny
światowej to mobilność, czyli szybkość i zwrotność, stanowiła główny atut większości
ówczesnych czołgów, co nie powinno dziwić, jeśli pomyśli się o całkowicie pozycyjnym
charakterze zmagań frontowych w latach Wielkiej Wojny (1914–1918), kiedy to powstały
pierwsze czołgi. Pod koniec drugiej wojny światowej elementem przesądzającym o wartości
bojowej czołgu była jego siła ognia. Później dzieje wozów pancernych zatoczyły pełne koło,
gdyż od lat 70. XX wieku to ochrona załóg okazała się dominującym czynnikiem, a rządy
i dowództwa armii zaczęły dążyć do maksymalnego ograniczania strat własnych.
Niemniej już pod koniec lat 30. znacznie ożywiono zainteresowanie czołgami oraz tym,
jak wozy bojowe mogłyby wpływać na przebieg batalii – również w krajach sojuszników Rzeszy
z Osi. Jak miało się okazać, nigdzie rola czołgów i, ogólnie rzecz biorąc, wojsk
zmechanizowanych nie była tak istotna jak w czasie kampanii prowadzonych na południu
Związku Sowieckiego. Ta strona konfliktu, która miała więcej czołgów oraz, co jeszcze
ważniejsze, potrafiła należycie je wykorzystać, zwyciężała.
Obszary między wielkimi rzekami Ukrainy i Rosji, Dnieprem, Dońcem, Donem i Wołgą
to monotonne pejzaże pozornie bezkresnych stepów. Był to – i nadal jest – idealny teren do
działań czołgów. Stanowił on arenę niektórych z największych bitew formacji
zmechanizowanych w czasie wojny. Pośród dzikich łąk wielka liczba czołgów, dział
samobieżnych i pojazdów piechoty zmotoryzowanej mogła swobodnie manewrować na
rozległych przestrzeniach niczym figury na gigantycznej szachownicy. Czołowi eksponenci
wojsk pancernych w krajach obu wojennych koalicji – Heinz Guderian, Hermann „Papa” Hoth,
Erich von Manstein, Konstanty Rokossowski, Gieorgij Żukow i Nikołaj Watutin – mogli się tam
odznaczyć, zademonstrować swe militarne umiejętności. Świadomi tego Niemcy początkowo,
w pierwszej fazie planu „Barbarossa”, wyznaczyli do działań na południowym sektorze frontu aż
pięć dywizji pancernych i cztery dywizje zmotoryzowane. Było to ponad 30 procent wszystkich
zmechanizowanych sił Wehrmachtu i ponad 25 procent cennych czołgów. W warunkach, gdy
odległości między kolejnymi celami, takimi jak rzeki czy duże miasta, były odmierzane
w setkach kilometrów, najwartościowszymi wojskami okazywały się te zdolne do szybkiego
przemieszczania się w pojazdach kołowych i gąsienicowych oraz ostrzeliwania nieprzyjaciela
z wielu dział dużego kalibru – właśnie takich formacji potrzebowano tam najbardziej.
Niestety, nie tak przedstawiała się zdecydowana większość sojuszniczych wojsk Osi
w Związku Sowieckim od czasu planu „Barbarossa” w 1941 roku aż po kataklizm na froncie
zimą z 1942 na 1943 rok. Gdy wszystkie (trzy) włoskie dywizje pancerne uczestniczyły
w zmaganiach na pustyniach Afryki Północnej, to na Rumunię i Węgry spadło zadanie podjęcia
prób wystawienia na froncie wschodnim w miarę nowoczesnych, wartościowych sił pancernych
w imieniu sprzymierzeńców Rzeszy. Wyjaśnijmy, że przystępowały do śmiertelnych zapasów,
w których oba sąsiadujące kraje – wzajemnie nieufne, podejrzliwe lub wręcz otwarcie sobie
wrogie – miały ostatecznie ponieść sromotną klęskę.
Rumunia i jej 1. Dywizja Pancerna

Rumunia usiłowała osiągnąć przewagę nad swoim znienawidzonym węgierskim


sąsiadem, dlatego w 1935 roku wdrożyła program unowocześnienia wojska. W związku ze
słabością rodzimego przemysłu ciężkiego Rumuni zwrócili się do swoich ówczesnych czeskich
i francuskich sojuszników. Zamierzali wyposażyć w sprzęt nabyty w tych krajach swoją pierwszą
względnie nowoczesną formację zmechanizowaną – 1. Brygadę Pancerną, a następnie
zdecydowali się na rozbudowę tej jednostki do siły 1. Dywizji Pancernej.
Była to pierwsza wielka jednostka tego typu w armii rumuńskiej, zorganizowana
w dużym stopniu w zgodzie z doktryną Wehrmachtu i z pomocą instruktorów z armii niemieckiej
(byli to głównie podoficerowie piechoty z 64. Pułku Grenadierów Pancernych, czołgiści z 4.
Pułku Pancernego oraz artylerzyści z 4. Pułku Przeciwlotniczego), dlatego też umownie
określano ją niemieckim terminem Panzer Division. Formalnie sformowana 17 kwietnia 1941
roku wedle schematu organizacyjnego znanego jako „2 plus 2”, miała czeskie czołgi R-2
(w składzie 1. Pułku Pancernego) oraz francuskie R-35 (w 2. Pułku Pancernym). Oba pułki miały
po dwa bataliony pancerne, a każdy baon składał się z trzech kompanii czołgów i kompanii
naprawczej. Ponieważ czołgów R-2 było więcej niż tych typu R-35, kompanie 1. Pułku miały po
15 czołgów (pięć plutonów po trzy wozy bojowe), natomiast kompanie 2. Pułku – zaledwie po 9
wozów w każdej. Oddziały dywizyjnej piechoty tworzyły dwa pułki zmotoryzowane – 3 i 4.
Vânători Moto (po rumuńsku „strzelców zmotoryzowanych”); w dywizji był też 1. Pułk Artylerii
Motorowej. Dywizja dysponowała też innymi oddziałami wsparcia, w tym batalionem saperów
i grupą zwiadowczą. Wszystkie one miały korzystać z trakcji motorowej oraz z zaopatrzenia
zapewnianego przez dywizyjny skład ćwiczebny na szczeblu pułkowym. W sumie chodziło
o stworzenie rumuńskiej wersji osławionych już wówczas niemieckich jednostek, takich jak 7.
Dywizji Pancernej (zwanej Gespensterdivision – „dywizją duchów”), dowodzonej w kampanii
francuskiej przez Erwina Rommla.
Jak na rumuńskie standardy, ta licząca 13 000 żołnierzy dywizja miała być znakomicie
wyposażona. Jej piechota miała 318 karabinów maszynowych, 40 moździerzy (w tym 12
najcięższego typu, kal. 120 mm), a nawet 17 miotaczy ognia. Pułk artylerii był nieduży i miał
zaledwie 36 dział, lecz 12 z nich należało do najcięższych, znajdujących się w posiadaniu
Rumunów – cennych armat kalibru 105 mm produkcji czeskiej. Brakowało dywizjonów artylerii
przeciwpancernej i przeciwlotniczej; zamiast tego każdy z pułków miał tylko po cztery armaty
przeciwpancerne schneider kal. 47 mm wz. 1936 oraz 10 przeciwlotniczych karabinów
maszynowych kal. 13,2 mm. Armaty typu Schneider był nieskuteczne, natomiast wspomniane
kaemy – całkiem udane.
Główną siłę uderzeniową tej dywizji stanowiły jej dwa pułki pancerne, które otrzymały
wszystko, na co tylko było stać Rumunię: 126 nowych czołgów R-2 czeskiej konstrukcji oraz 75
czołgów Renault R-35 jako sprzęt podstawowy, a także 76 starych Renault FT-17 z czasów
pierwszej wojny światowej do szkolenia i działań rozpoznawczych (stopniowo wycofywane ze
służby). Łącznie dywizja miała ok. 200 sprawnych wozów bojowych, mniej więcej tyle samo, ile
każda z niemieckich dywizji pancernych. Co ciekawe, 6. Dywizja Pancerna Wehrmachtu wzięła
udział w planie „Barbarossa” wyekwipowana zaledwie w 160 PzKpfw 35(t), mimo że Niemcy
oficjalnie uznali te czołgi za przestarzałe już w styczniu 1941 roku.
Faktyczny stan rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej nie przedstawiał się tak różowo.
Jednostka ta odznaczała się trzema poważnymi niedostatkami, które miały jej utrudniać
prowadzenie działań bojowych i poważnie przyczyniły się do rozbicia dywizji w przełomowej
dla losów wojny zimie w 1942 na 1943.
Pierwszym z nich była kwestia transportu. Tak jak pojedynczy czołg łączył w sobie trzy
elementy, to jest siłę ognia, opancerzenie i mobilność, tak samo dywizja pancerna miała
w założeniu skupiać cechy idealnego narzędzia wojny ruchomej: skoncentrowaną siłę ogniową,
ścisłą kontrolę działań poszczególnych jednostek i operacyjną mobilność. Ten ostatni czynnik
miał zasadnicze znaczenie, bowiem umożliwiał całej formacji, złożonej z tysięcy żołnierzy
i maszyn, nieskrępowane i szybkie manewry na polu bitwy i w jego pobliżu, co często pozwalało
na pokonanie nawet dużo liczniejszego, lecz statycznego przeciwnika. W działaniach
ofensywnych zadanie sprowadzało się do identyfikacji słabych punktów w ugrupowaniu
nieprzyjaciela, przełamania w nich obrony, a następnie wyjścia na tyły przeciwnika,
zdezorganizowania jego formacji poprzez zniszczenie jego sztabu, systemu dowodzenia
i zaopatrzenia, a w rezultacie – do złamania woli stawiania oporu. Z kolei w defensywie chodziło
o wydzielenie silnego, mobilnego odwodu, mogącego osłaniać znaczny obszar i reagować na
przełamanie frontu przez nieprzyjaciela za sprawą błyskawicznych i energicznych
przeciwuderzeń, co uszczelniało linię obrony. Ta ostatnia rola przypadła rumuńskim czołgistom
nad Donem mniej więcej półtora roku po rozpoczęciu kampanii wschodniej. Jednakże do
wywiązania się z obu opisanych zadań były potrzebne sprawne silniki spalinowe, a nie
żołnierskie buty – dywizja pancerna musiała dysponować odpowiednią liczbą pojazdów, których
Rumunom po prostu brakowało. Niemiecka dywizja pancerna, zbliżona pod względem liczby
żołnierzy, dysponowała ogółem ok. 600 pojazdami gąsienicowymi i prawie 3000 pojazdów
kołowych; były to głównie ciężarówki do przewozu żołnierzy i zaopatrzenia, ale również
cysterny i mobilne dystrybutory paliwa, lekkie wozy terenowe, motocykle, samochody pancerne,
ciągniki do holowania lekkich i ciężkich dział, auta sztabowe, ambulanse, wozy łączności,
kuchnie polowe, mobilne piekarnie oraz pojazdy ewakuacyjne. Wszystko to było konieczne, aby
dywizja mogła działać, przemieszczać się i walczyć. Mimo że Niemcy byli specjalistami
w prowadzeniu wojny ruchomej, to Rumuni nie mieli odpowiedniego sprzętu, by opanować jej
tajniki.
Na drugą ważną kwestię składały się siła ognia i możliwości jej skoncentrowania.
Wartość bojowa dywizji pancernej sprowadzała się do zdolności do błyskawicznego
i zaskakującego uderzania, możliwości ostrzelania przeciwnika w ciągu kilku minut lub godzin
pociskami odłamkowymi i przeciwpancernymi oraz całkowitego sparaliżowania go bądź
pomieszania mu szyków. W praktyce dywizyjne czołgi miały korzystać ze skutecznej osłony
armat przeciwpancernych i przeciwlotniczych, aby móc odegrać rolę silnej samobieżnej artylerii,
zdolnej do ostrzelania wroga gradem pocisków odłamkowych. Ponownie Rumuni zwyczajnie nie
mieli dostatecznej liczby odpowiednio dobrego sprzętu, by móc urzeczywistnić taką ideę.
Dysponowali za małą liczbą dział, które zresztą najczęściej miały niewielki kaliber. Niedostatek
ten odnosił się także do najważniejszego atutu ich doborowej dywizji – czołgów.
Podstawowym wozem bojowym tej formacji był, jak wspomniano, R-2. Choć jeszcze
w pierwszej połowie lat 30. zasługiwał na miano dość udanego czołgu, to tempo rozwoju sprzętu
pancernego było tak szybkie, że w 1941 roku okazał się całkowicie przestarzały. Jego uzbrojenie
główne stanowiła armata 37-mm, kalibru standardowego dla niemieckich dział czołgowych
i przeciwpancernych na początku wojny. Przebieg kampanii francuskiej latem 1940 roku wykazał
jednak niedostateczną skuteczność takich armat. W kontrataku wojsk alianckich pod Arras
brytyjskie czołgi typu Matilda po prostu przejechały przez zaporę niemieckich dział
przeciwpancernych, gdyż 37-milimertrowe pociski odbijały się od pancerzy matild. Rok później
sytuacja wojsk Osi okazała się znacznie gorsza. W ramach planu „Barbarossa” R-2 miały się
zmierzyć z jedną z najlepszych konstrukcji w dziejach broni pancernej – sowieckim czołgiem
średnim T-34. Ów wóz bojowy, zaprojektowany przez zespół Michaiła Koszkina, bił na głowę
ówczesne czołgi innych krajów. Niemal wszystko w tej konstrukcji okazało się udane: od
pochyłego pancerza przez silnik dieslowski W-2, który nie zapalał się tak łatwo jak silniki
benzynowe i zwiększał zasięg oraz niezawodność pojazdu, po znakomite zawieszenie typu
Christiego i szerokie gąsienice, które zapewniały mu dużą szybkość i zwrotność na bezdrożach.
R-2 był, w porównaniu z T-34, czołgiem marnym. Jego armata nadawała wystrzeliwanym
pociskom przeciwpancernym prędkość początkową ok. 690 m/s. Pociski mogły przebić pancerz
grubości 31 mm z odległości do 500 m – dość niewielkiej, choć wystarczającej jak na ówczesne
warunki. Problem polegał na tym, że opancerzenie wieży T-34 miało grubość 52 mm po bokach
i aż 60 mm z przodu. Perspektywy przebicia pancerza kadłuba też nie przedstawiały się lepiej;
boki i tył miały odpowiednio 40 mm i 45 mm, a pancerz czołowy – 47 mm. Nawet
z „samobójczego” dystansu 100 m działo 37-mm przebijało płytę stalową grubości zaledwie 37
mm. Tak więc w praktyce T-34 był dla większości rumuńskich czołgów przeciwnikiem nie do
pokonania, chyba że wystrzelony pocisk trafił w strop wieży albo w spodnią część kadłuba, i to
z niedużej odległości.
Rumuńskie czołgi miały jeszcze inne wady. Należała do nich jednomiejscowa wieża,
w której czołgista musiał nie tylko dowodzić pojazdem, lecz również obsługiwać czołgowe
działo. Potężna armata kal. 76,2 mm w czołgu T-34 z łatwością przebijała cienkie opancerzenie
R-2, a rozgrzane do czerwoności metalowe odpryski (nazywane w żargonie czołgistów strupami)
raziły załogę we wnętrzu czołgu. Ponadto R-2 był podatny na to, co najbardziej przerażało załogi
pojazdów pancernych – pożary. W razie wybuchu pożaru czołgiści musieli się wydostawać się na
zewnątrz przez włazy ewakuacyjne, a w przypadku kierowcy było to niemal niewykonalne.
Choć może się to wydawać niewiarygodne, podobne niedostatki w zakresie jakości
sprzętu można było przezwyciężyć – jak to czynili Niemcy – o takiej możliwości decydowały
przede wszystkim poziom wyszkolenia dowódców i kontrola sprawowana przez nich nad
jednostkami pancernymi. W niemieckich dywizjach pancernych brakowało dużo lepszych
czołgów od tych w dywizji rumuńskiej. Niemieckie wozy bojowe także ustępowały klasą T-34
oraz jeszcze cięższym sowieckim KW-1. Po początkowym wstrząsie, wywołanym przez
napotykane sowieckie nowe czołgi, niemieccy dowódcy zdołali przystosować taktykę i procedury
do skutecznych starć z „cudowną bronią”. Nie dało się jednak tego powiedzieć o ich rumuńskich
sojusznikach. Rumuni odczuwali brak zdolnych dowódców na wszystkich szczeblach.
Dowództwo 1. Dywizji Pancernej powierzono początkowo generałowi brygady Nicolae
Stoenescu. W tym czasie sprawował on też funkcję sekretarza generalnego w Ministerstwie
Obrony Narodowej, więc faktycznie dowodził dywizją jego zastępca, Ioan Alecu Sion.
Pochodzący ze znanego ośrodka handlu Piteşti w północnej części Wołoszczyzny Sion był
zawodowym oficerem artylerii, odznaczonym za odwagę podczas pierwszej wojny światowej.
Pozostał w wojsku w czasach pokoju i szybko awansował. Zajmował stanowiska w różnych
sztabach; m.in. był dyrektorem wydziału materiałowego w Podsekretariacie Stanu ds.
Zaopatrzenia, później przeszedł na stanowisko zastępcy dowódcy 1. Dywizji. Bez wątpienia
51-letni Sion zasługiwał na miano profesjonalnego żołnierza, który poważnie potraktował swoje
nowe obowiązki, a wobec nieobecności Stoenescu zajął się energicznie przygotowywaniem
dywizji do walki. Co ważne, wywodził się z grona artylerzystów i sztabowców, i nie był ani
czołgistą, ani też zdolnym dowódcą frontowym. Dla odmiany, dowódcy sił pancernych
(Panzerwaffe) nazistowskich Niemiec byli właściwie współtwórcami nowej doktryny i praktyki
zmechanizowanych działań zbrojnych oraz blitzkriegu („wojny błyskawicznej”); mieli za sobą
kilka lat szkolenia i doskonalenia umiejętności w tym zakresie. Dlatego też znajdując się
w sytuacji nieoczekiwanej, takiej jak starcie z T-34, potrafili improwizować i działać szybko oraz
efektywnie. Z kolei Sion i oficerowie będący jego podkomendnymi dopiero zaczynali się
zapoznawać z nową taktyką i okazali się żałośnie nieprzygotowani do kierowania
najnowocześniejszą i najsilniejszą formacją w armii swojego kraju. Tym, czego potrzebowali
najbardziej, był czas – a, jak się miało okazać, pozostały im zaledwie nieco ponad dwa miesiące,
nim doszło do chrztu bojowego dywizji.
Generalnie utworzenie dywizji oznaczało wstąpienie rumuńskiego wojska na właściwą
drogę rozwoju militarnego. Nie wiadomo, jaki poziom mogłaby z czasem osiągnąć owa formacja,
ale na wiosnę 1941 roku brakowało jej, i to dotkliwie, transportu motorowego i odpowiedniej siły
ognia, a jej dowódcy zasługiwali na miano nowicjuszy. Tych poważnych problemów nie zdołano
rozwiązać w krótkim okresie istnienia jednostki, co nad Donem zakończyło się katastrofą. Kiedy
nadszedł przełomowy moment, Rumuni musieli przeprowadzić wyrafinowane, skoordynowane
przeciwuderzenia, aby zagrozić Armii Czerwonej – i nie zdołali tego uczynić.
Węgry – geneza utworzenia 1. Polowej Dywizji Pancernej

Losy rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej w zasadzie przesądziły o efektach całego wysiłku


wojennego Rumunii na froncie wschodnim. Nie mniejsza rola przypadła do odegrania jej
węgierskiemu odpowiednikowi – 1. Polowej Dywizji Pancernej. Rumuni weszli w skład sił
pancernych Osi dosyć późno, lecz ich węgierscy sąsiedzi uczynili to jeszcze później. Po
ofensywie Armii Czerwonej w styczniu 1943 roku węgierskie oddziały pancerne znalazły się
w równie rozpaczliwym położeniu jak pozostali sprzymierzeńcy Niemiec. Rozmieszczona tuż za
linią frontu jako bardzo ważny mobilny odwód 1. Polowa Dywizja Pancerna okazała się tak samo
nieprzygotowana do swojego zadania jak rumuńska 1. DPanc. Fiasko jej późniejszych działań
sprowadziło na Węgrów podobną klęskę jak ta, która spotkała wojska rumuńskie dwa miesiące
wcześniej.
Węgierska 1. Polowa Dywizja Pancerna powstała, podobnie jak jednostki
zmechanizowane w wielu innych krajach, z formacji kawaleryjskiej. Tak jak w armiach innych
państw, tradycja ścierała się z nowym, gdy „przesiadała się” z koni na pojazdy mechaniczne;
odór oleju i smarów oraz hałas czyniony przez koła zębate i silniki wydawał się czymś zupełnie
odmiennym od elegancji i szyku żołnierza w siodle trzymającego lancę i szablę. Na Węgrzech
przebiegało to szczególnie opornie, zważywszy na chlubne, wielowiekowe tradycje dzielnych
madziarskich huzarów w barwnych mundurach, a także z powodu tego, że wielkie koszty
tworzenia jednostek pancernych bardzo obciążyły budżet kraju, który utracił znaczną część
ludności, obszaru i bogactw na mocy traktatu w Trianon. Pomimo to Honved wystawił trzy
dywizje pancerne w trzech różnych okresach wojny: 1. i 2. DPanc (numeracja była cokolwiek
typowa dla porządków panujących w węgierskim wojsku; 2. DPanc formalnie powstała
wcześniej, lecz jako ostatnia weszła do walki w 1944 roku) oraz formację, która uległa
zniszczeniu nad Donem na początku 1943 roku – 1. Polową Dywizję Pancerną. Utworzona ad
hoc, do czasu zapełnienia braku jednostek pancernych z prawdziwego zdarzenia, czyli
osiągnięcia gotowości bojowej przez 1. i 2. DPanc, Polowa Dywizja była jeszcze słabsza od
rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej, a jej fiasko – do przewidzenia.
Po opuszczeniu Węgier przez aliancką komisję w 1927 roku kraj ten zaczął się po cichu
dozbrajać. W 1934 roku Węgrzy poczuli się na tyle pewnie, by nabyć za granicą te same modele
czołgów, które sprzedawało wielu krajom coraz bardziej niespokojnej Europy – w przypadku
Budapesztu było to 65 włoskich tankietek Ansaldo CV-33 i nieco francuskich czołgów
wolnobieżnych Renault FT-17. Transakcja ta na pewno ucieszyła sprzedawców z Mediolanu
i Paryża. Oba te typy pojazdów – nieduże, stosunkowo powolne i uzbrojone tylko w karabiny
maszynowe – nadawały się wyłącznie do wspierania piechoty, a w przyszłej wojnie były zupełnie
bezużyteczne. Ostrożne podejście Węgrów do kwestii zbrojeń zmieniło się wraz z publicznym
ogłoszeniem remilitaryzacji kraju przez premiera Kálmána Darányiego w 1938 roku i nieco
późniejszą decyzją węgierskiego Ministerstwa Wojny o pilnej potrzebie posiadania sił
pancernych przez Honved. Z powodu słabości własnego przemysłu ciężkiego i zbrojeniowego
Węgrzy ponownie zainteresowali się ofertą zagraniczną i, podobnie jak wiele innych państw
europejskich, zwrócili się do czechosłowackich wytwórni uzbrojenia.
Węgrzy, tak jak wcześniej Rumuni, wybrali model Škoda S-II po pokazie tego czołgu na
poligonie w Pilznie, gdzie pojazd ten zademonstrował swoje możliwości. Węgry zdecydowały się
wszak na opracowanie własnej wersji tego pięciomiejscowego, 16-tonowego czołgu.
Zainstalowano w nim rodzimy silnik 8-cylindrowy o mocy 260 KM i zastąpiono oryginalną
dwumiejscową wieżę większą, trzymiejscową, wyposażoną w radiostację – co było w istocie
bardzo rozsądnym rozwiązaniem, umożliwiającym dowódcy załogi komunikowanie się z innymi
wozami bojowymi w czasie walki i zwiększenie skuteczności działań jednostek pancernych.
Nowy czołg miał dwa karabiny maszynowe: węgierskie kopie czeskich Z830 kal. 8 mm.
Uzbrojenie główne stanowiła specjalna wersja standardowej węgierskiej armaty
przeciwpancernej kal. 40 mm. Wspomniane działo było wariantem niemieckiej armaty
przeciwpancernej kal. 37 mm i otrzymało oznaczenie 41M. Nadzwyczaj dumni ze swoich
osiągnięć w dziedzinie modernizacji tego czołgu Węgrzy nadali swojej nowej „cudownej broni”
nazwę Turán I – od legendarnego plemienia, z którego Madziarzy mieli się wywodzić.
W październiku 1941 roku zamówili pierwszą partię 190 wozów bojowych tego typu (niebawem
zamówienie zwiększono do 230 czołgów); 70 z nich miało powstać w zakładach Manfred Weiss
& Csepel, 50 w wytwórni Ganz, 40 w fabryce MAVAG (wszystkie z Budapesztu), a kolejnych
70 – w jednym z zakładów w Györ.
Turána zaliczano do czołgów średnich, a Budapesztowi zależało także na czołgu lekkim,
przeznaczonym do zadań rozpoznawczych i zwiadowczych. Ponieważ Czesi nie mogli już
dostarczyć takiego wozu pancernego, skorzystali na tym Szwedzi. Węgrzy kupili od nich licencję
na produkcję czołgu lekkiego Landsverk Stridsvagn L-60 (Strv L-60): 202 egzemplarze
zbudowano na Węgrzech i nadano im nazwę Toldi. Czołgi toldi były gotowe do udziału w planie
„Barbarossa”, natomiast turány zaczęły wyjeżdżać z hal montażowych i podążyły na wschód, by
tam zasilić węgierskie jednostki pancerne, dopiero po 1943 roku, gdy dla Węgier wojna była już
przegrana.
Do tego czasu Budapeszt musiał się zadowolić przestarzałymi tankietkami typu Ansaldo,
nowymi lekkimi toldi oraz sprzętem uzyskanym od nazistowskich Niemiec. Wszystkie wozy
bojowe gromadzono w składzie improwizowanej formacji, zorganizowanej na bazie 1. Brygady
Piechoty Zmotoryzowanej i zasilonej przekazanymi Węgrom przez Niemców czołgami czeskiej
produkcji. Łatwo odgadnąć, że tymi ostatnimi były PzKpfw 38(t), nabyte również przez
Rumunię; w tym czasie Niemcy mieli ich wiele. Tak więc osobliwym zbiegiem okoliczności trzy
największe jednostki pancerne, którym przyszło dźwigać główny ciężar wysiłku militarnego
sojuszu Osi zimą w 1942 na 1943 rok w zmaganiach nad Donem – rumuńska
1. Dywizja Pancerna, węgierska 1. Polowa Dywizja Pancerna, a także niemiecka 22.
Dywizja Pancerna – były wyposażone w tym czasie w już wyraźnie przestarzałe PzKpfw 38(t).
„Wielka trójka” sprzymierzeńców nazistowskich Niemiec – Włochy, Rumunia i Węgry –
nie należały do zamożnych mocarstw, w których wielomilionowa klasa robotnicza zasilała
wysoce uprzemysłowione gospodarki, przystosowane do szybkiego przestawienia się na
produkcję wojenną. Największy z nich, Włochy, miały 44-milionową populację, a więc mniejszą
od tej zamieszkującej Wielką Brytanię. Pod względem ekonomicznym Włosi, nawet wespół
z Węgrami i Rumunami, nie mogli się równać z przemysłową potęgą nazistowskiej Rzeszy, z jej
78 mln ludności, w znacznej części zatrudnionej w sektorze przemysłowym. Kraje bałkańskie
były młodymi organizmami państwowymi, skłóconymi ze swoimi sąsiadami z powodu dawnych
animozji i nieskorymi do współdziałania z koalicjantami. Większość ich mieszkańców nadal
utrzymywała się z pracy na roli, tak jak to czyniły kolejne pokolenia ich przodków. Jak to
rolnicy, byli dużo bardziej zainteresowani kaprysami pogody i żniwami niż niestabilną polityką
uprawianą w odległych stolicach.
Przemysł zbrojeniowy w tych krajach dopiero powstawał. Tylko Węgry i Włochy były
w stanie produkować czołgi i inną ciężką broń, w dodatku w niedużej liczbie i stosunkowo
niewysokiej klasy. Aby wyekwipować swoje nienowoczesne siły zbrojne, musiały kupować
uzbrojenie od zagranicznych wytwórców i liczyć się przy tym ze szczupłymi zasobami
w narodowych skarbcach. Należało podejmować trudne decyzje: nabyć nowe czołgi średnie czy
też budować nowe szkoły, by podnieść poziom powszechnej edukacji. Po wybuchu zbrojnego
konfliktu państwa te mogły wystawić przede wszystkim jednostki piechoty, bardziej nadające się
do udziału w kampaniach… pierwszej wojny światowej.
Jako sprzymierzeńcy kraje te tylko w minimalnym stopniu mogły się przyczynić do
wygrania wojny przez Niemcy, choć wypada wskazać na pewien czynnik o wyjątkowym
znaczeniu, odnoszący się do zapewne najważniejszego surowca strategicznego: ropy naftowej.
Królestwo Rumunii wydobyło w latach tej wojny aż 25 mln t ropy – to jest 180 mln baryłek. Ze
znacznie mniej zasobnych węgierskich pól naftowych wypompowano 22 mln baryłek ropy,
przerobionej na paliwo do czołgów machiny wojennej Osi. Mimo wszystko nie wystarczyło to do
przechylenia szali zmagań na korzyść Berlina.
Rozdział 3

Plan „Barbarossa”: Świat wstrzymuje oddech!

„Żołnierze frontu wschodniego! Targany od wielu miesięcy wielkim niepokojem,


zmuszony do milczenia, mogę wreszcie otwarcie do was przemówić, moi żołnierze. Około stu
sześćdziesięciu rosyjskich dywizji skoncentrowało się wzdłuż naszej granicy. Od tygodni granica
ta była nieustannie naruszana – nie tylko granica Niemiec, ale i ta na dalekiej północy
i w Rumunii. […] Trwa tam koncentracja sił, jakiej nie było jeszcze w dziejach świata. […]
Stoicie na froncie wschodnim. W Rumunii, na brzegach Prutu, nad Dunajem, wzdłuż wybrzeży
Morza Czarnego, wojska niemieckie i rumuńskie stoją ramię w ramię, razem, pod wodzą
conducătora Antonescu. […] Wkrótce wejdziecie do walki, trudnej i decydującej batalii. Teraz
los Europy, przyszłość Rzeszy Niemieckiej, przetrwanie naszego narodu spoczywa tylko
w waszych rękach”.
Tak brzmiały prorocze słowa Adolfa Hitlera, Führera nazistowskich Niemiec i człowieka,
który miał rozpocząć gigantyczną kampanię, plan „Barbarossa”. Planowana od 1940 roku, miała
na celu zniszczenie komunizmu jako ideologii oraz opanowanie zachodnich i środkowych
obszarów Związku Sowieckiego aż po Ural, do umownej „granicy”, przebiegającej od
Archangielska na północy do Astrachania nad Morzem Kaspijskim na południu. Po jej
osiągnięciu Himmler i jego SS mieli przystąpić do eksterminacji i zniewalania większości
narodów sowieckiego państwa i tworzenia nowego niemieckiego imperium na wschodzie – po
zdobyciu tzw. Lebensraum (przestrzeni życiowej) dla aryjskiej rasy panów, o której marzyli
Himmler i Hitler.
Godzinę „H” wyznaczono na 3.15 22 czerwca 1941 roku. Przyszła pora na rozpoczęcie
największej operacji militarnej drugiego tysiąclecia, demonstrację gigantycznej zbrojnej potęgi,
która, by posłużyć się słowami Hitlera, miała sprawić, że „świat wstrzyma oddech”.
Ten jeden raz Hitler, będący człowiekiem lubującym się w pompatycznych metaforach,
nie przesadzał. Dane statystyczne dotyczące planu „Barbarossa” przyprawiają o zawrót głowy.
Siły inwazyjne Wehrmachtu liczyły aż 3,4 mln żołnierzy skupionych w jedenastu armiach.
Cztery z nich to potężne Panzergruppen 1–4 (Grupy Pancerne nr 1–4) wyposażone łącznie
w 3332 czołgi i inne pojazdy opancerzone. Transport zapewniało ponadto 600 000 innych
pojazdów kołowych (w tym bardzo wiele francuskich, zdobytych w kampanii na froncie
zachodnim rok wcześniej) oraz 750 000 koni. Pozycje nieprzyjaciela miały ostrzeliwać 7184
działa. Luftwaffe wystawiły Luftflotten 1–3 (Floty Powietrzne nr 1–3), wyekwipowane w 2770
nowoczesnych samolotów, przeznaczonych do wspierania działań ofensywnych z powietrza.
Związek Sowiecki miał zostać zaatakowany przez trzy bardzo silne zgrupowania
tworzące początkowo trzy grupy armijne – C na północy, B w sektorze środkowym oraz A na
południu linii frontu.
Heeresgruppe C (Grupą Armii C) na północy dowodził wywodzący się z prostego ludu
bawarski katolik, feldmarszałek Wilhelm Ritter von Leeb. (Nobilitowano go i dodano mu
przyimek „von” do nazwiska wraz z nadaniem Leebowi Krzyża Rycerskiego Orderu
Maksymiliana Józefa w czasie pierwszej wojny światowej). Jego wojska otrzymały rozkaz
uderzenia z Prus Wschodnich, zajęcia krajów bałtyckich – Litwy, Łotwy i Estonii – zdobycia
drugiego z najważniejszych rosyjskich ośrodków miejskich – Leningradu – i wreszcie nawiązania
styczności z fińskimi sojusznikami.
Zawczasu powiadomiono ich o szykowanej inwazji i zaproszono do wzięcia w niej
udziału. Finowie pod wodzą Carla Gustafa von Mannerheima, dążący do odzyskania ziem
utraconych na mocy traktatu moskiewskiego z marca 1940 roku, chętnie na to przystali.
Przebiegły marszałek Mannerheim zastrzegł z góry, że armia fińska będzie operowała niezależnie
od wojsk Grupy Armii C i w żadnym wypadku nie może się znaleźć pod niemiecką komendą.
W przededniu planu „Barbarossa” złożona z szesnastu dywizji armia fińska była w zasadzie taka
jak w całym okresie międzywojennym – bardzo dobrze wyszkolonym i nieźle dowodzonym
wojskiem złożonym niemal całkowicie z oddziałów piechoty, którym rozpaczliwie brakowało
nowoczesnego uzbrojenia i innego sprzętu, w tym czołgów, samolotów bojowych, artylerii
polowej, armat przeciwpancernych i radiostacji. Te niedostatki częściowo rekompensowała
bitność fińskich żołnierzy, zdeterminowanych, aby odegrać się za krzywdy wyrządzone ich
ojczyźnie przez sowiecką inwazję z 1939 roku.
Mimo znacznej rangi zadań powierzonych von Leebowi sektor północny uważano
w OKW za kierunek drugorzędny, gdzie liczne rzeki, jeziora i rozległe lasy utrudniały szybką
ofensywę formacji pancernych. W związku z tym Niemcy nie zamierzali tam rozegrać
najważniejszej bitwy. Tak więc wojska Leeba były najsłabsze spośród trzech inwazyjnych grup
armijnych; składały się z 16. i 18. Armii oraz 4. Grupy Pancernej dowodzonej przez Ericha
Hoepnera znanego jako Der Alte Reiter („Stary Kawalerzysta”). Łącznie dysponował on 26
dywizjami – 3 pancernymi, 3 zmotoryzowanymi i 20 piechoty. (Hitler zdegradował Hoepnera
oraz pozbawił odznaczeń i uprawnień emerytalnych za odwrót po zimowej kontrofensywie Armii
Czerwonej pod Moskwą. Jeszcze później uczestniczył on w antyhitlerowskim spisku, który
doprowadził do zamachu na Führera 20 lipca 1944 roku. Po fiasku zamachu aresztowano go,
torturowano, sądzono, skazano i powieszono).
Nieco dalej na południu skoncentrowano przygotowaną do wyprowadzenia uderzenia
z ziem okupowanej przez Niemców Polski Heeresgruppe B (Grupę Armii B) pod komendą
pochodzącego z Prus feldmarszałka Fedora von Bocka. Zgrupowanie to, później przemianowane
na Heeresgruppe Mitte (Grupę Armii Środek)[1], stanowiło główne niemieckie siły podczas
wojny na froncie wschodnim. Sukces grupy armijnej oznaczał zwycięstwo Niemiec w kampanii
wschodniej, a zagłada tegoż zgrupowania latem 1944 roku w wyniku ofensywy Armii
Czerwonej, znanej jako operacja „Bagration”, zwiastowała rychły koniec Trzeciej Rzeszy.
Grupa von Bocka była najsilniejszą z trzech grup armijnych. Składała się z 4. i 9. Armii
oraz 2. i 3. Grupy Pancernej (dowodzonych przez sławnego już wtedy Guderiana i Hermanna
„Papę” Hotha). Miała aż 35 dywizji piechoty, 3 dywizje zabezpieczenia, dywizję kawalerii, 5
dywizji zmotoryzowanych, 9 dywizji pancernych i doborowy pułk zmotoryzowany Wehrmachtu
– „Grossdeutschland”. Celem von Bocka było zniszczenie sił głównych Armii Czerwonej we
wschodniej Polsce, na Białorusi i w zachodniej części Rosji, mimo że, co miało poważnie
zaważyć na losach kampanii, jego wojskom nie wydano jasnego rozkazu zdobycia Moskwy.
Jeszcze dalej na południu, wzdłuż odcinka obejmującego przygraniczne pasy obszarów
Rumunii i Bułgarii, stały jednostki Grupy Armii A pod komendą szacownego feldmarszałka
Gerda von Rundstedta. Ten typowy przedstawiciel pruskiej kasty oficerskiej, który jeszcze przed
rozpoczęciem planu „Barbarossa” ukończył 64 lata, miał dowodzić najbardziej zróżnicowaną
spośród trzech grup armijnych Osi oraz jedyną, w której znalazły się silniejsze wojska
nieniemieckie. Niemiecki kontyngent zgrupowania Rundstedta był potężniejszy od całej grupy
armijnej von Leeba, a w jego skład wchodziły: 6. Armia Waltera von Reichenaua, 11. Armia
Eugena von Schoberta oraz 17. Armia Carla-Heinricha von Stülpnagela (kolejnego wysokiego
rangą dowódcy, który wziął udział w spisku przeciwko Hitlerowi i ostatecznie został powieszony
za zdradę), a także 1. Grupa Pancerna pod dowództwem Ewalda von Kleista. (Kleist wyróżniał
się wśród dowódców Ostheer tym, że nawoływał do dobrego traktowania ludności rosyjskiej, aby
przeciągnąć ją na stronę Niemiec. W 1948 roku został wydany Sowietom i groteskowo oskarżony
o „odstręczanie sowieckiej ludności za sprawą łagodności i uprzejmości”. Zmarł w sowieckim
więzieniu). Ludzie ci mieli pod swoją komendą 22 dywizje piechoty, 6 dywizji górskich, 3
dywizje bezpieczeństwa, 4 dywizje zmotoryzowane i 5 pancernych. Oprócz tego von Rundstedt
rozporządzał wydzielonymi siłami wojskowymi głównych sojuszników Rzeszy: 15 dywizjami
rumuńskimi (3. i 4. Armią), węgierskim Szybkim Korpusem Armijnym (zwanym także Grupą
Karpacką), 2 dywizjami słowackiego Korpusu Armijnego, a niebawem także 3 dywizjami tzw.
Corpo di spedizione italiano in Russia (Włoskiego Korpusu Ekspedycyjnego w Rosji, CSIR).
Celem feldmarszałka Rundstedta w planie „Barbarossa” było odcięcie i rozbicie sił Armii
Czerwonej na zachód od Dniestru, zdobycie Kijowa (stolicy Ukrainy) i Charkowa (czwartego
z największych miast ZSRS), zajęcie Krymu (w tym potężnej bazy w Sewastopolu nad Morzem
Czarnym), a następnie marsz na wschód, ku Wołdze i Stalingradowi. Drugorzędny cel polegał na
wkroczeniu na Kaukaz i uchwyceniu oraz uchronieniu przed zniszczeniem tamtejszych złóż
naftowych.
Wzdłuż gigantycznego, 1500-kilometrowego frontu formacje Wehrmachtu i niemieckich
sojuszników z Osi miały przekroczyć granicę i zetrzeć się z Armią Czerwoną, która,
przynajmniej teoretycznie, była znacznie liczniejsza od wojsk inwazyjnych. Sowieci
zmobilizowali aż 12 mln ludzi, z których 4,5 mln stacjonowało na tzw. obszarach
przygranicznych, w pobliżu granic okupowanej przez Niemcy Polski oraz należącej do Osi
Rumunii. Wojska pierwszego rzutu zgrupowano w 10 armiach i wyposażono w 20 000 czołgów
i pojazdów opancerzonych, a także ponad 8000 samolotów bojowych (Sowieci mieli ich ogółem
prawie 15 000).
Rozmieszczono je jednak całkowicie inaczej niż wojska Wehrmachtu i niemieckich
sprzymierzeńców. O ile bowiem Sowieci „zgadzali się” z niemieckimi strategami, że kierunek
północny miał drugorzędne znaczenie – wobec czego stosunkowo słabe siły Armii Czerwonej,
złożone z 30 dywizji strzeleckich i 8 brygad pancernych stały naprzeciwko żołnierzy von Leeba –
o tyle uważali, iż centralny sektor frontu, ze znajdującymi się tam od pradziejów moczarami,
wielkimi lasami, rzekami i kanałami, to teren niezbyt odpowiedni do działań formacji
zmechanizowanych. W rezultacie sowieckie dowództwo rozlokowało tam tylko 45 dywizji i 15
brygad czołgów, które miały stawić czoło głównemu uderzeniu Wehrmachtu. Z perspektywy
Moskwy najbardziej zagrożone było południe Związku Sowieckiego: żyzne obszary rolne oraz
ośrodki przemysłowe na Ukrainie i w Zagłębiu Donieckim. W tej sytuacji Rumunów, Włochów,
Słowaków i Węgrów czekała zbrojna konfrontacja z doborowymi jednostkami Armii Czerwonej:
wojskami Frontu Południowo-Zachodniego generała-pułkownika Michaiła Kirponosa, złożonymi
z około miliona żołnierzy i 4800 czołgów, zgrupowanymi w czterech armiach polowych z aż 64
dywizjami i 14 brygadami pancernymi, rozmieszczonymi pod osłoną bunkrów, polowych zapór
i stanowisk artyleryjskich. Mimo że Armia Czerwona była poważnie osłabiona przez
stalinowskie krwawe czystki korpusu oficerskiego z lat 30., to wojska te nadal stanowiły potężną
siłę. Nieźle wyposażone i zorganizowane formacje Frontu Południowo-Zachodniego na pewno
nie zasługiwały na miano łatwego przeciwnika. Ich dowódca, Michaił Kirponos, wyróżnił się rok
wcześniej na czele dywizji, a jako Ukrainiec dobrze znał tereny, na których miał wkrótce
walczyć.
Choć jeszcze o tym nie wiedział, stawką zmagań było przetrwanie jego narodu. Zaledwie
dwa dni przed rozpoczęciem planu „Barbarossa” Alfred Rosenberg, wywodzący się z bałtyckich
Niemców ideolog partii nazistowskiej, desygnowany na „komisarza ds. nadzoru nad kwestiami
związanymi z terytoriami wschodnimi” (Kommissar für die Zentrale Steuerung betreffenden
Fragen mit den Ostgebieten), obwieścił swoim podwładnym podczas utajnionego wystąpienia:
„Południowe obszary rosyjskie będą musiały uporać się z zadaniem wykarmienia narodu
niemieckiego. Nie widzimy absolutnie żadnego powodu, by brać na siebie obowiązek
wyżywienia także narodu rosyjskiego płodami rolnymi tych ziem. Wiemy, że brzmi to surowo
i bezdusznie, ale taka jest konieczność, a przyszłość niesie Rosjanom kilka bardzo ciężkich lat”.
Rosenberga skazano w Norymberdze za zbrodnie wojenne i powieszono w 1946 roku.
Godzina „H” – 22 czerwca 1941 roku

Natarcie wojsk von Rundstedta rozpoczęło się w Radymnie (mieście założonym przez
króla polskiego Kazimierza Wielkiego w XIV wieku), leżącym w Polsce na oficjalnej „granicy”
oddzielającej strefy okupacyjne: nazistowską i sowiecką. Nad pobliskim Sanem znajdował się
wielki most kolejowy, po którym codziennie przejeżdżały w obie strony pociągi towarowe.
Transporty te były rezultatem postanowień paktu o nieagresji zawartego przez nazistowskie
Niemcy i Związek Sowiecki i podpisanej w tym czasie przez nie wielkiej umowy handlowej.
Zasadniczo ze wschodu na zachód wieziono surowce i żywność, a w odwrotnym kierunku
podążały wyroby przemysłowe i twarda waluta – tak było przynajmniej w teorii. O dziwo,
Sowieci skrupulatnie wywiązywali się z podjętych zobowiązań. Ponad 1,5 mln t pszenicy, żyta
i owsa dostarczono wygłodniałym niemieckim robotnikom. Rzesza otrzymała też z ZSRS 2 mln t
ropy naftowej, 3700 kg platyny, 140 000 t manganu i 26 000 t chromu – te dwa ostatnie metale
były niezbędne do produkcji broni z wysokogatunkowej stali. Z kolei naziści, co już dziwi mniej,
zwlekali z dostawami; mieli deficyt ok. 239 mln
marek niemieckich w tej wymianie handlowej. Wypada jednak dodać, że mimo wszystko
wyeksportowali na wschód wyroby przemysłowe o wartości ok. 500 mln marek, w tym
niegotowy krążownik pancerny „Lützow”. Gdy zbliżała się godzina rozpoczęcia planu
„Barbarossa”, dla Niemców ważne było opanowanie wspomnianego mostu na Sanie. Zadanie to
powierzono podporucznikowi Alickemu z 257. Dywizji Piechoty oraz berlińczykom z jego
oddziału szturmowego.
Gdy Alicke czołgał się ku celowi, usłyszał, jak jego ludzie szepczą: „Bogu dzięki, że żaby
tak rechoczą”. Żołnierze starali się nie zaalarmować sowieckiej warty w baraku kontroli celnej
tuż obok mostu. Wreszcie, punktualnie o 3.15, Alicke poprowadził swoich ludzi do szturmu na
most i wspomniane zabudowania. Zdumieni wartownicy zginęli od kul karabinowych, zanim
zorientowali się, co się dzieje. Kilku z nich zdołało jednak odpowiedzieć ogniem. Alicke poległ
jako pierwsza ofiara śmiertelna w dywizji w kampanii rosyjskiej.
Nieco dalej Niemcy z 457. i 466. Pułku Piechoty, ze szpicy wojsk Grupy Armii Południe,
sforsowali San. Od razu natknęli się na czerwonoarmistów ze szkoły podchorążych
z miejscowości Wysokie (Wysokoje) oraz na czołowy oddział sowieckiej 199. Dywizji
Rezerwowej. W polu porośniętym zbożem doszło do walki wręcz, i to tak zaciętej, że Niemcy
musieli wzywać wsparcie artyleryjskie, aby złamać obronę nieprzyjaciela.
Dla niemieckich sojuszników ranek 22 czerwca upłynął spokojnie. W istocie Hitler
poinformował rumuńskiego dyktatora Antonescu o planie „Barbarossa” zaledwie na dziesięć dni
przed jej rozpoczęciem, na co conducător chełpliwie zapewnił: „Oczywiście, przystąpimy do
tego od samego początku. Kiedy w grę wchodzą działania przeciwko Słowianom, na Rumunów
zawsze można liczyć”.
Nie przełożyło się to jednak na natychmiastowe podjęcie walki, gdyż dwie rumuńskie
armie, 3. i 4., stacjonowały na zachodnim brzegu Prutu wraz z niemiecką 11. Armią Eugena von
Schoberta, w odwodzie wojsk von Rundstedta. Kiedy ich towarzysze broni dalej na północy
ścierali się z sowieckimi pogranicznikami, w sektorze rumuńskim panował spokój. Wkrótce
jednak uległo to zmianie i za niecałe dwa tygodnie Rumuni jako pierwsi z wojsk sojuszniczych
z Osi, wzięli czynny udział w planie „Barbarossa”.
W rzeczywistości Rumuni odegrali sporą rolę w zmaganiach w 1941 roku, podczas gdy
udział pozostałych krajów Osi w bataliach pozostał stosunkowo nieznaczny. Słowacy i Węgrzy
bili się dobrze, ale Włochom i Chorwatom trudno było dotrzymać kroku nacierającym wojskom
latem i jesienią. Batalie o odzyskanie Besarabii i północnej Bukowiny, przeprawa przez Dniestr,
marsz przez Ukrainę, a przede wszystkim krwawe oblężenie Odessy miały dowieść wartości
rumuńskiego żołnierza.
Włosi i CSIR

Przed świtem feralnego poranka 22 czerwca włoskiego dyktatora Benito Mussoliniego


obudził w letniej rezydencji w Riccione nad Adriatykiem telefon od hrabiego Galeazza Ciano –
swojego zięcia i zarazem ministra spraw zagranicznych. Ciano odczytał list od Hitlera,
informujący Mussoliniego o planie „Barbarossa” i wyszczególniający przyczyny rozpoczęcia
inwazji na ZSRS. Zamiast wpaść w przerażenie z powodu skali ryzyka podjętego przez
nazistowskiego przywódcę oraz tego, że dopiero teraz dowiadywał się o wspomnianej inwazji,
Mussolini niezwłocznie wypowiedział wojnę Związkowi Sowieckiemu i obiecał wysłać wojska
na front wschodni. O dziwo, Hitler wcale nie to chciał usłyszeć i wyraźnie dał do zrozumienia
faszystowskiemu dyktatorowi, że włoskie wojska można dużo lepiej wykorzystać w walce
z Brytyjczykami; przecież z końcem lutego owego roku Włosi utracili w Afryce Północnej całą
złożoną z dziewięciu dywizji armię polową – 130 000 żołnierzy, 845 dział i prawie 400 czołgów.
(W tej samej fazie kampanii pustynnej straty Brytyjczyków wynosiły zaledwie 500 zabitych,
1400 rannych i 56 zaginionych żołnierzy). Il Duce nie chciał o tym słyszeć. Sądził, że
Wehrmacht osiągnie szybkie zwycięstwo na froncie wschodnim. Mussoliniemu zależało na
udziale Włochów w tej inwazji, aby później i na nich spadła część chwały. Szefowi sztabu
swojego wojska, Pietrowi Badoglio, oznajmił z bezdusznością monstra: „Potrzebnych mi kilka
tysięcy poległych, abym mógł zająć miejsce przy stole rokowań pokojowych”.
Tymczasem postanowił sformować włoski korpus ekspedycyjny do udziału w walkach na
południu Rosji. Z czasem rozrósł się on do siły armii polowej, której żołnierze trzęśli się z zimna
nad brzegami Donu.
Wspomniane siły ekspedycyjne, czyli CSIR, oficjalnie zorganizowano 10 lipca 1941
roku. Były one złożone z 60 000 ludzi w trzech dywizjach – 9. („Pasubio”), 52. („Torino”) i 3.
(„Duca d’Aosta”). Dwie pierwsze były na poły zmotoryzowanymi dywizjami piechoty, natomiast
trzecia należała do nowych jednostek Celere (szybkich). Dywizje „Pasubio” i „Torino” pod
dowództwem Vittoria Giovannelliego i Roberta Lericiego składały się z dwóch pułków piechoty
w każdej z nich, a także pułku artylerii, z kompaniami moździerzy, dział polowych
i przeciwlotniczych. Były to zatem jednostki dość słabe, a dla „wzmocnienia ich faszystowskiej
mocy” każda otrzymała dodatkowo po ochotniczym batalionie faszystowskich Maglia Nera
(„czarnych koszul”) oraz kompanie moździerzy i dział przeciwpancernych z Brygady „3
Gennaio” (od 3 stycznia, w którym faszyści opanowali włoski parlament). Dywizja „Duca
d’Aosta”, nosząca imię swojego arystokratycznego patrona, miała dwa pułki kawaleryjskie – 2.
Pułk Sabaudzki i 3. Pułk Lansjerów z Novary – a także pułk artylerii konnej oraz bataliony
bersalierów i czołgów lekkich. W danym okresie kawalerzyści tworzyli jeszcze odrębną kastę,
choć wojny rozstrzygane przez konnicę należały już do przeszłości, a o wynikach batalii
decydowały teraz jednostki pancerne. W dowodzonej przez Maria Marazzaniego 3. Dywizji
„Duca d’Aosta” wciąż hołdowano starym tradycjom; dowódcy pułków i ich oficerowie patrzyli
z góry na innych. Hrabia Alessandro Bettoni z Sabaudzkiego Pułku Kawalerii ujął rzecz nader
zwięźle i celnie: „[…] pułkownik był traktowany niczym bóstwo i miał wokół siebie
najświetniejsze nazwiska spośród włoskiej – zwłaszcza rzymskiej – szlachty”.
Bettoni, noszący monokl dumny zdobywca dwóch złotych medali w konkurencjach
jeździeckich na przedwojennych igrzyskach olimpijskich, oraz jego koledzy pułkownicy nie
zamierzali przyjmować byle kogo do swej jednostki. Ze zgłaszających się ochotniczo corocznie
ok. 900 kadetów-kawalerzystów, młodych mężczyzn z zacnych rodów, na oficerów sabaudzkiej
formacji przyjmowano zaledwie 30.
Dywizyjne czołgi, traktowane podejrzliwie i dość pobłażliwie, znalazły się w Batalionie
Pancernym, noszącym cokolwiek pompatyczną nazwę „San Giorgio” i dowodzonym przez Paola
Tarnassiego. Mimo że kawalerzyści nie przepadali za jego pojazdami, to Tarnassiego
akceptowali, ponieważ był „jednym z nich”; wcześniej sprawował komendę 13. Pułku
Cavallegeri di Monferrato i należał do weteranów pierwszej wojny światowej, wojny
turecko-włoskiej oraz kampanii abisyńskiej.
Wszystkie te dywizje składały się z poborowych i ochotników z północnych Włoch:
„Torino” – naturalnie z Turynu, „Pasubio” – z Werony i Mantui, a „Duca d’Aosta” – z włoskiej
Sabaudii.
Na papierze trzy dywizje korpusu wydawały się w miarę nowoczesnymi, mobilnymi
formacjami, z pewnym doświadczeniem zdobytym w łatwej inwazji na Jugosławię. Jednakże
pozory myliły. Jak zwykle w przypadku włoskich jednostek wojskowych, niedostatek ludzi,
środków transportu i innego sprzętu czynił z CSIR dość słaby kontyngent. Korpus miał zaledwie
ok. stu dział, najczęściej niewielkiego kalibru i o małej donośności, oraz niewiele armat
przeciwpancernych – także zbyt lekkich do skutecznego niszczenia sowieckich czołgów. Jeśli
chodzi o personel, to „Duca d’Aosta” liczyła zaledwie 7000 żołnierzy, a dwie dywizje piechoty
miały po siedem batalionów strzelców (niemieckie dywizje – po dziewięć baonów). Transport
korpusu stanowiło zaledwie nieco ponad 5000 pojazdów wszelkiego typu, wśród których było
bardzo wiele zarekwirowanych cywilnych ciężarówek z prowizorycznie zamalowanymi znakami
firmowymi byłych właścicieli. Przykładowo: bersalierzy z Dywizji „Duca d’Aosta” mieli tylko
jedną kompanię motocyklową, a pozostali korzystali z rowerów. W „Pasubio” i „Torino”
przedstawiało się to jeszcze gorzej i, pomimo oficjalnego klasyfikowania tych jednostek jako
dywizji „zmotoryzowanych”, zdecydowana większość ich żołnierzy musiała pieszo iść przez
stepy Ukrainy i południowej Rosji w letnich mundurach i butach, które szeregowy Alarico
Rocchi z Dywizji „Torino” określił mianem „bardziej nietrwałych od pantofelków baletnicy”.
Zapewne na miano jedynego rzeczywistego atutu CSIR zasługiwał dowódca tego
korpusu, ambitny przedstawiciel włoskiej generalicji – energiczny i stosunkowo młody Giovanni
Messe. Odznaczony za odwagę w latach pierwszej wojny światowej, miał za sobą udział
w kampaniach w Abisynii, Albanii i Grecji. Spodziewano się, że zostanie mu powierzone
prestiżowe dowództwo jednej z trzech włoskich dywizji pancernych walczących u boku Rommla
na pustyni. Ostatecznie pospiesznie oddano mu komendę CSIR i zadanie poprowadzenia korpusu
do działań ofensywnych w Związku Sowieckim, kiedy pierwszy dowódca CSIR, Francesco
Zingales, poważnie zachorował tuż przed wyjazdem na front.
Messe miał też pod swoimi rozkazami jednostkę lotniczą – Il Corpo Aereo Spedizione in
Russia – liczącą niespełna 100 samolotów (51 myśliwców, 22 samoloty rozpoznawcze i lekkie
bombowce oraz zaledwie 10 maszyn transportowych), aczkolwiek wobec żałosnego stanu całych
Regio Aeronautica (włoskich sił powietrznych) była ona cennym wsparciem dla CSIR.
Po pospiesznym wyruszeniu na wschód w sierpniu w CSIR rychło zdano sobie sprawę, że
kampania na wschodzie będzie całkowicie inna od inwazji na Jugosławię, w której większość
żołnierzy dywizji korpusu przeszła chrzest bojowy. Na obszarach sowieckich przyszło
przemierzać wielkie odległości. Dzień po dniu żołnierze maszerowali piaszczystymi drogami po
z pozoru bezkresnych stepach i wśród pól pszenicy na Ukrainie. Wsie i kołchozy były oddalone
od siebie o wiele kilometrów, a żołnierzom CSIR, pochodzącym na ogół ze stosunkowo
nowoczesnych miast w północnych Włoszech, wioski te i ich mieszkańcy wydawali się
niezwykle zacofani. Pogląd, że miejscowa ludność jest nader prymitywna, był dosyć
rozpowszechniony w wojskach inwazyjnych, jednak Włosi reagowali na to zupełnie inaczej od
swoich niemieckich sojuszników. Messe pisał: „Od samego początku chciałem nawiązywać
dobre relacje z tymi ludźmi, którzy nie znali nas. Przyjąłem zasadę płacenia za wszystko, co
braliśmy. […] Nikt nie mógł powstrzymywać włoskiego żołnierza przed okazywaniem dobroci,
szczodrobliwości i wrażliwości wobec ludności rosyjskiej i zapewnianiem jeńcom wziętym przez
nas do niewoli traktowania i warunków bytowych należnych cywilizowanym ludziom, co często
ostro kontrastowało z tym, jak postępowali Niemcy”.
Niemieckie poczynania na wschodzie, uwarunkowane latami nieustannej propagandy,
która przedstawiała słowiańską populację Związku Sowieckiego jako Untermenschen (podludzi),
cechowało barbarzyńskie okrucieństwo. Pewien niemiecki żołnierz, po wyjeździe z Rosji do
Rzeszy na urlop, tak mówił swoim znajomym na zakrapianym alkoholem wieczornym spotkaniu:
„Wiecie, jak traktujemy rosyjskich cywilów? Postępujemy wobec nich niczym diabły z piekła
rodem, zostawiamy ich, żeby pozdychali z głodu, tysiącami. […] Jeśli rosyjski żołnierz przyjdzie
tu kiedyś i odpłaci nam za połowę tego, co im zrobiliśmy, to już nie będziecie się śmiać
i śpiewać!”.
Ludzie z CSIR byli wstrząśnięci tym, co wyczyniali ich sojusznicy. Jeden z nich, Arrigo
Paladini, widział krwawe walki, a potem masakrę 150 Żydów, dokonaną 31 lipca przez
niemieckie wojsko: „Aż do teraz myśleliśmy, że będzie to łatwa wojna, lecz dziś spadły nam
łuski z oczu. […] Oni [Niemcy] rzekomo «cywilizują», ale i nas zbrukało ich barbarzyństwo.
Kiedyś podziwiałem niemieckiego żołnierza, jednak dzisiaj widzę go w innym świetle – jako
mocnego, ale barbarzyńskiego do cna wojownika”.
Wchodzący początkowo w skład niemieckiej 11. Armii von Schoberta CSIR rozpoczął
kampanię wschodnią od pościgu za uciekającymi jednostkami Armii Czerwonej między
Dniestrem a Bohem. Gdy 11. Armia wespół z Rumunami przystąpiła do oblężenia Odessy,
Włochów przydzielono do 1. Grupy Pancernej Ewalda von Kleista – najpotężniejszej
zmechanizowanej formacji wojskowej na południu frontu wschodniego. W tym czasie Mussolini
i Hitler uznali, że pora na wizytację wojsk frontowych, by podnieść morale żołnierzy. Dyktatorzy
przybyli 28 sierpnia na spotkanie z Messem i von Rundstedtem. Messe skorzystał ze sposobności
i przedstawił swojemu zwierzchnikowi problemy nękające CSIR: oddziały były źle
wyekwipowane, a brak środków transportu i paliwa poważnie utrudniał prowadzenie działań
bojowych, przy czym nacierających Niemców coraz bardziej irytowało to, że Włosi nie są
w stanie dotrzymać im kroku. Jak zwykle podniesiony na duchu widokiem swoich żołnierzy,
stojących na baczność w równych szeregach, Il Duce nie miał ochoty na wysłuchiwanie
rzeczowego raportu swego polowego dowódcy i po prostu zbył wszelkie zastrzeżenia: „Jestem
pewien, że nie zawiedziecie zaufania, jakim Führer obdarza włoskie wojska”. Musiał zadowolić
się taką banalną ripostą.
Później zorganizowano krótką odprawę, spożyto posiłek. Narada dobiegła końca – dwaj
ludzie, którzy wysłali tak wielu swoich rodaków na straszliwą wojnę, uznali, że osiągnęli
zamierzony cel. Po zakończeniu bardzo krótkiej wizyty natarcie wznowiono. Włochom,
z obolałymi nogami, było coraz ciężej. Porucznik Luciano Mela, oficer kawalerii z Pułku
Sabaudzkiego, pozostawił opis wrześniowych walk wokół Kijowa: „Sowieci pozostawiają po
sobie tylko ruiny; za pomocą prostej, praktycznej metody niszczą nawet nieasfaltowane drogi
i opóźniają w ten sposób ruch naszych ciężarówek. Opuszczając miejscowość, w której nie ma
mostów do wysadzenia w powietrze albo szos do zniszczenia, rujnują nawet tutejsze bite trakty,
a ich traktory z doczepionymi pługami zygzakują, pozostawiając głębokie bruzdy. Może się
wydawać, że niewiele przez to osiągają, ale potem po takiej drodze nasze ciężarówki mogą
jechać z prędkością zaledwie ośmiu do dziesięciu kilometrów na godzinę”.
Pod koniec października nad Dońcem von Kleist rzucił żołnierzy Messego do szturmu na
ważny ośrodek przemysłu stalowego na wschodniej Ukrainie – miasto Stalino (dziś Donieck),
a także pobliskie miasteczka Gorłowka i Rykowe (Rikowo). Włosi spisali się nieźle. Po
zakończeniu walk CSIR zajął się lokalną ludnością. Dywizja „Torino” zorganizowała punkty
medyczne dla cywilów z Rykowego, a żołnierze zakwaterowani w miejscowych domach szybko
zaczęli przehandlowywać swoje racje żywności za bieliznę i części garderoby, ponieważ
w listopadzie gwałtownie spadła temperatura.
Nadejście straszliwej zimy na przełomie roku 1941 i 1942 przyniosło CSIR przynajmniej
trochę wytchnienia. Korpus odpoczywał w spokojnej strefie wokół Stalino. Jednak to nie
uśmierzyło wściekłości Luciana Meli: „Mam tego dosyć! Nie boję się stwierdzić, że ktoś
odpowiedzialny za wysłanie dywizji w pole, w warunkach, w jakich się znaleźliśmy, to
zbrodniarz. Jesteśmy bez jedzenia, w dziurawych butach, nasze mundury są w strzępach, tylko
mała ilość amunicji wypada na każdego, ponieważ jej reszta znajduje się w samochodach
ciężarowych, które utknęły bez paliwa gdzieś dwieście kilometrów stąd”.
Niestety, Meli i jego rodakom rok 1942 nie przyniósł wyraźnej poprawy ich sytuacji,
a w istocie tylko znaczne pogorszenie, gdyż Mussolini popełnił kolejny ciężki błąd i znacznie
zwiększył liczebność CSIR na froncie wschodnim. Co ważne, jego możliwości operacyjne
i ofensywne pozostały na tym samym poziomie, co wystawiało go na przyszłą katastrofę.
Finlandia i Bułgaria

W początkowej fazie realizacji planu „Barbarossa” Finowie wstrzymywali się od działań,


aż do 10 lipca 1941 roku, kiedy to zaatakowali Związek Sowiecki. Napotkawszy twardy opór,
czynili powolne postępy. Oddziały Armii Czerwonej przeprowadziły serię silnych
przeciwuderzeń; zaciekle walczyły o każdą piędź ziemi. 12 grudnia 1941 roku bardzo powoli
posuwający się naprzód Finowie wreszcie dotarli do granicy sprzed wojny zimowej, zatrzymali
się tam i okopali. Uznali, że osiągnęli swój cel. Mieli pozostać na tej linii przez 36 miesięcy, aż
do czasu rozpoczęcia silnej ofensywy sowieckiej w północnym sektorze frontu w 1944 roku.
Mimo wszystko w pierwszym półroczu kampanii, czyli w 1941 roku, Finowie odnotowali 25 000
zabitych i dwukrotnie więcej rannych.
Bułgarzy nie mieli zamiaru wikłać się wojnę Hitlera ze Stalinem, a zamiast tego podjęli
siłami swojej przestarzałej, złożonej z dwunastu dywizji armii bezlitosną wojnę z partyzantką na
obszarze Macedonii, Tracji i w okolicach Salonik o powierzchni 50 000 km2, przyznanym im
szczodrze przez Hitlera do podboju Grecji. Palono tam wsie, terroryzowano ludność cywilną,
dopuszczano się masowych zbrodni. W jednym udokumentowanym przypadku grupa bułgarskich
żołnierzy grała w piłkę nożną odciętymi głowami cywilnych ofiar w Dramie, wiosce
w północno-wschodniej Grecji.
Siły powietrzne i morskie cara Borysa były niewielkie i słabo wyposażone;
w rzeczywistości po pierwszej wojnie światowej, na mocy postanowień traktatu w Neuilly,
Bułgarii nie wolno było organizować lotnictwa wojskowego. Wspomniany traktat
wypowiedziano w 1938 roku, co umożliwiło Bułgarom utworzenie choćby namiastki sił
powietrznych, którym przekazano ok. 130 samolotów produkcji polskiej, włoskiej i niemieckiej.
Podpisanie paktu trójstronnego zaowocowało przyjazdem do Bułgarii doradców wojskowych
z Rzeszy, a także dostawą ponad setki zdobycznych samolotów czechosłowackich oraz dziesięciu
nowoczesnych niemieckich myśliwców typu Messerschmitt Bf-109 i jedenastu średnich
bombowców Dornier Do 17 – nazywanych nieoficjalnie „latającymi ołówkami” – do ochrony
przed alianckimi nalotami powietrznymi na pola naftowe koło Ploeszti w sąsiedniej Rumunii, nie
zaś z myślą o atakowaniu Sowietów. Baza Bułgarskiej Marynarki Wojennej, wyposażonej
w cztery niszczyciele i pięć torpedowców, znajdowała się w Warnie nad Morzem Czarnym.
Okręty te sporadycznie toczyły potyczki z siłami sowieckiej floty.
Węgry, Słowacja i Chorwacja

Nikogo nie dziwiło, że Węgrzy o wiele bardziej woleliby zaatakować… Rumunię. Co


więcej, okazali się nader niechętnymi uczestnikami planu „Barbarossa”. Słowaków także nie
zachwycała perspektywa walki ze słowiańskimi pobratymcami. Po wydarzeniach politycznych
roku 1939 i zaborze słowackiej części Rusi Zakarpackiej przez Węgry rząd w Bratysławie
bardziej niepokoił się zagrożeniem ze strony zachłannych Węgrów niż sowieckiego komunizmu.
Zdawali sobie z tego sprawę nazistowscy przywódcy, którzy regularnie otrzymywali raporty na
temat nastrojów ludności – nie tylko w Niemczech, lecz także w krajach sprzymierzonych
z Rzeszą. Te niegdysiejsze, bardzo skrupulatne zresztą, „badania opinii publicznej”
przeprowadzał himmlerowski Urząd III (Analyse der Bereiche des Lebens – zajmujący się
„analizowaniem różnych sfer życia”), podwydział służby bezpieczeństwa SS, czyli budzącego
grozę Sicherheitsdienst (SD). Pod kierunkiem eksperta ds. spraw żywności i ekonomisty,
SS-Standartenführera Ottona Ohlendorfa (nieco później powierzono mu komendę jednej ze
specjalnych jednostek eksterminacyjnych SS – Einsatzgruppe D – przeprowadzającej ludobójcze
akcje na południowych obszarach Związku Sowieckiego; zapisał się w historii jako jeden
z największych zbrodniarzy tej wojny, gdyż jego ludzie wymordowali ponad 90 000 niewinnych
mężczyzn, kobiet i dzieci, głównie pochodzenia żydowskiego), wspomniana komórka
przeprowadzała regularne i drobiazgowe sondaże i ankiety. Ich wyniki przekazywała czołowym
nazistowskim przywódcom jako tzw. Meldungen aus dem Reich („Meldunki z Rzeszy”). Raporty
te nierzadko bywały sprzeczne z oficjalną propagandą. Tak też rzecz się miała z zebranymi
w lipcu 1941 roku informacjami o nastawieniu ludności słowackiej do planu „Barbarossa”:
„Liczne kręgi w tym kraju są zdania, że walka Słowaków z bolszewizmem przeciwko ich
słowiańskim braciom zasługuje na potępienie. Większość [słowackiej] armii podziela ten
pogląd”.
Himmler nie przedstawił rezultatów sondażu słowackiemu rządowi. Tak czy inaczej,
prezydent Słowacji, Jozef Tiso, uważał, że tylko niemieckie poparcie dla jego kraju mogło
powstrzymać zakusy Węgrów przed powiększaniem jego terytorium kosztem Słowaków.
Utrzymanie tego poparcia oznaczało konieczność zaangażowania się w plan „Barbarossa”, i to
bynajmniej nie symbolicznie. Zdumiewające, ale Słowacy skierowali aż dwie trzecie swoich sił
zbrojnych do walk w Rosji, w tym dwie z trzech eskadr myśliwskich i eskadrę lotnictwa
rozpoznawczego. Wojska lądowe wystawiły do ataku na ZSRS liczący 42 000 żołnierzy słowacki
Korpus Armijny, złożony z dwóch dywizji piechoty (Słowacja miała trzy takie dywizje) oraz
nowoczesnej brygady zmechanizowanej, częściowo zmotoryzowanej i wyposażonej we
wszystkie czołgi armii słowackiej – niewielką liczbę TNH/PzKpfw 38(t) produkcji czeskiej, czyli
wozów bojowych używanych też przez wojska innych państw Osi, oraz kilka pojazdów
szwedzkiej wersji tejże konstrukcji Strv m/41. Tak jak to było z wojskami innych sojuszników
Rzeszy, kontyngent ten odczuwał dotkliwy niedostatek środków transportu i ciężkiego sprzętu.
Słowacki Korpus Armijny miał tylko 700 samochodów ciężarowych, więc zdecydowana
większość jego żołnierzy musiała przemieszczać się pieszo. Dwie dywizje piechoty miały
zaledwie po 27 dział z konnym zaprzęgiem. Wypada jednak dodać, że słowackie dywizje
przyjęły „niemiecką” strukturę organizacyjną, a każda z nich składała się z trzech pułków
piechoty. Pułki liczące po 15 000 ludzi dorównywały liczebnie – nie bierzemy pod uwagę
wyposażenia – dywizjom Wehrmachtu.
W Budapeszcie zadawano sobie zasadnicze pytanie: „Co możemy uzyskać po wysłaniu
wojska na front wschodni?”. Horthy znał odpowiedź: „Niewiele”. Formacja znana jako Grupa
Karpacka – złożone z ponad 44 000 żołnierzy zgrupowanie – była faktycznie amalgamatem
węgierskiego Korpusu Szybkiego (1. i 2. Brygady Zmotoryzowanej – „zmotoryzowanych”
głównie z nazwy – z sześcioma pułkami piechoty i dwoma artylerii oraz dwupułkowej brygady
kawalerii z pewną liczbą dział z konnym zaprzęgiem) oraz jednostek VIII Korpusu – 1. Brygady
Górskiej i 8. Brygady Granicznej, złożonych łącznie z dziesięciu doborowych batalionów. Jakże
potrzebnych czołgów grupa ta miała mało. W sytuacji gdy dopiero planowano utworzenie
węgierskiej 1. Polowej Dywizji Pancernej i nie złożono jeszcze oficjalnego zamówienia na czołgi
turán, Węgrzy musieli korzystać z 65 tankietek Ansaldo włoskiej produkcji ze swojej 1. Brygady
Zmotoryzowanej oraz niewielu czołgów lekkich typu Toldi, które nie stacjonowały nad
rumuńską granicą w Siedmiogrodzie. Nie była to zatem „pancerna pięść”!
Jednostki węgierskie i słowackie przydzielono do niemieckiej 17. Armii Stülpnagela na
południowym odcinku. Słowacy rychło zaimponowali niemieckim sojusznikom odwagą
i znajomością żołnierskiego rzemiosła, mimo że brak transportu motorowego oznaczał, iż
z trudem dotrzymywali kroku atakującym Niemcom.
Grupa Karpacka, która wkroczyła do Galicji na Ukrainie i maszerowała ku Dniestrowi
(dotarła tam 7 lipca), dysponowała własną osłoną lotniczą, złożoną z trzech eskadr myśliwskich –
dwie z nich były wyposażone w przestarzałe dwupłatowce fiaty, a jedna w samoloty MAVAG
Héja, będące licencyjną wersją włoskich jednopłatowych myśliwców Reggiane Re.2000.
Następnie dwóm brygadom VIII Korpusu powierzono zadania okupacyjne. Reszta jednostek
grupy (znanej odtąd jako „Szybki Korpus Armijny” lub też „Grupa Szybka”) podążyła dalej, na
obszary sowieckie. Dowodził nimi generał-major Béla Miklós, szanowany, wysoki rangą oficer
armii węgierskiej i osobisty doradca Horthyego. W 1944 roku Miklós miał zakończyć swą
barwną karierę wojskowo-polityczną jako p.o. premiera Węgier, jednak latem 1941 roku on
i jego żołnierze ruszyli na wschód. 10 lipca wkroczyli do Kamieńca Podolskiego, 21 lipca do
Rogóżna, a 6 sierpnia – do rejonu hołowaniwskiego. Wielokilometrowe przejazdy po wyboistych
piaszczystych drogach doprowadziły do zużycia węgierskiego transportu motorowego, a popsute
pojazdy pozostawiono na szlaku przemarszu wojsk Miklósa. Gdy 16 lipca jego żołnierze dotarli
do Mikołajowa, byli już skrajnie wyczerpani. Nie pozwolono im jednak wkroczyć do miasta,
gdyż zdobyli je Rumuni, a von Kleist obawiał się, że oddziały węgierskie i rumuńskie zetrą się ze
sobą, jeżeli nie utrzyma się ich z dala od siebie.
Do początków sierpnia straty korpusu słowackiego, często nienadążającego za szybko
nacierającymi Niemcami, wynosiły 106 poległych oraz ok. 200 rannych i zaginionych. Słowacy
uznali, że czas za zebranie szyków. Władze w Bratysławie zgodziły się z OKW, że należy
przejściowo wycofać formację z pierwszej linii. Zrozumiały, że nie są w stanie efektywnie
zaopatrywać tak dużego kontyngentu wojskowego z dala od kraju. Słowacy postanowili
zredukować jego liczebność i równocześnie podnieść jego ogólną sprawność i wartość bojową.
Przyjęte rozwiązanie polegało na zebraniu całego transportu motorowego oraz 12 czołgów,
nadających się nadal do użycia, a także większości innej broni ciężkiej w liczącej 10 000 ludzi
Schnelle Division, czyli Rychlej Divizii (Dywizji Szybkiej). Pozostałych żołnierzy (ok. 12 000)
planowano odesłać do garnizonów w Słowacji. Nowa dywizja miała w składzie 20. i 21. Pułk
Piechoty, 27 dział 11. Pułku Artylerii oraz batalion rozpoznawczy i jedyną kompanię sprawnych
czołgów. Dowództwo powierzono zdolnemu 49-letniemu Słowakowi, generałowi Jozefowi
Turanecowi. Dywizję Szybką bez wątpienia zapamiętano jako elitarną słowacką jednostkę; jej
żołnierze byli dobrze wyszkoleni i bitni, dowodzili nimi kadrowi oficerowie i podoficerowie
dawnej armii czechosłowackiej. Słowacy wreszcie mogli wziąć faktyczny udział w niemieckiej
ofensywie. Turanec pokierował dywizją w walkach o Lwów, a potem wespół z Włochami –
o Kijów i wreszcie w zaciekłych zimowych zmaganiach nad rzeką Mius.
Ponadto z 8000 żołnierzy z 1 i 2. Dywizji, których nie zakwalifikowano do Dywizji
Szybkiej, sformowano nową słowacką Dywizję Bezpieczeństwa – która, jak wskazuje jej nazwa,
miała prowadzić działania na tyłach, na zapleczu frontu, i toczyć krwawe walki z coraz silniejszą
i nieustępliwą partyzantką. Nie była to bynajmniej jednostka nowocześnie wyposażona; nie miała
artylerii ani broni ciężkiej, poza kilkoma moździerzami, a cały jej tabor składał się z ok. 2500
koni i 600 wozów drabiniastych!
Chorwaci z 369. Pułku Piechoty wyruszyli na wschód dopiero 22 sierpnia, dwa miesiące
po rozpoczęciu planu „Barbarossa”. Maszerowali, by dołączyć do niemieckiej 100. Dywizji
Lekkiej, do której ich przydzielono. Kilka tygodni później doszli wreszcie na linię frontu,
zmęczeni i wyczerpani, lecz mimo to zdołali wykazać się bitnością w walkach najpierw pod
Charkowem, a potem w natarciu w kierunku Donu. Jeszcze jedno wyróżniało 369. pułk spośród
oddziałów sojuszniczych skonfederowanych w wojskach Osi – wspomniany pułk znalazł się
formalnie w składzie Wehrmachtu, a jego personel otrzymywał żołd i ekwipunek jako „żołnierze
niemieccy”. Podporządkowany niemieckiej 6. Armii chorwacki pułk osobliwym zrządzeniem
losu podążył w nieznane, ku katastrofie, jaka czekała armię pod Stalingradem.
369. pułk nie był zresztą jedyną chorwacką jednostką wysłaną tamtego lata na front
rosyjski. Faszyści z Rzymu, oburzeni, że chorwaccy przywódcy w Zagrzebiu zaproponowali
zasilenie niemieckich wojsk swoimi żołnierzami, cokolwiek ostentacyjnie zażądali od „naszych
lojalnych chorwackich braci” podobnego wsparcia dla CSIR. Bardziej z chęci asekurowania się
niż z poczucia solidarności z Włochami Pavelić nakazał zorganizowanie chorwackiej Lekkiej
Brygady Transportowej (Laki Prijevozni Zdrug) – liczącej 1200 żołnierzy jednostki, która,
wbrew swej nazwie, była faktycznie silnym batalionem piechoty, z niewielką liczbą moździerzy
i dział. Składała się wyłącznie z ochotników, którzy wcześniej mieli zasilić 369. pułk.
Najczęściej wbrew własnej woli podporządkowano ich Włochom. Po przeszkoleniu w Varaždinie
w Chorwacji brygada ta wzięła udział w lokalnych akcjach przeciwko partyzantom Josipa Broza
„Tito”. Czekała wówczas na zorganizowanie CSIR. Wreszcie, w połowie grudnia, udała się na
zachód, do Włoch, na dodatkowe trzymiesięczne ćwiczenia, pod koniec których przedefilowała
przed szefem włoskiego Sztabu Głównego, Ugo Cavallero, oraz chorwackim ministrem obrony,
Slavką Kvaternikiem. Dowodzona przez chorwackiego podpułkownika Egona Žitnika brygada
weszła do walki na froncie wschodnim dopiero w czasie operacji „Blau” w 1942 roku.
Tymczasem Węgrzy siedzieli bezczynnie w okolicach zdobytego Mikołajowa.
Przypatrywali się z irytacją, jak Rumuni zajmują kwatery i korzystają z miejscowych wygód.
W OKW miano świadomość napięć między niemieckimi sojusznikami, więc Niemcy szybko
odesłali Miklósa i jego żołnierzy na północny wschód z zadaniem osłony bardzo długiego
odcinka nad Dnieprem, między Nikopolem a Dniepropietrowskiem. W tym samym czasie
formacje Wehrmachtu przystąpiły do likwidacji sowieckich wojsk, okrążonych w wielkim
„kotle” pod Humaniem i Kijowem, nieco dalej na północy. Batalia ta przeszła do historii jako
największa bitwa tego rodzaju. Niemcy wzięli w niej do niewoli ponad milion jeńców oraz
zdobyli tysiące czołgów i dział.
Na początku października, gdy walki pod Kijowem już się zakończyły, Ostheer podjęły
marsz na wschód. Von Bock planował zdobycie Moskwy w operacji „Tajfun”, a von Rundstedt
otrzymał zadanie przeprowadzenia natarcia w kierunku Dońca. Korpus węgierski znalazł się
w składzie niemieckiego ugrupowania ofensywnego i 12 października sforsował wielki Dniepr.
Ponownie starł się z wojskami Armii Czerwonej i pokonał jedną z sowieckich dywizji
strzeleckich koło Izjum, nim pod koniec miesiąca wyszedł nad Doniec i przekroczył tę rzekę.
Do tego czasu Madziarzy przemaszerowali ponad 1700 km i stracili 3000 żołnierzy,
a także 75 swoich pojazdów pancernych i większość samolotów. Ponieważ szybko zbliżała się
zima, szef węgierskiego Sztabu Generalnego, Ferenc Szombathelyi, postanowił wstrzymać
działania zaczepne swoich wojsk. Zdołał uzyskać zgodę OKW na wycofanie korpusu i jednostek
lotniczych z powrotem na Węgry. Węgierscy żołnierze z ulgą przyjęli te wieści, gdyż na Ukrainie
spadła gruba warstwa śniegu, a temperatura gwałtownie się obniżyła. Odmaszerowali z frontu tak
szybko, jak pozwalały im na to obolałe nogi. Do połowy listopada w Rosji nie pozostał żaden
madziarski żołnierz. Ostatnie samoloty wraz z pilotami i obsługą naziemną powróciły na Węgry
przed świętami bożonarodzeniowymi.
Jeśli nie liczyć Finów, którzy na dobrą sprawę prowadzili własną wojnę z Sowietami,
oraz Bułgarów, nieprzygotowanych do współdziałania militarnego z Berlinem, ogólne siły
wystawione do planu „Barbarossa” przez Włochy, Węgry, Słowację i Chorwację były dosyć
skromne. Łącznie liczyły nieco ponad 140 000 żołnierzy, 250 samolotów i zaledwie 150
czołgów. Poza tym same te dane liczbowe są cokolwiek mylące, ponieważ większość samolotów
i czołgów była przestarzała i miała wątpliwą wartość bojową. Niemal zupełny brak transportu
motorowego i ciężkiego uzbrojenia artyleryjskiego poważnie obniżał faktyczną siłę tych wojsk.
Należy dodać, że Niemcy, zawsze gotowi do krytykowania innych, wyrażali się zaskakująco
pozytywnie o niektórych ze swoich sprzymierzeńców. Oficer Ostheer napisał, że zwłaszcza
Słowacy to „dzielni i bardzo zdyscyplinowani żołnierze”.
Z podobnym uznaniem Niemcy wyrażali się o Węgrach, chociaż zwykle spoglądali na
Madziarów przez pryzmat wspomnień o ich bitności w latach pierwszej wojny światowej,
a ponadto znaczny odsetek wyższych rangą oficerów Honvedu na froncie rosyjskim stanowili
albo etniczni Niemcy, albo przynajmniej ludzie mówiący płynnie po niemiecku od czasów służby
w cesarskiej armii austro-węgierskiej.
Z kolei opinie niemieckich wojskowych na temat Włochów najczęściej nie nadają się do
druku.
Rumunia i jej największy udział w walkach

Pomimo odwagi i dzielności, prezentowanych niekiedy przez Węgrów, Chorwatów,


Słowaków i Włochów, opowieść o działaniach militarnych sojuszników Niemiec w Związku
Sowieckim w 1941 roku musi się skupić przede wszystkim na jednym kraju – Królestwie
Rumunii. To właśnie Rumunia miała, oprócz wojsk niemieckich, zdecydowanie największy
wkład w zmaganiach na froncie wschodnim w 1941 roku; podobnie było też w roku 1942
i później, aż do czasu ostatecznego wystąpienia Rumunów z Osi pod koniec 1944 roku. Walczyli
oni z Sowietami na lądzie, morzu i w powietrzu. Jako jedyni spośród sojuszników Rzeszy
realizowali osobno zadania wojenne, wyznaczone im przez niemieckie naczelne dowództwo.
Rumuńskie siły zbrojne poniosły przy tym katastrofalne straty, czego kulminacją była ostateczna
zagłada całej ich armii polowej nad Donem w zimie 1942 roku.
„Dziwna wojna”

Niezbędnym wymogiem osiągnięcia oczekiwanego sukcesu w planie „Barbarossa” było


wywalczenie przez Niemców na froncie wschodnim panowania w powietrzu. Sowieckie siły
powietrzne (Wojenno-wozdusznyje siły, WWS) były potężne, bardzo rozbudowane i poważnie
zagrażały urzeczywistnieniu ambitnych planów Ostheer. Zagrożenie to należało zneutralizować
za sprawą błyskawicznych i zmasowanych nalotów na lotniska wzdłuż całej granicy już
w pierwszych godzinach inwazji, by zniszczyć na ziemi całe sowieckie lotnictwo bojowe.
W południowej części frontu realizację takiego celu powierzono niemieckiemu lotnikowi
urodzonemu w Rumunii – Alexandrowi Löhrowi. Löhr miał zniszczyć liczące 2600 samolotów
sowieckiego zgrupowanie lotnicze dowodzone przez generałów Ptuchina i Miczugina.
Dysponował 800 nowoczesnymi samolotami swojej 4. Floty Powietrznej (Luftflotte 4), z których
nieco ponad połowa stacjonowała tuż przed Godziną „H” na rumuńskich lotniskach. Pod jego
bezpośrednią komendę oddano także większość Forţele Aeriene Regale ale României
(Rumuńskich Królewskich Sił Powietrznych, ARR).
ARR były dość silne; miały ok. 700 samolotów, w tym całkiem sporo najnowszych
typów. Największą słabość rumuńskiego lotnictwa bojowego stanowiła wielka różnorodność
sprzętu. Wcześniej Rumunia kupowała samoloty od krajów sojuszniczych, a ci się zmieniali:
Rumuni mieli więc płatowce produkcji: polskiej, niemieckiej, włoskiej, czeskiej, francuskiej
i brytyjskiej (12 myśliwców Hawker Hurricane i 30 lekkich bombowców Bristol Blenheim),
a także rodzime konstrukcje. Przyczyniało się to do wielkiego chaosu. Przeglądy i naprawy tak
licznych typów maszyn stanowiły rzeczywisty problem, więc w Bukareszcie podjęto sensowną
decyzję o zebraniu ok. 250 najlepszych samolotów w jednej formacji – Bojowej Grupie
Powietrznej (Gruparea Aeriana de Lupta). To właśnie ta jednostka miała wyruszyć wraz
z dwiema rumuńskimi armiami, 3. i 4., do ataku na Związek Sowiecki i utworzyć ochronny
parasol nad piechotą.
Piętnaście minut przed Godziną „H” samolot rozpoznawczy rumuńskiego 1. dywizjonu
przeleciał ponad graniczną rzeką Prut. Poprzedził on główne ugrupowanie bombowców.
Zaskoczeni sowieccy żołnierze, przebudzeni dudnieniem lotniczych silników na przejaśniającym
się niebie, nie zdążyli się pozbierać, gdy grad artyleryjskich pocisków spadł na wszystkie
przygraniczne koszary, instalacje wojskowe i pozycje obronne, których lokalizacja była znana
niemieckim sztabowcom. Po sowieckiej stronie łączność natychmiast się zerwała, a personel
eskadr sowieckiego lotnictwa, stacjonujących w okupowanej Besarabii, zorientował się, że
wybuchła wojna dopiero wtedy, kiedy zaczęły spadać bomby. Sowieckie samoloty, ustawione
w równych rzędach na lotniskach, okazały się łatwym celem i były niszczone setkami. W istocie
WWS tylko tego pierwszego dnia kampanii straciły ponad 2000 maszyn, z czego Rumunii
zapisali na swoim koncie aż 115 samolotów, choć późniejsze zdjęcia lotnicze wykazały na
zaatakowanych przez nich pasach startowych tylko 52 wraki płatowców. Straty lotnictwa Osi
były, w porównaniu z sowieckimi, niewielkie – 35 niemieckich i 14 rumuńskich maszyn.
Następnego ranka, natychmiast po otrzymaniu rozkazu zaatakowania nieprzyjaciela,
ocalałe bombowce WWS wystartowały, by zbombardować cele w Rumunii, lecz akcja ta nie
zaskoczyła Rumunów, a ponadto sowieckie maszyny nie miały eskorty myśliwskiej. Rezultat
tego starcia można łatwo odgadnąć. Gdy pochodzący ze Szwajcarii rumuński pilot, porucznik
Horia Agarici, znajdował się akurat na macierzystym lotnisku, a mechanicy naprawiali przeciek
oleju w silniku jego brytyjskiego samolotu Hawker Hurricane, ujrzał na niebie klucz trzech
sowieckich bombowców tupolew SB lecących ku Konstancy, prawdopodobnie z zamiarem
zaatakowania tamtejszego portu. Mimo że owiewka kabiny jego maszyny była zachlapana
olejem, Agarici niezwłocznie wystartował. Hurricane szybko nabierał wysokości. Zaatakował
nieprzyjacielską formację i pociski z ośmiu karabinów maszynowych typu Browning kal. 7,7 mm
przeszyły sowieckie bombowce. Wszystkie trzy sowieckie maszyny zestrzelono, a załogi
następnych, lecących ich śladem, zawróciły do bazy. Wcześniej pozbyły się ładunku bomb.
(Matka Agariciego, Viorica, była podczas tej wojny pielęgniarką i ratowała rumuńskich Żydów.
Wdzięczni Izraelczycy zaliczyli ją do chlubnego grona „Sprawiedliwych wśród narodów świata”,
upamiętnionego w Jad Washem, Muzeum Holokaustu niedaleko Jerozolimy).
Rumuńskie lotnictwo weszło do walki od samego początku planu „Barbarossa”, podobnie
jak 5000 marynarzy rumuńskiej floty wojennej. Na 29 okrętów Dywizjonu Czarnomorskiego
i Flotylli Dunajskiej, mających swoje bazy w Konstancy i Gałaczu, składały się głównie
zbudowane w Wielkiej Brytanii i we Włoszech niszczyciele, kutry torpedowe, kanonierki
i trałowce. Złożony z trzech batalionów pułk piechoty morskiej stacjonował w delcie Dunaju.
Siły te były wielokrotnie słabsze od liczącej 200 okrętów sowieckiej Floty Czarnomorskiej,
dowodzonej przez admirała Filipa Oktiabrskiego, jednak trzymały w szachu przeciwnika
w pierwszych dniach kampanii. 22 i 23 czerwca 1941 roku rumuńska Grupa Taktyczna „Tulcea”
(dwa monitory – NMS „Basarabia” i NMS „Mihail Kogălniceanu” – i cztery małe kutry
patrolowe) odparła dwa sowieckie ataki. Zatopiła w tym czasie jeden dozorowiec oraz uszkodziła
dwa inne dozorowce oraz dwie kanonierki.
Sowietom zależało na pozbawieniu Rumunów ich głównej bazy morskiej w Konstancy.
Po pierwszych nieudanych nalotach, odpartych przez Agariciego i innych pilotów myśliwskich,
Oktiabrski postanowił przeprowadzić silne, skoordynowane uderzenie lotnictwa i floty na ten
port 26 czerwca, połączone z desantem w ważnej strategicznie delcie Dunaju. Do ataku
wyznaczył dwa zgrupowania morskie; w pierwszym znalazły się „Woroszyłow”, czyli jeden
z pięciu krążowników Oktiabrskiego, oraz sześć niszczycieli i kilka mniejszych jednostek,
natomiast jedyny pancernik Floty Czarnomorskiej – „Pariżskaja Kommuna” – znajdował się
w odległości stu mil od rumuńskich brzegów, gdzie czekał na okazję do wykorzystania sukcesu
pierwszej z grup. Gdy „Woroszyłow’ zbliżył się do celu, bombowce WWS wystartowały
z lotnisk, aby zaatakować port. Osiem opancerzonych i załadowanych żołnierzami kutrów
patrolowych wyruszyło w kierunku Chilia Veche i Peripravy. Na nieszczęście dla Sowietów kilka
godzin wcześniej zgrupowanie z krążownikiem „Woroszyłow” dostrzegła załoga rumuńskiego
okrętu podwodnego. Obronę postawiono w stan alarmu. Rumuńskie ciężkie baterie nadbrzeżne
oraz niszczyciele „Mărăşti” i „Regina Maria” otworzyły ogień, gdy nieprzyjaciel znalazł się
w zasięgu ich dział. Niespodziewanie pociski szybko trafiły dwa sowieckie niszczyciele,
„Charkow” i „Moskwa”. Zaskoczeni twardym oporem przeciwnika i celnością rumuńskiego
ognia Sowieci wycofali się w pośpiechu i przypadkowo weszli na zaporę minową. Uszkodzony
„Woroszyłow” dowlókł się do bazy. Niszczyciel „Moskwa” wszedł na minę, przełamał się na pół
i zatonął w ciągu kilku minut. Z 400-osobowej załogi okrętu zginęło 331 marynarzy.
W powietrzu bombowce Tupolew natknęły się na silny ogień przeciwlotniczy: dziewięć
z nich zestrzelono. Jedyne, co udało się Sowietom osiągnąć, było wywołanie pożaru kilku
zbiorników z ropą i magazynów na wielokilometrowym nabrzeżu.
W delcie Dunaju przebieg walk był zupełnie inny. Podczas zmyślnie zaplanowanego
i dobrze zorganizowanego szturmu atakujące sowieckie oddziały całkowicie zaskoczyły
i zniszczyły rumuński 15. Batalion Piechoty Morskiej podpułkownika Ioana Albescu.
Trochę dalej na północ, na granicy wytyczonej na rzece Prut, panował względny spokój.
Zgodnie z planem OKW ofensywa w południowym sektorze frontu wschodniego miała charakter
dwuetapowy: von Rundstedt wyprowadził główne uderzenie z terenów południowej Polski,
a dwie armie, 6. i 17., dostały zadanie wybicia wyłomu w linii frontu, przez który winny
wtargnąć czołgi von Kleista.
Siedem dywizji 11. Armii von Schoberta znalazło się pomiędzy dwiema rumuńskimi
armiami polowymi na południu Rumunii. Wszystkie trzy armie tworzyły tak zwaną Grupę Armii
„Antonescu”. Zgrupowanie to pozostało na pozycjach wyjściowych do początków lipca, by
następnie przystąpić do energicznych działań. Taki plan był podyktowany częściowo warunkami
terenowymi – zwłaszcza Prut uważano za przeszkodę trudną do przebycia – po części zaś
niewiarą w waleczność Rumunów. Surowa ocena była może i uzasadniona w sensie czysto
militarnym, niemniej jednak wydawała się nieco krzywdząca wobec niewątpliwie znacznego
zaangażowania Rumunii w kampanię wschodnią. Najlepsze wojska rumuńskiego królestwa
stanęły nad Prutem, a Rumuni – w odróżnieniu od niezbyt entuzjastycznych Węgrów –
pozostawili w głębi kraju tylko słabe odwody. Około 325 000 żołnierzy zorganizowano w dwie
armie, 3. pod komendą Petre Dumitrescu oraz 4. generała-porucznika Nicolae Ciupercy. Pod ich
dowództwem znalazło się 15 dywizji (13 piechoty, w tym 12 pierwszoliniowych i jedna
rezerwowa, jedna straży granicznej i znajdująca się nadal w trakcie formowania rumuńska 1.
Dywizja Pancerna) oraz 8 brygad (3 kawalerii, 3 górskie i 2 forteczne). Dumitrescu i Ciupercă
byli dowódcami kompetentnymi, acz niezbyt wybitnymi; obaj mieli po 59 lat i walczyli
w pierwszej wojnie światowej. W kraju otaczano ich szacunkiem. Dumitrescu był wcześniej
attaché wojskowym w Paryżu, natomiast Ciupercă sprawował urząd ministra obrony.
Naprzeciwko wojsk rumuńskich stały 12. Armia generała-majora Pawła Poniedielina oraz
9. Armia generała Jakowa Czerewiczenki: łącznie 16 dywizji, a tym aż 4 pancerne i 2
zmotoryzowane, w składzie Frontu Południowego pod rozkazami generała Iwana Tiuleniewa.
Wszyscy trzej byli doświadczonymi dowódcami, chociaż Poniedielin nie popisał się podczas
wojny z Finami. (Niebawem dostał się do niewoli niemieckiej w bitwie pod Humaniem, w której
jego armię okrążono i zniszczono). Co do liczby żołnierzy, to przeciwnicy dysponowali
początkowo zbliżonymi siłami: Sowieci mieli w polu ok. 370 000 ludzi, ale bardzo szybko zostali
wzmocnieni przez nowe, potężne zgrupowanie, zorganizowane z jednostek Charkowskiego
Okręgu Wojskowego – 18. Armię generała-porucznika Andrieja Smirnowa, z czterema
korpusami oraz trzema dywizjami pancernymi.
W każdym razie przez tydzień lub nieco dłużej od chwili rozpoczęcia planu „Barbarossa”
po obu stronach południowego sektora frontu panowała cisza. Gdy rumuńscy lotnicy i marynarze
walczyli z sowiecką flotą i WWS, ich towarzysze broni z wojsk lądowych staczali wzdłuż
granicy stosunkowo drobne potyczki. Przeprowadzano wypady, zdobywano mostowe przyczółki
i zajmowano nieprzyjacielskie pozycje, by wkrótce się z nich wycofywać.
Typowy dla takich działań był atak na grupę betonowych bunkrów Armii Czerwonej na
wzgórzu Bobeica, na północ od miasta Dorohoi, przeprowadzony przez 3. Szwadron Kawalerii
z Rosiori porucznika Paula Popescu z 3. Armii Dumitrescu. Spieszeni rumuńscy kawalerzyści
odważnie szturmowali schrony mimo twardego sowieckiego oporu. Metodycznie obrzucali
granatami kolejne bunkry i zabijali lub brali do niewoli obrońców. Atak ten zakończył się
sukcesem, choć Popescu zginął. W uznaniu jego dzielności jako pierwszy Rumun podczas tej
wojny został udekorowany pośmiertnie najwyższym rumuńskim odznaczeniem – Orderem
Michała Walecznego III Klasy. (W czasie wojny takie zaszczytne wyróżnienie przyznano tylko
1628 razy, a do nierumuńskich kawalerów tego orderu należeli: Erwin Rommel, weteran wielu
kampanii Gerd von Rundstedt oraz późniejszy pierwszy prezydent komunistycznej Jugosławii,
Josip Broz „Tito”). Dalej na południe, na odcinku niemieckiej 11. Armii, rumuńscy strzelcy z 6.,
7. i 8. Pułku z Vânători przeprowadzili szturm na mały most w wiosce Sculeni, kilkanaście
kilometrów na północ od miasta Jassy. Wraz z żołnierzami niemieckiej 198. Dywizji Piechoty
sojusznicze oddziały odparły w ciągu kilku następnych dni i nocy wiele sowieckich kontrataków
pomimo ostrzału prowadzonego przez nieprzyjacielską artylerię. Jeszcze dalej na południu,
w sektorze 4. Armii generała Ciupercy, doborowy 6. Pułk Gwardii przekroczył Prut i uchwycił
dwa przyczółki mostowe w Fălciu i Bogdăneşti. O północy 23 czerwca sowiecka 5. Dywizja
Kawalerii przeprowadziła przeciwuderzenie, które udało się powstrzymać tylko dzięki
wielokrotnym atakom na bagnety, podejmowanym przez gwardzistów z 9. Kompanii.
Niezrażeni sowieccy kawalerzyści dzielnie ponawiali szturmy przez resztę dnia oraz
wieczorem. 6. Pułk Gwardii utrzymał się na pozycjach, ale stracił 24 zabitych, 24 rannych i 8
zaginionych. Przez kilka następnych godzin Sowieci ostrzeliwali ich z dział i atakowali
z powietrza. Po tym przypuścili serię ataków siłami piechoty, na które Rumunii odpowiadali
kontratakami. Poległo 14 kolejnych gwardzistów, 15 odniosło rany, 63 uznano za zaginionych.
Inna jednostka gwardyjska z V Korpusu, 21. Dywizja Piechoty generała-majora Nicolae
Dăscălescu, również zdobyła most na południe od miejscowości Oancea. Żołnierze 3. batalionu
majora Cipriana Ursuleaca przedarli się na drugi brzeg rzeki. Tam rozstawiono karabiny
maszynowe i okopano się, podczas gdy kompania z 1. Batalionu porucznika Lizaca ruszyła
naprzód, na wschód, i zajęła oddalone o 8 km miasteczko Cahul. Niestety, oba mosty w Fălciu
i Bogdănesti zniszczył celny ogień sowieckiej artylerii, a wszystkie wysunięte oddziały
rumuńskie utknęły na wschodnim brzegu Prutu, gdzie czekały na odsiecz.
Dwa pierwsze tygodnie planu „Barbarossa” upłynęły na tym odcinku stosunkowo
spokojnie, jeśli porówna się je z tym, co działo się w innych sektorach 1600-kilometrowej linii
frontu. Do końca czerwca armia rumuńska utraciła prawie 1500 żołnierzy, w tym ponad 400
zabitych, 700 rannych i 400 zaginionych. Był to wszak zaledwie przedsmak tego, co miało
dopiero nastąpić.
Operacja „München” – odzyskanie części rumuńskich „utraconych ziem”

Po początkowych starciach Rumuni przystąpili do najważniejszego z ich perspektywy


etapu, będącego dla nich faktycznym powodem przystąpienia do udziału w planie „Barbarossa” –
wypierania Sowietów z należących wcześniej do państwa rumuńskiego obszarów Besarabii
i północnej Bukowiny, utraconych w 1940 roku. Dla Rumunów była to nieomalże „święta
misja”, ale dla dumy narodowej znaczyła prawie tyle samo, ile „ratowanie” północnej części
Siedmiogrodu przed nikczemnymi zakusami Węgrów. Operacja rozpoczęła się 2 lipca 1941 roku,
a jej cel polegał na „wyzwoleniu” północnej Bukowiny wraz ze stolicą regionu, Czerniowcami,
oraz Besarabii z Kiszyniowem. Po zrealizowaniu wspomnianych celów wojska rumuńskie miały
kontynuować ofensywę i osiągnąć granicę z 1940 roku, przebiegającą na Dniestrze. Większość
Rumunów uważała, że na tym zakończy się rola ich kraju w inwazji na ZSRS. W istocie jednak
wojskom rumuńskim przyszło powędrować jeszcze ponad półtora tysiąca kilometrów dalej na
wschód i dotrzeć niemal do odległych granic europejskiej części Rosji.
Sowieci wiedzieli, że przeciwnik szykuje działania zaczepne, i starali się odpowiednio
przysposobić do ich odparcia. Na tym odcinku frontu 22 czerwca nie zostali w aż takim stopniu
zaskoczeni jak gdzie indziej. Bez wątpienia Tiuleniew miał dosyć żołnierzy i broni, by stawić
twardy opór wojskom von Rundstedta, jeśliby tylko zajęły odpowiednie pozycje. Tiuleniewa,
starego kawalerzystę, dręczyło zasadnicze pytanie: gdzie uderzy niemiecki feldmarszałek?
W Moskwie sądzono, że niemieckie czołgi przeprawią się przez Prut i ruszą dalej przez rozległe
równiny, rozciągające się na północ od Morza Czarnego, mając prawą flankę osłanianą przez
rumuńską flotę wojenną. Zgodnie z takimi przewidywaniami skonfigurowano sowieckie
ugrupowanie obronne. Jednak Moskwa się pomyliła. Najsilniejsze zgrupowanie niemieckich
wojsk pancernych skoncentrowano w południowej Polsce, a główne uderzenie nastąpiło na
znajdującym się dalej na północy odcinku frontu.
W związku z tym, że większość wojsk Iwana Tiuleniewa zgrupowano na południu, jego
najgorsze obawy miały się ziścić. Niemieckie czołówki pancerne przebiły się przez linię frontu
i wyszły na tyły jego armii, co wywołało chaos i sparaliżowało sowiecką obronę. Wkrótce
pojawiło się realne zagrożenie zepchnięcia sowieckich wojsk ku morzu i utraty przez Armię
Czerwoną ok. 300 000 żołnierzy i mas jakże potrzebnego sprzętu. Ponadto otwarłaby się dla
Niemców droga na Krym i ku samemu centrum Ukrainy. Iwan Tiuleniew musiał w takiej sytuacji
podjąć próbę utrzymania frontu na południu w obliczu połączonej niemiecko-rumuńskiej
ofensywy, z równoczesnym organizowaniem głównej obrony ponad 150 km dalej na północy, na
swoim słabym lewym skrzydle.
Rumuńskie jednostki, wykrwawione w czasie granicznych walk w poprzednich dniach,
takie jak dwie dywizje V Korpusu (Dywizja Gwardii i 21. Dywizja Piechoty), miały czynnie
uczestniczyć w operacji „München” obok formacji, które jeszcze nie walczyły, np. jedynej
rumuńskiej Rezerwowej Dywizji Piechoty, 35. Dywizji oraz „wielkiej nadziei” rumuńskiej armii
– 1. Dywizji Pancernej. Wszystkim im powierzono ważną rolę w lipcowych bataliach.
O 4.00 2 lipca 1941 roku nadszedł czas wejścia do walki generała-majora Ioana Siona na
czele rumuńskich czołgistów. Przydzielony do niemieckiego XI Korpusu pod dowództwem
arystokraty Joachima von Kortzfleischa (w lipcu 1944 roku, w czasie zamachu na Hitlera,
dowodził on zgrupowaniem wojskowym w rejonie Berlina i odmówił przyłączenia się do
spiskowców; zginął w kwietniu 1945 roku podczas potyczki z wojskami amerykańskimi
w Sauerlandzie), otrzymał zadanie przeprowadzenia „pancernego uderzenia”, wspomagającego
trzy dywizje piechoty korpusu, nacierające na Mohylew. Rumuńska dywizja wciąż była
niedoszkolona i brakowało jej odpowiedniego wyposażenia, zwłaszcza niedobór transportu
motorowego bardzo dawał się we znaki. Po krótkim przygotowaniu artyleryjskim piechota Siona
przeprawiła się przez Prut koło miejscowości Manoleasa, a Batalion Rozpoznawczy ruszył
w kierunku wsi Brătuşeni, leżącej ponad 30 km dalej na wschód, oraz miasta Edineţ, oddalonego
o kilka kilometrów na północ. Po przetransportowaniu na drugi brzeg rzeki czołgi miały szybko
podążyć za tym baonem, a potem ruszyć na wschód po niezłych mołdawskich drogach. Sowieci
podjęli jednak przeciwdziałania, a ich oddziały zaporowe niezwłocznie obsadziły skrzyżowania
i szosy. Liczyli oni na powstrzymanie ataku i zniszczenie nieprzyjacielskich czołgów, zanim
jeszcze ich działania nabiorą tempa. Czeskie czołgi R-2 czołowego 1. Pułku Pancernego
dowiodły wtedy, dlaczego skusiły tak wielu zagranicznych nabywców; po zjechaniu z dróg
wykorzystały swoje walory w jeździe terenowej i obeszły zorganizowane w pobliżu szos
sowieckie placówki obronne, po czym zaatakowały ich nieosłonięte flanki. Pociski czołgowych
dział zniszczyły sowieckie samochody pancerne i ciężarówki, a piechurzy i kanonierzy z obsługi
armat przeciwpancernych zostali skoszeni ogniem broni maszynowej – zgodnie z wzorcową
taktyką działań, którą instruktorzy Rumunów z niemieckiego 4. Pułku Pancernego z pewnością
oceniliby wysoko.
Dwa dni później, już daleko za Prutem, dowódca rumuńskiego 1. Pułku Pancernego,
pułkownik Emilian Ionescu, odebrał wezwanie o pomoc od niemieckiego 203. Pułku Piechoty.
Na zachód od Brătuşeni liczne sowieckie czołgi zaatakowały Niemców, którzy ponieśli dotkliwe
straty. Ionescu nie zawahał się i rzucił 1. Batalion Pancerny do energicznego ataku na siły
Sowietów. W ostrym starciu czołgów Rumuni wzięli górę, a Sowieci się wycofali. Niemieccy
piechurzy dziękowali rumuńskim towarzyszom broni za ocalenie. Dumni z osiągniętego sukcesu
rumuńscy czołgiści nie popadli w przesadne samozadowolenie; nie przeoczyli oczywistego –
tego, że pociski czołgowych armat kal. 37 mm okazały się niezbyt skuteczne w walce
z nieprzyjacielskimi wozami pancernymi. Faktycznie wiele sowieckich czołgów, mimo że były
wielokrotnie trafiane, wyszło z walki bez szwanku. Nazajutrz, 5 lipca, Sion pchnął swoje
oddziały główną drogą z Branzeni. Starł się z elementami sowieckich 74. i 176. Dywizji
Strzeleckiej, wspieranych przez nieliczne czołgi. Ponownie impet rumuńskiego ataku przesądził
o wyniku starcia. O zmroku dywizyjne oddziały zwiadowcze znalazły się w Edineţ.
Tego samego dnia żołnierze doborowego Korpusu Górskiego pod komendą Gheorghe
Avramescu oczyściły z oddziałów sowieckiej straży tylnej Czerniowce. Późnym wieczorem
stolica północnej Bukowiny ponownie znalazła się w rumuńskich rękach.
Niezależnie od dzielności i profesjonalizmu rumuńskich i niemieckich żołnierzy
prowadzących natarcia nad Prutem słabość północnego skrzydła zgrupowania Tiuleniewa czyniła
położenie jego wojsk w Bukowinie i Besarabii coraz trudniejszym. Pancerna „pięść” von
Rundstedta zagroziła już miastu Równe na jego tyłach, a brak dokładnych informacji od komórek
wywiadu wojsk lądowych i zwiadu lotniczego (Niemcy i Rumuni szybko wywalczyli panowanie
w powietrzu, a WWS poniosły gigantyczne straty) przyczyniły się do tego, iż sowiecki dowódca
nabrał błędnego przeświadczenia, że ma przed sobą wojska o wiele silniejsze od jego oddziałów.
Atakowany przez Rumunów w Bukowinie i Niemców nacierających z obszarów południowej
Polski, rozpaczliwie usiłował uchronić swą 12. Armię przed oskrzydleniem. Kiedy STAWKA
wydała rozkaz wycofania się na linię granicy z 1940 roku, uznał to za niewystarczające
i domagał się zgody na odwrót wszystkich jednostek pod komendą Pawła Poniedielina na
ufortyfikowaną linię Stalina na lewym brzegu Dniestru. (Utworzona przez Stalina w następnym
dniu po rozpoczęciu planu „Barbarossa” STAWKA wzięła nazwę od dawnego Naczelnego
Dowództwa wojsk carskiej Rosji).
W tym przełomowym momencie STAWKA zdecydowała się na podjęcie jednej z bardzo
wielu wyjątkowo niefortunnych decyzji, charakteryzujących poczynania dowództwa sowieckich
sił zbrojnych w katastrofalnej dla Armii Czerwonej letniej kampanii 1941 roku. Rozkaz odwrotu,
wydany wojskom Tiuleniewa, rychło anulowano, a zamiast tego polecono mu przejście do ataku
i odtworzenie linii obronnej nad Prutem oraz odrzucenie Rumunów z powrotem za tę rzekę.
Tiuleniew nie mógł w to uwierzyć. Odwrót już trwał (jego jednostki z całym sprzętem były
rozciągnięte na wielokilometrowych odcinkach dróg i linii kolejowych); zawrócenie ich musiało
wywołać niesłychany zamęt, ale rozkaz to rozkaz, a na falach radiowych płynęły liczne
instrukcje. Choć decyzja ta wydawała się szalona, to jednak w rozumowaniu STAWKI była jakaś
logika, gdyż chodziło o zatrzymanie wojsk von Rundstedta możliwie blisko granicy państwowej,
aby ochronić w ten sposób południowe obszary ZSRS. W osiągnięciu tego celu miała dopomóc
kawaleria z liczącej 100 000 żołnierzy 18. Armii Andrieja Smirnowa, któremu wydano jasne
polecenie użycia tych świeżych sił do powstrzymania niemieckiego natarcia na północnym
odcinku południowego sektora frontu, a tym samym umożliwienia 9. oraz 12. Armii przejścia do
działań zaczepnych przeciwko Rumunom. Plan wydawał się na papierze możliwy do
zrealizowania, ale w praktyce był mrzonką, i to samobójczą. Armii z setkami tysięcy żołnierzy,
pojazdami, końmi i mnóstwem zaopatrzenia nie da się tak po prostu zawrócić – a taka próba
równie skutecznie zdezorganizowała sowieckie wojska, jak uczynił to nieprzyjacielski blitzkrieg.
Front Południowy Armii Czerwonej rychło znalazł się na ziemi niczyjej, co Niemcy i ich
rumuńscy sojusznicy mieli wkrótce bezlitośnie wykorzystać.
Po otrzymaniu rozkazu oczekiwania na dalsze wyraźne dyspozycje 9. Armia Jakowa
Czerewiczenki wyróżniła się determinacją w odpieraniu ataków 4. Armii rumuńskiej, którą
dowodził Nicolae Ciupercă. Armia ta była nieco słabsza od 3. Armii Dumitrescu, niemniej
dysponowała sporymi siłami. Trzem bardzo różnym dywizjom z jej składu przyszło odegrać
w tej kampanii istotną rolę. Pierwszą z nich była 35. Rezerwowa Dywizja Piechoty generała
brygady Emila Procopiescu, z żołnierzami w średnim wieku, niedoszkolonymi i pozbawionymi
nowoczesnego uzbrojenia. Wprawdzie ludzie Procopiescu chętnie szli na wojnę, lecz faktycznie
nadawali się tylko do zabezpieczania tyłów oraz ochrony obiektów i instalacji, a nie do walk na
pierwszej linii frontu z doborowymi formacjami przeciwnika, do jakich należały jednostki
sowieckiej 9. Armii. Pomimo to wspomniana dywizja znalazła się w samym „oku cyklonu”.
Rankiem w dniu rozpoczęcia wielkiej ofensywy podstarzali rezerwiści przystąpili do forsowania
Prutu i wkraczania do Besarabii, czemu przypatrywał się conducător Antonescu. (Antonescu
nagrał wcześniej przemówienie, nadane właśnie w tym czasie przez radio; oznajmił: „Rumunia
weszła do walki u boku swego niemieckiego sojusznika. Ja, wódz, wydaję teraz armii rozkaz –
przekroczyć Prut!”). Początkowo wszystko szło dobrze. Obok innych jednostek III Korpusu
generała-majora Vasilego Atanasiu – 11. i 15. Dywizji Piechoty – 35. Dywizja Rezerwowa
powiększyła przyczółek na przeciwległym brzegu, a potem wyruszyła w kierunku Kiszyniowa,
oddalonego o mniej więcej 70 km na północny wschód. Naprzeciwko tych wojsk rumuńskich
znalazły się sowiecka 95. Dywizja Strzelecka oraz 5. i 9. Dywizja Kawalerii generała Biełowa,
które 5 lipca przeprowadziły kilka silnych kontrataków na Rumunów, dzielnie odpartych przez
żołnierzy Procopiescu, którzy wytrwali na zajmowanych pozycjach. Dwa dni później, gdy
ofensywa wydawała się przebiegać pomyślnie, 35. Dywizja otrzymała rozkaz marszu na północ,
ku Călăraşi. W godzinach przedpołudniowych Procopiescu odebrał meldunek radiowy
czołowego oddziału rozpoznawczego, w którym nadano, że siły sowieckie przed frontem jego
wojsk wycofują się w bezładzie do Kiszyniowa. Ponaglany, rozkazał swojemu 67. Pułkowi
Piechoty możliwie szybko wyruszyć naprzód i wykorzystać słabość przeciwnika.
Informacje we wspomnianym meldunku okazały się jednak nieprawdziwe. Sowieci nie
ulegli panice; wręcz przeciwnie.
95. Dywizja Strzelecka nie była typową sowiecką jednostką piechoty, z kompaniami
złożonymi z poborowych. Słusznie uważano ją za elitarną formację 9. Armii, do tego czasu
trzymaną w odwodzie. Gdy w końcu weszła do walki, uderzyła na odsłonięte skrzydło
rumuńskiego 67. Pułku, szybko rozbiła dwa jego bataliony, 2. i 3., a niedobitki zmusiła do
odwrotu. Zaraz potem sowieccy strzelcy, wsparci przez nieliczne czołgi, weszli do doliny
Bukovat, gdzie oddziały rezerwistów z 63. Pułku Artylerii rozciągnęły się w luźnym szyku
marszowym na wielokilometrowym odcinku. Rezultat tego starcia okazał się katastrofalny dla
Rumunów. Dowódca pułku, pułkownik Cocinschi, i dowódcy dwóch jego baonów, kapitanowie
Alexandru Borcescu i Valerie Negut, rozpaczliwie starali się zorganizować linię obrony.
Artylerzyści zeskoczyli z wozów i przetoczyli przestarzałe działa polowe kal. 75 mm.
W pośpiechu szykowali pociski i ładunki miotające. (Kanonierzy podczas walki zwykle nie
widzą przeciwnika; położenie oddalonych o wiele kilometrów celów przekazuje się drogą
radiową, a potem wydaje komendy załadowania amunicji i otwarcia ognia – artylerzyści zwykle
nie widzą skutków prowadzonego ostrzału). Jednak w tej sytuacji, wobec szturmu sowieckiej 95.
Dywizji, Rumuni znaleźli się w samym sercu batalii i musieli złamać wyćwiczone procedury.
Dalmierze zdawały się na nic. Kanonierzy z bliska ostrzelali ogniem na wprost atakujące czołgi
i piechotę. Cocinschi chwycił lekki karabin maszynowy i ostrzeliwał nieprzyjaciela ze stanowisk
1. Baterii, lecz bezskutecznie. W dwugodzinnej, rozpaczliwej walce polegli Borcescu i Negut,
Cocinschi został ranny, a rumuński pułk uległ całkowitemu rozbiciu. Trzeci z pułków piechoty
35. Dywizji, 55., znalazł się w okrążeniu w pobliskiej dolinie Bacului. Procopiescu, zatrwożony
losem swojej dywizji, przeprowadził kontratak siłami odwodowego 50. Pułku Piechoty i sam
udał się na wysunięte pozycje, aby spróbować zebrać niedobitki swoich jednostek piechoty
i artylerii. Był to odważny krok, jednak nic nie mogło odwrócić zmienić tego, że 35. Dywizja
poszła w rozsypkę; jej artyleria została zniszczona, oddziały rozpoznawcze otoczone, a z trzech
pułków piechoty jeden przestał istnieć, kolejny został odcięty od sił głównych, a trzeci – 50. pułk
– próbował w tym czasie desperacko uniknąć najgorszego. Sowiecka 95. Dywizja Strzelecka,
słabsza liczebnie od przeciwnika, nadal nie dawała Rumunom wytchnienia i kontynuowała
natarcie. Dopiero interwencja rumuńskiego lotnictwa, które podjęło kilkadziesiąt ataków
z powietrza i zrzuciło ponad 22 t bomb na strzelców z Armii Czerwonej tego popołudnia
i wczesnym wieczorem, zapobiegła zupełnej katastrofie. Tamtej nocy Antonescu nie miał innego
wyjścia, jak tylko zwrócić się z prośbą o pomoc do niemieckich sojuszników. Nazajutrz przeszła
do natarcia 72. Dywizja Piechoty Wehrmachtu, która zepchnęła 95. Dywizję Strzelecką i przyszła
z odsieczą ocalałym z pogromu rumuńskim rezerwistom. W akcji Niemców wsparła rumuńska
15. Dywizja Piechoty. Po wycofaniu swojej jednostki z walki Procopiescu mógł się zająć
liczeniem strat; w ciągu dwóch dni stracił 180 zabitych i 300 rannych żołnierzy oraz, w co wprost
nie mógł uwierzyć, aż 2300 zaginionych, czyli prawdopodobnie wziętych do niewoli. Oznaczało
to utratę ok. 20 procent stanu osobowego jednostki, wraz z całą dywizyjną artylerią i dwiema
jakże cennymi, przydzielonymi tej dywizji bateriami 55. Zmotoryzowanego Pułku Artylerii
Ciężkiej – z uzbrojeniem nie do zastąpienia dla ubogich w nowoczesny sprzęt wojskowy
Rumunów. Aby zatuszować tę dotkliwą porażkę, Antonescu rozkazał, aby kilka dni później 35.
Dywizja wzięła udział w szturmie na Kiszyniów, lecz po zdobyciu tego miasta jednostkę
ponownie wycofano z pierwszej linii i po cichu rozwiązano. Jej żołnierze zasilili szeregi innych
formacji rezerwowych w kraju. Ostatecznie Rumuni starali się przedstawić ten wojenny epizod
w chwalebnym świetle i pośmiertnie nadali Borcescu i Negutowi Ordery Michała Walecznego za
udział w walkach w Bucovat.
Dywizje sąsiedniego rumuńskiego V Korpusu, Gwardyjska oraz 21. Dywizja Piechoty,
już wcześniej wykrwawiły się na przyczółkach nad Prutem, jednak tamte potyczki okazały się
niczym w porównaniu z próbą, jaka czekała wspomniane dwie wielkie jednostki w tzw. bitwie
pod Tigancą – stoczoną o niewielką wieś i pobliskie niewysokie wzgórze, górujące nad okolicą.
Gwardziści Nicolae Şovy znajdowali się w tym czasie na wschodnim brzegu Prutu,
podobnie jak pewna liczba piechurów Nicolae Dăscălescu (wszyscy byli żołnierzami
z pogranicza, z miast Gałacz i Bârlad na południu Rumunii). Najważniejszym zadaniem dla nich
było powiększenie niewielkich przyczółków w Fălciu i Bogdănesti i marsz na wschód ku miastu
Bendery (Tighina) nad Dniestrem. Obfite deszcze, padające wcześniej w tygodniu,
spowodowały, że rzeka ta wezbrała i zalała okoliczne łąki. Silne jednostki Armii Czerwonej
zajęły wysunięte pozycje, aby udaremnić Rumunom opisany manewr. 4 sierpnia rumuńscy
gwardziści spróbowali przerzucić przez Prut więcej ludzi, co jednak się nie udało, gdyż działom
ich artylerii, mającym zapewniać osłonę przeprawy, zabrakło amunicji. Wtedy zainterweniowała
21. Dywizja, żeby dopomóc bliźniaczej jednostce w przygotowaniach do ataku, lecz obiecana
osłona lotnicza nie zjawiła się w wyznaczonym czasie. Gdy już nadleciała, rumuńskie bombowce
zaatakowały… własne oddziały. Żądanie wsparcia artyleryjskiego nie doczekało się odzewu
i w końcu żołnierze piechoty z obu dywizji natarli na okopy pod Iepureni i wzgórzem Cania.
Zdobyli je w walce na bagnety. W związku z brakiem wsparcia straty musiały być ciężkie. 21.
Dywizja okupiła ten sukces 26 zabitymi i 200 rannymi. Poległo także 32 gwardzistów, 170
odniosło rany, a 7 uznano za zaginionych. W ciągu następnych dwóch dni sytuacja Rumunów
wyraźnie się pogorszyła, gdy znów zaczęło padać, a Sowieci przeprowadzili sprawne i dobrze
zaplanowane przeciwuderzenia, w efekcie których w pewnej fazie batalii dwa bataliony 11.
Pułku Strzelców ze składu 21. Dywizji Piechoty rzuciły się do niemal panicznej ucieczki.
Podobnie jak wcześniej uczynił to Procopiescu ze swoją 35. Dywizją, Dăscălescu osobiście
powstrzymał swoich żołnierzy przed porzuceniem pozycji. Rumuński odcinek frontu był
poważnie zagrożony, a wojska sowieckie wzmogły nacisk. Energicznie atakowały niedobitki 11.
pułku, którego dowódca, pułkownik Bardan, pozostał na miejscu z zaledwie 8 oficerami i 68
żołnierzami. Gwardziści radzili sobie niewiele lepiej, gdyż oddziały sowieckie zdołały wedrzeć
się pomiędzy dwa bataliony 6. Pułku. Zaskoczyły nawet o świcie stanowisko dowodzenia
jednostki. Sztabowcy, kucharze i saperzy chwycili za broń i odparli Sowietów, lecz wcześniej ich
dowódca, podpułkownik Gheorghe Iliescu, zginął jako najwyższy rangą wojskowy rumuński
poległy do tego czasu w wojnie. Z końcem dnia dwie rumuńskie dywizje zanotowały następnych
1600 zabitych, rannych i zaginionych. Straty gwardzistów sięgały prawie tysiąca ludzi.
Pozbawiony dowództwa 6. pułk wycofano z pierwszej linii. Ciupercă nie ukrywał wściekłości.
W wyniku opisanego niepowodzenia generała-porucznika Gheorghe Leventiego zdjęto ze
stanowiska dowódcy korpusu.
Twardy opór stawiony przez V Korpus dał Rumunom trochę wytchnienia. Wykorzystali
to i przeprowadzili atak rankiem 9 lipca. Obie dywizje korpusu uchwyciły pasmo wzniesień
i wreszcie 11. pułk pułkownika Bardana mógł zająć wzgórze Ţiganca oraz wieś u jego podnóża.
Walki były zaciekłe, Rumuni stracili dowódcę pułku (pułkownika Gheorghe Nicolescu z 12.
pułku 21. Dywizji), a czołowe kompanie zostały tak zdziesiątkowane, że bataliony pierwszej linii
musiano zasilić ludźmi z oddziałów pomocniczych i zaopatrzeniowych. Zmagania te miały tak
zacięty przebieg, że Ciupercă poważnie rozważał wycofanie całego korpusu z powrotem za Prut,
by przegrupować siły. Sowieci wykorzystali zawahanie Rumunów i rzucili trzy dywizje
strzeleckie, wspierane przez jednostki czołgów, wprost na wyczerpany V Korpus. Bój 12 lipca
trwał przez 16 godzin; każdego żołnierza zdolnego do noszenia broni wysłano na rumuńskie
linie. Na niebie myśliwce z osłony bombowców toczyły walki powietrzne. WWS atakowały
pozycje oddziałów rumuńskich wzdłuż całego frontu, a Rumuni zrzucali prawie 40 t bomb
i zadawali kolosalne straty sowieckim dywizjom strzeleckim, gdy te usiłowały zewrzeć szyki
przed kolejnymi natarciami. Rumuńscy gwardziści na wzgórzu Cania zostali otoczeni, a 21.
Dywizji pozostały zaledwie cztery z dziewięciu osłabionych batalionów piechoty, lecz mimo to
utrzymały one obronę, a o zmroku tego dnia Sowieci się wycofali. W ciągu następnych kilku dni
przeprowadzili kilka chaotycznych akcji zaczepnych, ale żadnej poważniejszej; przegrali tę
batalię. 15 lipca Rumuni wyruszyli znacznymi siłami na wschód z przyczółka w Ţiganca. Za ten
sukces zapłacili straszliwą cenę: niemal 9000 żołnierzy, przy czym szczególnie dotkliwe straty
zanotowano w 21. Dywizji Piechoty. (Dăscălescu, dowódca 21. Dywizji, w 1944 roku dowodził
rumuńską 4. Armią, przeżył wojnę, a potem popadł w zapomnienie. Jednak kiedy kilka lat po jej
zakończeniu pluton wojsk rumuńskich przeprowadzał ćwiczenia na terenach rolniczych, pewien
stary wieśniak, przypatrujący się temu spod ściany domu, doradził dowódcy tego oddziału, jak
najlepiej szkolić swoich ludzi. Zaskoczony oczywistą wiedzą i znajomością spraw wojskowych
u wieśniaka młody oficer spytał go o to i zdumiony usłyszał w odpowiedzi, że rozmawia
z Dăscălescu. W uznaniu wybitnej służby generała cały pluton ustawił się w szeregu i oddał mu
honory). O zaciekłości tych bojów może świadczyć fakt, że za udział w nich przyznano aż 17
Orderów Michała Walecznego, w tym 6 pośmiertnie, m.in. dwóm pilotom myśliwskim:
porucznikowi Ioanowi Lascu i podporucznikowi Vasilemu Claru oraz dwóm młodym oficerom
gwardii, porucznikom Mihailowi Adabei i Victorowi Cosmie. Generał Dăscălescu odebrał swoje
odznaczenie z rąk samego Antonescu, choć stanowiło to dla niego niewielką pociechę, ponieważ
jego ukochana dywizja nieomal uległa zniszczeniu.
Dalej na północy rumuńska 1. Dywizja Pancerna Siona z łatwością pobiła sowieckie 74.
i 176. Dywizję Strzelecką i dotarła 7 lipca do Mohylewa i granicy z 1940 roku. Potem otrzymała
rozkaz wspomożenia 4. Armii w przełamaniu frontu, zdobyciu Kiszyniowa i odcięcia Sowietom
drogi odwrotu.
Atak ten rozpoczął się 13 lipca, a już 14 lipca rumuńskie czołgi, podążające drogą
z Orgiejowa do Kiszyniowa, natknęły się na sowiecką 47. Dywizję Pancerną. Pomimo ciężkich
strat Rumuni wzięli górę w tym starciu, a o zmroku znaleźli się zaledwie 8 km od stolicy
Besarabii. Sowieci zaczęli się wycofywać na wschód, aby uniknąć okrążenia. Ich wojska,
zwłaszcza 95. Dywizja Strzelecka, oddawały teren niechętnie i zażarcie walczyły podczas
odwrotu.
Kiszyniów ostatecznie zdobyła 1. Dywizja Pancerna 16 lipca, czyli mniej więcej dwa
tygodnie od chwili rozpoczęcia operacji „München”. Pułkownik Constantin Nistor poprowadził
swoją zmotoryzowaną piechotę od zachodu, a pułkownik Gheorghe Petrea nadciągnął
z północnego wschodu. Rumuni znaleźli się w mieście rankiem, mniej więcej o 8.30, i przystąpili
do likwidacji ostatnich sowieckich gniazd oporu. 3. Kompania Pancerna kapitana Victora
Gabrinschiego odegrała czołową rolę; zniszczyła nieprzyjacielski szwadron kawalerii i baterię
artylerii konnej w pobliżu gmachu miejscowego soboru. Aby nie pozostać w tyle, 2. Batalion
Pancerny zlikwidował ostatnią sowiecką redutę na wzgórzu Rascanu. W południe rumuńska flaga
załopotała nad cerkwią Trójcy Świętej, zawieszona tam przez podporucznika Stefana Marinescu
– wyzwolono Kiszyniów.
17 lipca 1. Dywizja Pancerna opuściła miasto i podążyła na wschód drogą (obecnie
przebudowaną na autostradę M21). Przekroczyła Dniestr i stoczyła zacięty bój koło wioski
Chirca z sowiecką strażą tylną. Do tego czasu STAWKA poleciła wreszcie 9. Armii Jakowa
Czerewiczenki wycofać się z Besarabii na obszary Związku Sowieckiego, aby uniknąć okrążenia,
lecz rozkaz ten nadszedł za późno dla bitnej 95. Dywizji Strzeleckiej, zaskoczonej przez
rumuńską 1. Dywizję. Wielu żołnierzy i oficerów z dowództwa i sztabu tej jednostki musiało się
poddać, gdy ich kolumnę przechwyciły szybkie nieprzyjacielskie czołgi. Był to smutny końcowy
akord wojennych losów dywizji i armii, które biły się dzielnie przez cały poprzedni miesiąc.
Do końca lipca opanowano Czerniowce i Kiszyniów oraz dotarto do granicy z 1940 roku.
Gdy wojska rumuńskie stanęły na obu brzegach Dniestru, operację „München” okrzyczano
zwycięstwem Rumunów. Grupę Armii „Antonescu” rozformowano. W Bukareszcie można było
spokojnie przystąpić do obliczania kosztów trwających przez miesiąc zaciekłych walk
i wyciągania wniosków z ich przebiegu.
Najważniejsza była konkluzja, że rozpoczęta wojna będzie bardzo krwawa. Rumuni
w ciągu niespełna miesiąca stracili ok. 23 000 żołnierzy, czyli prawie dziesięć procent wszystkich
sił zaangażowanych w ofensywne działania. Straty sowieckie były nieco niższe i wynosiły ok.
18 000 czerwonoarmistów, w tym prawie 9000 zabitych i wziętych do niewoli. Generalnie
wojska lądowe i siły powietrzne Bukaresztu spisały się nieźle, a na szczególną pochwałę
zasłużyły doborowe jednostki gwardyjskie i 1. Dywizja Pancerna. Co ważne, odebrano też
bardzo niepokojące sygnały. Brak transportu motorowego drastycznie spowalniał natarcia, a brak
broni ciężkiej stanowił poważny problem, kiedy 4. Armia Ciupercă broniła się przez długie dni
nad Prutem, pozbawiona artylerii ciężkiej, potrzebnej do przełamania nieprzyjacielskich linii;
dopiero interwencja czołgów Siona umożliwiła powiększenie przyczółków. Rumuńscy czołgiści
walczyli dobrze, stale uczyli się od niemieckich instruktorów i wykorzystywali tę wiedzę na polu
bitewnym. Wyszukiwali słabe miejsca w ugrupowaniu przeciwnika, omijały napotykane silne
punkty oporu i atakowali flanki oraz tyły wroga, choć koordynacja działań rumuńskich jednostek
pancernych i piechoty nadal była bardzo słaba. Jednakże dla Siona głównym powodem
zatroskania były czołgi R-35 francuskiej produkcji. Stanowiły one ok. 40 procent wozów
bojowych jego sił pancernych i okazały się po prostu zbyt powolne; nie nadążały za piechotą, nie
wspominając o współdziałaniu z szybkimi, wyprodukowanymi w Czechosłowacji czołgami R-2.
Na obszarach Związku Sowieckiego

Rumunia znalazła się na rozdrożu, jeśli weźmie się pod uwagę jej udział w wojnie
i konsekwencje dla przyszłości kraju. Wprawdzie wypowiedziała wojnę Związkowi
Sowieckiemu, lecz do tego czasu prowadziła tylko działania zbrojne na ograniczoną skalę, które
można było łatwo usprawiedliwić dążeniami do „wyzwolenia” ziem uznawanych za rumuńskie.
Mogli tam się okopać i oznajmić światu, że ich wojna właściwie dobiegła końca. Tak postąpili
Finowie mniej więcej pięć miesięcy później. Gdyby zdecydowano się na realizację takiego
scenariusza, rumuńskie wojska lądowe i lotnictwo wojskowe zachowałyby swoje siły i można
było kontynuować program zbrojeń z myślą o wzmocnieniu obronności na przyszłość. Lecz
akurat w tym czasie Antonescu otrzymał list od Hitlera, który bezbłędnie wyczuł doniosłość
chwili. Wódz Rzeszy nie szczędził pochwał odnoszących się do powodzenia operacji
„München”: „Winszuję panu z całego serca tego wielkiego sukcesu, który mnie osobiście sprawił
wielką radość i satysfakcję. Odzyskanie Besarabii będzie najbardziej naturalną nagrodą za
wysiłki – Pańskie i Pańskich dzielnych wojsk”.
Hitler stwierdził dalej, że jego zdaniem wojna „przesądzi na stulecia o losie Europy”,
i prosił Antonescu o wysłanie rumuńskich wojsk na Ukrainę. Kusił przy tym conducătora
perspektywą bogatych zdobyczy. Rumunia miała bowiem zyskać całą „nową prowincję”, znaną
jako Naddniestrze. Chodziło o wszystkie obszary od Dniestru po Boh i od Chersonia nad
Morzem Czarnym do Winnicy na północy. Te rozległe terytoria miały być nagrodą dla Rumunów
za ich udział w pokonaniu Związku Sowieckiego. Podjąwszy decyzję, fatalną w skutkach dla
niego samego i jego kraju, Antonescu odpisał Hitlerowi cztery dni później: „Służę nie tylko
narodowi rumuńskiemu i rumuńskiej ludności nad Dniestrem, lecz także nakazowi niesienia
cywilizacji oraz potrzebie świadomej walki o kreowanie nowego losu Europy”.
Oznaczało to w praktyce, że Antonescu wyraził zgodę i pozostanie z nazistowskimi
Niemcami „aż do końca”.
Rumunia wkroczyła zatem na szlak, który nieuchronnie prowadził jej wojska nad Don,
gdzie uległy całkowitemu zniszczeniu. Droga ta rozpoczęła się w mieście oddalonym o ponad
150 km na południowy wschód do Kiszyniowa – od rzezi w Odessie.
Odessa – pyrrusowe zwycięstwo rumuńskiej 4. Armii

Złożona ze 160 000 żołnierzy 4. Armia, którą dowodził Nicolae Ciupercă, dostąpiła
wątpliwego zaszczytu odegrania głównej roli w rumuńskiej ofensywie w wojnie rosyjskiej.
Otrzymała rozkaz (zawarty w dyrektywie operacyjnej nr 31 rumuńskiego Sztabu Generalnego)
wkroczenia na Ukrainę, pobicia Sowietów nad rzeką Boh i, w rezultacie błyskawicznego
uderzenia, zdobycia ważnego portu i bazy morskiej w Odessie. Do realizacji nader ambitnego
zadania wyznaczono rumuńską 1. Dywizję Pancerną (żołnierzy Siona podzielono na dwa
zgrupowania: czołgi R-35 z 2. Pułku Pancernego przydzielono do III Korpusu pod dowództwem
Vasile Atanasiu w roli „mobilnej artylerii”, natomiast główne siły dywizji znalazły się w składzie
V Korpusu jako „jednostka manewrowa” – do tego czasu Aurelian Son zastąpił Gheorghe
Leventiego na stanowisku dowódcy wspomnianego korpusu), która ponadto winna była na każde
wezwanie udzielać niezbędnego wsparcia 3. Armii – a pomoc taka wielokrotnie okazywała się
konieczna. W istocie w końcowych dniach oblężenia Odessy większość 3. Armii wzięła udział
u boku żołnierzy 4. Armii w ciężkich bojach o to miasto.
Broniąca tamtych obszarów sowiecka 9. Armia wycofywała się, niemniej STAWKA nie
zamierzała oddawać Odessy bez walki. Fortyfikacje wokół miasta, podobnie jak umocnienia
wielkiej sowieckiej bazy morskiej w Sewastopolu, były potężne. Składały się z trzech linii
obrony, połączonych ze sobą transzejami, z betonowymi bunkrami i wałami ziemnymi oraz
wieloma gniazdami broni maszynowej i stanowiskami dla dział. Pierwsza z linii miała ok. 80 km
długości i znajdowała się w odległości ponad 30 km od miasta. W razie jej przełamania atakujący
natrafiali na główną, 30-kilometrową linię defensywną, oddaloną o ok. 8 km od obrzeży Odessy.
W czasie szturmu atakujących raził silny i celny ogień z 240 dobrze rozmieszczonych armat
i haubic, w których zasięgu znajdowało się całe przedpole. Trzecia, ostatnia linia obrony
znajdowała się w samej Odessie, gdzie Sowieci byli przygotowani do walki o każdy dom.
Dodatkowo korzystali ze wsparcia potężnych dział okrętów Floty Czarnomorskiej,
zakotwiczonych na wodach przybrzeżnych. Wspomniane pozycje obronne obsadzało ok. 34 500
żołnierzy Samodzielnej Armii Nadmorskiej, dowodzonej w tym czasie przez generała
Safronowa. W jej składzie znaleźli się m.in. niedawni przeciwnicy rumuńskiej 4. Armii, 95.
Dywizja Strzelecka i 9. Dywizja Kawalerii, a także świeży, świetnie wyszkolony pułk NKWD.
Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych (Narodnyj Komissariat Wnutriennych Dieł) odgrywał
w Związku Sowieckim rolę tajnej policji i był następcą leninowskiej CzeKi oraz OGPU.
Organizacja ta, odpowiedzialna za masowe represje, egzekucje, gułagi (kompleksy obozów pracy
przymusowej), prowadząca także działalność szpiegowską, strzegła granic Związku
Sowieckiego. Rozporządzała doborowymi pułkami, które tuż przed rozpoczęciem przez wojska
Osi planu „Barbarossa” tworzyły aż 15 dywizji strzeleckich. Do 1945 roku siły wojskowe
NKWD rozbudowano do 53 dywizji i 28 brygad.
Poza tym obrońcy mogli być zaopatrywani od strony morza. Rumuni dysponowali na
Morzu Czarnym niedostatecznymi siłami nawodnymi, aby wydać flocie sowieckiej walną bitwę.
Ograniczały się do akcji bojowych okrętów podwodnych i nielicznych, chaotycznych ataków
z użyciem kanonierek. Mimo to w pierwszym tygodniu sierpnia żołnierze rumuńscy wyruszyli na
wschód z wiarą w zwycięstwo. 1. Dywizja Pancerna ponownie dowiodła swej zdolności do
przeprowadzenia klasycznego manewru oskrzydlającego pod miasteczkiem Katarga – zginęło
tam 200 czerwonoarmistów, okrążonych przez zgrupowanie czołgów R-2 Siona. Po krótkim
postoju, przeznaczonym na uzupełnienie paliwa i zapasu amunicji, rumuńskie czołgi podążyły
dalej i 10 sierpnia dotarły do pierwszej linii obrony wokół Odessy. W starciu z wieloma czołgami
Sowieci ustąpili koło Bużałyka, pokonani w walce w okopach. Zgodnie z zasadami wpojonymi
wcześniej przez niemieckich instruktorów rumuńscy czołgiści nie zatrzymali się, tylko ruszyli
w kierunku Odessy. Tego samego wieczoru dotarli do drugiej linii umocnień, w pobliżu
miejscowości Błagodatnaja, zaledwie 10 km od brzegów Morza Czarnego. Natarcie 1. Dywizji
Pancernej zupełnie zaskoczyło Sowietów. Gdyby tylko rumuńska piechota zdołała wesprzeć
swoje czołgi i wtargnąć w lukę wybitą w liniach obronnych, zdobycie miasta wydawało się
realne. Tempo działań miało odegrać rozstrzygającą rolę. Rumuńska 4. Armia przegrała ten
„wyścig”, niemal całkowicie pozbawiona transportu motorowego. Sowieci wprowadzili do akcji
odwody i udało im się uszczelnić wyłom w defensywie. Gdy rumuńskie czołgi nazajutrz
wznowiły atak, napotkały twardy opór. Natarcie powstrzymano – szansę wzięcia Odessy
szturmem zaprzepaszczono. Rumunów czekały dwa miesiące zaciętych zmagań o miasto.
Po rozwianiu się wszelkich nadziei na szybkie zwycięstwo Ciupercă przystąpił do
oblężenia Odessy. Wycofał swoje czołgi z pierwszej linii oraz opasał miasto kordonem piechoty
i artylerii. Zamknąwszy pierścień okrążenia od strony lądu, 16 sierpnia rozpoczął szturm. Rzucił
do jednoczesnego ataku jednostki I, III i V Korpusu. Pomimo wsparcia udzielonego przez
lotnictwa rumuńskie i niemieckie atak ten, z powodu twardego oporu Sowietów, przyniósł
niewielki skutek. Poirytowany Ciupercă ponownie wprowadził do walki 1. Dywizję Pancerną, by
przełamać nieprzyjacielski front. Rezultaty okazały się katastrofalne dla Rumunów. Czołgi
uderzyły na miejscowość Karpowo razem z 3. Pułkiem Strzeleckim ze składu 11. Dywizji
Piechoty. Co ważne, były pozbawione wsparcia artyleryjskiego. Żołnierze 3. pułku, rekruci
z nizinnego regionu Slatani, na zachód od Bukaresztu, nie mieli doświadczenia w walce
z udziałem czołgów i nie skoncentrowali się na unieszkodliwianiu sowieckich armat
przeciwpancernych. Nienękani przez nieprzyjaciela sowieccy kanonierzy zadali ciężkie straty
pozbawionym należytej osłony rumuńskim czołgom. Wyeliminowali z walki aż 32, wobec czego
rumuńskiej dywizji pozostało następnego dnia zaledwie 21 sprawnych wozów bojowych.
Wprawdzie większość pojazdów pancernych, uszkodzonych i unieruchomionych pod Karpowem,
udało się później odholować, naprawić i z powrotem włączyć w skład jednostek liniowych,
jednakże był to dla rumuńskiej broni pancernej najgorszy dzień aż do czasu katastrofy nad
Donem ponad rok później. Rozwścieczony Antonescu zastąpił Siona Carolem Schmidtem.
Uspokoiwszy się z czasem, conducător na początku października przywrócił generała na dawne
stanowisko!
Pod Odessą wciąż trwały ataki. Sowieccy obrońcy miasta przeprowadzali energiczne
przeciwuderzenia wzdłuż całej linii, co po zanotowaniu znacznych strat zmusiło Rumunów do
wprowadzenia do walki IV Korpusu (24 sierpnia rumuńska 3. Dywizja Piechoty straciła prawie
800 żołnierzy, z czego 25 procent zabitych). Kilkudniowy szturm doprowadził jedynie do
zdobycia miejskich zbiorników wodnych. Rozgoryczonemu Ciupercy pozostało tylko liczenie
kosztów całej operacji, a te były wysokie. Ze 160 000 ludzi, których początkowo liczyła jego 4.
Armia, do tego czasu utracił 27 000, w tym prawie 5000 poległych, a główne fortyfikacje wokół
Odessy nadal pozostawały niezdobyte. W daremnym wysiłku, podjętym przez Bukareszt, by
podnieść morale wojska, Antonescu nagrodzono za wyzwolenie Bukowiny i Besarabii awansem
na marszałka, jako trzeciego człowieka uhonorowanego w taki sposób w dziejach Rumunii.
Hitler nie pozostał bierny i odznaczył świeżo mianowanego rumuńskiego marszałka Krzyżem
Rycerskim Krzyża Żelaznego – najwyższym odznaczeniem wojskowym nazistowskich Niemiec.
Tymczasem na froncie Ciupercă, dręczony coraz poważniejszymi wątpliwościami co do
celowości całego przedsięwzięcia, podjął niewdzięczne zadanie planowania nowego szturmu.
Atak ten miał się rozpocząć 28 sierpnia. Tym razem zadbano o przygotowanie artyleryjskie –
szturm jednostek samego IV Korpusu zamierzano wesprzeć ogniem aż pięciu baonów dział
ciężkich. Owego dnia o 8.00 grad pocisków artyleryjskich spadał na sowieckie linie przez pół
godziny, nim rumuńskie oddziały szturmowe weszły do akcji. Tysiące rumuńskich żołnierzy
piechoty ruszyło naprzód. Rychło napotkano zaporowy ogień dział, moździerzy i karabinów
maszynowych. Przygotowanie artyleryjskie Rumunów okazało się po prostu niewystarczające do
„zmiękczenia” solidnej obrony i atak utknął w miejscu. Tamtego dnia 21. Dywizja Piechoty
zdołała opanować zaledwie 800-metrowy wycinek terenu. Nazajutrz nie było lepiej, a sowieckie
kontrataki paraliżowały wszelkie postępy wojsk rumuńskich.
30 sierpnia Rumuni wznowili szturm i tym razem opanowali na różnych odcinkach
średnio po 200 m terenu. Przypominało to najgorsze zmagania na froncie zachodnim z lat
pierwszej wojny światowej – minimalne zdobycze, okupione podobnie wielkimi stratami.
W rozpaczliwej próbie przełamania impasu Ciupercă oznajmił Antonescu, że jego
jednostki wojskowe są w bardzo złym stanie po miesiącu zaciekłych walk, i zaproponował
gruntowną reorganizację aż sześciu swoich dywizji (3., 6., 7., 14., 21. i Gwardyjskiej) w celu
utworzenia silnych oddziałów szturmowych, wspieranych przez całą dostępną artylerię. Miały
one przeprowadzić generalny szturm na miasto. Conducător, niesłychanie przewrażliwiony na
jakąkolwiek domniemaną krytykę metod prowadzenia przezeń działań wojennych, z miejsca
odrzucił plan Ciupercy i zdymisjonował generała. Marszałek narzucił własne rozwiązanie: polecił
szefowi Sztabu Generalnego, Alexandru Ioaniţiu, zażądać udzielenia wsparcia przez myśliwce
i bombowce nurkujące od niemieckiego oficera łącznikowego, generała Artura Hauffego.
(Hauffe zginął tragicznie w lipcu 1944 roku, kiedy Armia Czerwona zamknęła dowodzone przez
niego XIII i C Korpus w „kotle” pod Brodami na Ukrainie, po części wskutek nieudolności
Hauffego. W istocie „przepadł” gdzieś w końcowych, przełomowych dniach tej batalii, co
zmusiło jego zastępcę, Wolfganga Langego, do samodzielnego podjęcia prób ratowania sytuacji.
Schwytany przez Sowietów 22 lipca Hauffe poniósł śmierć tego samego dnia po tym, jak stanął
na minę). Ciupercę zastąpiono Josifem Iacobicim, któremu powierzono komendę nad 4. Armią,
liczącą wtedy ogółem 200 000 ludzi i wzmocnioną przez cztery niemieckie pułki piechoty oraz
artylerię i szturmowe oddziały saperów pod dowództwem René de Courbière’a. Wojska te
wznowiły walkę z odeskim garnizonem Armii Czerwonej, zasilonym ponad 15 000 żołnierzy,
przerzuconych z Krymu.
12 września, gdy liście drzew zaczęły się złocić wraz z nadejściem jesieni, na Odessę i jej
obrońców spadł potężny ogień zaporowy rumuńskiej i niemieckiej artylerii. Rozpoczęto już
trzeci – w ciągu zaledwie czterech tygodni – szturm na miasto. Antonescu wyjechał na front, aby
przyglądać się atakowi, jednak nie dołączył doń oczekiwany tam Ioaniţiu. Rumuński szef Sztabu
Generalnego i druga osobistość w hierarchii wojskowej tego kraju, po conducătorze, wylądował
w miejscowości Oczeretowka na Ukrainie, lecz tam wszedł pod obracające się śmigło samolotu
i zginął na miejscu.
Dla 4. Armii, mimo obecności conducătora, sytuacja nie rozwijała się pomyślnie.
Jednakże znowu fale dzielnej rumuńskiej piechoty szturmowały pozycje sowieckiej artylerii
i staczały boje z przeprowadzającym lokalne gwałtowne kontrataki wrogiem. Plan Antonescu
doprowadził tylko do kolejnych strat. Natarcie przerwano.
Tuż po północy 23 września STAWKA postanowiła zaskoczyć sfrustrowanych Rumunów
i wysadziła podczas śmiałej akcji desantowej 2000 żołnierzy 3. Brygady Piechoty Morskiej na
brzegu, na tyłach nieprzyjaciela. Gdy Rumuni usiłowali na nią zareagować, sowiecka 157.
Dywizja Strzelecka z odeskiego garnizonu przypuściła frontalny atak na oddziały rumuńskiej 13.
Dywizji Piechoty, która w tych walkach straciła 1300 ludzi. Rumuni rzucili się do panicznej
ucieczki i dopiero interwencja bombowców nurkujących Luftwaffe ustabilizowała linię frontu.
I na tym właściwie zakończył się tak ważny dla Antonescu rumuński szturm na Odessę. Punkt
zwrotny w tych zmaganiach nastąpił kilka dni później, 29 września, gdy wojska von Mansteina
ostatecznie dotarły na Krym, co zmusiło STAWKĘ do zarządzenia ewakuacji Odessy. (Generał
Erich von Manstein wcześniej dowodził korpusem pancernym na północy, na froncie pod
Leningradem, a następnie dostał awans na dowódcę 11. Armii. Poprzedni jej dowódca, von
Schobert, zginął, gdy jego lekki, trzymiejscowy samolot łącznikowy typu Fieseler Storch
pomyłkowo wylądował na polu minowym. Śmierć poniósł wtedy również pilot). Sowieci
przeprowadzili pozorowany kontratak, aby odwrócić uwagę przeciwnika od przygotowań do
ewakuacji. Równocześnie opuszczali miasto, z którego udało im się wycofać ogółem 86 000
żołnierzy, a także większość ciężkiego sprzętu wojskowego, który pozostał jeszcze w Odessie.
Gdy Iacobici rozpoczął 12 października kolejną rumuńską ofensywę, sowieckie jednostki
już opuszczały miasto. Tym razem aż 17 rumuńskich dywizji rzucono do szturmu, a te w końcu
zaczęły zdobywać teren, kiedy Sowieci wycofywali się ku miejscu zaokrętowania, w głównym
porcie. Cztery dni później było już po wszystkim. 16 października o 16.00 czołgi
zmechanizowanej Grupy „Eftimiu” stanęły na opustoszałym odeskim nabrzeżu, gdy ostatnie
sowieckie transportowce z wojskiem znikały na horyzoncie. (Grupę „Eftimiu” sformowano po
katastrofie koło miejscowości Karpowo z najlepszych pododdziałów rumuńskiej 1. Dywizji
Pancernej; przydzielono jej 20 ocalałych czołgów R-2, batalion piechoty zmotoryzowanej, 2
baony artylerii i kompanię dział przeciwpancernych. Nazwano ją od nazwiska jej dowódcy,
podpułkownika Iona Eftimiu, który z czasem został szefem sztabu rumuńskiego Korpusu
Kawalerii, a zakończył wojnę w randze generała brygady; dowodził 6. Dywizją Kawalerii).
Bitwa o Odessę ostatecznie dobiegła końca po dwóch miesiącach zaciekłych walk.
Dla Rumunii walka o Odessę okazała się przełomowym wydarzeniem w tej wojnie.
Zmagania o miasto, przyćmione w powszechnej świadomości katastrofalnymi dla strony
sowieckiej stoczonymi w tym samym czasie wielkimi bitwami w kotłach pod Humaniem
i Kijowem, były mimo wszystko ważne, gdyż ten jedyny raz w wojnie niemiecko-sowieckiej
zdobycie ważnego celu militarnego powierzono wojskom sojusznika Rzeszy. Rumuni oblegali
i zdobyli jedną z najważniejszych baz morskich Związku Sowieckiego. Wyeliminowali z walki
ponad 40 000 nieźle wyszkolonych żołnierzy nieprzyjaciela, zniszczyli wiele dział polowych
i przeciwpancernych, a także zestrzelili ponad 150 samolotów WWS. Jednakże cena tego sukcesu
była zatrważająco wysoka. Utracono jedną trzecią całej rumuńskiej armii lądowej na froncie
wschodnim: 17 729 żołnierzy zginęło, 11 471 zaginęło, a 63 345 odniosło rany. Straty w sprzęcie
wojskowym były równie kolosalne. Rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej ubyły: batalion czołgów,
niemal 100 cennych dział oraz ok. 1200 karabinów maszynowych. Także rumuńska Bojowa
Grupa Powietrzna uległa zdziesiątkowaniu.
Ponadto 4. Armia jako samodzielny, zdolny do działań bojowych związek operacyjny
została bardzo osłabiona i właściwie pozbawiona kadry dowódczej, niezbędnej do prowadzenia
wojny. Na początku sierpnia armia ta miała 4821 oficerów; do 16 października połowa z nich
zginęła lub odniosła rany. Wśród ofiar byli Gheorghe Ionescu, dowódca 6. Pułku Artylerii, zabity
z broni maszynowej podczas koordynowania ostrzału prowadzonego przez jego dział, Dumitru
Orasanu, dowodzący grupą bojową, który poniósł śmierć podczas nalotu powietrznego, Caton
Sorescu, dowódca 8. Pułku z Vânători, który zmarł z powodu ran odniesionych w trakcie
prowadzenia żołnierzy do ataku, oraz Alexandru Toparlan, dowódca 23. Pułku Piechoty, poległy
w czasie przeciwnatarcia – wszyscy w stopniu brygadiera. Zginęli również: Raul Halunga,
pułkownik z 10. pułku z Vânători, trafiony odłamkiem artyleryjskim, pułkownik Mihail Nasta,
zastępca dowódcy 21. Dywizji Piechoty, poległy w czasie szturmu prowadzonego przez 12. Pułk
Strzelecki, oraz podpułkownik Alexandru Popisteanu, dowódca 7. Grupy Myśliwskiej,
zestrzelony w walce powietrznej nad Odessą. Nie chodziło jedynie o straty wśród oficerów
wysokiej rangi; dywizje wojsk lądowych utraciły wielu młodszych oficerów, dowodzących
plutonami, kompaniami i batalionami, takich jak podporucznik Marius Dumitrescu, który zginął
wraz z większością żołnierzy swojego plutonu w czasie ataku na bagnety na stację kolejową
w Karpowie. Kilka miesięcy wcześniej Dumitrescu ukończył, jako najlepszy kadet na roku,
Szkołę Oficerów Piechoty. Z jego rocznika czterech innych absolwentów tej uczelni poległo albo
odniosło rany pod Odessą.
Częściowo w uznaniu nadzwyczajnej dzielności, wykazanej podczas wspomnianego
oblężenia, lecz niewątpliwie również w próbie odwrócenia uwagi od straszliwych strat własnych
przyznano bardzo wiele medali i innych odznaczeń. Wszyscy wymienieni wcześniej oficerowie
i wielu innych otrzymali pośmiertnie Order Michała Walecznego, a w Kiszyniowie i Bukareszcie
odbyły się defilady zwycięstwa. Niemców reprezentował na tych uroczystościach feldmarszałek
Wilhelm Keitel, który pogratulował Antonescu zwycięstwa, ale zaraz potem skrytykował
nierówny krok marszowy defilujących rumuńskich żołnierzy! Liczne odznaczenia i parady nie
były w stanie przesłonić szkód, jakie bitwa o Odessę wyrządziła Rumunom.
Faktyczne straty być może nie były aż tak nieodwracalne i ciężkie, jak się to na pozór
wydawało. Ponad rok później w zamieszaniu po walkach nad Donem Michele Lubescu,
rumuński sierżant saperów, uznany oficjalnie za „zaginionego, prawdopodobnie poległego” pod
Odessą, został zaaresztowany na niemieckich tyłach przez niejakiego Gieorgija Fiodorowicza,
kozackiego oficera służącego w Wehrmachcie. Historia Lubescu zasługuje na miano co najmniej
osobliwej. Wyróżniony za dzielność w walkach koło Odessy, uznał, że ma dość wojny; zakochał
się w miejscowej dziewczynie i zdezerterował. W jego jednostce, nieustannie ponoszącej straty,
uznano, że zginął od ognia artylerii, wybuchu miny lub z rąk partyzantów, i wciągnięto go na
listę ofiar. Lubescu stał się, by tak rzec, „wolny”, ale musiał coś jeść, więc wpadł na chytry
pomysł. Zebrawszy kilku innych dezerterów, byłych żołnierzy 4. Armii, udawał zwykłego
sierżanta, doprowadzającego swoich podwładnych do jednostki, i dopraszał się o prowiant
w oddziałach tyłowych. Sprawdzało się to aż do czasu katastrofy nad Donem. Wtedy Lubescu
przekształcił swą działalność w całkiem dochodowe przedsięwzięcie. Wielu zbiegłych
z pierwszej linii żołnierzy błąkało się na tyłach frontu, a Lubescu nakłaniał tych bardziej
„zaradnych” do przyłączenia się do swojej grupy, która znacznie się powiększyła, zasilona przez
kolejnych Rumunów, pewną liczbę Włochów i Węgrów, a nawet Niemców, uciekających przed
sowiecką ofensywą zimową. Docierał do kolejnych magazynów i składów na zapleczu. Lubescu
meldował się tam najstarszemu rangą oficerowi, któremu oznajmiał, że dostał rozkaz zebrania
tych oto ludzi i odstawienia ich do macierzystych jednostek. Zdobył nawet nieco papieru
listowego z pieczątką 4. Armii, na którym podrabiał pisemne rozkazy. Nikt nie zadał sobie trudu,
żeby sprawdzić autentyczność tych oficjalnie wyglądających, opatrzonych pieczęciami
dokumentów. „Przedsiębiorczemu” sierżantowi wydawano wszystko, o co prosił – zwykle było
to znacznie więcej racji prowiantu, niż przysługiwało 70 żołnierzom – i wyprawiano go w dalszą
drogę. Dzięki temu on i jego ludzie dobrze jedli, niektórzy najadali się do syta po raz pierwszy od
wielu tygodni. Lubescu przehandlowywał resztę zapasu żywności wygłodniałym miejscowym,
i nie najgorzej na tym zarabiał. Wreszcie szczęście przestało mu sprzyjać. Zabrano go na
posterunek niemieckiej żandarmerii polowej, jego ludzi odesłano z powrotem do armii, do
których należeli. Lubescu został wydany władzom rumuńskim, aby te go osądziły. Załączono
następującą adnotację: „Sierżant Lubescu oczekuje na wyrok rumuńskiego sądu wojskowego
w Mariupolu. Ciąży na nim także zarzut samowolnego przypisania sobie funkcji dowódcy
oddziału”.
Można tylko podziwiać tupet Lubescu w warunkach wojny, do której on i wszyscy jego
ziomkowie odnosili się coraz bardziej niechętnie. W całej Rumunii, kiedy ogłaszano nazwiska
poległych i rannych w walkach koło Odessy, zaczęto pytać, po co dalej bić się z Sowietami,
skoro zagrabione przez tych ostatnich ziemie już wyzwolono. Nawet król Michał pisał: „Odessa
była prawdopodobnie ważnym punktem strategicznym na mapie wojennej, ale nie na naszej
mapie, tylko na niemieckiej”.
Młody monarcha już wcześniej żywił wątpliwości co do sensu tej wojny (kiedy w lipcu
odwiedził Czerniowce i zatrwożył go brak miejsc dla rannych żołnierzy w placówkach
szpitalnych). Jego niechęć wzmogła się jeszcze, gdy stał u boku zimnego i wyzutego z ludzkich
uczuć Antonescu na jednym ze wzniesień w Besarabii i patrzył, jak szeregi atakującej rumuńskiej
piechoty były dziesiątkowane przez ogień sowieckiej artylerii podczas natarcia prowadzonego
siłami dywizji. Po Odessie zaczął coraz pilniej szukać sposobu wyprowadzenia swojego kraju
z udziału w wojnie.
Czas refleksji

Gdy Ostheer parły dalej na wschód po pierwszej fazie uderzenia na ZSRS, panowało
wrażenie, że sojusznicy Niemiec z Osi znaleźli się po odpowiedniej stronie konfliktu: Wehrmacht
odnosił kolejne błyskotliwe zwycięstwa, miliony sowieckich żołnierzy szły do niewoli –
wygranie wojny i uczestniczenie w podziale łupów mogły się wydawać tylko kwestią czasu. Ale
w tym przypadku pozory myliły.
Burzowe chmury zbierały się jeszcze przed bitwą o Odessę, która doprowadziła do
zdziesiątkowania największego kontyngentu wojskowego wystawionego do batalii na wschodzie
przez sprzymierzeńców Rzeszy. Narastały straty w źle wyekwipowanych i często słabo
wyszkolonych i marnie dowodzonych wojskach sojuszników Niemiec. Nawet masy jeńców,
czerwonoarmistów, skazanych na nędzę, a nierzadko i zagładę w niemieckiej niewoli, nie mogły
przesłonić rażących niedoborów, tak widocznych w rumuńskich, węgierskich, włoskich
i słowackich formacjach frontowych. Gdy widoki na szybkie ostateczne zwycięstwo zaczęły się
oddalać, w państwach Osi uznano, że czas na zastanowienie. Ich zaangażowanie we „wspólną
sprawę” na wschodzie osłabło.
Zanim najmroźniejsza zima od 150 lat zastała Ostheer na froncie pod Moskwą, Węgrzy
już zdążyli wycofać do kraju Korpus Szybki i pułk lotniczy. Słowacy uczynili to samo z ponad
połową swoich sił wojskowych. Po Odessie Rumuni do pewnego stopnia poszli za tym
przykładem, gdy wycofali z frontu na odpoczynek i dla uzupełnienia sprzętu niedobitki Bojowej
Grupy Powietrznej oraz kilka dywizji. Wśród wspomnianych jednostek znalazły się sławna
Dywizja Gwardii pod dowództwem Nicolae Sovy – która miała już nie wrócić na front – oraz
rumuńska 1. Dywizja Pancerna – ta później weszła z powrotem do walki. Po załadunku tych
wojsk do pociągów przed daleką wyprawą na zachód jedynym sojuszniczym sprzętem
pancernym na całym froncie rosyjskim pozostało 12 PzKpfw 38(t) słowackiej Dywizji Szybkiej,
a także nieduża liczba tankietek i samochodów pancernych.
Jeśli chodzi o rumuńską 1. Dywizję Pancerną, to udział w planie „Barbarossa” był jej
chrztem bojowym. Pospiesznie utworzona, niemająca czasu na odpowiednie przeszkolenie
żołnierzy, odczuwająca dotkliwe braki w uzbrojeniu i innym wyposażeniu dywizja ta mimo
wszystko spisała się w walkach zadziwiająco dobrze. Od chwili opuszczenia w połowie czerwca
rumuńskiego ośrodka szkoleniowego wojsk zmechanizowanych w starym mieście Târgovişte na
Wołoszczyźnie przejechała ponad 3000 km, głównie po gruntowych i nieutwardzonych drogach,
w całej Rumunii i na południu Związku Sowieckiego. Przekroczyła dwie wielkie rzeki (w tym
jedną pod ostrzałem) i wiele pomniejszych dopływów. Operowała jako czołówka zarówno 3., jak
i 4. Armii.
Uderzenie na południe, z Bukowiny na Besarabię, podczas operacji „München” okazało
się rozstrzygającą i sprawnie przeprowadzoną akcją zaczepną, która zdezorganizowała obronę
bitnej sowieckiej 9. Armii i doprowadziła do wyzwolenia Kiszyniowa. Po wkroczeniu na Ukrainę
z dobrym skutkiem wykorzystywała klasyczną taktykę blitzkriegu i nieomal udało się jej zdobyć
z marszu Odessę. Za te sukcesy przyszło zapłacić wysoką cenę. Jeśli chodzi o sprzęt, dywizja
straciła 260 pojazdów i aż 111 czołgów – prawie całe swoje podstawowe wyposażenie sprzed
planu „Barbarossa”. Dywizja weszła do walki, mimo że nie dysponowała odpowiednią liczbą
czołgów i motorowych pojazdów transportowych. Po walkach o Odessę sytuacja w tym
względzie przedstawiała się o wiele gorzej. Ponadto owa jednostka straciła 1300 ludzi, w tym aż
136 oficerów i podoficerów, przeszkolonych przez Niemców, których nie było kim zastąpić.
W Bukareszcie uznano, że dywizja potrzebuje gruntownej reorganizacji i uzupełnienia
wyposażenia, co miało ją zatrzymać w Rumunii prawie na dziesięć miesięcy.
Proces ten rozpoczęto od zmian w dowództwie. Przywrócony na stanowisko dowódcy
w październiku Sion musiał przełknąć gorzką pigułkę, gdyż w praktyce zdegradowano go do
funkcji zastępcy szefa jednostki; miał być podkomendnym wysokiego i milczkowatego Radu
Gherghe, wybranego na nowego dowódcę. Profesjonalista Sion pozostał w dywizji w nowej roli
do sierpnia, kiedy to powierzono mu dowodzenie 15. Dywizją Piechoty w 3. Armii Dumitrescu.
Gherghemu nie brakowało doświadczenia bojowego, bowiem dowodził 18. Dywizją Piechoty
w kampanii besarabskiej i w czasie oblężenia Odessy. Gherghe, zdolny, acz niezbyt błyskotliwy,
miał poprowadzić rumuńską 1. Dywizję Pancerną w bojach nad Donem i po jej zakończeniu.
Zanim jednak ich drogi się rozeszły, obaj generałowie wspólnie przeanalizowali przebieg
działań podczas realizacji planu „Barbarossa” i doszli do wniosku, że 1. Dywizja Pancerna
potrzebowała przede wszystkim radykalnych zmian w dwóch bardzo istotnych dziedzinach.
Pierwszą, najważniejszą, była poprawa mobilności całej jednostki. W dywizji było za mało
ciężarówek, ciągników, motocykli – faktycznie pojazdów wszelkiego typu. To należało zmienić,
co oznaczało ogołocenie innych rumuńskich związków taktycznych z obiecanego im sprzętu
motorowego. Po drugie, chodziło o wzmocnienie „siły uderzeniowej” dywizji, jaką stanowiły jej
czołgi. Francuskie R-35 okazały się zbyt powolne i za mało zwrotne jak na wymagania działań
bojowych nowoczesnych sił zmechanizowanych, a poza tym brakowało im dostatecznej siły
ognia, więc wyposażony w tego typu pojazdy 2. Pułk Pancerny „wycofano na tyły”
i przekształcono w dywizyjną jednostkę ćwiczebno-zapasową, stacjonującą na obszarze Rumunii.
Od tej pory 1. pułk stanowił jedyny liniowy pułk czołgów. I choć krok ten był rozsądny, to
zarazem doprowadził do zdecydowanego zmniejszenia ogólnej liczby wozów pancernych
w dywizji. Ponadto jedynym typem czołgu, którego Rumuni mieli wystarczającą liczbę do
wyposażenia pułku, był R-2. Przestarzały już w chwili rozpoczęcia planu „Barbarossa”, spisywał
się w niej względnie nieźle, choć zupełnie niespodziewane wprowadzenie do walki przez stronę
sowiecką potężnych T-34 i jeszcze cięższych czołgów z serii KW uwypukliło rozpaczliwą
słabość opancerzenia i siły ogniowej R-2. Wybuch wojny przyniósł wielkie przyspieszenie
w dziedzinie techniki wojskowej, a w rezultacie tego szybko pojawiały się nowe, większe
i cięższe wozy bojowe, silniej uzbrojone i chronione potężnymi pancerzami.
W 1939 roku standardowy czołg podstawowy większości armii świata miał masę mniej
więcej 8–9 t i był uzbrojony w działo kal. 37 mm. Na początku 1942 roku typowy czołg średni
ważył już 20 t i miał armatę 75-mm (lub podobnego kalibru). W 1943 roku na polach walki
pojawiły się już czołgi o masie do 43 t, z działami kal. 88 mm.
Niemcy także wykorzystywali PzKpfw 35(t), np. 6. Dywizja Pancerna Wehrmachtu
przystąpiła do planu „Barbarossa” ze 160 czołgami tego typu. W październiku, kiedy rumuńskie
R-2 walczyły pod Odessą, dowódca wspomnianej dywizji, generał Wilhelm Ritter von Thoma,
tak pisał o tych wozach bojowych: „Przeciętny dystans przejechany przez moje PzKpfw 35(t)
wynosi 12 500 km. Problemy dotyczące napraw czołgów PzKpfw 35(t) są dobrze znane; można
je przeprowadzać wyłącznie rozmontowując inne czołgi, bo części zamiennych już nie ma.
Oznacza to, że po ściągnięciu wszystkich czołgów z okolicy można naprawić maksymalnie
dziesięć z czterdziestu jeden zgłoszonych jako wymagające napraw. Krótko mówiąc,
zdecydowana większość moich PzKpfw 35(t) nie nadaje się do naprawy albo remontu, gdyż
wszystkie ich części uległy zużyciu. W celach praktycznych można wykorzystać opancerzone
kadłuby”.
Von Thoma był oficerem Reichswehry (niemieckiej armii w latach Republiki
Weimarskiej) i pionierem broni pancernej. Zrobił świetną karierę w Panzerwaffe (niemieckich
siłach pancernych) i trafił do alianckiej niewoli w Afryce Północnej 4 listopada 1942 roku;
dowodził wtedy osławionym Deutsches Afrika Korps (Niemieckim Korpusem Afrykańskim). 6.
Dywizję Pancerną odesłano z frontu wschodniego do Francji po kampanii 1941 roku w celu
uzupełnienia jej wyposażenia, lecz rychło przerzucono ją znowu na wschód, gdzie stanowiła
czołówkę niemieckiego zgrupowania podczas nieudanej próby nadejścia z odsieczą niemieckim
wojskom pod Stalingradem.
Zacytowany powyżej werdykt przyczynił się do tego, że Niemcy pogodzili się
z nieuchronnym i wycofali z pierwszej linii zachowane PzKpfw 35(t). Rumuni nie mieli jednak
takiej możliwości i musieli walczyć takimi czołgami, jakimi dysponowali.
Mimo wszystko Gherghe i Sion zdołali skłonić Antonescu do tego, aby poprosił Berlin
o dostarczenie Rumunii ze swoich rezerw pewnej liczby samochodów pancernych i nieco
nowocześniejszych od PzKpfw 35(t) czołgów typu PzKpfw 38(t), również produkcji czeskiej,
a także udanych niemieckich PzKpfw III oraz jeszcze cięższych PzKpfw IV. Chcieli nimi
uzupełnić przestarzałe R-2. PzKpfw III miał armatę kal. 50 mm, a PzKpfw IV – działo kal. 75
mm, zdolne do zniszczenia sowieckiego T-34. Jednakże wobec tego, że niemal 3000 czołgów
Ostheer ugrzęzło w błotach i śniegach Rosji, prośba Rumunów nie mogła być szybko spełniona,
gdyż Wehrmacht rozpaczliwie dążył do odtworzenia, niemal od podstaw, swoich sił pancernych.
Z Berlina nadeszła więc odpowiedź – Rumunia musiała poczekać na czołgi.
W tej sytuacji przestarzałe już i słabo opancerzone R-2, z działem kal. 37 mm, w 1942
roku nadal stanowiły główny sprzęt rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej.
22. Dywizja Pancerna Wilhelma von Apella

Gdy rok 1941 zbliżał się do końca, na bardzo długiej liście militarnych zadań, planów
i celów Trzeciej Rzeszy znalazło się, przed spełnieniem próśb Rumunów, utworzenie kolejnych
jednostek pancernych. Należała do nich nowa 22. Dywizja Pancerna, którą dowodził Wilhelm
von Apell – jednostka, która dość przypadkowo miała odegrać wielką rolę w przyszłych losach
wojsk Osi na froncie rosyjskim, zwłaszcza w dziejach bojowych rumuńskiej 1. Dywizji
Pancernej.
Kadra oficerska sformowanej we wrześniu 1941 roku 22. Dywizji Pancernej składała się
głównie z Niemców pochodzących z Frankonii. Wśród szeregowych przeważali mieszkańcy
Nadrenii i Austriacy. Dywizji, organizowanej na terenie okupowanej Francji, brakowało nowego
sprzętu, gdyż przydzielono jej przede wszystkim zdobyczne pojazdy armii francuskiej. Jeszcze
gorsze było to, że dostąpiła nader wątpliwego zaszczytu bycia ostatnią niemiecką wielką
formacją pancerną wyekwipowaną w PzKpfw 38(t) czeskiej konstrukcji i produkcji.
Zdecydowano się na to, choć wspomniany typ czołgu nie popisał się podczas planu „Barbarossa”,
w której wojska Osi użyły ich 772 (co stanowiło ponad jedną piątą wszystkich czołgów w siłach
inwazyjnych). Poniższy raport niemieckiej 1. Dywizji Pancernej z Turyngii, sporządzony po
jednej z walk, daje świadectwo niedostatków czołgów owego typu: „[…] nasze kompanie
otworzyły ogień z odległości ok. 80 m, ale okazał się nieskuteczny i […] bardzo szybko
znaleźliśmy się w odległości od 50 do 100 m [od nieprzyjaciela]. Doszło do gwałtownej
wymiany ognia, ze strony niemieckiej bez zauważalnego skutku. Rosyjskie czołgi kontynuowały
natarcie, a wszystkie nasze pociski przeciwpancerne po prostu odbijały się od nich”.
Nie trzeba wyjaśniać, że żołnierze trzech wyposażonych w PzKpfw 38(t) batalionów 204.
Pułku Pancernego dywizji von Apella, a także dwóch dwubatalionowych pułków grenadierów
pancernych, 129. i 140., nie odnieśli się z entuzjazmem do tego sprzętu. Do dywizji przydzielono
kilka baterii legendarnych, zabójczo skutecznych 8-cm Flugzeugabwehrkanone (armat plot. kal.
88 mm) w składzie baonu przeciwlotniczego. Działo, opracowane z myślą o zwalczaniu
samolotów operujących na znacznym pułapie, rychło stało się uniwersalnym orężem niemieckich
sił zbrojnych. Potężne i celne, było w stanie zniszczyć prawie każdy typ nieprzyjacielskiego
czołgu z odległości ponad półtora kilometra.
Cztery miesiące później, gdy śnieg już topniał na francuskiej prowincji, dywizja ta nadal
nie było gotowa do walki, a w raporcie na temat jej stanu i wartości bojowej zwrócono uwagę na
jej niedostateczne wyszkolenie, gdyż nie odbyły się żadne ćwiczenia z jej udziałem na szczeblu
dywizyjnym. W normalnych warunkach oznaczałoby to nieprzygotowanie 22. Dywizji do działań
bojowych, lecz w styczniu 1942 roku sytuacja w niemieckiej armii lądowej była daleka od
„normalnej”. Żołnierze, którzy wcześniej podbili Polskę, część Skandynawii, Holandię, Belgię
i Francję oraz wygrali letnie batalie w Rosji i na Ukrainie, do tego czasu zginęli albo leżeli
w szpitalach. Tak więc pod koniec lutego 22. Dywizja Pancerna została załadowana we Francji
do wagonów kolejowych i wyruszyła na wschód.
1 Grupę Armii C przemianowano na Heeresgruppe Nord (Grupę Armii Północ), a Grupę
Armii A na Heeresgruppe Süd (Grupę Armii Południe).
Rozdział 4

Klęska Ostheer (zima przełomu 1941 i 1942 roku)

Zima z 1941 na 1942 rok miała przynieść katastrofę wojskom niemieckim na froncie
wschodnim. Była to klęska, z której nie otrząsnęły się już ani Trzecia Rzesza, ani też armia tego
kraju. Generał Guderian, współtwórca Panzerwaffe, znany jako der schnelle Heinz („szybki
Heinz”), stwierdził w owym czasie: „Tylko ktoś, kto widział bezkresne rosyjskie śniegi w czasie
tej nieszczęsnej dla nas zimy i poczuł lodowaty, hulający nad nimi wiatr, może naprawdę ocenić
wypadki, które się wtedy rozegrały”.
OKW uznało, że Związek Sowiecki zostanie pokonany, nim spadnie śnieg, więc
zawczasu zamówiło odzież zimową dla zaledwie 20 procent żołnierzy wojsk inwazyjnych;
przecież kampania ta miała się rozstrzygnąć szybko, a tylko względnie nieliczne siły były
potrzebne do likwidowania pojedynczych gniazd oporu oraz do zadań okupacyjnych. Kiedy
złudzenia się rozwiały, formacje Wehrmachtu znalazły się pośród mrozów na otwartych polach
blisko obrzeży Moskwy. Ponad 100 000 żołnierzy zostało okaleczonych wskutek odmrożenia,
a ok. 14 000 z nich musiano amputować jedną z kończyn.
Guderian raportował nawet, że jego ludzie umierają z zimna, gdyż z powodu
wypróżniania się w śniegu dochodziło do przemarzania odbytu.
STAWKA chciała to wykorzystać. Rzuciła całe rezerwy do potężnych przeciwuderzeń,
które nie tylko ocaliły Moskwę, ale prawie rozbiły całą nieprzyjacielską armię inwazyjną.
W obliczu zagrażającej katastrofy i wbrew naleganiom swoich generałów Hitler rozkazał
żołnierzom nie cofać się, tylko wytrwać wśród śniegów. Rozkaz ten bez wątpienia uchronił
Niemców przed całkowitą klęską, lecz stworzył też groźny precedens; oto bowiem Führer uznał
się za militarnego geniusza, a swoją generalicję – za pozbawioną cechujących jego
„narodowosocjalistycznego zapału i polotu”. Niektórzy z niemieckich feldmarszałków
i generałów okryli się wieczną niesławą, gdy przyznali mu rację, i przez następne trzy lata coraz
częściej ulegali jego woli w kwestiach wojskowych, choć Hitler był w tych sprawach
w najlepszym razie amatorem, pojmującym różne zagadnienia w sposób nader uproszczony –
z fatalnymi konsekwencjami dla żołnierzy Wehrmachtu.
Pełen pogardy dla tego, co uważał za ułomność czołowych dowódców swoich wojsk
lądowych, Hitler zdymisjonował wszystkich trzech dowódców niemieckich grup armii na froncie
wschodnim – von Leeba, von Bocka i von Rundstedta. Von Bock objął z czasem komendę nad
Heeresgruppe Süd (Grupa Armii Południe), kiedy następca von Rundstedta, Walter von
Reichenau, zmarł nagle na atak serca. Niemal z dnia na dzień odrzucono stuletnie tradycje
niemieckiej myśli militarnej. Wspomniana czystka nie ograniczyła się do najwyższych dowództw
i objęła również generałów, takich jak Hoeppner, a także dowódców niektórych dywizji
i jednostek niższych szczebli. Jak gdyby za mało było niezliczonych grobów żołnierskich
i rannych w lazaretach polowych. Wymierzono kolejny cios, przesądzający o przyszłości
Ostheer.
Zimowe zmagania okazały się dla Niemców punktem zwrotnym w wojnie, który wywarł
jakże poważny wpływ również na losy sojuszników Rzeszy z Osi. Oczywiście Hitler od początku
ingerował w decyzje o charakterze militarnym, lecz od 1942 roku to wtrącanie się zaczęło się
przeistaczać w wydawanie przezeń rozkazów pojedynczym jednostkom frontowym, co wielce
utrudniało prowadzenie działań wojennych Niemcom i ich sprzymierzeńcom, a także miało się
znacznie przyczynić do ostatecznej zagłady Ostheer.
Rok 1941 okazał się w gruncie rzeczy czasem cennych lekcji. Dla Armii Czerwonej był to
annus horribilis, który dowiódł Stalinowi, że powinien powstrzymać komisarzy politycznych
przed przeszkadzaniem w podejmowaniu większości decyzji militarnych i zdać się na
doświadczenie zawodowego korpusu oficerskiego. Hitler postąpił dokładnie na odwrót. Führer,
do tego czasu wytrawny polityk i orator, stopniowo zaczął się coraz bardziej uważać za
nieomylnego naczelnego wodza niemieckiej armii, za co coraz rzadziej występował publicznie
i wygłaszał niewiele przemówień. (Od 1933 roku, w którym objął urząd kanclerza Niemiec,
corocznie przemawiał publicznie setki razy, ale w 1940 uczynił to zaledwie siedmiokrotnie).
Kiedy zwycięska Armia Czerwona ostrzeliwała Berlin wiosną 1945 roku, łatwo było ocenić,
który z dyktatorów wyciągnął właściwe wnioski.
Albert Speer i przyspieszenie programu zbrojeń

Pomijając sprawę polityki i strategii kanclerza Rzeszy oraz poczynań różnych sztabów
wojskowych, sytuacja Ostheer wydawała się rozpaczliwa, kiedy na froncie wschodnim nastała
wiosenna odwilż. Śnieg stopniał i nadeszły roztopy: wszystko przeobraziło się w grząskie błoto,
które zapewniło wyczerpanym wojskom osi jakże im potrzebną dwumiesięczną przerwę
w działaniach wojennych.
Znacznie dalej na północy ustały nawet krwawe zmagania w kotle pod Demiańskiem. Ta
chwila wytchnienia nastała w samą porę dla Niemców, którzy stracili mnóstwo ludzi i sprzętu.
Zestawienia i statystyki były nader deprymującą lekturą dla Hitlera i jego nowo mianowanego
ministra uzbrojenia – czyli człowieka odpowiedzialnego za zastąpienie całego utraconego na
froncie wyposażenia wojskowego – architekta Alberta Speera. Nazistowskie Niemcy były
przygotowane do krótkich kampanii błyskawicznych, a nie długotrwałej wojny, a teraz, jak
oznajmiono Hitlerowi, właśnie takiej wojny należało się spodziewać. Krótko mówiąc,
gigantyczne wojska rzucone przeciwko Związkowi Sowieckiemu poprzedniego lata w zasadzie
przestały istnieć. Straciły bowiem prawie 80 procent swoich pojazdów gąsienicowych, 50 procent
pojazdów kołowych i wozów konnych oraz 40 procent dział przeciwpancernych. Co gorsza,
odgrywające główną rolę w walkach siły Panzerwaffe skurczyły się z ok. 3500 do zaledwie 160
w pełni sprawnych czołgów. Nie chodziło zresztą jedynie o brak odpowiedniej broni; nawet
gdyby ta była dostępna, to Niemcy nie mieli czym strzelać, gdyż zapasy amunicji spadły do
zaledwie 33 procent w stosunku do tych z czerwca 1941 roku. Z kolei wszystkie sowieckie
fabryki, ewakuowane w 1941 roku i przetransportowane na wschód, za Ural, podjęły pracę pełną
parą i dostarczały Armii Czerwonej 250 mln t amunicji – czterokrotnie więcej niż w okresie
sprzed planu „Barbarossa”.
Wszystko to nastręczało poważne problemy Niemcom i ich sprzymierzeńcom, jednak
miało stosunkowo niewielkie znaczenie w porównaniu z kwestią znacznie trudniejszą do
rozwiązania niż wszystkie pozostałe – rozpaczliwym niedostatkiem zasobów ludzkich. Do końca
lutego na froncie wschodnim zginęło ok. 400 000 Niemców, a do tych strat należało doliczyć
836 000 rannych i chorych żołnierzy oraz 46 000 zaginionych, najprawdopodobniej zabitych.
Prawie 500 000 kolejnych znalazło się w niewoli, w obozach jenieckich i łagrach. Niemiecki
Sztab Generalny oceniał, że spośród 160 dywizji Wehrmachtu w Rosji tamtej zimy tylko 8
nadawało się do przeprowadzenia jakichkolwiek działań zaczepnych.
Nawet kraj tak duży jak Niemcy nie był na tyle ludny, aby uzupełnić kolosalne straty.
Wprawdzie Sowieci ponieśli dużo większe ofiary (aż 4,3 mln żołnierzy – czyli w praktyce całą
swoją armię lądową na zachodzie państwa z pierwszych dni planu „Barbarossa”), to jednak
Związek Sowiecki był 46 razy większy od nazistowskich Niemiec pod względem obszaru i miał
190-milionową ludność, z czego ponad 16 mln stanowili mężczyźni w wieku poborowym.
Z końcem 1941 roku Kreml zdołał powołać pod broń 9 mln młodych ludzi, a przy tym nie
wyczerpał jeszcze swoich możliwości w tym zakresie. Sowieci rozporządzali takimi rezerwami
ludzkimi, że na początku 1942 roku Armia Czerwona faktycznie okazała się potężniejsza
liczebnie niż pół roku wcześniej.
Plany na 1942 rok

Po raz pierwszy w czasie tej wojny powstrzymano niezwyciężony wcześniej Wehrmacht.


Pomimo niemieckich zwycięstw pod Kijowem, Wiaźmą, Humaniem i innych miejscach Związek
Sowiecki nie rozpadł się. OKW musiało teraz podjąć przygotowania do drugiego roku kampanii
na wschodzie. Cel był jasny – ponowne zaatakowanie i pobicie Armii Czerwonej i pomyślne
zakończenie operacji rozpoczętej rok wcześniej. Zasadnicze pytanie brzmiało: Gdzie uderzyć
i jakimi siłami?
Człowiek, który podejmował te doniosłe decyzje w imieniu swojego kraju, siedział
posępny w Berghofie – swojej wzniesionej na szczycie góry willi w Berchtesgaden w bawarskich
Alpach. STAWKA, podobnie zresztą jak większość niemieckiej generalicji i sztabowców,
przypuszczała, że Hitler powtórzy operację „Tajfun” i uderzy bezpośrednio na Moskwę,
sowiecką stolicę i centrum władzy politycznej, a także wielki węzeł komunikacyjny i kompleks
wojskowo-przemysłowy. Twierdzono, że zdobycie Kremla doprowadzi do upadku Związku
Sowieckiego. Jednak ten argument nie zdobył posłuchu u Hitlera. W odróżnieniu od oficerów
z dowództwa Wehrmachtu nie przeszedł on formalnego stażu sztabowego i zawsze zdawał się na
swój „niekonwencjonalny geniusz” w wydawanych osądach. Właśnie ów „geniusz” (choć
„obsesja” byłaby tu zapewne trafniejszym określeniem) w coraz większym stopniu sprzyjały
Stalinowi i zachodnim aliantom. Na wiosnę 1942 roku główna uwaga Hitlera skupiła się na
kwestii zdobycia sowieckich złóż ropy naftowej.
W tamtym czasie, podobnie jak obecnie, wojska lądowe, siły powietrzne i marynarki
wojenne zużywały mnóstwo paliw, wytwarzanych z nafty. Ropa była ważna dla wojska już od
czasów rewolucji przemysłowej. Nieustanna mechanizacja działań wojennych wiązała się z tym,
że zapotrzebowanie walczących stron na ten surowiec wzrosło dziesięciokrotnie w ciągu nieco
ponad dwóch dekad, od 1918 do 1942 roku. Dla alianckiej koalicji dostęp do złóż ropy naftowej
nie stanowił problemu. Zarówno USA, jak i Związek Sowiecki miały ogromne rezerwy tego
surowca, a Brytyjczycy korzystali z zasobów na Bliskim Wschodzie. W przypadku Osi było
inaczej. W Niemczech nie było ani jednego szybu naftowego, więc kraj ten nie miał wyboru
i musiał szukać innych źródeł paliw, zanim pieczołowicie gromadzone rezerwy strategiczne
ulegną wyczerpaniu. Jednym z rozwiązań było wykorzystywanie „syntetycznych olejów
napędowych”, produkowanych głównie z węgla (którego Niemcy miały pod dostatkiem), ale za
sprawą wielkich nakładów i tylko przez kilka zakładów w całym kraju. Oczywiście Niemcy
mogli korzystać z rumuńskich pól naftowych koło Ploeszti, które dostarczały paliwo
bezpośrednio Ostheer. Jednakże Speer – który szybko wykazał się wielkim talentem
organizacyjnym i przejął nadzór nad produkcją wojenną w Rzeszy – nie ukrywał w rozmowach
z Hitlerem, że niemieckie rezerwy ropy były niebezpiecznie małe i mogły wystarczyć na
zaspokojenie potrzeb kraju najwyżej na kolejny rok. Ten architekt, który awansował na
zwierzchnika niemieckiego przemysłu wojennego, przedstawił dane statystyczne, a z tychże
wynikało, że nawet Rumunia nie może dostarczyć Niemcom dostatecznie dużo paliw, więc Hitler
skierował swoją uwagę na liczne szyby naftowe, rafinerie i platformy wydobywcze w rejonie
Groznego, Majkopu i Baku na sowieckim Kaukazie – na obszarach dzisiejszych Czeczenii
i Azerbejdżanu. Te roponośne tereny zasilały wielkie ośrodki produkcji przemysłowej na
południu Rosji, w dolinie Wołgi i Zagłębiu Donieckim. Zdobycie ich zapewniłoby
Wehrmachtowi potrzebne źródła paliwa, jednocześnie odcięłoby od nich Sowietów. (W 1942
roku łączne zużycie paliw przez Wehrmacht wyniosło 7 305 000 t; w samym Majkopie
wydobywano 2,5 mln t ropy rocznie, a azerskie pola naftowe wokół Baku dostarczyły aż 24 mln t
tego surowca). Cóż zatem mogło przynieść opanowanie Moskwy w porównaniu z tak cenną
zdobyczą? Hitler nie miał zamiaru powtórzyć błędu Napoleona i znaleźć się w spalonym Kremlu,
a przy tym nie osiągnąć nic realnego.
A więc klamka zapadła: Hitler się zdecydował. Przełomowa dla losów nazistowskich
Niemiec letnia ofensywa w 1942 roku miała na celu zdobycie pól naftowych na Kaukazie. Była
to śmiała decyzja, która zupełnie zaskoczyła STAWKĘ. Ostatecznie doprowadziła też do
nadmiernego rozciągnięcia wyczerpanych wojsk Wehrmachtu. Ponadto konkretne, taktyczne cele
owej ofensywy o kryptonimie Blau określono nazbyt niejasno. Od samego początku Niemcom
brakowało dostatecznych sił do jej przeprowadzenia. Setki tysięcy żołnierzy niemieckich
i z krajów sprzymierzonych z Rzeszą odnosiły początkowo sukcesy, lecz prowadziły natarcie na
rozległych, otwartych obszarach, w tym sektorze frontu, gdzie decydujące rozstrzygnięcie nie
mogło nastąpić. I chociaż niemieckim i austriackim Gebirgsjäger (strzelcom górskim) udało się
zdobyć Elbrus (najwyższy szczyt Kaukazu i w Europie), a niemieckie samochody pancerne
znalazły się w odległości zaledwie 70 km od ciepłych wód Morza Kaspijskiego, to niemiecka 6.
Armia przemaszerowała po z pozoru bezkresnych stepach, aby ostatecznie ulec zagładzie pod
Stalingradem. Do tego czasu Sowieci mieli zalać tonami betonu kaukaskie szyby naftowe, żeby
Niemcy nie mogli z nich korzystać. Ofensywa skończyła się fiaskiem, słabość Ostheer rychło
dała o sobie znać, a sojusznicy z Osi musieli wypełniać luki i wprowadzić do tej operacji aż
cztery armie polowe – ponad 750 000 ludzi, w tym swoich najlepszych żołnierzy. Zaangażowanie
tych wojsk, daleko słabszych od niemieckich pod względem liczebności, wyposażenia,
wyszkolenia i dowodzenia, mimo wszystko wymagało od tych krajów ogromnego wysiłku. To na
nie spadło zadanie strzeżenia flanek 6. Armii Friedricha Paulusa, walczącej pod Stalingradem.
Rozmieszczenie ich nad Donem, na południe i północ od płonącego Stalingradu, było
katastrofalną w skutkach, ryzykowną zagrywką. Gdy linie zaopatrzeniowe sił Osi uległy
nadmiernemu rozciągnięciu, Sowieci przeprowadzili serię dobrze zaplanowanych
i zorganizowanych przeciwuderzeń, które doprowadziły do zamknięcia 6. Armii w okrążeniu,
a przy okazji do całkowitego rozbicia wojsk włoskich, węgierskich, rumuńskich i chorwackich.
Węgry i Rumunia nie otrząsnęły się z tej militarnej klęski aż do końca wojny.
Rozdział 5

Fall Blau

Powody rozpoczęcia operacji „Blau” przedstawiono 5 kwietnia 1942 roku w „dyrektywie


Führera nr 41”: „Zimowa batalia w Rosji zbliża się do końca. Nieprzyjaciel poniósł bardzo
ciężkie straty w ludziach i sprzęcie. W przedwczesnej próbie wykorzystania tego, co uznał za
początkowe sukcesy, zużył w czasie tej zimy większość rezerw, wydzielonych na późniejsze
operacje. […] A zatem celem operacji «Blau» jest zniszczenie tych zasobów ludzkich, które
pozostały Sowietom do stawiania oporu oraz pozbawienie ich w miarę możliwości
najważniejszego militarno-ekonomicznego potencjału [tj. zasobów ropy naftowej]”.
Wspomniane „zasoby ludzkie, które pozostały Sowietom do stawiania oporu” na południu
ZSRS, obejmowały w istocie aż 20 armii polowych (łącznie 83 dywizje piechoty i 20 dywizji
kawalerii oraz dodatkowych 12 brygad piechoty i 19 brygad pancernych; wypada zauważyć, że
sowiecka armia polowa odpowiadała mniej więcej siłą niemieckiemu korpusowi armijnemu).
Dowodzili nimi jedni z najlepszych oficerów stale odmładzanej Armii Czerwonej – np.
Konstanty Rokossowski i Nikołaj Watutin, obaj uważani za specjalistów od działań
manewrowych, a także Andriej Jeriomienko, mistrz w planowaniu operacji wojennych. Dowódcy
ci wyciągnęli odpowiednie wnioski z surowych lekcji roku 1941, a ponadto wykorzystali
tradycyjną i najskuteczniejszą w warunkach rosyjskich taktykę walki z najeźdźcą – oddawanie
pola dla zyskania na czasie, aby przeciwnik przeliczył się z siłami, i dopiero wtedy
wyprowadzenie silnego uderzenia.
Z perspektywy sojuszników Niemiec wybór przez Hitlera takich celów oznaczał przede
wszystkim przeniesienie głównego ciężaru działań bojowych Ostheer w 1942 roku do sektora
Grupy Armii Południe. Po zdymisjonowaniu von Rundstedta i śmierci jego sukcesora, von
Reichenaua, Hitler był zmuszony powierzyć dowodzenie tą grupą armii Fedorowi von Bockowi.
Führer podjął tę decyzję z ciężkim sercem, świadom tego, że feldmarszałek krytykował
niewłaściwe, jego zdaniem, przeprowadzenie planu „Barbarossa” przez Berlin: „Przez cały czas
domagałem się od Dowództwa Wojsk Lądowych [OKH] zgody na zaatakowanie chwiejącego się
nieprzyjaciela. Mogliśmy wykończyć przeciwnika już zeszłego lata. Mogliśmy całkowicie go
zniszczyć. W sierpniu ubiegłego roku droga do Moskwy stała otworem; można było wkroczyć do
bolszewickiej stolicy triumfalnie i przy letniej pogodzie. Naczelne dowództwo wojskowe naszej
ojczyzny popełniło straszliwy błąd, gdy zmusiło moją grupę armii [GA Środek] do zajęcia
pozycji obronnych w sierpniu zeszłego roku. A teraz wszyscy płacimy za tę pomyłkę” (cytat
z dziennika von Bocka).
Moritz Albrecht Franz Friedrich Fedor von Bock, którego matka miała rosyjskie korzenie,
był typowym sztywnym i wyniosłym pruskim arystokratą. Przezywany „Śmiertelnikiem”,
w związku z jego przeświadczeniem, że dla żołnierza najwyższy honor to zginąć za swój kraj
w bitwie, 62-letni von Bock był znakomitym taktykiem, lecz nie miał zmysłu strategicznego.
Często wygłaszał taką oto opinię: „Idealny żołnierz wypełnia swój obowiązek do końca, słucha
rozkazów bez myślenia i myśli tylko wtedy, kiedy ma taki rozkaz, a jedyne jego pragnienie to
ponieść zaszczytną śmierć na polu walki”.
Nomen omen, okazał się jedynym z feldmarszałków Hitlera, który zginął od
nieprzyjacielskiego ognia, gdy jego samochód ostrzelał samolot myśliwsko-bombowy
RAF-u niespełna tydzień przed końcem wojny. Jego żona Mally i jedyna córka także znajdowały
się w aucie i zginęły wraz z von Bockiem.
W istocie grupa armijna, nad którą komendę przejął von Bock, nie ucierpiała do tego
czasu w walkach tak bardzo jak jego GA Środek, podówczas dowodzona przez Günthera von
Klugego. Ponadto, w związku z decyzją o uderzeniu na Kaukaz GA Południe otrzymała
największe uzupełnienia w ludziach i sprzęcie. Wzmocniono ją dziesiątkami tysięcy żołnierzy,
a także armadami samochodów ciężarowych, całymi transportami amunicji oraz, co
najważniejsze, setkami nowych czołgów, które dopiero co opuściły fabryczne hale montażowe.
Zgrupowanie von Bocka okazało się tak potężne, że podzielił je na dwie „podgrupy armijne”:
Grupę Armii „B” w północnym sektorze, dowodzoną przez noszącego okulary arystokratę,
generała Maximiliana Marię Josepha Karla Gabriela Lamorala Reichsfreiherra von Wiechsa zu
Glon (znanego jako von Weichs), która składała się z niemieckich jednostek 6. Armii Friedricha
Paulusa, 2. Armii Hansa von Salmutha (wyłysiały von Salmuth później, w dniach alianckiej
inwazji na Normandię, dowodził 15. Armią we Francji; w słynnym filmie Najdłuższy dzień
z 1962 roku zagrał go znany niemiecki aktor Ernst Schröder, zapamiętany ze sceny gry w karty
w swojej kwaterze głównej w jednym z zamków w chwili desantu sprzymierzonych) oraz bardzo
groźnej 4. Armii Pancernej Hermanna „Papy” Hotha (czyli przemianowanej 3. Grupy Pancernej).
Grupa Armii A na południu dalej była dowodzona przez znanego z logicznego myślenia,
zdolnego stratega i taktyka, bawarskiego feldmarszałka Wilhelma Lista. Miała w swoim składzie
dwie całe niemieckie armie polowe, 11. i 17., oraz 1. Armię Pancerną (wcześniejszą 1. Grupę
Pancerną) pod komendą Ewalda von Kleista – doświadczonego dowódcę wojsk pancernych, choć
niedorównującego Guderianowi. Dowódca 11. Armii, Erich von Manstein, był zapewne
najzdolniejszym przedstawicielem generalicji w nazistowskich Niemczech pod rozkazami
feldmarszałka Lista. Pod jego rozkazami znajdował się też nowy rumuński oficer wysokiej rangi,
Constantin Constantinescu-Claps, który zastąpił Iacobiciego na stanowisku dowódcy 4. Armii –
ten ostatni wrócił do kraju i stanął na czele rumuńskiego Sztabu Generalnego.
Grupa Armii Południe – żołnierze i wyposażenie

W czerwcu von Bock miał pod swoimi rozkazami milion żołnierzy, ok. 1500 czołgów
i ponad 1600 samolotów. Było to w tym czasie najpotężniejsze zgrupowanie wojskowe
nazistowskich Niemiec. Siły te cechowały się jednak pewnymi poważnymi mankamentami.
Wbrew rozpowszechnionemu przeświadczeniu, że Wehrmacht składał się głównie
z formacji pancernych, w istocie przez całą wojnę jego „kręgosłupem” był żołnierz piechoty –
osławiony Landser. Ten niemiecki odpowiednik brytyjskiego „Tommy’ego”, francuskiego
„Poilu” czy rosyjskiego „Iwana” wywodził się zazwyczaj z jakieś nieznanej, prowincjonalnej
miejscowości; trafiał do regionalnej dywizji, w której przechodził znakomite, gruntowne
przeszkolenie wojskowe, otrzymywał porządną, sprawdzoną broń i był dowodzony przez
zawodowych, rutynowanych oficerów i podoficerów. Właśnie głównie dzięki takim żołnierzom
Trzecia Rzesza odnosiła błyskotliwe zwycięstwa w 1940 i 1941 roku. Aby operacja „Blau”
przyniosła sukces, Niemcy musieli zadbać o optymalne przygotowanie swoich wojsk. Komisje
poborowe pracowały pełną parą, a wiele niemieckich dywizji piechoty wycofano do Rzeszy po
zimowych zmaganiach, by uzupełnić ich kadry. Liczni z młodych rekrutów przeszli zaledwie
dwumiesięczne szkolenie – a nie sześcio- czy dziewięciomiesięczne jak ich poprzednicy. Co
gorsza, dotkliwie brakowało specjalistów, zwłaszcza łącznościowców, kierowców oraz
artylerzystów. Z powodu nieprzerwanych zmagań na linii frontu zaledwie co trzecią z dywizji
grupy armijnej von Bocka udało się przejściowo wycofać na tyły, do wyznaczonej na
odpoczynek i uzupełnianie sprzętu strefy wokół Dniepropietrowska, żeby tam zgrać ze sobą
oddziały rekrutów i zapewnić im nieodzowne przeszkolenie. (Wybrano do tego celu
Dniepropietrowsk, gdyż znajdowały się tam wielkie, przedwojenne poligony Armii Czerwonej,
a także niezbędne obiekty, takie jak koszary, strzelnice i zajezdnie). Podobne ośrodki na zapleczu
Grupy Armii Środek znajdowały się w okolicach Orszy, Mińska, Homla i Briańska, natomiast
Grupa Armii Północ, ów „ubogi krewny” w Ostheer, nie doczekała się nawet zorganizowania
takich placówek na tyłach swojego odcinka frontu. Tylko bardzo nieliczne z dywizji
wyznaczonych jako szpica grupy armii von Bocka otrzymały nowe pojazdy do przewozu
żołnierzy (Niemcy utracili aż 75 000 ciężarówek w czasie walk zimowych – zaległy one
w błotach, wśród śniegów i lodów lub zostały zniszczone przez nieprzyjaciela – a do zastąpienia
tych strat byli w stanie wysłać na front wschodni zaledwie 7500 nowych pojazdów,
wykorzystując nawet wielkie zapasy zdobycznego sprzętu armii francuskiej), lekkie wozy
terenowe i ciągniki, co odbyło się kosztem ogołocenia niemal wszystkich dywizji piechoty GA
Środek i GA Północ prawie z całego ich sprzętu motorowego, a także odebrania
zarekwirowanych wcześniej pojazdów francuskich niemieckim jednostkom obrony wybrzeża nad
Atlantykiem w okupowanych krajach zachodnioeuropejskich. Pomimo wszystkich rozpaczliwych
starań „uszy i oczy” GA Południe, czyli specjalnie szkolone baony rozpoznawcze, musiały odtąd
korzystać głównie z rowerów zamiast motocykli, samochodów pancernych i ciężarówek.
Jednostkom frontowym brakowało nawet koni, mimo intensywnych poszukiwań tych zwierząt
we wszystkich stajniach i na polach oraz pastwiskach w okupowanej Europie. Wiele formacji
drugiego rzutu nie miało nawet takiego transportu, a wobec tego piesze jednostki były powolne
i ociężałe.
Skutki rozkazu Hitlera z grudnia poprzedniego roku dla lotnictwa, przekazującego
wojskom lądowym dodatkowy sprzęt, odebrany flocie i siłom powietrznym, zaczynały dawać
o sobie znać. Po zajęciu wielkich obszarów Rosji, Europy, Afryki Północnej i tych w basenie
śródziemnomorskim, nie wspominając już o konieczności obrony przestrzeni powietrznej nad
Rzeszą, Niemcom z wielkim trudem udawało się skoncentrować gdziekolwiek większe siły
Luftwaffe. Sytuację pogarszały coraz bardziej odczuwalne niedobory paliwa lotniczego, tak
niezbędnego zwłaszcza jednostkom myśliwskim.
I choć wszystko było skrajnie niepokojące, to o największy ból głowy przyprawiał von
Bocka „klejnot w jego koronie”: stan potężnych dywizji pancernych.
„Gdzie są czołgi?”

Niemieckie grupy pancerne z pierwszych dni planu „Barbarossa” były wielkimi


związkami operacyjnymi, lądowymi „armadami” zdolnymi do przeprowadzania błyskawicznych
manewrów i zadawania silnych uderzeń. Czołgi, przeznaczone do szybkiego wdzierania się
w wyłomy w linii frontu, miały w miarę możności unikać bezpośrednich starć z przeciwnikiem,
a raczej łamać jego opór za sprawą atakowania szlaków zaopatrzeniowych oraz centrów
dowodzenia i łączności. Taki był zasadniczy cel działań formacji pancernych i w takiej roli
niezmiennie odnosiły one sukcesy. Jednakże Hitler i wielu z jego feldmarszałków i generałów nie
do końca popierali tę koncepcję. Woleli wykorzystywać czołgi tak jak w latach pierwszej wojny
światowej – jako mobilną artylerię, wspierającą masy piechoty. W istocie, w rozkazie nr 41,
dotyczącym operacji „Blau”, OKW zademonstrowało swą niezdolność i niechęć akceptacji
fundamentalnych zasad działań współczesnych wojsk pancernych: „Nie może dochodzić do tego,
aby prowadząc natarcie zbyt szybko lub zapędzając się za daleko, formacje pancerne
i zmotoryzowane utraciły kontakt z podążającą za nimi piechotą lub nie wykorzystywały okazji
do wsparcia prowadzącej ciężkie zmagania, atakującej piechoty […]”.
To zadziwiające zalecenie OKW, w istocie krępujące możliwości własnych wojsk
zmechanizowanych, wynikało po części z niespodziewanego pojawienia się poprzedniego lata na
froncie świetnych sowieckich czołgów T-34 i KW-1. Te sowieckie wozy bojowe, niewątpliwie
znakomite, wprawdzie nie pokonały sił inwazyjnych, niemniej jednak okazały się pożywką dla
tych w Berlinie, którzy powątpiewali w rzeczywistą „moc pancerza” i w niemałym stopniu
doprowadzili do katastrofalnego w skutkach rozwodnienia właśnie tego rodzaju wojsk lądowych,
który mógł zapewnić Niemcom zwycięstwo. Z perspektywy armii Hotha i von Kleista oznaczało
to radykalne osłabienie ich ofensywnego potencjału. Przykładowo: von Kleist przystąpił do
udziału w kampanii letniej 1942 roku na czele teoretycznie potężnych sił, złożonych z 15
dywizji, lecz tylko trzy z nich były formacjami pancernymi, a jedna – zmotoryzowaną; resztę
stanowiły typowe jednostki piechoty – siedem niemieckich i cztery rumuńskie. Z kolei Hoth, co
dość trudno zrozumieć, dysponował zaledwie czterema dywizjami (jedną pancerną, jedną
zmotoryzowaną i dwiema piechoty). „Pancerne pięści”, czyli zmechanizowane dywizje von
Bocka, które w momencie rozpoczęcia operacji „Blau” powinny mieć po ponad 200 czołgów,
w istocie dysponowały przeciętnie po 126, a jednostki zmotoryzowane – po 50. Większość
sprzętu stanowiły PzKpfw III i PzKpfw IV, przy czym zaledwie 133 z tych ostatnich było
uzbrojonych w nowe, długolufowe działo kal. 75 mm, zdolne do zniszczenia T-34. Wypada
dodać, że pomimo decyzji OKW o ich wycofaniu z użycia jako przestarzałych wozów bojowych
Niemcy nadal wykorzystywali sporą liczbę czołgów PzKpfw 38(t) – głównie w nowo
sformowanej 22. Dywizji Pancernej.
Jednego brakowało jeszcze dotkliwiej niż czołgów: paliwa. Cel zaplanowanej ofensywy
znajdował dobitne uzasadnienie w tym, że Niemcy nie byli w stanie dostarczyć swoim czołgom
wystarczająco dużo paliwa, aby zapewnić formacjom tych ostatnich nieskrępowaną swobodę
manewru. Słynny brytyjski teoretyk myśli wojskowej i historyk Basil Liddell-Hart tak pisał
o operacji „Blau”: „Niedostatek paliwa był decydującą przeszkodą w prowadzeniu tej ofensywy,
[…] a [niemieckie] dywizje pancerne czasami zatrzymywały się na kilka dni w oczekiwaniu na
dostawy zaopatrzenia”.
W rzeczywistości od samego początku operacji benzyna była na dobrą sprawę
racjonowana. Wraz z pogarszaniem się sytuacji na froncie w Berlinie rozpaczliwie wyczekiwano
wieści, że wreszcie udało się dotrzeć do pól naftowych na Kaukazie.
Wspomniane problemy niepokoiły niemieckich sztabowców, planujących operację
„Blau”. Nieustannie zadawali sobie pytanie, co robić dalej.
Przede wszystkim był potrzebny plan pokonania Armii Czerwonej. Określenie jego
teoretycznych założeń okazało się dość proste: wojska Hotha i von Salmutha miały wyruszyć
spod Kurska na wschód, w kierunku Woroneża nad Donem, by utworzyć mocne, północne
„ramię” ofensywy. Następnie Paulus winien wyprowadzić atak z Charkowa i dotrzeć nad Wołgę
w okolicy rozległego ośrodka przemysłowego, jakim był Stalingrad – choć wspomniany plan nie
przewidywał zdobywania tego miasta. Potem do walki miał wejść von Kleist i skierować się na
południe, ku Kaukazowi, a niejako „po drodze” siły GA Południe powinny okrążyć i zniszczyć
sowieckie armie między rzekami Don i Doniec w serii wielkich operacji zaczepnych.
W praktyce było to jednak nader trudne; odległości do przebycia były gigantyczne – setki
kilometrów rozległych, trawiastych stepów, ciągnących się aż do ośnieżonych szczytów
kaukaskich i brzegów ciepłych, błękitnych wód Morza Kaspijskiego. Jeden z żołnierzy
niemieckiej piechoty pisał w swoim dzienniku o potężnych, wyschniętych na wiór pustkowiach
na tamtych obszarach: „Na tym bezkresnym stepie nie ma lasów, w których można by się ukryć
przed samolotami, a przede wszystkim nie ma wody dla ludzi i koni”.
Sowieci mieli w tej części frontu trzykrotną przewagę nad Niemcami w liczbie żołnierzy
i podobną w samolotach, dwa razy więcej czołgów. Stale rośli w siłę, gdyż fabryki – sowieckie
i amerykańskie – dostarczały im mnóstwo sprzętu w bardzo szybkim tempie, a i jakość tego
wyposażenia się poprawiała. Weteran niemieckich Fallschirmjäger (formacji spadochronowych),
Wolfgang Langer, wspominał zdobyczny sowiecki moździerz 80-mm, wykorzystywany przez
jego kompanię: „[…] miał cieńszą lufę niż nasze moździerze 8-cm, ale za to dłuższą i mógł
strzelać o czterysta do pięciuset metrów dalej od naszych [moździerzy]. Mieliśmy rosyjską
amunicję do tych moździerzy, lecz pociski te nie były dobre: okazały się niecelne i nie donosiły,
więc używaliśmy niemieckiej amunicji. […] Ta rosyjska broń szczególnie nadawała się do
niszczenia celów punktowych. Zawsze trafialiśmy z nich trzecim albo czwartym strzałem”.
Obłąkańcze złudzenia, które miały w tak znacznym stopniu krzyżować plany
nazistowskich Niemiec w późniejszych latach wojennych, w tamtym czasie jeszcze nie zmąciły
zdolności dowództwa z Berlina do wydawania trzeźwych osądów. Zarówno w Kancelarii Rzeszy,
jak i przy Bendlerstrasse (berlińskiej siedzibie Sztabu Generalnego niemieckich wojsk lądowych)
zdawano sobie sprawę z tego, że nawet sześć w miarę świeżych armii polowych nie wystarczy do
realizacji takiego planu. W Berlinie szukano rozwiązania, którym okazało się hasło „więcej
żołnierzy” – setki tysięcy więcej. Hitler uznał, że wie, gdzie ich szukać: u swoich sojuszników
z państw Osi.
Z prośbą do sprzymierzeńców

W czasie gdy sowieckie zimowe kontrofensywy zaczęły wytracać impet, Wilhelm Keitel,
będący karykaturalnym uosobieniem bezmyślnego posłuszeństwa i pruskiej buty, został wystany
do Bukaresztu i Budapesztu ze specjalną misją. Miał tam otrzymać zapewnienie, że sojusznicy
z Osi skierują na front aż 52 dywizje. Większość z nich mieli wystawić Rumuni – łącznie 27 – do
wzmocnienia swoich 3. i 4. Armii. Niemcy uznali, że pod wpływem odpowiedniej perswazji
władze rumuńskie zgodzą się na to. Jeżeli chodzi o węgierskiego regenta Horthyego, już
wcześniej cokolwiek niechętnego angażowaniu jego kraju w kampanię wschodnią, Keitel nie
cofnął się przed mało subtelnymi naciskami, aby uzyskać to, co było potrzebne Berlinowi –
mianowicie 13 węgierskich dywizji.
Keitelowi nie chodziło jedynie o ludzi. Zależało mu na najlepszych żołnierzach, przede
wszystkim na doborowej formacji rumuńskich sił zbrojnych: 1. Dywizji Pancernej.
Rumuńska 1. Dywizja Pancerna w 1942 roku

Wiosna i wczesne lato 1942 roku były dla rumuńskich czołgistów czasem gorączkowych
zajęć, gdyż starali się wysnuć odpowiednie wnioski z przebiegu planu „Barbarossa” i odtworzyć
swoją dywizję: uzupełnić jej personel i park maszynowy. Nowi poborowi zasilili jej szeregi.
Trudno było jednak przeszkolić ich do wielu różnych zadań, wymagających obeznania
z techniką, co było ściśle powiązane ze służbą w dywizji. Niemcy borykali się z niedostatkiem
kierowców, mechaników, radiooperatorów oraz kanonierów, i to samo można powiedzieć o ich
rumuńskich towarzyszach broni. Szczególnie dawał się we znaki brak odpowiednio
wyszkolonych oficerów i podoficerów, gdy każda dywizja na froncie domagała się uzupełnienia
jej strat osobowych. Gherghe i jego podkomendni starali się rozgrywać kartą „elitarnego”
charakteru swojej jednostki, będącej jedyną formacją pancerną rumuńskiego królestwa, by
zwerbować dość ludzi do odtworzenia pełnego stanu osobowego dywizji – 13 000 żołnierzy.
Gdy 2. Pułk Pancerny zepchnięto do roli jednostki ćwiczebnej i zapasowej, jedyną siłą
uderzeniową dywizji pozostały dwa bataliony czołgów pod dowództwem Emiliana Ionescu.
Każdy z tych baonów składał się z trzech kompanii czołgów R-2 – w tym wielu ewakuowanych
z pól bitewnych i wyremontowanych. Ponadto dostarczono 26 nowych R-2 prosto z czeskiej
wytwórni. Teoretycznie miało to zrekompensować olbrzymie straty z 1941 roku, aczkolwiek
poważnie rozważano wykorzystanie wielkich zapasów zdobycznego sowieckiego sprzętu
pancernego. Wiele z tych czołgów, w tym szczególnie cenione T-34, uzupełniło braki
w wyposażeniu niemieckich dywizji pancernych oraz tyłowych jednostek zabezpieczenia na
całych Bałkanach i w okupowanej Europie Zachodniej. Ostatecznie rumuński rząd, tak jak
wszystkie władze w historii, zdecydował się nieco podkolorować rzeczywistość i sklasyfikował
niemal wszystkie pojazdy gąsienicowe jako wozy bojowe w składzie rumuńskiej 1. Dywizji
Pancernej. Zaliczono do tychże znaczną liczbę zupełnie przestarzałych tankietek, a nawet
ciągników artyleryjskich, a nawet bezużyteczne kadłuby i nieprzydatne już do niczego wraki.
W efekcie takiego zabiegu udało się sztucznie powiększyć rzekomy stan posiadania rumuńskich
wojsk pancernych prawie do 800 wozów bojowych – czyli bardzo wielu, jeśli zważymy, że
w tym samym czasie Niemcy miały ich zaledwie ok. 3000. Rzeczywistość przedstawiała się
oczywiście dużo gorzej. Gotowy do wyruszenia na wschód Ionescu miał faktycznie tylko 109
R-2 i dwa zdobyczne czołgi Armii Czerwonej. Jego koledzy z dywizji, pułkownicy Constantin
Nistor i Gheorghe Popescu z 3. i 4. Pułku Piechoty Zmotoryzowanej, mieli pod swoją komendą
po dwa bataliony, złożone w większości z oddziałów piechoty przewożonej ciężarówkami
i zaopatrzonych w sporo broni automatycznej – ok. 340 karabinów maszynowych, w tym 61
cekaemów. (W tej fazie wojny w niemieckich dywizjach pancernych i grenadierów pancernych
co najmniej jeden z baonów piechoty korzystał z półgąsienicowych transporterów
opancerzonych, ale wojska rumuńskie miały zaledwie osiem popularnych w Wehrmachcie
transporterów Sd.Kfz. 251). Dywizyjną broń ciężką skoncentrowano w 1. Zmotoryzowanym
Pułku Artylerii, zaopatrzonym w 36 dział – 24 lekkie haubice polowe kal. 100 mm oraz 12
znakomitych dział polowych kal. 105 mm. Te ostatnie były standardowymi działami polowymi
Ostheer, które odznaczały się praktyczną donośnością do 12 km. W czasie wojny łącznie
wyprodukowano ich mniej więcej 10 000. Dodatkowe wsparcie ogniowe zapewniały dywizji
„Zmotoryzowana Grupa Broni Specjalnej” pod dowództwem pułkownika Ottona Benedicta –
rumuński „wynalazek” organizacyjny; w grupie tej najważniejszy był Batalion Broni Ciężkiej
(z 20 armatami przeciwlotniczymi i 52 działami przeciwpancernymi kal. 47 mm) – a także Baon
Rozpoznawczy Constantina Husărescu, z dwiema kompaniami motocyklowymi. Zmotoryzowany
baon saperów, oddział żandarmerii polowej, kompanie różnych służb i inne wyspecjalizowane
oddziały, niezbędne w każdej jednostce pancernej, dopełniały skład dywizji.
Jak na ówczesne warunki, dywizja była jednostką o przyzwoitej wartości bajowej.
Przemysł rumuński nadal był w powijakach i nie mógł dostarczyć wojsku wielu nowoczesnych
czołgów, dział czy licznych wozów transportowych, niemniej w 1. Dywizji Pancernej udało się
zebrać ok. 1400 pojazdów w czasie, gdy standardowa rumuńska dywizja polowa miała ich
etatowo zaledwie 202 (a faktycznie o połowę mniej). Główną słabość stanowiły niewielka liczba
dział i armat przeciwpancernych oraz marna jakość części tego sprzętu, a to odnosiło się również
do czołgów, co z kolei w istocie decydowało o ograniczonej sile uderzeniowej całej formacji.
Była to kwestia, którą Gherghe i inni rumuńscy dowódcy podnosili co rusz w rozmowach ze
swoimi niemieckimi sojusznikami, kiedy dywizja przemieszczała się na wschód w czasie
lipcowych upałów.
Węgry

Kiedy Antonescu zgodził się na ponowne zaangażowanie swoich wojsk w walkach na


wschodzie, wzmocnienie rumuńskich 3. i 4. Armii z myślą o działaniach zaczepnych oraz
ponowne skierowanie na front 1. Dywizji Pancernej, Miklós Horthy znalazł się w nader trudnym
położeniu.
Latem poprzedniego roku Honved utracił jakże trudny do zastąpienia sprzęt. Węgierski
przemysł próbował jakoś uzupełnić te straty. Ponadto węgierska armia przechodziła powolną
reorganizację, która w znacznej mierze polegała na przekształceniu 26 brygad piechoty w nowe
„dywizje lekkie”. Teoretycznie doprowadziło to do rozbudowy wojsk lądowych, lecz w praktyce
niebyt zwiększyło ich liczebność czy wartość bojową. Wprawdzie każda z dywizji lekkich miała
więcej żołnierzy, mniej więcej 10 000, w porównaniu z 6500 we wcześniejszych brygadach.
Powiększono ich stan osobowy, gdy uzupełniono je niewyszkolonymi poborowymi albo
starszymi wiekiem rezerwistami. Co więcej, w dywizjach tych było dwukrotnie mniej broni
automatycznej niż w typowych niemieckich dywizjach piechoty i trzykrotnie mniej dział
(zaledwie po 24 przestarzałych dział typu Škoda i Rheinmetall). Pojazdy motorowe były
wyjątkową rzadkością; to samo można powiedzieć o broni przeciwpancernej – nieliczne rusznice
przeciwpancerne były całkowicie nieprzydatne w walce z T-34. Horthy zdawał sobie sprawę
z tego wszystkiego i nie miał żadnych ambicji militarnych poza obroną północnych obszarów
Siedmiogrodu przed zakusami rumuńskiego sąsiada. Bał się, że Hitler zmusi go do zwrócenia tej
cennej prowincji Bukaresztowi w zamian za wojskową pomoc Rumunów, jeżeli Węgry
ponownie nie włączą się do walki. Ostatecznie więc, 22 stycznia 1942 roku, niechętnie podpisał
rozkaz wysłania jednej z trzech węgierskich armii polowych do Rosji: 2. Armii, której kwatera
główna dowództwa znajdowała się w Budapeszcie.
Choć Honved był słaby, to 2. Armia składała się z doborowych węgierskich formacji.
Dziewięć nowych dywizji lekkich zgrupowano w trzech korpusach: 6., 7. i 9. Dywizję w III
Korpusie, 10., 12. i 13. Dywizję w IV Korpusie, a 19., 20. i 23. w VII Korpusie. Dywizje te
stanowiły trzon 2. Armii, ale realną jej siłą była nowa węgierska formacja zmechanizowana: 1.
Polowa Dywizja Pancerna pod dowództwem Lajosa Veressa. (Veress wywodził się z Seklerów,
siedmiogrodzkiej nacji spokrewnionej z Madziarami. W 1944 roku, gdy dowodził węgierską 2.
Armią, został uwięziony przez Niemców pod zarzutem prób poddania swoich wojsk Sowietom.
Przeżył wojnę, lecz na wiosnę 1947 roku komunistyczny trybunał ludowy skazał go na śmierć za
rzekomy udział w spisku. Wyrok zamieniono na dożywocie, a dziewięć lat później, podczas
powstania węgierskiego, wydostał się z więzienia i uciekł z kraju. Veress, nieprzejednany krytyk
komunistycznych prześladowań w swej ojczyźnie, działał jako przewodniczący Światowej
Federacji Bojowników o Wolność Węgier od 1958 roku aż do śmierci w Londynie w 1976 roku
w wieku 87 lat). Doświadczenia z walk Szybkiego Korpusu Armijnego na rozległych terenach
Związku Sowieckiego podczas planu „Barbarossa” wykazały węgierskiemu Sztabowi
Generalnemu potrzebę organizowania formacji zmechanizowanych. Dodatkowym „bodźcem”
były żądania kierowane przez Hitlera do sprzymierzeńców Rzeszy, aby te wystawiły więcej
oddziałów do zbliżającej się letniej ofensywy. Gdy 2. Dywizja Pancerna, stacjonująca na
terytorium Węgier, oczekiwała na dostawy obiecanych czołgów typu Turán, Węgrzy
odpowiedzieli na apel Berlina zorganizowaniem zaimprowizowanej formacji na bazie istniejącej
już 1. Brygady Zmotoryzowanej, wzmocnionej niemieckimi czołgami produkcji czeskiej,
zamówionymi jeszcze przed wojną. Oficjalnie powołana do istnienia 4 marca 1942 roku 1.
Panceloshadsztalynak (węgierska 1. Polowa Dywizja Pancerna) miała istnieć przejściowo, do
czasu osiągnięcia gotowości bojowej przez 1. i 2. Dywizję Pancerną, wyposażone w turány.
Faktycznie jednak 1. Polowa Dywizja Pancerna okazała się w dużym stopniu węgierską wersją
rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej. Miała podobne niedostatki do tych, które cechowały
wspomnianą „bliźniaczą” formację znienawidzonych Rumunów; również nie uratowała frontu
nad Donem i uległa rozbiciu.
Jedną z głównych jej słabości była bolączka wojsk wszystkich sojuszników Niemiec
z Osi: brak środków transportu. Wspomniana zaimprowizowana dywizja była nader nieruchawa,
gdyż, tak jak we wszystkich jednostkach Honvedu, liczba koni zdecydowanie przewyższała
liczbę pojazdów motorowych. Dowództwo, m.in. generał pułkownik Lajos Veress, nie było
najlepsze, a kadrę oficerską i podoficerską, przejętą z 1. Brygady Zmotoryzowanej, stanowili
wprawdzie zawodowi wojskowi, lecz bynajmniej nie specjaliści od działań manewrowych sił
zmechanizowanych. Co więcej, większość szeregowych ledwie przeszkolono. W istocie znaczną
część żołnierzy stanowili poborowi po zaledwie ośmiotygodniowym szkoleniu unitarnym. W tak
krótkim czasie można było od biedy zapoznać się z realiami wojskowego życia, ale w żadnym
razie nie z taktyką i ze specjalistycznymi umiejętnościami, wymaganymi od personelu
nowoczesnej dywizji pancernej.
Lajos Veress Dálnoki, 53-letni arystokrata, rozpoczął wojnę na czele brygady kawalerii
w czasie inwazji na Jugosławię, a następnie wyznaczono go na przyszłego dowódcę formowanej
dopiero 2. Dywizji Pancernej, oczekującej na czołgi. Przeniesiony pospiesznie na stanowisko
dowódcy nowej 1. Polowej Dywizji Pancernej, był wprawdzie pracowitym, porządnym oficerem,
jednak bynajmniej nie kimś klasy Rommla czy Guderiana. Z czasem okazał się zupełnie
niezdolny do zrozumienia reguł działań wojennych prowadzonych przez zmechanizowane
związki taktyczne i do przekształcenia swojej jednostki w formację doborową i skuteczną na polu
walki. Jednym z poważnych problemów, z jakimi borykała się jego nowa dywizja, a faktycznie
cały Honved, była wątpliwa lojalność części jej żołnierzy, wśród których znalazło się dość wielu
etnicznych Rumunów, Słowaków, a nawet Ukraińców z terytoriów zajętych nieco wcześniej
przez Węgry. Veress nie rozbudził wśród nich ducha koleżeństwa i wspólnej sprawy. Nie miał
pomysłu na odpowiednie zintegrowanie swoich podkomendnych, co mogło uczynić z jego
wielonarodowych kompanii zwarte jednostki, zżyte pod wpływem wspólnych doświadczeń
wojennych i ufające swemu dowództwu. Zamiast tego wybrał identyczne rozwiązanie, jak to
przyjęte w innych formacjach Honvedu, polegające na odsianiu tych żołnierzy, których uznano za
potencjalne zagrożenie, i przeniesieniu ich do nieuzbrojonych kompanii roboczych,
wyznaczonych do prac budowlanych i naprawczych na tyłach.
Ostatnim, choć nie najmniej ważnym z problemów dywizji była jej wielkość –
zdecydowanie niedostateczna. Wszystkie jej oddziały i pododdziały były dużo mniejsze i słabsze
liczebnie od swoich odpowiedników w niemieckich formacjach pancernych, a nawet
w rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej. Co prawda, w jej składzie znajdowały się bataliony saperów,
łączności i oddziały wsparcia, lecz tylko trzy baony piechoty zmotoryzowanej oraz dwa
artyleryjskie, wyposażone w działa kal. 105 mm i zorganizowane w pułki (dwukrotnie słabsze od
typowych pułków). Brakowało odpowiedniej liczby moździerzy i karabinów maszynowych,
a cała dywizyjna broń przeciwpancerna znalazła się w jedynej kompanii, wyposażonej zaledwie
w cztery armaty kal. 50 mm i niewiele karabinów przeciwpancernych kal. 20 mm, ledwie
nadających do zwalczania samochodów pancernych i całkowicie bezużytecznych w starciach
z nowymi sowieckimi czołgami. Jeśli chodzi o najważniejszą jednostkę dywizji – 30. Pułk
Czołgów – to jej dowódca, pułkownik Endre Zádor, dysponował tylko sześcioma kompaniami
wozów bojowych w dwóch batalionach, wyekwipowanych w 72 czeskie TNH/PzKpfw 38(t) oraz
22 niemieckie PzKpfw I. (Zádor przeżył wojnę; brał udział m.in. w zaciętych walkach formacji
czołgowych koło Székesfehérvár na Węgrzech na początku 1945 roku; dowodził nową węgierską
2. Dywizją Pancerną od 1944 do końca wojny). PzKpfw I był przestarzałym czołgiem lekkim,
uzbrojonym wyłącznie w karabiny maszynowe, natomiast PzKpfw 38(t) miał armatę kal. 37 mm,
zupełnie nieskuteczną w starciach z T-34 i KW-1, jak się okazało w czasie wcześniejszych walk.
Ten marny sprzęt uzupełniono 22 lekkimi czołgami toldi oraz innymi pojazdami produkcji
węgierskiej – 14 opancerzonymi samochodami rozpoznawczymi 39.M Csaba i 12 samobieżnymi
działami przeciwlotniczymi typu 40.M Nimród w baonach rozpoznawczym i przeciwlotniczym.
39.M Csaba miał lekkie opancerzenie, kaem kal. 8 mm oraz działko kal. 20 mm, natomiast 40.M
Nimród to węgierska kopia szwedzkiego Landsverk L-62, budowana w tym samych zakładach
Ganz w Budapeszcie, którym powierzono produkcję wyczekiwanych od dawna czołgów Turán.
Uzbrojone w armaty bofors kal. 40 mm nimródy, wyprodukowane w liczbie 135 egzemplarzy,
były dosyć udanymi wozami bojowymi, niemniej jednak nie mogły zastąpić nowoczesnych
czołgów.
Ogółem w całej dywizji zebrano mniej więcej sto wozów bojowych, co oznaczało, że
węgierska 1. Dywizja miała ich o połowę mniej niż jej pancerny niemiecki odpowiednik
i o około jedną trzecią mniej niż rumuńska 1. Dywizja Pancerna. Jeśli wziąć pod uwagę
nieuniknione straty i awarie wymagające napraw, to przeciętnie sprawne było mniej więcej 50
procent tego sprzętu, co stanowiło normę dla ówczesnych zmechanizowanych formacji tego typu.
Startując z tak niskiego pułapu, dywizja Veressa musiała napotkać wielkie trudności w odegraniu
przypisanej jej roli silnego pancernego związku taktycznego.
Mimo to, podobnie jak to było w przypadku Rumunów i ich 1. Dywizji Pancernej,
węgierska 1. Polowa Dywizja Pancerna stanowiła apogeum wysiłku wojennego Madziarów na
wschodzie. Liczyła prawie 15 000 żołnierzy, zaopatrzono ją we wszystko najlepsze z tego, co
znajdowało się w szczupłych zapasach środków transportu i sprzętu artyleryjskiego Honvedu.
Pozwoliło zmotoryzować cały pułk piechoty oraz batalion rozpoznawczy i baon przeciwlotniczy.
Wyraźnie jej brakowało broni ciężkiej; formacja ta miała tylko stare działa kal. 105 mm oraz
zaledwie 20 moździerzy i armat przeciwlotniczych. (Chociaż węgierskie działa kal. 105 mm
miały identyczny kaliber jak standardowe działa polowe na wyposażeniu wojsk niemieckich
i rumuńskich na froncie wschodnim, to były o wiele gorsze od tychże; charakteryzowały się dużo
mniejszą szybkostrzelnością i donośnością, a ich pociski miały słabszą siłę rażenia).
Co się tyczy czołgów, w sytuacji gdy turány były jeszcze niegotowe (choć już zamówiono
ich 70), Veress musiał się zdać na poniemieckie wozy pancerne produkcji czeskiej w roli głównej
siły uderzeniowej dywizji. Wprawdzie PzKpfw 38(t) był nieco lepiej opancerzony od
rumuńskiego R-2, to jednak uzbrojony w armatę zaledwie kal. 37 mm. Paradoksalnie to 40.M
Nimród okazał się najsilniej uzbrojonym typem pojazdu w dywizji, jednak jego armatę bofors
kal. 40 mm zaprojektowano do zwalczania samolotów, a nie do przebijania pancerzy sowieckich
czołgów.
Generalnie 2. Armia zasługiwała na miano imponującego osiągnięcia
militarno-organizacyjnego Węgrów. Liczyła 209 000 żołnierzy, czyli grubo ponad połowę
z 350 000 ludzi zmobilizowanych na Węgrzech. Podobny wysiłek ze strony Wielkiej Brytanii
oznaczałby wystawienie złożonej z aż miliona żołnierzy armii polowej. Jednakże w węgierskich
oddziałach wyruszających na wojnę nic nie mogło rozwiać złych przeczuć. Jeden z żołnierzy
opisał w dzienniku swe odczucia, gdy jego oddział maszerował na ziemie Związku Sowieckiego:
„W imię Boga, podążamy na skrwawione ziemie Rosji i prosimy się, żebyśmy powrócili stamtąd
cali i zdrowi, i aby Bóg dał nam ostateczne zwycięstwo! Matko Boża, strażniczko Węgier, módl
się za nami i uchroń nas od wszelkich grzechów i nieszczęść! Święty Stefanie, wznieś ponad
nami swą cudotwórczą prawicę i wstaw się za twoim osieroconym ludem. Amen.
O 6.40 ludzie umilkli i przy smutnych dźwiękach sygnałówek wyruszyliśmy [z dworca
kolejowego w Budapeszcie]. Wyjeżdżamy w poważnych nastrojach i pewni przyszłego
zwycięstwa.
Jedziemy przez Słowację, a potem przez Polskę. Wszędzie ludzie uprawiają pola, ale na
ich twarzach można wyczytać wpływ wojny. Stają niczym mur wzdłuż torów i proszą o chleb.
Dzieci wołają do nas bez przerwy: «Kawałek chleba!», ale jak ktoś rzuci im kromkę, zaczynają
się o nią bić” (fragment dziennika kaprala Istvana Balogha).
Balogh należał do jednostki liniowej, takiej, której siłę oznacza się trakcyjnie „liczbą
bagnetów”. Tacy jak on stanowili zaledwie połowę personelu 2. Armii, a pozostali służyli
w oddziałach tyłowych i pomocniczych – ważnych, rzecz jasna, ale mających niewielką wartość
bojową w warunkach kryzysu na froncie, jaki zapanował rok później.
Dowodzenie doborową węgierską armią polową powierzono odznaczonemu Orderem
Vitéza (Vitézi Rend) Gusztávowi Jányemu, jednemu z najbardziej doświadczonych
i szanowanych generałów w kraju, wcześniej przez wiele lat odpowiedzialnemu za szkolenie
kadry korpusu oficerskiego jako komendant prestiżowej Akademii Wojskowej Cesarzowej
Ludwiki (znanej jako Ludovika) – węgierskiego odpowiednika brytyjskiej uczelni w Sandhurst
i amerykańskiej West Point. Należał również do 7 procent ludności przedwojennych Węgier,
która miała pochodzenie niemieckie. Tradycyjnie większość przedstawicieli węgierskiej kasty
oficerskiej wywodziła się z tej grupy, choć w warunkach dominacji nastrojów patriotycznych,
panujących w tym kraju w latach 20. i 30., wielu z nich przezornie zmieniło swoje nazwiska na
takie o brzmieniu bardziej „madziarskim”, aby mieć lepsze widoki na awans. Postąpił tak także
Gustaw Hautzinger, znany jako Gusztáv Jány.
Siły powietrzne Osi

Nie tylko żołnierze piechoty oraz czołgi i działa składały się na siły militarne Osi na
froncie wschodnim. W 1941 roku wszystkie kraje Osi wzmocniły jakoś armady lotnicze
samolotami przeróżnych typów – niemieckimi, czeskimi, włoskimi, polskimi, a nawet
brytyjskimi. Zużycie tego sprzętu, powodowane zresztą głównie przez wypadki i marny poziom
służb naprawczych, wymusiło wycofanie z linii niemal wszystkich maszyn wraz z nastaniem
zimy. W 1942 roku, gdy niebo przejaśniało z nadejściem wiosny, Rzesza ponownie zwróciła się
do sojuszników o wsparcie lotnicze. Zaopatrzyła ich przy okazji w pewną liczbę nowoczesnych
niemieckich i włoskich płatowców.
Rumunia znalazła się na czele tej listy, co nie powinno dziwić, z ponad setką samolotów
1. Korpusu Lotniczego – myśliwcami Messerschmitt Bf-109E i Heinkel He 112, średnimi
bombowcami Junkers Ju 88, Heinkel He 111 i włoskimi Savoia-Marchetti SM.79, a nawet pewną
liczbą owianych legendą bombowców nurkujących typu Junkers Ju 87 Stuka.
Słowacy również otrzymali od Luftwaffe Messerschmitty Bf-109E, wycofane nieco
wcześniej z Afryki Północnej, które zasiliły lotnictwo bojowe w Rosji.
Węgrzy ponownie znaleźli się w sytuacji „ubogich krewnych” w porównaniu
z Rumunami. Brygada lotnicza, którą wysłali w czerwcu na wschód, składała się z ok. 100
maszyn – przede wszystkim ze starszych typów włoskich samolotów, takich jak myśliwce
Reggiane Re.2000 i bombowce Caproni Ca.135, oraz nielicznych He 111. Wprawdzie Horthy
starał się uzyskać zgodę na podjęcie produkcji licencyjnej Messerschmittów Bf-109
i dwusilnikowych Me 210, ale Niemcy, jak zwykle, domagali się za to zapłaty z góry, co
spowalniało negocjacje. Produkcja wspomnianych płatowców ruszyła na Węgrzech dopiero
w połowie 1943 roku.
Regia Aeronautica, czyli włoskie lotnictwo wojskowe, poniosło bardzo ciężkie straty
w 1941 roku w Afryce Północnej. Brytyjskie DAF (Pustynne Siły Powietrzne) zestrzeliły
mnóstwo włoskich maszyn. Przemysł lotniczy we Włoszech nie był w stanie wyprodukować
dostatecznie wielu nowych samolotów. Od początku 1942 roku włoskie lotnictwo bojowe
w szybkim tempie chyliło się ku upadkowi. We wrześniu 1943 roku rozreklamowane włoskie
siły powietrzne miały zaledwie 1200 samolotów, z czego tylko połowę sprawnych. Trudno było
o części zamienne, a jeszcze trudniej o paliwo lotnicze, gdy włoska gospodarka wojenna działała
coraz mniej wydajnie. W rezultacie włoskie lotnictwo bojowe na froncie rosyjskim skurczyło się
prawie ze 100 nadających się do działań bojowych samolotów w 1941 roku do zaledwie 60
przygotowanych do udziału w ofensywie w 1942 roku.
Bułgarzy nadal stanowczo odmawiali wyekspediowania swoich wojsk na zajęte obszary
Związku Sowieckiego, więc powierzono im zadanie osłony mających wielkie znaczenie
strategiczne pól naftowych koło Ploeszti. Aby przeciwstawić się operacji „Tidal Wave” (atakom
amerykańskiego lotnictwa na zasobne w złoża ropy naftowej tereny w państwach Osi), Niemcy
zaopatrzyli Bułgarię w sto zdobycznych francuskich myśliwców Dewoitine D.520 oraz 48
Messerschmittów Bf-109G. Rezultaty były więcej niż skromne; w czasie pierwszego wielkiego
nalotu 1 sierpnia 1943 roku bułgarskim myśliwcom udało się zestrzelić tylko trzy bombowce
USAAF typu B-24 Liberator z 54 uczestniczących w tej akcji.
Udział lotnictwa Osi w działaniach na froncie wschodnim w 1942 roku był zbliżony do
tego z roku 1941, lecz tym razem sprzymierzeńcy Rzeszy dysponowali lepszym sprzętem.
Większość z mniej więcej 300 samolotów było nowoczesnymi maszynami produkcji niemieckiej.
Ułatwiło to obsługę naziemną i naprawy płatowców – tych samych typów, co te na wyposażeniu
Luftwaffe.
Włochy

Jak na ironię, Hitler nie bardzo chciał prosić o pomoc swojego czołowego i najstarszego
sojusznika: faszystowskich Włoch. Uważając – słusznie, jak się okazało – że siły militarne
Włoch były na wyczerpaniu, Hitler wolał, aby Mussolini skoncentrował wysiłki na próbach
powstrzymania Brytyjczyków w basenie śródziemnomorskim. Potrzeby frontu rosyjskiego były
jednak tak wielkie, że Führer już niebawem się rozmyślił i wysłał szefa Luftwaffe, Hermanna
Göringa, by ten skłonił Włochów do większego zaangażowania się w wojnę na wschodzie.
Göring niespecjalnie nadawał się do roli proszącego. Był uzależnionym od kokainy sybarytą,
zachłannym kolekcjonerem dzieł sztuki (często zrabowanych) i zapalonym myśliwym. Ciano tak
opisał jego przyjazd do Rzymu: „Jak zwykle, [Göring] jest napuszony i apodyktyczny. […] Na
dworcu kolejowym miał na sobie wielkie futro z soboli, trochę takie, jakie nosili automobiliści
w 1906 roku i jakie zakładają drogie prostytutki, gdy wybierają się do opery”.
Podczas misji Göringa oraz rewizyty, złożonej przez Mussoliniego w Salzburgu, zapadły
odpowiednie uzgodnienia – Włosi mieli włączyć się do operacji „Blau”. Pytanie brzmiało jednak:
jakimi siłami?
Na początku 1942 roku włoskie armia lądowa i marynarka wojenna, podobnie jak siły
powietrzne, otrząsały się z serii dotkliwych ciosów. Po ataku na port w Tarencie i bitwie
u przylądka Matapan włoska flota była bardzo osłabiona. Choć na pustyni Brytyjczycy z trudem
odpierali nacisk wojsk Rommla, to łatwo bili włoskich sojuszników Rzeszy. Po cyklu
błyskawicznych kampanii brytyjskie obozy jenieckie zapełniły się masami złachmanionych
i oszołomionych żołnierzy Mussoliniego. Od grudnia 1940 roku do ostatecznej kapitulacji wojsk
Osi w Tunezji w maju 1943 roku Włosi stracili w Afryce Północnej aż 27 dywizji. Wprawdzie
w Rzymie usiłowano uzupełnić te straty, formując 20 nowych dywizji, jednak Mussolini zdawał
się nie pojmować, że jego kraj nie jest zdolny do uzbrojenia, przeszkolenia i wyekwipowania tak
wielu wielkich jednostek. Ponadto, co jeszcze istotniejsze, ignorował strategiczny imperatyw
koncentrowania jego ograniczonych sił militarnych na jednym, najważniejszym froncie.
Niewątpliwie dla Włochów była to Afryka Północna, lecz Il Duce, oderwany od rzeczywistości,
rozmieszczał swoje wojska wszędzie – od Włoch po południową Francję, Korsykę, Chorwację
i wyspy greckie. Gdy jesienią 1943 roku Włochy wypadły z koalicji Osi, kraj ten wciąż miał pod
bronią ponad półtora miliona żołnierzy w 83 dywizjach, z których 32 stacjonowało
w środkowych i południowych Włoszech, na Sardynii i Korsyce, 31 na Bałkanach i w Grecji,
a 20 na północy Włoch i południu Francji.
Do czerwca 1942 roku złożony z trzech dywizji włoski korpus ekspedycyjny (CSIR),
dowodzony przez Giovanniego Messego, operował na froncie wschodnim już od dziesięciu
miesięcy i znajdował się w opłakanym stanie. Mundury żołnierzy były w strzępach, większość
ich sprzętu przepadła, a z butów i karabinowych luf pozostało niewiele. Morale było złe, a sam
Messe uważał, że pora wracać do kraju. Jednakże ulegający namowom Berlina pompatyczny
faszystowski dyktator rozkazał znaczne wzmocnienie tego kontyngentu wojskowego
i przekształcenie go w nowe, opatrzone górnolotną nazwą zgrupowanie – Armata Italiana in
Russia (ARMIR – Armia Włoska w Rosji) – znane też jako włoska 8. Armia. Messe poskarżył
się Mussoliniemu, że zaplanowane utworzenie ARMIR to błąd: „Mamy marne, przestarzałe
uzbrojenie, zupełnie brakuje odpowiednich pojazdów opancerzonych, mamy niedostateczną
liczbę ciężarówek i wielkie kłopoty z transportem i zaopatrzeniem, a wszystko to, pogarszane
jeszcze przez niewyrozumiałość i nieustępliwe samolubstwo Niemców, wywoła w tej armii
problemy nie do rozwiązania”.
Dyktator zbył pesymistycznie usposobionego generała odpowiedzią, będącą skrajnym
przejawem jego cynicznej bufonady: „Drogi Messe, przy stole rokowań pokojowych dwieście
tysięcy żołnierzy ARMIR będzie znaczyło dużo więcej od sześćdziesięciu tysięcy [żołnierzy]
CSIR. Decyzja już zapadła”.
Tym samym do dywizji „Pasubio”, „Torino” i „Duca d’Aosta” miały dołączyć cztery
kolejne dywizje piechoty (2. „Sforzesca”, 3. „Ravenna”, 5. „Cosseria” i 156. „Vicenza”) oraz trzy
doborowe dywizje górskie spośród sławetnych formacji Alpini (2. „Tridentina”, 3. „Julia” i 4.
„Cuneense”). Nową armię zorganizowano w trzy korpusy: XXXV Korpus – złożony z dywizji
należących wcześniej do CSIR, II Korpus – z północnowłoskimi jednostkami „Sforzesca”,
„Ravenna” i „Cosseria”, i najwartościowszy Korpus Alpini – z Dywizją „Vicenza” w odwodzie.
Ponadto, zgodnie z ówczesną praktyką w wojskach włoskich, w składzie 8. Armii znalazły się też
trzy legiony ochotnicze faszystowskich „czarnych koszul” oraz chorwacka Lekka Brygada
Transportowa – ta ostatnia właśnie zakończyła przeszkolenie. Na wszelki wypadek OKW
przydzieliło Włochów do niemieckiej 17. Armii, dowodzonej przez Richarda Ruoffa, żeby
sojusznicy nie sprawiali zbyt dużych kłopotów.
Tak wielki napływ świeżych żołnierzy można porównać ze skalą zaangażowania Węgrów
w nową kampanię na froncie wschodnim. Włoska 8. Armia liczyła ok. 220 000 ludzi. Miała
sporo sprzętu wojskowego i broni ciężkiej, w tym mniej więcej 1000 dział i 420 moździerzy,
a także 17 000 pojazdów i 25 000 koni (plus 12 000 mułów w jednostkach Alpini). Tak jak
w przypadku CSIR, na papierze 8. Armia stanowiła imponującą siłę bojową, lecz w istocie
przypominała zamek z piasku. Rzucały się w oczy oczywiste niedostatki – największe armaty
przeciwpancerne miały ledwie dostateczny kaliber 47 mm, co w praktyce oznaczało dla włoskich
żołnierzy konieczność podejmowania walki z sowieckimi czołgami za pomocą granatów
ręcznych. Co ważne, granaty nadal zawodziły: albo wybuchały za wcześnie, albo w ogóle.
Większość moździerzy stanowiła niewielka broń tego rodzaju typu Brixia kal. 45 mm, o marnej
donośności. Każda z dywizji piechoty dysponowała tylko 12 haubicami kal. 100 mm. Pozostałe
miały jeszcze mniejszy kaliber – 75 mm (strzelcy alpejscy w ogóle nie mieli haubic, tylko lekkie
działa górskie, transportowane na grzbietach mułów). Nowe włoskie formacje wojskowe w Rosji
nie przywiozły ze sobą broni pancernej, choć Niemcy, jak gdyby zażenowani tym faktem, zasilili
jednostkę Paolo Tarnassiego 12 nowoczesnymi PzKpfw IV z działami kal. 75 mm oraz
nielicznymi zdobycznymi czołgami sowieckimi.
Po odwołaniu Messego do kraju Mussolini rozglądał się za bardziej uległym mu dowódcą
wojsk włoskich, posłanych na szaleńczą ekspedycję rosyjską. Zdecydował się na wybór Italo
Gariboldiego, którego syn, nawiasem mówiąc, służył jako oficer w 5. Pułku Alpini w Dywizji
„Tridentina”. W tym czasie już 63-letni Gariboldi miał za sobą bogatą, choć niezbyty błyskotliwą
karierę w wojsku, a podczas zmagań wojennych na pustyni w Afryce Północnej był włoskim
gubernatorem generalnym Libii. Odważny, jak wielu włoskich oficerów wysokiej rangi,
zdecydowanie nie rozumiał istoty działań wojsk zmechanizowanych. Jego nominacja
wskazywała, że ARMIR traktowano jako złożoną głównie z piechoty armię polową, przykrojoną
do realiów pierwszej wojny światowej.
OKW dysponowało siłami zbliżonymi pod względem liczebności do tych, które
niemieccy sztabowcy uznali za potrzebne do przeprowadzenia operacji „Blau”. U boku miliona
niemieckich żołnierzy z formacji von Bocka znalazło się ok. 700 000 Rumunów, Węgrów,
Włochów, Słowaków i Chorwatów. Co ważniejsze, prawie wszystkie czołgi, którymi
dysponowali sojusznicy Rzeszy (poza trzema dywizjami pancernymi, które Włosi nadal mieli
w Afryce Północnej), stanęły do walki – w sumie ok. 300 w większości przestarzałych i słabo
uzbrojonych pojazdów opancerzonych. Czekała je najtrudniejsza próba.
Plan Hitlera udało się zrealizować z pomocą Göringa i Keitla. Sprzymierzeńcy z Osi
odpowiedzieli na wezwanie i faktycznie uzależnili swe przyszłe losy od powodzenia operacji
„Blau”. Hitler mimo wszystko wciąż odczuwał niepokój. Może i był chełpliwym szarlatanem,
jednak dręczyła go myśl o tym, że zanadto zdawał się na swoich sojuszników. Rozwiązanie, na
jakie wpadł, polegało na utworzeniu „gorsetu” z wojsk Osi – to jest „wpleceniu” sojuszniczych
formacji w szeregi niezawodnych niemieckich jednostek frontowych. W ten sposób zawsze
można im było udzielić szybkiej pomocy. Podobna propozycja, świadcząca o głębokiej
nieufności Führera do sprzymierzeńców, była nie do przyjęcia dla Rzymu, Bukaresztu
i Budapesztu. Hitler, co było dlań zupełnie nietypowe, nie przeforsował jej. 15 kwietnia wydał
rozporządzenie, w którym stwierdził, że jednostki sojusznicze będą podlegały dowództwom
swoich armii. W dokumencie tym zapisano także: „Ponieważ front doński ulegnie znacznemu
wydłużeniu w trakcie tej operacji, zostanie on obsadzony głównie przez formacje naszych
sojuszników. […] Te powinny działać, w miarę możności, na swoich odcinkach, przy czym
Węgrzy zajmą ten północny, następny Włosi, a ten znajdujący się najdalej na południu –
Rumuni”.
Był to kolejny krok prowadzący ku katastrofie.
„Armia Ligi Narodów”
W Rzeszy zdymisjonowanego dowódcę Grupy Armii Południe, Gerda von Rundstedta,
dręczyły złe przeczucia. W nocy 30 maja był świadkiem pierwszego „nalotu tysiąca
bombowców” RAF-u na Niemcy, kiedy to alianckie samoloty zaatakowały Kolonię. (Podczas
tego nalotu zrzucono 1455 t bomb, które zniszczyły ponad 16 000 budynków, w tym 7 banków, 9
szpitali, 17 kościołów, 4 hotele i 2 kina – jedynym uszkodzonym obiektem wojskowym były
koszary jednej z jednostek obrony przeciwlotniczej; zginęło prawie 500 ludzi. RAF stracił 43
samoloty, a porucznika Lesliego Thomasa Mansera udekorowano pośmiertnie Krzyżem Wiktorii
za poświęcenie życia dla ocalenia załogi swojego bombowca). Gdy von Runstedt rozpakowywał
rzeczy, myślał o wojskach, nad którymi komendy go pozbawiono, i określił je jako „prawdziwą
armię Ligi Narodów”. Pewien włoski obserwator w Dniepropietrowsku opisał je następująco:
„[…] zgniłozielone mundury Rumunów generała Antonescu z ich bujnymi wąsami mieszały się
z błękitem mundurów lotników i czerwienią mundurów kozackich, szarozielonymi włoskiej
i niemieckiej piechoty, żółtymi uniformami przywódców partyjnych i zielono-brązowymi
żandarmerii. Włoscy karabinierzy [policja polowa] nosili swoje efektowne trójgraniaste
kapelusze, […] a kanciaste furażerki francuskich żołnierzy i lekkie czapki marynarzy
czarnomorskich nie mogły się z nimi równać. Żołnierze Legionu Chorwackiego, z małymi
tarczami [naszytymi] na prawych rękawach, byli nieliczni w tłumie tych z innych armii, ale oni
także przydawali jej czegoś swoim bałkańskim charakterem, podobnie jak ci z kontyngentów
francuskiego, słowackiego, holenderskiego i węgierskiego”. (Wspomniani Francuzi niemal na
pewno należeli do złożonego z antykomunistycznych kolaborantów 638. Pułku Grenadierów,
natomiast Holendrzy służyli w Dywizji Waffen-SS „Wiking” – więcej na ten temat pisałem
w swoich książkach Hitler’s Gauls oraz Hitler’s Vikings).
Von Rundstedta niepokoiła nie tyle różnorodność umundurowania, ile sami żołnierze,
którzy je nosili – nie miał o nich najlepszego zdania. Jak stwierdził, na rumuńskich oficerów
i podoficerów „brakło słów”, Włosi byli „okropnymi ludźmi”, a Węgrzy „chcieli tylko szybko
wrócić do kraju”. Opinie te nie mogły być wyrazem aprobaty.
Krym i 22. Dywizja Pancerna

OKW zaplanowało w ramach operacji „Blau” zdobycie Krymu – pięknej, słonecznej


krainy winnic i sławnego rosyjskiego czerwonego wina musującego, zamieszkanej od stuleci
przez potomków Złotej Ordy Czyngis-chana. Znajdowały się tam baza sowieckiej Floty
Czarnomorskiej i silnie broniona twierdza w Sewastopolu. W trakcie przygotowań do szturmu na
te cele na pobliską bocznicę kolejową przetransportowano wprost z poligonu ćwiczebnego nową
formację zmechanizowaną – 22. Dywizję Pancerną Wilhelma von Apella, której losy miały się
okazać ściśle związane z dziejami jednostek sojuszników Niemiec z Osi, a w szczególności
z wojskami rumuńskimi. Po przybyciu na miejsce 20 marca 1942 roku nowa jednostka nie miała
czasu na aklimatyzację i oswojenie się z nowym otoczeniem; od razu dostała rozkaz
przeprowadzenia kontrataku i likwidacji sowieckiego wyłomu w linii frontu prawie na
20-kilometrowym przesmyku Parpach (między Krymem a Półwyspem Kerczeńskim). Bez
wstępnego rekonesansu, przy widoczności ograniczonej do kilku metrów z powodu gęstej
porannej mgły, czołgiści najnowszej formacji pancernej Ostheer wraz z towarzyszącymi im
grenadierami ruszyli ślepo naprzód, dokładnie po linii ataku sowieckiego. Rezultaty okazały się
niemal katastrofalne: niedoświadczeni Niemcy ponieśli ciężkie straty w ludziach i czołgach –
niemal 30 procent stanu – gdyż dostali się pod ogień na nieosłoniętym terenie, poprzecinanym
rowami przeciwczołgowymi o dziesięciometrowej szerokości i trzymetrowej głębokości,
przekopanymi zawczasu w poprzek przesmyku. Po wycofaniu dywizji na zaplecze przydzielono
ją do rumuńskiej 4. Armii Constantinescu-Clapsa i niemieckiej 11. Armii von Mansteina
(podczas przygotowań do majowej ofensywy na Kercz). Atak ten był pomysłem von Mansteina,
a jego przeprowadzenie okazało się taktycznym majstersztykiem.
Walcząca u boku Niemców i Rumunów 22. Dywizja początkowo pozostawała
w dowodzie; to piechota dokonała wyłomu, przez który wdarły się czołgi. Nacierający na północ
żołnierze von Apella niebawem zaatakowali i rozbili dwie sowieckie armie polowe, 47. i 51.,
okrążone nad brzegami Morza Azowskiego. Po kilku dniach bitwa dobiegła końca; do niewoli
wzięto blisko 200 000 Sowietów, zdobyto 260 czołgów i 1100 dział – wiele z nich Rumuni
przyjęli na uzbrojenie.
W lipcu 1942 roku oddziały Constantinescu-Clapsa wznowiły natarcie. Wespół z 11.
Armią zdobyły silnie bronioną fortecę sewastopolską. Było to dla Rumunów ważne zwycięstwo.
Choć nie okupiono go aż tak krwawo jak opanowanie Odessy, to mimo wszystko wojska
rumuńskie straciły 20 000 zabitych i rannych, których trudno było zastąpić. W walkach tych
zginęło też ok. 25 000 niemieckich żołnierzy, co wpłynęło na sporą zwłokę w rozpoczęciu
operacji „Blau”. Ponadto boje o Sewastopol w poważnym stopniu wyczerpały i tak już niewielkie
zapasy amunicji. W trakcie tylko jednego miesiąca oblężenia tego miasta zużyto aż 50 000 t
pocisków i bomb. Jak wspominał jeden z pilotów niemieckich bombowców nurkujących:
„[Sowieci] byli ciągle bombardowani; jeden wybuch koło drugiego, […] cały półwysep płonął,
spowity kłębami dymu – a jednak na koniec wzięliśmy tysiące jeńców, nawet tam. Można się
tylko zdumiewać taką wytrzymałością [czerwonoarmistów] – była niewiarygodna,
w najprawdziwszym sensie tego słowa. […] Całą okolicę trzeba było dosłownie zryć bombami,
nim oddali jakiś kawałek terenu”.
Operacja krymska dowiodła wartości bojowej 22. Dywizji Pancernej, lecz także oddaliła
znacznie tę formację od jej ośrodków uzupełnień, rozmieszczonych koło Dniepropietrowska.
Kiedy ze wszystkich innych formacji pancernych Ostheer wycofywano pozostające jeszcze
w użyciu PzKpfw 38(t), o 22. Dywizji zapomniano. Z końcem walk o Sewastopol dywizja ta
miała 95 sprawnych czołgów, w tym aż 63 PzKpfw 38(t). Nawet w sierpniu, gdy dywizję
odesłano na północ, aby wsparła wojska włoskie, wzmocniono ją zaledwie 10 nowoczesnymi
czołgami średnimi PzKpfw IV (a miała wówczas zaledwie połowę nominalnego stanu liczebnego
pojazdów opancerzonych). Takie osłabienie znacznie przyczyniło się do klęski wojsk Osi
podczas kolejnej zimy.
Rozpoczęcie operacji „Blau”

Rankiem 28 czerwca 1942 roku w powietrzu rozległ się ogłuszający grzmot kanonady.
Niemiecka artyleria krótkim, intensywnym ostrzałem dała sygnał do rozpoczęcia letniej
ofensywy na froncie rosyjskim. Wojska Grupy Armii B von Weichsa (wspierane przez Węgrów
Jányego, Włochów Gariboldiego i Rumunów Dumitrescu) poprowadziły natarcie. Uderzyły na
wschód, w kierunku Woroneża nad Donem. Zaskoczeni Sowieci mimo wszystko stawili twardy
opór. Zaczęli się dopiero wycofywać w pośpiechu, gdy dwa dni później przyłączyła się do
ofensywy 6. Armia Paulusa.
STAWKĘ zdumiał ten atak. Sowieckie dowództwo naczelne nie chciało uwierzyć, że to
główna operacja zaczepna Ostheer. Odwody Armii Czerwonej trzymano na tyłach frontu dalej na
północy, spodziewając się uderzenia na Moskwę przez GA Środek von Klugego. Dopiero 13
lipca, kiedy oddziały szturmowe niemieckich 73., 125. i 298. Dywizji Piechoty starły się
z wojskami sowieckimi na przedmieściach Rostowa nad Donem, na Kremlu zdano sobie sprawę,
że atak na Moskwę nie nastąpi.
Przy wsparciu ogniowym ciężkiej artylerii doświadczona niemiecka piechota wkrótce
zaczęła przełamywać sowieckie linie, aby w wyłomy mogły wniknąć formacje pancerne
i zmotoryzowane. Przez jedną z luk wdarli się grenadierzy pancerni z Dywizji Waffen-SS
„Wiking” (jednostki zasadniczo niemieckiej, mającej jednak w swoich szeregach także kilkuset
ochotników ze Skandynawii) razem ze słowackimi sojusznikami oraz z czołgami 13. i 22.
Dywizji Pancernej. Po zaciętych walkach wojska te wkroczyły 23 lipca do Rostowa i wyszły nad
Don. Batalion pancerny Dywizji „Wiking” opanował miejscowe lotnisko, a grenadierzy
przystąpili do realizacji trudnego zadania oczyszczenia ulic i domów z nieprzyjacielskich
oddziałów. Zmagania w mieście były zażarte, zwłaszcza w pobliżu lokalnej siedziby NKWD,
gdyż w Rostowie znajdowało się sporo doborowych jednostek wojskowych tej organizacji.
Sowieci zawczasu przeobrazili miasto w miejsce najeżone śmiertelnymi pułapkami – punktami
umocnionymi, minami i bombami-pułapkami, zamaskowanymi bunkrami i stanowiskami
strzeleckimi. Zajęcie Rostowa wymagało kilku dni krwawych walk o każdy budynek oraz
śmiałego wypadku komandosów z Pułku „Brandenburg”, by opanować arcyważny most drogowy
nad Donem, co umożliwiło podjęcie natarcia na Batajsk. („Brandenburg” był elitarną jednostką
specjalną Wehrmachtu, przeszkoloną do najtrudniejszych i najniebezpieczniejszych akcji, zwykle
przeprowadzanych na tyłach nieprzyjaciela. Żołnierze tej formacji zdobyli już wcześniej sławę
w czasie kampanii na zachodzie, gdy zajęli ważne obiekty). Choć wielu „brandenburczyków”
przypłaciło ten sukces życiem, to droga na Kaukaz stanęła otworem.
Stworzyło to Listowi i jego Grupie Armii A (a także rumuńskiej 4. Armii
Constantinescu-Clapsa oraz włoskim strzelcom alpejskim, wyznaczonym do działań w górach
Kaukazu) sposobność wprowadzenia do akcji oddziałów pancernych. Czołgi miały operować
w szpicy nacierającego ugrupowania: pędzić na wschód i południowy wschód oraz śmiało
i pewnie wychodzić na tyły formacji Armii Czerwonej, by powtórzyć gigantyczne akcje
okrążające z poprzedniego lata.
Do tego jednak nie doszło. Sowieci wyciągnęli właściwe wnioski z tragicznych
doświadczeń. Oddali teren, by zyskać na czasie. Dzięki temu większość sowieckich dywizji
wymknęła się z pułapki. Von Bock, zanim Hitler zdymisjonował go za niepowodzenie tej
operacji, oznajmił nazistowskiemu dyktatorowi, że Sowieci „stopniowo mądrzeją”. Franz Halder,
szef niemieckiego Sztabu Generalnego, potwierdził słowa von Bocka, lecz Hitler przerwał mu
i odparł: „Bzdura! Rosjanie rzucili się do ucieczki, już jest po nich, chwieją się pod ciosami, jakie
im zadaliśmy w czasie kilku minionych miesięcy”.
Włoska 8. Armia

Opinia Hitlera o Sowietach z pewnością zdumiałaby żołnierzy Gariboldiego. Z powodu


braku transportu Włosi i ich chorwaccy sprzymierzeńcy uparcie maszerowali naprzód po
wyschniętych obszarach. Mijały kolejne dni, gdy wielokilometrowe kolumny kroczących
piechurów podążały na wschód, pośród dławiącego kurzu po ukraińskich nieutwardzonych
drogach.
Skoro jednostki Armii Czerwonej wycofały się przed czołgami von Weichsa, nie
dochodziło do wielkich bitew, a tylko do licznych potyczek, gdy nacierające wojska natykały się
na sowieckie formacje, zaskoczone tempem ofensywy.
Do jednego ze starć doszło na terenach między małymi ukraińskimi miejscowościami
Harcjusk i Pierwomajska. Chorwacka Lekka Brygada Transportowa, współdziałająca z Dywizją
„Duca d’Acosta”, natrafiła na pozycje sowieckiej kompanii. Chorwaci stracili pięciu żołnierzy
w krótkiej, zaciekłej walce ogniowej – były to ich pierwsze ofiary na froncie wschodnim.
W ciągu następnych dwóch miesięcy wspomniana brygada biła się o niezliczone wsie
i miasteczka – Stokowo, Greko-Timofiejewka, Weseli, Nikitowo – miejsca znane tylko ich
mieszkańcom oraz tym, którzy walczyli i zostawili poległych w walkach o ich zdobycie albo
w ich obronie.
Zmęczeni Chorwaci szli nadal naprzód, gdy 13 lipca dołączyła do nich grupa bojowa
włoskich „czarnych koszul”; rozkazano im przeprowadzić frontalny szturm na prowizoryczne
sowieckie linie obronne przed nimi. Atak ten przebiegł pomyślnie, a Chorwaci przebili się
i szybko znaleźli się mniej więcej 30 km na tyłach sowieckiego frontu. Rozgorzały batalie wokół
Władimirowki, Krasnoj Polany i Fiodorowki. Po dwóch tygodniach brygada przekroczyła Don
koło miejscowości Lubanskoje i tam się okopała.
Węgierska 2. Armia

Jány i jego Węgrzy prowadzili natarcie przez Kursk, a następnie skręcili na południe,
w kierunku miasta Stary Oskoł nad rzeką Oskoł. Kapral Balogh i węgierska 1. Polowa Dywizja
Pancerna podążali w ślad za czołowymi jednostkami niemieckimi, widząc skutki walk zarówno
kampanii z poprzedniego roku, jak i tych w czasie operacji „Blau”. Przemieszczając się ku linii
frontu, „mijaliśmy miejsca wielkich bitew 1941 roku. Wszędzie można zobaczyć zniszczone
rosyjskie czołgi. Patrzymy na nie i przepełnia nas lękiem myśl, że to czerwone piekło może
dotrzeć na Węgry, [ale] twardo wierzymy, że rozbijemy zagrożenie, stwarzane przez czerwonych
dla Europy.
Z naszego okna roztacza się niezwykły widok. Aż strach myśleć o poświęceniach tylu
ludzi, o tym, ilu naszych bohaterskich niemieckich towarzyszy broni oddało tu swoje życie”.
Kiedy ten młody podoficer zaczął lepiej rozumieć realia prowadzonych walk, we wpisy
w jego diariuszu zaczęły się wkradać wątpliwości: „1 lipca. Słychać grzmot artylerii. Pewnie
niedługo wejdziemy do bitwy. Wszędzie można dostrzec wraki spalonych niemieckich pojazdów.
Czyżby Niemców zaczynało opuszczać ich wojenne szczęście? […] Widać mogiły niemieckich
i węgierskich żołnierzy. […] Wszędzie trupy, działa polowe, wozy, rozrzucona broń”.
Po wyprowadzeniu natarcia znad Oskołu czołowe węgierskie jednostki 7 lipca wreszcie
dotarły do zachodnich brzegów Donu. Armia Czerwona niezwłocznie zorganizowała kontratak,
aby uchwycić przyczółki na zachodnim brzegu tej rzeki. Sowieci byli nader groźni w akcjach
tego typu i stosowali tę taktykę z bardzo dobrym skutkiem przez całą wojnę. Cel był prosty:
przyczółki zapewniały względnie bezpieczne miejsca po nieprzyjacielskiej stronie frontowych
rzek, gdzie można było przerzucać żołnierzy i sprzęt, a tam, po odpowiednim uformowaniu
szyków, przypuścić atak. Jány nie mógł zlekceważyć takiego zagrożenia.
Batalie o przyczółki

W tym czasie Madziarów było nad rzeką jeszcze stosunkowo niewielu, więc Sowieci dość
łatwo przeprawili się przez Don i okopali wokół wsi Urew (Uryw), Karotjak i Stutje. Jány
wiedział, że pod ostatnią z tych miejscowości sytuacja była do opanowania, lecz rozumiał też
niebezpieczeństwo związane z przyczółkami w Urewie i Karotjaku, zatem postanowił
zlikwidować je tak szybko, jak to możliwe. Zadanie powierzył 7. Lekkiej Dywizji, którą
dowodził László Dezső, oraz grupie bojowej, wydzielonej ze składu 1. Polowej Dywizji
Pancernej. Atak miał się rozpocząć 18 lipca, przy czym jego główny cel stanowiła Urew.
Dowodzący wspomnianą grupą bojową Endre Zádor miał pod swoją komendą wszystkie
trzy bataliony 1. Zmotoryzowanego Pułku Piechoty, baon cyklistów oraz cały 1. batalion swojego
30. Pułku Pancernego – razem ok. 40 czołgów PzKpfw 38(t) i 11 dostarczonych Węgrom przez
Niemców PzKpfw IV. Aż cztery baony artylerii miały zapewnić wsparcie ogniowe, a ponadto 51.
Pancerny Baon Przeciwlotniczy wprowadził do walki mniej więcej 20 swoich 40.M Nimród
i czołgów lekkich 38.M Toldi.
Wcześniej Sowieci przerzucili na przyczółek piechotę, która zdążyła się okopać, oraz
broń pancerną, w tym czołgi T-34 i dostarczane im przez USA w ramach układu lend-lease
czołgi lekkie M3. Starcie z takimi siłami nie mogło być łatwą przechadzką, lecz Węgrzy
bynajmniej nie ograniczyli się do pozorowania akcji zaczepnej. W tej fazie operacji „Blau”
wszystkie osiem dywizji Grupy Armii A operujących w szpicy atakującego ugrupowania mogło
wykorzystać zaledwie 500 sprawnych czołgów. Połowa tych sił pozostawała unieruchomiona
z powodu braku paliwa. Dlatego właśnie atak pod Urewem okazał się tak ważny.
Po przygotowaniu artyleryjskim Węgrzy ruszyli naprzód. Roztropnie atakowali pod
osłoną czołgów PzKpfw IV, którymi dowodził kapitan László Makláry – te wozy bojowe miały
najsolidniejsze opancerzenie i najskuteczniejsze działa. Sowieci podjęli wyzwanie i doszło do
bezpośredniego starcia czołgów, w którym strona sowiecka początkowo nie oddawała pola.
Korzystając z wiedzy i umiejętności wpojonych im przez niemieckich instruktorów, węgierscy
czołgiści po pewnym czasie zaczęli brać górę. Unieszkodliwili celnym ogniem kolejne czołgi
przeciwnika. Rozpaczliwie usiłująca zmienić przebieg walki kompania sowieckich T-34
spróbowała skorzystać z osłony zapewnianej przez pobliski las, by oskrzydlić Węgrów. Na swoje
nieszczęście Sowieci zostali zauważeni przez kapitana Józsefa Henkeya-Höniga, dowódcę 3.
Kompanii Przeciwlotniczej, który starał się zaalarmować niemieckich czołgistów o grożącym im
niebezpieczeństwie. Jednakże jego radionadajnik nie pracował na tych samych falach co
niemieckie radiostacje w czołgach, więc w zamieszaniu bitewnym mógł wysłać odpowiedniego
sygnału; niezgrany sprzęt łącznościowy mógł skutkować katastrofą. W tej sytuacji Henkey-Hönig
w czołgu lekkim typu Toldi nie zawahał się i rozkazał załogom swoich sześciu samobieżnych
dział przeciwlotniczych 40.M Nimród ruszyć za nim do ataku. Obsługa lekko opancerzonych
nimródów zasypała Sowietów gradem pocisków ze swoich 40-milimetrowych boforsów. Po dość
szczęśliwym trafieniu w jeden T-34, który stanął w ogniu, sowieckie czołgi zaczęły się
ostrzeliwać i wycofywać na zadrzewiony teren. W końcu węgierscy czołgiści spostrzegli, co się
dzieje na ich flance. Podpułkownik János Törcsváry (dowódca 1. Batalionu) poprowadził
przeciwnatarcie, aby oczyścić las z nieprzyjacielskich czołgów oraz pewnej liczby dział
przeciwpancernych, które Sowieci wcześniej wysunęli na pierwszą linię do osłony swoich
wozów bojowych. Po niewielu minutach zapłonęło sześć sowieckich T-34, a do końca tego dnia
Węgrom udało się zniszczyć ogółem 21 tych czołgów i zdobyć 4 inne, nieuszkodzone, niebawem
wprowadzone na uzbrojenie 1. Polowej Dywizji Pancernej, jako bardzo cenne jej wzmocnienie.
Bez wsparcia ze strony swojej broni pancernej sowiecka piechota była bez szans.
Węgierscy żołnierze przystąpili do metodycznego zdobywania kolejnych okopów, aż wreszcie
zajęli cały przyczółek. Oddziały 7. Dywizji Lekkiej umocniły się na opanowanym terenie, jednak
w nocy, po wycofaniu węgierskich czołgów na zaplecze, czerwonoarmiści przeprowadzili
kolejny kontratak na zmęczonych Węgrów. Cały obszar zdobyty za dnia przez oddziały
węgierskie utracono, a próby powtórzenia wcześniejszego sukcesu przyniosły fiasko.
Sowieci znowu pospiesznie przerzucili świeże wojska pod Urew, podczas gdy Jány
koncentrował siły, by ostatecznie rozbić przeciwnika. Był to wyścig z czasem. Zresztą Węgrzy
musieli pilnować nie tylko linii frontu; nieprzyjaciel był wszędzie wokoło, o czym wiedział
Istvan Balogh: „Nocą znowu zaatakowali nas partyzanci. Jeden z naszych ludzi został ranny.
O godzinie siódmej przystąpiliśmy do oczyszczania okolicy. Zabiliśmy siedmiu rosyjskich
żołnierzy. Dwóch innych wzięto na przesłuchanie i niedługo potem rozstrzelano”.
Młody węgierski podoficer wyzbył się już do tego czasu podszytego nadzieją idealizmu,
jaki przepajał go na budapeszteńskim dworcu kolejowym zaledwie dwa miesiące wcześniej.
W pierwszym tygodniu sierpnia Węgrzy próbowali szturmować miejscowość Karotjak;
zgrupowanie, ponownie z 1. Polową Dywizją Pancerną na czele i podążającymi za nią
piechurami z 12. Dywizji Lekkiej Ulászló Solymossyego, zdołało dotrzeć nad Don i wydawało
się bliskie zwycięstwa. Niestety – dla żołnierzy 12. Dywizji – sowieckie kontrnatarcia pod
Urewem odciągnęły od głównej areny zmagań wspierające ich węgierskie czołgi, przez co
piechota pozostała bez osłony. Broniący się czerwonoarmiści przechwycili inicjatywę. Węgrzy
z trudem powstrzymywali kontratakujących Sowietów, którzy niemal doszli do linii stanowisk
węgierskiej artylerii.
Kiedy Węgrzy szykowali się do drugiego ataku na Urew, byli nieustannie nękani przez
nieprzyjaciela. Kapral Balogh zapisał: „Ponad nami ciągle przelatywały bombowce, a pewien
pułkownik z naszych oddziałów pancernych zginął. 2. Kompania 1. Batalionu poniosła znaczne
straty: czterech czy pięciu poległych oficerów. Dzięki Bogu noc minęła spokojnie. […[
Zastrzelono jednego jeńca”.
A nazajutrz zanotował: „Nieustanny ostrzał artyleryjski, od trzeciej do szóstej rano –
pociski gwizdały nad naszymi głowami. W kraju pewnie szykują się na wakacje, ale tutaj śmierć
może nas spotkać w każdej chwili. Odezwały się «organy Stalina» [sowieckie wielolufowe
wyrzutnie rakietowe Katiusza]. Serca nam zamarły. Wieś od razu zaczęła płonąć i wszyscy z niej
pouciekali. Rosjanie zniszczyli jedno nasze działo przeciwpancerne. Pożarł wygasł, ale unosi się
mnóstwo dymu. Są ranni. Ludzie w kraju nie potrafią sobie wyobrazić, ile nas kosztuje przeżycie
takiej batalii”.
10 sierpnia 1942 roku, dzień po dokonaniu tego pesymistycznego wpisu, 1. Polowa
Dywizja Pancerna jeszcze raz zaatakowała przyczółek pod Urewem, tym razem wespół z 13.
Dywizją Lekką. Efekt okazał się jednak taki jak poprzednio. Po początkowym sukcesie szybko
przyszło niepowodzenie, gdyż Sowieci przeprowadzili bardzo silny nalot i ostrzeliwali Węgrów
z artylerii, zadając im dotkliwe straty.
Balogh wziął udział w tym szturmie i dał wyraz swemu rozczarowaniu z powodu jego
fiaska: „Jesteśmy z powrotem na naszych dawnych pozycjach, ponieważ żołnierze rosyjscy
znowu się przedarli. Doszliśmy do Urewu. Stoczyliśmy tam ciężki bój. A potem się wycofaliśmy.
Jeden z pułków piechoty wpadł w popłoch, ale powstrzymano i zawrócono uciekających. Ostrzał
artyleryjski: rosyjskie pociski trafiły w pojazdy z amunicją 6. Pułku, a te po kolei eksplodowały”.
Dalsze zapiski Balogha to litania skarg, gdy walki toczyły się nieprzerwanie. Straty
narastały, a Balogh narzekał na marne jedzenie, brak wsparcia lotniczego i potęgę siły ogniowej
Armii Czerwonej na tym odcinku frontu: „16 sierpnia. Smutna niedziela, […] ziemia jest zasłana
zwłokami. Nie mamy szans, żeby wynieść rannych.
17 sierpnia. Bombardowało nas rosyjskie lotnictwo. Nasze węgierskie samoloty krążyły
wysoko na niebie. Albo nie mogli nas wypatrzyć, żeby nam pomóc, albo się bali. Skoro nasze
lotnictwo nas nie wspiera, to Boże, dopomóż i zakończ tę bitwę. Znowu nas atakują. Jesteśmy
ciągle bombardowani, atakowaliśmy dwukrotnie, lecz za każdym razem musieliśmy się wycofać.
Wielu rannych i zabitych.
20 sierpnia. Dzień Świętego Stefana [patrona Węgier]. O piątej piętnaście zaczęło się
natarcie. Nasze czołgi ostrzelały Rosjan. […] W kompanii pozostało tylko dwóch podoficerów –
ja i pewien kapral, który jest zastępcą dowódcy kompanii. […] Znów atakowały nas bombowce.
Artyleria i czołgi ostrzeliwują nas. Istne piekło. […] Rosjanie są przerażająco odważni. Nie chcą
się poddawać”.
Wypadek lotniczy

Tego samego dnia, z którego pochodzi ostatni z powyższych wpisów, István Horthy,
najstarszy syn węgierskiego regenta Miklosa Horthyego, zginął w bazie lotniczej Andriejewka,
gdy jego samolot typu MAVAG Héja rozbił się wskutek awarii. Rok wcześniej Bruno Mussolini,
jeden z synów włoskiego dyktatora, też zginął w wypadku lotniczym, podczas lotu próbnego
nowego bombowca Regia Aeronautica, Piaggio P.108, który uległ katastrofie w pobliżu Pisy.
Wiadomość o tym wypadku przybiła coraz bardziej przygnębionego Balogha:
„21 sierpnia. Bombardowali nas przez całą noc. O Boże, jak mało warte jest ludzkie
życie! Rosjanie, wcześniej wyparci za Don, atakują na nowo. Liczymy straty naszej kompanii:
dwudziestu zabitych, dziewięćdziesięciu czterech rannych i trzech zaginionych [czyli ponad
połowa stanu osobowego kompanii]. […] Morale jest bardzo złe. Wszyscy moi przyjaciele są
ranni.
22 sierpnia. Zostaliśmy zasileni żołnierzami z nowego zaciągu. […] Ci piechurzy powinni
byli pozostać w kraju, ale przydzielili ich do nas. […] Poświęciliśmy cały dzień na rozdawaniu
im broni tych, którzy zginęli albo odnieśli rany. […] Jak tak dalej będzie, wysiądą nam nerwy”.
Ostatnia szarża kawalerii

Nie tylko Węgrom palił się grunt pod nogami. 20 sierpnia Sowieci zaatakowali włoską 8.
Armię i jej chorwackich sprzymierzeńców, zajmujących pozycje obok Madziarów nad Donem.
Włosi bronili się twardo przez trzy dni. Zadali kłam rozpowszechnionym opowieściom,
że zawsze poddają się pod silnym naciskiem przeciwnika. Chorwaci również uczestniczyli
w zaciekłych zmaganiach i zdołali utrzymać się na liniach obronnych. Zabili lub wzięli do
niewoli 120 Sowietów, przy stracie 20 własnych żołnierzy, w tym 8 poległych. Za tę niezłomność
ich brygadę wyróżniono Sul Campo – Odznaką Legionu Chorwackiego Armii Włoskiej,
przyznawaną za dzielność; odznaczenie to nadał jej dowódca XXXV Korpusu, Francesco
Zingales.
Alpini (strzelcy alpejscy) z 2. Dywizji „Tridentina” maszerowali na północ po tym, jak
rozkazano im dołączyć do włoskiej piechoty nad Donem, a nie prowadzić działania w górach
Kaukazu. Dość nieoczekiwanie podstawiono dla nich dostępne ciężarówki i przewieziono na
front, gdzie mieli wesprzeć silnie naciskaną przez przeciwnika 2. Dywizję Piechoty Górskiej
„Sforzesca” Carlo Pellegriniego. Znalazłszy się na linii frontu, Alpini od razu weszli do walki
z Sowietami. Jeden z włoskich patroli przeżył historię dość typową dla obłędnego chaosu,
charakterystycznego dla zmagań na froncie rosyjskim. Otóż wspomniany oddział strzelców
alpejskich przechodził przez las, kiedy został otoczony przez dużo silniejszą grupę żołnierzy
sowieckich, wśród których znajdował się komisarz polityczny. Pojmując beznadziejność swojego
położenia, Włosi z ociąganiem rzucali broń i podnosili ręce na znak, że się poddają. Politruk
pogratulował tego sukcesu dowódcy sowieckiego oddziału, a następnie wsiadł do
zamaskowanego wozu sztabowego i odjechał. Kiedy tylko zniknął im z oczu, Rosjanie oddali
zdumionym strzelcom alpejskim ich broń, a także własną, ustawili się w równym szeregu
i nakazali Włochom wziąć ich do niewoli.
Na froncie wschodnim można było ujrzeć podczas tej wojny szwadrony wymachujących
szablami włoskich kawalerzystów, dowodzonych przez oficerów w białych rękawiczkach,
szarżujących na pozycje sowieckiej piechoty, uzbrojonej w karabiny maszynowe i działa. Taka
scena rozegrała się 24 sierpnia niedaleko małej wioski Izbuszeńki na Ukrainie.
Późnym wieczorem poprzedniego dnia cały Sabaudzki Pułk Kawalerii wyszedł w pole, by
osłonić luki między rozciągniętymi na dużej przestrzeni jednostkami włoskimi, odpierającymi
ponawiane sowieckie ataki. Napotkawszy silne zgrupowanie Armii Czerwonej obok
wspomnianej wsi, ekscentryczny Alessandro Bettoni uznał, gdy zapadał zmierzch i nadciągała
już noc, że najlepsze wyjście to wycofanie pułku na pozycje obronne, spożycie sowitego posiłku
i przygotowanie się do stoczenia walki o poranku.
Posiłek nie był bynajmniej typową frontową wieczerzą. Włoscy oficerowie bowiem, jak
zwykle, zasiedli przy składanych stołach, nakrytych czyściutkimi, wykrochmalonymi białymi
lnianymi obrusami. A ponieważ prawie wszyscy z nich wywodzili się z zamożnej arystokracji
(Bettoni był hrabią), nie widzieli nic zdrożnego w spożywaniu kolacji na eleganckiej, srebrnej
zastawie, obsługiwani przez ordynansów w białych liberiach.
Po pobudce następnego ranka Bettoni zorientował się, że ma przed sobą znacznie
silniejszego przeciwnika niż ten zauważony poprzedniego wieczora. Jego żołnierze rozpoznali
teraz trzy całe bataliony sowieckiego 812. Pułku Piechoty, doborowej jednostki złożonej
z twardych mieszkańców Syberii, biwakującej na stepie w odległości kilkuset metrów od
Włochów, pod osłoną rozstawionych karabinów maszynowych i dział polowych.
Bettoni wiedział, że jest słabszy od przeciwnika pod względem siły ognia i liczby
żołnierzy; ogółem miał pod rozkazami cztery pełne szwadrony po 156 ludzi oraz jeszcze jeden
szwadron uzbrojony w karabiny maszynowe – jedyny oddział, którego uzbrojenie świadczyło, że
jednostka sabaudzkiej jazdy to wojsko z XX wieku. Podczas śniadania, serwowanego podobnie
jak wieczorny posiłek poprzedniego dnia, pułkownik oznajmił swoim kolegom oficerom, że oto
nadszedł dzień chwały pułku: mieli przeprowadzić szarżę na pozycję czerwonoarmistów.
Decyzja ta wzbudziła powszechną aprobatę. W zgodzie z tradycjami kawalerzystów z Sabaudii
oficerowie przywdziali białe rękawiczki, a stajenni przyprowadzili ich wspaniałe wierzchowce –
niemal bez wyjątku rosłe ogiery. Oficerowie usadowili się w wypolerowanych siodłach
i rozjechali do swoich szwadronów. Ustawili się przed swoimi żołnierzami, dobyli szable
z pochew i oparli je na prawych ramionach.
Gdy o brzasku na stepie zaczęło robić się jasno, 2. szwadron ruszył naprzód jako
pierwszy. Rzędy jeźdźców opuściły nocne obozowisko, uporządkowały szyki i podążyły stępem
po płaskim podłożu. Konie, spokojne i posłuszne, ocierały się o jasnożółte słoneczniki; ludzie
i ich wierzchowce wykorzystali umiejętności zdobyte podczas niezliczonych godzin ćwiczeń
jeździeckich. Na pustkowiu, gdy mogło się wydawać, że taka metoda prowadzenia walki dawno
już przeszła do historii, Sabaudczycy po raz ostatni postanowili ożywić przeszłość. Stęp
przeszedł w kłus, a następnie w galop; podzwaniały strzemiona i wędzidła. I wreszcie, wznosząc
donośny okrzyk „SAVOIA!” („Sabaudia!”), dowódca 2. szwadronu rozpoczął szarżę, a jego
jeźdźcy opuścili szable, gotowi do zadawania cięć. Jeden z oficerów tego pułku, w stopniu
kapitana, tak później wspominał te krótkie, upajające chwile: „W naszych szeregach zapanował
niepohamowany entuzjazm, zwłaszcza gdy w początkowej fazie galopu dołączyli do nas major
Manusardi ze swoim ordynansem. Major, były dowódca 2. szwadronu, zawsze wierny
żołnierskiemu powołaniu, wskoczył na koń, aby być razem ze swoimi ludźmi w tak podniosłym
momencie. Nieprzyjaciel rozwinął się w dwie linie. «Szable… w dłoń! Szarża!». Na taki okrzyk
wyczekiwaliśmy od dawna, o takim zewie marzyliśmy od dzieciństwa. Teraz wreszcie marzenie
się spełniło pośród bitewnego zgiełku, wybuchów i jazgotu karabinów maszynowych…”.
Rzeczona broń maszynowa kosiła jeźdźców i konie. Ludzie i wierzchowce padali
z krzykiem i charkotem wśród traw i kurzu, lecz dystans do pokonania był niewielki i już po
kilku chwilach kapitan i jego podkomendni uderzyli na lewą flankę Sybiraków. Wywołali
zamieszanie, gdy szable zaczęły ciąć wroga. Oderwawszy się na krótko od przeciwnika,
kawalerzyści sprawnie zawrócili i ponownie uderzyli na to samo skrzydło, tym razem od tyłu,
i obrzucili granatami oszołomionych sowieckich żołnierzy.
Bettoni, obserwując przebieg ataku przez polową lornetkę, uznał, że nieprzyjaciel jest
poważnie wstrząśnięty, i postanowił wesprzeć uderzenie szturmem spieszonego 4. Szwadronu na
samo centrum ugrupowania sowieckiej piechoty. Ta rozsądna – z wojskowego punktu widzenia –
decyzja o pozostawieniu cennych koni i ataku pieszym wywołała konsternację wśród oficerów
i szeregowych 4. szwadronu, którzy dopiero co byli świadkami efektownej szarży 2. szwadronu.
Mimo wszystko podjęli oni natarcie. Strzelali z karabinków i zadawali Sowietom spore straty.
Czerwonoarmiści z 812. pułku zaczęli się cofać w bezładzie, lecz nie zdołali uporządkować
szyków, gdyż Bettoni wykorzystał okazję do uderzenia na piechotę wroga, znajdującą się
w odwrocie, i rzucił swój 3. szwadron do energicznej szarży. Sybiracy poszli w rozsypkę; ich
pogrom był całkowity.
Po tej bitwie na polu walki pozostało 150 zabitych żołnierzy 812. pułku. Ponadto
świętujący zwycięstwo Sabaudczycy wzięli 500 Sowietów do niewoli. Wspomniana syberyjska
jednostka właściwie przestała istnieć. Włosi okupili sukces w tej spektakularnej, historycznej
potyczce, będącej ostatnią wielką szarżą kawaleryjską w tej wojnie, stratą 32 zabitych ludzi i 70
koni. Wypada wspomnieć o jeszcze jednym dramatycznym zdarzeniu: koń z chorągwią pułkową
dowlókł się z powrotem do włoskich linii bez jeźdźca, ślepy na jedno oko, lecz z nietkniętym
proporcem jednostki.
Na ocalałych czekały odznaczenia; aż 56 z nich wyróżniono medalami za odwagę.
Pewien wysoki rangą oficer Ostheer powiedział do Bettoniego: „Byliście wspaniali. My,
w Wehrmachcie, już nie potrafimy robić takich rzeczy”.
Madziarzy

W ciągu kilku następnych dni front na odcinku włoskim się ustabilizował. Nad Donem
sytuacja względnie się unormowała, choć nie wszyscy z optymizmem patrzyli w przyszłość.
Poczucie niepewności dręczyło też Istvana Balogha: „29 sierpnia. Wczoraj potwierdzili oficjalnie
mój awans na kaprala. Niezbyt mnie to ekscytuje. O wiele bardziej wolałbym wrócić do domu.
1 września. Nadeszły złe wieści. Dowódcę naszej dywizji zastąpił jakiś oficer
niemieckich wojsk pancernych [Lajos Veress został zastąpiony przez barona Hermana Langa].
[…] Marne widoki na powrót do kraju. Jak ta wojna wkrótce się nie skończy, to wszyscy
poginiemy. Połowa naszych już zginęła.
3 września. Mój przyjaciel zmarł w szpitalu. Był ciężko ranny, ale gdyby lepiej go leczyli,
może by przeżył. […] Żywimy się zrabowaną kukurydzą i kartoflami.
6 września. Szykujemy się do nowej bitwy. Wszystkie nasze dywizje pancerne i kilka
niemieckich pułków ma zaatakować. […] Dostaliśmy najlepsze jedzenie – tabliczki czekolady,
konserwy, słoninę, cukier i gulasz”.
Nowa akcja zaczepna, o której wspomina Balogh, była kolejną próbą likwidacji
sowieckiego przyczółka pod Urewem, tym razem podjęta przez cztery dywizje lekkie i 1. Polową
Dywizję Pancerną oraz niemiecką 168. Dywizję Piechoty (później dywizja ta weszła w skład
korpusu Cramera wraz z węgierską 1. Polową Dywizją Pancerną). Wspomniane jednostki
znalazły się pod niemiecką komendą i otrzymały wsparcie w postaci aż 35 baterii artylerii.
Operacja przyniosła rezultaty znane już Baloghowi i jego towarzyszom broni ze wcześniejszych
walk: zaciekły opór Sowietów, wysokie straty i ostatecznie fiasko poniesione przez Madziarów:
„9 września. O piątej nad razem zaczęło się natarcie. […] Węgierskie i niemieckie czołgi
podążają naprzód i sieją śmierć wśród Rosjan. […] Rannych ciągle wynoszą na tyły. Rosjanie
trzymają się twardo.
11–13 września. Atakujemy. […] Wielu naszych jest rannych. Wkraczamy do wsi –
Storożewoje – mnóstwo trupów niemieckich i węgierskich żołnierzy. Sama wieś płonie. Rosjanie
stawiają silny opór. […] Rosjanie wycofują się w lasy. Bitwa jeszcze nieskończona. […] Nasze
pociski odbijają się od ich czołgów”.
Czternastego września natarcie wstrzymano. Obie strony poniosły dotkliwe straty;
Węgrzy utracili 1200 zabitych oraz 7000 rannych i zaginionych. Balogh zapisał tego dnia: „Jak
ktoś ginie, nikt po nim nie płacze”.
Trzy dni później jeden z sowieckich żołnierzy znalazł dziennik przy zwłokach Balogha.
Węgierski kapral przeżył na froncie rosyjskim zaledwie trzy miesiące.
Gdy Armia Czerwona nadal broniła się nad Donem, węgierskie czołgi wycofano
z pierwszej linii wraz z madziarskimi jednostkami kawalerii. Piechota zajęła się kopaniem
okopów, w której miała przesiedzieć nadchodzące miesiące zimowe. To samo uczynili Włosi
i Rumuni. Uwaga całego świata skupiła się wtedy na zażartej batalii dalej na południu, którą
osiągnęła swoje apogeum: o miasto nad brzegami wielkiej Wołgi – Stalingrad.
Rozdział 6

Stalingrad

Podporucznik Reiner, niemiecki oficer z walczącej w Stalingradzie 4. Armii Pancernej


Hermanna Hotha, zanotował: „Stalingrad już nie jest miastem. Za dnia to gigantyczna chmura
żrącego, oślepiającego dymu, wielki piec hutniczy, rozświetlany błyskającymi płomieniami. […]
Zwierzęta uciekają z tego piekła. Najtwardszy głaz nie zniósłby tego długo. Tylko ludzie
wytrzymują”.
To, co zaczęło się jako „produkt uboczny” letniej ofensywy Hitlera, mającej na celu
opanowanie sowieckich złóż ropy naftowej, z czasem przerodziło się w obsesję nazistowskiego
przywódcy. Niemiecka 6. Armia uwikłała się w długotrwałe walki o miasto, do prowadzenia
których potężna formacja polowa Ostheer była zupełnie nieprzygotowana. Składała się wówczas
aż z 21 dywizji, w tym trzech zmotoryzowanych i trzech pancernych – 14., drezdeńskiej, pod
dowództwem Martina Lattmana, 16., westfalskiej, pod komendą Hansa Valentina Hubego
(jednorękiego, świetnego dowódcy wojsk pancernych, który zginął w katastrofie lotniczej po
odznaczeniu go Brylantami do Krzyża Rycerskiego 20 kwietnia 1944 roku, w dniu urodzin
Hitlera), oraz 24., czyli dawniejszej doborowej wschodniopruskiej 1. Dywizji Kawalerii –
o dziwo, jedynej kawaleryjskiej dywizji Wehrmachtu przekształconej w dywizję pancerną
w latach 1941–1942.
W rezultacie 6. Armia została zdziesiątkowana w zmaganiach o miasta, na którym
Niemcom wcale nie zależało jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Codziennie ginęły setki żołnierzy.
Bataliony, wcześniej uzupełnione cennymi rezerwistami, traciły wartość bojową i należało je ze
sobą łączyć, aby mogły kontynuować walkę. Jak zwykle, największe straty odnotowywano wśród
podoficerów i młodszych oficerów – kaprali, sierżantów, poruczników i kapitanów – oraz
nowych szeregowych; ci ostatni ginęli masowo z powodu niedoświadczenia, a ich rutynowani
towarzysze broni nawet nie próbowali spamiętywać ich nazwisk, uważając, że „nowi” długo nie
pożyją. W tym czasie snajperzy Armii Czerwonej, tacy jak Wasilij Zajcew i Anatolij Czechow,
zabili ponad stu nieprzyjaciół. Zajcew, syberyjski pastuch, został unieśmiertelniony
w hollywoodzkim filmie Wróg u bram, w którym w jego rolę wcielił się brytyjski aktor Jude
Law. Z kolei Czechow był spokojnym, zamkniętym w sobie młodzieńcem, unikającym rozgłosu
i podchodzącym bez emocji do swoich zadań. Beznamiętnie relacjonował, w jaki sposób
uśmiercał żołnierzy wroga: „Po [celnym] strzale głowa [ofiary] natychmiast odskakuje do tyłu
lub na bok, a on sam upuszcza wszystko, co niesie, i upada”.
Hitler tak się wyraził o Stalingradzie, kiedy o to miasto toczyły się jeszcze zaciekłe
zmagania: „Faktycznie je zdobyliśmy, poza nielicznymi pozycjami, na których nadal broni się
nieprzyjaciel. Ludzie pytają, dlaczego [wojska niemieckie] nie uporają się prędko z tym
zadaniem. Wolę, żeby zajmowały się tym małe oddziały [żołnierzy]. Czas nie odgrywa tu żadnej
roli”.
Takie oświadczenie zdumiałoby niezmiernie Chorwatów z 369. Pułku Piechoty,
wyczerpanych, tak samo jak ich niemieccy towarzysze, bojami o leżące w gruzach miasto
i świadomych, że szans na zwycięstwo nie widać. W rzeczywistości czerwonoarmiści nadal
twardo się bronili, a Niemcy bez końca musieli wprowadzać do walki kolejne zastępy żołnierzy
i nowy sprzęt. Von Weichs, pod wpływem presji, którą w tym czasie Führer wywierał na niego,
tak jak wcześniej naciskał von Bocka, był zmuszony wycofać część wojsk z północnego
i południowego skrzydła nacierającego ugrupowania i wzmocnić nimi oddziały Paulusa
w Stalingradzie. O zapełnienie powstałych wskutek tego luk poprosił sprzymierzeńców z Osi.
Sojusznicy rozpoczynają osłonę flanek

Węgierska 2. Armia, która była najsilniejszym kontyngentem sojuszniczym na


północnym skrzydle zgrupowania von Weichsa, okopała się nad Donem w okolicach Woroneża,
nieco na południe od niemieckiej 2. Armii von Salmutha. Madziarów, którymi dowodził Jány,
wyczerpały zakończone niepomyślnie zmagania o przyczółki niedaleko miejscowości Urew
i Karotjak. Gdy pogoda zmieniła się z jesiennej na zimową i raptownie spadła temperatura,
morale żołnierzy węgierskich jeszcze bardziej się pogorszyło. Niemcy zaczęli narzekać, że
Węgrzy nie palą się do walki, chyba że zostaną do niej zmuszeni, i wolą nie drażnić Armii
Czerwonej. Był to krzywdzący osąd wojsk rozciągniętych na długiej linii obronnej, często
nękanych przez sowieckie akcje zaczepne; w istocie Węgrom brakowało dostatecznych zapasów
amunicji i niemal nie dysponowali oni odwodami. Ich naczelne dowództwo w Budapeszcie
usiłowało jakoś temu zaradzić, uzupełniając każdą z dywizji lekkich batalionem rozpoznawczym
świeżo sformowanych „wojsk szybkich”, ale nie rozwiązało to problemu braku odpowiedniej
broni przeciwpancernej i spowodowało, że system logistyczny, i tak już skrajnie przeciążony,
musiał zaopatrywać w prowiant jeszcze więcej żołnierzy na froncie.
Na prawym skrzydle wojsk Jányego nad brzegami Donu znajdowała się rozmieszczona
dość niefortunnie włoska 8. Armia Gariboldiego, a dalej 3. Armia rumuńska Petre Dumitrescu,
zmęczona i wyczerpana po przemaszerowaniu w poprzednich miesiącach setek kilometrów
w słonecznej spiekocie i stoczeniu niezliczonych potyczek. I Włosi, i Rumuni mieli po dziesięć
dywizji, a przydzielono im do osłony niedorzecznie długie, ponad 150-kilometrowe odcinki linii
frontu, których nie byli w stanie utrzymać posiadanymi siłami.
Wojska rumuńskie zajmowały pozycje od miejscowości Ługowski na lewym skrzydle po
Suchoj Donieck na prawym. Kwaterę dowództwa ulokowano w Czernaszewskoj. Dumitrescu
rozmieścił osiem dywizji z czterech korpusów w pierwszej linii i dwie dywizje w odwodzie – 7.
Dywizję Kawalerii i 15. Dywizję Piechoty pod komendą Ioana Siona, wcześniej dowódcy
rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej. Takie rozlokowanie wojsk miało pewien sens, niemniej
zmuszało jednostki pierwszoliniowe do strzeżenia jeszcze dłuższych odcinków frontu, które
miały przeciętnie po 20 km. Tak jak to było w sektorze węgierskim, Rumuni mieli po „swojej”
stronie Donu przyczółki Armii Czerwonej – w ich przypadku blisko miejscowości Serafimowicz
i Klietskaja. Dumitrescu, podobnie jak Jány, zdawał sobie sprawę z zagrożenia stwarzanego
przez te przyczółki i stanowczo chciał je zlikwidować, lecz von Weichs popełnił fatalny błąd
i przeciwstawił się temu pomysłowi, zapewne z obawy, by nie doszło do powtórki fiaska,
będącego udziałem Węgrów, oraz dalszego osłabienia i tak już kruchego frontu.
Jeszcze gorzej przedstawiała się sytuacja na południe od Stalingradu, gdzie rumuńska 4.
Armia Constantinescu-Clapsa została rozciągnięta na ponad 300-kilometrowym odcinku od
Staroj Ostrady do Sarpy. Ze swojego stanowiska dowodzenia w miejscowości Kotielnikowski
Constantinescu-Claps obserwował swój sektor frontu z poważnym zatroskaniem. Jego siedem
dywizji (zgrupowanych w dwóch korpusach) nie miało pełnych stanów po zajęciu Krymu
i innych letnich bataliach; najsilniejszą z tych formacji była 18. Dywizja Piechoty, która miała
zaledwie 70 procent etatowej liczby żołnierzy, a najbardziej osłabiona okazała się 1. Dywizja
Piechoty, w praktyce nienadająca się do walki po utracie 75 procent swojego stanu osobowego.
Wobec takich strat w jednostkach piechoty Constantinescu-Claps mógł sobie pozwolić na
wydzielenie tylko trzech batalionów saperów, słabo uzbrojonych oddziałów rozpoznawczych
oraz pułku kawalerii – odwodu znanego, choć niedługo, jako „Grupa Korne”, od nazwiska jego
śmiałego dowódcy, Radu Korne. Dowódcę 4. Armii sytuacja ta wprawiała w taki niepokój, że
zdołał nakłonić niechętnych Niemców do wzmocnienia jego wojsk dwiema dywizjami
i podniesienia w ten sposób wartości bojowej rumuńskiego zgrupowania.
Podobnie było na całym froncie, rozciągniętym na setkach kilometrów. Von Weichs
powierzył losy Grupy Armii B czterem armiom polowym, złożonym z Rumunów, Włochów
i Węgrów. Na ich odcinkach na każdego uzbrojonego żołnierza przypadał aż 50-metrowy
odcinek linii frontu – i to właśnie stanowiło źródło późniejszej katastrofy. Jednakże sztabowcy
w Berlinie, choć przymykali oczy na oczywiste zagrożenia, nie byli szaleni. Zdawali sobie
sprawę z problemów i podejmowanego ryzyka. Uznali, że jest tylko jedno możliwe rozwiązanie –
utworzenie ruchomego, silnego odwodu pancernego – który, zdaniem OKW, wojska Osi mogły
wykorzystać.
Rumuńska 1. Dywizja Pancerna i XXXXVIII Korpus Pancerny

W sierpniu, gdy letnie słońce nadal prażyło, Radu Gherghe i jego podwładni korzystali
z uroków urlopu w kraju, w tawernach i jadłodajniach na porośniętych bujną roślinnością
terenów w okolicach Târgovişte na Wołoszczyźnie. Niebawem z Bukaresztu nadeszły nowe
rozkazy – wyjazdu do Rosji – i żołnierze, niektórzy z ociąganiem, przystąpili do załadunku
pojazdów i innego ekwipunku na kolejowe wagony-platformy przed daleką wyprawą na wschód.
Gdy żegnali się z żonami, ukochanymi, a nawet ze swoim dawnym dowódcą, Ioanem Sionem
(któremu powierzono dowodzenie na froncie Mołdawianami z 15. Dywizji), mogli stwierdzić, że
ich dywizja znalazła się u szczytu swojej potęgi. Uzupełniona do niemal pełnego stanu 13 000
żołnierzy jednostka przeszła dodatkowe przeszkolenie, otrzymała nowe wyposażenie, a także
przyzwoicie wypoczęła przed wyjazdem na południe Rosji. Po upływie niecałych czterech
miesięcy miała jednak przestać istnieć.
Przydzielona do 4. Armii, na południe od Stalingradu, już po przybyciu na front połączyła
siły z Niemcami i Austriakami z 22. Dywizji Pancernej, nieco wcześniej prowadzącej walki na
Półwyspie Kerczeńskim na Krymie. Z obu tych formacji utworzono nowy XXXXVIII Korpus
Pancerny.
Typowy niemiecki korpus pancerny był zgrupowaniem groźnym i potężnym – szybką
formacją militarną, wyposażoną w wiele czołgów i dorównującą siłą każdej z nowych sowieckich
armii pancernych, tworzonych w tym czasie i później w składzie Armii Czerwonej. W OKW
zakładano, że XXXXVIII Korpus Pancerny wywiąże się z łatwością z powierzonych mu zadań.
Na wszelki wypadek wspomniany korpus wzmocniono jeszcze 14. Dywizją Pancerną z 6. Armii,
co poprawiło humor Ferdinandowi Heimowi, wcześniej szefowi sztabu 6. Armii, a w tym czasie
– dowódcy XXXXVIII Korpusu. 14. Dywizja Pancerna (wcześniej dowodzona przez Heima)
była doświadczoną, zaprawioną w bojach formacją; utworzona w 1940 roku z 4. Dywizji
Piechoty, wyróżniła się w walkach od początku planu „Barbarossa”. Od 1 listopada 1942 roku
dowództwo tej dywizji objął Hans Freiherr von Falkenstein, lecz już wkrótce, 19 listopada,
zastąpił go Johannes Bässler. (Bässler odniósł ciężkie rany w czasie operacji „Uran” i odesłano
go na rekonwalescencję na zachód Europy, gdzie później został komendantem garnizonu
w portowym Tulonie, na południu Francji). Jedyny problem wiązał się z tym, że 14. Dywizja
Pancerna, należąca do tego czasu do 6. Armii, już od tygodni była uwikłana w walki uliczne
w Stalingradzie, gdzie straciła większość swoich czołgów, a wraz z nimi siłę uderzeniową. Nie
wycofano jej z miasta na tyły frontu, lecz zamiast tego „wyznaczono” do zasilenia nowego
korpusu Heima, „jeżeli wyniknie taka potrzeba”. Jak się miało okazać, dywizja ta już nigdy nie
oderwała się od przeciwnika, mimo że wspomniana „potrzeba” jej wykorzystania gdzie indziej
pojawiała się kilkakrotnie. Ostatecznie pod dowództwem Martina Lattmanna uległa
wyniszczeniu pośród ruin Stalingradu. Znalazłszy się w sowieckiej niewoli, Lattmann przystąpił
do Komitetu Narodowego Wolne Niemcy, a już po wojnie został wysokim rangą
funkcjonariuszem policji w komunistycznych Niemczech Wschodnich.
22. Dywizja Pancerna była w tym czasie nadal względnie mało doświadczoną jednostką
bojową, stanowczo wymagającą dalszego intensywnego szkolenia po zebraniu wniosków
z przebiegu zmagań na Krymie i Kerczu; musiała „dorosnąć”, aby w pełni zasłużyć na miano
najgroźniejszej broni tej wojny: obytej w walkach niemieckiej dywizji pancernej. Jej
dotychczasowego dowódcę, Wilhelma von Apella, zastąpił 46-letni arystokrata, generał piechoty
Hellmut von der Chevallerie. Podobnie jak von Falkenstein z 14. Dywizji Pancernej, von der
Chevallerie nie dowodził zbyt długo i po miesiącu przeszedł do 13. Dywizji Pancernej. Zastąpił
go 47-letni bawarski kawalerzysta Eberhard Rodt. Ten weteran pierwszej wojny światowej (który
później z dużym powodzeniem dowodził 15. Dywizją Grenadierów Pancernych w bataliach na
Sycylii, we Włoszech i w Normandii) podczas kampanii francuskiej w 1940 roku został
odznaczony Krzyżem Rycerskim za dowodzenie jednostką rozpoznawczą, niemniej miał
niewielkie doświadczenie w prowadzeniu operacji wojsk pancernych i nie zdołał
w poważniejszym stopniu podnieść wartości bojowej swojej nowej formacji w krótkim czasie
przed kontruderzeniem Armii Czerwonej.
Gdy walki w Stalingradzie pochłaniały coraz więcej niemieckich rezerw ludzkich,
zapadła fatalna w skutkach decyzja o przerzucie XXXXVIII Korpusu Pancernego Heima na
odcinek północny, na tyły rumuńskiej 3. Armii, i wykorzystania go w roli odwodu strategicznego
w słabo obsadzonym sektorze na północnym skrzydle Grupy Armii B nad Donem. Osłona tego
odcinka linii frontu byłaby wygórowanym zadaniem dla każdego korpusu pancernego,
a XXXXVIII Korpus po prostu nie mógł się z niego należycie wywiązać.
Po przybyciu na miejsce Rodt nie zastał swoich oddziałów skoncentrowanych w jednym
punkcie i gotowych do interwencji w zapalnym miejscu nad Donem, lecz rozproszone za
rumuńskimi dywizjami frontowymi i usiłujące bezowocnie wspomagać tu i tam chwiejną obronę.
Co gorsza, baon saperów 14. Dywizji został wcześniej wydzielony z jej składu i rzucony do
Rattenkrieg („szczurzej wojny”) – ulicznych walk w Stalingradzie, natomiast jeden z dwóch
pułków piechoty z tej dywizji – 140. Pułk Grenadierów Pancernych pułkownika Michalika –
przeniesiono do 2. Armii dalej na północy, gdzie na jego bazie przystąpiono do formowania
nowej 27. Dywizji Pancernej. Czekając w kwaterze polowej, Rodt zainteresował się stanem
zapasów paliwa do jego czołgów. Dowiedział się, że… paliwa nie ma wcale. Przeprowadzanie
ćwiczeń nie było możliwie przez długie tygodnie; jego żołnierzom brakowało benzyny nawet na
regularny rozruch silników, wymagany przez procedury techniczne. Musiano trzymać wozy
pancerne w wykopanych w ziemi jamach, by choć częściowo chronić je przed rosyjskimi
mrozami. Chłód był tak przenikliwy, że nawet to niewiele pomagało. Niemcy musieli robić to, co
niemieckim wojskowym zawsze dobrze wychodziło: improwizowali. Zabierając słomę
okolicznym chłopom, czołgiści opatulali nią swoje cenne pojazdy w nadziei, że zabezpieczą je
przed zimnem i zamarzającym śniegiem. Liczyli, że choć przez pewien czas nie zajdzie
konieczność wprowadzania ich do walki. Co ciekawe, nie zwracali uwagi na szelest w słomie,
wywoływany przez małe zwierzęta – choć w istocie coś tak z pozoru mało istotnego miało
wpłynąć na przebieg i wynik wojny na froncie wschodnim.
Rumuni Radu Gherghego byli w nieco lepszym stanie od niemieckich czołgistów.
Dostawy ropy naftowej z Ploeszti zapewniały paliwo do zbiorników czołgów. Regularnie
przeprowadzali przeglądy techniczne i uruchamiali wozy bojowe, aby te stale nadawały się do
działań. Niemiecka pomoc, tak często krytykowana przez sojuszników Rzeszy z Osi jako
niedostateczna, Gherghemu wyraźnie się przydała. Włosi i Węgrzy mogli jej pozazdrościć
Rumunom. Rankiem 17 października rumuńskim oddziałom dostarczono 11 PzKpfw III i tyleż
PzKpfw IV, a ponadto dziewięć armat przeciwpancernych PaK 40 7,5-cm (kal. 75 mm) oraz
dziewięć PaK 38. Wojska Osi bardzo ceniły taki sprzęt. Wreszcie Rumuni dysponowali bronią
nadającą się do walki z sowieckimi czołgami ciężkimi. Wspomniane niemieckie działa
przeciwpancerne dały Gherghemu skuteczniejszy oręż przeciwczołgowy od uzbrojenia, jakim
dysponowali Węgrzy z 2. Armii i Włosi z 8. Armii razem wzięci. Mniejsze armaty PaK 38
nadawały wystrzeliwanym pociskom przeciwpancernym prędkość początkową 835 m/s,
natomiast nowsze i jeszcze efektywniejsze PaK 40 – ok. 1000 m/s, co oznaczało, że pociski te
przebijały pancerze grubości ponad 100 mm. Jeśli chodzi o załogi PzKpfw IV, to chronił je
pancerz czołowy z 80-milimetrowej walcowanej stali, a pociski z długolufowego działa
czołgowego kal. 75 mm były w stanie przebić płytę pancerną grubości do 77 mm z odległości ok.
2500 m. Ponieważ opancerzenie kadłuba T-34 miało grubość 60 mm, PzKpfw IV oraz PaK 40
znakomicie nadawały się do niszczenia sowieckich czołgów. PzKpfw III przydzielono 8.
kompanii 2. Batalionu Pancernego, PzKpfw IV znalazły się w składzie 4. kompanii 1. batalionu.
Obu typom czołgów Rumuni nadali własne oznaczenia: T-3 i T-4. Wprowadzenie nowych
wozów bojowych i armat przeciwpancernych do służby wymagało wszakże zmiany
dotychczasowej taktyki i procedur operacyjnych. Minął miesiąc, zanim wspomniane baony
zdołały przeprowadzić wspólne ćwiczenia. Zwłoki tej Rumuni mieli niebawem pożałować.
Zrządzeniem losu, czy raczej STAWKI, 22 nowe czołgi PzKpfw III i PzKpfw IV miały
już wkrótce wejść do walki wraz z rumuńskimi R-2 oraz czeskimi TNH/PzKpfw 38(t) i zmierzyć
się z setkami sowieckich czołgów w batalii „Dawida z Goliatem” – w której siły stron były
bardzo nierówne.
Teoretycznie XXXXVIII Korpus Pancerny stanowił znaczną siłę – miał trzy dywizje
pancerne, niemieckie 14. i 22. oraz rumuńską 1., wyposażone w odpowiedni sprzęt – lecz okazało
się to złudzeniem, iluzją, która w ostatecznym rozrachunku przyniosła setkom tysięcy żołnierzy
Osi rany, niewolę albo śmierć.
Wypada jednak wyjaśnić, że dość trudno się pokusić o precyzyjne porównanie realnej
wartości bojowej korpusu z innymi formacjami tego szczebla, gdyż zgrupowania wojsk
pancernych znacznie się różniły pod względem składu i siły; typowa ówczesna niemiecka
dywizja pancerna miała najczęściej jeden pułk pancerny z dwoma batalionami czołgów, lecz
sześć takich dywizji miało tylko jeden batalion pancerny z trzema kompaniami czołgów,
natomiast siedem innych – ponad dwa razy tyle: po dwa baony złożone z czterech kompanii,
a siedem kolejnych – trzy baony po trzy kompanie. Niezależnie od tego i nie wliczając nawet 14.
Dywizji Pancernej, rzeczony korpus powinien dysponować prawie 300 nowoczesnymi czołgami,
czterema pułkami piechoty zmotoryzowanej, dwoma artyleryjskimi, dwoma przeciwlotniczymi
oraz licznymi działami przeciwpancernymi. W istocie tak nie było, z czego zdawano sobie
sprawę w Oberkommando des Heeres (Naczelnym Dowództwie Wojsk Lądowych – OKH).
Tylko czy wiedział o tym Hitler? W drugiej połowie wojny na operacje militarne nazistowskiej
Rzeszy coraz większy wpływ wywierało to, że decyzje Hitlera były oderwane od realiów pola
walki, a w danym przypadku ten czynnik doszedł do głosu – faktycznie XXXXVIII Korpus
Pancerny miał zaledwie tyle czołgów, ile starczyłoby do wyekwipowania jednej dywizji, a przy
tym były to głównie przestarzałe, lekkie, słabo uzbrojone wozy bojowe produkcji czeskiej.
Führer powinien zdawać sobie z tego sprawę, jednak jego adiutant z Luftwaffe twierdził potem,
że „Hitler był niedoinformowany w kwestii wartości bojowej tego korpusu pancernego”.
Nawet jeśli Hitler orientował się, jaką realną wartość stanowił XXXXVIII Korpus
Pancerny, nie wpłynęło to na wzmocnienie tej formacji lub powierzenie jej do odegrania mniej
ważnej roli. Jej zadanie polegało na osłanianiu z zaplecza 6. Armii, by móc zainterweniować
w razie konieczności na jej północnym albo południowym skrzydle – doniosłość tego zadania
wprost trudno przecenić.
Węgierska 1. Polowa Dywizja Pancerna

Choć Węgrzy nie chcieli tego przyznać, to ich 2. Armię czekało mniej więcej to samo, co
frontowe jednostki ich znienawidzonych rumuńskich sąsiadów. Gdy formacje Ostheer
rozciągnięto na zbyt długim, w stosunku do posiadanych sił, froncie i nie były w stanie wydzielić
silnych odwodów, armia ta musiała się zdać niemal w zupełności na swoją doborową jednostkę –
1. Polową Dywizję Pancerną, z kwaterą jej dowództwa na tyłach linii frontu, we wsi
Nikołajewka.
Rozdział 7

Zima nad Donem

W zimie na przełomie 1942 i 1943 roku wprawdzie nie zanotowano rekordowych


mrozów jak w poprzednim roku, ale dla źle wyekwipowanych poborowych z państw Osi,
trzęsących się z zimna w okopach, było to niewielkim pocieszeniem. Czołgiści z XXXXVIII
Korpusu Pancernego chronili swoje pojazdy w ziemnych jamach i przynajmniej próbowali
ogrzać się nieco we wnętrzu wozów bojowych, lecz większość ich towarzyszy broni nie mogła
liczyć na podobne „luksusy”. Szczególnie włoskie dywizje piechoty były nieprzysposobione do
warunków zimowych. We wszystkich nowo przybyłych na front jednostkach rozpaczliwie
brakowało ciepłej odzieży, zwłaszcza skarpet i onucy, porządnych filcowych butów
i watowanych kurtek. Nie pomagało także to, że włoskie służby zaopatrzeniowe działały nader
niewydolnie, a prawie wszystkie produkty dosyłane z kraju rozkradano; trafiały na kwitnący
czarny rynek. Porucznik strzelców alpejskich Bruno Zavagli napisał: „Pokątny handel rozwija się
w najlepsze w Rykowie. […] Człowiek drży z przemarznięcia na froncie, a tu, na zapleczu, jest
wszystko, ale dalej już nie dociera; zapasy pozostają tutaj przez pewien czas i przechodzą przez
grabieżcze łapy, które przebierają i kradną, i tylko resztki z tego trafiają na front”.
Skutki tego były straszne. Z 15 000 żołnierzy Dywizji Piechoty „Ravenna” zimowe
płaszcze dostała mniej niż połowa, natomiast strzelcy górscy z Dywizji „Cuneense” otrzymali
tylko 3000 takich wierzchnich okryć. Mimo to Alpini na ogół byli lepiej zaopatrywani od
jednostek piechoty w niezbędne zapasy, takie jak racje żywności. Jeden z oficerów Dywizji
„Cuneense”, Veniero Marsan, po przybyciu na linię frontu został wysłany do nawiązania
łączności z sąsiednim batalionem piechoty z Dywizji „Cosseria”. Poczęstowany obiadem przez
kolegów z kadry oficerskiej, stwierdził z trwogą, że dostał bardzo cienką zupę z niewieloma
ochłapami mięsa. Krępował się jednak powiedzieć o tym swoim gospodarzom, pałaszującym
bulion tak zawiesisty i gęsty od mięsa i warzyw, że łyżka stawała w nim na sztorc.
Pod niemal wszystkimi innymi względami strzelcy alpejscy borykali się z wielkimi
trudnościami. Mieli niby walczyć w dalekich, ośnieżonych górach Kaukazu, lecz ich głównymi
problemami były kwestie uzbrojenia i transportu – mieli mało jednego i drugiego, zwłaszcza
sprzętu umożliwiającego prowadzenie walki na stepach. Podczas załadunku do pociągów we
Włoszech dowiedzieli się, że wraz z niemiecką Grupą Armii A będą wojowali na górzystym
południu, i właśnie w tym celu wydano im specjalne obuty, liny i inny sprzęt lekki do działań
w górach, a także muły do przenoszenia niewielkich armat górskich. Lecz zamiast tego zostali
przerzuceni dalej na północ i znaleźli się nad Donem, a tam, nad tą wielką rzeką i wśród
bezkresnych, płaskich trawiastych terenów wokół niej, słusznie uznali się za nieodpowiednio
przygotowanych. Mieli wprawdzie przynajmniej nieco ciepłej odzieży, takiej jak baranie
kożuchy, lecz doskwierały im te same braki, które dawały się we znaki oddziałom włoskiej
piechoty – ich broń ręczna, karabiny typu Carcano i elkaemy Breda 30, strzelała tylko po
uprzednim ogrzaniu ogniem i nieustannie się zacinała, gdyż na front nie dotarły specjalne smary;
niedostateczne wsparcie artyleryjskie, ponieważ niektóre z pododdziałów znajdowały się poza
zasięgiem osłonowego ostrzału z własnych dział, niedostatek amunicji wszelkiego rodzaju,
wreszcie – i przede wszystkim – za mało armat przeciwpancernych do walki z groźnymi
sowieckimi T-34. W istocie dowódca Batalionu „Germona” z Dywizji „Julia”, podpułkownik
Rinaldo Dall’Armi, napisał nawet do Mussoliniego o wszystkich niedoborach: „Przybyliśmy do
Rosji, mając wyruszyć na Kaukaz, gdzie nasze umiejętności, uzbrojenie, wyposażenie
i organizacja sprawdziłyby się, gdzie moglibyśmy z powodzeniem rywalizować z doborowymi
niemieckimi i rumuńskimi jednostkami górskimi. Nieoczekiwanie zostaliśmy skierowani nad
Don, na płaskie tereny, pozbawieni odpowiedniej broni – [mamy tylko] ręczne karabiny wz. 1891
i cztery armatki, śmiechu warte w starciu z rosyjskimi 34-tonowymi czołgami.
Strzelców alpejskich jest niewielu – i nie jest to materiał ludzki, którym można beztrosko
rozporządzać”.
Brak nowoczesnej broni przeciwpancernej stanowił poważną słabość armii polowych
czterech głównych koalicjantów z Osi. Sytuacja Węgrów i Rumunów była pod tym względem
równie zła jak Włochów, gdyż nadal miały one na uzbrojeniu nieskuteczne armaty kal. 37 mm
i 47 mm. Niemców wręcz bombardowano prośbami o dostarczenie lepszych dział. Od
października na front zaczęły docierać niewielkie partie tej broni, ale kiedy spadł pierwszy śnieg,
każda z rumuńskich dywizji piechoty dysponowała zaledwie jedną baterią 7,5-cm PaK 40 –
znakomitych armat, których było zdecydowanie za mało. 3. Armia pod dowództwem Dumitrescu
miała zaledwie 48 dział, a na każde z nich przypadał ponadtrzykilometrowy odcinek linii frontu,
natomiast w 4. Armii odcinek był nawet dwukrotnie większy. Nie trzeba dodawać, że podobne
odległości przekraczały praktyczną donośność armat przeciwpancernych, które nadto nie było
samobieżne, tylko miały konny zaprzęg, i na dobrą sprawę nie mogły podczas walki zmieniać
zajmowanych pozycji, co było sprzeczne z wymogami efektywnego przeciwstawiania się
zagrożeniu, stwarzanemu przez zmechanizowane formacje przeciwnika.
Żołnierze improwizowali. Porucznik Nuto Revelli, młody oficer 46. Kompanii Batalionu
„Tirano” z Dywizji „Tridentina”, zapisał: „Jak zwykle, na naszą broń przeciwpancerną składały
się karabiny wz. 1891, trochę granatów i nasze szybkie nogi. Po dwóch dniach miałem już
rosyjskie parabellum [chodzi nie o niemiecki pistolet Luger 08, tylko o pistolet maszynowy
z magazynkiem bębnowym]”.
Sowieci po mistrzowsku wykorzystywali słabość nieprzyjaciela, a znaczną część swojej
propagandy adresowali do włoskich wojsk. Jednym z ich najlepszych „agitatorów” był
przywódca Włoskiej Partii Komunistycznej – Palmiro Togliatti. W 8. Armii stał się dobrze znany
z nieustannych audycji, nadawanych na użytek jego rodaków: „Każdy włoski żołnierz ma prawo
przekroczyć rosyjskie linie i oddać się do niewoli. Każdy czerwonoarmista i każdy sowiecki
obywatel jest zobowiązany do odprowadzenia go [włoskiego dezertera] do najbliższego
posterunku dowodzenia Armii Czerwonej. Towarzysze z ZSRS gwarantują jeńcom życie
i powrót do swojego kraju po zakończeniu wojny. Oto apel do wszystkich Włochów, nadal
walczących po stronie niemieckiej – poddawajcie się!”.
Chociaż wielu ze słuchających tego żołnierzy nie pragnęło niczego bardziej niż wyrwania
się z frontowej nędzy, to tylko bardzo nieliczni wierzyli w obietnice Togliattiego, ujrzawszy na
własne oczy „raj”, urządzony ludziom przez reżim Stalina.
Generalnie cała południowa flanka Ostheer, licząca mniej więcej 2 mln żołnierzy (w tym
armie sojusznicze), znalazła się w trudnej sytuacji. Operacja „Blau” przebiegała niezbyt
pomyślnie; Armia Czerwona nie poniosła decydującej klęski w drugim roku kampanii,
a osławionych kaukaskich złóż ropy naftowej nie zdobyto. Co gorsza, niemiecka potęga militarna
na południu została rozproszona na wielosetkilometrowych obszarach, linie zaopatrzeniowe
wojsk Grupy Armii A u podnóży Kaukazu były nader wydłużone, a oddziały 6. Armii
wykrwawiały się nad Wołgą. Co się zaś tyczyło reszty Grupy Armii B, to była zdana niemal
w zupełności na wojska sprzymierzeńców Rzeszy z Osi – także poważnie narażonych na
przeciwuderzenie sowieckie. Generałowi Karlowi Streckerowi, dowódcy niemieckiego XI
Korpusu – formacji na północnej flance wojsk Paulusa, mającej obok siebie rumuńską 3. Armię –
zaniepokojony szef jego sztabu zadał następujące pytanie: „Dlaczego tak długi odcinek [frontu]
jest broniony tylko przez Rumunów i innych naszych sojuszników, panie generale?”.
Strecker nie umiał odpowiedzieć. (Później korpus Streckera walczył do końca
w Stalingradzie. Rankiem 2 lutego 1943 roku, o 8.40, Strecker nadał radiodepeszę do Hitlera:
„XI Korpus Armijny, ze swoimi sześcioma dywizjami, wypełnił swą misję”).
„Wielonarodowe” siły Armii Czerwonej – plany operacji „Uran”

Kiedy znaleziony przy zwłokach Istvana Balogha dziennik przełożono na język rosyjski,
ten zdobyczny materiał dostarczono G.F. Aleksandrowowi, szefowi wydziału
agitacyjno-propagandowego w Komitecie Centralnym Komunistycznej Partii ZSRS. Czytał on
diariusz Balogha z coraz większym zainteresowaniem, gdy przepojone nadziejami młodego
Węgra czerwcowe wpisy przerodziły się we wrześniu w wyrazy nieskrywanej rozpaczy. Właśnie
na to czekali Aleksandrow i jego zwierzchnicy z Kremla.
W dniach poprzedzających śmierć Balogha generałowie Gieorgij Żukow i Aleksandr
Wasilewski – czyli odpowiednio: obrońca Moskwy z zimy 1941 roku oraz szef sowieckiego
Sztabu Generalnego – zauważyli duży ruch w strefie niemieckiej Grupy Armii B, w wyniku
którego wojska niemieckich sojuszników z Osi znalazły się na północ i południe od Stalingradu.
W głowach wspomnianych sowieckich generałów zrodził się plan, który ostatecznie doprowadził
do jednej z największych ofensyw Armii Czerwonej podczas wojny. Obaj dopracowali swój
pomysł i poszli z nim do Stalina. Sowiecki dyktator uznał plan za wykonalny. Operacja „Uran”,
gdyż taki kryptonim nadano pierwszej fazie tego wielkiego przeciwuderzenia, miała polegać na
rozbiciu dwóch rumuńskich armii polowych, rozmieszczonych na północ i południe od
Stalingradu, oraz wyjście nad Don i zamknięcie w okrążeniu całej niemieckiej 6. Armii Paulusa
nad Wołgą. Był to podobny rodzaj ambitnej, przeprowadzonej przez różne rodzaje sił zbrojnych
operacji, które w 1941 roku tak świetnie udawały się Wehrmachtowi. Teraz Niemcy mieli przed
sobą odnowioną Armię Czerwoną, dowodzoną przez innych dowódców. Zmiany, choć
niekorzystne, dotyczyły także Ostheer – gdy na górnych szczeblach sowieckiej hierarchii
wojskowej zapanowała względna stabilizacja, w OKW nastał zamęt, gdyż Hitler coraz częściej
ingerował we frontowe działania taktyczne, faktycznie kierując operacjami strategicznymi. Jego
adwersarz Franz Halder został jesienią zdymisjonowany z funkcji szefa Sztabu Generalnego
i zastąpiony przez bardziej uległego Kurta Zeitzlera.
Zasadniczo sukces operacji „Uran” zależał od trzech czynników: po pierwsze, STAWKA
musiała skoncentrować siły niezbędne do jej przeprowadzenia w tajemnicy, aby udało się
zaskoczyć przeciwnika; po drugie, skoncentrowane wojska sowieckie musiały szybko przełamać
linię frontu na odcinkach bronionych przez wojska sojuszników Niemiec; i wreszcie po trzecie –
a to miało największe znaczenie – pobić pancerne odwody Osi w tej strefie frontu. Jeśli Rumuni,
Węgrzy i Włosi utrzymaliby się dostatecznie długo, to Niemcy zyskaliby czas na to, aby
zareagować i wymknąć się z pułapki albo przeprowadzić własne przeciwuderzenie. Ryzyko było
wielkie, więc STAWKA czyniła wszystko, żeby znaleźć odpowiedź na jedno proste pytanie: Czy
przeciwnik wytrzyma pierwsze uderzenie?
Wedle znanego historyka Alexandra Wertha, specjalizującego się w badaniu dziejów
walk na froncie rosyjskim, Sowieci początkowo byli zaskoczeni walecznością rumuńskich
żołnierzy, zwłaszcza że miano w pamięci ich marną bitność w latach pierwszej wojny światowej.
Ale po wielkich stratach, poniesionych poprzedniego lata pod Odessą, sytuacja w tym względzie
zmieniła się na niekorzyść Rumunów. Patrole czerwonoarmistów starały się zatrzymywać
żołnierzy armii rumuńskiej – jazyki („języka”), jak to określali Sowieci. Złapani jeńcy mówili
o coraz większej nienawiści do Antonescu, Niemców oraz wojny. Wobec tego, że tak wielu
oficerów regularnej armii zginęło w Besarabii, Bukowinie, pod Odessą i na Ukrainie, zastąpiono
ich licznymi rezerwistami, często źle wyszkolonymi, podstarzałymi, bez umiejętności
przywódczych i odnoszącymi się niewyrozumiale do szeregowych. A to psuło atmosferę na
froncie, zwłaszcza w dywizjach piechoty, w których żołnierze coraz częściej patrzyli wilkiem na
swoich przełożonych. Tych ostatnich opisano w jednym z meldunków wywiadowczych Armii
Czerwonej jako „chamskich w stosunku do żołnierzy i często bijących ich bez specjalnego
powodu”.
Powodem niesnasek w armii rumuńskiej były też absurdalne przywileje zarezerwowane
dla oficerów, takie jak korzystanie z usług ordynansów i przydziały dużo lepszych racji
żywności. Ponieważ zaopatrzenie było bardzo złe, kwestia prowiantu poważnie osłabiała morale
żołnierzy. Gdy na ziemi zalegała gruba warstwa śniegu, szeregowy żołnierz rumuński, bez
odpowiedniej odzieży zimowej, dostawał dziennie tylko pół menażki ciepłej strawy, a do tego
300 g chleba – co ledwie umożliwiało przeżycie – a przy tym żołnierz taki widział, że jego
dowódca otrzymuje dużo więcej jedzenia. Szeregowi próbowali uzupełniać bardziej niż skromne
racje żywności tym, co udało się kupić od miejscowych wieśniaków albo na czarnym rynku. Ich
żałosny żołd, wynoszący zaledwie 60 lei miesięcznie (równowartość kilku marek niemieckich),
ledwie pozwalał na kupno garnka mleka co drugi dzień. W tej sytuacji rumuńscy żołnierze robili
to, co zawsze robiło głodne wojsko: szukali jedzenia i kradli je, kiedy uważali, że nie zostaną
przyłapani. Zdobywane pokątnie pożywienie nierzadko bywało nieświeże, niedogotowane,
ciężkostrawne – i często wywoływało dyzenterię. I tak już zaniepokojone rumuńskie dowództwo
wojskowe dopatrywało się sabotażu w poczynaniach swoich żołnierzy, przesiadujących
w latrynach: „Rosyjscy agenci zatruwają obszary na tyłach [frontu], ażeby spowodować straty
wśród naszego personelu”.
Fragment wewnętrznego raportu rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej o rzekomych
sowieckich działaniach szpiegowskich: „Jeśli chodzi o Włochów, to mimo że Sowieci uważali, iż
włoska doktryna militarna kładzie nacisk na działania zaczepne, w rzeczywistości włoskie ataki
rzadko bywały energiczne i dochodziły do celu; zwykle załamywały się w ciągu 20 minut po
napotkaniu poważniejszego oporu”.
Cytowane już fragmenty z dziennika Balogha dobrze oddawały stan ducha bojowego
w szeregach węgierskiej 2. Armii.
Sowieci musieli w krótkim czasie przećwiczyć i skoncentrować milion żołnierzy i tysiące
czołgów i dział, potrzebnych do takiej wielkiej kontrofensywy – i uczynić to z zachowaniem
pełnej tajemnicy. Aby tego dokonać, woleli nie zdawać się na przypadek bądź łut szczęścia, tylko
opracowali złożony, przemyślany plan tak zwanej maskirowki – działań dezinformujących na
poziomie strategicznym i w pełni zintegrowanych z planami operacji militarnej. Operacja „Uran”
była pierwszym przypadkiem takich działań w ramach kampanii wojskowej, a ponieważ
zapewniły one wykorzystanie czynnika zaskoczenia w wielkiej skali, stały się cechą
charakterystyczną sowieckich ofensyw już do końca wojny. Z myślą o operacji „Uran” całe
formacje skoncentrowano i zawczasu przetestowano w lokalnych potyczkach z wojskami
niemieckiej Grupy Armii Środek. Dało to podwójną korzyść: przećwiczyło nowe jednostki
w prowadzeniu walki i wywołało zamieszanie pod stronie Niemców, ścierających się z nowymi
formacjami nieprzyjaciela, które szybko im znikały, a także związało niemieckie odwody, co
zapobiegało przerzutowi ich na południe. Aby jeszcze bardziej zdezorientować przeciwnika,
Sowieci upozorowali wielką przeprawę przez rzekę z użyciem łodzi na odcinku na północ od
Woroneża. Równocześnie w sektorach, w których faktycznie zaplanowali atak, Niemcy widzieli
ich szykujących obronne okopy. Wszystko to dało do myślenia OKW, które podejrzewało, że
spodziewana ofensywa zimowa Armii Czerwonej spadnie na wojska Grupy Armii Środek, a nie
na żołnierzy von Weichsa.
W OKW pomylono się tylko częściowo. W rzeczywistości nie było jasnej odpowiedzi na
pytanie, gdzie Sowieci uderzą. Armia Czerwona na tyle odzyskała siły, że przygotowywała się do
przeprowadzenia nie jednej, lecz dwóch wielkich ofensyw przeciwko Ostheer, i to niemal
jednocześnie. Operacja „Uran” miała zbiec się w czasie z operacją „Mars”, zaplanowaną,
podobnie jak „Uran”, przez Żukowa. W jej ramach silne formacje czerwonoarmistów otrzymały
zadanie zaatakowania grupy armijnej von Klugego w śmiałej próbie okrążenia i zniszczenia całej
niemieckiej 9. Armii wokół Rżewa. Aby to się udało, Sowieci skoncentrowali na tamtym odcinku
1,9 mln żołnierzy, 24 000 dział i moździerzy, 1100 samolotów i aż 3300 czołgów. Było to więcej
czołgów, niż Ostheer miały na całym froncie rosyjskim, a także więcej od 1400, które STAWKA
wydzieliła do operacji „Uran”. W tej ostatniej zamierzano wykorzystać „tylko” 15 000 dział i 900
samolotów.
Skala szykowanego przeciwuderzenia była gigantyczna. W 1941 roku sowieckie
kontrofensywy zimowe ocaliły Moskwę i doprowadziły do zdziesiątkowania armii niemieckiej
w Rosji. Zimą 1942 roku Stalinowi marzyła się ostateczna rozprawa z Hitlerem za sprawą
zniszczenia wojsk niemieckich sojuszników z Osi i unicestwienia dwóch największych armii
polowych Wehrmachtu – 6. i 9.
Cisza przed burzą na froncie wschodnim

Jedną z wielu legend, które narosły wokół błyskotliwego sowieckiego zwycięstwa nad
Donem tamtej zimy, jest przekonanie, że wojska Osi zostały zupełnie zaskoczone przez operację
„Uran”. To po prostu nieprawda. Wprawdzie na Kremlu do późna nie gasły światła wokół
zasłanych mapami sztabowymi stołów, lecz również w berlińskiej siedzibie OKW przy
Bendlerstrasse nie próżnowano.
W sztabie Hitlera, a także w OKW, OKH i dowództwach Grupy Armii A i Grupy Armii
B (oraz, rzecz jasna, w dowództwie 6. Armii) oczekiwano podjęcia jakichś działań zaczepnych
przez przeciwnika. Nie doceniono jednak sowieckich planów i możliwości, a przy tym znacznie
przeceniono zdolności obronne wojsk niemieckich. Niemcy spodziewali się ograniczonego ataku
na północnym odcinku, przeciwko Rumunom, przeprowadzonego przez względnie niewielkie
siły i mającego na celu opanowanie głównej linii kolejowej do Stalingradu, by ograniczyć
transport dla 6. Armii. Niemcy nie wierzyli, że Rumuni zdołają, czy też zechcą, stawić twardy
opór, więc w ich sektorze był potrzebny ruchomy odwód – dlatego też Hitler osobiście polecił
rozmieścić korpus pancerny Ferdinanda Heima na rumuńskich tyłach w gotowości do
interwencji. Panowało przekonanie, że Rumuni niemal na pewno ustąpią pod naporem
nieprzyjaciela i może nawet oddadzą wspomniany szlak kolejowy, ale wtedy czołgi Heima
przeprowadzą przeciwuderzenie, uszczelnią wyłom w linii frontu i dadzą innym niemieckim
formacjom czas na podejście i odzyskanie utraconego terenu. Nie był to idealny plan, jednak dla
Niemców stanowił jedyne realne rozwiązanie wobec słabości liczebnej ich wojsk na froncie.
W Berlinie traktowano to jako zagrywkę pokerową– choć nieszczególnie ryzykowną. Okazało się
to fatalnym błędem.
W Berlinie nie uwzględniono osobliwego splotu wydarzeń, który z perspektywy czasu
wydaje się logiczny, lecz wtedy nie zwrócił niczyjej uwagi. Głównym ogniwem spajającym cały
południowy front Osi były czołgi – a tych było za mało, zwłaszcza jeśli chodzi o ich względnie
nowoczesne typy. Choć wszyscy zdawali sobie sprawę z ich niedostatecznej liczby, jeszcze
ważniejsze okazało się to, że wśród tych posiadanych przeważały dwa typy czołgów, które w tej
fazie wojny były już poważnie przestarzałe.
Podstawowymi typami czołgów w 22. Dywizji Pancernej Rodta, węgierskiej 1. Polowej
Dywizji Pancernej Veressa i Langa oraz rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej Gherghego były
PzKpfw 35(t) i PzKpfw 38(t) – oba produkcji czeskiej. Należały do najlepszych czołgów na
świecie w latach 30., lecz do 1942 roku zdążyły się już mocno zestarzeć.
Mniej więcej 280 czołgów miało wspierać rezerwy, wyekwipowane w jeszcze starszy
sprzęt – czołgi lekkie, uzbrojone w karabiny maszynowe lub małokalibrowe armaty. Do tej
kategorii należały węgierskie toldi oraz tankietki L3/33 (CV33) z jednostki Paola Tarnassiego
i L3/35 (CV-3/35) w formacji, którą dowodził Radu Korne – wszystkie wozy bojowe były
przestarzałe już w 1940 roku i zupełnie nieprzystosowane do walki z nowoczesną sowiecką
bronią pancerną. W Berlinie ulegano złudzeniom, że rumuńska 1. Dywizja Pancerna, niemiecka
22. Dywizja Pancerna i węgierska 1. Polowa Dywizja Pancerna to silne i wartościowe formacje
zmechanizowane, którymi w istocie nie były. Nawet ok. 30 PzKpfw IV, rozproszonych
w niedużych oddziałach w składzie „San Giorgio” i innych baonów, nie mogło wystarczyć
w zbliżającej się batalii.
Na południe od Stalingradu sytuacja 4. Armii nie przedstawiała się lepiej, a faktycznie
być może jeszcze gorzej. Nie brano zbyt poważnie pod uwagę ewentualności wzięcia tego miasta
w sowieckie „kleszcze”, więc poza niewielkim zgrupowaniem bojowym, którym dowodził
Korne, jedyny ruchomy odwód stanowiła niemiecka 29. Dywizja Zmotoryzowana. Jednostka ta,
jako formacja piechoty zmotoryzowanej, miała tylko batalion (a nie pułk) pancerny. Służyli
w nim weterani wielu walk, którzy odpoczęli i otrzymali nowy sprzęt po letniej kampanii.
Walczyli znakomicie i o mało nie osiągnęli nieprawdopodobnego zwycięstwa, które ocaliłoby
Rumunów na całym froncie południowym, ostatecznie jednak pech i niefortunne decyzje na
najwyższym szczeblu zniweczyły efekty niemieckiej reakcji na sowiecką ofensywę „Uran”.
Wspomniana seria błędów, wynikających z niewłaściwego rozumowania naczelnego
dowództwa, stanowiła źródło klęski wojsk Osi w Rosji – oraz powiązanego z nią unicestwienia 6.
Armii pod Stalingradem. To samo myślenie, które nie dopuszczało możliwości skoncentrowania
przez Armię Czerwoną odpowiednich sił i przeprowadzenia przez nią potężnego
przeciwuderzenia, uniemożliwiło elastyczne zareagowanie na wypadki rozgrywające się na
froncie i odzyskanie inicjatywy. Od samego początku Niemcy i ich sojusznicy z osi ograniczyli
się do działań defensywnych. Na sowieckie posunięcia reagowano akcjami na niewielką skalę.
Stanowczo za późno zdano sobie sprawę, jakie niebezpieczeństwo im groziło.
Sowiecka maskirowka a oceny Fremde Heere Ost

Poważną odpowiedzialnością za taki stan rzeczy należałoby obarczyć niemiecką


wojskową organizację wywiadowczą – Fremde Heere Ost (Obce Armie Wschód – FHO) – i jej
przereklamowanego szefa, pułkownika Reinharda Gehlena. Gehlen, niewysoki, zadbany
i skrupulatny, zastąpił Eberharda Kinzela dopiero na wiosnę 1942 roku, ale od dawna pracował
w Sztabie Generalnym. Od lipca 1941 roku zajmował wysokie stanowiska w służbach wywiadu.
Po objęciu nowej funkcji Gehlen gruntownie zreorganizował FHO. Nie udało mu się jednak
rozszyfrować sowieckich zamiarów tamtej zimy i ostrzec w porę niemieckiego naczelnego
dowództwa, a to przyczyniło się do sukcesu Armii Czerwonej w takim samym stopniu jak
maskirowka – dezinformujące poczynania przeciwnika. W rzeczywistości na początku czerwca
1942 roku, czyli tuż przed rozpoczęciem operacji „Blau”, Gehlen na tyle optymistycznie oceniał
sytuację na froncie, że podczas prelekcji na berlińskiej wyższej uczelni wojskowej oznajmił, iż
Armia Czerwona uległa znacznemu osłabieniu: „[…] mało prawdopodobne, aby Rosjanie bez
nadludzkich starań uzupełnili straty tak wielkie jak te, które ponieśli pod Wiaźmą i Briańskiem
[…], i nie będą w stanie wprowadzić do walki tak wielkich odwodów, jak zimą 1941/1942 roku”.
Były to pobożne życzenia najgorszego rodzaju, niepoparte solidnymi danymi
wywiadowczymi ani analizą przebiegu kampanii wschodniej. Jej dzieje powinny być przecież
dobrze znane szefowi niemieckiego wywiadu na wschodzie – zmagania na froncie wschodnim
układały się w pewien schemat od chwili rozpoczęcia planu „Barbarossa” półtora roku wcześniej.
W skrócie, Wehrmacht prowadził energiczne działania zaczepne wiosną i latem. Niemcy
nie mieli odpowiedniego wyposażenia i przeszkolenia do kontynuowania walk w skrajnych
warunkach pogodowych i klimatycznych, nie wypracowali też stosownej taktyki. Sowieci
z konieczności atakowali właśnie w zimie. Podczas walk w 1941 i 1942 roku formacje
Wehrmachtu przeprowadziły główne ofensywy w lecie, a potem zatrzymały się na krańcu swoich
rozciągniętych linii zaopatrzeniowych z nadejściem zimy, gdy ich żołnierze byli wyczerpani,
a sprzęt zużyty. Wtedy Armia Czerwona przeszła w czasie mrozów do przeciwuderzenia, które
wywoływało panikę w Berlinie. Niemcom ostatecznie udało się zatrzymać czerwonoarmistów
wiosną, kiedy cieplejsza pogoda pozwoliła im na wykorzystanie przewagi w wyszkoleniu
taktycznym, a następnie na podjęcie przygotowań do wznowienia działań zaczepnych na wielką
skalę.
Schemat ten ostatecznie przełamano po gigantycznej bitwie pod Kurskiem w miesiącach
letnich 1943 roku, gdy Sowieci nie musieli już czekać na nadejście zimy, żeby przejść do
ofensywy. Do tego czasu Armia Czerwona stale rosła w siłę, natomiast Ostheer stopniowo się
wykruszały. Sowietom udało się powstrzymać przeprowadzony latem atak i zaraz potem
przystąpić do kontrnatarcia podczas długich, bezchmurnych dni późnego lata i jesieni. W lecie
1944 roku to już armia sowiecka, a nie Ostheer przeprowadziła główną ofensywę. Od tamtej pory
Moskwa niepodzielnie utrzymywała inicjatywę strategiczną na polach bitewnych aż do chwili
zdobycia zrujnowanego Berlina.
Jeśli chodzi o Gehlena, to zakończył on wojnę w stopniu generała-majora i oddał się
w ręce, wraz z najważniejszymi podwładnymi i cennymi archiwami, wojskom amerykańskim.
Amerykanie zapewnili mu nietykalność i uchronili przed więzieniem w zamian za uruchomienie
przezeń siatki wywiadowczej w krajach wschodnioeuropejskich i Związku Sowieckim
z nastaniem zimnej wojny. W latach 1956–1968 Gehlen stał na czele zachodnioniemieckiej
Federalnej Służby Wywiadowczej (Bundesnachrichtendienst), zmuszony do ustąpienia, kiedy
wyszło na jaw, że organizacja ta była infiltrowana przez agentów komunistycznych. Zmarł
w 1979 roku w wieku 77 lat.
Afryka Północna

Niezależnie od dzielności żołnierzy brytyjskiej 8. Armii i tego, co starano się pokazać


w powojennych filmach fabularnych, pustynna kampania północnoafrykańska była dla
Wehrmachtu drugorzędnym teatrem działań zbrojnych. Aby się o tym przekonać, wystarczy
pobieżnie zapoznać się z wojennymi arenami działań najważniejszych w siłach lądowych Rzeszy
niemieckich dywizji pancernych. Z 27, które istniały pod koniec 1942 roku, zaledwie dwie
działały w składzie Afrika Korps, natomiast cztery lub pięć uzupełniało poniesione straty na
terenie okupowanej Francji. Wszystkie pozostałe walczyły na froncie wschodnim.
W listopadzie 1942 roku, pomimo względnie pomniejszego znaczenia frontu
afrykańskiego, w Berlinie musiano oderwać wzrok od map Stalingradu i Kaukazu oraz
napływających stamtąd meldunków i skupić uwagę na działaniach na pustyni. Powodem tego był
rezultat bitwy pod El Alamejn, małą miejscowością na szlaku kolejowym do Kairu. W ciągu
niespełna dwóch tygodni, od 23 października 1943 roku, Bernard Montgomery błyskotliwie
poprowadził do zdecydowanego zwycięstwa wojska złożone z oddziałów brytyjskich i tych
z państw Wspólnoty Brytyjskiej, które pokonały niemiecko-włoską armię słynnego Erwina
Rommla. Opuszczając obszary zasłane wypalonymi wrakami setek czołgów i zwłokami tysięcy
zabitych żołnierzy, wojska Osi w wielkim pośpiechu wycofywały się na zachód.
Dodatkowym ciosem dla Niemców okazała się, oprócz wspomnianej porażki, rozpoczęta
niewiele dni później, 8 listopada 1942 roku, operacja „Torch”, gdy brytyjsko-amerykańskie siły
desantowe pomyślnie wylądowały we francuskiej części Afryki Północnej. Ten debiut wojsk
USA w militarnych działaniach na lądzie stanowił wstrząs dla niemieckich dowódców, którzy
z trwogą wspominali pojawienie się na froncie zachodnim w 1917 roku „amerykańskich
chłopców” „Black Jacka” Pershinga oraz to, jak owa interwencja Stanów Zjednoczonych
przyczyniła się wydatnie do klęski cesarskich Niemiec rok później.
Armia Czerwona szykowała się do przeprowadzenia zaplanowanego przeciwuderzenia
w skrajnie trudnym czasie dla Wehrmachtu.
Stosunek sił przeciwników

Dla Sowietów utrzymanie przygotowań w tajemnicy było bardzo ważne, a środki


zapobiegawcze, jakie podjęli, były wprost nadzwyczajne, niemniej przyczyniło się to do
ostatecznego sukcesu ich wojsk. Żukow osobiście uczestniczył w rozpoznaniu na
najważniejszych odcinkach. Wyjeżdżał na przedpole tylko z kierowcą, aby przyjrzeć się terenom,
na których jego żołnierze mieli przeprowadzić atak. Narażał się poważnie na śmierć lub
schwytanie. Z drugiej strony, w armii brytyjskiej jest takie powiedzenie: „Czas poświęcony na
rekonesans rzadko bywa zmarnowany”. Po udanej maskirowce STAWKA przystąpiła do
rozmieszczania jednostek wyznaczonych do udziału w operacji „Uran” na wysuniętych
pozycjach. Pod osłoną ciemności ewakuowano wioski i miasteczka w określonych sektorach;
ludność wyprowadzano z domów i wywożono, aby żołnierze przemieszczający się na pierwszą
linię mogli za dnia chować się w budynkach mieszkalnych i gospodarczych, niezauważeni przez
samoloty obserwacyjne Luftwaffe.
Odpowiednik Żukowa dalej na południu, Wasilewski, rozmieścił swoich żołnierzy na
wysuniętych pozycjach, za linią słonych jezior, aby zapewnić oddziałom korzystniejsze warunki
do nagłego uderzenia – na północy, i na południu nawet dowódcy sowieckich frontów i armii
polowych nie wiedzieli dokładnie, co się szykuje.
Rola Frontu Stalingradzkiego Andrieja Jeriomienki (w wojskach sowieckich front był
odpowiednikiem niemieckiej grupy armii) miała być dwojaka. Pierwsze zadanie tego silnego
zgrupowania, liczącego 430 000 żołnierzy, 5800 dział i 650 czołgów, polegało na związaniu
walką 6. Armii Paulusa i uniemożliwienie którymkolwiek z jej jednostek, zwłaszcza trzem
dywizjom pancernym, wsparcie Rumunów. Po drugie, stanowiące południową flankę
wspomnianego frontu dwie armie polowe, 51. i 57., miały uderzyć na południowym odcinku
i przebić się przez pozycje rumuńskiej 4. Armii Constantinescu-Clapsa. W dniach
poprzedzających rozkaz rozpoczęcia ataku po cichu przetransportowano przez Wołgę na
przyczółki mostowe na zachodnim brzegu tej rzeki dwa sowieckie korpusy zmechanizowane
i jeden kawaleryjski, gdzie wyczekiwały na sygnał do natarcia.
W sektorze północnym wojskom Frontu Dońskiego Rokossowskiego i Frontu
Południowo-Zachodniego Watutina przypadła rola głównych sił uderzeniowych; były to potężne
zgrupowania. Nikołaj Watutin, niski, pucułowaty człowiek i czołowy specjalista od działań
formacji pancernych wśród sowieckich dowódców, miał pod swoją komendą 400 000 żołnierzy,
6500 dział (w tym 150 „organów Stalina” – groźnych, wielolufowych katiusz, czyli wyrzutni
rakiet kal. 132 mm, montowanych na ciężarówkach), ok. 730 czołgów i 530 samolotów.
Konstanty Rokossowski dowodził trzema armiami polowymi, acz nieco słabszymi – w sumie
miał o 100 000 ludzi mniej niż Watutin – wyposażonymi ogółem w 5300 dział, 200 czołgów
i 260 samolotów.
Wojska Osi w tej części frontu wschodniego były rozpaczliwie słabe w porównaniu
z siłami sowieckimi. Na północny zachód i południowy wschód od Stalingradu, rozciągnięte na
wielu kilometrach ośnieżonego stepu nad Donem i Wołgą, stały dwie armie złożone
z rumuńskich młodych wieśniaków. Wielu z nich było analfabetami; mało który potrafił wskazać
na mapie okolicę, w której się znajdowali, a większość po raz pierwszy znalazła się z dala od
rodzinnych stron. W jednostkach piechoty przeważali poborowi, przy czym wielu nie miało
doświadczenia bojowego; przeszli zaledwie trzymiesięczne przeszkolenie, nim uzupełnili
dotkliwe straty, poniesione przez ich dywizje w Besarabii, Bukowinie, na Krymie, a zwłaszcza
pod Odessą. Teoretycznie w każdej z dywizji jeden samochód ciężarowy miał przypadać na
ośmiu żołnierzy; w praktyce mieli szczęście, jeśli jedna ciężarówka przypadała na stu ludzi.
Niedobory nowoczesnych środków transportu uzupełniano końmi: w rumuńskich dywizjach
piechoty jeden koń miał przypadać na dwóch żołnierzy. Faktycznie jednak wiele z tych zwierząt
pociągowych skończyło w niesławnej „końskiej zupie” (gotowanej z braku innego mięsa).
Żołnierze, w niedopasowanych wełnianych mundurach i marnych butach, zniszczonych po
wielokilometrowych forsownych przemarszach, źle znosili mroźne dni i nocne rosyjskie zimno.
Większość chroniła się przed odmrożeniami, nosząc rzeczy odebrane lokalnej ludności – futrzane
czapy z nausznikami, waciaki oraz filcowe buty zwane walonkami. Jeżeli nie udawało się tego
zdobyć, uciekali się do wypychania podszewek i obuwia słomą i starymi gazetami – lub
czymkolwiek innym, co dawało choć odrobinę ciepła. Godzinami trzęsąc się z zimna w okopach,
których nie mogli opuszczać z obawy przed wszechobecnymi sowieckimi snajperami, marzyli
głównie o jedzeniu – gorącej strawie! Niestety, jak z niesmakiem zaobserwował pewien kapral
z niemieckiej 305. Dywizji Piechoty z Nadrenii: „Rumuńskie kuchnie polowe zawsze szykowały
trzy różne posiłki: jeden dla oficerów, drugi dla podoficerów, a jeszcze inny dla żołnierzy, którzy
mało co jedli”.
Wywodzący się z arystokracji austriacki oficer, podporucznik graf Stolberg, był oburzony
postępowaniem rumuńskich oficerów: „Przede wszystkim wszyscy [rumuńscy] oficerowie byli
niewiele warci, […] nie interesowali się wcale swoimi żołnierzami”.
Dla oficera Wehrmachtu – a w istocie dla każdego oficera jakiejkolwiek armii w każdym
okresie dziejów – była to sytuacja nie do zaakceptowania. Świadectwa takich zaniedbań widziano
na każdym kroku, i nie dało się przymykać na nie oka. I choć chlubiący się swoimi tradycjami
wojskowymi Rumuni woleliby uznać takie opinie za fałszywe, to w rzeczywistości tak było
naprawdę. W związku z tym, że bardzo wielu zawodowych, doświadczonych przedwojennych
przedstawicieli kadry oficerskiej i podoficerskiej zginęło lub powróciło jako inwalidzi do kraju
po kampanii 1941 roku, rumuńskie masy żołnierskie we frontowych dywizjach znajdowały się
w opłakanym stanie. Szeregowi często bywali dowodzeni przez niekompetentnych
zwierzchników, zupełnie zaniedbujących żołnierzy oddanych pod ich komendę. Gdy Armia
Czerwona zaatakowała, tysiące żołnierzy porzucało swoje pozycje w rozpaczliwej nadziei na
ocalenie, a niektórzy z ich przełożonych bezwstydnie uciekali jeszcze szybciej.
Na południe od Stalingradu Constantinescu-Claps dysponował zaledwie 76 000 ludzi, bez
czołgów cięższych od tankietek L3/35 ze zgrupowania Korne, i miał tylko niewiele dział
przeciwpancernych. Jego dywizje nie miały pełnych stanów liczebnych po zmaganiach w lecie
i zdobyciu Krymu. Względnie najwartościowsze formacje – 5. i 8. Dywizja Kawalerii – utraciły
niemal połowę ludzi, a choć 18. Dywizja Piechoty wciąż pozostawała dość silną formacją, to 1.
Dywizja Piechoty skurczyła się do rozmiarów solidnego pułku. Inne dywizje piechoty, 2. i 4.,
przedstawiały się niewiele lepiej. Mimo to oczekiwano od nich, że utrzymają mniej więcej
400-kilometrowy odcinek linii frontu siłami zaledwie 33 osłabionych batalionów piechoty. Było
to niewykonalne zadanie. Oddziały rozciągnięte na znacznej przestrzeni nie mogły wspierać się
wzajemnie ogniem osłonowym bądź obsadzać urzutowanych w głąb pozycji obronnych. Główna
linia defensywna najczęściej składała się z pojedynczych okopów na ośnieżonym stepie,
a w każdej z takich jam tkwiło po dwóch lub trzech żołnierzy, uzbrojonych tylko w karabiny
powtarzalne, kilka granatów i być może niewiele koktajli Mołotowa. Po przejściu do ataku
Sowieci byli w stanie przełamać linie bardzo szybko, po kolei szturmując okopy i zabijając
broniących się w nich ludzi – rumuńskich żołnierzy, którzy nie mogli liczyć na pomoc ze strony
swoich towarzyszy broni i ginęli na dnie ziemnych jam, gdy wojska sowieckie dosłownie
przetaczały się ponad nimi.
Dowodzona przez Dumitrescu rumuńska 3. Armia była przynajmniej nieco silniejsza. Jej
linia obrony była prawie o 250 km krótsza, wobec czego na każdy z 69 baonów piechoty
przypadał zaledwie 2,5-kilometrowy odcinek frontu. Miała też więcej dział niż 4. Armia, więc
mogła liczyć na dużo silniejsze wsparcie ogniowe, a ponadto liczyła więcej ludzi – o ponad
90 000, w tym więcej niż 11 000 niemieckich. Na jej odcinku sukces Armii Czerwonej nie był
zatem przesądzony.
„Front wstrzymuje oddech”

Operacja „Mars” miała się rozpocząć jako pierwsza – z perspektywy Moskwy była
ważniejsza – jednak opóźniła ją zła pogoda, i to operacja „Uran” okazała się główną sowiecką
ofensywą. Armia Czerwona w tym czasie nadal uczyła się wojowania i upłynęło wiele dni, nim
STAWKA zorientowała się, że do koncentracji wojsk wydzielono za mało środków transportu,
w związku z czym i ta akcja zaczęła się z opóźnieniem. Mimo wszystko w dniach przed Godziną
„H” aż 160 000 żołnierzy, 14 000 pojazdów, 10 000 koni, 6000 dział i 430 czołgów udało się
potajemnie – nocami – przeprawić przez Don na przyczółki naprzeciwko pozycji rumuńskich
wojsk Petre Dumitrescu. Wieczorem 18 listopada Żukow uznał, że jego siły są gotowe do ataku.
Rozpoczynała się historyczna batalia.
Rozdział 8

Operacja „Uran”: klęska Rumunów

„Szybki Heinz” Guderian zawsze miał coś do powiedzenia, a w oprawnych w skórę


tomach, które zapełnił swoimi przemyśleniami na temat prowadzenia działań wojennych, jego
opinie o jakości i liczebności wojsk są świetnym podsumowaniem sytuacji sojuszników
niemieckiej armii wschodniej, gdy w listopadzie 1942 roku nadeszła kolejna mroźna rosyjska
zima: „Lepiej mieć niewiele silnych dywizji niż wiele tylko częściowo wyekwipowanych. Te
ostatnie potrzebują wielkiej liczby pojazdów i ludzi oraz dużo paliwa, zasobów nieadekwatnych
do ich militarnej efektywności; są tak naprawdę brzemieniem zarówno dla dowództwa, jak
i służb zaopatrzeniowych”.
Mussoliniemu, Antonescu i Horthyemu dobrze zrobiłoby zapoznanie się z takimi
lakonicznymi, krytycznymi stwierdzeniami, nim zaangażowali się w udział w operacji „Blau”.
Sprzymierzeńcy Rzeszy wpadli bowiem w sidła, tak zwięźle opisane przez Guderiana – za
sprawą przymilania się ze strony nazistów, rywalizacji wśród państw Osi oraz osobistej próżności
ich wodzów. Wszystko to skłoniło tychże przywódców do wysłania na front mas żołnierskich,
słabo przeszkolonych i wyekwipowanych, a potem też niedostatecznie zaopatrywanych.
Wreszcie okazało się, że jest już za późno, by się wycofać.
Burza miała się niebawem rozpętać. A jak potoczyły się podczas niej losy czterech armii
polowych sojuszników Niemiec z Osi? Odpowiedź na to jest jednoznaczna: źle.
Zgodnie z upowszechnioną w publikacjach historycznych wersją wypadków
niezwyciężona sowiecka machina wojenna przebiła z łatwością słabiutką obronę na liniach
defensywnych niemieckich sprzymierzeńców z Osi. Właściwie z marszu rozpędziła po stepach
tysiące przerażonych, wcielonych przymusowo do wojska żołnierzy. Rzekomo przelano przy tym
mało krwi, gdyż Rumuni, Węgrzy i Włosi po prostu rzucali broń i uciekali. Sowieckie
zwycięstwo miało być od początku przesądzone, a jego rozmiary okazały się jeszcze większe,
kiedy Hitler skazał swoją 6. Armię na zagładę z powodu szaleńczych obsesji, którym ulegał.
Tak jak w przypadku większości legend, i w tej jest ziarno prawdy, jednak
w rzeczywistości wszystko przebiegało inaczej. Utrwalona w historiografii wersja wypadków
zasługuje na miano niesprawiedliwej i krzywdzącej dla niemieckich sojuszników – faktycznie
walczyli oni znacznie lepiej i nierzadko odznaczali się wprost niewiarygodną odwagą. Nie mając
prawie wozów bojowych i armat przeciwpancernych, rumuńscy żołnierze rzucali się na
sowieckie T-34 z granatami ręcznymi i koktajlami Mołotowa, niszcząc tuziny tych czołgów –
tylko pierwszego dnia sowieckiej ofensywy żołnierze 13. Dywizji Piechoty z Ploeszti zniszczyli
25 maszyn – i odpierali zmasowane ataki czerwonoarmistów, mając do dyspozycji tylko ręczne
karabiny oraz niewiele karabinów maszynowych i moździerzy. Młodzi Siedmiogrodzianie z 82.
pułku 20. Dywizji Piechoty zatrzymali ataki dwóch dywizji Armii Czerwonej, za co jednostkę tę
uhonorowano Orderem Michała Walecznego III Klasy, a także licznymi wzmiankami
pochwalnymi, a jej żołnierzy aż 50 Krzyżami Żelaznymi, nadanymi przez dowództwo
niemieckich wojsk na froncie wschodnim.
W legendach, które narosły wokół operacji „Uran”, Sowietów przedstawia się
zdecydowanie w zbyt korzystnym świetle. Choć ostatecznie odnieśli wielkie zwycięstwo, to
w pewnym momencie dosłownie wisiało ono na włosku, a sławetna armia niemiecka
w rzeczywistości okazała się bez wątpienia architektką własnej klęski.
Początek ofensywy

Nocą z 18 na 19 listopada śnieg zaczął padać na zziębniętych żołnierzy rumuńskiej 3.


Armii. Grunt zamarzł, wokoło zrobiło się biało, a temperatura spadła poniżej –20°C.
Komuś, kto nigdy nie przemarzł, nadzwyczaj trudno zrozumieć, co zimno potrafi zrobić
z człowiekiem. Całkowicie paraliżuje myślenie. Jedyne, co zajmuje wtedy umysł, jest chęć
przetrwania. Nieosłonięte części ciała pieką, każdy oddech zdaje się rozrywać płuca, a jeśli palce
dłoni i stóp przestają boleć, to tylko dlatego że przez nieostrożność dopuściło się do ich
odmrożenia. Nawet osoba w najlepszej kondycji fizycznej szybko zaczyna cierpieć, a młodzi
żołnierze rumuńscy byli już osłabieni z powodu złego odżywiania i niewyspania, będącego
skutkiem częstych patroli i konieczności osłony przydzielonego im, stanowczo za długiego jak na
liczebność ich oddziałów, odcinka linii frontu. Zmęczenie oraz wyczerpanie psychiczne czyniły
żołnierzy nerwowymi, więc wszelkie hałasy dobiegające z sowieckich pozycji uznawali za
sygnał do nieprzyjacielskiego szturmu, a hałas silników – za odgłos atakujących czołgów. Zdjęci
skrajnym niepokojem, telefonowali do swoich dowódców: „Nadciąga atak wroga, pomocy!”.
W istocie do natarcia nie dochodziło.
Tak więc gdy oficer dyżurny w kwaterze dowództwa 6. Armii, kapitan Behr, odebrał
telefon od niemieckiego oficera łącznikowego ze sztabu rumuńskiego IV Korpusu,
podporucznika Gerharda Stöcka, tuż po 5.00 19 listopada, wysłuchał cokolwiek znudzony
meldunku Stöcka o tym, że patrol kawaleryjski z 1. Dywizji schwytał oficera Armii Czerwonej,
który podczas przesłuchania zeznał, iż silny atak sowiecki ma się rozpocząć w sektorze w pobliżu
miejscowości Klietskaja. Behr słyszał już takie rzeczy przedtem i nie zamierzał budzić swego
szefa, generała Arthura Schmidta, z powodu kolejnego „fałszywego alarmu”, podniesionego
przez nerwowych Rumunów. Behr poradził Stöckowi, aby ten się nie przejmował i powrócił do
swoich zajęć; niemniej odnotował ten meldunek w służbowym dzienniku.
Po drugiej stronie Donu odbyła się inna rozmowa telefoniczna między dowódcą
sowieckiej 65. Armii Pawłem Batowem a jego zwierzchnikiem, Gieorgijem Żukowem. Batow
powiedział Żukowowi, że na jego odcinku pada gęsty śnieg, a widoczność nie dochodzi nawet do
200 m; w tej sytuacji proponował odroczenie operacji. W tym samym czasie zatelefonował
również Issa Plijew, dowodzący 3. Gwardyjskim Korpusem Kawalerii. Korpusowi przypadła do
odegrania bardzo ważna rola: miał on uderzyć na Rumunów niedaleko miejscowości Klietskaja.
Plijew oznajmił Żukowowi, że jego żołnierze dotarli do przepraw na Donie, aby przemieścić się
na drugi brzeg i zająć pozycje wyjściowe do ataku, lecz zastali wszystkie mosty, poza jednym,
zniszczone. Niezrażony tym Osetyjczyk Plijew, z wąsikiem w stylu Hitlera, poinformował
Żukowa, że wobec tego jego oddziały – nie tylko ludzie, lecz także czołgi, działa, konie itd. –
przejdą po lodzie na rzece. Żukow podjął wtedy ostateczną decyzję i rozkazał Batowowi
rozpocząć zaplanowaną ofensywę.
Umówione hasło „Syrena” rozesłano do obsługi 3500 dział, oczekujących na
stanowiskach ogniowych, a niewiele minut później, o 5.30 (czasu niemieckiego; w Rosji były
dwie godziny później) dowódcy baterii zadęli w trąbki sygnałowe, a kanonierzy otworzyli ogień.
Ogłuszający huk obudził żołnierzy niemieckiej 22. Dywizji Pancernej, rozmieszczonej mniej
więcej 50 km za linią frontu. Gdy spadły pierwsze pociski, Stöck zadzwonił ponownie do Behra.
Kapitan zbudził generała Schmidta. Nikt nie wpadł w panikę. Stöckowi polecono po prostu
monitorowanie rozwoju wypadków i w razie konieczności składanie meldunków – co było
trudne, gdy ok. 21 000 pocisków artyleryjskich rozrywało się co minutę na całym rumuńskim
odcinku linii frontu. Efekt tego ostrzału nie był aż tak niszczycielski. Wprawdzie po wojnie
władze moskiewskie ogłosiły 19 listopada „Dniem Artylerzysty”, dla upamiętnienia
huraganowego ostrzału tamtego dnia, ale w rzeczywistości wielka liczba pocisków
rozrywających się za Donem nie miała tak straszliwych skutków, jak liczyli na to sowieccy
stratedzy. Rozrzut spadających pocisków okazał się duży, a większość z nich spadła na ziemię
niczyją, za pierwszą linią rumuńskiej obrony i przed pozycjami tyłowymi oraz stanowiskami
dział. Ponieważ widoczność była bardzo zła, obserwatorzy artyleryjscy nie mogli skorygować
prowadzonego ostrzału za pomocą przyrządów optycznych. Rezultatem tej kanonady były więc
wielkie pożary i fale uderzeniowe, które spowodowały setki ofiar. Niemniej opisane
przygotowanie artyleryjskie nie zadało przeciwnikowi paraliżującego ciosu wbrew nadziejom
Żukowa.
Pięćdziesiąt minut później pierwsza fala sowieckiej piechoty ruszyła do ataku. Napotkała
wówczas dość silny ogień zaporowy z rumuńskich okopów. Tysiące żołnierzy sowieckiej 21.
Armii 42-letniego Iwana Czistiakowa ruszyło naprzód blisko miejscowości Klietskaja; dzielni
młodzi ludzie z 64., 76., 96. i 293. Dywizji Strzeleckiej brnęli naprzód, by zdobyć okopy swoich
przeciwników z 5., 6. i 13. Dywizji Piechoty. Z kolei spieszeni kawalerzyści Plijewa, biegnący
po śniegu, wpadli na żołnierzy rumuńskiej 1. Dywizji Kawalerii. Wywiązały się zażarte walki,
jednak Rumuni nie ustępowali. Nie ulegli panice, przeprowadzali nawet lokalne kontrataki.
Drugie sowieckie natarcie, tym razem wspierane przez 4. Gwardyjską Brygadę Czołgów
z korpusu Plijewa, odparli żołnierze z Ploeszti.
Początkowo armia Dumitrescu radziła sobie nieźle, ale po pewnym czasie potrzebowała
wzmocnienia. Sowieci przeprowadzali zmasowane ataki (dywizjami strzeleckimi liczącymi po
ok. 5000 żołnierzy), przy czym aż 19 z 27 dywizyjnych kompanii strzeleckich brało udział
w jednoczesnym natarciu. Wkrótce do walki weszły też T-34. Kierowcy czołgów kierowali swoje
stalowe machiny wprost na rumuńskie okopy, ponad którymi zatrzymywali się i skręcali
w miejscu w lewo i w prawo. Skutek tego był straszliwy. Grupki rumuńskich piechurów
przywierały do ziemi na dnie swojego wykopu, patrząc w górę ze strachem na mokrą, zabłoconą
spodnią płytę stalową czołgu, bolce pokryte smarem i brudem, czując dławiący swąd oleju
i benzyny oraz słysząc ryk silnika. Krzyczeli, oczekując, że 26-tonowy metalowy kolos runie
w ich okop i zmiażdży ich, dosłownie wdusi w błoto. Tak się jednak nie działo. Choć T-34
obracały się na gąsienicach, zagłębiając się w śnieg i grunt, to jednak ściany okopów
wytrzymywały taki nacisk. Powód? „Generał Zima”. Te same mrozy i lody, które okazały się
największymi sprzymierzeńcami Rosjan poprzedniej zimy, tym razem tak utwardziły podłoże, że
nawet ciężar T-34 nie był w stanie go skruszyć. Rumuńscy żołnierze, którzy zaledwie kilka
godzin wcześniej przeklinali mróz najgorszymi słowami, teraz dziękowali mu za ocalenie i starali
się wszelką posiadaną bronią niszczyć atakujące pojazdy. Na nieszczęście mieli jej niewiele.
Cztery dywizje, na które spadło główne sowieckie uderzenie, miały zaledwie po sześć
nowoczesnych armat przeciwpancernych kal. 75 mm, przy czym nie były to działa samobieżne.
Oznaczało to, że tej broni nie dało się szybko przemieścić w razie zagrożenia, a jej obsługa
musiała biernie wyczekiwać, aż ze śniegów i z mgły wyłoni się nieprzyjacielski czołg. Był to
wyścig z czasem – kto pierwszy odda niszczycielski strzał. Sowiecka kanonada odniosła efekt:
rozbiła kilka z tych armat i zabiła ich załogi, co jeszcze bardziej zredukowało zdolność
Rumunów do skutecznego stawiania oporu. Właśnie w takich momentach wsparcie ze strony
Luftwaffe było najbardziej potrzebne.
Niemieckie lotnictwo wojskowe na froncie wschodnim nadal stanowiło groźną siłę,
panującą w przestrzeni powietrznej. Eskadry samolotów Heinkel He 111, Junkers Ju 88
i budzących grozę bombowców nurkujących typu Junkers Ju 87 (Stuka), czekały na lotniskach
polowych na rozkaz do startu, jednak żadna z tych maszyn nie wzbiła się w powietrze. Przyczynę
tego wyłuszczył w swoim dzienniku as niemieckiego lotnictwa taktycznego na froncie
wschodnim, Wolfram von Richthofen: „Po raz kolejny Rosjanie po mistrzowsku wykorzystali złą
pogodę. Deszcz, śnieg i mroźna mgła uniemożliwiały operacje Luftwaffe nad Donem”.
Samoloty sowieckich armii lotniczych, dowodzonych przez Chriukina, Rudenkę
i Krasowskiego, także nie wystartowały, ale nie w tym rzecz. Niemiecka „latająca artyleria”
mogła atakować Sowietów w rejonach, skąd wyprowadzali natarcie, jednak maszyny Luftwaffe
pozostały na ziemi. Losy tej ofensywy były wciąż niepewne, gdy nie mogło operować lotnictwo
bojowe, a piechota i artyleria z trudem i powoli brnęły przez śnieg. Jedynym atutem, jaki
pozostał obu stronom, były czołgi.
XXXXVIII Korpus Pancerny Heima kontra 5. Armia Pancerna Romanienki

Pomińmy znaczenie określeń „korpus” i „armia”. Teoretycznie niemiecki korpus armijny


dorównywał siłą sowieckiej armii polowej, choć do tego czasu nie doszło jeszcze do
bezpośredniego starcia pancernego korpusu Wehrmachtu z sowiecką armią pancerną. Niemcy
koncentrowali swoje formacje pancerne w korpusach już od czasu wynalezienia taktyki
blitzkriergu, lecz Sowieci uczynili to dopiero po zgładzeniu Michaiła Tuchaczewskiego na
Łubiance w 1937 roku.
Marszałek Michaił Nikołajewicz Tuchaczewski wywodził się ze zubożałej arystokracji;
dość wcześnie „nawrócił się” na bolszewizm i odegrał sporą rolę w zapewnieniu bolszewikom
zwycięstwa w rosyjskiej wojnie domowej. Mianowany na marszałka Związku Sowieckiego
w stosunkowo młodym wieku, jako 42-latek, zyskał przydomek „czerwonego Napoleona”
z powodu swoich nowatorskich teorii na temat działań wojennych formacji zmechanizowanych.
Był bezwzględnym i popularnym dowódcą, przez co ściągnął na siebie zawistną wrogość Stalina.
22 maja 1937 roku Tuchaczewski został po cichu aresztowany za rzekomą zdradę, częściowo na
podstawie materiałów sfabrykowanych i podsuniętych przez agentów nazistowskiej SD
Reinharda Heydricha. Jego zeznanie przebadano laboratoryjnie już po rozpadzie Związku
Sowieckiego i stwierdzono, że jest zachlapane zaschniętą krwią (komuniści zawsze chętnie
stosowali tortury). Tuchaczewskiego i ośmiu innych czołowych przedstawicieli przedwojennej
sowieckiej generalicji uznano za winnych i skazano na śmierć. Słysząc odczytywany wyrok,
Tuchaczewski podobno powiedział: „Ja chyba śnię”.
Już godzinę później kapitan NKWD Wasilij Błochin zabił go strzałem w tył głowy.
Pewien czas po wspomnianym procesie zlikwidowano także pięciu oficerów uczestniczących
w tej rozprawie w roli sędziów. Represjonowano też rodzinę Tuchaczewskiego; jego żona Nina
oraz bracia, Aleksander i Nikołaj (obaj byli wykładowcami w jednej z sowieckich akademii
wojskowych), zostali rozstrzelani. Trzy z jego sióstr znalazły się w łagrach. Córkę aresztowano,
gdy weszła w wiek dorosły, i przebywała w sowieckich obozach aż do czasu, gdy w 1957 roku
Chruszczow uniewinnił żyjących jeszcze krewnych marszałka.
Teorie Tuchaczewskiego, nawołującego do zmasowanego wykorzystania broni pancernej,
przepadły wraz z nim. W pierwszych miesiącach po niemieckiej napaści na ZSRS Armia
Czerwona wprowadzała do walki czołgi w sposób chaotyczny i dość przypadkowy. Jednak
z czasem Sowieci zorganizowali sześć armii pancernych z prawdziwego zdarzenia, a te miały
doprowadzić ich do ostatecznego zwycięstwa w 1945 roku.
W listopadzie 1942 roku nadal pozostawało to sprawą odległej przyszłości. Sformowana
w owym czasie 5. Armia Pancerna była naprędce zorganizowanym zlepkiem jednostek
pancernych, kawalerii i piechoty, różnej wartości bojowej, różniących się też doświadczeniem.
Wyróżniało ją wszak to, że była silnym liczebnie związkiem operacyjnym, mającym w składzie
dwa korpusy czołgów, 1. Wasilija Butkowa i 26. Aleksieja Rodina, a także 8. Korpus Kawalerii
oraz sześć pełnych dywizji strzeleckich. Było to potężne zgrupowanie wojskowe; mimo że nowe
i niedoświadczone, to niełatwe do pokonania. O 7.00 weszło do akcji i niebawem starło się
z jedną z dwóch odwodowych dywizji rumuńskiej 3. Armii – 7. Dywizją Kawalerii – akurat
podciąganą na pierwszą linię do wzmocnienia frontu. W rezultacie wywiązała się zażarta walka.
Powstrzymani przez rumuńskich kawalerzystów sowieccy czołgiści podjęli próbę oskrzydlenia
przeciwnika i wpadli prosto na rumuńską 14. Dywizję Piechoty, niemającą niemal dział
przeciwpancernych. 14. Dywizja była jednostką złożoną z żołnierzy z rumuńskiego pogranicza,
z okolic miast Jassy i Floreşti w Mołdawii – niektórzy z nich byli przez krótki czas sowieckimi
obywatelami i twardo się bronili. Pułkownik Constantin Simionescu z 39. Pułku Piechoty Petru
Rares z 14. Dywizji poległ, gdy prowadził przeciwnatarcie na wojska 5. Armii Pancernej. Takie
poświęcenie nie wystarczyło; 14. Dywizja Piechoty zaczęła ustępować pod naporem
nieprzyjaciela. W obliczu zagrożenia nadszedł czas, by zainterweniowały niemieckie czołgi.
Ferdinand Heim był człowiekiem czynu. Zaledwie 20 minut od chwili, gdy Sowieci
rozpoczęli tamtego poranka przygotowanie artyleryjskie, wysłał patrole zwiadowcze w okolice
Klietskaja i Bolszoje. Jego żołnierze nadali przez radio meldunek: „T-34 – mnóstwo ich”. Heim
nie wahał się i wydał rozkaz swojemu korpusowi, skoncentrowanemu nieco dalej na północnym
wschodzie, uderzenia na kawalerię Plijewa pod wspomnianymi miejscowościami. Od tej chwili
dosłownie nic się nie udawało niemieckiemu dowódcy ani jego ludziom.
Główną siłę korpusu pancernego stanowiła możliwość przeprowadzenia zmasowanego
ataku – setki czołgów, dział samobieżnych i polowych oraz jednostki piechoty zmotoryzowanej
były w stanie przeprowadzić skoordynowaną akcję zaczepną, by powstrzymać i rozbić
ugrupowanie przeciwnika, a następnie wyjść na jego flanki oraz tyły i uniemożliwić mu
stawienie zorganizowanego oporu. Kilka miesięcy później Korpus Pancerny SS właśnie to
uczynił podczas klasycznego przeciwuderzenia pod Charkowem. Teoretycznie siły Heima
składały się z dwóch niemieckich dywizji pancernych, 14. pod dowództwem Lattmanna i 22.
Rodta, oraz Rumunów z 1. Dywizji Pancernej Radu Gherghego (ogółem ponad 250 czołgów).
Gdzie się znajdowały te jednostki? 14. Dywizja walczyła w Stalingradzie i nie powróciła na czas
pod komendę Heima, gdyż Niemcy nie uznali za zbyt poważne zagrożenia na odcinkach
strzeżonych przez wojska sojusznicze. Tak się złożyło, że choć odpowiedni rozkaz wydano po
upływie kilku dni, to większość wozów bojowych, które pozostały jeszcze Lattmannowi, nie
opuściła miasta. Jeśli chodzi o jednostkę Rodta, to jej żołnierze, po otrzymaniu stosownych
poleceń, pobiegli do swoich pojazdów. Kierowcy bezskutecznie próbowali uruchomić silniki. 22.
Dywizję Pancerną, jedną z elitarnych formacji wojsk nazistowskich Niemiec, czekały chwile
grozy. Wskutek niedostatku paliwa w ciągu poprzednich kilku miesięcy nie wydawano go na
ćwiczebne jazdy. W efekcie Niemcom przyszło „wypić piwo” nawarzone wskutek takiej
zapobiegliwości. Odebrane przez czołgistów okolicznym wieśniakom snopki słomy, mające
uchronić cenne pojazdy przed mrozem, miały się okazać przyczyną nieprzewidzianego zdarzenia.
Otóż w słomie masowo zagnieździły się myszy. Rozgościwszy się w czołgach, „sowieckie”
gryzonie poprzegryzały większość przewodów elektrycznych. W rezultacie o 7.00 19 listopada
1942 roku na południu Rosji mechanizmy rozruchowe czołgowych silników i te obracające wieże
oraz prawie wszystkie elektryczne urządzenia nie zadziałały. Znaczna liczba wozów bojowych
przejściowo w ogóle nie nadawała się do użytku. Te względnie sprawne ślizgały się na
niebezpiecznie po oblodzonych drogach – utracono bowiem wszystkie zimowe nasadki na
gąsienice czołgów. Niezrażony pułkownik Hermann von Oppeln-Bronikowski, dowódca 204.
Pułku Pancernego, podążył naprzód ze swoimi oddziałami, przekonany, że niebawem połączy
siły z rumuńską 1. Dywizją Pancerną.
Nie pomylił się. Kilka kilometrów na prawo od pułku von Oppeln-Bronikowskiego
niemiecki zespół łącznikowy przy dywizji Radu Gherghego odebrał radiodepeszę nadaną przez
Heima, w której nakazywał możliwie szybki wymarsz w kierunku miejscowości Bolszoje.
Rumunom nie pokrzyżowały szyków myszy i 106 sprawnych czołgów Gherghego ruszyło na
północ. Na miejscu pozostawiono pozostałe 40 maszyn pod opieką ekip naprawczych.
Rumuńska 1. Dywizja Pancerna nigdy wcześniej nie była tak dobrze przygotowana do
walki. Jej 13 000 żołnierzy znajdowało się pod dowództwem kadry doświadczonych oficerów
(takich jak major Macrovici, szef dywizyjnego oddziału operacyjnego) i podoficerów. Miała
ponadto niezłe wyposażenie – ponad 300 karabinów maszynowych i 40 moździerzy. Mimo że
niemal 80 jej sprawnych czołgów R-2 zdecydowanie ustępowało klasą sowieckim T-34, to w tym
czasie Rumuni dysponowali również dwudziestoma kilkoma nowoczesnymi T-3 i T-4. Ludzie
byli wypoczęci, maszyny po przeglądach, a większość żołnierzy dywizji nie traciła wiary w swe
siły i możliwości. Jednostka znajdowała się w pełnej gotowości. Gdy pierwsze z czołgów
wyjechały z osłoniętych okopów i uformowały na drodze szyk, dywizja nie miała pojęcia, że
zmierza ku zagładzie, która miała ją spotkać przed upływem tygodnia.
Rumuni mieli do przebycia krótszy dystans. Pierwsi natknęli się na atakujących
Sowietów. R-2 podjęły walkę z T-34 z sowieckiej 19. Brygady Czołgów wokół wsi Sirkowski.
Początkowo rumuńscy czołgiści zwyciężali, a Sowieci się wycofywali, lecz niebawem powrócili
na pole bitwy z większymi siłami. Trafiane pociskami czołgi zapalały się albo eksplodowały.
Szala batalii przechylała się to na jedną, to na drugą stronę. Wozy pancerne wyłaniały się z dymu
na oślepiająco białym śniegu, czasem w odległości zaledwie kilku metrów od przeciwnika,
a potem znowu znikały z widoku, ścigane przez wystrzeliwane z głuchym odgłosem,
charakteryzujące się znaczną prędkością początkową pociski przeciwpancerne. Obie strony
próbowały wprowadzić do walki artylerię, co jeszcze spotęgowało panujące zamieszanie. Pogoda
sprawiała, że okazało się to prawie niemożliwe. Salwa pocisków zryła ziemię wokół wsi,
z minimalnym skutkiem. Po kilku następnych godzinach walki przeciwnicy wycofali się, by
przegrupować szyki. Gherghe stracił 14 całkowicie zniszczonych czołgów, a kolejnych 12
uszkodzonych ewakuowano w celu dokonania napraw. Niemal jedną trzecią jego dywizji
wyeliminowano z walki.
Na całym froncie Sowieci energicznie nacierali, a ich dwie armie polowe, 21. i 65., oraz
5. Armia Pancerna podjęły bój z trzema rumuńskimi korpusami – II, IV i V. IV Korpus, z 1.
Dywizją Kawalerii i 13. Dywizją Piechoty w składzie, który miał na flankach ugrupowania kilka
rumuńskich czołgów, bronił się przed atakami żołnierzy Batowa. Sowiecka 21. Armia
Czistiakowa skupiła się na szturmowaniu pozycji V Korpusu na zachód od płytkiej doliny Sarisy.
Rumuńskie 5. i 6. Dywizja Piechoty (złożone z rekrutów pochodzących ze znanego z winnic
regionu wokół miasta Fokszany) zasilono kilkuset skazańcami, przewiezionymi na front wprost
z rumuńskich więzień. Wszyscy oni bronili się dzielnie i nie oddali wrogowi ufortyfikowanej wsi
o nazwie Raspopinskaja. Ogień z karabinów maszynowych i ręcznych trzymał w szachu
sowiecką piechotę, podczas gdy oddziały szturmowe rumuńskich saperów niszczyły za pomocą
ładunków wybuchowych wszystkie nieprzyjacielskie czołgi, które zdołały wedrzeć się do wyżej
wspomnianej wioski.
Po analizie sytuacji na mapach sztabowych i wysłuchaniu meldunków napływających
przez radio Gherghe uświadomił sobie, że w obliczu najpoważniejszego zagrożenia stanął w tym
czasie II Korpus, zwłaszcza osaczona 14. Dywizja Piechoty. Trzy pułki tej dywizji, Vânători
(piesze) z Dorobantu, ustępowały przeciwnikowi liczebnie i pod względem siły ogniowej. Co
więcej, niebawem Romanienko rzucił do frontalnego ataku cały 8. Korpus Kawalerii. Szturm ten
okazał się niemożliwy do odparcia. Czerwonoarmiści regularnie zdobywali okopy. Po raz
pierwszy tego przedpołudnia niektórzy z Rumunów rzucili się do ucieczki. Wprawdzie na pole
walki przybyła pewna liczba czołgów Gherghego, lecz te powstrzymały wozy bojowe
sowieckiego I Korpusu Pancernego, gdy kawaleria Armii Czerwonej niszczyła pozycje obronne
14. Dywizji Piechoty. W ciągu zaledwie kilku godzin między liniami II i IV Korpusu wytworzyła
się 13-kilometrowa luka, której żołnierze Gherghego nie byli w stanie zatkać.
Sytuacja wojsk Osi jeszcze nie była beznadziejna. Gherghe liczył, że wkrótce dotrze na
miejsce pułk pancerny von Oppeln-Bronikowskiego i odrzuci Sowietów – tyle że rachuby takie
się nie ziściły. Niecałą godzinę po tym, jak wyruszył 204. Pułk Pancerny, jego dowódca odebrał
przez radio nowy rozkaz: „Zatrzymać się! Zawrócić i skierować się na północny zachód, a nie na
północny wschód!”. Szef niemieckiego Sztabu Generalnego w kwaterze głównej Führera uznał,
że największe niebezpieczeństwo pojawiło się nie w okolicy miejscowości Klietskaja, lecz
stanowi je prawa kolumna sowieckiej 5. Armii Pancernej, która wyruszyła z przyczółka
mostowego w Serafimowiczach. Ku całkowitej konsternacji i wściekłości Heima zlekceważono
tym samym jedną z kardynalnych zasad prowadzenia działań przez wojska pancerne –
operowanie skoncentrowanymi, zmasowanymi siłami – gdyż główne zgrupowanie Heima miało
teraz pozostawić już uwikłanych w walkę Rumunów i skierować się ku miejscowości Pietczany.
Nieważne, czy decyzja ta była właściwa z czysto taktycznego punktu widzenia; liczyło się to, że
rozpraszała korpus Heima – jedyny wartościowy odwód rumuńskiej 3. Armii. 22. Dywizja
Pancerna (czyli niemiecka połowa tegoż korpusu) w praktyce nie weszła do walki owego
arcyważnego, pierwszego dnia batalii. Zmarnowała wiele godzin bez oddania choćby jednego
wystrzału. Wiele z cennych czołgów Rodta, pozbawionych zimowych kolców na gąsienicach
i jeżdżących po oblodzonych i nierównych drogach, uległo awariom mechanicznym lub utknęło
w zaśnieżonych rowach. Ostatecznie tylko 31 z nich dotarło tego popołudnia w rejon
koncentracji przed przeprowadzeniem pierwszej kontrakcji. Kolejnych 11 znajdowało się nadal
w drodze. Oznaczało to utratę przez dywizję 62 czołgów (czyli ponad połowy) przed oddaniem
pierwszego strzału. Co gorsza, oddaliły się one znacznie od rumuńskiej dywizji pancernej i obie
miały już nie podjąć wspólnych, skoordynowanych działań bojowych. XXXXVIII Korpus
Pancerny na dobrą sprawę przestał istnieć jako spójna formacja w niecałe siedem godzin od
chwili rozpoczęcia operacji „Uran”.
Rumuni byli atakowani już od świtu. Po południu zapasy amunicji powoli zaczynały się
wyczerpywać, a straty wśród podoficerów i oficerów młodszych były wysokie. Nie było widać
obiecanego wsparcia ze strony jednostek pancernych. Mimo wszystko rumuńskie R-2 dzielne
kontynuowały walkę. Dumitrescu zdążył już wprowadzić do bitwy swój jedyny odwód kawalerii
i nie wiedział, co robić dalej. Akcje dwóch sowieckich korpusów czołgów, I i IV, wymusiły jego
następne działania.
Sowieci, gdy tylko zauważyli, że rumuński opór zaczyna słabnąć, ponowili szturm
i w końcu przebili twardą wcześniej obronę 13. Dywizji Piechoty pod Klietskaja. Gdy po
południu czerwonoarmiści wyzwolili to miasteczko, wyczerpana walką 14. Dywizja Piechoty,
znajdująca się na lewo od 13. Dywizji, właściwie uległa zniszczeniu. Pozostali przy życiu jej
żołnierze poddawali się; szli z podniesionymi rękami do niewoli albo ginęli w okopach.
Siostrzaną jednostkę z IV Korpusu – 9. Dywizję Piechoty – wyparto z Bolszoje pomimo wsparcia
udzielonego jej przez część czołgów Gherghego. Rozpędzone sowieckie T-34 nacierały dalej
i dotarły do niektórych stanowisk rumuńskiej artylerii na zapleczu frontu. Obrona 3. Armii
zaczęła się załamywać.
Nieco dalej, na odcinku północno-zachodnim, koło Pietczan, wozy pancerne von
Oppeln-Bronikowskiego, czekające w wyznaczonych rejonach koncentracji, znalazły się
dokładnie na szlaku natarcia całego sowieckiego korpusu czołgów. Niemający dostatecznej
liczby wozów bojowych do podjęcia walki z szansami na zwycięstwo bystry niemiecki
pułkownik szybko rozmieścił swój batalion przeciwpancerny na pozycjach obronnych, wokół
których mogły manewrować jego czołgi. Niemieccy kanonierzy dowiedli, jak przydałaby się ich
broń Rumunom, jeśliby ci ostatni nią dysponowali. W czasie zaciekłego starcia, trwającego nieco
ponad godzinę, Niemcy wyeliminowali z walki 26 T-34. Reakcja Sowietów na to lokalne
niepowodzenie była prosta i skuteczna: wycofali się poza zasięg armat przeciwpancernych
nieprzyjaciela i ominęli je. Wobec groźby okrążenia niemiecka 22. Dywizja Pancerna nie miała
innego wyjścia poza próbą przemieszczenia się na południe i nawiązania styczności z rumuńską
1. Dywizją Pancerną gdzieś pośród narastającego chaosu.
Mimo ogólnie niekorzystnego położenia wojsk Osi z chwilą zapadnięcia zmroku sukces
sowieckiej ofensywy bynajmniej nie był jeszcze przesądzony. Wprawdzie XXXXVIII Korpus
Pancerny nie stanowił już w tym czasie zwartej formacji, niemniej rumuńska 1. Dywizja
Pancerna nadal znajdowała się w polu i walczyła, podobnie jak 22. Dywizja Pancerna. Straty
były niezwykle wysokie i wynosiły już ponad 30 000 żołnierzy – jedną trzecią całej 3. Armii –
przy czym szczególnie źle było z II Korpusem (jego kwatera polowa w Szyrku wpadła w ręce
nieprzyjaciela). Choć Korpusy IV i V nadal istniały, to kilka ich dywizji zdziesiątkowano.
Jednakże Rumuni nie poszli w rozsypkę wbrew niektórym sowieckim i niemieckim
przewidywaniom; w istocie większość rumuńskich żołnierzy wytrwała na pozycjach
i kontynuowała walkę. Sowieckie straty okazały się równie ciężkie, zwłaszcza w jednostkach
strzeleckich i kawaleryjskich. Armia Czerwona także popełniła sporo błędów – np. 3. Gwardyjski
Korpus Kawalerii wysunął się naprzód przed czołowe dywizje strzeleckie z 21. Armii i wpadł na
pole minowe, niedokładnie oczyszczone przez piechotę; zginęło wielu żołnierzy i wiele koni.
Z kolei nad Donem oddziałów saperów nie rozmieszczono dostatecznie blisko tej rzeki, by móc
na czas naprawić zniszczone mosty, więc konieczna była przeprawa po lodzie – nic takiego dla
piechura, ale nader ryzykowna dla czołgu o masie blisko 30 t.
Bez wątpienia Sowietom w największym stopniu przyniósł korzyść fakt, że niemieckie
dowództwo, na szczeblu armii polowych, grupy armijnej oraz OKW, nadal nie miało
przekonania, że operacja „Uran” to coś dużo poważniejszego od większej akcji dywersyjnej,
więc reagowało opieszale i niepewnie. Sam Paulus odwołał zaplanowaną, kolejną próbę zdobycia
tego, co pozostało ze Stalingradu – operację „Hubertus” – i zaczął przemieszczać swoje jednostki
na północny zachód, lecz czynił to niezbyt energicznie. W istocie o 22.30 szef jego sztabu,
generał Schmidt, spokojnie poszedł spać i nakazał się obudzić tylko w razie jakiegoś
nadzwyczajnego powodu. Takie beztroskie nastawienie panowało też w kwaterze Dumitrescu.
Ten sędziwy generał, dowodzący najsilniejszą rumuńską armią polową, biernie tkwił przy biurku
i dopuścił, by sytuacja stopniowo wymykała się spod jego kontroli.
Dzień drugi – 20 listopada

Niemal karygodne zaniedbanie przez Dumitrescu obowiązków spoczywających na nim


jako na dowódcy kontrastowało z postawą jednego z jego podkomendnych – Mihaila Lascăra –
dowodzącego przeszkoloną przez Niemców 6. Dywizją Piechoty. Lascăr, jeden z nielicznych
przedstawicieli rumuńskiej generalicji, o których Niemcy mieli dobre zdanie, poświęcił tę noc na
gorączkowe zbieranie rozproszonych oddziałów swojej jednostki i V Korpusu, by zorganizować
z nich obronę okrężną wokół miejscowości Raspopinskaja. Wszelkie dostępne karabiny
maszynowe, działa i moździerze rozlokowano na tej pozycji. Żołnierzom wydano amunicję,
a komendę nad nimi powierzono doświadczonym oficerom, podoficerom, a także niemieckim
oficerom łącznikowym, wśród których znalazł się niezawodny podporucznik Gerhard Stöck. Plan
Lascăra polegał na wytrwaniu na miejscu i czekaniu na odsiecz, którą, jak wierzył, zorganizują
Niemcy. Do tego czasu zamierzał wraz z 40 000 żołnierzy, których zgromadził, twardo się bronić
i zmusić wojska sowieckie do obejścia jego zgrupowania. Stracił jednak ludzi z 1. Dywizji
Kawalerii, która starła się z sowiecką 5. Gwardyjską Dywizją Kawalerii. W scenach bitewnych
niczym z XIX stulecia oddziały jeźdźców szarżowały na siebie na ośnieżonym stepie,
wymachując szablami i ostrzeliwując się z karabinków oraz pistoletów. Rumuni bardzo ucierpieli
w tym starciu: stracili 150 zabitych i 300 wziętych do niewoli. Ocalali spośród nich, odcięci od
swoich sił głównych, musieli podążyć na południowy zachód, gdzie podporządkowano ich
niemieckiej 6. Armii pod Stalingradem. Manewr ten ocalił ich wprawdzie od okrążenia pod
Raspopinskaja, lecz skazał na późniejszą śmierć w Stalingradzie.
Niemieckie naczelne dowództwo nadal pozostawało bierne, nawet gdy żołnierze Lascăra
zaczęli wznosić barykady i układać na stosach amunicję w pobliżu stanowisk swoich dział
i moździerzy. Ta błędna ocena sytuacji wynikała po części z niemieckiej arogancji – wyżsi rangą
dowódcy Wehrmachtu wciąż nie mogli uwierzyć, że Armia Czerwona okazała się zdolna do
zaplanowania i przeprowadzenia mobilnej operacji wojskowej na wielką skalę – częściowo
z powodu braku aktualnych danych wywiadowczych. Kiedy wieczorem poprzedniego dnia
Sowieci zdobyli kwaterę polową II Korpusu, pracujący w niej niemieccy łącznościowcy zostali
zabici, a całych ich sprzęt radiowy zniszczono. To w efekcie przerwało wszelki przepływ
informacji między Niemcami a większością rumuńskiej 3. Armii, w tym, co najistotniejsze, z 1.
Dywizją Pancerną Radu Gherghego, którą odtąd utraciła łączność z sojusznikami i walczyła na
ślepo. W ostatniej wiadomości otrzymanej przez tego rumuńskiego generała, przesłanej przez
naczelne dowództwo, informowano, że niemiecka 22. Dywizja Pancerna znajduje się
w Pietczanach, więc właśnie tam Gherghe skierował swoje ocalałe czołgi – które jednak wpadły
na sowiecką 5. Armię Pancerną, nacierającą na południowy wschód od Kałacza i korzystającą
z bardzo ważnego mostu na Donie. Pułkownik von Oppeln-Bronikowski znalazł się po drugiej,
zachodniej stronie tego sowieckiego „pancernego strumienia”, więc szansa na współdziałanie obu
pancernych dywizji, rumuńskiej i niemieckiej, przedstawiała się marnie. Teoretycznie mogły one
uderzyć na odsłonięte flanki zgrupowania Romanienki i ocalić wojska Osi nad Donem. Ale
ponieważ Gherghe oraz niemiecki pułkownik mieli razem nie więcej niż sto czołgów, bardzo
niewiele dział oraz brakowało im wsparcia powietrznego i odpowiednich środków łączności,
pozostały im tylko próby ratowania tego, co pozostało z ich zdziesiątkowanych jednostek.
Kolej na rumuńską 4. Armię

Oczy wszystkich zwróciły się na północny odcinek frontu nad Donem, na południe od
Stalingradu, gdzie rumuńska 4. Armia tkwiła w okopach. Początkowo panował tam zwodniczy
spokój. Constantinescu-Claps, ascetycznie chudy, a przy tym pieczołowicie dbający o swój
wygląd, po cichu składał dziękczynne modły, że nie znalazł się na miejscu Dumitrescu. Wiedział
bowiem, że jego armia jest dużo słabsza od 3. Armii, znajdującej się nieco dalej na północy, i nie
ma za sobą korpusu pancernego, mogącego zapewnić przynajmniej jakieś wsparcie.
Jego przeciwnik, Andriej Jeriomienko, niespokojnie przechadzał się przed swoją kwaterą,
myśląc o ofensywie, którą właśnie miał zacząć. Pogoda na jego odcinku frontu była równie zła
jak warunki meteorologiczne dzień wcześniej w sektorze północnym – mroźna mgła, śnieg i lód
– więc Jeriomienko opóźnił mający rozpocząć się o świcie atak, co wywołało wściekłość
STAWKI. Jednakże, w odróżnieniu od stanowczych dyspozycji wydanych przez Zeitzlera
Heimowi, Moskwa ustąpiła wobec argumentów swojego frontowego generała i ograniczyła się
do zachęty do śmiałych działań. Cztery godziny później, w odpowiedzi na nalegania, Jeriomenko
wydał swojej artylerii rozkaz otwarcia ognia. Miał wprawdzie mniej dział niż Żukow, ale za to
lepiej je rozmieścił. Ich ogień był celniejszy i bardziej skoncentrowany. Rezultaty kanonady
okazały się straszliwe.
Całe linie rumuńskich okopów zawalały się pod ciężarem spadających pocisków, grzebiąc
żywcem setki żołnierzy. Rumuńska artyleria dzielnie próbowała odpowiedzieć ogniem, ale na jej
pozycjach rozrywały się pociski odłamkowe, które zabijały i raniły bardzo wielu rumuńskich
kanonierów. Sowieccy saperzy podczołgali się już wcześniej, w godzinach nocnych, aby zrobić
przejścia przez rumuńskie pola minowe, a teraz, po 45-minutowym przygotowaniu artyleryjskim,
do szturmu ruszyła piechota dwóch sowieckich armii, 57. Fiodora Tołbuchina i 51. Nikołaja
Trufanowa. Najsilniejsze uderzenie spadło na pozycje dowodzonego przez generała-porucznika
Corneliu Dragalinę VI Korpusu, w którego składzie znajdowały się 1., 2., 4. i 18. Dywizja
Piechoty. Dragalina, oficer artylerii i syn bohatera z lat pierwszej wojny światowej, otrzymał
wcześniej, latem, Krzyż Żelazny w nagrodę za dzielne poczynania jego korpusu podczas operacji
„Blau”. W tym czasie korpus ten stanowił większość sił rumuńskiej 4. Armii, choć w istocie jego
dywizje były poważnie osłabione i rozmieszczone na rozległych terenach stepowych między
jeziorami Tsa Tsa i Sarpu. Wstrząśnięci nieprzyjacielskim ostrzałem artyleryjskim żołnierze
Dragaliny usiłowali stawić opór, jednak zostali pobici dużo szybciej od Rumunów z 3. Armii.
Poborowi z okolic Timişoary i Krajowej, służący w rumuńskich 1. i 2. Dywizji Piechoty, ulegli
przeciwnikowi jako pierwsi. Setkami porzucali broń i niemal ochoczo maszerowali do niewoli.
Potomkowie Sasów, Siedmiogrodzianie z 18. Dywizji Piechoty, nie wzięli z nich przykładu,
tylko otworzyli ogień. Gdy inne sowieckie dywizje strzeleckie obeszły ich pozycje z lewej
i z prawej, niebawem nie mieli wyboru i musieli się wycofać, żeby uniknąć okrążenia. Odwrót
rychło przeobraził się w chaotyczną ucieczkę.
Przed upływem trzech godzin linia obronna Constantinescu-Clapsa została
nieodwracalnie przełamana. Jego VII Korpus, z 5. i 8. Dywizją Kawalerii, nie wszedł jeszcze do
bitwy, podobnie jak mieszany IV Korpus, w którym znalazły się dwie niemieckie dywizje
piechoty, 297. i 371., oraz rumuńska 20. Dywizja Piechoty. Wszystkie pozostałe wielkie
jednostki poszły w rozsypkę, a tysiące Rumunów uciekało w popłochu. Sowietom dopisywał
duch bojowy; pewien ranny rosyjski żołnierz, odesłany do punktu opatrunkowego, powiedział
swojemu oficerowi: „Nie odejdę, chcę atakować razem ze swoimi towarzyszami”.
Sytuacja rumuńskiej 4. Armii pogorszyła się, kiedy Jeriomienko po pierwszych
błyskawicznych sukcesach na swoim odcinku starał się wykorzystać wyłom w linii frontu
i wprowadził do akcji jednostki szybkie. Oddziały pancerne 13. Korpusu Zmechanizowanego
Trofima Tanasczyszyna i 4. Korpusu Zmechanizowanego Wasilija Wolskiego ruszyły prosto na
Saty i Płodowitoje. Te dwa miasteczka znajdowały się na zapleczu przełamanego frontu, przy
głównej linii kolejowej na południu kraju, wiodącej do Stalingradu. Opanowanie ich oznaczało
wbicie kolejnego wielkiego gwoździa do trumny niemieckiej 6. Armii.
Wynik batalii nie był jeszcze przesądzony i, podobnie jak w przypadku XXXXVIII
Korpusu Pancernego dalej na północy, dowództwo Ostheer wciąż mogło powstrzymać ofensywę
Armii Czerwonej. W sektorze południowym taką możliwość stwarzało 55 nowych czołgów z 29.
Dywizji Piechoty Zmotoryzowanej. Ta pierwszorzędna, doświadczona formacja z Saksonii,
oczekująca na rozwój wypadków w wyznaczonym rejonie koncentracji, błyskawicznie
zareagowała na wieść o załamaniu się rumuńskiego frontu. Uruchomiła swoje pojazdy
i wyruszyła w kierunku, z którego dobiegał grzmot dział. Jej wielokrotnie odznaczony dowódca,
Hans-Georg Leyser, był człowiekiem bardzo energicznym i potrafiącym mobilizować swoich
żołnierzy. Kierujące się na południe z baz w Bekietowce oddziały Leysera mniej więcej o 13.00
natknęły się na 13. Korpus Tanasczyszyna.
To, co wydarzyło się potem, stanowiło kolejną lekcję pokazową mistrzostwa taktycznego,
dzięki któremu Wehrmacht zdołał wcześniej podbić większość Europy w ciągu zaledwie półtora
roku. Dostrzegłszy Sowietów przez lornetki, Niemcy nawet nie zwolnili, tylko od razu podjęli
walkę z czołgami nieprzyjaciela. Niemieckie kompanie pancerne uformowały się w kliny,
z armatami przeciwpancernymi rozstawionymi na skrzydłach i błyskawicznie przygotowanymi
do otwarcia ognia. Przez radio wydano rozkazy. Dowódca każdego z oddziałów i wszyscy ich
podkomendni otrzymali jasne zadania do wykonania. Znakomicie wyszkoleni, doświadczeni
i dobrze dowodzeni żołnierze pokazali, na co ich stać: zadawali przeciwnikowi druzgoczące
ciosy. Saksończycy, choć słabsi liczebnie od nieprzyjaciela, szybko unicestwili 13. Korpus.
Zniszczyli wszystkie 90 czołgów tej formacji. PzKpfw IV przejechały obok płonących kadłubów
T-34, a niemieccy czołgiści spostrzegli bardzo długi pociąg, stojący na torach w odległości
niecałych 400 m. Para buchała z komina nieruchomej lokomotywy. Zauważono żołnierzy
wyskakujących z wagonów i Leyser zrozumiał, że to sowiecka piechota, mająca wesprzeć
sowieckie natarcie. Wydał krótką komendę: „Ognia!” – grad pocisków odłamowych zasypał
czerwonoarmistów i wagony. Doszło do straszliwej rzezi, pociąg zniszczono. Leyser poprosił
o pozwolenie na kontynuowanie kontrataku. Dowiedział się zdumiony, że nie dostał na to zgody
i zamiast tego ma zawrócić na północ i osłonić tyły 6. Armii. Była to kolejna błędna decyzja
niemieckiego dowództwa, nadal niepotrafiącego należycie pojąć, co się dzieje na froncie.
Przesądziła ona o losie rumuńskiej 4. Armii, a przy okazji również o formacji Leysera – musiał
się poddać Sowietom wraz z wygłodniałymi niedobitkami swojej doborowej dywizji pośród
gruzów Stalingradu 31 stycznia 1943 roku.
W 4. Armii Constantinescu-Clapsowi pozostały tylko dwie względnie nienaruszone
dywizje: 4. i 20., dowodzona przez Nicolae Tataranu. Bukareszteńscy żołnierze z tej pierwszej
jednostki właściwie już weszli do walki. Rozpaczliwie starali się utrzymać linię obronną,
wcześniej obsadzoną przez 1. i 2. Dywizję. Z kolei waleczni Siedmiogrodzianie z 20. Dywizji,
których dowódca należał do bardzo nielicznych Rumunów odznaczonych przez ich niemieckich
sojuszników, pożądanym przez wszystkich wojskowych z Osi Krzyżem Rycerskim, byli
zdecydowani wytrwać na pozycjach, mimo że mieli tylko jedną armatę przeciwpancerną kal. 37
mm.
Sytuacja Jeriomienki przedstawiała się dużo korzystniej; zdołał rozbić największy korpus
4. Armii i skierował w wyłom we froncie dwa swoje korpusy zmechanizowane, aby te
wykorzystały początkowy sukces i, zgodnie z planami, spotkały się z sowieckim północnym
zgrupowaniem pod Kałaczem. Wprawdzie przeciwuderzenie Saksończyków Leysera stanowiło
dlań zimny prysznic, i co więcej, Wasilij Wolski nieustannie domagał się przez radio
wzmocnienia, nie chcąc podzielić tragicznego losu formacji Tanasczyszyna, to w sumie do tego
czasu cała operacja rozwijała się nadzwyczaj pomyślnie dla Sowietów. Nadeszła pora, aby
zlikwidować opór, stawiany przez walczące jeszcze jednostki Rumunów; w praktyce oznaczało
to konieczność pokonania bitnej 20. Dywizji Piechoty Tataranu.
Kilka dywizji strzeleckich i kawaleryjskich, wspieranych przez brygadę czołgów,
uformowało szyki. Padł rozkaz przystąpienia do ataku. Słabsi liczebnie Rumuni nie ustępowali
ani na krok i ginęli tam, gdzie stali. Ten dzień przeżyło tylko niespełna 50 żołnierzy 91. Pułku
Piechoty „Alba Iulia-Regele Ferdinand I”; z 83. Pułku „Tribunul Solomon Baint” ocalało mniej
niż 40. Sowieckie T-34 zniszczyły dywizyjny batalion saperów i zaatakowały pozycje 40. Pułku
Artylerii, przez co rumuńskiej piechocie odcięto większość wsparcia ogniowego. Tataranu,
któremu pozostał tylko jeden pułk piechoty, nie miał wyjścia i musiał zarządzić odwrót.
Rumuńska 3. Armia została poważnie osłabiona poprzedniego dnia, jednak żołnierze
Dumitrescu wciąż się bronili mimo tysięcy zabitych i rannych. 40 000 Rumunów pod
dowództwem Mihaila Lascăra rozmieszczono wokół miejscowości Raspopinskaja. Rumuńska 1.
Dywizja Pancerna Radu Gherghego była gotowa do walki.
Położenie 4. Armii Constantinescu-Clapsa przedstawiało się znacznie gorzej. Gdy
pierwszego dnia sowieckiej ofensywy zapadł zmrok w rejonie najcięższych zmagań, było jasne,
że Rumuni ponieśli zdecydowaną klęskę. Linia frontu na tym odcinku właściwie przestała
istnieć, a sowieckie czołgi i kawaleria siały spustoszenie na tyłach rumuńskiej armii, niszcząc
magazyny i centra łączności, składy paliw i amunicji oraz wszystko, co przypominało
jakąkolwiek zorganizowaną wojskową infrastrukturę. Chlubiąca się swymi tradycjami rumuńska
1. Dywizja Piechoty na dobrą sprawę przestała istnieć, z 2. Dywizji pozostało tylko 300
żołnierzy. 4. Armia walczyła o przetrwanie, a Constantinescu-Claps utracił kontakt
z niemieckimi wojskami nieco dalej na południu. Był to szczególnie tragiczny dzień dla
Siedmiogrodzian; niedobitki etnicznych Sasów z Siedmiogrodu w składzie 18. Dywizji Piechoty
zostały niemal okrążone, a 20. Dywizja zdziesiątkowana. Ścigani, wycofujący się na północ
Tataranu i jego oddziały dołączyli do swoich towarzyszy broni z 1. Dywizji Kawalerii
w Stalingradzie i kontynuowali walkę do samego końca. Gdy Rumuni cofali się w nieładzie
w kierunku Kotielnikowa, pozostawili za sobą aż 35 000 żołnierzy – niemal połowę sił 4. Armii
z poranka.
Na północnym odcinku

Gdy sowieckie dywizje strzeleckie zaatakowały od tyłu flanki rumuńskiego ugrupowania,


w sektorze frontu 3. Armii wytworzyła się prawie 70-kilometrowa luka. Czerwonoarmiści
maszerowali dniem i nocą, by nie dać przeciwnikowi ani chwili wytchnienia. Sprawne
dowództwo szybko uformowało szyki jednostek drugiego rzutu i skierowało je na zachód oraz
południe; ich nieprzerwane kolumny przechodziły po nadal zamarzniętym Donie. „Grupa
Lascăra”, gdyż taką oficjalną nazwę otrzymało rumuńskie zgrupowanie, przypominało
nieustannie zalewaną przez fale skałę na rzece, ale wciąż opierającą się wodzie.
Rumuńska 1. Dywizja Pancerna nieustannie i dokuczliwie nękała nieprzyjaciela.
Przeprowadziła kontratak na sowiecką 124. Dywizję Strzelecką i zahamowała postępy dwóch
korpusów czołgów pod dowództwem Butkowa i Rodina – 1. i 26. Nowe PzKpfw III i PzKpfw IV
(czołgi noszące w wojskach rumuńskich oznaczenie T-3 i T-4), z potężniejszymi działami
i mocniejszym opancerzeniem, dowiodły swej przydatności. Starszym R-2 wiodło się jednak
znacznie gorzej. Gherghe stracił kolejne 20 czołgów 20 listopada, z których 12 można było
naprawić, gdyby tylko ekipy mechaników zdołały odholować je w bezpieczne miejsce, nie
narażając się przy tym na nagłe ataki sowieckich żołnierzy.
Do tego czasu Dumitrescu właściwie utracił kontrolę nad swoimi wojskami. Kiedy jego
armia powoli ginęła, on i jego sztabowcy spakowali walizy, wsiedli do swoich służbowych aut
i pojechali na zachód, do bazy lotniczej w miejscowości Morozowskaja. Włoski oficer
łącznikowy, kapitan Giorgio Geddes z wojskowej służby wywiadowczej, widział skutki tej
katastrofy w swoim sektorze na zapleczu niedawnej linii frontu: „Drogi były zapchane
wszelkiego rodzaju wrakami; martwe konie leżały obok metalowych szkieletów wypalonych
ciężarówek i wywróconego działa. Zwłoki zabitych żołnierzy zalegały w zakrwawionym śniegu,
smagane przez nieustający wiatr, […] usta nam popękały od mrozu, a dziąsła krwawiły z powodu
awitaminozy. Przeczuwaliśmy, że kres jest bliski”.
Dzień trzeci – 21 listopada

Operacja „Uran” nie zaskoczyła niemieckiego i rumuńskiego dowództwa. Zaskoczenie


stanowiły jednak skala i siła tej ofensywy. Reakcja wojsk Osi w pierwszych dwóch jej dniach
była apatyczna i mało skuteczna. Dywizje wchodziły do walki pojedynczo i w nieskoordynowany
sposób, a przez to mężne poczynania żołnierzy takich jednostek jak rumuńskie 20. Dywizja
Piechoty i 1. Dywizja Pancerna czy niemiecka 29. Dywizja Zmotoryzowana nie wskórały wiele
wobec lepszego dowodzenia działaniami przez stronę sowiecką. Trzeciego dnia bitwy Niemcy
zaczęli wreszcie rozumieć, co im zagrażało, i przystąpili do energiczniejszej kontrakcji.
Paulus zaczął kierować jednostki 6. Armii głównie przeciwko północnemu ramieniu
sowieckich „kleszczy”. Czołgi i oddziały grenadierów z 24. i 14. Dywizji Pancernej
przeprowadziły przeciwuderzenie: zaatakowały dwie gwardyjskie dywizje kawalerii – 5. i 6.
Określenie „przeciwuderzenie” jest jednak niezbyt adekwatne, być może nawet przesadne.
W rzeczywistości w „kontratakach” uczestniczyły na ogół nieliczne czołgi i niewiele kompanii
bardzo zmęczonych niemieckich piechurów, rzuconych przeciwko nacierającym jednostkom
Armii Czerwonej. Napotykane sowieckie oddziały reagowały bardzo skutecznie; ostrzeliwały się,
wycofywały, a następnie po prostu obchodziły Niemców; oskrzydlając ich i zmuszając do
odwrotu, a przy tym oszczędzając amunicję. Zamiast kierować do takich akcji zaczepnych słabe
jednostki, Paulus powinien był szybko zebrać wszelkie siły do poważnego uderzenia na północne
zgrupowanie Żukowa. Cała sowiecka 5. Armia Pancerna nader się odsłoniła i można ją było
odciąć i okrążyć. W miejsce batalionów i pułków należało rzucić do walki całe dywizje i korpusy
oraz nie pozostawiać miotających się bezradnie Rumunów samym sobie. Ich 7. Dywizja
Kawalerii, wydzielona jako odwód 3. Armii, wyruszyła przeciwko atakującym Sowietom
i straciła całą swoją artylerię, gdy na próżno usiłowała powstrzymać ich natarcie.
Na południu, gdzie klęska 4. Armii była dużo większa od tej, która spotkała 3. Armię
dalej na północy, niedobitki VI Korpusu Corneliu Dragaliny próbowały zorganizować obronę na
linii przebiegającej przez wsie Tundutowo, Gonczejarowski i Mał-Debrety. Skorzystano ze
wsparcia odwodu, którym dowodził Radu Korne – zbieraniny różnych oddziałów rumuńskich.
Korne był pod wieloma względami ciekawą i zagadkową osobowością: eleganckim,
wywodzącym się z rumuńskiej arystokracji kawalerzystą, w tym czasie mającym już za sobą
wybitną i bohaterską karierę wojskową. Wyróżniał się też zamiłowaniem do noszenia wysokich
futrzanych czap i starannego układania włosów na brylantynę. Plan „Barbarossa” przyniósł mu
nową sławę, choć na piersi nosił już medale z lat pierwszej wojny światowej. Teraz miał załatać
wyłom w linii frontu i spróbować zatrzymać natarcie południowego zgrupowania atakujących
wojsk Armii Czerwonej. Zebrał pod swoją komendą wszystkich żołnierzy i wszelkie jednostki,
na jakie się natknął, i zorganizował z nich improwizowaną formację. W jej skład weszły 3. Pułk
Calasari i 4. Pułk Kawalerii, baterie z jednostek artylerii konnej i ciężkiej, nieco tankietek
i grupy wycofujących się oddziałów piechoty, a także oddziały budowlane i sztabowe.
Bynajmniej nie było to doborowe zgrupowanie, ale raczej przejaw rozpaczliwych nadziei
Rumunów na jakiś cud. Mimo wszystko wojsko to być może było jednak w stanie wpłynąć na
przebieg bitwy. Korne rzucił je do przeciwuderzenia na miasteczko Abganerowo, w pobliżu
ważnej linii kolejowej na południu Rosji. Jego żołnierzom udało się zdobyć i utrzymać punkt
umocniony w miejscowości Krajnyj Gieroj, ale to nie wystarczyło do zastopowania sowieckiego
marszu na Kałacz nad Donem. W innych miejscach na dawnym odcinku linii frontu 4. Armii
Sowieci mieli niemal całkowitą swobodę, gdyż wojska rumuńskie uległy tam rozbiciu.
Bieżące informacje o tym, co się działo na froncie, były bardzo fragmentaryczne,
ponieważ wiele samochodów z radiostacjami zniszczono, a naziemne linie telefoniczne
i telegraficzne pozrywano. Zwykle w takich sytuacjach wprowadzano do akcji lotnictwo
rozpoznawcze, lecz tym razem uniemożliwiała to bardzo zła pogoda. Wreszcie, 21 listopada,
mgły nieco się rozwiały i ustały zadymki – na tyle, by samoloty rumuńskiej 7. Grupy
Myśliwskiej mogły wzbić się w powietrze. Jeden z pilotów tej jednostki, porucznik Dicezare
(rezerwista), który przelatywał ponad stepem w dostarczonym Rumunom przez Niemców
myśliwcu Me-109, dostrzegł wielką sowiecką kolumnę, podążającą w kierunku lotniska
w Karpowce, z którego sam nieco wcześniej wystartował. Aby przyjrzeć się lepiej tym
oddziałom, podleciał bliżej i znalazł się pod silnym ostrzałem przeciwlotniczym. Jego maszyna
została trafiona w zbiornik paliwa. Zdołał jednak zawrócić do bazy i zameldować o zagrożeniu.
Inny rumuński pilot, były żołnierz oddziałów górskich, porucznik Alexandru Serbanescu
otrzymał polecenie rozpoznania sytuacji i potwierdził, że sowieckie czołgi znalazły się już
w odległości niewielu kilometrów od lotniska w Karpowce i zmierzały prosto na nie. Z kolei
Dicezare, bez radiostacji pokładowej i po uszczelnieniu korkiem przecieku w zbiorniku paliwa
w jego samolocie, został wysłany do miejscowości Morozowskaja, by ściągnął stamtąd pomoc.
Po wylądowaniu w tamtejszej głównej bazie Luftwaffe w owym sektorze frontu powiadomił
o wszystkim generała Ermila Gheorghiu i szybko oddano mu dyspozycji dwa średnie bombowce
typu IAR JRS-79B (była to rumuńska wersja włoskich samolotów Savoia-Marchetti SM-79B);
miały one przelecieć do Karpowki i ewakuować stamtąd tylu ludzi, ilu się dało. Tymczasem
Serbanescu zorganizował prowizoryczną obronę w Karpowce. Wykorzystał do tego dwie
znajdujące się na tym lotnisku baterie przeciwlotnicze, wydał broń mechanikom, a nawet ustawił
samoloty, tak by ogniem z karabinów maszynowych, umieszczonych w ich skrzydłach, można
było razić nieprzyjaciela. Kiedy tylko dostrzeżono zbliżające się sowieckie oddziały, obrońcy
zasypali je gradem pocisków w próbie zmylenia przeciwnika i przekonania go, że natknął się na
silne zgrupowanie – co miało dać czas na ewakuowanie bazy. Fortel zadziałał. Sowieci
zatrzymali się, dzięki temu dwa rumuńskie bombowce zdążyły wylądować, zabrać na pokład
personel lotniska i odlecieć. Cały ciężki sprzęt, paliwo i inne zapasy porzucono.
Dalej na północ większość ocalałych jednostek 3. Armii pod dowództwem Mihaila
Lascăra walczyło o przetrwanie na pospiesznie ufortyfikowanych pozycjach wokół miejscowości
Raspopinskaja. Lascăr wezwał pomoc, wiedząc, że jego ludzie mogą się tam utrzymać zaledwie
przez kilka dni bez zaopatrzenia w żywność, paliwo, a przede wszystkim amunicję. Liczył tylko
na to, że Gherghe i Rodt w końcu zdołają połączyć siły swoich dwóch dywizji pancernych
i przebić się z odsieczą. Łączność pomiędzy tymi dwiema jednostkami wciąż się rwała, a obaj
wspomniani dowódcy mieli tylko mgliste pojęcie o tym, gdzie znajdowały się pozostałe oddziały
korpusu. W tej sytuacji von Oppeln-Bronikowski powiódł czołgi, które mu pozostały, ku wsi
Pierełasowki z nadzieją, że podążą za nim Rumuni. Rumuńska 1. Dywizja Pancerna znajdowała
się w istocie mniej więcej 10 km dalej na zachód niedaleko pobliskiej wioski Bolszaja
Donsczynka. Gherghe sądził bowiem, że właśnie tam odnajdzie Niemców, lecz on i jego
żołnierze natknęli się na roje czerwonoarmistów. Po ostrzelaniu z bliska chłopskich chat Rumuni
zdołali opanować tę wieś, jednak rozpaczliwie brakowało im już prowiantu, paliwa i amunicji.
Na szczęście dla nich udało się tam dotrzeć samolotom ze 105. Eskadry Transportowej Luftwaffe
i wylądować na zaimprowizowanym lądowisku w pobliżu wsi. Rumuńscy czołgiści ochoczo
przystąpili do wyładunku kanistrów z paliwem, skrzyń z amunicją do dział czołgowych i taśm
z pociskami do karabinów maszynowych. Kiedy tylko samoloty wystartowały do lotu
powrotnego do bazy, zaczęły spadać sowieckie pociski artyleryjskie, gdyż nowe oddziały Armii
Czerwonej zaatakowały Rumunów w zdecydowanej próbie uniemożliwienia im połączenia się
z niemiecką 22. Dywizją Pancerną. Gdy Gherghe obmyślał plan działania, wybuch pocisku ranił
jego zdolnego zastępcę, pułkownika Alexandru Pastię. Śmiertelnie ranny, pokiereszowany przez
odłamki Pastia broczył obficie krwią. Incydent ten wpłynął na decyzję Gherghego, który uznał,
że rumuńska 1. Dywizja Pancerna nie ma dość sił, by podejmować natarcie, pozostało jej więc
tylko wycofanie. Tym samym przesądzono o losie Mihaila Lascăra i jego żołnierzy.
W tym czasie na bitewnym froncie rumuńskiej 3. Armii zjawił się nowy gracz.
Przewieziony samolotem wprost z trwającej nadal – o dziwo – niemieckiej ofensywy na Kaukaz
pułkownik Walther Wenck, szef sztabu LVII Korpusu Pancernego, otrzymał rozkaz
pokierowania działaniami militarnymi w sektorze na północ od Stalingradu, zastąpienia tam
Dumitrescu i przywrócenia ładu w chaosie, który tam zapanował. (Walther Wenck awansował
w 1945 roku na dowódcę niemieckiej 12. Armii, która bez powodzenia usiłowała przebić się do
oblężonego Berlina. Skapitulował z końcem wojny, znalazł się w niewoli, opuścił obóz jeniecki
w 1947 roku; zginął w wieku 82 lat w 1982 roku w wypadku samochodowym).
Wenck, milczkowaty, typowy niemiecki zawodowy oficer, wylądował w Morozowskoj,
skąd zawieziono go wprost na naradę z Dumitrescu, który zorganizował sobie właśnie nową
kwaterę dowódczą w jednej z baz Luftwaffe: „Zameldowałem się u generała Dumitrescu i przy
pomocy jego tłumacza, porucznika Iwansena, zapoznałem się z sytuacją. Przedstawiała się dość
rozpaczliwie. Następnego poranka wystartowałem [samolotem łącznikowym] fieseler storchem
i poleciałem na front w zakolu rzeki Czir. Z rumuńskich formacji w tamtym rejonie pozostało
niewiele. Gdzieś na zachód od miejscowości Klietskaja, także nad Donem, jednostki dzielnej
Grupy Lascăra nadal się trzymały. Reszta naszych sojuszników pędziła na złamanie karku”.
Ten zwięzły opis sytuacji pozostawiony przez Wencka brzmiał niemal jak epitafium dla
żołnierzy z Grupy Lascăra.
Dzień czwarty – 22 listopada

Niedzielny świt 22 listopada był mroźny, wiejące z północy zadymki omiatały step.
W Niemczech obchodzono Totensonntag – Dzień Pamięci Poległych. W zgodzie z nastrojami
uroczystości z tego dnia ziemie między Donem a Czirem były usłane zabitymi i śmiertelnie
rannymi oraz płonącym sprzętem wojennym, sowieckim, niemieckim i rumuńskim. Bój na
odcinkach rumuńskich 3. i 4. Armii wszedł w najintensywniejszą fazę.
Na północy Grupa Lascăra nadal stanowiła poważne zagrożenie dla północnego
zgrupowania nacierających wojsk Armii Czerwonej, bowiem tkwiła na głównej linii sowieckiej
ofensywy. Dywizje strzeleckie Watutina i Rokossowskiego, które powinny podążać za czołgami
Romanienki i ubezpieczać skrzydła atakujących formacji, musiały zamiast tego otoczyć uparcie
walczących Rumunów i podjąć próbę zmuszenia ich do kapitulacji. Boje były zacięte, a Lascăr
nakłaniał swoich żołnierzy, aby wytrwali w okopach i punktach umocnionych. Największy ich
problem (poza tym, że byli odcięci od swoich wojsk i okrążeni) sprowadzał się do niedostatku
amunicji. Dzielnym lotnikom 105. Eskadry Transportowej (którzy poprzedniego dnia przybyli na
ratunek rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej) udało się wprawdzie przewieźć nieco zaopatrzenia, ale
była to kropla w morzu potrzeb, gdy oblegane oddziały desperacko starały się odpierać szturmy
czerwonoarmistów, którzy z taką samą determinacją bili się o zwycięstwo.
W południe 22 listopada każdemu z obrońców Raspopinskoj pozostało zaledwie 40
nabojów karabinowych, co może wystarczyłoby, przy dużym szczęściu, do odparcia jeszcze
jednego ataku. Dążące do możliwie najszybszego zakończenia tej bitwy i podjęcia dalszego
marszu sowieckie dowództwo przedstawiło Lascărowi warunki złożenia broni, ten jednak je
odrzucił. Odpowiedział: „Walczymy do ostatniego żołnierza. Nie poddamy się!”.
Choć słowa te były przejawem brawury, to Lascăr już wiedział, że żadne niemieckie
wojska nie przybędą mu na odsiecz – a koniec jest bliski. Postanowił przebijać się tej nocy,
razem ze wszystkimi, którzy byli zdolni się poruszać. Uznał, że to jedyny sposób na ocalenie
choćby niektórych jego podkomendnych. Pochylony nad mapą wojskową w swojej kwaterze
polowej w Gołowkach Lascăr obmyślił plan wydostania się z okrążenia przez oddziały
uformowane w dwie kolumny. Mołdawianie z 15. Dywizji Piechoty mieli poprowadzić jeden
z ataków, kierując się na południowy zachód, i spróbować dotrzeć do Bolszoj Donsczynki, gdzie,
jak sądził, nadal powinny znajdować się czołgi Gherghego. W drugim zgrupowaniu znalazły się
na jego czele doborowa 6. Dywizja Piechoty Lascăra, mająca przebijać się ku Pietczanom, oraz
niemiecka 22. Dywizja Pancerna – chociaż w rzeczywistości to Niemcy poprowadzili tę akcję.
Lascăr zamierzał pozostać na miejscu i oznajmił swoim sztabowcom: „Jeżeli ktoś z was przeżyje
tę batalię, musi opowiedzieć historię naszej walki. Jestem żołnierzem i pozostanę na swoim
posterunku”.
Potem, na osobności, wyznał swemu staremu przyjacielowi, pułkownikowi Cristea
Stanescu, że gdy Rosjanie wreszcie ich pokonają, raczej się zastrzeli, niż da się pojmać żywcem.
Gdy późnym popołudniem zaczęło się ściemniać, dwie kolumny uformowały się tuż koło
Gołowek pod zwierzchnią komendą byłego dowódcy rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej, generała
Ioana Siona. Ogółem próbę przebicia się miało podjąć 15 000 żołnierzy; mniej więcej tyle samo
miało pozostać, w tej liczbie kilka tysięcy rannych, i postarać się przeżyć w niewoli. Niebawem,
na domiar złego, sowiecka artyleria zaczęła ostrzeliwać miasteczko Gołowki i jego okolicę. Po
dwóch godzinach stało się jasne, że ostrzał ten miał „zmiękczyć” obrońców przed ostatecznym
szturmem Sowietów. Generał Lascăr przesłał ostatni meldunek do dowództwa swojej armii,
w którym informował Dumitrescu, że on i jego żołnierze uczynili więcej, niż można było od nich
wymagać. Następnie wyszedł z kwatery swego sztabu i wyruszył pieszo, by zorientować się
w sytuacji. W panującym zamieszaniu otoczyli go sowieccy piechurzy i wzięli do niewoli.
Wkrótce dołączyły doń tysiące jego żołnierzy, a „kocioł” zlikwidowano.
Kiedy padły Gołowki, Sion wyprowadził dziesięciokilometrową kolumnę wojsk na
zamarznięty step, z dala od terenu walk. Maszerujący podczas mroźnej nocy Rumuni, choć to
prawie niewiarygodne, zdołali prześliznąć się między patrolami czerwonoarmistów. Zaczęli
żywić nadzieję, że uda im się wyrwać z potrzasku. Jednak wraz z szarzejącym świtem rachuby te
się rozwiały, gdyż załogi czołgów jednej z sowieckich jednostek kawaleryjskich zauważyły
bardzo długi sznur żołnierzy i zaatakowały. Ostrzelały wroga pociskami odłamkowymi i seriami
z broni maszynowej. Wybuchła panika, a próby wydostania się straciły jakąkolwiek spójność,
gdy Rumuni, rozpaczliwie szukający ratunku, rozbiegli się na wszystkie strony. Ich kolumna
rozsypała się; niektórzy zdołali dotrzeć do Bolszoj Donsczynki, gdzie połączyli się z 22. Dywizją
Pancerną. Tam uformowano z nich dodatkowe oddziały „rumuńskich grenadierów pancernych”.
W grupie tej znalazł się również Ioan Sion, który choć pomyślnie wydostał z Raspopinskoj na
zimowy step tylu swoich ludzi, ilu się dało, to szczęście niebawem przestało mu sprzyjać; zginął
już dwa dni później podczas próby odparcia jednego z sowieckich ataków. Ten dzielny oficer
okazał się jedynym rumuńskim generałem, który poległ w walce podczas wojny.
Inna liczna grupa niedobitków z okolic Raspopinskoj odłączyła się od swoich towarzyszy
broni w czasie wspomnianego ataku sowieckich czołgów i skierowała prosto na zachód, by
dotrzeć do niemieckich linii. Marsz nocą i następnego poranka, bez ciepłej strawy
i w przenikliwym zimnie, kosztował ich wiele sił; mimo wyczerpania sądzili, że udało im się
oderwać od Sowietów. Następnego popołudnia zostali jednak dogonieni przez silną kolumnę
czerwonoarmistów i rozbici w nierównej walce. Setki Rumunów zginęło, a jeszcze więcej trafiło
do niewoli.
Po rozpadzie Grupy Lascăra szczęście dopisało jedynie dowodzonemu przez majora
Gheorghe Rasconescu 1. batalionowi z 6. Pułku Piechoty 15. Dywizji z Dorobantu i Războieni.
Żołnierze tego baonu wykorzystali wszystkie umiejętności opanowane pod okiem niemieckich
instruktorów dwa lata wcześniej i 26 listopada niemal w komplecie dotarli wraz ze swoim
ekwipunkiem w bezpieczne miejsce na zachodnim brzegu rzeki Czir. Major Rasconescu i jego
ludzie, choć wyczerpani i bardzo osłabieni z powodu odmrożeń i dyzenterii, z powodzeniem
bronili aż do początków grudnia ważnego lotniska w Obliwkawii przed atakami 8. Dywizji
Kawalerii Armii Czerwonej. Dowództwo Ostheer udekorowało Rasconesu Krzyżem Rycerskim
za odwagę wykazaną przez jego podwładnych, lecz dla niego osobiście jeszcze bardziej liczyło
się to, że ocalił kilkuset żołnierzy pochodzących z Piatra Neamţ – rodzinnego miasta jego
batalionu.
Na południu, gdy nieprzyjaciel likwidował ostatnie punkty oporu Grupy Lascăra,
Constantinescu-Claps powoli godził się z tym, że utracił kontrolę nad sytuacją na froncie. Jego
korpusy piechoty uległy rozbiciu lub rozproszeniu. Nie był w stanie utrzymać ciągłej linii
obronnej. Jedyne mobilne zgrupowanie – zbieranina kawalerzystów, artylerzystów
i „bezrobotnych” oddziałów inżynieryjnych, którą dowodził Radu Korne – dzielnie starało się
powstrzymywać broń pancerną i piechotę sowieckich 4. i 13. Korpusu Zmechanizowanego, ale
też już się załamywało. Ludzie Kornego stoczyli zacięty bój pod Abganerowem, gdy wyruszyli
ze swoich umocnionych pozycji w Krajnym Gieroju i usiłowali odzyskać wspomniane
miasteczko oraz jego ważną stację kolejową. Rumuni dzielnie szturmowali, lecz zostali powitani
huraganowym ogniem z wielu okopanych armat dywizyjnych kal. 76,2 mm – słynnych
sowieckich ZiS-3, przezywanych przez Niemców Ratsch-Bumm. Żołnierze Kornego musieli się
wkrótce wycofać. Pozostawili na polu walki 300 zabitych, a 600 Rumunów poszło do sowieckiej
niewoli.
Kałacz

Na początku sierpnia, w szczytowym okresie operacji „Blau”, niemieckie 16. i 24.


Dywizja Pancerna wyprzedziły siły główne ofensywnego zgrupowania Wehrmachtu, by zająć
Kałacz, niewielkie miasto znajdujące się niecałe 70 km na zachód od Stalingradu. Tym, co
czyniło Kałacz celem o takim znaczeniu, był tamtejszy stary, imponujący most kolejowy na
Donie. Aby uchwycić tę przeprawę i uchronić ją przed zniszczeniem, podporucznik Kleinjohann
z 16. Pułku Saperów ukradkiem zbliżył się wraz ze swoimi żołnierzami z 3. Kompanii do mostu,
mimo że już płonął, a Sowieci zainstalowali na nim ładunki wybuchowe. Ludzie Kleinjohanna
ugasili pożary i poprzecinali przewody ładunków. Zdołali opanować most i odciąć drogę odwrotu
jednostkom Armii Czerwonej, okrążonym na zachodnim brzegu Donu. W składzie sowieckich
wojsk znajdowało się dziewięć dywizji strzeleckich i siedem pancernych, a także dwie brygady
zmotoryzowane – miały one łącznie 1000 czołgów i 750 dział.
Teraz, zimą, Armia Czerwona zamierzała odwrócić role, wyzwalając Kałacz i odcinając
niemiecką 6. Armię w Stalingradzie.
Zadanie to powierzono 19. Brygadzie Czołgów i jej dowódcy – podpułkownikowi G.N.
Filippowowi. Ten dzielny oficer chciał zrealizować śmiały plan zajęcia arcyważnego mostu,
przeprowadzając bezpośredni atak na przeprawę. Filippow miał w swojej jednostce dwa
zdobyczne czołgi niemieckie, które ustawił na czele kolumny. Liczył, że uda im się wjechać na
most i zaskoczyć obrońców. Nie wiedział jednak, że Niemcy założyli w Kałaczu szkołę saperów,
w której niemieccy i rumuńscy specjaliści uczyli, jak niszczyć sowieckie czołgi. Jak zawsze
skrupulatni i dążący do maksymalnego upodobnienia zajęć ćwiczebnych do warunków
rzeczywistego pola walki Niemcy przekazali tej placówce wiele zdobycznych czołgów
rosyjskich, więc żołnierze stacjonujący w mieście jednostek Wehrmachtu przywykli do widoku
jeżdżących po okolicy T-34.
Oddziały mające bronić tego miasta były żałośnie słabe liczebnie. Choć most w Kałaczu
miał kolosalne znaczenie, to jego strzeżenie powierzono zaledwie 25 członkom Organizacji Todt
(OT – służby budowlanej, zorganizowanej przez dr. Fritza Todta; personel OT kierowany do
budowy umocnień Wału Atlantyckiego, lotnisk i innych obiektów militarnych) i jedynej armacie
przeciwlotniczej kal. 88 mm, z zapasem ledwie ośmiu pocisków. Tak więc gdy sierżant Wiemann
z obsługi tego działa spostrzegł dwa niemieckie czołgi i więcej T-34 za nimi, uznał, że to nic
nadzwyczajnego. Dopiero kiedy czołgi te otworzyły ogień w kierunku posterunków OT,
zorientował się, jak bardzo się pomylił. Dobiegł do działa, którego obsługa zdążyła wystrzelić
cztery pociski, zanim ich armata kal. 88 mm została zniszczona. Mimo że trzy T-34 stanęły
w ogniu, to Sowieci zdobyli most. Oznaczało to ostateczne odcięcie niemieckich wojsk pod
Stalingradem.
Dzień piąty – 23 listopada

Dopiero gdy propagandyści z Armii Czerwonej wyreżyserowali i sfilmowali radosne


spotkanie żołnierzy nadciągającej z północy sowieckiej 4. Armii Pancernej i podążającego
z południa 4. Korpusu Zmechanizowanego w miejscowości Sowietskij, dowództwo wojsk Osi
zaczęło zdawać sobie sprawę z rozmiarów katastrofy.
W rzeczywistości obie nacierające kolumny Armii Czerwonej pomyłkowo uznały się
wzajemnie za nieprzyjaciół i otworzyły do siebie ogień. Wiele czołgów uległo zniszczeniu.
Zginęło ponad stu żołnierzy, zanim uświadomiono sobie omyłkę i wstrzymano ostrzał.
Kiedy Lascăr i zastępy jego żołnierzy szli do niewoli, sowiecki 3. Gwardyjski Korpus
Kawalerii podjął próbę wyjścia na tyły walczących nadal rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej
i niemieckiej 22. Dywizji Pancernej. Obie te formacje, w których pozostało niewiele czołgów,
musiały osobno skierować się na zachód i postarać się przedostać na bezpieczny, drugi brzeg
Cziru. Dołączyły do nich niedobitki rumuńskiej 3. Armii – żołnierze 7., 9. i 11. Dywizji Piechoty
oraz 7. Dywizji Kawalerii. Choć nominalnie nadal pozostawali pod komendą Dumitrescu, to
podporządkowano ich dowództwu Odcinka Armijnego (Grupy Operacyjnej) Hollidt – grupie
armijnej złożonej różnych jednostek, zebranych w próbie utrzymania obrony na Czirze przed
nadciągającymi Sowietami. Walther Wenck, już jako szef sztabu Dumitrescu, także starał się
zorganizować defensywę: „Musiałem się zdać na niedobitki XXXXVIII Korpusu Pancernego,
[…] które przebijały się w kierunku południowo-zachodnim. Jednak nie udało mi się nawiązać
łączności z Korpusem Pancernym Heima, póki Heim nie przedostał się na południowy brzeg
Cziru z 22. Dywizją Pancerną”.
Wspomniana dywizja nie była już tą samą silną formacją z poprzednich dni. Rodtowi
pozostało około 40 sprawnych czołgów; większość oddziałów artylerii, inżynieryjnych
i pomocniczych przestała istnieć, a jego 129. Pułk Grenadierów Pancernych został prawie
unicestwiony. W istocie 1. batalionem tego pułku dowodził teraz podporucznik – jedyny oficer
tej jednostki, który pozostał przy życiu. Nowy naczelny dowódca wojsk niemieckich na południu,
Erich von Manstein, uznał tę dywizję za „zupełny wrak”.
Mansteina, byłego dowódcę 11. Armii, przetransportowano samolotem na południe
w przededniu planowanej ofensywy na Leningrad, aby opanował sytuację na froncie
południowym i stanął na czele nowo utworzonej Heeresgruppe Don (Grupy Armii Don).
Rumuńska 1. Dywizja Pancerna pod komendą Radu Gherghego znajdowała się
w podobnym stanie jak 22. Dywizja Pancerna. Lista jej strat była przerażająco długa: 217
oficerów i podoficerów oraz ponad 6000 żołnierzy zabitych, rannych i zaginionych. Odpowiadało
to niemal 70 procentom nominalnego stanu osobowego tej jednostki – która utraciła również
połowę karabinów maszynowych, wszystkie moździerze i niemal wszystkie (poza dwoma) działa
polowe, a także 700 jakże ważnych pojazdów motorowych. Jeśli chodzi o jej czołgi, to 77 R-2,
10 T-3 i 11 T-4 spłonęło po sowieckiej stronie Cziru. Chluba wojsk pancernych Królestwa
Rumunii miała w tym czasie zaledwie 19 R-2 oraz jeden T-3. Takie szczupłe siły nie były
w stanie powstrzymać żadnego potężniejszego ataku Armii Czerwonej, o czym Wenck dobrze
wiedział: „Otrzymywałem rozkazy wprost od generała Zeitzlera, […] ponieważ [dowództwo]
grupy armijnej Weichsa miało ręce pełne roboty. […] Moje główne początkowe zadanie polegało
na zorganizowaniu jednostek zaporowych pod komendą energicznych oficerów, które
utrzymałyby długi front wzdłuż Donu i Cziru. […] Jeśli chodzi o mój sztab, to dosłownie
dobierałem go sobie po drodze. […] Starsi podoficerowie, z doświadczeniem w walkach na
froncie wschodnim, byli w tej sytuacji bezcenni, szybko się przystosowywali i nadawali się do
wszelkich poruczeń”.
Manstein znał Wencka od dawna i wydał mu jasne rozkazy: „Wenck, odpowie pan głową,
jeżeli Rosjanie przebiją się do Rostowa w pańskim sektorze. Front nad Donem i Czirem musi być
utrzymany […], albo nie tylko 6. Armia, ale i cała Grupa Armii A na Kaukazie przepadną”.
Oznaczałoby to bowiem utratę ponad miliona żołnierzy wraz z ich sprzętem, a także
przegranie całej wojny.
STAWKA uważała początkowo, że pod Stalingradem zamknęła w okrążeniu ok. 90 000
Niemców i dopiero po pewnym czasie jej członkowie zorientowali się, iż faktycznie było ich tam
prawie 270 000 – nie samych żołnierzy niemieckich, lecz także ok. 1000 Chorwatów, tyluż
Włochów oraz ok. 12 000 Rumunów z 4. Armii.
Co do reszty wojsk Constantinescu-Clapsa, to tylko aktywna obrona Grupy Kornego
i inna „zaimprowizowana” formacja, Oddział Pannwitza – zbieranina kilku rumuńskich
i niemieckich kompanii piechoty z pewną liczbą dział szturmowych i czołgów oraz rumuńską
baterią dział ciężkich, pod wodzą niemieckiego arystokraty i kawalerzysty Helmutha von
Pannwitza – udaremniły żołnierzom Jeriomienki rozbicie zdezorganizowanej niemieckiej 4.
Armii Pancernej. W świetle takich faktów użyte przez niemieckiego dowódcę Hermanna Hotha
określenie Panzerschreck („strach przed czołgami”) na opisanie reakcji Rumunów na sowiecką
ofensywę było nader surowe i krzywdzące. Wprawdzie obrona rumuńskiej 4. Armii się załamała,
jednak nie wszyscy Rumuni rzucili się do masowej ucieczki.
W OKW wiedziano o tym lepiej od Hotha i udekorowano cenionymi Krzyżami
Rycerskimi Radu Kornego (częściowo za jego wcześniejsze działania na Krymie i Ukrainie) oraz
pułkownika Ioana Hristeę, dowódcę 2. Pułku z Călăraşi, w uznaniu dzielności, jaką wykazali się
Rumuni. Generał Corneliu Teodorini, już wcześniej udekorowany Krzyżem Rycerskim jako
dowódca 6. Dywizji Kawalerii, otrzymał teraz Liście Dębu do tego odznaczenia. Warto dodać, że
wszyscy trzej wymienieni dowodzili jednostkami kawaleryjskimi, które walczyły z dużo
silniejszym przeciwnikiem i wytrwały na swoich pozycjach.
Nie tylko w OKW chwalono Rumunów. Czynił to także Wenck: „Nie miałem do
dyspozycji linii łącznościowych […] i byłem w stanie stopniowo odtworzyć obraz sytuacji tam,
gdzie niemieckie formacje zaporowe weszły do walki i gdzie dało się jeszcze odnaleźć jakieś
rumuńskie jednostki.
Jedynymi rezerwami, na jakie mogliśmy liczyć, był strumień żołnierzy powracających
z urlopów. Aby zebrać maruderów z trzech armii, które potraciły swoje jednostki […], czasami
musieliśmy się uciekać do radykalnych metod. Pamiętam na przykład, jak przekonywałem
dowódcę jednej z kompanii propagandowych Wehrmachtu w miejscowości Morozowskaja, by
urządzał pokazy filmowe na skrzyżowaniach dróg. Ludzi zwabionych przez te spektakle
następnie wyłapywano, reorganizowano i wydawano im nowy ekwipunek. Większość z nich
spisywała się dobrze w [późniejszych] działaniach.
Pewnego razu przyszedł do mnie sierżant żandarmerii polowej i zameldował o odkryciu
porzuconego, «niczyjego składu paliwa». Sami nie potrzebowaliśmy materiałów pędnych, za to
pilnie były potrzebne pojazdy do przewozu naszych żołnierzy. Tak więc poleciłem, żeby przy
wszystkich szosach poustawiano drogowskazy z napisem Do punktu zaopatrzenia w paliwo.
Ściągnęło to do nas mnóstwo ciężarówek, aut sztabowych i wszelkich innych wozów, których
kierowcy poszukiwali paliwa. We wspomnianym składzie wyznaczyliśmy zaufanych oficerów,
którzy dbali o to, aby pojazdy otrzymały potrzebne paliwo, ale także interesowali się ich
przeznaczeniem – w ten sposób przejęliśmy wiele wozów wraz z załogami, co rozwiązało
najpoważniejsze problemy z transportem.
Pod dowództwem doświadczonych oficerów i podoficerów personel tych nowych
zaimprowizowanych jednostek zrehabilitował się z nawiązką w tamtych ważnych miesiącach,
a jego odwaga i niezłomność ustabilizowały sytuację nad Czirem, co powstrzymało sowieckie
natarcia i zatarasowało [Sowietom] drogę do Rostowa”.
Owe jednostki tworzono, z kogo się dało: personelu naziemnego Luftwaffe, pracowników
Reichsbahn (niemieckich kolei), członków Służby Pracy Rzeszy i ekip budowlanych Organizacji
Todt, a także z Kozaków, hiwisów (sowieckich byłych jeńców i cywilów w służbie Wehrmachtu)
oraz, przede wszystkim, Rumunów. Wenck wydał niedwuznaczną ocenę, zgodnie z którą
sojusznicy Niemiec z Osi walczyli dzielnie i nieugięcie, o ile tylko byli dobrze dowodzeni
i odpowiednio wyekwipowani.
Jednakże nie zawsze takie desperackie, doraźne kroki przynosiły równie dobre skutki.
Giorgio Geddes, kapitan włoskiego wywiadu, widywał wielu zaniedbanych, zdesperowanych
i wstrząśniętych Niemców i Rumunów, błąkających się bez celu na zapleczu frontu:
„Z wychudłymi twarzami, w podartych mundurach, bez przełożonych, niekarnych, udręczonych
mrozami i głodem, przerażonych bitwami, w których stosunek sił wynosił jeden do dziesięciu”.
Geddes był świadkiem pewnego tragicznego zdarzenia; patrzył oniemiały, jak rumuński
żołnierz z obsługi karabinu maszynowego wpadł w szał pod wpływem podjętej przez dwóch
niemieckich żandarmów próby zatrzymania go i odstawienia do punktu zbiorczego i zastrzelił ich
obu, a po chwili sam zginął z rąk jednego ze swoich towarzyszy broni.
Bilans strat – Rumunia

Po tym jak cyklon, wywołany na froncie przez operację „Uran”, ucichł 24 listopada,
Rumuni mogli wreszcie oszacować skutki militarnej katastrofy, która spadła na ich wojska na
froncie wschodnim. Bilans był tragiczny.
Rumuńskie 3. i 4. Armia w zasadzie przestały istnieć. Z 22 rumuńskich dywizji
frontowych w Rosji aż dziewięć uległo całkowitemu zniszczeniu, przy czym straty 1., 2. i 18.
Dywizji Piechoty ze składu 4. Armii sięgały 80 procent. Kolejnych dziewięć dywizji rozproszyło
się na stepach. Tylko cztery zachowały względną spójność i mogły kontynuować działania
bojowe. Z najsilniejszej formacji wojskowej Królestwa Rumunii – czyli 3. Armii, którą dowodził
Petre Dumitrescu – pozostało zaledwie 83 000 żołnierzy (rankiem w pierwszym dniu operacji
„Uran” armia ta miała ich ponaddwukrotnie więcej). Rumuński Korpus Powietrzny utracił sto
zestrzelonych samolotów, czyli trzy czwarte swego sprzętu, a ponadto swoją główną bazę oraz
większość zapasów i zaplecza naprawczego.
Ze służb logistycznych i zaopatrzeniowych obu rumuńskich armii polowych właściwie
nic nie pozostało, a tysiące ich żołnierzy zginęło i zamarzło w śniegach; inni zostali wyłapani
przez Sowietów i pomaszerowali jako jeńcy na wschód, do obozów niewolniczej pracy.
Moskiewski korespondent amerykańskiej agencji United Press, Henry Shapiro, pojechał wraz
z sowiecką obstawą na pola bitewne blisko Serafimowicz, gdzie, jak wspominał, ujrzał „morze
trupów, zarówno niemieckich, jak i rumuńskich”. Napisał także: „Daleko za linią walk znalazło
się tysiące Rumunów, błąkających się po stepach, przeklinających Niemców, rozpaczliwie
poszukujących rosyjskich kuchni polowych i pragnących oficjalnie znaleźć się w niewoli.
Pojedynczy maruderzy zdawali się na łaskę miejscowych wieśniaków, którzy traktowali ich
wyrozumiale, ale tylko dlatego że [maruderzy ci] nie byli Niemcami. Rosjanie uważali, że to
biedni chłopi, tacy jak oni sami. Poza niedużymi grupami członków Żelaznej Gwardii
[rumuńskiego ruchu faszystowskiego, podobnego do włoskich czarnych koszul], które tu
i ówdzie twardo walczyły, rumuńscy żołnierze mieli zupełnie dosyć wojny, a jeńcy, których
widywałem, mówili mniej więcej to samo – że to wojna Hitlera, a Rumuni nie mają czego szukać
nad Donem”.
Postscriptum – historia trzech dowódców

Mihail Lascăr, były dowódca rumuńskiej 6. Dywizji Piechoty, wsławiony obroną


miejscowości Raspopinskaja, znalazł się w niewoli, z której go zwolniono w 1944 roku, gdy
Rumunia przeszła na stronę antyniemieckiej koalicji. Powierzono mu wtedy komendę
prosowieckiej jednostki wojskowej, złożonej głównie z byłych jeńców rumuńskich. Lascăr
przeżył wojnę. Awansował na wysokie stanowiska w armii, a następnie w rządzie. W raporcie
z końca 1942 roku, sporządzonym przez rumuńską służbę wywiadowczą, tak opisano jego
poczynania podczas operacji „Uran”: „[…] w najtrudniejszych momentach bitwy generał Lascăr
wykazał się wielkim poczuciem obowiązku, ze spokojem kierował działaniami 6. Dywizji
Piechoty oraz innych jednostek, którymi dowodził. Dawał przykład podwładnym […], a kiedy
wszystko wydawało się stracone, znalazł się pośród żołnierzy, choć mógł sam się ratować.
Dowiódł swej odwagi, poczucia honoru i patriotyzmu”.
Ferdinand Heim, dowódca niemieckiego XXXXVIII Korpusu Pancernego, uchronił swoje
wojska od klęski nad Donem, lecz ściągnął na siebie niepohamowany gniew Hitlera. Generał
Schmundt, w tym czasie pełniący służbę w sztabie Hitlera, napisał: „Führer wydał rozkaz
niezwłocznego pozbawienia dowództwa generała Heima”.
Heim został aresztowany i o mało nie znalazł się w obozie koncentracyjnym. Ostatecznie
w 1944 roku powrócił do czynnej służby i powierzono mu obronę Boulogne w czasie alianckiej
inwazji w Normandii. Skapitulował w tym portowym mieście i znalazł się w Anglii, uwięziony
razem z innymi niemieckimi dowódcami. Nie wiedzieli, że ich rozmowy nagrywano. Taśmy te
przeleżały dziesięciolecia w archiwach i dopiero w 2011 roku dotarli do nich dziennikarze
brytyjskiej gazety „Daily Mail”, w której opublikowano treść nagrań. Okazało się wtedy, że
Ferdinand Heim, uważany wcześniej za „dobrego Niemca”, rzekomo pokrzywdzonego przez
złych nazistów, nie tylko przyznawał się do wiedzy o masowych zbrodniach popełnianych przez
SS i innych na okupowanych obszarach Związku Sowieckiego, lecz nawet podsuwał swoim
współwięźniom sposoby uniknięcia odpowiedzialności za ludobójstwo: „Musimy trzymać się
zasady, że tylko wykonywaliśmy rozkazy. […] Musimy się tego trzymać, jeśli mamy bardziej lub
mniej skutecznie obronić się [przed oskarżeniami]”.
Z podobnych opinii zrodziły się powojenne zapewnienia, że „jedynie wykonywaliśmy
polecenia”, którymi zasłaniali się tak liczni niemieccy wojskowi, próbujący wymigać się od
współodpowiedzialności za zbrodnie reżimu, któremu służyli.
Tymczasem w Stalingradzie, w potrzasku pośród gruzów, pozostali niemiecka 384.
Dywizja Piechoty i jej arystokratyczny dowódca, generał-porucznik Eccard Freiherr von
Gablenz. Zdumiony nagłą zmianą sytuacji na froncie i obawiający się najgorszego, napisał
w liście do żony w Niemczech: „Nie wiem, jak to wszystko się skończy, i jest to dla mnie bardzo
trudne, ponieważ powinienem próbować wpajać w swoich podwładnych niewzruszoną wiarę
w zwycięstwo”.
Operacja „Mars” po operacji „Saturn”

Gdy dowództwo Ostheer i jego zwierzchnicy w Berlinie usiłowali nerwowo


zorganizować pomoc dla oblężonej 6. Armii, STAWKA nie dawała przeciwnikowi ani chwili
wytchnienia. Rozpoczęła nową ofensywę, znaną jako operacja „Mars”, przeciwko wojskom
Heeresgruppe Mitte (Grupy Armii Środek). Bardzo zła pogoda, która wcześniej opóźniała
podjęcie przez Sowietów działań zaczepnych na wielką skalę, nieco się poprawiła: niebo nad
środkową Rosją względnie się przejaśniło, a grunt był na tyle twardy, by mogły po nim
przejechać czołgi. 25 listopada Żukow rzucił potężne siły na niemieckie linie obronne, ogołocone
z odwodów oraz ciężkiej broni, przerzuconej wcześniej na południe. Już po kilku dniach Armia
Czerwona obległa arcyważne ze strategicznego punktu widzenia Wielkie Łuki. Niemcy musieli
odpierać silne ataki na całym froncie.
Nie dość, że zbombardowana Kolonia leżała w gruzach, wojska niemieckie
w Stalingradzie znalazły się w okrążeniu, w Afryce Północnej Rommel się wycofywał, a Grupa
Armii Środek ledwie trzymała obronę, to sytuacja Niemców pogorszyła się jeszcze, gdy Armia
Czerwona wznowiła szturmy na oblegane wojska nieprzyjaciela na północy, w kotle pod
Demiańskiem. Dowodziło to jasno, że wojska sowieckie wzrastały w siłę i nabierały
doświadczenia, skoro formacje Armii Czerwonej były w stanie przeprowadzić, niemal
równocześnie, trzy ofensywy przeciwko trzem grupom armijnym Ostheer. Okazało się również,
co było oczywiste dla wszystkich, że nazistowskim Niemcom brakowało sił i zasobów, by
skutecznie przeciwstawić się wszystkim zagrożeniom. Pokerowa zagrywka Hitlera, dążącego do
szybkiego rozstrzygnięcia wojny w Europie i podbicia Związku Sowieckiego, poniosła fiasko.
Prawie niewiarygodne, ale Wehrmacht zdołał jednak odeprzeć atak pod Demiańskiem
(choć za cenę poświęcenia doborowej, liczącej 20 000 żołnierzy Dywizji Waffen-SS
„Totenkopf”), a także w Afryce Północnej, gdzie Afrika Korps ustabilizował chwilowo sytuację.
Co do operacji „Mars”, to doświadczone dywizje piechoty Grupy Armii Środek, pod
sprawnym kierownictwem najlepszych niemieckich oficerów i podoficerów, zadały Sowietom
dotkliwą porażkę. Chociaż sowieckie zgrupowanie szturmowe było wielkie, to jego działania
okazały się ociężałe i źle skoordynowane. Te same problemy, które częściowo pokrzyżowały
przebieg operacji „Uran” – nieefektywne i niecelne wsparcie artyleryjskie, niespójne akcje
piechoty i broni pancernej, niedostateczna łączność – wyszły na jaw z całą ostrością w czasie
operacji „Mars”. O ile jednak na południu wojskom sowieckim udało osiągnąć ostateczny sukces,
o tyle w środkowej Rosji było inaczej. Zaprawione w bojach plutony i kompanie Landserów,
które poprzedniej zimy cudem ocalały z odwrotu spod Moskwy, teraz stawiały zaciekłą obronę
i zasypywały czerwonoarmistów gradem pocisków karabinowych i artyleryjskich. Rezultatem
była istna rzeź. Do czasu, gdy padła twierdza w Wielkich Łukach, w walkach o to miasto zginęło
lub odniosło rany ok. 102 000 sowieckich żołnierzy. W istocie już do chwili przerwania operacji
„Mars” pod koniec stycznia Armia Czerwona straciła ponad 100 000 poległych i dwukrotnie
więcej rannych, a na dodatek setki dział i samolotów oraz aż 1600 czołgów; oznaczało to klęskę.
Rezultaty tej operacji były tak katastrofalne, że Rosjanie nie wspominali o niej oficjalnie przez
ponad 50 lat, propagowali za to wspaniały sukces operacji „Uran”.
Operacja „Burza Zimowa” – ryzykowna zagrywka Mansteina

Trwał wyścig z czasem, a jego stawką były losy okrążonej niemieckiej 6. Armii. Armia
Czerwona dążyła do wzmocnienia pierścienia wokół Stalingradu i utrzymania przeciwnika
w pułapce. Niemcy musieli z kolei zebrać siły i podjąć próbę przybycia z odsieczą swoim
wojskom w tym mieście. Próba taka, operacja o kryptonimie „Burza Zimowa” (Wintergewitter),
rozpoczęła się 12 grudnia. Trzon atakujących wojsk stanowiła 4. Armia Pancerna. Osłabione
rumuńskie korpusy, VI i VII, osłaniały skrzydła nacierających sił. Chodziło o przebicie
i osłonienie – przez czołowe jednostki niemieckie i Rumunów na lewej i prawej flance –
korytarza do Stalingradu dla aż 800 ciężarówek obładowanych 3000 t rozpaczliwie potrzebnych
6. Armii żywności, paliwa, amunicji i innych zapasów. Ściągnięto z zachodu wszelkie
dyspozycyjne oddziały czołgów, w tym 6. Dywizję Pancerną, przerzuconą pospiesznie z Francji,
oraz 17. Dywizję Pancerną – z odwodów włoskiej 8. Armii. Jednak nadal było to za słabe
zgrupowanie jak na postawione przed nim kolosalne zadanie. W razie fiaska operacji los 6. Armii
był przesądzony.
Rozdział 9

Kolej na Włochów. Operacja „Mały Saturn” – faza pierwsza

Dla Włochów z 8. Armii, znajdującej się bezpośrednio na północ od rumuńskiej 3. Armii,


listopad był miesiącem złowieszczych nowin i bardzo złych przeczuć. Z docierających z kraju
gazet dowiedzieli się o ciężkiej klęsce wojsk Osi w Afryce Północnej niedaleko miejscowości
o nazwie El Alamejn. Oficjalne publikacje były oczywiście cenzurowane, ale to, co pisano
między wierszami, świadczyło o katastrofalnej porażce na froncie afrykańskim. Uległy tam
zniszczeniu niektóre z najlepszych i najbardziej doświadczonych włoskich dywizji,
pozostawionych na pustyni przez niemieckich sojuszników i dziesiątkowanych przez brytyjską
artylerię oraz naloty powietrzne RAF-u, zanim w końcu niesławnie się poddały. Wśród
utraconych dywizji były wszystkie trzy włoskie formacje pancerne – dywizje „Ariete”, „Littorio”
i „Centauro” – rozbite przez ataki licznych czołgów brytyjskiej 8. Armii. Włosi stracili 250
czołgów – co niemal równało się rocznej produkcji wozów w tym kraju. Ponad 30 000 żołnierzy
zginęło lub zaginęło, a włoskie imperium północnoafrykańskie przepadło wraz z wojskiem, które
miało go bronić.
Później na południe od pozycji wojsk włoskich na froncie wschodnim rozpoczęła się
operacja „Uran”, która doprowadziła do rozbicia wojsk rumuńskich i zmusiła Włochów do
cofnięcia sił swojej lewej flanki na zachód, aby jednostki Armii Czerwonej nie wyszły na ich
tyły. Mając tylko niewiele lekkich czołgów w składzie baonu „San Giorgio” i niemal wcale nie
dysponując nowoczesnymi armatami przeciwpancernymi, Włosi przyglądali się z nieskrywaną
trwogą, jak sowiecka 5. Armia Pancerna podejmuje natarcie w kierunku Kałacza.
Trzecia operacja sowiecka – „Mały Saturn”

Operacje „Uran” i „Mars” stanowiły w istocie zaledwie segmenty planów wielkiej


ofensywy, obmyślanej w Moskwie przez sowieckie naczelne dowództwo. Rumuni zostali rozbici,
niemiecka 6. Armia znalazła się w potrzasku, kocioł pod Demiańskiem stopniowo się zamykał,
a Grupa Armii Środek musiała odpierać ataki. Sowieci na tym nie poprzestali. Uznali, że
nadeszła pora, aby zniszczyć wojska kolejnego sojusznika Rzeszy z Osi: Włochów. Przy okazji
dodatkowo miało to zagrozić niemieckim grupom armii Środek i Południe (zwłaszcza wojskom,
które zapuściły się daleko na Podkaukazie), co niemal na pewno doprowadziłoby do przerwania
operacji „Burza Zimowa” i udaremniło próby ocalenia 6. Armii przez Wehrmacht.
Pierwotnie operacja „Mały Saturn” wcale nie miała być „mała”. STAWKA
przewidywała, że będzie to akcja zaczepna na taką skalę jak operacje „Mars” i „Uran” –
zmasowana, błyskawiczna ofensywa, a przy tym nader ambitna, jeśli chodzi o jej cele. Kiedy
jednak w Moskwie zaczęto sobie uświadamiać, jak wielki okazał się w istocie kocioł
stalingradzki, wykazano się godną pochwały elastycznością. Zdecydowano się na ograniczenie
celów operacji „Saturn” i zadbanie o to, by nieodzowne zaopatrzenie i rezerwy przerzucono na
południe. Przyczyniły się one do ostatecznej rozprawy z okrążonymi wojskami niemieckimi;
w ten sposób doszło do operacji „Mały Saturn”.
Po raz kolejny czołowa rola, tak jak w czasie operacji „Uran”, przypadła do odegrania
Nikołajowi Watutinowi (Watutin zginął w 1944 roku pod Kijowem w zasadzce zorganizowanej
przez partyzantów z UPA – Ukraińskiej Powstańczej Armii), który tym razem miał dowodzić
trzema armiami: 6., 3. Gwardyjską oraz nowo utworzoną 1. Gwardyjską. Jego siły składały się
ogółem z 425 000 żołnierzy, 5000 dział i ponad 600 czołgów.
Jego przeciwnik, Italo Gariboldi, miał zaledwie 216 000 żołnierzy, niespełna 1000 dział
i tylko 60 czołgów. Jak już wspomniano, w batalionie pancernym Paolo Tarnassiego znajdowało
się zaledwie 12 nowoczesnych czołgów oraz lekkie włoskie tankietki z nieskutecznymi działkami
kal. 20 mm, a także pewna liczba zdobycznych pojazdów czeskich i francuskich.
W OKW wiedziano, że włoska 8. Armia jest słaba. Początkowo skierowano na jej tyły
odwód w postaci niemieckiej 17. Dywizji Pancernej. Niemiecki XXIX Korpus Piechoty –
złożony z 62. Dywizji oraz 298. Dywizji Piechoty Arnolda Szelinskiego (Szelinski zginął
w walce 9 grudnia, jeszcze przed rozpoczęciem operacji „Mały Saturn”) – „wpleciono” pomiędzy
dziesięć włoskich dywizji, zorganizowanych – od południa ku północy, czyli od prawego do
lewego skrzydła – w XXXV Korpus Francesco Zingalesa z dywizjami „Torino”, „Pasubio”
i „Duca d’Acosta” (chorwacką Lekką Brygadę Transportową podpułkownika Egona Žitnika
przydzielono do Dywizji „Duca d’Acosta”), II Korpus Giovanniego Zanghieriego z dywizjami
„Sforzesca”, „Ravenna” i „Cosseria”, oraz formacje strzelców alpejskich z Dywizją „Vicenza”
w odwodzie, wykonującą zadania związane z „zabezpieczeniem” (czyli zwalczaniem
partyzantki).
Aby przychylniej nastawić Niemców do włoskich sojuszników znad Morza
Śródziemnego, oficerom Wehrmachtu wydano ulotkę z wieloma „przydatnymi poradami”, jak ta
przytoczona poniżej, która jest świadectwem teutońskiego „geniuszu”: „Należy odnosić się do
nich grzecznie. […] Włosi męczą się szybciej od nas i są bardziej entuzjastyczni. Nie należy
traktować z góry naszych włoskich sprzymierzeńców, którzy nieustraszenie tu przybyli, w te
trudne i nieznane warunki, żeby nas wspomóc. Nie wyzywajmy ich i nie odnośmy się do nich
ostro”.
8. Armia staje przed najcięższą próbą

Pogoda rankiem 16 grudnia bardzo przypominała tę z 19 listopada: gęsta, mroźna mgła


zalegała nad ziemią, pokrytą grubą warstwą śniegu i lodu. Widoczność nie przekraczała 100 m,
a samoloty nie mogły startować. O poranku włoscy wartownicy, okutani w palta, marzyli tylko
o tym, by ktoś ich zluzował; o kilku chwilach ciepła w ziemiankach, mimo że wilgotnych
i nędznych. Większość Włochów na froncie wschodnim stanowili młodzi ludzie z północy kraju,
dla których śniegi i lód nie były niczym nowym, jednak rosyjska zima wielce się różniła od tej
w dolinie Padu. Co gorsza, skorumpowany włoski system zaopatrzeniowy działał bardzo
niewydolnie, więc kożuchy, zimowe czapki i buty, które powinny trafić do frontowych żołnierzy,
faktycznie trafiały do spekulantów i do każdego, kto miał pieniądze na łapówki.
Na horyzoncie przez mgłę rozbłysła nagle jasna łuna, a po chwili rozległ się głuchy
grzmot – artyleria! Niewiele sekund później zrobiło się gorąco wzdłuż całego frontu 8. Armii,
gdy 20 000 pocisków spadło niczym grad na włoskie okopy. Jednakże kanonada ta nie przyniosła
tak niszczycielskich skutków, jak oczekiwali tego Sowieci; podobnie jak podczas operacji
„Uran”, przygotowanie artyleryjskie nie przesądziło o wyniku batalii, a w czasie operacji „Mały
Saturn” wpłynęło na konieczność utrzymania w tajemnicy przygotowań do ofensywy.
W związku z tym sowieccy kanonierzy nie mogli precyzyjnie namierzyć celów i strzelali
właściwie na oślep w nadziei, że pociski jednak spadną na cele. W tej sytuacji wyćwiczeni
frontowi obserwatorzy, wyekwipowani w lornetki i telefony polowe połączone ze stanowiskami
dział, musieli korygować prowadzony ostrzał i starać się nakierować celniejszy ogień na
nieprzyjacielskie pozycje. W arcytrudnych warunkach zimowych obserwatorzy okazali się
równie „ślepi” jak artylerzyści. Stanowiło to wszak nieznaczną pociechę dla włoskich żołnierzy
piechoty, wokół których ziemia drżała, zasypywanych bryłami przemarzniętego śniegu
i kamieniami. Mimo wszystko liczba wystrzelonych pocisków była tak wielka, że liczne z nich
trafiły jednak w cel. Niszczyły one okopy i transzeje oraz grzebały w nich martwych Włochów,
przysypanych grubą warstwą ziemi.
Następnie do ataku ruszyła sowiecka piechota; dowódca 1. Armii Gwardyjskiej,
Ukrainiec Dmitrij Leluszenko, zgodnie z doktryną Armii Czerwonej utworzył ze swoich sześciu
dywizji strzeleckich jedno wielkie i zwarte zgrupowanie. Miało ono przeprowadzić uderzenie na
5. Dywizję Piechoty „Cosseria” Enrica Gazzalego oraz sąsiednią formację, 3. Dywizję
„Ravenna” Francesca Duponta. Ten ostatni zastąpił Edoarda Nebbię, wziętego do niewoli przez
Sowietów w październiku. Obie włoskie jednostki w poprzednich dniach odpierały
nieprzyjacielskie ataki sondujące, co wyczerpało siły obrońców i uszczupliło i tak już skromne
zapasy cennej amunicji. Teraz genueńczycy i żołnierze z Ligurii i Emilii-Romanii znaleźli się
w oku cyklonu – tak jak Rumuni z 3. Armii nie rzucili się do ucieczki, lecz podjęli walkę. Linię
obrony Dywizji „Cosseria” wzmocnił niemiecki 318. Pułk Grenadierów. Niemcy i Włosi
wspólnie powitali huraganowym ogniem pierwsze zastępy. Zabili i ranili setki
czerwonoarmistów, a pozostałych zmusili do zalegnięcia w śniegu. Szturm nie przynosił
większych efektów i przypominał to, co działo się miesiąc wcześniej w początkowej fazie
operacji „Uran” na odcinku frontu rumuńskiej 3. Armii. Włoska piechota również wytrwała na
pozycjach; stanęła na wysokości zadania i powstrzymywała wroga na tyle długo, by zyskać czas
na podciągnięcie odwodów. Tylko gdzie były te odwody?
Włoskie działa i moździerze nie na wiele się zdały. Nie mogły podjąć równorzędnej walki
z artylerią nieprzyjaciela, skoro miały tak niewielkie zapasy amunicji, że do wystrzelenia choćby
jednego pocisku była potrzebna zgoda dowódcy pułku.
Dywizja „Pasubio” Giovannellego na prawym skrzydle również została zaatakowana i nie
mogła udzielić wsparcia, a jeszcze dalej na południe na sformowaną naprędce Grupę Operacyjną
Karla Hollidta (w której składzie znalazły się niedobitki rumuńskiej 3. Armii) tego samego ranka
przypuściła silny atak 3. Armia Gwardyjska Fiodora Kuzniecowa. Pomimo ciężkich strat,
doznanych zaledwie dwa tygodnie wcześniej, Rumuni oraz ich towarzysze broni z niemieckiej
62. Dywizji Piechoty stawili twardy opór – tę ostatnią jednostkę wycofano ze składu włoskiej 8.
Armii kilka tygodni wcześniej. Obrońców zepchnięto z wysuniętych pozycji. Ponownie ponieśli
dotkliwe straty. Sowieci mimo to nie przełamali linii frontu, jednakże nie byli w stanie wesprzeć
naciskanej 8. Armii. Na lewo od Dywizji „Cosseria” znajdowali się Alpini z Dywizji „Cuneense”,
oddzieleni od tej pierwszej wąską, ale głęboką i bystrą rzeką Kalitwa, która uniemożliwiała
szybkie wzajemne wspieranie się. Tak czy owak, strzelcy alpejscy odpierali niemal nieustanne
ataki od rana 12 grudnia – unieruchomieni w swoich okopach, liczący kolejne straty. Pewien
żołnierz Dywizji „Tridentina” wspominał: „Niebo poczerwieniało od ognia; po czterech salwach
z katiusz w naszej wsi wybuchł pożar”.
Dywizja „Julia” także prowadziła zaciekły bój; miała prawie 500 zabitych i aż 3000
rannych oraz wyeliminowanych z walki wskutek odmrożeń.
Udzielenie pomocy jednostkom na pierwszej linii spadło na odwody 8. Armii. Niemiecka
17. Dywizja Pancerna, mająca stanowić ruchomą rezerwę ARMIR, znajdowała się w tym czasie
wiele kilometrów dalej na południe, gdzie szykowała się do wsparcia ofensywnej operacji „Burza
Zimowa” von Mansteina. Gariboldiemu do dyspozycji pozostała jedyna większa jednostka –
złożona z niemłodych rezerwistów 156. Dywizja Piechoty „Vicenza”, którą rozlokowano na
zapleczu frontu. Niemożliwe było jednak, żeby dowódca „Vicenzy”, Etelvoldo Pascolini, bez
choćby jednego działa bądź jednej ciężarówki szybko przemieścił się na południe wraz ze swoimi
dwoma pułkami niedoszkolonych, niezbyt sprawnych rezerwistów w wieku średnim. Gariboldi
prosił o pomoc Niemców, lecz dowództwo Ostheer nie miało już rezerw. Dowódca włoskiej 8.
Armii nie wiedział, co robić. Dywizje „Cosseria” i „Ravenna” były zdane wyłącznie na siebie.
Sowieci ponownie przechwycili inicjatywę. W samą porę, z energią w podejmowaniu
decyzji, którą charakteryzowały ofensywy Armii Czerwonej na południu Rosji tamtej zimy,
Nikołaj Watutin postanowił odrzucić doktrynalne zasady, obowiązujące wówczas w sowieckim
wojsku. Zadecydował, że to czołgi poprowadzą kolejny atak, mimo że piechota jeszcze nie
przełamała nieprzyjacielskich linii. Wybrał ryzykowny plan.
Czołgi miały wdzierać się w wyłomy w linii frontu i szybko wychodzić na tyły
przełamanej obrony, by tam siać zniszczenie i chaos. Powinny następnie dzięki wykorzystaniu
szybkości i silnego uzbrojenia likwidować nieprzyjacielskie punkty dowodzenia i kierowania
walką oraz oddziały odwodowe. Skoro jednak obrona nadal się trzymała, oznaczało to, że
atakujące czołgi znajdą się na otwartym terenie, narażone na ogień umiejętnie rozmieszczonej
broni przeciwpancernej – z podobnego scenariusza wielokrotnie robił użytek, i to
z powodzeniem, Rommel na pustyni libijskiej w zmaganiach z Brytyjczykami aż do czasu
przybycia Montgomery’ego na afrykański teatr wojenny.
Atak 17. Korpusu Czołgów Armii Czerwonej

Ugrupowane w kliny czołgi T-34 natarły z przyczółków, z żołnierzami piechoty


uczepionymi niepewnie ich kadłubów, z wieżami obracającymi się powoli w poszukiwaniu
celów. Nagle nastąpił potężny wybuch, a po nim następny i jeszcze jeden. Z kół jezdnych
czołgów prowadzących atak pospadały gąsienice: 17. Korpus wjechał wprost na włoskie pola
minowe. Wprawdzie saperzy Armii Czerwonej oznakowali oczyszczone wcześniej przejazdy, ale
znaki zginęły podczas ostrzału artyleryjskiego i późniejszych ataków piechoty. Natarcie
wstrzymano. Saperzy ponownie wyszli przed czołgi. Oznaczałoby to koniec sowieckiego
natarcia, jeśliby Włosi mieli więcej armat przeciwpancernych. Nie dysponowali jednak nimi.
W tej sytuacji miny rozbrojono, a czołgi 17. Korpusu ponownie ruszyły naprzód. Żołnierze
dywizji „Cosseria” i „Ravenna” musieli posługiwać się granatami i butelkami z benzyną, by je
niszczyć – nie zdołali jednak tego uczynić. Watutin wyczuł, że nadszedł przełomowy moment
batalii, i wprowadził do akcji swoje korpusy czołgów: 18. i 25., których nic nie mogło zatrzymać.
Odwaga obrońców nie wystarczyła; kolejne okopy zapadały się pod czołgowymi gąsienicami
albo były odcinane od sąsiednich i atakowane przez czerwonoarmistów. Sowieccy piechurzy
podczołgiwali się albo biegli naprzód zgięci w pół i rzucali granaty, a te najczęściej nie zabijały,
lecz raniły Włochów, dobijanych seriami z automatów albo bagnetami.
Słabo wyposażona włoska piechota nie mogła liczyć, że dłużej wytrzyma nacisk
nieprzyjaciela, gdy czołgi dosłownie przejeżdżały ponad okopami. Gdy Sowieci szturmowali
energicznie, by wyjść na otwarty step i rozbić front włoskiej 8. Armii, korpus strzelców
alpejskich na drugim brzegu Kalitwy chwilowo pozostawiono w spokoju (jego kolej miała
nadejść później).
Do ranka 19 grudnia cel osiągnęli. Wyczerpane dywizje „Ravenna” i „Cosseria” poniosły
ogromne straty, a ich linie obronne przełamano w wielu miejscach. Większość niedobitków
przeprawiła się przez Kalitwę i znalazła schronienie wśród Alpini. Przypatrywali się oni
z bezsilnym przerażeniem, jak sowiecka machina wojenna prze na zachód.
Była to decydująca faza bitwy.
Dywizje 8. Armii tworzyły nad Donem ciągłą linię obronną i nie dysponowały na miejscu
odwodami. W związku z tym kiedy tylko na ich odcinku wytworzyła się spora luka, rezultat
walki okazał się przesądzony.
W świetnie przeprowadzonej operacji czołgi Watutina wdarły się w lukę i rozjechały się
w różne strony na tyłach włoskiej linii frontu. Wywołały zamęt. Następnie zaatakowały polowe
punkty sanitarne, składy zaopatrzeniowe i warsztaty naprawcze. Zagrożone okrążeniem cztery
włoskie dywizje nadal się broniły, ale w końcu nie miały innego wyjścia, jak tylko porzucić
swoje pozycje i spróbować wydostać się z pułapki.
Chorwaci Egona Žitnika, rozmieszczeni na flance Dywizji „Duca d’Acosta”, bronili
dwóch wzniesień, oznaczonych na mapach wojskowych jako wzgórze 210 i wzgórze 168, blisko
wsi Hracin. Odpierali ataki od rana 16 grudnia. Gdy Sowieci odcięli im drogę odwrotu, znaleźli
się w okrążeniu. Chorwaccy żołnierze stawiali opór aż do 21 grudnia, kiedy wyczerpała im się
amunicja i zostali ostatecznie rozbici. Ich jednostka uległa całkowitej zagładzie: nikt z niej nie
ocalał.
W tym czasie Gariboldi utracił kontrolę nad swoimi wojskami, gdyż zerwano łączność.
Mógł tylko bezsilnie się przyglądać, jak jego armia się rozpada.
W ciągu kilku następnych dni duże włoskie bazy wokół Millerowa, 80 km za Donem,
wpadły w ręce sowieckiej 1. Armii Gwardyjskiej. 24 grudnia prowadząca błyskawiczne natarcie
3. Armia Gwardyjska opanowała miejscowości Tatinskaja i Morozowskaja. Oznaczało to dla
żołnierzy niemieckiej 6. Armii głód, gdyż znajdowały się tam lotniska, z których startowały
samoloty transportowe z zaopatrzeniem dla jednostek Wehrmachtu w Stalingradzie.
Wraz z załamaniem się frontu wielkie zastępy żołnierzy z dywizji piechoty „Torino”
i „Pasubio” zaczęły podążać na południowy zachód, ku głównemu włoskiego składowi
zaopatrzenia w odległej o około 50 km Kantemirowce, na trasie linii kolejowej. Na ich
nieszczęście skierowano w to miejsce także sowieckie czołgi. T-34 z 17. Korpusu dotarły tam
jeszcze przed uciekającymi Włochami i zmusiły włoską kolumnę do zawrócenia na południe,
w kierunku Cerkowa. W tym czasie sowieckie samoloty siały spustoszenie w oddziałach
nieprzyjaciela. Bezkarnie bombardowały Włochów i ostrzeliwały ich z broni maszynowej.
Włoskie oddziały były też nękane przez sowieckie wojska lądowe, a nawet partyzantów, i nie
mogły przeprowadzić poważniejszej kontrakcji, gdyż zniszczyły i porzuciły swoje działa i inną
broń ciężką nad Donem. Jakoś udawało się im jednak utrzymać dyscyplinę i mniej więcej 7000
żołnierzy dotarło do Cerkowa, w którym okopało się na pobliskim zamarzniętym stepie. Mimo że
dysponowali głównie bronią ręczną oraz nielicznymi działami polowymi i moździerzami,
skutecznie odpierali ponawiane ataki czerwonoarmistów aż do chwili, gdy po około trzech
tygodniach połączyli siły z Niemcami.
W tamtejszym kotle znalazło się także kilka tysięcy rosyjskich i ukraińskich hiwisów
(Hilfswillige) – członków ochotniczych formacji pomocniczych walczących po stronie Osi.
W istocie terminem takim określano wszystkich byłych żołnierzy Armii Czerwonej, którzy
przeszli na stronę Niemców i najczęściej zajmowali się przenoszeniem amunicji, czyszczeniem
latryn oraz opieką nad chorymi i rannymi. Niezależnie od zadań, jakie wykonywali, wszyscy, nie
bez powodu, bali się schwytania przez Sowietów i czekającej ich nieuchronnie kary. Wśród
hiwisów znalazła się Walentina Gorszkowa, sanitariuszka znana włoskiemu oficerowi Giorgiowi
Geddesowi, który wcześniej załatwił jej pracę w lazarecie polowym Dywizji „Torino”, dzięki
czemu uniknęła wywózki do Niemiec na roboty przymusowe. Gorszkowa i trzy jej przyjaciółki
próbowały uciec na saniach z oblężonego Cerkowa, lecz zostały schwytane i przekazane NKWD.
Jednej z tych kobiet, Jelenie Kudinej, udało się zbiec. Opowiedziała ona Geddesowi i rodzicom
Walentiny, co się wydarzyło. O Gorszkowej słuch zaginął, ale można sobie wyobrazić, jaki
spotkał ją los.
Tysiące żołnierzy XXXV Korpusu nie dotarło nawet do Cerkowa. Okrążono ich blisko
miasteczka Wiertiakowski, w pobliżu Donu. Desperacko próbowali zorganizować się w miarę
spójne, zdolne do obrony siły wojskowe, lecz zostali zmuszeni do kapitulacji przez artylerię
i czołgi Armii Czerwonej.
Bandy niedobitków w łachmanach rozpierzchły się po stepie. Wszystkie usiłowały
przedostać się do swoich na zachodzie. Większość wyłapały nacierające oddziały
czerwonoarmistów. Jedna z takich grup, dowodzona przez pewnego podpułkownika i złożona
prawie z 400 żołnierzy dywizji „Torino” i „Pasubio”, dotarła pieszo do małej wioski
Aleksiejka-Łosowskaja. Wyczerpani marszem, rozlokowali się w chatach, by przespać kilka
godzin, lecz wkrótce przebudziły ich odgłosy strzelaniny i okrzyki: „Rosjanie! Uciekajcie,
zabijają wszystkich w domach!”.
Żołnierze przybyłej na miejsce jednostki Armii Czerwonej zaatakowali zza stogów siana.
Niektórzy z Włochów odważnie podjęli walkę. Bojowo wykrzykiwali „Savoia!” („Sabaudia!”),
nim ich przełożony głośno rozkazał im przerwać ogień. Powiedział, że nie ma sensu stawianie
oporu bez wsparcia broni ciężkiej. Z wziętych do niewoli żołnierzy uformowali kolumnę, która
pomaszerowała na wschód, natomiast oddzielonych od reszty oficerów odwieziono do Boguczaru
razem z ich rosyjską tłumaczką. Żaden z nich nie skończył dobrze, a zapewne najgorszy los
spotkał cywilną tłumaczkę; ludzie tacy jak ona trafiali do NKWD na przesłuchania i byli sądzeni
za zdradę, za co wyrok był tylko jeden: rozstrzelanie.
Najdłuższą wędrówkę miało za sobą 25 000 Piemontczyków z dywizji „Sforzesca”
i „Duca d’Acosta”, do których przyłączyła się pewna liczba żołnierzy z Werony i Mantui
z Dywizji „Pasubio” i nawet ok. 5000 Niemców. Odcięci nad Donem, wyruszyli w daleki marsz
na południe, ku złudnemu bezpieczeństwu za niemieckimi liniami. Początkowo, podobnie jak
wszystkie inne formacje 8. Armii, stawili czerwonoarmistom zaskakująco twardy opór. Zadali
kłam twierdzeniom, że Włosi po prostu rzucali się do ucieczki na widok wroga. Jednak później
ich oskrzydlono, tak jak pozostałe włoskie jednostki. Gdy nieprzyjaciel zagroził wyjściem na ich
tyły, musieli się wycofać. Jedynym atutem, jaki pozostał generałom Mariowi Marraziniemu,
dowódcy kawalerzystów z Dywizji „Duca d’Acosta”, i Umbertowi Utiliemu, szefowi sztabu
XXV Korpusu, była ocalała jednostka pancerna 8. Armii – Batalion Pancerny „San Giorgio”.
Baon ten miał marny sprzęt i był słaby liczebnie. Nie mógł przeciwstawić się skutecznie
pancernemu korpusowi Watutina, ale mimo to pod wodzą Paola Tarnassiego włoscy czołgiści
walczyli dzielnie. Odpierali ataki wielokrotnie silniejszego przeciwnika i wywiązywali się
z głównego zadania, jakim była ochrona odsłoniętych skrzydeł wycofujących się kolumn wojska.
(Utili przeżył tę kampanię i powrócił do Włoch, gdzie po pewnym czasie wszedł w skład
dowództwa armii włoskiej po jej przejściu na stronę aliancką).
Przez cały miesiąc te wielokilometrowe kolumny żołnierzy brnęły przez śniegi i lód.
Pogoda była straszna, a termometry wskazywały temperaturę poniżej –20ºC. Brakowało
żywności i opału do gotowania strawy. Nigdzie nie udawało się znaleźć choćby odrobiny ciepła.
Ci, którzy odstawali od reszty, ginęli od mrozu. Inne nieustanne zagrożenie stanowiły ciągłe ataki
lotnictwa sowieckiego. Podczas jednego z nalotów zginął dowódca baonu „San Giorgio”,
Tarnassi. O jego śmierci poinformowano nawet w gazecie „New York Times” 15 stycznia 1943
roku. Do tego czasu jego batalion, chroniący wycofujących się żołnierzy na niegościnnym stepie,
właściwie przestał istnieć.
Po przebyciu, co niewiarygodne, aż 400 km żołnierze kawalerii i piechoty dotarli
w bezpieczne rejony nad Dońcem i w okolicach Woroszyłowgradu (dzisiejszego Ługańska).
Jednym z tych, którzy ocaleli z tułaczki, był Eugenio Corti, 21-letni oficer Dywizji „Pasubio”.
Dla Cortiego w czasie wędrówki najgorszy był codzienny widok rannych i ludzi z odmrożeniami,
albo po prostu skrajnie zmęczonych, którzy przewracali się w śniegu, by już nie powstać.
Spisywał swoje przeżycia w dzienniku, który poświęcił pamięci poległych: „To jeden
z powodów, dla których dziś sięgam po pióro – aby każdy się dowiedział o poświęceniach moich
braci, tysięcy mych braci, którzy zginęli w straszliwych cierpieniach. Tylko czy ktoś mnie
wysłucha, skoro głos mam zachrypły po wszystkim, co przeszedłem, i czuję w sobie pustkę?”
(fragment dzienników Cortiego opublikowanych w wersji anglojęzycznej pod tytułem Few
Returned).
Po krótkim czasie spędzonym w szpitalu na rekonwalescencji Corti wrócił do swojej
jednostki, którą odesłano do bazy w Salerno. Faszystowskie Włochy chyliły się ku upadkowi.
Ten młody oficer obawiał się, że jego dziennik zostanie skonfiskowany i przepadnie
pozostawione przezeń historyczne świadectwo, więc zakopał w ziemi zawinięty w wodoodporną
płachtę diariusz i wydobył go dopiero po zakończeniu wojny.
Ogółem ok. 130 000 żołnierzy formacji Alpini i włoskiej piechoty wzięło udział
w działaniach obronnych podczas sowieckiej ofensywy „Mały Saturn”. Według włoskich źródeł
ok. 21 000 z nich zginęło w walce lub zmarło z powodu mrozu albo odniesionych ran (nie
wliczono ok. 10 000 Włochów zabitych w czasie planu „Barbarossa” i operacji „Blau”),
a kolejnych 64 000 znalazło się w niewoli (w tym wielu rannych, którzy zmarli wkrótce po tym,
jak trafili do niewoli; w rzeczywistości tylko co szósty włoski jeniec przeżył sowiecką niewolę
i wrócił do Włoch). Prawie 45 000 zdołało przeżyć i oderwać się od nieprzyjaciela, lecz
większość z nich ucierpiała z powodu odmrożeń, hipotermii, wygłodzenia oraz ran odniesionych
w walkach. Stan fizyczny wielu tych ludzi był tak straszny, że kiedy odesłano ich do Włoch,
często ukrywano ich przed wzrokiem ciekawskich w zasłoniętych wagonach kolejowych,
z których wynoszono poszkodowanych wyłącznie po zmierzchu.
Nieprzerwana gehenna Rumunów

Gdy włoska 8. Armia ulegała dezintegracji, formacja Karla Hollidta musiała wycofać się
znad rzeki Czir i przeprowadzić odwrót do bazy Luftwaffe i siedziby dowództwa rumuńskiej 3.
Armii w miejscowości Morozowskaja. Osłaniająca południową flankę rumuńska 11. Dywizja
Piechoty była silnie atakowana w czasie odwrotu, a jej dowódca, brygadier Savu Nedela, wzięty
do niewoli. (Nedela pozostał jeńcem do 1946 roku; potem ponownie podjął służbę w armii
rumuńskiej i kontynuował ją aż do chwili odejścia w stan spoczynku w 1948 roku). Aby
ustabilizować sytuację na skraju swego ugrupowania, Hollidt rozkazał rumuńskiej 7. Dywizji
Kawalerii utrzymać miasteczko Czernigow. Miało to umocnić linię frontu na jego odcinku
i ochronić bardzo potrzebne Niemcom składy zaopatrzeniowe, nadal rozmieszczone w pobliżu
tego miejsca. Rumuńscy kawalerzyści stoczyli serię zaciętych batalii obronnych z atakującymi
Sowietami, a w ich trakcie z Czernigowa pozostały tylko dymiące zgliszcza. Kawaleria
utrzymała się na pozycjach i ostatecznie wycofała się na początku stycznia jako ostatnie wojska
Osi opuszczające linię nad Czirem. Aż 28 żołnierzy wspomnianej dywizji odznaczono za odwagę
Krzyżami Żelaznymi.
Po porzuceniu pozycji obronnych na linii Cziru ponownie zadanie zapobieżenia
całkowitej katastrofie spadło na Walthera Wencka i często lekceważonej 22. Dywizji Pancernej.
Do owego czasu dywizji tej pozostało zaledwie sześć czołgów, dwanaście opancerzonych
transporterów piechoty i jedyne działo przeciwlotnicze kal. 88 mm, niemniej pod rozkazami von
Oppeln-Bronikowskiego (dowodzącego na pierwszej linii ze swojego wysłużonego PzKpfw III)
jednostka ta nękała Sowietów, gdzie tylko się dało. Wenck utworzył własny batalion pancerny,
zebrawszy w nim wszelkie sprawne lub nadające się do naprawy czołgi, działa samobieżne
i transportery opancerzone, jakie udało mu się znaleźć. Posuwał się nawet do „wypożyczania”
czołgów z transportów przejeżdżających przez okoliczne tereny, póki nie dowiedział się o tym
von Manstein i nie ukrócił podobnych praktyk. Wenck nadal starał się po cichu rekwirować
czołgi, choć prowadził działania frontowe siłami nie większymi od kompanii, aby nie wzbudzać
podejrzeń zwierzchników.
Cichy „Grzmot Pioruna”

Tymczasem w trakcie operacji „Burza Zimowa” wojskom von Mansteina i Hotha udało
się dotrzeć na odległość ok. 50 km od Stalingradu. Manstein wydał Paulusowi rozkaz
przystąpienia do operacji Donnerschlag („Grzmot Pioruna”) – przebijania się ku pozycjom
oddziałów, które podeszły pod oblężone miasto. Była to dla 6. Armii ostatnia szansa na ocalenie.
Generał Paulus, skrupulatny sztabowiec, który trzymał się regulaminów, poprosił Hitlera
o zgodę. Hitler jej nie udzielił, a Paulus nie sprzeciwił się woli Führera. (Ciekawe, że żona
Paulusa, Elena, była Rumunką).
Sowieci wykorzystali okazję i przeprowadzili przeciwuderzenie. Zaatakowali wojska
Hotha i bardzo osłabione rumuńskie dywizje siłami prawie 15 000 żołnierzy i ponad 400
czołgów. Obszarpane niedobitki Constantinescu-Clapsa z 1., 2. 4. i 18. Dywizji Piechoty zostały
całkowicie rozbite przez 4. Korpus Kawalerii Timofieja Szapkina oraz czołgi 7. Korpusu.
(Szapkin szczęśliwie przetrwał stalinowskie czystki, gdyż wcześniej był „sotnikiem” – dowódcą
oddziału kozackiego w 6. Pułku Kozaków Dońskich białogwardzistów generała Denikina
i dopiero w 1920 roku przystąpił do Armii Czerwonej. Zmarł z powodu choroby w marcu 1943
roku). 5. i 8. Dywizja Kawalerii Constantinescu-Clapsa, tworzące tzw. Grupę Popescu (od
nazwiska jej dowódcy, 50-letniego generała Dumitru Popescu, dowodzącego wcześniej 5.
Dywizją Kawalerii; w czasie drugiej wojny światowej w armii rumuńskiej było aż sześciu
generałów o takim nazwisku), uległy niemal zupełnemu zniszczeniu w walkach z sowieckim 6.
Korpusem Zmechanizowanym koło miejscowości Szarnutowski. I znów straty były straszliwe.
Generał brygady Thomas Hurley, oficer amerykańskiej misji łącznikowej przy wojskach
sowieckich, namówiony na obejrzenie pobojowiska, zapisał to, co zobaczył, w szczegółowym
i wstrząsającym raporcie dla prezydenta Roosevelta: „Wojska rumuńskie, sądząc po wyglądzie
zabitych, których widziałem, oraz jeńców, prezentowały się dużo nędzniej od żołnierzy
sowieckich. Rumuni najczęściej byli uzbrojeni w przestarzały sprzęt, a ich artyleria miała konny
zaprzęg. W całym wyłomie [w linii frontu] widziało się pozabijane konie i martwych rumuńskich
żołnierzy”.
Do 29 grudnia, wobec zagrożenia jego flanek i wyczerpania ludzi z niemieckich formacji
pancernych, przerwał operację „Burza Zimowa”, a wraz z tym pozostawił na pastwę losu 6.
Armię. A co działo się wtedy w oblężonej armii Paulusa?
Austriacy i Rumuni w morzu ognia
Jedną z jednostek walczących o przetrwanie w stalingradzkim kotle była austriacka 44.
Dywizja Piechoty Hoch und Deutschmeister, dowodzona przez generała Heinricha-Antona
Deboi. Dywizja ta była formacją z długimi i ze świetnymi tradycjami; nie należała bynajmniej do
rezerwowych jednostek, zasilonych poborowymi i dowodzonych przez postarzałych oficerów,
pamiętających jeszcze zmagania okopowe z lat pierwszej wojny światowej. W jej szeregach
służyły tysiące młodych wiedeńskich ochotników pod wodzą kadry zawodowych oficerów
i podoficerów. Jej szlak bojowy wiódł przez Polskę, Francję i zachodnie obszary Związku
Sowieckiego. Ostatecznie znalazła się w składzie korpusu Streckera w Stalingradzie.
2. batalion 132. Pułku Grenadierów tej dywizji okopał się na wzgórzu Kergaczi,
ponadstumetrowym wzniesieniu w północnej części kotła stalingradzkiego. Na początku grudnia
kompania G tegoż baonu liczyła już tylko 55 żołnierzy, choć początkowo miała ich ponad 150.
Wtedy została zasilona 30 ludźmi z niepotrzebnej już jednostki weterynaryjnej (wszystkie konie
i psy do tego czasu zjedzono), nielicznymi strzelcami z rozwiązanej 376. Dywizji Piechoty
Edlera von Danielsa, a także aż 26 Rumunami, głównie Siedmiogrodzianami z 20. Dywizji
Piechoty. Kompania ta miała sześć karabinów maszynowych i trzy lekkie moździerze. Obsadzała
linię obrony złożoną z pojedynczych niewielkich, jedno-, dwu- i trzyosobowych okopów.
Niedostatek amunicji nastręczał wielkie problemy; każdemu z żołnierzy wydawano zaledwie po
osiem nabojów na tydzień. Wielu ryzykowało życiem, gdy wyczołgiwało się z kryjówek pod
osłoną ciemności, aby zabierać broń i amunicję zalegającym w pobliżu zabitym sowieckim
żołnierzom. Wobec tego Sowieci zawsze starali się wynosić swoich poległych z pola walki, a po
nocach regularnie odpalali race, opadające powoli na spadochronach, by pochwycić nieprzyjaciół
„żerujących” na nieosłoniętym terenie. Gdy kogoś spostrzegli, w całej okolicy rozlegał się terkot
serii z broni maszynowej.
Oddziały Armii Czerwonej nieustannie przeprowadzały nękające ataki na pozycje
Austriaków i Rumunów. Wyczerpywały w ten sposób nieprzyjacielskich żołnierzy i zmuszały ich
do zużywania skromnych zapasów nabojów i pocisków. Kilka dni po częściowym uzupełnieniu
składu liczebnego austriackiej dywizji Sowieci przypuścili na nią silny szturm. Tylko na odcinku
Kompanii G znalazło się aż 40 czołgów T-34, na których jechała sowiecka piechota. Z powodu
braku odpowiedniej broni przeciwpancernej na stanowiskach obronnych sowieckie wozy bojowe
dosłownie przetoczyły się ponad obrońcami. Podobnie jak w czasie walk nad Donem,
przemarznięty grunt okazał się tak twardy, że ściany okopów wytrzymały, a żołnierze nie zginęli
zmiażdżeni gąsienicami czołgów. Grenadierzy, weterynarze i Rumuni kontynuowali zmagania aż
do zapadnięcia zmroku. Zniszczyli dwa T-34 granatami ręcznymi, wciśniętymi przez szczeliny
obserwacyjne w czołgowych pancerzach. W nocy pozostali w swoich okopach i transzejach.
W jakiś sposób pułkowi udało się następnego poranka przeprowadzić kontratak, odrzucić
Sowietów i przybyć z odsieczą osamotnionej kompanii. Straty były duże, zwłaszcza wśród
niedoświadczonych żołnierzy z uzupełnień – weterynarz z karabinem to nadal weterynarz. Mimo
wszystko linię obrony jakoś utrzymano. Zmęczeni żołnierze dowiedzieli się wtedy, że dzienną
rację chleba znowu zmniejszono, z jednej trzeciej do jednej piątej bochenka na głowę, do tego
kawałeczek kiełbasy co kilka dni i, czasem, porcja wywaru z koniny. Nie wystarczało to do
przetrwania w warunkach mroźnej rosyjskiej zimy. Skutki nie dały na siebie długo czekać. 21
grudnia 1942 roku pierwsi niemieccy żołnierze w Stalingradzie zaczęli umierać z wycieńczenia.
Robili się przeraźliwie chudzi, ich skóra nabierała trupio bladą barwę; młodzi, wcześniej sprawni
fizycznie i zdrowi mężczyźni ginęli z głodu.
Do 25 grudnia 1942 roku dywizje piechoty i kawalerii włoskiej 8. Armii, poza Dywizją
„Vicenza”, w zasadzie przestały istnieć jako jednostki bojowe. Aż dwie trzecie sił zbrojnych
faszystowskich Włoch na froncie wschodnim wymazano ze składu wojsk Osi w ciągu nieco
ponad tygodnia. Nawet strzelcy alpejscy ponieśli ogromne straty, zwłaszcza Dywizja „Julia”,
która brała udział w szczególnie zaciekłych walkach. Jedynymi względnie wartościowymi
jednostkami, które pozostały Włochom w Rosji, były trzy dywizje Korpusu Alpini i ich bitni
towarzysze broni w Wenecji – ale kolej na nie niebawem miała nadejść.
W Boże Narodzenie i dniach poświątecznych zmagania w Stalingradzie nie ustawały.
Straty wśród oblężonych rosły alarmująco, przy czym głód zbierał podobne żniwo jak
nieprzyjacielskie pociski. Na początku stycznia 2. batalion austriacko-rumuńskiej 44. Dywizji
liczył już zaledwie trzech oficerów i 160 żołnierzy, którzy ostali się z ponad 800 ludzi. Kilka dni
później pozostał jedyny oficer, gdy jeden z jego kolegów zginął podczas kontrataku, a dowódca
batalionu z rozpaczy strzelił sobie w głowę.
Rozdział 10

Ostatnie wojska sojusznicze. Węgierska 2. Armia

Kiedy niedobitki rumuńskich 3. i 4. Armii wycofywały się wraz z jednostkami GO Karla


Hollidta oraz 4. Armii Pancernej Hermanna Hotha, a włoska 8. Armia poszła w rozsypkę i jej
oddziały rozproszyły się na obszarze między Donem a Dońcem, na froncie pozostało we
względnie nienaruszonym stanie ostatnie większe zgrupowanie wojskowe sojuszników Niemiec
– węgierska 2. Armia Gustava Jányego wraz z rozmieszczonymi obok niej trzema dywizjami
włoskiego Korpusu Alpini. STAWKA nie miała zamiaru pozostawić tych sił w spokoju.
Operacja „Saturn” nie zakończyła się wraz z ofensywą Watutina na pozycje Włochów
Gariboldiego; była to dopiero jej pierwsza faza, a wkrótce nadeszła pora i na drugą. Miała ona
obejmować pięć oddzielnych, silnych ataków, przeprowadzonych przez Armię Czerwoną
w ciągu dwóch miesięcy – tym razem przeciwko liczącej 220 000 żołnierzy węgierskiej 2. Armii.
Przewidywano uderzenia na oba jej skrzydła, zamknięcie jej w pierścieniu okrążenia nad Donem,
a następnie błyskawiczny marsz na północ i południe z zamiarem rozbicia niemieckiej 2. Armii
von Salmutha (125 000 ludzi) oraz zniszczenia pozostałych formacji włoskich. Dla Moskwy
stanowiło to szansę zwiększenia liczby rozbitych owej zimy nieprzyjacielskich armii polowych,
Wehrmachtu i tych ze sprzymierzonych z Rzeszą państw Osi do siedmiu – niemieckich 2. i 6.
Armii oraz 4. Armii Pancernej, rumuńskich 3. i 4. Armii, włoskiej 8. Armii i węgierskiej 2. Armii
– co pozostawiłoby Niemcom na froncie dziewięć armii i całkowicie wyeliminowałoby z walki
wojska sojuszników Hitlera z Osi. Miało to zdecydowanie zmienić oblicze wojny na wschodzie.
Węgrzy nie przewidzieli takiej ewentualności.
Jeszcze 7 stycznia 1943 roku szef sztabu Jányego, generał-porucznik Gyula Kovács,
wysłał do Budapesztu dość optymistyczny raport, w którym informował węgierskie władze, że
kolejna wielka ofensywa Armii Czerwonej jest bardzo mało prawdopodobna.
W związku ze złym stanem węgierskich wojsk był to bardziej przejaw płonnych nadziei
niż wyraz konkretnych przesłanek. Wojska te prezentowały się równie marnie jak trzy polowe
armie Osi, rozbite już do tego czasu, i cechowały się podobnymi niedostatkami – zbyt niewielu
żołnierzy miało utrzymać za długie linie obronne, znajdowali się pod rozkazami marnych
dowódców, byli niedostatecznie wyszkoleni i brakowało im sprzętu, zwłaszcza dział
przeciwpancernych (nawet nieźle wyekwipowana węgierska 1. Polowa Dywizja Pancerna miała
zaledwie jedną kompanię przeciwpancerną, z trzema przestarzałymi armatami kal. 50 mm oraz
czterema prawie zupełnie nieprzydatnymi karabinami przeciwpancernymi kal. 20 mm).
Umocnienia polowe, przygotowane nad Donem, były nader niewyszukane: składały się głównie
ze wzmocnionych drewnianymi balami transzei i z okopów, tu i ówdzie osłoniętych zasiekami
z drutu kolczastego. Brakowało min do zabezpieczenia przedpola pozycji obrony, a także, rzecz
jasna, dział do osłony ogniowej pól minowych. Zamiast tego miny układano bezpośrednio przed
najważniejszymi punktami w linii defensywnej. Madziarzy liczyli, że te zapewnią im
przynajmniej minimalną ochronę.
Żołnierze trzęśli się z zimna w swoich letnich mundurach i zakładali na siebie niemal
wszystko, co zdołali kupić lub uzyskać drogą wymiany, albo też ukraść miejscowym cywilom
bądź nieszczęsnym sowieckim jeńcom. Okutani w zdobyczne ubrania poruszali się z trudem
i powoli – jak starcy. Dokuczały im wszy, błyskawicznie przenoszące różne choroby.
Docierająca na front żywność była nieurozmaicona i niskokaloryczna – umożliwiała przeżycie,
ale niewiele więcej. W warunkach panujących mrozów żołnierze chudli, a zdrowi młodzieńcy
przeistaczali się w blade cienie ludzi, którymi byli wcześniej.
Armia węgierska zreorganizowała swoje formacje piechoty w tzw. lekkie dywizje
piechoty; dwupułkowe, co nie okazało się reformą zbyt udaną. Wprawdzie krok ten miał
doprowadzić do zwiększenia liczby wielkich jednostek, ale nie łącznej liczby żołnierzy, więc
każda z dziewięciu „nowych” węgierskich dywizji na linii frontu nad Donem była mniejsza od
tych, które operowały wcześniej na wschodzie.
Węgrom był potrzebny w tej sytuacji – podobnie jak poprzednio innym armiom Osi nad
Donem – silny, mobilny, najlepiej pancerny odwód.
Węgierskie jednostki pancerne

Śnieg padał nieprzerwanie, gdy grudzień zbliżał się do swego mroźnego końca.
Niemiecka Grupa Armii B chwiała się pod wpływem kolejnych ataków nieprzyjaciela, a świat
przypatrywał się powolnej zagładzie oblężonej 6. Armii. Zniechęcony von Weichs wiedział, że
jednym z wyjść w sytuacji, gdy Sowieci poważnie zagrozili przełamaniem frontu, było
utworzenie strategicznego odwodu, potężnego i mobilnego na tyle, by jego jednostki mogły
interweniować w newralgicznych punktach linii defensywnej. Poważnie zaniepokojeni
sztabowcy w Berlinie zdecydowanie poparli taki pomysł. W efekcie OKH wysłało na front
wschodni generała wojsk pancernych Hansa Cramera, aby na miejscu ocenił położenie i doradził
zarówno Berlinowi, jak i von Weichsowi, w jaki sposób najlepiej osiągnąć zamierzony cel.
Cramer, mimo że cierpiał na przewlekłą astmę, zyskał reputację sprawnego dowódcy
wojsk pancernych. Ten energiczny, dziarski człowiek dostąpił wątpliwego zaszczytu znalezienia
się w brytyjskiej niewoli pod koniec obu globalnych konfliktów zbrojnych XX wieku – pierwszej
i drugiej wojny światowej.
28 grudnia Cramer wszedł w Giżycku (Lötzen) na pokład samolotu transportowego
Junkers Ju 52. Otrzymał wcześniej od generała Zeitzlera bezpośredni rozkaz udania się do
kwatery polowej von Weichsa w Starobielsku i przeprowadzenia tam inspekcji węgierskiej
dywizji pancernej, mającej stanowić trzon nowego zgrupowania odwodowego. Na Niemcach
zrobiło wrażenie sformowanie w listopadzie przez władze budapeszteńskie węgierskiego
Korpusu Pancernego, z dwiema dywizjami pancernymi – 1. i 2. – oraz dywizją kawalerii,
oficjalnie mającą w składzie baony artylerii i czołgów, z czterema kompaniami czołgów lekkich.
Starsi niemieccy oficerowie wspominali dzielnych i śmiałych węgierskich żołnierzy z lat
pierwszej wojny światowej, więc w OKH żywiono nadzieję, że Węgrzy staną na wysokości
zadania – co jednak okazało się mirażem.
Po przybyciu do Starobielska Cramer niezwłocznie zameldował się u von Weichsa,
a następnie, 30 grudnia, pojechał do kwatery Jányego w Aleksiejewce. Po tym, jak poznał się ze
wspomnianym węgierskim dowódcą i z jego sztabowcami, spędził popołudnie na szczerej
rozmowie z generałem Hermannem von Witzlebenem, wysokim rangą niemieckim oficerem
łącznikowym w wojskach Madziarów. Von Witzleben niczego nie ukrywał przed Cramerem.
Sytuacja nie wyglądała wcale tak różowo, jak to się wydawało w Berlinie. Węgrzy rozpaczliwie
potrzebowali niemieckiego wsparcia w postaci nowoczesnego uzbrojenia – szczególnie armat
przeciwpancernych, zdolnych do niszczenia cięższych czołgów. Według von Witzlebena nie
można było wykluczyć nowej ofensywy Armii Czerwonej, a gdyby do niej doszło, to węgierska
2. Armia miała nikłe szanse utrzymania się na pozycjach obronnych. (Von Witzleben został
niebawem odwołany z powrotem do Rzeszy. Ze względu na związki rodzinne z feldmarszałkiem
Erwinem von Witzlebenem, czołową postacią antyhitlerowskiego spisku w Wehrmachcie, po
nieudanym zamachu na Hitlera 20 lipca 1944 roku został na krótko aresztowany, a potem
zwolniony z wojska).
Przestrzeżony Cramer wybrał się do kwatery dowództwa węgierskiej. 1. Polowej Dywizji
Pancernej w Nikołajewce, a potem do Marek, gdzie stacjonowała większość węgierskich
czołgistów; wbrew wcześniejszym obawom wszystko wydało mu się tam w najlepszym
porządku. Podniesiony na duchu, złożył Zeitzlerowi optymistyczny meldunek i w nagrodę za to
został natychmiast wyznaczony na dowódcę Korpusu Cramera – nowego odwodu strategicznego
Grupy Armii B.
W skład tego korpusu, którego kwaterę główną zorganizowano w Aleksiejewce, nieco na
południowy zachód od ważnego węzła komunikacyjnego i bazy zaopatrzeniowej w Ostrogorsku,
miały wejść niemieckie 26. i 168. Dywizja Piechoty oraz nieznaczna liczba niemieckich czołgów
i dział samobieżnych, zgrupowanych w trzech oddziałach pancernych – 190., 242. i 700. Główne
siły uderzeniowe korpusu stanowiły 132 czołgi typu PzKpfw 38(t), PzKpfw III i PzKpfw IV
(niechętnie przekazane Węgrom przez Niemców), a także pewna liczba czołgów Toldi
i samobieżnych dział przeciwlotniczych 40.M Nimród z węgierskiej 1. Polowej Dywizji
Pancernej. Tak przedstawiał się odwód Jányego i von Weichsa wspierający spory odcinek linii
frontu – rezerwa zorganizowana na bazie jedynej faktycznie istniejącej węgierskiej dywizji
pancernej.
Ta „nowa” dywizja miała, niezależnie od bardzo niechętnego nastawienia Budapesztu do
Rumunów, organizację niemal identyczną jak rumuńska 1. Dywizja Pancerna. Madziarzy
zgromadzili w niej prawie cały posiadany sprzęt pancerny i motorowy – za sprawą nadludzkich
starań Lajosa Veressa, który robił, co mógł, by podnieść wartość bojową swojej jednostki. Prawie
cała formacja była zmotoryzowana (choć zdarzały i się konne zaprzęgi), a żołnierze piechoty
i dywizyjnej artylerii byli przewożeni na pole walki ciężarówkami. Batalion rozpoznawczy
wyposażono w 14 czołgów lekkich 39.M Csaba i 18 typu 38.M Toldi I/II, natomiast baon
przeciwlotniczy miał cztery czołgi Toldi IIa oraz 12 samobieżnych dział przeciwlotniczych 40.M
Nimród. Większość tego sprzętu zmechanizowanego znalazła się w składzie dywizyjnego 30.
Pułku Pancernego. Węgierska jednostka dorównywała siłami rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej,
jednak wszyscy mieli okazję się przekonać, jak ta poradziła sobie na froncie wschodnim dwa
miesiące wcześniej.
Wkład Ostheer w rozbudowę tego korpusu był cokolwiek skromny, przy czym
niemieckie jednostki w jego składzie nie stacjonowały razem z węgierskimi czołgistami
w Nikołajewce i Markach, tylko w pobliżu kwatery dowództwa 2. Armii w Aleksiejewce. Trzy
tzw. oddziały pancerne miały rozmiary kompanii i były wyposażone głównie w czołgi PzKpfw
38(t) – takie same, które znajdowały się w 1. Polowej Dywizji Pancernej i zostały uznane za
nieskuteczne zarówno przez Niemców, jak i ich sojuszników z Osi w walkach nad Donem owej
zimy. Dwie dywizje piechoty – 26. pod dowództwem Friedricha Wiesego i saksońska 168. –
miały mało sprzętu motorowego i obu brakowało dostatecznej liczby środków transportu. Choć
26. Dywizja należała do doświadczonych formacji, z kadrą zawodowych oficerów i podoficerów,
to długotrwałe boje podczas poprzedniego lata i jesieni znacznie uszczupliły ich siły bojowe.
Korpus Cramera nie mógł zdziałać wiele.
Dzień pierwszy – 12 stycznia
W odróżnieniu od poprzednich wielkich sowieckich operacji zaczepnych nowa ofensywa,
rozpoczęta rankiem 12 stycznia 1943 roku, nie została poprzedzona przygotowaniem
artyleryjskim i zmasowanymi atakami strzelców na okopy wojsk Osi przez oczyszczone przejścia
w polach minowych. Zamiast tego Filipp Golikow zadecydował, że jego liczące 347 000
żołnierzy formacje Frontu Woroneskiego ograniczą się do wypadów oddziałów piechoty
z przyczółków nad rzeką Uryw – tym samych, o które tak zaciekłe walki toczono poprzedniej
jesieni. Ostrożnie podążające naprzód liczne oddziały czołowych dywizji strzeleckich sowieckiej
40. Armii starły się z 7. Lekką Dywizją Piechoty węgierskiego III Korpusu oraz z sąsiednim
niemieckim 429. Pułkiem Grenadierów. Niemcy i Węgrzy z 35. pułku 7. Lekkiej Dywizji
utrzymali się na pozycjach, ale drugi z pułków wspomnianej dywizji, 4., nie stawił tak zaciętego
oporu. Gdy pierwsze okopy zaczęły padać, a ich obrońcy ginęli albo odnosili rany, niektórzy
węgierscy żołnierze rzucali broń i podnosili ręce do góry. Najpierw uczyniło to kilku, lecz
błyskawicznie za ich przykładem poszli inni i w mgnieniu oka pułk ten praktycznie przestał
istnieć. Zaskoczone łatwym sukcesem, zawsze gotowe do przechwycenia inicjatywy, sowieckie
oddziały nie zatrzymały się i wywołały chaos na zapleczu nieprzyjacielskiej linii frontu, gdy
strzelcy Armii Czerwonej w białych zimowych kurtkach nieoczekiwanie pojawili się za
jednostkami odwodowymi, wśród stanowisk artylerii i obok składów z zaopatrzeniem.
W kwaterze dowództwa III Korpusu zapanowało zamieszanie, kiedy 7. Lekka Dywizja Piechoty
pod komendą László Dezsö poszła w rozsypkę. Wydano rozkaz przejścia do odwrotu, żeby
uniknąć okrążenia nad Donem. (W 1945 roku Dezsö został odznaczony Krzyżem Rycerskim jako
dowódca węgierskiej 1. Armii). Powstała pięciokilometrowa luka między III Korpusem
a sąsiednim IV Korpusem.
Był to pierwszy z przełomowych momentów tej sowieckiej ofensywy. Jány, dysponujący
nader skromnymi własnymi odwodami, chciał, aby Korpus Cramera szybko przybył na pomoc
i odtworzył linię frontu. Niestety dla węgierskiej 2. Armii Niemcy ocenili sytuację inaczej.
Musieli uwzględnić to, że dalej na północy Maks Reiter, jeden z nielicznych łotewskich
generałów w Armii Czerwonej, zaatakował siłami Frontu Briańskiego słabą niemiecką 2. Armię
von Salmutha. Niemcy powstrzymali napór, mimo że ponad połowę składu ich 2. Armii
stanowiło sześć nowych dywizji piechoty, nieco wcześniej sformowanych i wysłanych na front
w połowie 1942 roku. Słabo wyszkolone – w porównaniu ze starszymi jednostkami Wehrmachtu
– ucierpiały poważnie w czasie walk w lecie. Przykładowo: 385. Dywizja Piechoty straciła pięciu
z sześciu dowódców batalionów oraz połowę dowódców kompanii w ciągu zaledwie sześciu
tygodni. Tak więc w OKW uznano, że Węgrzy mają lokalne trudności i powinni rozwiązać je
sami. Korpus Cramera pozostał na zapleczu – co okazało się poważnym błędem.
Z kolei Filipp Golikow nie wahał się i kiedy tylko zapadł zmrok, wydał rozkaz
rozpoczęcia głównego natarcia o świcie następnego dnia.
Dzień drugi – 13 stycznia

Było jeszcze ciemno, kiedy sowiecka 40. Armia Kiriłła Moskalenki wyprowadziła
uderzenie z północnego skraju przyczółka nad Urywem. Ten pochodzący z Ukrainy dowódca
i jego sztabowcy przepracowali gorączkowo całą noc. Nadzorowali podciągnięcie na linię frontu
kolejnych oddziałów, zapasów amunicji i czołgów. Przygotowywali do walki artylerię
i wydawali inne nieodzowne rozkazy.
Żołnierze Moskalenki natarli wprost na 20. Lekką Dywizję Piechoty węgierskiego VII
Korpusu oraz pozostałych niemieckich piechurów z 429. Pułku Grenadierów. Pod wpływem
potężnego ataku obrona w okopach Węgrów i Niemców zaczęła się załamywać. Linia
defensywna się chwiała, więc zastępca dowódcy III Korpusu, Otto Abt, wydał zgodę na
kontratak siłami doraźnie utworzonej grupy bojowej, złożonej z czterech batalionów węgierskiej
piechoty oraz czołgów z 700. Oddziału korpusu Cramera. Rozgorzały zaciekłe zmagania; po obu
stronach notowano setki zabitych i rannych; pod koniec tego dnia w 700. Oddziale pozostały
tylko cztery czołgi PzKpfw 38(t), a węgierska piechota została zdziesiątkowana. Żołnierze
kontratakującego zgrupowania nie byli w stanie uczynić nic więcej, więc wycofali się pod
nieustannym naporem przeciwnika. Był to zorganizowany odwrót, a nie paniczna ucieczka.
Dowódca 429. Pułku Grenadierów napisał w pobitewnym raporcie: „Węgierscy żołnierze
walczyli bardzo dobrze, a przyczyna niepowodzenia ich przeciwuderzenia tkwi w tym, że nie byli
w stanie skutecznie przeciwstawić się nieprzyjacielskiej broni pancernej i mroźnej pogodzie”.
Mimo wszystko do chwili zapadnięcia zmroku 13 stycznia luka w węgierskich liniach
obronnych powiększyła się do ok. dziesięciu kilometrów, a wróg wdarł się tam na głębokość
dwunastu kilometrów.
Dzień trzeci – 14 stycznia

Pawieł Rybałko, sowiecki ekspert w prowadzeniu działań z użyciem formacji


zmechanizowanych i zwolennik militarnych teorii Tuchaczewskiego oraz jego doktryny
głębokich zagonów, dowodził silną 3. Armią Pancerną, która aż do tego momentu ograniczała się
jedynie do związywania walką lewego skrzydła wojsk Jányego, która teraz przeszła do ofensywy.
W trakcie manewru, który stał się typową praktyką Sowietów, 12. i 15. Korpus Czołgów ruszyły
naprzód z grupkami strzelców na kadłubach T-34. Ostrzeliwano Węgrów z IV Korpusu Józsefa
Heszlényiego. (8 maja 1945 roku József Heszlényi junior, który służył w sztabie swojego ojca,
został wzięty do niewoli przez żołnierzy amerykańskich. Generał Heszlényi, odznaczony podczas
wojny Krzyżem Rycerskim, został wydany Sowietom. Popełnił samobójstwo 2 czerwca 1945
roku; podciął sobie nadgarstki żyletką. 19 stycznia 1946 roku komunistyczny trybunał wojskowy
pośmiertnie zdegradował Heszlényiego i „usunął” go z armii węgierskiej). Na 12. Lekką Dywizję
Ulászlo Solymossiego spadło główne uderzenie. Sowiecki 18. Korpus Strzelecki rozbił dwa
węgierskie pułki tej dywizji, 18. i 48., a następnie ruszył w kierunku Ostrogorska. Silne jednostki
czołgów i piechoty przełamały obronę. Utworzyły wyłom na styku węgierskich, korpusów IV
i VII, które znalazły się w podobnym położeniu jak III Korpus poprzedniego dnia. Temperatura
spadła do –30°C, a lodowaty wiatr smagał twarze żołnierzy próbujących umknąć przed
sowieckim atakiem.
Kiedy załamała się obrona i nie było widoków na silne przeciwuderzenie, Węgrzy się
cofali. Z trudem przedzierali się przez gęstą mgłę, by dotrzeć do rzeki Giewicy i do Ostrogorska.
Sowieci deptali im po piętach. Siali spustoszenie wśród jednostek tyłowych i zaopatrzeniowych.
Czasem natykali się na oddziały żołnierzy frontowych, którzy podejmowali walkę i trzymali
w szachu sowieckie czołgi i piechotę. Podobnie jak to było w feralnym tygodniu pod koniec
listopada dalej na południu z Rumunami, nawet niewielka liczba nowoczesnych dział
przeciwpancernych mogła zmienić przebieg tej batalii. Trzydzieści przeciwczołgowych armat
kal. 75 mm, holowanych przez ciężarówki i obsługiwanych przez dobrze wyszkolonych
artylerzystów, było w stanie rozbić niedoświadczone formacje pancerne Rybałki. Madziarowie
mieli jednak tylko produkowane w Szwajcarii karabiny przeciwpancerne Solothurn S18-1100
kal. 20 mm – automatyczne, zasilane amunicją z magazynka, które nie przebijały pancerzy T-34
nawet z bardzo niedużej odległości. Sowiecki 3. Korpus Czołgów posuwał się naprzód w tempie
ponad 30 km dziennie, a jednak ponawiane przez Węgrów błagania o interwencję 1. Polowej
Dywizji Pancernej wciąż ignorowano.
W takiej sytuacji każdy z trzech korpusów węgierskiej 2. Armii Jányego musiał walczyć
samotnie, tak jak wcześniej wojska Dumitrescu, Constantinescu-Clapsa i Gariboldiego, przez co
nie mógł poważniej wpłynąć na wynik zmagań na froncie.
Dzień czwarty – 15 stycznia

W północnym sektorze STAWKA pogodziła się z niepowodzeniem i nakazała przerwanie


operacji „Mars”. Armia Czerwona poniosła tam dotkliwą porażkę: straciła setki tysięcy zabitych
i rannych żołnierzy, a także mnóstwo sprzętu. Powinno to dać wyczekiwane wytchnienie
wojskom Osi dalej na południu, lecz w istocie jeszcze pogorszyło ich sytuację, gdyż
zaopatrzenie, dla nieprzyjacielskich formacji uczestniczących w operacji „Mars” przeznaczono
teraz dla tych wytypowanych do udziału w operacji „Saturn”.
Rozporządzający dodatkowymi zapasami paliwa i amunicji Sowieci nie musieli
przerywać prowadzonego natarcia. Oddziały piechoty, czołgów i artylerii atakowały Węgrów
i nie dawały im ani chwili na przegrupowanie. III Korpus utracił 7. Lekką Dywizję, a jego
pozostałe dwie dywizje spychano na północ, coraz dalej od towarzyszy broni – równie silnie
naciskanych żołnierzy niemieckiej 2. Armii. Pod koniec tego dnia wspomniany korpus właściwie
odcięto od głównych sił Jányego. De facto wszedł w skład wojsk von Salmutha. Pod jego
rozkazami obie lekkie dywizje piechoty, 6. i 9., dowiodły swej bitności i dzielnie przeciwstawiały
się przeciwnikowi przez następnych dziesięć dni. Przyczyniły się do udaremnienia zamknięcia
niemieckiej 2. Armii w okrążeniu. Później wycofały się wraz z nią w chwilowo bezpieczne
miejsce na rzeką Olim.
Von Weichs poniewczasie udzielił przyzwolenia na wprowadzenie Saksończyków ze 186.
Dywizji Piechoty do walki z południowym, atakującym wojska Osi zgrupowaniem Armii
Czerwonej. Żołnierze tej jednostki energicznie wkroczyli do akcji. Celnie ostrzeliwali
przeciwnika z dział, które wyraźnie spowolniły natarcie Sowietów, niemniej jednak nie
zatrzymały go. Do tego były potrzebne większe siły.
Strzelcy alpejscy w okrążeniu

Po zmuszeniu Madziarów do odwrotu i rozerwaniu linii frontu Armia Czerwona mogła


wedrzeć się w wytworzoną lukę i okrążyć wszystkie wojska, które nie były w stanie dotrzymać
kroku wycofującej się 2. Armii. Największe niebezpieczeństwo zawisło nad Włochami
z Korpusu Alpini i Dywizji „Vicenza”, gdyż jednostki te były skierowane frontem ku południu
i odpierały wyprowadzane z tamtego kierunku ataki na ich dawną bazę zaopatrzeniową
w Kantemirowce. VII Korpus cofał się w nieładzie, co doprowadziło do odsłonięcia włoskiej
flanki i zagroziło zamknięciem Włochów w okrążeniu.
Mimo to dowódca tego korpusu, Gabriele Nasci, otrzymał od von Weichsa z Grupy Armii
B jednoznaczne polecenie pozostania na miejscu: „Opuszczenie linii Donu bez rozkazów
[dowództwa] Grupy Armii [B] jest absolutnie wykluczone. Obarczam pana osobistą
odpowiedzialnością za wykonanie niniejszego rozkazu”.
Alpini usłuchali tego i… zostali otoczeni.
Dzień piąty – 16 stycznia

Jak co dzień, nastał mroźny świt, a lodowata mgła ponad stepem się nie podnosiła.
W takich warunkach samoloty Luftwaffe nie mogły wesprzeć oddziałów lądowych, nie mogli
tego zrobić także węgierscy piloci, wyczekujący bezradnie na poprawę pogody w oddalonej
o niewiele kilometrów bazie 2. Brygady Lotniczej w miejscowości Iłowskaja.
Wojska Golikowa, wspomagane przez formacje Frontu Południowo-Zachodniego pod
dowództwem Watutina, wykorzystały warunki pogodowe i kontynuowały natarcie; nie zwalniały
szybkiego tempa operacji. OKW, ponownie zaskoczone, tak jak w czasie operacji „Uran”,
wreszcie zrozumiało skalę zagrażającej katastrofy i zmobilizowało się, by się jej jakoś
przeciwstawić. Skuteczną reakcję bardzo poważnie utrudniały wypadki na całej długości frontu
rosyjskiego. Armia Czerwona ponownie zaatakowała w północnym sektorze frontu wschodniego
nad rzeką Wołchow. Dążyła do oswobodzenia obleganego od tak dawna Leningradu. Niemiecka
Grupa Armii A pospiesznie wycofywała się z Podkaukazia, aby zdążyć, zanim droga ucieczki
pod Rostowem zostanie odcięta. W kotle stalingradzkim Niemcy utracili arcyważne lotnisko
Pitomnik; pozostało im tam tylko lądowisko w Gumraku, które nie mogło wystarczyć do
przewozu dostatecznych ilości zaopatrzenia dla 6. Armii.
Jedynymi większymi odwodami w pobliżu rejonu objętego walkami były jeszcze
niewprowadzone do boju, nieliczne jednostki Korpusu Cramera – przede wszystkim czołgi
i grenadierzy z węgierskiej 1. Polowej Dywizji Pancernej. Choć wydaje się to niewiarygodne,
dopiero pięć dni po rozpoczęciu sowieckiej ofensywy, znanej jako operacja „Saturn”, w której
dwie węgierskie dywizje zostały niemal całkowicie zniszczone, wszystkie trzy korpusy
Madziarów utraciły ze sobą styczność, a linia frontu została rozerwana, OKW wydało Veressowi
i jego żołnierzom w Nikołajewce rozkaz wejścia do akcji.
Kontratak Madziarów

Miało to być starcie „z otwartą przyłbicą”: kawalerzyści Lajosa Veressa i jego 130
czołgów kontra 56 000 żołnierzy i 200 czołgów Pawła Rybałki, wspartych przez jeszcze 100
czołgów z 40. Armii Kiriłła Moskalenki.
Katastrofa, która spotkała 22. Dywizję Pancerną, miała się nie powtórzyć; wygłodniałe
myszy nie zagnieździły się w czołgach Madziarów, a wróg tym razem był tak blisko, że brak
specjalnych, antypoślizgowych osłon na czołgowe gąsienice nie miał większego znaczenia.
Młodzi węgierscy czołgiści otrzymali rozkazy, pobiegli z okopów do swoich pancernych wozów,
uruchomili silniki i uformowali bojowy szyk. Setki żołnierzy piechoty weszło na podstawione
ciężarówki i zajęło miejsca w dwóch rzędach. Zwróceni do siebie plecami Węgrzy siedzieli na
zimnych, twardych, drewnianych, ławkowych siedzeniach i trzymali karabiny między kolanami.
Słyszano pobrzękiwanie szkła; Węgrzy dysponowali tak niewieloma armatami
przeciwpancernymi, że jedynym wyjściem pozostało improwizowanie, przygotowano więc
skrzynki z koktajlami Mołotowa i wepchnięto je pod siedzenia w ciężarówkach. Veress
potrzebował wszystkiego, co tylko mogło się przydać w walce, a więc ważne były także ładunki
wybuchowe. Jego 1. i 5. Baon Artylerii Zmotoryzowanej skierowały się w uformowanym szyku
ku wyznaczonym i rozpoznanym wcześniej pozycjom. Na miejscu przysposobiono do boju 24
dywizyjne działa kal. 105 mm. Obsługa każdego z nich regulowała przyrządy celownicze,
wybierała cele, przenosiła amunicję i szykowała broń do otwarcia ognia.
Veress poprowadził swoich ludzi na północny wschód. Przejechał obok kwatery
dowództwa 2. Armii w Aleksiejewce i skierował na Ostrogorsk. Jego czołgi PzKpfw 38(t) starły
się z Sowietami na otwartym terenie. T-34, z działami większego kalibru, szybko trafiły
pociskami kilka węgierskich wozów bojowych. Nieduża grupa PzKpfw IV, dowodzona przez
samego Veressa, przeprowadziła względnie pomyślne przeciwuderzenie. Węgrzy, tak jak ich
wyszkolono, starali się możliwie najszybciej oskrzydlić przeciwnika, rozjeżdżając śnieg
czołgowymi gąsienicami, a następnie wykonali zwrot i ponownie podjęli walkę. Zwróceni
frontem w kierunku cieńszych pancerzy bocznych czołgów T-34, ostrzelali Sowietów pociskami
przeciwpancernymi. Sowieckie czołgi zaczęły się palić. Kolejne trafione pojazdy obracały się
raptownie i przystawały; buchał z nich gęsty dym, przerażeni członkowie załóg uciekali przez
włazy i padali na śnieg, zabijani pociskami z broni ręcznej. Węgierska artyleria otworzyła ogień.
Zasypała gradem pocisków nieprzyjacielskie czołgi i piechotę wroga. Co jeszcze ważniejsze,
starała się powstrzymać ostrzeliwane czołowe oddziały sowieckie i odciąć je od tych
drugorzutowych.
Próba ta się nie powiodła. Ogień okazał się nie dość silny. Sowieci zwarli szyki.
Dowódcy korpusów Rybałki – Zenkowicz i Kopcow – byli kompetentnymi wojskowymi
i wiedzieli, co robić. Rozkazali swoim artylerzystom odpowiedzieć ogniem i już niebawem celne
salwy zaczęły niszczyć węgierskie działa i razić ich obsługę. Przez dym zalegający na polu walki
sowieckie kompanie czołgów ruszyły naprzód. Veress nie miał wyboru i wydał rozkaz do
odwrotu. Podobnie jak to było z rumuńską 1. Dywizją Pancerną Gherghego, węgierski kontratak
nie odwrócił klęski poniesionej przez formacje piechoty.
Węgrzy stracili bardzo wiele czołgów, a mimo to Veress wciąż był zasypywany prośbami
o udzielenie pomocy przez dowódców korpusów i dywizji; wszyscy oni chcieli ocalić swoje
formacje od całkowitego zniszczenia. Veress doszedł do wniosku, że najważniejszymi punktami
w okolicy są miasto Iłowskaja wraz z tamtejszą bazą lotniczą oraz kwatera dowództwa armii
w Aleksiejewce, więc podjął ryzykowną decyzję: podzielił swoje wojska i wysłał je we
wspomniane miejsca. Czy mógł postąpić inaczej? Zapewne nie. Rozporządzał zbyt słabymi
siłami, by powstrzymać nacierające sowieckie czołówki, a w danym momencie chodziło mu
o zyskanie czasu na odwrót.
Sowiecki 18. Korpus Strzelecki, który nieco wcześniej pobił węgierską 12. Lekką
Dywizję, zaatakował 10. Lekką Dywizję Jeno Felkla. Zdobył wszystkie jej działa i wywołał
panikę w jej szeregach. Wycofującą się w zupełnym nieładzie 10. Dywizję zepchnęły oddziały
40. Armii w kierunku Ostrogorska. Tam połączyła się z 13. Lekką Dywizją z IV Korpusu oraz
większością Saksończyków ze 168. Dywizji Piechoty. Ostrzeliwane przez sowiecką artylerię
i nękane przez nieprzyjacielskie czołgi i szwadrony kawalerii wszystkie te jednostki znalazły się
wkrótce w okrążeniu. Veress zareagował na wezwania o pomoc (wraz z innymi formacjami
Korpusu Cramera) i przeprowadził kontratak. Liczył, że uda mu się dotrzeć do Ostrogorska
i wyrwać węgierskie oddziały z okrążenia. Węgierscy czołgiści zdołali wprawdzie posunąć się
naprzód o kilka kilometrów, jednak nie mieli dość sił i tego samego wieczoru wycofali się na
wcześniej zajmowane pozycje.
Dzień szósty – 17 stycznia

Jány ślęczał nad mapami i doszedł mniej więcej do takich samych wniosków jak Veress
w kwestii najważniejszych punktów do utrzymania. Dodał jeszcze do nich Ostrogorsk
i Nikołajewkę. Przez większość tych miejscowości przebiegała główna linia kolejowa,
a wszystkie były ważnymi węzłami drogowymi. Utrzymanie ich oznaczało możliwość
podciągnięcia zaopatrzenia i odwodów (o ile można było na nie liczyć!) oraz zakłócenia
sowieckiej ofensywy na czas wystarczająco długi, by zyskać szansę zorganizowania solidniejszej
obrony nieco dalej na zachodzie. Golikow i Watutin mieli takie samo zdanie jak ich węgierski
przeciwnik. Najistotniejsze znaczenie miała Aleksiejewka; w razie zdobycia jej przez Sowietów
cały plan Jányego ległby w gruzach, a jego armia poniosłaby ostateczną klęskę.
Uświadomiwszy sobie, że większość korpusu Heszlényiego już tam się znajduje, Jány
wydał IV Korpusowi formalny rozkaz wycofania się do Ostrogorska i okopania się w okolicy.
VII Korpus Ernő Gyimesiego – złożony z trzech lekkich dywizji, 19., 20. i 32. – był we
względnie najlepszym stanie spośród wszystkich trzech korpusów Jányego, ale mimo to nie
można było go tam wykorzystać, gdyż z powodu braku odpowiedniego transportu nie był
w stanie dość szybko się przemieszczać. Poza tym wspomniane dywizje same były zagrożone
okrążeniem. Główna batalia miała się rozegrać bez ich udziału, więc Jány rozkazał im wycofać
się w kierunku doliny rzeki Oskoł, oddalonej o ponad 150 km na zachód od Donu, gdzie dotarły
25 stycznia. Do tego czasu nieustannie prowadziły działania opóźniające natarcie przeciwnika,
m.in. ścierały się z bardzo aktywnym 18. Korpusem Strzeleckim Iwana Iwanowa (ponosiły
bardzo dotkliwe straty).
Veress wycofał się do Aleksiejewki. Wyznaczył połowę swoich wozów pancernych do
obrony tego miasta i odesłał pozostałe kilka kilometrów dalej na północ do obrony lotniska
w miejscowości Iłowskaja. Tam wraz z personelem węgierskiego lotnictwa wojskowego
i mechanikami z obsługi naziemnej oraz bateriami dział przeciwlotniczych czołgiści
przygotowali się na stawienia czoła nadciągającym Sowietom z 40. Armii. Pierwsi
czerwonoarmiści pojawili się koło południa. Niebawem rozgorzała zacięta bitwa. Pociski
większych i mniejszych kalibrów przelatywały ze świstem ponad pustym pasem startowym.
Pozbawieni osłony, atakujący Sowieci nie mogli zdobyć terenu. Na pierwszej linii brakowało im
dostatecznie wielu dział do unieszkodliwienia obrońców. Wycofali się zatem, a w śniegu
pozostawili kilka płonących czołgów i wielu poległych żołnierzy piechoty. W związku z fiaskiem
próby opanowania lotniska z marszu Moskalenko skierował swe oddziały na południe, żeby
odcięły załogę lotniska od obrońców Aleksiejewki. Jány i Veress nie byli w stanie temu
zapobiec. Robiło się ciemno, a Węgrzy walczyli w warunkach nocnych dużo gorzej od żołnierzy
sowieckich. Późnym wieczorem Aleksiejewka została odcięta. Straciła łączność z innymi
jednostkami. Jány mógł już tylko utrzymywać kontakt ze swoimi wojskami znajdującymi się
w bezpośrednim pobliżu tego miasta. Od tego momentu ostateczne rozstrzygnięcie batalii
stanowiło tylko kwestię czasu.
Początek gehenny włoskich strzelców alpejskich

Kiedy Węgrzy znaleźli się w pełnym odwrocie, sąsiedni niemiecki XXIV Korpus uległ
rozbiciu, a formacje Armii Czerwonej wyszły głęboko na tyły wojsk włoskich i otoczyły je,
Alpini w końcu, 17 stycznia o 11.00, uzyskali zgodę dowództwa 8. Armii na opuszczenie
zajmowanych pozycji i podjęcie próby przebicia się na zachód. Depesza kończyła się słowami:
„Niech Bóg ma was w swojej opiece”.
W taki sposób zaczęła się gehenna żołnierzy czterech dywizji Nasciego – Dywizja
„Vicenza”, dowodzona przez Pascoliniego, znalazła się do tego czasu „oficjalnie” w składzie
Korpusu Alpini. W ciągu następnych dziesięciu dni jej żołnierze przemaszerowali prawie 250 km
w temperaturze, która często spadała poniżej –20°C. Po drodze toczyli wiele zaciętych bitew
i niezliczonych potyczek – bez zaopatrzenia, rezerw i wsparcia, w warunkach wyczerpujących się
zapasów żywności i amunicji. Większość z ludzi nie przeżyła tego piekła.
Początkowo wspomniany odwrót był w miarę uporządkowany: na czele szły trzy dywizje
strzelców alpejskich, tuż za nimi podążała Dywizja „Vicenza”, a dalej rozciągnięte na wielu
kilometrach stepów tysiące niedobitków – personel włoskich oddziałów pomocniczych, żołnierze
z rozbitych dywizji „Torino” i „Pasubio”, Rumuni z 3. Armii, bardzo wielu przerażonych
Węgrów i kilka tysięcy Niemców. Ci ostatni jako jedyni byli w stanie stawiać zorganizowany
opór nieprzyjacielowi. Bardzo szybko problemy z łącznością i nieustanne nękające ataki Armii
Czerwonej przeobraziły odwrót w chaotyczną ucieczkę.
Rozbicie węgierskiej 2. Armii

18 stycznia stało się zupełnie jasne, że węgierska 2. Armia znalazła się w rozpaczliwym
położeniu. Wiedział to każdy, ponieważ Hitler oficjalnie ogłosił Ostrogorsk „twierdzą” (Festung)
– wprowadził ten militarny termin, by określić miejsce, które miało być bronione do ostatniego
żołnierza i ostatniego naboju. Odwrót bądź kapitulacja nie wchodziły w rachubę. Określenie
jakiejś miejscowości mianem Festung było oczywistym przejawem desperacji i nigdy nie
pomagało; w istocie stanowiło wręcz zdecydowane utrudnienie, gdyż odbierało frontowym
dowódcom elastyczność w prowadzeniu operacji i swobodę manewru. Nie trzeba dodawać, że
nazwa „twierdza” miała się nijak do możliwości obronnych żołnierzy marznących w okopach
wokół Ostrogorska, kiedy sowiecka artyleria prowadziła ciągły ostrzał, podczas gdy działa
obrońców odpowiadały ogniem tylko z rzadka, ponieważ zapasy amunicji zaczęły się
niebezpiecznie kurczyć.
Niecałe 25 km dalej na południowy zachód błyskawiczny atak wojsk sowieckich
niemalże doprowadził do zdobycia Aleksiejewki. Jedynie kontruderzenie węgierskiej 1. Dywizji
Pancernej ocaliło sytuację i odrzuciło szturmujących Sowietów.
W ciągu kilku następnych dni Moskalenko i Rybałko nadal nękali Madziarów. Artyleria
i lokalne ataki dziesiątkowały szeregi obrońców i osłabiały wolę stawiania oporu, lecz
w rzeczywistości wspomniani sowieccy dowódcy skoncentrowali się na planach przełamania
nieprzyjacielskich pozycji niemieckiej 2. Armii i włoskich strzelców alpejskich, nieco dalej na
północy i południu. Pozostawili kilka korpusów na miejscu, by uporały się z Węgrami,
a jednostkom Frontu Woroneskiego i Frontu Południowo-Zachodniego wyznaczyli inne cele do
zdobycia.
Agonia 6. Armii

19 stycznia 1943 roku w Stalingradzie Paulus, praktykujący katolik, wydał ścisłą


instrukcję, zabraniającą żołnierzom popełniania samobójstwa. Wykazał się przesadną
„zapobiegliwością”. Głód, choroby i Armia Czerwona zabijały mnóstwo Niemców.
Jedynym oficerem, który pozostał przy życiu w 2. batalionie 132. Pułku Grenadierów 44.
Dywizji, był dowódca jednego z plutonów złożonej z niemieckich i rumuńskich żołnierzy
kompanii G. Jego kompania, pułk i dywizja – faktycznie cała armia – wykrwawiły się wśród
zasypanych śniegiem gruzów, bo tylko to pozostało z tego niegdyś tętniącego życiem ośrodka
przemysłowego nad Wołgą. Ten młody austriacki porucznik grenadierów wiedział, że sytuacja
jest beznadziejna. Jego oddział znalazł się w okrążeniu, a linia obronna się załamała. Nie było
szans na nieoczekiwany ratunek, nie mogła się nagle wyłonić zza wzgórz kawaleria,
przybywająca z odsieczą. Zebrawszy ostatnich trzynastu żołnierzy swojej kompanii –
Austriaków, Niemców i Rumunów – przedstawił im obmyślony przez siebie plan i nadał
meldunek radiowy do kwatery dowództwa dywizji. Rozdzielili między siebie pozostałe naboje
i granaty, zabrali ze sobą fotografie swoich bliskich i listy od rodzin, a potem wypełzli
z kryjówek niczym starcy cierpiący na zapalenie stawów, opuścili swój schron i ruszyli do ataku.
Po chwili powitał ich grad kul, a następnie nastała cisza. Żaden z nich nie przeżył.
Dalsze losy Alpini

Brnący przez śniegi strzelcy alpejscy Nasciego znaleźli się w bardzo trudnym położeniu;
rychło uświadomili sobie, że nie tylko muszą wydostać się z okrążenia, lecz także walczyć
o przebycie każdego kilometra w marszu powrotnym na zachód. Dowodzona przez Umberta
Ricagna Dywizja „Julia” przekonała się o tym jako pierwsza, gdy usiłowała odrzucić Rosjan
z małej wioski o nazwie Nowaja Postojałowka. Razem z częścią żołnierzy z Dywizji „Cuneense”
ludzie z „Julii” walczyli aż 13 godzin, by wyprzeć sowieckich obrońców i móc kontynuować
odwrót. Młody oficer Alpini, porucznik Egisto Corradi, dostrzegł sowiecki czołg, który
przejechał po jednym z nielicznych włoskich dział, a potem skierował się wprost na niego.
Corradi rzucił się do płytkiego rowu i ujrzał spód przejeżdżającego ponad nim czołgu: „This
vehicle must be filled… [Pojazd ten należy wypełnić…] – tyle zdążyłem odczytać. Był to
amerykański czołg Sherman [dostarczony do ZSRS w ramach układu lend-lease], który, być
może, popsuł się lub został trafiony pociskiem. Zatrzymał się jakieś trzydzieści kroków dalej.
Natychmiast na niego wskoczyliśmy i zaczęliśmy tłuc karabinami w metalowy pancerz.
Krzyczeliśmy: «Wyłazić!», a oni na to: «Niet!»; czuliśmy się oszołomieni, z dumy [z powodu
zdobycia czołgu] i wściekłości”.
Włosi podpalili kilka wiązek siana, które rozłożyli dookoła czołgu. Przerażona załoga
szybko się wyłoniła z wozu.
Straty atakujących były gigantyczne. Co gorsza, brak środków transportu powodował, że
trzeba było pozostawić większość rannych, którzy nie mogli dalej iść. Koszmarny marsz trwał
dalej. Podporucznik Veniero Marsan z Dywizji „Cuneense” opisał, co spotkało jego ordynansa
Ottavia: „W pewnym momencie Ottavio po prostu zatrzymał się, usiadł w śniegu i nie mógł się
poruszyć. Kazałem mu wstać i powiedziałem mu, że jeżeli pozostanie na miejscu, zginie. Nie
odpowiadał. Klepałem go po twarzy, wrzeszczałem na niego, mówiłem, że ma powstać, iść dalej,
ratować się. Nie zareagował, był nieruchomy jak posąg. […] Zabraliśmy go do izby
[w chłopskiej chacie], gdzie co najmniej dwudziestu innych żołnierzy leżało na klepisku,
z odmrożeniami różnego stopnia. Wiedzieliśmy, że ludzie ci już nic nie czują i umrą szybko
w takim stanie”.
Nie tylko Ottavio i inni z chaty pozostali na miejscu. Gdy korpus ruszył dalej, pozostawił
na stepie martwych, rannych i zamarzniętych.
Aleksiejewka i Ostrogorsk

Po tym, jak Rybałko odesłał swoje czołgi na północ, węgierska 1. Polowa Dywizja
Pancerna zdołała utrzymać Aleksiejewkę i przebić się do „twierdzy” Ostrogorsk, do której
dotarła 21 stycznia. Żołnierze rozeszli się po mieście, by zebrać rannych – zwłaszcza tych na
noszach – i załadować ich na podstawione ciężarówki. Martwych zostawiano tam, gdzie leżeli.
Nadchodził czas wyruszenia w drogę. Ostrogorsk miano ewakuować wbrew zarządzeniu Hitlera.
W istocie udało się go przekonać o konieczności utworzenia nowej linii obronnej w dolinie rzeki
Oskoł, dalej na zachodzie (dokąd podążała już większość jednostek VII Korpusu). Führer
niechętnie wyraził zgodę na wycofanie się tam. Gdy czołgi i piechota zmotoryzowana Veressa
wzięły na siebie rolę mobilnej straży tylnej, załoga Ostrogorska i każdy, kogo zdołano zabrać,
podążyli na zachód.
Nagle batalia dobiegła końca. Aleksiejewka opustoszała następnego dnia. Węgierska 2.
Armia oficjalnie przestała istnieć jako samodzielny związek operacyjny. Jány i jego sztabowcy
zapakowali swoje sprzęty i dokumenty do samochodów osobowych i innych pojazdów, które
udało się zdobyć, i wyruszali w drogę. Kanceliści i łącznościowcy pospiesznie palili wszelkie
papiery, których nie można było zabrać, a siekierami i młotami niszczyli wszystko, czego nie
dało się spalić i trzeba było pozostawić.
Za zgodą Budapesztu OKW wydało zarządzenie, że wszyscy Węgrzy znajdujący się
jeszcze w rejonie Ostrogorska, Iłowskoj i Andriejewki mają się znaleźć pod komendą Hansa
Cramera. Postępując podobnie jak Wenck z rumuńską 3. Armią, Cramer korzystał z kadry
doświadczonych niemieckich oficerów i podoficerów – frontowych weteranów, znanych w armii
niemieckiej jako Alte Hasen („Stare zające”) – do wyłapywania rozproszonych niedobitków
oddziałów i organizowania z nich na nowo względnie karnych jednostek wojskowych. Tysiące
węgierskich żołnierzy rozpierzchło się po stepie na zachód od linii Donu. Wielu z nich
pochwycili i popędzili na wschód Sowieci. Tych Węgrów, którzy uniknęli sowieckiej niewoli,
Niemcy przydzielali do zaimprowizowanych jednostek, dawali im dostępną broń i ponownie
rzucali do walki z nadciągającymi kolumnami Armii Czerwonej. Plan Cramera był prosty:
wyruszyć na zachód przez Zasław, a następnie przez Nowyj Oskoł, i dotrzeć do nowej linii
obronnej nad rzeką Oskoł. Pomimo zdecydowanej przewagi liczebnej przeciwnika udało mu się
jakoś zrealizować ten zamysł. Łącznie ok. 12 000 Węgrów, którzy się nie poddali i nadal
walczyli, znalazło się pod jego rozkazami; weszli w skład grup bojowych wraz z czołgistami
Veressa. Walczyli oni doskonale w nielicznych wozach pancernych, jakie im jeszcze pozostały.
Z końcem stycznia operacja „Saturn” zakończyła się dla Węgrów. Na zapleczu frontu utworzono
ich nowe dowództwo. Wszystkich Madziarów z bronią w ręku wycofano z pierwszej linii
i odesłano tam, gdzie miała nastąpić reorganizacja ich jednostek. Węgierską 1. Polową Dywizję
Pancerną odesłano jako ostatnią: ostatecznie opuściła front 9 stycznia. Do tego czasu pozostało
w niej zaledwie sześć sprawnych czołgów.
Hans Cramer podążył w ślad za tą dywizją następnego dnia. 10 stycznia odebrał rozkaz
wymarszu z rąk swego zmiennika, odznaczonego Krzyżem Rycerskim Austriaka Ericha Rausa.
Zgodnie z praktyką rozpowszechnioną w wojsku niemieckim nietypowe formacje otrzymywały
nazwy od nazwisk ich dowódców, więc Korpus Cramera stał się wtedy Korpusem Rausa.
Cramera wysłano do Afryki Północnej, gdzie ostatecznie trafił do niewoli brytyjskiej.
Walka Alpini o przetrwanie

Na mroźnym stepie gehenna Alpini trwała dalej. Pod koniec stycznia włoski korpus
strzelców alpejskich był już tylko cieniem samego siebie. Dywizja „Julia” uległa prawie
całkowitemu zniszczeniu, a nieliczni, którzy ocaleli z tej jednostki, zasilili niedobitki dowodzonej
przez Emilia Battistiego Dywizji „Cuneense”, starającej się dotrzymywać kroku Dywizji
„Tridentina” Luigiego Reverberiego, nadal przebijającej się na zachód. Jednakże szczęście
ostatecznie przestało jej dopisywać 27 lutego koło wsi Walujki, gdzie większość żołnierzy
włoskich znowu została okrążona przez czerwonoarmistów, w tym konne szwadrony kozackie.
W ostatnim akcie desperacji żołnierze 1. Pułku Alpini z Dywizji „Cuneense” (której zresztą w tej
fazie mało im już pozostało) spalili swój pułkowy sztandar, nim złożyli broń, aby nie wpadł
w ręce Sowietów, i poszli do niewoli. Wśród jeńców znaleźli się trzej dowódcy dywizji –
Ricagno („Julia”), Battisti („Cuneense”) i Pascolini („Vicenza”) – nie było pośród nich jednak
podpułkowników z Dywizji „Cuneense”: Scrimina, Bellaniego i Vertonego; dwaj pierwsi z nich
dowodzili 2. Pułkiem Alpini. Kilka dni wcześniej ci trzej oficerowie wysokiej rangi podjęli
haniebną decyzję o porzuceniu swoich podwładnych i próbie przebicia się na własną rękę.
Prawdopodobnie za zgodą Battistiego zarekwirowali konia i sanie, po czym wyruszyli na zachód.
Prosili mówiącego po rosyjsku Veniera Marsana, aby towarzyszył im jako tłumacz, lecz ten
młodszy oficer, zszokowany prośbą, stanowczo odmówił. Uznał ich postępek za naganny
i równoznaczny z dezercją. Bellani usprawiedliwiał się tak: „Mam syna i serce mi pęka na myśl,
że mógłbym go już nie zobaczyć”.
Ciekawe, czy Bellani sądził, że inni nie mieli synów, córek, braci, matek i ojców? Jak się
okazało, ucieczka nie wyszła im na dobre, gdyż niedługo potem zostali schwytani i odesłani do
obozu jenieckiego w miejscowości Chrinowoje, gdzie panowały warunki bardzo ciężkie nawet
jak na standardy sowieckich łagrów. Wszyscy trzej tam zmarli.
Bitwa o Nikołajewkę

Mniej więcej 15 km na północ od wioski Walujki, w płytkiej dolinie przeciętej przez linię
kolejową, znajdowała się Nikołajewka, w której wcześniej stacjonowało dowództwo węgierskiej
1. Polowej Dywizji Pancernej. Wyzwolona przez Sowietów i obsadzona przez dwa pułki
piechoty Armii Czerwonej, z artylerią i pewną liczbą czołgów, Nikołajewka leżała na szlaku
ucieczki tego, co pozostało z Korpusu Alpini. Gdyby Włosi ją zajęli, droga na zachód stanęłaby
dla nich otworem i wreszcie przebiliby się z okrążenia. Dywizja „Tridentina” Reverberiego była
w tym czasie jedyną zachowującą jakąś wartość bojową formacją tego korpusu. Gdy jej żołnierze
skierowali się na nocleg do pobliskich osad Tereszkow i Arnautowo, krępy dowódca strzelców
alpejskich zajął się planowaniem szturmu na następne przedpołudnie (26 stycznia).
Do tego czasu nic nie poszło, tak jak liczyli na to Włosi. Sowieci przechwycili inicjatywę
i uderzyli pierwsi. Zaatakowali Arnautowo jeszcze tej samej nocy; ich piechota korzystała ze
wsparcia ogniowego moździerzy i dział, aż podeszła blisko i rozgorzała walka wręcz. Wśród
chłopskich chat żołnierze tarzali się po ziemi. Rosjanie i Włosi dźgali się nawzajem bagnetami
i strzelali do siebie z bliska; trupy zalegały na wąskich ścieżkach. Alpini przetrzymali atak.
Sowieci wycofali się tuż przed świtem. Pozwoliło to Reverberiemu na skoncentrowanie sił do
uderzenia na Nikołajewkę. Kiedy jego oddziały szturmowe doszły w pobliże tego miasteczka
i ruszyły ku niemu przez rozległe zbocze, słońce już wschodziło. Siły uderzeniowe były wszak
żałośnie słabe; składały się z trzech zdziesiątkowanych batalionów strzelców alpejskich,
wspieranych przez trzy pojazdy opancerzone z niemieckimi załogami.
Sowieccy obrońcy nie mieli zamiaru składać broni i otworzyli ogień zaporowy, w który
dostali się Alpini. Obie strony rozumiały znaczenie tej bitwy; dla Sowietów jej stawką było
zwycięstwo, a dla Włochów – przetrwanie. Sowieci przeprowadzili kontratak, mimo to Alpini
nadal nacierali. Wdzierali się w uliczki, zabijali nieprzyjaciół we wnętrzu kolejnych budynków
granatami oraz seriami z broni maszynowej i uparcie kontynuowali natarcie. Późnym
popołudniem Sowieci wciąż trzymali się w mieście, a zaczynało się już ściemniać.
Reverberi udał na pierwszą linię, by osobiście ocenić sytuację, i zdał sobie sprawę, że
nadszedł przełomowy moment, decydujący o dalszych losach tego, co pozostało z jego jednostki.
Wdrapując się na pancerz jednego z trzech nadal sprawnych niemieckich czołgów, wymachiwał
ramionami jak obłąkany, krzycząc z całych sił do swoich żołnierzy: „Avanti, Tridentina, avanti!
Avanti, Tridentina, avanti!” („Naprzód, «Tridentina», naprzód!”).
Taki pokaz osobistego zaangażowania ze strony dowódcy przesądził o wyniku walki;
włoscy żołnierze poderwali się znowu do ataku. Zabili resztę sowieckich obrońców i zdobyli
miasto. Nikołajewka w rękach Alpini oznaczała ocalenie dla tysięcy Włochów, Niemców,
Rumunów i Węgrów, którzy dobrnęli cało do linii obsadzonej przez formacje Ostheer.
Znaleźli tam jednak tylko chwilowe bezpieczeństwo. Alpini musieli wycofywać się dalej
na zachód ponownie w lutym. Nuto Revelli tak wspominał tę niekończącą się tułaczkę:
„Rozsypujemy się, jesteśmy chorzy, z większymi albo mniejszymi odmrożeniami, cierpimy na
nieustanną biegunkę. […] Teraz pozostała z nas tylko masa bezbronnych ludzi, […] nie
nadajemy się już do niczego”.
Bilans klęski

Węgierska 2. Armia składała się z dziesięciu dywizji, zorganizowanych w trzy korpusy,


liczące łącznie dziewięć lekkich dywizji piechoty, z dziesiątą, 1. Polową Dywizją Pancerną,
w rezerwie. Rankiem 12 stycznia 1943 roku na oficjalnych listach przydziału racji prowiantu
figurowało 228 011 oficerów, podoficerów i szeregowych. Po dwóch tygodniach zaciekłych walk
ponad połowa z nich przepadła – zginęła, odniosła rany bądź zaginęła (większość
z „zaginionych”, prawdopodobnie aż ok. 70 000, znalazła się w obozach jenieckich). IV Korpus
Józsefa Heszlényiego poniósł najcięższe straty. 10. Dywizja Jeno Felkla i 13. Dywizja László
Hillosy-Kuthyego praktycznie przestały istnieć, okrążone pod Ostrogorskiem, a 12. Lekka
Dywizja Piechoty Ulászló Solymossyego została całkowicie rozbita wraz z 7. Dywizją, którą
dowodził László Dezsö. VII Korpus ErnÖ Gyimesiego wyszedł z walk w stosunkowo najlepszym
stanie, ale zwłoki jego żołnierzy zalegały na ponad 150-kilometrowym stepie na zachód od Donu,
a niedobitki jednostek brnęły ku dolinie rzeki Oskoł. Łącznie 2. Armia utraciła ponad 140 000
ludzi, w tym 2000 dobrze wyszkolonych oficerów, którzy byli nie do zastąpienia w tej fazie
wojny.
Niemal równie znaczne były straty w sprzęcie wojskowym. Dane statystyczne szokują:
Węgrzy stracili 146 000 karabinów, 2900 kaemów, 460 armat i rusznic przeciwpancernych, 400
moździerzy i 400 dział polowych, a także 56 000 koni, 16 000 wozów towarowych i 6600
pojazdów motorowych – oraz aż 530 kuchni polowych. Ocalali z tego pogromu żołnierze nie
mieli broni, środków transportu i nie można ich było nawet nakarmić! Przemysł węgierski
produkował przez całe lata sprzęt potrzebny do wyekwipowania 2. Armii, a teraz wszystko to
pozostało na stepie lub wpadło w ręce sowieckie.
Dla narodu węgierskiego i jego przywódców w Budapeszcie wieści z frontu stanowiły
wstrząs. Upłynęły tygodnie, zanim ludzie zrozumieli, co się stało, i zaczęli pojmować
konsekwencje, jakie zagrażały ich krajowi. Rzeczywistość była brutalna: walki nad Donem
okazały się największą klęską militarną Węgrów od czasu bitwy pod Mohaczem, przegranej
z Turkami osmańskimi w 1526 roku. Węgierskie siły zbrojne miały się już nie otrząsnąć z tej
katastrofy do końca drugiej wojny światowej. Jej bezpośrednim skutkiem było wycofanie
wszystkich węgierskich jednostek z linii frontu. Madziarzy nie odegrali już większej roli
w dalszych zmaganiach na froncie wschodnim do 1944 roku. Ograniczali się do zabezpieczania
zaplecza na Ukrainie.
Straty formacji Alpini
W czasie heroicznego przebijania się z okrążenia tysiące młodych strzelców alpejskich
wykazało się wielką dzielnością. Zadali kłam oklepanemu stereotypowi o mizernej waleczności
Włochów. Odwagę przyszło okupić ciężkimi stratami Alpini w styczniu. Dywizja „Julia”, którą
dowodził Umberto Ricagno – a która już wcześniej doznała straszliwego uszczerbku w kampanii
greckiej w 1940 roku, gdy straciła w bojach o przełęcz Pindus 5000 ludzi – ucierpiała
najbardziej; z około 12 000 jej żołnierzy odwrót znad Donu przetrwało zaledwie mniej więcej
2300. Kapitan Ugo Reitani z pułku artyleryjskiego tej dywizji należał do owych szczęściarzy.
Jego jednostce, która rozpoczęła kampanię wschodnią z 230 ludźmi, 160 mułami oraz tyloma
działami i innym sprzętem, wypełniającymi cały pociąg wyruszający do Rosji, pozostało
zaledwie: „[…] czternastu żołnierzy, trzynaście mułów, kilka karabinów bez amunicji, kilka
granatów ręcznych i wściekłość, która nas rozpierała […]”.
Liczące wcześniej po 16 000 ludzi dywizje „Cuneense” i „Tridentina” zostały
zdziesiątkowane. W tej ostatniej ocalało tylko 4500 ludzi, o których ich dzielny dowódca, Luigi
Reverberi, powiedział: „Moi oficerowie i strzelcy alpejscy dowiedli swego bohaterstwa, ale tylu
z nich przepadło. Moi [żołnierze] z tychże, w porównaniu z owymi z innych dywizji, którzy
najczęściej trafili do niewoli, to polegli albo ranni. Tylko w ciągu jednego dnia pod Nikołajewką
utraciłem czterdziestu oficerów”.
Wśród wspomnianych oficerów był szef sztabu korpusu, Giulio Martinat. Ten weteran
kampanii w Abisynii i Albanii został odznaczony przez Niemców Krzyżem Rycerskim za
odwagę w czasie batalii o Nikołajewkę. W 1950 roku w jego rodzinnym miasteczku Perrero
w Piemoncie wzniesiono pomnik na jego cześć. Co się zaś tyczy jeńców, o których wspomniał
Reverberi, to czekał ich straszliwy marsz na wschód, po którym większość z nich spotkała śmierć
w niewoli.
Kres agonii wojsk oblężonych w Stalingradzie

Z poświęceniami i cierpieniami żołnierzy oblężonych w Stalingradzie i tych, który bili się


nad Donem, nie można było porównać stosunkowo łaskawego losu, jaki czekał niektórych ich
dowódców. 31 stycznia 1943 roku generała Friedricha Paulusa awansowano na stopień
feldmarszałka, czyli do najwyższego stopnia w armii niemieckiej, gdyż Hitler niewątpliwie
oczekiwał, że popełni on samobójstwo, by nie okazać się pierwszym niemieckim marszałkiem
w historii, który odda się do niewoli. Nazistowski dyktator tak mówił do osób ze swojej świty:
„W czasach pokojowych w Niemczech mniej więcej osiemnaście do dwudziestu tysięcy ludzi
rocznie decyduje się na odebranie sobie życia, choć nie znajdują się w tak trudnej sytuacji. Oto
człowiek, który widzi, jak pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt tysięcy jego żołnierzy ginie, broniąc się
dzielnie do samego końca. Jak więc może poddać się bolszewikom?”.
Paulus udzielił stanowczej odpowiedzi na takie sugestie: „Wygląda to jak zachęta do
popełnienia samobójstwa, jednak nie wyświadczę mu [Hitlerowi] takiej przysługi. […] Nie mam
zamiaru zastrzelić się dla tego «czeskiego kaprala»”.
Po wielokrotnym usłużnym uleganiu żądaniom Hitlera, który skazywał swoich żołnierzy
na rozpacz i śmierć, ten akt „niesubordynacji” Paulusa miał nieco ironiczny wydźwięk. Gdyby
Paulus przeciwstawił się Führerowi wcześniej, zapewne mógł ocalić dziesiątki tysięcy swoich
ludzi. Tak czy owak, Paulus skapitulował tego samego dnia w piwnicach uniwiermagu (domu
handlowego) w centrum miasta. Cierpiącego z powodu dyzenterii i załamania nerwowego
feldmarszałka doprowadzono na miejsce podpisania dokumentu kapitulacyjnego. Friedrich
Paulus przeżył wojnę – podobnie jak niemal wszyscy wzięci do niewoli niemieccy oficerowie
wyższych rang – i przyłączył się do utworzonego pod kuratelą Sowietów Komitetu Narodowego
Wolne Niemcy (NKFD). Apelował do swoich rodaków o przechodzenie na stronę Moskwy.
1 lutego 1943 roku Adolf Hitler nakazał nadanie przez radio w całej Trzeciej Rzeszy
następującego komunikatu: „Bitwa o Stalingrad dobiegła końca. Zgodnie ze słowami przysięgi,
nakazującymi walkę do ostatniego tchu, 6. Armia pod wzorowym dowództwem feldmarszałka
Paulusa uległa przeważającymi siłom wroga i niesprzyjającym warunkom [prowadzenia walki].
Stawiane przez nieprzyjaciela żądania kapitulacji dwukrotnie dumnie odrzucono. Ostatnia bitwa
została stoczona pod flagą ze swastyką, powiewającą z najwyższej ruiny w Stalingradzie”.
W Niemczech ogłoszono trzydniową żałobę narodową, a w akcie buty, rażącej nawet jak
na nazistowskie standardy, oficjalną „mowę pogrzebową” wygłosił na falach radiowych
Hermann Göring – człowiek, którego niekompetencja przyczyniła się w wielkim stopniu do
stalingradzkiej katastrofy, gdyż to właśnie on obiecywał, że jego Luftwaffe dostarczy po 300 t
zaopatrzenia 6. Armii w każdym kolejnym dniu oblężenia. W rzeczywistości dostawy te nie
dochodziły nawet do 100 t.
Już po upadku Stalingradu, w ostatnim akcie desperacji, pewna liczba żołnierzy
niemieckich i ich sojuszników usiłowała uciekać przez zasypane śniegiem stepy. Jeszcze
w połowie lutego załogi samolotów rozpoznawczych Luftwaffe meldowały o zauważeniu grup
lub nawet pojedynczych ludzi, brnących na zachód przez śniegi. Ostatecznie dotrzeć do swoich
udało się tylko jednemu z nich – sierżantowi Niewegowi, kanonierowi jednego z działonów
przeciwlotniczych. Kiedy dowlókł się do niemieckich linii, był półżywy z wyczerpania,
wygłodzenia i przemarznięcia. Zabrano go na polowy punkt sanitarny, by tam udzielić mu
pomocy medycznej, lecz zginął już nazajutrz od wybuchu sowieckiego granatu moździerzowego.
Rozdział 11

Bilans walk nad Donem

Wpływ militarnej klęski nad Donem na nazistowskie Niemcy i ich sojuszników był
kolosalny. Prawie dziesięć procent wszystkich żołnierzy Ostheer zginęło lub poszło do niewoli
pod Stalingradem. Około 15 000 Niemców straciło życie w czasie pięciodniowej operacji
„Uran”, mającej na celu zamknięcie w okrążeniu wojsk niemieckich w tym mieście. Do chwili
kapitulacji Stalingradu zginęło 147 000 kolejnych. Do sowieckiej niewoli trafiło 89 000
Niemców i Austriaków, którzy przeżyli Stalingrad. Dołączyło do nich 3000 Rumunów (byli to
głównie żołnierze dwóch niefortunnych dywizji rumuńskich, czyli 20. Dywizji Piechoty i 1.
Dywizji Kawalerii) oraz kilkuset Włochów i Chorwatów; ci ostatni byli nielicznymi ocalałymi
żołnierzami 396. Pułku. Znalazłszy się w pułapce Stalingradu, walczyli u boku Niemców. Prawie
tysiąc z nich ewakuowano samolotami wraz z innymi rannymi. Chorwaci zostali przydzieleni
w roli dodatkowej piechoty do niemieckiej 24. Dywizji Pancernej von Lenskiego. Pod koniec
stycznia tylko kilkuset z nich jeszcze żyło i walczyło. W ostatnich kilku dniach zmagań
większość z nich zginęła, a pozostali znaleźli się w niewoli.
Dla większości jeńców, osłabionych przez głód i choroby, surowe traktowanie, jakie
czekało ich w obozach, oznaczało śmierć. W tajnym raporcie NKWD z wiosny 1943 roku
przyznano, że aż 55 000 jeńców wziętych do niewoli w czasie zmagań nad Donem – Niemców,
Austriaków, Włochów, Rumunów, Węgrów i Chorwatów – zmarło w łagrach do połowy
kwietnia. Ostatecznie zaledwie 5000 żołnierzy Paulusa powróciło do kraju po zakończeniu
wojny, podobnie jak ok. 10 000 Włochów z 64 000, którzy znaleźli się w niewoli, zbliżona liczba
Rumunów i Węgrów oraz ok. 200 Chorwatów, po repatriacji szybko zaaresztowanych ponownie
przez nowe komunistyczne władze jugosłowiańskie. Ich gehenna trwała dalej.
Z kolei feldmarszałek Paulus, cały i zdrowy, wywołał sensację, gdy wystąpił jako
świadek oskarżenia na procesie norymberskim. Po pytaniu reportera o losy innych jeńców ze
Stalingradu kazał powiadomić ich matki, żony i dzieci, że miewają się dobrze – był to ostatni
z wielu aktów zdrady, których dopuścił się Paulus. Już nigdy więcej nie ujrzał on swej
rumuńskiej żony, Eleny, gdyż po wojnie pozostała ona w Niemczech Zachodnich, on zaś we
Wschodnich, uważany przez wielu za zdrajcę swoich żołnierzy, których powiódł ku zgubie.
Zmarł w 1957 roku, zaledwie dwa lata po tym, jak ostatni z jego byłych podkomendnych zostali
wypuszczeni z niewoli w Związku Sowieckim.
Zdziesiątkowane Ostheer i Luftwaffe

Gdy niemiecko-austriacką 6. Armię skreślono ze spisu związków operacyjnych


Wehrmachtu, Niemcy utraciły po raz pierwszy od czasu bitwy z wojskami Napoleona pod Jeną
w 1806 roku całą armię polową. Zniszczeniu uległo też większość jednostek 4. Armii Pancernej,
a 2. Armia von Salmutha straciła 89 000 żołnierzy. Oprócz jednego feldmarszałka, Paulusa,
Niemcy utraciły 22 innych dowódców wysokiej rangi oraz kolejnych 2500 doświadczonych
oficerów. Aż pięć z dwudziestu siedmiu dywizji pancernych Panzerwaffe rozbito (w chwili,
kiedy Paulus podpisywał akt kapitulacji, Niemcom pozostało zaledwie 495 czołgów na całej
długości frontu wschodniego). Choć 14., 16. i 25. Dywizję Pancerną udało się z czasem
zreorganizować, to niefortunnych 22. i 27. Dywizji Pancernej już nie odtworzono. W OKH
oszacowano, że wojska lądowe straciły sprzęt wojskowy wystarczający do wyekwipowania
pięćdziesięciu dywizji w ciągu siedemnastu miesięcy od rozpoczęcia planu „Barbarossa” do
pierwszego dnia operacji „Uran” oraz aż czterdziestu pięciu dywizji w następnych czterech
miesiącach. Kwestia amunicji także bardzo niepokoiła strategów z Berlina. Jej zapasy były
niewielkie już w czasie kampanii letniej, jednak zmagania pod Stalingradem miały tak zacięty
przebieg, że sytuacja w tej mierze stała się nader trudna. W ciągu zaledwie jednego miesiąca 6.
Armia zużyła 23 mln nabojów, 753 000 granatów moździerzowych, 576 000 pocisków
przeciwpancernych i 117 000 innych pocisków artyleryjskich, a także 178 000 granatów
ręcznych i 15 000 min. Niemiecki przemysł zbrojeniowy i cała gospodarka wojenna – a przecież
to głównie z myślą o niej podjęto operację „Blau” – po prostu nie były w stanie nadążyć
z uzupełnieniem wyczerpujących się zapasów. Sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej, kiedy
kraje neutralne, takie jak Portugalia i Turcja, zaczęły się ociągać z dostawami do Rzeszy
niektórych surowców, m.in. wolframu i chromu, niesłychanie potrzebnych niemieckiej
zbrojeniówce.
Bitwa pod Stalingradem zakończyła się katastrofą nie tylko niemieckiej armii lądowej,
także Luftwaffe poniosła bardzo dotkliwe straty. Siłom powietrznym Niemiec brakowało
zasobów i sprzętu już w przededniu operacji „Blau”, ponieważ musiały prowadzić zmagania na
wielu frontach. Bitwa stalingradzka okazała się punktem zwrotnym, w którym rozpoczął się
szybki upadek sławnego niemieckiego lotnictwa wojskowego. Utracono wtedy setki myśliwców
i bombowców, a lotnictwo transportowe, jakże ważne w wojnie toczonej na frontach odległych
o tysiące kilometrów, straciło ponad 500 maszyn wraz z załogami – z tego 72 samoloty wpadły
w ręce nieprzyjaciela po zdobyciu przez sowiecką 3. Armię Gwardyjską bazy lotniczej
w miejscowości Tatinskaja. Luftwaffe już nie otrząsnęło się z tego ciosu. Wysokie były też straty
wśród doświadczonego naziemnego personelu technicznego – zwanego w Luftwaffe „ludźmi
w czerni”. Sytuację dodatkowo pogorszyła „polityka” Göringa, polegająca na tworzeniu
z rzekomo nie w pełni wykorzystywanego personelu sił powietrznych nowych formacji wojsk
lądowych. Tysiące osób, które mogły się przysłużyć do odbudowy Luftwaffe, skierowano
zamiast tego do tzw. dywizji polowych w roli niedoszkolonych żołnierzy piechoty. Był to głupi
pomysł, nawet jak na Göringa. Z kolei dla Armii Czerwonej okazał się „manną z nieba”. Sowieci
konsekwentnie, do samego końca wojny, atakowali jednostki polowe Luftwaffe, uznając je za
słabe ogniwa w obronie przeciwnika.
Sowiecka danina krwi

Armia Czerwona też nie wyszła z tych zmagań bez szwanku. W istocie Sowieci ponieśli
jeszcze większe straty. Były tak gigantyczne, że wprost trudno pojąć ich skalę. Podczas operacji
„Mars”, „Uran” i „Mały Saturn” w ostatnim kwartale 1942 roku i na początku 1943 roku
Związek Sowiecki stracił 515 508 żołnierzy zabitych i zaginionych, a ponadto 914 896 rannych –
w sumie ok. półtora miliona ludzi w ciągu zaledwie trzech miesięcy. Ponad 300 000 z tychże
poległo lub odniosło rany jesienią w obronie Stalingradu, a kolejnych 150 000 zginęło w czasie
grudniowych świąt. Straty samego Frontu Dońskiego, którym dowodził Rokossowski, wynosiły
46 000 zabitych i 123 000 rannych; dotyczyły one początkowego okresu ofensywy, od początku
1943 roku do czasu przejściowego wstrzymania operacji zaczepnych w pierwszych dniach
lutego. Rokossowski utracił również ponad 2000 czołgów i prawie 4000 dział, a jego wojska
zużyły 24 mln nabojów, 990 000 granatów moździerzowych i 911 000 pocisków artyleryjskich.
Pomimo okupienia przez obie strony wysiłku militarnego tak straszliwymi stratami decydujące
znaczenie odgrywało to, że o ile Związek Sowiecki mógł je uzupełnić, o tyle nazistowskie
Niemcy – nie. Reinhard Gehlen się pomylił: „rosyjski niedźwiedź” wcale nie był u kresu sił.
Brakowało ich nazistowskiemu „orłowi”.
Działo się to w epoce, w której masowe poparcie dla prowadzonej wojny często
rozstrzygało o zwycięstwie lub klęsce. Wymowne były wnioski zawarte w raporcie
sporządzonym przez SS na temat morale i poglądów ludności cywilnej w Niemczech po
kampanii nad Donem: „Panuje powszechne przekonanie, że Stalingrad oznacza punkt zwrotny
w tej wojnie”.
Rozdział 12

Ostateczny krach OSI. Losy sojuszników Hitlera po bitwie nad


Donem

Krach planu „Barbarossa” w śniegach pod Moskwą w 1941 roku skazał Niemców i ich
sojuszników na co najmniej jeszcze jeden rok walk w Związku Sowieckim – prawdopodobnie
także na znacznie dłuższą wojnę. To z kolei oznaczało wykruszanie się żołnierzy i zużycie
sprzętu wojskowego na taką skalę, że nawet Berlin nie mógł nadążyć z wystawianiem rezerw
i uzupełnień. Stąd też jedyną nadzieją Trzeciej Rzeszy na względne dorównanie Sowietom
w możliwościach prowadzenia wojny na wyczerpanie była pomoc ze strony Bukaresztu,
Budapesztu i Rzymu. Nadzieje rozwiały się nad Donem, zgniecione gąsienicami czołgów,
podeszwami butów czerwonoarmistów i kopytami sowieckich koni, po druzgoczącej klęsce,
poniesionej przez wojska Osi. Była to katastrofa, z której nazistowskie Niemcy i ich
sprzymierzeńcy już się nie podnieśli. Argumenty dotyczące lepszego wyszkolenia niemieckich
wojsk i względnej wartości bojowej węgierskich, rumuńskich i włoskich dywizji można
roztrząsać w nieskończoność, lecz pozostaje to, że na gigantycznych obszarach ZSRS liczebność
wojsk przeciwników odgrywała decydującą rolę, a zasoby ludzkie i sprzętowe, jakże potrzebne
Ostheer, utracono tamtej zimy.
Cóż można rzec o wspomnianych sojusznikach Rzeszy? Erich von Manstein rozumiał
skalę prowadzonej kampanii – zwłaszcza jej wpływ na wojska sprzymierzeńców (cyt. za:
Stracone zwycięstwa. Wspomnienia 1939–1944, t. 2, przeł. J. Bańbor, Warszawa 2001):
„Kierując jeszcze raz spojrzenie na cały przebieg i rezultaty tej kampanii zimowej 1942–1943
roku w Rosji Południowej, musimy przyznać, to […] niezaprzeczalnie duży sukces przypadł
stronie sowieckiej. Sowietom udało się okrążyć i zniszczyć całą 6. Armię, najsilniejszą ze
wszystkich armii niemieckich. Ponadto Sowieci unicestwili cztery sojusznicze armie, walczące
po stronie niemieckiej. Poległo wielu dzielnych żołnierzy tychże armii [kursywa autora]. Bardzo
liczni poszli do niewoli sowieckiej. Resztki tych armii zostały rozwiązane i prędzej czy później
należało je wycofać [ze strefy operacyjnej]”.
Manstein nigdy nie szafował pochwałami; w rzeczywistości jego uwagi i komentarze
nierzadko bywały nader zjadliwe, więc warto zwrócić uwagę na przytoczony, cokolwiek
powściągliwy, hołd złożony waleczności sojuszników Niemiec.
Na tyłach

W krajach Osi wieści znad Donu wywołały wstrząs. Na rozległych równinach Węgier
i Rumunii, w miastach i miasteczkach północnych Włoch i nad Dunajem setki tysięcy rodzin
otrzymało budzące grozę powiadomienia, że ktoś z ich bliskich – ojciec, brat, syn – zginął, został
ranny albo zaginął. Największą tragedię stanowiło to wśród zżytych ze sobą mieszkańców
Karpat, Dolomitów i Apeninów, gdzie całe społeczności pozostały bez środków do życia, gdy ich
młodzieńcy padli na odległych stepach. Młody oficer strzelców alpejskich, Nuto Revelli, odniósł
rany w walkach, ale przeżył. Sprowadzony do ojczystych Włoch, mówił o przejeździe pociągiem
przez wsie i miasteczka, z których pochodzili rekruci służący w Dywizji „Julia”: „Na każdej
stacji była gromadka kobiet ubranych na czarno, już w żałobie, wypytujących nas o nowiny.
Pokazywały fotografie swoich krewnych, chciały znać losy Dywizji «Julia». Wiedzieliśmy tylko
tyle, że «Julia» została prawie całkowicie zniszczona na froncie rosyjskim. Nie mieliśmy pojęcia,
co im mówić”.
Wśród biernej dotąd ludności zapanowało wzburzenie i rozlegały się głośne słowa
sprzeciwu wobec drogi, na którą weszli przywódcy krajów. Zgiełk bitew i klęsk w południowej
Rosji usłyszano w siedzibach rządowych w Budapeszcie, Bukareszcie i Rzymie.
Włochy

Kiedy Nuto Revelli powracał do kraju po katastrofie nad Donem, wstrząśnięty Benito
Mussolini usiłował jakoś pogodzić się z tym, że jego wielkie ambicje wschodnie legły w gruzach.
Na Ukrainie Giorgio Geddes uczestniczył w próbach reorganizacji znajdujących się tam wojsk
włoskich: „Trzeba było się zdecydować, czy przerzucić 8. Armię na północ, w kierunku Homla,
czy też wycofać ją na dobre do kraju. Kiedy Hitler i Duce to rozważali, resztki włoskiej 8. Armii
stacjonowały w okolicach Donu, nadal prowadziły działania i miały przejść pod komendę von
Mackensena [noszącego monokl pruskiego arystokraty i dowódcy formacji pancernych
Eberharda von Mackensena], dowodzącego 1. Armią Pancerną pomimo fatalnych już w tym
czasie wzajemnych relacji między Niemcami a Włochami”.
W związku z rezultatami operacji „Mały Saturn” nie dziwi, że podjęto decyzję
o wycofaniu ze Związku Sowieckiego prawie wszystkich ocalałych włoskich jednostek na
froncie wschodnim. 8. Armia została następnie w niesławie rozwiązana; jej dywizje albo
przestały istnieć, albo odtworzono je z dala od teatrów wojny. Włochy miały już nie odegrać
żadnej militarnej roli na froncie rosyjskim.
Dla faszystowskich Włoch wojenne perspektywy, rysujące się tak optymistycznie w 1940
i 1941 roku, zaczęły się przedstawiać nadzwyczaj ponuro. Okręty Regia Marina (Włoskiej
Marynarki Wojennej), które miały niepodzielnie zapanować na Morzu Śródziemnym, do tego
czasu w większości poszły na dno tegoż morza. Regio Aeronautica, czyli lotnictwo bojowe, od
dawna uważane za elitę rumuńskich sił zbrojnych, utraciło większość samolotów, a jego żałosne
niedobitki wycofano do ochrony kontynentalnych Włoch przed bombowcami alianckimi.
Afrykańskie imperium Mussoliniego, zdobywane niegdyś za cenę wielkich nakładów i daniny
krwi, znalazło się prawie w całości w rękach Brytyjczyków, a armia lądowa, która broniła
kolonialnych posiadłości, ponosiła kolejne klęski.
Pomimo tak rozpaczliwych rezultatów Włochy oddały wszystko, co mogły, na rzecz
wsparcia wysiłku wojennego Osi; powołały pod broń prawie tylu ludzi, ile Wielka Brytania
(Włosi – 4,5 mln, Brytyjczycy – 4,6 mln), i „wycisnęły” dosłownie wszystko ze swego słabego
zaplecza przemysłowego i rolniczego. Cała pompatyczna bufonada Duce nie była już w stanie
przesłonić dramatycznej sytuacji Włoch, gdy kraj ten zmierzał nieuchronnie ku klęsce, zagrożony
inwazją aliancką. Na przemysłowej północy tysiące robotników przerwało pracę i wyległo na
ulice z żądaniami „pokoju i wolności”. Wielkie zakłady Fiata w Turynie zastrajkowały,
produkcja stanęła też w głównym ośrodku przemysłowym – Mediolanie. Do tego czasu
w walkach zginęło już prawie 300 000 Włochów, gospodarka legła w gruzach i szerzył się głód –
gdy najpierw padła Sycylia, a potem alianci rozpoczęli z przyczółków na południu kraju marsz na
północ, ku Rzymowi.
Skutki były nieuchronne.
Niewysoki i drobny monarcha Wiktor Emanuel III, rozpaczliwie usiłujący utrzymać się
na tronie, pozbawił władzy Duce i powołał nowy rząd pod kierownictwem marszałka Pietra
Badoglia. Następnie, mimo składanych przez Badoglia oficjalnych zapewnień o utrzymaniu
przymierza z Berlinem, trzyipółletnia wojna Włochów z aliantami nagle się zakończyła, gdy 13
października 1943 roku Włochy przeszły na stronę sprzymierzonych. Niegdysiejszy faszystowski
sojusznik nazistowskich Niemiec miał odtąd wojować „u boku” aliantów przeciw Trzeciej
Rzeszy. W błyskawicznej operacji przeprowadzonej we Włoszech i na Bałkanach setki tysięcy
żołnierzy włoskich rozbroili byli niemieccy towarzysze broni. Wielką ich liczbę zatrzymano
i wysłano na roboty przymusowe do Rzeszy. Zamierzano zastraszyć Włochów, by nie stawiali
zbrojnego oporu.
Oddziały Wehrmachtu zmasakrowały 5000 żołnierzy włoskiej 33. Dywizji Piechoty
„Acqui” na okupowanej greckiej wyspie Kefalonia. Wydarzenia te posłużyły za kanwę
popularnej powieści Louisa de Berniéresa Captain Corelli’s Mandolin oraz hollywoodzkiego
filmu z Nicholasem Cage’em i Penélope Cruz w rolach głównych (w Polsce znanego pt. Kapitan
Corelli).
Niemcy uwolnili za sprawą śmiałej akcji komandosów z oddziałów spadochronowych
przetrzymywanego w górach zgorzkniałego Mussoliniego. Były dyktator stanął na czele
marionetkowej republiki faszystowskiej w zajętych przez Niemców północnych Włoszech.
Dla Włochów wojenne cierpienia miały potrwać aż do czasu ostatecznej kapitulacji
Niemiec. Obok zaciekłych zmagań z Wehrmachtem na północy kraju toczyła się niemal równie
krwawa wojna domowa na pozostałych obszarach włoskich, gdzie zwalczali się wzajemnie
monarchiści, faszyści, socjaliści i komuniści. Jeszcze ponad 100 000 Włochów zginęło
w końcowej fazie wojny światowej, a wielu z nich straciło życie z rąk swoich rodaków – w tym
także Mussolini, rozstrzelany wraz ze swoją kochanką Clarą Petacci, a następnie powieszony za
nogi w garażu w Mediolanie ku uciesze gawiedzi.
Rumunia – najpoważniejsze reperkusje

Rumuni nie poszli w ślady Włochów i nie wycofali do kraju reszty swoich wojsk po
walkach nad Donem. Wprawdzie niedobitki rumuńskiej 3. i 4. Armii ściągnięto do Rumunii
w celu odtworzenia ich formacji, jednak aż osiem pełnych dywizji i dziesiątki tysięcy żołnierzy
pozostały na południu Rosji – 10. Dywizja Piechoty oraz 1. i 4. Dywizja Górska na Krymie,
a także 19. Dywizja Piechoty, 6. i 9. Dywizja Kawalerii oraz 2. i 3. Dywizja Górska w Kubaniu.
Gdy do tych jednostek dotarły wieści o klęsce nad Donem, wpłynęło to bardzo źle na ducha
bojowego ich żołnierzy. Niemcy, obawiając się ich reakcji, wycofali te formacje z pierwszej linii
i skierowali je do obrony wybrzeża i zwalczania partyzantki. Posunięcie to, mające na celu
poprawę sytuacji, faktycznie jeszcze ją pogorszyło: we wspomnianych jednostkach dochodziło
do łamania dyscypliny, a bezczynni żołnierze upijali się i popadali w apatię.
W Rumunii niezadowolenie z rządów Antonescu sięgnęło szczytu, a młody król Michał
zaczął obmyślać, jak i kiedy usunąć conducătora i zawrzeć pokój ze Związkiem Sowieckim oraz
zachodnimi aliantami.
Tymczasem wojsko musiało dokonać gruntownej oceny sytuacji i postarać się uratować
to, co się dało, z pobojowiska pozostałego po operacjach „Uran” i „Mały Saturn”. Najistotniejsza
była potrzeba odtworzenia wartościowych sił pancernych. Niewielka liczba pojazdów rumuńskiej
1. Dywizji Pancernej nadal operowała na froncie w składzie tzw. Grupy Pancernej Nistor.
Kontynuowała ona działania bojowe (wysłano jej żałosne „uzupełnienie” w postaci jedynego
czołgu R-2), natomiast resztę tej dywizji, głównie pododdziały wsparcia i zaopatrzenia, a także
doświadczoną kadrę oficerską i podoficerską, wycofano do kraju w styczniu 1943 roku, gdzie
rozpoczęto proces jej reorganizowania.
Radu Gherghe przeżył walki w Rosji. Objął on nadzór nad odbudową swojej ukochanej
dywizji – co okazało się zadaniem arcytrudnym. W rozpaczliwych staraniach odtworzenia swych
sił pancernych władze w Bukareszcie nakazały przekazanie tej jednostce każdego pojazdu
gąsienicowego, niezależnie od tego, czy był przestarzały, uszkodzony, opancerzony, czy nawet
zdolny do samodzielnej jazdy. Wycofane wcześniej z użycia czołgi Renault R-35 powróciły do
służby, podobnie jak bardzo przestarzałe czołgi wolnobieżne typu FT-17. Pewna liczba R-2,
ewakuowanych z pól bitewnych, przeszła naprawy i otrzymała nowe malowanie.
Improwizowanie było na porządku dziennym. Pojawiły się „nowe” modele, takie jak
TACAM-R-2 – działo samobieżne, ze zdobyczną sowiecką armatą dywizyjną ZiS-3 kal. 76,2 mm
na podwoziu czołgu R-2. Ponadto Rumuni upominali się u Niemców o dostarczenie czołgów
PzKpfw IV i dział szturmowych StuG III, które miały uzupełnić 50 wyremontowanych R-2.
20 marca, gdy nastała wiosna i zaczęło zbliżać się lato, Gherghe odszedł z dywizji,
awansowany na dowódcę I Korpusu. W 1944 roku znalazł się w niemieckiej niewoli, gdy
Rumunia przeszła na stronę sprzymierzonych, i zmarł kilkanaście lat po wojnie, w 1959 roku.
Gherghego zastąpił pierwszy dowódca dywizji, Nicolae Stoenescu. Pod jego komendą rumuńscy
czołgiści kontynuowali mozolny proces odbudowy swojej jednostki przez resztę 1943 roku
i jeszcze w 1944 roku. Antonescu starał się w tym dopomóc, wprowadzając w październiku 1943
roku „zasady organizacji sił pancernych”, co doprowadziło do utworzenia nowego dowództwa
wojsk zmechanizowanych, któremu podlegały odtąd wszystkie rumuńskie jednostki pancerne.
Rumuńska 1. Dywizja Pancerna formalnie zaistniała na nowo.
Mimo że akty prawne brzmiały podniośle i efektownie, to nie produkowały nowych
czołgów. W 1943 i na początku 1944 roku Bukareszt był w stanie wesprzeć front wschodni tylko
dwiema względnie niewielkimi formacjami pancernymi – acz na cud zakrawało to, że w ogóle je
tam wysłano. Pierwszą z nich była tzw. Grupa Cantemir – sukcesor Grupy Pancernej Nistor –
złożona zaledwie z kilku kompanii przestarzałych czołgów, pewnej liczby dział i kilku
batalionów piechoty zmotoryzowanej. Grupa Cantemir walczyła u boku Niemców na południu
Rosji jako samodzielna jednostka.
Druga ze wspomnianych formacji była nieco większa: miała w składzie pełny baon
z mniej więcej 40 czołgami R-2. Wysłano ją na wschód w celu wzmocnienia pięciu rumuńskich
jednostek operujących na Ukrainie.
Obie te grupy nieźle spisywały się w walkach mimo nieszczególnej wartości bojowej,
lecz, co nie powinno dziwić, do czasu ściągnięcia ich z powrotem do kraju w marcu 1944 roku
pozostało im obu tylko dziesięć sprawnych czołgów. Resztę, wraz z setkami żołnierzy,
porzucono w Rosji. Mimo wszystko niedobitki z tych jednostek włączono do zreorganizowanej
formacji Stoenescu, której nadano pompatyczną nazwę 1. Dywizji Pancernej „Wielka Rumunia”.
Kiedy dywizja ta nieomalże osiągnęła już gotowość bojową, rumuńskie Ministerstwo Obrony
ponownie uznało, że Stoenescu nie jest osobą, która powinna poprowadzić ją do walki. Można
zrozumieć, że czuł się rozgoryczony, choć może raczej odczuł z tego powodu ulgę. W jego
miejsce wyznaczono odznaczonego Krzyżem Rycerskim Radu Kornego. Korne, awansowany do
rangi generalskiej po śmiałym i energicznym dowodzeniu zaimprowizowanym oddziałem
Rumunów w czasie sowieckiej operacji „Uran”, otrzymał rozkazy przejazdu wraz ze swoimi 60
czołgami i działami szturmowymi na wschód, do Mołdawii, gdzie miał wyczekiwać na
nadciągające wojska Armii Czerwonej.
Bakcyl rozkładu

Miesiąc później, w kwietniu 1944 roku, gdy Armia Czerwona przystąpiła do wyzwalania
Krymu, bitni wcześniej żołnierze z Wołoszczyzny i znad Dunaju, służący w 10. Dywizji
Piechoty, nie stawili większego oporu. Dywizja błyskawicznie poszła w rozsypkę, a Rumuni nie
chcieli już walczyć i ginąć w wojnie, w której sens przestali wierzyć. Reakcja OKW była tym
razem o wiele szybsza w porównaniu z wahaniami, które charakteryzowały kampanię nad
Donem. Wydano rozkaz wycofania oddziałów tej jednostki – wraz z innymi rumuńskimi
dywizjami znajdującymi się jeszcze w Rosji – i włączenia ich w skład odtworzonych 3. i 4.
Armii, stacjonujących w tym czasie w Besarabii, gdzie szykowały się do obrony ziem
odzyskanych w 1941 roku w pierwszej fazie planu „Barbarossa”.
W obronie rumuńskich ziem

Ponad trzy lata od chwili rozpoczęcia planu „Barbarossa” Ostheer były już tylko cieniem
dawnej potęgi i mogły wydzielić jedynie słabą i źle wyposażoną 8. Armię oraz, osobliwym
zrządzeniem losu, odtworzoną 6. Armię do wspomożenia Rumunów w obronie rzeczonego
regionu. Wszystkie cztery wspomniane armie polowe znajdowały się w opłakanym stanie, gdy
sowiecki grom uderzył w sierpniu. Stało się to, co było do przewidzenia: rumuńskie formacje
poszły w rozsypkę, a tysiące żołnierzy poddawały się bez walki. Nie dotyczyło to wszak Kornego
i ludzi z jego 1. Dywizji Pancernej „Wielka Rumunia”, którzy uruchomili swoje pojazdy,
załadowali broń i wyruszyli naprzeciw siłom Armii Czerwonej. Gdy linia frontu się rozpadła
i wszędzie pojawiły się w niej wyrwy i luki, rumuńscy czołgiści w pocie czoła przeprowadzali
kolejne kontrataki. Kazali atakującym Sowietom słono płacić za zdobyty teren, lecz
równocześnie sami ponosili olbrzymie straty.
Wojska sowieckie twardo stanęły na rumuńskiej ziemi i jasne było dla każdego, że gra
dobiegła końca – dla każdego z wyjątkiem Antonescu. Rumuński dyktator nadal nie chciał
zerwać sojuszu z Berlinem. 23 sierpnia, na spotkaniu z królem w pałacu tego ostatniego, gdy
Sowieci zdołali już przełamać linię frontu w Mołdawii i Besarabii, rumuńskie siły powietrzne
uległy zniszczeniu, a wojska lądowe nie stawiały zorganizowanego oporu, następującymi
słowami odpowiedział na żądanie monarchy, by zawrzeć pokój: „Postaramy się utrzymać
ufortyfikowaną linię Fokszany–Oancea–Bołgrad siłami batalionów rekrutów, które
rozlokowałem tam razem z innymi wojskami [ściągniętymi] z głębi kraju. […] Jeżeli nie
zatrzymamy wroga na tej linii, wycofamy się w góry i spróbujemy bronić się tam. Nie możemy
porzucić Niemców”.
Król Michał nie miał wyjścia. Dał umówiony wcześniej znak i wezwał swego adiutanta,
który niezwłocznie zaaresztował conducătora i zamknął go w schowku, w którym ojciec króla
niegdyś trzymał cenną kolekcję znaczków pocztowych.
Tego samego wieczoru monarcha przemówił przez radio do narodu: „Rumuni! W tej
najtrudniejszej godzinie w naszej historii postanowiłem, jednomyślnie ze swymi poddanymi, że
jedyny sposób na ocalenie kraju od całkowitej katastrofy to wycofanie się z sojuszu z państwami
Osi i natychmiastowe przerwanie wojny z Narodami Zjednoczonymi [w owym czasie takim
mianem często określano koalicję Wielkiej Brytanii, USA i Związku Sowieckiego]. […] Od tej
chwili ustają walki z wojskami sowieckimi i wszelkie działania przeciwko nim, podobnie kończy
się stan wojny z Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi […]”.
Za jednym zamachem wszystko się skończyło – taki był, w każdym razie, zamiar.
Przebywające na obszarze Rumunii niemieckie jednostki znalazły się w izolacji, zagrożone
okrążeniem i zniszczeniem. Ponadto dla nazistowskich Niemiec taki obrót wydarzeń oznaczał
utratę okolic Ploeszti, a wraz z nimi ostatniego większego źródła ropy naftowej. Od tej pory
niemieckie siły zbrojne były coraz mniej mobilne: samoloty Luftwaffe nie mogły startować,
okręty nawodne i U-Booty stały na kotwicy w portach, a wojskom lądowym brakowało czołgów
i samochodów ciężarowych. Żołnierze przemieszczali się pieszo, na rowerach lub konno.
Kiedy pozbawieni paliwa Niemcy umykali na zachód, Rumuni niespokojnie zwrócili się
ku nieprzyjaciołom, którzy nagle stali się sojusznikami: Armii Czerwonej. Sowieci,
nieprzekonani o lojalności swoich nowych towarzyszy broni, internowali większość rumuńskich
wojskowych, w tym personel rumuńskiej 1. Dywizji Pancernej, w pospiesznie założonych
obozach jenieckich. Zastępca dowódcy wchodzącego w skład tej jednostki 1. Pułku Pancernego,
podpułkownik Gherghe Matei, po pewnym czasie odzyskał wolność i stanął na czele
niewielkiego oddziału, wydzielonego z tej dywizji, złożonego z około tysiąca żołnierzy z pewną
liczbą czołgów i dział szturmowych. Wysłano go wraz z resztą zreformowanej armii rumuńskiej
do walki z Niemcami i ich węgierskimi sprzymierzeńcami w Siedmiogrodzie, gdzie Sowieci
wykorzystali Rumunów w roli mięsa armatniego.
Dla Rumunii kampania siedmiogrodzka okazała się całkowitym fiaskiem, katastrofą
niemal równie wielką jak ta nad Donem. Kolejnych 170 000 żołnierzy zabitych lub okaleczonych
dopisano do listy 615 000 ofiar walk na froncie rosyjskim od 1941 roku; wiele z tych ostatnich
wciąż przebywało w sowieckich obozach jenieckich i tylko nieliczni mieli z nich kiedykolwiek
powrócić.
Jeśli chodzi o rumuńskie siły pancerne, to porozumienie pokojowe, podpisane nieco
później, położyło kres krótkiemu istnieniu 1. Dywizji Pancernej „Wielka Rumunia”,
rozformowanej wraz z dywizją szkolną, ośrodkiem szkolenia czołgistów oraz całym
dowództwem wojsk zmechanizowanych. Jedyny wyjątek uczyniono dla tak zwanego 2. Pułku
Pancernego – w rzeczywistości był to słaby batalion – rzuconego, podobnie jak jednostka
Gherghe Mateia, na front do walki z Niemcami. Przerzucony na Słowację na początku 1945 roku
i przydzielony do jednego z korpusów pancernych Armii Czerwonej pułk często bywał
traktowany przez sowieckich „towarzyszy broni” z nieskrywaną pogardą, mimo że został aż
czterokrotnie wyróżniony pochwalnymi wzmiankami za dzielność w walkach przez sowieckie
naczelne dowództwo. Rumuni, którym brakowało zaopatrzenia i uzupełnień, a nierzadko
kierowani tam, gdzie trwały najbardziej zacięte zmagania, utracili w ciągu zaledwie dwóch
miesięcy ponad 90 procent swoich pojazdów i 50 procent żołnierzy. Pułk ten ostatecznie
rozwiązano w marcu 1945 roku, a wraz z tym zakończyły się dzieje bojowe słabych rumuńskich
sił pancernych w latach drugiej wojny światowej.
Niechętni sojusznicy Rzeszy – Finlandia i Bułgaria

Aż przez dwa i pół roku Finowie nie ruszyli się z pozycji, które zajęli pod koniec 1941
roku – zasadniczo zatrzymali się na swojej dawnej granicy sprzed wojny zimowej. Osiągnąwszy
wojenne cele, marszałek Mannerheim i jego rząd postanowili biernie się przyglądać, jak Ostheer
i Armia Czerwona toczą śmiertelny bój na ponad 1500-kilometrowym froncie. W trakcie tych
miesięcy pasywność przerodziła się w gnuśność. Niegdyś sprawna i chwalona armia fińska nie
wykorzystała należycie tego czasu. Podobnie jak w 1939 roku, Finowie mieli mało czołgów,
samolotów i ciężkich dział, a teraz byli zdani w zupełności na umocnienia Linii Mannerheima
i jej ciągnące się wiele kilometrów okopy, a także betonowe bunkry, które miały powstrzymać
Armię Czerwoną. Wcześniej podobną złudną wiarę alianci zachodni pokładali w Linii Maginota.
(Chodzi o osławioną francuską linię fortyfikacji, wybudowanych gigantycznym kosztem po
pierwszej wojnie światowej i mających zapobiec kolejnej niemieckiej inwazji. Umocnienia te
nazwano na cześć francuskiego ministra obrony, który zainicjował ich budowę – André
Maginota. Sam Maginot zmarł na dur brzuszny po zjedzeniu nieświeżych ostryg, natomiast jego
„twór” poniósł spektakularne fiasko w 1940 roku, gdy Niemcy w błyskawicznej kampanii po
prostu ominęli tę linię).
W czerwcu 1944 roku Sowieci dowiedli Finom, że Linia Mannerheima była równie
zawodna jak inne pasy statycznych umocnień. Zaatakowali ją siłami prawie 500 000 żołnierzy,
wspieranych przez setki czołgów i tysiące dział. Finowie, unieruchomieni na swojej linii obrony,
utracili główny atut w postaci ruchliwości i musieli prowadzić zmagania pozycyjne bez żadnych
szans na zwycięstwo. Ostatecznie załamali się pod naporem przeciwnika i przeszli do odwrotu.
Po raz pierwszy w czasie tej wojny niektóre z ich jednostek wpadły w popłoch i bezładnie
uciekły. Finowie ponieśli bardzo ciężkie straty. Z końcem sierpnia zdali sobie sprawę, że koniec
jest bliski. Rozpaczliwie próbujący uniknąć całkowitej klęski i sowieckiej okupacji Mannerheim
zwrócił się do Moskwy z propozycją rozejmu, który po uzgodnieniu warunków wszedł w życie 5
września 1944 roku. Kreml zażądał od Finów m.in. niezwłocznego usunięcia z terytorium ich
kraju wszystkich wojsk niemieckich, które tam stacjonowały, i choć, o dziwo, udało się do tego
doprowadzić względnie łatwo, to tu i ówdzie musiało dochodzić do spięć. W chaosie, jaki
zapanował, zdarzały się zbrojne starcia, a żołnierze, którzy zaledwie kilka tygodni wcześniej byli
towarzyszami broni, zabijali się wzajemnie. Nazwiska fińskich ofiar tych potyczek dopisano do
listy 90 000 ich rodaków, którzy zginęli wcześniej podczas wojny.
Bułgarom, tak jak Finom, udało się nie wziąć poważniejszego udziału w kampanii
wschodniej. Zdołali nawet zachować większość swoich sił zbrojnych z pierwszych dni planu
„Barbarossa”. Odmowę wysłania przez Bułgarię wojsk do Rosji car Borys podtrzymał podczas
nader burzliwego spotkania z Hitlerem w kwaterze głównej Führera wśród sosnowych lasów
koło Kętrzyna w Prusach Wschodnich. W ciągu dwóch tygodni po tej rozmowie car już nie żył –
oficjalnie zmarł na niewydolność serca.
Jego śmierć była dla Bułgarów dotkliwym ciosem. Car Borys cieszył się szacunkiem
swojego narodu, uznany za „zjednoczyciela”, który na początku wojny doprowadził do
przyłączenia do Bułgarii Macedonii, do której zgłaszały roszczenia również inne kraje. Jako
jeden z nielicznych potrafił oprzeć się żądaniom i otwartym pogróżkom Hitlera, i nie tylko
odmówił wysłania swych wojsk na front wschodni, lecz także konsekwentnie przeciwstawiał się
wydaniu nazistom 50 000 bułgarskich Żydów. W związku z tym wielu podejrzewało, że naziści
otruli monarchę, aby się go pozbyć, wprowadzić w Bułgarii bardziej uległy reżim i ustanowić
formalne rządy 6-letniego syna cara Borysa, Symeona II. Jeśli tak było naprawdę, to próba ta
zakończyła się fiaskiem. Polityka nowego rządu młodocianego cara wobec Rosji Sowieckiej nie
uległa zmianie – nadal polegała na starannym wystrzeganiu się wszelkich wrogich kroków wobec
ZSRS – a 23 bułgarskie dywizje nie wyruszyły na wschód. W istocie temu wojsku brakowało
prawie wszystkiego, czego potrzebuje nowoczesna armia, nawet koni. Choć armia bułgarska
miała jedną brygadę pancerną wyposażoną w 60 czołgów dostarczonych przez Niemców – były
to przestarzałe „konie robocze” PzKpfw 38(t), wszechobecne w jednostkach pancernych krajów
Osi, a także nieliczne cięższe PzKpfw IV – dodatkowo 60 francuskich Renault R-35 (tych
samych, które armia rumuńska wycofała z uzbrojenia pod koniec 1941 roku, następnie ponownie
zmuszona wprowadzić je do służby i przerzucić nad Don wobec braku innego odpowiedniego
sprzętu).
Gdy Armia Czerwona podeszła do granic Bułgarii rok po śmierci cara Borysa, w kraju
wyczuwało się nastrój paniki. Bułgarska Partia Komunistyczna przechwyciła inicjatywę i 9
września obaliła rząd premiera Konstantina Murawiewa, mimo że sowieckie czołgi dopiero
pędziły w kierunku Sofii. Monarchię zlikwidowano na zawsze, a władzę objął prokomunistyczny
Rząd Frontu Ojczyźnianego pod kierunkiem Kimona Georgiewa. Nowy reżim natychmiast
podpisał porozumienie pokojowe z Moskwą i przeszedł na stronę aliancką. W bardzo krótkim
czasie z sił zbrojnych zniknęła stara kadra. Formacje wojskowe przekształcono w „brygady
narodowowyzwoleńcze”, obsadzone w sowieckim stylu komisarzami politycznymi. Sowieci
zadbali o to, by przejąć ścisły nadzór nad swoimi nowymi sojusznikami. Objęli oni bezpośrednie
dowództwo nad bułgarskimi wojskami. Podobnie jak postąpili z Rumunami, często
wykorzystywali je jako „mięso armatnie” i kierowali tam, gdzie walki z Niemcami były
najbardziej zaciekłe. Najpierw Bułgarzy otrzymali zadanie powstrzymania odwrotu niemieckiej
Grupy Armii E z Grecji, a następnie zorganizowania pościgu za wycofującymi się jednostkami
Wehrmachtu aż do Austrii. Tam 13 maja 1945 roku oddziały bułgarskie napotkały nadciągające
z zachodu wojska brytyjskie, kiedy walki w Europie w końcu ustały. Armia bułgarska straciła
ogółem 32 000 zabitych, rannych i zaginionych. Nagrodą Moskwy za tę daninę krwi było ponad
50 lat rządów komunistów, naznaczonych prześladowaniami i korupcją.
Chorwacja i Słowacja – koniec niepodległości

Po walkach nad Donem Chorwaci i Słowacy zachowywali formalną niepodległość


jeszcze przez niecałe trzy lata.
W Chorwacji, tym pięknym kraju kamienistych plaż, wonnych lasów sosnowych
i ośnieżonych górskich wierzchołków, niesłychane barbarzyństwo reżimu ustaszów Ante
Pavelicia sprzyjało tylko rozrostowi partyzanckiej armii Josipa Broza-Tito (od czasu powstania
chorwackiego państwa). Gdy zdziczałe zbiry Pavelicia mordowały Żydów, serbskich
wieśniaków, muzułmańskich rolników i rzemieślników, podkopywały fundamenty swojego
marionetkowego państewka. Jesienią 1943 roku, kiedy kapitulacja Włoch oznaczała znaczne
ograniczenie wsparcia dla zbrodniczego rządu w Zagrzebiu, wojna domowa w Chorwacji
rozpętała się na dobre. Pavelić pilnie potrzebował ludzi do walki na froncie wewnętrznym.
Wysłanie kolejnych na wschód po prostu nie wchodziło w rachubę. Już utracił tam kilka tysięcy
swoich najlepszych żołnierzy z 369. pułku i Lekkiej Brygady Transportowej i nie zamierzał
powtórzyć tego błędu.
Kiedy formacje Wehrmachtu ostatecznie opuściły Bałkany pomiędzy schyłkiem 1944
roku a początkami 1945 roku, chorwacki dyktator pokazał swoje prawdziwe oblicze i uciekł do
rządzonej przez generała Francisca Franco faszystowskiej Hiszpanii, aby ocalić własną skórę
i uniknąć jakże zasłużonej kary. Bez niego ludobójczy reżim ekstremistów, oportunistów
i pochlebców zawalił się jak domek z kart. Państwo chorwackie przestało istnieć. Miejscowi
komuniści wyzwolili kraj bez sowieckiej pomocy i na powrót utworzyli z Serbii, Czarnogóry,
Słowenii, Chorwacji, Bośni i Hercegowiny jugosłowiańską federację. Unia ta utrzymała się przez
pięćdziesiąt lat, nim wzajemna nienawiść, która dała o sobie znać tak bardzo w latach drugiej
wojny światowej, ponownie zapłonęła w latach 90. XX wieku.
Słowacy stanowili pewną osobliwość w militarnym obozie Osi: wzięli udział w operacji
„Blau”, ale nie walczyli nad Donem i pod Stalingradem. Faktycznie znaleźli się na Podkaukaziu:
formalnie wchodzili w skład niemieckiej 17. Armii, jednego z najlepszych związków
operacyjnych Wehrmachtu. W czasie odwrotu, podjętego wraz z Niemcami, aby nie znaleźć się
w okrążeniu, niezawodni wcześniej Słowacy jak gdyby stracili zapał do udziału w wojnie oraz
wykonywania pomniejszej roli, jaką przyszło im w niej odgrywać. Pewnego razu jeden ze
słowackich oficerów, porucznik Pavel Marcely, zdezerterował do Sowietów wraz z całą swoją
kompanią, liczącą około stu żołnierzy. Wkrótce potem rozczarowanie przybrało masową skalę,
a bitna wcześniej słowacka 1. Dywizja utraciła 2731 ludzi, którzy zbiegli do Armii Czerwonej
podczas walk pod Melitopolem, miastem leżącym na wschód od Odessy. Pomimo takich
incydentów w raporcie otrzymanym przez dowództwo Wehrmachtu od swojego zespołu
łącznikowego w słowackiej stolicy Bratysławie stwierdzono: „[…] naród słowacki jest dumny, że
słowaccy żołnierze tak dzielnie bronią swoich pozycji, nawet podczas surowej zimy, […] a ich
współpraca z Niemcami przebiega bez zarzutu”.
Można tylko zgadywać, na jakiej podstawie formułowano takie nieprawdziwe opinie.
Rzeczywistość przedstawiała się tak, że kolejny z niemieckich sojuszników z Osi zaczynał sobie
uświadamiać, iż widoki na zwycięstwo się rozwiały i nadchodzi czas rozliczeń.
W OKW do podobnych raportów odnoszono się sceptycznie. Słowaków wycofano z linii
frontu i skierowano ich do drugorzędnych zadań, związanych z zabezpieczaniem zaplecza. Taka
oznaka niewiary w bitność słowackich strzelców jeszcze bardziej osłabiła ich ducha bojowego.
Na początku 1944 roku zaniepokojeni Niemcy rozbroili Słowaków i utworzyli z nich brygady
budowlane, kierowane do kopania transzei i naprawy dróg. Dla frontowych żołnierzy oznaczało
to skrajne upokorzenie, a w Słowacji wywołało bardzo nieprzychylne nastawienie. Słowacy,
podobnie jak wszystkie inne nacje wchodzące w skład Osi, przerażeni niepowstrzymanymi
ofensywami Armii Czerwonej, przystąpili do organizowania nowych dywizji – łącznie trzech,
mających wspomóc obronę ich ojczyzny. W trakcie tego procesu, pod koniec stycznia 1944 roku,
doszło do wybuchu partyzanckiego powstania narodowego. Niemcy szybko przystąpili do jego
dławienia: rozwiązali wspomniane nowe jednostki armii słowackiej, aby te nie przyłączyły się do
insurekcji. Oznaczało to kres młodego, samodzielnego państwa słowackiego oraz jego sił
zbrojnych.
W toku zaciekłych zmagań w sierpniu i we wrześniu 1944 roku nazistowskie Niemcy
utraciły okupowaną Francję oraz ziemie trzech swoich byłych sojuszników: Rumunii, Bułgarii
i Słowacji. Berlin z wielkim trudem utrzymywał w swoim obozie Węgrów, a Chorwacja
stanowiła w tym czasie dla Niemców bardziej zawadę niż wsparcie, ponieważ jej obrona
angażowała ludzi i sprzęt potrzebne rozpaczliwie gdzie indziej. Rozwój wypadków doprowadził
do niebezpiecznego odsłonięcia południowej flanki Ostheer, gdzie brakowało silniejszych wojsk,
poza Madziarami, którzy nie rwali się do walki. Rozpad Osi owej jesieni był dla Niemiec prawie
równie wielką katastrofą jak batalie nad Donem na przełomie 1942 i 1943 roku. I choć około
dwudziestu bułgarskich dywizji miało marne, przestarzałe wyposażenie, to ich wejście do walki
po stronie Rzeszy mogło stanowić jakże cenny zastrzyk wzmacniający dla osłabionego
Wehrmachtu, podobnie jak ewentualna pomoc ze strony tysięcy uzbrojonych Rumunów
i Słowaków.
Jednak nazistowskim Niemcom przyszło wkroczyć w ostatnich ośmiu miesiącach drugiej
wojny światowej tylko z Węgrami u boku jako jedynym poważniejszym sojusznikiem. Jak się
rychło miało okazać – sprzymierzeńcem nie dość silnym.
Węgry – ostatni sojusznik

Rumunia nie była jednym krajem, z którego wojsk pancernych nic nie pozostało na
początku 1943 roku; to samo można powiedzieć o tradycyjnych wrogach Rumunów – Węgrach.
Po utracie w walkach tysięcy żołnierzy i ponad 120 wozów bojowych pokiereszowane niedobitki
1. Polowej Dywizji Pancernej wycofano z Rosji, aby na ich bazie podjąć próbę utworzenia
wymarzonego korpusu pancernego, złożonego z dwóch madziarskich dywizji pancernych. Miano
je teraz uzupełnić ośmioma batalionami dział szturmowych, jednostkami wzorowanymi na
wyposażonych w samobieżne działa pancerne oddziałach organizowanych przez Niemców
w celu zrekompensowania niedostatku czołgów w Panzerwaffe. Z myślą o wyposażeniu tych
nowych formacji władze budapeszteńskie zamówiły nowe pojazdy wojskowe w zakładach
zalążkowego rodzimego przemysłu zbrojeniowego.
Najważniejszym z tych wozów bojowych był wyczekiwany od dawna czołg Turán. Nie
zdążono z opracowaniem go na czas bitew nad Donem, lecz nawet gdy w końcu zaczęły się jego
dostawy, Węgrzy zrozumieli, że wobec błyskawicznego postępu w konstrukcjach czołgowych
potrzebny im jeszcze nowszy, cięższy czołg, lepiej opancerzony i silniej uzbrojony – Turán II.
Powstało też samobieżne działo szturmowe 40/43.M Zrinyi II, z haubicą MAVAG 40/43 L20.5
kal. 105 mm o donośności ok. 13 km. Pojazd ten nazwano na cześć węgierskiego bohatera
narodowego, szlachcica Nikoli Zrinskiego (na Węgrzech znanego jako Miklós Zrinyi), który
walczył z najazdem tureckim i zginął w bitwie pod Szigetvár.
Podobnie jak w przypadku oryginalnego modelu turána, władze budapeszteńskie
powierzyły produkcję nowych pojazdów zakładom Manfred Weiss. Pierwsze zrinyi II i turány II
opuściły hale montażowe w sierpniu 1943 roku. Nowe czołgi trafiły do 2. Dywizji Pancernej i 1.
Dywizji Kawalerii, natomiast samobieżne haubice – do 1. i 10. Batalionu Dział Szturmowych,
choć u węgierskich czołgistów i kawalerzystów te opancerzone machiny nie wzbudziły
szczególnego zachwytu. Dowódca załogi jednego z turánów tak napisał o swoim nowym czołgu:
„Ćwiczyliśmy strzelanie do zniszczonego T-34/85 [późniejszej wersji czołgu T-34 z działem kal.
85 mm] z czołgowej armaty kal. 40 mm. Pocisk tego kalibru przebijał dolną część pancerza
T-34/85 dopiero z 20 m! Przeciwko wieży te pociski były całkowicie bezużyteczne”.
Zasadniczo Turán, mający stanowić odpowiedź węgierskiego przemysłu na
zapotrzebowanie na nowoczesny wóz bojowy, okazał się przestrzały, nim jeszcze oddał choćby
jeden strzał. Nie rokowało to dobrze, mimo to czołgi te zadebiutowały w walkach prawie osiem
miesięcy później. Miały wziąć udział w silnym przeciwuderzeniu, zaplanowanym przez Ostheer
w ukraińskiej Galicji.
17 kwietnia, po wyruszeniu z Sołotwiny do Kołomyi (miasta wcześniej, w lipcu 1941
roku, zajętego przez wojska węgierskie), sto nowych czołgów turán zaczęło powoli przedzierać
się przez zalesioną, pagórkowatą okolicę, w której drogi nadal były rozmiękłe po wiosennych
roztopach. I już wkrótce, zgodnie z przewidywaniami, natknęły się na przeciwnika, do walki
z którym je zaprojektowano – starzejącymi się już w tym czasie, ale nadal świetnymi T-34.
Madziarscy czołgiści wyszli z tego starcia pobici. Do czasu odwołania przeciwuderzenia 26 lipca
ponad trzydzieści turánów I i II uległo zniszczeniu w walkach. Po dwóch latach usilnych prac
konstrukcyjno-produkcyjnych debiut bojowy nowych węgierskich czołgów zakończył się
katastrofalnie.
Mimo to samobieżne haubice typu Zrinyi oraz czołgi Turán wzięły udział w lipcowych
walkach w okolicach Ottynii na Ukrainie, a potem nieco dalej na północy, w polskiej części
Galicji (we wrześniu). Później, gdy Armia Czerwona szykowała się do wkroczenia na Węgry,
ściągnięto je do obrony kraju. Do tego czasu węgierski przemysł ciężki, pozbawiony surowców,
siły roboczej i źródeł energii niemalże przerwał produkcję. W fabrykach udawało się montować
pojedyncze turány i działa samobieżne zrinyi. W najważniejszych zakładach Weissa pracowano
też wtedy jeszcze nad nowym czołgiem średnim/ciężkim 44.M Tas, nazwanym na cześć wodza
Madziarów z IX wieku. Zdołało zbudować tylko prototypowy egzemplarz tego czołgu, który
uległ zniszczeniu podczas nalotu bombowego przeprowadzonego przez amerykańskie lotnictwo
27 lipca 1944 roku. Węgierskie wytwórnie czołgów nie stanęły na wysokości zadania: tylko
niespełna 400 turánów znalazło się na froncie (mniej więcej tyle samo czołgów niemiecki
przemysł produkował w 1944 roku w trzy tygodnie).
Inwazja

Pagórkowate równiny oraz zadbane wsie i miasteczka wschodnich Węgier niebawem


stały się areną wielkiej batalii. Dalej na północy, w Niemczech, Adolf Hitler pogrążał się
w paranoi i obłędzie; nic nie mogło go odwieść od zamiaru właściwie bezsensownej już obrony
węgierskich obszarów. Rzucenie żołnierzy i sprzętu wojskowego do beznadziejnej walki nie
stanowiło bynajmniej honorowej próby udzielenia pomocy sojusznikowi – Hitler nie był zdolny
do takich szlachetnych gestów. Nazistowski przywódca uczepił się raczej iluzorycznej nadziei na
utrzymanie węgierskich ośrodków wydobycia i przetwórstwa ropy naftowej i zapewnienia paliwa
pojazdom swoich kurczących się wojsk pancernych. Skutki okazały się nietrudne do wyobrażenia
– katastrofalny zamęt na gigantyczną, jak na tak niewielki kraj, skalę. Kiedy sowieckie działa,
czołgi i piechota parły na zachód, na Węgrzech załamały się produkcja i dystrybucja żywności,
co doprowadziło do masowego głodu, zwłaszcza w większych miastach. W stolicy oficjalne racje
prowiantu ograniczono do zaledwie 556 kalorii dziennie na osobę, czyli do jednej piątej tego, co
uważano za niezbędne minimum do przeżycia i zachowania zdrowia. Węgierską bazę
przemysłową, eksploatowaną do granic możliwości na rzecz produkcji sprzętu dla wojska,
ogołocili z maszyn niewdzięczni sprzymierzeńcy z Trzeciej Rzeszy. Naziści dopuścili się
szokującego aktu grabieży usankcjonowanego przez Berlin i wywieźli do Niemiec
rozmontowane wyposażenie z ponad pięciuset węgierskich fabryk. Jak się okazało, większość tej
maszynerii pozostała w Rzeszy tylko przez kilka miesięcy, a potem została przejęta przez
Sowietów, którzy wywieźli ją na wschód, ale wcale nie z powrotem na Węgry.
Gdy wynik toczących się zmagań stawał się z dnia na dzień coraz bardziej oczywisty,
regent Miklós Horthy postanowił pójść za przykładem swoich znienawidzonych rumuńskich
sąsiadów. Podjął on rokowania pokojowe, aby zakończyć udział Węgier w jednej z najbardziej
niszczycielskich wojen w historii tego kraju. Tym razem jednak, w odróżnieniu od tego, co
wydarzyło się w Rumunii, Niemcy nie dali się zaskoczyć.
15 października, w ciepłe niedzielne popołudnie, Horthy przemówił do narodu; przez
radio wyemitowano jego zarejestrowane nieco wcześniej wystąpienie: „Węgry zostały zmuszone
do tej wojny z aliantami pod wpływem niemieckich nacisków. […] Dzisiaj jasne jest dla każdej
trzeźwo myślącej osoby, że Rzesza Niemiecka przegrała tę wojnę. Nie staniemy się buforową
strefą walk dla Rzeszy. Uzgodniliśmy przerwanie naszego dalszego udziału w tej walce ze
Związkiem Sowieckim”.
W końcu miał nastać pokój… a że do tego nie doszło, było głównie skutkiem działań
jednego człowieka – austriackiego oficera Waffen-SS, Ottona Skorzeny’ego. (Osobliwym
zbiegiem okoliczności Austria – znana dawno temu jako Ostarrichi [„Wschodnia Komenda”] –
została utworzona w 955 roku przez saskiego króla Ottona jako bufor przeciwko najazdom
tychże Madziarów). Skorzeny był ekstrawaganckim egotystą i za sprawą swego udziału w akcji
uwolnienia Mussoliniego jednym z ulubieńców Hitlera – sukces tej operacji niezmiennie
przypisywał sobie, mimo że przeprowadziły ją w istocie oddziały Fallschirmjäger
(spadochronowe), a nie Waffen-SS. Jednakże w Budapeszcie dowiódł Hitlerowi swej
przydatności: praktycznie zniweczył efekt wspomnianego przemówienia Horthyego. Na czele
mieszanej formacji, złożonej z esesmanów i czołgów, otoczył Wzgórze Zamkowe, gdzie
znajdowała się siedziba rządu, i dał do zrozumienia podstarzałemu Horthyemu, że ma do
dyspozycji potężne siły, które obrócą Budapeszt w gruzy, jeśli regent nie ustąpi. Poinformował
też Horthyego, że uprowadził jego znanego z hulaszczego trybu życia ocalałego syna, Miklósa
juniora, a o bezpieczeństwie tego ostatniego może zadecydować wyłącznie uległość jego ojca.
Wciąż zrozpaczony z powodu śmierci drugiego ze swoich synów, Istvána, na froncie rosyjskim
Horthy nie mógł znieść myśli o utracie ocalałego potomka i dał za wygraną.
W rezultacie w odbiornikach radiowych w całych Węgrzech rozbrzmiała wyemitowana
przez ogólnokrajową rozgłośnię wojskowa muzyka, a potem poinformowano słuchaczy
o „pomyłce” – Węgry nadal pozostały sojusznikiem Niemiec, a wojna trwała dalej.
Do początków 1945 roku Węgry przeobraziły się w morze gruzów, a Budapeszt –
w wielką kostnicę. Krwawym finałem oblężenia węgierskiej stolicy była próba przebicia się na
zachód ostatnich ocalałych kawalerzystów z dwóch dywizji Waffen-SS, „Florian Geyer” i „Maria
Theresia”. Z tysięcy żołnierzy z oblężonego miasta wydostało się ostatecznie mniej więcej tylko
700. Po tym ostatnim akcie tragedii Budapesztu Węgry wystąpiły z Osi i znalazły się po stronie
alianckiej. Oficjalnie wypowiedziały wojnę Niemcom 31 grudnia 1944 roku. Moskwa postąpiła
z Węgrami tak samo jak z pozostałymi ze swych „nowych przyjaciół”: wycisnęła z Madziarów,
co się dało; rzuciła węgierskie wojska do walki z wycofującymi się jednostkami Wehrmachtu
i Waffen-SS oraz tysięcznymi zastępami tych Węgrów, którzy nie odstąpili od sojuszu
z Niemcami. Wśród tychże znalazły się niedobitki węgierskiej 2. Dywizji Pancernej – resztki
doborowych niegdyś wojsk pancernych tego kraju – które walczyły do samego końca
(ostatecznie poddały się Armii Czerwonej w austriackiej Styrii w ostatnich dniach kwietnia 1945
roku).
Rozdział 13

Pokłosie

Warto pamiętać o tym, że sowiecka niewola w latach drugiej wojny światowej często
oznaczała śmierć – z czego Niemcy i ich sojusznicy zdawali sobie sprawę. W czasie tego
konfliktu zbrojnego i tuż po jego zakończeniu ponad 11 mln niemieckich żołnierzy znalazło się
w niewoli. Mimo że większość jednostek Wehrmachtu walczyła na froncie wschodnim, tylko
nieco ponad 3 mln Niemców złożyło broń przez jednostkami Armii Czerwonej. Zwłaszcza gdy
wojna zbliżała się już do końca, każdy człowiek w niemieckim mundurze, który rozporządzał
jakimś pojazdem lub choćby mógł przemieszczać się o własnych siłach, umykał na zachód, by
poddać się Brytyjczykom albo Amerykanom – lub nawet Francuzom. Nikogo to specjalnie nie
dziwiło.
Podczas kolacji drugiego wieczoru konferencji sprzymierzonych mocarstw w Teheranie
w 1943 roku Stalin wzniósł toast za „egzekucję pięćdziesięciu do stu tysięcy niemieckich
dowódców” – przy stole, przy którym zasiadali także prezydent USA, Franklin D. Roosevelt,
i brytyjski premier, Winston S. Churchill. Churchilla wielce to wzburzyło i odpowiedział
Stalinowi bez ogródek i wojowniczo: „Wolałbym, żeby teraz zabrano mnie tu, do ogrodu
i zastrzelono, aniżeli skalać siebie i mój kraj tak haniebnym czynem”.
Roosevelt, człowiek błyskotliwy, lecz w czasie tych rozmów oczarowany i zdominowany
przez sowieckiego dyktatora, obrócił sprawę w żart. Powiedział, że może wystarczyłoby
rozstrzelać 49 000. Dowcip ten nie wydał się Churchillowi zabawny; na pewno nie rozbawiłby
też ponad miliona niemieckich jeńców, którzy zmarli w sowieckiej niewoli, ani dziesiątków
tysięcy rosyjskich antykomunistów, Ukraińców, Kozaków, mieszkańców Kaukazu i krajów
bałtyckich, przekazanych przez zachodnich aliantów Sowietom w Judenburgu i Odessie – ci
wkrótce zostali bez ceregieli zlikwidowani.
Sojusznicy Rzeszy z państw Osi ponieśli mniejsze od Niemiec, jednak równie straszliwe
ofiary: ogółem 309 000 Rumunów, 80 000 Węgrów i 70 000 Włochów zesłano na wschód, na
powolną śmierć w sowieckiej niewoli. Przeżycie w niej niemal graniczyło z cudem. Pobyt
w jenieckich łagrach w ZSRS przetrwało zaledwie 16 000 Włochów i równie nieznaczny odsetek
jeńców rumuńskich i węgierskich. Sowieci nie ograniczyli się do okupacji byłych
wschodnioeuropejskich krajów Osi; okres prześladowań dopiero się tam zaczynał.
Na Węgrzech w ciągu pierwszych pięciu lat po wojnie Armia Czerwona i NKWD
wyłapały ponad 600 000 cywilów i byłych żołnierzy. Bez specjalnego powodu zesłano ich do
katorżniczych łagrów. Naoczny świadek tamtych wydarzeń, węgierski lekarz Zoltan Toth,
aresztowany w Budapeszcie w 1945 roku, relacjonował: „Jeśli Rosjanie zobaczyli więźnia
w porządnych, mało znoszonych butach, wyprowadzali go z szeregu, strzelali mu w głowę
i ściągali z niego obuwie”.
Ci, którzy przeżyli, wykazywali się wielką determinacją i siłą woli, a czasem po prostu
sprzyjało im szczęście. Niemiecki oficer i arystokrata, hrabia Heinrich von Einsiedel, powrócił do
kraju ze Związku Sowieckiego jednym z pierwszych transportów po stalinowskiej amnestii dla
„dobrych więźniów” w 1950 roku. Tak opisał swoich towarzyszy niedoli: „Zagłodzone,
wycieńczone szkielety; ludzkie wraki, cierpiące na dyzenterię z niedożywienia, wychudłe postaci
z drżącymi kończynami, szarymi twarzami bez wyrazu i zapadniętymi oczami, które ożywiały się
tylko na widok chleba albo papierosa”.
Na nieludzkie traktowanie bezbronnych jeńców i więźniów w Związku Sowieckim trzeba
spojrzeć przez pryzmat bestialstwa, jakim wykazywali się naziści wobec jeńców sowieckich
i ludności ZSRS. Na sojuszników Niemców z Osi spadała część winy za te okrucieństwa. Nawet
suche zestawienia statystyczne są zatrważające; Niemcy i ich sprzymierzeńcy wzięli do niewoli
w czasie walk ok. 5,7 mln czerwonoarmistów – większość z nich w 1941 i 1942 roku. Jeńcy ci
byli systematycznie morzeni głodem, zaniedbywani, bici, zmuszani do pracy w nieznośnych
warunkach oraz zabijani bez sądu. W rezultacie aż 3,3 mln z nich zmarło bądź zginęło w niewoli,
a życie straciło także ponad 20 mln sowieckich cywilów, w tym mnóstwo kobiet i dzieci,
rozmyślnie skazanych na śmierć głodową, jak to przewidziano w niemieckim dokumencie,
znanym jako Der Backe-plan lub Hungerplan („plan głodowy”). Ów plan, opracowany przez
niemieckiego ekonomistę Herberta Backego, zakładał unicestwienie całych grup ludności na
ziemiach wschodnich uznanych przez władze nazistowskie za „zbyteczne” za sprawą
drastycznego ograniczenia racji żywnościowych przysługujących sowieckim cywilom
w miastach i na terenach rolniczych. Takie nieludzkie postępowanie oczywiście nie
usprawiedliwia wymordowania z nakazu Moskwy setek tysięcy nieprzyjacielskich jeńców
i więźniów, ale w każdym razie pozwala ująć sowieckie zbrodnie w nieco innym kontekście.
Sojusznicy Niemiec z Osi a zagłada Żydów

Holokaust był ludobójstwem na tak wielką skalę, że jeszcze dziś, po upływie


siedemdziesięciu lat, wspomnienie o nim mrozi krew w żyłach i szokuje. Antysemityzm
europejski ma długą i ponurą historię, lecz wprzęgnięcie tej „tradycji” w tryby ludobójczej
machiny było dziełem głównie dwóch ludzi – Adolfa Hitlera oraz jego akolity, szefa SS
Heinricha Himmlera, który, podobnie jak jego Führer, był obłąkańcem i obłudnikiem ulegającym
zbrodniczym skłonnościom. Pod koniec 1941 roku, kiedy plan „Barbarossa” wytraciła
początkowy impet po wielkich bataliach, stoczonych latem na Ukrainie, Himmler wziął udział
w weekendowym przyjęciu w domku myśliwskim próżnego i pompatycznego ministra spraw
zagranicznych Rzeszy, Joachima von Ribbentropa. Tam Himmler powiedział swojemu
masażyście i powiernikowi Feliksowi Kerstenowi: „Jak pan może, Herr Kersten, znajdować
jakąkolwiek przyjemność w strzelaniu zza osłony do nieszczęsnych stworzeń, wypasających się
na skraju lasu: niewinnych, bezbronnych i niepodejrzewających niczego? Jak się dobrze
zastanowić, jest to zwyczajne mordowanie”.
Dokładnie w czasie, gdy wypowiadał te słowa, oddziały esesmanów, działające z jego
rozkazu, wymordowały 4927 dorosłych Żydów i 4237 żydowskich dzieci w Kownie na zajętej
przez Niemców Litwie – fakt znany dzięki skrupulatnemu dokumentowaniu przez nazistów
popełnianych przez nich zbrodni. Nie sposób pojąć, jak w chorym umyśle Himmlera troska
o zwierzynę mogła iść w parze z dążeniami do świadomego mordowania ludzi.
Ponadto Himmler uskarżał się Kerstenowi na temat gościa honorowego w zamku
Schönhof (dzisiejszy Krásny Dvůr), włoskiego ministra spraw zagranicznych, hrabiego Ciano,
który okazał się znakomitym strzelcem: „Wolałbym, żeby Włosi równie dobrze strzelali
w Afryce, gdzie jednak jakoś nie zdobywają powodu do chwały”.
Tak mówił człowiek, który nigdy nie miał odwagi stawić czoła przeciwnikowi w bitwie,
a jedyny raz, kiedy był świadkiem masowej egzekucji, której przeprowadzenie osobiście nakazał,
dostał gwałtownych mdłości.
Choć główny ciężar odpowiedzialności za ludobójstwo słusznie spadł, w wydawanych po
wojnie ocenach, na nazistowskie Niemcy, to niewątpliwie obywatele większości państw
członkowskich Osi również dopuszczali się zbrodni wojennych, acz ich udział w zagładzie
Żydów był różny.
Faszystowskie Włochy nie były antysemickim państwem w takim stopniu jak
nazistowskie Niemcy. Mussolini opierał się zgłaszanym przez Hitlera żądaniom wydania
włoskich Żydów. Wojenny chaos i zajęcie Włoch przez Niemców wszystko zmieniło, niemniej
jednak większość z 45 000 włoskich Żydów przeżyło wojnę; zginęło ich mniej więcej 8000.
Bułgarzy, ku swej chwale, stanowczo odmówili wydania 45-tysięcznej populacji Żydów
w szpony nazistów. W czasie obław bułgarska ludność cywilna świadomie wprowadzała w błąd
kierowców z niemieckich konwojów, by chronić Żydów. Jednakże nie mogli, a czasem nawet nie
chcieli chronić niebułgarskich Żydów na przejętych obszarach jugosłowiańskich i greckich.
Owych Żydów wywożono na stracenie. Ponadto Bułgarzy obchodzili się okrutnie ze swoimi
tradycyjnymi nieprzyjaciółmi, macedońskimi Grekami, których bito, rozstrzeliwano i wieszano
za najdrobniejsze wykroczenia i generalnie traktowano jak „wrogów państwa”.
Słowacy nie wzdragali się przed ludobójstwem. Mniej więcej 70 000 ludzi z 90-tysięcznej
populacji żydowskiej na Słowacji naziści wymordowali bez protestów ze strony Bratysławy.
W przypadku Rumunii i Węgier terror wymierzony w Żydów miał charakter cokolwiek
ambiwalentny. W obrębie swoich granic w obu tych krajach na ogół odnoszono się do dużych
miejscowych społeczności żydowskich wrogo bądź niechętnie. Dyskryminacja Żydów ze strony
oficjalnych władz graniczyła z otwartymi prześladowaniami. Paradoksalnie surowe traktowanie
względnie chroniło rumuńskich i węgierskich Żydów przed nazistami przez większość wojny,
jednak wobec obcej ludności żydowskiej nie było już podobnego „pobłażania” – zwłaszcza ze
strony Rumunów, którzy brali czynny udział w rzeziach Żydów w Związku Sowieckim
i Besarabii. 12 listopada 1945 roku podpułkownik Traian Borcescu – szef kancelarii państwowej
agencji wywiadowczej, nader wpływowej rumuńskiej Specjalnej Służby Informacyjnej (SIS) –
złożył zeznania przed zorganizowanym po wojnie w Bukareszcie trybunałem ludowym
w sprawie zbrodniczych działań Einsatzkommando II B (jednej z jednostek w składzie
Einsatzgruppe D). Cztery Grupy Specjalne (Einsatzgruppen) – A, B, C i D – podążały w ślad na
frontowymi formacjami Wehrmachtu; zorganizowano je w jedynym celu: fizycznej likwidacji
„wrogów Rzeszy”, zazwyczaj poprzez masowe rozstrzeliwania. Szacuje się, że Einsatzgruppen
wymordowały prawie półtora miliona ludzi, głównie Żydów. Borcescu przyznał, że całą
kompanię Rumunów z SIS przyłączono do Einsatzkommando II B. Wspomniany oddział
„specjalizował się” w upychaniu bezbronnych ofiar we wnętrzu odpowiednio dużych budynków,
takich jak magazyny i stodoły, wywiercaniu otworów w ścianach i uśmiercaniu stłoczonych ludzi
ogniem z broni maszynowej, umieszczonej w tychże otworach. Po zakończeniu strzelaniny
budynki podpalano, ocalałych dobijano i niszczono wszelkie ślady popełnionej zbrodni – co
naziści określali mianem „sprawnego rozwiązania”.
Borcescu zeznał szczegółowo, jak oddziały rumuńskie mordowały Żydów
w prymitywnych obozach, zakładanych na terenach Związku Sowieckiego na tyłach
maszerujących na wschód 3. i 4. Armii, i w ten sposób wspomagały Einsatzgruppe działającą na
wspomnianym obszarze w masowym mordowaniu miejscowej ludności żydowskiej. Historyk
Raul Hilberg napisał: „[…] w Bogdanovca [w Mołdawii], największym z tych obozów, w którym
panowała największa śmiertelność, zabijanie rozpoczęło się 21 grudnia 1941 roku. Najpierw
cztery do pięciu tysięcy chorych i zniedołężniałych Żydów [głównie z wiosek i miast
w okolicach Odessy] umieszczono w kilku stajniach, obłożonych słomą, oblanych benzyną,
a następnie podpalonych”.
Na Węgrzech, gdzie żyła bardzo liczna ludność żydowska, zawzięta walka o jej ocalenie
toczyła się pomiędzy prawdziwym bohaterem, szwedzkim dyplomatą Raoulem Gustavem
Wallenbergiem a człowiekiem, który bardziej niż ktokolwiek innych stanowił ucieleśnienie
banalności nazistowskiego zła: Adolfem Eichmannem. Eichmann, podpułkownik
(Obersturmbannführer) SS, kierował niepozorną z nazwy komórką RSHA (Głównego Urzędu
Bezpieczeństwa Rzeszy) – Referatem IV B4. Ten niewielki podwydział aparatu bezpieczeństwa
Trzeciej Rzeszy miał zadanie nadzorowania „spraw żydowskich”, a z czasem przekształcił się
w główny zarząd administracyjny tzw. ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej.
Nazistowski system zorganizowano w taki sposób, że tysiące urzędników i pomniejszych
funkcjonariuszy działało w ludobójczej machinie bez konieczności pociągania za spust broni, co
wszak nie oczyszcza ich ze współodpowiedzialności za masową eksterminację ofiar. Eichmann
stał na czele tego systemu, a jego orężem były biurokracja i sprawnie działająca sieć kolejowa na
obszarach europejskich okupowanych przez Niemców. Dzięki temu był w stanie przeprowadzić
deportację Żydów z większości państw Europy do obozów zagłady w Oświęcimiu-Brzezince
(Auschwitz-Birkenau), Treblince, Sobiborze, Bełżcu i Chełmnie. Tam rozdzielano rodziny
i przeprowadzano „selekcję” – na tych, którzy mieli żyć, i tych, którzy mieli zginąć z ręki
osobników, takich jak doktor Josef Mengele. Większość tych ostatnich zapędzano niczym bydło
do komór gazowych. Do 1944 roku z Żydów europejskich przetrwali, jako społeczności, już
tylko Żydzi węgierscy. Eichmann czynił wszystko, aby dopaść również ich.
Wcześniej chronił ich Horthy, antysemita w staroświeckim stylu, ale nie ludobójca,
jednak naziści uznali w końcu, że nadeszła pora rozpoczęcia Holokaustu i na Węgrzech.
Eichmann przybył do Budapesztu i podporządkował sobie tamtejszą administrację państwową
oraz rozpoczął deportacje. Trzeba przyznać, że armia węgierska nie uległa zastraszaniu ze strony
SS i na każdym kroku sabotowała wysiłki Eichmanna. Pomagał jej w tym Wallenberg, który
z własnej inicjatywy ocalił tysiące węgierskich Żydów. Zaopatrywał ich w fałszywe szwedzkie
paszporty i uznawał ich za obywateli neutralnego państwa, których naziści nie mogli tknąć.
Nieustraszony Wallenberg wręczał bezcenne dokumenty każdemu napotkanemu Żydowi, także
tym, którzy wyciągali ręce z zamkniętych wagonów bydlęcych, gotowych do odjazdu na północ
ku obozom śmierci. Następnie ten skandynawski dyplomata spokojnie polecał załodze pociągu
i maszynistom zatrzymanie transportu i uwolnienie „swoich szwedzkich rodaków”. Pamięć
o Wallenbergu uhonorowano w Izraelu, podobnie jak tę o Oskarze Schindlerze i innych, którzy
ratowali Żydów w czasie wojny. Pewnego razu Alice Breuer, lekarka dwukrotnie uratowana
przez Wallenberga, stała już na brzegu Dunaju przed plutonem egzekucyjnym złożonym
z węgierskich faszystów, gdy dosłyszała donośny głos: „To są szwedzcy obywatele! Natychmiast
ich puścić wolno i zwrócić im ich rzeczy!”.
O dziwo, pluton egzekucyjny nie otworzył ognia: „Ku naszemu zdumieniu oprawcy go
usłuchali. [Wallenberg] wydawał się bardzo wysoki i silny. Biły od niego moc i dostojność.
Tamtego wieczoru naprawdę otaczał go rodzaj boskiej aury”.
Wdzięczności nie okazali jednak Sowieci, którzy aresztowali Wallenberga, uprowadzili
go i w tajemnicy uwięzili; wolności już nie odzyskał. Człowiekiem, który prawdopodobnie wydał
rozkaz pojmania Wallenberga, był powojenny sowiecki przywódca Leonid Breżniew, podówczas
wpływowy politruk w Armii Czerwonej. Breżniew powodował się zapewne chciwością, gdyż
przez całe życie pasjonowała go motoryzacja i upatrzył sobie akurat amerykańskiego osobowego
studebakera, którym jeździł Wallenberg. W latach po aresztowaniu szwedzkiego dyplomaty
Breżniew szybko piął się w górę po szczeblach hierarchii sowieckiej partii komunistycznej, co
dla Wallenberga oznaczało śmierć za obozowymi drutami; prawdopodobnie Wallenberg zmarł
w jednym z łagrów w latach 60., dwie dekady po tym, jak utracił wolność.
Zupełnie nieoczekiwanie innym człowiekiem, który krzyżował podejmowane przez
Eichmanna próby deportacji Żydów z Węgier, był major (Standartenführer) SS Kurt Becher.
Choć Becher, w przeciwieństwie do Wallenberga, nie zasłużył na miano bohatera, to serdecznie
nie znosił Eichmanna. Tak jak wielu innych nazistowskich funkcjonariuszy, był całkowicie
skorumpowany. Znał się od dawna z Himmlerem, a dzięki temu wysłano go na Węgry, by tam
postarał się o zakup 20 000 koni, potrzebnych dywizjom Waffen-SS walczącym na froncie
wschodnim. Gdy prowadził negocjacje w tej sprawie, skontaktowali się z nim przedstawiciele
rodziny Weissów, właścicieli największych zakładów przemysłowych w kraju, produkujących
amunicję i większość węgierskich czołgów. W obawie, że ich znaczenie dla węgierskiego
wysiłku wojennego nie uchroni ich przed Eichmannem i jego deportacjami, Weissowie
zaproponowali Becherowi przejęcie własności ich fabryk w zamian za pomoc w ucieczce. Becher
dowiódł swej godnej esesmana chciwości oraz obłudy i przyjął tę sowitą „łapówkę”.
Zorganizował on dla aż 48 członków rodziny Weissów przelot samolotem do neutralnej
Portugalii. Rozwścieczony Eichmann określił to mianem Schweinerei („świńskiej sztuczki”), co
niewątpliwie jeszcze bardziej ukontentowało Bechera!
Pomimo nadludzkich starań Wallenberga, a także wielu innych kobiet i mężczyzn Żydów
z Węgier i Rumunii czekał tragiczny koniec – taki jak ten, który spotkał wojska tych dwóch
krajów wcześniej nad Donem. W nazistowskich obozach zagłady zginęło ponad 250 000 Żydów
rumuńskich (zgodnie z niektórymi szacunkami być może nawet 350 000) i ponad 500 000 Żydów
węgierskich (5 procent całej przedwojennej ludności tego kraju).
Przemoc i chaos

Końcowe stadia wszelkich wojen bywają zazwyczaj najkrwawsze i najbardziej


chaotyczne. Kiedy załamują się prawo i ład społeczny, pokonani przystępują do wyrównywania
rachunków, póki jeszcze mogą, a zwycięzcy biorą odwet. Wobec gigantycznej skali drugiej
wojny światowej musiało to oznaczać straszliwy rozlew krwi w 1945 roku i następnych latach –
i rzeczywiście do niego doszło.
Wojny w Chorwacji i Bośni w latach 90. XX wieku oraz nieustające wojny domowe
w Afryce w ostatnim dziesięcioleciu przypomniały światu o wstydliwym fakcie: gwałt na wojnie
to nie potworna aberracja, jakiej żołnierze dopuszczają się po walkach, lecz także użyteczne
narzędzie terroru. W latach drugiej wojny światowej armie wszystkich krajów dokonywały
gwałtów. Doktor Sareckij, ukraiński lekarz specjalizujący się w przerywaniu ciąży, został
aresztowany latem 1942 roku przez władze niemieckie i oskarżony o „nielegalne praktyki” (do
których w owym czasie zaliczano aborcję). W trakcie obrony lekarz ten sporządził pisemny
raport o swojej pracy, dokumentujący kolosalny wzrost przypadków sztucznego przerywania
ciąży po wkroczeniu na ukraińskie obszary wojsk Osi, których żołnierze gwałcili miejscowe
kobiety. Liczba aborcji spadła równie raptownie po niemieckim zarządzeniu zwalniającym
Ukrainki od robót przymusowych aż do czasu ukończenia przez ich małe dzieci drugiego roku
życia. Można się tylko zdumiewać, jaką siłą i odpornością psychiczną odznaczały się kobiety
żyjące w takich warunkach.
Niezależnie od stwierdzenia, że żołnierze wojsk wszystkich państw dopuszczali się
przestępstw na tle seksualnym, niewątpliwe było i to, że czerwonoarmiści gwałcili na masową
skalę. Pierwszym krajem Osi, na którego obszar wkroczyła armia sowiecka, była Bułgaria, gdzie
zachowywała się względzie przyzwoicie – z uwagi na historyczne związki Bułgarów i Rosjan
oraz to, iż Bułgaria nie wzięła czynnego udziału w inwazji na ZSRS. Następnie przyszła kolej na
Rumunię, gdzie ludność cywilna ucierpiała strasznie, póki nie pozbawiono władzy Antonescu
i wojska rumuńskie nie przeszły na stronę koalicji antyhitlerowskiej – wtedy sytuacja
zdecydowanie się unormowała. W przypadku Węgier nieudana próba wyrwania się z obozu Osi
oraz zaciekła obrona stolicy tego kraju sprowadziły katastrofę na węgierskie kobiety. Kiedy
nacierająca Armia Czerwona zdobyła Csákvár, niewielkie, liczące ok. 5000 mieszkańców miasto
w komitacie Fejér, na zachód Budapesztu, sowieckie żołdactwo wpadło w amok. Gwałcono
wszystkie napotkane dziewczęta i kobiety w wieku od dwunastu do sześćdziesięciu lat. Świadek
tych wydarzeń i zarazem ich ofiara, 21-letnia wówczas Alaine Polacz, była gwałcona tak
bestialsko, że doznała urazu kręgosłupa, który groził pozbawieniem jej władzy w nogach. O swej
gehennie, która trwała kilka dni, napisała tak: „Nie miało to nic wspólnego z obłapianiem czy
seksem, […] to było po prostu zezwierzęcenie […], i tak dziać się miało w całym kraju”.
Gdy na Węgrzech przejęła władzę miejscowa partia komunistyczna, postanowiła
przymknąć oko na te okrucieństwa. Bano się, że wszelkie protesty lub dochodzenia rozdrażnią
mocodawców z Moskwy. W związku z tym trudno o dokładne dane dotyczące liczby podobnych
przestępstw, jednakże na podstawie ówczesnych rejestrów szpitalnych można oszacować, że
liczba Węgierek zgwałconych w latach 1944–1945 wynosiła od 50 000 do 200 000. Wpływy tego
bestialstwa na męską populację Węgier można sobie wyobrazić; dumni Madziarowie musieli
przyglądać się bezsilnie upodlaniu ich żon, matek i córek. Jednym ze skutków, które odcisnęły
piętno na węgierskim społeczeństwie, był masowy wzrost odsetka rozwodów w czasie trzech
pierwszych lat po wojnie. Małżeńskie pary widziały i przeżyły za dużo, by ich związki się
utrzymały…
Rozpad licznych rodzin to nie jedyne zmiany, jakie zaszły w społeczeństwach byłych
krajów Osi w latach powojennych. Węgierski autor i polityk István Bibó pisał: „Po raz pierwszy
od 1514 roku sztywny system społeczny kraju zaczął się zmieniać, ewoluować ku większej
wolności”.
Przed wojną mniej więcej 40 procent węgierskiej ludności wiejskiej nie miało ziemi, od
stuleci należącej do bardzo wpływowych rodów magnackich. Wszystko to nagle się zawaliło:
rozparcelowano wielkie majątki, ziemię rozdano chłopom, choć niektórzy wzbogacili się
kosztem Żydów, wywiezionych podczas wojny do kacetów, z których nigdy nie wrócili, a ich
nieruchomości odebrano ich ocalałym krewnym.
Nie tylko na wsi zaszły głębokie przemiany społeczno-ekonomiczne. Robotnicy
wielkoprzemysłowi, wyczuwający, że realna władza znalazła się w ich zasięgu, odłożyli
narzędzia i rozpoczęli masowe strajki. W Turynie, skąd wywodzili się żołnierze jednej
z włoskich dywizji rozbitych nad Donem, noszącej nazwę tego miasta, robotnicy opanowali
zakłady Fiata i przystąpili do „polowania” na swoich nadzorców. Dyrektor naczelny tej fabryki
ledwie uszedł z życiem, ponieważ uciekł schodami pożarowymi. Uzbrojeni pracownicy
patrolowali hale fabryczne. Utworzyli nawet oddziały „milicji robotniczej”. Kierownictwu
zakładów zabroniono tam wstępu pod karą śmierci. W całych Włoszech linczowano
prawicowych przemysłowców, takich jak znani chadecy Giuseppe Verderi i Arnaldo Vischi – ten
ostatni należał do czołowych przedsiębiorców w regionie Emilia-Romania, krainie targanej
szczególnie gwałtownymi zamieszkami, z której wywodziły się wojenne dywizje „Cosseria”
i „Ravenna”. Po wojnie aż 103 wielkich posiadaczy ziemskich z tego regionu zostało
zamordowanych przez zbuntowane chłopstwo. Wiadomo o głośnej zbrodni z 6 lipca 1945 roku,
gdy w rodzinnej willi zamożnego rodu Manzoi w Lugo koło Rawenny zastrzelono wszystkich
przedstawicieli tej wpływowej familii – w tym trzech braci Manzoi, ich matkę, służącą, a nawet
psa. Wiedziano powszechnie, że mordu dopuścili się lokalni wieśniacy, lecz na całą sprawę
spuszczono zasłonę milczenia.
Długa, mroczna noc

W chłodny jesienny wieczór w Moskwie na początku października 1944 roku dwóch


dawnych adwersarzy zasiadło po kolacji na Kremlu do mniej oficjalnej rozmowy przy kieliszku.
Obaj byli imperialistami, wytrawnymi politykami i obaj starali się tak ukształtować powojenny
świat, by ich kraje wyniosły z tego maksymalne korzyści. Podawali sobie na przemian zwykłą
kartkę – „nieformalny dokument”, zapisany przez Churchilla odręcznym pismem – na której
znalazły się nazwy pięciu krajów (w tym trzech należących wcześniej do Osi), obok których
figurowały liczby procentowe:
– Rumunia – 90% Sowieci, 10% „inni”;
– Bułgaria – 75 : 25;
– Węgry i Jugosławia – 50 : 50;
– Grecja – 90% Wielka Brytania, 10% Sowieci.
Oznaczało to stopień sowieckich i zachodnich wpływów w wymienionych państwach.
Stalin przypatrzył się temu zestawieniu, uśmiechnął się i opatrzył go zamaszystym „ptaszkiem”,
postawionym niebieskim ołówkiem. W ciągu kilku minut zadecydowano o losach owych krajów.
Gdy Armia Czerwona wkraczała na kolejne obszary, niektóre z nich podbijając, inne
wyzwalając, wprowadzała tam stalinowski komunizm, czyli prześladowania i fałszowane
wybory, mające narzucić władzę Moskwy. W październiku 1946 roku komuniści „zdobyli” 70
procent głosów w wyborach w Bułgarii, w następnym miesiącu te same 70 procent w Rumunii,
a ich kolejne „zwycięstwa” okazały się jeszcze bardziej nieprawdopodobne. W styczniu 1947
roku w Polsce uzyskali 80 procent, w maju 1948 roku w Czechosłowacji – 89 procent i wreszcie
w kraju ostatniego sojusznika Niemiec w Osi, na Węgrzech, zupełnie niewiarygodne
96-procentowe poparcie w maju 1949 roku. Po ewidentnie sfałszowanych wyborach nastąpiły
masowe represje. Przez Węgry przeszła fala organizowanych przez władze w latach 1948–1953
„trybunałów ludowych”, które osądziły aż 1,3 mln osób za rozmaite, zazwyczaj spreparowane,
nonsensowne „przestępstwa”. Około 700 000 z tych ludzi – to jest aż 7 procent całej ludności
Węgier – skazano w ramach karania i zniewalania tego kraju. Jednym z ludzi, które dostały się
w tryby nieludzkich „czystek w majestacie prawa”, był Gustav Jány.
Ten były dowódca węgierskiej 2. Armii został w marcu 1943 roku odznaczony Krzyżem
Rycerskim przez wdzięczne mu dowództwo Ostheer, co dowodziło, że Niemcy bynajmniej nie
obwiniali go za katastrofę, która spotkała jego wojska nad Donem tamtej zimy. Jány wrócił na
Węgry w tym samym roku i przeszedł w zasłużony stan spoczynku. Przeżył wojnę, lecz został
postawiony przed sądem przez nowe władze za „zbrodnie wojenne”. W akcie oskarżenia
zarzucono mu przede wszystkim „doprowadzenie do śmierci 140 000 węgierskich żołnierzy
w styczniu 1943 roku pod Woroneżem za sprawą nieodpowiedzialnego dowodzenia”. Nic
dziwnego, że 6 października 1947 roku sąd, pod przemożnym wpływem sowieckich okupantów,
uznał go za winnego i skazał na śmierć. 27 listopada sowiecka państwowa agencja informacyjna
TASS podała lakoniczną wiadomość, że wyrok wykonano.
Jeden z krajów Osi zniknął z map: Chorwacja Pavelicia. Przez kilka lat, jako samodzielny
twór państwowy, rządzona przez ustaszów Chorwacja niewątpliwie żywiła się krwią niewinnych
ofiar. Fundament polityki tego nowego państwa, mającego w swoich granicach wielu
prawosławnych Serbów, Żydów i bośniackich muzułmanów, stanowiła supremacja rasowa
Chorwatów – osiągnięta za sprawą dyskryminacji, terroru oraz fizycznej likwidacji „obcych”.
Kiedy okazało się, że przymusowa zmiana wyznania, tortury, rozstrzeliwania i palenie osiedli nie
dość szybko przynosiły skutki, Pavelić skopiował działania swoich niemieckich mentorów
i zorganizował obozy koncentracyjne, w tym najbardziej niesławny w Jasenovacu. Wciąż trwają
zagorzałe spory o to, ilu ludzi zamordowano w tym strasznym miejscu, jednak nikt nie zaprzecza,
że co najmniej 100 000, a być może kilkakrotnie więcej – przy czym ofiary należały do zaledwie
trzymilionowej niechorwackiej ludności tego kraju. Jasenovac i ludobójcze państwo, którego
symbolem stał się ten obóz, były takim samym dnem barbarzyństwa jak nazistowskie obozy
zagłady.
Przyszłość

Dwa lata temu zabrałem żonę i dzieci na wakacje na piękną śródziemnomorską Sycylię.
Na słonecznym północnym wybrzeżu, w pobliżu starego normańskiego portu i twierdzy Cefalù,
szukałem odprężenia i nie robiłem wiele, poza opalaniem. Personel hotelu, w którym się
zatrzymałem, zorganizował dla gości mecz piłki wodnej w basenie. Po kilku chwilach utworzyły
się dwa zespoły – jeden złożony z Niemców i Włochów, drugi wyłącznie z Rosjan. Jako jedyny
Anglik w tym towarzystwie postarałem się, aby ta mała powtórka operacji „Mały Saturn”
rozegrała się bez mego udziału – i rad jestem z tego, gdyż obie drużyny szybko zapomniały
o piłce i z werwą rzuciły się na siebie. To, że nikt nie zginął, uważam niemal za cud.
Czy coś się naprawdę zmieniło? Bywa, że się zmienia, ale jak będzie z nami, czas pokaże.
Friedrich Wilhelm Heinz, niemiecki weteran pierwszej wojny światowej, powrócił niegdyś
z frontu do ojczystego kraju, w którym nastały zamęt, hiperinflacja i masowe bezrobocie,
i powiedział: „Wszyscy mówili nam, że wojna się skończyła. Śmiechu warte: wojna to my sami”.
Później Heinz wszedł w skład dowództwa „brunatnych koszul” – nazistowskich bojówek
SA.
Załączniki

ZAŁĄCZNIK A

Wojska rumuńskie na froncie wschodnim (XI 1942)

Organizacja wojsk rumuńskich na froncie wschodnim (XI 1942)


Armie

Korpusy i dywizje

3. Armia (dowódca: Dumitrescu), na froncie nad Donem, na północ od Stalingradu;


odwody: Korpus Heima; 7. i 15. DKaw

IV Korpus: 1. DKaw, 13 DP

V Korpus: 5. i 6. DP

II Korpus: 9. i 14. DP

I Korpus: 7. i 11. DP

4. Armia (dowódca: Constantinescu--Claps); na obszarach Kałmucji, na południe od


Stalingradu; odwody: niemieckie 16. i 29. DPZmot

VII Korpus: 5. i 8. DKaw

VI Korpus: 1., 2., 4. i 18. DP

IV Korpus (z niemieckim dowództwem): rumuńska 20. DP, niemieckie 297. i 371. DP

ZAŁĄCZNIK B

Rumuńskie dywizje piechoty i ich rejony werbunkowe

1. Dywizja Piechoty: Timişoara


85. Pułk Piechoty: (dane nieznane)
93. Pułk Piechoty „Closca”: Arad
5. Pułk „Vanatori” (Pieszy): Timişoara
1. Pułk Artylerii „Regele Carol I”: Timişoara
38. Pułk Artylerii: Timişoara
2. Dywizja Piechoty: Krajowa
1. Pułk Strzelców „Dolj”: Krajowa
26. Pułk Strzelców „Rovine”: Caracal
31. Pułk Strzelców „Calafat”: Calafat
9. Pułk Artylerii: Krajowa
14. Pułk Artylerii: Krajowa
3. Dywizja Piechoty: Piteşti
4. Pułk Strzelców „Arges”: Piteşti
30. Pułk Strzelców „Muscel”: Câmpulung Muscel
1. Pułk „Vanatori” (Pieszy) „Principele Mostenitor Ferdinand”: Piteşti
6. Pułk Artylerii: Piteşti
15. Pułk Artylerii: Salcia
4. Dywizja Piechoty: Bukareszt
5. Pułk Strzelców „Vlasca”: Giurgiu
20. Pułk Piechoty „Teleorman”: Targu Magurele
21. Pułk Piechoty „Ilfov”: Bukareszt
2. Pułk Artylerii: Bukareszt
10. Pułk Artylerii: Giurgiu
5. Dywizja Piechoty: Buzău
8. Pułk Strzelców „Buzău”: Buzău
9. Pułk Strzelców „Ramnicu Sarat”: Rymnik
32. Pułk Strzelców: Ploeszti
7. Pułk Artylerii: Buzău
28. Pułk Artylerii: Rymnik
6. Dywizja Piechoty: Fokszany
10. Pułk Strzelców „Putna”: Fokszany
15. Pułk Strzelców „Razboieni”: Piatra Neamţ
27. Pułk Strzelców „Bacău”: Bacău
11. Pułk Artylerii: Fokszany
16. Pułk Artylerii: Bacău
7. Dywizja Piechoty: Roman
14. Pułk Strzelców „Roman”: Roman
16. Pułk Strzelców „Baia-Maresal Josef Pilsudski”: Fălticeni
37. Pułk Piechoty „Alexandru cel Bun”: Botoszany
4. Pułk Artylerii: (dane nieznane)
8. Pułk Artylerii: Botoszany
8. Dywizja Piechoty: Czerniowce
29. Pułk Piechoty „Dragos”: Dorohoi
7. Pułk (Pieszy) „Eremia Movila”: (dane nieznane)
8. Pułk (Pieszy)„Grigore Ghica”: Lipkany
12. Pułk Artylerii: Czerniowce
17. Pułk Artylerii: Lipkany
9. Dywizja Piechoty: Konstanca
34. Pułk Piechoty „Constanta”: Konstanca
36. Pułk Piechoty „Vasile Lupu”: Konstanca
40. Pułk Piechoty „Ferdinand” („Mihail Kogalniceanu”): Călugăreni
13. Pułk Artylerii: Konstanca
18. Pułk Artylerii: Konstanca
10. Dywizja Piechoty: Braiła
23. Pułk Piechoty „Ialomita”: Călărași
33. Pułk Strzelców „Tulcea”: Tulcza
38. Pułk Piechoty „Neagoe Basarab”: Braiła
3. Pułk Artylerii „Franta”: Braiła
20. Pułk Artylerii: Călărași
11. Dywizja Piechoty: Slatina
2. Pułk Strzelców „Valcea”: Rymnik
3. Pułk Strzelców „Olt”: Slatina
19. Pułk Piechoty „Romanati”: Caracal
21. Pułk Artylerii: Slatina
26. Pułk Artylerii: Curtea de Argeş
13. Dywizja Piechoty: Ploeszti
7. Pułk Strzelców „Prahova”: Targoviste
22. Pułk Piechoty „Dambovita”: Targoviste
89. Pułk Piechoty: Braszów
19. Pułk Artylerii: Ploeszti
41. Pułk Artylerii: Braszów
14. Dywizja Piechoty: Bielce (od czerwca 1940 roku – Jassy)
13. Pułk Strzelców „Stefan cel Mare”: Jassy
39. Pułk Piechoty „Petru Rares”: Floreşti
6. Pułk (Pieszy): Bielce
24. Pułk Artylerii: Ungheni
29. Pułk Artylerii: Bielce
15. Dywizja Piechoty: Kiszyniów
25. Pułk Piechoty „Mareşal Constantin Prezan”: Huşi
12. Pułk Piechoty „Cantemir”: Bârlad
10. Pułk „Vanatori” (Strzelecki): Bendery
23. Pułk Artylerii: (dane nieznane)
25. Pułk Artylerii: (dane nieznane)
18. Dywizja Piechoty: Sybin
18. Pułk Strzelców „Gorj”: Târgu Jiu
90. Pułk Piechoty: Sybin
92. Pułk Piechoty „Decebal”: Orăştie
35. Pułk Artylerii: Sybin
36. Pułk Artylerii: Târgu Jiu
19. Dywizja Piechoty: Drobeta-Turnu Severin
94. Pułk Piechoty: Orszowa
95. Pułk Piechoty „Imparatul Traian”: Drobeta-Turnu Severin
96. Pułk Piechoty: Caransebeş
37. Pułk Artylerii: Drobeta-Turnu Severin
42. Pułk Artylerii: Lugoj
20. Dywizja Piechoty: Târgu Mures
82. Pułk Piechoty: (dane nieznane)
83. Pułk Piechoty „Tribunul Solomon Balint”: (dane nieznane)
91. Pułk Piechoty „Alba Iulia-Regele Ferdinand I”: Alba Iulia
39. Pułk Artylerii: (dane nieznane)
40. Pułk Artylerii: (dane nieznane)
21. Dywizja Piechoty: Gałacz
11. Pułk Strzelców „Siret”: Gałacz
35. Pułk Strzelców „Matei Basarab”: Białogród n. Dniestrem
24. Pułk Piechoty „Tecuci”: Tecuci
5. Pułk Artylerii: Bârlad
30. Pułk Artylerii: Kiszyniów
ZAŁĄCZNIK C

Straty niemieckie na froncie wschodnim

Niemieckie straty w ludziach na froncie wschodnim od listopada 1942 do marca 1943


roku
Okres

Zabitych

Rannych

Zaginionych

Chorych

XI 1942

20 000

75 000

5000

30 000

XII 1942

18 000

80 000

5000

47 000

I 1943

17 000

71 000
7000

58 000

II 1943

19 000

100 000

9000

84 000

III 1943

26 000

57 000

11 000

30 000

Zgodnie z szacunkami około dwóch trzecich rannych oraz wszyscy chorzy żołnierze
wrócili do służby po upływie określonego czasu, tak więc nieodwracalne straty armii niemieckiej
na wschodzie wyniosły w ciągu 12 miesięcy na przełomie 1942 i 1943 roku 667 000 ludzi.
Ostheer, która 1 listopada 1942 roku liczyła 3,1 mln żołnierzy, rok później miała już zaledwie
2,85 mln żołnierzy.
Bibliografia

Abbott Peter, Thomas Nigel, Germany’s Eastern Front Allies 1941–45, Osprey, Oxford
1982.
Bauer Eddy, World War II, Orbis, London 1972.
Beevor Antony, Stalingrad, Penguin Books, London 1999; wydanie polskie: Stalingrad,
przeł. M. Bielewicz, Znak, Kraków 2015.
Bellamy Chris, Absolute War: Soviet Russia in the Second World War, Macmillan,
Basingstoke 2007; wydanie polskie: Wojna absolutna: Związek Sowiecki w II wojnie światowej,
przeł. M. Antosiewicz, M. Habura i P. Laskowicz, Prószyński Media, Warszawa 2010.
Bernard Denes, Karlenko Dmitry, Roba Jean-Louis, From Barbarossa to Odessa: The
Luftwaffe and Axis Allies Strike South-East: June–October 1941, Ian Allan Publishing,
Shepperton 2008.
Bishop Chris, The Military Atlas of World War II, Amber Books Ltd., London 2005.
Butler Rupert, Hitler’s Jackals, Leo Cooper, Barnsley 1998; wydanie polskie: Szakale
Hitlera, przeł. B. Frycz, Iskry, Warszawa 2001.
Butler Rupert, Legions of Death, Hamlyn, London 1983.
Carell Paul, Hitler’s War on Russia, Vol. 1, przeł. z niemieckiego na angielski E. Oser,
Corgi, London 1966; wydanie polskie: Operacja „Barbarossa”, przeł. K. Szarski, De Agostini
Polska, Warszawa 2013.
Carell Paul, Hitler’s War on Russia, Vol. 2, Scorched Earth, przeł. z niemieckiego na
angielski E. Oser, Corgi, London 1971.
Cawthorne Nigel, Turning the Tide: Decisive Battles of the Second World War, Arcturus,
London 2007; wydanie polskie: Decydujące bitwy II wojny światowej, przeł. J. Szczepańska, M.
Michowski, De Agostini Polska, Warszawa 2014.
Cooper Matthew, Lucas James, Panzer: The Armoured Force of the Third Reich, Book
Club Associates, Swindon 1979.
Cornish Nik, Armageddon Ost: The German Defeat on the Eastern Front 1944–1945, Ian
Allan Publishing, Shepperton 2006.
Corti Eugenio, Few Returned: Diary of Twenty-eight Days on the Russian Front, Winter
1942–1943, przeł. z włoskiego na angielski P.E. Levy, University of Missouri Press, Columbia
1997.
Davies Norman, Europe At War 1939–1945: No Simple Victory, Macmillan, Basingstoke
2006; wydanie polskie: Europa walczy, 1939–1945: Nie takie proste zwycięstwo, tłum. E.
Tabakowska, Znak, Kraków 2008.
Edwards Robert, White Death: Russia’s War on Finland 1939–1940, Weidenfeld &
Nicolson, London 2006.
Geddes Giorgio, Nichivo: Life, Love and Death on the Russian Front, Weidenfeld &
Nicolson, London 2001.
Hamilton Hope, Sacrifice on the Steppe: The Italian Alpine Corps in the Stalingrad
Campaign, 1942–1943, Casemate, Philadelphia 2011.
Holmes Richard, The World At War, Ebury Press, London 2007.
Hooton E.R, Eagle in Flames: The Fall of the Luftwaffe, Arms & Armour, London 1997.
Levy Alan, Nazi Hunter – The Wiesenthal File, Constable & Robinson, London 2002.
Littlejohn David, Foreign Legions of the Third Reich, Vol. 3, R. James Bender
Publishing, San Jose 1985.
Littlejohn David, Foreign Legions of the Third Reich, Vol. 4, R. James Bender
Publishing, San Jose 1987.
Lowe Keith, Savage Continent – Europe in the Aftermath of World War II, Viking, New
York 2012; wydanie polskie: Dziki kontynent: Europa po II wojnie światowej, przeł. M.
Jabłoński, Rebis, Poznań 2016.
Matthews Rupert, Hitler: Military Commander, Arcturus, London 2007.
Munoz Antonio J., For Croatia and Christ: The Croatian Army in World War II,
1941–1945, Axis Europa Books, New York 2003.
Porter Ivor, Michael of Romania: The King and the Country, Sutton, Stroud 2005.
Rhodes Richard, Masters of Death: The SS-Einsatzgruppen and the Invention of the
Holocaust, Vintage, New York 2003; wydanie polskie: Mistrzowie śmierci: Einsatzgruppen,
przeł. M. Urbański, W.A.B., Warszawa 2015.
Taylor Brian, Barbarossa to Berlin, Vol. 2, The Defeat of Germany, 19 November 1942 to
15 May 1945, Spellmount, Staplehurst 2004.
Thomas Nigel, Szábó László Pál, The Royal Hungarian Army in World War II, Osprey,
Oxford 2008.
Turner Jason, Stalingrad Day by Day, Windmill, London 2012.
Ungváry Krisztián, Battle for Budapest: 100 Days in World War II, I.B. Tauris, New
York 2005.
Walker Ian W., Iron Hulls, Iron Hearts – Mussolini’s Elite Armoured Divisions, The
Crowood Press UK, Ramsbury 2003.
Netografia

www.axis101.bizland.com

www.ehistory.freeservers.com

www.fantompowa.net

www.feldgrau.com

www.feldpost.tv/forum

www.germanwarmachine.com

www.gutenberg-e.org

www.histclo.com

www.nuav.net
Indeks

OPERACJI, ZWIĄZKÓW OPERACYJNYCH, TAKTYCZNYCH


I JEDNOSTEK WOJSKOWYCH

III Rzesza:

OKH (Oberkommando der Heeres)

OKW (Oberkommando der Wehrmacht)

operacja „Blau”

operacja „Burza Zimowa”

operacja „München”

operacja „Tajfun”

plan „Barbarossa”

Wojska lądowe:

Grupy Armii (Heeresgruppen):

GA Środek (początkowo Grupa Armii B)

GA Północ: (początkowo Grupa Armii C)

GA Południe (początkowo Grupa Armii A)

Armie polowe:

4. APanc.

2. A

6. A
Korpusy:

Korpus Cramera

XXXXVIII KPanc.

Dywizje:

14. DPanc.

22. DPanc.

29. DZmot.

Chorwacja:

369. Wzmocniony Chorwacko-Niemiecki Pułk Piechoty

Lekka Brygada Transportowa

Rumunia:

Armie polowe:

3. A

4. A

Korpusy:

IV KA ,

V KA

Dywizje:

Gwardii

1. DPanc.

15. DP

21. DP

35. DP (Rez.)
Oddziały improwizowane:

Grupa Kornego

Grupa Lascăra

Słowacja

Dywizja Szybka

Węgry:

Armie polowe:

2. A

Korpusy:

III KA

IV KA

VII KA

Dywizje:

1. Polowa DPanc.

7. Lekka DP

12. Lekka DP

13. Lekka DP

20 Lekka DP

Włochy:

Armie polowe:

ARMIR (8. Armia)

Korpusy:
Alpini

CSIR

Dywizje strzelców alpejskich:

2. „Tridentina”

3. „Julia”

4. „Cuneense”

Dywizje:

2. „Sforzesca”

3. DKaw. „Duca d’Aosta”

3. „Ravenna”

5. „Cosseria”

9. „Pasubio”

33. „Acqui”

52. „Torino”

156. „Vicenza”

Bataliony:

Baon Panc. „San Giorgio”

Związek Sowiecki:

STAWKA

operacja „Mały Saturn”

operacja „Mars”

operacja „Uran”

Fronty:
Doński

Południowy

Południowo-Zachodni

Stalingradzki

Woroneski

Armie:

3. AGw.

5. APanc.

9. A

12. A

21. A

Korpusy:

3. Gw.KKaw.

8. KKaw.

17. KPanc.

18. KStrz.
Indeks osób

Aleksander I, król Jugosławii

Antonescu Ion, marsz.

Apell Wilhelm von, gen.

Atanasiu Vasile, gen.-mjr

Badoglio Pietro, marsz.

Balogh Istvan, kpr.

Batow Pawieł, gen.

Battisti Emilio, gen.

Becher Kurt, SS-Standartenführer

Bettoni Alessandro

Bock Fedor von, feldmarsz.

Borys III, car Bułgarii

Breżniew Leonid

Churchill Winston S.

Ciano Galeazzo

Ciupercă Nicolae, gen.-por.


Constantinescu-Claps Constantin, gen.-por.

Cramer Hans, gen.

Czerewiczenko Jakow, gen.

Czistiakow Iwan, gen

Dăscălescu Nicolae, gen.-mjr

Deboi Heinrich-Anton, gen.

Dragalina Corneliu, gen.

Dumitrescu Petre, gen.-por.

Eichmann Adolf, SS-Obersturmbannführer

Felkl Jeno, gen.

Gabrinschi Victor, płk

Gariboldi Italo, gen.

Geddes Giorgio, kpt.

Gherghe Radu, gen.-por.

Golikow Filipp, gen.

Göring Hermann, marsz. Rzeszy

Guderian Heinz, gen.

Gyimesi Ernö
H

Halder Franz, gen.

Hauffe Arthur, gen.

Heim Ferdinand, gen.

Heszlényi József, gen.

Himmler Heinrich, Reichsführer SS

Hitler Adolf

Hoepner Erich, gen.

Horthy Istvan

Horthy Miklós jr

Horthy Miklós, wiceadm., regent Węgier

Hoth Hermann, gen.

Ioaniţiu Alexandru gen.

Iwanow Iwan, gen.

Jány Gustav Vitez, gen.

Keitel Wilhelm, feldmarsz.

Kleist Ewald von, gen.

Kluge Günther von, feldmarsz.


Korne Radu, gen.-por.

Kovacs Gyula, gen.-por.

Kuzniecow Fiodor, gen.

Lang Hermann, gen.

Lascăr Mihail, gen.-por.

Lattmann Martin, gen.

Leeb Wilhelm von, feldmarsz.

Leventi Gheorghe, gen.-por.

List Wilhelm von, feldmarsz.

Mannerheim Gustav von, marsz.

Manstein Erich von, feldmarsz.

Marks Karol

Messe Giovanni, gen.

Michał I, król Rumunii

Miklós Bela, gen.-mjr

Mołotow Wiaczesław

Moskalenko Kiriłł, gen.

Mussolini Benito

Nasci Gabriele, gen.


Nicolescu Gheorghe

Nistor Constantin, płk

Oppeln-Bronikowski Hermann von, płk (później gen.-mjr.)

Pascolini Etelvoldo, gen.

Paulus Friedrich, feldmarsz.

Pavelić Ante, szef Niezależnego Państwa Chorwackiego

Petrea Gheorghe

Plijew Issa, gen.

Poniedielin Pawieł, gen.-mjr

Popescu Dumitru, gen.

Popescu Gheorghe, płk

Popescu Paul, por.

Procopiescu Emil, gen.

Reichenau Walter von, feldmarsz.

Reverberi Luigi, gen.

Ribbentrop Joachim von

Ricagno Umberto, gen.

Rodt Eberhard, gen.

Rokossowski Konstanty, gen. (później marsz.)


Romanienko Prokofij, gen.

Rommel Erwin, gen. (później feldmarsz.)

Roosevelt Franklin Delano, prezydent USA

Rundstedt Gerd von, feldmarsz.

Rybałko Pawieł, gen.

Salmuth Hans von, gen.

Schmidt Arthur, gen.

Schmidt Carol, gen.

Sion Ioan Alecu, gen.

Skorzeny Otto, SS-Obersturmbannführer

Smirnow Andriej, gen.

Solymossy Ulászló, gen.

Son Aurelian

Sova Nicolae, gen.

Speer Albert

Stalin Józef, przywódca ZSRS, generalissimus

Stanescu Cristea, płk

Stöck Gerhard, ppor.

Tanasczyn Trofim

Tarnassi Paolo, gen.

Tiso Jozef
Tiuleniew Iwan, gen.

Todt Fritz

Togliatti Pamiro

Tuchaczewski Michaił, marsz.

Turanec Jozef, gen.

Veress Lajos von Dalnoki, gen.

Wallenberg Raoul

Wasilewski Aleksander, gen. (później marsz.)

Watutin Nikołaj, gen.

Weichs Maximilian von, gen. (później feldmarsz.)

Wenck Walther, płk. (później gen.)

Wiktor Emanuel III, król Włoch

Witzleben Erwin von, feldmarsz.

Witzleben Hermann von, gen.

Wolski Wasilij

Zeitzler Kurt, gen.

Żukow Gieorgij, gen. (później marsz.)