Vous êtes sur la page 1sur 22

RENESANS

JANA
STANISŁAWA
BYSTRONIA
Jan Stanisław Bystroń: „Tematy, które mi
odradzano. Pisma etnograficzne
rozproszone”. Wybrał i opracował Ludwik
Stomma. PIW 1980, s. 494 + 2 nlb.

©Michał Waliński
Michał Waliński

RENESANS JANA STANISŁAWA BYSTRONIA1

Jan Stanisław Bystroń: Tematy, które mi odradzano. Pisma etnograficzne


rozproszone. Wybrał i opracował Ludwik Stomma. PIW 1980, s. 494 + 2 nlb.2

Wydany przez Ludwika Stommę pod znamiennym tytułem Tematy,


które mi odradzano zbiór niewznawianych od międzywojnia prac Jana
Stanisława Bystronia stawia recenzenta przed stosunkowo trudnym zadaniem.
Wystarczy uświadomić sobie, jak kłopotliwa będzie odpowiedź na proste,
wydawałoby się, pytanie: kim był ów wnuk Andrzeja Cinciały, zasłużonego dla
Cieszyńskiego badacza kultury ludowej, i syn Jana Bystronia – językoznawcy i
współpracownika PAU? Jeden z najbardziej zasłużonych badaczy kultury
ludowej w Polsce? – niewątpliwie, ale stwierdzenie tego faktu niewiele na dobrą
sprawę mówi. Był zatem etnografem, ale był również prekursorem nowocześnie
rozumianej folklorystyki. Sam, co jest umotywowane i zrozumiałe, określał
siebie najchętniej jako socjologa, przy czym mówiąc o jego socjologicznych
pasjach, trzeba umieć dostrzec w nim inicjatora – na gruncie polskim – takich
subdyscyplin socjologii, jak socjologia kultury, socjologia życia literackiego,
mikrosocjologia czy socjologia „grup pierwotnych”. Ale to przecież dalece nie
wszystko. Był Bystroń wybitnym, choć kontrowersyjnym, historykiem kultury i
obyczaju, religioznawcą, posiada liczące się do dzisiaj osiągnięcia w dziedzinie
pedagogiki, estetyki (komizm i jego teoria), lingwistyki ( t u szczególnie
dziedzina onomastyki, języków specjalnych), wydał kilka cennych monografii

1 Pierwodruk szkicu w wersji skróconej w: „Regiony” 1982 nr 1-3.


2
Wydanie okrojone przez cenzurę.
miast, zajmował się dziedziną antropologii i antropogeografii, nieobca mu była
wiedza z historii sztuki, interesował się żywo zagadnieniami regionalizmu. To
wciąż niecała i nadal zbyt ogólna lista dyscyplin, po których błyskotliwie
poruszał się Bystroń. Przy tym wszystkim, jakiegokolwiek by problemu nie
tknął, eksplodował dziesiątkiem odkryć badawczych i pomysłów, z których
olbrzymia ilość czeka nadal na rozwinięcie. Wiele z tematów podejmował
często wbrew wszystkim, z olbrzymią zaiste odwagą, sankcjonując je niejako
własnym, rosnącym autorytetem i na trwale wprowadzając w obręb
zainteresowań nauki. Jeszcze dzisiaj podejmowanie wielu z nich naraża badacza
na „śmieszność”, drwiny i rechot zamkniętych w kręgu hermeneutycznego
języka naukowego akademickich areopagów. Sam pisał językiem prostym i
zrozumiałym dla wszystkich. Gdyby żył jeszcze, przylepiono by mu zapewne
etykietkę „popularyzatora nauki” czy „publicysty”. Co nie przeczy temu, że
kolejne generacje badaczy z kręgu dyscyplin społeczno-humanistycznych
zaciągnęły u niego wielki dług. Ciągle zresztą spłacany.

Zadziwia płodność pisarska Bystronia. Całość jego olbrzym; go dorobku


– kumulująca kilkadziesiąt pokaźnych nieraz książek i wieleset artykułów,
szkiców, przyczynków, tez i „konspektów” (w części pozostających nadal w
rękopisie) – powstała w większości w okresie 20-lecia międzywojennego. Po
wojnie doczekaliśmy się ledwie kilku wznowień. Być może dlatego, że dzieło
Bystronia to ...niezastąpione kompendium wiedzy o kulturze polskiej.
Długotrwała choroba przedwcześnie wyłączyła badacza z czynnego życia
naukowego. Ostatnich 16 lat tegoż życia (1948–64) to lata osobistej tragedii
badacza, której skali możemy się tylko domyślać, a która rozgrywała się w coraz
bardziej okrutnym osamotnieniu. Jak pisze L. Stomma – „Nie było jubileuszu
60-leeia, nie było 70-lecia. Pamięć społeczna już go pogrzebała. A on żył
przecież.” Nad tym okresem życia Bystronia zalega kurtyna milczenia i
atmosfera niedomówień. Wstydu jakby? Co dziwi szczególni w tym wszystkim
– to niegdysiejszy werdykt szacownych luminarzy nauki, którzy jeszcze za życia

3
Bystronia „pochowali” jego dorobek. Nie przewidywano, że ktoś zechce jeszcze
sięgać do Bystronia, nie przewidywano wznowień, nie zabezpieczono praw
autorskich. Autor Komizmu spłatał im figla po śmierci. Od kilkunastu lat
odzyskuje konsekwentnie miejsce przynależne mu miejsce w obiegu
naukowym, wydania zaś przedwojenne jego prac, najczęściej trudno dostępne,
osiągają – niestety! – zawrotne sumy u bukinistów i w antykwariatach.
Z tym większym uznaniem powitać przyjdzie wybór L. Stommy,
zawierający kilkanaście mniejszych objętościowo prac Bystronia z różnych
okresów twórczości naukowej. Zajrzyjmy zresztą do jego treści. Znalazły się tu
„drobiazgi” grupujące prace poświęcone Charaktemikom, Łańcuchowi szczęścia
oraz Pszczołom w pojęciach i zwyczajach ludu; dalej – obszerniejsza praca na
temat Napisów, następnie prace z zakresu wierzeń magicznych (Wymuszanie
urodzaju na drzewach owocowych, Okręcanie się obrzędowe i Przeżytki wiary w
magiczną moc słowa), z kolei teksty mówiące o Czynnikach magiczno–
religijnych w osadnictwie oraz o Szlakach migracyjnych na ziemiach polskich.
Poczesne miejsce w tomie zajmuje szkic traktujący o Megalomanii narodowej
wraz z towarzyszącymi mu tekstami Niemcy w tradycji popularnej oraz
Wierzenia o obcych. Wybór zamyka rozprawa o Literaturze ludowej, którą
uzupełniają drobne prace nt. Pieśni o spotkaniu się rodzeństwa, Pieśni o
kochanku wziętym przemocą w rekruty, Pieśni o krakowiance, królu i kacie oraz
O psie, którego uczono mówić. Całość doczeka się niewątpliwie wnikliwych
omówień w specjalistycznych periodykach naukowych. W tym miejscu
ograniczymy się jedynie do refleksji na temat dwóch generalnie rzecz biorąc
spraw, starając się wskazać na nowatorskość niektórych myśli Bystronia i
aktualność wielu jego sądów.
Nieliczni, jak dotąd, komentatorzy prac Bystronia szeroko opisywali
inspiracje metodologiczne, które ukształtowały horyzonty badawcze autora
Megalomanii narodowej (por. np. prace A. Kutrzeby-Pojnarowej , J.
Krzyżanowskiego, L. Stommy, Z. Sokolewicz czy S. Nowakowskiego i J.
Judenki). Nie wdając się w roztrząsanie tej kwestii, wskażmy przynajmniej na te
z nich, bez których dzieło Bystronia – oceniane po latach – nie byłoby zapewne
tym, czym jest. Chodzi w pierwszym rzędzie o wpływy idące ze strony tzw.
szkoły socjologii francuskiej. Pojęcie francuskiej szkoły socjologicznej jest
nader szerokie – stworzyła je cała plejada wybitnych uczonych. Na
poczynaniach Bystronia zaważyła w głównej mierze myśl E. Durkheima z
jednej i L. Lêvy-Bruhla – z drugiej strony. Ta piorunująca mieszanka
intelektualnia przyniosła szereg nadspodziewanych efektów, aczkolwiek
Bystroń nigdy nie grzeszył zbytnią lojalnością i wiernością wobec mistrzów, jak
i większą konsekwencją w rozwijaniu własnej teorii.
W wypadku Durkheima rzecz tyczy oczywiście tak płodnej dla rozwoju
nauk społeczno-antropologicznych w XX wieku teorii „faktów społecznych”.
Wpływ jej na dzieło Bystronia jest bezsporny i uwidocznia się przede
wszystkim w operowaniu szerokim –„globalnym”, „antropologicznym”, jak
byśmy powiedzieli dzisiaj – pojęciem kultury, w myśl założeń Durkheima
bowiem „Jest faktem społecznym wszelki taki sposób robienia, utrwalony lub
nie, zdolny do wywierania na jednostkę zewnętrznego przymusu; albo inaczej:
taki, który jest w danym społeczeństwie powszechny, mając jednak własną
egzystencję, niezależnie od jego jednostkowych manifestacji”. W praktyce
badawczej Bystronia oznaczało to zatem znaczne poszerzenie pola tradycyjnej
eksploracji etnograficznej i folklorystycznej. Zajrzyjmy choćby do znanej,
sformułowanej we Wstępie do ludoznawstwa (1926 r.) definicji etnografii. Z
przyjęciem „globalnej” definicji kultury wiążą się dalsze ważne konsekwencje:
skupienie uwagi na faktach powtarzalnych, a więc respektowanie – oczywistego
dzisiaj, a będącego w ówczesnym ludoznawstwie polskim w stosunkowo małym
poważaniu – wymogu obiektywizmu badawczego. Eo ipso oznaczało to również
postawę niewartościującą wobec faktów społeczno-kulturowych, jak również
podjęcie prób przynajmniej systemowej analizy konkretnych faktów branych w
relacji do innych faktów i – szerzej – prób synchroniczno-diachronicznego

5
wyjaśniania procesów kulturowych. Jakkolwiek z „systemowością” i analizy
procesualną różnie u Bystronia bywało, pozostaje faktem, że interesowała go
kultura „ w ruchu”, procesie zmiany. Tym inspiracjom zawdzięcza Bystroń, że
nie uległ wpływowym ciągle romantycznym mitom kultury ludowej i folkloru,
starając się w wielu pracach pokazać całą ich różnorodność, wewnętrzny
dynamizm i zmienność historyczną. Warto wspomnieć, iż pierwszy człon
wzmiankowanej definicji etnografii głosi, iż „ludoznawstwo jest nauką o
pewnych określonych treściach społecznych, a nie odrębnych grupach
społecznych (...)”. Dziś uzupełnilibyśmy nieco i zmodyfikowali ów sąd. Nie
poddać się XlX-wiecznym stereotypom ludowości, kiedy samemu tkwiło się
silnie – a tak było w przypadku Bystronia – w nieakademickich tradycjach
etnografii polskiej, to wyczyn nie lada, tym większy, iż owe stereotypy ciągle
jeszcze są żywe i no nośne.
Z dorobku Lévy-Bruhla zaczerpnął Bystroń przede wszystkim słynną
teorię „myśli prelogicznej”. Wokół teorii tej, a ściślej dokonanego przez Lévy-
Bruhla podziału na „myśl logiczną” i „prelogiczną”, narosło wiele kontrowersji i
nieporozumień. Niektórzy egzegeci twierdzili wprost, że autor La mentalite
primitive odmawiał „dzikim” zdolności do myślenia i w związku z powyższym
posądzali go o ciągoty ... rasistowskie. Zauważmy – w formie polemiki nie
wprost – iż tak wyczulony na wszelkie przejawy rozpasanego etnocentryzmu
badacz, jakim był Bystroń, nie mógłby w żadnym razie, gdyby sądy owe głosiły
prawdę, wspierać się myślą Lévy-Bruhla. Należy przyjąć – i jest to niezmiernie
ważne dla prawidłowej oceny wielu penetracji badawczych Bystronia – że
podstawowe przesłanki tkwiące w dziele Lévy–Bruhla wiodą jednak w zupełnie
innym kierunku. Lévy-Bruhl nie twierdził, iż człowiek pierwotny myśli
„nielogicznie”, stwierdzał po prostu, że myśli on inaczej aniżeli człowiek
„cywilizowany”. To raz. Także i świadomość człowieka „cywilizowanego” nie
jest wolna od przeżytków myślenia mito-magicznego, „przesądów”. To dwa. W
związku z tym rysował Lévy-Bruhl interesującą i posiadającą współcześnie
coraz więcej zwolenników hipotezę, iż dwie wspomniane – a pewnie nawet i
więcej – formy myślenia mogą współegzystować w jednej i tej samej psychice
jednostkowej, na poziomie jednej i tej samej struktury społecznej. To m. in.
tłumaczyłoby łatwość, z jaką jednostka wchodzi w rozmaite, determinowane
nieraz zasadniczo odmiennymi sposobami myślenia i postrzegania świata
role osobowe czy społeczne (np. religijne, techniczne, naukowe etc). Wydaje
się, że cały szereg prac Bystronia, szczególnie tych podejmujących „tematy,
które mu odradzano”, a więc poświęconych np. napisom, znakom, charakterom,
przysłówiom, „łańcuchom szczęścia” i tym podobnym osobliwościom,
dostarcza ni mniej, ni więcej, ale właśnie dowodów na rzecz hipotezy Lévy-
Bruhla. Los zaś chciał, iż jeśli Lévy-Bruhla „wyzywano” od rasistów, Bystronia
– m.in. w związku z Megalomanią... – obrzucili dziesiątkiem niewybrednych
obelg ... antysemici, antykomuniści i rasiści rodzimego chowu. Posądzić autora
Komizmu o komunizm zakrawa zresztą na niezły dowcip.
Zatrzymajmy zatem chwilę przy Megalomanii narodowej, zaliczanej nie
bez racji do najlepszych dzieł Bystronia. Dzisiejszemu czytelnikowi, jeśli
możliwością taką dysponuje, warto poleci i lekturę pełnego tekstu zarówno
szkicu tytułowego, jak i towarzyszących mu w wydaniu z 1935 r. takich prac,
jak Nazwy i przezwiska grup plemiennych i lokalnych, Zabawne opowiadania o
sąsiadach, Mazurzy w opinii sąsiedzkiej, Koroniarze o Litwinach. Warto rów–
nież polecić mu równoległą lekturę Snobizmu i postępu Żeromskiego. Na
powstaniu Megalomanii... – nie od rzeczy będzie dodać – zaważyły w jakiejś
mierze, obok wspomnianej teorii Lévy-Bruhla, katastroficzne poglądy O.
Spenglera i zapoznana wcześniejsza praca F. Znanieckiego Upadek cywilizacji
zachodniej (1921 r.) , a także – co bardzo istotne – teoria tłumu i „zachowań
instynktownych” rozwijana u schyłku XIX w. przez francuskiego socjo–
psychologa Le Bona.
Rozpoczynają studium Megalomanii... znamienne i prorocze słowa:
„Wiara we własne siły jest koniecznym warunkiem powodzenia zarówno dla

7
jednostek, jak i dla całych grup społecznych; podtrzymywanie tej wiary wśród
społeczeństwa musi być zawsze wytrwałą troską jego kierowników. Od realnej
oceny łatwo jednak przejść do przeceniania samego siebie, idealizacji grupy, a
więc do megalomanii osobistej i społecznej.” O wiele groźniejszym społecznie
zjawiskiem jest ta druga: „(...) i z chwilą, gdy ów rozpęd życiowy
społeczeństwa, wyrażający się w nadmiernym poczuciu własnej wielkości i roli
dziejowej, zaczęto ujmować teoretycznie, uzasadniać, rozszerzać, teorie te
zaczęły podważać podstawy nauki, moralności, religii, a z drugiej strony rozpę-
tały imperializm.”
Szukając rodowodów megalomanii narodowych, które współcześnie
przyjęły w niektórych wypadkach postać sensu stricte teorii imperialistycznych,
Bystroń rozważa i przywołuje cały szereg przykładów z grup pierwotnych oraz
różnych historycznych typów społeczeństwa. Bo też tendencje do megalomanii,
etnocentryzmu są udziałem każdej, bez wyjątku, grupy społecznej i każdego
narodu, są nawet nieodzowne w utrzymaniu wewnętrznej spoistości – inna zaś
sprawa, jakim narzędziem stają się w ręku liderów. Jak zauważa L. Stomma,
Bystroń jako pierwszy z polskich etnografów opisał tworzenie się i
funkcjonowanie opozycji myślowej „swój” –”obcy”, z całą wnikliwością i przy
pomocy setek znakomicie dobranych przykładów zanalizował poszczególne
etapy w procesie tworzenia się mitycznego wizerunku „obcego”. Ich
psychologiczna geneza wiąże się albo z myśleniem prelogicznym (w przypadku
grup pierwotnych), albo z jego przeżytkami w przypadku społeczeństw
stojących na wyższym etapie rozwoju. Etap pierwszy obejmuje sukcesywne
deformowanie się obrazu „obcego”: „obcy” śmierdzi, jest nisko urodzony,
posiada czarne podniebienie, śmiesznie lub dziwnie mówi, jest kanibalem,
czarownikicm, rodzi się inaczej aniżeli prawdziwy człowiek („Bodajby matce
tego hitlerowca łono było sparszywiało, nim tego zabójcę wysrała!” – klnie
żołnierz polski w kampanii wrześniowej w opowiadaniach R. Turka Zamęt.
Rzeszów 1981). Zauważmy – miarą” człowieczeństwa” przedstawicieli własnej
grupy jest tu zwykle stopień „dehumanizacji” przedstawicieli „obcych”; odbijają
to często nazwy grup plemiennych. W poszczególnych przypadkach, jak
pokazuje dokumentacja historyczna, może tu zachodzić proces przeciwny:
„eskalowania” cech pozytywnych. W etapie drugim owe cechy dotyczące
jednostek przenosi się już na całe grupy społeczne – i tak ...Holenderki są
brzydkie, niechlujne i wielkozębne, Francuzki brudne, chociaż ponętne,
Murzyni leniwi i cuchną, Anglicy niezwykle punktualni, Węgrzy kochają
Polaków etc. Trzeci i ostatni etap, to historyczna idealizacja, „ukonstytuowanie
się” obrazu w zbiorowej świadomości (dziś, zważając na związek tych obrazów
ze sferą „somnambulicznych”, „instynktownych” zachowań człowieka,
powiedzielibyśmy raczej: w zbiorowej podświadomości). Jedna grupa wiąże z
drugą „na trwałe” wiekowe krzywdy i porachunki, bądź też – rzadziej – cechy
czy stosunki pozytywne. Najbardziej popularne i nośne społecznie wyobrażenia
dotyczą oczywiście najbliższych sąsiadów. Stopień skumulowania cech
negatywnych) w wyobrażeniach Niemca był tak wielki, iż rozciągano go w
pewnych regionach kraju na wszystkich „obcych” z Zachodu i Północy Europy.
Historia Polski przynosi też, jakby na przekór historycznemu stereotypowi
(autostereotypowi) tolerancyjności, szereg przykładów takich wyobrażeń
związanych z Żydami czy Cyganami, zachowującymi zresztą moc sprawczą do
dnia dzisiejszego i wykorzystywanymi nieraz celowo. Procesy mityzacji,
tworzenia się pewnych t r w a ł y c h wyobrażeń zbiorowych
podbudowywane są zazwyczaj najrozmaitszymi operacjami lingwistycznymi
(jeszcze jeden argument na rzecz tzw. hipotezy Sapira-Whorfa?), których
niezastąpionych przykładów dostarcza antropologia kultury i choćby nasz ... ks.
Dębołęcki, dalej – wywodami paragenealogicznymi czy „osobliwą etnografią”.
„Zdumiewa – podkreśla wielokrotnie Bystroń – konserwatyzm, z jakim
utrzymują się przeżytki „myślenia pierwotnego”. Wytłumaczyć to można
faktem, że mają one w dużej mierze charakter – jak to określa współczesna
antropologia kultury – tzw. „struktur głębokich”, konserwatyzm ten

9
potwierdzają setki przykładów z życia współczesnej Polski. Wskażmy na jeden
z nich, tylko z pozoru niewinny: opowieści o „czarnej wołdze”, które w
pierwszej połowie lat 70-tych epatowała całą bez mała Polskę, zwłaszcza
wielkie miejskie centra, zakłócając w wielu wypadkach „ustalony porządek”.
Ostrze tej pogłoski było, można sądzić, antyniemieckie, choć trudno dociekać w
tym miejscu jej źródeł. Zasadniczy jej temat – porywanie nieletnich, niewinnych
dzieci, mordowanie ich i pobieranie krwi – wiązałby jednak ich kulturową
proweniencję z nastawieniami antysemickimi, z popularnymi od wieków w
pewnych kręgach wyobrażeniach o rytualnych mordach, dodawaniu krwi
niewinnych dziatek chrześcijańskich do macy etc. W tym znaczeniu pogłoska ta
krążyła w polskich miastach w latach 50-tych. Jedną z cech analizowanych
wyobrażeń, implikowanych nimi „mitów”, struktur opowieściowych, jak i
całych teorii megalomańskich jest ich niesłychana elastyczność: „od czegóż
teoria, która może dostosować się do każdych warunków?” – zauważa Bystroń –
dając też pośrednią odpowiedź, dlaczego tak trudno zwalczyć czy wyplenić te
wyobrażenia i teorie.
Uwagi nasze wiodą do wniosku, że Megalomania... to także bezcennej
wartości wkład uczonego do teorii stereotypów, jak również badania tzw. opinii
publicznej (bierzemy pod uwagę pełny tekst dzieła z I935 r. Bystroń nie używa
w swym dziele pojęcia s t e r e o t y p u ani pojęcia „opinii publicznej,
lecz fakt ten nie ma większego znaczenia. Jego poglądy na powstawanie i
naturę różnego typu „wyobrażeń” są zastanawiająco bliskie poglądom W.
Lippmanna, który w 1922 r. w książce Public Opinion na trwałe wprowadził do
literatury naukowej pojęcie „stereotypu” i stworzył liczącą się do dziś ich teorię
jako „wyobrażeń w naszych głowach”. Pierwsza wersja Megalomanii... ukazała
się w roku 1923 w 22 numerze „Przeglądu Współczesnego”. W tymże roku
powstaje szkic o Obcych jako ludożercach, rok wcześniej studium O czarności
obcych. Bystroń raczej na pewno nie czytał Lippmanna. Zastanawiające, jak
bardzo różne punkty wyjścia: wiedza etnograficzna oraz wiedza z historii
kultury i obyczaju w wypadku Bystronia oraz badania opinii publicznej i
środków masowego przekazu w wypadku Lippmanna – wiodą w kierunku
bardzo zbliżonych konstatacji.
Gdyby Bystroniowe „wyobrażenia” zastąpić słowem „stereotyp”, okaże
się, że trafnie określił on i zanalizował niemal wszystkie cechy i atrybuty, jakie
z myśleniem stereotypowym wiązali Lippmann i późniejsi teoretycy, a więc
jego irracjonalny, czysto emocjonalny charakter, niepoddawanie się weryfikacji
logicznej, ekspresyjność, jednostronność, notoryczne upraszczanie
rzeczywistości i inercyjność względem niej (stereotyp określany jest jako sąd z
natury subiektywny, który pozuje na sąd obiektywny, jest „obrazem z drugiej
ręki”), partykularność i konserwatyzm, albowiem stereotyp określa się jako
„twierdzę tradycji”. Wskazuje ponadto wyraźnie Bystroń – podobnie jak
znacznie później Allport – na związek „wyobrażeń” vel stereotypów z
przesądem, uprzedzeniami, „myśleniem zdroworozsądkowym”, postawą „dobrej
wiary”. Omawia ich funkcje integrujące ludzi i homogenizujące przekonania
grup czy społeczeństw, związany z myśleniem stereotypowym brak dystansu
wobec świata i siebie, co jest skądinąd jednym z warunków teoretycznych
tworzenia się tych wyobrażeń, podobnie jak ich akceptacja jest równoznaczna z
niewiedzą o ich stereotypowe naturze. Mówi o ich „zaraźliwości”, związku z
psychologią tłumu a co za tym idzie – i co jaskrawo uwidaczniają także
przykłady z dnia dzisiejszego – na ich walor pragmatyczny, wyrażający się np.
znakomicie w przekazach ideologicznych i propagandowych. Śmiało mógłby
podpisać się Bystroń pod następującą opinią Lippamanna: „Idee [stereotypowe –
przyp. M. W.] mają moc organizacji ludzkiego działania, zatem ich skutki mogą
być radykalne.”
Krótko zatem o tej „ciemniejszej” stronie Janusowych „wyobrażeń”.
Kluczowe, najbardziej istotne partie Megalomanii... traktują o XIX- i XX-
wiecznych nacjonalizmach i imperializmach oraz ich rodowodach. Stwarzanie
pożywki pod rozwój teorii megalmanii w warunkach społeczeństw nowożytnych

11
wiodło niejednokrotnie – dowodzi historia – w kierunku „nacjonalizacji Boga”
lub „deifikacji narodu”, stąd krok już ledwie do bardzo nośnych, nie
tylko w „psychologii” przypisywanej tłumom, idei „posłannictwa narodu”,
„narodu wybranego”, jego „misji dziejowej”, a więc różnych typów
„mesjanizmów”, które w sprzyjających warunkach mogą się przedzierzgnąć w
imperializm. „Duma narodowa, tworząc transcedentalną podstawę prymatu
narodu wybranego – powiada Bystroń – nie zna granic w interpretacji
idealistycznej przeszłości i wolą Bożą, misją dziejową, wszechludzką, tłumaczy
każdy akt gwałtu i przemocy; cel wielki, przez Boga wskazany, uświęca
wszelkie środki, w których nie przebierają przywódcy [...]”.
Szczególnie drastyczne konsekwencje „nacjonalizacji Boga” wiążą się z
imperializmem niemieckim, gdzie idee powrotu do starych bogów pogańskich,
„religia młota” stają się ostatecznie psychospołeczną podbudową narodowego
socjalizmu w okresie III Rzeszy. Nieco odmienną drogą kroczyły imperializm
angielski i rosyjski, których końcowym etapem jest z jednej strony deifikacja
naródu, a z drugiej – państwa. Genezy kolonializmu angielskiego szukać
przyjdzie jeszcze w Miltonowskiej koncepcji Anglików jako the Lord people i
Anglii jako „narodu wybranego”, „narzędzia boskiego”. Zauważmy, iż w
pierwszej połowie XX wieku jednym ze skutków tego będzie bujny rozwój ...
nauk antropologicznych, które w pierwotnym założeniu miały wspierać politykę
imperialną Wielkiej Brytanii podbudową naukową. „Tymi samymi drogami –
pisze Bystroń – idzie rozwój teorii imperializmu rosyjskiego; idee o misji
dziejowej Rosji zjawiają się zrazu u marzycieli, aby następnie, stać się hasłem
tłumów i uzasadniać każdy akt przemocy wewnętrznej czy zewnętrznej [...]. Pod
wpływem megalomanii nastąpiło ogólne przewartościowanie wszelkich
wartości; profesorowie uniwersytetów gloryfikują Iwana Groźnego jako
doskonałego przedstawiciela ducha narodu, a najwybitniejsi pisarze (Sołowiew)
głoszą, że Rosja Polsce dobrem za zło odpłaca. Aksakow, w imię chrześcijań-
skiego posłannictwa, dowodzi konieczności bezwzględnej rusyfikację jako
walki z elementami niechrześcijańskimi: na chwałę Boga należy pogromić wro-
gów Rosji. Coraz szerzej i coraz brutalniej rozlegają się te głosy; w ten sposób
utwierdza się w szerokich sferach społeczeństwa teoria imperializmu
rosyjskiego, sięgającego nie tylko po Warszawę i Vładywostok, ale i
Konstantynopol, Persję, Indie, Mongolię. W wybornych studiach M.
Zdziechowskiego znaleźć można wielkie bogactwo odnośnych faktów i
poglądów. [...] Wystarczy przeglądnąć wydawnictwa i odezwy [...] wczytać się
we współczesną twórczość pisarzy rosyjskich, aby spostrzec natychmiast owo
głęboko nurtujące przeświadczenie, że Rosja, ów najlepszy, wybrany naród,
poprzez morze krwi, zniszczenie bezprzykładne i ogrom cierpień ludzkich,
prowadzi świat w lepszą przyszłość, i że nowe formy społeczne, które z takim
trudem powstają, doprowadzą nas z czasem do idealnego stanu społeczeństwa.
Nieszczęście i męka narodu służyć mają dobru ludzkości.” Idea „posłannictwa”
– dowodzi Bystroń – wystarcza tam, gdzie teorie „wielkości narodu”
odpowiadają faktycznej jego potędze; tam jednak, gdzie istnieje dysjunkcja,
pojawiają się „idee ofiary”: „wybrany naród spełnia swą misję, cierpiąc za
zbawienie świata. Rosja, pogrążona w bezmiarze nieszczęścia, jest ową ofiarą,
jest Mesjaszem nadchodzącego dnia, Messija griaduszczawo dnia.” W
zarysowanym kontekście łatwo dostrzec zasadnicze różnice między typem
mesjanizmu rosyjskiego, a np. romantyczną wersją mesjanizmu polskiego –
nieimperialistycznej w swym rodowodzie. Rozdarta między zaborców Polska –
to nie „grad Inonia, gdie żiwiot Bożestwo żiwych” i nie „Rossija Moja
Bogonosica Pobieżdajuszczaja Żmija”...3
Zatrzymaliśmy się dłużej nad Megalomanią narodową nie tylko ze
względu na jej wartości czysto naukowe, ale i ze względu na wymiar i wagę
tych konstatacji Bystronia, które wykraczają poza domenę nauki „ścisłej” w
kierunku historiografii i etyki. Czasy współczesne w przenikliwy sposób

3
Omawiane wydanie zostało ocenzurowane i pozbawione fragmentów dotyczących Rosji rewolucyjnej.
Niektóre cytaty podawałem za wydaniem przedwojennym. [przyp. M. W. z 2011 r.]

13
potwierdzają aktualność wielu podstawowych sądów Bystronia. Odnosi się to i
do najnowszej historii naszego narodu. Patrząc z perspektywy politycznej na
przykład na dzieje kultury polskiej w ostatnich zwłaszcza 32 latach, można
dojść i do takiej niezbyt optymistycznej konstatacji, iż znaczą je z jakąś
niezrozumiałą konsekwencją ponawiane próby rozbicia (zniszczenia?) tego
systemu wartości i norm, z którym genetycznie, historycznie – immanentnie –
związana jest nasza kultura narodowa, i że słuszne, ...szlachetne i
niepodważalne w zasadzie podstawowe t e o r e t y c z n e założenia
polityki kulturalnej państwa socjalistycznego funkcjonują ciągle jako atrapa i
parawan. Służyły temu – w zależności od etapów politycznych –
najprzeróżniejsze formy indoktrynacji społeczeństwa, które jakże często
bazowały na tworzonych ad hoc na użytek aparatu propagandy i informacji no-
wych „teoretycznych” odmianach megalomanii narodowej. Ostatnia zaś dekada
zostanie zapewne – oddajmy się marzeniom – potraktowana przez socjo-psycho-
kulturologów jako sui generis laboratorium do teoretycznych dociekań nad
teoriami megalomanii politycznej oraz państwowej i ich psychospołecznymi
konrekwncjami. „Z głęboki] smutkiem patrzymy – pisze Bystroń – na tak obfite
i tragiczne żniwo! Megalomania narodowa doprowadza do rozkładu nauki,
moralności, religii; zatracamy wiarę we wszystko, co mogłoby być wielkim dla
wszystkich ludzi.” Czy tylko nadzwyczajny idealizm uczonego dyktował te
słowa? Wieloletnie p o z o r o w a n e działania współczesnej polityki
kulturalnej – prowadzące do stanu, w którym własnością społeczną stają się w
gruncie rzeczy wyłącznie dwie funkcje kultury: „rozrywkowa” i „fasadowa” –
ukazały zaiste, jak „tragiczne i obfite” może to być „żniwo”, potwierdzając tezę
Bystronia, iż „zabawa w kulturę staje się trucizną dla mas.” I zdanie to powinno
stać się latarnią przyświecającą stale poczynaniom mądrej polityki kulturalnej i
społecznej. Na całe nieszczęście, konsekwencje psychospołeczne rozwijanej w
latać 70. megalomanii politycznej i państwowej – podniesionej oficjalnie do
rangi programu społeczno-ideologicznego – są tak dalekosiężne, iż wykraczają
poza nasz wspólny horyzont, poza krąg naszych własnych spraw.
Konstatacje powyższe wymagałyby obszerniejszej argumentacji, którą
trudno rozwijać w tym miejscu. Podsumujmy zatem zarysowani refleksję.
Jawiąc się w Megalomani... jako zdecydowany przeciwnik wszelkiego rodzaju
teorii megalomańskich i totalitarnych, daje Bystroń znakomitą lekcję
nowoczesnego, antropologicznego spojrzenia na człowieka, społeczeństwo i
kulturę, przejmujący wykład humanizmu i tolerancji. I nie będzie przesady,
kiedy „ustawimy” go – nie tylko zresztą z uwypuklonych względów – pośród tej
miary badaczy kultury i etyków kultury, co Sapir, Linton, a szczególnie Ruth
Benedict w słynnych Wzorach kultury, chociaż nic nie wskazuje na to, aby autor
Megalomanii... pobierał lekcje u przedstawicieli culture and personality
approach. Na marginesie jeszcze uwaga. Ma Bystroń niepodważalną rację,
kiedy powiada, iż wszelkie odmiany megalomanii – grupowej, etnicznej,
narodowej, politycznej, państwowej, imperialistycznej – znamionuje kolosalna
„zaraźliwość”. Mamy jednak do czynienia z dwiema zasadniczo odmiennymi
„jakościami” etycznymi w sytuacji, kiedy „zarażliwość” owa poraża i
ubezwłasnowolnia psychikę tłumów, i w sytuacji, kiedy wpływa na paradygmat
myślowy i poczynania badacza. Zwłaszcza badacza kultury i społeczeństwa.
Wydane niedawno przez Polską Agencję Interpress podręcznikowe ujęcie
dziejów kultury polskiej – zresztą nie tylko ta pozycja n a u k o w a –
dowodzi, iż możliwe są w praktyce i te drugie przypadki.
Przejdźmy do drugiej generalnej kwestii, jaką nasuwa lektura Tematów...
Była na wstępie tej refleksji mowa o zasługach Bystronia dla wielu
subdyscyplin ogólnej teorii kultury i historii kultury. I tak określono go również
m. in. jako prekursora nowoczesnej folklorystyki. Spróbujemy to uzasadnić.
Gdyby przyszło zobrazować sytuację tej dyscypliny w Polsce jeszcze w
latach 60., pierwszym dominującym rysem, jaki się narzuca, jest fakt jej silnego
uzależnienia od tradycji folklorystyki Kolbergowskiej i klasycznych metod

15
etnografii XIX-wiecznej, zwłaszcza terenowej, nieakademickiej. W sferze
metodologicznej uwidocznia się to m. in. w przewadze metod genetyczno–
komparatystycznych i w znacznym – z wyjątkami oczywiście — zawężeniu pola
penetracji badawczych, które dyktowało n o ś n e, postromantyczne rozumienie
pojęcia „kultury ludowej” i „ludowości”. Ostatnich kilkanaście lat to okres
stosunkowo wyraźnego „wyzwalania” folklorystyki z presji tradycyjnych
stereotypów badawczych, proces przekształcania jej w dyscyplinę z „własną
twarzą”, posługującą się przy tym coraz swobodniej całym zespołem nowych
metod. Najbardziej znamienną cechą zachodzących w jej łonie procesów jest wy
raźny zwrot ku współczesności, a to – siłą rzeczy – implikuje zmiany w
sposobach mydlenia o folklorze jako pewnego rodzaju fenomenie kulturowym.
W czym to się – konkretnie – wyraża? Nade wszystko w swego rodzaju
„desakralizacji” pojęcia „ludowości”, które stało się jakby „kulą u nogi”
folklorystów, a i etnografów także. Folklorystyka współczesna nie poprzestaje
już zatem wyłącznie na penetracji ongiś „zaklętych rewirów ludowości”, ile
coraz więcej uwagi poświęca całej gamie zjawisk i zachowań o charakterze
„spontanicznym”, „prerefleksyjnym”, „peryferyjnym”, „nieoficjalnym”, starając
się przy tym odnaleźć i określić typy relacji, w jakie wchodzi folklor z różnymi
innymi sferami i elementami współczesnej kultury. Zachodzą zmiany w
rozumieniu pojęcia „folkloru”, przy czym dywagowanie nad definicją „folkloru”
jest w chwili obecnej mniej istotne, dużą rolę odgrywa tu zresztą intuicja
badaczy ). Bardziej natomiast istotne jest uznanie, iż „folklor” – podobnie jak i
cała kultura, której jest pełnoprawną częścią składową – podlega procesom
intensywnej przemiany, że nie jest on „skamieliną”, a jest zjawiskiem płynnym,
wielopostaciowym, hybrydalnym, często ezoterycznym, s t a l e przy tym
o b e c n y m – zarówno jako forma ekspresji, jak i konsumpcji kulturalnej
– w życiu jednostek, grup, kręgów, warstw czy klas społecznych. Siłą rzeczy,
folklorysta nie poprzestaje dzisiaj wyłącznie na studiowaniu samych przekazów
ustnych tej czy innej grupy, zawężenie takie daje bowiem jedynie szczątkową
wiedzę o sposobach uczestniczenia w kulturze ich „nadawców”, ale coraz
chętniej włącza w swój punkt widzenia także inne typy przekazów, a może
lepiej rzec – inne formy ekspresji. Jest to istotne, jeśli się przyjmie, że folklor
jest zawsze odzwierciedleniem czyjejś świadomości, jakiegoś sposobu myślenia.
Folklorystyka, rzecz oczywista, nie rezygnuje przy tym zinteresowań
sferą folkloru „tradycyjnego”, głównie tedy chłopskiego. Folklor chłopski np.
dostarcza ciągle istotnych i niezbędnych inspiracji o charakterze teoretyczno-
metodologicznym, chociaż być może byłoby korzystne, gdyby folklorysta
eksplorujący współczesność wymazał ze świadomości fakt istnienia ...folkloru
tradycyjnego. Ponadto niezwykle ważne procesy i zjawiska – z których
obserwacji i wyjaśniania nie można rezygnować – zachodzą w „kanałach”,
poprzez które folklor tradycyjny wchodzi do kultury współczesnej. Z tzw.
„folkloryzmem” – którego zasługi, dla propagandy sukcesu, ideologii oraz
najnowszych urzędowych teorii megalomanii narodowej przyjdzie pora
skwitować – włącznie. Owo znamienne poszerzenie pola obserwacji wiąże się
jednak głównie z dwiema innymi sferami kultury, coraz intensywniej przez
folklorystów inwigilowanymi.
Po pierwsze – będzie to bardzo rozległa – ilościowo i jakościowo – sfera
zjawisk charakterystycznych dla tzw. subkultur, wraz z „przypisanymi” im
typami folklorów środowiskowych czy zawodowych, języków i innego rodzaju
„kodów”. Przykładowo – będzie to cały splot subkultur przestępczych, obszerny
zespół subkultur robotniczych, inne – nierobotnicze – subkultury zawodowe,
subkultury takie jak studencka, żołnierska, dziecięca, nastolatków, marynarska,
grup sportowych, a być może subkultura kolejek w sklepach, wagonów
kolejowych i tp. Jak wiele ważnych informacji dla wiedzy o współczesnej
kulturze, człowieku, rolach osobowych czy społecznych, w które ów człowiek
wchodzi, dają studia nad kulturami grupowymi, świadczy choćby przykład
subkultury stadionów (kibiców) – z całym bogatym repertuarem pieśni,
zawołań, haseł, hymnów, napisów, sztandarów, ubiorów, oznak i całym swego

17
rodzaju kibicowskim „systemem totemicznym”. Z drugiej strony – sięgnijmy do
przykładu o większym ciężarze gatunkowym – przełom sierpniowy 1980 roku
unaocznił doskonale, jak mnóstwo istotnych treści, wartości i znaczeń – „nie
znanych” dotąd „oficjalnym” opracowaniom poświęconym kulturze robotniczej
typu książki Loranca, nie wspominając już o odpowiednich enuncjacjach
ideologiczno-propagandowych – kryją w sobie subkultury robotnicze.
Olbrzymia większość owych wartości, norm, znaków i znaczeń, które na światło
dzienne wydobył Sierpień – sądząc z piśmiennictwa „urzędowego”, w tym
socjologicznego – nie powinna na dobrą sprawę ... istnieć od kilku dziesiątków
lat w naszym życiu i słowniku. Zatem zainteresują badacza subkultury jako
wyrazy pewnych s p o ł e c z n y c h r e a k c j i na kulturę
zinstytucjonalizowaną, zunifikowaną, zuniformizowaną, urzędową, oficjalną,
czasem jako wyrazy społecznych oczekiwań czy nadziei. Jako pewne –
zawiązywane z różnych przyczyn i dla różnych celów – typy w s p ó l n o t
ludzkich. Pojęcie subkultury staje się dzisiaj – w badaniu zróżnicowanej kultury
współczesnej – ważnym pojęciem typologicznym, istotnym narzędziem
operacyjno–badawczym.
Drugą kategorię zjawisk, która odgrywa coraz istotniejszą rolę we
współczesnej penetracji folklorystycznej, można by umownie – i ze wszystkimi
zastrzeżeniami – określić mianem „folkloru interspołeeznego”, obejmującego
formy i zjawiska wspólne różnym, często skrajnie różnym, grupom, warstwom,
środowiskom, jednostkom. Inaczej mówiąc, chodziłoby tu o zjawiska
folklorystyczne czy parafolklorystyczne „bez legitymacji” przypisującej je ja-
kiejś jednej określonej grupie, aczkolwiek niejednokrotnie mają one jakieś
związki zarówno ze współczesnymi, jak i dawnymi subkulturami – z chłopską
włącznie. Zmieści się tutaj cała gama form takich, jak pogłoska czy plotka,
dowcip, anegdota czy zagadka, współcześnie wykonywane „okazjonalne” czy
„masowe” pieśni z różnych repertuarów (imieninowy, bakchiczny, rajdowy), ta–
kież „przyśpiewki”, obiegowe popularne życzenia, powinszowania czy toasty,
okrzyki i skandowania, porzekadła, przysłowia, horoskopy, przepowiednie,
przekazy paramedyczne czy paraprawnicze, „łańcuchy szczęścia”, rozmaite
formy słownego folkloru miłosnego i cały szereg innych. W pewnych
newralgicznych sytuacjach – jak napięcia i kryzysy społeczne, atmosfera
oficjalnego kłamstwa polityzznego, niedomówień, „szumów” informacyjnych i
zniekształceń w środkach masowego przekazu, manipulacji społeczeństwem,
zawężania sfery wolności człowieka, jak „przechyły” totalitarystyczne etc. –
niektóre z tych form, przekazów stają się udziałem znacznej stosunkowo części
globalnego społeczeństwa, pełniąc niezwykle istotne funkcje społeczne:
informującą, integrującą, terapeutyczno-katarktyczną, kompensacyjną – czy
ludyczną. Być może wielość tych funkcji zawrzeć można w dwóch
podstawowych: „kontestacyjnej” z jednej i „narkotyzującej” – z drugiej strony.
Notabene analiza tych form i przekazów daje wiele materiału do przemyśleń na
temat czegoś, co można by ująć jako folklorystyczna funkcja stereotypów, jak i
dowodów na – wzmiankowane już – radykalne ich oddziaływanie społeczne.
Także na temat roli, jaką w życiu współczesnego człowieka odgrywa –
eksponowana tak silnie przez Bystronia – myśl prelogiczna.
Zmieniająca swój warsztat i pole działania folklorystyka ma zatem szanse
stać się jedną z ważniejszych dyscyplin rozpoznających istotne aspekty
współczesnego życia społecznego, przynosząc szereg nowych danych
uwiarygodniających naszą wiedzę o sposobach uczestnictwa społeczeństwa w
kulturze. Eksponujemy tak silnie rolę folklorystyki dlatego, że – sformułujmy
ostrożną opinię – wyprzedza ona obecnie etnografię (macierzystą ongiś
dyscyplinę) , jeśli chodzi o ekspansywność badawczą, skalę innowacji war-
sztatowych i przede wszystkim stopień zainteresowania współczesnością.
Uważny czytelnik pism Bystronia – i tych zebranych w Temat a c h . . . , i tych
ciągle nie wznawianych – zauważy, iż badacz ten zdawał sobie doskonale

19
sprawę z nieuchronności przemian wewnątrzdyscyplinarnych, przed jakimi stoją
etnografowie i folkloryści. Jego prace zawierają cały szereg przesłanek
implikujących program badań podejmowanych współcześnie przez
folklorystykę. Sam Bystroń zaczął częściowo ten program realizować.
Wspomnijmy, z jaką pieczołowitością i drobiazgowością uwagą, a i maestrią i
erudycją, zajmował s i ę tak z pozoru marginalnymi i nieistotnymi formami
kultury jak napisy na domach, na ścianach, w karczmach i zajazdach, na
drzewach, na mogiłach i figurach, na broni, łyżkach, książkach,
okolicznościowe, turystyczne, ludyczne i in.) , symbole i znaki, różnego typu
„Listy z Nieba” czy „łańcuchy szczęścia”, nowe przysłowia, „charaktery”,
formy myślenia magicznego i przesądu, slangi i in. Z drugiej strony – jak wiele
miejsca w swoich wędrówkach po historii i współczesności kultury poświęcał
grupom i kulturom marginalnym, peryferyjnym, normom i wartościom
integrującym te grupy, ich kulturze materialnej i duchowej, włącznie z językiem
i folklorem traktowanym jako „klucze” do studiów nad mentalnością
uczestników danych wspólnot. Inicjował tym samym w Polsce badania nad tzw.
– używając języka współczesnej socjologii – „grupami pierwotnymi”. Trzeba
ponadto podkreślić, jak bardzo był wyczulony na procesy zmiany kulturowej,
dynamikę owych przemian. W jego program badawczy wpisany był i stosowany
w praktyce postulat interdyscyplinarności, a przecież jeśli zadanie, jakie stawia
dzisiaj przed sobą folklorystyka, mają być realizowane, dyscyplina ta musi
współpracować ściśle z etnologią, socjologią, psychologią społeczną i
indywidualną, socjo- czy psycholingwistyką i in. Skądinąd można też w
Bystroniu dostrzec inicjatora polskich badań socjolingwistycznych. Te czy inne
przemyślenia metodologiczne zawdzięczał głównie – o czym była mowa –
francuskiej szkole socjologicznej. Jednakże waga, jaką przywiązuje do różnych
form ekspresji symbolicznej człowieka i ich związkom z innymi aspektami
szeroko pojmowanej praxis człowieka, pozwalają określić jego stanowisko –
użyjmy ponownie współczesnego terminu – jako „kulturalistyczne”, a więc
bliskie antropologii kultury. Szereg współczesnych dyscyplin społeczno-
humanistycznych ciągle jeszcze cierpi na niedostatek refleksji antropologicznej.
Zbytecznym przeto będzie dociekanie, w czym tkwi „tajemnica”
renesansu Jana Stanisława Bystronia w kręgach młodszych zwłaszcza generacji
badaczy. Przecież nie tylko badaczy. Pięciotysięczny nakład Tematów...
rozszedł się błyskawicznie. Na kolejną edycję czekają Bystroniowe Dzieje
obyczaju oraz Warszawa – ciągle niezastąpione, obok takoż nie wznowianej
monumentalnej pracy Brűcknera, kompendium wiedzy z historii kultury
narodowej. Na pełne wydania czekają całość Megalomanii... i Komizm, którego
wydanie z 1965 r. zostało zmienione i okrojone. Na wznowienie zasługują na
pewno takie obszerniejsze prace Bystronia, jak Publiczność literacka, Literaci i
grafomani, Kultura ludowa, Etnografia Polski, Wstęp do socjologii, Artyzm
pieśni ludowej i cały szereg prac drobniejszych, w większości prawie
niedostępnych, których nie sposób tu wyliczyć. A ich przyszłym wydawcom
życzyć wypada tak znakomitej roboty edytorskiej, z jaką mamy do czynienia w
Tematach... w wydaniu Ludwika Stommy. Czytelnik, który zadał sobie trud
czytania przypisów i komentarzy, doceni łatwo trud, jaki zadał sobie edytor.
Uzupełnia on Bystronia, poprawia jego ewidentne błędy, wykłóca się z nim,
odnosi jego tezy do współczesnego stanu wiedzy, nie unika i żartu z Mistrza,
aluzji. Ostatecznie obaj wychodzą z tego obronną ręką – z korzyścią dla
czytelnika.

Michał Waliński

21