Vous êtes sur la page 1sur 277

b ib lio te k a m yśli w s p ó łc z e s n e j

Edward T* H A L L
ukryty wymiar
Przełożyła
Teresa Hołówka
Słowem wstępnym opatrzył
Aleksander Wallis

PAŃSTW OW Y IN STYTU T W YDAW NICZY


WARSZAWA 197 S
T y tu ł oryginału
T H E H ID D E N D IM E N SIO N

K on sultant
Z U Z A N N A STR O M EN G ER

O kładkę ł kartę tytułow ą projektow ał


M A C IE J U R B A N IE C

Copyright © 1966 by Edwlard T . H all

© Copyright for the Pollsh edition t>y


P aństw ow y Instytut W ydaw n iczy, W arszaw a 1976.

P R IN T E D IN P O L A N D
P aństw ow y Instytut W yd aw n iczy, W arszaw a 1978 r.
W ydanie drugie
N ak ład 10 000 + 290 egz. A rk . w yd . 13,2. A rk. druk. 17,5
Papier druk. m /gł. k l. III, 70 g , 92 X 114/48
Oddano do składania w styczniu 1978 r.
Podpisano do druku w czerwcu 1978 r.
D ruk ukończono w lipcu 1978 r.
W rocław skie Zak ład y G raficzne, Zak ład G łów n y
W ro cła w , ul. Oł&wska 11
N r zam . 892/78
Cena zł 30,—
SŁOWO WSTĘPNE

W ciągu ostatnich kilku lat obserwujemy wzmożone zain­


teresowanie nauk społecznych i przyrodniczych prze­
strzennymi zachowaniami człowieka. Problematyka, która
przez długi czas była domeną socjologii miasta i eko­
logii społecznej, znalazła się w polu zainteresowania
antropologów i biologów, geografów i ekonomistów, a tak­
że przedstawicieli nauk stosowanych — lekarzy i psy­
chiatrów, urbanistów i projektantów form przemysłowych.
Jednocześnie zwielokrotnił się zasięg tych zaintereso­
wań. Obejmują one małe skale przestrzenne — zacho­
wania w mieszkaniu, szkole czy szpitalu, skale śred­
nie — dzielnicy i miasta, a także skale wielkie — aglo­
meracji, regionu i kraju. Zjawisko to ma różne źródła.
Związane jest z kryzysem miejskich metropolii, z dal­
szym przebiegiem procesów urbanizacyjnych, które obej­
mują zarówno kraje nisko, jak wysoko zurbanizowane;
z budową „od jednego rzutu” całych dzielnic i miast;
z trudnościami planowania przestrzennego; z degradacją
środowisk ludzkich; z konfrontacją kultur, jaka zacho­
dzi w skali całego globu. Badanie zjawisk przestrzen­
nych wiąże się nie tyle z odkryciem, co z szerszym
uznaniem, że przestrzenne ukształtowanie ludzkiego śro­
dowiska ma poważny wpływ na zdrowie, rozwój oso­
bowości, na stosunki społeczne w małych grupach, na
wydajność pracy. Przestrzeń i zachowania przestrzenne
stały się przedmiotem badań licznych placówek typu
akademickiego i mnożących się ośrodków badań sto­
sowanych.
Praca Edwarda T. Halla należy do opisanego nurtu
poszukiwań. Jest ona godna uwagi z trzech względów.
Przede wszystkim przynosi bogatą i wielostronną wiedzę
0 najnowszych osiągnięciach badawczych w zakresie
przestrzennych zachowań zwierząt oraz w zakresie zacho­
wań ludzi w małych przestrzeniach. Jest ciekawa, jako
próba stworzenia nowej dyscypliny naukowej, nazwanej
przez autora proksemiką. Wreszcie jest warta zastano^
wienia, jako praca charakterystyczna dla wziętych obec­
nie poszukiwań interdyscyplinarnych. Studia Halla wy­
rosły zarówno z zainteresowań poznawczych, jak z po­
budek moralnych. Ich nicią przewodnią jest chęć wyka­
zania, w jakim stopniu i w jaki sposób sprawy związane
z „ukrytym wymiarem” uczestniczą w trudnościach
1 konfliktach codziennego życia. Stosując liczne przykłady
i analizy Hall pokazuje, jak kameralna przestrzeń wo­
kół nas staje się źródłem psychicznego dobrobytu lub
psychicznych cierpień. Wyjaśnia, jak odmienne trakto­
wanie przestrzeni przez reprezentantów poszczególnych
kultur staje się źródłem wzajemnych antagonizmów.
Opisuje zależności, jakie łączą zachowania człowieka w
małych przestrzeniach z wielkimi procesami naszej do­
by — kryzysem miast, eksplozją demograficzną, kon­
fliktami grup etnicznych i rasowych.
Omawiana praca ma niezwykle rozległy zakres. Dzięki
temu jest ona i atrakcyjną, i pożyteczną lekturą. Sta­
nowi to również źródło jej pewnych słabości.
Pod względem rozmaitości wykorzystanych źródeł jest
to najbardziej wszechstronna praca o zachowaniach prze­
strzennych, jaka się dotąd ukazała. Autor odwołuje się
do badań językoznawców, antropologów i biologów, so­
cjologów, psychologów i etologów, do przemyśleń hi­
storyków sztuki, literatury i cywilizacji, do eksperymen­
tów zoologów i ornitologów, do spostrzeżeń hodowców,
malarzy, pisarzy i architektów. Referuje wyniki badań
nad małpami i jeleniami, doświadczenia przeprowadzone
nad szczurami, myszami i karaluchami, zapoznaje nas
z zachowaniami ryb i ptaków. Jednocześnie dąży do
przebadania i wyzyskania najrozmaitszych źródeł wie­
dzy o przestrzennych zachowaniach człowieka. Poza ba­
daniami specjalistów z wyliczonych wyżej dziedzin ko­
rzysta z takich źródeł jak literatura czy malarstwo
z różnych epok i kręgów kulturowych. Mamy więc do
czynienia z ambitną próbą wykorzystania zarówno roz­
maitych dyscyplin społecznych, jak przyrodniczych.
Przedstawiając wyniki kilkudziesięciu naukowych opra­
cowań, wybranych — jak możemy się domyślać — spo­
śród setek przejrzanych tytułów, Hall umożliwił nam po­
znanie sporego obszaru wiedzy, do której samodzielne
dotarcie wymaga paroletnich wysiłków. Nie muszę pod­
kreślać, że zainteresowani tą wiedzą specjaliści — mam
na myśli zwłaszcza architektów, projektantów form prze­
mysłowych, psychologów i socjologów — na tak rozległe
uzupełniające studia z reguły nie mają czasu.
Publikacja Halla nie jest jednak popularnonaukową
pracą sprawozdawczą. Zebrany przez niego rozległy ma­
teriał służy naczelnemu celowi, jakim jest tropienie ży­
ciodajnych więzi łączących jednostkę ludzką z przestrze­
nią i analizowanie sytuacji, w których więzi te ulegają
deformacji. Hall stara się zarówno wyjaśnić opisane
zjawiska, jak formułować wnioski, które staną się pod­
stawą racjonalnego kształtowania ludzkich przestrzeni.
Jego uwagi i konkluzje nasuwają przy tym wiele inspi­
rujących pytań.
Formułowane przez Halla prawidłowości w większości
swej mają według niego charakter uniwersalny. To zna­
czy, mają się odnosić do wszystkich istot ludzkich. W y ­
nika to z przekonania, że analizowane zachowania czło­
wieka w małych przestrzeniach są przesądzone przez
jego biologiczną naturę. Natomiast zachowania, które
ludzi różnią, wywodzą się z bardzo ogólnych różnic kul­
turowych — narodowych lub nawet kontynentalnych.
Wszystkie zawarte w omawianej pracy prawidłowości
sformułowane zostały na drodze uogólnienia materiałów
empirycznych. Natomiast nie wynikają one ani też nie
wiążą się z żadną koncepcją wyższego rzędu. Hall nie
proponuje nam ani biologicznej, ani kulturowej teorii,
która by potrafiła powiązać i scalić ustalane przez niego
liczne prawidłowości. Trudno zgłaszać o to pretensję.
Spójne i płodne teorie są zwykle uwieńczeniem długiego
łańcucha poszukiwań. Teorie zdolne dó wyjaśniania
zjawisk należących do różnych dyscyplin stanowią szcze­
gólnie skomplikowany problem. Musimy jednak zdawać
sobie sprawę z następstw obecnej sytuacji. Otrzymuje­
my bowiem wiedzę składającą się z zestawionych obok
siebie cząstkowych twierdzeń, które funkcjonują od siebie
niezależnie i między którymi nie ma przejść. Przy każ­
dym nowym problemie czy zjawisku p o ja d a ją się w
omawianej pracy nowe pojęcia. Zapewne — bez no­
wych pojęć i terminów nie ma postępu w nauce. Nie
znaczy to jednak, że każde nowe pojęcie jest niezbędne
i usprawiedliwione. Hall najwyraźniej dzieli z innymi
badaczami zamiłowanie do. mnożenia, nowych terminów
i co za tym idzie — do nowych klasyfikacji. Dzięki temu
co kilka czy kilkanaście stron czytelnik ma do czynie­
nia z nową aparaturą pojęciową. Kolejno poznajemy
takie, odnoszone do zachowań człowieka pojęcia, jak te-
rytorialność, krytyczna przestrzeń i krytyczna sytuacja,
infrakultura, prekultura i mikrokultura; przestrzeń
trwała, półtrwała i przestrzeń nieformalna; przestrzeń
dospołeczna i przestrzeń odspołeczna; bagno behawio­
ralne, przestrzeń wzrokowa, słuchowa, węchowa, ter­
miczna i dotykowa; dystans intymny, indywidualny, spo­
łeczny i publiczny (każdy z dodatkowym podziałem na
bliższy i dalszy); osobowości sytuacyjne. W przypadku
terminów, jakie wiążą się z referowanymi przez autora
badaniami o zachowaniach ptaków, ssaków i płazów —
ich różnorodność jest zrozumiała. Kiedy jednak zaczy­
nają się sypać pojęcia związane z przestrzennymi za­
chowaniami homo sapiens, a każda następna para czy
grupa pojęć nie ma związku z pojęciami poprzednimi —
budzi się niepokój. Dyscyplina naukowa — a taką jest
w założeniu proksemika — nie może się składać z ze­
społu autonomicznych i nie związanych ze sobą pojęć
i twierdzeń. W dodatku pojęć i twierdzeń, z k tó rv eh
jedne wywodzą się z obserwacji zachowań kulturowych,
drugie z analiz o charakterze fizjologicznym, trzecie —
z analogii ze światem zwierzęcym. Sytuacja ta wynika
po prostu z obecnego, wczesnego etapu badań. Podejmu­
jąc swe studia autor przyjął parę ogólnych przesłanek
dotyczących biologicznej natury człowieka i komunika­
cyjnej istoty kultury. Dokonał omówienia rozległego ma­
teriału empirycznego i zaproponował wiele szczegóło­
wych wniosków. Nie dysponował natomiast teorią, która
mogłaby wyjaśnić oraz zintegrować poszczególne opisane
przez nią ludzkie zachowania. Teoretyczny trud uogól­
nienia i scalenia nagromadzonej wiedzy jest więc spra­
wą przyszłości. Tymczasem dysponujemy wiedzą rozpro­
szoną. Jest to stan, przez który przechodzi w swym
rozwoju niejedna dyscyplina. Brak ogólnej teorii po­
ciąga za sobą kłopoty przy weryfikacji ustaleń szcze­
gółowych. Sądzę, że warto podjąć dyskusję z kilkoma
poglądami autora dla pokazania, że również na obec­
nym poziomie ogólności rozważań wiele spraw ma cha­
rakter otwarty i może być rozmaicie interpretowane.
Cały rozdział poświęca autor analizom (nazwanej tak
przez siebie) przestrzeni wzrokowej, węchowej, termicz­
nej, słuchowej i dotykowej, w której żyje człowiek.
Trudno kwestionować to, że poszczególne zmysły do­
starczają nam różnej wiedzy o otaczającej nas przestrze­
ni. Różnej m. in. pod względem ścisłości i szczegółowości,
pod względem geometrycznego zasięgu oraz ilości in­
formacji. Hall wyciąga stąd wniosek, że człowiek żyje
jednocześnie w różnych przestrzeniach. To znaczy, że
posiada kilka odmiennych wyobrażeń o tej samej ota­
czającej go przestrzeni, przy czym każde wyobrażenie
opiera się na innym zmyśle. Wniosek ten nie przekonuje
mnie. Mózg człowieka posiada daleko idące możliwości
integracyjne, dzięki czemu zdolny jest do wytworzenia
jednego spójnego obrazu otaczającej go przestrzeni mimo
otrzymywania przez zmysły jakościowo różnych i nie
zawsze ze sobą zgodnych informacji. Prawdopodobnie
człowiek żyje przede wszystkim w przestrzeni wizualnej,
a pozostałe zmysły pełnią rolę uzupełniającą. W każdym
razie mówienie o wspomnianych pięciu typach przestrze­
ni opiera się raczej na konstrukcji autora niż na empi­
rycznie zweryfikowanych faktach. Precyzja, z jaką ludzki
organizm potrafi poruszać się i działać w przestrzeni,
przemawia, jak sądzę, za tym, że posiada on jednoznacz­
ne i ścisłe jej wyobrażenie.
Drugi przykład dotyczy przestrzeni dospołecznej i prze­
strzeni odspołecznej. Jedna ma sprzyjać społecznym kon­
taktom, druga ma im przeciwdziałać. Za tymi pojęciami
kryją się zjawiska, dla których proponuję inną interpre­
tację. Lepiej jest mówić o przestrzeni dobrze lub źle do­
stosowanej do własnej funkcji. Ta sama bowiem prze­
strzeń przy jednych funkcjach będzie sprzyjać społecz­
nym kontaktom, przy funkcjach innych — będzie je
utrudniać. Najlepiej zaprojektowane mieszkanie z chwilą
zamiany na lokal biurowy może znakomicie utrudniać
społeczne kontakty. Dobrze zaprojektowany plac sprzyja
kameralnym kontaktom społecznym, plac zaś nazbyt
duży je utrudnia. Nadaje się za to lepiej do innych spo­
łecznych celów. Żadna przestrzeń nie jest immanentnie
dóspołeczna lub odspołeczna. Podany przez Halla przy­
kład gwiaździstego układu urbanistycznego — gdy ulice
promieniście wychodzą z jednego placu — jako układu
dospołecznego, a kratownicy — gdy ulice przecinają się
pod kątem prostym — jako układu odspołecznego jest
nieporozumieniem. Intensywność kontaktów społecznych
w otwartej przestrzeni zależy od bardzo wielu czynni­
ków — liczby i charakteru placów, skwerów i ulic, wy­
posażenia ich w sklepy, kawiarnie i restauracje, nasile­
nia hałasów, zagrożenia ruchem kołowym itd. Hall okre­
śla i klasyfikuje omawianymi dwoma pojęciami nie tyle
przestrzeń społeczną, w której ludzie żyją i kontaktują
się, co wyabstrahowaną przestrzeń geometryczną.
Trzeci przykład dotyczy odkrytych przez autora „oso­
bowości sytuacyjnych”. „Najprostszą formą — pisze
Hall — osobowości sytuacyjnej jest osobowość związana
z reakcjami na układy intymne, indywidualne, społecz­
ne i publiczne” (s. 108). W odczuciu psychologa i socjo­
loga chodzi tu najwyraźniej o różne role społeczne, w ja­
kich występuje jednostka pod wpływem odmiennych kon­
tekstów sytuacyjnych. Pojęcie roli społecznej (np. roli
kochanka, ojca, pracownika, mówcy, sportowca etc.) ist­
nieje w nauce od kilkudziesięciu lat i sądzę, że może
być z powodzeniem stosowane do sytuacji przestrzennych.
Tak więc „osobowość sytuacyjna” byłaby synonimem
„roli społecznej”.
Jednym z założeń Halla jest uznawany dzisiaj pogląd,
że jednostka ludzka nie może bezkarnie lekceważyć swej
przynależności do świata przyrody: jak to formułuje Hall
„człowiek [...] jest więźniem swego biologicznego orga­
nizmu” (s. 20). Warto zwrócić uwagę na różne odmiany
i następstwa tego stanowiska. Gdy Hall twierdzi, że ba­
dania nad zwierzętami pomagają w zrozumieniu prze­
strzennych zachowań ludzi, to jest to stanowisko do
przyjęcia. Zgodnie z tą dyrektywą opisane eksperymenty
i obserwacje z życia zwierząt możemy konfrontować z od­
powiednimi sytuacjami i zachowaniami człowieka. Jest
to pociągające i płodne zarówno w kategoriach psycho­
logicznych, jak i światopoglądowych. Natomiast katego­
ryczne stwierdzenie Halla, iż: „Ograniczając badania do
tego, jak zwierzęta zachowują się w przestrzeni, może­
my dowiedzieć się wielu rzeczy, które stosują się rów­
nież do ludzi” (s. 34), uważam za fałszywe. Jego na­
stępstwem jest np. przeniesienie pojęcia terytorialności
(ukutego dla ptaków) i pojęcia bagna behawioralnego
(stosowanego do szczurów) na społeczeństwo ludzkie. Jest
to daleko idące uproszczenie. Relacje bowiem człowieka
ze środowiskiem są znacznie bardziej złożone niż u zwie­
rząt z racji o wiele bardziej rozbudowanej i skompli­
kowanej społecznej struktury homo sapiens, jak też z po­
wodu intelektualnych, moralnych i estetycznych wartości,
jakimi kieruje się człowiek w swym stosunku do oto­
czenia. W przypadku terytorialności — każdy człowiek
posiada określony i różny stosunek do takich obszarów,
jak mieszkanie, ulica, własne miasto, region i kraj. Ina­
czej zachowuje się w przestrzeni prywatnej i publicznej,
świeckiej i sakralnej. Jego postawy nie są wrodzone,
jak u zwierząt, lecz stanowią funkcję jego społecznej
przynależności — do rodziny, zakładu pracy, wspólnoty
miejskiej czy narodowej, jak również jego tradycji i kul­
tury. Twierdzenie: „w naturze [...] zwierząt, nie wyłą*-
czając ludzi, tkwi pewien typ zachowania zwanego te-
rytorialnością” (s. 184) — może być punktem wyjścia
do pogłębionych badań, nie może być jednak przyjmo­
wane jako wyjaśnienie sprawy. Pojęcie bagna behawio­
ralnego oznacza — w przypadku szczurów — kompletną
dezorganizację, a nawet patológię większości zachowań
w wyniku nazbyt szczupłych i nie ustabilizowanych wa­
runków przestrzennych. Eksperyment ze szczurami Cal-
houna jest wyjątkowo ciekawy i daje wiele do myślenia
również o społecznościach ludzkich. Natomiast przeno­
szenie wspomnianego pojęcia na slumsy i getta, to zna­
czy na przestrzenie społecznie zdegradowane — jest po­
chopne. Slumsy i getta, mimo że są obszarami wzmożonej
patologii społecznej, biedy i nędzy — posiadają zarówno
własne społeczne struktury (opisane po raz pierwszy
przez ekologów z Chicago), jak i własne, nieraz bujne
życie społeczne. Termin „bagno behawioralne” może być
tu traktowany najwyżej jako malownicza metafora o du­
żym ładunku emocjonalnym.
Sądzę, że badania Halla znacznie by się wzbogaciły,
gdyby autor zwrócił większą uwagę na socjologiczne
aspekty omawianych zjawisk. Zajmuje się on postrzega­
niem przestrzeni przez jednostkę i jej zachowaniem w
tej przestrzeni, co wiąże się ściśle ze społecznym uwi­
kłaniem jednostki. W grę wchodzi symbolika przestrzeni
oraz związane z nią moralne nakazy i religijne zakazy.
Także społeczne reguły przestrzennych zachowań, które
wynikają np. z roli gościa i gospodarza, lekarza i pacjen­
ta, ojca i syna, osoby świeckiej i duchownej. Chociaż
Hall odwołuje się również do badań socjologicznych, to
jednak więcej wniosków o zachowaniu homo sapiens
wyciąga z badań nad zwierzętami niż; nad grupami spo­
łecznymi. Nie posądzam przy tym autora o lekceważe­
nie socjologicznego punktu widzenia. Wydaje się ra­
czej, że jego własne fachowe przygotowanie ułatwiło mu
lepsze rozumienie jednych źródeł i utrudniło wniknięcie
w inne.
Wydaje mi się, że wiele przykładów i spostrzeżeń Halla
można wyjaśnić i powiązać przy pomocy teoretycznej
koncepcji „przestrzeni jako wartości” , której wstępny,
nie wykończony zarys pozostawił po sobie Florian Zna­
niecki. W studium datującym się z r. 1938 pod tytułem
Socjologiczne podstawy ekologii ludzkiej1 (nie tłuma­
czone na angielski) przedstawił on kulturowe pojmowa­
nie przestrzeni, odmienne od geometrycznego pojmowa­
nia przestrzeni, jakim posługują się fizycy. W życiu spo­
łecznym — twierdził Znaniecki — mamy do czynienia
z wartościowaniem przestrzeni przez jednostki i zbioro­
wości ludzkie, przy czym wartościowanie to ma bezpo­
średni wpływ na przestrzenne zachowania społeczeństwa.
Przykładami takich przestrzeni „...są np. miejsca zajęte
lub puste, wnętrza przestrzenne lub ciasne i w przeci­
wieństwie do nich «zewnętrza», siedziby, okolice, ośrod­
ki, granice, tereny wymierzone, przestworza niewymier­
ne, «cstrony» (przód, tył, prawa, lewa, góra, dół), «strony
świata», dalekości, bliskości, perspektywy, drogi, bezdro­
ża etc.”2 Nie tu miejsce na prezentowanie poglądów Zna­
nieckiego. Chcieliśmy jednak zwrócić uwagę na pewne
możliwości kontynuowania rozważań Halla w katego­
riach teoretycznych, a także na korespondowanie ze sobą
prac powstałych w różnych naukowych kręgach i okre­
sach.
W rozdziale X I i X II zachowania człowieka w mikro­
skali są analizowane na przykładzie kultur poszczegól­
nych krajów, a nawet kontynentów. Autor porównuje
zachowania Amerykanów i Arabów, Europejczyków i Ja­
pończyków, Francuzów, Anglików i Niemców. Jest to
próba zastosowania do analizy ustaleń z pierwszej czę­
ści książki. Szczególnie pouczające są analizy konfliktów

1 Patrz „R u ch Praw niczy, E konom iczny i S o cjolo g iczn y ” ,


nr 1, Poznań r. 1938.
* T am że, s. 91. O m ów ienie tego studium Znanieckiego zn a j­
du je się w pu blikacji Florian Znaniecki i jeg o rola w s o c jo ­
logii, XJA M — Poznań 1975.
osobistych i przestrzennych, jakie powstają w bezpo­
średnich kontaktach między przedstawicielami odmien­
nych kultur, nawet między Anglikami i Amerykanarńi.
Część ta jest również bogata w pyszne fakty i zaska­
kujące obserwacje. Obfituje też w ciekawe wnioski. Cza­
sami jednak naiwne, zwłaszcza gdy autor opiera swe
rozważania na obiegowych stereotypach. Przykładem
częić uwag o przestrzennych obyczajach Anglików i Niem­
ców. Gdy czytamy, że: „Anglik może nigdy nie mieć
stałego: «pokoj u dla siebie» i na ogół nie spodziewa się
go ani nie rości sobie do niego praw. Nawet członkowie
Parlamentu nie mają kancelarii i często urzędują na
tarasie wychodzącym na Tamizę" (s. 199), natomiast: „Dla
Niemca lekkie meble są przekleństwem, nie tylko dla­
tego że tandetnie wyglądają, lecz również dlatego że
ludzie mogą nimi poruszać i tym samym burzyć porzą­
dek rzeczy włącznie z naruszaniem «sfery prywatnej»”
(s. 197) — czujemy, że autor przeholował. Tam gdzie
upatruje on cechy narodowe, jesteśmy skłonni widzieć
kulturowe konwencje. Wydaje się również, że nie są one
bynajmniej powszechne wśród ogółu Niemców czy A n­
glików, lecz różnicują się zgodnie z przynależnością jed­
nostek do poszczególnych klas i warstw, do ludności
wiejskiej lub miejskiej. W poszukiwaniu odmienności po­
trafi się też Hall zagalopować. „W Stanach Zjednoczo­
nych — czytamy — używa się przestrzeni do klasyfiko­
wania ludzi i działalności, podczas gdy w Anglii to, kim
się jest, określa system społeczny.” (s. 197) Jak ustalili
ekologowie ze szkoły chicagowskiej, przestrzenna budowa
amerykańskiego miasta dość dokładnie odpowiada istnie­
jącej w tym społeczeństwie społecznej stratyfikacji. M iej­
sce zamieszkania jest zatem precyzyjnym wskaźnikiem
pozycji, jaką Amerykanin zajmuje w systemie spo­
łecznym.
Skąd takie potknięcia i dysproporcje naukowej ścisło­
ści między poszczególnymi rozdziałami? Sądzę, że jest
to cena, jaką Hall płaci za ambicję indywidualnego pod­
jęcia wielodyscyplinarnych rozważań. Ujawniły się przy
tym dwa zjawiska, które można obserwować w dysku­
sjach między przedstawicielami różnych dyscyplin pro­
wadzonych na jakiś wspólny temat. Badacze, którzy
świadomi skomplikowania zjawisk we własnej specjal­
ności, w jej ramach przejawiają ostrożność w zakresie
generalizacji, z chwilą przejścia do rozważań z innych
zakresów, znacznie słabiej im znanych — okazują o wie­
le większą odwagę w przesądzaniu problemów i fero­
waniu wniosków. M ają przy tym skłonność do odkry­
wania rzeczy, które dla nich są rzeczywiście nowe, na­
tomiast specjalistom z danej dziedziny są dawno i do­
brze znane. Nieraz spotykamy niedocenianie specyficz­
nych problemów nie znanej sobie dyscypliny. W rozdziale
VII Hall opisuje badania nad malarstwem, które pod­
jęto dla ustalenia, jak artyści postrzegali i przedstawiali
świat, zwłaszcza z punktu widzenia stosowanej przez
nich perspektywy. Badania objęły różne okresy i kręgi
kulturowe, a prowadzone były przez dwóch antropolo­
gów i teoretyka kultury bez uciekania się do pomocy
historyka sztuki. Tymczasem zagadnienia perspektywy
są od dziesięcioleci przez historyków sztuki bardzo do­
kładnie badane. Toteż można mieć obawy, że wnioski,
do jakich doszła wspomniana trójka, zwłaszcza w od-
nisieniu do perspektywy w malarstwie średniowiecznym,
mogą się spotkać z poważnymi zastrzeżeniami innych
fachowców. Drugim przykładem są uwagi Halla o czasie
liniowym i współbieżnym. Na temat czasu istnieje olbrzy­
mia literatura filozoficzna, psychologiczna i literaturo­
znawcza. Autor opiera się jedynie na dwóch pracach
z tego zakresu. Zdaję sobie sprawę, że gdyby chciał w y­
czerpać tylko część literatury — nie miałby czasu na
inne zagadnienia, a omawiana książka w ogóle by nie
powstała. Jest to dramatyczny problem, z jakim mają
do czynienia naukowcy, którzy starają się przekroczyć
wyspecjalizowane ramy jednego obszaru badań.
Dwudziestowieczny rozwój nauki cechuje zarówno po­
wstawanie licznych specjalizacji w ramach dyscyplin
tradycyjnych, pojawianie się nauk pogranicznych np. fi­
zykochemii, biochemii, astrofizyki, lingwistyki matema­
tycznej; kształtowanie się dyscyplin zupełnie nowych,
jak elektronika, cybernetyka, bionika. Lista nowych dy­
scyplin, chociaż spora, jest znacznie skromniejsza od
listy nazw dla nowych nauk, które pragną wylansować
poszczególni autorzy. Propozycja Halla stworzenia nowej
dyscypliny mieści się zatem w nurcie rozwoju współ­
czesnej nauki. Co więcej, nie jest on jedyny wśród ba­
daczy, którzy pragną stworzyć nową nauką o zachowa­
niach przestrzennych człowieka. W jednym z opracowań
Amerykańskiego Towarzystwa Geografów z r. 1969 ze­
branych zostało dwadzieścia tego rodzaju terminologicz­
nych propozycji. Mamy wśród nich „środowiskową psy­
chologię” i „środowiskową fizjologię” , „behawioralną geo­
grafię” i „psychogeografię”, „ekologię psychologiczną”
i kilkanaście innych. Każda z tych propozycji ma przy
tym nieco inny znaczeniowy zakres. Trzeba przyznać, że
termin „proksemika” jest pod względem językowym
najbardziej udany. Rzecz jednak nie tylko w nazwie.
Jeżeli nową dyscyplinę mamy sądzić na podstawie oma­
wianej pracy Halla, to nie przesądzając wcale jej przy­
szłości, musimy stwierdzić, że w chwili obecnej ona jesz­
cze nie istnieje. Nie ma własnej teorii ani własnych me­
tod. Opiera się wyłącznie na wynikach różnych dyscyplin
społecznych i przyrodniczych. Formułowane przez Halla
uogólnienia można równie dobrze traktować jako prawi­
dłowości ż zakresu psychologii, kultury czy biologii jak
i przypisywać je proksemice. Jeżeli termin ten ma sens,
to na razie wyłącznie jako nazwa wybranego obszaru
badań, który jest wspólny co najmniej dla kilku, jeżeli
nie kilkunastu różnych dyscyplin. Rozwój współczesnej
nauki zna takie przypadki. Mówi się przecież o naukach
behawioralnych, o naukach o znakach czy o naukach ję­
zykoznawczych. Na amerykańskich uniwersytetach można
spotkać wydział nauk o życiu (life sciences) i nauk o prze­
strzeni (space sciences), które dotyczą Kosmosu. Niewy­
kluczone, że jesteśmy świadkami powstawania grupy
nauk o zachowaniach przestrzennych człowieka. Jeżeli
tak, to będą one zapewne obejmować zachowania w róż­
nych skalach. Zarówno w małych — jak pokój czy sklep,
w średnich — jak dzielnica mieszkaniowa — oraz w ska­
lach wielkich — jak region czy kraj. Będą również łą­
czyć wysiłki biologów i psychologów, socjologów i an­
tropologów, geografów i demografów. Być może pro-
ksemika stanie się trwałą nazwą dla badań nad zacho­
waniami w mikroskali. Tymczasem jednak nie mamy
podstaw, by traktować ją jako dyscyplinę samodzielną.
Tak obszerne potraktowanie dyskusyjnych stron oma­
wianej publikacji wynika z przekonania, że dotyczą one
zjawisk we współczesnych badaniach powszechniejszych.
Brak teorii integrującej przy obfitości danych empirycz­
nych, poszukiwania interdyscyplinarne, moda na nowe
pojęcia, chęć stworzenia nowej dyscypliny badawczej —
to kłopoty i ambicje niejednego autora.
Mimo podniesionych zastrzeżeń książka Halla jest mi
sympatyczna. Sympatyczna dzięki swym intencjom, dzięki
radości autora, gdy trafia na rozwiązanie kolejnego pro­
blemu, dzięki dążeniom do wyzyskania różnorakich źró­
deł. Sympatyczna również dzięki prostocie wykładu i da­
leko idącej selekcji materiału, do którego dotarł. Wresz­
cie — mimo zdań i fragmentów wzbudzających sprze­
ciw — jest to książka pożyteczna. U kryty wymiar sta­
nowi świadomą próbę znalezienia jednego z podstawo­
wych układów odniesienia jednostki ludzkiej — układu
przestrzennego. Sądzę, że Hall potrafił wnieść do tej
problematyki nowe treści i podsycić stare spory.

listopad 1975 Aleksander Wallis


PRZEDM OW A A U TO R A

Zasadniczo są d w a typ y książek za jm u ją cych dziś p o­


w ażnego czyteln ika: jedn e, nastaw ione na treść, p rze­
znaczone do przekazania p ew n ej szczegółow ej p o rcji
w ied zy, i drugie, traktu jące o strukturze, sposobie,
w ja k i fa k ty i rzeczy są zorganizow ane. Jest rzeczą
w ątpliw ą, czy autor św iadom jest tego, jak i z ow y ch
ty p ó w książek pisze, ch oć b y ło b y wskazane, aby zda­
w a ł sobie spraw ę z tej różnicy. To sam o odnosi się
i do czyteln ika, k tórego satysfakcja zależy w znacz­
n y m stopniu od spełnienia nie w yp ow ied zia n y ch ocze­
kiw ań. W dzisiejszym św iecie, g d y w szyscy zalew ani
jesteśm y rozm aitym i danym i z różnych źródeł, n ie­
trudn o zrozum ieć, dlaczego ludzie m ają często w ra ­
żenie, że tracą kontakt z n ow ościam i naw et w sw ej
w łasn ej dziedzinie. W zrasta też, ja k się sądzi, p o ­
czucie utraty w ięzi ze św iatem ja k o całością. Utrata
tej w ięzi w y w o łu je w zm ożon e zapotrzebow anie na
jakiś zorgan izow an y układ odniesienia, k tóry um ożli­
w iłb y zin tegrow an ie m asy szybko zm ien iających się
in form a cji, z jaką m usim y się borykać. U k ry ty -wy­
m iar jest p róbą zaspokojen ia tej w łaśnie potrzeby.
K siążki tego rodzaju, niezależnie od ram w yzn a­
czon y ch przez gałęzie nauki, nie są ogran iczon e do
żadnego szczególnego audytorium czy dziedziny, ó w
brak uk ieru nk ow an ia na pew ną konkretną d y scy ­
plinę m oże sp ra w ić zaw ód tym spośród czyteln ików ,
k tórzy sp od ziew ają się g o to w y ch odpow iedzi i pra-
g n ęlib y zastać w szystko p ok la sy fik ow a n e w edle te­
m atyki i p rofesji.
Jako antropolog n a w yk łem co fa ć się do początków
i szukać takich substruktur b iologiczn ych , z k tórych
w yrasta dany aspekt lu dzkiego zachow ania. W p o­
dejściu tym szczególny nacisk kładzie się na fakt,
iż człow iek — ja k w szelk ie zw ierzę — przede w szyst­
kim , zaw sze i ostatecznie jest w ięźn iem sw ego b io lo ­
gicznego organizm u. Przepaść odd zielająca nas od
reszty św iata zw ierzęcego nie jest zresztą tak o g rom ­
na, ja k m niem a w ięk szość ludzi. Im w ięcej d o w ia ­
d u jem y się o zw ierzętach i za w iły ch m echanizm ach
a dap tacyjn ych w y tw o rzo n y ch przez ew olu cję, tym
istotniejsze stają się ow e badania dla rozw iązania
n iek tórych co bardziej k ło p o tliw y ch p rob lem ów lu dz­
kich.
O bie m o je książki, T he S ilent L an guage i obecna,
dotyczą struktury dośw iadczenia ukształtow an ego
przez kulturę, to znaczy ty ch w szystk ich p ow szech ­
nych, sięga ją cych głęb ok o, a nie w y raża n y ch d o ­
św iadczeń, w k tóry ch p a rtycy p u ją i k tóre bezw iedn ie
kom un ik ują sobie człon k ow ie danej k u ltu ry; k tóre
form u ją tło, w ja k im ocen ia się w szelk ie w y d a ­
rzenia.
W iedza o w y m ia rze k u ltu row y m ja k o rozleg ły m
kom plek sie kom un ikow an ia się na w ielu płaszczyz­
nach nie b y ła b y rzeczyw iście niezbędna, g d y b y nie
dw a zjaw isk a: nasz rosnący zw iązek z ludźm i w szyst­
kich stron św iata oraz zm ieszanie się subkultur w e
w łasn ym kraju, w m iarę tego ja k m ieszkań cy tłum ­
n ie opuszczają reg ion y roln icze na rzecz w ielk ich
miast.
- S taje się coraz bard ziej w id oczn e, że starcia p om ię­
d zy system am i k u ltu row y m i nie ogra n iczają się do
re la cji m ięd zyn arod ow ych . T ego rodzaju zderzenia
p rzyb iera ją u nas coraz b a rd ziej znaczące p ro p o rcje
i zaostrzają się w raz z zatłoczen iem m iasta W b rew
b ow iem rozpow szechn ion em u p og lą d ow i o w e liczne,
zróżn icow an e g ru p y sk ładające się na nasze sp ołe-
ezeństw o ok azały się nadspodziew anie w ytrw a łe W
podtrzymywaniu sw o je j odrębności. G ru py te pozor­
nie' tylk o m ogą w yg lą d a ć jed n a k ow o i spraw iać w ra­
żen ie jed n a k ow ych , lecz pod w arstw ą najbardziej
zew nętrzną k ry ją się nie w yrażane, nie sform u ło­
w an e różn ice w kształtow aniu czasu, przestrzeni,
tw o rzy w i zależności. Są to te w łaśnie spraw y, które
ch oć nadają w agę naszem u życiu — p ow od u ją czę­
sto, w ów czas g d y oddziałują na siebie lu dzie z róż­
n y ch kultur, w yp aczen ie zam iarów niezależnie od
d ob ry ch in tencji.
+ Pisząc o m ych badaniach nad posługiw an iem się
przez człow iek a przestrzenią — przestrzenią, którą
odgradza się od in n ych , którą zapełnia w o k ó ł siebie
w dom u i w p racy — ch ciałbym zw rócić uw agę na
sp ra w y p rzy jm ow a n e ja k o oczyw iste; pragnąłbym
dop om óc czyteln ik ow i w sam oid en tyfik acji, w p og łę­
bian iu d ośw iadczenia i w przezw yciężaniu alienacji.
S łow em , zrob ić m ały k rok na drodze ku sam ośw ia­
dom ości po to, b y u m ożliw ić ludziom poznanie na
n ow o sam ych siebie.
Żadn a książka nie osiąga m om entu, kiedy nadaje
się do opu blik ow an ia, bez ak tyw n ej w sp ółp ra cy
i uczestnictw a m asy osób, z k tórych każda jest n ie­
zbędna, i ch oć na ok ła d ce p o ja w ia się tylk o nazw i­
sk o autora, zdaje on sob ie spraw ę z tego, że k oń cow y
rezultat jest w y n ik iem w sp óln y ch w y siłk ów zespołu.
W zespole tego rodzaju są z w y k le tacy, k tórych role
b y ły ściśle Określone, bez p om ocy k tórych rękopis
n igd y nie zostałby złożon y u w y d aw cy . C h ciałbym
W yrazić w dzięczn ość za w k ła d tych w łaśnie osób.
N atura p orozum iew an ia się jest tego rodzaju, że
w je j p ierw otn ych , nie sp recyzow a n ych stadiach każ­
da W ypow iedź zaw arta jest częściow o na papierze,
g d y reszta, a często fragm en t najistotn iejszy, pozo­
staje w g ło w ie autora. N ie jest on jednak tego św ia­
dom , gd yż czytając w łasn y rękopis autom atycznie
d od a je doń b ra k u ją ce partie. D latego też autor p o ­
trzebu je przede w szystk im kogoś, kto zasiądzie z nim
i cie rp liw ie zniesie je g o p oirytow an e, a naw et w r o ­
gie re a k cje na w ytk n ięty m u brak jasn ych rozróż­
nień pom ięd zy tym , co napisał, a tym , co w ie. W e­
dług m nie pisanie nie jest czym ś, co m ożna robić od
przypadku do przypadku. G d y piszę, w szystko inne
zatrzym uje się, a to oznacza, że inni muszą w ów czas
w ziąć na siebie ciężki trud! Stąd też w dzięczn ość w i­
nien jestem przede w szystkim m o je j żonie, M ildred
Reed H all, która była m i rów n ież partnerem w p ra­
cy i która tow arzyszyła m i w badaniach pod tak
w ielom a w zględ am i, że n iejed n ok rotn ie trudn o b y ­
ło b y od gra n iczyć je j udział od m ojego.
P op arcia dla m ych badań udzielały szczodrze d o ­
ta cje z N ational Institute o f M ental Health. W en n er-
-G ren Foundation fo r A n th ro p o lo g ica l R esearch i H u­
m ań E cology Fund zap ew n iały niezbędną pom oc
i w sparcie, jeśli chodzi o p odróże w teren, a także
zaopatrzenie i fundusze na p o k ry cie du żych w y d a t­
k ó w zw iązanych z p rzy g otow y w a n iem rękopisu.
Szczególn e p od zięk ow an ie należy się tej jed y n ej
w sw oim rodzaju in stytu cji, jaką jest W ashington
S ch ool o f P sych iatry, je j R adzie Z arządzającej, w y ­
k ład ow com i personelow i. Jako stypendysta i w ie lo ­
letni w yk ła d ow ca w yn iosłem ogrom n e k orzyści ze
w sp ółp ra cy z tym tw órczy m zespołem . W ashington
S ch ool finansow ała m e badania i roztoczyła w o k ó ł
m ej p ra cy p rzych yln y, sty m u lu ją cy klim at.
W napisaniu n in iejszej książki d op om ogli m i re ­
daktorzy: R om a M c N ickle z B ou lder, C olorado, R i­
chard W islow i A n d rea B alchan z D oubleday, w resz­
cie żona m oja, M ildred R eed H all. B ez ich w y siłk ó w
nie zdołałbym w y d a ć tego tom u. Cenną i lojalną
p om oc okazały mi rów n ież G udrun H uden i Judith
Y onkers, które w y k on a ły nadto w yk resy.
Z aciągn ąłem o so b liw y dług in telektu aln y u m ego
przyjaciela, B uckm instera Fullera. C hoć szczegóły
naszych prac różnią się, b y ł on n iep rzerw a n ym źród ­
łem in tu icji i w zorem w szech stronn ego m yślenia,
k tóre w y d a je m i się w p ew n y ch punktach kon ge­
nialne.
P ra g n ą łb ym też w ym ien ić trzech p rzy ja ciół i w sp ół­
p ra cow n ik ów , z k tóry ch każdy w n iósł sw ój n iepo­
w tarzaln y w k ła d do m y ch rozw ażań i służył zarów no
cen n ym m oraln ym w sparciem , ja k in tu icją i podnietą
do p ra cy ; ą m ia n ow icie: M uchtara A n i, W arrena B ro-
d ey i F rańka R ice. C hcę w reszcie w y m ien ić i p o ­
d zięk ow ać za zezw olen ia na cy ta ty następującym w y ­
d a w n ictw om : A then eum za T he M aking o f th e P re -
siderit 1960 T h eod ore’a H. W h ite’ a, H arcourt, B race
& W orld za F ligh t to A rras i N ocn y lot A n toin e’a
de S t-E x u p e ry ’ego, H arper & R ow za W izytą K a ­
pitana S torm field a w n ieb ie M arka Tw aina, H olt,
R inehart & W inston Inc. za T he P ain ter’s E ye M au-
rice ’a Grossera, H oughton M ifflin za T he P ercep tion
o f th e V isual W orld Jam esa J. G ibsona, A lfre d
A . K n o p f Inc. za P ro ces K a fk i i K rain ę śn iegu Y a -
sunari K aw abaty, U N ESCO Series o f C on tem porary
W ork s (Japanese Series), „L a n g u a g e” za T he Status
o f L ingu istics as a S cien ce E dw arda Sapira, M assa­
chusetts Institute o f T ech n ology za S cien ce and L in ­
guistics B en jam ina L ee W h orfa, The T ech n ology
Press oraz John W ile y & Sons za Language, T hought
and R ea lity B en jam in a L ee W h orfa, the U n iversity
o f T oron to Press za E skim o Edm unda Carpentera,
„T h e Y a le R e v ie w ” ; Y a le U n iversity Press za T he
H are and th e Haruspesc: a C autionary T ale E dw arda
S. D eeveya.
Część m ateriałów z rozdziału X zam ieszczona b yła
w cześn iej w m oim artykule, zatytu łow anym : Silent
A ssu m ptions in Social C om m unication, op u b lik ow a ­
n y m w sp raw ozdan iach A ssociation fo r R esearch in
N ervous and M ental Disease. Serdecznie dzięku ję za
p ozw olen ie na w yk orzysta n ie tych m ateriałów .
I

K U LTU R A JAKO K O M U N IK O W A N IE SIĘ

G łów n ym tem atem tej książki jest przestrzeń społecz­


na i indyw idualna oraz postrzeganie je j przez czło­
w ieka. Dla określenia tego rodzaju pow ią za n ych ze
sobą ob serw a cji i teorii, d otyczą cych posługiw an ia
się przestrzenią jako szczególnym w y tw orem k u l­
tury, w p row a d ziłem term in „p rok sem ik a ” .
R ozw ija n e pon iżej p ojęcia nie pochodzą o d e mnie.
Ponad pięćdziesiąt trzy lata tem u Franz Boas przed­
staw ił zarysy poglądu, k tórego jestem zw olenn ikiem ,
że k om u n ik ow an ie się stanow i rdzeń ku ltu ry i w ła ­
ściw ie sam ego życia. W następnych dw udziestu la­
tach B oas i d w u in n ych a n trop ologów , E dw ard Sapir
i^-sLeonard B loom field , w szy scy m ów ią cy język am i
in doeuropejsk im i, natknęli się na radyk aln ie różne
język i am erykańskich Indian i E skim osów . K o n flik -
tow ość ty ch d w u odm ien n ych system ów ję z y k o w y ch
w y w o ła ła istn y p rzew rót w p ojm ow an iu istoty ję z y ­
ka. A k a d em icy eu rop ejscy trak tow ali b ow iem dotąd
sw e języ k i ojczyste ja k o m od ele w s z e l k i c h ję ­
zyków . Boas i je g o uczn iow ie o d k ry li ostatecznie,
że każda rodzina ję z y k ó w rządzi się sw oistym i pra­
w am i, stanow i zam knięty system , k tórego regu ły
w in n y b y ć w y d o b y w a n e i op isyw a n e przez lin g w i­
stów . N iezbędne jest przy tym , b y język ozn a w ca św ia ­
dom ie unikał pu łapki p oleg a ją cej na p rojek tow a n iu
u k ry ty ch reguł język a w łasnego na ję z y k badany.
W latach trzydziestych naszego w iek u , B eniam in
L ee W h orf, etatow y chem ik i in żynier, a z zam iło­
wań lingwista, zaczął interesować się teorią Sapira.
Z prac W h orfa , op a rtych na je g o badaniach In=_
dian H opi i Shaw nee, w y n ik a ły re w olu cy jn e w n io ­
ski, jeśli chodzi o rela cję pom ięd zy język iem a m y ­
śleniem i postrzeganiem . Język — tw ierd za — jest.
czym ś w ię ce j niż tylk o środkiem w yrażan ia m yśli,
i W g ru n cie rzeczy stanow i on g ł ó w n y czyn-
|n i k k s z t a ł t u j ą c y m y ś lenie. C o w ięcej,
n aw et postrzegan ie przez nas otaczającego św iata
jest — b y u żyć w spółczesn ego porów n an ia — n i­
czym k om pu ter zap rogram ow an e przez język , k tórym
m ów im y. Jak kom puter, um ysł człow iek a m oże re je ­
strow a ć i porząd kow ać rzeczyw istość tylk o w zgodzie
z program em . A pon iew aż d w a język i często różnie
p rogra m u ją tę samą klasę zdarzeń, nie m ożna rozw a ­
żać żadnego prześw iadczenia czy system u filo z o ficz ­
n ego w od erw a n iu od języka.
D oniosłość m yśli W h orfa uw id oczn iła się dopiero
niedaw no, i to zaled w ie dla garstki ludzi. P race jego,
ch oć n iełatw e do zrozum ienia, p ow od u ją niepokój,
g d y je uw ażnie prześledzić. P od cin a ją u korzeni d ok ­
trynę „w o ln e j w o li” , sugerując, iż ludzie są n iew oln i­
kam i język a, k tó ry m m ów ią, tak długo, ja k długo
traktu ją ję z y k ja k o coś oczyw istego.
Tezą zarów n o tej książki, ja k i T he Ś ilent Lan-
guage jest to, że przedstaw ione przez W h orfa i jeg o
szkołę zasady dotyczące język a stosują się W rów n y m
stopniu do reszty lu dzkiego zachow ania, do ca łej ku l­
tury. P rzez d łu gie lata sądzono, że dośw iadczenie jest
czym ś jed n oczą cy m w szystkich ludzi, że zawsze m oż­
na n ie ja k o w ym in ą ć ję z y k i kulturę i zw rócić się ku
dośw iadczen iu po to, b y osiągnąć porozum ienie z inną
jednostką. T en m ilcząco p rz y ję ty (choć często w y ra ­
żany eocplicite) pogląd o zw iązku m iędzy człow iek iem
a d ośw iadczen iem op iera się na założeniu, że w ów czas
g d y d w ie osob y są podm iotam i tego sam ego „d ośw ia d ­
czen ia” , to w istocie d w a uk łady n erw ow e zasilane
są przez te sam e dane, dw a m ózgi p odobn ie je r e je ­
strują.
Badania proksem iczne każą p ow ażn ie w ątpić w to
założenie, zw łaszcza w ty ch w yp adk ach , gdzie m am y
do czyn ien ia z różn ym i kulturam i. W rozdziałach X
i X I opisuję, ja k ludzie z od m ien n ych k ręg ów ku ltu­
ro w y ch nie tylk o m ów ią od rębn ym i język am i, lecz
rów n ież — co p ra w d o p o d o b n ie w ażn iejsze — p r z e -
b y wają w odrębnych rzeczywisto-
ś c i a c h z m y s ł o w y c h . S elek ty w n e przesiew an ie
danych zm y słow y ch przepuszcza jed n e rzeczy i o d -
cedza inne do tego stopnia, że d a n e d o z n a n i e
postrzegane poprzez jed en zespół k u ltu row o
uk ształtow an ych filtr ó w m oże b y ć zupełnie różne od
tegoż doznania postrzeganego poprzez in n y zespół f il­
trów . Ó w proces filtrow a n ia czy też przesiew ania
zn ajdu je w yraz w tw orzon ym przez człow iek a środ o­
w isku arch itekton icznym i w ielk om iejsk im . P o tym
jak przekształcam y nasze środow isk o przyrodn icze,
poznać m ożna, jak różn y użytek czy n im y z naszych
zm ysłów . D ośw iadczenia nie da się w ię c traktow ać
ja k o pew n ego stabilnego punktu odniesienia z tego
w zględu, że przebiega ono w scenerii, która m oże
b y ć ukształtow ana przez człow iek a.
Zw iązana z tym rola zm ysłów przedstaw iona jest
w rozdziałach IV — VII. R ozw ażania te zam ieściłem
g łów n ie po to, b y czyteln ik m ógł zorien tow a ć się
w p ew n y ch p od sta w ow ych dan ych d otyczą cych apa­
ratu, jakim p osłu g u jem y się bu d u jąc sw ó j św iat p o -
strzeżeń. T ego typu opis zm ysłów jest analogiczn y
do opisu aparatu w ok a ln eg o ja k o podstaw y p rocesów
m ow y.
Zbadan ie tego, jak różne sp ołeczności p osłu gu ją się
zm ysłam i w procesie in tera k cji ze sw ym ż y w y m
i z n ieożyw ion ym środow iskiem , w y d o b y w a na ja w
całkiem nam acalne odm ien ności zachodzące np. p o ­
m iędzy A m eryk an am i a A rabam i. M ożna w ten sp o­
sób w y k ry ć znaczące zróżn icow an ia w tym , na co
się zw raca uw agę, i w tym , co się z je j pola usuwa.
B adania m oje z ostatnich p ięciu lat dow odzą, że
A m eryk a n ie i A ra b o w ie ż y ją w zupełnie różn ych
światach postrzeżeniowych i posłu gu ją się różnym i
zm ysłam i naw et tam, gdzie chodzi o ustalenie d y ­
stansu u trzym yw an ego w trakcie kon w ersacji. Jak
zobaczy m y później, A ra b o w ie częściej niż A m eryk an ie
posłu gu ją się p ow on ien iem i dotykiem . Interpretu ją
dane zm y słow e inaczej i w in n y sposób w iążą je ze
sobą. N a jw id oczn iej n aw et postrzeganie w łasnego cia­
ła w re la cji do ego jest u A ra b ó w całkiem odm ienne
niż u nas. A m eryk an k i, k tóre p oślu b iły A ra b ó w w
naszym k ra ju i zd oła ły poznać jed y n ie w yuczoną,
am erykańską stronę ich osobow ości, często spostrze­
gają, że m ężow ie ich p rzeja w ia ją zupełnie inną oso­
b ow ość po p o w ro cie do k ra ju rodzinnego, gdzie z p o­
w rotem pogrążają się w sposób k om u n ik ow an ia się
w ła ściw y A ra b om i stają się w ięźniam i arabskiego
typu p ercep cji. W każdym sensie tego słow a zm ie­
niają się w ów czas w in n y ch ludzi. M im o że system y
ku ltu row e m ogą m od elow a ć zachow anie w różnych
kierunkach, są głęb ok o zakorzenione w b iolog ii i f i ­
zjologii. C złow iek to tw ór z zadziw iającą i niezw ykłą
przeszłością. Od in nych zw ierząt od dzielił się w y p ra ­
cow u ją c to, co nazyw am ekstencjam i (przedłużenia­
mi, odnogam i) organizm u. W ciąż rozw ija ją c ow e ek-
stensje zdołał udoskonalić i w ysp ecja lizow a ć rozm aite
sw oje fu n k cje. K om p u ter jest ekstensją pew nego
fragm en tu m ózgu, telefon — głosu, a k oło pow iększa
zasięg lu d zk ich rąk i nóg. Język rozszerza dośw iad­
czenia w czasie i w przestrzeni, a pism o z kolei roz­
szerza język . O w e ekstensje w yk ształciliśm y w sobie
do tego stopnia, że często zapom inam y o tym , iż w
naszym człow ieczeń stw ie g łęb ok o tk w i natura zw ie­
rzęca. A n tro p o lo g W eston La B arre tw ierdzi, że g a ­
tunek nasz przeniósł e w o lu cję ze sw ego ciała na sw o­
je ekstensje, przez co w yd a tn ie przyśpieszył procesy
ew olu cyjn e.
J ak iek olw iek w ię c p ró b y obserw ow an ia, rejestro­
w an ia i analizow ania system ów proksem icznych, sta­
n ow ią cych fra gm en ty w spółczesn ej ku ltury, m uszą
brać pod uw agę te system y behaw ioraln e, na k tóry ch
się ow e system y op iera ją i które p rzeja w ia ją się
u w cześn iejszych gatunków .
R ozdziały II i III w in n y b y ć p om ocn e w stw orze­
niu zarów n o podstaw y, ja k p erspektyw y, którą należy
p osłu giw ać się rozw ażając bard ziej złożone lu dzkie
w arian ty przestrzennego zachow ania się zwierząt. Na
w iele p om ysłów i in terp retacji zaw artych w n in ie j­
szej książce w p ły n ę ły olb rzym ie postępy dokon ane w
ostatnich latach przez etologów , sp ecjalistów b a d a ją ­
cy ch zachow ania zw ierzęce i zw iązki organizm ów
z ich środow iskiem .
W św ietle ustaleń <je±Qlogti rozpatryw an ie człow iek a
jako organizm u, k tóry rozw in ął i w y sp ecja lizow a ł
sw e ekstensje do tego stopnia, że p rze jęły one i szy b ­
ko zastąpiły naturę, m oże b y ć na dłuższą m etę u ży -
teczne.<i3nnymi słow y, człow iek stw orzył n o w y w y ­
m iar — w ym ia r k u ltu row y, którego fragm entem jest
proksem ika.^Zależność człow iek a i w ym ia ru k u ltu ro­
w ego jest jedn ą z tych zależności, w k tóry ch za rów ­
no człow iek , ja k je g o środow isk o uczestniczą w e w za ­
jem n ym form ow a n iu siebie. S ytuacja człow iek a jest
dziś sytuacją tw ó rc y św iata, w k tórym żyje, a k tóry
etolodzy n azyw ają biotopem . K re u ją c ó w św iat d e­
cy d u je w istocie o tym , jakim typem organizm u sta­
nie się w przyszłości. M yśl ta p rzejm u je trw ogą, g d y
w eźm ie się pod uw agę, ja k m ało w ie m y o człow iek u.
Oznacza ona rów nież, że w gru n cie rzeczy m iasta
nasze w ytw a rza ją różne typ y ludzi w ich slum sach,
szpitalach dla u m ysłow o ch orych, w ięzien iach i przed­
m ieściach. Te subtelne zależności pow od u ją, że p ro ­
blem p rzeb u d ow y m iast i zin tegrow ania m n iejszoścci
przez kulturę d om in ującą jest b a rd ziej sk om p lik o­
wany, niż p rzew id yw an o. P od ob n ie brak pełn ego zro­
zum ienia przez nas w ięzi p om iędzy społeczeństw em
a jeg o b iotop em utrudnia proces tech n ologiczn ego roz­
w oju k ra jó w zw an ych zacofan ym i.
Co się d zieje w tedy, g d y stykają się ze sobą i od ­
działują na siebie ludzie z różn ych kultur?
W T h e S ilent L anguage su gerow ałem , że kom u n i­
kow an ie się zachodzi jedn ocześnie na różn ych p ozio­
m ach św iadom ości, p rzeb ieg a ją cych od św iadom ości
pełn ej do kom p letn ej nieśw iadom ości. Teraz w y d a je
m i się kon ieczne pew n e rozszerzenie tego poglądu.
G d y ludzie p orozu m iew ają się z.e sobą, jest to coś
w ię ce j niż tylk o przerzucanie w ob ie strony piłki
k on w ersa cji. Z a rów n o m o je badania, ja k badania in ­
n y ch dow odzą, że istn ieje zb iór czu jn ie regulow an ych ,
u w a ru n k ow a n ych k u ltu row o serw om echanizm ów ,
dzięki k tórym ży cie nasze trzym a się prostego kursu,
pod obn ie ja k sam olot dzięki autom atycznem u p iloto­
w i. Jesteśm y w szyscy w y czu len i na subtelne naw et
zm iany w zachow aniu się ludzi, w ów czas g d y rea­
g u ją oni na to, co rob im y czy m ów im y. W w ięk szo­
ści sy tu a cji skłonni jesteśm y n a jp ierw nieśw iadom ie,
a późn iej św iad om ie unikać w zm agania czegoś, co
nazw ałem „zw ia stu ją cy m ” czy też „za p ow ia d a ją cy m ”
etapem porozum iew an ia się, od zaledw ie dostrzegal­
n y ch oznak ir y ta c ji do otw artej w rogości. W św iecie
zw ierzęcym doch odzi do zajad łej w alk i, jeżeli ow a
faza zw iastująca w y w o ła spięcie lub zostanie p om i­
nięta. \Wśród ludzi w iele k ło p o tó w w m iędzyn arodo-
w o-m ięd zy k u ltu ro w e j sferze życia w y w od zi się z n ie­
um iejętności w ła ściw eg o odczytania etapu zapow iedzi.
W w yp ad k a ch tego rodzaju, g d y zaczynam y oriento­
w a ć się w tym , co się dzieje, jesteśm y juz zaanga­
żow an i tak dalece, że nie u m iem y się w y cofa ć. ^
K siążka niniejsza zaw iera w iele przyk ła dów n iepo­
rozum ień w y w o d zą cy ch się p rzede w szystkim z tego,
że żadna ze stron nie jest św iadom a faktu, iż żyje
w od ręb n ym św iecie postrzeżeniow ym . K ażda strona
in terpretu je nadto w szystko to, co m ów i inną, w k on ­
tekście ok reślon ego zachow ania i w określon ej sce­
nerii; w w yn ik u tego brak jest w og óle etapu p rzy ­
ja cielsk ich rok ow a ń bądź staje się on kw estią p rzy ­
padku.
E tolodzy, ja k np. K on rad L orenz, tw ierdzą, że agre­
sja jest niezbędnym .składnikiem życia; ż y cie takie,
jakie znam y, b y ło b y bez n iej n a jp ra w d op od ob n iej nie­
m ożliw e. W n orm aln ych w aru n kach agresja g w a ­
rantuje zachow anie n ależytych odstęp ów w rozm iesz­
czeniu osobn ik ów , ch ron i gatunek przed taką liczeb ­
nością, jaka prow ad zi do zniszczenia środow isk a
i w raz z nim sam ego gatunku. G d y gęstość w m iarę
rozw oju p op u la cji staje się zb yt w ielka, w zm aga się
też m ożliw ość w zajem n ego oddziaływ ania, co p ro ­
w adzi do coraz w ięk szego stresu. W m iarę narastania
psych ologiczn ego i em ocjon a ln eg o stresu zw ierząt w
ciele zaczynają zachodzić drobne, lecz don iosłe prze­
m iany chem iczne. I d op ók i n ie d o jd zie do stanu ok re­
ślonego ja k o „załam anie się” p op u la cji, następuje
stopn iow y spadek urodzin z jed n oczesn ym zw iększe­
niem liczb y zgon ów . T ego rod za ju cy k le rozw oju
i załam yw ania się p op u la cji są, ja k się ob ecn ie są­
dzi, typ ow e dla ciep łok rw istych k ręg ow ców , a b y ć
m oże i dla w szystk ich istot żyw y ch . Jak to w y k a ­
zali John C hristian i V. C. W yn n e-E dw ards, zapasy
żyw n ości o d g ry w a ją w o w y c h cyklach , w b re w p o­
pularnem u m niem aniu, rolę ty lk o pośrednią.
C złow iek ro zw ija ją c kulturę o sw oił siebie sam ego
i w trakcie tego procesu w y tw o rz y ł całą n ow ą serię
św iatów , z k tó ry ch jed en różni się od dru giego. K a ż­
dy z o w y ch św ia tów m a sw e w łasne „w e jś c ie ” senso­
ryczne, stąd to, co dla ludzi w jed n ej ku ltu rze ozna­
cza tłok, n ie m usi go oznaczać dla ludzi w innej.
P odobn ie ten sam czyn, k tóry w yzw a la agresję i p o­
w od u je w efek cie stres u jedn ych , m oże okazać się
neutralny dla innych. Jest jed n ak oczyw iste, że i am e­
rykańscy M urzyni, i ludzie z kręgu ku ltu ry hiszpań­
skiej, m asow o m ig ru ją cy do naszych m iast, p od legają
pow ażnem u stresow i. N ie tylk o dostali się w nie d o ­
pasow ane do siebie otoczenie, lecz zm uszono ich nad­
to d o przekroczenia gra n ic sw ej w łasn ej tolera n cji
na stres. S tany Z jed n oczon e stoją w obliczu faktu,
że dw a tw órcze i w ra żliw e n arod y ulegają procesow i
d estru k cji i m ogą, ja k Sam son, w strząsnąć konstruk­
cją, w k tórej w szyscy żyjem y. Trzeba w ięc w p oić
architektom, projektantom urbanistycznym i budow­
n iczym przekonanie, że jeśli k ra j nasz ma uniknąć
katastrofy, m usim y zacząć traktow ać człow ieka jako
in terloku tora sw ego środow iska, i że środow isko tw o ­
rzone przez jed n a k ich architektów , p rojek tan tów
i b u d ow n iczy ch n ie od p ow iad a proksem icznym p o ­
trzebom ludzi.
T ym , k tórzy w ytw a rza ją doch ód i płacą utrzym u­
ją ce rząd podatki, chcę p ow iedzieć, że koszty prze­
budow an ia naszych m iast, ja k iek olw iek b y b y ły , są
konieczne, jeśli A m eryk a ma przetrw ać. I co n a j­
istotniejsze, przebu d ow an ie naszych m iast musi b y ć
oparte na badaniach w io d ą cy ch do zrozum ienia ludz­
k ich potrzeb i na w ied zy o istnieniu liczn y ch św iatów
postrzeżen iow ych , w k tórych ży ją rozm aite g ru p y
zam ieszkujące nasze m etropolie.
Pisząc tę książkę ch ciałem przekazać czyteln ik ow i
pew n e zasadnicze przesłanie o naturze człow iek a
i o je g o zw iązkach ze środow iskiem . B rzm i ono na­
stępu jąco:
Jest spraw ą w ie lk ie j w agi, b yśm y zrew id ow ali i p o ­
szerzyli nasz p ogląd na sytuację człow ieka, byśm y
stali się b a rd ziej w szechstronni i realistyczni nie tylko
w ob ec innych, lecz rów n ież w o b e c sam ych siebie.
Trzeba, żebyśm y n au czyli się o d czytyw a ć niem e k o­
m unikaty rów n ie łatw o jak d ru kow ane i m ów ione.
Jedynie w ten sposób m ożem y porozum ieć się z in ­
nym i, czy to w ew nątrz, czy to na zew nątrz naszych
g ra n ic p ań stw ow ych , tak ja k tego od nas coraz b a r­
d ziej w ym a ga ją okoliczności.
II
REGULOW ANIE D YSTA N SU U ZW IE R ZĄ T

P orów n a w cze badania nad zw ierzętam i pozw alają


pokazać, w jak i sposób w ym agan ia przestrzenne cz ło ­
w iek a p od lega ją w p ły w o m je g o środow isk a. N ato­
m iast u zw ierząt, w odróżnieniu od ludzi, zaobser­
w ow a ć m ożem y kierunek, tem p o i zasięg zm ian za­
chow an ia tow arzyszących zm ianom przestrzeni. P rze­
de w szystk im p osłu gu jąc się zw ierzętam i m ożem y
znacznie przyśpieszyć czas, gd yż pok olen ia zw ierzęce
trw ają w zględ n ie krótko. W ciągu czterdziestu lat
uczony m oże ob serw ow a ć czterysta czterdzieści g e ­
n eracji m yszy, podczas g d y w tym sam ym czasie
zdołałby zobaczyć tylk o d w ie g en era cje w łasn ego g a­
tunku. I oczyw iście p otra fi w w ięk szym stopniu o d ­
izolow a ć się od zw ierzęcego losu.
Z w ierzęta w dodatku n ie ra cjon alizu ją sw eg o za­
chow an ia i w zw iązku z tym nie zaw sze w iadom o,
dlaczego zachow u ją się tak, a nie inaczej. W stanie
naturalnym reagu ją w sposób zd u m iew ająco k on sek ­
w entny, tak że za obserw ow a ć m ożna zachow anie p o­
w tarzające się i zasadniczo id entyczne. O gran iczając
badania do tego, ja k zw ierzęta zach ow u ją się w
przestrzeni, m ożem y d ow ied zieć się w ielu rzeczy,
k tóre stosują się rów n ież do ludzi.
T erytorialn ość, p od sta w ow e p o ję cie w badaniach
nad zw ierzętam i, określa się zw y k le ja k o zach ow a ­
nie polega ją ce na tym , że osobn ik rości sobie praw o
do p ew n ego obszaru i b ron i g o przed reprezentanta-
m i sw eg o w łasnego gatunku. Jest to term in w sp ół­
czesny, w p row a d zon y po raz pierw szy przez angiel­
sk iego ornitologa H. E. Howarda w pracy T erritory
in B ird L ife, napisanej w rok u 1920. H ow ard przed­
staw ił to p o ję cie dość szczegółow o, ch oć niektóre
fa k ty uznane przezeń za p rze ja w y terytorialn ości od ­
n otow an e b y ły ju ż przez naturalistów w X V II w ieku.
Badania nad terytorialnością skłaniają do rew izji
w ielu naszych u trw a lon ych W yobrażeń o życiu za­
rów n o ludzi, ja k zw ierząt. P ow ied zen ie „w o ln y jak
ptak” jest zaw oalow aną form ą poglądu człow ieka
na je g o w łasną naturę. Z w ierzęta w yd ają m u się
w oln e, św iat stoi przed nim i otw orem , g d y on sam
u w ięzion y jest w społeczeństw ie. B adania terytorial­
ności dow odzą, że bliższe p ra w d y jest coś w ręcz
p rzeciw n ego; że zw ierzęta b y w a ją często uw ięzione
w sw ym w łasnym terytorium . W ątpliw e, czy Freud,
w iedząc to, co w iem y dziś o zw iązkach zw ierząt
z przestrzenią, w ią za łb y stw orzoną przez człow ieka
cy w iliza cję z p rzech w ycen iem energii, przek ieru n k o-
w a n ej na n ow e tory przez uw aru nkow ane k u ltu row o
ham ulce.
W terytorialn ości w yraża się w iele istotnych fu n ­
k cji i w ciąż od k ry w a m y coś n ow eg o w tym zakresie.
H. H ediger z Zu richu, słyn n y p sych olog zw ierząt,
opisał n a jw a żn iejsze aspekty terytorialności i zw ięźle
ob ja śn ił m echanizm y, przez k tóre ona działa. T e ry ­
torialn ość — tw ierd zi — regu lu jąc zagęszczenie osob­
n ik ów gw a ra n tu je gatu n kow i rozród. T w orzy pew ne
ram y, w k tóry ch d ok on u je się w szystko, są tam
m iejsca do nauki, m iejsca do zabaw y, bezpieczne
k ry jó w k i. S paja gru pę i k oord y n u je je j działalność.
S praw ia, że każde zw ierzę oddalon e jest od dru giego
na odległość, w k tórej m ożliw e jest porozum iew anie
się; w ten sposób da się ła tw o zasygnalizow ać o b e c­
ność p ożyw ien ia czy zbliżanie się w roga. Z w ierzę
posiadające w łasne terytoriu m rozw ija szereg odru­
ch o w y ch re a k cji na w ła ściw ości terenu. G d y p oja w ia
się niebezpieczeństw o, zw ierzę zn a jd u ją ce się w za­
sięgu sw ego schronienia, m oże sp ok ojn ie polegać na
sw ych autom atyczn ych rea k cja ch i nie m usi tracić
czasu na m yślenie, gdzie się ukryć.
P sych olog C. R. Carpenter, p ion ier studiów nad
m ałpam i w ich naturalnym środow isk u, w y lic z y ł aż
trzydzieści d w ie fu n k cje terytorialn ości, w łączn ie
z fu n k cja m i n ajw ażn iejszym i, służącym i och ron ie
i ew o lu cji gatunku. Lista, która następuje, nie jest
kom pletna ani reprezentatyw na dla w szelk ich g a­
tunków , lecz w ysta rcza ją co d ow od zi d ecy d u ją cej roli
terytorialności ja k o p ew n ego system u zachow ań, sy ­
stemu, k tóry rozw in ął się p ra w ie w ten sam sposób
co układ anatom iczny. Istotnie różnice w zakresie
terytorialności stały się do tego stopnia rozpozn a­
w alne, że p od ob n ie ja k w ła ściw ości anatom iczne,
często służą ja k o podstaw a rozróżniania gatunków .
T erytorialn ość zabezpiecza przed drapieżnikam i y
a jednocześnie w ystaw ia na ich łup jedn ostk i zbyt
słabe na to, b y ustalić i ob ron ić sw e terytorium . T ym
sposobem w zm aga ona su prem ację w selek tyw n ym
rozm nażaniu się, gd yż zw ierzęta m n iej dom in u jące
są też w m n iejszym stopn iu zdolne do w yrobien ia
sobie w łasnego terytorium . Z d ru giej stron y zaś te­
rytorialność ułatw ia rozm nażanie zap ew n iając zw ie­
rzętom bezpieczne siedliska, pom aga w och ron ie
gniazd i osob n ik ów m łodych. U n iek tóry ch gatu n ków
określa, gdzie w yd ala ć od ch od y, co zapobiega lub
ham uje ro z w ó j pasożytów . L ecz jedn ą z n a jw a żn iej­
szych fu n k cji terytorialn ości jest w ła ściw e rozm iesz­
czenie, zap obiegające n adm iernej eksploatacji tego
fragm entu środow iska, od k tórego zależy p rzeżycie
danego gatunku.
T erytorialn ość nie tylk o ch ron i gatunek i środo­
w isko. Zw iązan e są z nią p ew n e fu n k c je społeczne
i jedn ostkow e. C. R. C arpen ter p rzeprow adzał w
zw iązku z terytorialn ością testy w zględ n ego znacze­
nia seksualnej p oten cji i d om in a cji i stw ierdził, że
na sw ym w ła sn ym terytoriu m naw et w yk a strow an e
gołęb ie m ogą w y g ra ć testow ą utarczkę z n orm aln y­
m i sam cam i, chociaż utrata p łci pociąga za sobą
utratę pozycji w społecznej hierarchii. W ten sposób
zw ierzęta d om in u ją ce nadają zasadniczy kierunek
ro z w o jo w i gatunkow em u, fakt zaś, że zw ierzęta p od ­
porząd kow an e m ogą w y g ry w a ć (i rozm nażać się) na
rodzin n ym terenie, pozw ala zachow ać plastyczność
gatunku przez p ow ięk szen ie różnorodn ości i zapo­
b ieg a tym sam ym zam rożeniu kierun ku e w olu cji
przez zw ierzęta dom inujące.
T erytoria ln ość zw iązana jest też ze statusem spo­
łeczn ym : w serii eksperym en tów dokon an ych przez
b ry ty jsk ie g o orn itologa A . D. Baina w odniesieniu
do sik ory bogatk i przesunięcie karm n ików ku pta­
kom ży ją cy m na p rzy leg ły m terenie sp ow od ow ało,
że re la cje d om in ow an ia u legły zasadniczym zm ia­
nom , a naw et zw rotow i o 180 stopni. G d y karm niki
um ieszczono b lisk o ptasich siedlisk, ptaki m og ły k o ­
rzystać z udogodnień, k tórych nie m iały z dala od
sw ego terytorium .
T ery toria ln ość jest rów n ież w ła ściw a ludziom i w y ­
naleźli oni w ie le m etod bronienia tego, co uw ażają
za sw ój w ła sn y k raj, p ole czy też przestrzeń. N aru­
szenie lin ii d em ark a cyjn ej albo p rzejście po cudzej
posiadłości jest czyn em karalnym w w iększości kra­
jó w Zachodu. D om człow iek a stanow i jeg o tw ierdzę
w z w y cz a jo w y m p ra w ie angielskim od w ielu stuleci
i ch ron ion y jest zakazem b ezp ra w n ej rew izji lub
za jęcia g o naw et przez u rzęd n ik ów państw ow ych.
P rzep row a d za się też skrupulatnie rozróżnienia p o­
m iędzy w łasnością pryw atną, która jest terytorium
jedn ostki, a w łasnością publiczną, która stanow i te­
ry toriu m grupy.
T en sk rótow y zaledw ie przegląd różn ych fu n k cji
terytorialn ości jest ch yb a dostateczny, b y skonsta­
tow a ć fakt, że stanow i ona p ew ien p odsta w ow y sy­
stem zachow ań ch arak teryzu ją cych organizm y ży w e
w łą czn ie z człow iekiem .
MECHANIZMY ROZMIESZCZANIA SIĘ U ZWIERZĄT

Poza terytorium utożsam ianym z kon kretnym ka­


w ałkiem terenu każde zw ierzą otacza się czym ś w
rodzaju serii baniek p ow ietrzn y ch czy też b a lon ów
o n ieregu larn ym kształcie, które zapew niają u trzy­
m anie n ależytej od ległości pom iędzy poszczególn ym i
osobnikam i. H ed iger w y k r y ł i opisał szereg tego
rodzaju dystansów , p o ja w ia ją cy ch się w tej czy in­
nej form ie u w iększości zw ierząt. D w a z nich —
dystans ucieczki i dystans k ry ty czn y —- w ystęp u ją
w tedy, g d y stykają się ze sobą osobn ik i różn y ch g a ­
tunków , podczas g d y dystans osob n iczy (zw any też
niekiedy in dyw idualnym ) i dystans sp ołeczn y zaob­
serw ow ać m ożna tylk o pom ięd zy egzem plarzam i tego
sam ego gatunku.

Dystans ucieczki

K ażdy uw ażn y obserw ator m oże spostrzec, że zanim


dzikie zw ierzę um knie, pozw ala p rzy b liży ć się czło­
w iek ow i czy innem u poten cjaln em u w ro g o w i, ale
tylko na pew ną określoną odległość. Ó w w sp óln y
w szystkim gatunkom m echanizm utrzym ania od le­
głości nazw ał H ediger „dystansem u cieczk i” . O gólną
regułą jest tu pozytyw n a k orela cja m iędzy rozm ia­
rem zw ierzęcia a je g o dystansem u cieczki — im
większe zw ierzę, tym w iększą od ległość u trzym yw a ć
musi pom iędzy sobą a w rog iem . A n ty lop a czm ycha,
gdy intruz zbliży się do n iej na 450 m etrów . Dystans
ucieczki jaszczurki m u row ej w yn osi n iecałe 2 m etry.
Istnieją oczyw iście inne m etod y poradzenia sobie
z przeciw nikiem , takie jak m im ikra, pancerz och ron ­
ny lub k olce czy od rażający zapach. A le zasadniczym
m echanizm em ob ron n ym istot ru ch liw y ch jest w ła ś­
nie ucieczka. O sw ajając inne zw ierzęta, człow iek
zm uszony b y ł w y elim in ow a ć bądź ra d yk aln ie zre­
dukow ać ich rea k cję ucieczki. G łów n y m problem em
w ogrodach zoologiczn ych jest zm od y fik ow an ie tej
rea k cji na tyle, b y zw ierzęta w n iew oli m ogły p o­
ruszać się, spać i jeść nie płosząc się na w id ok ludzi.
Chociaż człowiek jest zwierzęciem samooswojonym,
ó w proces osw ojen ia dokon ał się u niego jedyn ie
fragm entarycznie. Z a u w a żyć to m ożna u pew n ego
typu sch izofren ik ów , k tórzy n a jw id oczn iej dośw iad­
czają czegoś bard zo p od ob n ego do rea k cji ucieczki.
G d y zb liży ć się do n ich za bardzo, w padają w po­
p łoch w taki sam sposób ja k zw ierzęta um ieszczone
w og rod a ch zoologiczn ych . O pisując sw e doznania
p a cjen ci m ów ią, że od czu w a ją w szystko, cok olw iek
zdarzy się w ob ręb ie ich „dystansu u cieczk i” , jako
w ta rg n ięcie w i c h w n ę t r z e . G ran ice jaźni roz­
ciągają się w tych w yp ad k a ch poza ciało. P rzeżycia
tego rodzaju, od n otow y w a n e przez terapeutów pra­
cu ją cy ch ze schizofrenikam i, zdają się w sk azyw ać
na to, że uśw iadom ien ie sobie w łasn ego ja jest blisko
zw iązane z procesem p recyzow a n ia granic. Ta sama
relacja pom ięd zy jaźnią a granicam i da się zaobser­
w ow a ć rów n ież w kon tekście krzyżow an ia się k u l­
tur, jak to zob aczy m y w rozdziale X I.

Dystans krytyczny

Dystans k ry ty czn y w ystęp u je zaw sze i w szędzie tam,


gdzie p rzeja w ia się rea k cja ucieczki. „D ystans k ry ­
ty cz n y ” o b e jm u je w ąską strefę od dzielającą odległość
u cieczk i od od ległości ataku. L ew w zoo ucieka od
nadchodzącego człow iek a, aż napotka jakąś nieprze­
kraczalną barierę. O ile człow iek będzie się nadal
przybliżał, w k rótce zn ajdzie się w ob ręb ie k ry ty cz ­
n ej od ległości lw a i w m om en cie tym przyparte do
m uru zw ierzę od w ra ca się w p rzeciw n ą stronę i za­
czyna p o w o li skradać się do człow ieka.
W klasyczn ym popisie cy rk o w y m sk radający się
lew jest do tego stopnia przem yślny, że m oże prze­
k roczy ć jakąś przeszkodę, ja k np.. stołek, b y le b y ty l­
do dostać się do człow iek a. A b y nakłonić lw a do
pozostania na stołku, treser szybko opuszcza strefę
krytyczną. W tym m om encie le w przestaje zbliżać
się. W yszukane środki „za b ezp iecza ją ce” , takie jak
krzesło, b icz lu b strzelba, są w du żym stopniu d ek o­
racją. H ediger tw ierdzi, że dystans k ry ty czn y u zw ie­
rząt przezeń zbad an ych jest tak p recy zy jn y , iż m oże
być w ym ierzon y w centym etrach.

Gatunki kontaktujące się i nie kontaktujące się

W św iecie zw ierzęcym za obserw ow a ć m ożna, jeśli


chodzi o posłu giw an ie się przestrzenią, pew ną p od ­
staw ow ą i n iek ied y niew ytłu m aczaln ą dychotom ię.
Osobniki jed n ych gatu n k ów grom adzą się razem i p o ­
trzebują fizyczn eg o kontaktu m iędzy sobą. O sobniki
innych gatu n k ów unikają stykania się. T ym , do
której z o w y ch dw u kategorii należy dany gatunek,
nie rządzi żadna jaw n a logika. S tw orzen iam i k on ­
taktującym i się są m iędzy in n ym i: m ors, hipopotam ,
Świnia, nietop erz m roczek , papuga obrożna, jeż. N a­
tom iast koń, pies, kot, szczur, piżm ak, sok ół oraz
m ewa śmieszka z kolei to gatunki nie kon taktu jące
się. CO ciekaw sze, naw et b lisk o sp ok rew n ion e zw ie­
rzęta m ogą należeć do od m ien n ych kategorii. W ielk i
pingw in cesarski jest gatunkiem k on tak tu ją cym się.
Zw ierzęta te zach ow u ją ciep ło grom adząc się w du­
że gru py; w ten sposób w zm acn iają one sw oją adap­
tację do niskich tem peratur. Z a sięg tego gatunku
obejm u je w iele części A n ta rk tyd y. M n iejszy pin gw in
A deli jest gatunkiem nie kon tak tu jącym się. W m n iej­
szym stopniu m oże w ię c dostoisować się d o zim na
i jeg o zasięg jest w yraźn ie skrom n iejszy.
Nie w iadom o, ja k im jeszcze in n ym fu n k cjo m słu­
ży kon taktow anie się. M ożna za ryzyk ow ać przypusz­
czenie, że zw ierzęta k on tak tu jące się — ja k o b a r­
dziej ze sobą „zw ią za n e” — różnią się organ izacją
społeczną i typem eksp loatacji środow iska od z w ie ­
rząt nie k on tak tu jących się. G atunki nie k on tak tu jące
się są zapew ne b a rd ziej podatne na stresy w y w o ła n e
przegęszczeniem . O czyw iście w szystkie zw ierzęta cie -
p łok rw iste rozp oczyn ają życie od fazy kontaktu. Lecz
u liczn y ch gatu n k ów nie kon ta k tu jących się faza ta
m a ch arakter p rze jścio w y — trw a ona dopóty, d o­
p ók i m łode n ie, opuszczą sw y ch rod ziców i nie pójdą
na sw oje. Od tego m om entu w cy k lu ży ciow y m obu
ty p ów spostrzega się u trzym yw an ie regu larn ych od ­
ległości p om iędzy p oszczególn ym i osobnikam i.

Dystans osobniczy

D ystansem osobn iczym nazw ał H. H ediger zw ykłą


od ległość utrzym yw an ą pom iędzy danym osobnikiem
a je g o w spółplem ień cam i. U gatu n ków nie kontaktu­
ją cy ch się od ległość ta działa jak n iew idzialn y balon
otaczają cy organizm . O rganizm y w balon ach w ob ec
siebie zew n ętrzn ych kontaktują się m niej niż w ó w ­
czas, g d y b a lo n y takie zachodzą na siebie. W ażn ym
czyn n ikiem w p ły w a ją cy m na dystans osobn iczy jest
organ izacja społeczna. Zw ierzęta dom in u jące skłonne
są u trzym yw a ć w ięk szy dystans osobn iczy niż te,
które w h ierarch ii sp ołecznej m ają niższą p ozycję,
podczas g d y zw ierzęta podporządkow an e — jak obser­
w ow a n o — ustępują m iejsca dom in ującym . G len
M cB ride, australijski specjalista od h od ow li zw ie­
rząt, p oczyn ił szczegółow e ob serw a cje nad prze­
strzennym rozm ieszczaniem się ptactw a d om ow eg o
ja k o pew ną fu n k cją dom in acji. P osłu giw a n ie się
przestrzenią stanow i zresztą g łó w n y w ątek jeg o teorii
„sp ołeczn ej org a n iza cji i zach ow an ia” .
K o re la cja p om ięd zy dystansem osobn iczym a sta­
tusem w ystęp u je chyba w tej czy in n ej form ie w
ca łym k rólestw ie k ręg ow ców . S postrzeżono to u pta­
k ó w i w ie lu ssaków , w łączn ie z k olon ią ży ją cy ch
na w o ln o ści m ałp S tarego Św iata i japoń skim M ał­
pim C entrum w p obliżu N agoya.
^ Istotnym składnikiem w yposażenia k rę g o w có w jest
popęd agresji. S iln e i agresyw n e zw ierzęta m ogą
elim in ow ać słabszych ryw ali. Jak się w yd aje, p o­
m ięd zy agresją a zalotam i zachodzi relacja tego ro ­
dzaju, iż zw ierzęta bard ziej agresyw n e zalecają się
bardzo energicznie. W ten w ięc sposób zaloty i agre­
sja służą p rocesow i naturalnej selekcji. Jednakże dla
utrzymania gatunku agresja m usi b y ć regulow ana.
Zachodzi to d w iem a drogam i: przez ro z w ój hierarch ii
społecznej i przez m echanizm utrzym yw an ia dystan­
su. E tolodzy zgodn i są co do tego, że druga m etoda
jest bardziej prym ityw n a, jak o b a rd ziej prosta
i m niej elastyczna.

Dystans społeczny

Zw ierzęta społeczne potrzebu ją stykania się ze sobą.


Utrata kontaktu z grupą m oże z różn ych w zg lęd ów
okazać się zgubna w skutkach, m iędzy in nym i d la­
tego że w ystaw ia zw ierzę na łup drapieżn ików . D y ­
stans społeczny nie jest p o prostu tym dystansem ,
przy k tórym osobn ik traci kontakt z grupą — to
jest taką odległością, z k tórej nie m oże ju ż je j w i­
dzieć, słyszeć czy w yczu w a ć pow on ien iem — jest to
raczej dystans natury psych ologiczn ej, przy k tórego
przekroczeniu zw ierzę zaczyna odczuw ać niepokój.
W yobrazić g o sobie m ożna ja k o coś w rodzaju n ie­
w idzialnej ob ręczy ob ejm u ją ce j grupę. Dystans spo­
łeczny zm ienia się w zależności od gatunku. Jest on
zupełnie k rótki — zaledw ie kilk a m etrów — u fla ­
m ingów, a bardzo długi u n iek tórych in n ych ptaków .
Niedawno zm arły E. Thom as G illia rd — orn itolog
amerykański, stw ierdził, że klany sam ców altann i-
ków utrzym ują m iędzy sobą kontakt „p op rzez ty ­
siące m etrów za pom ocą siln ych g w izd ów i ch ra p li­
wych, zgrzyta ją cych o d g łosó w ” .
Dystans sp ołeczn y nie zaw sze jest ustalony sztyw ­
no — częściow o determ inują g o sytuacje. G d y m łode
osobniki m ałp i ludzi zaczynają się ruszać, ale jesz­
cze nie kierow an e głosem m atki, dystans sp ołeczn y
jest rów n y zasięgow i je j rąk. M ożna to bez trudu
dostrzec w zoo u babuinów . Jeśli m alec oddali się na
pewną odległość, je g o m atka ch w yta g o za kon iec
ogona i p rzyciąga z p ow rotem do siebie. A kiedy
k on ieczn e jest w zm ożon e pan ow an ie nad sytuacją
z uwagi na niebezpieczeństw o, dystans społeczny
k u rczy się. W ystarczy tylk o popatrzeć na rodzinę
z grom adą m a łych d zieci trzym a ją cych się za ręce,
g d y przechodzą przez ru ch liw ą ulicę. r
Dystans sp ołeczn y u ludzi został pow ięk szon y przez
telefon , telew izję i przenośne aparaty n a d a w czo-od ­
biorcze, u m ożliw ia ją c in tegrow an ie działalności g ru ­
p y na w ie lk ich odległościach . T en w ięk szy dystans
sp ołeczn y przekształcił pod w ielom a w zględam i roz­
m aite nasze in stytu cje polityczn e i socjalne. S praw y
te stają się d op iero przedm iotem badań.

K O N T R O L A P O P U L A C JI

W zim n ych w od a ch M orza P ółn ocn ego ży je pew ien


krab zw a n y H yas araneus. W yróżn iającą cech ą tego
gatunku jest fakt, że w p ew n y ch okresach życia p o­
szczególne osobniki stają się bezbronn e w ob ec in ­
n y ch okazów tego sam ego gatunku i n iektóre z nich
są składane w ofierze dla utrzym ania popu lacji na
niskim poziom ie. G dy ok resow o krab zrzuca z sie­
b ie skorupę, je g o jed yn ą och roną przed krabam i b ę ­
dącym i w tw a rd ej skorupie jest dzieląca g o od nich
przestrzeń. Jeśli krab z tw ardą skorupą zbliży się
na tyle, że m oże w yczu ć sw ego k olegę w m iękk iej
skorupie — g d y tylk o przekroczona zostanie granica
zapachu — w ęch w ied zie drapieżnika w tw ardej s k o ­
ru p ie do k o lejn eg o posiłku.
H yas araneus dostarcza nam przyk ładu zarów no
„k ry ty czn e j przestrzen i” , ja k i „k ry ty czn ej sy tu a cji” .
T erm in y te w p row a d zon e zostały przez W ilhelm a
Schafera, dyrektora fra n k fu rck ieg o M uzeum H istorii
N aturalnej. B y ł on jed n ym z pierw szych , k tórzy
usiłując zrozum ieć p od sta w ow e p rocesy życiow e, za­
częli badać sp osoby posługiw an ia się przestrzenią
przez organizm y. Jego studium z roku 1956 jest n ie-
zrównane, g d y chodzi ó zw rócen ie u w agi na zała­
m anie się zdoln ości przeżycia. S połeczn ości zw ierzę­
ce — tw ierd ził — ro zw ija ją się aż do osiągnięcia
przez nie określon ej gęstości k ry ty czn ej. W m om en cie
tym rozpoczyn a się kryzys, którem u trzeba sprostać,
jeśli społeczność m a przetrw ać. C en nym w kładem
Schafera b yła k la sy fik a cja takich k ry zy sów i w sk a ­
zanie pew n ego m od elu w o w y ch rozm aitych środ­
kach, jakie w y p ra co w a ły sobie proste fo rm y życia
dla uporania się z przegęszczeniem p ow od u ją cy m te
kryzysy. Z a n a lizow a ł on rów n ież zw iązek pom iędzy
kontrolą p op u la cji a rozw iązyw an iem in n y ch istot­
nych p rocesów życiow ych .
Jak już m ów iliśm y, każde zw ierzę w ym aga p ew ­
nego m inim um przestrzeni, bez k tórego niem ożliw e
jest przetrw anie. T o w łaśnie zw ie się „k ryty czn ą
przestrzenią” organizm u. Jeżeli p op u la cja rozw in ie
się na tyle, że utrzym anie o w e j przestrzeni staje się
niem ożliw e, p ow staje „sy tu a cja k ry ty czn a ” . N a jprost­
szym sposobem sprostania je j jest usunięcie części
osobników , co zrealizow ać m ożna różnym i m etoda­
mi; jedną z nich ilu stru je H yas araneus.
K ra b y są stw orzeniam i sam otniczym i. W tym o k re­
sie życia, g d y muszą one lok a lizow a ć inne osobniki
dla rep rod u k cji, k ieru ją się pow onieniem . P rzetrw a ­
nie gatunku zależy w ię c od tego, aby poszczególne
okazy nie od d alały się na tyle, b y nie m óc się w za ­
jem w yczu ć. L ecz rów n ież ściśle ok reślon a jest prze­
strzeń krytyczna krabów . G d y liczba ich w zrośnie
do tego stopnia, że nie m a ju ż m iejsca na przestrzeń
krytyczną, zostaje pożarta taka ilość osob n ik ów w
m iękkiej skorupie, ż e p op u la cja w ra ca do poziom u,
przy k tórym poszczególne okazy m ają dość m iejsca
dla siebie.

C Y K L U C IE R N IK A

O parę szczebli w y ż e j od k ra b ó w na skali ew o lu cji


znalazły się cierniki, n iew ielk ie ry b y, pospolite w
p ły tk ich w od a ch słodkich E uropy. C iernik stał się
sław ny, g d y holenderski etolog N iko T inbergen op i­
sał sk om p lik ow a n y cy k l rozw in ięty przez ry b y dla
w łasn ej rep rod u k cji. T inbergen stw ierdził później, że
p om in ięcie ja k ie g o k o lw ie k og n iw a ow ego ciągu za­
ch ow ań pociąga za sobą spadek p opu lacji.
W iosną sam iec ciernika anektu je sobie koliste te­
rytorium , odpędza od niego w szystk ich in truzów i za­
czyna b u d ow a ć gniazdo. Zm ienia w ów czas sw e nie
rzucające się w oczy szare zabarw ienie — podgardle
i brzu ch stają się jasn oczerw one, grzbiet b ia ło -n ie -
bieski, a oczy niebieskie. T a zm iana zabarw ienia m a
na celu przyw abian ie sam ic i odstraszanie sam ców .
K ie d y sam ica z w yp ełn ion y m ja ja m i brzu ch em zn aj­
dzie się w pobliżu gniazda, sam iec płyn ie przed nią
zygzakiem , dem onstru jąc na przem ian s w o je oblicze
i b arw n y p rofil. Ta dw ustop niow a cerem onia p o­
w tarza się w ielok roć, zanim sam ica w reszcie podąży
za sam cem i w ejd zie do gniazda. P rzerzu cając się te­
raz z kontaktu do tej p ory w zrok ow eg o na bardziej
zasadniczy kontakt d otyk ow y , sam iec rytm icznie p o ­
szturchuje sam icę nosem w samą nasadę ogona, aż
złoży ona jaja. N astępnie w p ły w a do gniazda, za-
pładnia ja ja i przepędza sam icę. Ó w ciąg zachow ań
pow tarza tak długo, aż w je g o gnieździe złoży ikrę
cztery lub pięć sam ic.
W m om en cie tym popęd kojarzen ia się słabnie
i p o ja w ia się n ow a seria reakcji. Sam iec przybiera
z p ow rotem niepozorną szarą barw ę. R ola jeg o p o­
lega obecnie na strzeżeniu gniazda i zapew nieniu ja­
jom tlenu poprzez w a ch low a n ie ich płetw am i pier­
siow ym i. K ie d y ja ja pękną, ochrania on m łode ry b y
aż do m om entu, g d y podrosną na tyle, że m ogą same
zaspokoić sw e potrzeby. N iekied y naw et sam iec w y ­
łap u je sztuki, które zapędziły się za daleko i niesie
je ostrożnie w pysku z pow rotem do gniazda.
C iąg zachow ań się ciernika — w alka, k ojarzen ie
się i opieka nad m łod ym i — d a je się d o tego stopnia
p rzew id yw a ć, że T in bergen m ó g ł dokon ać szeregu
eksperym entów , k tórych w yn ik iem b y ło cenne p o­
znanie system u przekazów czy też sy g n a łów w y z w a ­
lających rea k cje na różne popędy. Z y g za k i sam ca są
jego reak cją na przyn aglanie do ataku, k tóry musi
nastąpić, zanim w eźm ie g órę popęd seksualny. W y ­
pukły kształt w y p ełn ion ej ja ja m i sam icy w yzw a la
u samca reakcję zalotów . G d y z kolei sam ica złoży
ikrę, k o lo r czerw on y przestaje ją w abić. Jeśli nie
będzie poszturchiw ana przez sam ca, m oże ja j w og óle
nie znieść. Jak w idać, istotn ym i elem entam i ciągu
zachow ań ciernika są b od źce w zrok ow e i d otyk ow e.
D a ją cy się p rzew idzieć charakter cy k lu u ciernika
skłonił T inbergena do obserw ow an ia w w arunkach
eksperym entalnych tego, co d zieje się, g d y cy k l za­
k łócon y zostanie zbyt dużą ilością sam ców i zw ią­
zanym z tym nadm iernym zatłoczeniem tery toriów
in dyw idualnych. W iele czerw on y ch sam ców przestaje
się w ów czas zalecać. B rak jest n iek tóry ch faz cią­
gu — ja ja nie zostają złożone w gnieździe lub za­
płodnione. W w arun kach sk ra jn ej ciasnoty sam ce
walczą ze sobą do upadłego.

M ALTH U S Z R E W ID O W A N Y

Przykład k ra b ów i ciern ik ów dostarcza nam cen n ych


in form a cji o związlku przestrzeni z rep rod u k cją i kon­
trolą popu lacji. Z m y sł p ow on ien ia k rab ów d e cy d u je
0 dystansie, ja k iego w ym a g a ją poszczególne sztuki,
1 określa m aksym alną ilość krabów , m ogący ch za­
m ieszkiw ać razem dany re jo n m orza. U ciern ika
w zrok i d otyk w yzw a la u p orząd k ow an y ciąg za ch o­
wań, k tó ry m usi nastąipić, jeżeli r y b y te m ają się
rozmnażać. P rzegęszczenie zakłóca ó w ciąg i tym
sam ym w p ły w a na rep rodu k cję. U obu ty ch gatun­
ków w ra żliw ość recep torów w ęchu , w zroku, d otyk u
lub ich k om b in a cji d e cy d u je o przestrzeni, w ja k iej
poszczególne osobn ik i m ogą żyć i k on tyn u ow a ć sw ój
cykl rep rod u k cy jn y . Jeżeli dystans ów nie zostaje
zachow any, zw ierzęta przegry w a ją w alkę raczej
z osobnikami własnego gatunku niż z głodem, choro­
bam i i drapieżnikam i.
N ależałoby w ię c zrew id ow a ć doktrynę M althusa,
w iążącą p op u la cję z p oten cjałem żyw n ościow ym .
S k a n d yn a w ow ie przez stulecia obserw ow ali p och ody
lem in g ów do m orza. A n alogiczn e zjaw iska sa m ob ój­
cze spostrzeżono u k ró lik ó w w okresach, k tóre cha­
ra k teryzow a ły się rozrostem p op u la cji na w iększą
skalę i następu jącym po nim w ym ieraniem . P odobn e
rzeczy zau w ażyli też u szczurów tu b ylcy z n iektó­
ry ch w y sp na P acyfik u . T o tajem nicze zachow anie
się osob n ik ów p ew n y ch gatu n k ów w yjaśn ian e b y ło
na w szelk ie w yob ra ża ln e sp osoby; dopiero w sp ół­
cześnie uzyskan o n ieja k ie zrozum ienie m oty w ów
k ry ją cy ch się za ob łęd n ym i w ęd rów k am i lem ingów .
W czasie II w o jn y św ia tow ej n iektórzy badacze jęli
p od ejrzew a ć, że p op u la cją steru je coś w ię ce j niż tylk o
zasoby żyw n ości i drapieżniki i że zachow anie się
lem in gów i k ró lik ó w pozostaje w zw iązku z ow ym i
nieznanym i param etram i. Ż y w n ości w okresach w y ­
m ierania jest chyba pod dostatkiem , a padłe sztuki
nie zdradzają oznak w ygłodzen ia. Jednym z bada­
czy tego fen om en u b y ł John Christian, etolog w y ­
szk olon y w p a tologii m edyczn ej. W ystąpił on w ro ­
ku 1950 z tezą, że w zrosty i spadki p op u lacji regu ­
low a n e są jakim ś m echanizm em fizjolog iczn y m zw ią­
zanym z zagęszczeniem . P rzedstaw ił d ow od y na to,
że w m om en cie g d y liczba zw ierząt w danym rejon ie
nadm iernie w zrasta, p o ja w ia się stres w y w o łu ją cy
pew ną rea k cję horm onalną, która prow adzi d o w y ­
gasania p op u lacji.
C hristian p otrzeb ow a ł w ię ce j dan ych i szukał oka­
zji do obserw ow an ia tak iej p op u la cji ssaków , która
aktualnie przechodzi okres spadku. B y ło b y idealnie,
g d y b y udało się zrob ić badania horm on alne przed,
w trakcie i po załam aniu się popu lacji. I szczęśliw ie,
zanim jeszcze b y ło za późno, uw agę Christiana zw ró­
cił w zrost p op u la cji jelen i na Jam es Island.
WYMIERANIE NA JAMES ISLAND

Około 22 i pół kilom etra na zachód od C am bridge


w stanie M aryland i m n iej niż 1,6 kilom etra od za­
toki Chesapeake leży James Island, b lisk o 0,8 km
kw adratow ego (11,2 ha) niezam ieszkałego terenu.
W m iejscu tym w roku 1916 w yp u szczon o na w o l­
ność cztery czy też pięć jelen i sika {C ervu s nippori).
Rozm nażając się b e z przeszkód, stado pow ięk szało
się, aż doszło do licz b y dw ustu osiem dziesięciu— trzy ­
stu sztuk i zagęszczenia w gran icach jed n ej sztuki
na 0,4 ha. W m om en cie tym , k tóry nastąpił w ro ­
ku 1955, stało się jasne, że w k rótce coś się m usi w y ­
darzyć.
W roku 1955 C hristian rozp oczął sw e badania, ło ­
w iąc pięć sztuk dla poddania analizie h istologiczn ej
ich nadnerczy, grasicy, śledziony, tarczycy, gonad,
nerek, w ątrob y, serca, płuc i in n y ch narządów . J e­
lenie te zostały zw ażone, skrupulatnie odn otow a n o
zawartość ich żołąd k ów , w iek , płeć, stan og óln y oraz
brak lub obecn ość p od ściółki tłuszczow ej pod skórą,
w jam ie brzusznej i p om iędzy m ięśniam i. P o zapro­
tokołow aniu tego w szystkiego, na Jam es Island osied­
lili się obserw atorzy. W latach 1956 i 1957 nie d o ­
strzeżono żadnych zm ian, lecz w ciągu pierw szych
m iesięcy roku 1958 padła ponad p ołow a stada —
znaleziono sto sześćdziesiąt jed en m artw ych sztuk.
W roku następnym nastąpił k o le jn y spadek i p op u ­
lacja ustaliła się w gra n icach osiem dziesięciu sztuk.
Od m arca 1958 do m arca 1960 zgrom adzon o dla ba ­
dań dw anaście jeleni.
Co sp ow od ow a ło nagłą śm ierć stu dziew ięćdziesię­
ciu sztuk na przestrzeni d w u tylk o lat? Z pew nością
nie w ygłod zen ie — zasoby żyw n ości b y ły w ystarcza­
jące, a w szystkie zebrane jelen ie b y ły w d ob ry m
stanie, m iały błyszczącą sierść, dobrze rozw in ięte
mięśnie i p od ściółkę tłuszczow ą.
Padłe sztuki z lat 1959 i 1960 nie różn iły się od
tych z lat 1956 i 1957 pod żadnym w id oczn y m w zglę­
dem z w y ją tk ie m jed n eg o — jelen ie zgrom adzone
po spadku i ustabilizow aniu się p op u la cji b y ły znacz­
nie większych rozmiarów niż jelen ie zgrom adzone
w okresie w ym ieran ia i w okresie bezpośredn io g o
poprzedzającym . S am ce z roku 1960 w a ży ły o 34 p ro­
cent w ię ce j niż sam ce z roku 1958, a łanie z roku 1960
w a ży ły o 28 procen t w ię ce j od łani z lat 1955— 1957.
W aga n adn erczy jelen i sika u trzym yw ała się na
jed n a k ow ym poziom ie w latach 1955— 1958, tj. w
okresie n a jw ięk szeg o zagęszczenia i w ym ierania. A le
pom iędzy rok iem 1958 a 1960 spadła o 46 procent.
U m łod y ch sztuk, k tóre sta n ow iły w iększość ofiar,
spadła naw et o 81 procent. Spostrzeżono też istotne
zm iany w k o m órk ow ej strukturze nadnerczy, d o w o ­
dzące siln ego stresu u tych naw et sztuk, które zdo­
ła ły przeżyć. W y k ry te d w a w yp ad k i zapalenia w ą ­
trob y tłum aczono ja k o rezultat obn iżon ej odporn ości
na stres w sk u tek nadczynności nadnerczy. Interpre­
tując m ateriały Christiana, trzeba w yja śn ić znacze­
n ie nadn erczy. O d g ryw a ją one w ażną rolę w stero­
w aniu rozrostem , rep rod u k cją i poziom em od p orn o­
ści organizm u. R ozm ia ry i w aga tych istotnych g ru ­
czołów nie są stałe, lecz w ah ają się w zależności od
stresu. Jeżeli zw ierzę p od lega stresow i zbyt często,
nadnercza — aby sprostać sy tu a cji — pow iększają
się i stają się nadm iernie aktyw ne. P ow iększen ie
nadnerczy i charakterystyczna, św iadcząca o stresie
struktura k om órk ow a b y ły b y w ię c faktem niezm ier­
nie doniosłym .
D odatk ow o p rzyczyn iła się z pew nością do stresu
m roźna p ogod a w lu tym 1958 roku, która udarem niła
jelen iom — ja k to b y ło w ich zw ycza ju — przepły­
w anie nocą na kon tynen t; un iem ożliw iała podróż
przynoszącą ch w ilo w e przyn ajm n iej w ytch n ien ie od
przegęszczenia. P o m rozach nastąpiło in tensyw ne w y ­
m ieranie. B rak odprężenia od tłoku, p ołączon y z zim ­
nem , rów n ież znanym ja k o przyczyna stresów , m ógł
ostatecznie p rzech y lić szalę.
P od su m ow u ją c w y n ik i sw y ch dociekań w roku
1961 na sym pozjum p ośw ięcon em u przegęszczeniu,
stresow i, naturalnej selekcji, Ghristian stw ierdził:
„Ś m ierteln ość b yła w ja w n y sposób k on sek w en cją
szoku w y w oła n eg o przez zaburzenia m etaboliczn e
zw iązane z przedłużoną n adczynn ością nadn erczy, ja k
tego dow odzą m ateriały histologiczne. N ic nie w ska­
zuje na in fe k cję , zagłodzen ie czy inną oczyw istą
przyczynę m asow ego w ym iera n ia .”
Studium Christiana jest od stron y psych olog iczn ej
kom pletne i nie pozostaw ia żadnych w ątpliw ości.
N iem n iej nasuw ają się pew n e pytania, dotyczą ce za­
chow ania się jelen i przed stresem , k tóry ch nie roz­
strzygniem y, dopóki nie nadarzy się now a okazja
tego rodzaju. C zy na przykład jelen ie te ob ja w ia ły
w zm ożoną agresję? C o sp ow od ow a ło, że blisk o dzie­
w ięć dziesiątych o fia r sta n ow iły sam ice i sztuki m ło­
de? M iejm y nadzieję, że następnym razem uda się
przeprow adzić stałe ob serw a cje.

D K A P IE Ż N IC T W O A P O P U L A C JA

M niej dram atyczne, lecz także d ow od zą ce tego, że


teoria M althusa nie w yja śn ia w y p a d k ów m asow ego
w ym ierania, są badania n iedaw n o zm arłego Paula
E rringtona nad drapieżnictw em . B ad ając zaw artość
żołądków sow ich, stw ierdził, że w y sok i je j procen t
stanow ią zw ierzęta m łod e, n iedojrzałe, stare lu b ch o­
re (zbyt p ow oln e, b y m óc um knąć przed drapieżni­
kiem). W studium na tem at p iżm a k ów E rrington
skonstatow ał, że w ię ce j sztuk zginęło w skutek d o­
legliw ości, b ęd ą cych n a jw y ra źn iej kon sek w en cją stre­
su w y w oła n e g o przegęszczeniem , niż zostało sch w y ­
tanych przez żarłoczne norki. Zn alazł aż dw a razy
w przeciągu jedniego roku w p ew n ej norze piżm aki
padłe w w yn ik u chorób. E rrington sądzi, że zw ie­
rzęta te dzielą z ludźm i skłon ności do reagow an ia
rosnącą furią na stres w y w o ła n y przegęszczeniem .
D ow odzi też, że u p iżm ak ów przekroczenie pew n ego
lim itu zatłoczenia w y w o łu je obniżoną stopę urodzeń.
W ielu e tolog ów doszło dziś niezależnie od siebie
do przekonania, że związek pom iędzy drapieżnikiem
a je g o ofiarą jest odm ianą su btelnego w spółistnienia, !
w k tórym drapieżn ik nie reg u lu je p opu la cji, lecz ja k o !
stała presja środow iska jest czyn nikiem udoskona-
ła ją cy m gatunek. D o badań tych, co osobliw e, nie i
p rzyw ią zu je się jed n a k szczególnej w agi. Ostatni
przykład tego rod za ju został opisany szczegółow o
przez b iologa F arleya M ow ata, k tórego rząd kan a- !
d yjsk i w y sła ł na A rk ty k ę dla ustalenia liczb y karibu
za bija n y ch przez w ilk i. Stada karibu m ala ły do tego j
stopnia, że w ilk i m o g ły b y b y ć z czystym sum ieniem i
w ytrzeb ion e. M ow at stw ierdził, że: a. w ilk i o d p o w ie - ;
dzialne są za znikom ą tylk o ilość g in ą cy ch karibu, \
b. o d g ry w a ją one istotną rolę u trzym ując stada ka­
ribu w zd row iu i sile (fakt znany od daw na E skim o­
som ), c. stada karibu m alały w skutek zabijania tych
zw ierząt przez m yśliw y ch i trap erów na pożyw ien ie
dla psiarni. W b re w tem u p rzek on yw ającem u , starań-
nie w y łożon em u w książce N e v er C ry W o lf św ia­
dectw u , w ilk i są dziś — jak stw ierdził M ow at — ;
system atycznie w ytru w a n e. N ie m ożem y w praw dzie 1
przew id zieć, co oznaczać będzie dla A rk ty k i w y g i- i
n ięcie w ilk ów , ale nauki tej nie w o ln o zignorow ać. f
Jest to b ow iem jeden z w ielu p rzyk ła d ów zagrażania
rów n ow a d ze natury przez krótk ow zroczn ą zachłan­
ność. K ie d y zabraknie w ilk ów , karibu będą nadal
g in ęły z ręk i m yśliw ych , a te sztuki, k tórym uda
się przeżyć, będą znacznie słabsze w ob ec zlik w id o­
w ania terapeutycznego nacisku w yw iera n eg o przez
w ilki.
O m ów ion e w y ż e j w yp adk i należą do kategorii eks­
p ery m en tów naturalnych. Co stanie się, g d y w p ro ­
w ad zi się p ew ien elem ent k on troli p op u la cji i p o ­
zw oli się je j rozrastać p rzy du żych zasobach p oży w ię-
nia, lecz p rzy w yelim in ow a n iu d rapieżn ików ? E kspe­
rym en ty i badania opisane w następnym rozdziale
jasno dow odzą, że drapieżn iki i p oten cja ł żyw n ościo-
w y od g ryw a ją znacznie m niejszą rolę, niż się sądzi.
Dostarczają natomiast szczegółow ych m ateriałów d o­
tyczących roli stresu w y w o ła n e g o przegęszczeniem
jako czynnika steru jącego p op u la cją i u m ożliw iają
w gląd w bioch em iczne m echanizm y k on troli p op u ­
lacji.

4 — U k ryty w ym iar
III

PRZEGĘSZCZENIE
A ZAC H O W A N IE SPOŁECZNE ZW IE R ZĄT

EKSPERYM ENT CALH O U N A

Jadąc sam ochodem w iejsk ą drogą za R ock v ille w sta­


nie M aryland w roku 1958 nie zw rócilib yśm y za­
pew ne u w agi na pospolitą stodołę z kam ieni. W nętrze
je j nie b y ło jed n ak zw ycza jn e — m ieściło w sobie
w zniesioną przez etologa Johna Calhouna konstruk­
cję, m ającą zaspokoić potrzeby m aterialne licznych
k olon ii u d om ow ion ych b ia łych szczurów w ęd row ­
nych. C alhoun pragnął stw orzyć w arunki, w których
m ożna b y ło b y ob serw ow a ć zachow anie się szczu­
rzych k olon ii w zupełnie d ow oln y m m om encie.
E ksperym en ty w stodole stan ow iły w rzeczy w i­
stości ostatnią fazę cztern astoletniego program u b a ­
daw czego. W m arcu 1947 Calhoun rozpoczął sw e b a ­
dania nad dynam iką p op u la cji w naturalnych w a ­
runkach, um ieszczając pięć brzem ien n ych sam ic dzi­
kiego szczura w ę d ro w n e g o w zagrodzie o p ow ierzch n i
0,1 ha, zn a jd u ją cej się pod g oły m niebem . O bserw a­
cje trw a ły dw adzieścia osiem m iesięcy. M im o o b fi­
tości pożyw ien ia i braku drap ieżn ik ów popu lacja nie
przek roczyła n igd y dw udziestu sztuk i ustabilizo­
w ała się na poziom ie stu pięćdziesięciu. Badania te
u w y d a tn iły różnicę pom ięd zy eksperym entam i lab o­
ra tory jn y m i a tym , co działo się ze szczuram i w w a ­
runkach b a rd ziej naturalnych. C alhoun tw ierdzi, że
pięć sam ic m o g ło b y w czasie o w y c h dw udziestu
ośm iu m iesięcy dać początek p op u la cji pięćdziesię­
ciu tysięcy sztuk. A le liczba ta nie pom ieściłaby się
na dostępnej im pow ierzchni. Jednakże pięć tysięcy
szczurów da się utrzym ać w niezłym stanie na p o­
w ierzchni 1000 m 2, jeżeli trzym a się je w zagrodach
w ielkości 2000 cm 2. I g d y naw et taką klatkę zm n iej­
szy się d o 400 c m 2, da się pom ieścić i utrzym ać przy
życiu i zd row iu pięćdziesiąt tysięcy szczurów . P y ­
tanie, k tóre postaw ił Calhoun, brzm iało: „D la czeg o
p opu lacja szczurów w stanie dzikim zatrzym yw ała
się na stu pięćdziesięciu sztu kach ?”
Calhoun spostrzegł, że naw et w w yp a d k u stu p ię ć­
dziesięciu szczurów um ieszczonych w zagrodzie o p o ­
w ierzchni 0,1 ha w a lk i m iędzy nim i b y ły tak zażarte,
że un iem ożliw iały norm alną m acierzyńską opiekę
i tylko n iew ielu m łod y m osobn ikom udało się p rz e ­
żyć. Co w ięcej, szczury nie rozm ieściły się na tej
pow ierzch ni w sposób p rzyp a d k ow y, lecz zgru p ow a ły
się w dw anaście czy też trzynaście oddzieln ych k o ­
lonii, po tuzinie sztuk każda. Z a u w a ży ł rów n ież, że
dw anaście jest m aksym alną liczbą sizczurów m ogą­
cych h arm on ijn ie żyć razem w naturalnej g ru p ie
i że naw et taka liczba m oże w y w o ła ć stres z w szyst­
kim i jeg o p sych olog iczn y m i skutkam i, które opisane
b yły na k oń cu rozdziału II.
D ośw iadczenia uzyskane w zagrodzie u m ożliw iły
C alhounow i zap rojek tow an ie serii tak ich ekspery­
m entów , w k tórych szczurze p op u la cje m o g ły b y sw o­
bodnie się rozw ija ć w w aru n kach za p ew n ia jący ch
szczegółow e ob serw a cje, jedn akże bez oddziaływ ania
na zachow anie szczurów w zględ em siebie.
Rezultaty ty ch eksperym en tów są na tyle w strzą­
sające, że dom agają się szczegółow ego om ów ienia.
Już sam e w sobie m ów ią w iele o zachow aniu się
organizm ów przy różn ym stopniu zatłoczenia i rzu­
cają n ow e św iatło na to, jak znaczące k on sek w en cje
fizjologiczn e m ogą m ieć zachow ania społeczne tow a ­
rzyszące przegęszczeniu. B adania C alhouna nabierają
szczególnej don iosłości w zestaw ieniu z w spom n ia­
nymi uprzednio pracam i Christiana i setkam i in n ych
eksperym entów i ob serw a cji d ok on y w a n y ch na z w ie ­
rzętach, p oczyn ając od łasic i m yszy, a kończąc na
ludziach.
Eksperymenty Calhouna są niezwykłe; psychologo­
w ie b ow iem prow adząc badania tego typu skłonni
są tra d y cy jn ie do regu low an ia lub elim inow an ia
w szystk ich zm ienn ych z w y ją tk iem jedn ej lub dw óch ,
k tórym i m ogą w ów czas d ow oln ie m anipulow ać. Co
w ięcej, badania ich odnoszą się przew ażnie do reak­
cji organ izm ów in d yw idu aln ych . E ksperym enty C al­
houna natom iast dotyczą dużych, um iarkow anie zło­
żon ych grup. O bierając ob iek ty o k rótkim cy k lu ż y ­
cio w y m uniknął błędu bardzo p ospolitego w bada­
niach zachow ania się grupy, a m ian ow icie ogran icze­
nia do zbyt k rótk iego okresu czasu i pom in ięcia w
zw iązku z tym ob serw a cji nad ku m ulow aniem się
efek tów danego zespołu w aru n k ów na liczn ych po­
koleniach. M etody Calhouna w yw od zą się z n a jlep ­
szych tra d y cji nauki. N ie za d ow oliw szy się jed n ym
lub dw om a szesnastom iesięcznym i cyklam i, w trak­
cie k tórych rozw ija się p opu lacja, C alhoun od b y ł
ich aż sześć, rozp oczyn ają c w roku 1958 i kończąc
w roku 1961. R ezultaty tych 'badań są tak różnorodne
i rozległe w tym , co im pliku ją, że trudno je w ła ści­
w ie ocen ić. P o w in n y b y ć kontynuow ane, aby dostar­
czyć nam dalszych danych.

Projekt eksperymentu

W stodole k oło R o ck v ille C alhoun zbudow ał trzy p o­


m ieszczenia o w ym ia ra ch 3 m na 4,2 m, dostępne
ob serw a cjom przez okienka o p ow ierzch n i 0,9 m na
1,5 m, w ycięte w p odłodze strychu. U kład taki za­
pew n ia ł obserw atorom pełną w idoczn ość ośw ietlo­
n y ch pom ieszczeń o każdej porze dnia i n ocy bez
n iep ok ojen ia szczurów . K ażde pom ieszczenie zostało
podzielone za pom ocą n aelek tryzow an ych przepie­
rzeń na cztery zagrody. W szystkie zagrody stan ow iły
kom pletne jedn ostki m ieszkalne, w yposażone w k ar­
m nik, k ory tk o z piciem , m iejsce na gniazda (kopce
w kształcie drapaczy chm ur dla ob serw a cji) i m ate­
riały do ich b u d ow y. R am py ponad n aelek tryzow a-
nym i przepierzeniam i łą czy ły w szystkie zagrod y
z w y ją tk iem I i IV. T e za grod y sta n ow iły w ię c krań­
ce szeregu zakręcon ego dla uzyskania w ięk szej prze­
strzeni.
D ośw iadczen ie ze szczuram i dzikim i w yk azało, że
każde pom ieszczenie m oże w y p e łn ić czterdzieści do
czterdziestu ośm iu szczurów . G d y b y b y ły one rów n o
podzielone, w każdej zagrodzie d ałaby się u lok ow a ć
kolonia złożona z dw unastu sztuk — m ak sym alnej
ilości w norm aln ej gru pie przed w ystąpien iem p o­
w ażnego stresu w y w oła n eg o przegęszczeniem . R oz­
poczyn ając sw e badania, C alhoun um ieścił w każdej
zagrodzie jedną— dw ie ciężarne sam ice tuż przed p o­
rodem , usunął ram py i p ozw olił w yrosn ą ć m łodym .
L ik w id ow an ie n ad w yżek zapew niło należytą p ro p o r­
cję płci i w ten sposób pierw szą serię badań prze­
prow adził C alhoun na trzydziestu dw u szczurach, b ę ­
dących potom stw em pięciu sam ic. N astępnie um iesz­
czono ram py na d a w n y ch m iejscach i w szystkim
szczurom dano zupełną sw ob od ę w pen etrow aniu
czterech zagród. Seria druga rozpoczęła się z p ięć­
dziesięciom a sześciom a szczuram i, a m atki usunięto
z chw ilą, g d y m łode przestały ssać. P od ob n ie jak w
pierw szej serii, ram py znów w staw ion o i m łode m ia­
ły d o d y sp o z y cji w szystkie cztery zagrody.
Od tego m om entu ustała w szelka ludzka in terw en ­
cja z w y ją tk iem usuw ania nadm iaru m łod y ch sztuk,
co m iało na celu uchron ien ie p o p u la cji przed prze­
kroczeniem lim itu osiem dziesięciu sztuk, p o d w ó jn e j
liczby, przy k tórej d efin ity w n ie w y k ry w a się stres.
Calhoun b y ł przekonany, że g d y b y nie u trzym yw a ­
nie tego bezpiecznego m arginesu, k olon ie szczurów
m ogłyby ucierp ieć w skutek załam ania się lu b m a­
sow ego w ym ieran ia p op u lacji, jak to się zdarzyło w
w ypadku jelen i sika, i nie p o w ró cić do norm y. Stra­
tegia jeg o polegała na poddaniu p op u la cji sy tu a cji
stresującej w taki sposób, b y zd oła ły w zrosnąć trzy
pok olen ia szczurów i b y m ożna b y ło obserw ow ać
e fe k ty stresu nie tylk o na jednostkach, lecz na w ielu
generacjach .

Rozwój „bagna”

W yraz „b a g n o ” b y w a u żyw an y przenośnie. Calhoun


w y m y ślił term in „b a g n o b eh a w iora ln e” , tak ok re­
ślając rażące w yp aczen ia w zachow aniu, które w y ­
stąpiły w śród w iększości szczurów w stodole k oło
R ock ville. Z ja w isk o to, jak sądzi, stanow i „w y n ik
każdego takiego procesu beh aw ioraln ego, k tóry sku­
pia zw ierzęta w nienaturalnie dużej grupie. U jem n y
od cień tego term inu nie jest p rzyp a d k ow y: «bagn o
beh aw iora ln e» w zm aga w szelk ie d ają ce się zaobser­
w ow a ć w gru pie fo rm y p a tologii.”
„B a gn o b eh a w iora ln e” o b e jm u je zaburzenia w b u ­
d ow ie gniazd, w zalotach, zachow aniu się seksual­
nym , rep rod u k cji i org a n iza cji społecznej. U szczu­
rów poddan ych sek cji w y k ry to nadto pow ażne k on ­
sek w en cje fizjolog iczn e.
D o zjaw iska tego doszło w m om encie, g d y zagęsz­
czenie p op u la cji p rzek roczyło blisk o dw uk rotn ie p o­
ziom w y w o łu ją c y m ak sym aln y stres u szczurów dzi­
kich. T erm in ow i „zagęszczen ie” m usim y nadać szer­
sze znaczenie niż tylk o z w y k łe j p rop orcji osobn ik ów
do przestrzeni im dostępnej. Sam o zagęszczenie —
z w y ją tk ie m sk ra jn y ch w y p a d k ó w — rzadko w y w o ­
łu je stres u zw ierząt.
B y n ależycie zrozum ieć m yśl Calhouna, m usim y na
ch w ilę p ow ró cić do m łod ych szczurów i prześledzić
ich d zieje od ch w ili, g d y dano im sw ob od ę w ęd ro­
w ania po czterech zagrodach do czasu pojaw ien ia się
sym ptom ów „b a g n a ” . W norm aln ych w arunkach, gdy
nie w y stęp u je przegęszczenie, m łode, lecz fizyczn ie
d ojrza łe sam ce szczurów staczają ze sobą w a lk i i w
krótkim czasie doch odzi do ustalenia trw a łej h ie­
rarch ii społecznej. W pierw szej z dw u serii w R o ck -
v ille dw a d om in u jące sam ce zagarn ęły dla siebie
terytoria w zagrodzie I i IV. K ażd y z n ich u trzym y­
w a ł harem złożon y z ośm iu do dziesięciu sam ic, k o ­
lonia taka była zgodna z naturalnym gru p ow an iem
u szczurów , za obserw ow a n ym up rzednio w zagrodzie
o pow ierzch n i 0,1 ha. P ozosta łych czternaście szczu­
rów p o d zieliło się zagrodą II i III. G d y pop u la cja
rozw inęła się d o sześćdziesięciu i w ię ce j sztuk, szan­
se na to, b y szczury m o g ły jeść sam e, stały się m i­
nim alne. P ojem n ik na żyw n ość b y ł b ow iem tak skon­
struow any, że w y d o b y w a n ie p o r cji zza siatki zabie­
rało dużo czasu. S zczury w zagrodzie II i III zostały
w ięc uw aru nkow ane, b y jeść razem z innym i szczu­
rami. O bserw acje C alhouna w yk a zały, że „b a g n o ”
zaczęło rozw ija ć się w m om en cie, g d y aktyw n ość
w środ k ow ych zagrodach w zm agała się do tego stop ­
nia, że p ojem n ik i na żyw n ość u żyw an e b y ły trzy d o
pięciu razy cz ę śc ie j niż w z a g r o d a c h
k r a ń c o w y c h . N orm aln e w zorce zachow ania zo­
stały zaburzone w następu jący sposób.

Zaloty i seks

Zalecanie się i seks u szczura w ęd row n eg o w z w y ­


k łych w arun kach w ym a ga zajścia p ew n ego ustalone­
go następstw a zdarzeń. Sam ce m uszą dokon ać trzech
pod staw ow ych rozróżn ień w d ob orze tow arzyszki.
Po pierwsze, m uszą u ch w y cić zw y k łe odróżn ien ie
w edle p łci i spostrzec różn icę p om iędzy osobn ik iem
dojrzałym i nied ojrzałym . N astępnie m uszą w yszukać
sam icę recep tyw n ą (w okresie rui). G d y k om b in acja
taka p oja w ia się w p olu w zro k o w y m i w ęch ow y m
samca, zaczyna za nią podążać. S am ica ucieka n ie­
zbyt szybko, k ry je się do nory, odw raca się i w y ­
stawia g łow ę oczek u ją c partnera. Sam iec biega w o ­
kół w ejścia do n ory i w y k o n u je n iew ielk i taniec.
K iedy taniec taki k oń czy się, sam ica w ych od zi z n o­
ry i następuje kopu lacja. W czasie tego aktu sam iec
chw yta delikatnie zębam i skórę na szyi sam icy.
R o z w ó j „b a g n a ” w zagrodach II i III zm ienia
w szystko. D ało się w y różn ić kilka kategorii sam ców :
1. Agresywne dominujące, nie więcej niż trzy sztu­
ki, za ch ow y w a ły się w z w y k ły sposóib.
2. Sam ce p asyw n e unikały w a lk i i seksu.
3. H iperaktyw n e, podporządkow an e sam ce spędza­
ły czas na ścigan iu sam ic. Za jedną znękaną
sam icą p o tra fiły uganiać się jedn ocześnie trzy
lub cztery. W fazie g o n itw y nie przestrzegały
one grzeczn ości: zam iast zatrzym ać się przy
w ejściu do nory, w p ad ały do środka za samicą,
nie dając je j w ytchnienia. W trakcie aktu p łcio ­
w e g o sam ce te często przedłużały ucisk zębam i
do kilku m inut, zam iast zw y k ły ch dw u czy
trzech sekund.
4. Sam ce panseksualne p ró b o w a ły spółkow an ia ze
w szystkim i: z sam icam i recep tyw n ym i i n ie-
recep tyw n ym i, z in nym i sam cam i, ze sztukam i
m łod ym i i starym i. W ystarczał im jak ik olw iek
partner seksualny.
5. N iektóre sam ce w y c o fy w a ły się ze społecznego
i seksualnego obcow an ia i w y ch od ziły z nor
w tedy, g d y inne szczury spały.

Budowa gniazd

W bu d ow a n iu gniazd uczestniczą zarów n o sam ce,


ja k sam ice szczura, ale w iększa część pra cy p rzypa­
da sam cow i. Znoszą m ateriały do nory, układają w
stos i w yd rążają tak, że p ow staje zagłębienie do
trzym ania m ałych. W badaniach w R o ck v ille sam ice
z h a rem ów w zagrodzie I i IV oraz te w szystkie, k tó­
re nie doszły jeszcze do stadium „b a g n a ” , za ch ow y ­
w a ły się ja k w zo ro w e „p an ie d om u ” : b y ły schludne
i op iek ow a ły się strefą w o k ó ł w zn iesion ego gniazda.
Inne natom iast sam ice w zagrodzie II i III często nie
k oń czy ły b u d o w y gniazda. M ożna b y ło zaobserw o­
w ać, ja k n iosły fragm en t budu lca po ram pie i znie­
nacka g o porzucały. M ateriały doniesione do gniazd
b yły w nich bądź kładzione b y le gdzie, bądź dorzu ­
cane do nie w yd rą żon ego stosu. M łode sztuki u legały
rozrzuceniu w ch w ili narodzin i n iew iele z nich
u trzym yw ało się przy życiu.

Opieka nad młodymi

W n orm aln ych w arun kach sam ice trudzą się, b y


utrzym ać sw ó j m iot w ładzie, i w yrzu ca ją cudze
m łode z w łasnego gniazda. G d y gniazdo jest zbyt
odsłonięte, .przenoszą p otom stw o w n ow e, b ezp iecz­
niejsze m iejsce. Sam ice z ob ja w a m i „b a g n a ” prze­
staw ały dbać o porządek w śród m łodych. M ioty m ie­
szały się ze sobą, h ip erak tyw n e sam ce w p a d a ją c do
gniazd deptały po m łod ych i często p ożerały je. Jeśli
gniazdo zn ajdow ało się za bardzo na w idoku, m atki
zaczynały w p ra w d zie przem ieszczać m łode, ale prze­
prow adzki nie koń czyły. Z osta w ia ły często p o­
tom stw o w n ow y m gnieździe na pastw ę in n y ch szczu­
rów.

Tery tor ialność i organizacja społeczna

Szczury w ę d ro w n e w y p ra co w a ły sobie prosty w z o ­


rzec organizacji sp ołeczn ej, która w ym a ga życia w
grupach sk ład ających się z dziesięciu— dw unastu h ie­
rarch icznie uporząd k ow an ych osobn ik ów , za jm u ją ­
cych i b ron ią cych w sp óln ego terytoriu m . G rupa taka,
w której obie płci reprezentow ane są w zm ienn ych
proporcjach , zdom inow ana jest przez jed n ego d o r o ­
słego sam ca. Szczu ry w yższe rangą nie m uszą ustę­
pow ać in n ym w takim stopniu ja k szczury o niższej
randze. Status ich po części w yzn aczają dostępne
rejon y w ram ach terytorium . Im w yższa p ozy cja
szczura, tym w ięcej ok olic m oże on badać.
D om in u jące sam ce w stanie „b a g n a ” , niezdoln e do
ustanow ienia terytoriu m , zastępow ały przestrzeń cza­
sem. T rzy razy dziennie d och od ziło do b u rzliw ej
„zm iany w a rty ” p rzy skrzyniach z jedzeniem , p o ­
łączon ej z w alką i popychan iem się. K ażda grupa
zdom inow ana była przez p ojed y n czego samca. W szyst­
k ie trzy samce b y ły rów n e statusem, ale hierarchia
„b a g n a ” w odróżnieniu od n orm aln ych hierarchii,
n iezw yk le stabilnych, odznaczała się w ielk ą n ietrw a -
łością. W regu larn ych odstępach czasu w ciągu dnia
sam ce w ysok ie rangą w d a w a ły się w w oln e zapasy,
k tórych k u lm in ację stan ow iło p rzejście panow ania
z jed n eg o sam ca na drugiego.
Inn ym sposobem przejaw ian ia się społeczności b y ło
coś, co C alhoun nazw ał „k la sa m i” szczurów , zajm u ­
ją cy ch to sam o terytoriu m i od zn aczających się p o ­
dobn ym zachow aniem . F u nk cją takiej klasy jest n a j­
w id oczn iej redu kow an ie napięć m iędzy szczuram i.
W n orm a ln ych w aru n kach w każdej kolon ii b y ło
klas nie w ię ce j niż trzy.
W zrost gęstości p op u la cji prow adzi do zw iększenia
licz b y klas i podklas. H ip eraktyw n e sam ce nie tylk o
łam ały ob y cza je zw iązane z kojarzen iem się w p ad a­
jąc do gniazda w trak cie pościgu za sam icam i, lecz
rów n ież w d ziera ły się na inne terytoria. B iegały w
k ółk o całym stadem , rozsyp u jąc się, węsząc, poszu­
kując. Jeśli się kogoś bały, to n a jw y ra źn iej tylk o
d om in u ją cy ch sam ców , d rzem iących u stóp ram py
w I i IV zagrodzie, które ch ron iły sw e terytoria i ha­
rem y przed każdym przybyszem .
K o rzyści w ycią ga n e zarów n o przez gatunek, jak
przez poszczególne osobniki z zasady terytorialn ości
i trw a łej h iera rch ii dało się jasno spostrzec u szczu­
rów za jm u ją cych I zagrodę. Z ob serw a cy jn eg o okien­
ka u g ó ry pom ieszczenia w id ać b y ło ogrom n ego,
m ocn ego szczura śpiącego u podnóża ram py. Na
szczycie ram p y niew ielk a grupa h iperak tyw n ych
sam ców u siłow ała przekonać się, czy szczur m ógłby
je zauw ażyć, g d y b y p ró b o w a ły w ejść. W ystarczyło,
b y o tw orzy ł jed n o oko, a in w azja b yła zduszona w
zarodku.
Od czasu do czasu jedna z sam ic opuszczała gniaz­
do, przebiegała przed śpiącym sam cem , pędziła na
ram pę, nie budząc g o jednakże, i w racała, ciągnąc
za sobą stadko h ip era k tyw n ych sam ców , k tóre za­
trzym yw a ło się z ch w ilą d ojścia do szczytu ram py.
Od tego m om entu przestaw ały się naprzykrzać —
sam ica m ogła rodzić i w y ch o w y w a ć sw oje p otom ­
stw o z dala od nieustającego zgiełku „b a g n a ” . Jej
rekord m acierzyń skich osiągnięć przew yższa dziesię-
cio— dw udziestokrotnie rek ord y sam icy z „b a g n a ” .
Nie tylk o rodziła dw a razy w ię ce j m łodych , ale p o ­
nad połow a je j potom stw a utrzym ała się przy życiu
po odstaw ieniu od sutek.

Fizjologiczne Konsekwencje „bagna”

P odobn ie ja k u jelen i sika, „b a g n o ” n a jb a rd ziej dało


się w e znaki sam com i m łodym . Ś m iertelność sam ic
była trzy i półk rotn ie w iększa niż sam ców . Z p ięciu ­
set pięćdziesięciu ośm iu m łod y ch u rod zon ych w
pu nkcie k u lm in a cyjn ym „b a g n a ” do m om entu odłą­
czenia od m atki dożyła tylk o jedna czw arta. B rze­
m ienne sam ice m ia ły k łop oty w czasie ciąży. Poza
tym , że znacznie w zrósł odsetek poron ień , sam ice
zaczęły w ym iera ć w sk utek d oleg liw ości m acicy, ja j­
n ików i ja jo w o d ó w . U sztuk p oddan ych sek cji w y ­
kryto gu zy g ru czołów m leczn ych i narządów p łcio ­
w ych . N erki, w ą tro b y i nadnercza b y ły pow ięk szon e
lub ch orob liw ie zm ienione i w y k a zy w a ły takie o b ja ­
w y, jakie w iąże się ze sk ra jn ym stresem.

Zachowanie agresywne

Jak w y ja śn ił w sw o je j książce 1 tak człow iek tra fił


na psa K onrad Lorenz, etolog austriacki, norm al­
nem u zachow aniu agresyw n em u tow arzyszą p ew ­
ne sygn ały m ają ce w yg a sić popęd agresji w m om en ­
cie, g d y zw yciężon y zaczyna „m ieć d ość” . Sam ce
szczurów w trakcie „b a g n a ” nie um iały pow ściągn ąć
w zajem n ej agresji i w d a w a ły się w dłu gotrw ałe,
często nie sp row ok ow a n e i n ie dające się p rzew i­
dzieć g ryzien ie og on ów in n y ch szczurów . Z a ch ow a­
nie to trw a ło blisko trzy m iesiące, aż dorosłe szczury
wpadły na sposób, w ja k i można zapobiec gryzien iu
sw y ch og on ów przez tow arzyszy. A le szczury m łode,
k tóre n ie w y u cz y ły sią jeszcze tego, jak ch ron ić sw o­
je og on y przed pogryzien iem , b y ły nadal stale na­
rażone na szw ank.

„Bagno” , które nie zdołało się rozwinąć


Druga seria eksp erym en tów d ow iodła istnienia stra­
tegiczn ego zw iązku p om iędzy „b a g n e m ” a w yu czoną
potrzebą jedzenia w raz z in nym i szczuram i. W d o ­
św iadczen iach tych C alhoun zm ienił rodzaj p oży w ie­
nia ze śruty na m ączkę, którą m ożna b y ło dużo łat­
w ie j zjadać. W od a natom iast rozdzielana była z w o l­
no trysk a ją cej fontanny, szczury w y u cz y ły się w ięc
raczej w sp óln ie pić niż jeść. Zm iana ta sp ow odow ała,
że pop u la cja rozm ieściła się po zagrodach w sposób
bardziej rów n om iern y ; szczury b ow iem m ają zw yczaj
pić natychm iast po przebudzeniu, stąd skłonne b y ły
przeb yw ać w tych strefach, w k tóry ch zw yk le śpią
(w p op rzed n iej serii w iększość szczurów w y p row a ­
dzała się do pom ieszczenia, w k tórym b y ło jedzenie).
Istniały pew n e sy m p tom y w skazu jące na to, że w
d ru giej serii m o g ło b y dojść do ,yb a g n a ” , jednakże
z in n y ch p o w od ów . Jeden z sam ców zagarnął dla sie­
bie za grod y III i IV, przepędzając z nich w szystkie
szczury. Inn y b y ł w trakcie w yrabiania sobie praw
terytoria ln y ch d o za grod y II. G d y eksperym ent za­
koń czono, 80 p rocen t sam ców zgrom adzon ych b y ło w
zagrodzie I, reszta z w yją tk iem jed n ego w zagro­
dzie II.
Podsumowanie eksperym entów Calhouna
Z eksperym en tów C alhouna jasn o w yn ik a, że naw et
szczur, ch oć w ytrzym a ły, nie m oże tolerow ać zamętu
i p odobn ie jak człow iek , p otrzeb u je n iekiedy sam ot­
ności. Szczególn ie w ra żliw e są sam ice w gniazdach
i m łode, które potrzebu ją och ron y od ch w ili urodze­
nia do osiągnięcia sam odzielności. R ów n ież ciężarne
sam ice, jeśli są nadm iernie n iep ok ojon e, m ają dużo
trudności z donoszeniem płodów .
P ra w d op od obn ie w sam ym przegęszczeniu nie ma
nic patologicznego, co w y w o ła ło b y opisane p ow y żej
sym ptom y. Przegęszczenie jednakże niszczy w ażne
fu n k cje społeczne i prow ad zi do dezorgan izacji,
a ostatecznie do załam ania się p op u la cji i do je j w y ­
m ierania na w ielk ą skalę.
Z a n ik ły seksualne ob y cza je szczurów i p o ja w ił się
lokalnie panseksualizm oraz sadyzm . O pieka nad
m łodym i została zdezorganizow ana nieom al totalnie.
U sam ców u legły d egen eracji zachow ania społeczne,
co w y w o ła ło gryzien ie og on ów tow arzyszy. H ierar­
chia społeczna b yła nietrw ała, nie respektow an o ta­
bu terytoria ln ych , ch yba że w ym uszone one b y ły
siłą. K ra ń cow o w yższa śm iertelność w śród sam ic na­
ruszyła rów n ow a g ę płci i p ogorszyła w e fek cie sy ­
tuację tych, k tórym udało się przeżyć, nękanym przez
roznam iętnione sam ce.
Brak jest, niestety, takich p o ró w n y w a ln y ch danych
o popu lacja ch dzikich szczurów pod k ra ń cow y m stre­
sem lub w trakcie załam ania się, z k tórym i m ożna
b y ło b y zestaw ić badania Calhouna. M ożliw e jednak,
że g d y b y p row a d ził on sw e dośw iadczenia dłużej,
efek ty „b a g n a ” m o g ły b y rozw in ąć się do p ro p o rcji
krytycznych. E ksperym ent Calhouna w skazu je W isto­
cie na nadciąganie kryzysu. E ksperym en ty ze szczu­
ram i, ja k k o lw ie k na nie patrzeć, b y ły złożone i dra­
m atyczne. N iem niej jest m ocn o w ątpliw e, czy na
podstaw ie ob serw a cji sam ych tylk o szczurów w ę ­
d row n ych m ożna b y ło b y w skazać te liczne, w sp ółg ra ­
jące ze sobą czynniki, k tóry ch k om b in a cja u trzym uje
popu lację w należytej rów now adze. S zczęśliw ie je d ­
nak badania nad in nym i gatunkam i rzu ciły nieco
światła na procesy, za k tórych pom ocą zw ierzęta re­
gulują sw o je zagęszczenie ja k o jedną z fu n k cji sam o­
obrony.
BIOCHEMIA PKZEGĘSZCZENIA

W jaki sposób przegęszczenie powoduje dramatyczne


kon sek w en cje ■ — od agresji do różn ych fo rm nie­
norm alnego zachow ania p oczyn a ją c, aż po m asow e
w ym ieran ie — ja k to w id zieliśm y u zw ierząt na
tyle różnych, co jeleń , ciernik i szczur? Szukanie od ­
pow ied zi na to pytanie za ow ocow a ło w yn ik a m i o sze­
rok ich im plikacjach .
D w a j a n gielscy uczeni A. S. Parkes i H. M. Bruce,
b a d a ją cy odm ienne efek ty sty m u la cji w zrok ow ej i w ę ­
ch o w e j u p tak ów i ssaków , donieśli w „S cie n ce ” ,
że obecn ość sam ca in nego niż p ra w ow ity partner
m oże zaham ow ać ciążę u m yszy w czasie czterech
dni po zapłodnieniu. Na początku p ozw olon o sam ­
com z innej h o d o w li ob cow a ć p łcio w o z sam icam i
w czasie rui. P óźn iej okazało się, że sama tylko o b e c ­
ność in n ego sam ca w klatce m oże zablok ow ać ciążę.
W reszcie od k ryto, że zablok ow an ie m oże nastąpić
w ów czas, g d y ciężarną sam icę w pu ści się do takiego
rejon u, z którego w łaśnie usunięto sam ca. S koro sa­
m ica n ie m ogła w id zieć sam ca, stało się oczyw iste,
że czyn n ikiem d ziałającym b y ł raczej zapach niż w i­
dok. H ipotezę tę spraw dzono, w yk azu jąc, że zniszcze­
nie płata w ę ch o w e g o w m ózgu sam icy m yszy u od -
parnia ją na ew entualne zaham ow anie ciąży przez
ob ceg o samca.
S ek cja sam ic z zablokow aną ciążą w ykazała n ied o­
ro zw ó j ciałka żółtego, które zapew nia zagnieżdżenie
się zapłodn ion ego ja ja w ścianie m acicy. N orm alne
w ytw arzan ie ciałka żółtego sterow ane jest przez h or­
m on p rolaktyn ę i zablokow an iu ciąży da się zapobiec
w strzyk u ją c A CTH .

Egzokrynologia

P race P arkesa i B ru ce ’a radykaln ie zm od y fik ow a ły


panu jące teorie o zw iązku p om iędzy delikatnie w y ­
w a żon ym i system am i ch em iczn ej kon troli ciała
a św iatem zew nętrznym . G ru czoły p ozbaw ion e p rze­
w odów , czyli endokrynalne, m ają w p ły w na nieom al
wszystko, co d zieje się z ciałem , i przez dłu gi czas
uw ażano je za zam knięty układ tk w ią cy w ciele
i jed y n ie pośrednio pod łączon y do św iata zew n ętrz­
nego. E ksperym en ty Parkesa i B ru ce ’a d ow iod ły , że
spraw y nie zaw sze tak się przedstaw iają. U kuli oni
term in „e g zo k ry n o lo g ia ” (jako p rzeciw ień stw o endo­
krynologii), k tóry ma ilustrow ać szerszy sposób w i­
dzenia regu latorów ch em icznych, o b e jm u ją cy także
w yd zielin y g ru czołów za p ach ow ych ssaków . Sub­
stancje zapachow e w yd zielan e są ze sp ecja ln ych g ru ­
czołów , anatom icznie u sytu ow an ych w rozm aitych
punktach, ja k np. m iędzy kopytam i u jelen i, m iędzy
oczam i u antylop, na podeszw ach stóp u m yszy,
z tyłu g ło w y u d rom a d erów i pod pacham i u ludzi.
S ubstancje te są d od a tk ow o w ytw arzan e przez g e ­
nitalia i w ystęp u ją w m oczu i kale.
O becnie w iadom o, że w yd zielin y zew nętrzne je d ­
nego organizm u od działują bezpośredn io na chem izm
ciała in nego organizm u i stanow ią czyn n ik w zm a c­
n iający w rozm aity sposób in tegrację p op u la cji i grup.
P odobn ie jak w yd zielan ie w ew n ętrzn e in teg ru je p o­
jedyn czego osobnika, w yd zielan ie zew nętrzn e pom aga
w in tegracji grupy. Fakt, że oba te uk łady są w za ­
jem nie pow iązane, ipozwala częściow o w ytłu m a czy ć
sam oregulu jący charakter k on troli p op u lacji, a także
n iep ra w id łow e zachow ania w yn ik a ją ce z nadm ierne­
go zagęszczenia. Jeden z zespołów d otyczy reak cji
ciała na stres.
Hans S elye, A u striak p ra cu ją cy w O ttaw ie, z k tó­
rego nazw iskiem od daw na k oja rzy się badania nad
stresem, w ykazał, że zw ierzęta p oddaw ane w ie lo ­
krotnie stresow i m ogą um rzeć w skutek szoku. W zm o­
żone w ym agan ia w ob ec organizm u w in n y się zbiegać
z nadw yżką energii. U ssaków źródłem energii jest
cukier w e krw i. Jeżeli w ielok rotn e zapotrzebow anie
w y czerp ie zapas nagrom adzonego cukru, zw ierzę p o­
pada w szok.
M o d e l banku cukru

Pod intrygującym tytułem Zając i w różen ie z trzew i


b iolog z Y a le E dw ard S. D eevey w yja śn ia bioch em ię
stresu i szoku za pom ocą e fek tow n ej m etafory:
„M ożna p otraktow ać potrzeby życiow e jako coś
w yp łaca n eg o w cukrze. W ątroba działa tu ja k o bank.
Z w y k łe w y p ła ty załatw iane są przez horm on y trzust­
ki i rdzenia nadnerczy, fu n k cjo n u ją ce jak o kasjerzy;
lecz d ecy zje w yższego rzędu (na przykład — w zra­
stać czy rep rod u k ow a ć) zarezerw ow an e są dla urzęd­
n ik ów ba n k ow ych , k o ry nadn erczy i gru czołu p rzy ­
sadkow ego. Stres w ed łu g S elyego jest jedn ozn aczn y
z adm in istra cyjn ym krachem w śród h orm on ów , szok
zaś p ow sta je w ów czas, g d y zarząd przekroczy k re­
d y ty bankow e.
G d y poddam y ten m odel banku bardziej drobiaz­
g o w e j analizie, w y jd zie na ja w je g o pierw szy i n a j­
w ażn iejszy serw om ech an izm : w y soce biu rokratyczn e
sprzężenie p om iędzy korą nadnerczy, fu n k cjon u jącą
jako b iu ro kasow e, a przysadką ja k o zarządem . P o­
spolitą form ą stresu są rany i in fek cje, a kora nad­
n erczy dow odząc stanem zapalnym , k tóry m a je zw a l­
czyć, p o d ejm u je kasjerskie czeki w w ątrobie. Jeśli
stres nie ustaje, h orm on zw an y kortyzon em prze­
syła n iesp ok ojn y kom unikat do przysadki m ózg ow ej.
Przysadka, zaalarm ow ana tragiczną w ieścią, dele­
g u je ja k o w iceprezesa zw iązek ch em iczn y A C T H , h or­
m on adren ok orty k otrop ow y, k tórego zadaniem ma
b y ć pobudzenie k ory nadnerczy. Zasilona kora anga­
żuje, jak p ow ied zielib y u czn iow ie Parkinsona, w ię ­
ce j personelu i rozszerza sw oją działalność, żądając
jedn ocześnie w ięk szej ilości AC TH . P ow in n o stać się
oczyw iste, że zagrażająca spirala m a charakter b łęd ­
nego koła, i zw yk le tak się dzieje; w yp ła ty jednak
trw ają nadal, a sum a cy rk u lu ją ceg o cukru jest złud­
nie niezm ienna (w w yn ik u działania in nego serw o­
m echanizm u) i nie m a sposobu poza sekcją zw łok,
b y dokon ać w banku bilansu.
Jeśli trw a ją cy stres zmusza przysadkę m ózgow ą do
w ysyłania coraz w ięk szych d aw ek A C T H , doch odzi
do zredukow ania w ielu transakcji. N iedostatek h o r­
m onu ja jn ik a na przykład m oże sp ow od ow a ć, że kora
nadnerczy potraktu je zagnieżdżony płód jako ranę,
którą trzeba w yg oić. P od ob n ie g ru czołow e źródła m ę­
skości i m acierzyństw a w w yn ik u n ierów n eg o sza­
fow an ia cu krem są rów n ie podatne na w ysychanie.
P om ija ją c nadciśnienie (zw iązane z in n ym tow arem ,
solą, k tórym nie p otrzeb u jem y się teraz zajm ow ać),
zgubnym sym ptom em okazać się m oże niedocu krze­
nie. Jak ik olw iek m ik rosk op ijn y extra stres, tego ro ­
dzaju co na przyk ład du ży hałas, staje się czym ś p o ­
dobnym do w izy ty inspektora b an k ow ego: pod w p ły ­
w em w strząsu rdzeń nadn erczy w ysyła raptow n ie
rzut adrenaliny do m ięśni, k rew Opróżnia się z cukru,
a m ózg g w a łtow n ie głodu je. Stąd też szok w ygląda
jak hiperinsulinizm . N adm iernie aktyw na przysadka
m ózgow a, p od ob n ie jak ogarnięte paniką nadnercza,
przypom in a nie zasłu gu jącego na zaufanie fu n k cjo ­
nariusza ban k ow ego, trzym ającego rękę w kasie,”

Nadnercza a stres

C zyteln ik przypom in a sobie, że u jelen i sika przed


i w okresie m asow ego w ym ieran ia w y k ry to n ie­
zw yk le pow ięk szone nadnercza. T o pow iększenie się
rozm ia rów zw iązane b y ło n a jp ra w d op od ob n iej ze
w zm ożon ym zapotrzebow aniem na A C T H , sp ow od o­
w an ym w zrastającym stresem w skutek przegęszcze-
nia.
P odążając za tym tropem , Christian zbadał w póź­
n ych latach pięćdziesiątych sezon ow e zm iany w g ru ­
czołach nadn erczy u św istaków . U ośm iuset siedem ­
dziesięciu d w óch sztuk zebranych i poddan ych sek­
cjo m w czasie czterech lat, n iew ielka w aga nadner­
czy w zrastała od m arca do końca czerw ca aż o 60
procent, w okresie g d y sam ce św istaków , zajęte g o ­
dam i, p rzeja w ia ją aktyw n ość przez dłuższą część dnia
i w iele z nich k on cen tru je się jednocześnie w tym
sam ym rejon ie. W aga nadn erczy opadała w lipcu, gdy
agresja u trzym yw ała się na niskim poziom ie, po czym
ostro w zrastała w sierpniu, g d y m łode św istaki w y ­
ruszały m asow o, żeby sobie zabezpieczyć terytoria,
i k ied y w yb u ch a ły częste k on flik ty na tym tle. Z a­
tem , k on k lu d u je Christian, „utrata agresyw n ości w y ­
d a je się n ajistotn iejszym m om entem zapoczątkow u­
ją cy m letni spadek w agi n a d n erczy” . P rzy jm u je się
dziś pow szechnie, że procesy selek cji steru jące ew o­
lu cją fa w o ry zu ją osobniki d om in u ją ce w danej g ru ­
pie. Sztuki takie nie tylk o w m niejszym stopniu
p odlegają stresom , ale potrafią też ch yba znieść w ięk ­
szy stres. B adając „p atolog ię przegęszczen ia” C h ri­
stian stw ierdził, że nadnercza u zw ierząt podporząd-
k ow an ych są bardziej obciążone i pow ięk szają się w,
w iększym stopniu niż u zw ierząt d om in u jących . B a­
dania je g o w yk a za ły rów nież istnienie w yraźn ego
zw iązku pom iędzy agresyw n ością a dystansem u z w ie ­
rząt. G dy w porze g od ów u św istaków agresyw n ość
u trzym uje się na poziom ie w ysokim , w zrasta średni
dystans kontaktu. P rzeciętn a w aga nadnerczy jest
skorelow ana zarów n o z przeciętn ym dystansem in ­
terakcji, jak z samą liczbą kon tak tów .
Innym i słow y, parafrazu jąc Christiana, w raz ze
w zrostem agresji zw ierzęta potrzebu ją w ię ce j prze­
strzeni. Jeżeli w iększa przestrzeń jest nieosiągalna,
co zachodzi w ów czas, g d y p op u la cje zbliżają się do
m aksimum, pow staje reak cja łań cuchow a. W ybu ch
agresji i aktyw ności seksualnej oraz tow arzyszące im
stresy przeciążają nadnercza. W w yn ik u tego doch o­
dzi do załamania się p op u la cji w skutek obniżenia
procen tu p łodn ości, w zm ożon ej podatności na ch oro­
by i m asow ej śm iertelności w następstw ie wstrząsu
h ipoglik em iczn ego. W trakcie tego procesu zw ierzęta
dom in u jące są u p rzy w ilejow a n e i zw yk le u daje im
się przeżyć.
P aul E rrington, zm arły niedaw no utalentow any
etolog i p rofesor zoolog ii w u n iw ersytecie stanu Iow a,
spędził w ie le lat na ob serw a cja ch nad skutkam i, ja ­
kie ma przegęszczenie na bagienn e piżm aki. D oszedł
do w niosku, że g d y załam anie się p op u la cji jest p o ­
w ażne, okres p ow racan ia do n orm y niezm iernie się
w yd łuża. A n g ielsk i uczony H. S hoem aker stw ierdził,
że zapew n iając należytą przestrzeń w n iek tórych
k ry ty czn y ch sytu a cja ch m ożna w dużej m ierze za­
pobiec skutkom przegęszczenia. K anarki, stłoczone
w p oje d y n cze j dużej klatce, w y p ra co w a ły sobie p e w ­
ną h ierarch ię dom in acji, która tak długo kolidow ała
z bu d ow a n iem gniazd przez ptaki niższe rangą, d o ­
p óki nie zagw aran tow an o im m ałych klatek, gdzie
pary m ogły b u d ow a ć sobie gniazda i h od ow ać m ło­
de. Niższe rangą sam ce m iały w ten sposób w łasne,
nienaruszalne terytoria i bard ziej pom yślnie niż k ie­
d y k olw ie k p rzyczy n ia ły się do rozw oju gatunku.
Z a pew n ien ie in d y w id u a ln y ch terytoriów rodzinom
i och rona zw ierząt przed nim i sam ym i w trakcie
k ry ty czn eg o okresu g o d ó w m oże p rzeciw działać złym
skutkom przegęszczenia naw et u gatun ków tak nisko
u sytu ow a n ych na skali e w o lu cy jn e j jak ciernik.

Pożytki stresu

B oleją c nad skutkam i przegęszczenia nie pow in niśm y


zapom inać, że w y w o ła n y przez nie stres m a sw oje
p ozytyw n e strony. Stres taki staje się skutecznym
narzędziem w służbie e w olu cji, posłu gu je się on b o ­
w iem siłam i w sp ółza w od n ictw a w ew n ą trzga tu n k ow e-
go, a nie m iędzy gatun kow ego, z k tórym jesteśm y
bardziej obeznani ja k o z naturą o „za k rw a w ion y ch
zębach i pazurach” .
P om iędzy tym i dw iem a p resjam i e w o lu cy jn y m i za­
chodzi bardzo w ażna różnica. R y w a liza cja m iędzy g a ­
tunkam i in icju je stadium , w k tórym ro z w ija ć się
m oże pierw szy typ presji. A n ga żu je ona cały gatunek,
a nie różnorakie w ysiłk i p ojed y n czeg o zw ierzęcia. N a­
tom iast k on k u ren cja w ew n ątrz gatunku udoskonala
rasę i uw ydatn ia je j cech y charakterystyczne. M ów iąc
inaczej, służy u w yp u k len iu ty ch fo rm organizm u,
które tkw ią w nim d op iero w zarodku.
Skutki obu tych p resji m ożna zilu strow ać tym , co
się w spółcześnie sądzi o e w o lu cji człow iek a. P rzodek
ludzki, pierw otn ie p rze b y w a ją cy na ziem i, zm uszony
został przez k on k u ren cję m iędzygatu nkow ą i zm iany
w środow isku zew nętrzn ym do opuszczenia gruntu
i przeniesienia się na drzew a. Ż y cie nadrzew ne w y ­
m agało ostrego w zroku, zm n iejszyło natom iast uza­
leżnienie od w ęchu, k tóry ma zasadnicze znaczenie
u organizm ów ż y ją cy ch na p ow ierzch n i ziem i. Z m ysł
pow onienia przestał się przeto u człow iek a ro z w i­
jać, w zm og ły się za to bardzo je g o m ożliw ości w z ro­
kow e.
Jedną z k on sek w en cji utraty p ow onienia ja k o je d ­
nego z w a żn ych środ k ów porozum iew ania się była
odm iana w stosunkach m iędzyludzkich. U czyn iło to
człow ieka w w ięk szym stopniu zdoln ym do w y trz y ­
m yw ania przegęszczenia. G d y b y śm y m ieli takie nosy
jak szczury, b y lib y śm y u w ikłan i na zaw sze w cały
w achlarz em ocjon a ln y ch zm ian, p o ja w ia ją cy ch się
u innych ludzi. C zyjś gn iew b y łb y rzeczą, którą m o­
glibyśm y w yczu w a ć p ow onieniem . Tożsam ość kogoś,
kto nas odw iedził, a także em ocjon a ln e podteksty
w szystkiego, co d zieje się w dom u, d a ły b y się p u ­
bliczn ie ła tw o ustalić, ja k d łu go u trzy m y w a łb y się
zapach. P sy ch oty cy m o g lib y nas „z w a rio w a ć” , a lęk ­
liw i nastraszyć nas jeszcze bard ziej. Ż y cie stałoby
się ostatecznie b ard ziej in ten syw n e i ba rd ziej nas
angażujące, b y ło b y ono zresztą pod znacznie m n iej­
szą kon trolą św iadom ości, pon iew aż centra w ęch ow e
w m ózgu są starsze i p ry m ity w n iejsze niż ośrodki
w zrokow e.
P rzejście od polegania na nosie do polegania na
w zrok u jako w y n ik p resji środ ow isk ow ych ca łk ow i­
cie określiło na n o w o sytu ację człow ieka. Staliśm y
się zdolni do planow ania, gdyż oko ma szerszy za­
sięg; k od u je on o n iep orów n a n ie w ię cej złożon ych da­
n ych i tym sam ym zachęca do m yślenia a bstra k cyj­
nego. P ow on ien ie natom iast, intensyw nie zaspokaja­
jąc em ocje i zm ysły, popycha człow iek a w zupełnie
p rzeciw n ym kierunku.
E w olu cja człow iek a zaznaczyła się rozw ojem „r e ­
cep torów p rzestrzen n ych ” — w zroku i słuchu. W ten
sposób m ógł on u p raw iać takie gałęzie sztuki, które
w yk orzy stu ją w łaśnie ow e dw a zm ysły z ca łk o w i­
tym niem al pom in ięciem innych. P oezja, m alarstw o,
m uzyka, rzeźba, architektura, taniec uzależnione są
przede w szystkim , ch oć nie w yłączn ie, od oczu i uszu.
To samo d otyczy w yp ra cow a n y ch przez nas syste­
m ów porozum iew an ia się. W następnych rozdziałach
przekon am y się, ja k to różny nacisk, kładzion y w
stw orzon ych przez ludzi ku lturach na w zrok, słuch
i w ęch d op row a d ził d o zupełnie różnego p e rcy p o w a -
nia przestrzeni i zupełnie różn ych rela cji pom iędzy
jednostkam i.
IV

PERCEPCJA PRZESTRZENI: RECEPTORY


PRZESTRZENNE — OCZY, U S ZY I NOS

„...nie możemy być nigdy świadomi świata jako takiego,


lecz jedynie... nacisku czynników fizycznych na recep­
tory uczuciowe.”
F. P. K ilpatrick
Earploratlons i n Transactional P syc h o lo g y

„Badanie pomysłowych adaptacji przejawiających się


w anatomii, fizjologii i zachowaniu się zwierząt prowadzi
do dobrze znanej konkluzji, że każda z nich rozwinęła
się, by nadawać się do życia w jakimś określonym za­
kątku świata.
JLkażde zwierzę żyje w prywatnym, subiektywnym
świecie, który jest niedostępny bezpośredniej obserw acji^
Na świat ów składają się informacje komunikowane te­
mu zwierzęciu przez otoczenie w formie przekazów wy­
chwytywanych przez jego narządy zmysłowe.”
H. W . Lissm an
E lectric L ocation b y Fishes
„Scien tific A m erica n ”

Obie pow yższe w y p o w ie d zi akcentują don iosłość re­


cep torów w kon struow an iu o w y ch liczn y ch różn ych
od siebie św ia tów postrzeżen iow ych, w jakich żyją
organizm y. P odk reślają też, że różnic tych nie m ożna
ignorow ać. B y zrozum ieć człow iek a, trzeba w iedzieć,
jak sk onstruow any jest je g o system recep torów i jak
kultura m o d y fik u je odbieran e przez nie in form acje.
A parat sensoryczny u człow ieka rozpada się na dw ie
k ategorie, które z grubsza sk la syfik ow ać m ożna ja k o:
l i Receptory przestrzenne, badające przedm ioty od ­
ległe — oczy, uszy i nos,
2. R ecep tory bezpośrednie, badające św iat przyległy,
św ia t dotyku, odczuć, k tórych d ozn ajem y skórą,
b łon am i i m ięśniam i. * ,
K la sy fik a cję tę m ożna ciągnąć dalej. Skóra na
przykład jest g łó w n y m narządem dotyku, a nadto
odznacza się w rażliw ością na w zrosty i spadki tem ­
peratury; w yczu w a zarów n o ciep ło prom ien iu jące, jak
i przekazyw ane bezpośrednio.. M ów iąc w ię c , ściśle,
jest ona jedn ocześnie receptorem przestrzennym i re­
ceptorem bezpośrednim .
Istnieje ogólna w spółzależn ość pom iędzy w iek iem
ew olu cy jn y m danego układu recep torów a ilością
i jakością in form a cji, jak ie doprowadza..oix,.jdo cen ­
tralnego układu n e r w o w e g o ./U k ła d y taktyln ej czyli
d otyk ow e, są tak stare jak sam o życie; jed n ym ż p od ­
sta w ow ych k ry teriów życia jest przecież m ożność o d ­
reagow an ia na d otk n ię cie /W zro tó jia to m ia st jest ostat­
nim i n a jw y żej w ysp ecja lizow a n ym zm ysłem czło-
wieka.J^Żaczął on b y ć bard ziej w a żn y kosztem p o­
w onienia w m om encie, g d y — jak w spom in ałem w
ostatnim rozdziale — przodek człow iek a przeniósł się
z ziem i na drzew a. W życiu nadrzew n ym w ażną k w e ­
stią stało się w idzen ie trójw ym ia row e. Bez niego
skakanie z gałęzi na gałąź p ocią ga łoby za sobą duże
ryzyko.

P R ZE ST R ZE Ń W Z R O K O W A I S Ł U C H O W A

Nie da się p re cy zy jn ie określić ilości in form a cji gro­


m adzonej przez oczy, w odróżnieniu od in form a cji
grom ad zon ych przez uszy. K a lk u la cja taka w ym a ga ­
łaby jakiejś p roced u ry tłum aczeniow ej; sytuację ba­
daczy utrudnia nadto brak w ied zy o tym , co w ła ­
ściw ie należałoby liczyć. P ew n e ogóln e p ojęcie o re -
latyw nej złożoności obu tych u k ładów m oże nam
dać porów n an ie rozm iarów n erw ów łączących oczy
i uszy z ośrodkam i m ózgow ym i. N erw w z rok ow y za­
wiera m n iej w ię ce j osiem naście razy tyle n eu ron ów
co n erw ślim akow y, zakładam y w ięc, że przenosi on
p rzyn ajm n iej tyleż razy w ię ce j inform acji^C j^rzy-
puszczalnie oczy u przeciętnie czu jn y ch, osobnik ów
są "'W" r ^ c z y w iś lo ic i aż-tysią c razy b a rd ziej e fe k ty w ­
ne w w y ła p y w a n iu in fo rm a cji od uszyj
' Zasięg, jaki m oże skutecznie o b ją ć nie w spom agan e
niczym ucho w życiu codzien nym , jest znacznie og ra ­
niczony. D o 6 m etrów ucho jest bardzo spraw ne.
Jednostronne porozum iew an ie się głosem jest m ożliw e
(w tem pie n ieco w oln iejszy m niż przy od ległościa ch
zach ow yw an ych w rozm ow ach ) z dystansu o k oło 30
m etrów ; dw ustronna natom iast rozm ow a jest już
znacznie zniekształcona. P rzy odległościach w ięk ­
szych sygnały d źw ięk ow e u żyw an e przez człow iek a
raptow nie zawodzą. N atom iast n ieu zbrojon e ok o w y ­
łapuje ogrom ną ilość in fo rm a cji w p rom ien iu 90 m e­
trów i jest jeszcze zupełnie spraw ne, jeśli chodzi
o kontakty m iędzy ludźm i na od ległość 1600 m etrów .
Im pulsy pobud zające ucho i oko różnią się za rów ­
no szybkością, ja k w łaściw ościam i. W tem peraturze
0°C na poziom ie m orza fala d źw ięk ow a biegn ie
z szybkością 330 m etrów na sekundę i jest słyszalna
przy częstościach od 50 do 15 000 cy k li na sekundę.
Prom ienie św ietlne biegną z szybkością 300 000 km
na sekundę i są w idzialne p rzy częstości 1016 cy k li
na sekundę.
R odzaj i stopień sk om p lik ow a n ych in strum entów
używ anych dla przedłużenia zasięgu oka i ucha
św iadczy dość w yraźn ie o ilości in fo rm a cji od biera­
nych przez oba te układy. R adio jest prostsze w b u ­
dow ie i p o ja w iło się na d ługo przed telew izją. N aw et
dziś, m im o w y ra fin o w a n e j techniki poszerzania za­
sięgu ludzkich zm ysłów , pom iędzy jakością o d tw o­
rzenia dźw ięku i obrazu zachodzą duże różnice. Jest
m ożliw e w yp ra cow a n ie tak iej w iern ości akustycznej,
jaka przekracza zdoln ość ucha lu dzkiego do w y k ry ­
w ania zniekształceń, podczas g d y obraz w izu aln y sta­
n o w i tylk o pew ien system rem in iscencji, które muszą
b y ć od p ow ied n io przełożone, zanim zostaną zinter­
pretow an e przez mózg.
Poza dużą różnicą w ilości i typie in form a cji o d ­
bieran ych przez oba te układy recep torów istn ieje
też różnica w zasiągu przestrzennym , jaki m oże być
przez nie skutecznie spenetrow any. Na odległość 400
m etrów d źw ięk jest już p raw ie n iew yk ryw a ln y . A le
nie d otyczy to w y so k ie j ściany czy ja k iejś przeszkody
zasłaniającej w idok . Przestrzeń w izualna m a w ięc
ca łk ow icie in n y charakter niż przestrzeń słuchow a.
/^Inform acje w zro k o w e zdają się bardziej jedn ozn acz-
\ne i w yraźn iejsze niż in fo rm a cje s łu c h o w e j G łów n y
w yją tek stan ow i tu słuch o so b y n iew id om ej, która
u czy się selek tyw n ie posłu giw ać w yższym i często­
ściam i d źw ięk ow ym i, u m ożliw ia ją cym i je j lokalizo­
w anie p rzed m iotów w pom ieszczeniach.
Jak w iadom o, nietop erze żyją w św iecie w ysok ich
d źw ięk ów , które w y d a ją z siebie n iczym sonar i które
pozw a la ją im zlok a lizow a ć naw et tak n iew ielk ie zw ie­
rzęta jak m oskity. R ów n ież d e lfin y posługują się w
n a w ig a cji i w w yszu k iw an iu pożyw ienia bardziej
dźw iękam i o w y s o k ie j częstości niż w zrokiem . W arto
zaznaczyć,, że4dżw ięk rozchodzi się w w odzie z pręd­
kością cztery razy w iększą niż w pow ietrzu. /
K on sek w en cje niezgodn ości p om iędzy przestrzenią
w izualną a dźw ięk ow ą nie są znane od stron y tech ­
nicznej. C zy na przyk ład ludzie w id zą cy będą w p o ­
m ieszczeniu z pogłosem częściej potyk ać się o krze­
sła? C zy ła tw iej jest słuchać kogoś, jeśli jeg o głos
d obiega z jed n ego bez trudu lok a lizow a n ego punktu
zam iast z liczn y ch głośn ik ów , jak to się dzieje w na­
szym system ie nagłośniania przez m egafon y? N ie­
m n iej zgrom adzon o już p ew n e dane dotyczące prze­
strzeni d źw ię k o w e j jako jed n ego z czyn n ik ów w p ły ­
w a ją cy ch na zachow anie. S tu diu m J. W . Blacka, f o ­
netyka, d ow odzi, że^fna tem po czytania w p ły w a ją
[rozm iary pom ieszczenia i czas od b ijan ia się dźw ięku.
\W du żych pom ieszczeniach, gdzie czas od b ija n ia się
fjest dłuższy, czytam y w o ln ie j niż w pom ieszczeniach
im ąłysjjt Jeden z m oich rozm ów ców , w zięty angielski
architekt, w sp rytny sposób uspraw nił działalność
pew nego źle fu n k cjo n u ją ce g o kom itetu, dostosow u jąc
strefę d źw ięk ow ą do strefy w z ro k o w e j w p ok oju
k on feren cyjn ym . N agrom adziło się ty le skarg na te­
mat niespraw ności prezesa, że m iano w łaśnie zażądać
zm iany na tym stanow isku. A rch itek t ó w m iał p o ­
w od y sądzić, że trudności zw iązane są b ardziej z o to ­
czeniem niż z osobą prezesa. U dało m u się utrzym ać
go na stanow isku, g d y tylko, nic nie m ów ią c zain­
teresow anym , nap raw ił usterki otoczenia. P o k ó j k on ­
fere n cy jn y przylega ł do ru ch liw ej u licy, k tórej hałas
zw ielokrotn iało o d b ija n ie się d źw ięk ów od m ocn y ch
ścian i n iew ysła n ych niczym podłóg. Skargi na p re­
zesa ustały z chw ilą, g d y dzięki zredu k ow an iu in ter­
feren cji akustycznej m ożna b y ło prow a dzić zebrania
bez nadm iernego napięcia.
W arto tu nadm ienić, tytułem w yjaśnienia, że zd ol­
ność m odulow an ia i n a k ieru n k ow yw a n ia głosu u A n ­
glik ów z w yższej klasy (po tzw . pu blic sch ools) jest
dużo w iększa niż u A m eryk an ów . A le rów n ie w ielk a
jest irytacja, jaką od czu w ają A n g licy , g d y aku­
styczna in terferen cja utrudnia od p ow ied n ie n a k ie­
row anie głosu. R dzennie anielską w ra żliw ość na
przestrzeń akustyczną m ożna zauw ażyć w udanym
odtw orzeniu przez sir B asila S p en ce’a a tm osfery o ry ­
ginalnej katedry w C oven try (zburzonej w czasie
nalotów ) m im o zu pełn ie n o w e g o i w izualnie bardzo
śm iałego projek tu . S ir B asil uw ażał, że katedra w in ­
na nie tylk o w yglą d a ć jak katedra, lecz rów n ież
brzm ieć jak katedra. O braw szy sobie ja k o m odel ka­
tedrę w D urham przetestow ał dokładnie setki g ip so­
w y ch próbek, zanim znalazł taką, która odznaczała
się pożądanym i w łaściw ościam i akustycznym i.
P ercep cja przestrzeni to kw estia nie tylk o tego, co
m oże b y ć postrzeżone, lecz rów n ież tego, co m oże
b yć zasłonięte. Ludzie urodzeni w różn ych kulturach
uczą się (nie w iedząc o tym ) już ja k o dzieci pom ijać
informacje jednego rodzaju i zwracać baczną uwagę
na inne. O w e w zorce p e rce p cy jn ę, raz ustalone,
utrw alają się na całe życie. Tak np. VJapończycy w i­
zualnie chronią się na różne sposoby, ale w ystarczają
im w zupełności p a p ierow e ściany ja k o paraw any
akustyczne. Spędzenie n ocy w gospodzie japoń skiej
podczas p rzy jęcia za sąsiednim i drzw iam i jest zupeł­
nie n ow y m dośw iadczeniem czu ciow ym dla człow ie­
ka Zachodu. N iem cy i H olen drzy, przeciw nie, p ole­
g ają na g ru b y ch ścianach i p o d w ó jn y ch drzw iach
ch roniąc się przed dźw iękam i i m ają duże trudności,
g d y p rzyjd zie im polegać na w łasn ej sile k on cen ­
tracji, b y w y łą czy ć się z hałasów . Z d w óch pom iesz­
czeń o ty ch sam ych rozm iarach, z k tórych jedn o
tłum i dźw ięki, a d ru gie nie, w ra żliw y N iem iec, pró­
b u ją cy się sk oncen trow ać, będzie czuł się m niej
ścieśniony w pierw szym , gdzie m a w rażenie w ięk sze­
go spokoju, i

P R ZE ST R ZE Ń W Ę C H O W A

W posłu giw an iu się aparatem w ę ch o w y m A m ery k a ­


nie są k u ltu row o nied orozw in ięci. P ow szechne u ży­
w anie dezod oran tów i tłum ienie w szelk ich w on i w
m iejscach p u bliczn ych czyn i z nas kraj zapachow ej
nijak ości i tożsam ości, k tó re j podobień stw o trudno
b y ło b y znaleźć g d ziek olw iek indziej. Ta nijakość
przyczyn ia się do braku zróżn icow an ia przestrzeni
i p ozbaw ia nasze życie b oga ctw a i różnorodności.
P rzytępia też pam ięć; ( z ^ ^h.>-.-sgg£WoŁuje__. b o wiem-
w spom nienie znacznie głębsze niż obraz czy d źw ięk /
S koro w ięc am erykańskie odczuw an ie za pacłiÓw 'je s t
tak ubogie, b y ło b y pożyteczn e o m ów ić pok rótce fu n k ­
cje pow on ien ia ja k o jed n ej z czyn ności b iologicz­
nych. Jest to zm ysł, k tóry w przeszłości m usiał speł­
niać w ażne fu n k cje . Toteż w a rto zapytać, jakie role
Odgrywał niegd yś i cz y niektóre z ftich riie są iiadal
istotne m im o ign orow an ia czy naw et w yp iera n ia ich
przez naszą kulturę.

Chemiczne podłoże węchu

^Zapach jest jedną z n a jw cześn iejszych i n ajb ardziej


^looi^TawoWy Clr~-m etod ^l56Y5^TIYHxew ani a się/\ N atura
jego jest w zasadzie chem iczna, stąd też n^zy.wa~się
go zw y k le zm ysłem cb qTryle m M ^ pegni a j ąc różno -
rakie funJEcje, nie tylk o rozróżn ia poszczególne je d ­
nostki, lecz rAwnież pozw ala^nkreślić stan em ocjo^
nalny or g a n iz m u .J Pom aga zlok a lizow a ć p ożyw ien ie,
dziękT^niemu m aruderzy od n ajd u ją sw oje stado lub
grupę, jest też sposobem oznaczania terytoriów . Z a ­
pach zdradza obecn ość n iep rzyja ciela , m oże b y ć na­
w et użyty d efen syw n ie, ja k w w yp a d k u skunksa.
Skutki zapachów seksualnych są znane każdem u ^ k to
żył na w si i w idział, ja k suka w okresie ru i p rzy ­
ciąga psy z całej ok olicy. R ów n ie d obrze rozw in ięty
zm ysł pow on ien ia ma w iele in n ych zw ierząt. W spo­
m n ijm y ch oćb y jedw abnika, k tóry p otrafi odnaleźć
partnerkę od ległą o trzy do p ięciu km , czy kara­
lucha, obd arzon ego rów n ie fen om en aln ym w ęchem .
E kw iw alent zaledw ie trzydziestu cząsteczek żeńskie­
go atrakanta seksualnego p otrafi pod ek scy tow a ć sam ­
ca, k tóry podnosi skrzydła i p rób u je kopulować.QjZa-
pachy w zm agają się n a j agół w środow isku^edaE m T
ia k npT~^QdAl3a5ip6ka^.gorzei o d d ziałują w środ o-
b$sTsul.;c<aaEgedzo n y m .y N a jw id oczn iej to zapacKT^JSt
c^ńW iK rśfn^StSry u m ożliw ia łososiow i p ow rót przez
tysiące m il oceanu j ł o strum ienia, w k tórym w y lęg a ł
się kiedyś z ik ry. p o w o n ie n ie ustęp uje przed w z ro ­
kiem) g d y otoczen ie przerzedza się, ja k to się dzieje
w powietrzu^\(inaczej szy b u ją cy jastrząb bezskutecz­
nie p ró b o w a łb y w yszukać m ysz 300 m etrów p od so­
bą). [^Choć głów n ą fu n k cją p ow on ien ia jest p orozu ­
m iew anie siąj]potocznie nie jest ono traktow an e jako
system sygn ałów czy też przekazów . D opiero w sp ół-
icześnie od k ry to zw iązek pom iędzy pow onieniem
((egzokryn ologią) a ch em iczn ym i regulatoram i proce­
sów zachodzących w ciele (e n d o k ry n o lo g ią ^ /
D łu gotrw ałe badania o w y ch regu latorów w ew n ętrz­
nych w yk azały, że kom u n ik ow an ie się chem iczne
przystosow ane jest g łów n ie do w yzw alan ia w ysoce
selek tyw n ych reakcji. P rzekazy chem iczne w form ie
h orm on ów działają na sp ecyficzn e k om órki zapro­
gram ow an e na reagow anie, podczas g d y k om órki w
bezpośrednim sąsiedztw ie pozostają odporn e na te
sygnały. F u n k cjon ow a n ie układu horm on alnego w
od p ow ied zi na stres om ów ion e b y ło już w dw u p o­
przednich rozdziałach. W rzeczyw istości w yższe org a ­
nizm y nie m o g ły b y w og ó le żyć, g d y b y przez d w a ­
dzieścia cztery god zin y na dobę nie fu n k cjon ow a ł w
n ich system p rzekazów ch em icznych, rów n ow a żą cy
potrzeb y z realizacją. P rzekazy chem iczne w ciele
są tak doskonałe i określone, że m ożna rzec, góru ją
stopniem zorganizow ania i złożonością nad system a­
m i porozum iew an ia się stw orzon ym i przez człow ieka
dla poszerzenia jeg o ekstensji. D otyczy to język ów
w każdej postaci — m ów ion ych , pisanych, m atem a­
tyczn ych — jak rów n ież m an ipulow ania in form a cja ­
m i różn ego typ u przez n a jb a rd ziej w ym yśln e kom pu­
tery. S ystem y ch em iczn ej in fo rm a cji ciała są w ystar­
czająco ch arak terystyczn e i ścisłe, b y je doskonale
odtw a rza ć i u m ożliw iać dobre fu n k cjon ow a n ie w n a j­
rozm aitszych okolicznościach.
Jak już b yła o tym m ow a w poprzednim rozdzia­
le, Parkes i B ruce w ykazali, że na układ horm on al­
ny m yszy, p rzyn a jm n iej w p ew n ych w arunkach,
w p ły n ą ć m oże w yd ziela n ie in nej m yszy i że p o w o ­
nienie stanow i tu g łó w n y kanał in form a cy jn y . M ożna
w skazać w iele innych, zarów n o nisko, jak i w ysok o
u lok ow a n ych w naturalnej system atyce przyk ładów
tego, ja k kom u n ik acja chem iczna stanow i w ażny,
a n iek ied y je d y n y czyn n ik in teg ru ją cy zachow anie.
A m eb a śluzow ca (D iety o steli um diseoideum ), rozpo­
czyn ająca życie jako jed n o k o m ó rk o w y organizm , za­
pew nia sobie jed n olity dystans od sw oich sąsiadów
za pom ocą środ k ów ch em icznych. G dy tylk o zapasy
żyw ności zaczynają się ku rczyć, am eby, posługując
się ch em iczn ym lokalizatorem zw an ym akrazyną, g r o ­
madzą się w bryłę, u form ow an ą w trzon zakończon y
m ałym , ok rągłym ciałem o w o cu ją cy m z zarodnikam i
na w ierzch ołku . O m aw iając „działanie z o d le g ło ś ci”
i sposób orientow an ia się w przestrzeni tych sp ołecz­
n ych ameb, b iolog B onner, cy tow a n y przez Johna
Tylera w H ow Slim e M olds C om m u nicate („S cien ti-
fic A m e rica n ” , sierpień 1963), stw ierdza:
„N ie trapiliśm y się w ów czas tym , co m ów ią do
siebie poszczególne k om órki w procesie tw orzenia
jedn olitego, w ielok om órk ow eg o organizm u. Z ain tere­
sow aliśm y się tym , co m ożna nazw ać rozm ow ą p o ­
m iędzy masą kom órek a je j sąsiadami. Innym i słow y,
przenieśliśm y się z poziom u rozm ow y m iędzy k o ­
m órkam i na poziom organ izm ów sk łada ją cych się
z p ew n ej liczb y kom órek. W y d a je się dziś, że na obu
tych poziom ach działa ta sama zasada k om u n ik o­
w ania.”
B onner i jeg o k oled zy w yk azali, że sp ołeczn e sku­
piska am eb ślu zow ców są rów n om iern ie rozm iesz­
czane w przestrzeni. M echanizm em zapew n iają cym
dystans jest w yd ziela n y przez kolonię gaz, który
b lok u je nadm ierną k on cen trację, u trzym u jąc gęstość
popu lacji w granicach dw ustu p ięćdziesięciu kom órek
na centym etr sześcienny pow ietrza. B on n erow i udało
się eksperym entalnie zw iększyć gęstość p op u la cji
przez um ieszczenie w pobliżu k olon ii ak tyw ow an ego
w ęgla drzew nego. W ęgiel w ch łon ął gaz i zagęszcze­
nie p op u la cji am eb g w a łtow n ie w zrosło, u ja w n ia ją c
w ten sposób jeden z najp rostszych i n a jb ard ziej p od ­
sta w ow ych system ów k on troli p opu lacji.
P rzekazy chem iczne m ogą b y ć różnorakie. N iektóre
z nich okazują się skuteczne m im o u p ły w u czasu,
ostrzegając następców , g d y coś p rzy tra fiło się ich
poprzednikow i. H ediger opisuje, jak to ren ifer, n a ty­
kając się ńa m iejsce, w k tórym przestraszono n ie -
daw ilo jed n ego z je g o p ob ra tym ców , zryw a ł śię do
ucieczki, g d y tylk o zw ietrzy ł zapach w yd zielon y przez
gruczoły kopytne przestraszonej sztuki. Przytacza też
eksperym enty v o n Frischa, k tóry spostrzegł, że ciek ły
ekstrakt ze zm iażdżonej skóry strzebli pobudza do
u cieczki inne egzem plarze tego gatunku. R ozm aw ia­
jąc o przekazach w ę ch o w y ch z pew n ym psych oana­
litykiem , d ośw iad czon ym terapeutą z olbrzym im i suk­
cesam i, dow ied ziałem się, że p otra fił on n ieom yln ie
w yczu ć zapach gn iew u u pacjenta z odległości 1,8
m etra i w ięcej. Ci, k tórzy pracu ją ze schizofrenikam i,
od daw na utrzym ują, że ch orzy ci w yd zielają ch a­
rakterystyczn y zapach. Te naturalistyczne obserw a­
cje sk łon iły d r K ath leen Smith, psych iatrę z St. L ou ­
is, do serii eksp erym en tów , które w yk azały, że szczu­
ry natychm iast odróżniają zapach schizofrenika od
zapachu n ie-sch izofren ik a. W św ietle tego, co w iem y
o dalek osiężn ych k on sek w en cja ch system ów przekazu
chem icznego, b y ło b y rzeczą zdum iew ającą, g d yb y
strach, g n iew i schizofreniczn a panika nie oddziały­
w a ły na układ horm on aln y osób zn ajd u ją cych się
w pobliżu. I m ożna przypuszczać, że tak się w łaśnie
dzieje.

Powonienie u ludzi

A m eryk an ie p od różu ją cy za granicą kom entują z w y ­


kle siln y zapach w o d y k oloń sk iej używ an ej przez
m ężczyzn w krajach śródziem nom orskich. Obarczeni
d ziedzictw em p ółn ocn oeu rop ejsk iej kultury, A m e ry ­
kanie ci z trudnością potrafią zachow ać obiek tyw izm
w ty ch w łaśnie kw estiach. W siadając do taksów ki,
czują się przytłoczen i nieuniknioną obecnością kie­
row cy , k tórego aura zapachow a w yp ełn ia sobą cały
w óz.
A ra b ow ie n a jw y ra źn iej w idzą zw iązek pom iędzy
czyim ś nastaw ieniem a zapachem . P ośredn icy p rzy ­
g o to w u ją cy m ałżeństw o A raba uciekają się do w ielu
środ k ów ostrożności, b y le b y tylk o zagw arantow ać d o ­
bry ożenek. M ogą naw et p rzy sposobności poprosić
dziew czyną, b y dała się pow ąchać, i odrzu cić ją, jeśli
„nie pachnie m iło ” , i to ze w zg lę d ó w nie tyle este­
tycznych, co p ra w d op od ob n ie z p ow od u p ozosta łoici
zapachu gn iew u czy niezadow olenia. P ła w ien ie kogoś
w sw oim w łasnym oddech u jest w k ra ja ch arabskich
pow szechną praktyką. A m eryk an in natom iast w y ­
uczony został tego, że na in nych się nie chucha, i czu ­
je się zakłopotany, g d y znajdzie się w polu zapa­
ch ow ym kogoś, z kim nie jest w bliższych stosun­
kach, zw łaszcza w m iejscach p u bliczn ych . P rzytłacza
go napięcie i zm ysłow ość, spraw ia m u trudność je d ­
noczesne zw ażanie na to, co się m ów i, i b ory k a n ie
się z tym i odczuciam i. K rótk o m ów iąc, zn ajd u je się
w ów czas w „p o d w ó jn y m zw iązan iu ” , które popych a
go naraz w d w u kierunkach. N iezgodność pom iędzy
am erykańskim a arabskim system em w ęch ow y m d o ­
tyka obie stron y i w y w o łu je reperk u sje znacznie w y ­
kraczające poza sam e tylk o p oczu cie n ie w y g o d y i ir y ­
tację. S p ra w y te om ów ion e będą dok ładn iej w roz­
dziale X II, d otyczą cym k on tak tów m iędzy kulturą
am erykańską a arabską. C óżeśm y uczyn ili sobie sa­
m ym i jakież k on sek w en cje w y w o ła ło to w naszym
m iejskim życiu, g d y skazaliśm y w m iejscach pu­
b liczn ych n ieom al w szelk ie zaipachy n.a b an icję?
Z god n ie z półn ocn oeu rop ejsk ą tra d ycją w iększość
A m eryk an ów odcięła się od tego potężn ego kanału
kom un ik acyjn ego, jakim jest zapach. M iastom na­
szym brak w zro k o w e j i zap ach ow ej różnorodności.
Idąc ulicą ja k ie jk o lw ie k eu rop ejsk iej w si czy miasta,
m ożna n ieom yln ie w yczu ć, co się zn a jd u je w pobliżu.
W czasie II w o jn y św ia tow ej w e F ra n cji sam spo­
strzegłem , jak zapach fran cu skiego chleba, św ieżo
w y jęteg o z piekarskiego pieca o 4 rano, un oszący się
z piekarni, m ógł zm usić pędzącego jeepa d o zaham o­
w ania z piskiem . C zyteln ik m oże sam siebie zapytać,
jakie zapachy w Stanach m o g ły b y w y w o ła ć podobn ą
reakcję. W ty p ow y m m ieście francu skim czu je się
zapach kaw y, korzeni, jarzyn, św ieżo oskubanego
drobiu, czystej b ielizn y i charakterystyczną w oń ulicz­
nych kafejek. Zapachy takie zapewniają życiu sens:
zm ienność ich i przenikanie się nie tylk o pozw ala
na lok a liza cję przestrzenną, lecz rów nież d od a je c o ­
dzienności uroku.
V

PERCEPCJA PRZESTRZENI:
RECEPTORY BEZPOŚREDNIE — SKÓ RA I MIĘŚNIE

W iele su kcesów arch itektu ry Franka L loy d a W righta


da się w ytłu m aczy ć jeg o znakom itym w yczu ciem
tego, w ja k różn y sposób m ogą ludzie odbierać p rze­
strzeń. Stary Im perial H otel w T ok io w y w ie ra na
przybyszu z Zach odu nieodparte w zrok ow e, k in e-
stetyczne i d otyk ow e w rażenie znalezienia się w in ­
nym św iecie. Z m ien ia ją ce się poziom y, koliste, w b u ­
dow ane w ścianę, przytulne sch ody na g órn e piętra,
kam eralna skala, w szy stk o to stanow i dlań n o w e do­
św iadczenie. D łu gie halle p om niejszone zostały zn a j­
du jącym i się w zasięgu ręki ścianam i. W right, p ra w ­
d ziw y artysta w dobieran iu tw orzy w , u żył tym razem
su row ych cegieł, które poprzedzielał pozłacan ym sp oi­
wem , w p uszczon ym o przeszło cen tym etr g łę b ie j niż
pow ierzchnia cegieł. G ość p rzech odzący h allem od ­
czuw a pokusę, b y p rzejech ać palcam i w zdłuż bruzd.
Nie to jedn ak b y ło zam iarem W righta. D ob ra ł ceg łę
tak szorstką, że u legając takiem u im pu lsow i ry zy ­
k ow a łob y się skaleczenie palca. W ten w łaśn ie sp o­
sób, zm uszając ludzi do osobistego kontaktu z p o ­
w ierzchnią bu d ow li, p o g łę b ił ich doznania prze­
strzenne.
D aw ni p rojek ta n ci o g ró d k ó w jap oń sk ich bez w ą t­
pienia zdaw ali sobie w ja k iejś m ierze spraw ę ze
związku zachodzącego pom ięd zy kinestetycznym a w i­
zualnym odb iorem przestrzeni. P ozb a w ien i rozległych ,
o tw a rtych przestrzeni, żyjąc, jak i dziś, w zatłocze­
niu, Japoń czycy n au czyli się rnaksym alnie w y k o rzy ­
stywać n iew ielką przestrzeń.^Są oni zwłaszcza istn y­
m i m istrzam i w poszerzaniu przestrzeni w izualnej
za pom ocą w rażeń kinestetycznych£?O grody ich p ro­
je k tu je się nie tylk o po to, b y je oglądać; w dozna­
niach tow arzyszących przechadzaniu się po japoń skim
ogródku m ieści się niezw ykła ilość odczuć ze strony
m ięśni. G ość zm uszony jest co jakiś czas zw racać
baczną uw agę na sw oje krok i, g d y obiera drogę
w śród n ieregu larn ie pou kładan ych kam ieni w m u ro­
w a n y ch w zbiorn iki w odne. Na każdej skałce trzeba
się zatrzym ać i popatrzeć, gdzie stąpnąć dalej. Z a ­
angażow ane są naw et m ięśnie szyi. R ozglądając się,
przez m om ent zatrzym u jem y w zrok na w idok u , któ­
ry zniknie, z ch w ilą g d y postaw im y stopę w n ow ym
m iejscu. W yk orzy stu ją c przestrzeń w ew nętrzną Ja­
p oń czy cy nie zapełniają niczym kraw ędzi pom iesz­
czenia — w szystko zosta je um ieszczone pośrodku.
E u rop ejczy cy natom iast m ają ten den cję do ustaw ia­
nia m ebli w zdłuż lub w pobliżu ścian. Toteż pom iesz­
czenia na Zachodzie n iejedn okrotn ie w yd ają się Ja­
poń czy k om m niej zagęszczone niż nam.
^ Z a rów n o japońskie, ja k europejsk ie w yobrażen ia
o odbieran iu przestrzeni różnią się od naszego, które
jest o w iele bard ziej ograniczone.^W A m ery ce k on ­
w en cjo n a ln e p o ję cie przestrzeni potrzebn ej dla urzęd­
nika ogranicza się d o , ilości m iejsca niezbędnego do
w yk on y w a n ia pracy. W szystko, co w yk racza poza
ow e m inim alne w ym ogi, traktu je się zw y k le ja k o
„fa n a b erie” . M ożliw ość istnienia jakichś dodatkow ych
potrzeb odrzuca się z góry, po części przyn ajm n iej
w skutek tego, że A m eryk an ie nie traktują odczuć
su b iek ty w n y ch ja k o w ia rog od n eg o źródła in form a cji.
To czy ktoś m oże lub też nie m oże czegoś dosięgnąć,
da się w y m ie rzy ć taśmą, po to jednak, b y m óc zd e­
cyd ow a ć, czy ktoś m a podstaw y czuć się ścieśniony,
zastosow ać m usim y zupełnie inny zespół kryteriów .
N IE W ID Z IA L N E ST R E F Y W A M E R Y K A Ń S K IC H B IU R A C H

P oniew aż w ia d om o n iezbyt w iele o przyczyn ach


ow ych su biek tyw n ych odczuć, p rzeprow adziłem serię
„nie u k ieru n k ow an y ch ” w y w ia d ó w d otyczą cych rea­
gow ania lu dzi na przestrzeń w biurach. W y w ia d y te
w ykazały, że p od sta w ow ym k ryteriu m je s t_ to , co
m ożna zrob ić W trakcie p racy bez zderzania się
z przedm iotam i. Jedną z badan ych b y ła kobieta, która
przeszła przez szereg b iu r rozm aitej w ielk ości. S po­
strzegła ona, że w y k o n u ją c tę sam ą pracę w tych sa­
m ych w arun kach orga n iza cy jn y ch , w yn iosła z o w y ch
licznych in stytu cji różnorak ie dośw iadczenia prze­
strzenne. W jed n y ch biu rach czuła się dobrze, w in ­
nych nie. P odczas szczegółow ego om aw iania z nią
tych w rażeń w yszło na jaw , że m iała, ja k w ielu
ludzi, zw ycza j odpychan ia się od biu rka i odch yla n ia
do tyłu w raz z krzesłem dla rozprostow ania rąk, nóg
i kręgosłupa. O dległość od epch n ięcia się od biu rka
była w ysoce jedn olita i g d y o d p y ch a ją c się d o tyłu
dotykała ściany, biu ro w yd a w a ło je j się zbyt m ałe.
Jeśli natom iast n ie d otykała ściany, uw ażała je za
w ystarczająco obszerne.
Na podstaw ie w y w ia d ó w z ponad setką in form a ­
torów w y d a je się, że w biu rach am erykańskich ist­
nieją trzy niew idzialne strefy:
1. teren bezpośredn iej pracy, o b e jm u ją cy p ow ierzch ­
nię biu rka i krzesło,
2. obszar zn a jd u jący się w zasięgu ręki poza b iu r­
kiem ,
3. pole, w k tórym m ożna się odsunąć od biu rka i od
p racy b ez w staw ania z krzesła.
Pom ieszczenie, k tóre pozw ala poruszać się ty lk o w
obrębie p ierw szej strefy, od b ieran e jest ja k o zb yt
ciasne. B iuro d ru giego typu — uw aża się za „m a łe ” .
Biuro ze strefą trzecią w y d a je się od pow ied n ie, a cza­
sem naw et obszerne.
Przestrzeń kinestetyczna jest w ażn ym elem entem
życia w b u d yn kach tw orzon ych przez arch itek tów
i projek tantów . Z w ró ćm y u w agę ch o ćb y na am ery­
kańskie hotele. W iększość p ok oi h otelow y ch jest zbyt
m ała — nie m ożna ich ob ejść dookoła tak, b y nie
obijać się o różne przedmioty. Gdy poprosi się Ame­
rykanina, b y p orów n a ł dw a id entyczne pom ieszcze­
nia, zwykłej} uzna za obszerniejsze to, k tóre um ożliw ia
m u w iększą“ sw ob od ę ruchów . N ajw yższa pora sk o­
ry g ow a ć rozp la n ow yw a n ie naszych przestrzeni w e ­
w n ętrzn ych i nie zm uszać ludzi do bezustannego w p a ­
dania na siebie. Jedna z m oich respondentek (z g ru ­
py nie kon tak tu jącej się), skądinąd osoba pogodna
i otw arta, którą B óg w ie ile razy w pra w iała w pasję
now oczesna, ale żle zaprojektow an a kuchnia, p ow ie­
działa:
„N ie znoszę, g d y m nie d otyk ają albo potrącają inni,
naw et bliscy. I dlatego ta kuchnia doprow adza m nie
do szału; ilek roć p rób u ję rob ić obiad, ktoś się zaw ­
sze przy m nie p lącze.”
£_Choć istnieją ogrom n e różnice in dyw idu aln e i k u l­
tu row e w przestrzen nych potrzebach ludzi (por. roz­
działy X — X II), trzeba zastanow ić się nad tym , co
różni jedną przestrzeń od in nej. M ów ią c skrótow o,
to jak od bieram y daną przestrzeń, zdeterm inow ane
jest tym , co m ożna w je j ram ach żr6T5ić?^Pokój, k tóry
'można przejść d w om a — trzem a krokam i, spraw ia na
nas całk iem inne w rażen ie niż p ok ój, k tóry w ym aga
piętnastu— dw udziestu krok ów . P o k ó j tak niski, że
m ożna dotknąć sufitu, jest zupełnie in ny niż pok ój
m a ją cy 3 m 30 cm w ysokości. W w yp adk u przestrzeni
zew n ętrzn ych poczu cie rozległości zależy od tego, czy
m ożna się po nich przespacerow ać. P lac Ś w iętego
M arka w W en ecji w y w o łu je tyle em ocji nie tylk o
dzięki sw e j w ielk ości i p rop orcjom , lecz rów nież d la ­
tego że każda jeg o piędź jest dostępna stopom .

P R ZE ST R ZE Ń T E R M IC Z N A

In form a cje odbieran e z ^receptorów przestrzennych


(oczu, uszu i nosa) od g ryw a ją ^ w T iaszy m cod zien n ym
życiu rolę tak dom inującą, że m ało kom u przyjdzie
do g łow y, iż skóra jest rów nież jed n ym z g łó w n y ch
narządów zm ysłow ych . A przecież bez zdolności o d ­
czuw ania ciepła i zim na organizm y żyw e, nie w y łą ­
czając ludzi, niech ybn ie w ygin ęłyb y. Zam arzalibyśm y
zimą, a w lecie d ostaw alibyśm y udarów . Z w y k le nie
przyw iązu je się też w agi do p ew n y ch su bteln iejszych
czu ciow ych p rzek aźn ik ow ych w ła ściw ości skóry. T y m ­
czasem w ła ściw ości te w iążą się z postrzeganiem
przez nas przestrzeni.
N erw y w iod ą ce od p rop riocep torów przekazują in ­
form a cje o tym , co d zieje się w trakcie pra cy m ięśni.
D zięki tym n erw om pow staje sprzężenie zw rotne,
które ^u m ożliw ia nam spraw ne poruszanie ciałem ,^
a w ięc od g ry w a ją one klu czow ą rolę w p e rcy p o w a -
niu przestrzeni kinestetycznej. sjn n y zespół recep to­
rów — fek steriocep tory u lokow an e w skórze, przeka­
zują doznania ciepła, zim na, d otyk u i b ólu do cen ­
tralnego układu nerw ow ego?) M ożna by sądzić, że
skoro w grę w chodzą dw a odm ienne system y połączeń
n erw ow ych , przestrzeń kinestetyczna m usi b y ć czym ś
jak ościow o różn ym od przestrzeni term iczn ej. (!Mamy
tu jedn ak do czynienia z w yp ad k iem , g d y dw a sy ­
stem y w spółp ra cu ją i w z a je m się zasilają. ^
D opiero w spółcześn ie od k ryto n iektóre don iosłe
w łaściw ości term iczn e skóry. Jej zdoln ość w y k r y ­
wania i em itow ania ciepła p rom ien iu jącego '(pod­
czerw onego) jest bardzo w ysok a i w oln o przypu sz­
czać, że skoro rozw in ęła się w tak znacznym stopniu,
m iała w przeszłości duże znaczenie dla przetrw ania
i m oże dziś jeszcze pełnić jakąś funkc~ję.^ C złow iek
p otrafi zarów n o w ysyła ć, ja k od bierać przekazy o sta­
nie em ocjon a ln ym za pom ocą zm ian tem peratury w
różn ych partiach ciała. Stany em ocjon a ln e od z w ier­
ciedlają się też w zm ianach ukrw ienia> K ażd y uzna
rum ieniec za pe'Wfen—znalć wizualny"; ale pon iew aż
rum ienią się rów n ież lu dzie ciem n oskórzy, nie jest
to oczyw iście kw estia zm iany zabarw ienia sk óry. D o­
kładne przypatrzenie się osob om ciem n osk óry m w ó w ­
czas, g d y są zażenow ane lub zagniew ane, u jaw n ia
nabrzm ienie naczyń krw ion ośn ych w ok olicy skroni
i czoła. T o dod atk ow e uk rw ien ie podnosi, rzecz jasna,
temperaturę zarumienionego fragmentu.
D zięki n ow y m instrum entom stało się m ożliw e b a ­
danie em isji ciepła, co d op row ad zić p ow in n o do nau­
k ow eg o zbadania szczegółów term iczn ych porozum ie­
wania się m iędzy ludźm i — dziedziny dotąd n iedo­
stępnej bezpośredn im obserw acjom . P rzyrządy, o k tó­
ry ch m ow a, to m echanizm y i kam ery w y k ry w a ją ce
pod czerw ień (przyrządy term ograficzn e), stosow ane
początk ow o w sputnikach i rakietach dalekosiężnych.
U rządzenia te znakom icie nadają się do rejestrow a ­
nia zja w isk podw id zialnych . R. D. Barnes w n a jn ow ­
szym artyku le w „S cie n ce ” opisuje, co w y k a za ły fo ­
togra fie w yk on an e po ciem ku, w yk orzy stu jące p ro­
m ieniow anie ciepła z ludzkiego ciała. <K o lo r skóry,
na przyk ład, nie m a w p ły w u na ilość em itow an ego
ciepła, skóra ciem na w ysyła go n ie w ię ce j i nie
m n iej niż skóra jasna. D ecyd u jącą rolę m usi zatem
o d g ry w a ć u k rw ien ie danej partii ciała. B adania te
potw ierd zają fakt, że zaogn iony fragm ent ciała jest
znacznie ciep lejszy od fra gm en tów ok oliczn ych , co
w iększość z nas p otra fi stw ierdzić dotykiem^. T ech ­
niki term ogra ficzn e pozw alają w y k ry ć zablokow an ia
w cy rk u la cji k rw i i pew n e schorzenia (takie jak
np. rak piersi u kobiet).
^^Podwyższoną ciepłotę p ow ierzch n i czyjeg oś ciała
spostrzegam y w troja k i sposób: po pierw sze, za p o­
m ocą detektorów term iczn ych w skórze, jeśli dw ie
Osoby są dostatecznie b lisk o siebie, po drugie, dzięki
in ten sy fik a cji doznań w ę ch o w y ch (perfum y* i płyn y
do tw arzy dają się w y czu ć z w ięk szej odległości, gdy
w zrasta tem peratura ciała), po trzecie, przez obser­
w a cję w zrokow ą.^?
G d y b yłem m łodszy, spostrzegałem nieraz w trak­
cie tańca nie tylk o to, że niektóre z m oich partnerek
b y ły ch łod n iejsze lub ciep lejsze niż przeciętnie, lecz
rów nież, że ciepłota tej sam ej d ziew czyn y ulegała
od czasu do czasu zmiainom. Zdarzało się to zawsze
w tym m om encie, g d y m iałem w rażenie, że m oja
tem peratura doch odziła do rów n ow a g i i nie w iedzieć
czem u zaczynałem sią in teresow ać m oją partnerką
coraz bardziej. W ted y jed n ak m łode dam y n ieod ­
m iennie p rop on ow a ły , żebyśm y od poczęli ch w ilę
i „odetch n ęli św ieżym p ow ietrzem ” . G d y badałem to
zjaw isko w iele lat p óźniej, d ow iedziałem się od k o­
biet, z k tórym i rozm aw iałem , że jest im ono dosko­
nale znane. W jed n y m w yp adk u usłyszałem naw et,
że m oja rozm ów czyn i p otrafiła określić em ocjon a ln y
stan m ężczyzny, z k tórym się spotkała, z odległości
jedn ego do d w óch m etrów i w zupełnej ciem ności.
P otrafiła rozpoznać m om ent w k tórym partnera jej
ogarniała w ściek łość lub pożądanie. Inna m łoda roz­
m ów czyn i śledziła zm iany tem peratury klatki p ier­
siow ej m ężczyzn, z k tórym i tańczyła, b y p od ją ć dzia­
łanie zapobiegaw cze, nim sp ra w y zaszły „za d a lek o” .
Spostrzeżenia te m o g ły b y się w y d a w a ć śm ieszne,
g d yb y nie fakt, że popiera je spraw ozdanie jed n ego
z naszych badaczy seksualizm u. W refera cie nadesła­
nym do A m eryk ań sk iego T ow a rzystw a A n tro p o lo ­
gicznego w 1961 rok u W. M. M asters w yk aza ł przy
pom ocy k o lo ro w y ch przezroczy, że<£m iany tem pera­
tury sk óry brzucha są jed n ym z n a jw cześn iejszych
o b ja w ó w podniecenia sek su aln ego> B rane z osobna,
czerw ienienie tw a rzy w złości, ru m ien iec zażen ow a­
nia, czerw ona plam a p om ięd zy oczam i zw iastująca
tlący się gniew , pocen ie się rąk i „zim n y p o t” ze stra­
chu, zaczerw ienienie się z w ściek łości — są niczym
w ięcej ja'k ciekaw ostkam i. W p ołączen iu jed n ak z na­
szą w iedzą o zachow aniu się in n y ch fo rm b iolog icz­
nych ok azu ją się one znaczącym i, szczątk ow ym i fo r ­
mami w yrażania — beh a w iora ln ym i skam ielinam i,
można b y rzec, k tóre słu ży ły p ierw otn ie do k om u­
nikow ania in nym tego, co się dzieje.
Interpretacja taka w y d a je się b ard ziej p rzek on y ­
wająca, g d y w eźm iem y pod uw agę hipotezę w ysuniętą
przez H in d e’a i Tinbergena, że puszeniem się w za­
lotach u ptaków sterują te sam e n erw y, k tóre rządzą
stroszeniem piór w celu zagrzania się lub o ch ło ­
dzenia.
Mechanizm ten funkcjonuje mniej więcej tak: sa­
m iec w obecności innego sam ca w pada w rozdrażnie­
nie, które urucham ia w różn ych częściach ciała skom ­
p lik ow a n y system przekazów (endokryn alnych i n er­
w ow y ch ) p rzy g o to w u ją cy ch go do w alk i. Jednym
z w ielu następstw takiej m ob iliza cji jest w zrost tem ­
peratury, k tóry p ow od u je, że ptak stroszy pióra tak,
jak robi to zw yk le w g orą cy, letni dzień. M ech a­
nizm ten przypom ina bardzo term ostaty instalow ane
w starych sam ochodach, które zam ykały i otw iera ły
za w ory w ch łod n icy zależnie od tego, czy silnik b y ł
zim n y czy rozgrzany.
<Tem peratura m a rów nież znaczny w p ły w na to,
jak czu jem y się w tłum ie. G d y nie ma dość m iejsca
na w yp rom ien iow a n ie ciepła, w ytw arza się reakcja
łań cu ch ow a i robi się coraz b a rd ziej gorąco. /T łu m
zgrzan ych ludzi w ym a ga znacznie w ięk szego pom iesz­
czenia niż ta sama liczba osób nie zgrzanych, jeśli
chce się im zapew nić ten sam stopień sw ob od y i k om ­
f o r t u M iałem okazję przekonać się o tym , g d y w raz
z rodziną p od różow a łem sam olotam i po Europie. Sa­
m oloty w ielok rotn ie op óźn iały się i m usieliśm y w y ­
staw ać w d łu gich kolejkach . P ew n ego razu trzeba
b y ło opuścić klim a tyzow a n y d w orzec lotn iczy i sta­
nąć w ogon ku na zew nątrz w letnim upale. I choć
pasażerow ie nie stali b liżej siebie, poczucie stłocze­
nia b y ło znacznie dotkliw sze. Istotnym czynnikiem
różn icu ją cym b y ło w tym w yp ad k u ciepło. Jeśli stre­
fy term iczne zaczynają zachodzić na siebie i ludzie
m ogą w za jem w y czu ć sw ój zapach, stają się nie
tylk o bard ziej sobą zaabsorbow ani, lecz także — o ile
w y n ik B ru ce’ a, w sp om n ian y w rozdziale III, d otyczy
rów n ież człow iek a — m ogą się naw et zn ajdow ać pod
w zajem n ym w p ły w e m sw y ch em ocii. L iczn i m oi roz­
m ó w cy w yrażali uczucia typ ow e dla społeczności nie
kon ta k tu ją cych się (tj. tych, które unikają dotykan ia
ob cy ch ) m ów ią c o tym , jak bardzo nie znoszą siada­
nia na nagrzanych krzesłach, k tóre ktoś w łaśnie
przed ch w ilą opuścił. W łodziach p od w od n ych załogi
często uskarżają się na „p od grzew a n e k o je ” , z w y ­
czaj korzystania z tej sam ej p ry czy przez k olejn y ch
w achtow ych . N ie w iadom o, dlaczego w łasne ciep ło
nie drażni nas tak jak cudze. P ra w d op od obn ie w iąże
się to z naszą dużą w rażliw ością na n iew ielk ie naw et
zm iany temperatury.<^;Jak się zdaje, rea g u jem y n ega­
tyw n ie na rod zaj ciepła, który jest n am o b c y .^
W ytłu m aczenie tego, że raz uśw iadam iam y sobie
przekazy otrzym yw an e z recep torów ciepln ych , a k ie­
dy indziej nie, staw ia przed nauką szczególne p ro ­
blem y. P roces ten jest b a rd ziej złożony, niż się to
w y d a je na pierw szy rzut o k a .,CWydzielanie ta rczy cy
na przyk ład w p ły w a na w ra żliw ość na zim no; je j
n iedoczynność spraw ia, że od czu w a m y chłód, podczas
g d y nadczynność daje od w rotn e efekty. P ew ną rolę
od g ryw a także płeć, w iek i chem izm in dyw idu aln y.
Z neu rologiczn ego punktu w idzenia regu lacją cieplna
zakorzenioną jest g łęb ok o w m ózgu i steru je nią
p o d w z g ó r z y Lecz na p ostaw y nasze m a oczy w iście
"swój w p ły w rów n ież kultura.STo że dotychczas zba­
dano w tej dziedzinie tak n iew iele, w y ja śn ić m ożna
odw ołu jąc się do faktu, iż sp ra w u jem y tylk o bardzo
nieznaczną św iadom ą w ładzę nad naszym w ew n ętrz­
nym system em ciepln ym lub też nie m am y je j w ca ­
le. Jak zauw ażył Freud i je g o uczn iow ie, kultura,
w której żyjem y, ma ten d en cję do akcentow ania
tego, czym m ożem y k ierow a ć i tłum ienia tego, co nie
daje się k ierow ać. C iepło ciała jest czym ś bardzo
osobistym i k o ja rzy się nam z in tym n ością w ten
sam sposób co przeżycia z lat dziecinnych.
Język angielski ob fitu je w takie zw roty, ja k „ c ie ­
płe słow a” , „zim n e sp ojrzen ie” , „g orą czk ow a dysk u ­
sja” , „zap alić się do czegoś” . D ośw iadczen ie nabyte
w trakcie badań proksem iczn ych każe m i przypu sz­
czać, że zw ro ty takie są czym ś w ię ce j niż ty lk o m e­
taforam i. R ozpoznaw anie zm ian tem peratury ciała
zarów no u siebie, jak u in n ych jest n a jw id oczn iej
dośw iadczeniem na tyle pow szechnym , że znalazło
sw e o d b icie w języku.
Inną metodą przekonania się o tym, że reagujemy
na stany term iczne drugich, jest posłużenie się sa­
m ym sobą ja k o jednostką kontrolną. D zięki w zm o­
żonem u w yczu len iu na te sp raw y sam stw ierdziłem ,
ż e ^ k ó r a jest d alek o w iern iejszym źródłem in form a cji
przy zachow aniu p ew n ego dystansu, niż k ied y k ol­
w ie k przypu szczałem X B yłem kiedyś ob ecn y na o b ie -
dzie w y d a n y m na cześć gościa h on orow ego, gość
w łaśnie przem aw iał i uw aga w szystkich była na nim
skupiona. S łu ch ając uw ażnie, spostrzegłem , że coś
sp ow od ow a ło, iż błysk aw iczn ie zdjąłem rękę ze stołu.
N ikt m nie nie dotknął, ale jakiś nieznany bodziec
w y w o ła ł od ru ch ow e d rg n ięcie ręki, które m nie prze­
straszyło. P on iew aż pochodzenie o w e g o bodźca nie
b y ło jasne, p ołoży łem rękę tam, gdzie b yła przed­
tem . I w ted y zauw ażyłem sp oczyw a jącą ob ok na
obrusie rękę m o je j sąsiadki. P rzypom n iałem sobie
niejasno, jak dostrzegłem kątem oka, że słuchając
położyła rękę na stole. M o ja dłoń znalazła się w stre­
fie ciep ln ej, która — jak się okazało — ob ejm ow a ła
przeszło 6 cm ! W in n ych w yp adk ach w yczu w ałem
doskonale w od ległości 27 do 45 cm ciep ło b ijące
z tw a rzy ludzi, k tórzy p och yla li się nade mną, g d y
oglądałem coś na fo to g ra fii lub w książce.
C zyteln ik m oże bez trudu spraw dzić sw oją w łasną
w rażliw ość. D użo ciepła w ytw a rza ją w a rgi i w nętrze
dłoni. U m ieszczając dłoń n a p rzeciw tw arzy i p o­
w o li przesu w ając ją w górę i w dół z różn ych od ­
leg łości da się ustalić taki punkt, przy k tórym w y ­
czuw a się natychm iast ciepłotę.
D ob rym źród łem danych d otyczą cych w rażliw ości
na ciep ło prom ien iu jące są niew idom i. N ie są oni
jednakże w techn icznym sensie św iadom i tego i nie
m ów ią o tym , d op ók i nie uczyni się ich czujn ym i
na doznania term iczne. Zau w ażon o to w trakcie w y ­
w ia d ó w p row a d zon y ch przez k olegę psychiatrę (dr
W arrena B rodeya) i przeze m nie. B adaliśm y, jak
niew idom i posługują się zm ysłam i. W w y w ia d a ch
badani w spom in ali o prądach pow ietrza w o k ó ł okien,
m ów ili też, jak ważną rolę od g ry w a ją okna dla n ie­
w idom ych w ich n iew izualnym poruszaniu się, um oż­
liw iając zlokalizow anie sam ych siebie w obrębie p o ­
koju, a także u trzym yw an ie kontaktu z tym , co d zie­
je się na zew nątrz. M ieliśm y w ię c p ow ód , b y w ie ­
rzyć, że coś w ię ce j poza w yostrzon ym zm ysłem słu­
chu pozw ala tej grupie poruszać się tak spraw nie.
czasie następn ych posiedzeń w ielok rotn ie w y c h o ­
dziło na jaw , że prom ien iu jące od p rzed m iotów cie­
pło nie tylk o jest przez n iew id om y ch w yk ryw a n e,
lecz co w ię ce j, pom aga im w orientacji. C eglan y m ur
po półn ocn ej stronie u licy b y ł dla n iew id om ych
czym ś w rodzaju znaku d rog ow eg o, gdyż w yd ziela ł
ciepło na całą szerokość chodnika. "

przestrzeń dotykow a

Doznania d oty k ow e i w zrok ow e są do teg o stopnia


splecione ze sobą, że nie sposób ich rozdzielić. P rz y ­
pom nijm y ch oćb y, ja k m ałe d zieci i n iem ow lęta ła­
pią, ściskają, głaszczą i kładą do ust każdą rzecz
i jak w iele czasu upływ a, zanim w y u czy się je p od ­
porządkow ania św iata d oty k ow eg o św iatu w izu al­
nemu. R ozw ażając p ercep cję przestrzeni m alarz
Braąue dok on ał rozróżn ien ia p om iędzy przestrzenią
W zrokową a d otyk ow ą w następujący sposób: ■g jr z e -
strzeń „d o ty k o w a ” oddziela patrzącego od przedm io­
tów, g d y „w z r o k o w a ” oddziela poszczególne przed-,
m ioty od siebie.>Podkreślając m ocn o to rozróżn ien ie
pom iędzy dw om a typam i przestrzeni i ich zw iązk iem
z dośw iadczeniem przestrzeni w ogóle, pisze dalej,
że perspektyw a „n a u k ow a ” jest niczym in n ym jak
ogłupiającą ok o sztuczką — złośliw ą sztuczką — k tó ­
ra uniem ożliw ia m alarzow i oddan ie w pełni przeżycia
przestrzeni.
P sych olog James G ibson rów n ież w iąże w zrok
z dotykiem . T w ierd zi on, że jeżeli będziem y trakto­
w ać jeden i d ru gi ja k o kanały in form acy jn e, za p o­
mocą których podmiot dwoma zmysłami bada oto­
czenie, p rzep ły w w rażeń ulegnie w zm ocn ien iu .^G ib­
son odróżnia dotyk a ktyw n y (oglądanie d o t y k ie m fo d
d otyk u p asyw n ego (b ycie dotykanym ). P odaje, że d o ­
tykan ie aktyw n e p ozw oliło badanym odtw arzać za­
słonięte przed w zrok iem abstrakcyjn e przedm ioty
z 95 procen tow ą dokładnością. P rzy dotyku p a sy w ­
nym w iern ość rep rod u k cji była tylk o 49 procentow a.\
M irhapl—Ę alint op isu je w „In tern ational Journal
o f P sych oan alysis” dw a różne św iaty postrzeżenio-
w e, św iat zorientowanv^&redle w zrok u i św iat zorien­
tow a n y w e d le dotyku. ^Twierdzi, że ludzie nastaw ieni
na dotyk są bardziej bezpośredn i i b ardziej życzliw i
niż ludzie nastaw ieni na w zrok , dla k tórych prze­
strzeń jest w p ra w d zie przyjazna, ale też w yp ełn ion a
n iebezp iecznym i, n ieob licza ln ym i przedm iotam i (in­
n ym i ludźm i).
W b re w tem u, co w ia d om o o sk órze jako jedn ym ze
środ k ów grom adzenia in form a cji, projek tan ci i in ży­
n ierow ie nie docen iają doniosłości dotyku, zw łaszcza
d otyk u aktyw n ego. N ie rozum ieją, jak w ażne jest to,
b y człow iek u trzym yw a ł w ięź ze św iatem , w k tórym
żyje. W eźm y pod u w a gę ch o ćb y ow e szeroko osadzo­
ne p otw ory z D etroit, które zatykają nasze szosy. Ich
ogrom n e rozm iary, tapczanow e siedzenia, m iękkie
resory i izola cja p ow od u ją , że każda przejażdżka
staje się aktem sen sorycznej d ep ry w a cji. A u tom ob ile
am erykańskie skonstruow ano tak, b y prow adzący
od czu w a ł naw ierzch n ię w stopniu m inim alnym . P rz y ­
jem n ość p row adzenia sam och od ów sportow ych , czy
też d o b ry ch eu rop ejsk ich lim uzyn czteroosob ow ych
w y w o d z i się w znacznej m ierze z poczucia kontaktu
zarów n o z pojazdem , ja k i z drogą. Jedną z atrak cji
żeglow an ia, zdaniem entuzjastów tego sportu, jest
w za jem n e od d ziaływ an ie doznań w zrok ow ych , k in e -
stetycznych i d otyk ow y ch . Z n a jo m y żeglarz m ów ił
m i, że pók i nie w eźm ie w garść rum pla, nie m a p o­
jęcia o tym , co d zie je się z łódką. Bez w ątpienia
żeglow anie przysparza sobie tylu zw olen n ik ów dzięki
odświeżaniu poczucia kontaktu z czym ś, poczucia,
które zagubiliśm y w naszym coraz b a rd ziej w y iz o ­
low anym , zautom atyzow anym życiu.
^ B otrzeb a unikania kontaktu fizyczn eg o jest szcze­
gólnie silna w m om entach krytycznycKTJ^Nie m am
tu na m yśli ty ch p rzypadk ów nadm iernego zatłocze­
nia, k tóre w y w o łu ją nieszczęście, jak np. statki z n ie­
w olnikam i, gdzie na osobę przypadało od 33 cm 2 do
2,40 m 2, lecz rzekom o „n o rm a ln e ” sytu acje w m e­
trach, w indach, szpitalach, schron ach p rzeciw lotn i­
czych i w ięzieniach. U stalając kryteria zatłoczenia
bierze się pod uw agę n iew łaściw e, zbyt k rań cow e
dane. W obec brak u d e fin ity w n y ch m iern ik ów bada­
jący zatłoczenie op ierają się stale na przypadk ach
zatłoczenia k ra ń cow ego, prow a d zą cego do obłędu lub
śmierci. Im w ię ce j d ow ia d u jem y się o ludziach
i zw ierzętach, tym jaśn iejsze się staje, ż e ^ k ó r a jest
zupełnie n iew ysta rcza ją cym punktem odniesienia dla
pom iaru zatłoczenia czy też je g o granicy. Istoty ż y ­
we, p od ob n ie jak m oleku ły, z k tórych składa się m a­
teria, stale poruszają się, p otrzebu ją w ięc m n iej lub
bardziej zm iennej ilości przestrzeni. Z ero absolutne,
znajdujące się na dole tak iej skali, to sytuacja, w
której ludzie są tak ściśnięci, że w szelki ru ch jest
niem ożliw y. P o w y że j o w e g o zera pojem n ik i, w k tó­
rych m ieszczą się ludzie, bądź pozw alają im poru ­
szać się w zględnie sw obodnie, bądź też p ow od u ją , że
zaczynają się oni poszturchiw ać, p op y ch a ć i prze­
ciskać. T o, ja k reagują na ciżbę i ograniczon ą prze­
strzeń, zależy od tego, jak od b ierają dotykan ie ich-
przez obcycłv>
'CDwie grupy, z k tórym i m am n iejak ie dośw iadcze­
n ie — Japończycy i A ra b o w ie — odzn aczają się w ięk ­
szą tolerancją na tłok w m iejscach p u bliczn ych
i środkach lok om ocji. P rzy w ią zu ją jedn akże w ię ce j
wagi do sw ych w ym agań przestrzen nych niż A m e ry ­
kanie.^ Japoń czycy p ośw ięca ją w szczególności w iele
czasu i troski na w ła ściw e zorgan izow anie pom iesz­
czeń, w k tóry ch żyją, w ten sposób, aby angażow ały
one wszystkie zmysły.
T w orzy w a , o k tóry ch n iew iele dotąd m ów iłem ,
ocen iane są i badane g łó w n ie przez dotyk, naw et
w ów czas g d y są dobrze w idoczne. ZThielicznym i w y ­
jątkam i (o k tóry ch w sp om n im y później) tym , co
u m ożliw ia nam oceną tw orzyw a, jest pam ięć doznań
dotykowych.^>Jednakże tylk o nieznaczna część p ro ­
jek tan tów p rzyw ią zu je pew ną w agę do tw orzy w ;
posłu giw an ie się nim i w architekturze m a przew aż­
nie charakter d o ry w czy i nieprzem yślany. Innym i
słow y, m ateriały bu dow lan e w ew nątrz bu d y n k ów
i na budyn kach rzadko kied y dobierane są św iado­
m ie, z p sych ologiczn ym i społecznym rozeznaniem .
Japoń czycy, jak tego dow odzą w ytw arzan e przez
nich przedm ioty, d ocen iają bardziej w agę tw orzyw .
G ładk ie i przyjem n e w dotyku naczynie in form u je
nas o trosce artysty nie tylk o o od b iorcę i o sam o
naczynie, ale rów n ież o siebie sam ego. W yp rod u k o­
w an e przez śred n iow ieczn ych rzem ieślników apretu-
ry z p olerow a n ego drzew a św iadczą o znaczeniu,
ja k ie p rzyw ią zy w a li oni do dotyku. <3Dotykanie jest
ze w szystk ich doznań odbierane n a jba rd ziej osob i-
ście.^Dla w ielu z nas n ajbard ziej in tym ne m om enty
życia kojarzą sią ze zm iennością pow ierzch n i skóry.
T w ardy, opan cerzon y op ór w od pow ied zi na n iep o­
żądane d otk n ięcie czy ekscytująca, ciągle zm ienia­
jąca się faktura sk óry w trakcie aktu m iłosn ego
i późniejsza aksam itność satysfak cji są przekazam i
przesyłan ym i przez jedn o ciało dru giem u ciału, prze­
kazam i o sensie uniw ersalnym .
<^Zw iązek człow iek a z otoczeniem jest fu n k cją jego
aparatu sen soryczn ego i tego, w jak ich w arun kach
aparat ów reaguje^JsTieświadomy obraz siebie sam e­
g o — życia, ja k ie się w iedzie, istnienia z m inuty na
m inutę — sk onstru ow any jest dziś z ok ru ch ów
i sk ra w k ów sen soryczn ych pobudzeń p łyn ących z oto­
czenia w y tw o rzo n e g o g łó w n ie w sposób sztuczny.
D okonany tu przegląd recep torów bezpośredn ich
dowodzi przede w szystkim tego, że A m e r y k a n ie w io ­
dący życie miejs'kie b ąd ź p od m iejsk ie m ają coraz
mniej sposobności do ak tyw n ego dośw iadczenia za­
równo sw oich ciał, ja k i za jm ow a n ej przez siebie
przestrzeni? Przestrzeń w m iastach jest m ało p ob u ­
dzająca i m ało zróżn icow an a w izualnie, n ie daje
żadnej ok azji do w zboga cen ia repertuaru doznań
przestrzennych. Jak się w y d a je, w iele osób jest^kine-
stetycznie zu b ożon ych czy naw et stłam szonych. M o­
toryzacja na dom iar w zm aga o stopień proces a lie-
now ania się od ciała i środow isk a p rz y ro d n icz e g o ^
Odnosi się w rażenie, że sam och od y w y p ow ied z ia ły
w ojn ę m iastom , a b y ć m oże całem u rod za jow i ludz­
kiemu. Inne d w ie zdoln ości sensoryczne, m ia n ow icie
ogrom na 'w r a ż liw o ś ć sk óry na zm ienność ciep łoty
i dotykan ych p ow ierzch ni, p ozw alają nam dostrze­
gać zm iany stanów em ocjon a ln y ch u in nych , a nadto
odbierać od otoczenia in fo rm a cję zw rotn ą o szczegól­
nie osobistym charakterze.
<^mysł przestrzeni człow iek a jest ściśle zw iązany
z poczuciem w łasnego ja, które stanow i w y n ik oso­
bistych re la cji z otoczeniem . >C złow ieka rozpatryw ać
można ja k o istotę posiadającą za rów n o w izualne, jak
kinest&tyczne, d oty k ow e czy cieplne aspekty w łasne­
go ja, które m ogą b y ć pobudzane bądź też p ow strzy ­
m yw ane w rozw o ju przez środow isko. R ozdział V I
om aw ia nasz św iat w izu a ln y i to, w jak i sposób g o
sobie tw orzym y.

7 — U kryty w ym iar
VI
PRZESTRZEŃ W IZ U A L N A

^W zrok jest zm ysłem , k tóry rozw in ął się na końcu


i jest bez w ątpienia n a jb a rd ziej złożony. Przez oczy
n a p ływ a do układu n erw ow e g o znacznie w ię ce j da­
n ych i w znacznie szybszym tem pie niż przez dotyk
i uszv.>~Informacie grom adzon e przez n iew idom ego
w przestrzeni otw artej nie w yk ra cza ją poza krąg
o prom ien iu 6 do 30 m etrów . W zrok iem m óg łb y on
dosięgnąć gw iazd. N aw et u zdoln ion ych n iew id om ych
ogranicza m ożność zrobienia n a jw y ż ej 3,2 do 4,8 kun
na godzinę w znanym terenie. Jeśli człoiwiek
w idzi, to d op iero latając szybciej od dźw ięku p o ­
trzebu je p om ocy technicznych, b y uniknąć zderzenia
z przedm iotam i. (Przy szybkości w iększej od d źw ię­
ku p iloci m uszą znać kurs in n ych sam olotów , zanim
je zobaczą. Jeśli kursy d w ó ch sam olotów k olidu ją
ze sobą, p rzy tej prędk ości nie ma czasu na usunięcie
się z drogi.)
O czy człow iek a spełniają w iele fu n k cji, u m ożli­
w ia ją m u:
1. R ozpozn aw anie na odległość pożyw ienia, fizy cz­
nego stanu rozm aitych rzeczy i znajom ych
ludzi.
2. P oruszanie się w każdym terenie z unikaniem
przeszikód i niebezpieczeństw a.
3j Sporządzanie narzędzi, oporządzanie siebie i in­
nych, ocen ian ie czyichś zew nętrzn ych przeja ­
w ó w i zd ob yw a n ie in form a cji o cu dzych sta­
nach em ocjon aln ych .
<;Oczy uw aża się zw yk le za p od sta w ow y dla czło­
wieka środek grom adzenia in form a cji. A le docen ia­
jąc ich fu n k cję „zb iera czy in fo rm a c ji” nie p ow in ­
niśmy zapom inać o przydatności oczu w przek azy­
waniu in form a cji. S p ojrzen ie m oże zaw stydzać, ośm ie­
lać, narzucać dom inację. R ozm iary źrenic m ogą
św iadczyć o zainteresow aniu czy też wstręcie.-^

W ID ZEN IE J A K O S Y N T E Z A

Podstaw ow e znaczenie dla lu dzkiego poznania m a


fakt, że człow iek w p ew n y ch k ry ty czn y ch m om en ­
tach syntetyzuje dośw iadczenie.^lnaczej m ów iąc, czło­
w iek w idząc uczy się, a to, czego się uczy, w p ły w a
na to, co w idzi.^ T łum aczy to je g o w ielk ą zdoln ość
do adaptow ania się i w yk orzy sty w a n ia m in ion ych
dośw iadczeń^ G d y by śm y n ie u czyli się patrząc, ka­
m uflaż na przykład zaw sze ok a zyw a łb y się skuteczny
i pozostaw alibyśm y bezbron n i w ob ec organ izm ów
dobrze zakam u flow anych. Nasza zdoln ość do w y k r y ­
cia kam uflażu d ow od zi tego, że w w y n ik u uczenia
się zm ieniam y p ercep cję. '
"Mówiąc o w idzeniu, trzeba zaw sze w p row a d zać
rozróżnienie ‘■pomiędzy obrazem na sia tk ów ce a ob ra ­
zem postrzeganym przez cz ło w ie k a > Z n a k o m ity psy­
cholog z C orn ell U n iversity James G ibson, na k tó­
rego będę się ciągle w tym rozdziale p ow oły w a ł,
w prow adził dla p ierw szego z n ich term in techniczny
..pole w izualne” , dla d ru giego zaś — „św ia t w izu a l­
ny” , g o l e w izualne składa się ze stale zm ien ia ją cych
się form św ietln ych — rejestrow a n ych przez siat­
kówkę — z k tórych tw orzy m y sw ó j św iat w izualny.^
Fakt, ze różn icu jem y (nie w iedząc o tym ) ^wrażenia
zm ysłowe p obud zające siatk ów kę i to, co w idzim y,
sugeruje, iż p ole w izualne k ory gow a n e jest przez
dane z in n ych źródeł. S zczegółow szy opis podstaw o­
wych różnic p om iędzy w izualnym polem a św iatem
w izu aln ym czyteln ik znajdzie w p ra cy G ibsona T he
P er cep tio n o f th e Visual W orld.
TyiPoruszając się w przestrzeni stabilizujem y sw ój
świąt wizualny za pom ocą przekazów płyn ących
z ciała. B ez tego sprzężenia zw rotn ego z ciałem bar­
dzo w iele ludzi traci kontakt z rzeczyw istością i u le­
ga h alu cy n a cjom ^ D w a j p sy ch olog ow ie H eld i H eim
d ow ied li du żego znaczenia o w e j zdoln ości do in te­
grow an ia doznań w izu a ln ych i kinestetycznych. P rze­
nosili oni kocięta przez la b iryn t trasą, po k tórej inne
kocięta m o g ły sw obod n ie spacerow ać. K ocięta prze­
noszone nie rozw in ęły w sobie „n orm a ln y ch w izu a l-
no-przestrzenn ych zd oln ości” . Nie w y u cz y ły się prze­
chodzenia przez lab iryn t tak dobrze ja k inne kocięta.
Tego, że kinestezja jest czyn n ikiem k ory g u ją cy m w i­
dzenie, d o w io d ły rów nież w ielok rotn ie eksperym enty
zm arłego A d alberta A m esa i in n ych sp ecjalistów od
p sych olog ii transak cyjn ej. Badanym , oglą dającym
nieregu larn y p o k ó j rob ią cy w rażenie prostokąta, da­
w an o k ij i kazano tra fić nim w p ew ien punkt k oło
okna. P rzy p ierw szych p róbach nieodm iennie nie
trafiali oni w cel. D op iero w m iarę tego, ja k stopnio­
w o u czy li się lep iej trafiać i sięgali punktu koń cem
kija, zaczynali postrzegać p o k ó j nie jako prostokąt,
lecz w jeg o p ra w d ziw ym , n ieregu larn ym kształcie.
Innym , bard ziej in d y w id u a ln y m przykładem m ogła ­
by b y ć góra, która n igd y ju ż nie przedstaw ia się
patrzącem u na nią tak sam o, od k ied y zd ob ył je j
w ierzch ołek.
Prezen tow ane tu tezy nie są now e. N iektóre zasa­
d y w spółczesn ej teorii w idzenia przedstaw ił d w ie ­
ście pięćdziesiąt lat tem u biskup B erk eley. I ch oć
w ie le z je g o p om ysłów odrzucon o ju ż w tam tych
czasa-ch, są one god n e uw agi, zwłaszgga g d y w eźm ie
się pod u w agę ów czesn y stan w ie d z y ,B e r k e le y tw ier­
dził, że ocen ianie od ległości jest w yn ik iem w za jem ­
nego w p ły w u na siebie różn ych zm ysłów i m in io­
n y ch dośw iad czeń .j N ie postrzegam y „bezpośredn io
w zrok iem n ic poza św iatłem , k olorem i kształtam i,
słuichem zaś nic poza d źw ięk a m i’- ^ P rzeprow adza p a ­
ralelę ze słyszeniem od g ło só w n iew idzialn ego w ozu.
W edle B erk eleya n ie jest tak, byśm y — ściśle m ó­
w iąc — „słyszeli w ó z ” ; słyszym y jed y n ie pew n e
dźw ięki, k tóre w ią żem y z w ozem . Tę zdolność „ w y ­
pełniania” detali w izu a ln ych pod w p ły w em sygn a­
łów d źw ięk ow y ch w y k orzy stu je w teatrze specjalista
od efek tów d źw ięk ow y ch . <CAnalogicznie B erk eley
przeczy, ja k o b y m ożna b y ło bezpośredn io w idzieć
odległość. S łow a takie, ja k „w y s o k o ” , „n is k o ” , „n a
lew o” , „na p ra w o ” , w y w od zą sw o je p od sta w ow e zna­
czenie z doznań kinestetycznych i d o ty k o w y ch r
„...Załóżm y, że postrzegam w zrok iem jakąś n ie w y ­
raźną i nieokreśloną id eę czegoś, o czym nie w iem ,
czy jest to człow iek , czy drzew o, czy zam ek, oceniam
jednak, że o w o coś zn a jd u je się ode m nie w od le­
głości m n iej w ię ce j m ili. Jest oczyw iste, że nie m ogę
napraw dę uw ażać, iż to, co w idzę, zn a jd u je się
o m ilę ode m nie lub że jest to obraz albo p od ob ień ­
stwo (w izerunek) czegoś, co zn a jd u je się o m ilę
ode m nie, sk oro w m iarę, ja k się zbliżam , obraz
zmienia się i z niew yraźn ego, n iew ielk ieg o, n ieok re­
ślonego staje się coraz w ięk szy, w yraźn iejszy i d o ­
bitniejszy. A g d y d o jd ę do koń ca m ili, n ie m a już
tego, co w idziałem przedtem , ani nie zn a jd u ję nic,
co b y g o p rzyp om in a ło.”
B erkeley op isy w a ł w pełni św iadom e p ole w izu al­
ne uczonego lub artysty. C i zaś, którzy g o k ry ty k o ­
wali, sądzili w ed le w łasnych, w p o jo n y ch przez k u l­
turę „św ia tów w izu a ln y ch ” . ^Podobnie ja k B erk eley,
również P iaget pod kreślał dużo p óźn iej zw iązek p o ­
między ciałem a w idzen iem i tw ierdził, że „p ojęcia
przestrzenne są zin tern alizow anym i działan iam i” .
Jednakże ja k pisał p sych olog Jam es G ibson, p om ię­
dzy w idzeniem a poznaniem cielesn ym (kinestezją)
zachodzi w zajem n e oddziaływ anie, czego B erk eley
nie spostrzegł. Istnieją czysto w izualne w skaźniki
percepcji przestrzeni, takie ja k np. fakt, że p ole w i­
zualne rozszerza się w m iarę przybliżania się do
c zegoś, ą zw ęża, w m ia odda lani a. Jednym z cen ­
nych w k ła d ó w G ibsona było, że jasno postaw ił tę
właśnie sprawę,
C oraz w ię ce j badaczy z rozm aitych dziedzin zaczy­
na dostrzegać potrzebę lepszej znajom ości podstaw o­
w y c h p rocesów w a ru n k u ją cych „su b iek ty w n e” d o­
św iadczenia człow ieka. To, co w ie m y o w ejścia ch sen­
sorycznych, d ow od zi, iż bez syntezy na poziom ie
m ózgu p łyn ące z n ich b od źce b y ły b y zupełnie inne,
n iż są faktyczn ie. D rzw i, dom czy stół w idzim y
zaw sze — co jest paradoksalne — w tym sam ym
kształcie i k olorze, choć kąt, pod ja k im na nie spo­
glądam y, jest za każdym razem inny. G d y tylk o za­
poznam y się z ruchem g ałk i ocznej, okaże się dla
nas jasne, że obraz na siatk ów ce nie m oże b y ć ciągle
ten sam, gd yż oko zn a jd u je się w ciągłym ruchu.
W obec takiego od k rycia rzeczą istotną jest dokładne
zbadanie o w e g o procesu, k tóry u m ożliw ia człow ie­
k ow i statyczne w idzen ie czegoś, co na siatków ce re­
jestrow an e jest ja k o zn ajd u jące się w ciągłym ruchu.
Z tym sam ym w y czy n em dokon an ym przez syntezę
w m ózgu sp otykam y się przy odbieran iu tego, co
m ów ią do nas inni.
L in g w iści pow iadają, że jeśli zanalizuje się i zare­
jestru je szczegółow o d źw ięk i m ow y, jest często n ie­
zw y k le trudno w skazać w yraźn e rozróżnienia p o­
m iędzy p oszczególn ym i dźw iękam i. P ow szech n ym
przeżyciem p od różn ik ów p rz y b y w a ją cy ch do ob ceg o
k ra ju jest nagłe od k rycie, że nie m ogą zrozum ieć
język a, k tórego się uczyli. L u dzie m ów ią tu in aczej
niż nau czyciel! M oże to ca łk ow icie zbić z tropu. K aż­
dy, kto znalazł się kiedyś w gron ie ludzi m ów ią cych
zupełnie m u nie znanym język iem , w ie, że początk o­
w o b rzm i to ja k n ie d a ją cy się zróżn icow ać szum.
D op iero późn iej zaczynają się p o ja w ia ć pierw sze za­
rysy fo rm y d źw ięk ow ej. G d y jedn ak w y u czy się d o­
brze język a, syn tetyzu je z takim pow odzeniem , że
p otra fi w yja śn ić n iezw y k le rozleg ły zasięg w y d a ­
rzeń. R ozum ie w ów czas to, co w in n ej sytu acji b y ­
łoby nie d a ją cym się zrozum ieć bełkotem .
^Łatwiej p rzych odzi nam zaak ceptow ać teorię, że
m ów ien ie i rozum ien ie jest procesem syntetycznym ,
niż p rzyjąć, że w idzen ie ma ten sam charakter;
■w m niejszym b ow iem stopniu zd a jem y sobie sp ra w ę
z aktyw n ości w idzenia niż z aktyw n ości m ów ienia.)
Nikt nie sądzi, że musi nau czyć się tego, ja k „ w i­
dzieć” . Jeżeli jedn ak p rzy jm ie się tę tezę, m ożna
w yja śn ić znacznie w ię ce j zja w isk niż poprzestając na
starym , rozpow szech n ion ym m niem aniu, że rzeczy ­
w istość jest statyczna i zu n iform izow an a i re je ­
struje ją p a syw n y w izu a ln y układ recep torów , tak
że to, co w idzim y, jest takie sam o dla w szystk ich
ludzi, a zatem m ożna to traktow ać ja k o u n iw ersaln y
nynkt. odniesienia.
• T w ierdzenie, że d w ie osoby n ig d y nie w idzą d o ­
kładnie tej sam ej rzeczy, g d y aktyw n ie p osłu gu ją się
oczam i w norm aln ej sytuacji, w y d a je się n iek tórym
ludziom w strząsające, gd yż zakłada, że nie w szyscy
odnoszą się do otaczającego ich św iata w ten sam
sposób. B ez uznania tak ich różnic jedn ak że nie da
się dokon ać przekładu z jed n ego św iata p e rce p cy j-
nego na inny. R óżn ice p om iędzy św iatam i p ercep -
cy jn y m i ludzi z tej sam ej ku ltu ry są oczyw iście
m niejsze niż p om iędzy św iatam i p e rcep cy jn y m i lu ­
dzi z różn ych kultur, ale stw arzają pew n e prob lem y.
W m łodszych latach spędzałem często lato ze stu­
dentam i na w yk op a lisk a ch arch eolog iczn y ch w w y ­
soko p ołożon ych pustyniach p ółn ocn ej A rizon y i na
południu stanu Utah. W szyscy człon k ow ie ek sp ed ycji
m ieli w ażką m oty w a cję do szukania w y r o b ó w ka­
m iennych, zw łaszcza grotów . M aszerow aliśm y je d ­
nym rzędem w sposób ty p o w y dla a rch eologiczn ych
ekip, z opu szczon ym i głow am i, w zrok iem przepatru -
jąc ziem ię. M im o tej w a żk iej m o ty w a cji m oi stu­
denci ciągle przegapiali g ro ty leżące na sam ej p o ­
w ierzchni. K u ich zm artw ieniu p och yla łem się i p o d ­
nosiłem to, czego nie zauw ażyli, bo nau czyłem się
„p rzy k ła d a ć” do p ew n y ch rz eczy i ign orow ać inne.
R ob iłem to dłużej od nich i w iedziałem , czego szu­
kać, choć nie potrafiłbym określić sygnałów, które
p o w od ow a ły , że obraz grota rzucał mi się od razu
w oczy.
M ogę w yszu k iw a ć g roty na pustyni, ale lo ió w k a
jest dla m nie dżunglą, w k tórej natychm iast się g u ­
bię. T ym czasem m oja żona p otrafi bezbłędnie poka­
zać, że ser czy resztka pieczeni k ry je się dokładnie
n aprzeciw m ych oczu. ^ e t k i tego rodzaju przyk ładów
pozw alają m i sądzić, że m ężczyźni i k obiety żyją w
zupełnie różn ych św iatach w izualnych. Są to różnice,
k tórych nie m ożna p ołoży ć na karb różnorak iej ostro­
ści w idzenia. P o prostu m ężczyźni i k obiety nauczyli
się p osłu giw ać w zrok iem w odm ien ny sposób.^7
D ow od em na to, że ludzie z różn ych kultur żyją
w różn ych św iatach p ercep cy jn y ch , jest ich orien to­
w an ie się w przestrzeni, sposób docierania i prze­
noszenia z jed n ego m iejsca w d r u g ie j Z d arzy ło mi
się kiedyś w B ejru cie znaleźć w ok olicy budynku,
k tórego szukałem . A ra b zapytany o drogę pow iedział
m i, gdzie się ó w bu dyn ek znajduje, i za pom ocą g e ­
stu w skazał zasadniczy kierunek, w k tórym p o w i­
nienem iść. Sądząc p o je g o zachow aniu, m yślał, że
pokazał m i, gdzie jest budyn ek, ale za nic na św ie-
cie nie m óg łb y m p ow iedzieć, k tóry bu dyn ek m iał na
m yśli czy n aw et na k tórej z trzech u lic go szukać,
ch oć w szystk ie one b y ły w id oczn e z m iejsca, gdzie
stałem . O czyw iście ob a j u żyw aliśm y ca łk ow icie róż­
n y ch system ów orientacji. ~

M E C H A N IZ M W ID Z E N IA

T o skąd się b iorą aż tak znaczne różnice w w izu al­


nych św iatach d w óch ludzi, staje się jaśniejsze, gdy
d o w ie m y się, że siatków ka (św iatłoczuła część oka)
składa się z co n a jm n iej trzech różn ych części: dołka
środ k ow ego (foveci), plam ki żółtej (m acula) i regionu
w idzenia p ery fery jn eg o. K ażda z tych części w y p e ł­
nia różne fu n k cje w izualne, u m ożliw ia ją c nam w i­
dzenie na trzy różne sposoby. P on iew aż jedn ak te
trzy ty p y w idzenia zachodzą jedn ocześnie i m ieszają
się z sobą, norm alnie się ich nie różnicuje. D ołek jest
niew ielkim ok rą g ły m w głęb ien iem w środku siat­
ków ki, za w iera ją cym ok oło 25 000 gęsto rozm iesz­
czonych, czu łych na b a rw y czop k ów , z k tóry ch każdy
posiada w łasne w łók n o nerw ow e. D ołek środ k ow y
składa się z k om órek o n iep ra w d op od ob n ej k on cen ­
tracji 160 000 sztuik na każdy m ilim etr k w a d ra tow y
(cała ta partia siatków ki jest w ielk ości łebka od szpil­
ki). Pozw ala to przeciętnem u cz ło w ie k o w i w id zieć
z najw yższą ostrością n iew ielk i fra gm en t rzędu
0,02 cm — 0,62 cm (szacunki b a d a czy różnią się) z od le­
głości 30 cm od oka. D ołek środ k ow y, k tóry m ają
rów nież pta'ki i m ałpy człekokształtne, to całkiem
niedaw ne osiągnięcie ew olu cji. Jego fu n k cja u m ałp
w yd a je się zw iązana z dw iem a czyn n ościam i: pie­
lęgnow aniem ciała i ostry m w idzen iem z odległości,
którego w ym aga życie nadrzew ne. C złow iek ow i w i­
dzenie fow ea ln e pozw ala na ta/kie czynności, ja k na­
w lekanie igieł, w yciągan ie drzezg, g ra w erow a n ie
i w iele in nych . B ez n iego nie b y ło b y obrabiarek , m i­
kroskopów , teleskopów , ca łej nauki i techniki.
M aleńkie rozm iary pow ierzch n i ob e jm ow a n ej przez
d ołek środ k ow y zilu stru je następu jące dośw iadcze­
nie. W eźm y jakiś ostry, b łyszczą cy przedm iot w ro ­
dzaju ig ły i trzy m a jm y g o m ocn o na od ległość w y ­
ciągniętej ręki. Jednocześnie w oln ą ręką ch w y ćm y
in ny przedm iot tego rod za ju i podn ośm y g o p ow oli
w kierunku pierw szego, aż oba ostrza znajdą się w
obrębie jed y n eg o obszaru n a jw y ra źn iejszego w id ze­
nia i dadzą się oglądać bez poruszania oczam i. Ostrza
muszą oczyw iście zachodzić na siebie, zanim dadzą
się oglądać w yraźnie. N ajtrudniejszą spraw ą jest p o ­
w strzym anie się przed przesunięciem oczu od ostrza
nieruchom ego do ostrza p oru szającego się.
D ołek środ k ow y otacza plam ka żółta, skupienie k o­
m órek w ra ż liw y ch na kolory. O b ejm u je ona kąt w i­
dzenia 3 stopni w płaszczyźnie w erty k a ln ej i kąt od
12 do 15 stopni w płaszczyźnie horyzontalnej. Widze­
nie m akularne jest dość ostre, lecz nie tak ostre jak
fow ealn e, gdyż k om órk i nie są tu rozm ieszczone tak
gęsto. P lam k i żółtej u żyw am y m iędzy in nym i do
czytania.
S postrzegając jakiś ru ch kątem oka, w id zim y pe-
ry feryczn ie. Im d alej od środ k ow ego fragm entu siat^-
k ów k i, tym radyk aln iej zm ienia się charakter i ja ­
kość w idzenia. Z d oln ość rozpoznaw ania k olorów
zm niejsza się w m iarę tego, jak czopki w rażliw e na
k o lo r stają się coraz m niej liczne. W idzenie ostre,
zw iązane z gęstym rozm ieszczeniem kom órek re -
cep ty w n y ch siatk ów ki — czopków , z k tórych każda
m a sw ój w łasn y neuron, ustępuje m iejsca w idzen iu
m niej w yrazistem u, z uw ydatn ion ą za to p ercepcją
ruchu. D o jed n ego neuronu p od łączon ych jest d w ie ­
ście i w ię ce j p ręcik ów , co w zm aga p ercep cję ruchu,
redu k u je natom iast szczegóły obrazu. W idzenie pe-
ry fe ry cz n e o b e jm u je kąt ok oło 90 stopni z obu stron
prostej p rzeb ieg a ją cej przez środek czaszki. K ą t ten,
jak rów n ież zdoln ość w yk ryw a n ia ruchu w yk a że na­
stępu jący eksperym ent. Z łóżm y ręce w pięści, w y cią ­
g ając palce w skazujące. Przesuńm y je tuż za uszy
i patrząc prosto przed siebie przesu w ajm y ręce do
przodu poruszając palcam i, aż zaczniem y spostrze­
gać ruch. C h oć w id zim y ostro zaledw ie jedn ostopn io-
w y krąg, oczy nasze poruszają się tak szybko, że
przesu w ając się w ok ół, błysk aw iczn ie w y ch w y tu ją
szczegóły św iata w izualnego, co stw arza w rażenie
o b ejm ow a n ia strefy znacznie obszern iejszej od tej,
która fa k ty czn ie p oja w ia się w polu w izualnym .
T y p y in form a cji, ja k ie odbieram y z różn ych partii
siatków ki, zilu stru je taki oto przykład, w którym
posłużym y się ogran iczon ym polem obserw acji.
K on w en cja am erykańska zabrania gapienia się na
innych. Jednakże ktoś, kto ma n orm aln y w zrok, sie­
dząc w restauracji o 3,5 do 4,5 m etra od in n ego sto­
lika m oże w idzieć całe tow arzystw o kątem oka. M o­
że stw ierdzić, że stół jest zajęty, i p ra w d op od ob n ie
p oliczy ć ilość osób, zw łaszcza jeże li p anu je tam oży ­
w ien ie i jakiś ruch. P atrząc pod kątem 45 stopni
m oże określić k olor w ło sów k ob iety jak rów n ież je j
ubranie, ch oć nie p otra fi zid en ty fik ow a ć m ateriału.
M oże pow iedzieć, czy kobieta spogląda na sw ego
partnera, czy też z nim rozm aw ia, ale nie będzie
w idział, czy m a obrączkę na palcu. M oże p od ch w y cić
ncmiej subtelne poruszenie tow arzyszą cych je j osób,
ale nie dostrzeże zegarka na je j przegubie. M oże
określić p łeć osoby, b u d ow ę ciała i w iek , ale nie
potrafi pow iedzieć, czy ją zna czy też nie.

W ID ZE N IE T R Ó J W Y M IA R O W E

C zytelnik d ziw i się zapew ne, dlaczego n ie b y ło dotąd


m ow y o w idzen iu trójw y m ia ro w y m . O statecznie czyż
człow iek nie zaw dzięcza zm ysłu dystansu w izu a ln e­
go, czyli przestrzeni, temu, że w idzi trójw y m ia row o?
O dpow iedź brzm i: i tak, i nie; tak — ale ty lk o w
p ew nych ściśle ok reślon ych w arunkach. jOso b y je d ­
nookie m ogą dos/kanale postrzegać głębię. Ich n a jp o­
w ażniejszym m ankam entem jest brak w idzenia p e-
ryferyczn ego w ślepym o k u ^ K t o k ied y k olw iek za­
glądał do stereoskopu, p otra fi już w ciągu m inuty
odczuć je g o ograniczon ość i jedn ocześnie rozum ie na­
tychm iast, że nau kow e p ró b y w yja śn ien ia p e rcep cji
głębi oparte w yłączn ie na tró jw y m ia ro w ości są zbyt
wąskie. Z w y k le już po paru sekundach spoglądania
w stereoskop odczuw a się naglącą potrzebę, b y p o ­
ruszyć głow ą , zm ienić w id ok i oglądać, ja k porusza
się pierw szy plan, podczas g d y tło pozostaje n ieru ch o­
me. (W łaśnie ten fakt, że w id ok jest trójw y m ia row y ,
oznacza, że jest on jednocześnie zafiksow an y, sta­
tyczny, że jest iluzją. ^
c^Gjjjson w sw ej książce T he P ercep tio n o j th e V i-
sual W orld om aw ia tra d y cy jn y pogląd, że p ercep cja
głąbi stan ow i w zasadzie fu n k cją efektu trójw y m ia ­
row ości w ytw arza n ego przez zachodzenie na siebie
d w ó ch p ól w izu aln ych i przekonaniu tem u nadaje
w łaściw ą, pożądaną perspektyw ę. \
P rzez w iele lat w ierzon o pow szechnie, że jedyn ą
istotną podstaw ą p e rce p cji g łęb i jest tró jw y m ia ro ­
w ość w id zen ia dwuocznege^/^Taka opinia pan u je p o­
w szechnie w m ed yczn y ch i fiz jo lo g icz n y ch badaniach
nad w zrokiem , w oftąlm ologii. Taka jest opinia fo to ­
g ra fik ów , artystów , film o w có w i n au czycieli p ercep ­
c ji plastycznej, k tórzy sądzą, że obraz nabiera p ra w ­
d ziw ej g łęb i tylk o w ów czas, g d y zastosuje się tech­
n ik i trójw y m ia ro w e , a także teorety k ów i sp ecja li­
stów aw iacji, k tórych zdaniem jed y n y m testem na
p erce p cję g łęb i u p ilo tó w m a b y ć test na postrzega­
nie tró jw y m ia ro w o ści. O p in ia ta opiera się na teorii
w ew n ętrzn ych w sk aźn ik ów głębi, w y w od zą cej się
z kolei z założenia, iż istnieje pew na klasa dośw iad­
czeń zw an ych w rażen iam i w rodzon ym i. W e w sp ół­
czesnej p sych olog ii narasta tendencja do zakw estion o­
w ania ow eg o założenia, opinia w ięc, o k tórej m ow a,
nie ma głębszych podstaw . [G łębia — jak u trzym u je­
m y — nie jest konstruow ana z w ra ż e ń ,. lecz -stanowi
p o prostu jed en z w y m i a r ó w d o ś w i a d c z e ­
n i a w z r o k o w e g o (podkreślenia m oje)i ">
N ie m a p otrzeb y zatrzym yw ać się dłużej przy tej
kw estii. Z a ję c ie się in n ym tem atem nieco poszerzy
nasze h oryzon ty i dopom oże do zrozum ienia o w y ch
n iezw y k ły ch m etod, k tórym i posłu g u jem y się w p er­
ce p cji św iata w iz u a ln e g o ^ choć w idzen ie tró jw y m ia ­
row e jest czyn nikiem w p ercep cji g łęb i przy krótkim
dystansie (4,8 i m n iej m etra), istn ieje w iele in n ych
sp osobów , z k tórych pom ocą k on stru u jem y obraz
św iata od zn a cza ją cy się głębią. W badaniach nad
w yróżn ien iem elem entów , ja k ie składają się na tró j­
w y m ia ro w y św iat w izu aln y, nie sposób pom inąć
w kładu G ibsona^JD ociekania jeg o datują się od II
w o jn y św ia tow ej, k ied y to p iloci stw ierdzili, że w m o­
m entach k ry ty czn y ch przekładanie n am iarów w sk a­
zów ki na tab licy rozd zielczej na zn a jd u ją cy się w
ruchu tró jw y m ia ro w y św iat jest zajęciem zb yt cza­
sochłonnym i m oże okazać się katastrofalne w skut­
kach. G ib son ow i zlecon o za p rojek tow a n ie przyrządów ,
które w y tw a rza ły b y sztuczny św iat w izu aln y, im itu ­
ją cy rzeczyw istość d o tego stopnia, b y p ilo ci m ogli
latać p o n iebie elek tron iczn ym i autostradam i. B ada­
jąc różnorakie system y p e rce p cji g łęb i w poruszaniu
się w przestrzeni, G ibson w y k r y ł ich nie jed en czy
dwa, lecz aż trzynaście! P on iew aż kw estia ta jest
dość skom plikow an a, od syłam czyteln ika d o o ry g i­
nału p ra cy (streszczonego w D odatku), k tóry w in ien
b y ć ob ow ią zk ow ą lekturą studentów arch itektu ry
i urbanistyki.
Z prac G ibsona i in n ych przedstaw icieli p sych o­
logii transaikcyjnej w yn ik a jasno, że w izu aln y zm ysł
przestrzeni znacznie przekracza tzw . praw a linearn ej
persp ek tyw y renesansu. P oznanie w ielu różn orak ich
form p ersp ek tyw y p ozw oli nam zrozum ieć to, co usi-
łowjjJL nam p ow ied zieć artyści w ciągu ostatnich stu
ł a t ę W szystko, co w iad om o nam o sztuce człow iek a
w w ielu m in ion ych kulturach, w skazuje, że istnieją
pod tym w zględ em ogrom n e różnice, które są czym ś
w ięcej niż tylk o k on w en cją stylu. W A m e ry ce p er­
spektyw a linearna jest w ciąż stylem n a jb ard ziej p o ­
pularnym na użytek szerok iej publiczn ości. N ato­
m iast m alarze ja p oń scy i ch iń scy sym bolizu ją g łęb ię
w zupełnie od m ien n y sposób. W sztuce orien taln ej
punkt w idzen ia jest zm ienny, g d y obraz pozostaje
nieruchom y. W sztuce Z a ch odu d zieje się zw y k le o d ­
w rotnie. W rzeczyw istości istotne różn ice pom iędzy
W schodem a Z a ch od em w y k ra cza ją d alek o poza dzie­
dzinę sztuki, ch oć się w n iej odzw ierciedlają. Z u p eł­
nie odm iennie postrzega się sam ą przestrzeń. C zło­
w iek Z ach odu postrzega przedm ioty, nie zaś zn aj­
dującą się m iędzy nim i przestrzeń. W Japonii prze­
strzeń taka jest postrzegana, od ręb n ie nazyw ana i re=-
spektow ana jak o m a, czy li interw ał.
W rozdziałach V II i V III rozw ażać b ęd ziem y lite­
raturę i sztukę ja k o sw oiste klucze do św iatów p o -
strzeżen iow ych. Ś w iat sztuki i św iat nauki łączą się
w całość jedynie w rzadkich wypadkach. Działo się
tak w renesansie i na przełom ie X I X i X X w ieku,
g d y fran cu scy im p resjon iści studiow ali fizyk ę św ia­
tła. D o p od ob n ego okresu zbliżam y się obecnie.
W b rew m niem aniom rozp ow szech n ion ym w śród eks­
perym entalnie n astaw ionych p sy ch olog ów i s o c jo lo ­
g ów tw o ry pisarzy reprezentują bogate, nie w y ek s­
p loatow ane p ok ła d y da n ych o lu dzkiej percepcji.
Z d oln ość w yd zielan ia i w skazyw ania podsta w ow ych
zm ien n ych dośw iadczenia jest samą istotą kunsztu
artysty.
VII
SZTUKA JAKO KLUCZ DO PERCEPCJI

The P ain ter’s E y e , znakom ita książeczka am erykań­


skiego m alarza M a u rice’a Grossera, dostarcza rzad­
kiej okazji, b y d ow ied zieć się od sam ego artysty, jak
„w id zi” on sw ój tem at i ja k p osłu gu je się sw ym i
środkam i przekazu, alby w y ra zić tę p ercepcję.
Szczególnie in teresujące dla b a d a ją cy ch proksem ikę
są rozw ażania G rossera d otyczące sztuki p ortreto­
wania. P ortret w yróżn ia się w śród in n ych rod za jów
obrazów klim atem p sych olog iczn ej bliskości, która
„zależy bezpośredn io od fa k ty czn eg o fizy czn eg o od ­
stępu — od ległości w m etrach i cen tym etrach dzie­
lącej m odel od m alarza” . G rosser um ieszcza tę od ­
ległość pom ięd zy 1,20 m etra a 2,40 m etra. T e g o ro­
dzaju stosunek przestrzenny artysty do je g o tem atu
pociąga za sobą charakterystyczną w łaściw ość p o r­
tretu, „szczeg óln y typ p orozum iew an ia się, praw ie
rozm ow y, którą m oże w ieść osoba sp oglądająca na
obraz z osobą nam alow an ą” .
Dalszy opis p ra cy artysty nad portretem jest fa ­
scynujący n ie ty lk o z u w agi na to, co u jaw n ia w k w e ­
stiach technicznych, lecz rów n ież z u w agi na n ie ­
zw ykle k la row n e rozw ażania nad p e rcep cją dystan­
su jako p ew n ej fu n k cji w ięzi socjaln ej. R ela cje prze­
strzenne opisane przez G rossera p ok ry w a ją się z tym ,
co sam zaobserw ow ałem w trakcie m oich badań i co
stw ierdził H ed iger u zw ierząt:
^ -„P rz y o d le g ło lci w ięk szej niż 3,9 metra... rów n ej
m n iej w ię ce j p o d w ó jn e j długości lu dzkiego ciała, p o­
stać człow iek a w idziana jest w ca łej okazałości jako
zwarta całość.NPrzy tej odległości... zdajemy sobie
spraw ę z je j zarysu i p rop orcji... m ożem y spoglądać
na człow iek a tak, ja k g d y b y b y ł on sylw etką w yciętą
z tektury i postrzegać go... ja k o coś, co ma z nam i
n iew iele w spólnego... ^ o m asyw ność i tró jw y m ia ro ­
w ość, którą dostrzegam y w b lisk o p ołożon ych przed­
m iotach, w y w o łu je w nas poczucie w ięzi i pok rew ień ­
stw a z tym , na co patrzym y. P rzy odległości rów n ej
p o d w ó jn e j długości postać jest w idziana natychm iast.
M oże b y ć ogarnięta jędrnym rzutem o<ka... odbierana
całościow o.
CTPrzy od ległości tej znaczenie czy też uczucie,
które postać m a w yrażać, od d a je się nie przez w yraz
lub rysy tw arzy, lecz za pom ocą układu człon k ów
ciała... M alarz m oże spoglądać na sw ego m odela tak,
jak g d y b y b y ł on d rzew em w pejzażu lub jabłk iem
w m artw ej naturze — intym ne ciep ło m odela nie
rozprasza je g o uw agi. ^
O dległość p ortretow a rozciąga się od 1,20 do 2,40
m etra. M alarz zn a jd u je się w ów czas na tyle blisko,
że je g o o czy bez trudu ogarniają trójw y m ia row ość
kształtów m cdela, a jedn ocześn ie na ty le daleko, że
nie stw arza m u problem u skrót p erspektyw iczn y
ow y ch kształtów . W tedy w łaśnie, przy n orm aln ym
dystansie in tym n ości społeczn ej i sw ob od n ej rozm o­
w y, zaczyna się p rzeja w ia ć psychika m odela... P rzy
od ległości m niejszej niż m etr, w ob ręb ie dystansu
dotyku , psych ika m odela jest w yek spon ow an a tak
bardzo, że u n iem ożliw ia to obiek tyw n ą obserw ację,
ęp d ległość jed n eg o m etra to dystans rzeźbiarza, nie
zaś m alarza. R zeźbiarz m usi stać na tyle blisko sw ego
m odela, b y m ógł ocen iać kształty zm ysłem d oty k u ^
P rzy dystansie d otyk u p rob lem skrótu perspekty­
w iczn ego spraw ia, że m alow anie staje się za trud­
ne... Co w ię ce j, p rzy od ległości tej osobow ość siedzą­
ceg o jest zb yt silna. W p ły w m odela na m alarza jest
zb yt przem ożny, zb yt zakłóca niezbędne niezaanga-
żowanie em ocjon aln e artysty; dystans dotyku nie
jest dystansem ty p ow y m dla od b ioru w zrok ow ego,
lccz dystansem ty p ow y m dla rea k cji m otory czn ych
na pew ne fizyczn e m an ifestacje uczuć, ja k ręk oczy n y
czy akty m iłosn e.”
Interesującym szczegółem spostrzeżeń G rossera jest
to, że p ok ry w a ją się one z danym i proksem iczn ym i
co do dystansu osobniczego. G rosser w yróżn ił, co
prawda nie u żyw ając tych term inów , to, co ja na­
zwałem dystansem intym n ym , osobn iczym , sp ołecz­
nym i publicznym . C iekaw e też, ja k w ie le param e­
trów uw zględnia G rosser w y d ziela ją c dystanse. R oz­
waża on dotykan ie i niedotykanie, ciepłotę ciała, d e­
tale w izualne i zakłócen ie w idzen ia przy bliskości
intym nej; stałość rozm iarów , tró jw y m ia row ość i w zra ­
stającą płaskość, w yraźn ie dostrzeganą p ow y żej 4 m e­
trów. "D oniosłość spostrzeżeń G rossera nie ogranicza
się b yn a jm n iej do u w a g o od ległości, z k tórej m alu je
się portrety; p olega ona g łó w n ie na u ch w ycen iu
nieśw iadom ych, k u ltu row o u form ow a n y ch ram prze­
strzennych, k tórym i posługują się artysta i je g o m o­
del w trakcie pozow ania. A rtysta w y ć w icz o n y w
uświadam ianiu sobie pola w izualnego w y d o b y w a na
jaw w zorce rządzące je g o zachow aniem . D latego też
artysta jest kom entatorem nie tylk o og ó ln y ch w a r­
tości ku ltu row ych , lecz także fa k tó w m ik rok u ltu ro-
wych, z k tórych składają się ow e w a r t o ś c i.^ •

K ON TRASTY KULTUR W SPÓ ŁCZESNYCH .

Sztuka in nych kultur, zw łaszcza g d y jest bardzo róż­


na od naszej, m oże p ow ied zieć w iele o św iatach p er-
cep cyjn ych obu kultur. W roku 1959 E dm und C a r-
penter, an tropolog w sp ółp ra cu ją cy z artystą F red e-
rickiem V arleyem , i fo to g ra fik R ob ert F lah erty w y ­
dali godną u w agi książkę E skim o. S p o ra ^ je j część
poświęcona była sztuce E skim osów A i v i l i k f Z plansz
i tekstu d ow ia d u jem y się, że św iat p e rce p cy jn y E ski-
m osów jest zupełnie odm ien ny od naszego, a zasadni­
czym rysem o w e j odm ienności jest sposób, w jaki
E skim osi posługują się zm ysłam i orientując się w
przestrzeni. N a A rk ty ce n ie m a czasam i horyzontu
oddzielającego ziem ię od nieba.S
„S ą one tą samą substancją. N ie m a żadnego d ru ­
giego planu, persp ektyw y, zarysu; oko nie ma się na
czym zatrzym ać z w yją tk iem tysięcy d ym iących p ió ­
rop u szy śniegu b iegn ących przed w iatrem po zie­
m i — jest to kraj bez kraw ędzi i brzegów . G dy zerw ie
się w ia tr i p ow ietrze w y p ełn i się śniegiem , w id ocz­
ność ograniczona jest do 9 i m niej m etrów .” Jak
w ię c Eskim osi m ogą przem ierzać m ile takiego tery ­
torium ?
C arpenter pisze:
„G d y jadę sam ochodem , m ogę stosunkow o łatw o
p rzejech ać przez trudne do zorientow ania się i ch ao­
tyczne m iasto w rodzaju D etroit kieru jąc się po p ro­
stu kilkom a znakam i d rogow ym i, zakładam , że ulice
układają się w rodzaj k ratow n icy, i w iem , że pew ne
znaki w yzn aczają m oją trasę. Eskim osi A iv ilik m ają
oczyw iście podobne, choć naturalne, punkty odn ie­
sienia. N ie są to na o g ó ł rzeczyw iste przedm ioty lub
punkty, lecz raczej rela cje; pow iązania pom iędzy na
przyk ład konturem i typem śniegu, w iatrem , słonym
p ow ietrzem , pękn ięciem lod u .”
K ieru n ek i zapach w iatru oraz w yczu w an ie lodu
i śniegu pod stopam i dostarczają w skazów ek, które
um ożliw ia ją Eskim osom przem ierzanie 160 i w ięcej
k ilom etrów po nie d a ją cym się zróżn icow ać w izu al­
nie pustkow iu. Eskim osi A iv ilik m ają co n ajm niej
dw anaście różn ych określeń dla ty p ów wiatruK*In-
tegru ją w jedną całość czas i przestrzeń, ż y ją w prze­
strzeni raczej a k u styczn o-w ęch ow ej niż w izualnej.
Co w ięcej, to jak przedstaw iają św iat w izualny, przy­
pom ina prom ien ie Roentgena. A rty ści pokazują
w szystko, co w iedzą, że istnieje, niezależnie od tego,
czy m ogą to w idzieć, czy też nie. Na rysunku czy
ry cie człow ieka p olu ją ceg o na fok i na krze lod ow ej
widać nie tylk o to, co jest na p ow ierzch n i lod u
łow cę z psam i), ale rów n ież i to, co jest p od spo­
dem (fokę zbliżającą się do przerębla, b y za czerp­
nąć w płuca pow ietrza). ->

S Z T U K A J A K O H IS T O R IA PERCEPCJI

Przez ostatnich parę lat an tropolog E dm und C arpen -


ter, M arshall M cLuhan, d y rek tor C enter fo r C ulture
and T ech n ology (Centrum dla S praw K u ltu ry i T ech ­
niki) w T oron to, i ja badaliśm y sztukę pod kątem
tego, co m oże nam ona p ow ied zieć o posłu giw an iu
się zm ysłam i przez artystów i przekazyw aniu tych
perceipcji od biorcom . K a żd y z nas za brał się do p ro ­
blem u na w łasny sposób i p row a d ził badania nieza­
leżnie od pozostałych. Jednakże każdy z nas zn a jd o­
wał in sp iracje i p odn iety w pracach d ru gich i b y liś­
m y zgodni, że od artystów m ożna d ow iedzieć się
w iele na tem at sposobu postrzegania św iata przez
człow ieka. W iększość m alarzy w ie, że m a do czy n ie­
nia z relatyw n ym i poziom am i abstrakcji; w szystko,
co przedstaw iają, jest zależne od w zrok u i trzeba
to przełożyć na inne zm ysły. M alow id ła nie m ogą
bezpośrednio od tw orzy ć sm aku czy zapachu ow oców ,
dotyku i pow ierzch n i p od d a ją cego się ciała czy tej
szczególnej nuty w głosie n iem ow lęcia, która p o­
w oduje, że w piersiach m atki zaczyna w zbierać m le­
ko. A le zarów no język, jak m alarstw o sym bolizu ją
takie rzeczy; n iek ied y aż tak skutecznie, że p row a ­
dzą do rea k cji p ok rew n y ch rea k cjom w y w o ła n y m
przez bodźce oryginalne. Jeśli tylk o artysta jest dość
utalentowany, a od biorca należy do tej sam ej k u l­
tury, to p otra fi w y p ełn ić obraz tym w szystkim , co
zostało w nim opuszczone. Z a rów n o m alarz, jak p i­
sarz w iedzą o tym , że istotą ich u m iejętności jest
dostarczenie czytającem u, słuch ającem u czy też og lą ­
dającem u przekazów , które b y ły b y zgodne nie tylk o
z odm alow anym i zdarzeniam i, lecz rów n ież z m ilczą­
cym język iem i kulturą ich od b iorców . C elem arty­
sty jest zniesienie przeszkód p om iędzy odbiorcam i
,a faktam i, które odtwarza. Zmierzając do tego, w y -
abstrahow u je z natury te fragm en ty, które — g d y
je n ależycie zorgan izow ać — m ogą w ystęp ow a ć w
m iejsce całości, i tw o rzy z nich kom unikat bardziej
d obitn y i b a rd ziej u p orządk ow an y od tego, ja k i m ógł­
b y dla siebie stw orzyć laik. Innym i słow y, jedną
z p od sta w ow ych fu n k cji artysty jest pom aganie lai­
k ow i w porządkow an iu jeg o k u ltu row ego u n iw er-
sum.
H istoria sztuk plastycznych trw a trzy razy dłużej
niż historia piśm iennictw a, a w zajem n y zw iązek p o­
m iędzy tym i dw om a typam i ekspresji w id oczn y jest
w takich w czesn ych form a ch pisma, ja k np. egip­
skie h ierog lify . N iew ielu jednakże ludzi traktuje
sztuki plastyczne ja k o system porozum iew ania się,
k tóry h istoryczn ie sp lecion y jest z językiem . G d y b y
w ięcej z nich zgod ziło się p rzy ją ć ten pogląd, m o­
g ło b y się okazać, że ich pod ejście do sztuki ulegnie
zm ianie. P rzy w y k liśm y do faktu, że są język i, któ­
ry ch p oczą tk ow o nie rozum iem y i w ob ec tego m usi­
m y się ich uczyć, ale pon iew aż sztuki plastyczne
m ają ch arakter przede w szystkim w izualny, spodzie­
w a m y się, że od bierać będ ziem y ich przekazy b ez­
pośredn io i czu jem y się dotknięci, g d y tak się nie
dzieje.
Na kilk u następnych stronach sp róbu ję p ow iedzieć
n ieco o tym , czego m ożna się d ow iedzieć z badań
nad sztukam i plastycznym i i architekturą. Z a rów n o
sztuki plastyczne, ja k architekturę in terp retu je i re -
in terpretu je się zw yk le w kategoriach w spółczesnej
scenerii. CTrzeba jedn ak pam iętać o następującej
spraw ie: człow iek w sp ółczesn y został na zaw sze od­
cięty od p ełnego dośw iadczenia liczn ych św iatów
sen soryczn ych sw oich przodków . Ś w iaty te b y ły w
sposób nieu ch ron n y zin tegrow an e i g łęb ok o zako­
rzenione w zorgan izow an ych kontekstach, które po­
ją ć w pełni m ogli "tylko ów cześn i ludzie. D zisiejszy
człow iek w in ien w ystrzegać się zbyt poch opn ego w y ­
ciągania kon kluzji, g d y spogląda na liczące sobie
15 000 lat m alow idła na ścianach jaskiń hiszpańskich
i francuskichj> Z d a w n ej sztuki m ożem y nau czyć się
dwu rzeczy: 1 . z w łasn ych rea k cji d ow ied zieć się
czegoś o naturze i org a n iza cji naszych w izu aln ych
system ów i oczekiw ań, 2 . nabrać n ieco p ojęcia o tym ,
jaki m óg ł b y ć św iat postrzeżeń naszych przodków .^
Jednakże obraz ich świata, jak i m am y w spółcześnie,
podobnie ja k m uzealne naczynie, które b y ło sztuko­
wane i napraw iane, będzie zaw sze jed y n ie niepełn ym
przybliżeniem do oryginału . N a jp o w a ż n ie jsz y m za­
strzeżeniem w o b e c liczn y ch p rób in terpretow an ia
przeszłości człow iek a jest to, że p ro je k tu ją one na
w izualny św iat przeszłości strukturę w spółczesn ego
świata w izualnego. “P ro je k c je tego rodza ju częściow o
w yw odzą się z faktu, iż n iew ielu ludzi zdaje sobie
sprawę z tego, na co w sk azyw ali w spom niani już
psych ologow ie transakcyjn i, że j^złow iek aktyw nie,
choć nieśw iadom ie nadaje strukturę sw em u św iatu
wizualnem u. ^M ało kto dostrzega fakt, że w idzenie
nie jest pasyw ne, lecz aktyw ne, że w rzeczyw istości
stanowi pew ną transakcję pom iędzy człow iek iem
a otoczeniem , w k tórej p a rty cy p u ją obie stron ^ > A żą­
łem ani m alow id ła w A ltam irze, ani św iątynie w
Luksorze n ie m ogą dziś w y w o ły w a ć tych sam ych
obrazów czy rea k cji co w ów czas, g d y zostały stw o­
r z o n e j T ak ie św iątyn ie ja k A m en -R a w K arnak u w y ­
pełnione są kolum nam i. W ejść do n ich to tak, jak
w ejść d o lasu złożon ego ze stoją cych , skam ieniałych
kikutów drzew . D ośw iadczen ie takie m oże b y ć dla
w spółczesnego człow iek a zgoła n ieprzyjem ne.
A rtysta z p a leolityczn ych jask iń b y ł bez w ątpienia
szamanem, ży ją cy m w b oga tym zm y słow o św iecie,
który traktow ał ja k o coś oczyw istego. P od ob n ie jak
m ałe dziecko, b y ł on tylk o częściow o św iadom tego,
że św iat ów m ó g łb y b y ć d ośw iadczan y ja k o coś od ­
rębnego od n iego sam ego. N ie rozum iał w ielu na­
turalnych zdarzeń, zw łaszcza d latego że nie m iał nad
nimi w ład zy/\ V rzeczyw istości sztuka stanow iła p ra w ­
d opod obn ie jedn ą z p ierw szycji prób człow ieka, b y
zapanow ać nad siłam i n a t u r D l a artysty szamana
odtworzenie obrazu czegoś m ogło b y ć pierw szym
k rok iem ku zd ob yciu nad o w y m czym ś w ładzy. Jeśli
p rzypu szczenie to jest trafne, każde m alow id ło b yło
od rębn ym aktem tw órczym , m a ją cy m zapew nić p o­
w odzen ie i d obrą zd ob ycz na polow an iu , ale nie
traktow an o go ja k o sztuki przez duże S. T łu m aczy­
ło b y to rów nież, dlaczego sylw etk i łani i baw ołu,
choć dobrze narysow ane, nie w iążą się ze sobą w za­
jem , lecz raczej z top ografią p ow ierzch n i jaskini.
P óźn iej takie m agiczne obrazy zredukow ane zostały
do sym boli, które w ciąż rep rod u k ow a n o, podobn ie
jak p a ciork i różańca, b y zw iększyć ich działanie m a­
giczne.
M uszę w yja śn ić czyteln ik ow i, że na m oje p oglądy
na in terp reta cję w czesn ej sztuki i architektury w y ­
w a rli w ielk i w p ły w d w a j ludzie, któdzy straw ili ży ­
cie na badaniu tego zagadnienia. P ierw szym z nich
b y ł niedaw no zm arły A lexa n d er D orner, historyk
sztuki, d y rek tor m uzeum i badacz p e rcep cji człow ie­
ka. T o w łaśnie D orner zw rócił m oją uw agę na zna­
czenie prac A d alberta A m esa i tran sak cyjn ej szkoły
W p sych ologii. K siążka D ornera T he W a y B eyon d A r t
w yprzedzała jeg o czasy o w iele lat. P rzekon ałem się,
że w ciąż do niej p ow racam i że w m iarę tego jak
w zrasta m o je zrozum ienie człow ieka, coraz w ięcej
zaw dzięczam w n ik liw y m m yślom i uw agom D orn e­
ra. Znacznie późn iej zaznajom iłem się z pracam i
szw ajcarsk iego historyka sztuki S iegfrieda G iedona,
autora T h e E ternal P resen t. C hoć zaciągnąłem spory
dług w dzięczn ości u obu ty ch autorów , w yłączn ie
sam jestem od p ow ied zia ln y za rein terpretację ich
p om ysłów . Z a rów n o D orner, jak G iedion zajm ow ali
się problem em postrzegania. P race ich dow odzą te­
go, że bad an ie w y tw o ró w artystyczn ych człow ieka
m oże nam w iele p ow ied zieć o św iecie sensorycznym
w przeszłości i o tym , jak zm ienia się ludzkie p o ­
strzeganie w ra z ze zm ianam i w św iadom ości postrze­
gania. D ośw iadczanie przestrzeni na przyk ład przez
starożytnych Egipcjan, b y ło zupełnie różne od nasze­
go. T roszczyli się oni raczej o p opra w n e u m iejsco­
wienie i uporządkow an ie sw y ch struktur re lig ijn y ch
i obrzęd ow ych w K osm osie niż o zam kniętą prze­
strzeń samą w sobie. K on stru k cja i p recy zy jn e zo­
rientow anie piram id oraz św iątyń na osi p ółn oc— p o ­
łudnie bądź w sch ód — za ch ód m ia ły m agiczne im p li­
kacje, słu ży ły op a n ow a n iu św iata n adp rzyrodzon ego
przez jeg o sym boliczn e odtw orzen ie. E gip cja n ie od ­
znaczali się w ielk im geom etryczn y m u p odoban iem
do płaskich pow ierzch n i i w ym ierzon ych linii. Na
egipskich freskach i m alow id ła ch w szystk o w y d a je
się płaskie, a czas jest posegm entow an y. N ie sposób
pow iedzieć, czy to jeden pisarz egipski rob i d w a ­
dzieścia różn y ch rzeczy, cz y też dw udziestu pisarzy
zajm uje się sw oją robotą. S tarożytni G recy osiągnęli
praw dziw e w y ra fin ow a n ie w zupełnym zin tegrow a ­
niu linii i fo rm y oraz w w izualnym potraktow an iu
kraw ędzi i płaszczyzn; w yra fin ow a n ie, w k tóry m nie
m ają sobie rów n ych . W szystkie p rzeryw n ik i i k ra ­
wędzie w Partenonie zostały starannie w yk on an e
i uporządkow ane w ten sposób, że w y d a ją się rów ne,
a jednocześnie tak rozm yślnie zaokrąglone, że spra­
w iają w rażenie płaskich. T rzon y kolum n rozszerzają
się lek ko w środku, b y w y d a w a ło się, że jed n olicie
zwężają się ku górze. N aw et ich p od sta w y są w środ­
ku w yższe o kilka cali niż po bokach, a b y platform a,
na której k olu m n y stoją, w yd aw a ła się absolutnie
równa.
Ludzie w y ch ow a n i w kulturze zachodn iej są w y ­
trąceni z rów n ow a g i brakiem przestrzeni w ew n ętrz­
nej w tych spośród g reck ich św iątyń, k tóre zacho­
w ały się w na tyle d ob ry m stanie, aby dać nam p ew ­
ne w yobrażen ie o ich ory gin a ln ej form ie, jak rip. w
świątyni H efa jstejon (znanej także jak o T ezejon)
z 490 r. p.n.e. na agorze w Atenach. W kulturze za­
chodniej p o ję cie gm achu re lig ijn eg o zaw iera w so­
bie ideę kom un ikow an ia przestrzennego. K a p lice są
n iew ielk ie i intym ne, katedry zaś w zbu dzają n aboż­
n y lę k i p rzyp om in ają o W szechś w iecie samą za­
mkniętą w nich przestrzenią. Giedion twierdzi, że ko­
p u ły i sklepienia b eczk ow e znane są ,,od sam ych p o­
czątków architektury... najstarsze zaś sklepienie łu ­
k ow e, od k ryte w Eridu, co fa nas aż do IV tysiąc­
lecia p.n.e.” . Jednakże m ożliw ości, ja k ie stwarza
kopuła i sklepienie w kreow an iu „suiperprzestrzemi” ,
nie zostały zrealizow ane przez R zym ian aż d o p ięć­
setn ych lat naszej ery. Istniała taka m ożliw ość, lecz
brak b y ło uśw iadom ien ia sobie zw iązku pom iędzy
człow iek iem a w iększą zam kniętą przestrzenią. L u ­
dzie Z ach odu nie postrzegali siebie w przestrzeni
jeszcze przez d łu gi czas. W istocie zaczęli d ośw iad­
czać w pełni siebie sam ych w przestrzeni na p ozio­
m ie codzien nego życia w sposób stopn iow y, z k o le j­
n ym w łączen iem poszczególn ych zm ysłów . Jak zoba­
czym y, oznaki n iesyn ch ron iczn ego rozw oju św iado­
m ości sen soryczn ej spotkać m ożna rów nież w sztu­
kach plastycznych.
P rzez w iele lat zain trygow an y b yłem czym ś, co
w y d a je się paradoksem w rozw oju sztuk plastycz­
nych. D laczego rzeźba g reck a o całe tysiące lat w y ­
przedzała g re ck ie m alarstw o? M istrzostw o w przed­
staw ianiu lu dzkiej postaci w rzeźbie osiągnięto w
starożytnej G re cji przed p ołow ą V stulecia p.n.e.
U m iejętność w yrażania istoty ruchu, aktyw ności, pu l­
sow an ia człow iek a w brązie i w kam ieniu, została
na zaw sze u trw alon a w takich dziełach jak W oźnica
z D e lf (470 r. p.n.e.), D y sk o b o l M irona (460— 450 r.
p.n.e.) czy zw łaszcza P osejd on w M uzeum na A k r o ­
p olu ateńskim . '^Odpowiedzią na ó w paradoks jest
fakt, iż rzeźba — ja k d ow od zi G rosser — jest sztuką
przede w szystk im d o ty k o w ą i kinestetyczną. Jeśli
sp o jrzy się na rzeźbę greck ą z tego punktu w idzenia,
ła tw iej ten fakt zrozum ieć. K om u nikat rzeźbiarski
p rzek azyw an y jest od m ięśni i staw ów jed n ego ciała
do m ięśni i sta w ów d ru giego ciała.
^ P rzekazy p ra w d ziw ej sztuki są nastaw ione na w ie -
llow ym iarow ość^ N iejedn okrotn ie m ija w iele lat, a na­
w et stuleci, zanim d o jd z ie do przekazu kom pletnego.^
N igdy nie m ożna m ieć w gru n cie rzeczy pew ności,
że arcydzieła w y ja w iły nam ju ż sw ó j ostatni sekret
i że w ie m y to w szystko, c o trzeba o nich w iedzieć.
A b y zrozu m ieć dzieło sztuki w ła ściw ie, trzeba og lą ­
dać je w ie le razy i w e jść w d ialog z artystą przez
jeg o w ytw ór. W procesie tym nie m oże b y ć pośred­
ników , pow in n iśm y b ow iem m óc postrzec w szystko.
W zgląd ten elim in u je rep rod u k cje. N aw et najlepsza
reprod u k cja m oże co n a jw y ż e j p rzyp om n ieć ogląd a­
jącem u coś, co już niegd yś w idział. S tan ow i ona w
najlepszym razie p ew ien elem ent w sp om a g a ją cy pa­
m ięć i n ie p ow in n o się je j m y lić z ory gin a łem czy
używ ać ja k o je g o substytutu. W eźm y p od uw agę
ch oćby p rob lem skali, k tóry w w yp a d k u rep rod u k cji
jest w ażn ym czyn n ik iem ogran iczającym . W szelkie
dzieła sztuki zostały w yk on a n e w o k reślon ej skali.
Zm ien iając skalę zm ieniam y w szystko. W dodatku
rzeźba odbierana jest n a jlep iej w ów czas, g d y m ożna
jej dotykać i patrzeć na nią z różn ych punktów .
W iększość m uzeów popełnia p ow ażn y błąd nie p o ­
zw alając zw ied za ją cym d otyk a ć rzeźb. C h cia łb ym w
tym rozdziale nak łon ić czyteln ika do w ielok rotn eg o
oglądania d zieł sztuki i do ustalenia w łasnych, oso­
bistych zw ią zk ów ze św iatem sztuki.
< A n a liza m alarstw a śred n iow ieczn ego ujaw n ia, jak
ów cześni artyści postrzegali świat. P sych olog G ibson
w yod ręb n ił i opisał trzynaście odm ian persp ek tyw y
i w rażeń w izu aln ych tow arzyszących postrzeganiu
głębi. A rty ści śred n iow ieczn i m ieli n ieja k ie rozez­
nanie w sześciu spośród nich. D o m istrzostw a doszli
w perspektyw ie pow ietrzn ej, w ciągłości konturu
i w perspektyw ie z lotu ptaika. C zęściow o znana b yła
też perspektyw a m ateriału, rozm iarów i sp acjow a n ie
linearne (patrz streszczenie p racy G ibsona w D o­
datku). B adanie sztuki śred n iow ieczn ej d ow od zi r ó w ­
nież tego, że ludzie Z a ch od u nie rozróżn iali w ów czas
jeszcze pola w izu aln ego (fak tyczn ego obrazu na siat­
ków ce) od św iata w izualnego, t j. od tego, co jest
postrzegane. Postać ludźlcą" odtw arzano nie tak, jak
odblJirHę^ona na siatkówce, lecz tak, jak była p o­
strzegana (w ludzkich ro zm ia ra ch ^ T łu m a czy to w iele
znam iennych, d ziw aczn ych efek tów w ów czesn ym
m alarstw ie. W N ational G a llery w W aszyngtonie
zn ajdu je się w ie le ob razów śred n iow ieczn ych ilustru­
ją cy ch ten problem : na obrazie U ratow anie św. P la-
cyda F ilip p o L ip p ieg o d w ie postaci w tle nam alo­
w ane są w w ięk szych rozm iarach niż d w aj m nisi m o­
d lący się z przodu sceny. Na S potkaniu św. A n ton ieg o
i św. Paw ia Sassetty d w aj św ięci są ty lk o trochę
w ięksi od dw u in n y ch postaci na ścieżce biegn ącej
ze w zgórza w tle o b ra zu ^ W iele przyk ładów średnio­
w ieczn ego św iata w izualnego znajdziem y też w ob ra ­
zach z X III i X I V stulecia, zn a jd u ją cych się w pa­
łacu U ffiz ich w e F loren cji. Na obrazie T eb y G herar-
do Starniny od m alow a n y jest port w id zian y z g ó ry —
łodzie na przystani są m niejsze od ludzi stojący ch
za nim i na brzegu, a skala postaci lu dzkich jest stała
p rzy w szystkich dystansach. D użo w cześn iejsze m o­
zaiki w R aw ennie, poch od zące z V stulecia n.e., w y ­
w odzą się z in n ej tra d y cji k u ltu row ej (bizantyjskiej)
i odznaczają się św iadom ą sw ego istnienia przem yśl­
ną trójw y m ia row ością pod jed n ym tylk o w zględem :
z w o je i esy flo re sy w idzian e z bliska są ilustracją
znajom ości zasady, że przedm iot, linię, płaszczyznę
czy pow ierzch n ię przysłan iającą czy zachodzącą na
in ny przed m iot bądź p ow ierzch n ię w idzi się od fro n ­
tu ow eg o przedm iotu (ciągłość konturu Gibsona).
Z m ozaik tych w yn osi się w rażenie, że B iza n ty jczy cy
p rzy w y k li żyć i p ra cow a ć w bliskim w zajem n ym za­
sięgu. N aw et w ów czas g d y m alują zw ierzęta, b u ­
d ow le czy miasta, m am y w rażenie w zrok ow e rzeczy
m alow an ych z bardzo b lisk iej odległości.'-.
W raz z renesansem w p row a d zon a została prze­
strzeń tró jw y m ia ro w a ja k o fu n k cja persp ek tyw y li­
nearnej, elim in u jąc tym sam ym jedn e średn iow iecz­
ne w yobrażen ia przestrzenne, a u w ydatn iając inneJP
\Dzięki tej n ow ej form ie przedstaw iania przestrzeni
zaczęto zw racać uw agę na różnicę pom iędzy św ia­
tem w izualnym i polem w izualnym , na rozróżn ien ie
pom iędzy tym , co człow iek w ie, a tym , co ezłowieik
'w idzi. O d k ry cie tzw. p ra w persp ek tyw y, p olega ją ­
cych na tym , że linie p ersp ek tyw iczn e zbiegają się
w p ojed y n czym punkcie, p rzyp isu je się g łó w n ie P aolo
Uccellemu^^którego m alow id ła zgrom adzon e są w g a­
lerii U ffizich w e F lorencji. C zy b y ło to zasługą U cce l-
lego, czy też nie, g d y tylk o praw a persp ek tyw y zo­
stały odkryte, szybko się rozp ow szech n iły i w k rótce
doszło do sk rajn ego ich sform u łow a n ia w takich dzie­
łach jak n iep ra w d op od ob n y obraz B otticellego O sz­
czerstw o. ^“ Jednakże w m alarstw ie renesansow ym
tkw iła od początku w rodzona sprzeczność. Z a ch ow a ­
nie statycznej przestrzeni i zorgan izow an ie je j ele­
m entów tak, ja k b y b y ły o n e w idzian e z p ojed y n cze­
go punktu, oznaczało w prak tyce potraktow an ie tr ó j­
w ym ia row ej przestrzeni w sposób d w u w y m ia ro w y ^
^Poniew aż n ieru chom e oko spłaszcza rzeczy w zasięgu
dalszym niż 4,8 m etra, m ożna b y ło tak w łaśnie p o­
stąpić > — p otraktow ać przestrzeń optycznie. T o
trom p e-l’oeil, tak popularne w renesansie i w n a ­
stępujących po nim epokach, ogarn iało przestrzeń
wizualną ja k o coś w id zian ego z jed n ego punktu. P e r­
spektyw a renesansow a nie tylk o ustaliła zw iązek
pom iędzy przestrzenią a postacią ludzką w sposób
ściśle m atem atyczny, narzu cając je j relatyw n e roz­
m iary przy różn ych dystansach, lecz także sp o w o ­
dowała, iż artysta zaczął p rzyzw ycza ja ć się do k om ­
ponowania i projek tow an ia. >
Od czasów renesansu artyści w p ad ają w m istycz­
ną pajęczyn ę przestrzeni i n o w y ch sp osobów sp oglą­
dania na rzeczy. G y o rg y K epes w spom ina w książce
The Language o f V ision, że L eon ardo da V inci, T in -
toretto i w ielu in nych m alarzy zaczęło m od y fik ow a ć
perspektyw ę linearną i tw orzy ć w iększą przestrzeń
przez w p row a d zen ie liczn y ch pu n któw zanikających .
W X V II i X V III stuleciu em piryzm renesansu i ba ­
rok u ustąpił bardziej dynam icznem u pojm ow an iu
przestrzeni, które b y ło i bardziej skom plikow ane,
i trudniejsze do zrealizowania. Przestrzeń w izualna
renesansu okazała się zbyt prosta i stereotypow a dla
artystów , k tórzy pragnęli m ieć sw obodn e pole do
poruszania się i tchnąć n o w e życie w sw e dzieła.
Zaczęto w ięc w yraża ć w sztuce n ow e rodzaje doznań
przestrzennych, co p row a d ziło do n ow ej św iadom ości
w ty ch spraw ach.
O brazy nam alow ane w ciągu m in ion ych trzystu lat
m ożna ułożyć w szereg od osobistych, in ten syw nych
w izualnie w y p ow ied zi R em brandta do B raqu e’a, trak­
tu jącego przestrzeń p ow ścią gliw ie i kinestetycznie.
O brazy R em brandta nie sp otkały się ze zrozum ie­
niem je g o w spółczesn ych i jest on, ja k się zdaje,
jed n ym z ż y w y ch p rzyk ła d ów n ow ego, innego sp oj­
rzenia na przestrzeń, k tóre dla nas jest dziś czym ś
w sposób k rzep iący dobrze znanym . Z adziw ia jące jest
zw łaszcza je g o u ch w ycen ie różn icy pom iędzy polem
w izualnym a w izu aln ym św iatem . W odróżn ien iu od
m alarzy renesansu, k tórzy rozp atryw ali w izualne zor­
gan izow an ie od legły ch przed m iotów w ten sposób, że
patrzący b y ł punktem stałym , R em brandt przyw ią­
zyw a ł szczególną w agę do tego, ja k się w idzi w ó w ­
czas, g d y punktem stałym jest oko, które się nie
porusza, lecz sp oczyw a na p ew n y ch sp ecyficzn y ch
fragm entach obrazu. Przez w ie le lat nie doceniałem
w pełni w ie d zy R em brandta o w idzeniu. W iększe je j
zrozum ienie sp łynęło na m nie niespodziew anie p ew ­
nego n iedzieln ego popołudnia. Płótna R em brandta są
bardzo ciek a w e w izualnie i patrzący łatw o w ik ła się
w paradoksy. S zczegóły, które w yg lą d a ją ostro i kan­
ciasto, zam azują się, g d y tylk o się do n ich p rzy b li­
żym y. B adałem ten w łaśnie efek t (jak blisk o m ożna
podejść, zanim szczegóły zaczną się roztapiać), k iedy
dokon ałem w ażn ego od k ry cia w odniesieniu do sztu­
ki R em brandta. G d y tak eksperym entując ogląda­
łem jeden z autoportretów , uw agę m oją przyk u ł cen ­
tra ln y punkt m alow idła, ok o Rem brandta. K om p o­
zycja oka w stosunku do reszty tw arzy była tego
rodzaju, że g łow ę postrzegało się ja k o tró jw y m ia ro ­
wą i pełną życia, jeśli tylk o p atrzyło się na nią
z od p ow ied n iej odległości. Zrozu m iałem natychm iast,
że R ęm brandt odróżniał w idzen ie fow ea ln e od m a-
kularnego i p ery fery czn eg o! S ta lo w a ł pole w izualne,
~a nie k on w en cjon a ln y św iat w izualny, ja k to czy ­
nili je g o współcześniTęSTłumaczy to, d laczego obrazy
Rem brandta stają się trójw y m ia row e, g d y ogląda się
je z w ła ściw y ch od ległości (które trzeba ok reślić w
drodze e k s p e ry m e n tó w jr^ rz e b a p ozw olić oczom , b y
skupiły się i sk on cen trow a ły na fra gm en cie nam a­
low anym n a jw y ra źn iej i z n ajw iększą dokładnością
i stanąć w odległości, p rz y k tó rej fow ealn a strefa
siatków ki (strefa najostrzejszego w idzenia) p ok ry w a ć
się będzie ze strefą m aksym alnej d okładn ości o b ra ­
zu. W ów czas rejestry pola w izu aln ego artysty i o d ­
biorcy się zbiegną. W tym w łaśn ie m om en cie tem aty
Rem brandta nabierają życia, stają się w zd u m iew a ­
jący sposób realistyczne. Jest rów n ież rzeczą pew ną,
że R ęm brandt nie przesuw ał w zrok u od oka do oka,
jak to robi w ie lu A m eryk a n ów , g d y spoglądają na
kogoś z od ległości 1,2— 2,4 m etra. P rzy od ległości tej
m alow ał on w yraźn ie tylk o jed n o ok o (por. M ęż cz y z ­
na w stroju w schodnim w M uzeum A m sterdam skim
czy tzw. P olski szlachcic w N ational G a llery o f A rt
w W aszyngtonie). W płótn ach R em brandta w y czu w a
się narastające zrozum ienie i św iadom ość p rocesów
w izualnych, zapow iadającą d ziew iętn astow ieczn y im ­
presjonizm .
H obbem a, m alarz holenderski, w spółczesn y R em -
brandtow i, w yrażał zm ysł przestrzeni zupełnie ina­
czej, w sposób bardziej na ow e czasy k on w en cjon a l­
ny. Jego w ielk ie, bardzo d rob ia zg ow e ob razy życia
w iejskich ludzi składają się z w ielu od d zieln y ch scen.
A by je należycie ocen ić, trzeba do nich p od ejść na
odległość 0,6 do 1 m etra. P rzy tym dystansie oglą ­
dający zm uszony jest do poruszania g łow ą i kręcenia
szyją, aby m óg ł dokładnie w szystko obejrzeć. M usi
patrzeć w g ó r ę na drzew a, w d ó ł na strum yk
i n a w p r o s t na partie środkow e. R ezultat jest
rzeczywiście interesujący. Czujemy się tak, jakbyśmy
spoglądali przez szerokie okn o z taflow eg o szkła na
holenderski k ra job ra z sprzed trzystu lat.
<^Świat p ostrzeżen iow y im presjon istów , surrealistów ,
abstrakcjon istów i ekspresjon istów szokow ał całe p o­
kolenia o d b iorcó w , gdyż nie zgadzał się z p otoczn y­
m i p ojęcia m i za rów n o o sztuce, jak o p ercep cji. A le
w szystk o to stało się z czasem zrozum iałe. Im resjo-
nizm z przełom u X I X i X X w iek u zapow iadał pew ne
w łaściw ości w idzenia, które zostały później tech­
nicznie opisane przez G ibsona i jeg o uczniów . G ibson
dok on ał rozróżn ien ia pom ięd zy św iatłem otaczającym
nas, które rozśw ietla p ow ietrze i od b ija się od przed­
m iotów , a św iatłem prom ien iu jącym , które jest d o ­
m eną fizyk ów . Im resjoniści, d ocen iają c znaczenie
św iatła otaczającego w postrzeganiu, u siłow ali u ch w y ­
cić je g o sp ecy ficzn y charakter. O brazy M oneta przed­
staw iające katedrę w Rouen, od m alow u jące tę samą
fasadę, lecz p rzy odm ien nym ośw ietleniu, są w y ­
m ow n ą ilustracją roli św iatła lokalnego. W ażnym
założeniem w im presjonizm ie jest to, że nie p rzyw ią ­
zu je w a g i do m iejsca, w k tórym stoi patrzący, "lecz
k on cen tru je się na p rzestrzen i.^
< S isley , zm arły w rok u 1899, b y ł — podobn ie jak
w iększość im p resjon istów — m istrzem perspek tyw y
p ow ietrzn ej. Degas, Cezanne i M atisse uznaw ali in ­
tegraln y, stały i og ra n icza ją cy charakter linii sym ­
b o lizu ją cy ch krańce. W spółczesne badania tych czę­
ści k o ry m ózg ow ej, które rządzą zm ysłem w zroku,
dow odzą, że m ózg „w id z i” n a jw y raźn iej krańce> T a­
k ie k raw ęd zie jak u M ondriana w y w ołu ją coś w ro­
dzaju szoku k orow eg o, k tórego natura nie dostarcza
nam nigd y. R aoul D u fy przejrzystą św ietlistością
sw oich ob ra zów zdołał u ch w y cić rolę p ow id ok u .1
B raąu e podkreślał rela cję pom iędzy zm ysłam i kin e-

1 Term in W ł. W itw ickiego. (Frzyp. tłum .)


stetycznym i a w izu a ln ym i starając się św iadom ie
w prow adzić przestrzeń dotykow ą. Istoty m alarstw a
B raque’a nie da się odczytać z rep rod u k cji. Istnieje
po tem u w ie le p o w od ów , ale b od a j n ajw ażn iejszy
jest ten, że p ow ierzch n ia ob ra zów B ra q u e’a m a w y ­
raźną fakturę. Ona w łaśnie skłania od b iorcę d o p rzy ­
bliżenia się na tyle, b y b y ć w zasięgu n am alow an ych
przedm iotów . O brazy B ra q u e’a są za d ziw iająco reali­
styczne, jeśli się je w e w ła ściw y sposób zaw iesi i oglą ­
da z należytego dystansu. R ep rod u k cje natom iast nie
dają tego efektu. U trillo dał się p ojm a ć p erspek ty­
w ie przestrzeni w izu aln ej, choć w m n iejszym stopniu
niż artyści renesansu. W p raw d zie nie u siłow ał p od ­
rabiać natury, jednakże obrazy jeg o stw arzają w ra ­
żenie, że m ożna b y przechadzać się w ich przestrze­
niach. P aul K lee w iąże czas z przestrzenią i z d y ­
nam iczną je j p ercep cją w trakcie poruszania się.
Chagall, M iró d K an din sky zdają się św iadom i tego,
że czyste k o lo ry — zw łaszcza czerw on y, niebieski
i zielony — nabierają ostrości w różn ych m iejscach
siatków ki i że za pom ocą operow ania sam ym i tylk o
koloram i da się uzystkać efek t sk rajn ej głębi.
W spółcześni k olek cjon erzy sztuki m odern istyczn ej
zachw ycają saę b o g a ty m i zm ysłow o dziełam i tw ó r­
ców eskim oskich, po części zapew ne dlatego, że sztu­
ka ta ma dużo w sp óln ego z m alarstw em K leego,
Picassa, B ra q u e’a i M o o re ’a. Zachodzi jedn ak nastę­
pująca różnica: w szystko, co robią Eskim osi, w y w o ­
dzi się z ich życia n ieja k o na m arginesie świata
i pozostaje w zw iązku z przystosow yw an iem się do
w rogiego, d y k tu ją ceg o tw arde w arun ki środow iska,
które nie dopuszcza niem al żadnego m arginesu błę­
dów. ^Dzisiejsi artyści Zach odu p rób u ją natom iast
przez sztukę św iadom ie m obilizow a ć zm ysły i elim i­
nować niektóre z p rocesów tran slacyjn ych , jak ich
wym aga tzw. sztuka obiek tyw n a.^ S ztu ka Eskim osa
m ówi nam o tym , że ży je o n w b oga tym zm ysłow o
środowisku naturalnym . D zieła artystów w sp ółczes­
nych m ów ią o czym ś w ręcz o d w r o tn y m ^ B y ć m oże,
z tego w łaśnie p ow od u tak w ie le osób odczuw a, że
sztuka w spółczesna w ytrąca ich z rów now agi. ^
N ie sposób na tych kilku stronach n a leżycie ocenić
d z ie jó w w zrastającej św iadom ości człow iek a : na p o­
czątku św iadom ości sam ego siebie, potem św iado­
m ości środow iska, św iadom ości siebie, przyrów n an ego
do środow iska, w reszcie św iadom ości w zajem n ych
relacji p om ięd zy sobą a środow iskiem . M ożna co n a j­
w y ż e j d zieje te z grubsza naszkicow ać i pokazać, że
dow odzą one, iż człow iek ż y je w w ielu św iatach po^
strzeżen iow ych i że sztuka stanow i jed n o ze szcze­
g óln ie b og a ty ch źródeł za w iera ją cych dane dotyczące
naszego postrzegania. Sam artysta, jeg o dzieła, b a ­
dania nad sztuką w kontekstach m iędzyk u ltu row ych ,
w szystko to dostarcza cen n ych in form a cji nie tyle
0 treści, ile o znacznie istotniejszej strukturze róż­
n y ch św iatów p e rce p cy jn y ch człow ieka. W rozdziale
V III rozw a ży m y relację p om iędzy treścią a strukturą
1 om ów im y p rzyk ła d y z in n ej dziedzin y sztuki, z li­
teratury, która także o b fitu je w interesujące nas
in form acje.
V III

JĘZYK PRZESTRZENI

^P ierw szym antropologiem , k tóry u w yd a tn ił zw iązek


pom iędzy języ k iem a kulturą, b y ł Franz B o a s ^ D o ­
szedł do tego w najp rostszy i n a jb a rd ziej oczy w isty
sposób: analizując słow n ictw o d w óch ję z y k ó w i u ja w ­
niając rozróżnienia rob ion e przez ludzi z różn ych
kultur. Na przyk ład dla w iększości tych A m ery k a ­
nów, k tórzy n ie są am atoram i ja zd y na nartach, śnieg
jest n iczym in nym jak częścią sk ładow ą p og od y
i słow n ictw o nasze ogranicza się do d w óch tylk o ter­
m inów , pu ch i „ b r e ja ” . W język u E skim osów istn ieje
w iele term inów . K ażd y z nitih określa śnieg w róż­
nym sitanie i w różn ych w arunkach, co św iadczy
o p otrzebie d ok ład n ego słow n ictw a , które op isy w a ­
łob y nie tyle pogodę, co og óln iejsze w łaściw ości śro­
dow iska naturalnego. Od czasu B oasa a n trop ologow ie
poznają coraz szczegółow iej ow ą istotną rela cję —
pom iędzy język iem a kulturą — i zaczynają posłu gi­
w ać się coraz b ie g le j danym i język ow y m i.
^ A n alizy lek sykaln e w iążą się zazw yczaj z bada­
niem tzw . ku ltur egzotycznych . B en jam in L ee W h o rf
w sw ej książce Language, T h ou gh t and R ea lity p o ­
szedł d a lej w sw y ch kon k lu zja ch niż Boas. W ysunął
tezę, że każd y ję z y k o d g ry w a d ecyd u jącą rolę w
kształtow aniu św iata postrzeżen iow ego ludzi, którzy
się nim p o słu g u ją i^ R o z cz ło n k o w u je m y naturę w zdłu ż
linii w y ty czo n y ch przez nasze o jczyste język i. K a te-
gorie i typy, jakie w yod ręb n ia m y w św iecie zjaw isk,
nie są w nim w istocie zawarte... w ręcz przeciw nie,
św iat jawi się nam ja k o k a lejd osk op ow y strum ień
w rażeń, k tóry m usi b y ć u p orządk ow an y przez nasze
um ysły — to zaś oznacza przede w szystkim system y
języ k ow e naszych um ysłów . D ok on u jem y podziału
rzeczyw istości, p orzą d k u jem y ją za pom ocą p ojęć
i p rzyp isu jem y je j sens, pon iew aż jesteśm y stroną
zaangażow aną w um ow ę, b y up orządk ow ać ją w taki
w łaśnie sposób -— um ow ę, k tórej przestrzega się w
ob ręb ie naszej w sp óln oty ję zy k ow ej, która została
sk od yfik ow a n a w e w zorca ch naszego języka. U m ow a
ta, oczyw iście, została zawarta im plicite i nie w y p o ­
w iadało się je j na głos, ale kategorie je j m ają ch a­
rakter ob ow ią zu ją cy , nie m ożem y m ów ić in aczej jak
tylk o godząc się na u p orządk ow an ie i k la sy fik a cje
danych, które um ow a taka ustala.”
K on tyn u u jąc, W h o rf zw raca uw agę na m om enty
szczególnie w ażne dla w spółczesn ej nauki:
„...żadna jednostka ludzka nie jest na tyle nieza­
leżna, b y m ogła op isyw a ć rzeczyw istość w sposób
absolutnie bezstronny, lecz zm uszona jest do posłu­
giw ania się p ew n y m i ram am i in terpretacyjn ym i na­
w et w ów czas, g d y uw aża się za n ajbardziej nieza­
leżną.”
W h o rf straw ił w iele lat na badaniach język a Hopi,
Indian ż y ją cy ch w śród pustyń półn ocn ej A rizon y.
N iew ielu b ia ły ch ludzi, a b yć m oże naw et n ie ma
takich w cale, m oże tw ierdzić, że opan ow ało język
H opi w sposób b ieg ły , ch oć jedn i radzą sobie z nim
lep iej od innych. W h o rf w y k r y ł przyczynę n iektó­
ry ch spośród ty ch trudności, g d y zaczął rozw ażać
p ojęcia czasu i przestrzeni u H opi. W ich język u nie
m a słow a, które od p ow ia d a łob y naszem u „cza sow i” .
P on iew aż czas i przestrzeń są organicznie splecione
z sobą, w yd zielen ie w ym ia ru czasow ego zm ien iłoby
natychm iast w y m ia r przestrzenny. „H opi m yślą
o św iecie tak — pow ia d a W h o rf — że nie m a w nim
ja k iejś w y im a g in ow a n ej przestrzeni... nie potrafią
um iejscow ić m yśli gd ziek olw iek , lecz w yłą czn ie w
konkretnej przestrzeni, ani też nie potrafią oddzie­
lić przestrzeni od w y n ik ó w m yślen ia.” In n ym i s ło ­
wy, H opi nie um ieją „w y o b ra zić sob ie” czegoś takie­
go jak p iek ło czy niebo m isjon arzy. N a jw y ra źn iej
nie istn ieje dla n ich przestrzeń abstrakcyjna, coś, co
w yp ełnia się przedm iotam i. N aw et nasze m eta fory
przestrzenne w y d a ją się im obce. M ów ien ie o „p r z y ­
jęciu ja k iejś d rogi postęp ow a n ia ” Czy o „zrob ien iu
czegoś na czyim ś m iejscu ” to dla H opi kom pletn y
nonsens. W h o rf d ok on a ł rów nież porów n an ia sło w ­
nictw a angielskiego i H opi. C h oć Indianie ci sta­
w iają m asyw n e d om y z kam ienia, m ają bardzo n ie­
w iele słów na określen ie przestrzeni tró jw y m ia ro ­
w ych ; n iew iele od p ow ied n ik ów takich rzeczy, jak
pom ieszczenie, p ok ój, hall, korytarz, krypta, p iw n i­
ca, poddasze i tym podobne. Co w ięcej, pisze W h orf,
„w społeczeństw ie H opi nie istn ieje coś takiego jak
in dyw idualne posiadanie p ok oju i in d yw id u aln y
zw iązek z pom ieszczeniem ” . U H opi pom ieszczenie
jest n a jw y ra źn iej czym ś w rodzaju m ałego kosm osu,
poniew aż „przestrzenie tego rodzaju, co izby, p ok oje,
halle nie są w gru n cie rzeczy nazyw an e tak, jak
nazywane są przedm ioty, lecz raczej um iejscaw iane,
lokalizow ane, tzn. określa się położen ie in n ych rzeczy
tak, że w sk azu je się ich lok a liza cję w tego rodzaju
przestrzeniach” .
Antoine__de^ St-E xu p ery pisał i m yślał po fra n cu ­
sku. Jak w ielu in n y ch pisarzy, rozw ażał języ k i prze­
strzeń, a w L o cie do A rras w y p o w ied zia ł sw ój p o ­
gląd na tem at ekstern alizu jących i in teg ru ją cych
fu n k cji język a:
„C zym jest od ległość? W iem , że w szystko, co na­
prawdę d otyczy człow iek a, nie da się p oliczyć, zw a­
żyć i zm ierzyć. P raw d ziw a odległość nie jest kw estią
oka; jest kw estią um ysłu. Jej w artość jest w artością
językow ą, gdyż to język w łaśnie w iąże ze sobą
rzeczy.”
E dw ard Sapir, n au czyciel i m istrz W h orfa , r ó w ­
nież n iezw y k le sugestyw nie pisał o rela cji pom iędzy
człow iek iem a tzw. św iatem obiek tyw nym .
^ e s t to całkowite złudzenie wyobrażać sobie, że
p rzystosow u jem y się do rzeczyw istości zasadniczo bez
udziału język a i że ję zy k jest tylk o p rzypa dk ow ym
środkiem , za p om ocą k tórego rozw iązu jem y problem
porozum iew ania się i reflek sji. W gru n cie rzeczy
realn y św iat kon stru ow an y jest w znacznej m ierze
na podstaw ie n a w y k ó w ję z y k o w y ch danej grupy.^N.
W p ły w m y śli Sapara i W h orfa w y k ro cz y ł daleko
poza w ąskie gran ice język ozn aw stw a opisow ego
i antropologii. Ich w łaśnie pom ysły sk łon iły m nie do
przejrzen ia k ieszon k ow ego słow nika oksford zk iego
i w yp isan ia w szelk ich term in ów odn oszących się do
przestrzeni lu b m a ją cy ch przestrzenne kon otacje.
W stępna lista o b ję ła blisk o pięć tysięcy term inów ,
które m ożna sk la syfik ow a ć ja k o odnoszące się do
przestrzeni. S tan ow i to 20 p rocen t słów zam ieszczo­
n y ch w słow n iku oksford zkim . I choć tkw ię głębok o
w e w łasnej kulturze, od k ry cie to b y ło dla m nie bar­
dzo zaskakujące.
W spółczesn y pisarz fra n cu sk i G eorges M atore w
książce L,’E space hum ain zanalizow ał historycznie
m eta fory w tekstach litera ck ich jak o środki p rzy ­
bliżania się do czegoś, co nazw ał nieśw iadom ą g e o ­
m etrią lu d zk iej przestrzeni. A n a lizy jeg o dow odzą
gru n tow n ej zm iany, jaka zaszła p om iędzy renesan­
sow y m w yob ra żen iem przestrzeni, geom etryczn ym
i intelektualnym , a w spółczesn ym akcentow aniem
„d ozn a w an ia ” przestrzeni. ^Dzisiejsze p ojęcie prze­
strzeni zaw iera w sobie w ię ce j r u c h u i w ych od zi
poza przestrzeń w izualną ku znacznie głębszej prze­
strzeni zm y słow ej. ;>

L IT E R A T U R A J A K O K L U C Z DO PERCEPCJI

A n aliza M atorego zbliżona jest pod p ew n ym i w zg lę­


dam i do tego, co stosow ałem sam w trakcie w łasn ych
badań, p is a r z e , p od ob n ie ja k m alarze, często z a j­
m ują się przestrzenią.^W yniki p rzek a zyw an ych przez
nich p ercep cji uzależnione są od stosow ania trop ów
w izualnych i innych, za pom ocą k tó ry ch w prow adza
się zbliżenia różnego slopnia. W św ietle tego, czego
dokonano z język iem , w yd a w a ło się praw dopodobn e,
że badania literatu ry m ogą d ostarczyć takich da­
n ych o p ercep cji przestrzeni, k tóre m ógłb y m sk on ­
fron tow a ć z in form a cja m i otrzym an ym i z in n y ch
źródeł. Zadaw ałem sam tob ie pytanie, czy jest rze­
czą upraw nioną p osłu giw ać się tekstam i literack im i
jako danym i raczej niż ja k o opisam i. Jaki b y łb y
rezultat, g d y b y zam iast rozp atryw ać ob ra zy stw o­
rzone przez autora jak o p ew n e k on w e n cje literackie,
rozw ażać je ja k o pew n e w zorco w e system y p rz y ­
pom nień, w y zw a la ją ce w czyteln iku określon e o b ra ­
zy? W tym celu n ależałoby pozn aw ać literaturę nie
tylk o dla p rzyjem n ości czy też dla u ch w ycen ia w ą t­
ku czy intrygi, lecz poznaw ać ją z pełną św iado­
m ością rów n ież i po to, b y zbadać zasadnicze skład­
niki przekazów , ja k ie przesyła autor czyteln ik ow i
po to, b y m óg ł on tw orzy ć w łasne doznania prze­
strzenne. Trzeba przy tym pam iętać, że k om u n ik o­
w anie się przebiega na w ielu płaszczyznach; to co
jest relew an tn e na jed n ej z nich, nie m usi b y ć re le -
w antne na innej. Starałem się g łów n ie u w ydatn ić
tę płaszczyznę, do k tó re j odnoszą się dane sensoryczne
opisane w rozdziałach IV, V i V I. P rzytoczon e p o­
niżej fragm en ty zostały oczyw iście w y rw a n e z k on ­
tekstów , przez co zatracają one ń ieco sw ój sens o r y ­
ginalny. Qvtimo to jedn ak zdają one spraw ę z tego,
jak w ie lcy pisarze postrzegają i kom u n ik u ją zna­
czenie przestrzeni ja k o jed n ego z w ażn ych ku ltu ro­
w o elem en tów w stosunkach m ię d z y lu d z k ic h .^
W edle M arshalla M cL uhana tró jw y m ia row a p er­
spektyw a w izualna p oja w ia się po raz p ierw szy w
literaturze w K ró lu L ea rze. E dgar stara się przek o­
nać oślepłego G loucestera, że oba j stoją na szczycie
urwiska w D over:
Jesteśmy na miejscu.
Stójcie spokojnie. — O, jakie to straszne,
Jak to odurza patrzeć w taką głębię!
Wrony i kawki krążące w pośrodku
Ledwie wydają się wielkości chrząszczów.
W połowie chyba wisi jakiś człowiek,
Zbierając morski kopr, okropna czynność!
Zda mi s'ę, że się wydaje nie większym
Jak jego głowa. Rybacy, chodzący
Owdzie wzdłuż brzegów, rzekłbyś, że to myszy;
A ów ogromny statek na kotwicy
Wygląda jak czółenko; jego czółna
Jak morskie boje, ledwie dostrzegalne.
Głuchy ryk fali bijącej o piaski
Tu dojść nie może. Nie będę już patrzał,
Bo mi się w mózgu zawraca i mógłbym
Stoczyć się w przepaść.1

Obraz p oetyck i opiera się na obrazie w izualnym


w zm a ga ją cy m efek t przestrzeni w idzian ej ze w z g ó ­
rza. Fragm ent osiąga punkt k u lm in acyjn y niezależ­
nie od tego, czy czytany jest głośno, czy też nie.
W jeg o zakończeniu, podobn ie ja k na początku, w y ­
w ołan e jest p oczu cie zaw rotu g łow y . C zytelnik ma
w rażenie, że porusza się razem z G loucesterem .
W ald en Thoreau został w yd a n y przeszło sto lat
temu, rów n ie d obrze jedn ak m óg łb y 'być napisany
w czora j:
„Jedn ą z niedogodności, k tórych doznaw ałem w
tak m ałym dom u, b y ły k łop oty w zachow aniu n ale­
żytego dystansu od m ojego gościa w tych ch w ilach ,
g d y zaczynaliśm y rozm aw iać o w ielk ich spraw ach
u ży w a ją c w ie lk ich słów . M yślom potrzebna jest prze­
strzeń, b y m og ły one nabrać pow ietrza w żagle i zro­
b ić k ilk a kursów , zanim d ob iją do portu, j P ocisk
m yśli m usi u p orać się z bocznym rykoszetow ym
ruchem i w paść w ostatni prosty kurs, zanim dojdzie
. 1 Szekspir, K r ó l L ear, A k t IV , scena 6, przełożył J. P aszkow ­
ski.
do ucha słuchacza, w p rzeciw n ym b ow iem .razie
m ógłb y m u w ry ć się w g łow ę. Tak sam o zdania,
które w yp ow ia d a m y , potrzebu ją przestrzeni, b y roz­
w inąć się i u fo rm o w a ć w przeryw a n e kolum ny. Jed­
nostki, p odob n ie jak narod y, m uszą m ieć pom iędzy
sobą dostatecznie rozleg łe i naturalne granice, a na­
w et pokaźne pasy neutralne... W m oim dom u zn aj­
dow aliśm y się tak blisk o siebie, że nie m ogliśm y za­
cząć słuchać... Jeżeli m ó w im y g a d a tliw ie i głośno,
godzim y się na to, b y stać blisko siebie tw arzą w
twarz i czuć s w o je od d ech y; ale jeśli m ów im y z re­
zerw ą i nam ysłem , ch cem y zn a jd ow a ć się trochę
dalej, tak aby zdążyły w y p a ro w a ć zw ierzęce ciepło
i w ilg o ć.”
W tym krótkim fra gm en cie T h orea u porusza w iele
spraw om aw ia n y ch w n in iejszej książce. Jego u w raż­
liw ien ie na potrzebę pozostaw ania poza obrębem
strefy term iczn ej i zap ach ow ej (tj. takiej, przy k tó­
rej czu je się czy jś od d ech i cie p ło ciała), jeg o w alk a
o w iększą przestrzeń, w k tórej d och od ziły b y do
głosu w ażne m yśli, św iad czy o n ie ś w ia d o m y ch m e­
chanizm ach w yczu w an ia i regulow an ia o d l e g ło ś c ią ^
P ow ieść B utlera D roga człow iecza p rzeczytałem po
raz pierw szy, g d y b y łem ch łopcem . P am iętam do
dziś jeg o plastyczne obrazy przestrzenne. K ażdy
utw ór literacki, k tóry zostaje z czyteln ik iem przez
trzydzieści p ięć lat, w art jest p on ow n ego p rzejrze­
nia; p ow róciłem w ię c do Butlera. Poniższa scena
rozgryw a się na sofie, k tórej Christina, m atka E rn e­
sta, używ a ja k o p sych ologiczn ego środka po to, b y
w yd oby ć zw ierzenia ze sw ego syna. Christina m ów i
do Ernesta:
„M ó j n ajd roższy ch łop cze — rozpoczęła m atka,
biorąc g o za rękę i składając ją w sw ej dłoni —
przysięgnij m i, że n ie będziesz n igd y czuł lęk u ani
w obec tatusia, ani w o b e c m nie. P rzyrzek n ij m i, n a j­
milszy, jeśli m nie kochasz, p rzyrzek n ij m i — ca ło­
w ała g o raz za razem i głaskała po w łosach. A dru ­
gą ręką ch w y ciła g o m ocn o i postanow iła nie w y ­
puścić... — O tw oim życiu w ew nętrznym , m ój drogi,
w iem y tylk o tyle, ile zdołam y w b re w tobie w y w n io ­
sk ow a ć z okruszków , które czasem ci się w ym yk ają,
zanim zdążysz zauw ażyć, że już je pow iedziałeś.
C hłopiec drgnął: Z ro b iło m u się gorąco i ogarnęło
g o uczucie niepew ności. D oskonale w iedział, że n ieu ­
stannie p ow in ien m ieć się na baczności, a jednak,
ch oć uw ażał na każde słow o, od czasu do czasu za­
pom in ał o sw ej roli i w padał w zdradliw ą natural­
ność. M atka zauw ażyła, że drgnął, i ucieszyła się
z draśnięcia, które zadała m u talk celnie. G d y b y była
m n iej pew na zw ycięstw a, w yszłab y na tym lepiej
i o d m ó w iła b y sobie przyjem n ości dotykania oczu [...]
na koniuszkach rożk ów ślim aka, żeby z za d ow ole-
nim p rzyp a tryw a ć się, jak ślim ak znow u je chow a,
ale uw ażała, że n iep rzyja ciel, k tórego zdołała u w ię­
zić p rzy sobie na kanapie i u ch w y cić m ocn o za rękę,
zdany jest na je j łaskę i niełaskę, w ięc m oże zrobić
z nim w szystko, na co je j p rzyjd zie och ota ...”2
B u tler posłu gu je się dystansem in tym n ym inten­
sy w n ie i p recyzyjn ie. E fekt fizyczn ej blisk ości i k on ­
taktu, ton głosu, g o rą cy p rzy p ły w niepokoju , per­
cep cja drgań tw arzy dow odzą tego, jak skutecznie
i z jaką prem ed ytacją w darto się w indyw idualną
„o to cz k ę ” Ernesta.
T T ed n ą ze szczególn ych cech pisarstw a M arka
T w aina są d eform a cje przestrzeniS>Czytelnik słyszy
o rzeczach, które są niem ożliw e i które zdarzają się
w n iem ożliw ych przestrzeniach. Ż y ją c na skraju
W ielk iej P rerii, M ark Twadn zn ajdow ał się pod prze­
m ożn ym w p ły w e m p ojęcia granicy. O brazy je g o szar­
pią, naciskają, p rzygniatają i napinają, aż czytelnik
dostaje zaw rotu g ło w y . Ilustracją tego n iew ia ry god ­
nego zm ysłu paradoksów przestrzennych jest W izyta
hapitana S torm fielda w niebie. K apitan S torm field
spędził trzydzieści lat na p od róży do nieba i op o­

* Przeł. J. Schw ak opf, W arszaw a 1960, s. 269— 270.


w iada sw ojem u p rzy ja cie lo w i P etersow i o w yścigu ,
w ja k i w d a ł się z n iezw y k le w ielk ą kom etą:
„C oraz b a rdziej zbliżałem się do je j ogona. Czy
wiesz, jak to b y ło ? Jechałem pełn ym biegiem , ale
m im o to na zew nątrz m usiałem w y d a w a ć się pchłą
pełzającą po k on tyn en cie A m eryk i. P rzeb y łem ok oło
stu pięćd ziesięciu m ilion ów m il, ale nie dostałem się
jeszcze naw et d o je j talii, jeśli tak m ożna p o w ie ­
dzieć o k om ecie.”
T u następuje opis w y ścig ó w , a także podniecenia
i zainteresow ania w śród „stu b ilio n ó w pasażerów ” ,
którzy „w y r o ili się na p ok ła d ” :
„ A w ięc, Peters, ciągle w ysu w a łem się po trochu
naprzód, aż w reszcie dostałem się na w ysok ość d zio­
ba tego starego statku. W tym czasie w yszed ł na
pokład i kapitan k om ety: stał teraz ob ok sternika,
w m ankietach i pantoflach, z potargan ym i w łosam i,
w pod a rtym nieprzem akalnym płaszczu. B oże m ój
m iłosierny, ja k ie żałosne m ieli p rzy tym m iny! D o­
praw dy, nie m ogłem się pow strzym ać od zagrania
im na nosie, huknąw szy przy tym na całe gard ło:
— Do w idzenia! D o w idzen ia! M oże zaw ieźć od
was jakąś w iad om ość żon ie i dzieciom ?
T o b y ł błąd, Peters. Tak, późn iej nieraz ża łow a­
łem tego pow iedzen ia — b y ło ono napraw dę b łę ­
d em .” 3
P om ija ją c paradoksalność, jest tu w iele rzeczy w i­
stych szczegółów . D zie je się tak dlatego, że w szelk ie
opisy, o ile m ają b y ć p rzek on yw a ją ce, muszą zacho­
w ać zgodność pom ięd zy postrzeganym i detalam i
a odległością, z k tórej się je fak tyczn ie rozróżnia.
Takie spostrzeżenia jak potargane w ło sy kapitana
i w yraz m a lu ją cy się na tw arzach kapitana i ster­
nika m ożliw e są w ob ręb ie fazy bliższej dystansu
publicznego (zob. rozdział X ).
-~St-Exupery m iał niesłychane w yczu cie przestrzeni

3 Tłum aczenie anonim ow e w T rzyd zieści trz y op ow ieści, C zy­


telnik, W arszaw a 1973.
in d y w id u a ln ej i in tym n ej, jak rów nież sp oro w ie ­
dzy o tym , jak k om u n ik ow ać się za pom ocą ciała
i zmysłóW -^W pon iższych fragm en tach N ocn ego lotu
trzy zdania opisują trzy zm ysły i tyleż dystansów :
„W stała, otw orzy ła okno, uczuła na tw arzy tchn ie­
nie w iatru. P o k ó j ich w zn osił się nad m iastem . Z są­
siedniej kam ien icy, w k tórej tańczono, w iatr p rzy ­
nosił dźw ięki jakiejś tanecznej m elodii — była to
godzina zabaw y i sp oczyn k u .”
N ieco p óźniej, g d y je j mąż lotnik w ciąż jeszcze
śpi:
„P atrzyła na jeg o silne ram iona, w k tórych za g o ­
dzinę w a żyć się będzie los k om u n ik a cji z Europą,
na k tóry ch zaciąży w ielk a od pow iedzialność, jak
g d y b y za losy ca łego miasta.
...Te jeg o pieszczotliw e ręce są jed y n ie obłaska­
w ion e, g d yż p ra w d ziw y ich trud i przeznaczenie są
je j nie znane. Zn a uśm iechy tego człow ieka, jeg o
pieszczoty, ale nie zna jeg o bosk ich gn iew ów , gdy
w a lczy z burzą. P rzyw iązyw ała g o do siebie tk liw y ­
m i w ięzam i: m uzyką, m iłością, kw iatam i, ale za
każdym razem w godzinę odjazdu w ięzy te opadały
zeń i zdaw ało się, że nie bolał nad tym w ca le .”4
W P ro cesie K a fk a przeciw staw ia sobie zach ow a­
nia E u ro p e jczy k ó w z p ółn ocy i z pbłudnia. O ich
k on w en cja ch w traktow aniu dystansu w ęch ow eg o
m ów i n astęp u jący fragm ent:
„O d p ow ied zia ł kilk om a gładkim i zdaniam i, które
W łoch p rzy ją ł znow u ze śm iechem , przy czym k ilk a­
k rotn ie p ogład ził n erw ow o ręką sw ój stalow osiw y
krzaczasty wąs. Ten wąs b y ł z pew nością p erfu m o­
w any, w p rost kusił, aby zbliżyć się i p ow ą ch ać.”
K a fk a b y ł w pełni św iadom sw ego ciała i jeg o
w ym agań przestrzen nych w trakcie poruszania się.
J ego kryterium zatłoczenia oparte jest na ogran icze­
niach ruchu:

* Przekład M. Czapskiej i St. Stem pow skiego, W arszaw a 1963,


S. 42— 43.
„P ożegn aw szy się z D yrek torem przystąpił do K.,
i to tak blisko, że K. m usiał odsunąć sw ój fotel, aby
m óc się poruszać.
...zauw ażył m ałą boczną am bonę, ca łk iem prostą, w y ­
kutą [...] w kam ieniu. B yła tak m ała, że z daleka
w ygląd ała jak pusta jeszcze w nęka przeznaczona na
ustaw ienie fig u ry św iętego. K azn odzieja na pew n o
nie m óg łb y naw et na k rok cofn ą ć się w głąb od p o­
ręczy. P onadto kam ienne sklepienie am bony za czy ­
nało się niezw ykle nisko i w zn osiło się ku górze
w pra w d zie bez w szelk ich ozdób, ale za to ze ster­
czącym w d ół naw isem tak, że człow iek średniego
w zrostu nie m óg łb y się tam w yp rostow a ć, tylk o m u­
siał stale w y ch y la ć się przez balustradę. To w szystko
b y ło ja k b y w y m y ślon e ku u d ręce kazn odziei ...” 5
To że K a fk a u żył słow a „u d rę k a ” , św iadczy o tym ,
iż zdaw ał sobie spraw ę z kom u n ik atyw n ej roli arch i­
tektury. Jego op resyw n e przestrzenie kinestetyczne
w yzw a la ją w czyteln iku sk ryte uczucia w y w od zą ce
się z m in ion ych utrapień arch itekton icznych , p rzy ­
pom in ając m u na now o, że ciało jest czym ś w ię ce j
niż skorupą, pasyw nie zajm u jącą pew ną ilość d e cy ­
m etrów sześciennych.
Z pow ieści japoń skiego pisarza Y asunari K a w a -
baty p ozn ajem y sm ak japoń skich m odalności zm y ­
słow ych. P ierw sza z cy tow a n y ch p on iżej scen roz­
gryw a się na zew nątrz. D ruga jest bardziej intym na.
Dla pow ieści K a w ab aty typ ow e są zm iany w zaan­
gażow aniu sen sorycznym i tow arzyszące im n astroje:
.... pod pretekstem , że m usi zdążyć jeszcze na p ocz­
tę przed je j zam knięciem , opuścił razem z gejszą
pokój.
Zaraz jed n a k po w y jściu z g osp od y poddał się cał­
k ow icie przem ożnem u u rok ow i ok oliczn y ch gór, od
k tórych ciągnął ostry zapach m łod y ch liści, i z furią
począł piąć się ścieżkam i w zw yż...
D obrze już zm ęczony, za w rócił ostro w m iejscu

s Przeł. B. Schulz, W arszaw a 1957, s. 229.


i p od w in ą w szy p oły k ą p ielow eg o płaszcza, k tóry m iał
na sobie, zbiegł ja k szalony w d ół.”
Z p ow rotem w gospodzie, tuż przed w yja zd em d o
T ok io, Shim am ura rozm aw ia ze sw oją gejszą: „N a
je g o tw arzy błąkał się led w o u ch w y tn y uśm iech,
a jedn ocześnie u św iadom ił sobie, że — zapew ne pod
w p ły w e m w spom nień o w y ch «o d leg ły ch czasów » —
obdarza w m yślach coraz to n ow y m i barw am i ciało
tej dziew czyn y. G d y dąsając się poch ylała głow ę,
w id ać b yło, że naw et kark w id oczn y spod k ołn ie­
rzyka kim ona p ok ry w a się pąsem, a w ted y odnosił
w rażenie, ja k b y ukazyw ała m u sw e nagie ciało, d o­
piero co w yn u rzon e z w o d y .” 6
G d y bada się literaturę z nastaw ieniem na struk­
turę raczej niż na treść, m ożna odnaleźć w niej rze­
czy, które rzucają dużo św iatła na historyczn e ten­
d en cje i przem iany w m odalnościach zm ysłow ych .
Nie m am w ątpliw ości, że przem iany tego rodzaju
zw iązane są z typem środow iska, jak ie człow iek w
danym czasie i w danej kulturze uzna za n ajb ar­
dziej dla siebie od pow ied n ie. N ie w iadom o, czy w
tym k rótk im przeglądzie zdołałem dow ieść, że /lite­
ratura poza w szystkim jest źród łem danych o 'tym;
jak człow iek p osłu gu je się zm ysłam i. H istoryczne
i k u ltu row e zróżn icow an ia w y d a ją m i się całkiem
oczyw iste. Jednakże nie są one rów n ie jasne dla tych,
k tórzy czytają literaturę w yłączn ie pod kątem jej
tr e ś c ią
W następnych dw u rozdziałach rozw ażane będą
z odm ien nego pu nktu w idzen ia te sam e dane; to
m ian ow icie, ja k człow iek nadaje przestrzeni struk­
turę trw ałą, na p ół trw ałą bądz ruchom ą, a także to,
ja k im i dystansam i p osłu g u je się w in terak cji z dru­
gim i. Inn ym i słow y, opisane w nich zostaną te kon­
stru ktyw ne zasady, jakie n ależy uw zględn ić przy
p rojek tow a n iu naszych d om ów i naszych miast.

8 Kraina śniegu, przełożył W. K otański, W arszaw a 1969,


s. 19— 20 i 36.
IX

ANTROPOLOGIA PRZESTRZENI:
MODEL STRU K TU RALN Y

O m ów ione zostały ju ż takie spraw y, ja k tery toria l-


łiość, rozm ieszczenie się i kontrola p opu lacji. R a c h o ­
wania na niższych płaszczyznach strukturalnych, na
których opiera się kultura, nazyw am in fra k u ltu rą .'
'cTerm in ten stanow i nieodłączną część system u k la ­
sy fik a cji proksem icznej i zakłada istnienie ok reślo­
nego zbioru płaszczyzn, na ja k ich zachodzą rela cje
z innym i częściam i sk ła d ow y m i o w eg o system u. Jak
czytelnik zapew ne sobie przypom ina, proksem ika to
Vnazwa dla o b se rw a cji i teorii d oty czą cy ch p osłu gi­
wania się przestrzenią przez człow iek a. ^
R ozdziały IV , V i V I om aw ia ły zm ysłow ą, fiz jo lo ­
giczną podstaw ę fu n k cjon ow a n ia w szystk ich ludzi,
podstawę, k tórej kultura n a d a je strukturę i znacze­
nie. D o tej k u ltu row ej sen sorycznej podstaw y p o w i­
nien o d w o ły w a ć się b a d acz ku ltu ry A z w zoram i
proksem icznym i k u ltu ry B ^ R ozw a żyliśm y dotąd d w ie
płaszczyzny przejaw iania się proksem iki. Jedna
z nich, in frak u ltu row a, m a charakter b eh aw iora ln y
i zakorzeniona jest w przeszłości człow iek a. D ruga,
prekulturowa, m a ch arakter fiz jo lo g icz n y i p rzeja w ia
się jeszcze dziś. T rzecia płaszczyzna, m ik rok u ltu ro-
wa, jest płaszczyzną, na k tórej d ok on yw a n e są z w y ­
kłe spostrzeżenia proksem iczne^ P rok sem ik a ja k o
przejaw m ik rok u ltu ry m a trzy aspekty: aspekt trw a ­
ły, aspekt na p ó ł trw a ły i aspekt n ieform a ln y ^ ^
--C h ocia ż przekład z je d n e j płaszczyzn y na inną jest
zazw yczaj spraw ą niezm iernie trudną, uczeni p ow in ­
ni oid czasu do czasu p rób ow a ć ch oćb y przez
wzgląd na perspektywę. Bez rozległych systemów
m yślow ych , które łączą ze sobą ow e płaszczyzny,
w człow iek u ro zw ija się coś w rodzaju schizoidal­
nego autyzm u i izola cji, co m oże okazać się niebez­
pieczne.^^Teżeli na przykład cy w ilizow a n y człow iek
ig n oru je dane otrzym yw an e z płaszczyzny in fra k u l-
tu row ej, in form u ją ce o nadm iernym zatłoczeniu,
bierze na siebie ry zy k o pow stania „ba gn a b eh a w io­
ra ln eg o” , o ile go ono nie dotknęło. D ośw iadczenie
z jelen iam i na James Island przerażająco p rzyp om i­
na Czarną Śm ierć, która zgładziła dw ie trzecie p o ­
p u lacji eu rop ejsk iej w p o ło w ie X I V w ieku. I choć
za to m asow e w ym iera n ie od p ow ied zia ln y b y ł bez­
pośrednio b a k cy l dżum y, zm niejszona odporn ość na
stresująco zatłoczone życie w śred n iow ieczn ych m ia­
stach w zm ogła bez w ątpienia jeg o skuteczność.
^Trudności m etod ologiczn e zw iązane z przekładem
z jed n ej płaszczyzny na drugą w yw od zą się z zasad­
n iczej nieok reślon ej kultury, którą om aw iałem w
T he S ilen t Language. N ieokreślon ość ta jest fu n k cją
istnienia różn ora k ich poziom ów , na ja k ich zachodzą
w ydarzen ia ku ltu row e, a także faktu, że dla obser­
w atora jest rzeczą n iem ożliw ą spostrzegać jed n o­
cześnie z rów n y m stopniem p re cy zji coś, co zachodzi
na dw u lub w ię ce j płaszczyznach, różn iących się od
siebie analitycznie czy behaw ioralnie. C zytelnik m o­
że się o tym przekon ać kon cen tru jąc się na fo n e ­
tyczn y ch detalach m o w y (na tym , ja k pow stają
dźw ięki) i jedn ocześnie p rób u ją c m ów ić elokw entnie.
N ie m am tu na m yśli po prostu w yraźn ego w y m a ­
w iania, lecz zastanaw ianie się nad tym , jak p ołożon y
jest język , jak i jest układ w arg, czy struny głosow e
w p ra w ion e są w drgania, czy też nie i w ja k i sp o­
sób bierze się oddech przy każdej sylabie. N ieokre­
śloność, o k tórej m ow a, w ym a ga pew n ego dodatko­
w eg o kom entarza. W szelkie organ izm y są w w y so­
kim stopniu uzależnione od redundancji, tj. od z ja ­
wiska p olega ją cego na tym , że in form a cja otrzy m y ­
wana ~z jed n ego system u w zm acniana jest przez inne
systemy w w yp ad k u aw arii. C złow iek rów n ież zapro­
gram ow any został przez kulturę w sp osób zasadniczo
redundantny. W p rzeciw n ym razie nie m óg łb y w
ogóle rozm aw iać czy w ja k ik olw iek in ny sposób
w chodzić w in terak cję z in n ym i; za bierałoby m u to
zbyt w iele czasu. M ów iąc k om u n ik u jem y tylk o część
przekazu. Resztę uzupełnia sobie słuch ający. W iele
z tego, co nie zostało w yp ow ied zia n e, traktu je się
jako rzecz oczyw istą. Jednakże ku ltu ry różnią się
tym, co się w n ich p rzem ilcza.^D la A m eryk a n ów
b yłob y czym ś zupełnie zb yteczn ym w sk azyw ać cz y -
ścibutow i k o lo r pasty, jaka pow inna b y ć użyta. A le
w Japonii Am eryfkanie, k tórzy nie w y b ra li k oloru
pasty, m ogą odesłać brą zow e bu ty i dostać z p o w ro ­
tem uczernione. Jedną z fu n k cji m odelu p o ję cio w e g o
i system u k la sy fik a cy jn eg o jest w y d o b y cie na jaw
ow ych traktow an ych jak o oczyw iste fra gm en tów k o­
m unikow ania się i ukazanie w za jem n y ch zw iązk ów
pom iędzy p oszczególn ym i fragm entam i.
^T o, czego d ow iedziałem się w trakcie m ych badań
na temat płaszczyzny in fra k u ltu row ej, okazało się
bardzo pom ocn e w stw orzeniu m od eli b a d a w czy ch
na k u ltu row ej płaszczyźnie proksem iki. W b rew roz­
pow szechnionem u m niem aniu zachow ania terytorial­
ne na każdym etapie życia (jak np. za lotów cz y też
hodow li m łod ych ) są dość zafiksow an e i ry g ory sty cz­
ne. G ranice' tery toriów są na og ó ł stałe p odob n ie ja k
miejsca p ew n y ch sp ecyficzn y ch czynności w yzn aczo­
ne w ob ręb ie terytorium , takie ja k m iejsca d o spa­
nia czy jedzenia, czy b u d ow y gniazd. T erytoriu m w
każdym sensie tego słow a stanow i ekstensję organ iz­
mu, oznaczaną za pom ocą znaków w izu aln ych , w o ­
kalnych lub zapachow ych. C złow iek stw orzył m ate­
rialne ekstensje terytorialności, a także n iew idzialn e
oznaczenia terytoriów . P on iew aż terytorialn ość jest
zjawiskiem w zględ n ie niezm iennym , nazw ałem ten
typ przestrzeni na płaszczyźnie p roksem iczn ej p rze­
strzenią trw a łą > Następne akapity pośw ięcon e będą
przestrzeni trw ałej, przestrzeni na p ół trw a łej i prze­
strzeni nieformalnej.

P R ZE ST R ZE Ń T R W A Ł A

.Tw orzenie przestrzeni trw a łej jest jed n ym z podsta­


w o w y ch sp osobów organizow ania działalności in dy­
w id u aln ej i g ru p ow ej. O b ejm u je on o zarów n o zm ate­
rializow ane, jak n iew id oczn e w zorce, k tóre kierują
zachow aniem człow ieka. B u d ow le są jed n ym z prze­
ja w ó w w z o rcó w przestrzeni trw a łe j; co w ięcej, są
one rów n ież w ch arak terystyczn y sposób grupow ane
i dzielone w ew n ętrzn ie zgodn ie z k u ltu row o zdeter­
m in ow a n ym i m odelam i. T op ogra fia w iosek, m iaste­
czek i m iast, a także przed zielającego je pejzażu nie
jest przypadk ow a, w yn ik a z planu, k tóry zm ienia
się w zależności od epoki i kultury. ^
N aw et w n ętrze dom u na Zach odzie jest zorgan izo­
w an e przestrzennie. Z n a jd u ją się w nim pom ieszcze­
nia nie tylk o dla spełniania ok reślon ych fu n k cji, jak
np. p rzy g otow y w a n ie posiłków , jedzenia, p row adze­
nia życia tow arzyskiego, odpoczyn ku , relaksu i p ro-
k reacji, ale rów n ież dla ce ló w h igienicznych. Jeżeli
jak to się czasem zdarza, w y tw o ry lub czynności
zw iązane z pew ną przestrzenią zostaną przeniesione
do innej przestrzeni, fakt ten jest natychm iast za­
uw ażalny. b u d z i e ży ją cy „w bałagan ie” , „w perm a­
nen tn ym zam ieszaniu” to ci, którzy nie potrafią upo­
rząd k ow ać czyn ności i w y tw o ró w w ed le jedn olitego,
kon sekw entnego, d a ją cego się sform u łow ać planu
przestrzen nego ?7 P rzeciw n e m iejsce na tej skali za j­
m uje taśm a m ontażow a, p recy zy jn a organizacja przed­
m io tó w w czasie i przestrzeni.
W rzeczyw istości w spółczesna w ew nętrzna top o­
g ra fia dom u, traktow an a przez A m ery k a n ów i E u ro­
p e jcz y k ó w ja k o coś oczyw istego, jest zupełnie św ie­
żej daty. A ż do X V III stulecia, ja k w yk a zu je P h ilippe
A ries w C en tu ries o j C hildhood, pom ieszczenia w
europejskich dom ach nie m iały sw y ch stałych fu n k cji.
Członkom rod zin y nie przysłu giw ała taka p ry w a t­
ność jak obecnie. Nie b y ło przestrzeni przeznaczo­
nych do ok reślon ego celu ani m iejsc nienaruszalnych.
O bcy w ch od zili i w y ch od zili w ed le w łasn ego uzna­
nia, a łóżka i stoły b y ły zestaw iane i rozkładan e w
zależności od n a strojów i apetytów . D zieci ubierano
i traktow ano tak jak m ałych dorosłych. N ic d ziw ­
nego, że p o ję cie dzieciństw a i zw iązane z nim p o ję ­
cie rodzin y n u klearnej m usiały czekać na sp ecja li­
zację pom ieszczeń w e d le fu n k cji i na odseparow an ie
ich od siebie. W w iek u X V III dom zm ien ił sw oją
form ę. W e francu skim zaczęto odróżn iać ch am bre
od salle. W angielskim fu n k cję p o k oju zaczęła w sk a­
zyw ać jeg o nazw a — bedroom , living room , dining
room. P o k o je zaczęto p lan ow ać tak, b y o tw iera ły się
na korytarz lub hall, p od ob n ie ja k d om y na ulicę.
M ieszkańcy przestali p rzech od zić z jed n ego p ok oju
do drugiego. U w oln ion y od a tm osfery d w orca czy
zajazdu, ch ron ion y przez n ow e przestrzenie, w zorzec
rodziny zaczął się stabilizow ać i w yra ża ć w form ie
domu.
K siążka P resen ta tion o j S e lf in E v ery d a y L ife G o f-
fmana jest d rob iazgow ym , p re cy zy jn y m zapisem ob ­
serw acji d otyczą cych zw iązku p om iędzy fasadą, jaką
ludzie ukazują światu, oraz w łasnym ja, które za
nią skryw ają, p osłu żen ie się term inem „fa sa d a ” jest
już samo w sobie znaczące. S ygn alizu je istnienie
pew nych płaszczyzn* k tóre p o w in n y zostać zbadane,
i napom yka o fu n k cja ch p ełn ion ych przez tw o ry
architektoniczne. Z a p ew n ia ją nam one coś w rodza­
ju paraw anów , za k tórym i m ożem y sch ow ać się od
czasu do czasu. N apięcie w y w oła n e u trzym yw an iem
fasady m oże b y ć ogrom ne. A rch itek tu ra p otra fi u w o l­
nić nas od niego. D aje nam ona też m ożliw ość sch ro­
nienia, w k tórym m ożem y w ło ż y ć d om ow e pan tofle
i być sw obodn ie sobą.;>
Faktu, że tak n iew ielu businessm anów m a biura
we w łasnych dom ach, nie da się w y ja śn ić w yłą czn ie
k on w en cją i trudną sytuacją dyrektora, g d y nie ma
on w o k ó ł siebie p odw ładn ych . Spostrzegłem , że w ie ­
lu lu dzi m a dw ie, a naw et w ię ce j różn ych osob o­
w ości: jedną w p racy, a zupełnie inną w domu. Od­
separow an ie m iejsca p ra cy od dom u w tak ich w y ­
padkach strzeże o w e d w ie, często sprzeczne ze sobą
o sob ow ości przed popadaniem w k on flik ty , a naw et
służy u stabilizow an iu id ealn ej w ersji każdej z nich,
w ersji d ostosow an ej do obrazu zaprojek tow an ego
przez architekturę i otoczenie.
<Zw iązek pom iędzy przestrzenią trw ałą a osob ow o­
ścią i kulturą nigdzie nie jest tak w id oczn y jak w
w yp adk u kuchni.~"Kolidowanie ze sobą w kuchni m i-
k ro w z o rcó w w y w o łu je coś w ię ce j niż tylk o irytację
u kobiet, z k tórym i przeprow adzałem w y w ia d y ^ M oja
żona, b ory k a ją ca się przez w iele lat z kuchniam i
różn ego rodzaju, tak skom entow ała p rojek tan tów :
„G d y b y k tórem u k olw iek z m ężczyzn p rojek tu ją cy ch
kuchnię p rzyszło w niej pracow ać, n igd y nie zrob ił­
b y tego w taki sp osób.” N iezgodność pom iędzy ele­
m entam i p rojek tu , w zrostem i bu dow ą kobiecą (ko­
b iety zw y k le nie są na tyle w ysokie, b y m og ły sw o­
b odn ie sięgać po różne przedm ioty) a czynnościam i,
k tóre trzeba w yk on a ć, choć nie zawsze od razu w i­
doczna, b y w a niek ied y w ręcz niew iarygodn a. R oz­
m iary, kształty, uszeregow an ie i rozplan ow an ie
w nętrz dom u, w szystko to m ów i gospodyn iom o tym ,
jak w iele lub jak m ało w ied ział p rojek tan t o szcze­
g óła ch przestrzeni trw ałych .
^ P o c z u c ie w ła ściw ej orien tacji w przestrzeni sięga
u T:żłowieka dość głęboko. U m iejętność ta jest osta­
teczn ie splecion a ze zdolnością do przeżycia i ze zd ro­
w iem psychicznym . D ezorientacja w przestrzeni to
tyle co psychoza. R óżnica pom ięd zy działaniem
z szybkim reflek sem a koniecznością zatrzym ania
się i zastanow ienia w nagle p ow stałej sytu acji m oże
oznaczać różn icę pom ięd zy życiem a śm iercią — re­
guła ta odnosi się w rów n y m stopniu do k ierow cy
m an ew ru ją ceg o p om ięd zy pojazdam i co i gryzonia
um ykającego drapieżnikow i. ęEewis M u m ford zauw a­
ża, że jed n olity, k ra tk ow y w zorzec, w ed le którego
zbudow ane są nasze miasta, „spraw ia, iż p rzybysze
czują się w n ich rów n ie zadom ow ien i ja k starzy
m ieszkańcy” . A m eryk an ie p rzyzw ycza jen i do tego
w zorca są często sfru strow ani, g d y zetkną się z czym ś
innym. Jest im trudno czuć się ja k w dom u w stoli­
cach E uropy, które nie zostały zorgan izow ane w ed le
tego prostego planu. N ieom al bez w y ją tk u przybysze
używ ają słow n ictw a i tonu, które kojarzą się z osob i­
stym afrontem , ja k g d y b y m iasto się p rzeciw nim
sp rzy sięgłoT ^ ie należy też d ziw ić się, że ludzie p rzy ­
w yk li d o fran cu sk iego system u prom ien istej g w ia z­
dy czy rzym sk iej k ra tow n icy m ają k łop oty w takich
m iejscach ja k Japonia, gdzie ca ły w zorzec prze­
strzeni trw a łej jest zasadniczo i radykaln ie odm ien ­
ny. Istotnie, g d y b y ktoś zech ciał za p rojek tow a ć dw a
kontrastujące ze sobą system y, nie m óg łb y tego zro­
bić lepiej. S ystem y eu rop ejsk ie akcentują i n azyw ają
linie, japoń skie zaś traktują w sposób foriinalny
w szystkie pu nkty przecięcia i o linie nie db a ją zu p eł­
nie. W Japonii nazw y n adaje się nie ulicom , lecz ich
przecięciom . D om y są uporządkow an e nie w prze­
strzeni, ale w czasie i n u m eru je się je w tej k o le j­
ności, w ja k ie j zostały zbudow ane. W zorzec japoński
podkreśla h ierarch ie w yrasta ją ce w o k ó ł cen trów ;
am erykański zaś zn a jd u je sw ó j szczytow y w yraz w
jed n ak ow ych przedm ieściach, gdzie ja k ik olw iek nu­
mer w zdłuż u licy jest rów n ie d o b ry jak każdy inny.
W Japonii dom , k tóry został w y b u d o w a n y w p ie rw ­
szej kolejn ości, stale przypom in a m ieszkańcom pod
num erem 20, że num er 1 b y ł pierw szy.
CN iektóre aspekty przestrzeni trw a łej uw idaczn iają
się dopiero p rzy obserw ow an iu lu dzk iego za ch ow a ­
nia. W A m ery ce na przykład p ow oli zanika in stytu­
cja dining ro o m , ale do dziś jeszcze zauw aża się linię
oddzielającą strefę zw iązaną z posiłkam i od reszty
pokoju^? N iew idzialna granica w y od ręb n ia ją ca na
przedm ieściach jed n o pod w órze od d ru giego jest inną
trw ałą cechą ku ltury am erykań skiej lub p rzyn aj­
m n iej n iek tórych je j subkultur.
^Architekci tradycyjnie zajmują się wizualnymi
w zorcam i struktur — tym , co się w idzi. Są oni cał­
k ow icie n ieśw iadom i faktu, że ludzie noszą w sobie
pew ne in tern alizacje przestrzeni trw ałej, k tórych na­
u czyli się na początku życia. N ie tylk o A rab ow ie,
ale i A m eryk a n ie p opadają w depresję, je śli nie m ają
dość przestrzeni.^Jeden z m oich rozm ów ców p o w ie ­
dział: „M ogę sobie dać radę ze w szystkim , ja k długo
m am obszerne p o k o je i w ysok ie sufity. W idzi pan,
w zrosłem w starym dom u w B rook lyn ie i n igd y nie
p rzyzw ycza ję się do czegoś in n eg o.” Na szczęście
są jeszcze architekci, k tórzy znajdu ją czas na to, by
u w zględn iać g łę b o k o zakorzenione potrzeby ich k lien ­
tów . Jednakże in d y w id u a ln y klient nie jest tym , co
in teresuje m nie najbard ziej. P roblem em , k tóry staje
dziś przed nam i w p rojek tow a n iu i przebu dow ie na­
szych m iast, jest zrozum ienie potrzeb w iększości lu ­
dzi. B u d u jem y olb rzym ie bu d yn ki m ieszkalne i g i­
gan tyczne b iu ro w ce bez p ojęcia o tym , czego pragną
ci, k tórzy będą je zajm ow ać.
■^Ważnym szczegółem przestrzeni trw ałej jest to, że
stanow i ona coś w rod za ju fo rm y odlewniczeX~nibde-
lu ją cej w iększą część naszych za ch ow ań ? T o w łaśnie
m iał na m yśli W inston C hurchill, g d y m ów ił: „K szta ł­
tu jem y nasze budyn ki, a one kształtują nas.” P od ­
czas pow ojen nej- debaty nad od n ow ien iem Izby G m in
C h u rch ill w yra ził obaw ę, że od ejście od in tym n ego
w zorca przestrzennego Izby, w k tórej partie prze­
ciw n e siedzą n aprzeciw siebie p o d w óch stronach
w ąsk iej naw y, m oże p ow ażnie zm ienić styl rządze­
nia. N ie b y ł on pierw szym , k tóry w sk azyw ał na
doniosłą rolę przestrzeni trw ałej, ale n igd y przedtem
p ogląd ten nie został w yra żon y tak dobitnie.
<fJedną z w ielu p od sta w ow ych różnic pom iędzy k u l­
turam i jest to, że dokon u ją one ekstensji odm ien­
n y ch anatom iczn ych i b eh a w iora ln ych cech ludz­
k iego organizm u. Jeżeli doch odzi do zapożyczenia
m iędzykulturow ego, jest konieczne, b y elem enty za­
pożyczane u legły adaptacji. W p rzeciw n ym razie to,
co now e, i to, co stare, nie h arm on izu je ze sobą,
a w n iek tórych w yp ad k a ch dw a w zorce są ca łk o w i­
cie sprzeczne. Japonia na p rzyk ład m iała trudności
ze zintegrow aniem sam ochodu w kulturze, w k tórej
do linii łączących p ew n e punkty (tj. dróg) p rzyw ią ­
zuje się znacznie m n iej w agi niż do sam ych tych
punktóW /5’ Stąd też T ok io słyn ie z doprow adzania
do n ajbardziej im p on u ją cy ch k o rk ów u liczn ych na
św iecie^/M otoryzacja źle się p rzy jm u je także w In ­
diach, gdzie m iasta są fizyczn ie zatłoczone, a sp ołe­
czeństw o m a w yszukane cech y hierarchiczne. Jak
długo hinduscy in żyn ierow ie nie zd ołają za p rojek to­
w ać dróg, które izo lo w a ły b y p o w o ln y ch pieszych od
szybko p oru szających się w eh ik u łów , klasow o u w a ­
runkow any brak w zg lę d ó w k ie ro w cy dla nędzarzy
w y w oły w a ć będzie ciągle tragedie. N aw et b u d ow le
Le Corbusiera w Czandigarh, stolicy Pendżabu, m u ­
siały zostać zm od y fik ow a n e przez lok a torów , b y stać
się m ieszkalne. H indusi o b u d o w y w a li ścianam i b a l­
kon y L e C orbusiera i zam ieniali je na kuchnie. A n a ­
logicznie A ra b o w ie p rz y b y w a ją cy do Stan ów Z je d ­
noczon ych konstatują, że nabyte przez nich w zorce
przestrzeni trw a łej nie godzą się z b u d ow n ictw em
am erykańskim . C zują się nim udręczen i — zb yt n i­
skimi sufitam i, zbyt m ałym i p ok oja m i, brakiem na­
leżytej pryw atn ości i w id o k ó w przez okno.
Nie należy jedn ak sądzić, że niezgodność pom iędzy
w zorcam i zin tern alizow anym i a zekstern alizow anym i
zdarza się tylk o na styku różn ych kultur. W m iarę
jak rozw ija się nasza techn ologia, takie je j osiąg­
nięcia, jak klim atyzacja, ośw ietlen ie jarzen iow e,
ściany dźw iękoszczelne, pozw alają nam p rojek tow a ć
dom y i biura bez oglądania się na tra d y cy jn y w z o ­
rzec drzw i i okien. A le in n ow a cje te częstokroć dają
w w yniku ogrom n e p ok o je -sto d o ły , w k tóry ch te­
rytorium dziesiątków u rzędn ik ów tk w ią cy ch w sw o­
ich klatkach jest nieustalone.
PRZESTRZEŃ N A PÓŁ T R W A Ł A

P arę lat tem u poproszono H u m ph ry’ego Osmonda,


utalentowanego i spostrzegawczego lekarza, o p ok ie­
row an ie ogrom n ym centrum zd row otn o-b a d a w czym
w Saskatchew an. Szpital ten b y ł jed n ym z p ierw ­
szych m iejsc, w k tóry ch w yraźn ie zadem onstrow ano
zw iązek pom ięd zy przestrzeniam i na pół trw ałym i
a zachow aniem .ęO sm on d zauw ażył, że niektóre p o ­
m ieszczenia, jak np. d w orce k o lejow e, skłaniają ludzi
do trzym ania się z daleka od siebie. N azw ał je prze-
strzeniarm odspołeczn ym i (sociofugal). Inne znów , ta­
kie jak kram iki w starośw ieckim drugstorze albo sto­
lik i w e fra n cu sk iej k a fe jce pod g oły m niebem , skła­
niają ludzi do skupiania się razem. T e zn ów nazw ał
dospołeczn ym i (sociopeta l)l 3 W szpitalu, k tórym k ie­
rował^ pełno b y ło przestrzeni odspolecznych, m ało zaś
takich, które m ożna b y nazw ać dospołecznym i. Co
w ięcej, personel p om ocn iczy i pielęgn iarski w yraźn ie
w ola ł te pierw sze, gd yż łatw iej w n ich b y ło utrzy­
m y w a ć porządek. K rzesła w hallach, które po god zi­
nach od w ied zin zostaw ały poustaw iane w n iew ielkie
kręgi, natychm iast szeregow ano w sposób niem al
w o jsk o w y , w d łu gie rzędy w zdłuż ścian.
Szczególną u w a g ę O sm onda z w ró cił n ow o zbudo­
w any, „p o k a z o w y ” geria tryczn y oddział kobiecy.
W szystko w nim b y ło now e i błyszczące, czyste i ja s­
ne. B y ło tu dość przestrzeni i dużo radosnych k olo­
rów . Jed y n y k łop ot polegał na tym , że im dłużej
pacjen tk i p rze b y w a ły na oddziale, ty m m n iej m iały
och oty do rozm aw ian ia ze sobą. S top n iow o w szyst­
kie u p od ob n iły się do m ebli, perm anentnie i cicho
p rzylep ion ych do ścian w regu larn ych odstępach
pom iędzy łóżkam i. W dodatku zd aw ały się w szystkie
b y ć w stanie depresji.
W yczu w a ją c, że przestrzenie te b y ły raczej odspo-
łeczn e niż dospołeczne, Osm ond zaangażow ał w n i­
k liw eg o m łod ego psych ologa R oberta Som m era, aby
p op ra cow a ł nad zw iązkiem pom iędzy um eblow an iem
pom ieszczeń a rozm ow am i. Szukając takiego natu-
ralnego otoczenia, które n astręczałoby w iele różn ych
sytuacji, w ja k ich m ożna ob serw o w a ć rozm a w iają­
cych ludzi, S om m er ob ra ł sobie kaw iarn ię szpitalną,
ze stolikam i o p ow ierzch n i 90 na 180 cm , przezn a­
czonym i dla sześciu ludzi. P rzy stolikach ty ch m ożli­
w e b y ło sześć różn ych dystan sów i tyleż orien tacji
jednego ciała w stosunku do in n ego:
^Pięćdziesiąt posiedzeń ob serw a cy jn y ch , w czasie
k tórych w regu larn ych odstępach liczon o rozm ow y,
wykazało, że: k on w ersa cje po lin ii F —-A (poprzez
róg stołu) b y ły dw u k rotn ie częstsze od k on w ersa cji
po lin ii C— B (bokiem do siebie), k tóre z k olei zda­
rzały się trzyk rotn ie częściej niż k on w ersa cje p o
linii C— D {w poprzek stołu). W in n ych dystansach
Somm er w ogóle nie zauw ażył żadnych rozm ów .
Innymi słow y, układ narożny, gdzie ludzie siedzą
pod kątem prostym d o siebie daje sześć razy w ię ce j
rozm ów niż układ tw arzą w tw arz — poprzez 90
centym etrow ą szerokość stołu i dw a razy w ię ce j niż
układ bok iem do siebie. "7
Rezultaty ty ch spostrzeżeń zasu gerow ały rozw ią -
zanie p rob lem u stop n iow ego w y co fy w a n ia się i izo­
la cji starszych ludzi. Zan im jedn ak cok olw iek zro­
bion o, trzeba było dokonać wielu przygotowań. Jak
w iem y, ludzie bardzo osobiście od bierają porządko­
w an ie przestrzeni i sprzętów . A n i personel, ani sam i
p a cjen ci nie zgod zilib y się na to, b y ktoś o b cy „b a ła ­
gan ił” w ich m eblach. Osm ond ja k o d y rek tor m ógłb y
w p raw dzie nakazać to, czego sobie życzył, ale w ie ­
dział dobrze, że personel zacznie sp ok ojn ie saboto­
w ać ja k iek olw iek arbitralne posunięcia. P ierw szym
krok iem b y ło w ięc w cią g n ięcie personelu do serii
„ek sp ery m en tów ” . Z a rów n o Osm ond, jak Som m er za­
uw ażyli, że p acjen tki tego oddziału znacznie częściej
pozostaw ały do siebie w rela cji B — C i C— D, niż
siedziały w kafeterii, i że siadały w w ięk szych od ­
ległościach . W dodatku nie b y ło tam m iejsca na p o­
łożenie czegok olw iek , nie b y ło m iejsca na rzeczy
osobiste. Jedynym i elem entam i terytorialn ym i zw ią­
zanym i z pacjen tką b y ło je j łóżko i krzesło. W k on ­
sek w en cji pism a kładzione b y ły na podłogach , skąd
szy b k o w y m ia ta ł je personel. N iew ielki stolik dla każ­
dej p a cjen tk i m óg ł zap ew n ić je j d odatk ow e teryto­
rium i d ogod n e m iejsce do p rzech ow yw an ia pism,
książek i m ateriałów piśm iennych. G d y b y stoliki ta­
kie b y ły nadto kw adratow e, m ożna b y ło b y nadać
odd ziałow i taką strukturę, która zachęcałaby do roz­
m ów .
G d y tylk o w cią gn ięto personel do udziału w eks­
perym entach, w n iesion o m ałe stoliki i poustaw iano
w o k ó ł n ich krzesła. Z początku p acjen tki p rzeciw ­
sta w ia ły się in n ow a cji. P rz y w y k ły do rozm ieszczenia
„ ic h ” krzeseł w ok reślon ych m iejscach i niechętnie
g od ziły się z tym , że będą teraz przesuw ane przez
innych. P erson elow i polecon o, aby starał się u trzy­
m ać w m iarę m ożności n o w y układ aż do m om entu,
w k tórym zostanie on ob ra n y ja k o coś raczej alter­
n atyw n ego niż irytu ją cego, na co m ożna nie zw ra ­
cać uw agi. I pon ow n ie zaczęto liczy ć rozm ow y.C Lićz-
b a ich zw iększyła się dw u k rotn ie, a czytyw a n o trzy
razy częściej, pra w d op od ob n ie dlatego, że b y ło już
teraz m iejsce na trzym anie książek i czasopism . P o ­
dobne przemeblowanie p o k o ju dziennego w y w o ła ło
analogiczne op ory i w ostatecznym w y n ik u rosnącą
ilość rozm ów . ^ .
ĆJtrzeba tu w yraźn ie p ow ied zieć trzy rzeczy. K o n ­
kluzji, jaką W yciągnięto ze szpitaln ych ob serw a cji,
nie da się zastosow ać w szędzie. To znaczy, dystans
w poprzek rogu sp rzyja jed y n ie: a. rozm ow om o k re­
ślonego typu, b. m iędzy ludźm i pozostającym i w z g lę ­
dem siebie w określon ej rela cji i c. w ściśle ok reślo­
nym otoczen iu k u ltu ro w y m ., P o dru gie, to co jest
odspołeczne w jed n ej kulturze, m oże okazać się d o -
społeczne w innej. P o trzecie, przestrzeń odspołeczna
nie m usi b y ć bezw zględn ie zła, a przestrzeń d osp o-
łeczna un iw ersalnie dobra. T ym , co b y ło b y napraw dę
pożądane, jest taka elastyczność i zgodność pom iędzy
projektem a fu n k cją , aby istniała rozm aitość prze­
strzeni i aby ludzie m ogli b y ć w ciągan i do tow a rzy ­
stwa w zależności od sw y ch pragnień i n a strojów ^1
£ D la nas g łó w n y m punktem eksperym eńtu k a ń a d y j-
skiego jest w yk azan ie tego, że struktura przestrzeni
na pół trw a łej m oże w y w ie ra ć g łęb ok i w p ły w na
zachow anie i że w p ły w ten d a je się m ie rz y ć3 Fakt
ten nie jest niespodzianką dla pań dom u, k tóre stale
próbują utrzym ać rów n ow a g ę m iędzy barieram i
przestrzeni trw a łej a um eblow an iem . W iele z n ich
dośw iadczyło tego, że p om im o p rzyjem n eg o urzą­
dzenia p o k o ju „n ie w y ch o d zą ” w nim rozm ow y, p o­
niew aż zapom niano o od p ow ied n im ustaw ieniu k rze­
seł.
(/W arto zauw ażyć, że to co w jed n ej kulturze jest
przestrzenią trw ałą, m oże b y ć przestrzenią częściow o
trwałą w in nej kulturze i v ice w ersa. W Japonii
na przykład ściany są ruchom e, zam ykają się i otw ie­
rają w m iarę zm ian w cod zien n ych zajęciach. W Sta­
nach Z jed n oczon y ch ludzie przechodzą z jed n eg o po­
koju do d ru giego lub z jed n ej części p ok oju do in ­
nej, pg to b y dokon ać ok reślon ych czyn ności — zjeść,
pospać, p op ra cow a ć czy p rzy ją ć w izytę. W Japonii
natom iast p rzyjęte jest, że pozostaje się cały czas
w jednym miejscu, a zmienia się jedynie to, czym
się zajm u jem y. U C h iń czyk ów m am y inną sposob­
ność do zaobserw ow ania różnorodn ości, z jaką lu ­
dzie traktują przestrzeń. C h iń czycy zaliczają do ka­
tegorii przestrzeni trw a łe j p ew n e elem enty, które
A m eryk an ie traktują jako na p ół trw ałe. G ość w
chińskim dom u nie porusza sw y m krzesłem , chyba
jed y n ie na w yraźn ą sugestię gospodarza. Z ro b ić coś
takiego to tak ja k w ejść do czy jeg o ś dom u i p oru ­
szyć zasłoną czy przepierzeniem . Na p ół trw a ły ch a­
rakter m ebli w am erykańskich d om ach jest kw estią
rangi i sytuacji. L ek k ie krzesła są bardziej m obiln e
niż so fy i ciężkie stoły. Jednakże ja k spostrzegłem ,
n iektórzy A m eryk an ie m ają op ory przed porusza­
niem m ebli w cu dzym dom u. Na czterdziestu stu­
d en tów w m o je j grupie p ołow a przejaw iała takie
wahania. ">
K o b ie ty am erykańskie w iedzą, ja k b ard zo trudno
znaleźć coś w cudzej kuchni. I odw rotnie, ciężko jest
porządk ow a ć w łasną kuchnię z pełnym i d ob rej w o li
pom ocnikam i, którzy nie w iedzą, gdzie jest „m iejsce”
ja k iejś rzeczy. <Fo jak i gdzie poukładane są przed­
m ioty osobistego użytku, zależy od p ew n y ch w zor­
ców m ik rok u ltu row ych , ty p ow y ch nie tylk o dla du­
żych g ru p sp ołecznych, lecz także dla o w y ch d ro b ­
n y ch od ch yleń od kultury, które d ecydu ją o n iepo­
w tarzaln ości jednostki. P od ob n ie ja k zróżn icow an ie
tonu i posłu giw an ie się głosem p ozw alają nam kogoś
po nim rozpoznać, każdy z nas przech ow u je sw oje
rzeczy zgodn ie z ch arakterystyczn ym , unikalnym
w zorcem . 'r?s'

P R ZE ST R ZE Ń N IE F O R M A L N A

p r z e jd z ie m y teraz do tej klasy doznań przestrzen­


nych , która jest, b y ć m oże, dla jednostki ludzkiej
n a jb ard ziej znacząca, g d yż o b ejm u je dystanse, jak ie
^utrzym u jem y pom iędzy sobą. D ystanse takie znaj­
dują się na o g ół poza zasięgiem św iadom ości. K lasę
tę nazw ałem przestrzenią n ieform aln ą nie dlatego,
że braik je j form y , lub dlatego, że nie jest ważna,
lecz w yłączn ie dlatego, że n ie została ona w yraźn ie
sk odyfikow ana. Jak to się okaże w następnym roz­
dziale, w zorce przestrzeni n ieform a ln ej m ają sw e
w yraźne i g łę b o k ie granice, k tóre ch oć nigdzie nie
sform ułow ane, tw orzą istotną część kultury. ^Brak
zrozum ienia dla ic h w ażn ości m oże sp row ad zić k a ­
tastrofę.
X ■ ■ ■ ■ - •

DYSTANSE U CZŁO W IEK A

Osoby mojej strzeże fosa


Biegnąca metr od czubka nosa,
A między nimi nie uprawne
Powietrze — to są włości sławne,
Prywatny folwark mojej mości.
Ostrzegam tutaj obcych gości,
By nie wkraczali weń, nachalni
(Chyba że okiem mej sypialni
Znak dam im — do zbratania drogę):
Broni choć nie mam — opluć mogę.
P ow stanie a rch itektu ry
W . H. A ud en , P ro lo g :

P taki i ssaki nie tylk o m ają terytoria, które zajm u ją


i k tóry ch bron ią przed w łasn ym gatunkiem , lecz nad­
to w yk szta łciły szereg zu n iform izow a n ych dystansów ,
k tóre u trzym ują pom ięd zy sobą. H ediger w y różn ił
dystans ucieczki, dystans k ry ty czn y oraz dystans
in d y w id u a ln y i społeczny. C złow iek w y r o b ił sobie
rów n ież p ew ien jed n olity sposób utrzym yw an ia d y ­
stansu od bliźnich. <Dystans ucieczki i dystans k ry ­
tyczn y zostały poza n ieliczn y m i w yją tk a m i w y e li­
m in ow an e z lu dzkiej reakcji. P ozostał jednakże n a j­
w yraźn iej do dziś dystans in d y w id u a ln y (osobniczy)
i dystans społecznym
Ile dystansów w ystęp u je u ludzi i ja k należy je
w yod ręb n ić? Co różni jed en dystans od dru giego?
G d y rozpoczyn ałem badania nad dystansem u ludzi,
odpow iedź na to pytanie nie była zrazu oczyw ista.
Jednakże stopn iow o grom a d ziły się d o w o d y na to,
że porządek dystansów ob serw ow a n y u człow iek a
jest kon sek w en cją takich przem ian sen soryczn ych
jak opisane w rozdziale V II i VIII.
<fJednym z prostych źród eł in fo rm a cji o dystansie
oddzielającym d w o je ludzi jest natężenie głosu."?
W spółpracując z lingw istą G eorge T ragerem , zaczą­
łem ob serw ow a ć zm iany g ło so w e zw iązane ze zm ia­
nami dystansu. U żyw a m y szeptu, g d y jesteśm y b a r­
dzo blisko siebie, a krzyku, g d y dzieli nas duża o d ­
ległość; zadaliśm y w ię c sobie w raz z T ragerem p y ­
tanie, ile zm ian g ło so w y ch m ieści się pom iędzy tym i
dw om a krańcam i? D la zbadania o w y c h w zorców p o­
służyliśm y się następującą procedu rą: T ra ger stał,
ja zaś m ów iłem do n ie g o z różn ych odległości. G d y
pbaj b yliśm y zgodni co do tego, że zaszła jakaś zm ia­
na natężenia głosu, m ierzyliśm y odległość i sporzą­
dzaliśm y opis ogóln y. W efek cie w y różn iliśm y osiem
dystansów , opisan ych w k oń cow ym , X rozdziale T he
Silent Language.
P óźniejsze o b se rw a cje ludzi w rozm aitych sytua­
cjach sp ołeczn ych przekon ały m nie, że k la sy fik a cja
taka jest n azbyt sk om p lik ow a n a ^ W ysta rczy w zupeŁr
ności w yod ręb n ien ie czterech dystansów , k tóre - » a - '
„awałom intym nym , in d yw id u aln ym , sp ołeczn ym i (pu­
blicznym (w każdym z nich należy w y ró żn ic~ fa z ę ,
bliższą i d a ls z ą ^ T a k i w y b ó r term in ów nie b y ł b y V
najm niej d ziełem przypadku. S p ły n ę ły nań badania
Hedigera nad zw ierzętam i, akcen tu jące ciągłość za­
chodzącą pom ięd zy in frakultu rą a kulturą, a także
chęć ujaw n ien ia w ątk u w iążącego każdy z ty ch d y ­
stansów z p ew n ym typ em rela cji i czynności, sk o­
jarzenia ich ze sobą w um yśle czytelnika. T rzeba tu
od raizu zaznaczyć, że czyn nikiem przesądzającym ,
jaki dystans sobie obiorą ludzie, jest to, co w danym
m om encie do siebie czująT^Ci, k tó ry ch p on osi gn iew ,
albo ci, którzy chcą sp ecja ln ie p odk reślić to, c o m ó­
wią, przysuw ają się b liżej, „podn osząc g łos” , praw ie
krzycząc. P odobn ie — o czym w ie ikażda kobieta —
jedną z pierw szych oznak, że m ężczyzna zaczyna ule­
gać miłosnemu nastrojowi, jest przysunięcie się bli­
żej. O ile kobieta nie czu je się p od ob n ie usposo­
biona, sygnalizuje ten fakt odsu w ając się.

D Y N A M IZ M P R ZE ST R ZE N I

Jak przekon aliśm y się w rozdziale V II, zm ysł prze­


strzeni i od ległości u człow iek a nie jest czym ś sta­
ty czn y m i ma n iew iele w spóln ego z linearną per­
sp ek tyw ą punktu g łów n ego, którą posługiw ali się
artyści renesansu i którą do dziś w yk łada się w w ięk ­
szości szkół a rtystyczn ych i a rch itek ton iczn ych .fĆ zło-
w iek postrzega od ległość ta/k jak inne zw ierzęta. Jego
p ercep cja przestrzeni ma charakter dynam iczny,
g d y ż jest ściśle pow iązana z działaniem — z tym
raczej, co m ożna w danej przestrzeni zrobić, niż
zjtym , co m ożna pasyw nie z o b a c z y ć j ą
(ftPowiszechna niem ożność zrozum ienia doniosłości
tych w ielu czyn n ik ów sk ład ających się na zm ysł prze­
strzenny człow iek a w yw od zi się z d w u błędn ych
przekonań: 1 . że każdem u sk utkow i odpow iada je d ­
na, dająca się ustalić przyczyna i 2 . że gran ice czło­
w iek a zaczynają się i kończą w ra z z je g o skórą.
Jeśli tylk o w y z w o lim y się z p otrzeby szukania je d y ­
nego w yja śn ien ia i jeśli w yob ra zim y sobie człow iek a
ja k o coś otoczon ego szeregiem k u rczą cych się i roz­
szerzających pól, które dostarczają m u różnorakich
in form a cji, zob aczym y g o w zupełnie odm iennym
św ietlg^ P ozn am y w ów czas lep iej lu dzkie zachow a­
nie w łączn ie z typam i o so b o w o ści.flstn ieją nie tylk o
in tro w e rty cy i ekstraw ertycy, osob ow ości autorytar­
ne i egalitarne, ty p y d ion izy jsk ie i apolińskie,
i w szelkie inne odcienie i odm iany osobow ości.lw ka<*-
dym z nas tkw i pew na liczba w yu czon y ch osobo­
w ości sytu a cyjn ych . N ajprostszą form ą osobow ości
sy tu a cy jn ej jest osobow ość zw iązana z reak cjam i na
uk łady intym ne, in dyw idu aln e, społeczne i pu blicz­
ną.j N iektórzy z nas n ie zdołali n igd y rozw in ąć pu­
blicznego stadium sw o je j osobow ości, nie potrafią
znaleźć się w m iejscu p u bliczn ym ; są złym i m ów ca ­
m i i przew odniczącym i zebrań. Inni znów , o czym
w iadom o w ielu psychiatrom , m ają trudności w sfe ­
rze in tym n ej i in d y w id u a ln e jjb li^ k o ść ludzi w y d a je
im się rzeczą nie do z n ie s ie n ią j
f"Ń ie zawsze tak łatw o u ch w y cić p o ję cio w o tego r o ­
dzaju spraw y, gd yż p rzebieg postrzegania od ległości
odbyw a się zw yk le poza św iadom ością. Ludzi o d b ie ­
ram y jako bliskich lub dalekich , ale czasem nie p o ­
trafim y w yraźn ie wsikazać, co skłania nas do scha­
rakteryzow ania ich w taki w łaśnie sposób. Zdarza
się tyle rzeczy naraz, że jest nam trudno w y d zie­
lić te źródła in form a cji, na k tórych zasadzają się
nasze reakcje.JC zy w grę w ch od zi tu ton głosu, p o ­
zycja czy też od ległość? R ozstrzygn ięcia te stają się
m ożliw e d op iero po dokładnych, d łu g otrw a ły ch o b ­
serw acjach n ajrozm aitszych sytu acji i odn otow aniu
każdej n ajm niejszej odm iany w n a p ły w a ją cy ch in ­
form acjach. a p rzyk ład b ra k lub obecn ość w raże­
nia ciepła ciała d ru giej osob y w yzn acza gra n icę p o­
m iędzy przestrzenią intym ną a nieintym ną. Zapach
świeżo u m y ty ch w ło só w i zam azyw anie się ry só w
kogoś w id zia n ego z bliska tw orzą w esp ół z odczu ­
ciem ciepła atm osferę intym ności. P osłu gu ją c się sa-
nym sobą ja k o czyn n ikiem k on trolu ją cy m i r e je -
itrując zm ienność fo rm na w ejściu sensorycznym ,
nożna w y k ry ć g łó w n e pu nkty postrzegania od le­
głości. W ten sposób da się ostatecznie w yzn aczy ć
:olejne, odrębn e elem enty tw orzą ce strefę intym ną,
ndyw idualną, społeczną i p u b lic z n ą ^
Zam ieszczone pon iżej opisy czterech stref dystan­
su sk om p ilow an o z w ie lu o b se rw a cji i w y w ia d ó w
: nie kon tak tu jącym i się, zd row ym i dorosłym i lu d ź-
ni klasy średniej, w y w od zą cy m i się g łów n ie z p ół­
nocnych w yb rzeży S tanów Z jed n oczon y ch . D uży p ro -
:ent badanych stanow ili m ężczyźni i k ob iety pra­
cujący w handlu i w o ln y ch zaw odach, w ielu z nich
n ależałoby zaliczyć do intelektualistów . W y w ia d y p ro ­
wadzono w warunkach w miarę możliwości neutral­
nych, tzn. badani nie b y li szczególnie p odek scyto­
w ani ani też w d epresji bądź w gniew ie. W yklu czon e
zostały też takie w y ją tk o w e w arunki otoczenia, jak
nadm iernie w ysoka tem peratura bądź hałas. Opisy
te stanow ią jed y n ie pew ną próbkę. Bez w ątpienia
w y d a d z ą się zbyt p ry m ity w n e kiedyś, g d y będziem y
w iedzieli w ię cej o proksem ice i o odróżnianiu przez
ludzi dystan sów . T rzeba też podkreślić, że u og óln ie­
nia te nie są b yn a jm n iej reprezentatyw ne dla ludz­
k iego zachow ania — ani naw et dla zachow ania się
A m ery k a n ów — lecz jed y n ie dla g ru p y obran ej jako
p róba statystyczna. M u rzyni i Latynosi, ja k rów nież
em igranci z ku ltur połudiniowoeuiropejskich m ają zu­
pełnie odm ienne w zorce proksem iczne.
K ażd y z opisanych pon iżej dystansów ma fazę dal­
szą i bliższą, które zostaną om ów ion e po uw agach
w stępnych. ^W ar to jeszcze zaznaczyć, że dystanse te
zm ieniają się nieco w raz ze zmianą p ew n ych czyn ­
n ik ów osob ow ościow y ch i środow isk ow ych . JOuży ha­
łas na przyk ład lub skąpe ośw ietlenie skłania zw yk le
ludzi d o skupienia się razem^N

D Y S T A N S IN T Y M N Y

iP rzy dystansie in tym n ym obecn ość d ru giej osoby


jest czym ś n iew ątp liw ym , a niek ied y naw et p rzytła­
cza ją cym w sk u tek przeciążenia w e jść sen sorycznych?
W idok (często zniekształcony), zapach, ciepło c z y je ­
goś ciała, głos i w yczu w an ie oddech u — w szystko
to razem sygn a lizu je oczyw isty kontakt z in nym
ciałem .

Dystans intymny — faza bliższa


Jest to dystans, w k tórym k och am y się i m ocu jem y,
pocieszam y i ch ronim y. W św iadom ości obu partne­
rów przew aża kontakt fizy czn y albo w ysok ie p ra w d o­
podobieństw o fizyczn eg o zbliżenia. P osłu giw a n ie się
receiptonami przestrzennym i jest w dużym stopniu
zredukow ane z w yją tk iem receptora pow onienia i re­
ceptora w y czu w a ją ceg o ciep ło prom ien iu jące, które
są w tym w yp ad k u szczególnie w yczu lon e. W fazie
m aksym alnego kontaktu kom u n ik u ją się ze sobą
mięśnie i skóra. M ogą zostać zm obilizow an e m ied n i­
ca, uda i głow a; ram iona m ogą się splatać. Obraz
z w yjątk iem k on tu rów zew n ętrzn ych jest zam azany.
O ile m ożliw e jest w ob ręb ie sfery in tym n ej w id ze­
nie z bliska — ja k w w yp a d k u dzieci — p ow stają cy
obraz jest niezm iernie p ow ięk szon y i pobudza w ię k ­
szą część, a n a w et całą p ow ierzch n ię siatków ki. Z od­
ległości tej w id zieć m ożna z n adzw yczajn ą dok ład­
nością. ip ok ła d n ość ta plus zezu jące napięcie m ięśni
ocznych tw orzą d ośw iadczen ie w izualne, k tórego nie
sposób pom ylić z ja k im k olw iek innym dystansem .
Natomiast głos o d g ry w a znikom ą rolę w porozu m ie­
niu się przy dystansie in tym n ym , k tóry przebiega
zasadniczo in nym i kanałam i. Szept d a je efek t roz­
rastania się odległości. Z d arza jące się w ok a liza cje są
przeważnie nieśw iadom e.

Dystans intymny — faza dalsza

Głowa, uda i m iedn ica nie w ch od zą już w ła tw y kon­


takt, ręce m ogą jedn ak sięgać i ch w y tać za k oń czy ­
ny. G łow a postrzegana jest w p ow ięk szon y ch roz­
miarach, a ry sy je j są zniekształcone. W ażną cechą
tego dystansu jest u A m ery k a n ó w m ożn ość łatw ego
nastawienia oka na ostrość. T ęczów k a w idziana z od —
ległości ok oło 15— 20 cm poszerzona jest do n ieco­
dziennych rozm iarów . W idać czerw on e żyłk i na tw a r­
dówce i pow iększone p o ry sikóry. W idzenie w yraźn e
(15 stopni), o b e jm u je dolną lub górn ą część tw arzy,
którą postrzega się w pow iększeniu. Nos spraw ia
wrażenie zbyt dużego i zniekształconego, p odobn ie
jak usta, zęby i język . W idzenie p e ry fe ry jn e (od 30
do 180 stopni) o b ejm u je zarysy g ło w y i ram ion, a czę­
sto rów n ież rąk7\
■^Fizyczną niewygodę odczuwaną wówczas, gdy obco­
k ra jo w ie c zn ajd u je się w obrębie sfery in tym nej,
od bierają A m eryk an ie przew ażnie ja k o zakłócenie
system u w izualnego. „C i ludzie p ch ają się za blisko,
m ożna dostać zezar^To m nie napraw dę den erw uje.
P rzyb liża ją tw arz tak, że człow iek się czuje, ja k b y
siedzieli w ew nątrz n iego.” ^.W m om encie g d y traci
się ostrość w idzenia, p rzy spoglądaniu na coś ze zbyt
b lisk iej od ległości m am y n iep rzyjem n e poczucie ze-
zow an iaA T akie w yp ow ied zi, jak „odsuń sw oją tw arz
oid m o je j” , czy „potrząsa mi pięścią przed n osem ” ,
ilustrują w yraźn ie, w jak i sposób w ielu A m ery k a ­
n ów postrzega gran ice w łasnego ciała.
-f-^^rzy od ległościach od 15 do 20 cm p osłu gu jem y
się głosem , ale jest on zw y k le w yciszon y, często
naw et do szep tu ^ Ja k pisze o tym lingw ista M artin
Joos: „W y p o w ie d ź intym na w yraźn ie unika przeka­
zyw ania adresatow i in form a cji poch odzącej spoza 1
sk óry nadaw cy. C hodzi o to... b y naprow adzić (a nie
„p o in fo rm o w a ć ” ) adresata na jakieś odczu cie tkw ią­
ce w ew nątrz sk óry n a d a w cy .” 'W yczuw alny jest za­
pach i ciep ło czyjeg oś oddechu, ch oćb y nie b y ł on
sk ierow a n y na naszą twarz. N iektórzy badani m ogli
spostrzec zm niejszanie się i zw iększanie ciep łoty cia ­
ła p a rtn era .^
^ P u bliczn e posługiw an ie się dystansem intym nym
uw aża się w śród d orosły ch A m ery k a n ów średniej kla­
sy za coś n iew łaściw ego, chociaż m ożna spostrzec
ich dzieci sp lecion e intym nie na plażach i w sam o­
chodach. Z atłoczon e k o lejk i podziem ne i autobusy
m ogą w pędzać ob cy ch w coś, co norm aln ym trybem
należałoby zaliczyć do in ty m n y ch relacji przestrzen­
nych ; ich pasażerow ie dyspon ują jedn ak pew n ym i
technikam i defen syw n ym i, u su w ającym i elem ent in ­
tym ności w środkach kom u n ik acji m asow ej. Podsta­
w ow a taktyka p olega na m aksym alnym u n ieruch o­
m ieniu i odsuw aniu tułow ia albo kończyn, o ile sty­
kają się z inną osobą. Jeśli nie jest to m ożliw e,
napręża się m ięśnie od p ow ied n iej partii ciała. Dla
członków g ru p y nie kon tak tu jącej się relaks i radość
płynąca ze stykania się z ciałem in n ych jest tabu.
W zatłoczonych w in d a ch ręce trzym a się przy b o ­
kach albo łapie się nim i za u ch w y ty dla utrzym ania
rów now agi. O czy są utkw ione nieru ch om o w n ieok re­
ślonej przestrzeni i nie w oln o, chyba tylk o przelot­
nie, zatrzym ać ich na kim kolw iek'?
<^Trzeba podkreślić raz jeszcze, że am erykańskie
w zorce proksem iczne dla dystansu in tym n ego nie są
byn ajm n iej czym ś uniwersalnym^>Nie m ożna zaliczyć
do niezm iennych regu ł naw et przepisów rządzących
spraw am i tak intym n ym i jak dotykan ie innych. A m e ­
rykanie, k tórzy m ieli sposobność naw iązać m n iej
pow ierzch ow ne kontakty z R osjanam i, op ow ia d ają
że w iele cech ch arak terystyczn ych dla am erykań­
skiego dystansu in tym n ego p rzeja w ia się w rosyjsk im
dystansie społecznym.-^Jak zob aczy m y jeszcze w na­
stępnych rozdziałach, m ieszkańcy B lisk iego W schodu
nie reagują, jak A m eryk an ie, oburzeniem na d o ty ­
kanie ich przez o b cy ch ludzi. ^
I
D YST A N S IN D Y W ID U A L N Y (O SO B N IC ZY)

^Terminem „dystans in d y w id u a ln y ” posłużył się po


raz pierw szy H ediger dla określenia odległości, któ--
ra trw ale oddziela p om iędzy sobą poszczególne egzem ­
plarze gatun ków nie kon ta k tu ją cych się. O dległość
tę potraktow ać m ożna ja k o n iew ielką strefę och ron ­
ną czy też otoczkę izolu jącą dany organizm od in ­
nych. >
\rDystans indywidualny — faza bliższa '
(odległość 45 cm do 75 cm) ^

Kinestetyczne w rażenie bliskości częściow o p rzy n a j­


mniej w y w od zi się z m ożliw ości tk w ią cy ch w tym ,
co dany p artycypant p otra fi zrob ić dru giem u za p o­
mocą kończyn.^^rzy om aw ian ym tu dystansie da się
partnera trzym ać i ob ejm ow a ć. Z an ik ają zaburzenia
w izu aln e w postrzeganiu rysów . Istnieje jedn ak g od ­
ne uwagi sprzężenie mięśni sterujących gałką oczną.
C zyteln ik m oże je sam spostrzec, jeśli sp róbu je pa­
trzeć na jakiś przedm iot z od ległości od 45 do 90 cm
i zw róci szczególną uw agę na m ięśnie w o k ó ł gałek
ocznych. B ędzie m ógł w yczu ć ich napięcie, g d y p o ­
stara się utrzym ać o b o je oczu w jed n ym punkcie
w taki sposób, b y obraz w każdym ok u zachow ał
ostrość. L ek kie naciśnięcie koń cem palca doln ej p o­
w iek i w ten sposób, aby gałka oczna się przesunęła,
p ozw oli nam zdać sobie spraw ę z w ysiłku , ja k iego
d ok on u ją te m ięśnie zapew n iając p ojed y n czy i k o­
h erentny obraz. W izu aln y kąt 15 stopni ob ejm u je
dolną lub górn ą część tw arzy, którą w id zi się w y ­
ją tk o w o ostro. Zazn aczają się w klęsłości i w y p u k ło­
ści tw arzy; nos sterczy, a uszy cofa ją się; w id a ć w y ­
raźnie delikatne ow łosien ie tw arzy, rzęsy i p ory skó­
ry. S zczególn ie uw ydatn ia się tró jw y m ia row ość przed­
m iotów . Postrzegane obiek ty m ają głębię, nam acal-
ność i form ę.. O dznaczają się też szczegóły fak tu ry
i m ożna je w yraźn ie rozróżniać. Sposób, w jaki
u sytu ow u ją się ludzie w zględ em siebie, jest oznaką
bądź tego, co za w ięzi ich łączą, bądź tego, co za
uczucia do siebie żyw ią, bądź obu ty ch rzeczy je d ­
nocześnie. Ż on a m oże bezkarnie p rzeb yw a ć w obrębie
ściśle in d yw id u a ln ej strefy sw ego męża. Dla innej
k ob ie ty takie zachow anie to całkiem odm ienna
sprawa.
Dystans indywidualny — faza dalsza
(odległość od 75 cm do 1,2 m)
JDalszej fazie dystansu in d yw id u aln ego odpow iada
zw y k le zw rot „ b y ć od kogoś na w ycią gn ięcie rę k i” 7^
Dystans ten rozciąga się od m om entu, g d y się jest
tuż za strefą ła tw ego dotyku, do m om entu g d y ludzie
w y p rostow a w szy ram iona m ogą zetknąć się palcam i.
Jest to w d osłow n y m sensie granica fizyczn ej d o ­
m inacji. P oza nią nie da się bez trudu „dosięgn ąć
kogoś ręk ą ” . P rzy odległości tej m ożem y roztrząsać
wszelkie tem aty in teresujące i d otyczące nas oso­
biście. G łow ę postrzega się w n orm aln ym rozm iarze
i w yraźn ie w id zi się szczegóły ry só w partnera.
Z rów n ą łatw ością m ożna o b ejrzeć d rob n e szczegóły
skóry, siw iznę w ło só w , senność w oczach, plam y na
zębach, znam iona, drobn e zm arszczki czy brud na
odzieży. W idzenie fow ea ln e ogarnia płaszczyznę w ie l­
kości zaledw ie czubka nosa bądź jed n ego oka, w zrok
musi w ięc błądzić po ca łe j tw a rzy (to, na co sk iero­
w u je się oko, jest kw estią uw aru n k ow an ia k u ltu ro­
w ego). Ostre w id zen ie p od kątem 15 stopni ogarnia
dolną lub górną część tw arzy, a 180-stopniow e w i­
dzenie p ery fery czn e — ręce i całe ciało siedzącego
rozm ów cy. R u ch y rąk są postrzegalne, ale nie da się
już p oliczyć p alców . P oziom głosu jest um iarkow any.
Nie w yczu w a się cie p ło ty ciała. U A m e ry k a n ó w p rzy
tym dystansie bra k jest w rażeń w ę ch ow y ch , inaczej
niż u w ielu in n ych n arod ów , gdzie tw orzy się otoczk i
zapachow e przez u ży cie w ód kolońskich. Z od ległości
tej w y k ry w a się czasem w oń oddechu, A m eryk an ie
są jednak w yu czen i, że nie k ieru je się w y d ych a n eg o
pow ietrza na innych.

D YST A N S SP O Ł E C Z N Y

Linia oddzielająca dalszą fazę dystansu in d y w id u a l­


nego od bliższej fa zy dystansu sp ołecznego w yzn a ­
cza, jak to p ow ied ział jeden z badanych, „gra n icę
dom inacji” . N ie postrzegam y już dokładnie szczegó­
łów tw arzy, nie stykam y się i nie sp odziew am y się
zetknąć z partnerem , ch y b a że sp ecjaln ie b ędziem y
się o to starać. P oziom głosu u A m ery k a n ów jest
normalny. P om ięd zy fazą bliższą a dalszą zachodzi
pod tym w zględ em n iew ielk a różnica, a 1rozm ow ę
da się słyszeć z od ległości ponad 6 metrów^ S tw ier­
dziłem, że natężenie głosu u A m e ry k a n ów jest przy
tym dystansie m niejsze niż u A ra b ó w , H iszpanów ,
H in dusów i R osjan, a n ieco w iększe niż u A n g lik ów
Z w y ższy ch w arstw sp ołeczn ych i u p ołu d n iow o­
-wschodnich Azjatów i Japończyków.
Dystans społeczny — faza bliższa
(odległość 1,2 do 2,1 m)

W ielkość g ło w y postrzega się ja k o norm alną; w m ia­


rę tego ja k oddalam y się od partnera, fow ea ln a p o­
w ierzch nia oka zaczyna ob ejm ow a ć coraz pok a źn iej­
sze fra gm en ty jeg o postaci. P rzy odległości 1,2 m e­
tra kąt w idzen ia 1 stopnia p ok ry w a płaszczyznę n ie­
co w iększą od oka. P rzy 2,1 m etra strefa ostrości
rozciąga się na nos i ok olicę ob u oczu lub na usta,
nos i jed n o oko. W ielu A m ery k a n ów przesuw a sp o j­
rzenie od oka do oka albo od oczu do ust. Struktura
skóry i w ło sy są w yraźn ie w idoczne. P rzy kącie
w idzenia 60 stopni dostrzega się z odległości 1,2 m etra
g łow ę, ram iona i górną część tu łow ia; z odległości
2,1 m etra kąt ten o b e jm u je już całą postać.
P rzy tym dystansie załatw ia się w szelkie spraw y
nieosobiste, p rzy czym faza bliższa zakłada kontakt
ściślejszy niż faza dalsza. Ludzie p racu ją cy razem
skłonni są posłu giw a ć się fazą bliższą dystansu spo­
łecznego. Jest to rów n ież dystans ty p o w y dla tych,
k tórzy biorą udział w n ieform a ln ym zebraniu tow a ­
rzyskim . Stanie i spoglądanie na kogoś z g ó ry z tej
odległości w y w o łu je w rażenie dom in acji, ja k w w y ­
padku człow iek a m ów ią cego do sw o je j sekretarki
lub recepcjon istk i.
Dystans społeczny — faza dalsza
(odległość od 2,1 do 3,6 m)

Jest to ta w łaśnie odległość, na jaką odch odzim y


w ów czas, g d y ktoś pow iada: „S tań tak, żebym m ógł
cię ob ejrze ć.” R ozm o w y tow arzyskie i zaw od ow e p ro­
w adzone z m ak sym alnego dystansu społecznego m a­
ją charakter b a rd ziej fo rm a ln y niż w ów czas, g d y
od b y w a ją się w ram ach fa zy bliższej. B iurka w urzę­
dach przeznaczone dla w a żn ych osób są zw yk le na
tyle duże, że utrzym ują interesanta w należytej od ­
ległości. Nawet w ty c h in stytucjach, gdzie biu rk a
m ają rozm iary standardow e, p rzeciw ległe krzesło
znajduje się 2,4 lub 2,7 m etra od urzędnika. W dal­
szej fazie dystansu społecznego przestaje się postrze­
gać takie drobn e szczegóły tw arzy, ja k np. w ło s k o -
wate naczynia k rw ionośne w gałk ach ocznych. W i­
doczna jest jeszcze struktura sk óry oraz stan zęb ów
i ubrania. Żadna z badan ych przeze m nie osób nie
zauw ażyła przy tej od ległości u siebie w yczu w an ia
ciepłoty alb o zapachu partnera. W idzenie pod kątem
60 stopni ogarnia całą postać w raz z pokaźnym
fragm entem otoczenia. P rzy od ległości ok oło 3,6 m e­
tra znika nagle sprzężenie m ięśni oczn ych , u m ożli­
w iające u trzym yw an ie w zrok u w jed n ym punkcie.
Oczy i usta partnera zn ajdu ją się w obrębie strefy
najostrzejszego w idzenia. N ie jest w ię c kon ieczne
poruszanie oczam i po to, b y o b ją ć w zrok iem całą
twarz. P rzy dystansie tym znacznie w ażn iejsze niż
przy dystansach k rótszych staje się podtrzym yw an ie
kontaktu w izualnego w trakcie w szelk ich rozm ów
niezdaw kow ych.
Zach ow anie proksem iczne tego typu jest u w aru n ­
kow ane k u ltu row o i ca łk ow icie arbitralne. Jednakże
obow iązuje onó w szystk ich zainteresow anych. U n i­
kać czyjegoś w zrok u to tyle, co zm usić g o do za­
m ilknięcia i ucinać k on w ersa cję, dlatego w łaśnie lu ­
dzie rozm a w ia ją cy z sobą z tego dystansu kręcą szy­
jam i i p rzech ylają się z bok u na bok, b y le tylk o
wym inąć ew entualne przeszkody. Jeśli jedna osoba
siedzi, druga stoi, d łu g otrw a ły kontakt w izu aln y
przy od ległości m niejszej niż 3— 3,5 m etra m ęczy
mięśnie szyi, toteż strzegą g o zw y k le podw ładn i d ba­
jący o w y g od ę przełożonego. Jeśli jed n ak porządek
jest o d w rócon y i p od w ła d n y siedzi, druga strona
często podchodzi bliżej.
Przy od ległości tej głos jest w yraźn ie m ocn iejszy
niż w fazie bliższej i przew ażnie da się słyszeć z p rzy ­
leg łeg o pom ieszczenia przy otw a rtych drzw iach. P od ­
niesienie głosu lub krzyk m oże stw arzać w rażenie
redukowania dystansu społecznego do dystansu in­
dyw idu alnego.
W łasności proksem iczne dystansu sp ołeczn ego (fa­
zy dalszej) są tego rodzaju, że b y w a on w y k orzy sty ­
w an y przez ludzi p o to, b y odd zielić się i odosobn ić
od innych. O dległość taka pozw ala im spokojnie~ k on ­
tyn u ow ać pracę w obecn ości kogoś in n ego i nie spra­
w ia ć przy tym w rażenia osoby n ieuprzejm ej. D otyczy
to zw łaszcza recep cjon istek w urzędach, po k tórych
pra cod a w cy sp odziew ają się w yp ełn ian ia p od w ójn y ch
obow iązk ów : odpow iadan ia na pytania i grzeczności
w ob ec interesantów , a jedn ocześnie pisania na m a­
szynie. G d y recep cjon istk a znajdzie się w odległości
m niejszej niż 3 m etry od ja k iejś osoby, naw et ob cej,
jest nią w ysta rcza ją co skrępow ana, b y cizuć się zm u­
szona do kon w ersacji. A le jeśli ma w ię ce j przestrze­
ni, m oże w zględ n ie sw obod n ie pra cow a ć bez ob ow ią z­
ku rozm aw iania. P od ob n ie m ężow ie po p ow rocie
z p ra cy siadają, od poczyw ają, czytają gazetę w o d ­
leg łości 3 i w ię ce j m etrów od sw y ch żon, przy tym
b ow iem dystansie m ożna rów n ie ła tw o w y łą czy ć się
co p od ją ć rozm ow ę w d ow oln ym m om encie. N iektórzy
z n ich spostrzegają, że żony pou staw iały m eble op a r­
ciam i do siebie — jest to u lubiony ch w y t „o d sp o -
łe czn y ” karykaturzysty Chicka Youmga, tw ó rcy
„B lo n d ie ” , ch w y t p ozw a la ją cy uciec od innych. Taki
układ jest p op ra w n ym rozw iązaniem przy m inim um
przestrzeni, u m ożliw ia b ow iem lu dziom odizolow an ie
się od siebie, jeśli m ają na to ochotę.

D Y S T A N S P U B L IC Z N Y

P o p rzejściu od dystansu in d yw id u aln ego i społecz­


nego d o dystansu pu bliczn ego, k tóry nie zakłada już
zaangażow nia, p oja w ia się w iele istotnych zmian
sensorycznych.
Dystans publiczny — faza bliższa
(odległość od 3,6 do 7,5 m)

P rz y od ległości 3,6 m etra cz u jn y osobn ik m oże w ra­


zie zagrożenia zrob ić unik lub przejść do defensyw y.
W dystansie tym m ieści się naw et pew na szczątko­
wa, podśw iadom a form a rea k cji ucieczki. G łos jest
donośny, ale nie w y k orzy stu je się je g o pełnej siły.
J ęzyk ozn aw cy tw ierdzą, że przy om aw ian ej tu od ­
ległości zaczynam y dbać o d ob ór słów i bu dow ę zda­
nia, p oja w ia ją się też zm iany gram atyczne i syntak-
tyczne. O ddaje to d obrze w p ro w a d zon y przez M arti­
na Joosa term in „sty l fo rm a ln y ” : „tek sty form aln e
w ym a ga ją uprzedn iego zaplanow ania... m ów ca w y ­
głasza je ja k b y na b a czn ość” . K ąt najostrzejszego
w idzenia (1 stopnia) o b e jm u je całą twarz. D robne
szczegóły sk óry i w ło só w są już niedostrzegalne.
Na odległość 4,8 m etra ciało zaczyna tracić d w u w y -
m iarow ość i staje się płaskie. N ie rozróżnia się k o ­
loru oczu: w id oczn e są jed y n ie białka. W ielk ość g ło ­
w y jest znacznie m niejsza od norm alnej. R om b oid a l­
na strefa ostrego w idzen ia pod kątem 15 stopni na
odległość 3,6 m etra ogarnia tw arze o b o jg a ludzi, sp oj­
rzenie zaś pod kątem 60 stopni o b ejm u je całe ciało
w raz iz fragm en tem otaczającej przestrzeni. Inne oso­
b y w idziane są n a jw y ż e j p eryferyczn ie.

Dystans publiczny — faza dalsza


(odległość 7,5 m i więcej)

W ażne osobistości oddzielone są dystansem 10 m e­


trów . Z n a k om ity tego przykład napotykam y w książ­
ce T h eod ore’a H. W h ite’a T he M aking o f th e P resi-
d en t 1960, w m om en cie g d y nom in acja Johna P. K en ­
n e d y e g o stała się pew nością. W hite opisuje zgrom a­
dzenie w ustronn ym dom u w iejsk im , do którego
w szedł K en n ed y:
„K e n n e d y w b ie g ł do dom ku sw ym lekkim , tanecz­
nym krokiem , m łod zień czy i g ib k i jak w iosna, głośn o
pozdraw iając tych, k tórzy stali po drodze. Z d a w a ł
się um ykać im w szystkim , schodząc z półpiętra do
kąta, gdzie gaw ęd zili oczek u ją cy nań brat B ob b y
i szw agier Sargent Shriver. P ozostali rzu cili się do
przodu ch cąc do niego podejść. I w ted y zatrzym ali
się. D zielił ich dystans za led w ie 10 m etrów , lecz
b ył nieprzekraczalny. Stanęli z boku — w szy scy ci
starsi ludzie o ustalonym od daw na prestiżu i w p ły ­
w ach — i patrzyli na niego. O d w rócił się p o paru
m inutach, spostrzegł ich i szepnął coś do szw agra.
Shriver p rzek roczył od dzielającą przestrzeń, b y za­
prosić ich do tow arzystw a. N a jp ierw A v e re ll H arri-
man, potem D ick D aley i M ike D iSalle, jed en po
drugim , zaczęli składać gratu lacje. N ikt jedn ak nie
m ógłb y bez zaproszenia p rzejść przez ten niew ielki
odstęp, b o roztaczała się w o k ó ł n iego lekka aura
izolacji i w iedzieli, że nie są tu je g o patronam i,
lecz je g o klientam i. M og li się zb liżyć ty lk o po zapro­
szeniu, b o m iał zostać p rezyden tem S tan ów Z je d n o ­
czonych.”
Taki z w y cz a jo w y dystans d o ty cz y nie ty lk o w a ż­
nych osobistości, m oże się n im posłu giw ać każdy przy
okazjach pu bliczn ych . N iezbędn e jest w szakże d ok o­
nanie p ew n y ch korektur. W iększość aiktorów w ie
o tym , że p rzy od ległości 10 i w ię ce j m etrów zani­
kają pew n e subtelne od cien ie znaczeniow e kom u n i­
kow ane n orm aln ym głosem , ja k rów n ież szczegóły
ekspresji m im iczn ej i ru ch ow ej. N ie ty lk o w ię c głos,
ale i w szystko inme w in no b yć o d p ow ied n io w zm oc­
nione i w yolb rzy m ion e. P orozu m iew a n ie się n iew er­
balne zaczyna fu n k cjo n o w a ć g łó w n ie przez gesty­
kulację i p o z y cję ciała. U lega nadto zw oln ien iu tem po
m ówienia, słow a w yp ow ia d a n e są w yraźn iej, p o ja ­
wiają się też pew n e zm iany stylistyczne. Zn am ien n y
jest term in M artina Joosa — styl ozięb ły : ,jStyl ozię­
bły przeznaczony jest dla tych, k tórzy m ają pozostać
nieznajom ym i.” Całą postać człow iek a odb ieram y
przy tym dystansie ja k o zupełnie m ałą i postrzega­
my ją w raz z tłem . W idzenie fow ea ln e o b e jm u je
coraz to w iększe fragm en ty człow ieka, dopóki zn a j­
d u je się on całk ow icie w ob ręb ie strefy m aksym al­
n ej ostrości. W idzenie pod kątem 60 stopni ogarnia
tło, a w idzen ie p ery fery czn e sygn alizu je nam ruch
po bokach.

D L A C ZE G O C Z T E R Y D Y S T A N S E ?

P odsu m ow u jąc opis stref dystansu zaobserw ow an ych


w badanej grupie A m eryk an ów , w in i enem poczyn ić
parę k o ń co w y ch uw ag d otyczą cych k lasyfik acji. M oż­
na b ow iem słusznie zapytać: d la czeg o cztery strefy,
a nie sześć lub osiem ? P o co w og óle w yd ziela ć ja ­
k iek olw iek strefy? Skąd w iadom o, że taka k la sy fi­
k acja jest p opraw n a? W jaki sposób dokon ano w y ­
b oru tych w łaśnie kategorii?
Jak już pisałem w rozdziale I, każdy n au kow iec
potrzebu je jakiegoś system u k la sy fik a cy jn eg o, m aksy­
m alnie adekw atnego w ob ec badanych zjaw isk i sp raw ­
nie działającego. W szelki system k la sy fik a cy jn y za­
kłada jakąś teorię czy hipotetzę o naturze o w y ch da­
nych i o n a jb a rd ziej p od sta w ow ych form ach ich p o ­
rządkow ania. Za obraną tu k la sy fik acją proksem iczną
k ry je się założenie następujące: w naturze w szyst­
k ich zw ierząt, nie w yłą cza ją c ludzi, tkw i pew ien typ
zachow ania zw an ego terytorialnością. D ziałając tak
posługują się on i różnorakim i zm ysłam i, za pom ocą
k tórych różn icu ją odległości i przestrzeń. W y b ó r okre­
ślonego dystansu zależny jest od danego układu; od
w ięzi łączącej kon tak tu jących się osobn ików , od tego
co czują i c o robią. Zastosow aną tu czteroczłon ow ą
k la sy fik a cję pop ierają badania prow adzone zarów no
na zw ierzętach, ja k na ludziach. Dystans intym ny,
in d yw id u a ln y i sp ołeczn y przeja w ia się nie tylko
u ludzi, lecz rów n ież u pszczół i ptaków .
U ludzi Z ach odu czyn ności oraz relacje społeczne
i za w od ow e sk u piły się w jed n ym dystansie; p o ja ­
w ia się u n ich nadto coś takiego ja k postać publiczna-
i w ięź publiczna. R ela cje „p u b licz n e ” i sp raw y ^pu­
b liczn e” praktyk ow an e tak, jak to się dzieje u A m e­
rykanów i E u rop ejczyk ów , w yróżn ia ją ich zd ecyd o­
w anie od reszty świata. T k w i w nich b ow iem im pli­
cite nakaz traktow ania w szelk ich osób n iezn ajom ych
w sposób ściśle określon y. W sum ie w ięc do czy n ie­
nia m am y z czterem a zasadniczym i typam i w ięzi
(intym ną, in dyw idualną, społeczną i publiczną) i ze
zw iązanym i z nim i typam i ak tyw n ości i typam i d y ­
stansu. W in n ych częściach naszego g lob u rela cje
m iędzyludzkie p odpadają pod zupełnie odm ienne sza­
blony, ja k ch oćb y w zorzec oparty na przeciw sta w ie­
niu rodzin y i n ie-rod zin y, p ow szech n y w H iszpanii,
P ortugalii i w b y ły ch k olon ia ch tych państw , czy
system k astow y w Indiach. R ów n ież A ra b o w ie i Ż y ­
dzi odróżniają zd ecydow an ie tych, z którym i są sp o­
w in ow acen i lub spokrew nieni, od tych, z k tórym i nic
ich nie łączy. M o je badania w śród A ra b ó w każą
przypuszczać, że posługują się oni system em org a n i­
zow ania przestrzeni n ieform aln ej, która diam etralnie
różni się od tego, co obserw ow a łem w Stanach. W ięź
w ieśniaka arabskiego, czy li fellacha, z je g o szejkiem
lub z B ogiem nie jest w ięzią publiczną. M a ona ch a­
rakter bliski, osobisty i nie w ym aga pośredników .
A ż do dziś o potrzebach przestrzen nych człow iek a
m yślano w yłączn ie w kategoriach m asy pow ietrza
w yp ieran ej przez je g o ciało. N ie dostrzegano w ogóle
faktu, że opisane p o w y żej strefy przestrzenne są
ekstensjam i osob ow ości lu dzkiej. Z różn icow a n ie o w y ch
stref, a w ła ściw ie sam o ich istnienie, u ja w n iło się
dopiero w ów czas, gdy A m eryk a n ie naw iązali k on ­
takty z cudzoziem cam i, k tórzy p osłu g iw a li się sw ym i
zm ysłam i tak odm iennie, że co b y ło kw estią intym ną
w jed n ej kulturze, m og ło się okazać kw estią in d y ­
widualną, a naw et publiczną w in nej. A m eryk an ie
zaczęli b y ć św iadom i sw oich w ła sn y ch otoczek prze­
strzennych, które przedtem traktow ali jako coś zu­
pełnie oczyw istego.
Poznanie o w y ch różn ych stref kontaktu i zw iąza­
n y ch z każdą z nich sp ecyficzn y ch em ocji, w ięzi oraz
czyn n ości zaczyna b y ć dziś spraw ą niezm iernie w aż­
ną. Ludność św iata tłoczy się w m iastach a b u d ow ­
n iczow ie i projek ta n ci pakują ludzi w e w znoszone
p ion ow o pudełka b iu r i d om ów m ieszkalnych. T rak ­
tując ludzi tak, ja k czyn ili to daw ni handlarze n ie­
w oln ik ów , rozw ażając ich potrzeby przestrzenne w y ­
łącznie w k ategoriach granic w yzn aczon ych przez
ciało1, n ie p rzyw ią zu je się należytej w a gi do skutków
zatłoczenia. Jeśli jedn ak sp ojrzy m y na człow iek a
ja k o na coś tk w ią cego w sieci niew idzialn ych oto­
czek przestrzennych o w ielk ościa ch w ym ierzaln ych ,
architektura przedstaw i się nam w zupełnie n ow ym
św ietle. Z aczyn a się w ted y p ojm ow ać, że ludzie m o­
gą b y ć sk ręp ow an i przestrzenią, w k tórej muszą żyć
i pracow ać. M ogą, co w ięcej, czuć się w pędzeni w
zachow ania, w ięzi i reak cje em ocjonaln e, k tóre oka­
zują się dla nich nad m iarę sftresujące. P odobn ie jak
ciążenie, w zajem n y w p ły w dw u ciał na siebie jest
od w rotn ie p rop orcjon a ln y nie tylk o do kw adratu
d zielącego je dystansu, lecz m oże naw et do jeg o
sześcianu. W m iarę narastania stresu zw iększa się
też w ra żliw ość na zatłoczenie — ludzie stają się b ar­
d ziej napięci — potrzebu ją coraz w ię cej przestrzeni,
w m iarę tego ja k dostają je j coraz m niej.
D w a masitępne rozdziały, om aw ia jące prokseocniczme
w zorce w różn y ch kulturach, m ają d w o ja k i cel: po
pierw sze, rzucić d od a tk ow e św iatło na nasze w łasne
nie uśw iadom ion e w zorce i podsunąć w ten sposób,
m am nadzieję, ulepszone p ro jek ty b u d ow y pom iesz­
czeń do m ieszkania i do pracy, jak też w znoszenia
m iast; po drugie, w yk azać jak bardzo potrzebne jest
lepsze porozu m ien ie m iędzykulturow e. W zorce p ro -
ksem iczne d ow od zą w yraźn ie istnienia p ew n y ch p od ­
sta w ow y ch różn ic m iędzy ludźm i, różnic, -których nie
m ożna ignorow ać. A m eryk ań scy projek tan ci i b u d ow ­
n iczow ie plan ują m iasta w in n y ch k ra jach bez p o ­
jęcia o potrzebach przestrzennych ludzi, nie p od ejrze­
w a ją c naw et, że p otrzeb y o w e zm ieniają się w za­
leżności od ku ltury. Szanse na w ciśn ięcie ludzi do
form , które do n ich nie pasują, są nadal bardzo duże.
W Stanach Z jed n o czo n y ch n ow e k on cep cje u rban i­
zacyjne i liczne zbrodnie p rzeciw k o ludzkości p op eł­
niane w ich im ieniu d ow odzą ca łk ow itej n iew ied zy
o tym , ja k tw orzy ć otoczen ie od p ow ied n ie dla róż­
nych p op u la cji w y p e łn ia ją cy ch nasze miasta.
XI

PROKSEM IKA W KONTEKŚCIE K R Z Y Ż O W A N IA SIĘ


KULTUR: NIEM CY, A N G LIC Y, FRANCUZI

N iem cy, A n g licy , A m eryk a n ie i F rancuzi w n ieśli


w zajem znaczny w kład do sw y ch kultur, lecz k u l­
tury te w w ielu punktach k olid u ją ze sobą. P ow sta­
jące w k on sek w en cji nieporozum ien ia stają się tym
pow ażniejsze, że b y w a li i m ający intelektualne am ­
b icje A m eryk an ie i E u rop ejczy cy szczycą się, iż p o­
praw n ie in terpretu ją za ch ow a n ie d ru giej strony.
R óżn ice k u ltu row e, tk w ią ce pon iżej progu św iad o­
m ości, kładzione są zazw yczaj na karb głu p oty, n ie­
okrzesania bądź też brak u zainteresow ania ze stro­
n y partnera.

N IE M C Y

Ilek roć w e jd ą ze sobą w trw a ły kontakt ludzie z róż­


n y ch k ra jów , każda strona zaczyna gen eralizow ać
zachow anie się drugiej. I N iem cy, i S zw ajcarzy n ie­
m ie ccy nie stanow ią pod tym w zględem w yjątku .
W iększość in telektualistów i przed staw icieli w oln y ch
za w od ów z obu ty ch k ra jów , z którym i rozm aw ia­
łem , zabierała się w koń cu do kom entow ania tego,
ja k A m e ry k a n ie posługują się czasem i przestrzenią.
N iem cy i S zw a jca rzy n iem ieccy zgodn ie tw ierdzili,
że A m eryk an ie nie zostaw iają żadnego niem al luzu
w strukturze sw eg o czasu i że pedan tyczn ie p rzy ­
w iązu ją się do rozk ła d ów zajęć. Zauw ażali też, że
A m erykanie nie zostaw iają dla siebie w oln eg o czasu
(podkreślał to Sebastian de G razia w pra cy O j T im e,
W ork and L eisu re). P on iew aż raczej trudno b y ło b y
uznać N iem ców i S zw a jca ró w za ludzi nonszalancko
traktujących czas, postanow iłem zw łaszcza ich w y ­
badać i w yson d ow a ć ich p oglą d y na tem at stosunku
A m eryk an ów do czasu. W yja śn ia ją za zw ycza j, że
E u ropejczyk zaplanuje sobie m n iej zajęć w tym sa­
m ym odcin ku czasu niż A m eryk an in , i dodają z w y ­
kle, że E u rop ejczycy nie czują się aż tak bardzo
„zn iew olen i czasem ” . Przeznaczają g o w ię ce j na to
w szystko, co w iąże się z w ażn ym i rela cjam i m ięd zy ­
ludzkim i i — ja k tw ierd ziło w ielu m oich in terlo­
kutorów — w E uropie liczą się przede w szystkim
właśnie ow e relacje, podczas g d y w A m e ry ce liczy
się sporządzony rozkład zajęć. W iększość pyta n ych
w kraczała następnie na w yższy szczebel log ik i i w ią ­
zała ten sposób obchod zen ia się z czasem z postaw a­
mi w ob ec przestrzeni, którą A m eryk an ie traktow ać
m ieliby z n iew iarygod n ą nonszalancją. W ed le eu ro­
pejskich standardów A m eryk a n ie posługują się p rze­
strzenią rozrzutnie i rzadko rozp la n ow u ją ją zgodnie
z potrzebam i pu bliczn ym i. P rzy w ią zu ją c zb yt w iele
wagi do harm on ogram ów czasow ych, p rzyw iązu ją je j
zbyt m ało d o przestrzen nych potrzeb człow ieka.
C hciałbym zaznaczyć, że nie w szyscy E u rop ejczy cy
są aż tak sp ostrzegaw czy; n iek tórzy og ra n iczy li się
do stw ierdzenia, że podczas p obytu w A m ery ce czuli
się p rzytłoczen i czasem i sk arżyli się, że nasze m ia­
sta w y d a ją się m ało różnorodne. N iem n iej te ob ser­
w acje E u rop ejczyk ów pozw a la ją przypuszczać, że
N iem cy okażą się b a rd ziej niż A m eryk an ie w y trą ­
ceni z rów n ow a g i naruszaniem o b y c z a jó w przestrzen­
nych.
N ie m c y a na trętn ość '

Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego zetknięcia się


z w zoram i proksem icznym i N iem ców , które nastą­
piło, g d y b y łem jeszcze studentem . M oje m aniery,
m ój status, m o je ego zostały zaatakow ane i zm iaż­
dżone przez p ew n ego N iem ca, w k tórym naw et trzy ­
dziestoletni p o b y t w naszym k ra ju i biegłe w ła d a ­
nie angielskim nie zd oła ły naruszyć niem ieckiego
p ojm ow a n ia tego, na czym p olega natrętność. A b y
n ależycie w y ja śn ić różne zw iązane z tym w yp adk iem
kw estie sporne, trzeba tu w spom n ieć o d w u zasad­
n iczych w zorca ch am erykańskich, traktow an ych u nas
ja k o oczyw iste, a przeto uniw ersalne.
P o pierw sze, w Stanach Z je d n o cz o n y ch -a k ce p tu je
się p ow szech nie niew idzialną barierę rozciągającą się
w o k ó ł dw u lub trzech rozm a w ia ją cych ze sobą osób,
która odgranicza je od reszty tow arzystw a. Już sam
ten dystans izolu je każdą tego typu grupę od oto­
czenia i ob w a ro w u je ją och ron n ym m urem p ry w a t­
ności. G łosy są zw yk le przyciszone, b y nie przeszka­
dzać in nym , a jeśli naw et są dość głośne, ludzie za­
ch ow u ją się tak, ja k b y nie b y ło ich słychać. W ten
sposób respektu je się pryw atn ość niezależnie od tego,
czy istn ieje ona faktycznie, czy też nie. D rugi w z o ­
rzec jest nieco b a rd ziej subtelny i w iąże się z tym
dokładnie m om entem , w którym kogoś zaczyna się
postrzegać ja k o osobę przekraczającą pew ną granicę
i w chod zącą do pom ieszczenia. R ozm ow a przez drzw i,
0 ile stoi się na zew nątrz dom u, nie jest przez w ię k ­
szość A m ery k a n ów traktow an a__ja k o_przebyw an ie
w ew n ątrz dom u albo w p ok oju w żadnym sensie tego
słow a. Jeśli ktoś stoi na p rog u otw a rtych drzw i
1 m ów i do kogoś w e w nętrzu, jest ciągle jeszcze p o­
strzegany i ok reśla n y tow arzysko jako b ę d ą c y n a
z e w n ą t r z . Jeśli ktoś p rze b y w a ją cy w gm achu b iu ­
ra tylk o „w sadza g ło w ę przez d rzw i” , pozostaje na­
dal na zew nątrz pokoju . N aw et trzym anie się za
fram u gę drzw i z ciałem przech ylon ym d o w nętrza
p okoju oznacza, że jest się jedn ą nogą na „o b c y m
grun cie” i że n ie jest się jeszcze całkiem w ob ręb ie
czyjegoś terytorium ?] Żad n e z ty ch am erykań skich
ustaleń przestrzennych nie ob ow ią zu je w p ółn ocn y ch
Niem czech. W e w szystkich w yp adk ach , g d y A m e ry ­
kanin sk łon n y jest w id zieć siebie jako osobę p ozo­
stającą jeszcze n a z e w n ą t r z , z pew nością zdołał
właśnie p rzek roczyć gran ice terytoriu m N iem ca i e x
definitione w m ieszać się w je g o spraw y. K o n flik t
pom iędzy tym i dw om a w zorcam i szczególnie ja sk ra ­
w o ilustru je następu jące w yd arzen ie.
B ył ciep ły, w iosen n y dzień, ja k i p rz y tra fić—się
m oże tylk o w czystym , jasn ym i otw a rtym p o w ie ­
trzu C olorado; dzień, k tóry każe ci się cieszyć ż y ­
ciem. Stałem na p ro g u dom u p rzerob ion ego z w agon u
gaw ędząc z m łodą kobietą zajm u jącą m ieszkanie na
pięterku. N a parterze m ieściła się pracow n ia a rty­
sty. P rzerób k i d okon an o jed n ak w ten oso b liw y spo­
sób, .że ob u n a jem com służyło to sam o w ejście.
M ieszkańcy pięterka p rzech odzili w zdłu ż jed n ej ze
ścian pracow n i, b y dostać się d o w iod ą cy ch na górę
schodów — m ożna b y rzec, m ieli sw o je „p ra w o
przejścia” przez terytoriu m artysty. S tojąc w progu
zerknąłem w le w o i zauw ażyłem , że 15 do 18 m etrów
dalej, w pracow n i, pruski artysta i d w ó ch je g o zna­
jom ych p ogrą żyło się w kon w ersacji. B y ł on w p o­
zycji takiej, że g d y b y tylk o zw ró cił się w jedną stro­
nę, m usiałby m nie spostrzec. Z a rejestrow ałem je g o
obecność, lecz nie ch cąc w y d a ć się arogan cki albo
przeszkodzić w rozm ow ie, zastosow ałem bezw iedn ie
am erykańską regułę i doszedłem do w niosku, że
obie te czyn n ości — m o ja cicha rozm ow a i je g o roz­
m owa — n ie zakłócają się w zajem nie. I ja k w k rótce
się przekonałem , b y ł to błąd. P o k rótk iej ch w ili arty­
sta od erw a ł się od sw y ch zn ajom ych , p rzek roczył
dzielącą nas przestrzeń i odepch nąw szy m oją zna­
jomą, z p a ła ją cy m w zrok iem zaczął na m nie k rzy ­
czeć. Jakim praw em w szedłem do p ra cow n i n ie w ita ­
jąc się z nim ? K to m i ud zielił pozw olęn ia?—*
Czułem się sterroryzow a n y i u p ok orzon y i czuję
złość naw et teraz, po bldsiko trzydziestu latach. P óź­
niejsze badania p o z w o liły m i zrozum ieć w zorzec n ie­
m ieck i i p ojąć, że—w oczach o w eg o artysty zachow a­
łem się w sposób nie do zniesienia grubiański. W te­
d y b ow iem b y łem już „w ew n ą trz ” pom ieszczenia
i - stałem się intruzem w tym d okładnie m om encie,
g d y m ogłem w id zieć w nętrze. Dla N iem ców nie ist­
n i e je c o ś tak iego jak przeb yw a n ie w czyim ś pom iesz­
czeniu bez jedn oczesn ego przebyw an ia w sferze, w
k tórej jest się intruzem , n a w et w te d y g d y patrzy
się tylk o na czyjeś zebranie tow arzyskie, bez w zględ u
na to z ja k iej odległości.
P row adząc ostatnio badania tego, na co spoglądają
ludzie, g d y znajdą się w sytu acji in tym n ej, p ry w a t­
nej, sp ołeczn ej i p u bliczn ej, m iałem okazję nieza­
leżnie od tej historii spraw dzić, j ak N iem cy reagują
na natręctw o w izualne. P oleciłem _osob om poddan ym
eksperym entow i, b y sfo to g ra fo w a ły oddzielnie ja k ie­
goś m ężczyznę i jakąś kobietę w każdym z w y m ie­
n ion y ch kontekstów . Jeden z m oich asystentów , k tóry
przypadk iem b y ł rów nież N iem cem , z rob ił zd jęcie
w dystansie p u bliczn ym bez nastaw ienia na ostrość,
gdyż, jak p ow ied ział, „n ie pow in n o się patrzeć na
in n ych z od ległości pu bliczn ej, b o jest się w ted y in ­
truzem ” . T łu m a czy to niepisany zw ycza j k ry ją cy
się za n iem ieck im zakazem fotog ra fow a n ia osób n ie­
znan ych w m iejscach pu bliczn ych bez ich zgody.

„Strefa prywatna”

N iem cy od b iera ją przestrzeń jako przedłużenie ego.


K lu cza do tego poczucia up atryw ać m ożna w n ie­
przetłum aczalnym , w ielozn aczn ym term inie L eb en s-
raum, k tórym n ib y p sych ologiczn ą dźw ignią m ającą
zachęcić N iem ców d o pod b oju , tak chętnie posługi-"
w a ł się H itler.
W odróżnieniu od A ra b ó w , ja k zobaczym y później,
ego N iem ca jest n iezw y k le w yek sp on ow an e i skłon.--
ny jest on n ie liczyć się -z-^rrczyeł, b y le b y zachow ać
sw oją pryw atną sferę. Spostrzeżono to w latach
II w o jn y św ia tow ej, g d y żołn ierze am erykań scy m ie­
li często okazje do ob serw ow an ia je ń có w n iem ieck ich
w n ajróżn iejszych ok oliczn ościach . Z d a rzy ło się raz
na Ś rod kow ym W schodzie, że zak w aterow an o n ie­
m ieckich je ń có w w o je n n y ch p o czterech w jed n ym
baraku. Jak długo starczało m ateriału, każdy jen iec
budow ał sobie przepierzenie, b y m óc d yspon ow ać
własną przestrzenią. W m n iej korzystn ych w aru n ­
kach, w N iem czech, w ch w ili klęski W ehrm achtu,
musiano u ciec się do b u d ow a n ia palisad, g d y ż je ń cy
przybyw ali szybciej, niż m ożna ich b y ło rozlokow ać.
Nawet w tak iej sy tu a cji w szyscy żołnierze, jeśli ty l­
ko zdołali zd ob yć m ateriały, staw iali sobie m ik ro ­
skopijne jedn ostki m ieszkalne, n ie w iększe niek iedy
od lisiej nory. A m ery k a n ów in try g ow a ło to, dlaczego
N iem cy nie zsum ują sw y ch w y siłk ó w i tru dn ych do
zdobycia m ateriałów i nie zbudu ją sobie w ięk sze­
go, bardziej praktyczn ego pom ieszczenia, zw łaszcza'
-z uw agi na bardzo zim ne, w iosenn e notpe. Od tam tej
pory obserw u ję często, ja k usiłują oni zaspokoić sw ą
potrzebę chronienia ego przez posłu giw an ie się p rzy ­
budów kam i architektonicznym i. .N iem ieckie d om y
z balkonam i p rojek tu je się w ten sposób, że p ozo­
staje m iejsce na p ryw atn ość w izualną. P od w órk a są
zwykle ogrodzone, ale za rów n o ogrodzon e, ja k nie
ogrodzone są nietykalne.
C Przekonanie A m eryk an in a, że z przestrzeni trzeba
korzystać w spólnie, jest dla N iem ca szczególnie n ie­
znośnej N ie m ogę poprzeć źródłam i tej rela cji
z w czesnych dni ok u p a cji po ostatniej w ojn ie, gdy
Berlin b y ł w ruinach, ale n aoczn y św iadek op isy ­
wał taką oto sytuację, o tym sp ecyficzn ie u p ior­
nym charakterze, jak i często tow arzyszy pow ażn ym
błędom taktycznym p opełn ian ym w sytu acji przeci­
nania, się kultur. W okresie tym w B erlin ie panow ał
niesłychanie ostry d e ficy t m ieszkań. B y złagodzić
sytuację, w ła d ze ok u p a cy jn e w strefie am erykańskiej
p oleciły , aby ci b erliń czy cy , którzy m ają jeszcze
kuchnię i łazienkę, zechcieli d zielić się nim i ze sw y ­
mi sąsiadami. Rozporządzenie trzeba było ostatecznie
u ch y lić, bo w trakcie w sp óln eg o korzystania z w y ­
g ód poddani nadm iernem u stresow i zaczęli się na­
w za jem zabijaćA
B u dyn ki pu bliczn e i p ryw atn e często zaopatrzone
są w p od w ójn e, d źw iękoszczelne drzw i, jak to często
b y w a w p o k o ja ch h otelow ych . N iem cy, .co w ięcej,
traktu ją drzw i n iezw yk le serio. Ći z nich, którzy
p rzeb yw a li w A m eryce, m ają w rażenie, że nasze
d rzw i są kru che i lekkie. W obu k ra ja ch z drzw iam i
otw artym i i zam kniętym i w iąże się zupełnie inne
znaczenie. W b iu ra ch A m eryk an ie pracu ją p rzy
drzw iach otw artych , N iem cy — przy zam kniętych.
W N iem czech zam knięcie d rzw i nie oznacza w cale,
że ch ce się pozostać sam em u, m ieć sp ok ój lub robić
coś, co nie n a d a je się do oglądania przez innych.
N iem cy m yślą po prostu, że otw arte drzw i to _ n ie­
dbalstw o i bałagan. Z am k n ięcie drzw i zapew nia p o ­
m ieszczeniu in tegraln ość i stw arza m iędzy ludźm i
pew ną granicę. Inaczej czują się oni zb yt w zajem
zaabsorbow ani. Jeden z m oich n iem ieckich respon­
d en tów pow ied ział: „G d y b y w rodzin ie naszej nie
b y ło d rzw i, m u sielibyśm y odm ien ić styl życia. Bez
d rzw i m ielib yśm y dużo w ię ce j utarczek. G d y nie
m am o ch o ty rozm aw iać, k ry ję się za drzrwi... G d y b y
drzw i nie b y ło , m usiałbym stale p rzeb yw a ć w za­
sięgu m o je j m atki.”
K ie d y N iem iec zapali się do tem atu zam kniętej
przestrzeni w A m eryce, m ożna liczyć na je g o kom en ­
tarz do hałasów , ja k ie przedostają się przez ściany
i d r z w i.: D la w ięk szości N iem ców nasze drzw i są
sym bolem am erykań skiego stylu życia. C ienkie, tan­
detne, rzadko dopasow ane, jakże dalek o im d o m a­
terialn ej solidn ości d rzw i niem ieckich, N ie w yd ają
dźw ięku , g d y się je zam yka, i sp raw iają w rażenie
m ało solidn ych. B rzęk zam ka jest n iew yraźn y, p rzy-
pom iną klekotanie, a czasem m oże g o n a w et bra ­
kować.
Taktyka otw a rtych drzw i w businessie am erykań­
skim _F^w^drzecT d rzw i zam kn iętych w kulturze busi­
nessu niem ie ck ieg o p ow od u ją nieraz utarczki w filia ch
firm am erykańskich i w zależn ych tow arzystw ach
h an dlow ych na terenie N iem iec. S praw a ta w y d a je
się całkiem prosta, ale niem ożność zrozum ienia je j
w ciąż w y w o łu je tarcia i nieporozum ien ia p om iędzy
m enedżeram i am erykańskim i i n iem ieckim i za o ce a -
nemT? P ew n ego razu p oproszon o m nie o udzielenie
porady p ew n ej firm ie o zasięgu ogóln ośw iatow ym .
Jednym z p ierw szych pytań b y ło : „Ja k d op row a d zić
do tego, żeby N iem cy trzym ali drzw i o tw a rte ?”
O tw arte drzw i w p ęd za ły N iem ców w poczucie, że są
stale na w idok u, i nad aw ały działalności tow a rzy ­
stwa n iezw y k le zrelak sow an y i daleki od businessu
charakter. Z d ru giej strony, zam ykanie d rz w i w y -~
w oły w a ło u A m e ry k a n ó w w rażenie, że nad m iejscem
takim uno^i się jakaś k on sp ira cyjn a atm osfera, z k tó­
rej oni sam i są w yłączen i. S edno sp raw y tk w iło w
tym , że zostaw ianie d rzw i otw a rtych nie oznaczało
tego sam ego w kulturze ob u k ra jów .

Porządkowanie przestrzeni

^System atyczny i h iera rch iczn y ch arak ter k u ltu ry


N iem ców zn a jd u je sw ó j w yra z w p osłu giw an iu się
przez n ich przestrzenią. N iem cy lubią w iedzieć, gdzie
stoją, a stanow czo protestują p rzeciw tym , k tórzy
robią zam ieszanie w^rkolejkach, „w y ła m u ją się z l i ­
nii” czy nie raspefotują takich napisów , jak „W stęp
w zbron ion y ” , „T y lk o dla osób u p ow a żn ion y ch ” itp.
N iektóre p osta w y niem ieckie w zględ em nas w y w od zą
się z naszych n ieform a ln ych postaw w ob ec ogran i­
czeń i au torytetów w ogóle. ■
Jednakże n ie p o k ó j N iem ców w ob ec am erykań skie­
go gw ałcen ia porządku n ie da się w n iczym p orów n ać
z n iep ok ojem , ja k i w zn iecają w n ich P ola cy, k tórzy
nie w idzą n ic złego w lek kim bałaganie. K o le jk i
i szeregi są dla nich synon im em d y scy p lin y i ślepego
autorytetu. Sam kiedyś widziałem, jak pewien Polak
rozb ił k olejk ę w k a feterii po to tylk o, b y „rozruszać
trochę to stado o w ie c ” .
Jak już w spom in ałem w cześn iej, N iem cy p od ch o­
dzą do dystansu natręctw a w sposób n iezw yk le fo r ­
m alny. P rosiłem kiedyś sw oich studentów o podanie
odległości, p rzy k tórej ktoś trzeci przeszkadza dw óm
osobom w rozm ow ie. Od A m ery k a n ów nie otrzym a­
łem odpow ied zi. K a żd y z n ich sądził, że m ó g łb y p o­
w iedzieć, k ied y zetknął się z takim natręctw em , ale
nie m ógł g o zd efin iow ać ani w yja śn ić, skąd w ie, że
ono nastąpiło. N atom iast N iem iec i W łoch , k tóry
p ra cow a ł w N iem czech, od p ow ied zieli w m o je j g ru ­
pie bez w ahania. O baj tw ierdzili, że ktoś staje się
intruzem w o b e c d w ó ch rozm a w ia ją cy ch w m om en ­
cie, w k tórym zb liży się do nich na odległość 2,1 m e­
tra.
W ielu A m ery k a n ów m a w rażenie, że zachow anie
N iem ców je st przesadnie sztyw ne, nieelastyczne i fo r ­
m alne. P oczu cie to w jakim ś stopniu stw arzają róż­
n ice w posługiw an iu się krzesłem w^czasie siedzenia.
A m eryk an om zdaje się nie spraw iać różn icy, jeśli
ktoś przesuw a krzesło, b y dostroić od ległość d o sy ­
tu acji — a tym , k tórym to spraw ia_ różnicę, nie
przych odzi naw et na m yśl, b y coś pow iedzieć, gdyż^
kom en tow a n ie cu d zy ch m anier b y ło b y niegrzeczne.
W N iem czech zaś zm ienianie p o zy cji krzesła . jest
p ogw ałcen iem d o b ry ch ob ycza jów . Dodatkowym^
czyn n ikiem odstraszającym tych, k tórzy sam i nie
m ają dość rozeznania, jest w aga n iem ieckich m ebli.
N aw et w ielk i architekt M ies van der R ohe, k tóry
często b u n tow a ł się p rzeciw niem ieckim tra d y cjom
w b u d ow n ictw ie, za p rojek tow a ł sw oje piękne krze­
sła ja k o tw o ry tak ciężkie, że każdy z_w yjątkiem ^
silnego m ężczyzn y m ia łb y k łop oty z regu low an iem
od ległości od rozm ów cy . D la N iem ca lek k ie m eble
są przekleństw em , nie ty lk o dlatego że tandetnie
w yglądają, lecz rów n ież dlatego, że ludzie m ogą
nimi poruszać i tym sam ym bu rzyć porządek rzeczy
w łącznie z naruszaniem „s fe ry p ry w a tn e j” . O p ow ia­
dano m i, że pew ien niem ieck i red a k tor gazety, k tóry
przeniósł się do S tanów Z jed n oczon y ch , kazał p rzy ­
m ocow ać do p od łogi „ w należytej o d le g ło ści” krzesło
dla interesantów , g d y ż ścierpieć nie m óg ł am erykań­
skiego z w y cza ju d opa sow yw a n ia położen ia krzesła
do sytuacji.

A N G L IC Y

M ów i się czasem , że A n g lic y i A m eryk an ie to d w a


w ielkie narody, które dzieli ten sam język. R óżnice,
które kładzie się na karb. język a, w iążą się nie tyle
ze słow am i, co p orozum iew an iem się na in n ych p ozio­
mach, p oczyn a ją c od in ton a cji (która dla w ielu A m e ­
rykanów brzm i afektow an ie), a kończąc na sp lecio­
nych z ego sposobach posługiw an ia się czasem , p rze­
strzenią i tw orzyw am i. N ie m a d w óch in n y ch kultur
tak dalece różn ią cych się p roksem iczn ym i detalam i
jak kultura w yk szta łcon y ch (w tzw . szkołach p u ­
blicznych) A n g lik ó w i kultura średnich klas am e­
rykańskich. Jednym z zasadniczych p o w o d ó w o w e j
rozbieżności jest to, że w Stanach Z jed n oczon y ch
używa się przestrzeni do k la sy fik ow an ia ludzi
i działalności, podczas g d y w A n g lii to, kim się jest,
określa system społeczny] W Stanach w a żn ym w skaź­
nikiem statusu jest adres (tyczy to nie tylk o adre­
sów d om ow y ch , lecz rów n ież adresów m iejsca p ra­
cy). J on esow ie z B rook ly n u i M iam i nie są tak „d o ­
brzy” , ja k Jonesow ie z N ew p ort i P alm Beach.
G reenw ich i Cape C od to całk iem inne św iaty niż
New ark i M iam i. P rzedsiębiorstw a m ieszczące się
przy M adison A v en u e czy P a rk A v en u e są lepszej
klasy niż przedsiębiorstw a p rzy Seven th czy E ighth
Avenue. B iuro w rogu bu dyn ku jest b a r d z i e j presti­
żowe niż b iu ro tuż p rzy w in d zie lu b na k oń cu d łu -
g ie g o korytarza. A n g lik natom iast rodzi się i w zra­
sta w p ew n ym system ie społecznym . Jest w ciąż lo r­
dem — niezależnie od tego, gdzie się go spotka, choć­
b y naw et za ladą sklepu rybnego. Poza rozróżn ien ia­
m i klasow ym i istnieją też m iędzy nam i a A n glik a m i
rozbieżności w sp osobach rozdzielania przestrzeni.
A m eryk an in z klasy średniej, k tóry w y ch ow a ł się
w Stanach Z jed n oczon y ch , m a p oczu cie praw a do
sw ego w łasn ego p ok oju lub p rzyn a jm n iej części p o­
k o ju czy pom ieszczenia biu row ego. M oi respondenci,
proszeni o naszkicow anie idealnego pom ieszczenia
niezm ien nie p ro je k to w a li je dla siebie i dla nikogo
w ięcej. G d y prosiłem , aby naszkicow ali sw ój obecn y
p o k ó j albo biuro, ry sow a li tylk o w łasną część w sp ól­
n ego p ok o ju i oddzielali ją linią od reszty. Z a rów n o
k ob iety jak m ężczyźni id en tyfik ow a li kuchnię i g łó w ­
ną sypialnię ja k o coś należącego do m atki lub żony,
podczas g d y terytoriu m o jca stanow ił — je śli b y ł
osiągalny — gabinet lub pracow n ia, w p rzeciw n ym
razie „w arsztat” , „suteren a” , a czasem naw et stół
do rob ót m ech an iczn ych lub garaż. G d y A m eryk an ­
ka ch ce zostać sama, idzie do sypialni i zam yka za
sobą drzwi. Z am kn ięte drzw i znaczą: „N ie przeszka­
dzać” albo „Jestem zła” . A m eryk an in jest do naszej
d ysp ozycji, jeśli w d om u czy w biurze zostaw ia za
sobą otw arte drzw i. W ym aga się od niego, aby nie
odcin ał się od otoczen ia i stale pozostaw ał w g o to ­
w ości do spełnienia życzeń innych. D rzw i zamknięte^
zarezerw ow an e są dla k on feren cji, rozm ów p ry w a t­
nych , interesów , p ra cy w y m a ga ją cej k on centracji,
d alej dla nauki, odpoczyn ku , snu, ubierania się i ży=._
cia seksualnego.
N atom iast A n g lik z klasy średniej lub w yższej w y ­
ch o w u je się w p ok o ju dziecinnym , k tóry dzieli ze
sw y m i bra ćm i i siostram i. N ajstarsze za jm u je osobn y
p ok ój, k tó ry zw alnia z ch w ilą w y ja zd u do szkoły
z internatem , m oże naw et już w w iek u dziew ię­
ciu — dziesięciu lat. Ta różnica p om iędzy oddzielnym
p o k o jem a w czesn ym w drażaniem do w sp óln eg o p o ­
m ieszczenia w y d a je się błah a; m a ona jedn ak znacz­
ny w p ły w na postaw ę A n g lik a w o b e c należnej m u
przestrzeni. A n g lik m oże n ig d y nie m ieć stałego
„p o k o ju dla sieb ie” i na o g ó ł n ie sp odziew a się go
ani nie rości sobie do niego praw . N aw et człon k ow ie
Parlam entu n ie m ają k an celarii i często u rzędu ją na
tarasie w ych od zą cym na Tam izę. W rezu ltacie A n ­
glika zaskakuje u A m e ry k a n ó w potrzeba sp ok ojn eg o
m iejsca - do p racy, potrzeba biura. A m eryk a n ie za­
trudnieni w A n g lii iry tu ją się, jeżeli nie zapew ni im
się czegoś, co u w ażają za odp ow ied n ią, zam kniętą
przestrzeń do pracy. P od w zględ em zapotrzebow ania
na ściany ja k o osłonę ego, A m eryk a n ie plasują się
gdzieś pom iędzy N iem cam i a A n glikam i.
K ontrastujące w zorce am erykańskie i angielskie
pociągają za sobą pew n e god n e uw agi k on sek w en ­
cje, zw łaszcza jeśli p rzyjm iem y, że człow iek — ja k
inne zw ierzęta — m a integralną potrzebę od sep aro-
w yw ania się co jakiś czas od in ny chi D osk onałym
przykładem tego, do cze g o prow ad zi zderzanie się
ukrytych w zo rcó w , b y ł p ew ien student A n g lik z m o­
jego sem inarium . W stosunkach z A m eryk an am i d o ­
znawał on n a jw y ra źn iej n iep rzyjem n eg o napięcia.
W szystko szło źle, a z uw ag A n glik a jasno w yn ik ało,
że nie um ieliśm y się zachow ać. K ie d y zanalizow a­
liśm y je g o pretensje, okazało się, że g łów n y m ź ró ­
dłem jeg o ir y ta c ji b y ł fakt, iż żaden A m eryk an in nie
był zdoln y ch w y cić i p o ją ć su bteln ych sugestii i na­
pom knień, że n iek ied y nie ży cz y sobie, aby m u prze­
szkadzano. „C h od zę sobie d oo k oła p ok oju — stw ier­
dził — i w yg lą d a na to, że ile k ro ć chcę m ieć sp ok ój,
mój w sp ółlok a tor zaczyna do m nie coś m ów ić.
W krótce pyta m nie: « 0 co ch o d zi?», i ch ce w ied zieć,
czy jestem nve w hum orze. W tym m om en cie jestem
już zły rzeczyw iście i rąbię m u coś.” !
Zabrało n ieco czasu, zanim zdołaliśm y się połapać
w tych p rzeciw sta w n ych w ła ściw ościa ch A m e ry k a ­
nów i B ry ty jcz y k ó w , k tóre w eszły ze sobą w k on flik t
w opisanym w yp adk u . G d y A m eryk an in pragnie zo­
stać sam, w ch od zi do p o k o ju i zam yka ża sobą
drzw i — schronienie zapew niają m u tw o ry archi­
tektoniczne. Dla Amerykanina uchylenie się od roz­
m o w y z kimś, kto zn a jd u je się w tym sam ym p o­
m ieszczeniu, jest ostateczną form ą odrzucenia i n ie­
zaw odną oznaką w ie lk ie g o niezadow olenia. A n g licy
zaś, pozbaw ien i w łasnego lokum od dzieciństw a, nie
rozw in ęli n igd y praktyk i posługiw an ia się przestrze­
nią ja k o sch ron ien iem przed ludźm i. W yp ra cow a li
natom iast system w znoszenia w o k ó ł siebie barier,
które w ed łu g n ich p ow in n y b y ć rozpoznaw ane przez
innych. W rezultacie im bard ziej A n g lik zam yka się
w sobie w obecn ości A m eryk an in a, tym bardziej
A m eryk an in stara się to przełam ać, aby . upew n ić
się, czy w szystk o jest w porządku. N apięcie narasta,
d op ók i obaj się w za jem nie zrozum ieją. Istotnym
prob lem em jest to, że p otrzeb y przestrzenne i archi­
tekton iczne obu stron są zupełnie różne.

Używanie telefonu

Z in tern alizow an e m echanizm y pryw atn ości u A n g li­


k ów i paraw an pryw atn ości u A in eryk a n ów dają w
rezultacie zupełnie odm ienne zw y cza je zw iązane
z telefonem . T e le fo n u nie pow strzym a żadna ściana,
ani dnzwi. P on iew aż nie m ożna poznać po dzw onku,
kto telefon u je i ja k dalece spraw a jest pilna, czu je­
m y się zm uszeni d o odbierania telefonów . Jak na­
leżało się spodziew ać, A n g licy w tych m om entach,
g d y od czu w a ją potrzebę pozostania ze sw oim i w ła s -’
nym i m yślam i, traktują d zw onienie telefon u ja k o
w d a rcie się w pryw atn e życie, dokonane przez k o ­
goś, kto n ie w ie, ja k się zachow ać. W ob ec tego, że
n igd y nie w ia d om o, ja k bardzo zajęta jest druga
strona, A n g lic y m ają sk rupu ły przy używ an iu tele­
fon u ; w olą zam iast teg o pisać bileciki. D zw on ić to
„p rzy n a g la ć” i za ch ow y w a ć się nieco grubiańsko.
List czy telegram jest w p ra w d zie po w oln ie jszv t ale
o w ie le m n iej przeszkadza. T elefon y pozostają do
załatw iania interesów i w n agłych ok oliczn ościa ch.
P osłu giw ałem się tym system em przez w iele lat
pobytu w Santa Fe (N ow y M eksyk) w czasie w ie l­
kiego kryzysu. O byw ałem się bez telefon u , bo b y ło
to kosztow ne. C eniłem sob ie nadto sp ok ój sw eg o m a­
leńkiego schronienia na zboczu g ó ry i nie ch ciałem
b yć tam nagabyw an y. T en m ój osob liw y styl życia
w y w o ły w a ł u in nych rea k cję bliską szoku. N ie w ie ­
dzieli zupełnie, co ze m ną robić. Trzeba b y ło w idzieć
konsternację na ic h tw arzach, g d y w odpow ied zi na
pytanie: „Ja k m ożna się z panem sk on ta k tow ać?” ,
m ów iłem : „P roszę w ysła ć kartkę. B y w am na poczcie
każdego dn ia.”
U m ożliw iw szy w ięk szości ludzi z naszej klasy śred­
niej posiadanie w łasn y ch p o k o jó w i ucieczkę z cen ­
trum na p rzed m ieścia , zaczęto następnie pen etro­
w ać ich n a jb a rd ziej pryw atn ą strefę d om ow ą za p o ­
m ocą n ajbard ziej p u bliczn ego w yn a la zk u — telefonu.
K ażdy m oże nas dosięgnąć o każdej porze. Staliśm y
się w ostatecznym rozrachu nku dostępni do tego
stopnia, że trzeba w y p ra cow a ć sp ecjaln e środki, aby
um ożliw ić fu n k cjon ow a n ie lu dziom zajętym . W p r o ­
cesie selek cjon ow a n ia n adsyłanych in form a cji k o­
nieczny jest ogrom n y takt i fa ch ow ość, in a czej ktoś
zostanie urażony. Jak dotąd, technika nasza n ie na­
dąża za ludzką potrzebą pozostaw ania od czasu do
czasu sam em u z w łasną rodziną lub z w łasn ym i m y ­
ślami. Ź ród łem całego p rob lem u jest to, że n ie spo­
sób zorien tow ać się na podstaw ie dzw onka telefonu,
kto jest przy aparacie i jak nagląca jest sprawa.
N iektórzy m ają telefon y zastrzeżone, co jedn ak staje
się k łop otliw e dla p rzyja ciół, k tórzy p rzyjech a li do
miasta i p ra gn ęlib y się z nim i skontaktow ać. R oz­
wiązanie sp ra w y sprow adza się do zainstalow ania dla
ważnych osobistości sp ecja ln ych te le fo n ó w (trady­
cyjnie czerw onych). C zerw ona linia w y m ija sek re­
tarki, p rzerw y na kaw ę, zajęte sy g n a ły i nastolat­
ków, a podłączona jest d o tablic rozdzielczych B ia ­
łego D om u, D epartam entu Stanu i Pentagonu.
Sąsiedzi

Amerykanie żyjący w Anglii są zdumiewająco zgodni


w sw y ch rea k cja ch na A n g lik ów . W iększość z nich
czu je się urażona i zakłopotana; w ych ow a n i na am e­
rykańskich w zorca ch sąsiedztw a, nie potrafią w ła ­
ściw ie zin terpretow ać w z o rcó w angielskich. B liskość
przestrzenna n ie m a w A n g lii n a jm n iejszeg o zna­
czenia. Fakt, że m ieszkam y ob o k jakichś ludzi, nie
u praw nia nas w ca le do składania im w izyty , p oży ­
czania od nich, u trzym yw an ia z nim i tow arzyskich
k on tak tów ani do tego, b y nasze dzieci b a w iły się
w spóln ie z ich dziećm i. B rak dok ła d n y ch danych
o liczbie ty ch A m eryk an ów , którzy p otra fili p rzy ­
stosow ać się do A n g lik ó w . Zasadniczą postaw ę A n ­
g lik ó w w o b e c A m ery k a n ów w y m o d e lo w a ł nasz sta­
tus b y łe j kolonii. P ostaw a ta jest w w ięk szym stop­
niu uśw iadam iana, a w ię c i bard ziej uzew nętrzniana
niż nie w yp ow ia d a n e praw o A n glik a do bronienia
sw ej pryw a tn ości przed całym światem . W ed le m ego
rozeznania, tym , k tórzy próbu ją zb liży ć się do A n ­
g lik ó w w yłą czn ie na podstaw ie sąsiedztwa, udaje
się to rzadko lub zgoła n igd y. M ogą on i zapoznać
się, a n aw et p olu b ić się ze sw ym i sąsiadam i, lecz
nie dzięk i tem u, że m ieszkają ob ok ; rela cje m iędzy­
lu d zkie kształtuje b ow iem w A n g lii n ie przestrzeń,
ale status społeczny.

Czyim pohojem jest sypialnia?

W dom ach angielskiej w yższej klasy średniej m oż-


niość od izolow a n ia się w sypialni n ie jest p rzy w ilejem
k obiety, lecz m ężczyzny — p ra w d op od obn ie dla
och ron y przed dziećm i, którym nie zdołan o jeszcze
w p o ić angielskich w zo rcó w pryw atn ości. T o m ęż­
czyzna, a n ie kobieta, m a w łasną gard erobę; zn aj­
d u je on rów n ież schron ien ie w gabinecie. A n g lik jest
w yb red n y , jeśli ch odzi o ubiór, i g o tów pośw ięcać
nabyw aniu g o w iele czasu i uw agi. A n gielk i, prze­
ciw n ie, traktują ku p ow an ie odzieży p odobn ie ja k
Amerykanie płci męskiej.
Mówienie głośne i ciche

N ależytą od ległość m iędzy ludźm i u trzym u je się na


różne sp osoby. Jędrnym z takich m ech an izm ów zm ie­
niających. się w zależności od k u ltu ry jest siła głosu.
' W A n g lii i w og óle w E uropie zarzuca się A m e ry k a ­
nom zbyt głośn e m ów ien ie, co jest fu n k cją d w u
forp i panow ania nad głosem : a. siły głosu i b. m odu ­
low ania g o w e d le kierunku. A m eryk an ie zw iększają
siłę głosu zależnie od od ległości, posłu gu jąc się w ie ­
lom a poziom am i (szeptem , głosem norm aln ym , d o ­
nośnym krzyk iem itp.). W w ielu sytuacjach, będąc
ludźm i bard ziej stadnym i, nie zw ra cają u w agi na
to, że m ogą ich słyszeć osob y postronne; m an ifesto­
w anie tego, że nie m a się n ic do uk rycia, jest je d ­
nym z p rz e ja w ó w ic h otw artości. A n g licy natom iast
w ystrzegają się tego; aby ^jłdziifr sob ie^-b eg-^pgyw at-
nychr-^biur i nie przeszkadzać jedn ocześn ie innym ,
m usieli nabrać w p ra w y w u k ieru n k ow yw a n iu głosu
na in terloku tora steru jąc nim tak, b y nieznacznie
tylko g óro w a ł nad hałasem otoczenia i odległością.
Dla A n g lik ó w fa k t, że ktoś ich n iech cący podsłuchał,
dow odzi tego, że się jest in truzem w ob ec innycH,!
osobą o zły ch m an ierach i zachow aniu w ła ściw y m
nizinom społecznym . Jednakże sposób, w ja k i m o­
dulują głos, spraw ia, że w otoczen iu A m ery k an ów
spraw iają on i w ra żen ie k on sp ira torów i m ogą b y ć
przez nich odbieran i ja k o intryganci.

Zachowanie wzrokowe

Badanie zachow ania się w zro k o w eg o u jaw n ia n ow e


interesujące kontrasty m iędzy tym i dw iem a ku ltu­
rami. A n g lic y p opadają u nas w k łop oty nie tylk o
wtedy, g d y chcą odosobnienia' i sam otności, lecz
także w ted y g d y chcą kontaktu. N ie m ają n igd y
pew ności, czy A m eryk an in słucha tego, co m ów ią.
My z kolei jesteśmy równie niepewni tego, czy
A n g lik nas zrozum iał. Znaczna część ty ch trudności
w porozum ien iu skupia się w o k ó ł posługiw ania się
oczam i. A n g lik p rz y w y k ł do bacznej uw agi i p iln ego
słuchania; m usi tak rob ić, jeśli ch ce b y ć up rzejm y
i jeśli nie m a ścian, które osłan iałyby dźw ięki. Nie
k iw a g ło w ą ani nie w y d a je p om ru k ów m ają cy ch
nas u p ew n ić, że rozum ie. Na znak tego, że słucha,
p rzym yk a oczy. A m eryk an ie natom iast nie p rzy ­
w y k li do patrzenia prosto w oczy. W patru ją się w
rozm ów cę zd ecyd ow a n ie tylk o w ów czas, g d y szcze­
góln ie zależy im na up ew n ien iu się, że się p o ro ­
zum ieli.
/ JVyzrok A m eryk an in a sk ierow a n y na rozm ów cę
często przesuw a się z jedn ego oka na drugie, a na­
w et czasem w ę d ru je gdzieś poza tw arz. A n g lik na­
tom iast słuchając unierucham ia oczy, stając od
partnera w dystansie społecznym tak, że bez w zglę­
du na to, gdzie patrzy, stw arza w rażenie spogląda­
nia prosto na rozm ów cę. A b y tem u sprostać, m usi
od d a lić się na 2,4 m etra i w ię ce j. Jest zb yt blisko,
jeżeli 12-stopniow y, h oryzon ta ln y zasięg plam ki żół­
tej nie pozw ala na sp ojrzen ie ustabilizow ane. P rzy
od ległości m n iejszej niż 2,4 m etra m usi się spoglą­
dać na jed n o bądź na dru gie oko.

FRAN CU ZI

F rancuzi ż y ją cy na południe i w sch ód od P aryża


należą zasadniczo do zespołu kultur, k tóry otacza
M orze Śródziem ne. C złon kow ie tej g ru p y są bardziej
stłoczeni niż E u rop ejczy cy z półn ocy, A n g licy i A m e­
rykanie. Ś ródziem nom orskie posługiw an ie się prze­
strzenią ob serw ow a ć m ożna w p rzepełn ion ych po­
ciągach, autobusach, sam ochodach, u liczn ych k a fe j­
kach i m ieszkaniach. W yją tek stanow ią oczyw iście
zam ki i w ille osób zam ożnych. Ż y cie w zatłoczeniu
oznacza z w y k le w iększe zaangażow anie zmysłov£££i
Ów francu ski nacisk na zm ysły uw idacznia się nie
tylk o w sposobie, w jak i jedzą, p od ejm u ją gości,
rozm aw iają, pisizą, skupiają się w kafejkach , ale
rów nież w sposobie, w ja k i sporządzają m apy. Są
one n adzw yczaj d obrze pom yślane i tak za p rojek to­
wane, że turysta znaleźć w n ich m oże n ajb ard ziej
w y czerp u ją ce in form a cje. M apy te św iadczą O' tym ,
jak dalece potrafią Francuzi czyn ić użytek ze w szyst­
kich zm ysłów . W skazują w y g o d n e dojazdy, m iejsca,
gdzie m ożna nacieszyć się jakim ś w id ok iem , znaleźć
m alow niczą aleję, zatrzym ać się, od św ieżyć, p rze­
spacerow ać się, a naw et zjeść sm aczny posiłek. In­
form ują, które zm y sły w yk orzy sta ć m ożna w danym
m om encie podróży.

Dom i rodzina

Jednym z p ow od ów , dla k tóry ch Francuzi lubią


p rzebyw ać poza dom em , są dość ciasne w aru n ki
m ieszkalne. S p otyk a ją się ze sobą w k a fejk a ch i re­
stauracjach. D om służy rodzinie, rozryw k i i życie
tow arzyskie przenosi się na zew nątrz. Z a rów n o m oje
w izyty w n iek tórych dom ach, jak w szystko, czego
zdołałem się dow ied zieć o m ieszkaniach F ran cuzów ,
pnzema/wia za tyto, że często ży ją on i w dużym
stłoczeniu, zw łaszcza klasa p racu jąca i drobn om iesz­
czaństwo. Oznacza to, że Francuzi są bardzo ze sobą
związani zm ysłow o. R ozkład ich biur, m ieszkań,
miast, ce n tró w i w iosek jest tego rodziaju, że p o d ­
trzymuje o w o w za je m n e sprzężenie.
W kontaktach m ięd zylu d zkich sprzężenie to szcze­
gólnie narasta;/ g d y Francuz z kim ś rozm aw ia, rze­
czywiście nań p atrzy i n ie m oże b y ć co do tego n a j­
m niejszych w ątpliw ości. Na u lica ch P aryża w p a tru je
się w każdą kobietę, jaką w id zi naprzeciw siebie.
Am erykanki po dłuższym p o b y cie w e F r a n c ji prze­
chodzą często okres sen sorycznej d ep ry w a cji. W iele
z nich. tw ierdziło, że pon iew aż p rz y w y k ły do tego,
że się na nie patrzy, am erykański zw ycza j n iepa -
trzenia wywołuje w nich uczucie, jak gdyby nie
istniały.
Francuzi nie tylk o są bardzo ze sobą sprzęgnięci
zm ysłow o, lecz rów n ież p rzyzw ycza ili się do tego,
co dla nas sta n ow iłob y zbyt m ocn y b odziec senso­
ryczn y. Sam och ód F rancuza zaspokaja jeg o potrzeby.
M ałe rozm iary fran cu skich sam och od ów kładzie się
zw y k le na karb niższego standardu życia i w yższych
k osztów m ateria łow ych ; jednakże choć trudno m ieć
w ątpliw ości, że koszty od g ryw a ją tu pew ną rolę,
b y ło b y naiw nością sądzić, że jest to rola decydująca.
S am och ód — na rów n i z język iem — jest pew n ym
p rzeja w em ku ltu ry i m a sw oją charakterystyczną
niszę w b iotop ie ku lturow ym . R óżn ice sam ochodów
od zw iercied la ją i są odzw ierciedlan e przez różnice
w in n ych dziedzinach. G d y b y Francuzi zaczęli p ro­
w adzić am erykańskie w ozy, zm uszeni b y lib y zre­
zyg n ow ać z w ielu sp osobów traktow ania przestrzeni,
do ja k ich p rzyw y k li. R uch u liczn y na P ola ch E lizej­
skich i w o k o licy Łuku T riu m fa ln eg o jest czym ś po­
średnim m iędzy ruchem na roga tce w N ew Jersey
w słoneczne, niedzielne popołu dn ie a autostradą In­
dianapolis. Z w ozam i am erykańskich rozm iarów b y ­
ło b y to m asow e sam obójstw o. N aw et tra fiające się
sporadyczn ie „n ie w ie lk ie ” sam ochody A m eryk an ów
sp raw iają na u licach P aryża w rażenie olbrzym ów
m iędzy karłam i. W Stanach w o z y te nie odznaczają_
się niczym , bo w szystko inne jest tu na tę samą
sikalę. D op iero na tle ob ceg o otoczenia nasze masy
żelaza z D etroit w yg lą d a ją na to, czym są naprawdę.
A m eryk ań sk ie p otw ory nadają ego ogrom n e rozmiar
ry i zabezpieczają przed naruszaniem sfery osobistej
w ew n ątrz sam ochodu do tego stopnia, że pasażerow ie i
stykają się ze sobą jed y n ie m arginalnie. N ie twierdzę,
że w szyscy A m eryk a n ie są jed n a k ow i i że dali się
oni bez w y ją tk u w p ęd zić w szablon y rodem z D e­
troit. S k oro w D etroit n ie chcą p rodu k ow ać tego, ;
co jest poszukiw ane, w ielu A m ery k a n ów w o li m n iej­
sze i zw rotn iejsze w o z y europejsk ie, które lep iej
zaspokajają ich potrzeb y i b a rd ziej od p ow iad ają ich
osobow ości. N iem n iej patrząc na styl w o z ó w fra n ­
cuskich spostrzega się w iększe niż w Stanach akcen­
tow anie indyw idualizm u. W ystarczy p orów n a ć P eu ­
geota, C itroena, R enaulta, D auphine i „bla szan k ę”
2 CV. W yp ra cow a n ie tak iej różn orod n ości u nas
w ym a ga łob y ca ły ch lat zm ieniania stylu sam ocho­
dów.

Posługiwanie się przestrzenią otwartą

Poniew aż w szystkie p otrzeb y przestrzenne m uszą


b yć u trzym yw an e w rów n ow ad ze, F rancuzi m ak sy­
m alnie w yk orzy stu ją parki i w o ln e przestrzenie.
Miasto i zam ieszkujący je ludzie są dla F ran cuzów
czymś, z czego czerpie się zadow olenie. U m iark ow a­
nie czyste pow ietrze, ch odniki szerokie, n iek ied y na
21 m etrów , auta, które nie czyn ią k rasn olu dk ów
z ludzi przech odzących przez b u lw ary, w szystko to
um ożliw ia istnienie k a fe je k pod g oły m n iebem
i otw artych terenów , gdzie m ożna się grom adzić
i przyjem n ie spędzać ze sobą czas. F rancuzi de­
lektują się i chętnie p a rtycy p u ją w życiu m ie j­
skim — w je g o różn orod n ych odgłosach, w id ok a ch
i zapachach — zapotrzebow anie na w yd zielon ą prze­
strzeń dla sa m och od ów jest tu w ięc nieco m niejsze
niż w Stanach Z jed n oczon y ch , gdzie ludzie p om n iej­
szani są przetz drap acze ch m u r i w y tw o r y z D etroit,
atakowani w izu aln ie przez nieczystości i śm ieci, za­
truwani sm ogiem i d w u tlen k iem w ęgla.

Gwiazda i kratownica

W Europie istnieją dw a zasadnicze system y org a n i­


zowania przestrzeni. P ierw szy z nich, „prom ienista
gw iazda” , w ystęp u ją cy w H iszpanii i w e F ran cji, m a
charakter dospołeczny. D rugi, kratow nica, w y w o ­
dzący się z A z ji M n iejszej, p rz y sw ojon y przez R zy ­
m ian i przeniesiony do A n g lii w czasach Cezara,
jest odspołeczny. System francu sko-h iszpań ski ze­
spala w szystkie punkty i fu n k cje. W m etrze fra n ­
cuskim różne lin ie w ielok rotn ie zbiegają się w ta­
k ich w a żn ych m iejscach , jak P la ce de la C oncorde,
Opera czy M adeleine. System k ra tow n icy natom iast
oddziela od siebie różne zakresy działania rozciąga­
jąc je w przestrzeni. Oiba te system y m ają sw oje
zalety, ale kom uś, kto p rz y w y k ł do jed n ego z nich,
posłu giw an ie się dru gim m oże spraw iać trudności.
Jeśli na przyk ład w system ie prom ien istego punktu
cen tralnego p om ylim y kierunek, to m a to tym p o ­
w ażn iejsze k on sek w en cje, im dalej jedziem y. A w ięc
każda om yłk a jest z grubsza jednoznaczna z obra­
niem n iew ła ściw eg o kierunku. W system ie k ra tow ­
n icy od ch ylen ia sięgają 90 lub 180 stopni i są zw ykle
na tyle oczyw iste, że spostrzegają je naw et ci, k tó­
rzy nie odznaczają się sp ecjaln ym w yczu ciem k ie­
runku. Jeśli p od różu je się ogóln ie w e w łaściw ą stro­
nę, n aw et w od ległości jed n ego czy d w u p ól od
kursu, om yłk a da się w każdej ch w ili napraw ić. S y ­
stem punktu cen tralnego ma jed n ak pew n e w łaściw e
sobie zalety. Z ch w ilą w yu czen ia się go, jest n iesły­
chanie łatw o lok a lizow a ć obiek ty i zdarzenia w prze­
strzeni w ym ien ia ją c nazw ę od p ow ied n iego m iejsca
na linii. M ożna naw et na ob cy m terenie poprosić
kogoś o spotkanie przy pięćdziesiątym kilom etrze
na N ational R ou te na połudn ie od Paryża. W syste­
m ie k ra tow n icy natom iast zlokalizow anie czegoś w
przestrzeni w ym aga przyn ajm n iej dw u lin ii oraz
punktu (często w zależności od ilości zakrętów pa­
ram etrów ty ch jest znacznie w ięcej). System gw iazdy
u m ożliw ia też skupienie w ielu rozm aitych instytucji
na przestrzeni o w iele m niejszej niż w system ie k ra ­
tow n icy. W cen traln ych punktach bądź w ich p o­
bliżu zn ajdu ją się zarów no strefy m ieszkaniow e, jak
też han dlow e, sk lepy i targi obok teren ów wypo­
czyn k ow ych .
Zd u m iew a ją ce jest, w ja k w ielu aspektach życia
F rancuzów przejaw ia się system prom ien istej gw iaz­
dy. M a się nieom al w rażenie, ja k g d y b y cała ich
kultura oparta b yła na m odelu, w k tórym w ładza,
w p ły w y i zarządzanie w ych od zą i rozchodzą się
z serii sp lecion y ch ze sobą cen trów . D o P aryża b ieg ­
nie szesnaście w ie lk ich linii k o le jo w y ch , do Caen —
dw anaście, tyleż sam o do A m ien s, jeden aście do L e
Mans i dziesięć do Rennes. N aw et te liczby led w ie
szkicow o ukazują, czym jest w rzeczyw istości ów
układ — F ra n cję p ok ry w a zb iór rozch od zą cych się
sieci, k tóre tw orzą coraz to obszern iejsze centra.
Każde m niejsze centrum ma sw ój w łasn y kanał
łączący je z następnym w yższym poziom em . Jest
ogólną regułą, że d rog i łączące centra nie p rzebie­
gają przez in n e m iasta; każde m iasto połączon e jest
bow iem z in n y m odrębn ą trasą. O dw rotn ie niż w
A m eryce, gdzie m iasteczka układają się n iczym pa­
ciorki na sznurku w zdłu ż szos łączących m etropolie.
W książce T h e S ilent L anguage pisałem o tym ,
jak to w e fran cu sk ich urzędach w id zi się często prze­
łożonego w sam ym środku pom ieszczenia, otoczon ego
podw ładnym i, którzy jak satelici za jm u ją m iejsca
wzdłuż linii prom ien iście rozch od zą cych się od sze­
fa. M iałem k iedyś okazję zetknąć się z tego rodzaju
„centralną fig u rą ” , g d y pew ien Francuz, człon ek
zespołu p ra cu ją ceg o pod m oim kierun kiem , zażądał
awansu dlatego tylko, że je g o biu rk o zn a jd ow ało się
pośrodku! N aw et de G aulle o p ie ra 1 sw oją polityk ę
m iędzynarodow ą na cen traln ym położen iu F ran cji.
Znajdą się tacy, k tórzy pow iedzą, że fakt, iż szkol­
nictwo francu skie rów n ież realizu je ów cen trali­
styczny m odel, nie m a żadnego zw iązku z rozkładem
biur i system em k o le je k podziem nych, siecią dróg
i z całym narodem , ale nie m ógłb y m się z tym zgo­
dzić. D łu goletn ie ob cow a n ie z rozm aitym i w zoram i

1 Pisane za życia Ch. de Gaulle’ a, w r. 1966. (Przyp. red.)


k u ltu ry nau czyło m nie, że takie podstaw ow e w ątki
p rz e w ija ją się w całej strukturze społecznej.
Powyższy krótki przegląd trzech europejskich kul­
tur, z którym i i historycznie, i ku ltu row o zw iązana
jest n ajściślej nasza klasa średnia, dostarcza n ie­
zrów n an ego kontrastu dla uw ydatn ien ia p ew n y ch
g łęb ok o w nas tk w ią cy ch w zorców . P rzegląd ten
w yk a zu je, że odm ienne posługiw an ie się zm ysłam i
prow adzi do zupełnie różn ych w ym agań przestrzen­
nych, niezależnie od poziom u, na k tórym zechce się
to rozpatryw ać. W szystko, p oczyn a ją c od urzędów ,
a koń cząc na m iastach i m etropoliach, od b ija ć m oże
zróżn icow an ie zm ysłow e ich tw órcó w i m ieszkańców .
Szu kając rozw iązania dla takich p rob lem ów jak
p rzebu dow a urbanistyczna czy lik w id a cja kloak w ie l­
k om iejsk ich trzeba pam iętać o tym , ja k dana popu ­
la cja postrzega przestrzeń i jak posłu gu je się zm y­
słami. W następnym rozdziale m ow a będzie o tych
społeczeństw ach, k tórych świart przestrzenny jest
zupełnie różn y od naszego; o społeczeństw ach, od
k tóry ch m ożem y się dow ied zieć czegoś w ię ce j o nas
sam ych.
X II

PROKSEM IKA W KONTEKŚCIE K R Z Y Ż O W A N IA SIĘ


KULTUR: JAPONIA I ŚW IA T AR A B SK I

W zory proksem iczne od g ry w a ją u człow iek a rolę p o­


dobną do zachow ań w czasie za lotów u niższych fo rm
życia; k on solidu ją gru p ę i zarazem izolu ją ją od
innych grup przez z jed n ej stron y w zm acn ianie w e -
w nątrzgru p ow ej id entyczności, z d ru giej zaś — przez
utrudnianie porozum iew an ia się m iędzygru pow ego.
I g d y b y n aw et ludzie stanow ili jed en gatunek b io ­
logiczny, w zory proksem iczne A m ery k a n ów i Japoń­
czyk ów często uderzają nas taką rozbieżnością, jaka
zachodzi na przyk ład pom ięd zy am erykańskim i cie­
trzew iam i a australijskim i altannikam i w spom n ia­
nym i w rozdziale II.

J A P O N IA

W starej Japonii organ izacja przestrzenna i sp ołecz­


na b y ły ze sobą w zajem n ie pow iązane. Szoguni T o -
kugaw a zgrom adzili daim yo, czyli szlachtę, w k on ­
cen tryczn ych strefach w o k ó ł stolicy A d o (Tokio).
Stopień zbliżenia d o rdzenia tego k ręg u stanow ił
m iarę b lisk iej w ięzi i loja ln ości w o b e c szoguna; n a j­
bardziej oddani tw orzy li w ew n ętrzn y pierścień
ochronny. Z d ru giej stron y w y sp y , za góram i, na
północ i na połu d n ie zn a jd ow a li :się ci, k tórym nie
dow ierzano i k tórych loja ln ość b y ła w ątpliw a. P o ­
jęcie centrum , do k tórego m ożna dotrzeć z każdego
kierunku, jest szczególnie eksploatow anym w ątkiem
Kultury japońskiej. Ten k om pletn y system jest spe­
cy ficzn ie japoński i ci, którzy znają Japończyków ,
uznają g o za p rzeja w paradygm atu fu n k cjon u ją ceg o
w e w szelk ich dziedzinach ich życia.
Jak już w cześn iej w spom niałem , Jap oń czycy na­
dają nazw y raczej p rzecięciom ulic niż sam ym uli­
com . W gru n cie rzeczy odm iennie id en tyfik ow a n y
jest każdy róg na takim przecięciu. D roga w iodąca
od punktu A do punktu B w y d a je się przybyszow i
z Z ach od u n iezw yk le kapryśna, nie uw ydatn ia się
jej b o w ie m tak, ja k to się d zieje u nas. N ie m ając
n a w y k u posługiw an ia się sta łym i..drogam i, Japoń­
czy cy p od różu ją cy przez T ok io zdają się na los szczę­
ścia. K ie ro w cy tak sów ek m uszą w y p y ty w a ć o k ie­
runek p olicja n tów , i to naw et nie d latego że ulice
nie m ają nazw , lecz dlatego że dom y nu m erow ane
są w tej kolejn ości, w ja k iej zostały pobudow ane.
Sąsiedzi często nie znają się w zajem i n ie m ogą p o ­
kazać w ła ściw ej d rogi. A b y uporać się z tym aspek­
tem przestrzeni jap oń skiej, am erykańskie w ojsk a
ok u p a cyjn e po zw ycięstw ie nadały n azw y k ilk u g łó w ­
nym arteriom k om u n ik a cyjn ym w T okio, oznacza­
ją c je po angielsku. Ja p oń czy cy poczekali spokojn ie
na k on iec ok u p a cji i zlik w id ow a li te oznaczenia.
Jednakże zdążyli już złapać się w pułapkę in n ow a cji
p och od zącej z in n ej kultury. Spostrzegli, że rzeczy­
w iście lep iej jest daw ać nazw y drogom łączącym ze
sobą dw a punkty." B y ło b y rzeczą in teresu jącą zbadać,
na ile ta zm iana w jap oń skiej kulturze okazała się
rzeczą trw ałą.
Japoński w zorzec, kład ący nacisk na centrum ,
za obserw ow a ć m ożna nie tylk o w ic h rozm aitych
układach przestrzennych, lecz rów nież, jak postaram
się to ukazać, w rozm ow a ch Japoń czyków . Japoński
kom in ek (hibaóhi) i je g o u lok ow a n ie w n osi ze sobą
jakiś szczególn y ton em ocjon aln y, k tóry jest rów n ie
m ocny, jeśli n ie m ocn iejszy od naszego pojęcia „d o ­
m ow eg o ogn iska” . Jak niegdyś p ow iedział pew ien
stary kapłan: „ A b y rzeczyw iście poznać J apoń czy­
ków , trzeba spędzić z nim i parę ch łod n ych zim o­
w y ch w ie czo ró w wolkół hibachi. W szyscy siedzą ra­
zem. W spólna narzuta p ok ry w a nie tylk o hibachi,
ale i kolana każdego ze zgrom adzon ych . W ten spo­
sób u trzym u je się ciepło. I g d y ręce się stykają
i czuje się ciepło pozostałych ciał, g d y w szyscy
są razem ze sobą — w ted y w łaśnie m ożna p o w ie ­
dzieć, że się poznało Japończyków . T o jest p raw d zi­
wa Jap on ia!” M ów ią c w term inach psych ologiczn ych ,
istnieje p ozytyw n e w zm ocn ien ie p ły n ą ce ze środka
p ok o ju i w zm ocn ien ie n egatyw n e płyn ące z jego
krań ców (przez k tóre zim ą n a p ływ a chłód). N ic d ziw ­
nego, że Japoń czycy, jak w iadom o, uw ażają, iż nasze
p ok oje w yg lą d a ją pusto i nieprzytulnie, b o ich część
środkow a jest og ołocon a ze sprzętów .
Inny aspekt o w eg o kontrastu pom iędzy środkiem
a krańcem zw iązan y jest z tym , ja k i w ja k ich w a ­
runkach się poruszam y i co uw aża się za przestrzeń
trw ałą, a co za przestrzeń na p ół trw ałą. D la nas
ściany p o k o ju są czym ś stałym . W Japonii natom iast
traktuje się je ja k o elem enty na p ół trw ałe. Ś cian y
są ruchom e, a p o k o je w ie lo fu n k cy jn e. W japoń skich
gospodach w iejsk ich (ry ó k a n ) gość spostrzega, że
przedm ioty się poruszają, a sceneria odm ienia. Siada
pośrodku p o k o ju na m acie (tatam i), a przesuw alne
boazerie są otw arte lub zam knięte. W zależności od
p ory dnia p ok ój m oże ob ejm ow a ć sobą ca ły plener
lub b y ć stopn iow o z w ija n y tak, że przypom in a b u ­
duar. Ścianę zasuw a się i p od ają jedzenie. G d y p o ­
siłek jest sk oń czon y i pora na sen, rozkłada się łóż­
ko dokładnie w tym sam ym m iejscu, gdzie się jada,
gotuje, rozm yśla i prow ad zi życie tow arzyskie. R an­
kiem , g d y ściany p ok oju są zn ów otw arte, jasne
prom ienie słoneczne i delikatny sosn ow y zapach
górskich m gieł w y p e łn ia ją intym ną przestrzeń i om ia­
tają ją św ieżą czystością.
D oskonałym p rzyk ład em różnic w św iecie p ercep -
cyjn ym W sch od u i Z a ch od u jest film japoń ski K o ­
bieta z w ydm . N igdzie nie zostało zobrazow ane lepiej
zm y słow e zaangażow anie Japoń czyków . O glądając
film mamy w rażenie, że tk w im y w skórze bohaterów
film u . C hw ilam i nie sposób orzec, jaką część ciała
w łaśnie się ogląda. K am era przesuw a się p ow oli,
badając dokładnie każdy szczegół ciała. P ejzaż skóry
jest zw ielok rotn ion y; je j faktu rę postrzega się n ie­
om al tak ja k rzeźbę terenu, p rzyn a jm n iej oczam i
człow ieka Zachodu. P o ry sk óry są m,a ty le duże, że
m ożna oglądać każdy z n ich oddzielnie, a ziarna
piasku stają się g ru b ym i kryształam i kw arcu. D o­
znania te p rzyp om in a ją oglądanie pu lsu ją cego życia
w em brionie ry b im pod szkiełkiem m ikroskopu.
Jednym z term in ów , k tórym i A m eryk an ie najczę­
ściej określają japoń ski m odus operandi jest „k lu ­
czen ie” . P ew ien am erykański bankier, k tóry spę­
dził w iele lat w Japonii i starał się ja k o tako do
n iej przystosow ać, m ó w ił m i, że n a jb a rd ziej fru stru ­
ją ce i trud n e w y d a w a ło m u się w łaśnie to „k lu cze­
n ie ” : ['„Japończyk starej daty m oże d oprow adzić czło­
w iek a do szaleństw a szyb ciej niż cok olw iek innego.
G adają i gadają, ale n igd y nie dojdą do k on k lu zji.”
N ie m óg ł o czy w iście p o ją ć tego, że am erykańskie
nalegan ie na szybkie d ojście d o sedna sp raw y jest
rów n ie fru stru ją ce dla Japończyka, k tóry n ie rozu­
m ie, dlaczego m ia łb y b y ć aż tak „lo g icz n y ” przez
ca ły czas. \
M łodzi m isjonarze z zakonu jezu itów p ra cu ją cy w
Japonii m ają na początku duże trudności, gdyż
w szystko, czego się w yu czyli, obraca się p rzeciw nim.
S ylogizm y, z pom ocą k tórych dow odzą sw oich racji,
są sprzeczne z p ew n y m i zasadniczym i w zorcam i ja ­
p oń sk iego życia. D ylem at sprow adza się do nastę­
p u ją cego w y b o ru : albo pozostać w iern ym w łasnej
nauce i ponieść porażkę, albo zrob ić odstępstw o
i m ieć pow odzenie. Jezuicki m isjonarz, k tóry osiągnął
n ajlepsze w yn ik i, złam ał w czasie m o je j w izy ty w
Japonii w rok u 1957 n orm y sw ej g ru p y stając się
oręd ow n ik iem lok a ln ych zw yczajów . P o zw ięzłym
sylogistyczn ym w p row ad zen iu p rzełą czył się na coś
innego i klucząc w o k ó ł tem atu rozw od ził się długo
nad tym , jak n iezw y k ły ch ucszuć (niesłychanie w aż­
n ych dla Japończyka) dozn aje się w ów czas, g d y zo­
stanie się chrześcijaninem . S zczególn ie in teresujące
w yd a ło m i się to, że ch oć je g o b racia w iedzieli, co
robi, i m ogli ob serw ow a ć jeg o pow odzen ie, nacisk
ich ku ltu ry b y ł na tyle silny, że n iew ielu z d ecy d o­
w a łob y się p ójść za jeg o przyk ładem i p og w a łcić
w łasne obyczaje.

Jałcie zatłoczenie jest zatłoczeniem?

Dla człow iek a Z a ch odu z g ru p y nie k on ta k tu ją cej się


„tło k ” jest słow em o u jem n ych kon otacjach . Japoń­
czycy, k tórych poznałem , lubią zatłoczenie, p rzy n a j­
m n iej w p ew n y ch sytuacjach. W spóln e span ie ob o k
siebie na p odłodze u w ażają za znakom ity w yn alazek,
traktując je ja k o coś ch arak terystyczn ego dla ja ­
pońskiego stylu życia w odróżnieniu od stylu am e­
rykańskiego. N ic w ię c dziw nego, że — o czym pisze
Donald K eene, autor L ivin g Japan — nie istn ieje
w ję z y k u japoń skim słow o oznaczające pryw atność.
Nie m ożna jedn ak p ow iedzieć, że Ja p oń czy cy nie
znają p ojęcia pryw atn ości, jest ono jed y n ie ca łk o w i­
cie różne od tego p o jęcia na Zachodzie. Japoń czyk
m oże n ie ch cieć b y ć sam i m oże n ie przeszkadzać
mu to, że jest otoczon y przez in nych , ale m iałb y
silne op ory przed d zielen iem ściany dom u czy p ok oju
z innym i. T ra k tu je d om i otaczającą g o bezpośredn io
strefę ja k o jedną strukturę. Tę w oln ą przestrzeń,
ten je j sk raw ek uw aża za taką samą część dom u,
jak na przykład dach. Z g od n ie z tradycją, strefa ta
obejm u je rów n ież ogród, k tóry, ch oćb y zu pełn ie m a­
leńki, d a je je g o w ła ścicielow i p oczu cie obcow an ia
z naturą.
Japońskie p ojęcie p rzestrzen i o b ejm u ją ce ma

Różnice między Zachodem a Japonią nie ograniczają


się d o takich p rzeciw ień stw jak kluczejnie w o k ó ł te­
m atu a dochodzenie do sedna, czy akcentow anie linii
a akcentow anie pu n któw zbieżnych. O dbieranie prze­
strzeni ja k o takiej przez J a p oń czyk ów jest pod w ie ­
lom a istotnym i w zględam i zupełnie odm ienne od
naszego. G d y m ów im y i m yślim y o przestrzeni, m a­
m y na og ół na m yśli puste m iejsce pom iędzy przed­
m iotam i. L u dzie Z a ch od u w y u czy li się postrzegania
i reagow an ia na uk łady przed m iotów i traktow ania
przestrzeni ja k o zasadniczo „p u ste j” . U w idacznia się
to z ch w ilą, g d y skontrastujem y to p odejście z p o ­
dejściem J ap oń czyk ów , k tórzy p rzy w y k li nadaw ać
sens w łaśnie przestrzeniom — postrzegać ich kształt
i układ: określają to w szystko słow em ma. Ma, czyli
interw ał, jest p od sta w ow ym elem entem w odbiera­
niu przestrzeni przez Japończyków . F u n k cjon u je ono
nie tylk o w ikebanie, lecz także w przem yślnym w y ­
stroju w szelk ich in n ych przestrzeni. Kunszt japoński
w zachow aniu i aranżow aniu m a jest rzeczą zupełnie
n iezw ykłą i często w zbudza w E u rop ejczyk ach p o ­
dziw , a n aw et zbożn y lęk. Streszcza się on w p o ­
ch odzącym z X V w iek u ogrodzie klasztoru zen w
R yoa n ji, n iedalek o starej stolicy K ioto. Sam ogród
p oja w ia się jak o niespodzianka. Idąc przez zacien io­
ny, w y ło żo n y boazerią g łó w n y budyn ek, w ych od zim y
zza zakrętu i n agle stajem y oko w oko z siłą tw ó r­
czego oddziaływ an ia — piętnastom a skałam i w ysta ­
ją cy m i z m orza pokru szon ego żwiru. O glądanie R y o ­
anji jest przede w szystkim dośw iadczeniem e m o cjo ­
nalnym . N ie m ożem y oprzeć się ładow i, sp ok ojow i
i d y scy p lin ie tej n iesłych an ej prostoty. C złow iek i na­
tura u legają tu p ew n ej tra n sform a cji i postrzegane
są w pełn ej harm onii. T k w i w tym rów nież pew ien
przekaz filo z o ficz n y — d otyczą cy zw iązku człow iek a
z naturą. S kałki zgru p ow an o w ten sposób, że n ie­
zależnie od m iejsca, z k tórego k on tem plu je się tę
scenerię, jedna z n ich jest zawsze uk ryta (stanow i
to, b y ć m oże, jeszcze jed en trop w iod ą cy do zro­
zum ienia psych ik i Japończyków ). Sądzą oni, że pa­
m ięć i w yob ra źn ia pow in n a stale uczestn iczyć w p o ­
strzeganiu.
Japoński kunszt w k reow an iu o g rod ów uzasadnia
do pew n ego stopnia fakt, że w p e rce p cji przestrzeni
Japończycy posługują się nie tylk o w zrok iem , lecz
rów nież w szystkim i pozostałym i zm ysłam i. Zapach ,
zm ienność tem peratury, w ilgotność, św iatło, cień i k o­
lor skom pon ow ane są razem w taki sposób, że org a ­
nem p erce p cy jn y m staje się całe ciało. W od różn ie­
niu od renesansow ej i b a ro k o w e j p ersp ek tyw y p o ­
jed y n czego punktu, ogród japoński jest tak zapro­
jektow any, że m ożna go p od ziw iać z w ie lu pu n któw
w idzenia. P rojek ta n t każe oglą d a ją cem u zatrzym ać
się to tu, to tam ; b y ć m oże p o to, a b y spostrzegł, że
stoi na kam ien iu pośrodku basenu z w od ą i b y
u ch w ycić w przelocie jakiś n iespod ziew an y w idok.
Przestrzenie J a p oń czy k ów ilustrują dobrze ich z w y ­
czaj naprow adzania człow iek a na m iejsce, w k tórym
m oże znaleźć coś dla siebie.
W zorce arabskie, k tóre zaraz opiszę, n ie m ają n ic
w spólnego z „p row a d zen iem ” ludzi dokądk olw iek.
W św iecie arabskim sp odziew ają się tego, że każdy
będzie um iał sam k o ja rzy ć ze sobą odległe pu nkty
i że zrobi to szybko. P rzech odząc d o A ra b ów cz y -
teiLnik w in ien nieco zrew id ow a ć sw oje m entalne na­
w yki.

ŚW IA T A R A B S K I

M im o trw a ją cy ch już dw a tysiące lat k on tak tów


A rabow ie i ludzie Zach odu nie rozum ieją się w za­
jem. Badania proksem iczne u ja w n ia ją część tych
trudności. A m eryk a n ie na B liskim W sch odzie dozna­
ją sprzecznych em ocji. W m iejscach pu bliczn ych p rzy ­
tłacza ich i przygniata zapach, ścisk i duży hałas;
w d om a ch A ra b ó w natom iast sk łon ni są m iotać się
po m ieszkaniu czując się zbyt w ystaw ien i na w id ok
(dom y i m ieszkania A ra b ó w średniej i w yższej kla­
sy w yn ajm ow a n e zazw ycza j przez rezyd u ją cych na
W schodzie A m ery k a n ów są o w iele pokaźniejsze niż
pom ieszczenia, w k tó ry ch żyją A m eryk an ie). Silna
sensoryczna stym u lacja, której dozn aje w m iejscach
p u bliczn ych i bra k p oczu cia bezpieczeństw a, w y w o ­
dzący się z p rzebyw an ia w zb yt dużym m ieszkaniu,
w prow ad zają A m erykan in a w św iat p ercep cy jn y
A raba.

; Zachowanie w miejscach publicznych

P rzep ych an ie się i ścisk w m iejscach pu bliczn ych


jest ch arakterystyczną cechą ku ltu ry B liskiego
W schodu. A le spraw a nie polega w cale, ja k sądzą
A m eryk an ie, ńa zw ycza jn y m nieokrzesaniu i rozp y ­
chaniu; się łokciam i. C hodzi tu raczej o odm ienne
założenia dotyczące relacji m iędzyludzkich i o inne
dośw iadczenia w łasn ego ciała. Co jest paradoksalne,
A ra b ow ie rów n ież uw ażają A m eryk an ów i E u rop ej­
czy k ów z PóJnocy za ludzi rozp ych a ją cych się. G dy
zacząłem badać te dw a poglądy, stan ow iły one dla
m nie zagadkę. Jak m ożna od bierać A m eryk an ów ,
którzy zaw sze stają z b ok u i unikają dotykania in ­
nych , jako ludzi rozp ych a ją cych się? Zacząłem prosić
A ra b ó w , b y zech cieli mi w ytłu m a czy ć ó w paradoks.
Ż aden z b a d a n ych nie p otra fił p ow ied zieć m i k on ­
kretnie, jak ie to m ian ow icie szczegóły w zachow aniu
A m ery k a n ó w w y w o łu ją w nich w rażenie rozpych a ­
nia się, ale w szyscy zgodni b y li w tej opinii, która
jest w śród A ra b ó w pow szechna. P o u partych n iepo­
w odzeniach, jakim i k o ń czy ły się m oje p rób y w n ik ­
nięcia w ten akurat fragm en t św iata p ercep cy jn eg o
A ra b ów , dałem za w ygran ą, uznając to za kw estię,
którą jed y n ie czas m oże rozstrzygnąć. I g d y od p o­
w ied ź się znalazła, b yła w yn ik iem p ozorn ie błah ej
iryta cji.
Czekałem na p rzyja ciela w w estybu lu w a szyn gtoń ­
skiego hotelu i chcąc b y ć łatw o zauw ażalnym sie­
działem sam otnie w stoją cy m na u boczu fo te lu poza
zw yk łym strum ieniem ruchu. W kontekstach takich
A m erykan ie przestrzegają reguły, która tym b a rd ziej
obow iązuje, że rzadko o niej m yślim y, a, którą m oż­
na sform u łow a ć następująco: jeśli ktoś zajtczyamije
się lub siada w m iejscu pu bliczn ym , otacza g o n ie­
w ielka strefa pryw atn ości, k tórej nie m ożna n aru­
szać. W ielk ość tej strefy zależy od stopnia zatłocze­
nia, w ieku, płci, prestiżu i otoczenia. K ażdy, kto
strefę taką narusza, staje się intruzem . I na og ół
nieznajom y, k tóry z jakichś p o w o d ó w w tę p ry w a t­
ność w targnie, przyznaje, że jest intruzem , rozpo­
czynając sw oją prośbę od słów : „P rzepraszam bardzo,
ale czy m ógłb y m i pan p ow ied zieć...?”
Czekałem w ięc w opustoszałym w estybu lu , g d y ja ­
kiś człow iek podszedł tam, gdzie siedziałem , i stanął
tak blisko, że m ogłem g o nie tylk o bez trudu d o­
tknąć, ale naw et słyszeć je g o oddech. W dodatku
ciało n ieznajom ego zasłoniło m i p e ry fe ry jn e pole
w idzenia z le w e j strony. G d y b y w estybu l b y ł pełen
ludzi, rozum iałbym je g o zachow anie, ale że b y ł pu^
sty, zacząłem się czuć n a d zw ycza j nieprzyjem nie.
P oirytow any, poru szyłem ciałem w ten sposób, b y
dać o tym znać. I co d ziw n iejsze, poczyn ania m oje
zdaw ały się człow iek a tego ośm ielać, gd yż zam iast
odejść, zaczął przysuw ać się cora z b liżej m nie. M im o
pokusy w ysw ob od zen ia się z tej nieznośnej sytuacji
ucieczką p orzu ciłem zam iar opuszczenia za jm ow a ­
nego m iejsca, m yśląc sobie: „D o diabła z tym . D la­
czego to ja maim się usunąć? B y łem tu pierw szy
i nie zam ierzam p ozw olić się przegnać tem u fa ceto­
wi, naw et jeśli to prostak.” Na szczęście nadeszła
grupa ludzi, do k tó ry ch p rzyłą czył się natychm iast
m ój prześladow ca. Ich m an iery w y ja śn iły m i od razu
jego zachow anie — poznałem po m ow ie i gestyk u la­
cji, że b y li A rabam i. N ie m ogłem dokon ać tej zasad­
niczej id en tyfik a cji, patrząc na tego człow iek a, b y ł
sam i nie rozm aw iał, a przy tym nosił am erykańskie
ubranie.
K ied y op isyw ałem później tę scenę m ojem u k o le ­
dze A ra b ow i, w yszła na ja w odm ienność w zorców
ku ltu row ych . M oje poczucie sfe ry „p ry w a tn e j’? w
m iejscu p u bliczn ym w yd a ło m u się n adzw yczaj dzi­
w a czn e i zagadkow e. P ow ied ział: „O statecznie b y ło
to m iejsce publiczne, czy n ie ?” P odążając tym tro­
pem , doszedłem p ow o li do zrozum ienia tego, że zgod ­
nie z m entalnością arabską nie przysłu giw ały mi
żadne praw a z tego tytułu, iż zajm ow ałem sw oje
m iejsce — ani ten sk raw ek przestrzeni, ani m oje
ciało nie są nienaruszalne! D la A ra b a nie istn ieje
nic takiego jak b y cie intruzem w m iejscu pu blicz­
nym . M iejsce pu bliczn e to m iejsce publiczne. W iele
zachow ań A ra b ó w , które przedtem odbierałem jako
zagadkow e, drażniące, a niekiedy naw et przeraża­
jące, zaczęło teraz nabierać sensu. D ow iedziałem się
na przykład, że jeśli A stoi na rogu u licy, a B chce
zająć jeg o m iejsce, to m a do tego pełne praw o,
jeśli zrobi w szystko, co się da, aby zn iecierp liw io­
n y A się usunął. W B ejru cie jed y n ie ludzie w y trz y ­
m ali i odw ażni zasiadają w ostatnich rzędach w k i­
nie — je s t.ta m zw yk le masa stojących , k tórzy chcą
usiąść i k tórzy przepych ają się, cisną i tak d ok u ­
czają, że zw y k le m a się tego prędk o dość i w ych od zi
się z kina. A ra b , k tóry „w ta rg n ą ł” do m ojej prze­
strzeni w w estybu lu h otelow ym , n a jw id oczn iej w y ­
b ra ł ją sobie z tych sam ych w zg lę d ów co ja ; b y ło to
znakom ite m iejsce do obserw ow an ia ob u drzw i i w in ­
dy. Okazana przeze m nie iryta cja zam iast skłon ić g o
d o odsunięcia się, jed y n ie go ośm ieliła. M yślał, że
ju ż za ch w ilę uda m u się m nie w ypchnąć.
In n ym źród łem napięć p om ięd zy A m eryk an am i
i A ra b a m i jest dziedzina, którą A m eryk an ie traktują
bardzo luźno — przepisy i zw y cza je drogow e. Na
og ół w Stanach Z je d n o czo n y ch ustępujem y m iejsca
pojazdom , które są w iększe, szybsze, m niej zw rotne
czy b a rd ziej obciążone. P ieszy id ący drogą m oże
irytow a ć się, ale nie p rzy jd zie m u ch yba do g łow y ,
żeby n ie zejść na b ok przed szybko ja d ą cym p o­
jazdem . Sądzi, że pon iew aż porusza się, nie m a pra­
w a do tej przestrzeni w o k ó ł siebie, do k tórej m iałby,
gd yb y stał w m iejscu (tak ja k ja w w estybu lu ). Jak
się zdaje, w w yp ad k u A ra b ó w zachodzi akurat coś
od w rotn ego; n a jw id oczn iej roszczą sob ie oni praw o
do przestrzeni w tedy, g d y się poruszają. Jeżeli ktoś
w ejd zie w przestrzeń, po k tórej porusza się A rab,
gw ałci tym sam ym jeg o praw a. A ra b w pada w fu ­
rię, g d y ktoś przetnie m u d rogę na szosie. W łaśnie
to k aw a leryjsk ie traktow an ie przez A m ery k a n ów
przestrzeni poru szającej się, p ow od u je, że A ra b ow ie
uw ażają ich za ludzi a gresy w n ych i rozp ych a ją cych
się.

Pojęcia prywatności

Opisane p ow y żej w yd arzen ie, ja k i w iele in n ych fa k ­


tów , zasugerow ało m i, że A ra b o w ie m ogą p rz y jm o ­
w ać całk ow icie odm ienne przesłanki co d o lu dzkiego
ciała i zw iązan ych z nim upraw nień. S kłonn ość A r a ­
b ów d o przepych ania się m iędzy sobą w m iejscach
pu blicznych, do m acania i szczypania k obiet w środ­
kach lo k o m o cji, nie b y ła b y z pew nością tolerow ana
przez ludzi Zachodu. Zacząłem d och od zić do przeko­
nania, że A ra b o w ie n a jw id oczn iej nie znają p ojęcia
strefy prywaltnej otaczającej ciało. I okazało się, że
tak jest rzeczyw iście.
W św iecie zachodnim osobę utożsam ia się z czym ś,
co tkw i w sw o je j skórze. R ów n ież w p ółn ocn ej E u ro­
pie skóra, a naw et ubran ie jest rzeczą nienaruszalną.
A b y dotykać kogoś obcego, trzeba m ieć je g o p o z w o ­
lenie. R eguła ta ob ow ią zu je też w n iek tóry ch r e g io ­
nach F ran cji, gd zie d otknięcie kogoś w czasie kłótni
uważane jest za napaść. A ra b o w ie relację pom iędzy
ciałem a osobą w idzą zupełnie inaczej. O soba ist­
nieje gdzieś w ew n ątrz ciała. Jednakże ego n ie jest
ukryte zulpełnie, gd yż Łatwo m ożna je dosięgnąć ob ra ­
zą. Jest zabezpieczone przed dotykaniem , ale nie
przed słow am i. Ta d y socja cja ciała i o sob y tłum aczy
nam, dlaczego publiczne ucięcie ręki złodziejowi trak­
tu je się w A ra b ii S a u d yjsk iej jako norm alną karę.
Rzuca to rów nież nieco św iatła na fakt, że przedsię­
b iorca arabski potrafi, żyją c sam w n ow oczesn ym
apartam encie, dać służącem u p ok ój, k tóry jest w ła ­
ściw ie pu dełkiem o w ym ia ra ch 1,5 na 3 na 1,2 m etra
nie tylk o zaw ieszonym u sufitu, aby nie niszczyć
podłogi, ale i z otw orem , przez k tóry m ożna służącego
szpiegow ać.
Jak m ożna się spodziew ać, to głęb ok ie p ojm ow a n ie
jaźni zn a jd u je rów nież sw e od zw ierciedlen ie w ję ­
zyku. Z d ałem sobie z tego spraw ę pew n ego dnia,
g d y k olega A rab, autor słow nika arabsk o-an gielskie-
go, w p a d ł do m o jeg o biura i rzucił się na krzesło
' w stanie w id oczn ego w yczerpania. G d y spytałem , co
się stało, p ow ied ział: „S p ęd ziłem ca ły w ieczór na
szu&aniU arafbskdego rów now ażnika w aszego « g w a ł­
tu ». W arabskim nie m a takiego w yrazu. Na p od­
staw ie w szelk ich źródeł, m ów ion y ch i pisanych, m ogę
w yrazić to tylk o w przyfbliżeniu, za pom ocą takiego
zw rotu jaik «w zią ł ją w b re w je j w o li». W arabskim
nie m a n ic zbliżon ego znaczeniow o do tego, co w y ­
raża się u w as w jed n y m słow ie.”
T o zupełnie różne rozum ienie relacji pom iędzy ego
a ciałem nie jest ła tw e do uchw ycenia. A le g d y się
je przyjm ie, m ożna zrozum ieć w ie le zjaw isk w ży ­
ciu A ra b ów , które in aczej trudno w ytłu m aczyć. Jed­
n ym z n ich jest duże zagęszczenie p op u lacji w takich
arabskich m iastach, jak K air, B ejru t czy Damaszek.
Jeśli na sytu ację ludzką przeniesiem y om aw iane
w cześn iej ek sperym en ty na zw ierzętach, to A ra b o ­
w ie p ow in n i ży ć w nie koń czącym się bagnie beha­
w ioraln ym . P ra w d op od ob n ie rzeczyw iście źle znoszą
nacisk p op u la cji, ale rów n ie p raw d op od ob n e jest to,
że trw a ły napór pustyni w y w o ła ł ku lturow ą adapta­
cję do silnego zagęszczenia, która przybiera opisane
p ow y żej form y . Z ep ch n ięcie ego w głąb ciała u m ożli­
w ia znoszenie dużego zagęszczenia p op u lacji. A poza
tym w yjaśnia nam , dlaczego k om u n ik ow an ie się A ra ­
b ó w w y d a je się tak napięte, p rzyn a jm n iej w zesta­
w ien iu z w zorcam i półn ocn oeu rop ejsk im i. P od n ie­
siony ton głosu, św id ru ją ce spojrzenia, w ch łan ian ie
ciepłej w ilg o ci cu dzego oddechu, przeciążają w ejścia
sensoryczne w stopniu, k tóry dla E u ro p ejczy k ów sta­
je się rzeczą nie do zniesienia.
M arzeniem A ra b a jest m nóstw o przestrzeni w d o­
mu, co jest niestety dla n iew ielu z n ich dostępne.
A le jeśli k tóryś z nich taką przestrzeń posiada, jest
ona całkiem odm ienna od tego, co w id zi się w w ię k ­
szości d om ów am erykańskich. W p orów n an iu z na­
szym i standardam i przestrzenie w dom ach A ra b ó w
z w yższej klasy średniej są kolosalne. U nikają oni
podziału pom ieszczeń, b o A ra b nie lu b i b y ć sam.
Form a dom u jest tego rodzaju, że skupia całą rod zi­
nę pod jed n ym dachem. A ra b ó w ściśle łączy bardzo
silna w ięź w zajem na. O sob ow ości ich przeplatają się
i czerpią z siebie straw ę, n iczym korzen ie z ziem i.
Jeżeli nie jest się z ludźm i, je śli n ie jest się w coś
zaangażow anym , jest się p ozb a w ion y m życia. O d­
zw ierciedla to pow ied zen ie p ew n eg o starego A ra ba :
„D o ra ju bez ludzi n ie m a po co w ch od zić, b o taki
raj to pieikło.” N ic dziw nego, że A ra b ow ie w Stanach
Z jed n oczon y ch czują się społecznie i sen sorycznie zd e-
p ry w ow a n i i pragną b y ć z p ow rotem tam, gdzie jest
ludzkie ciep ło i kontakt.
P on iew aż nie w ystęp u je u n ich fizyczn a p ry w a t­
ność, ja k to w id ać na p rzyk ład zie arabskiej rodziny,
m ożna zakładać, że A ra b o w ie posłu gu ją się in n ym i
m etodam i, g d y pragną zostać sami. ,Ich sposobem
na to, b y zostać sam em u, jest zam ilknięcie. P od obn ie
jak A n glik , A rab, k tóry nagle m ilknie, nie daje
byn a jm n iej do zrozum ienia, że coś jest nie w porząd­
ku, ani też nie w y c o fu je się, chce po prostu zostać
sam z w łasnym i m yślam i i pragnie, b y m u nie prze­
szkadzano. Jedna z b adan ych m ów iła m i, że je j
o jciec z w y k ł ca łym i dniam i ch odzić i odch odzić nie
m ów iąc ani słow a i nik ogo z rodzin y to nie dziw iło
ani n ie zastanaw iało. Z tego w łaśnie p ow od u p ew ­
nem u arabskiem u studentow i zw iedzającem u farm ę
w Kansas nie p rzyszło n aw et do g ło w y , że jeg o g o ­
spodarze „m ilczącą od p ra w ą ” daw ali do zrozum ienia,
że są na niego w ściekli. Zrozum iał, że coś „n ie g ra ” ,
dopiero w tedy, g d y zabrali g o do m iasta i p rób ow a li
w p ak ow a ć siłą do autobusu jadącego do W aszyn gto­
nu, gdzie m ieściła się g łów n a kw atera program u w y ­
m iany od p ow ied zialn ego za je g o p oby t w U SA.

Arabskie dystanse indywidualne

Jak w szyscy ludzie na św iecie A ra b ow ie n ie potrafią


sform u łow a ć sp e cy ficzn y ch regu ł sw o jeg o w zorca za­
ch ow a ń n ieform a ln ych . W gru cie rzeczy zaprzeczają
często istnieniu tak ich reguł i czu ją się zagrożeni,
g d y su gerow ać im , że one rzeczyw iście istnieją. A b y
w ięc stw ierdzić, jak im i dystansam i posługują się
A ra b ow ie, zacząłem badać oddzielnie posługiw anie
się każdym ze zm ysłów . I stop n iow o zaczęły m i się
p oja w ia ć określon e i zróżn icow an e w zorce b eh a w io­
ralne.
Zapach od g ry w a w życiu A ra b a potężną rolę. Jest
nie tylk o jed n ym z m echanizm ów ustalania dystan­
su, lecz rów n ież bardzo istotnym fragm entem ich
system u zachow ań. A ra b ow ie chuch ają na innych
w czasie rozm ow y. Z w y cz a j ten nie jest jedn ak tylk o
kw estią od m ien n ych o b ycza jów . A ra b ow i zapach
sp raw ia p rzyjem n ość i jest sposobem naw iązyw ania
k on tak tów z innym i. Czuć zapach znajom ego to nie
tyllko uprzejm ość, ale i konieczność, w zbranianie b o ­
w iem kom uś sw o jeg o tchnienia to d o w ó d sk rępow a­
nia i zaw stydzenia. A m eryk an ie, w yu czen i tego, że
nie chucha się na innych, dają autom atycznie znać
o sw oim zażenow aniu przez grzeczne zachow anie.
K tóż m óg łb y przypuszczać, że nasi d yplom aci dając
popis n a jlep szy ch m anier kom un ikują rów nież w ten
sposób zażenow anie? A jedn ak tak w łaśnie jest. D y­
plom acja to nie tylk o „o k o w o k o ” , ale rów n ież „ o d ­
dech w od d ech ” .
Kładąc nacisk na w ęch, A ra b o w ie nie p rób u ją
w cale w y elim in ow a ć w szelk ich zapach ów ciała, w ręcz
przeciw nie, u w ydatn iają je i p osłu gu ją się nim i w
naw iązyw aniu re la cji m iędzyludzkich. N ie czują się
skrępow ani, g d y m ów ią kom uś, że b rzyd k o pachnie.
A raba w ych od zą cego z d om u p otrafi zagadnąć je g o
w u j: „H abibie, żołądek ci skw aśniał i tw ó j oddech
nie pachnie ładnie. L ep iej nie m ó w ić dziś d o in n y ch
ze zbyt b lisk iej od leg łości.” Z a p a ch od g ry w a naw et
pewną rolę w d oborze partnera. G d y sw ata się ja ­
kieś m ałżeństw o, p ośredn ik prosi czasam i, b y p o z w o ­
lono m u pow ąch ać dziew czyn ę, którą m oże odrzucić,
jeżeli nie „pach n ie ona p rzy je m n ie ” . A ra b ow ie w ie ­
dzą, że zapach jest zw iązany z usposobieniem .
K rótk o m ów iąc, granica zapachow a od g ry w a p o ­
dw ójn ą rolę w życiu A ra b ów . Ł ączy ona tych, k tórzy
chcą b y ć razem i rozdziela tych, k tórzy tego nie
chcą. D la A ra b a jest w ażne staw anie w ob ręb ie czy ­
jejś strefy zapach ow ej po to, aby spostrzegać zm iany
nasilenia uczuciow ego. Co w ię ce j, A ra b odczuw a za­
tłoczenie w ted y, g d y coś b rzyd k o pachnie. I ch oć
niew iele w ie m y o zatłoczeniu zapachow ym , w y d a je
się ono rów n ie w ażn ym czyn nikiem ja k w szystkie
inne, tym b a rd ziej że jest bezpośredn io zw iązan y
z chem izm em ciała i św iadczy zarów n o o stanie z d ro­
wia, ja k uczu ciach (czytelnik przypom in a sobie, że
to w łaśnie zapach w dośw iadczeniu B ru ce’ a zaha­
m ow ał ciążę u sam ic m yszy). N ic w ięc dziw n ego,
że u A ra b ó w m echanizm em reg u lu ją cy m dystans n ie­
form alny jest granica zapachow a, a n ie czyn n ik i w i­
zualne jak u ludzi Zachodu.

Stawanie twarzą w twarz i uniki

Jednym z m oich p ierw szych spostrzeżeń z dziedziny


kom unikow ania się m ięd zyk u ltu row eg o b y ło to, jak
dalece p o z y cje ciał osób rozm a w ia ją cy ch zm ieniają
się w zależności od kultury. A le m im o to in trygow a ło
m nie bardzo, dlaczego m ój p rzyja ciel A ra b nie p o­
trafi iść i jednocześnie rozm aw iać. Po latach spę­
dzonych w Stanach Z je d n o czo n y ch nie m óg ł się przy­
zw yczaić do tego, b y iść patrząc przed siebie i je d ­
nocześnie rozm aw iać. W tej sy tu a cji za trzym yw a­
liśm y się zw y k le w naszym chodzie. A ra b zaś prze­
suw ał się ukosem d o przodu, p rzecin ając m i nieco
drogę i ob ra ca ją c się do m nie bokiem , tak że m o­
gliśm y patrzeć jeden na drugiego. W tej p ozy cji przy­
staw ał. Zrozu m iałem je g o zachow anie d opiero w ó w ­
czas, g d y dow ied ziałem się, że A ra bom spoglądanie
p ery fery czn e na tow arzysza w y d a je się niegrzeczne,
a siedzenie lub stanie tyłem do kogoś uw ażają za
grubiaństw o.
Jednym z b łęd n ych m niem ań A m eryk a n ów jest
przekonanie, że A ra b o w ie prow adzą w szystkie roz­
m ow y w k rótkim dystansie. N ie jest to praw dą.
W kontaktach tow arzyskich Aralbowie m ogą zasia­
dać w p rzeciw leg ły ch roga ch i rozm aw iać ze sobą
przez cały p ok ój. Jednakże sk łon ni są obrażać isię
w ów czas, g d y A m eryk an ie zaczynają się posługiw ać
dystansam i dw uznacznym i, takim i, ja k np. 1,2 do
2,1 metcra liczący dystans spo łeczn o-d o nade z y . Za­
z w y cza j skarżą się, że A m eryk an ie są ch łodn i, sztyw ­
ni i że „m a ją w szystko w n osie” . P ew ien starszy
dyplom ata arabski w y n iósł takie w łaśn ie w rażenie
ze szpitala, gdzie pielęgniarki p osłu giw a ły się d y ­
stansem „p ro fe s jo n a ln y m ” . Czuł się ign orow an y i p o­
zbaw ion y n a leżytej opieki. Inny A ra b tak sk om en ­
tow a ł zach ow an ie A m eryk an ów : „C o się stało? Czy
b rzy d k o pachnę? C zy się m nie b o icie ?”
Ci A ra b ow ie, k tórzy stykają się z A m erykan am i,
tw ierdzą, że w kontaktach z nim i doznają pew n ej
m onotonii, po części w y w o d zą ce j się z odm iennego
posłu giw an ia się oczam i w m iejsca ch p ryw a tn ych
i p u bliczn ych , a także w śród p rzy ja ciół i obcych.
W dom u arabskim b y ło b y rzeczą nietaktow ną m ysz­
k ow a n ie w zrokiem . A le z d ru giej stron y A ra b ow ie
patrzą na siebie w sposób, k tóry A m eryk a n om w y ­
daje się w rog i lub w y zy w a ją cy . Jeden z m oich arab­
skich in form a torów opow iadał, że p om iędzy A m e ry ­
kanami czuł się zaw sze zagrożony, a to z p ow od u
sposobu, w ja k i od bierali jeg o spojrzen ie, w k tórym
nie b y ło cienia w y z y w a ją cy ch in tencji. W k ilk u w y ­
padkach led w ie uniknął b ó jk i z A m eryk an am i, którzy
sądzili, że sp ojrzen iem sw y m w y zy w a ich m ęskość.
Jak w spom in ałem przedtem , A ra b o w ie spoglądają
sw oim rozm ów com w oczy z intensyw nością, która
sprawia, że A m eryk a n ie czu ją się bardzo n iesw ojo.
Zaangażowanie

Jak to czyteln ik już teraz jiasno w idzi, A ra b ow ie


w chodzą w b lisk i kontakt z sobą na w ie lu różn ych
płaszczyznach naraz. Coś takiego ja k pryw atn ość w
m iejscu p u bliczn ym jest rzeczą zasadniczo im obcą.
W transakcji na bazarze na przykład bierze udział
nie tylk o ku p u ją cy i sp rzedający, ale w szy scy z g ro­
m adzeni. K ażdy, kto stoi obok, m oże się do niej w łą ­
czyć. D orosły, k tóry w id zi chłopca w y b ija ją ce g o szy­
bę, ma ob ow ią zek zapobiec tem u, naw et jeśli g o zu­
pełnie nie zna. Z aan gażow anie i w spółu dział u w i­
dacznia się w w ielu różn y ch dziedzinach. Na płasz­
czyźnie p olityczn ej uch ylen ie się od in terw en cji,
kiedy zanosi się na jakąś aw anturę, to tyle co o p o ­
w iedzenie się po jed n ej ze stron. Tak w łaśnie postę­
puje ch yba nasz D epartam ent Stanu. A pon iew aż
niew iele ludzi zdaje sobie ch oćb y bardzo m gliście
sprawę z tego, że ich sądy fo rm u je ich kultura, nic
dziw nego, że i A ra b o w ie od b ierają nasze zachow anie
tak, ja k g d y b y w y w o d z iło się ono z ich w łasn ych
m ilczących założeń.
Odbieranie przestrzeni zamkniętych

A rabom , z którym i przeprow adzałem w y w ia d y ,


z przestrzenią zam kniętą k o ja rzy ło się słow o „ g r ó b ” .
Nie przeszkadza im p rzeb yw a n ie w ścisku m iędzy
ludźm i, ale za to nie znoszą osaczenia przez ściany
pom ieszczeń. Są znacznie bard ziej niż m y uczuleni
na zatłoczenie architektoniczne. B y za d ow olić A ra ­
b ów , zam knięta przestrzeń musi spełniać trzy w a ­
runki: pow inna za w iera ć dużo przestrzeni n iczym nie
zastaw ionej do poruszania się (w m iarę m ożności
około 300 m etrów k w ad ratow ych ), su fity p ow in n y
b yć bardzo w ysoko, na tyle w ysok o, b y nie zn ajdo­
w a ły się w ob ręb ie pola w izualnego, a nadto w idok
z okna nie m oże b y ć n iczym przesłonięty. Są to te
w łaśnie pom ieszczenia, w k tóry ch A m eryk an ie —
ja k już b y ło w spom niane — czują się tak bardzo
n iesw ojo. P otrzeba w id ok u w yraża się u A ra b ów
rozm aicie, często naw et n egatyw n ie — od cięcie są­
siada od w id ok u jest n a jb a rd ziej skutecznym sposo­
bem zrobienia m u na złość. W B ejru cie m ożna sobie
o b ejrzeć coś, co lok aln ie n azyw ają „dom em złości” .
Jest to ni m niej, ni w ię ce j gruba czteropiętrow a ścia­
na, zbudow ana pod k on iec d łu gich sp orów m iędzy
sąsiadam i na w ąskim skraw ku ziem i tak, że zasłania
w id ok na M orze Śródziem ne w szystkim budyn kom
stoją cy m z tyłu. W ed le jed n ego z m oich in form a to­
rów p om iędzy B ejru tem a D am aszkiem istn ieje dom
kom pletnie otoczon y m uram i sąsiada, które są na tyle
w ysokie, że zasłaniają w id ok ze w szystkich okien!

Granice

W zorce proksem iczne m ów ią nam jeszcze inne rzeczy


o kulturze arabskiej. Tak na przykład A ra b o w ie nie
potrafią niem al zupełnie u ch w y cić p ojęcia g ran icy
ja k o czegoś abstrakcyjnego. „K ra ń ce ” m iasta — tak,
ale stałe gra n ice na nie zabu dow an ej przestrzeni
(niew idoczne linie) — nie. P row adząc badania w śród
A ra b ó w m iałem duże k łop oty w przetłum aczeniu na­
szego p ojęcia g ra n icy za pom ocą term inów , które
b y ły b y rów n ow a żn e z ich term inam i. Sądziłem , że
pom ocn e m oże się okazać od w oła n ie do czyn ów , które
określa się ja k o „w k ro cz e n ie ” . A le aż do dziś nie
potrafią znaleźć czegoś takiego, co b y ch oć częściow o
przypom inało nasze praw n e p o ję cie w kroczen ia.
Zach ow anie A ra b ó w w odniesieniu do ich m ajątku
nieruchom ego stanow i ekstensję ich postaw w ob ec
ciała. Badani zw ycza jn ie nie reagow ali, g d y w sp o -
minąłem o w kroczen iu. Z d aw a li się zupełnie nie r o ­
zumieć, o co m i chodzi. P ew n e w ytłu m aczen ie tego
odnaleźć m ożna w fakcie, iż A ra b o w ie n ie układają
sw ych w zajem n y ch rela cji przestrzennie, lecz w ed le
zam kniętego system u społecznego. Przez tysią ce lat
muzułmanie, m aronici, dru zow ie i żydzi żyli sobie
w sw ych w ła sn ych m iasteczkach, m ając w szy scy sil­
ne poczucie w ięzi rod ow ej. Ich hierarch ia loja ln ości
była następująca: n a jp ierw w o b e c sam ego siebie, p o ­
tem w ob ec k rew n ego, w spółm ieszkańca, w sp ółp le-
mieńca, w reszcie w ob ec w yzn a ją cego tę samą religię
i (albo) rodaka. K ażdy, kto nie m ieści się w żadnej
z tych kategorii, jest obcy. A w m entalności arab­
skiej „ o b c y ” , to nieom al to sam o, jeśli nie w ręcz
to samo co „ w r ó g ” . W tym kon tekście „w k ro cz e n ie ”
to raczej kw estia tego, kim się jest, niż kw estia
kawałka przestrzeni ob w ied zion ej granicam i, które
pogw ałcić m oże k tok olw iek i każdy, zn ajom y i w róg.
W zorce proksem iczne różnią się. B adając je w y ­
kryw am y ukryte ram y kulturow e, k tóre determ inu ją
srtrukturę świata p e re e p cy jn e g o cz ło n k ó w danego na­
rodu. Odm ienne p ojm ow an ie św iata pociąga za sobą
odm ienne p ojm ow an ie re la cji m iędzylu dzkich i od ­
mienne p od ejście do p olity k i lok a ln ej i m iędzyn aro­
dow ej. W dodatku kultura n adaje strukturę zaan­
gażowania w bardzo różn ym stopniu. W szystko p rze­
mawia za tym , że p rojek tan ci w in n i w reszcie zacząć
uw zględniać w sw y ch plan ach b u d ow a n ie m iast róż­
nego typu, m iast zg od n y ch z proksem icznym i w z o r­
cami zam ieszkujących je ludzi. W pozostałych roz­
działach ch cia łb ym p o w ró cić do rozw ażań nad życiem
miejskim.
X III

M IA S T A I K U L T U R A

W ielka m igra cja ludności całego św iata ze w si d o


m iast stw orzyła bagna beh aw ioraln e bardziej szkod­
liw e i d estru k cyjn e niż b om ba w odorow a. C złow iek
stanął w obliczu rea k cji ła ń cu ch ow ej nie m ając w
p ra k tyce żadnej w ied zy na tem at struktury atom ów
k u ltu row ych , które w re a k cji tej b iorą udział. Jeśli
to, co w iem y na temat zw ierząt stłoczon ych lub prze­
n iesion ych do nie znanego sobie biotopu, m ożna od ­
nieść także do człow iek a, spodziew ać się m usim y
p rzeraża ją cych w yd arzeń w naszych „m iejsk ich b a ­
g n a ch ” . Badania etologiczn e i proksemitka p o ró w ­
naw cza p ow in n y nam uśw iadom ić, że p rzep ły w lu d ­
ności ze w si do cen trów m iejsk ich k r y je za sobą
powiażne n iebezp ieczeństw a. O siedlenie w m ieście nie
tylko w ym a ga o d p rzyb y szów ekon om iczn ego dosto­
sow ania się do n o w y ch w arun ków , ale zakłada ca ł­
kow itą zm ianę stylu życia. D ochodzą do tego kłopoty
zw iązane z kon iecznością dania sobie rady z n ie­
znanym system em porozum iew ania się, z obcą struk­
turą przestrzeni i z patologią burzliw ego, pęczn ieją­
ce g o bagna behaw ioraln ego.
D ostosow yw an ie M u rzyn ów z niższych w arstw w
Stanach Z je d n o czo n y ch do życia m iejsk iego jest po­
w od em szczególn ych k łop otów , które albo zostaną
rozw iązane, albo przem ienią nasze m iasta w m iejsca
n ie n a d ają ce się do życia. Często zapom ina się o tym,
że M urzyni niższych klas ż y ją w zupełnie in nej kul-
turze niż biali klasy średniej. P od w ielom a w zględ a ­
mi sytuacja am erykańskich M u rzyn ów przypom in a
sytuację am erykańskich Indian. R óżnica pom iędzy
tymi m niejszościam i a kulturą dom in ującą jest zu­
pełnie zasadnicza i odnosi się do tak ich podstaw o­
w ych w artości jak u życie i a rtyku lacja przestrzeni,
czasu i m ateriałów — a w ięc do tego w szystkiego,
czego u czym y się w e w łasn ym dzieciństw ie. N ie­
którzy rzeczn icy in teresów m urzyńskich tw ierdzą na­
wet, że biali n igd y nie zdołają zrozum ieć M urzynów .
I m ają rację, jeśli m yślą o kulturze M u rzyn ów z w a r­
stwy niższej. N iew ielu ludzi zdaje sobie spraw ę z te­
go, że różnice k u ltu row e, k tóre M u rzyn om w y d a ją
się przyczyną ich izo la cji w sp ołeczeństw ie, nie są
jednak tym sam ym co uprzedzenia i nie są w sw ej
istocie nim i w yw oła n e, m im o że pod w p ły w e m u p rze­
dzeń ulegają zaostrzeniu. Są tak stare ja k człow iek
i tkw ią w sam ym rdzeniu lu d zkiej doli.
Chcę zw rócić uw agę na fakt, że w ch w ili ob ecn ej
w am erykańskich w ie lk ich m iastach sp otyk ają się
ludzie z zupełnie od ręb n ych kultur, stłoczeni w n ie­
bezpiecznym stopniu, co p rzyw od zi na m yśl badania
patologa Charlesa Southw icka. S ou th w ick od k rył, że
badane m yszaki toleru ją tak d łu go bardzo w ie lk ie
zagęszczenie w klatkach, ja k długo nie p oja w ią się
obce m yszaki. P o w puszczeniu in tru zów do klatek
myszaki znacznie częściej w a lczyły, a co w ięcej,
zw iększyła się w aga ich nadn erczy i p oziom eozy m -
fdliny w e k rw i (oba zjawisika typ ow e dla stresu).
G dybyśm y w ięc naw et zlik w id ow a li w szelk ie uprze­
dzenia i dysk rym in ację, zam azali haniebną przeszłość,
M urzyni z w a rstw y niższej w Stanach Z jed n oczon y ch
i tak natyk aliby się w dalszym ciągu na syn d rom
p ow odu jący nieustanny, ostry stres: na m iejsk ie b a g ­
no (potocznie określane ja k o „d żu n g la” ), na zasad­
nicze różnice ku ltu row e p om iędzy nim i a dom in u jącą
klasą średnią i na zupełnie sobie o b cy biotop.
S ocjolog ow ie G lazer i M oynihan w fa scy n u ją cej
książce B eyon d th e M eltin g P o t w yk aza li jasno, że
w ielk ie miasta am erykańskie nie są w cale tyglem .
B adania przeprow adzili w N ow ym Jorku, ale kon­
k lu zje odno3zą się do w ielu innych miast. Główne
g ru p y etniczne zam ieszkujące m iasta am erykańskie
żyją od w ie lu g en era cji w poczuciu sw ej odrębności.
Nasze p rog ra m y urbanistyczne i plan y zasiedleńcze
rzadko biorą pod uw agę te etniczne zróżnicow ania.
W trakcie pisania te|fo rozdziału zasugerow ano mi,
bym w szedł w kontakt z biurem p rojek tów urban i­
stycznych, k tóre o p ra co w y w a ło plan y życia m iejsk ie­
go na rok 1980. P lan ten, jak się zorientow ałem ,
op ra cow a n y został bez ja k ieg ok olw iek rozeznania w
różn icach k la sow y ch i etnicznych, ja k ie będą istnieć
w r. 1980. N ic z d otych cza sow ej przeszłości człow ieka
nie pozw ala m i zakładać, że różnice te zatrą się w
ciągu życia jed n ego pokolenia.

P O T R Z E B A M E C H A N IZ M Ó W K O N T R O L U J Ą C Y C H

Lew is M uraford tw ierdzi, że głów n ą przyczyną spi­


sania kodeksu H am m urabiego b y ł n a p ływ do m iast
M ezopotam ii ludności nie przestrzegającej żadnych
praw . Od tego czasu w ielok rotn ie m ożna się b y ło
przekonać, że lu d zie zam ieszkujący m iasta potrze­
bu ją n o w y ch praw , gdyż z w y cz a je plem ienne ok a ­
zują się niew ystarczające. P ra w o i in stytucje je egze­
k w u ją ce istn ieją w e w szystkich m iastach na całym
św iecie. W n iek tórych przypadkach trudno im się
jednak u porać z problem am i, k tóre m ają rozw ią zy­
wać, i potrzebu ją dodatkow ego oparcia. C zynnikiem
pom ocn ym w utrzym aniu praw a i porządku, nie w y ­
korzystanym dotąd w pełn ym zakresie, jest siła z w y ­
czaju i opin ii pu bliczn ej działająca w enklaw ach
etnicznych. E n k la w y te służą w ielu pożyteczn ym
-elom : jed n y m z n a jw a żn iejszych jest spełnianie roli
DŚrodków, w k tóry ch m łode pokolen ie u czy się zasad
życia m iejsk iego. G łó w n y problem enklaw y, p rzyn a j­
mniej takiej, jaką sp otykam y w m iastach, stanow i
ograniczona w ielkość. G d y liczebn ość en k la w y w zra ­
sta szybciej niż je j zdolność do przem ienienia ludzi
ze w si w m ieszkańców miasta, k tórzy m ogą już ją
opuścić i zacząć sam odzielne życie, pozostają tylk o
dwa w yjścia : rozprzestrzenienie terytorialn e albo za­
gęszczenie.
Jeśli enklaw a nie może się rozrastać i jeśli nie
jest zdolna utrzym ać zdrow ego zagęszczenia (które dla
różnych grup etnicznych byw a zupełnie różne), za­
mienia się w bagno.
Instytucje egzekw u jące p ra w o nie potrafią w ra­
m ach sw y ch zw y k ły ch o b ow ią zk ów p odołać pow sta ­
jącym natychm iast trudnościom . Ilustruje to n a jle ­
piej los P ortory k a ń czy k ów i M u rzyn ów m ieszkają­
cych w N ew Y o rk City. W edle ostatniego szacunku
tygodnika „T im e ” na 9,06 km kw a dra tow ego Harleimu
gnieździ się 232 000 osób. Jeśli w ięc sytuacja ta nie
ma rozw inąć się sw ym w łasnym torem , b y w krótkim
czasie zniszczyć całe m iasto, pozostaje tylk o jedn o
w yjście: w p row a d zen ie takich rozw iązań przestrzen­
nych, k tóre przeciw d ziałają szk od liw y m rezultatom
bagna, ale n ie niszczą ro z w ija ją ce j się enklaw y.
W p opu lacjach zw ierzęcych w ysta rczy zastosow ać
proste rozw iązanie, k tóre do złudzenia przypom in a
nasze program y o d n ow y urban istycznej m iast i z ja ­
wisko rozrastania się przedm ieść. Jeśli chce się p od­
nieść gęstość p op u la cji u szczurów nie naruszając
jednocześnie ich zdrow otn ości, w ysta rczy w sadzić je
do przegródek tak, b y nie w idziały się w zajem , w y ­
czyścić im klatki i zapewniać dość pożyw ienia. P rze­
gródki m ożna staw iać jedną nad drugą na tyle p ozio­
m ów, ile się kom u podoba. N iestety jedn ak p ou p y ­
chane w klatkach zw ierzęta id iocieją, co jest bardzo
wysoką ceną, którą trzeba zapłacić za ten doskonały
system w sadzania do przegródek! M usim y w ięc „zadać
sobie pytanie, w ja k w ielk im stopniu m ożem y p o ­
zw olić na stępienie naszych doznań zm y słow y ch przy
optym alnym u p ak ow yw a n iu ludzi? Jedną z n a jb a r­
dziej zagrożonych potrzeb człow iek a jest potrzeba
zachow ania zdrow ej gęstości w przestrzeni,„zdrow ej
częstotliw ości kontaktów , w łaściw ej proporcji zaan­
gażow ania, niezakłóconego poczucia etnicznej tożsa­
mości. Stw orzenie takich zasad planow ania prze­
strzeni w ym agać będzie udziału specjalistów z w ielu
różnych dziedzin, pracujących w spólnie i na w ielką
skalę.
S praw ę tę a kceptow an o podczas II k on feren cji w
Delos w r. 1964. O rganizow ane coroczn ie przez g re­
ck iego architekta i urbanistę C. A . D oxiadisa, k o n fe ­
ren cje te grom adzą im p on u jący zastęp ekspertów
z całego świata, k tó ry ch w iedza i um iejętności p rzy ­
czyn ić się m ogą do ro zw o ju tego, co D oxiadis ok re­
śla term inem ekistyka (badanie struktur osiedleń­
czych). K on k lu zje w spom n ian ej k on feren cji b y ły na­
stępujące: 1. n ow e p rogram y urbanistyczne w A n glii
i Izraelu opiera ją się na n iew ła ściw y ch i przestarza­
ły ch o ca ły w iek danych. M iasta są zbyt m ałe, a na­
w et p rop on ow an e ob ecn ie przez angielskich planistów
b ard ziej rozległe m iasta zostały zaplanow ane na pod­
staw ie bardzo n iew ystarcza ją cych badań. 2. C h oć spo­
łeczeństw a zdają sobie spraw ę z tego, ja k bezna­
dziejn a jest sytuacja m ieszkań ców rozrastających się
olb rzy m ów m iejsk ich — nie robi się nic, b y problem
ten rozw iązać. 3. K atastrofaln y w zrost liczby sam o­
ch od ów i lu dności stw arza stan chaosu, p ozb aw io­
nego ja k ich k o lw ie k sam ok ory gu jących m echanizm ów .
A lb o sam ochod y dopuszcza się do centrum miasta
przez system w y d zielon y ch autostrad — co p ow od u je
k ork i d ro g o w e ob serw ow a n e stale w L on dyn ie i N o­
w y m Jorku, albo też m iasta p odporządk ow u ją się
sam ochod om i znikają pod labiryn tem autostrad, tak
jaik się to stało w Los A ngeles. 4. M ało innych przed­
sięw zięć m ia łob y tak korzystny w p ły w na w szystkie
rodza je działalności g ospoda rczej i nic b y tak nie
p op ra w iło gosp od ark i ja k p rzebudow a m iast całego
świata. 5. P lanow an ie, szkolenie i badania w dzie­
dzin ie ekistyki p ow in n y b y ć nie tylk o sk oord yn o­
w a n e z działalnością n ajw y ższych in stytucji rządo-
Wych, lecz muszą nadto m ieć od n ich zagw aranto­
waną bezw aru nk ow ą aprobatę i pow ażne poparcie.

PSY C H O L O G IA I A R C H IT E K T U R A

Do rozw iązania narastających p rob lem ów m iejsk ich


nie w ystarczy w spółpraca p o w o ły w a n y ch zw y k le
specjalistów : planistów , architektów , in żyn ierów ,
ekonom istów i p rzedstaw icieli praw a, ek sp ertów od
ruchu d rog ow eg o i transportu, p ra cow n ik ów ośw ia ­
ty, p raw n ików , działaczy sp ołeczn ych i zn a w ców za­
gadnień polityczn ych . K on ieczn y jest udział in n ych
jeszcze ekspertów . W w yd ziała ch planow ania m ie j­
skiego rzadko spotyka się p sych olog ów , a n trop ologów
i etnologów , ch oć pow in n i się tam zn ajdow ać. B udżet
na badania urban istyczne nie m oże b y ć znienacka
zw iększany lub obcin any, ja k to się zdarzało w prze­
szłości. P o opracow an iu dobrych , d a ją cy ch się zasto­
sow ać praktycznie p la n ów ich autorzy n ie p ow in n i
ogilądać niesp od ziew an ego zaham ow ania realizacji
tych planów , co tłum aczy się n a jczęściej racjam i
politycznym i luib doraźną koniecznością. Co w ięcej,
nie w oln o oddzielać od siebie plan ow ania i prze­
budow y; m od ernizacja m usi b y ć nieodłączną częścią
planowania.
W eźm y dla przykładu program m ieszkan iow y dla
mało zarabiających grup m ieszkań ców C hicago,
który ja k się okazało, dość skutecznie przysłon ił
i usunął z pola w idzenia p e w n e p od sta w ow e p ro­
blem y, zam iast je istotnie rozw iązać. T rzeba pam ię­
tać, że m ało zarabiająca grupa ludności, em igru jąca
do Chicago i in n y ch m iast A m eryk i, składa się prze­
de w szystkim z M u rzynów , p rz y b y w a ją cy ch z ok rę­
gów roln y ch albo z m ałych m iasteczek P ołudnia.
W iększość ty ch ludzi nie m iała n igd y ok azji do p o ­
znania m iejsk iego życia. P od ob n ie ja k P ortory k a ń -
czycy i biali m ieszkańcy A p p a la ch ów , M urzyni, przy­
najm niej w sw ej w iększości, nie m ają dostatecznego
w ykształcenia. W praw dzie d łu gie rzędy w y sok o w zn o­
szon ych b u d y n k ów m ieszkalnych nie w yg lą d a ją tak
p rzyg n ęb ia ją co ja k slum sy, ale często żyć w n ich
tru d n iej niż w dzielnicach, k tóre zostały w ybu rzone.
W łaśnie M u rzyni szczególnie w yp ow ia d a li się prze­
ciw k o w ie lk im b u d y n k om m ieszkalnym . W idzą w
n ich sym bol d om in acji b ia łych i pom nik w zniesion y
na cześć załam ania się zw ią zk ów etnicznych. Ich zda­
niem b ia ły człow iek każe m ieszkać jedn em u M u rzy­
n ow i nad drugim w coraz to w y żej w znoszących się
bu dyn k a ch po to, b y tym rzadziej oglądać ich na
ziem i. T e w znoszące się na w iele pięter dom y nie roz­
w iązu ją w ielu p od sta w ow ych lu dzkich trudności.
M ieszkaniec jed n ego z nich opisał m i g o kiedyś na­
stępu jącym i słow am i: „T u nie m ożna m ieć rodziny.
M atka nie m oże p iln ow a ć dzieci na p odw órzu pa­
trząc na nie z piętnastego piętra. Jeśli je j dzieci zo­
staną p ob ite przez cudze, zobaczy, ja k się to stało,
ale nie m oże n ic zrobić. W in dy są niebezpieczne i za-
św in ion e (ci, co nienaw idzą takich b u d yn k ów , u ży­
w a ją w in d jako u bikacji), jeżdżą w oln o i często się
zacinają. K ie d y chcę w ró cić do dom u, m uszę się za­
stanow ić, b o zanim w in da zjedzie, m ogę stać na
parterze przez p ół godziny. A czy pan kiedyś szedł
na piętnaste piętro, g d y w in da nie działa? T ego się
m oże prędk o od ech cieć...”
Na szczęście architekci zaczynają już p rojek tow ać
dw u, trzy i czterop iętrow e dom y, zap ew n iające m iesz­
k ań com w iększe bezpieczeństw o. N ie m am y jednak
żadn ych danych co do tego, jak i rodzaj przestrzeni
b y łb y n ajbard ziej odp ow ied n i dla M u rzynów . P a ­
m iętam sw o je dośw iadczenia z II w o jn y św iatow ej,
g d y służyłem w oddziale saperów , g łó w n ie M urzynów .
O ddział zaw iązany został w Teksasie i b ra ł udział
w e w szy stk ich pięciu kam paniach europejskich. A le
d op iero k ied y w ra ca ją c znaleźliśm y się na Filipinach,
żołn ierze zaczęli b y ć za d ow olen i ze skali życia, jakie
ich otaczało. M ogli łatw o d ostosow ać się do społe­
czeństw a filip iń sk iego i do je g o ekonom iki, w której
do założenia przedsiębiorstw a w ysta rczy bam bu sow y
szałas, n iew iele w ięk szy od d w ó ch bu dek telefon icz­
nych. R ów n ież targow iska pod g oły m n iebem od p o­
w iadały bardziej proksem icznym potrzebom M u rzy­
nów niż zatłoczone d om y to w a ro w e w U SA , zam knię­
te ze w szystk ich stron ścianam i i oknam i.
Inaczej m ów iąc, m am w rażenie, że d a łob y się udo­
wodnić, iż skala jest p od sta w ow ym czyn n ikiem w
planjotwanliu miast, osiedli i dzielnic m ieszkalnych.
A co najw ażniejsze, skaila m iejska m usi pozostaw ać
. w zgodzie ze skalą etniczną, która jest inna u każdej
grupy.
Dochodzą do tego różnice klasow e, o czym pisał
psycholog M arc Fried, a także so cjo lo g o w ie H erbert
Gans, P eg gy G leich er i C hester H artm an w szeregu
ciekaw ych p u b lik a cji na tem at W est Endu w B o ­
stonie.
Plany p rzew id u jące zburzenie slum sów i przebu do­
wę dzielnic w B ostonie nie b ra ły pod u w a gę faktu,
że najbliższe otoczen ie d om u n ależącego do przed­
stawiciela klasy rob otn iczej różni się ca łk ow icie od
otoczenia dom u, k tórego w łaściciel należy do klasy
średniej. M ieszkańcy Wesrfc Endu żyli ze sobą dość
gromadnie. K orytarze, klatki schodow e, sklepy, k o­
ścioły, a naw et u lice stan ow iły zasadniczą część
wspólnego życia. Jak w y k a zu je H artm an, gęstość za­
ludnienia W est Endu b yła w rzeczyw istości w ie lo ­
krotnie wyższa, niż w yd ać to b y się m ogło na p od ­
stawie w ielk ości przestrzeni m ieszkalnej, rozdzielon ej
w edle standardów m ieszkan iow ych klasy średniej.
Gans określił taki rodzaj osiedla ja k o „m iejsk ą w ieś” .
West End B oston u b y ł m iejscem , w k tórym p rz y b y ­
sze ze w si przedzierzgali się w m ieszkań ców miasta,
co zw ykle trw a trzy pokolenia. P ro je k t „p rzeb u d o­
w y ” pow in ien -więc b y ł zm ierzać d o odn ow ien ia ca­
łej dzielnicy, na którą składały się n ie ty lk o budyn ki,
ale i pew ien system zachow ać sp ołecznych, n ie zaś
do zupełnego je j w ybu rzenia. G d y zaczęto rea lizow a ć
program w ysiedlenia m ieszkań ców do osiedli b a r­
d ziej now oczesn ych , ale luźniej zin tegrow an ych, w ie ­
lu W ło ch ó w popadło W depresję i w yk a zy w a ło w szel­
k ie o b ja w y utraty chęci do życia. Ich świat został
zdruzgotany n ie przez nienaw iść i z prem edytacji,
ale przez n ajlepsze in ten cje, gdyż jak pow iedział
F ried: „...dom to nie tylk o m ieszkanie czy budynek,
ale cała otaczająca go przestrzeń, w k tórej przeżyw a
się n a jw a żn iejsze epizod y sw o jeg o ż y cia ” . P on adto
przyw iązan ie m ieszkań ców daw n ego W est Endu dó
m iejsk iej w si b y ło kw estią przyw iązan ia d o pew n ej
skali. Ich „u lic a ” b yła czym ś jedn ocześnie sw ojskim
i przytulnym .
C hoć w iem y bardzo m ało na tem at czegoś tak ab­
stra k cy jn eg o jak skala, przekon any jestem , że przed­
staw ia ona tę stronę lu d zk ich w ym agań , którą b ę ­
dziem y ostatecznie m usieli zanalizow ać i zrozum ieć,
pon iew aż w p ły w a ona bezpośredn io na ocenę tego,
co stanow i w ła ściw e zagęszczenie ludności na danej
przestrzeni. U stalenie standardu zd row ej gęstości za­
ludnienia w' osiedlu m iejsk im jest poza tym i dlatego
trudne, że nie m am y podstaw do określenia w ła ści­
w eg o rozm iaru przestrzeni m ieszkalnej potrzebnej
rodzinie. W ciągu k ilk u ostatnich lat rozm iary prze­
strzeni m ieszkalnej sk u rczy ły się niepostrzeżenie od
w ielk ości led w ie w ysta rczają cej do w ielk ości ca łk o­
w icie n ieod p ow ied n ich , sk urczon ych pod presją w y ­
m agań ekon om iczn ych. N ie tylk o ci, k tórym brak u je
pieniędzy, ale rów n ież ci, k tórzy je m ają, otoczeni
są przez rosnące ja k na drożdżach sprytne przedsię­
biorstw a budow lane, które tu uszczkną sześć cali,
tam całą stopę, b y le b y tylk o ob n iży ć koszta w łasne
i zw ięk szyć zysk. W reszcie należy też brać pod u w a­
gę usytuow an ie poszczególn ych bu dyn ków . M ieszka­
nie, w k tórym d a je się le d w ie m ieszkać, staje się
dla n iek tóry ch nieznośnym w ięzieniem , g d y tylk o
w y sok i bu d yn ek m ieszkalny zasłoni im ca łk ow icie
w id ok z okna.
p a t o l o g ia i z a t ł o c z e n ie

Podobnie jaik w ięź p om ięd zy rakiem i paleniem , k u ­


m ulatyw n y efe k t zatłoczenia daje o sob ie znać za
późno. T o co dotąd w ie m y na tem at ludziki ego aspek­
tu m iast, sprow adza się g łó w n ie do fa k tów d otyczą­
c y c h przestępstw , bezpraw ia, lich eg o w yk ształcenia
i złego zdrow ia. P oja w ia się w ięc paląca potrzeba
podjęcia szerokich badań nad tym i spraw am i na
w ielką skalę. C hoć istnieje w iele m ateriałów o ż y ­
ciu m iejskim , które zapew ne okażą się nieocen ione,
gdy d ok ład n iej poznam y zależność p om iędzy m iejsk im
bagnem a patologią, znam tylk o jedną pracę m ów ią ­
cą bezpośredn io o szk od liw y ch skutkach ogran icza­
nia przestrzeni. B adanie to p rzep row a d ziło m ałżeń­
stw o francu skie C hom bart de Lauw es, składające
się z socjolog a i psych ologa. Z eb ra li oni pierw sze
dane statystyczne o k on sek w en cja ch zatłoczenia w
m ieszkaniach m iejskich. Z ty p o w o francu ską sk ru ­
pulatnością zebrali m ateriały na tem at m ożliw ie
w szystkich aspektów życia fran cu sk ich rob otn ik ów .
Przede w szystk im ustalili ilość osób m ieszk ających
w poszczególn ych m ieszkaniach i w y cią g n ęli śred­
nią. W skaźnik ten nie m ó w ił w iele. C hom bart de
Lauwes zd ecyd ow ali się w ię c w p row a d zić n o w y
w skaźnik zatłoczenia: ilość m etrów k w a d ra tow ych
przypadających na jedną osobę w m ieszkaniu. R ezul­
taty b y ły przerażające. G d y przestrzeń przypadająca
na m ieszkańca spadała pon iżej 8— 10 m etrów k w a ­
dratow ych, p atologiczne zjaw isk a społeczne i p rzy ­
padki utraty zd row ia w zrastały dw u k rotn ie! Z łe
zdrow ie, przestępczość i zagęszczenie są w ię c ze sobą
ściśle zw iązane. G d y przestrzeń p rzypadająca na oso­
bę w yn osiła p o w y że j 14 m etrów k w a d ra tow ych , czę­
stotliw ość p a tologii obu ty p ów w zrastała rów nież,
ale w stopniu nie tak ostrym . A u torzy badania g ło ­
w ili się n a d tym , ja k w y ja śn ić ten ostatni w yn ik ,
i doszli ostatecznie do przekonania, że rod zin y na­
leżące do d ru giej k ategorii zn a jd ow a ły się zw y k le
w okresie p op ra w y sw ej p o z y cji społecznej i często
p ośw ięca ły w ię ce j u w agi sw em u aw ansow i społecz­
nem u niż sw ym dzieciom . W tym m iejscu m ożna
wtrącić pewną uwagę. N ie ma n ic m agicznego w
przestrzeni o w ielk ości od 10 do 13 m etrów k w a ­
dratow ych . W ielkość ta okazała się znaciząca dla p ew ­
nego, dość w ąsk iego w ycin k a społeczeństw a fra n ­
cuskiego w m om en cie przeprow adzania badań i nie
jest n iczy m istotn ym dla in n ych p opu lacji. O bliczenie
d a jącego się tolerow a ć stopnia zatłoczenia dla róż­
n y ch grup etn iczn ych w ym a ga uw zględn ienia tego,
co m ów iliśm y w jed n ym z w cześn iejszych rozdzia­
łó w o zm ysłach.
Stopień, w jakim dane lu d y i n a rod y kontaktują
się z sobą sensorycznie, oraz użytek, ja k i robią z cza­
su, określają nie tylk o punkt, w k tórym zaczynają
od czu w ać zatłoczenie, ale także sposoby złagodzenia
go. P orto ry k a ń czy cy i M urzyni m ają znacznie w y ż ­
szy w skaźn ik w za jem n y ch kon tak tów i zaangażow a­
nia niż m ieszkańcy N ow ej A n g lii oraz A m eryk an ie
n iem ieck iego i skandynaw skiego pochodzenia. L u ­
dziom o ż y w y ch i liczn y ch kontaktach potrzebne jest
ży cie w w ięk szym zagęszczeniu n iż ludziom m n iej
zaangażow anym , o słabszych kontaktach; ci ostatni
m ogą także p otrzeb ow a ć w ięk szej och ron y czy od g ro­
dzenia o d p rzy b y szó w z zew nątrz. Jest spraw ą abso­
lutnie niezbędną i istotną, abyśm y nau czyli się lep iej
ob liczać m aksym alną, m inim alną i n ajw łaściw szą g ę ­
stość zaludnienia od ręb n ych enk law ku ltu row ych ,
które składają się na nasze w ielk ie miasta.

C Z A S L IN IO W Y I W S P Ó Ł B IE Ż N Y

Czas i sposób p osługiw an ia się nim w iąże się na


w ie le sp osobów z ustrukturow aniem przestrzeni.
W książce T he S ilent Language opisałem dw a prze­
ciw sta w n e sp osoby op erow an ia czasem : lin iow y
i w sp ółbieżn y. D ziałalność lin iow a ch arak teryzu je
ludzi m ało aktyw n ych , szu fla d k u ją cy ch czas. P lanu ją
oni sobie każdą rzecz na ok reślon y odcin ek czasu
i tracą orientację, g d y tylk o zm uszeni są do zrobie­
nia kilk u rzeczy naraz. W spółbieżne u życie czasu
ch arakteryzuje ludzi, k tórzy często m uszą ze sobą
w chod zić w kontakt i k tórzy m ają ten den cję do po­
dejm ow an ia rozliczn ych działań w ciągu tego sam ego
czasu, ch w y ta ją c się raz jed n ej, raz d ru giej rzeczy
niczym żon glerzy w cyrku. O soby w yk orzy stu jące
czas lin iow o pracu ją lep iej, g d y m ogą rów n ież p o ­
szczególne zajęcia od dzielić od siebie w przestrzeni,
osoby d ziałające w spółb ieżn ie starają się grom adzić
kilka czyn n ości w jed n ym m iejscu. G d y te d w a typy
ludzi muszą w e jść ze sobą w kontakt, m ożna uniknąć
w ielu oczek u ją cych ich trudności i nieporozum ień
przez w ła ściw e zorganizow anie przestrzeni. M iesz­
kańców p ółn ocn ej E uropy, p rzy zw y cza jon y ch do lin io ­
w ego użytkow an ia czasu, doprow adza do pasji w ie ­
lokrotne od ry w a n ie ich od zajęć przez E u rop ejczy ­
ków z południa; m ają b o w ie m w rażenie, że raz prze­
rw anego zajęcia n igd y się nie da d op row a d zić do
końca. P on iew aż porządek jest rzeczą zupełnie n ie­
istotną dla E u rop ejczy k ów z południa, k lien t z n a j­
w iększym tupetem zostanie u n ich obsłu żon y p ie rw ­
szy, naw et jeżeli przyszedł na sam ym końcu.
A b y uniknąć spiętrzeń zw iązan ych ze w sp ółb ież­
nym w yk orzy sty w a n iem czasu, w ysta rczy zm n iejszyć
aktyw ność, a przede w szystkim zachodzenie czy n ­
ności na siebie przez w p row a d zen ie tylu oddziela­
ją cych je elem entów , ile się uzna za konieczne.
Z dru giej stron y natom iast, ludzie p rzyzw ycza jen i
do czasu lin iow eg o m uszą p og od zić się z utratą pa­
raw anów , jeśli zależy im na naw iązaniu sw ob od n ego
kontaktu z klientam i dzia łają cym i w czasie w sp ół­
bieżnym . Oznacza to często kontakt fizyczn y. Dla
businessmana, k tóry prow adzi in teresy z L atynosam i,
kanapka jest m eblem lepszym od biurka i przykład
ten dobrze ilustru je spraw ę, którą m am na m yśli.
A jednak naw et tak proste spostrzeżenie i zasady
nie zostały dotąd w yk orzysta n e w plan ow aniu prze­
strzeni m iejskich. U trzym u ją cy ży w e kon tak ty w za ­
jem n e i ży ją cy w czasie w sp ółbieżn ym N eapolitań-
cz y cy spędzają czas w G alerii U m berto, gdzie w szy ­
scy m ogą się spotkać. Hiszpańska plaża i w łoska
piazza służą zarów n o łatw em u kon taktow i, jak fu n ­
k cjo m w spółbieżn ym , podczas g d y w ąska rozciągnięta
M ain Street, ch arakterystyczn a dla tak w ielu miast
Stan ów Z jed n oczon y ch , od zw iercied la nie tylk o nasz
sposób w yk orzy sty w a n ia czasu, ale rów nież brak
zainteresow ania dla innych. Na szczęście w ielk ie
m iasta am erykańskie zaczynają p rzejm ow ać istotne
elem enty o b u om ów ion y ch w y ż e j struktur, co m oże
m ieć zbaw ien n y w p ły w na istn iejące kon tak ty m ię­
dzy grupam i ludzi różnie w y k orzy stu jących czas.
U rbaniści p ow in n i p ójść naw et d alej i tw orzyć
przestrzenie w spólne, n ieja k o p ok rew n e duchem
z m ieszkańcam i, k tóre w zm ocn ią i rozw iną istn ieją­
ce en k la w y kulturow e. O siągnie się w ów czas dw a
cele: po pierw sze, ułatw i to proces przem ieniania
się p rzyb y szów ze w si w m ieszkańców miasta, po
drugie, silna enklaw a sp ra w ow a ć będzie m ogła m oc­
n iejszy nadzór sp ołeczny i łatw iej zw alczać w y k ro ­
czenia p rzeciw praw u. D otąd p otrafiliśm y jedyn ie
w szczepiać w en k law y bezpraw ie, przem ieniając je
tym sam ym w „b a g n a ” . M usim y w ię c znaleźć jakiś
sposób, aby — u ży w ając słów B a rba ry W ard —
u czyn ić getto m iejscem god n y m szacunku. Oznacza
to nie ty lk o przem ienienie getta w dzielnicę bez­
pieczną, ale także zapew nienie od p ływ u ludzi dalej,
k ied y enklaw a spełniła już w ob ec nich sw e fu n k cje.
P la n u ją c n ow e m iasta i m odernizu jąc stare p o­
w in niśm y zadbać o to, b y w arunki życia w n ow y m
m iejscu zd ecyd ow a n ie w zm a cn ia ły w m ieszkańcu p o­
czucie id e n ty fik a cji z grupą społeczną podobn ą do
tej, która otaczała go w pop rzedn im m iejscu za­
m ieszkania, gdzie b y ł człow iek iem znanym , m ają cym
określon e m iejsce, gdzie czuł się od pow ied zia ln y za
in n ych i gdzie in ni czuli się od p ow ied zialn i za niego.
P om ijają c en k la w y etniczne, w d u żych m iastach
am erykańskich w szystko m a dziś ch arakter odspo-
łeczmy; p rzyczyn ia się do od erw a n ia człow iek a o d
człow ieka, do rozproszenia i w yob cow a n ia . P rzera ­
żające przypadki, o k tóry ch n iedaw n o słyszeliśm y,
pobicia, a n aw et zam ordow an ia ludzi na oczach ićh
sąsiadów, k tórym n a w et n ie p rzyszło d o g ło w y za ­
dzw onić na p o licję , św iadczą w yra źn ie o tym , jak
daleko posunął się już proces, w k tórym każdy z nas
staje się człow iek iem ob cy m w grupie, w k tórej
żyje.

SY N D R O M S A M O C H O D O W Y 1

W jaki sposób doszliśm y do takiego stanu rzeczy?


W iem y in tu icyjn ie, że są jeszcze in n e p o w o d y poza
złym plan ow aniem i w yk orzy sty w a n iem bu d y n k ów
i przestrzeni. Istnieje rzeczyw iście pew ien tw ór tech ­
niczny w rośn ięty w naszą kulturę, k tóry k om pletnie
zm ienił sty l życia i od .'którego zależym y dziś tak
bardzo, k tóry jest tak niezbęd n y do zaspokojen ia
niezliczonych potrzeb, że nie m ieści nam się w g ło ­
w ie, jak m og lib y śm y żyć bez n iego. Żaden in ny w y ­
tw ór człow iek a n ie pożera takich mas przestrzeni
pryw atn ej i p u bliczn ej. W L os A n geles, m ieście n a j­
bardziej sam och odow ym , od 60 do 70 procen t ca łej
przestrzeni, ja k ustaliła B arbara W ard — przezna­
czono dla sam ochodów , bu d u jąc ulice, parkingi, auto­
strady. Sam ochód p ołyk a przestrzenie, na k tóry ch
spotkać b y się m ogli ludzie. P arki, ch od n ik i i w szyst­
ko, co je otacza, przem ienia się w jezdnie.
W arto jeszcze w ziąć pod uw agę dalsze kon sek w en ­
cje tego syndrom u. N ie ty lk o straciliśm y och otę na
spacery, ale n a w et ci, k tóry ch och ota taka najdzie,
nie znajdą m iejsca, gdzie m o g lib y chodzić. B rak
m iejsca na przećhadzlkę p o w o d u je nie tyliko w io tcz e -
nie m ięśni, ale odcina nas w za jem od siebie. Ludzie
chodzący piechotą znają się ch o ćb y z w idzenia. L u -
dzie w samochodach nie znają się wcale. Błoto, w a r­
kot, sm ród spalin, sam och od y zagradzające drogę
i gęstn iejący sm og, u czy n iły otw arte przestrzenie
miejskie terenem zupełnie nie do w ytrzym ania.
W ie lu sp ecja listów stw ierdziło ponadto, że w iotk ie
m ięśnie i zw oln ion y o b ieg k rw i, sp ow od ow an e b ra ­
kiem regu larn ego w y siłk u fizyczn ego, p ow od u ją czę­
sto ataki serca.
A przecież nie m a żadnej w rod zon ej niezgodności
pom iędzy człow iek iem ży ją cy m w m ieście a jeg o
sam ochodem .
W ystarczy w y b ra ć bard ziej racjon aln e sposoby
plan ow an ia przestrzeni i sam ochody oddzielone zo­
staną od ludzi — ja k tego jasno d ow iód ł architekt
Victoir G ruen w książce T he H eart o f our Cities.
Istnieją ju ż p om ysłow e p rzyk ła d y realizow ania takich
ziaimierzeń przez p la n istów m a ją cych n ieco w yobraźni.
U w aża się na przykład, że P aryż jest m iastem ,
które w y cią g a sw y ch m ieszkań ców na ulicę, gdzie
m ożna nie tylk o rozprostow ać nogi, oddych ać i cie­
szyć się św ieżym pow ietrzem , ale rów nież bliżej p o­
znać ludzi i m iasto. S pacer w zdłuż P ól E lizejskich
d a je w spaniałe p oczu cie sw ob od y zw iązane z trzy­
dziestom etrow ą przestrzenią dzielącą przechodnia od
sam ochod ów . W ąskie u lice i zaułki, w k tóry ch w ię k ­
szość sam och od ów nie m oże się zm ieścić, dostarczają
różn orod n ych w id ok ów , a nadto stale przypom in ają,
że P aryż jest m iastem d l a l u d z i . W en ecja to bez
w ątpienia dru gi przyk ład m iasta, które w cu d ow n y
sposób zaspakaja p otrzeb y m ieszkań ców i w zbudza
p ow szech n y zachw yt. N ajbardziej ch arakterystyczn y
dla W en e cji jest brak sam ochodów , zróżn icow an ie
przestrzeni i b oga ctw o sklepów . P la c Św. M arka
z zaparkow an ym i w środku sam ochodam i to coś zu­
pełnie nie d o pom yślenia.
R ów n ież F loren cja , ch oć różna od P aryża i W e­
n ecji, stym u lu je przechodnia. C hodniki w śród m iej-
sikiej części m iasta są tak wąsikie, że idąc z P onte
V ecchio do Piazza della S ignoria sp otykam y się
twarzą* w tw a rz z id ącym i z n aprzeciw ka i m usim y
ich obch od zić albo ustąpić na bok, b y m og li nas w y ­
minąć. R u ch sa m och od ow y n ie pasu je zupełnie do
F lorencji i g d y b y je j m ieszkańcom udało się ca łk o­
w icie zam knąć śródm ieście przed sam ochodam i, m ia­
sto p rzeży łob y pra w d ziw e odrodzenie.
Sam ochód nie tylk o zam yka sw y ch pasażerów w
kokonie z m etalu i szkła, od cin ają c ich od reszty
świata, ale przytępia rów n ież zdoln ość odczuw an ia
ruchu w przestrzeni. Utrata te j zd oln ości w yn ik a
nie tylk o z izo la cji od n aw ierzch n i d róg i hałasu
podróży. P rzy czy n ia ją się d o tego rów n ież efek ty
w zrokow e. K ierow ca na autostradzie porusza się w
strum ieniu p oja zdów . N ic poza nim i nie w id zi, gd yż
m ijające w prześw itach szczegóły o k o licy zamazane
są przez pęd.
C ały organizm człow iek a dostosow an y jest d o p o ­
ruszania się z szybkością m niejszą niż 8 k ilom etrów
na godzinę. W ielu z nas w ie, jak w iele m ożna zo­
baczyć ch odząc i oglą d a ją c w szystk o z bliska, z w ie ­
dzając ok olicę przez tydzień, dw a lub przez m iesiąc.
Idąc piechotą, naw et k rótk ow id z dostrzeże drzew a,
krzew y, liście i traw ę, p ow ierzch n ię skał i kam ieni,
ziarna piasku, m rów k i, chrząszcze i gąsienice, a na­
wet kom ary, m u ch y i m oskity, b y ju ż nie w sp o­
m nieć o ptakach i czw oron ogach . Z d ałem sobie z te­
go kiedyś w yraźn ie spraw ę p od różu jąc k on n o z Santa
Fe w N ew M ex ico do indiań skiego rezerw atu w sło­
necznej A rizon ie. M oja d roga prow adziła na p ółn oc
od M ount T a ylor, a w ię c przez d obrze znane m i
m iejsce, w k tórym b y łem z pięćdziesiąt razy p rze­
jeżdżając autostradą z A lb u q u erq u e d o G allup. G d y
przejeżdża się tam tęd y sam ochodem , m a się w ra że­
nie, że góra obraca się u boku d rog i o d k ry w a ją c
coraz to n ow ą stronę. P anoram a k oń czy się nagle
po d w óch godzinach ja zd y na skałach z czerw on eg o
piaskowca N avah o przed w ja zd e m d o G allup. G d y
przejeżdża się konno, szybkość n iew iele się różni od
szybkości piechura — nie m a się w cale w rażenia,
że g óra się obraca lub porusza. Przestrzeń, odległość
i n aw et ziem ia, po k tórej się idzie, nabierają no­
w e g o sensu. Jeśli szybkość ruchu w zrasta, nasze
w rażenia zm ysłow e stają się cora z uboższe, aż w resz­
cie od p ew n ego m om entu jesteśm y ich niem al ca ł­
kiem pozbaw ieni. W n ow oczesn ym am erykańskim
sam ochodzie nie m a się zupełnie kinestetycznego p o­
czucia przestrzeni. Przestrzeń kinestetyczna i prze­
strzeń w zrok ow a ca łk ow icie o d ry w a ją się od siebie
i przestają się w zajem n ie w spom agać. M iękkie reso­
row anie, m iękka tapicerka, op on y o niskim ciśnie­
niu, w spom agan e sterow anie i gładka pow ierzch n ia
d rogi ca łk o w icie niw eczą w nas poczucie porusźania
się po rea ln ej ziem i. Jedna z firm reklam ow ała sw ój
m od el ilustracją, na k tó rej sam ochód pełen roze­
śm ianych pasażerów poruszał się w ob łok u ponad
drogą!
S am och od y izolu ją człow iek a nie tylk o od otocze­
nia, ale i od in n ych ludzi. P ozw alają w ejść z nim i
w kontakt tylko w bardzo ogra n iczon y sposób, za­
zw y cz a j przez ry w a liza cję i w yrażen ie postaw y agre­
sy w n e j lu b destru k cy jn ej. Jeżeli ludzie m ają się
n au czyć żyć ze sobą w spólnie, jeżeli od n ow ion y k on ­
takt z reprezentantam i ich gatunku i z przyrodą m a
w yp aść pom yśln ie, m usim y koniecznie znaleźć jakieś
zasadnicze rozw iązan ie trudności, k tóre sp row adził
na nas sam ochód. '

K O N T E N E R O W E B U D Y N K I U Ż Y T E C Z N O Ś C I P U B L IC ZN E J

Na zagęszczenie i zakorkow an ie cen trów m iast skła­


da się poza m otory za cją w iele in nych czyn ników .
T ru dn o p ow ied zieć, czy da się pow strzym ać ucieczkę
klasy śred n iej na przedm ieścia i ja k ie będą je j k on ­
sek w en cje, jeśli trw a ć oria będzie nadal. P o ja w iły
się na szczęście pew n e n ow e rozw iązania, które w a r­
to odn otow ać, je d n y m ż n ich jest M arina C ity —
okrągłe w ieże m ieszkalne w, C hicago, zbudow ane
przez B ertran da G oldberga. T e d w ie w ieże zajm u ją
przestrzeń na brzegu C hicago R iv er w cen tru m m ia­
sta. Na niższych piętrach, zb u dow a n ych spiralnie
i pozbaw ion ych okien, założono p a rk in g dla m iesz­
kańców w ieży. P on adto na w yższych piętrach zna­
lazły się pom ieszczenia zaspokajające inne p otrzeb y
m ieszkańców m iasta: restauracje, b a ry i kaw iarnie,
superm arket, sklep z alkoholem , teatr, lod ow isk o,
bank, sadzaw ka dla k aja k ów , a n aw et galeria sztuki.
Jest tam sp okojn ie, m ieszkańcy zabezpieczeni są
przed złą pogodą i napadam i uliczn ym i (nie potrzeba
po n ic w ych od zić do miasta, w szystk o jest na m ie j­
scu). Ci z m ieszkańców , k tórzy n ie u ciekają z w ieży
po k rótkim p ob ycie, odstraszeni d ość ograniczon ą
przestrzenią, zw y k le zaprzyjaźn iają się z sąsiadam i
i przyczyniają się do pow staw ania poczucia w sp ó l­
noty. W id ok na m iasto z w ież jest w span iały i sta­
now i b od a j ich głów n ą atrakcję. Jak jed n a k n ie w ie ­
lu ludzi m oże z niego korzystać. E fek ty estetyczne
M arina C ity ogląd an ego z zew nątrz są w spaniałe.
Gdy patrzym y na w ieże z p ew n ej odległości, p rzy ­
pom inają nam one sosny stojące na skarpie zatoki
San Francisco. B alk ony działają pobu d zają co na d o­
łek środ k ow y oka, kuszą turystę, b y podszedł b liżej,
obiecując m u n ow e w id ok i przy każdej zm ianie pola
widzenia. Inną ciekaw ą próbą rozw iązań a rch itekto­
nicznych są bu d yn k i w ysta w ion e prżez C hloethiel
Am ith, architekta z W aszyngtonu. A u tork a ty ch p ro­
jektów p rzyw ią zyw a ła w a gę d o lu dzkiego aspektu
architektury. U d ało je j się stw orzyć interesującą
i estetyczną dzielnicę m ieszkalną, rozw iązu jącą sku­
tecznie ż y cio w e p rob lem y m ieszkańców . S am och ody
są w niej niem al n iew id oczn e i n ie utru dniają k on ­
taktów m iędzy ludźm i.
A rch itekci i urbaniści p ow in n i ch ętn iej korzystać
z okazji p ozw a la ją cych na n ow e eksperym entalne
rozwiązania o b e jm u ją ce zespoły architektoniczne dla
całej społeczności. Jedną z zalet M arina C ity, poza
jego n iep ow tarzaln ym w yglądem , jest stw orzenie
zw artej p ow ierzch n i o w yraźn ym kształcie i zarysie,
nie oszpeconej długim i pustym i korytarzam i. Ten
ty p struktury nie będzie w yp u szczał odn óg rozprze­
strzeniających i rozłażących się w k oło. G łów n ą w adą
jest ścieśnienie m ieszkań, co m ieszkańcy w ież, z k tó­
rym i rozm aw iałem , p rzeżyw ają ja k o czyn n ik n iepo­
trzebnie ich d ław iący. W środku m iasta dom p o w i­
nien da w a ć lu dziom nie m niej, lecz w ięcej prze­
strzeni niż g d ziek olw iek in dziej. D om musi b y ć anti­
dotum na stres zatłoczon ej ulicy. W s w o je j ob ecn ej
fo rm ie śródm ieścia m iast am erykańskich w ylu d n iają
się na każdą n oc i na każdy w eekend, co prow adzi
do m arnotraw stw a. M ożna b y się spodziew ać, że
d b a ją cy o efek ty w n ość A m eryk a n ie potrafią w y ­
m yślić coś lepszego. W rezultacie w ęd rów k i d a w ­
n y ch m ieszkań ców m iasta na przedm ieścia, centra
stały się m iejscem , gdzie pozostali stłoczeni w y łą cz­
nie lu d zie bez p ien ięd zy bądź ludzie bardzo bogaci,
m iędzy k tórym i rzadko spotkać m ożna p ojed y n czy ch
reprezentantów kla sy średniej. W w yn ik u tego cen ­
trum m iasta jest dziś bardzo zm ienne i nieustalone.

P E R S P E K T Y W Y U R B A N IS T Y K I P R Z Y S Z Ł O S C I

M iasta w różn y ch form a ch istnieją od 5000 lat, w y ­


d a je się w ię c n iep raw d op od obn e, b y udało się je
n agle zastąpić czym ś innym . M iasto ponadto od ­
zw iercied la kulturę ży ją cy ch w nim ludzi, jest w y ­
tw orem społecznym , sp ełn iającym złożone, zazębia­
ją ce się fu n k cje, z k tóry ch tylk o część dotąd pozna­
liśm y. A n tro p o lo g patrzy na m iasto z uczu ciem z ło ­
żonego lęku, w przekonaniu, że brak m u jeszcze do­
statecznej w ied zy do tego, b y op racow ać m ądry plan
miasta przyszłości. P la n ow a ć jedn ak m usim y, p o ­
niew aż przyszłość ju ż nas dogoniła. S pośród w ielu
p rob lem ów m iasta w spółczesn ego najp iln iejsze w y ­
daje się kilka spraw .
P o pierw sze, odnalezienie w ła ściw ej m etody zm ie­
rzenia i określenia ch arak terystyczn ej skali lu dzkiej
w e w szystk ich je j w ym iarach , w licza ją c w to uk ryte
w ym iary kultury. W łaściw e p ogodzen ie skali lu dz­
kiej ze skalą narzuconą przez sam ochód jest m oim
zdaniem rzeczą n a jb a rd ziej naglącą.
Po drugie, n ależy znaleźć kon stru k tyw n e rozw ią ­
zanie dla enklaw etnicznych. W n ich w łaśnie n a jle­
piej da się p ogod zić obraz siebie sam ego ch arakte­
ryzujący każdego m ieszkańca zajm ow an ą przezeń
przestrzenią. P opu larn a literatura, pod ejm u ją ca p ro­
blem id en ty fik a cji, od zw iercied la to w łaśn ie p o ró w ­
nanie. T rzeba p od ją ć pow ażn e badania, k tóre m ia­
łyb y na celu w y k ry cie i za sp ok ojen ie potrzeb A m e ­
rykanów poch odzen ia łaciń skiego i M u rzynów , a tak­
że w ielu in n y ch grup etnicznych, i to w ten sposób,
by zajm ow an e przez n ich przestrzenie nie ty lk o p o ­
zostaw ały w zgod zie z ich w ym agan iam i, lecz b y
nadto w zm a cn ia ły p ozytyw n e elem en ty ich kultur,
dając im p oczu cie siły i w zm acn iając id en ty fik a cję
etniczną.
P o trzecie, m usim y ratow ać w ielk ie w oln e prze­
strzenie. P od tym w zględ em L on dyn, P a ryż i Sztok­
holm są w zoram i, które — w ła ściw ie zastosow ane —
mogą się okazać n ieocen ione dla urbanistów w Sta­
nach Z jed n oczon y ch . G rozi nam narastające zniszcze­
nie otw a rtych przestrzeni. Jeśli ten den cji tej nie da
się pow strzym ać, sikutki w skali ca łego k ra ju m ogą
być bardzo pow ażne, a naw et katastrofalne. R ozw ią ­
zanie p roblem u w o ln e j przestrzeni i potrzeby k o n ­
taktów z przyrodą k o m p lik u je pow ażn ie rosnący
wskaźnik przestępczości i napadów p opełn ian ych w
„bagnach” m iejsk ich . P arki i plaże są z dnia na
dzień coraz bardziej niebezpieczne. W zm aga to jesz­
cze bardziej poczu cie zatłoczenia w m ieszkańcach
miast, p ró b u ją cy ch w yd osta ć się na otw artą prze­
strzeń. P odstaw ow ą naszą potrzebą jest w ię c stw o­
rzenie obszarów odpoczyn ku , zielon y ch pasów i w y ­
dzielenie znacznej ilości w oln y ch , n ieu ży tk ow y ch te­
ren ów . Jeśli potrzeby tej nie będziem y um ieli zaspo­
koić, przyszłe pokolen ia staną na progu katastrofy.
P o czwarte, p ow in n iśm y za ch ow y w a ć i k on serw o­
w a ć daw ne bu dyn k i nadające się jeszcze do użytku
i otaczającfe je zabudow ania, ch roniąc je przed „b o m ­
b ą ” urban istycznej odn ow y. N ie w szystko, co now e,
m usi b y ć d o b re i nie w szystko, co stare, m usi b y ć
złe. Jest w ie le m iejsc w naszych m iastach — czasem
kilka dom ów , czasem całe dzielnice — które w arto
zachow ać. D ają nam one poczu cie zw iązku ż prze­
szłością i w zb og a ca ją pejzaż m iejski.
W tym k rótkim om ów ien iu nie zdążyłem nic opo­
w ied zieć o olb rzy m ich przedsięw zięciach, znanych
pod nazw ą L on don Plan, p od jęty ch przez sir Patricka
Abercrocm bie i M r J. H. Foreshaw a w roku 1943.
B u du jąc sw o je „n ow e m iasta” A n g licy w yraźn ie
ud ow od n ili, że nie b o ją się planow ania. Z ach ow u jąc
obszary otw a rtego pejzażu w iejsk ieg o (zielon e pasy),
oddziela ją cego w iększe centra urbanistyczne, och ro­
nili przyszłe p okolen ia przed znalezieniem się w ta­
k ich olbrzym ach, jakie często spotykam y w Stanach
Z jed n oczon y ch , gdzie kilka m iast łączy się ze sobą
w jedn ą całość. P opełn ion o w tych planach trochę
błęd ów , ale m im o to z b ry ty jsk ich dośw iadczeń m o­
g ły b y się w ie le nau czyć nasze rady m iejskie, o ile
zechcą od w ażn ie i w sposób zorgan izow an y je za­
stosow ać. M uszę jedn ak podkreślić, że u życie angiel­
skich p la n ów ja k o w zoru jest raczej kw estią p od ję­
cia ok reślon ego typu działania niż prostego naśla­
d ow n ictw a. P la n y angielskie nie dają się przenieść
bez m o d y fik a cji d o A m eryk i. Ż y je m y w bardzo od ­
m ienn ej kulturze.
N ie m a p la n ów doskonałych, a jedn ak są one k o ­
nieczne, je że li n ie ch cem y żyć w k om pletn ym chaosie.
P on iew a ż plan iści nie znają w szystk ich w ięzi skła­
d a ją cy ch się na strukturę środow iska i nie potrafią
o w szystk im pom yśleć, pom in ą b ez w ątpienia pew ne
w ażn e sp raw y. A b y zred u k ow ać pow ażne dla ludzi
skutki b łę d ó w planow ania, jest w ięc kon ieczne stw o-
rżenie stałych p rog ra m ów badań nau kow ych , w y ­
posażonych w e w ła ściw y ch sp ecja listów i w p ow a ż­
ne środki finansow e. B adania takie n ie są w ięk szym
luksusem niż instrum enty p om ia row e w kabinie
pilota.

16 — Ukryty wymiar
X IV

P R O K S E M IK A I P R Z Y S Z Ł O Ś Ć C Z Ł O W IE K A

Celem nin iejszej książki b y ło w ykazanie, że niem al


w szystko to, cz y m człow iek jest i co robi, w iąże się
z dośw iadczeniem przestrzeni. Z m ysł przestrzenny
u ludzi stanow i syntezę w ielu różn ych w ejść senso­
ry czn ych : w rażeń w zrok ow ych , słu ch ow ych , kineste-
tycznych, za p a ch ow y ch i ciepln ych . K ażd y z tych
składn ików tw orzy złożon y system — na przykład
istn ieje w iele różn ych sp osobów postrzegania g łęb i
za p om ocą w zroku — a nadto w szystkie one zostały
u form ow a n e i zdeterm in ow ane przez kulturę. Stąd
w ięc m usim y p rzyją ć ja k o niep od w ażaln y fakt, że
ludzie w y ch o w a n i w różn y ch kulturach ży ją w róż­
n y ch św iatach postrzeżeń zm ysłow ych .
Z badań nad kulturą d o w ia d u je m y się, że struk­
tura św iata p ercep cy jn e g o jest fu n k cją nie tylk o
ku ltury, lecz rów n ież fu n k cją w ięzi społecznych,
aktyw n ości i em ocji. L udzie p och od zący z różn ych
kultur często w ięc źle in terpretu ją zachow anie in ­
nych, ich w zajem ne zw iązki, ich posunięcia i em o­
cje. P row a d zi to do w rażenia ob cości w kontaktach
i do w y p a czon y ch sp osob ów porozu m iew an ia się.
B adanie k u ltu ry w zakresie proksem iki jest w o ­
bec tego badaniem stosow ania aparatu zm ysłow ego
w różn ych stanach em ocjon a ln ych , p rzy w y k o n y w a ­
niu różn y ch czynności, w różn y ch pow iązaniach,
ok oliczn ościa ch i kontekstach. Żadna prosta technika
badaw cza n ie w y cze rp ie tego w ielow ym ia row eg o,
złożonego przedm iotu. M etoda badaw cza m usi b y ć
zawsze w yzn aczon a przez szczególne proksem iczne
aspekty rozw ażan ej w danym m om en cie kw estii.
O gólnie rzecz biorąc, zawsze bardziej in teresow ała
m nie struktura, a nie treść; częściej ch ciałem znać
odpow ied ź na pytanie: w ja k i sp osób? — a rza­
dziej — dlaczego?

FOR M A A F U N K C J A — TRESC A S T R U K T U R A

Zadaw anie pytań, k tó re rozstrzygnąć b y m iały, co


należy do form y , a co należy do fu n k cji, takich jak
na przykład pytanie: „O zy m ożem y ch w ytać, dlatego
że m am y ręce, czy też m am y ręce po to, żebyśm y
m ogli ch w y ta ć?” jest w m oim przekonaniu zupełnie
bezow ocne. N ie zajm ow ałem się, jak w ielu badaczy,
treścią kultury, pon iew aż przekon ałem się w ie lo ­
krotnie, że kon cen trow an ie u w agi na treści p row a ­
dzić m oże do b łęd n ych w n iosk ów , a ponadto czyn i
badacza bezsilnym w ów czas, g d y m usi on zrozum ieć
sytuacje, z k tórych treść została stopn iow o usunięta.
Przykładem takiej sytu acji jest na przyk ład kultura
am erykańskich M u rzynów . W iele osób sądzi, że am e­
rykańscy M u rzyni nie m ają po prostu żadnej w łasnej
kultury, postrzegalna bow iem , ch arakterystyczna
treść ich ku ltu ry uległa zanikow i. O soby takie g o ­
towe są rów n ież przyjąć, że A m eryk an in łacińskiego
pochodzenia, k tóry nau czył się m ów ić po angielsku,
mieszka w stanie N ew M ex ico, w y sy ła dzieci do
m iejskiej szkoły, ż y je w n ow oczesn ym dom u, jeździ
Buickiem — ż y je w tej sam ej kulturze co A nglosasi
w sąsiedztwie. N ie b y ł to oczyw iście n igd y m ój p o ­
gląd, toteż nie bez p rzyjem n ości obserw u ję, że ulega
on zmianie, jak o tym św iadczy książka G lazera
i M oynihana B eyon d th e M eltin g P ot. Teza, którą
pragnę postaw ić, jest trudna do sp recyzow ania i zło­
żona i nastręcza w iele ok a zji do nieporozum ień. D o­
konyw ałem uogóln ień na tem at grup, które w p e w -
nych kontekstach (przede w szystkim w życiu p r y ­
w atnym ) zd ecyd ow an ie różnią się od siebie, ch oć w
in n ych kontekstach (g łów n ie w życiu publicznym )
zachowanie ich jest identyczne, lub też o takich, w
k tóry ch treść b yła całkiem podobn a pom im o różnej
struktury. Jak czyteln ik m ógł pod ejrzew ać, w zory
proksem iczne stanow ią je d y n ie fragm en t tych roz­
liczn ych zróżn icow ań , które spraw iają, że pew ne
g ru p y w y d a ją się nam n iep od obn e do innych.
W ostatnim czasie prow ad ziłem badania nad n ie­
w erb a ln ym p orozum iew an iem się pom iędzy M u rzy­
nam i z w a rstw y niższej i b ia łym i z niższej w arstw y
średniej. R óżn ice w traktow an iu czasu w y d a ją się
stałym źródłem nieporozum ień. P on adto człon k ow ie
obu ty ch gru p inaczej posługują się głosem , stopam i,
dłońm i, oczam i, ciałem i przestrzenią. T o w łaśnie
p ow o d u je czasem , że M urzyn u b iega ją cy się o pracę
nie m oże je j otrzym ać, ch oć w y k a zu je pow ażne zain­
teresow anie i przydatność d o zajęcia, o które się
stara. O drzucenie je g o o fe rty nie m usi w y w o d z ić się
z uprzedzeń. P ow od em b yw a rów n ie często fakt, że
w trakcie rozm ow y obie strony w ad liw ie in terpre­
tują sw e zachow anie. O gólnie rzecz biorąc, z badań,
które prow a d ziłem ze sw ym i w spółpracow n ikam i,
w yn ik a, że M u rzyni m ają ten den cję do porozu m ie­
w ania się w sposób p ow ścią gliw y. Toteż p rzejaw y
praw d ziw eg o zainteresow ania pracą m ogą b y ć dla
b ia łego niedostrzegalne. C zynnik ten przesądzić m o­
że o od m ow ie, g d y ż b ia ły pracodaw ca oczek u je sil­
nej m o ty w a cji jako w skaźnika efek ty w n ej pracy
n ow o p rzyjętego p ra cow n ik a w przyszłości. W takich
ok azjach niebezpieczeństw o kon centrow ania się na
treści w y d a je się szczególn ie w ażne. M urzyn zdaje
sobie doskonale spraw ę, że biały rozm ów ca „n ie
um ie g o ro zszy fro w a ć” . N ie zdaje sobie natom iast
spraw y, że m im o sw ej lepszej orien tacji w niuan­
sach porozum iew ania się m iędzy białym i i M u rzy­
nam i w w ielu in n ych p rzypadk ach on też w ad liw ie
od czytu je nadaw ane m u sygnały.
P on iew aż A m eryk an ie zw racają w iększą uw agę
na treść niż na strukturę i form ę, d on iosłość ku ltu ry
byw a często pom niejszana. Nie zdajem y sobie z tego
spraw y, ja k dalece bu dyn ek w p ły w a na zn a jd u ją ­
cych się w nim ludzi, ja k M urzyni reagują na nad­
m ierne stłoczenie, ani naw et z tego, do ja k ich k on ­
sek w en cji prow ad zi kon ieczność radzenia sobie
z „b ia ły m i” nau czycielam i, i „b ia ły m i” pom ocam i
szkolnym i, g d y ma się zm ysły u form ow an e przez
kulturę m urzyńską. N ie ulega w ątp liw ości, że n igd y
dotąd nie ch cieliśm y na serio p rzy ją ć do w iadom ości,
że w naszych p a ń stw ow ych gran icach istn ieją realnie
odrębne kultury. M urzyni, Indianie, A m eryk an ie ła­
cińskiego pochodzenia i P o rto ry k a ń czy cy traktow an i
są tak, ja k b y b y li upartym i, n iedokształcon ym i A m e ­
rykanam i z w a rstw y średniej, p och od zącym i z p ó ł­
nocnej E uropy. N ie od b ieram y ich natom iast ja k o
człon ków k u ltu row o zróżn icow an ych enklaw , m ają­
cych sw ój w ła sn y system p orozum iew an ia się, sw ój
w łasny system in stytu cji i w artości. B ędąc A m e ry ­
kanam i przyw iązan i jesteśm y do p og lą d ów odrzu ­
cających „k u ltu row ą d eterm in a cję” . W ierzym y, że
w szyscy ludzie na św iecie różnią się od siebie je d y ­
nie p ow ierzch ow n ie. W iara ta p ow od u je, że tracim y
z oczu boga ctw o, jak ie p łyn ie z poznaw ania in n ych
ludizi, a co gorsza, opóźnia nasz refleks w m om encie,
gdy czas ju ż b y ło b y zm ienić postępow anie, b o p o ­
stawa taka zaczyna rodzić kłopoty. Zam iast za trzy­
mać się i p rzypatrzyć uw ażniej, zw y k le zd w a jam y
w ysiłki na ślepo, co prow ad zi do n iebezpiecznych,
a często n ieoczek iw a n ych rezultatów . P on adto m y ­
śląc jed y n ie o treści porozum ienia, stajem y się ślepi
na subtelności i odcienie tych różn ych form p orozu ­
m iewania się, o k tóry ch pisałem w rozdziale I. G d y
ludzie nie reagu ją na m gliste sugestie tow arzyszą­
ce k om un ik ow an iu się, zaangażow anie em ocjon a ln e
przechodzi ze stanu uśpienia do coraz w yższy ch p o­
ziom ów zaniep okojenia i kon cen tracji. W łaśnie od
tego m om entu, g d y nasze ego św iadom ie w łą czy się
w jakiś aspekt rozm ow y, zaczyna b y ć n iem ożliw e
u n ik nięcie ry su jącej się k on trow ersji. Natom iast
zdolność trafnego zrozumienia owych mglistych su­
gestii p rze w ija ją cy ch się przez porozum iew an ie się
w ygładza nastroszone już pióra, zanim d ojd zie do
sytuacji, w k tóry ch trudności nabierają w łasnego
rozpędu. O krutne w a lk i u zw ierząt zaczynają się
w łaśnie w tedy, g d y p ozb a w im y je m ożliw ości d o ­
strzegania tych m glistych sugestii — g d y są one
nadm iernie stłoczon e lulb zm ieszane z ob cy m sobie
gatunkiem .

B IO L O G IC Z N A P R ZE SZŁ O ŚĆ C Z Ł O W IE K A

C złow iek Z ach od u od erw ał się od natury, a tym sa­


m ym od reszty zw ierzęcego świata. M óg łb y nadal
pozostać ślepy na sw ą zw ierzęcą naturę i p och od ze­
nie, g d y b y nie nagła eksplozja dem ograficzna, której
w y b u ch rozpoczął się ok oło dw udziestu lat temu.
W esp ół z m asow ą m igracją do ośrod k ów m iejsk ich
ludzi p ozb a w ion y ch ca łk ow icie środk ów do życia,
w y p a rty ch ze środow iska m iejsk iego, dop row ad ził
d o sytu acji, która m a w szystkie cech y nadm iernego
w zrostu liczebn ości p op u la cji w św iecie zw ierzęcym ,
a w ię c p rzyw od zić m usi na m yśl nieun ik niony krach,
k tórym zaw sze k oń czy się to u zw ierząt. A m ery k a ­
nie z lat trzydziestych i czterdziestych zawsze żyli
w strachu przed cyklam i ekonom icznym i. Dziś m a­
m y w iększe p o w o d y do n iep ok oju w zw iązku z cy ­
klem biologiczń ym .
W ielu etologów niechętnie przyznaje, że w yn ik i
ich badań odnoszą się też do człow ieka, m im o iż
stłoczon e i żyją ce w stresie zw ierzęta cierpią na w a ­
d y krążenia, ataki serca i w iększą podatność na za­
ch orow an ie. G łów n ą różnicą m iędzy człow iek iem
a zw ierzętam i jest fakt, że człow iek u cyw ilizow a ł
sam siebie przez w ytw orzen ie ekstensji organizm u,
a od pew n ego m om entu zaczął b lo k ow a ć sw e zm ysły
p o to, b y ja k n a jw ię ce j ludzi m ogło się zm ieścić na
m ałej przestrzeni. B lokada taka n iew ą tp liw ie d a je
spodziewane efekty, ale w zrost p op u la cy jn y m oże
m im o w szystko w ieść do niszczącej katastrofy. Ostat­
nim w yp ad k iem n adm iern ego stłoczenia w miastach,
b y ł ch arak terystyczn y okres średniow iecza, k tóry
przeszedł d o historii ja k o czas przerażających plag
i epidem ii.
W illia m L an ger, historyk z u n iw ersytetu H a rv a r-
da, tw ierd zi w sw ym artyku le T he B lack D eath, że
od rok u 1348 do 1350 po okresie dość g w a łtow n eg o
w zrostu p op u la cji E uropa zm n iejszon a została przez
zarazę do jed n ej czw artej. Przenoszona przez p ch ły
ze szczurów ma człow iek a epidem ia sp ow od ow an a
była przez rodzaj drob n ou stroju — pałeczkę dżum y
(baccillus pestis). N ie w ia d om o do dziś, dlaczego za­
raza się skończyła. C hoć bez w ątpienia m echanizm
podatności człow iek a na ch o ro b y jest n adzw yczaj
złożony, nieodparcie narzuca się przekonanie, że
szczególne znaczenie m ógł m ieć jedn ak fakt, iż k o ­
niec zarazy zb ieg ł się z zasadniczym i zm ianam i spo­
łeczn ym i i architektonicznym i, k tóre pow ażnie
zm n iejszyć m usiały stres zw iązan y z życiem w m ie­
ście. M am na m yśli zm iany d otyczą ce b u d ow y dom u,
opisane przez P h ilip p e ’a A riesa, k tóre zaczęły b a r­
dziej ch ron ić i um acniać rodzin ę (por. rozdzi IX ).
Te n ow e w arun ki w połączeniu ze znacznie b a rd ziej
unorm ow aną sytuacją polityczn ą p rzy czy n iły się za­
pew ne d o zm niejszenia n ie p o k o jó w ch arak teryzu ją­
cych życie w m ieście.
Jeśli jedn ak zech cem y p rzy w ią zy w a ć znaczenie do
badań nad zw ierzętam i, spostrzeżem y, że serw om e­
chanizm układu g ru czołów d o k re w n y ch sp otykan y
u w ielu gatu n k ów działa p od ob n ie do term ostatu
kon trolującego ogrzew anie dom u. G łów n a różnica
polega na tym , że term ostat reg u lu je ciepłotę, a układ
gruczołów d ok rew n ych — gęstość p op u la cji. N a jw a ż­
niejszym i od k ry ciam i etologii eksperym entaln ej są
opisane w rozdziałach II i III tragiczn e k on sek w en ­
cje fiz jo lo g icz n e i beh aw ioraln e zw iązane z prze­
gęszczen iem p op u la cji w okresie bezpośrednio p o­
przed zającym katastrofę. T e sam e prace u w idacz­
niają też korzyści, ja k ie p rzypadają zw ierzętom m a­
ją cy m sw e w łasne terytoriu m i sw ą w łasną prze­
strzeń.
G odne uw agi są też spraw ozdania p ra cow n ik ów
Pen rose L a b ora tory przy ogrod zie zoologiczn ym w
F iladelfii, H. L. Rarbcliffe’a i R. L. Snydera. W spra­
w ozdaniu om a w ia ją cym p rzyczy n y śm ierci 16 000
ptak ów i ssaków , o b ejm u ją cy m okres dw udziestu
pięciu lat, w yk azan o nie tylk o to, że w iele różnych
gatu n k ów reagu je stresem na nadm ierne stłoczenie,
lecz rów n ież fakt, że w w yn ik u tego stresu zw ie­
rzęta zapadają na te sam e ch orob y co człow iek : nad­
ciśnienie, w a d y krążenia, ch orob y serca itp. i że
rów n ież n ie pom aga im niskotłuszczow a dieta.
Badania te pou czają nas jednocześnie, że sam o
stłoczenie nie jest ani złe, ani dobre. D o rozpadu p o ­
p u la cji prow ad zi d op iero n adpobu dliw ość, nadm ierna
ilość b od źcó w i rozerw an ie w ięzi społecznych, spo­
w od ow a n e zachodzeniem na siebie dystansów in d y ­
w idu aln ych . W łaściw e od grod zen ie zw ierząt od sie­
bie m oże zm n iejszyć zarów n o rozpad w ięzi, jak nad­
p ob u d liw ość i pozw ala bez szkody zw iększyć k on ­
cen trację p op u la cji. T akim w łaśnie odgrodzeniem są
ściany d om ów , m ieszkań i b u d y n k ów w naszych
m iastach. O dgrodzenia takie d obrze pełnią swą fu n ­
k cję d op óty, d o p ó k i tylk o kilka jedn ostek zam knię­
ty ch jest w jed n ym pom ieszczeniu. G d y jedn ak
liczb a ich p rzek roczy w ielk ość krytyczną, następuje
drastyczna zmiana. Ś cian y nie chronią już i nie o d ­
gradzają, lecz d od a tk ow o prą na zn a jd u ją cych się
w środku i ścieśniają ich.
C y w ilizu ją c się człow iek w znacznym stopniu
zreduk ow ał dystans ucieczki, jaki u trzym yw ał w
stanie pierw otn ym , co jest absolutną koniecznością,
kiedy gęstość zaludnienia jest w ysoka. R eakcja
ucieczki zach ow u jąca dystans pom iędzy człow iek iem
i je g o w rog iem jest jed n y m z n a jb a rd ziej podsta­
w o w y c h i n ajsku teczn iejszych sp osobów uniknięcia
niebezpieczeństwa. Wymaga jed n ak przestrzeni, w
którą m ożna b y uciec. W p rocesie adaptacji w y ż ­
szych organ izm ów — od k tórych człow iek nie jest
w yjątk iem — daje się stłoczyć w iększą ilość osobn i­
k ów na tej sam ej przestrzeni, pod w aru n kiem je d ­
nak, że czują się one bezpieczne, a ich in styn kty
agresji są nadzorow ane. G d y jedn ak człow iek za­
czyna się ob a w ia ć in n ych ludzi, strach skłania go
d o szukania d róg ucieczki, p ow od u ją c ek sp lozyjn y
w zrost p otrzeb y przestrzeni. Jeśli jedn ak strach
zbiegnie się z zatłoczeniem , jed yn ą rea k cją m oże b y ć
panika.
N iezrozum ienie znaczenia, ja k ie ma dla człow iek a
środow isko, d op row a d ziło w przeszłości do tragicz­
n y ch rezultatów . P sych olog M arc F ried i so cjo lo g
Chester H artm an ob serw ow a li głęb ok ą d epresję
i trw ałe p oczu cie k rzy w d y w śród przesiedlon ych
m ieszkańców b ostoń skiego W est Endu, g d y w ra­
m ach o d n ow y urban istycznej m iasta zburzono ich
m iejską w ieś. O płakiw ali oni utratę nie tylk o śro­
dow iska, ale ca łeg o układu w ięzi — sk ładającego
się z bu d yn k ów , ulic i ludzi — stan ow iących ich
styl życia. Przestał istnieć św iat, do k tórego na­
leżeli.

P O TR ZEB A O D P O W IE D ZI

A by rozw iązać w iele złożon ych p ro b lem ów m iast


dzisiejszych S tan ów Z jed n oczon y ch , m u sielibyśm y
zacząć od podania w w ą tp liw ość p od sta w ow ych za­
łożeń, d otyczą cych zw iązku człow iek a z je g o środo­
wiskiem, a także rela cji p om ięd zy ludźm i. Ponad
2000 lat tem u P laton orzekł, że n ajtru dn iejszym za­
daniem, ja k ie m ożna czło w ie k o w i postaw ić, jest p o­
znanie sam ego siebie. Zn aczenie tej sen ten cji p o ­
winniśm y stale na n o w o od k ryw ać. Jej im p lik acje
muszą dopiero zostać w pełni uśw iadom ione.
O d k rycie sam ego siebie na płaszczyźnie kultury
jest p raw d op od obn ie jeszcze am bitn iejszym zada­
niem niż odkrycie siebie na płaszczyźnie indyw idual­
nej. Trudność ta jedn ak nie pow in n a nas skłaniać
do pom niejszania w a g i takiego przedsięw zięcia. A m e ­
rykanie m uszą poprzeć i w ziąć udział w pracach
zespołow ych , p row a d zon y ch na szeroką skalę i zm ie­
rza ją cych do ustalenia zw iązku pom iędzy cz łow ie­
kiem a środow iskiem . Jak to w ielokrotn ie podkreślali
p sy ch olo g o w ie tran sak cyjn i: błędem jest przypusz­
czać, że te d w a elem enty dadzą się od siebie oddzie­
lić i że nie są ściśle i n ierozerw alnie połączone w
jed en system (patrz książka F. P. K ilpatricka —
E xplorations in Transactional P sych o lo g y, N ew Y ork,
N. Y. U n iversity Press, 1961).
Jak p ow ied ział ła n M c H arg w eseju M an and his
E n viron m en t (w The Urban Condition):
„Ż a d en gatunek nie m oże istnieć bez środow iska,
żaden gatunek nie m oże istnieć w środow isku ca ł­
k ow icie przez siebie stw orzonym , żaden gatunek nie
m oże przetrw ać in aczej niż ja k o człon ek jak iejś spo­
łeczn ości ek ologiczn ej, nie p ow o d u ją cy w n iej rozła­
mu. K ażd y członek tej społeczności m usi dostosow ać
się do pozostałych człon k ów i do środow iska albo
m usi zginąć. C złow iek rów nież m usi spełniać te
w a ru n k i.”
N ie chodzi o to, że A m ery k a n ie muszą się zd ecy ­
d o w a ć na w yd an ie pieniędzy. Muszą przyczyn ić się
do zajścia głęb szych zmian, które na razie trudno
przew idzieć. M uszą o ży w ić w sobie ducha p rzygod y
i odw agę połączoną z ciekaw ością, którą w yk azali
się niegdyś na sw y ch granicach. Dziś stajem y w ob ec
k on fron ta cji z granicam i m iast i kultury. P ozostaje
pytanie: ja k m ożem y je rozw in ąć? M in ion y a n tyin -
telektualizm kosztow ać nas m oże teraz d rogo, w k ra ­
czam y b o w ie m na obszar, gdzie bardziej potrzeba
m ózg ów niż pięści. P otrzeba w iele zapału i dob ry ch
p om ysłów i, m iejm y nadzieję, d o jd ziem y ry ch ło do
przekonania, że ła tw iej je znaleźć w śród ludzi niż
w śród rzeczy, że łatw iej jest je znaleźć w struktu­
rze niż w treści, w ż y w y ch w za jem n y ch kontaktach,
a nie w oderw aniu od życia.
A n tro p o lo g o w ie i p sych olog ow ie p ow in n i znaleźć
sposób, w ja k i należałoby ob licza ć w zględ n ie prosto
w spółczyn n ik zaangażow ania poszczególn ych grup
etnicznych. W iadom o na przykład, że W łosi i G recy
znacznie ży w iej kontaktują się zm ysłow o niż inni
m ieszkańcy E uropy, jak ch o ćb y N iem cy czy Skan­
d yn a w ow ie. B y m óc sensow nie plan ow ać, w in niśm y
dysp on ow ać jakim ś ilościow ym m iern ik iem zaanga­
żow ania. G d y już ustalim y te licz b o w e w skaźniki,
od pow ied zieć b ęd ziem y m ogli na pytania: ja k ie jest
najw yższe, najniższe i optym alne zagęszczenie w
grupach w iejsk ich , m iejsk ich i grupach przechodzą­
cy ch ze w si do m iasta? Jaki jest n ajw y ższy dopusz­
czaln y rozm iar m ieszanych grup, które ż y ją w e
w sp óln y ch w aru n kach m iejskich , zanim zacznie się
rozprzęgać kontrola społeczna? Jak dalece zróżn ico­
w ane są m ałe zb iorow ości? W ja k i sposób p ow in n y
się one ze sobą kon tak tow ać? Jak łączą się on e ze
sobą w w ięk sze całości? Ile istn ieje różn y ch b io ty -
p ów m iejsk ich ? C zy liczba ich jest nieograniczona,
czy też m ożna ująć je w p ew n e kategorie? Jak m oż­
na w yk orzysta ć przestrzeń w celach terapeu tycz­
nych, b y złagodzić sp ołeczn e napięcia i rozw iązać
społeczne bolączki?

NIE M O Ż N A W Y R Z E C SIĘ K U L T U R Y

M ów iąc n a jk rócej, zaw artość tej książki sprow adza


się do tw ierdzenia, że bez w zględ u na to, jak ie p o­
d ejm ie się starania, nie sposób w y z b y ć się sw ej
w łasnej kultury, pon iew aż jest ona zapisana w na­
szym system ie n erw ow y m i określa nasz sposób p o­
strzegania świata. W iększa część ku ltury pozostaje
w u k ryciu i poza zasięgiem św iadom ej kontroli,
składając się na zasadniczą tkankę lu dzk iej e g zy -
stencji. Jeśli zdarzy się, że m ałe fragm en ty ku ltury
dotrą do św iadom ości, naw et w ów czas trudno je
zm ienić, i to nie dlatego, że postrzegane są wówczas
in dyw idualnie, lecz dlatego że lu dzie nie m ogą dzia­
łać ani w ch od zić ze sobą w kontakt w ja k ik olw iek
sen sow n y sposób inaczej niż za pośrednictw em k u l­
tury.
C złow iek i je g o ekstensje składają się na system
w za jem zależnych od siebie elem entów . Jest bardzo
gru bym błędem w idzieć sp raw y tak, ja k b y człow iek
b y ł czym ś zupełnie odrębn ym od sw ego dom u, m ia­
sta, techn iki czy języka. W łaśnie istnienie tej w ięzi
m iędzy człow iek iem a jeg o ekstensjam i każe nam
z w rócić szczególną uw agę na to, jakie rodzaje eks-
tensji tw orzym y, i to nie tylk o ze w zględu na nas
sam ych, lecz rów nież ze w zględu na to, jak w p ły ­
w a ją one na in n ych ludzi, do k tórych m ogą b y ć źle
dostosow ane. Z w ią zek człow iek a z jeg o ekstensjam i
jest kon tyn u acją i pew ną szczególną form ą zw iązku
organ izm ów w ogóle z ich środow iskiem . G d y jednak
jakiś organ czy proces p odlega ekstensji, ew olu cja
przyspiesza się do tego stopnia, że ow a ekstensja
m oże zacząć nadaw ać je j bieg. Z ja w isk a takie spo­
strzec m ożna w naszych m iastach i w autom atyce.
Z w ra ca ł ju ż na nie uw agę N orbert W ien er p rzew i­
du jąc niebezpieczeństw a w yn ik ające z zastosowań
kom putera, w y sp ecja lizow a n ej ekstensji części ludz­
kiego m ózgu. P on iew aż ekstensje są zw y k le bezw ła d ­
ne, a często i ob o ję tn e na otoczenie, m uszą b y ć w y ­
posażone w m echanizm sprzężenia zw rotn ego (ba­
d aw czy), in fo rm u ją cy nas o tym , co się dzieje. Jest
to szczególnie w ażne w sytuacji, g d y ekstensję sta­
n ow i w y tw ó r fo rm u ją cy lub zastępujący naturalne
środ ow isk o człow iek a. W tej ch w ili potrzebn y jest
nam w zm ocn ion y m echanizm zw rotn y w m iastach
i w k on tak tach z grupam i o b cy m i etnicznie.
K ry zy s etniczny, kryzys m iast i kryzys szkół są
ze sobą ściśle związiane. W idziane z perspek tyw y
ca łościo w e j okazują się różn ym i aspektam i znacznie
w iększego kryzysu, okazują się k on sek w en cjam i
stw orzenia przez człow iek a n ow eg o w ym iaru jeg o
życia — w ym ia ru k u ltu row ego — ciągle jeszcze w
sw ej znacznej części uk rytego przed naszym i oczam i.
P ozostaje m i w ię c tylk o zadać pytanie: ja k długo
jeszcze m oże sobie człow iek p o zw o lić na św iadom e
ignorow anie k on stytuu jącego go w ym iaru?
DODATEK

Streszczenie trzynastu odm ian perspektyw y w yróżnionych przez


Jamesa Gibsona w książce The P erception o f the Vlsual
World.

Na początku sw ej książki G ibson stw ierdza, że nie


istn ieje nic takiego jak postrzeganie przestrzeni bez
ciągłej płaszczyzny w tle. Podkreśla nadto, podobn ie
jak p sych olog ow ie transakcyjn i, że postrzeganie za­
leży od pam ięci i przeszłych bodźców , in nym i słow y,
to przeszłość stanow i podstaw ę postrzegania rzeczy
da w n y ch tu i teraz. G ibson w yróżn ia trzynaście per­
sp ek ty w iczn y ch „przesun ięć sen soryczn ych ” — w ra ­
żeń w izu aln ych , k tórym tow arzyszy postrzeganie g łę ­
b i ponad ciągłą płaszczyzną i „g łęb ią k on tu ru ” . Te
przesunięcia zm ysłow e i odm iany p ersp ek tyw y p rzy ­
pom in ają zb iory kon trastu jących ze sobą dźw ięków ,
które nazyw am y sam ogłoskam i i spółgłoskam i. Sta­
n ow ią one p od sta w ow e strukturalne kategorie d o­
św iadczenia, ogarniające w iele sp ecyficzn ych typ ów
w idzenia. M ów iąc inaczej, w idzian y obraz zawiera
in form a cję składającą się z w ielu rozm aitych ele­
m entów . G ib son ow i udało się zanalizow ać i opisać
ten system „zm ien n y ch b o d ź co w y ch ” , które połączone
ze sobą dostarczają nam in form a cji kon iecznej do
sp raw n ego poruszania się w przestrzeni i d o w y k o ­
nyw ania tego w szystkiego, co łączy się z ruchem
człow iek a na ziem skim globie. W ielką zasługą G ib ­
sona jest też, że opisał cały system, zamiast w y m ię-
nić bez w zajem n ego pow iązania jeg o poszczególne
elem enty.
Przesunięcia sensoryczne i odm ian y persp ek tyw y
G ibsona dzielą się na cztery klasy: perspek tyw a sta­
cjonarna, perspektyw a paralaksy, perspek tyw a n ie­
zależna od p o z y cji i ruchu oraz głębia konturu.
E lem enty te są już czyteln ik ow i znane. O tym , jak
doniosłe b y ło ich w yróżn ien ie i opisanie św iadczy
najlepiej talent, energia, pasja w łożona przez m a­
larzy w p ró b y u ch w ycen ia i scharakteryzow ania
tych zasad. S pengler pisał o nich określając p oczu ­
cie przestrzeni jako naczelny sym bol ku ltury Z ach o­
du. R ów n ież tacy pisarze jak Conrad, którzy ch cieli,
by czytelnik m ógł zobaczyć to w szystko, co sami
w idzieli, czy tacy jak M elville, k tórego obsesją b y ł
plastyczny przekaz, tw orzy li w sw ych książkach ob ra­
zy w izualne posłu gu jąc się w y ło żo n y m i pon iżej za­
sadami.

A. Perspektywa stacjonarna

1 . P E R S P E K T Y W A F A K T U R Y . P olega ona na stop­


n iow ym zagęszczaniu się faktu ry pow ierzch ni,
w m iarę tego, jak odsuw a się ona na coraz w ięk ­
szą odległość.
2. P E R S P E K T Y W A R O ZM IA R U . P rzedm ioty odsu­
w a ją ce się na coraz w ięk szy dystans stają się
coraz mniejsize (czego n a jw y ra źn iej n ie dostrze­
gali m alarze w ło scy z X II w iek u rysu jąc posta­
cie ludzikie).
3. P E R S P E K T Y W A L IN IO W A . P ra w d op od ob n ie
perspektyw a n a jp ow szech n iej znana w św iecie
zachodnim . Sztuka renesansu zaw dzięcza sw ój
rozgłos stosow ania tak zw anego praw a perspek­
tyw y. L inie rów n oległe, n iczym tory k o le jo w e
czy b rzegi autostrady, zb iegają się w jed n ym
punkcie na horyzoncie.
B. Perspektywa paralaksy

4. P E R S P E K T Y W A L O R N E T K O W A . Perspektywa
lornetkow a przebiega w znacznej części poza
naszą św iadom ością. W yczu w a się ją w skutek
rozdzielania naszych oczu, z k tóry ch każde daje
odm ien ny obraz. Różnica ta staje się bardziej
w yraźna, g d y patrzym y na jak iś przedm iot zn aj­
d u ją cy się blisk o nas. Z am yk an ie i otw ieranie
każdego oka na przem ian pozw ala nam zdać
sobie sp raw ę z tego, ja k dalece różnią się od
siebie oba obrazy.
5. P E R S P E K T Y W A RUCHU. G d y poruszam y się
w przestrzeni, to w m iarę zbliżania się do n ie­
ru ch om ego przedm iotu m am y w rażenie, że p o­
rusza się on coraz szybciej. R ów n ież przedm ioty
poru szające się ze stałą szybkością zdają po­
ruszać się w oln ie j w m iarę zw iększania się ich
od ległości od nas.

C. Perspektywa niezależna od pozycji i ruchu osoby


patrzącej

6. P E R S P E K T Y W A P O W IE T R Z N A . F arm erzy ż y ­
ją cy na Z ach odzie S tan ów lu b ili się b a w ić kosz­
tem n a iw n y ch p rzybyszów , którzy nie w iedzieli
n ic o region aln ych odm ianach p ersp ek tyw y p o ­
w ietrzn ej. N iek tórzy z nich po przebudzeniu się
rano — odśw ieżeni i podnieceni — w yg ląd a li
okn em i w idząc coś, co sp raw iało na n ich w ra ­
żenie blisk iego w zgórza, ośw iadczali, że chętnie
p ójd ą przed śniadaniem na spacer i że korzysta­
ją c z jasn ej, słoneczn ej p ogod y w y b iorą się na
szczyt w zgórza i z pow rotem . Czasem ich za­
trzym yw an o, czasem w yruszali w drogę. I w tedy
po p ółgod zin n ym m arszu od k ryw a li, że pagórek
stoi tam, gdzie stał, a oni się w ca le do niego
nie zbliżyli. P o pew n ym d opiero czasie orien to­
w ali się, że pagórek jest górą i że jest od legły
o 5 do 10 kilom etrów . P om yłk a następow ała
w skutek braku znajom ości lok a ln ej p ersp ek tyw y
pow ietrzn ej. N adzw yczajn a przejrzystość suche­
g o p ow ietrza na du żych w ysok ościa ch zm ienia
perspektyw ę, stw arzając w rażenie, że od ległe
przed m ioty zn ajdu ją się o całe k ilom etry bliżej,
niż są w istocie. P oczu cie dali w p ersp ek tyw ie
pow ietrzn ej w y w od zi się w ięc z p ew n ej m g li-
stości atm osfery i d rob n ych zm ian in ten syw n ości
k o loru o b serw ow a n ych przedm iotów . W skazów ki
te n ie są jed n ak g od n e zaufania i lep iej ocen iać
od ległości za p om ocą in n ych fo rm perspek ty­
w iczn ych .
7. P E R S P E K T Y W A Z A M A Z A N A . P erspektyw ą tą,
w odróżnieniu od la ik ów , interesują się zw łasz­
cza fo to g ra fo w ie i m alarze. Z d am y sobie spraw ę
z je j istnienia, g d y u tk w im y w zrok w przedm io­
cie trzym an ym na w prost tw arzy. T ło staje się
w ów czas zamazane. Z n a jd u ją ce się w nim przed­
m ioty nie są w idziane tak w yraźn ie, ja k to, na
czym skupiam y spojrzenie.
8. R E L A T Y W N A G Ó R N A L O K A C J A W P O L U
W ID ZE N IA . Na pokładzie okrętu lub na ró w n i­
nach stanu Kansas i w sch od n iego C olora do h o­
ryzont w y d a je się linią rozciągającą się na p ozio­
m ie oczu. P ow ierzch n ia ziem i w znosi się od na­
szych stóp do poziom u oczu. Fakt ten jest tym
bardziej w yraźny, im w y że j w zniesiem y się p o­
nad ziem ię. Na co dzień spoglądam y na przed­
m ioty p ołożon e blisko z góry, zaś na przedm ioty
leżące d a lek o — pod górę.
9. Z M IA N A F A K T U R Y . D olina oglądana zza kra­
w ędzi skał w y d a je się nam b a rd ziej odległa niż
w rzeczyw istości w skutek n agłego zgęstnienia
je j faktu ry. C h oć m inęło ju ż w iele lat od ch w ili,
gd y p o raz pierw szy ujrzałem pew ną dolinę w
S zw ajcarii, do dziś m am w pam ięci ów czesne
dziw aczne w rażenie w zrokow e. S tojąc na półce
skaln ej, porośn iętej traw ą, spoglądałem 500 m e­
trów w d ół na d om y i u lice m ałego m iasteczka.
Źdźbła i trawy ostro się ry so w a ły w polu m ego
w idzenia, a każde z n ich b y ło szerokości jed n ego
z dom k ów w dolinie.
10. Z M IA N Y W R O ZD W O JE N IU O B R A Z Ó W . P a ­
trząc na o d le g ły punkt w id zim y w szystko, co nas
od niego dzieli p od w ójn ie. Im b liżej nas zn ajdu je
się jakiś przedm iot, tym bardziej jest rozd w o­
jon y , im punkt jest od leglejszy, tym m niejsze
jest rozd w ojen ie. R ozszczepienie to daje nam
in fo rm a cję o odległości. Z n aczne odch ylen ie sy l­
w etek św ia d czy o tym , że jak iś przedm iot jest
blisko, n iew ielk ie zaś o tym , że jest on daleko.
11. Z M IA N Y S Z Y B K O Ś C I RUCHU. Jednym z n a j­
bard ziej g od n y ch zaufania sp osobów oceniania
głębi obrazu jest zróżn icow a n ie poruszania się
przed m iotów w polu w idzenia. P rzedm ioty le ­
żące blisk o nas poruszają się znacznie bardziej
niż p rzed m ioty odległe. Poruszają się też one
szy b ciej, jak to już w spom niałem w punkcie 5.
G d y d w a przed m ioty w y d a ją się zachodzić na
siebie, lecz nie zm ieniają sw ej w zajem n ej p o ­
z y cji, m im o iż patrzący na nie przechodzi na
n ow e m iejsce, to leżą one na tej sam ej płasz­
czyźnie lu b są tak daleko, że zm iana ich w za­
jem n ej p o z y cji jest niezauw ażalna. W id zow ie te­
le w izji p rzyzw ycza ili się już do perspektyw y
tego typu, pon iew aż zaznacza się ona bardzo
w yraźnie, ile razy kam era porusza się w prze­
strzeni w sposób p od ob n y d o poru szającego się
w idza.
12. K O M PL E TN O ŚĆ , C Z Y L I C IĄ G Ł O ŚĆ ZA R Y S U .
Jedną z w łasności postrzegania g łęb i w y k o rzy ­
styw aną w czasie w o jn y jest ciągłość zarysu.
K am u flaż w łaśnie dlatego da się w y k ry ć, że
rozb ija ow ą ciągłość. N aw et w ów czas g d y nie
m a różnic fa k tu ry ani zjaw iska p o d w ó jn e j sy l-
w etki, ani różn icy w zględ n ej szybkości, sposób,
w ja k i jeden przedm iot zasłania inny, w sk azu je
nam , k tó ry z n ich jest b liżej, a k tóry dalej.
Zarys bliższego przedm iotu jest n ieprzerw an y,
natom iast zarys przedm iotu od leglejszego nie
jest ciągły w skutek tego, że zasłania g o bliższy
przedm iot.
13. Z W IĄ Z E K P O M IĘ D Z Y Ś W IA T Ł E M A K S Z T A Ł ­
TEM. P od ob n ie ja k nagła zm iana fa k tu ry przed­
m iotu w p olu w izualnym , rów n ież zm iany ja s­
ności sygnalizu ją nam istnienie kraw ędzi czy
skały. S top n iow e przejścia i zm ian y są pod staw o­
w y m sposobem postrzegania w y p u k łości i form .
B I B L I O G R A F I A I O D N IE S IE N IA

Allee W. C., The Social Life of Animals, Boston, Beacon


Press, 1958.
Ames A., zob. Kilpatrick.
Appleyard D., Lynch K. i Myer J. R., The Viev) fro-m the
Road, Cambridge, The M IT Press and Harvard Univer-
sity Press, 1963.
Aries Ph., Centuries of Childhood, New York, Alfred
A . Knopf, 1962.
Auden W . H., Prologue: The Birth of Architecture, w:
About the House, New York, Random House, 1965.
Bain A. D., Dominance in the Great Tit, Parus Major,
„Scottish Naturalist” , tom 61 (1949), s. 369— 472.
Baker A., Davies R. L. i Sivadon P., Psychiatrie Services
and Architecture, Gen6ve, World Health Organization,
1959.
Balint M., Friendly Expanses— Horrid Em pty Spaces, „In­
ternational Journal of Psychoanalysis” , 1945.
Barker R. G. i Wright H. F., Midwest and Its Children,
Evanston, Row, Peterson & Company, 1954.
Barnes R. D., Thermography of the Humań Body, „Scien­
ce” , tom 140 (maj 24, 1963), s. 870— 877.
Bateson G., Minimal Reąuirements for a Theory of Schi-
zophrenia, „A M A Archives General Psychiatry” , tom 2
(1960), s. 477— 491.
Bateson G., Jackson D. D., Haley J. i Weakland J. H.,
Toward a Theory of Schizophrenia, „Behavioral Scien­
ce” , tom 1 (1956), s. 251— 264.
Opis pracy Batesona i omówienie jego terminu „podwój­
ne wiązanie” znaleźć można w rozdziale „Interactional
Psychotherapy” w: Contemporary Psychotherapies, wyd.
Morris I. Stein, New York, Free Press of Gleńcoe, 1961.
Benedict R., Chrysanthemum and the Sword, Boston,
Houghton Mifflin, 1946.
Berkeley G., A New Theory of Vision and Other W ri-
tings (Everyman’s Library), New York, E. P. Dutton,
1922.
Birdwhistell R. L., Introduction to Kinesics, Louisville,
University of Louisville Press, 1952.
Black J. W., The Effect of Room Characteristics upon
Vocal Intensity and Rate, „Journal of Acoustical So-
ciety of America” , tom 22 (marzec 1950), s. 174—176.
Bloomfield L., Language, New York, H. Holt Company,
1933.
Boas F., Introduction, Handbooh of American Indian JLan-
guages, „Bureau of American Ethnology”, Bulletin 40,
Washington, D.C., Smithsonian Institution, 1911.
Boas F., The Mind of Primitive Man, New York, The
Macmillan Company, 1938.
Bogarduś E. S., Social Distance, Yellow Springs, Ohio,
Antioch Press, 1959.
Bonner John T., How Slime Molds Communicate, „Scien-
tific American”, tom 209, nr 2 (sierpień 1963), s. 84— 86.
Brodey W ., Sound and Space, „Journal of the American
Institute of Architects”, tom 42, nr 1 (lipiec 1964), s. 58—
— 60.
Bruner J., Proces kształcenia, Warszawa 1964.
Butler S., Droga człowiecza, Warszawa 1960.
Calhoon S. W., Lumley F. H., M em ory Span for Words
Presented Auditorially, „Journal of Applied Psycho-
logy”, tom 18 (1934), s. 773— 784.
Calhoun J. B., A Behavioral Sink, w: Eugene L. Bliss,
wyd., Roots of Behavior, New York, Harper & Brothers,
1962, rozdz. 22.
Calhoun J. B., Pojmlation Density and Social Pathology,
„Scientific American”, tom 206 (luty 1962), s. 139— 146.
Calhoun J. B., The Study of Wild Animals under Con-
trolled Conditions, „Annals of the New York Academy
of Sciences” , tom 51 (1950), s. 113— 122.
Cantril H., zob. Kilpatrick.
Carpenter C. R., Territoriality: A Reviexo of Concepts
and Problems, w: A. Roe i G. G. Simpson, wyd., Beha-
vior and Evolution, New Haven, Yale University Press,
1958.
Carpenter E., Varley F. i Flaherty R., Eskimo, Toronto,
University of Toronto Press, 1959.
Chombart de Lauwe P., Familie et Habitation, Paris,
Editions du Centre National de la Recherche Scienti-
fique, 1959.
Chombart de Lauwe P., Le Milieu Social et UEtude So-
ciologiąue des Cas Individuels, Informations Sociales,
Paris, tom 2 (1959), s. 41— 54.
Christian J. J., The Pathology of Overpopulation, „M ili-
tary Medicine”, tom 128, nr 7 (lipiec 1963), s. 571— 603.
Christian J. J. i Davis D. E., Social and Endocrine
Factors Are Integrated in the Regulation of Growth
of Mammalian Populations, „Science”, tom 146 (18 grud­
nia 1964), s. 1550— 1560.
Christian J. J., Flyger V. i Davis D. E., Phenomena A sso­
ciated with Population Density, „Proceedings National
Academy of Science” , tom 47 (1961), s. 428— 449.
Christian J. J., Flyger V. i Davis D. E., Factorsin Mass
Mortality of a Herd of Sika Deer (Cervus nippon),
„Chesapeake Science”, tom 1, nr 2 (czerwiec 1960),
s. 79— 95.
Deevey E. S., The Hare and the Haruspex: A Cautionary
Tale, „Yale Review” , zima 1960.
De Grazia S., Of Time, Work, and Leisure, New York,
Twentieth Century, 1962.
Delos Secretariat, „Report of the Second Symposion”,
Delos Secretariat, Athens Center of Ekistics, Athens,
Greece (zob. Watterson).
Dorner A., The W ay Beyond Art, New York, New York
University Press, 1958.
Doxiadis C. A., Architecture in Transition, New York,
Oxford Uniyersity Press, 1963.
Eibl-Eibesfeldt I., The Fighting Behavior of Animals,
„Scientific American” , tom 205, nr 6 (grudzień 1961),
s. 112— 122.
Einstein A., Przedmowa do: Concepts of Space Maksa
Jammera, New York, Harper Torch Books, 1960.
Errington P., Musk.ra.ts and Marsh Management, Harris-
burg, Stackpole Company, 1961.
Errington P., Of Men and Marshes, New York, The M ac-
millan Company, 1957.
Errington P., Factors Limiting Higher Vertebrate P o-
pulations, „Science” , tom 124 (17 sierpnia 1956), s. 304—
— 307.
Errington P., The Great Horned Owi as an Jndicator of
Vulnerability in the Prey Populations, „Journal of Wild
Life Management” , tom 2 (1938).
Frank L. K., Tactile Communications, „ETC, A Review
of General Semantics” , tom 16 (1958), s. 31— 97.
Fried M., Grieving for a Lost H om e, w: Leonard J. Duhl,
wyd., The Urban Condition, New York, Basic Books,
1963.
Fried M. i Gleicher P., Some Sources of Residential Sa-
tisfaction in an Urban Slum, „Journal of the American
Institute of Planners” , tom 27 (1961).
Fuller R. B., Education Automation, Carbondale, Southern
Illinois University Press, 1963.
Fuller R. B., No More Secondhand God, Carbondale,
Southern Illinois University Press, 1963.
Fuller R. B., Ideas and Integrities, Englewood Cliffs, N .J.,
Prentice-Hall, 1963.
Fuller R. B., The Unifinished Epic of Industrialization,
Charlotte, Heritage Press, 1963.
Fuller R. B., Nine Chains to the Moon, Carbondale,
Southern Illinois University Press, 1963.
Gans H., The Urban Villagers, Cambridge, The M IT Press
and Harvard University Press, 1960.
Gaydos H. F., Intersensory Transfer in the Discrimina-
tion of Form, „American Journal of Psychology” , tom
69 (1956), s. 107— 110.
Geldard F. A., Some Neglected Possibilities of Communi-
c a t i o n , „Science”, tom 131 (27 maja 1960), s. 1583— 1588.
Gibson J. J., The Perception of the Visual World, Bostfon,
Houghton Mifflin, 1950.
Gibson J. J., Observations on Active Touch, „Psycholo-
gical Review”, tom 69, nr 6 (listopad 1962), s. 477— 491.
Gibson J. J., Ecological Optics, ,,Vision Research”, tom 1
(1961), s. 253— 262, Great Britain, Pergamon Press.
Gibson J. J., Pictures, Perspective and Perception, „Dae-
dalus” , zima 1960.
Giedion Sigfried, The Eternal Present: The Beginings
of Architecture, tom 2, New York, Bollingen Founda­
tion, Pantheon Books, 1962.
Gilliard F. Thomas, Evolution of Bowerbirds, „Scientific
American” , tom 209, nr 2 (sierpień 1963), s. 38— 46.
Gilliard F., On the Breeding Behavior of the Coch-of-
~the-Rock (A ves, Rupicola rupicola), „Bulletin of the
American Museum of Natural History” , tom 124 (1962).
Glazer N. i Moynihan D. P., Beyond the Melting Pot,
Cambridge, The M IT Press and the Harvard Univer-
sity Press, 1963.
Goffman E., Behavior in Public Places, New York, Free
Press of Glencoe, 1963.
Goffman E., Encounters, Indianapolis, Bobbs-Merrill, 1961.
Goffman E., The Presentation of Self in Everyday L,ife,
Garden City, N.Y., Doubleday & Company, Inc., 1959.
Goldfinger E., The Elements of Enclosed Space, „Archi-
tectural Review” , styczeń 1942, s. 5— 9.
Goldfinger E., The Sensation of Space. Urbanism and
Spatial Order, „Architectural Review”, listopad 1941,
s. 129— 131.
Grosser M., The Painter’s Eye, New York, Rinehart
& Company, 1951.
Gruen V., The Heart of Our Cities, New York, Simon
and Schuster, 1964.
Gutkind E. H., The Twilight of Cities, New York, Free
Press of Glencoe, 1962.
Hall E. T., The Silent Language, Garden City, N. Y .,
Doubleday & Company, Inc., 1959, . ....... : .
Hall E. T., Adurribration in Intercultural Communication,
The Ethnography of Communication, Specjalny numer,
„American Anthropologist”, tom 66, nr 6, część II (gru­
dzień 1964), s. 154— 163.
Hall E. T., Silent Assumptions in Social Communication,
„Disorders of Communication” , tom 42, wyd. Rioch
i Weinstein, Research Publications, Association for Re­
search in Nervous and Mental Disease, Baltimore,
Williams and Wilkins Company, 1964.
Hall E. T., A System for the Notation of Proxemic Be-
havior, „American Anthropologist” , tom 65, nr 5 (paź­
dziernik 1963), s. 1003— 1026.
Hall E. T., Proxemics — A Study of Man’s Spatial Re-
lationships, w: I. Galdston, wyd., Man’s Image in M e ­
dicine and Anthropology, New York, International Uni-
versities Press, 1963.
Hall E. T., Quality in Architecture — An Anthropological
View, „Journal of the American Institute of Archi-
tects” , lipiec 1963.
Hall E. T., The Madding Crowd, „Landscape”, jesień
1962.
Hall E. T., The Language of Space, „Landscape”, jesień
1960.
Hartman Ch. W ., Social Values and Housing Orienta-
tions, „Journal of Social Issues”, styczeń 1963.
Hediger H., Studies of the Psychology and Behavior
of Captive Animals in Zoos and Circuses, London, But-
terworth & Company, 1955.
Hediger H., Wild Animals in Captivity, London, Butter-
worth & Company, 1950.
Hediger H., The Evolution of Territorial Behavior, w:
§>. L. Washburn, wyd., Social Life of Early Man, New
%ork, „Viking Fund Publications in Anthropology” ,
nr 31 (1961).
Held R. i Freedman S. J., Plasticity in Humań Sensory
M<Ęfor Control, „Science”, tom 142 (25 października 1963),
s. 455— 462.
Hess E. H., Pupil Size as Related to Interest Value of
Visual Stimuli, „Science” , tom 132 (1960), s. 349—-350.
Hinde R. A. i Tinbergen N., The Comparative Study of
Species-Specific Behavior, w: A. Roe i G. G. Simpson,
wyd., Behavior and Evolution} New Haven, Yale Uni-
versity Press, 1958.
Hockett Charles F. i Asher R., The Humań Revolution,
„Current Anthropology” , tom 5, nr 3 (czerwiec 1964).
Howard H. E„ Territory in Bird Life, London, Murray,
1920.
Hughes R., A High Wind in Jamaica, New York, New
American Library, 1961.
Ittelson W . H., zob. Kilpatrick.
Izumi K., An Analysis for the Design of Hospital Quar-
ters for the Neuropsychiatric Patient, „Mental Hospi-
tals”. Dodatek architektoniczny, kwiecień 1957.
Jacobs J., The Death and Life of Great American Cities,
New York, Random House, 1961.
Joos M., The Five Clocks, „International Journal A m e-
rican Linguistics”, kwiecień 1962.
Kafka F., Proces, Warszawa 1957.
Kawabata Yasunari, Kraina śniegu, Warszawa 1969.
Keene D., Living Japan, Garden City, N. Y., Doubleday
& Company, Inc., 1959.
Kepes G., The Language of Vision, Chicago, Paul Theo-
bald, 1944.
Kilpatrick F. P., Explorations in Transactional Psycho-
logy, New York, New York University Press, 1961.
Zawiera artykuły Adalberta Amesa, Hadleya Cantrila,
Williama Ittelsona, F. P. Kilpatricka i innych psycho­
logów transakcyjnych.
Kling V., Space: Fundamental Concept in Design, w:
C. Goshen, wyd., Psychiatrie Architecture, Washington,
D. C., American Psychiatrie Association, 1959.
Kroeber A., An Anthropologist Looks at History, wydała
Th. Kroeber, Berkeley, University of California Press,
1963.
La Barre W., The Humań Animal, Chicago, University
of Chicago Press, 1954.
Langer W . L., The Black Death, „Scientific American”,
tom 210, nr 2 (luty 1964), s. 114— 121.
Leontjew A. N., O rozwoju psychiki, Warszawa 1962.
Lewin K., Lippit R. i White R. K ., Patterns of Aggres-
sivę Behavior in Experimentally Created „Social Cli-
mates” , „Journal of Social Psychology”, SPSSI Bulletin,
tom 10 (1939), s. 271—299. -
Lissman H. W ., Electric Location by Fishes, „Scientific
American”, tom 208, nr 3 (marzec 1963), s. 50— 59.
London County Council, Administrative County of Lon­
don Development Plan, Pierwszy przegląd. London,
The London County Council, 1960.
Lorenz K., Tak zwane zło, Warszawa 1972.
Lorenz K., I tak człowiek trafił na psa, Warszawa
1976.
Lorenz K., King Solomon’s Ring, New York, Crowell,
1952.
Lorenz K., The Role of Aggression in Group Formation,
w: Schaffner, wyd., Group Process, Rozprawy czwartej
konferencji pod patronatem Fundacji Josiaha Macy,
jra, Princeton 1957.
Lynch K., The Image of the City, Cambridge, The M IT
Press and Harvard University Press, 1960.
McBride G., A General Theory of Social Organization
and Behavior, St. Lucia, Australia, University of Que-
ensland Press, 1964.
McCulloch W . S., Teleological Mechanisms, „Annals of
the New York Academy of Sciences”, tom 50, artykuł 9
(1948).
McCulloch W . S. i Pitts W ., How We Know Universals,
the Perception of Auditory and Visual Forms, „Bulle­
tin of Mathematical Biophysics” , tom 9 (1947), s. 127—
— 147.
McHarg I., Man and His Environment, w: Leonard
J. Duhl, wyd., The Urban Condition, New York, Basic
Books, 1963.
McLuhan M., Understanding Media, New York, M cGraw-
-Hill, 1964.
McLuhan M., The Gutenberg Galaxy, Toronto, Univer-
sity of Toronto Press, 1963.
Matorć G ., L ’Espace Humain. L’expression de l’espace
dans la vie, la pensee et l’art contemporains, Paris,
Editions La Colombe, 1961.
Mead M. i Metraux R., The Study of Culture at a Di-
stance, Chicago, University of Chicago Press, 1953.
Moholy-Nagy L., The New Vision, New York, Witten-
born, Schultz, 1949.
Montagu A., The Science of Man, New York, Odyssey
Press, 1964.
Mowat F., Never Cry Wolf, Boston, Atlantic Monthly
Press, Little, Brown, 1963.
Mumford L ., The City in History, New York, Harcourt,
Brace, 1961.
Northrup F. S. C., Philosophical Anthropology and Pra-
ctical Politics, New York, The Macmillan Company,
1960.
Osmond H., The Relationship Between Architect and
Psychiatrist, w: C. Goshen, wyd., Psychiatrie Archi-
tecture, Washington, D. C., American Psychiatrie Asso-
ciation, 1959.
Osmond H., The Historial and Sociological Development
of Mental Hospitals, w: C. Goshen, wyd., Psychiatrie
Architecture, Washington, D. C., American Psychiatrie
Association, 1959.
Osmond H., Function as the Basis of Psychiatrie Ward
Design, „ Mental Hospitals” , Dodatek architektoniczny,
kwiecień 1957, s. 23— 29.
Parkes A. S. i Bruce H. M., Olfactory Stimuli in Mam -
malian Reproduction, „Science” , tom 134 (13 paździer­
nika 1961), s. 1049— 1054.
Piaget J. i Inhelder B., The Child’s Concept of Space,
London, Routledge & Kegan Paul, 1956.
Portmann A ., Animal Camouflage, Ann Ar bor, Univer-
sity of Michigan Press, 1959.
Ratcliffe H. L. i Sny der R. L., Patterns of Disease, Con-
trolled Populations, and Experimental Design, „Circu-
lation” , tom 26 (grudzień 1962), s. 1352— 1357.
Redfield R. i Singer M., The Cultural Role of Cities, w:
M. Park Redfield, wyd., Humań Naturę and the Study
1962.
Richardson J., Braąue Discusses His Art, „Realitśs”, sier­
pień 1958, s. 24— 31.
Rosenblith W . A., Sensory Communication, New York,
The M IT Press i John Wiley & Sons, 1961.
St-Exupćry A., de, Flight to Arras, New York, Reynal
and Hitchcock, 1942.
St-Exupćry A., de, Nocny lot, Warszawa 1957.
Sapir E., Selected Writings of Edward Sapir in Langua-
ge, Culture and Personality, Berkeley, University of
California Press, 1949.
Sapir E., The Status of Linguistics as a Science, „Lan-
guage” , tom 5 (1929), s. 209— 210.
Schafer W ., Der hritische Raum und die hritische Situa-
tion in der tierischen Sozietat, Frankfurt, Kramer, 1956.
Searles H., The Non-Human Environment, New York,
International Universities Press, 1960.
Sebeok T., Evolution of Signaling Behavior, „Behavioral
Science” , lipiec 1962, s .430— 442.
Selye H., Stres życia, Warszawa 1960.
Shoemaker H., Social Hierarchy in Floćhs of the Canary,
„The Auk” , tom 56, s. 381— 406.
Singer M., The Social Organization of Indian Civiliza-
tion, „Diogenes”, wiosna 1964.
Smith Ch. W., Space, „Architectural Forum” , listopad
1948.
Smith K. i Sines J. O., Demonstration of a Peculiar Odor
in the Sweat of Schizophrenic Patients, „A M A Archives
of General Psychiatry” , tom 2 (luty 1960), s. 184— 188.
Snow Ch. P., The Two Cultures and the Scientific R evo-
, lution, Cambridge, England, Cambridge XJniversity
Press, 1956.
Snyder R., Evolution and Integration of Mechanisms that
- Reguląte Population Growth, „National Academy of
j Sciences”, tom 47 (kwiecień 1981), s. 449— 455.
Sommer R., The Distance for Comfortable Conversation:
A Further Study, „Sociometry” , tom 25 (1962).
Sommer R., Leadership and Group Geography, „Socio-
metry” , tom 24 (1961).
Sommer R., Studies in Personal Space, „Sociometry” ,
tom 22 (1959).
Sommer R. i Ross H., Social Interaction on a Geriatrie
Ward, „International Journal of Social Psychology”,
tom 4 (1958), s. 128— 133.
Sommer R. i Whitney G., Design for Friendship, „Cana-
dian Architect” , 1961.
Southwick Ch. H., Peromyscus leucopus: An Interesting
Subject for Studies of Socially Induced Stress Respon-
ses, „Science” , tom 143 (styczeń 1964), s. 55— 56.
Spengler O., Der Untergang des Abendlandes, Miinchen
1929.
Thiel Ph., A Seąuence-Experience Notation for Archi-
tectural and Urban Space, „Town Planning Review” ,
kwiecień 1961, s. 33— 52.
Thoreau H. D., Walden, New York, The Macmillan Com­
pany, 1929.
„Time” Magazine, No Place Like Home, 31 lipca 1964,
s. 11— 18.
Tinbergen N., Curious Naturalists, New York, Basic
Books, 1958.
Tinbergen N., The Curious Behavior of the Stickleback,
„Scientific American” , tom 187, nr 6 (grudzień 1952),
s. 22— 26.
Trager G. L. i Bloch B., Outline of Linguistic Analysis,
Baltimore, Linguistic Society of America, 1942.
Trager G. L. i Smith H. L. Jr., An Outline of English
Structure, Norman, Battenburg Press, 1951.
Twain M. (S. L. Clemens), Captain Stormfield’s Visit~ to
Heaven, w: Charles Neider, wyd., The complete Mark
Twain, New York, Bantam Books, 1958.
Ward B., The Menace of Urban Explosion, „The Liste-
ner”, tom 70, nr 1807 (14 listopada 1963), London, Bri-
tish Broadcasting Corporation, s. 785— 787.
Watterson J., Delos II. The Second Symposion to E x -
plore the Problems of Humań Settlements, „Journal
of the American Institute of Architects”, marzec 1965,
s. 47— 53.
Weakland J. H. i Jackson D. D., Patient and Therapist
Observations on the Circumstances of a Schizophrenic
Episode, „A M A Archives Neurology and Psychiatry” ,
tom 79 (1958), s. 554— 575.
White Th. H., The Making of the President 1960, New
York, Atheneum, 1961.
Whitehead A. N., Adventures of Ideas, New York, The
Macmillan Company, 1933. .
Whorf B. L., Language, Thought and Reality, New York,
The Technology Press i John Wiley & Sons, 1956.
Whorf B. L., Linguistic Factors in the Terminology of
Hopi Architecture, „International Journal of American
Linguistics” , tom 19, nr 2 (kwiecień 1953).
Whorf B. L., Science and Linguistics, „The Technology
Review”, tom 42, nr 6 (kwiecień 1940).
Wiener N., Cybernetics, New York, John Wiley & Sons,
1948.
Wiener N., Some Morał and Technical Conseąuences of
Automation, „Science” tom 131 (6 maja 1960), s. 1355—
— 1359.
Wynne-Edwards V. C., Animal Dispersion in Relation to
Social Behavior, New York, Hafner Publishing Compa­
ny, 1962.
Wynne-Edwards V. C., Self-Regulatory Systems in Po-
pulations of Animals, „Science”, tom 147 (marzec 1965),
s. 1543— 1548.
Zubek J. P., Wilgosh L., Prolonged Immobilization of
the Body Changes in Performance and in Electroen-
cephalograms, „Science”, tom 140 (19 kwietnia 1963),
s. 306— 308.
S P IS R Z E C Z Y

Słowo wstępne — Aleksander Wallis . . . . 5


Przedmowa a u to ra ........................................... ....... . . 18
I K U LTU R A JAKO KO M U N IKO W AN IE SIĘ . . 23
II REGULOW ANIE D YSTAN SU U ZW IE R ZĄT . 31
Mechanizmy rozmieszczania się u zwierząt . . . 35
Dystans u c i e c z k i ..........................................................35
Dystans krytyczny . . . . . . . . 36
Gatunki kontaktujące się i nie kontaktujące się 37
Dystans osobniczy..........................................................38
Dystans społeczny............................. ....... 39
Kontrola p o p u l a c j i .................................................. 40
Cykl u c i e r n i k a ..........................................................41
Malthus zrewidowany . .....................................43
Wymieranie na James Island . . . . . 45
Drapieżnictwo a p o p u la c ja .................................... 47
III PRZEGĘSZCZENIE
A ZACH O W AN IE SPOŁECZNE ZW IERZĄT . . 50
Eksperyment Calhouna ...................................................50
Projekt e k s p e r y m e n t u ........................................... 52
Rozwój „bagna” ..........................................................54
Zaloty i s e k s .................................................................55
Budowa g n i a z d ......................................................... 56
Opieka nad m ło d y m i.................................................. 57
Terytorialność i organizacja społeczna . . . 57
Fizjologiczne konsekwencje „bagna” . . . 59
Zachowanie a g r e s y w n e ........................................... 59
„Bagno” , które nie zdołało się rozwinąć . . . 60
Podsumowanie eksperymentów Calhouna . . 60
Biochemia przegęszczenia ' ............................. ....... . 62
Egzokrynologia.................................................................62
Model banku c u k r u ........................................... ....... 64
Nadnercza a s t r e s ..........................................................66
. Pożytki s tr e s u ................................................................. 68
IV PERCEPCJA PRZESTRZENI: RECEPTORY
PRZESTRZENNE — O CZY, U S Z Y I NOS . . . 71
Przestrzeń wzrokowa i s ł u c h o w a ............................. 72
Przestrzeń węchowa .......................................................... 76
Chemiczne podłoże w ę c h u .................................... 77
Powonienie u ludzi . . .....................................80
V PERCEPCJA PRZESTRZENI: RECEPTORY
BEZPOŚREDNIE — SK Ó RA I MIĘSNIE . . . 83
Niewidzialne strefy w amerykańskich biurach . . 85
Przestrzeń te r m ic z n a ......................................................... 86
Przestrzeń d o t y k o w a ........................................................ 93
VI PRZESTRZEŃ W I Z U A L N A .................................... 98
Widzenie jako s y n t e z a ............................. ....... 99
Mechanizm w id z e n ia ........................................................ 104
Widzenie trójw ym iarow e............................................ . .107
VII SZTU K A JAKO KLU CZ DO PERCEPCJI . . 111
Kontrasty kultur w spółczesnych.................................... 113
Sztuka jako historia percepcji .....................................114
VIII JĘZYK P R Z E S T R Z E N I.............................. 1 2 9
Literatura jako klucz do p e rce p c ji.............................132
IX ANTROPOLOGIA PRZESTRZENI:
MODEL S T R U K T U R A L N Y ........................................... 141
Przestrzeń t r w a ł a ................................ . . . . 144
Przestrzeń na pół t r w a ła ...................................................150
Przestrzeń nieformalna . ............................................154
X DYSTANSE U C ZŁO W IE K A .....................................156
Dynamizm przestrzeni..........................................................158
Dystans i n t y m n y ................................................................. 160
Dystans indywidualny ( o s o b n ic z y ) ............................. 163
Dystans społeczny ................................................................. 165
Dystans publiczny . . . .....................................- 168
Dlaczego cztery d y s t a n s e ? ........................................... 174
X I PRO KSEM IKA W KONTEKŚCIE
K R Z Y Ż O W A N IA SIĘ KULTUR:
NIEM CY, A N G L IC Y I F R A N C U Z I .............................178
N i e m c y ...................................................................................... 178
. Niemcy a natrętność . . ■. . . . . . 180
„Sfera prywatna” . . . . . . . . . 182
Porządkowanie przestrzeni . . . . . . 185
Anglicy . ................................................................. . 187
Używanie telefo n u ........................................... ....... . 190
S ąsied zi............................................................................... 192
■: Czyim pokojem jest sy p ia ln ia ?.............................. 192
Mówienie głośne i c i c h e ........................................... 193
-- Zachowanie w z r o k o w e ........................................... 193
Francuzi . V. ...• . . . . . . . . . . 194
Dom i rodzina . . . . . . . . . . 195
Posługiwanie się przestrzenią otwartą . . . 197
Gwiazda i kratow nica............................. . . . 197
X II PROKSEM IKA W KONTEKŚCIE
K R Z Y Ż O W A N IA SIĘ KULTUR:
JAPONIA I ŚW IAT A R A B S K I ....................................201
J a p o n ia ...................................................................................... 201
Jakie zatłoczenie jest zatłoczeniem? . . . . 205
Japońskie pojecie przestrzeni obejmujące ma . 206
Świat a r a b s k i........................................... ....... 207
Zachowanie w miejscach publicznych . . . 208
Pojęcie prywatności ...................................................211
Arabskie dystanse indywidualne . . . . . 214
Stawanie twarzą w twarzi uniki . . . . 215
Zaangażow anie.................................................................217
Odbieranie przestrzeni zamkniętych . . . 217
' G r a n ic e ............................................................................... 218 ;
X III M IA ST A I K U L T U R A ........................................... 220 i
Potrzeba mechanizmów kontrolujących . . . . 222 ;
Psychologia i a r c h i t e k t u r a ........................................... 225 -i
^Patologia i z a t ł o c z e n i e .................................... . . 229 i
Czas liniowy i współbieżny ............................................ 230 i
Syndrom samoćhodowy . . . . . . . . 233
Kontenerowe budynki użyteczności publicznej . . 236
Perspektywy urbanistyki przyszłości . . . . 238
X I V P R O K S E M I K A I P R Z Y S Z Ł O Ś Ć C Z Ł O W I E K A : .242.
Forma a funkcja — treść a struktura . . . : :: - 243.
Biologiczna przeszłość człowieka . . . . . 246
Potrzeba o d p o w ie d z i..........................................................249
Nie można wyrzec się k u l t u r y .................................... 251
DODATEK : :
Streszczenie trzynastu odmian perspektywy w y­
różnionych przez Jamesa Gibsona, w książce
The Perception of the Visual World . . . 254
BIBLIOGRAFIA I O D N I E S I E N I A .............................200
BIBLIOTEKA
M Y ŚL I ..
WSPÓŁCZESNEJ

Dotychczas ukazały się:

Theodor W . Adorno
Filozofia nowej muzyki

Philip Bagby
Kultura i historia

Geoffrey Barraclough
Wstęp do historii współczesnej

Remigiusz Bierzanek
Współczesne stosunki międzynarodowe

Jerome S. Bruner
O poznawaniu. Szkice na lewą rękę

Jerome S. Bruner
W poszukiwaniu teorii nauczania

Roger Caillois
Żywioł i ład

Marcin Czerwiński
Przemiany obyczaju

Marcin Czerwiński
Życie po rriiejśku

Jurij Dawydow
Sztuka jako zjawisko socjologiczne

Hoimar v. Ditfurth
Dzieci Wszechświata
Gillo Dorfles
Człowiek zwielokrotniony -

Umberto Eco
Pejzaż semiotyczny '

Mircea Eliade
Sacrum, mit, historia

Jean Fourastie
Myśli przewodnie

Pierre Francastel
Twórczość malarska a społeczeństwo

Erich Fromm j
O sztuce miłości .

Erich Fromm .
Zapomniany język

Jacek Fuksiewicz
Anatomia telewizji w USA

John Kenneth Galbraith


Społeczeństwo dobrobytu — państwo przemysłowe

Konstanty Grzybowski
Ojczyzna, naród, państwo :

Edward T. Hall .
Ukryty wymiar

Richard Hoggart
Spojrzenie na kulturę robotniczą w Anglii

Ivan Illich
Społeczeństwo bez szkoły
Eberhard Jackel
Hitlera pogląd na świat

Franęois Jacob
Historia i dziedziczność

Gustav Jahoda
Psychologia przesądu

Kazimierz Jankowski
Od psychiatrii biologicznej do humanistycznej

Zygmunt Kałużyński
Pożegnanie Molocha

Jerzy Kleer
Drogi wyjścia z zacofania

Józef Kossecki
Cybernetyka kultury

Józef Kozielecki
Koncepcje psychologiczne człowieka

Józef Kozielecki
Szczęście po szwedzku

Susanne K. Langer . ■ .
Nowy sens filozofii - ■■■■.­

Fernand Leger .. ■
Funkcje malarstwa .

Henri Van Lier . .


Nowy wiek

Konrad Lorenz
Odwrotna strona zwierciadła
Konrad Lorenz
Tak zwane zło

Jonathan Miller
Spór z McLuhanem

Edgar Morin
Kino i wyobraźnia

Edgar Morin
Zagubiony paradygmat — natura ludzka

Gunnar Myrdal ~
Przeciw nędzy na świecie

Obrazy świata białych


ac. Andrzej Zajączkowski

.drzej Osęka
Mitologie artysty

Wiktor Osiatyński
W kręgu mitu amerykańskiego

Mieczysław Porębski
Ikono sfer a

Franciszek Ryszka
Polityka i wojna

E. i F. Ryszkowie
Między utopią a zwątpieniem

Hans Selye
Stres okiełznany

Marian H. Serejski
Naród a państwo w polskiej myśli historycznej