Vous êtes sur la page 1sur 143

Benefis konspiratora

Stanisław Miedza-Tomaszewski
„Benefis konspiratora” powstał w roku 1962 jako luźny zapis z pamięci, a więc siłą rzeczy ograniczony
do powierzchownego, niemal wizualnego przedstawienia faktów i zdarzeo, których byłem świadkiem
bądź uczestnikiem. Była to niejako pierwsza próba rzucenia na papier moich własnych dziejów
okupacyjnych i w wielu wypadkach, zwłaszcza tam gdzie brakowało mi dokumentacji, posługiwałem
się domysłem lub przypuszczeniem.

Wkrótce jednak, odczytując tę książkę, doznałem dziwnego wrażenia, że jej narratorem nie jestem ja,
lecz ktoś inny, obcy, chod bliźniaczo do mnie podobny, również student Warszawskiej Akademii Sztuk
Pięknych, chłopak z Powiśla, działacz polskiego podziemia, który zaczął robotę konspiracyjną od
powielania na własną rękę informacji z nasłuchów radiowych, skooczył ją w szeregach pracowników
komórki dywersyjnej - „Akcji N”, i tak jak ja należał do tych szczęściarzy, którzy z przeróżnych
niebezpieczeostw wyszli cało, nie zawsze nawet świadomi wielkości ryzyka.

Uzyskawszy w ten sposób dystans do mej książki, dostrzegłem w niej liczne przeoczenia. Nie
wszystkie były winą niedoskonałej pamięci, która odnotowała sprawy emocjonalnie najsilniejsze,
pozostawiając w mroku wiele zdarzeo drobnych, ale w książce koniecznych dla zrozumienia ciągłości
rzeczy.

Przyczyną szeregu pozornych niedomówieo i niejasności była po prostu okupacyjna konspiracja, w


której panowały pseudonimy, kryptonimy, tajemnice nawet wobec najbliższych towarzyszy pracy.
Zrozumiałem to w momencie, gdy zaczęły napływad do mnie listy z kraju i ze świata od osób, z
którymi niegdyś współdziałałem pośrednio lub bezpośrednio, które znały inne fragmenty dziejów i
inne okoliczności, tworzące razem ż tymi, jakie ja znałem, obraz nowy, zaskakujący nawet mnie
samego.

„A więc to było tak, a nie tak, myślałem, dokonując korekty wspomnieo i gromadząc materiały.
Pomogły w tym też archiwa udostępnione mi, jako współautorowi zbiorowego tomu wspomnieo
wydanych nakładem „Czytelnika” w 1971 roku pod tytułem „Akcja N”.

Teraz kilka słów o sobie.

Studiowałem w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie: na wydziale architektury wnętrz oraz


malarstwa sztalugowego u profesora Karola Tichy'ego. Jak z tego wynika, moja specjalnośd nie ma nic
wspólnego z literaturą, dlatego proszę o wyrozumiałośd dla „stylu pisania”.

Kiedy ukooczyłem ASP, miałem lat dwadzieścia pięd. Wybuchła wojna.


Ostatnie dni beztroskich wakacji 1939 roku spędzałem w Gdyni u mojego kolegi z gimnazjum
Lorentza w Warszawie Jerzego Siennickiego. Nastrój upalnych dni psuły ponure wiadomości z
Gdaoska. Jak dziś pamiętam pogodny wieczór na molo pasażerskim w Gdyni. Stałem tam z moją
koleżanką z Akademii Sztuk Pięknych Ewą Siedlecką i jej ojcem profesorem ichtiologii Uniwersytetu
Jagiellooskiego. Teraz w tym miejscu jest Dom Rybaka jego imienia.

- Gdaosk będzie należał do Polski, lecz droga do tego będzie krwawa i twarda! Niemcy w swej bucie,
pod sztandarami ze swastyką szaleją -mówił do nas profesor.

Słuchałem tych słów, lecz w mojej głowie przepełnionej mocarstwowymi hasłami rozlepianymi na
murach nie mieściła się myśl, że tragedia Polski jest już u jej bram.

Chodziłem na spacery po wysokim brzegu Orłowa. W dole, na drodze prowadzącej do granicznego


posterunku - dzielącego terytorium Wolnego Miasta Gdaoska od terenów polskich - przewalały się
bez przerwy tłumy Niemców, przeważnie młodzieży. W rękach i na rękawach mieli emblematy
hitlerowskie. Paradowali wzdłuż granic buoczucznie i w ponurym milczeniu. Ten widok dawał dużo do
myślenia.

Był 21 sierpnia.

Otrzymałem rozpaczliwy list z domu, abym natychmiast wracał do Warszawy. Pociągi odchodziły
załadowane do ostatnich granic. Udało mi się dostad na mały stateczek, który płynął z Gdyni do
Tczewa. Kapitan kazał wszystkim udad się pod pokład, gdy będziemy płynąd przez terytorium
Gdaoska. W okienku kajuty widziałem na mostach nadbrzeża tłumy ludzi, wygrażających i
obrzucających kamieniami nasz statek.

Gdaosk był moim pierwszym namacalnym zetknięciem z zachodnim sąsiadem i rzeczywistością


polityczną, w jakiej tkwiła Polska. A przecież jeszcze tak niedawno szef bezpieczeostwa Trzeciej
Rzeszy Himmler był honorowym gościem w Polsce. Bodajże zimą 1937 roku w Ogrodzie Saskim
wystawiono na widok publiczny luksusowy przenośny domek myśliwski ofiarowany marszałkowi
Göringowi przez nasz rząd. W studenckiej głowie przepełnionej ideałami nie mogła zmieścid się ta
metamorfoza nastrojów naszych zachodnich sąsiadów. 28 sierpnia 1939 r.

Jestem już w domu. Wszyscy politykują. Na ulicach podniecenie. Za gazetami każdy powtarza:
„Niemcy tylko straszą, mają czołgi-makiety, samolotów jest tylko garstka. Panuje u nich głód, nawet
masło jest na kartki!”

Takie było mniemanie ogółu społeczeostwa o Trzeciej Rzeszy. Wszędzie panował taki sam nastrój jak
w okresie, kiedy ulica buoczucznie krzyczała: „Na Zaolzie!” czy też - „Na Kowno!”

Wszyscy wierzyli, że w pierwszym zetknięciu z wrogiem znajdziemy się w Berlinie.

A w naszym domu?

Mieszkanie nasze znajdowało się w oficynie drugiego podwórka, na trzecim piętrze typowej dla
Powiśla kamienicy przy ulicy Tamka nr 23. Jej czteropiętrowe mury wznosiły się dookoła dwóch
podwórek. Niższe piętra pozbawione były słooca i tonęły zawsze w cieniu. Dziś dom ten już nie
istnieje. Samo mieszkanie składało się z dośd dużej kuchni, przedpokoju i dużego dwuokiennego
pokoju.
Gdy wybuchła wojna, nasza rodzina była już sporą gromadką: matka, ojciec i nas sześciu braci. Ja
byłem najstarszy, miałem 25 lat. Reszta rodzeostwa - prawie „co rok - to prorok”. W najlepszym
wypadku, co drugi rok przychodził na ten świat nowy potomek - zawsze oczekiwany przez matkę jako
córka, która byłaby, w jej marzeniach, „prawą ręką” przy prowadzeniu gospodarstwa. Najmłodszy
brat miał 14 lat. Matka nie zajmowała się sprawami społecznymi, nie interesowała polityką. Na taki
luksus nie miała czasu. Jej ambicją było wychowanie i wykształcenie synów i codzienna troska o ich
nakarmienie. Dokonywała cudów zręczności, aby nas ubrad. A tymczasem rok szkolny już ma się
rozpocząd nie za parę dni, a za parę godzin. Jej zręczne ręce reperowały i przerabiały ubrania ze
Staśka na Zbyszka, ze Zbyszka na Władka, z Władka na Jurka, z Jurka na Andrzeja, a wreszcie z
Andrzeja na Wieśka, który wszystko donaszał. Ojciec, zapracowany, stale szukał lepszych zarobków.
Taki to był nasz dom i nasza rodzina.

Ja studiowałem, jak już zaznaczyłem, w warszawskiej ASP, Zbyszek był na pierwszym roku chemii
Uniwersytetu Warszawskiego. Pozostali bracia, z całą rzeszą uczniaków, urzędowali na ulicy
Świętokrzyskiej. Była ona przed wojną uliczką niezbyt szeroką, na całej jej długości mieściły się małe
księgarnie i antykwariaty, gdzie można było dostad wszelką artystyczną starzyznę. Tu, wzdłuż murów,
niezamożna ucząca się młodzież Warszawy sprzedawała, wymieniała i kupowała używane książki,
używane teczki i przybory do nauki. Tam też można było znaleźd moich braci, razem z kolegami z
Tamki. O godzinie szesnastej wszyscy schodziliśmy do domu. Opowiadaniom o wrażeniach dnia nie
było kooca.

Rodzice zastanawiali się, jak wytrzymają finansowo z opłatą czesnego. Przecież za dwa dni nowy rok
szkolny! Czy przezacny dyrektor Ludwik Lorentz i jego syn Stanisław dadzą nam i w tym roku ulgę w
opłatach? Czy w tym roku otrzyma któryś z nas stypendium „Kuriera Warszawskiego”? Zbyszek już
kombinował, skąd zdobyd korepetycje.

Aż nagle - jak kamieo z nieba - spadła mobilizacja!

Kartę powołania otrzymał Zbyszek, sen o studiach na Uniwersytecie prysnął. Ja nie otrzymałem
powołania do wojska, gdyż miałem duże zwapnienia płuc i słaby wzrok. Sklasyfikowany byłem do
pospolitego ruszenia czy jak tam to się zwało.

W domu zmieniły się nastroje - unikaliśmy się wzajemnie, starając zachowad ciszę. Matka bez
przerwy miała załzawione oczy. Nawet stary czarny kot leżał cicho na kuchni i nie ocierał się o nogi.
Wierny pies bokser, którego kupiłem „na szczęście” za pierwszą przyznaną mi nagrodę w plastyce -
leżał pod stołem, obserwując wystraszonym okiem domowników.

Zbyszek odjechał wieczorem. Bez niego mieszkanie, mimo że było, jak się dziś mówi, dalej
zagęszczone - nam wydawało się puste.

Ktoś delikatnie zapukał do drzwi. Na progu stała stara Żydówka, właścicielka małego sklepiku w
naszym domu. Niosła w koszu torby wypełnione prowiantem.

- Niech pani to weźmie, potem zapłaci się - i tak nie wiadomo, jakie będzie jutro.

Matka broniła się od przyjęcia żywności, tłumacząc się brakiem gotówki, lecz sklepikarka wszystko
zostawiła. Machnęła ręką:
- Może i wy kiedyś komuś pomożecie! Oj, pani Tomaszewska, niedobrze, niedobrze!

Te proste słowa w ciemnej sieni starej kamienicy brzmiały ponuro. Nad nami zawisła groźba, której
rozmiarów zupełnie nie byliśmy w stanie określid ani zrozumied.

1 września 1939 roku.

Od samego rana w całym domu podniesione głosy. Przez otwarte okna słychad głośno nastawione
radioodbiorniki. Muzyka patriotyczna miesza się z komunikatami o rozpoczęciu działao wojennych.

Pierwszy nalot niemiecki na Warszawę zastał mnie na ulicy Dobrej. Wracałem z uczelni, gdzie
pozwolono mi pracowad, pomimo że rok szkolny jeszcze się nie rozpoczął. Stałem w bramie, z której
po kolei wychylaliśmy głowy. Granatowy policjant z maską u pasa stale zagarniał nas do bramy.

Pełni patriotycznego uniesienia słuchaliśmy głosu spikera, podającego w pierwszych dniach prawie
tylko dobre wiadomości z frontu walki.

Rzeczywistośd była inna. Po niebie buszowały samoloty Luftwaffe, bezkarnie bombardując obszar
Polski. Od czasu do czasu nasze nieliczne myśliwce z bohaterską determinacją przeciwstawiały się
przeważającej sile napastnika. Z dnia na dzieo nastroje optymizmu gasły. W bramach ludzie urządzali
małe kapliczki, przy których odbywały się wspólne modły o zwycięstwo. Na ulicach Warszawy coraz
więcej było widad żołnierzy, którzy już nie zdążyli dostad się do swoich jednostek wojskowych i z
różnych stron kraju ciągnęli do stolicy.

Wszyscy chłopcy i dziewczęta z naszego podwórka byli początkowo niesłychanie podnieceni zmianą
trybu życia. W szkole na lekcjach historii wychowywani byliśmy w kulcie powstao, konspiracji i
bezgranicznego bohaterstwa, które wieoczyło całą historię Polski. Każdy z nas marzył o bezimiennym
bohaterstwie i poświęceniu. W naszej wyobraźni nie różniliśmy się niczym od bohaterów „Chłopców z
placu broni” - naszej ulubionej lektury. Przecież od dziecka mieliśmy swoje tajne lochy w pryzmach
piachu na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Śledziliśmy wyimaginowanych nieprzyjaciół pod filarami
mostów Kierbedzia i Poniatowskiego. Niskie, wilgotne piwnice domów na Tamce, Solcu czy Topiel
były nam lepiej znane niż własna kieszeo. Zapuszczaliśmy się nieraz na stoki Cytadeli pod krzyż
Traugutta zbity z bali szubienicy. Napawał on nas grozą.

I nagle - nasze życie zostało wykolejone z utartego toru. Książki i zeszyty leżały po kątach. Młodzież
szkolna nie zaroiła klas, młodzież akademicka nie zapełniła sal wykładowych.

Szkoły zamieniono na przytuliska dla uchodźców i ludzi ze zbombardowanych domów. Wszystko to


stało się w ciągu paru godzin, paru dni. Zamiast teczek z książkami chwyciliśmy łopaty i co kto miał
pod ręką, aby odgruzowywad zburzone domy lub budowad na ulicach okopy razem z dorosłymi.

Po pierwszym uniesieniu nastąpiło brutalne oszołomienie niemieckim Blitzkriegiem. Zdaje mi się, że


w szóstym dniu wojny radio w wieczornym dzienniku podało wiadomośd o zbliżaniu się Niemców do
Warszawy. Co pewien czas ponawiano apel prezydenta Starzyoskiego, aby każdy, kto jest zdrów,
szedł do ochotniczych drużyn i przygotowywał każdą ulicę do obrony. Okopy i barykady zaczęły
przecinad place i ulice. Prace wykonywano głównie w nocy, gdyż wtedy Niemcy nie dokonywali
nalotów na miasto.
Lata zacierają pełen obraz każdego dnia wojny, lecz pewne wrażenia pozostają. Dlatego też z okresu
oblężenia Warszawy postaram się przekazad to, co najbardziej utkwiło w pamięci.

Moi bracia i koledzy z Powiśla, jak wszyscy chłopcy nie wychowywani „pod spódnicą mamy”, wśród
zaklęd i przestróg - aby uważali, aby nie narażali się niepotrzebnie i by przyszli w porę na obiad -
wśród łez matczynych wyruszali na miasto przygotowywad je do obrony. Zbyszek jako wojskowy leżał
gdzieś w okopach ze swoim oddziałem na dalekich rogatkach miasta. Z naszej paczki Włodek Baran,
który mieszkał na Solcu pod numerem 115, miał rower, więc pracował jako łącznik. Najlepiej lubił
jeździd w czasie nalotów, gdyż - jak mówił - szybciej można zasuwad po pustych ulicach. Stasio
Puchalski, ze szkoły baletowej, też był szczęśliwym posiadaczem roweru, dlatego został łącznikiem
Komendy Obrony Warszawy, która mieściła się na ulicy Kopernika, w gmachu Samopomocy
Chłopskiej. Przewoził on meldunki z Warszawy do Modlina. Zazdrościliśmy mu tej pracy.

Jednego z pierwszych dni września rano biegłem Nowym Światem w kierunku kościoła
akademickiego Św. Anny, gdzie pod przewodnictwem rektora kościoła ks. Detkensa zaczęła zbierad
się młodzież akademicka, aby stworzyd hufce studenckie. Drogę zagrodził mi tłum ludzi idących w
kierunku Alej Jerozolimskich. Wiwatowali, a niektórzy wznosili ręce do góry, jakby w ekstazie. Byli to
ludzie w większości biednie ubrani; rozpoznałem wśród nich charakterystyczne postacie z dzielnic
żydowskich Warszawy. Na czele pochodu, na ręcznym wózku do rozwożenia towaru, z ręką
wzniesioną do góry, a drugą przywartą do serca jechał przewodniczący jakiejś organizacji żydowskiej.
Wyglądał jak tragiczna parafraza posągów cezarów rzymskich na rydwanie. Wózek ciągnęli
rozfanatyzowani manifestanci. Wszyscy zdążali do pałacu na rogu Smolnej i Nowego Światu, gdzie
mieściła się Ambasada Angielska. Tu tłum zatrzymał się zwartą kolumną i wznosił spontaniczne
okrzyki dziękczynne na cześd przystąpienia Wielkiej Brytanii do wojny.

Nagle nad głowami rozległo się wycie syren i równoczesny warkot samolotów. Tłum zakołysał się.

Wśród chaotycznej ucieczki i rozpaczliwych wrzasków, depcząc się wzajemnie, wszyscy starali się
ukryd w bramach kamieniczek Nowego Światu. Samoloty pikowały. Seria z karabinów maszynowych
jak groch uderzała o bruk wśród jęków rannych. W oknach dawno ewakuowanej ambasady nikogo
nie było. Tylko białe firanki przez rozbite szyby szarpały się na wietrze.

Między komunikatami o nalotach, co pewien czas radio podawało wiadomości o brawurowych


walkach na różnych odcinkach frontów.

I to było prawdą.

Ale żołnierze z rozbitych jednostek lub ci, którzy nie znaleźli nigdy swoich oddziałów, podawali
wiadomości przygnębiające. Na nic nasza odwaga i bohaterstwo, wróg ma na każdym kroku
przewagę techniczną.

7 września radio podało apel płka Umiastowskiego, aby wszyscy młodzi mężczyźni opuścili Warszawę.
Cała nasza szóstka braci wraz z kolegami rozpoczęła wędrówkę. Most Poniatowskiego przebyliśmy
biegiem w obawie nalotów. A potem na północ! Pomału rozsypywaliśmy się. Maszerowaliśmy na
przełaj przez pola. Niemcy dosłownie jeździli samolotami po głowach uciekinierów, którzy zapełnili
szosy. Wśród tego tłumu, ciągnących swój dobytek w wózkach dziecięcych lub prowadzących
obwieszone rowery, maszerowali mężczyźni, dzieci, kobiety. Obraz zamętu dopełniały rozbite tabory
wojskowe. Wtedy, w czasie ataku Luftwaffe na cywilną ludnośd, zginął wraz z ojcem dzielny łącznik
rowerowy Stasio Puchalski.

Po dwóch czy trzech dniach zdaliśmy sobie sprawę z beznadziejności ucieczki. Po krótkiej naradzie
rozpoczęliśmy powrót. Warszawa przez te kilka dni zmieniła się. Stała się typowym miastem
frontowym. Ciągłe naloty i obstrzał artyleryjski zniszczyły setki domów, zdezorganizowały
komunikację, kanalizację, wodociągi i telefony. Naloty i pożary stały się codziennym chlebem
ludności. Długie ogonki ludzi stojących pod murami w oczekiwaniu, poszukiwaniu chleba i wody, były
w tych dniach charakterystyczne dla wszystkich dzielnic Warszawy.

Na dachach domów nawet mali chłopcy wypatrywali nowych ognisk pożarów. W bramach przy
kapliczkach modlące się tłumy. To widok warszawskiej ulicy w czasie oblężenia.

24 września od wczesnych godzin rannych rozpoczęło się ciężkie bombardowanie Warszawy. Cały
dzieo bez przerwy - artyleria z ziemi i samoloty z powietrza niszczyły miasto. Już nie było gdzie
chowad zabitych. Na każdym skrawku ziemi wyrastał grób. Grzebano ludzi bez trumien, w płachtach z
płótna. Brat matki przyszedł do naszego schronu w piwnicy. Miał obłęd w oczach.

- Jestem apostołem! Pójdźcie za mną, ja was wyzwolę z piekieł! - mówił jakby w ekstazie.

Umęczeni i przerażeni ludzie patrzyli na niego z lękiem. Mówił coś jeszcze o swoim apostolstwie.
Pomimo że chcieliśmy go zatrzymad - odszedł od nas, tak jak przyszedł - zamknięty w swojej wizji
lepszego jutra. Następnego dnia rano dowiedzieliśmy się, że zginął na wiadukcie mostu żoliborskiego,
gdy szedł samotnie z ręką wyciągniętą do błogosławieostwa.

Od wczesnego ranka 28 września nastąpiła tragiczna cisza. Cisza ta - potęgowana zniszczeniem i


grobami, które pokryły trawniki i skwery - wydawała się cmentarna. Ludzie trwożnie opuszczali
piwnice i wystawali przed bramami. Niektórzy chyłkiem przebiegali ulice w poszukiwaniu swych
bliskich, którzy przez te dni oblężenia nie zwrócili do domu.

Nagle z ust do ust zaczęto podawad wiadomośd:

„Warszawa będzie oddana Niemcom!”

Na miasto padła trwoga. Warszawa osamotniona, oblężona i systematycznie niszczona poddała się!
Na murach ukazały się ogłoszenia o kapitulacji. Podano trasy, którymi wejdą do miasta wojska
okupacyjne. Jedna z nich prowadziła z Mokotowa przez plac Unii Lubelskiej, plac Zbawiciela i ulicę
Marszałkowską.

Udałem się do mojej koleżanki, artystki malarki, Waci Zdunikowej. Była to urocza kobieta, pełna
dobroci. Mieszkała na rogu Marszałkowskiej i Koszykowej. Okna jej mieszkania wychodziły na ulicę
Marszałkowską. Po przeciwległej stronie rozwidlały się ulice Śniadeckich i Koszykowa. W dniu, -w
którym wchodziły do Warszawy wojska niemieckie, wszystkie sklepy były pozamykane, a nawet
zabite deskami. Na ulicach idealna pustka. Pomimo słonecznego dnia okna we wszystkich
mieszkaniach zamknięte i zasłonięte. Domy wydawały się zupełnie wymarłe.

Stoję ukryty za firanką. Wacia siedzi w fotelu i płacze. Od strony placu Zbawiciela słychad werble.
Ukazuje się pierwsza kolumna wojsk niemieckich. Z dwu stron jezdni, posuwa się szpaler żandarmerii.
Ręczne karabiny maszynowe skierowane w okna domów, gotowe do strzału. Ich gotowośd bojowa
miała przeszkodzid ewentualnym desperackim czynom warszawiaków. Środkiem ulicy idą zwarte
kolumną doborowe wojska Wehrmachtu.

Wojska niemieckie przed kościołem Św. Anny na Krakowskim Przedmieściu i obroocy stolicy idący do niewoli

Nerwy mam roztrzęsione. Z upadkiem Warszawy wszystkie moje nadzieje na przyszłośd, na


korzystanie z okupionej takim wysiłkiem nauki, załamały się. I zamiast zaciśniętych pięści czy też
bohaterskich myśli, zwyczajnie na widok tych wojsk rozpłakałem się. Wacia obok mnie buczała i
zamiast ja ją, ona mnie pocieszała, że Anglia, że Amerykanie, że Francja... i że to wszystko szybko
minie, bo są za nami sojusznicy.

Na ulicach zupełna pustka, a oni maszerują i maszerują zwartą kolumną.

- W pewnej chwili z bramy, po przeciwległej stronie ulicy, wyskoczył mały chłopak, już dziś zupełnie
zapomniany typ warszawskiego roznosiciela gazet. Stanął jak skamieniały na widok obcego wojska.
Przekrzywił, ze zdumieniem głowę i błyskawicznie odwrócił się na pięcie. Stała się rzecz niesłychana.
Chłopiec gwizdnął przeraźliwie na palcach, poklepał się po tyłeczku i chciał wbiec do bramy.

Usłyszałem cichy trzask i zanim się spostrzegłem, dziecko leżało w kałuży krwi.

Od tej zbrodni, której wspomnienie zachowam na całe życie - datuje się moje wejście do konspiracji.

Nie jestem w stanie odtworzyd dzieo po dniu mojej pracy w różnych komórkach życia podziemnej
Polski. Pewne kamienie milowe tej pracy zachowały mi się jednak w pamięci.

Robiłem szereg notatek, niestety, w różnych okolicznościach pracy konspiracyjnej, a potem w czasie
powstania uległy one zniszczeniu. Będę starał się w swojej relacji fakty i wydarzenia umiejscawiad w
poszczególnych kwartałach każdego roku okupacji, układając je w miarę możności chronologicznie.
Jesieo 1939 roku. Na murach Warszawy ukazują się coraz to nowe obwieszczenia władz
okupacyjnych. Jedne mają charakter terrorystyczny, inne „porządkowy”, ograniczający nasze życie
jako ludzi wolnych. Ulice zmieniły całkowicie swój charakter. Widzi się wielu ludzi ubranych w różne
części mundurów wojskowych. Palta i jesionki przeważnie brązowe - bo szynel wojskowy, zielony,
farbiarnie najlepiej przerabiają na różne odcienie brązu.

Pierwsze obwieszczenie o egzekucji w Warszawie

Cała brad artystyczna Warszawy po zamknięciu Instytutu Propagandy Sztuki i „Zodiaku” na Traugutta
zaczęła się skupiad w podziemiach „Zachęty” na placu Małachowskiego1.

Powstała tam nawet stołówka. Podziemia te przez swoją architekturę niską z łukami i małymi oknami
stwarzały specyficzny nastrój. Był zawsze półmrok. Ludzie zachowywali się tu niehałaśliwie. Wszyscy
rozpoczynali rozmowę nie uwagami o sztuce, a przewidywaniami na temat dalszych losów wojny.
Każdy był optymistą i prorokował szybkie, zwycięskie zakooczenie wojny. Do klubu tego poza
artystami przychodzili też ludzie nie związani ze sztuką. Kelnerkami były młode dziewczyny.
Obserwowałem je i doszedłem do wniosku, że w tej piwnicy dzieją się jakieś rzeczy nieuchwytne dla
nie wtajemniczonych. Domyślałem się, że tu musi działad jakaś komórka konspiracyjna. Próbowałem
nawiązad kontakt z kelnerkami, lecz ograniczył się on tylko do zwykłej znajomości. Nie mogłem
przebid muru tajemniczości, jakim się odgrodziły. Przecież nie mogłem powiedzied: „Chcę
konspirowad, proszę o przydział!”

Postanowiłem działad na własną rękę. Ponieważ Niemcy zarządzili konfiskatę odbiorników,


zaplanowałem rozpowszechnianie wiadomości radiowych.

Wielu warszawiaków wiedziało, że żołnierze broniący oblężonej stolicy w wielu wypadkach pochowali
broo w różnych miejscach. Broo ta była zabezpieczona przed zniszczeniem, lecz niektórzy nie mieli
czasu lub możności jej zakonserwowad. Postanowiłem odszukiwad tę broo i w miarę swoich
możliwości zabezpieczad. Niestety, od postanowieo do ich realizacji prowadziła długa droga. Na
początku były to typowe, patriotyczne marzenia młodego człowieka, trochę rozhisteryzowanego. Nie
miałem przecież oparcia ani w żadnych organizacjach, ani w ugrupowaniach młodzieżowych, gdyż do
takich nie należałem. Nie zrażałem się jednak trudnościami i szukałem drogi do zrealizowania swoich,
zamierzeo.

W „Zachęcie”, oprócz stołówki-klubu od strony ulicy Królewskiej, został założony sklep z obrazami, a
nad nim, na pierwszym piętrze, z wejściem z nie istniejącej dziś bramy, mieściły się biura
Towarzystwa Sztuk Pięknych. Zorganizowana tu była akcja pomocy artystom plastykom, którą
kierowała pani Ejsmontowa. Przez przypadek i szczęśliwy zbieg okoliczności zostałem zaangażowany
do pracy w sekretariacie tej placówki. Był to w moim życiu punkt zwrotny - tu rozpocząłem właściwą
pracę konspiracyjną, która zaczęła się od przypadkowego spotkania.

Pewnego dnia do biura przyszła artystka malarka, pani Królikowska, przynosząc swój obraz do
sprzedania. Wiedziałem, że jest ona żoną oficera. Rozmowa nasza była krótka i szczera. Powiedziałem
jej o swoich zamierzeniach i związanych z tym kłopotach. Postanowiła mi pomóc. Otrzymałem od niej
skrypty nasłuchów radiowych, które miałem powielad i kolportowad. Nasłuch radiowy pochodził od
kół związanych z prezydentem Starzyoskim. Jak mogłem z dalszej pracy wywnioskowad, nasłuch był
zorganizowany bezpośrednio w biurach magistratu m. st. Warszawy, jeszcze w tym okresie
istniejącego.

Pani Królikowska zaczęła z czasem przynosid mi dwa razy dziennie krótkie, telegraficzne, przepisane
na bibułce wiadomości radiowe. Ja z kolei opracowywałem je i w początkowym okresie mojej
działalności przepisywałem na maszynie. „Operacja” ta odbywała się w pokoju pani Ejsmontowej w
czasie jej nieobecności. Wkrótce zorientowałem się, że moja przełożona domyśla się, co robię, i
dlatego w pewnej określonej porze ulatnia się do sklepu z obrazami.

Naprzeciwko mnie w pokoju, w którym pracowałem, siedziała pani Perkowska, siostra znanego
kompozytora. Powstała między nami cicha, niepisana umowa. Kiedy ja redagowałem komunikat w
sąsiednim pomieszczeniu, ona załatwiała moich klientów.

Po kilkunastu dniach pracy zapotrzebowanie na komunikaty szalenie wzrosło. Kolporterzy,


rekrutujący się spośród moich znajomych, jak i ze środowiska zbliżonego do prezydenta
Starzyoskiego, zamawiali coraz większe ilości komunikatów. Do pracy wciągnąłem znajomą
maszynistkę. Była to przemiła starsza pani; dziś już nie pamiętam ani jej nazwiska, ani imienia.

Równocześnie z tą akcją rozpocząłem namawiad odbiorców komunikatów, aby zbierali i


identyfikowali miejsca, gdzie może byd zakopana broo. Wytworzył się pewien system łaocuszkowy.
Od najbliższych mi ludzi otrzymywałem szkice - które ci ze swej strony otrzymywali od innych -
miejsc, gdzie była ukryta broo. Po pewnym czasie akcja ta przerosła moje możliwości. Nie należałem
do żadnej organizacji i właściwie nie wiedziałem, co dalej robid z bronią, o której istnieniu donieśli mi
moi informatorzy. Nie pozostało nic innego, jak na własną rękę konfrontowad wskazane miejsca z
otrzymywanymi planami. Jednym z najbardziej aktywnych i dzielnych chłopców był syn dozorcy z
ulicy Floriaoskiej, Sasin. Nie było tygodnia, aby nie przyszedł z meldunkiem lub planem, gdzie
znajduje się broo.

Czasami przynoszono bezpośrednio do „Zachęty” małe ilości broni. Miałem z tym pewien kłopot. Nie
wiedziałem, gdzie ją ukryd. Po dłuższym obserwowaniu personelu „Zachęty” wtajemniczyłem w swą
pracę jednego z woźnych Towarzystwa Sztuk Pięknych. Obserwowałem go od dawna. Nazywał się
Serżysko. Był to człowiek cichy, poważny, wyglądał na chorego. Nikt w „Zachęcie” nie podejrzewał, w
jaką spółkę z nim wszedłem. Przekazywaną mi broo oddawałem jemu, a on ukrywał ją na terenie
„Zachęty”. Nasz magazyn pęczniał.

Zapotrzebowanie na komunikaty radiowe wzrastało coraz bardziej. Praca redakcyjna zajmowała mi


coraz więcej czasu. Pani Ejsmontowa z niewinną miną coraz częściej opuszczała biuro i przenosiła się
na parter do sklepu. Nawet wstawiła sobie tam biurko. Nieoceniona kobieta.

Pani Perkowska sekundowała mi, przymykając oczy na to, co robię, i wykonywała za mnie pracę
biurową. A moja maszyna do pisania nie próżnowała. Niestety, pomimo tych wysiłków nie mogliśmy
pokryd zapotrzebowania na wiadomości radiowe. Wiedziałem, że jedynie powielanie komunikatów,
chodby na powielaczu ręcznym, rozwiąże sytuację. Zwierzyłem się ze swoich zamiarów Sasinowi. Tym
samym zdekonspirowałem źródło wydawania komunikatów, które on też kolportował. Odpowiedział
mi krótko, po warszawsku: „Zrobi się...” Nie upłynął tydzieo, jak przyszedł do mnie roześmiany, z
wielką paką. Co za radośd! Przyniósł autentyczny, ręczny powielacz trochę podniszczony, ale
doskonale nadający się do natychmiastowego użytku. Farbę i klisze zdobyłem bez trudności. Od tej
chwili praca rozpoczęła się na dobre. W „Zachęcie” właściwie już pracowałem fikcyjnie, cały czas
poświęcając robocie konspiracyjnej.

Postanowiłem swoich „donosicieli” broni eksploatowad jeszcze w inny sposób. Odbyłem z nimi małą
odprawę i pouczyłem, aby mieli otwarte oczy i uszy na to, co się dzieje w terenie, na którym
mieszkają lub działają. Wszystkie wiadomości lokalne i różne uwagi powinni dostarczad do mnie. W
ten sposób „Ajencja Radiowa”, bo tak się nazywał przez długi czas mój komunikat radiowy,
wzbogaciła się o nowy dział wiadomości z kraju. Zapotrzebowanie na „Ajencję Radiową” stale
wzrastało, a z nim i nakład jej, i objętośd.

W tę pozornie cichą pracę konspiracyjną wkradła się jednak prawdziwa rzeczywistośd okupacyjna z
całym bezwzględnym okrucieostwem. Utrwalił mi się w pamięci jeden z wypadków, który w
pierwszych miesiącach okupacji nie należał do wyjątków. Nikt ich nie notował i pamięd o nich
zaginęła wśród zdarzeo dalszych okrutnych lat okupacji.

Wielu warszawiaków mówiło w tym okresie, że tu czy tam była strzelanina, na tej czy na tamtej ulicy
ktoś został zabity, lecz mało kto się orientował, co było przyczyną tych wypadków.

Pewnego dnia w koocu października czy też listopada 1939 roku przyszedł do mnie jeden z
informatorów i w serwisie dla „Ajencji Radiowej” przyniósł małą notatkę, że w alei Waszyngtona
zastrzelono robotników, którzy przyjechali z furą piasku reperowad chodnik, zniszczony w czasie
operacji wrześniowych. Nigdy nie przypuszczałem, że ta wiadomośd łączy się z moimi nieznajomymi
przyjaciółmi, których imion ani nazwisk nie znałem i nigdy nie dowiedziałem się, gdzie mieszkają.

Zacznę od początku. Pewnego dnia przyszło dwóch młodych chłopców, może szesnasto-,
siedemnastoletnich, podali hasło, a potem na biurku znalazła się kartka z oznaczonym miejscem,
gdzie ukryto trzy ręczne karabiny maszynowe i skrzynkę granatów. Wszystko, według tej relacji, miało
byd zabezpieczone nasyconymi smołą szmatami. Była tylko jedna trudnośd. Jak to wszystko przenieśd,
gdyż broo ta znajdowała się, o ile mnie pamięd nie myli, na trawniku w alei Waszyngtona. Ruch na tej
ulicy jest duży, moc patroli. W nocy też niebezpiecznie ze względu na ruch wojsk, nie mówiąc już o
obowiązującej godzinie policyjnej.

Odbyłem z chłopcami krótką naradę i blondynek, który był bardziej rezolutny, powiedział, że i tak
dadzą sobie radę. Nigdy nie przypuszczałem, że otrzymana wiadomośd dla „Ajencji Radiowej” łączy
się z moimi młodymi przyjaciółmi, którzy mieli „dad sobie radę” z wydostaniem broni.

Następnego dnia przyszedł do mnie jakiś nieznany chłopiec. Wymienił hasło i powiedział, że chce
podad szczegóły wypadków, jakie zaszły w alei Waszyngtona. Oto jego relacja:

„Przyszedł do nas, to jest do mojej rodziny, kolega, z którym przed wojną grałem w klipę. Powiedział,
abym z nim jechał po broo. Powiedział, że musimy skombinowad furę z piaskiem i że będziemy
udawad robotników, którzy reperują bruk. Pytałem go, po co fura i koo, przecież tak małą ilośd broni
możemy przenieśd w inny sposób. Nie o to jednak chodziło. Przecież trzeba było to zrobid na oczach
ludzi, żeby nikt nie zwrócił uwagi. Jak ustaliliśmy, tak i zrobiliśmy. Pożyczyłem furę i konia od
znajomego furmana i w ubraniach robotników udaliśmy się na miejsce wraz z jeszcze jednym kolegą.
Przyjechaliśmy z samego rana, -tuż po godzinie policyjnej. Mnie kazali iśd i obserwowad z daleka
wszystko, abym w razie czego dał znad, gdzie potrzeba. Chłopaki rozkopali trawnik i dla
zakonspirowania akcji wyjęli t chodnika kilką płyt. Tuż pod płytką warstwą ziemi znajdował się bagaż.

Nagle z głębi Waszyngtona nadjechała «buda». Poprzedzał ją motocykl. Motocyklista oraz siedzący w
koszu żandarm czy też żołnierz nagle zatrzymali się przed kopiącymi i podeszli do nich, potem
błyskawicznie odskoczyli od wykopu i z okrzykiem: «Hände hoch!» - skierowali automaty na
chłopców. Ci zrobili odruch ucieczki, lecz zanim wykonali obrót, salwa z automatu położyła ich
trupem”.

Tak zakooczyło się opowiadanie chłopca o małych bohaterach. Praca raz rozpoczęta musiała stale iśd
naprzód. Na murach Warszawy ukazały się obwieszczenia o wyrokach śmierci. Okupant z całą
precyzją przystępował do sterroryzowania ludności polskiej. Reakcja mego otoczenia na pierwsze
akty terroru była zróżnicowana. Nie spotkałem się jednak nigdy z zupełnym załamaniem.

To już nie jest zabawa w konspirację - myślałem. - To jest wyjście naprzeciw niebezpieczeostwu.
Niosąc „bibułę” czy broo czułem się jak bohaterka z „Portretu” Struga. Człowiek wpadał w egzaltację.

Nastąpił fatalny grudzieo 1939 roku. Tuż po świętach Bożego Narodzenia rozeszła się po Warszawie
lotem błyskawicy wiadomośd o rozstrzelaniu grupy mieszkaoców Wawra. Mord ten w pierwszej
chwili pogrążył w depresji ludzi, z którymi miałem stycznośd. Słychad było nawet gdzieniegdzie głosy:
„Po co ich drażnid?”
Lecz Warszawa otrząsnęła się szybko z tego makabrycznego wrażenia. Twierdzono, że mord wawerski
wskazuje na słabośd wroga, który nas w ten sposób chce sterroryzowad. Liczono we wszystkich
środowiskach warszawskich na wiosnę 1940 roku, która według krążących pogłosek miała zmienid
radykalnie sytuację. Jak przyjdą roztopy - mówiono - rozpocznie się ofensywa aliancka i armie
niemieckie, wyposażone w ciężką broo mechaniczną, ugrzęzną na rozmokłych drogach polskich,
odcięte od macierzy.

Przyszła wiosna 1940 roku Zamiast dobrych wieści przychodziły wiadomości coraz gorsze. Ulice
Warszawy zmieniły swój wygląd. Ludzie spieszyli gdzieś, byli przygnębieni. Na ulicach coraz więcej
żebraków, śpiewaków ulicznych i grających na bruku orkiestr. Wśród pao modne stają się buty na
komturach drewnianych. Mężczyźni, zwłaszcza młodzież, starają się zdobyd buty „oficerki”. Lecz
moda na długie buty szybko się skooczyła, gdyż rozeszła się wiadomośd, że Niemcy specjalnie
wyłapują mężczyzn w „oficerkach” jako ukrywających się oficerów. Równocześnie z wiosną 1940 roku
przyszła inna męska moda - zapuszczanie wąsów i bród. To miało mężczyznom nadad bardziej
marsowy wygląd, a równocześnie „konspirowad” właściciela zarostu. Lecz i ta moda skooczyła się
szybko. Gestapo - jak mówiono - miało też na oku brodaczy jako ludzi podejrzanych o konspirację. Dla
nas wiosna 1940 roku nie przyniosła żadnej poprawy; na frontach znów rozgorzały zwycięskie dla
Niemców walki.

W moim konspiracyjnym życiu nastąpiła zasadnicza zmiana. Dzięki jednej z dziewcząt poznanych w
stołówce „Zachęty” nawiązałem kontakt z autentyczną komórką konspiracyjną. Nareszcie mogłem
oddad broo organizacji i wejśd w jej skład, wnosząc niezły „posag”. Było to dla mnie duże przeżycie.
Łączniczka podała mi hasło i adres, gdzie mam się zjawid. Danych tych musiałem nauczyd się na
pamięd. Już przed oznaczoną godziną udałem się na miejsce, nie mogąc doczekad się spotkania.
Chodziłem po sąsiednich ulicach, a kiedy nadeszła oznaczona pora, z precyzją stopera zapukałem w
umówiony sposób do drzwi. Serce miałem w gardle, gdy wymieniałem hasło. Jakaś łączniczka, której
twarzy ze zdenerwowania nie zapamiętałem, wprowadziła mnie do obszernego pokoju,
umeblowanego bardzo dostatnio. Za stolikiem siedziało trzech czy czterech mężczyzn.

Po sposobie zachowania od razu można było poznad wojskowych. Rozmowa była bardzo krótka. Będę
zaprzysiężony w najbliższym czasie, lecz teraz muszę przedłożyd wyniki mojej pracy. Z dumą
wyciągnąłem przyniesione te sobą trofea: planiki z oznaczeniem miejsca, gdzie zabezpieczona była
broo, oraz spis broni, jaką zgromadziłem w podręcznym magazynie w „Zachęcie”. Oświadczyłem, że
cały mój zbiór przekazuję organizacji i że sam przeniosę go do wyznaczonego lokalu.

Trudno wyobrazid sobie, jaka duma mnie rozpierała. Może ktoś zada sobie pytanie, dlaczego nie
dowiedziałem się, jaka to jest organizacja, jakie ma plany, itd., itd.

Moi drodzy, wyobraźcie sobie młodego człowieka, którego jedynym celem w uczelni było skooczenie
jej za wszelką cenę z wyróżnieniem i jeśli już nie uzyskanie pozycji Michała Anioła, to przynajmniej
takiej wziętości na rynku, aby mied dobre wystawy i krytyki. Było w tym marzeniu nie tyle
wyrachowanie, ile pewna cecha zawodowa każdego artysty. Okupacja przeniosła mnie w świat ucisku
i zbrodni. Powodowała mną jedyna myśl: walki z wrogiem, i tylko ona przyświecała mojej pracy
konspiracyjnej. Tak też my, młodzi, wyobrażaliśmy sobie wyidealizowaną konspirację.
Dalszą naszą rozmowę cechowała raczej rzeczowośd; toczyła się ona wokół moich możliwości. Nie
było z ich strony żadnej fanfaronady, tak jak i zachwytów nad moją działalnością. Polecili mi dalej
podtrzymywad kontakty, zmagazynowaną broo dalej przechowywad, ale nie zabezpieczad przed
zniszczeniem, gdyż w odpowiednim czasie zostanie przejęta przez fachowców. Nowe informacje
miałem od tego czasu przekazywad przez wskazaną łączniczkę, która, gdy przyjdzie na to pora, powie
mi, dokąd mam przenieśd mój „arsenał”.

Ulica warszawska w 1940 roku

Otrzymałem po raz pierwszy pseudonim: „Malarz”. Lokal opuszczałem pełen dumy i zachowywałem
się co najmniej jak Sherlock Holmes. Wyszedłem z sieni obojętnie. Przeszedłem parę kroków i
zrobiłem gwałtowny krok w tył - tak w powieściach kryminalnych zachowuje się bohater śledzony,
kiedy staje oko w oko z niebezpieczeostwem. Mnie jednak nikt nie śledził. Ulica Bartoszewicza była
pusta - a ja trochę zawiedziony.

Następną moją czynnością było wyciągnięcie z kieszeni lusterka i manipulowanie nim tak, aby
widzied, co się za mną dzieje. Lecz i to nie przysporzyło mi wrażeo. Ulice dalej były puste i tylko
czasami przechodził jakiś obojętny człowiek. Zachowywałem się jak autentyczny neofita konspiracji.
Dziś, gdy sobie te czasy przypominam, widzę, jak szybko stałem się potem „zawodowym
konspiratorem”.
A tymczasem „Ajencja” rozwijała się. Kupiłem nowy, udoskonalony powielacz, który już pracował u
moich znajomych na ulicy Hożej. Matryce w dalszym ciągu pisaliśmy w „Zachęcie”. „Ajencja” już
posiadała cztery kartki.

Tę sielankę zmącił niespodziewany wypadek. Na górze, nad sklepem od strony ulicy Królewskiej,
oprócz biura znajdował się salon z obrazami i rzeźbami. Niektórzy klienci, nie mogąc dobrad sobie
obrazów w sklepie, przychodzili na piętro. Zapotrzebowanie na dzieła sztuki i antyki w pierwszym
okresie okupacji tłumaczyło się ucieczką od gotówki i lokatą pieniędzy w przedmiotach
wartościowych. Od czasu do czasu przychodzili tu Niemcy, kupując przeważnie obrazy o tematyce
warszawskiej, aby wysład je do swoich rodzin jako pamiątkę z okupowanego kraju.

Pewnego dnia na górce w „Zachęcie” oprócz mnie i pani Ejsmont, która była już zupełnie wciągnięta
w robotę konspiracyjną, siedziało przy stole pięd osób. Przed nami wyłożone były różne planiki i
notatki dotyczące ukrytej broni na terenie Warszawy. Omawialiśmy sposób jej „zamelinowania” i
inne sprawy związane z konspiracją. Pod stołem w paczce leżały granaty, przyniesione przez jakiegoś
łącznika. Nagle w drzwiach stanęło trzech oficerów Wehrmachtu. Chodząc po galerii zabłądzili do
naszego pokoju. Nastąpiła konsternacja tak z jednej, jak i z drugiej strony. Niemcy wycofali się z
salonu, a jeden z nich pobiegł do telefonu, widocznie wyczuwając, iż coś się tu dzieje. Dwaj pozostali,
mając rewolwery w ręku, trzymali nas w szachu - nie pozwalali nikomu zejśd na dół. Powoli złożyłem
notatki i schowałem je do kieszeni. Ale co zrobid z granatami?

W tym momencie wszedł na górę nie zatrzymany przez Niemców woźny Serżysko. Błyskawicznie
zorientował się w sytuacji i spokojnie podszedł do mnie - tak jakby się nic się działo. Szeptem
wyjaśniłem mu, że za wszelką cenę należy usunąd granaty i notatki.

Serżysko, nie zastanawiając się, bierze notatki w rękę, podane mu tak, aby ich nie widzieli Niemcy, i z
całą bezceremonialnością wyciąga paczkę z granatami spod stołu. W drugim ręku trzyma szczotkę do
zamiatania podłogi i idzie prosto ku drzwiom wyjściowym, przy których stoją Niemcy. Nam dosłownie
serca zamarły. Nowi „goście” stoją obok siebie, miny mają niepewne, gdyż my zachowujemy się jak
najspokojniej i udajemy dalej, że wykonujemy pracę biurową.

Na ulicy słychad przejeżdżające samochody i odgłos rozmów przechodniów. Nagle od strony


Krakowskiego Przedmieścia usłyszeliśmy syrenę samochodu. Głos jej zbliżał się szybko. Jakiś
samochód zatrzymał się gwałtownie przed gmachem „Zachęty”. Zrozumieliśmy, że przyjechała
„odsiecz” dla Niemców, którzy nas pilnowali. Ci natychmiast nabrali pewności i za chwilę informowali
przybyłą żandarmerię o swoich podejrzeniach. Kazano nam ustawid się pod ścianą i najpierw poddani
byliśmy osobistej rewizji, a potem odbyło się legitymowanie. Papiery mieliśmy w porządku. Pani
Ejsmontowa wytłumaczyła im, że zbierają się tu artyści itd., itd. Mieliśmy szczęście, że dostaliśmy się
w ręce Wehrmachtu. Oficer prowadzący akcję zainteresował się obrazami, a my tylko na to
czekaliśmy, aby rozładowad napięcie. Nie wiem już, kto zaczął go oprowadzad po galerii i
zaproponował zejście do sklepu, aby mógł obejrzed najlepsze wystawione tam obrazy. Szczęśliwie
nastąpiło odwołanie alarmu - tym razem udało nam się. Po tym wypadku lokal w „Zachęcie” należało
zlikwidowad, przez pewien czas jednak jeszcze tu pracowaliśmy.
Zima 1940 roku kooczyła się. Był brzydki, marcowy dzieo. Padał deszcz ze śniegiem. Jechałem
tramwajem w kierunku Wierzbna. Częśd wagonu tramwajowego oddzielała poprzeczka z napisem:
„Nur für Deutsche”. Na przystanku przed placem Zbawiciela wsiedli mały chłopczyk i dziewczynka
(może niektórzy z warszawiaków pamiętają tę parę; on miał około ośmiu lat, dziewczynka była od
niego młodsza). Zarabiali śpiewając po tramwajach. Po wejściu do wagonu rozpoczęli swój „duecik”
piosenką znaną wszystkim warszawiakom: „Dnia pierwszego września roku pamiętnego...”

W „przegrodzie” na przodzie wagonu jechali mundurowi Niemcy i jacyś dobrze ubrani cywile. Polska
publicznośd daje znaki dzieciom, aby przestały śpiewad, bo może ktoś z tamtej strony wagonu zna
język polski. Od pasażera do pasażera zbliżają się do przedziału dla Niemców. Po skooczeniu tej
piosenki dzieci zaśpiewały „Jeszcze Polska nie zginęła”. W pewnej chwili jakiś mężczyzna, ubrany w
cywilne ubranie, złapał za kark dzieciaki, szarpnął za linkę i kiedy tramwaj gwałtownie zatrzymał się -
wyprowadził je na ulicę. Dzieci bezradnie szamocą się, lecz cywil popycha je w kierunku ulicy
Litewskiej. Wysiadłem, aby zobaczyd, co dalej z nimi będzie. Dzieci o coś proszą - tego nie słyszę. Lecz
mężczyzna popycha je przed sobą. Chłopiec w pewnym momencie wyrwał się i jego kapotka została
w rękach Niemca. Ten rzucił ją i momentalnie złapał „śpiewaka” za szyję, puszczając dziewczynkę,
która jednak nie odeszła - podniosła paltocik chłopca z ziemi. Mężczyzna ciągnął małego w koszulinie
wśród deszczu i śniegu w kierunku alei Szucha. Tam mieściło się Gestapo. Dziewczynka szła za nimi w
odległości kilku kroków...

Oprócz pojedynczych śpiewaków od pierwszych dni okupacji - a szczególnie od wiosny 1940 roku - po
ulicach Warszawy krążyły całe orkiestry. Dwie z nich składały się z członków zamkniętej - na skutek
rozporządzenia Generalnego Gubernatora Franka - Opery i Filharmonii Warszawskiej. Zamknięto
poza tym biblioteki, teatry, kina, licea i uczelnie wyższe. Uruchomiono tylko nieliczne kina z filmami
niemieckimi, lecz zostały one zbojkotowane przez ogół społeczeostwa Warszawy. W orkiestrach
ulicznych często występowali soliści. Śpiewali nowe i stare pieśni patriotyczne.

Postanowiłem pieśni te, chodby w najskromniejszej formie, wydad drukiem. Wczesną jesienią 1940
roku po usilnych staraniach udało mi się skontaktowad z małą drukarnią współpracującą z organizacją
„Racławice”. Kontakt był przez „Mietka”. Spotkanie nastąpiło w ich lokalu na ulicy Mokotowskiej róg
Hożej. Przedstawiłem „Mietkowi” swój projekt i przy jego pomocy zrealizowałem wydawnictwo pt.
„Walka trwa”. Był to jeden z pierwszych tomików wierszy, wydany drukiem łącznie z nutami i
ozdobiony rysunkami, jaki powstał w okupowanej Warszawie. Objętośd jego była mała, gdyż liczył
zaledwie osiem stron druku. Śpiewnik rozszedł się w Warszawie błyskawicznie. Wydrukowała go
prywatna drukarnia Hartmana przy ulicy Mokotowskiej 69/71. Drukarnia po pewnym czasie została
zdekonspirowana, a właściciel zamordowany przez Gestapo.

Wródmy jednak do wiosny 1940 roku. Kwiecieo był dla Warszawy pełen napięcia. Bez przerwy
podawano sobie z ust do ust wiadomości o mających nastąpid aresztowaniach i represjach, zwłaszcza
w środowiskach robotniczych i lewicowych. Powodem tego miały byd obawy Niemców, że w
zbliżającym się dniu 1 maja Warszawa robotnicza wyjdzie manifestowad na ulicę.

Już na tydzieo przed tym świętem po ulicach stolicy gęsto krążyły patrole Wehrmachtu i żandarmerii.
Wyjątkowo silnie obstawiono mosty warszawskie. Dla łączników i kolporterów organizacji
podziemnych nastąpił ciężki okres pracy.
Nadszedł ostatni dzieo kwietnia 1940 roku. W Warszawie z ust do ust szeptano, żeby zachowad
spokój, bo w razie jakichś rozruchów tylko wykrwawimy się bezcelowo. Mówiono też, że Niemcy chcą
sami sprowokowad rozruchy, aby mied możnośd zastosowania represji.

Strona tytułowa śpiewnika

Siedzę w „lokalu” i patrzę na zburzony dom po przeciwległej stronie ulicy Królewskiej. Według
otrzymanych informacji w zawalonej bramie stoi wóz załadowany amunicją i bronią. Ciągle myślę, jak
się do niego dokopad. Lecz w tej dzielnicy kręci się dużo Niemców i odgruzowanie trwałoby parę dni.

Do pokoju wszedł Sasin i oświadczył trochę zmieszany, że skrzynka z granatami oraz ręczny karabin
maszynowy, znajdujący się w szopie stojącej na podwórzu jednego z domów przy ulicy Floriaoskiej,
muszą byd zabrane. Ludzie mówili, że w nocy Niemcy przeprowadzą masowe rewizje w domach, a
zwłaszcza w tych, które sąsiadują z obiektami wojskowymi, mostami i urzędami niemieckimi. Trudno
ludzi przekonywad, że nic im nie grozi, gdyż wszędzie jest pełno patroli. Widad, że wróg jest w
pogotowiu.

Natychmiast dałem znad organizacji o tym fakcie i zgłosiłem równocześnie gotowośd przeniesienia
broni do lokalu znajdującego się po drugiej stronie Wisły. Cały ładunek kazano mi dostarczyd do
magazynu, mieszczącego się w parku żoliborskim. Opracowałem następujący plan przeprowadzki:
najpierw całośd przeniosę w dwóch rzutach z Pragi na stronę warszawską do bezpiecznego lokalu, a
potem partiami na Żoliborz. Na lokal przerzutowy przeznaczyłem mieszkanie pani Marty C. na ulicy
Karowej przy Topiel. Ubezpieczała mnie Krystyna B. Udałem się na Floriaoską, a Krystyna stanęła na
„czujce” po drugiej stronie ulicy. W razie mojej wpadki miała natychmiast zawiadomid lokal, do
którego idę, i ten, z którego wyszedłem. Na podwórzu czekali już na mnie. W komórce przeniosłem
RKM do pudła od skrzypiec. Granaty pozostawiłem na następny raz. Natychmiast wyszedłem na ulicę
i udałem się na przystanek tramwajowy, naprzeciwko szpitala Przemienienia Paoskiego. Do tramwaju
wsiadłem razem z Krystyną i od razu udałem się na przedni pomost. Ona pozostała w tyle wagonu.
Wysiadłem za mostem Kierbedzia, kierując się ku Dobrej. Krystyna pikietowała mnie z przeciwległej
strony. Pierwsza tura przenoszenia broni przeszła gładko. Teraz należało przenieśd granaty
przynajmniej w dwóch rzutach, też w pudle od skrzypiec.

I znów wróciliśmy na Floriaoską. Niestety, spotkałem się z decyzją przechowujących broo, aby od razu
zabrad wszystkie granaty, gdyż ciągłe wynoszenie paczek może wydad się podejrzane mieszkaocom
kamienicy. Nie było rady, trzeba było wziąd całośd, która mieściła się w drewnianej skrzynce. Nigdy
nie cieszyłem się wielką siłą fizyczną ani dobrym zdrowiem. Dlatego zdawałem sobie sprawę, że
oprócz ryzyka samej akcji przenoszenia muszę zdobyd się na duży wysiłek. Ubrany byłem w liche
odzienie - beret dobrze podniszczony naciągnięty był prawie na uszy.

Trochę w tym ubiorze podobny byłem do chłopaka na posyłki, tak mi się w każdym razie wydawało.
Ludzie pomogli mi zarzucid skrzynkę na barki i tak objuczony wyszedłem na ulicę. Kiedy Krystyna
zobaczyła mnie na ulicy bez skrzypiec, tylko z paką na ramionach, o mało nie przysiadła ma chodniku
ze zdziwienia. Opanowała się i ruszyła kilkadziesiąt kroków przede mną. Wiedziałem, że teraz, jeśli
wpadnę, nie będzie ocalenia - takiego ładunku, który swoją objętością zwracał uwagę, trudno się
pozbyd. Żałowałem, że nie włożyłem do kieszeni ani jednego granatu.

Nadjechał tramwaj. Wsiadłem, i znów za mostem Kierbedzia, razem z wysiadającymi, przeszedłem na


drugą stronę ulicy, kierując się ku Dobrej.

Nagle schodami prowadzącymi z niższego bulwaru pod mostem - Wyszedł patrol Niemców.
Opanowałem się i ruszyłem dalej. Nagle usłyszałem za sobą okrzyk: „Halt!”

Zatrzymałem się.

Skrzynka z granatami na moim karku - zdawało mi się - zmieniła się w potworny ciężar, który zaraz
przywali mnie do ziemi. Wiedziałem, że zbliża się mój koniec - prawdopodobnie nawet bez większego
śledczego prologu. Stałem ze spuszczoną głową. Ręce podniesione do góry przytrzymywały skrzynię,
owiniętą w papier. Żandarm powoli podszedł do mnie i dotknął kolbą.

- Jude! - niespodziewanie wrzasnął.

Takiego obrotu sprawy nie spodziewałem się. Na chwilę podniosłem z wysiłkiem głowę. Kant skrzyni
wrzynał mi się w szyję. Spojrzałem w bok - Krystyna już biegła ku zakrętowi Dobrej.

To dobrze - pomyślałem - będzie prędzej w lokalu i uprzedzi o tym, co się ze mną stało.

Tymczasem Niemiec coraz natarczywiej przyciskając automat do mojej bluzy krzyczał: „Jude! Jude!”

Byłem sam. Ludzie pouciekali. W pobliżu stało jeszcze trzech Niemców z patrolu. Odpowiedziałem:
„Nein” - iw tym momencie olśniła mnie myśl. Jedną ręką podtrzymywałem skrzynię, a drugą
błyskawicznie rozpiąłem guziki rozporka w spodniach i... Dodałem przy tym dośd niepewnym, nie
wiem czemu, głosem: „Nein”.
Reakcja ze strony Niemców była nieoczekiwana. Wybuchnęli tubalnym śmiechem i, o dziwo, jeden z
nich zaczął mnie poszturchiwad automatem, pokrzykując: „Schnell! Schnell!”

Dwa razy nie dałem się prosid i prawie biegiem leciałem do lokalu na Karowej. Stanąłem przed
drzwiami mieszkania i zapukałem w umówiony sposób. Kiedy znalazłem się w pokoju, nastąpiło
załamanie nerwowe. Drżałem i nie mogłem się rozprostowad. Byłem cały mokry.

Następnego dnia otrzymałem rozkaz przeniesienia broni w małych partiach na Żoliborz. Musiało
odbywad się to rano, tuż po godzinie policyjnej. Skromnie ubrany, udałem się na Żoliborz. Jakaś
młoda dziewczyna szła za mną. To była moja pikieta. Tak obstawiony kursowałem kilka razy. Drogę
wybierałem między domkami cichych uliczek Haukego i Zajączka. Za każdym razem, kiedy zbliżałem
się do celu, serce biło mi mocno. A „lokal” był więcej niż oryginalny. Ulicą Czarnieckiego wchodziłem
od tyłu do parku żoliborskiego. Dróżkami szedłem w kierunku wyjścia na ulicę Mickiewicza.
Dziewczyna szła za mną w oddaleniu. Słooce piękne, majowe. Bardzo chciałem usiąśd na ławce i
porozmawiad z łączniczką. Ona zna tylko mój pseudonim „Malarz”, dla mnie była tylko „od pani
Teresy”. I tylko tyle o sobie wiedzieliśmy. Dochodzę do wzniesienia fortowego. Na nim alejka, jakaś
kobieta wiezie w wózku dziecko. W alei u stóp wzniesienia dzieci bawią się w klasy. Kilka stopni przez
przerwę w fortowym wale i już ulica Mickiewicza z jej ruchem. Łączniczka siada na ławce i czyta
książkę. Wiem, że obserwuje mnie. Ja teraz idę wzdłuż wału, dochodzę do ciężkich drewnianych
drzwi, które prowadzą do lochów znajdujących się wewnątrz fortowych wałów. Otwieram skrzypiące
wierzeje. W środku uderza mnie piwniczna wilgod. Pod ścianami regały, a na nich jakieś kwiaty,
cebulki i bulwy. Pod inną ścianą stoją kosy, widły, konwie, parę taczek. Trzech starszych mężczyzn o
wyglądzie ogrodników krząta się tutaj. Podchodzę do jednego. Pytam - już dziś zapomniałem o kogo -
przypuśdmy o „pana Jana”. Wskazują mi najmłodszego, który stoi przy drzwiach prowadzących do
dalszych piwnic. Podchodzę do niego.

-- Cebulki tulipanów od pana Henryka - mówię hasło.

- Czekam na holenderki - pada odpowiedź.

Oddaję paczkę, każe mi odejśd i jak najprędzej przynieśd następną. I tak obracam parę razy.
Dziewczyna za każdym razem siada na ławce. Ani w jedną, ani w drugą stronę nigdy ze mną nie szła,
tylko zawsze w tyle za mną. Kiedy odniosłem ostatnią paczkę i tak bardzo chciałem chod parę słów z
nią zamienid - dziewczyny już nie było.

Została w moim wspomnieniu jako ta śliczna dziewczyna „od pani Teresy”.

Wielkanoc 1940 roku przyniosła Warszawie pierwszą publiczną demonstrację, wobec której Niemcy
czuli się bezsilni. W kościele Św. Anny, tak zwanym akademickim, na Krakowskim Przedmieściu,
powstał pierwszy patriotyczny grób wielkanocny. Oprawa plastyczna grobu, którego byłem
projektantem - tak jak i w następnych latach - symbolizowała wydarzenia i przeżycia całego roku nie
tylko w Warszawie, ale w całej Polsce pod okupacją.

Grób w roku 1940 był symbolem przeżyd roku 1939. Warszawa padła - wszędzie zgliszcza, ruiny,
zniszczenie naszych domostw; w wypalonym otworze okiennym umieszczony był krzyż ze zwęglonych
krokwi; dla grozy oświetlony dyskretnie czerwonym światłem. Od jego ramion zwisał żałobnie welon.
Na całośd rzucone słabe światło reflektorów. Przy wykonywaniu tego grobu pracowali malarze
artyści: Jerzy Baurski i Edmund Burkę. Przy następnych stronę malarską przygotowywał tylko Burke.
Nad całością od strony technicznej czuwała inżynier architekt Beata Trylioska. Postad Chrystusa
wykonał artysta rzeźbiarz, Józef Trenarowski. Jeśli idzie o całośd grobów, tak pod względem
architektonicznym, jak malarskim i kompozycyjnym, nie była ona pozbawiona pewnych usterek.
Jednak okoliczności, w jakich je wykonywano (w każdej chwili spodziewaliśmy się, że kościół może
byd otoczony przez Gestapo), nie sprzyjały takiej kompozycji, jaką stworzyłbym w normalnych
warunkach.

Ówczesnym rektorem kościoła Św. Anny był wspomniany już ksiądz Detkens, aresztowany tuż po
świętach Wielkanocnych w roku 1940 i po wielu miesiącach cierpieo obozowych zamordowany w
Dachau. W następnych latach administrował kościołem ksiądz prof. Kozubski, za którego kadencji
projektowałem w dalszym ciągu patriotyczne groby.

W ciągu lat okupacji groby w kościele Św. Anny stały się miejscem publicznych manifestacji
patriotycznej ludności Warszawy. Dziwne wydaje się, że okupant nie ośmielił się ich „zlikwidowad”.
Wymowa grobów z roku na rok stawała się coraz dobitniejsza. Niemcy, tak bezlitośni, urządzający
masakry na ulicach stolicy - wobec tej niemej manifestacji patriotyczno-religijnej okazali się bezsilni.

Lato 1940 roku. „Ajencja Radiowa”, w której coraz bardziej poczesne miejsce zajmowały wiadomości
terenowe, oprócz czytelników indywidualnych - na podstawie moich obserwacji - interesowała także
niektóre redakcje pism konspiracyjnych. To nasunęło mi myśl, aby przejśd na taki materiał, który
umożliwiłby coraz to nowym redakcjom, powstającym w warunkach konspiracyjnych, łatwiejszą
pracę. Duży nacisk położyłem na zbieranie informacji krajowych, które najbardziej mogły byd
przydatne prasie podziemnej. Był to właściwie pierwszy etap przekształcania się „Ajencji Radiowej” w
„Ajencję Prasową”, przeznaczoną do wyłącznego użytku pism konspiracyjnych, co było, jak sam się
przekonałem, bardzo im przydatne.

W ten sposób „Ajencja Radiowa” - początkowo zaadresowana do szerokiego czytelnika - pomału


zmieniła się w ajencję służącą prasie konspiracyjnej wszystkich odcieni ideologicznych. Ostatecznie
jednak dopiero pod koniec lata 1940 roku biuletyn ten został przemianowany na „Ajencję Prasową”.

„Ajencja Prasowa” rozrastała się. Objętośd jej wynosiła już dwanaście stron. Oprócz obszernych
komunikatów radiowych i wiadomości z kraju ukazały się w niej pierwsze komentarze. Ambicją moją i
zespołu było redagowanie jej w sposób jak najobiektywniejszy, przy wykorzystaniu możliwie obfitego
i różnorodnego materiału rzeczowego. Chcieliśmy, aby „Ajencja” docierała przede wszystkim do
redakcji pism, którym ułatwiałaby tak trudną pracę. Odnosiło się to zwłaszcza do prasy konspiracyjnej
wydawanej na prowincji i w getcie warszawskim. Wykaz pism, które z niej korzystały, świadczył, że
obsługiwaliśmy szeroki wachlarz prasy polskiego podziemia - zarówno prasę wojskową, grup
politycznych, nie pomijając prasy lewicowej, jak i prasę wychodzącą w getcie warszawskim w języku
żydowskim i po polsku.

Pewnego letniego dnia 1940 roku zostałem wezwany przez komórkę, z którą współpracowałem w
zakresie przekazywania broni. W krótkich słowach powiedziano mi, że nie będę się dalej zajmował
bronią, gdyż nie mogę pełnid dwóch funkcji. Ponieważ wyniki mojej pracy redakcyjnej są dobre,
proponują mi przejście do komórki prasowej Związku Walki Zbrojnej, przeobrażonego później w
Armię Krajową. Był to dla mnie duży sukces. Wyznaczono dzieo i lokal, w którym miałem zetknąd się z
kierownikiem działu prasowego ZWZ. W piękny, letni poranek udałem się na ulicę Czackiego, gdyż
tam mieścił się lokal kontaktowy. Jak dowiedziałem się później, przyjął mnie i wprowadził b. senator
Tadeusz Kobylaoski. Rozmowa była serdeczna. Propozycję pracy redakcyjnej w „Ajencji Prasowej” w
ramach ZWZ przyjąłem.

Ryksza na ulicach Warszawy

Odtąd „Ajencja Prasowa” stała się - zgodnie z moją intencją - organem przeznaczonym wyłącznie dla
prasy podziemnej i obsługującym różnorodne pisma. Równocześnie do redakcji zostali
dokooptowani: redaktor „Brzeski” (Zbigniew Kunicki), potem Jadwiga Krawczyoska oraz nowe
łączniczki. Praca w redakcji zaczęła byd prowadzona w sposób fachowy. W wykazie, jaki prowadziła
„Jadwiga”, przemiła i oddana sprawie młoda dziewczyna, z wykształcenia polonistka, figurowało
prawie osiemdziesiąt redakcji, korzystających z pełnego serwisu informacji. (Na podstawie tej
ewidencji można się było przekonad, jakie działy należy rozbudowad i co cieszy się największą
popularnością).

Od tej pory „Ajencja Prasowa” dzieliła się na następujące działy: wiadomości krajowe (z Warszawy i z
prowincji), wiadomości gospodarcze na tle niemieckich zarządzeo, wiadomości o aresztowaniach,
wywózkach do Niemiec oraz opisy udanych akcji partyzanckich. Ponieważ materiały te były rzeczowe,
bez żadnych komentarzy, służyły jako cenny materiał dla redakcji pism.

Następny dział - zagraniczny - podawał wiadomości radiowe ze wszystkich frontów oraz informacje
polityczne, zawierające wyciąg z prasy zagranicznej. Dawały one naświetlenie różnych faktów i
orientacji politycznych.

Chciałbym wspomnied tu także o lokalach redakcyjnych i kontaktowych. Ludzie, którzy oddawali swe
mieszkania do dyspozycji warszawskiego podziemia, przeważnie nie pytali, co tam będzie się robid lub
do jakiego ugrupowania należą ludzie gromadzący się w ich mieszkaniach. W razie niebezpieczeostwa
nie znani im konspiratorzy uchodzili lub razem z nimi byli aresztowani, a życie i dobytek właścicieli
mieszkao padały pastwą Gestapo.

Dla nich byliśmy tylko „konspiratorami”, którzy walczą z okupantem. I to im wystarczało, aby oddad
swój dom do dyspozycji organizacji, obojętne, jaka ona była. Stosunkowo niewielka ilośd lokali
konspiracyjnych przydzielana była przez kierownictwo podziemia. Większośd mieszkao, w których
pracowali członkowie ruchu oporu, wyszukiwana była przez nich samych wśród znajomych i rodzin.

W okresie mojej pracy odwiedziłem wiele „lokali” niemal we wszystkich dzielnicach Warszawy.
Niektóre z nich pozostały mi w pamięci do dnia dzisiejszego...

Domy przy zbiegu ulic Madalioskiego i Puławskiej tworzą mały, półokrągły placyk. Wchodzę do
budynku oznaczonego nr. 114 na parterze. Trzy krótkie dzwonki i jedno puknięcie palcem do drzwi to
hasło, że za nimi stoi „swój”. Za drzwiami ciche miękkie kroki. Ktoś zatrzymał się i spojrzał na mnie
przez „judasza”. Drzwi otworzyły się cicho. W korytarzu zastawionym meblami półmrok. A w nim
sylwetka starszej pani. Przywitałem się. Prowadzi mnie do saloniku. Krok ma żywy, ruchy zręczne jak
u młodej dziewczyny. Mieszkanie to przeznaczyłem wyłącznie do pracy redakcyjnej, a nie kontaktów.
Tu nie tylko pracowałem, lecz i odpoczywałem. Tu miałem swoją skrytkę na materiały i notatki. Zanim
zaczynałem pracę, zawsze prowadziliśmy z uroczą właścicielką tego mieszkania gawędę o sztuce, o
sytuacji w kraju i na świecie, przy dobrej herbatce, podanej w pięknych porcelanowych filiżankach.
Na ścianach, obwieszonych fotografiami różnej wielkości i z różnych lat, uśmiechała się zawsze ta
sama twarz. Niektóre z nich były już pożółkłe, lecz wszystkie mówiły o wyjątkowej urodzie
właścicielki. Była ubrana w różne kostiumy teatralne. Na ścianach wisiało dużo dyplomów i wiele,
wiele pożółkłych wieoców i wiązanek. Właścicielką tego mieszkania była wielka aktorka, Irena Solska.
Dziś, kiedy wspominam te dni, wiem, iż należą one do wielkich moich przeżyd.

Na nie istniejącym dziś odcinku ulicy Wspólnej, między placem Trzech Krzyży a ulicą Kruczą, po
prawej stronie, stał mały domek. Na pierwszym piętrze tabliczka: „Nalepioski - poeta”. Pukam w
umówiony sposób do drzwi, za którymi słychad zajadłe szczekanie psa. Drzwi otwiera sekretarka
„Ajencji Prasowej” - „Jadwiga”. Z drugiego pokoju wychodzi postad bardzo charakterystyczna: żona
zmarłego już dawno poety. Ubrana w duży czarny kapelusz, całą postad otula czarna peleryna. To
znak żałoby nie po mężu, lecz po klęsce wrześniowej. Dla niej mąż dalej żyje. W pokoju, w którym
pracował, nic nie wolno poruszyd. Na biurku leży pióro tak, jak zostawił je poeta. Kałamarz otwarty, a
w nim wyschnięty atrament. W nieładzie leżą jakieś książki i notatki. Całośd robi wrażenie, jakby
właściciel za chwilę chciał usiąśd i dalej tworzyd. Na czas naszej pracy pani Nalepioska zawsze
wychodziła z domu. Zdaje mi się, że nie tylko my tu się zbieraliśmy, gdyż przestrzegała bardzo godzin,
w których mieliśmy przebywad w jej mieszkaniu. Aby nie naruszyd pamiątek po jej mężu, redakcję
urządziliśmy w kuchni. Lokal służył nie tylko do pracy redakcyjnej, ale i do kontaktów. Dlatego też
panował tu duży ruch. Pani Nalepioska w mieszkaniu swoim trzymała jedyną stałą lokatorkę, piękną
suczkę seterkę. Któregoś dnia suczka się oszczeniła. Było tych szczeniąt z pięcioro. Legowisko zostało
urządzone w pudle rozsuniętej kanapy w kuchni. Biedna psina długo musiała karmid swoje małe,
ponieważ pani Nalepioska wśród lokatorów kamienicy rozpuściła wiadomośd, że ludzie, którzy do niej
przychodzą, to amatorzy piesków, ale ona nie chce szybko oddad ich w obce ręce. W ten sposób
suczka i jej szczenięta były piorunochronem przed niebezpieczeostwem. Lokal działał dobrze. Lecz
przyszedł czas oddania szczeniaków, a my sami też odeszliśmy, gdyż nie lubiliśmy długo siedzied na
jednym miejscu.

Po wielu latach dowiedziałem się, że pokój, który miał charakter sanktuarium po nieżyjącym mężu,
urządzony został specjalnie dla lepszego zakonspirowania innej grupy, która korzystała z tego lokalu.
Również czarna peleryna służyła celom konspiracji - pod nią przenosiła pani Nalepioska nielegalne
materiały.

Ulica Poznaoska. Dom przylegający do hotelu „Polonia”. Wielka ponura kamienica warszawskiego
dziewiętnastowiecza. Na czwartym piętrze obszerne, kilkupokojowe mieszkanie paostwa
Lewandowskich. Dużo później dowiedzieliśmy się, że niemal w każdym pokoju, tylko w różnych
godzinach, pracowała tu jakaś organizacja. Lewandowscy nigdy nie pytali, co się robi i dla kogo.
Wystarczyło tylko mied „dojście” do nich i pracowad przeciwko okupantowi, a od razu drzwi ich
mieszkania otwierały się gościnnie. Obydwoje pracowali na mieście, a w mieszkaniu „urzędowała”
gospodyni-staruszka. Pamiętała ona jeszcze konspirację z okresu pierwszej wojny światowej. Toteż ile
razy otwierała drzwi na umówione hasło, anonsowała nasze wejście sakramentalnym powiedzeniem,
w zależności od wieku wchodzącego: „Pan młodszy konspirator wchodzi” lub „Pan starszy konspirator
przyszedł”. Była przy tym niezmiernie wzruszona, zwłaszcza gdy na nasze hasło musiała odpowiedzied
odzewem. „Przydzielony” nam przez Lewandowskich pokoik mieścił się na koocu korytarza, za
kuchnią. Była to tak zwana po warszawsku „służbówka”. Umeblowanie jej składało się z małego
tapczanu, biurka i jednego fotelika. Tego ranka siedzieliśmy we dwóch z „Brzeskim”. Na biurku
rozłożony był materiał redakcyjny - nasłuchy radiowe i notatki. Od strony salonu usłyszeliśmy
gwałtowną rozmowę, z której nic nie rozumieliśmy, gdyż dzielił nas od rozmawiających korytarzyk i
salon. Jakieś kroki szybko zbliżają się do naszego pokoiku i bez pukania otwierają się drzwi. A w nich
stoi... umundurowany Niemiec. Oniemieliśmy z wrażenia. Obydwaj jak na komendę wstaliśmy i o
mało odruchowo nie podnieśliśmy rąk do góry. Ja, jakimś odruchem samozachowawczym wysunąłem
się do przodu, gdyż wydawało mi się, że w ten sposób nie wpuszczę Niemca do środka. Kunicki
(„Brzeski”) stanął przy biurku, zasłaniając sobą bibułę konspiracyjną. Niemiec też nie miał bojowej
miny. Za jego plecami stał jakiś cywil, który dobrą polszczyzną odezwał się do nas:

- Tu mieszkali Żydzi. Wy wiecie, gdzie oni zamurowali swoje kosztowności!

Odetchnęliśmy z ulgą prawie na głos. Było to poszukiwanie ukrytych kosztowności w mieszkaniach


warszawskich, które przed ewakuacją do getta zajmowali Żydzi, a następnie zostały przydzielone
Polakom wysiedlonym z terenów wydzielonych na getto. Teraz należało działad szybko. Nie
odstępowałem od progu i pomału zacząłem nacierad na intruzów, mówiąc, aby przeszli do salonu, to
im całą sprawę wyjaśnię. Mówiący po polsku, widocznie folksdojcz, powtórzył moją propozycję
mundurowemu. Ten kiwnął głową na znak zgody. Przeszliśmy do salonu. Teraz dopiero zacząłem
tłumaczyd, że mieszkanie należy do Polaków itd., itd. Uparli się jednak, że trzeba rozebrad piec, bo
tam na pewno są skrytki. Trochę się sprzeciwiałem, aby moja gorliwośd w ustępstwach nie wydawała
się podejrzana. Mówiłem, że jak tylko „wuj” wróci z pracy, to na pewno dojdzie z nimi do
porozumienia, więc po co teraz demolowad mieszkanie. Jednak moja opozycja nic nie pomogła i na
miejsce Niemców przyszli robotnicy, którzy rozpoczęli rozbiórkę pieca. Tymczasem okazało się, że
Niemcy chodzili po domach, otwierając drzwi wytrychami. Kiedy wszedłem do pokoiku, zastałem
„Brzeskiego” siedzącego spokojnie na kanapie. Zupełnie nie orientował się, co się dzieje w innych
pokojach. Cały materiał kompromitujący zwinął w węzełek i wywiesił na sznurku za okno.

Na ulicy Olesioskiej na Mokotowie mieszkała „Zośka”. Mieszkanie jej rodziców było właściwie w
dosłownym znaczeniu „jaskinią konspiracji”. Schodziło się tam stromymi schodami do sutereny, a
właściwie ciemnej piwnicy, składającej się z kuchenki i pokoiku. Ojciec „Zośki” był dozorcą w tej
wielkiej kamienicy. Jej matka często do mnie mówiła, że marzy, aby dzieci otrzymały wykształcenie i
mogły walczyd o lepsze jutro.

Miałem tam swoją „skrzynkę”. Przypuszczam zresztą, że nie tylko ja, gdyż sterty gazetek wszystkich
odcieni politycznych - a widziałem tam „Barykadę Wolności” obok „Biuletynu Informacyjnego” -
zawalały stół w pokoiku. Widocznie tu odbywał się kolportaż prasy.

„Zośka” pracowała też w dywersyjnej komórce antyniemieckiej, tak zwanej „N”. Do mieszkania jej
wchodziło się bez umówionego pukania czy hasła. „Zośka” i jej rodzina zawsze mówili: „Tych, co
przychodzą, to my znamy, a ci, których nie znamy, a którzy chcą tu przenocowad czy się ukryd - to
powołują się po prostu na naszych znajomych. Jeśliby przyszło Gestapo, to i tak ich poznamy po
butach - bo tyle widzimy przez okno. Żadne hasło i tak wtedy nie pomoże i pozostanie nam tylko
wszystko polad naftą, której kilka butelek zawsze mamy w pogotowiu, i razem z tym majdanem spalid
się”.

Jaki był los tej rodziny, nie wiem, lecz kamienica została spalona i zrównana z ziemią.

O historii mieszkao warszawskich w czasie okupacji można by napisad oddzielną książkę.

Dom nr 5 na Kruczej, oficyna, drugie piętro. Pukam do drzwi.

- Kto tam? - pyta gderliwy głos starej służącej, a właściwie całą gębą pani tego lokalu.,

- Czy tu szafa do sprzedania? - odpowiadam umownie.

Otwierają się drzwi. Dziś już takich mieszkao nie znajdziesz. Mieszkanie olbrzymie, w chaotyczny
sposób pozastawiane ciężkimi meblami, za którymi wyłaniają się mniejsze i większe drzwi
prowadzące do licznych pokoi. Szafy same przez się tworzą kręte korytarzyki i labirynty.
Właścicielkami tego mieszkania były dwie starsze artystki malarki, a jedynym „dyktatorem” - stara
służąca o jędzowatym wyglądzie, ale bardzo porządna kobieta. Nie tylko „Ajencja” tu pracowała - w
każdym prawie pokoju gnieździła się jakaś komórka czy redakcja konspiracyjna. Obok lewicy przez
ścianę siedziała prawica; to te, to tamte drzwi uchylały się na korytarz. Z pokoików wychylali się
ludzie przez fachowca od razu określani mianem „zawodowych konspiratorów”. Na tej klatce
schodowej mieszkała też przeurocza pulchna blondynka, która niejednemu z nas dała nocleg, kiedy
praca przeciągnęła się po godzinie policyjnej. Ponieważ był u niej tylko jeden tapczan, mówiła: „Raz
kozie śmierd, jest wojna, dziś żyjemy, jutro nie”.

Redakcja pracowała w jednym z małych, nie opalanych w zimie pokoików. Pani Jadwiga Krawczyoska
pisała na maszynie, otulona kocami. My siedzieliśmy obok w paltach. Jednak „Marta”, która w tym
pokoiku mieszkała i pracowała w „Ajencji”, odmroziła sobie ręce, nogi i nabawiła się choroby nerek.
Na Narbutta mieszkała rodzina warszawskiego szewca, którego nazwisko przeszło do historii
Warszawy. Szewc Hiszpaoski zginął w czasie kampanii wrześniowej, lecz żona jego, zwana Matulą
Hiszpaoską, chętnie oddawała dom na użytek konspiratorów. Tam też i ja miałem swój „lokal”. Byli to
bliscy mi ludzie. Matula Hiszpaoska nie tylko żyła teraźniejszością, ale wspominała też czasy, kiedy u
nich w domu na Narbutta przygotowywano ucieczkę „dziesięciu z Pawiaka”. Poza tym prowadziła
warsztat po swym mężu, który wyprodukował niejedną parę butów ze specjalnie skonstruowanymi
skrytkami do przenoszenia poczty konspiracyjnej.

Z lokalu tego korzystaliśmy do momentu aresztowania ich córki, Marii, artystki graficzki.

Towarzystwo Ociemniałych na placu Trzech Krzyży. W głębi ogrodu - barak. Tam ma mieszkanie
niewidomy profesor muzyki, postad niezwykle charakterystyczna. Długie, białe włosy spadały mu na
ramiona. Chodził zawsze bez laski, z lekko wyciągniętą ręką. Niejedno spotkanie mieliśmy w jego
mieszkaniu. Lecz kiedy nadeszły jesienne wieczory, profesor po prostu zapomniał, że do niego nie
przychodzą ślepcy, lecz ludzie, którzy oglądają światło. W mieszkaniu tym nie była używana instalacja
elektryczna, bo i po co ona właścicielowi potrzebna? Toteż przychodząc po raz pierwszy po ciemku
obijaliśmy się o meble. O robieniu notatek nie było mowy. Może to jest śmieszne, ale ciężko mi było
powiedzied gościnnemu właścicielowi, że wkręcimy żarówki do oprawek i zaciemnimy okna. Przyjął to
ze spokojem i przepraszał za swoje roztargnienie. I tu długo nie bawiliśmy, gdyż światło wieczorami u
ociemniałego, jak nas poinformowano, zaczęło zwracad uwagę.

Ostatnim lokalem, w którym pracowałem przed aresztowaniem, było mieszkanie znanego działacza
lewicowego, Włodarskiego, dyrektora księgarni nauczycielskiej „Nasza Księgarnia”. Mieściło się ono
przy ulicy Świętokrzyskiej, nie opodal Mazowieckiej. Paostwo Włodarscy stanowili piękny przykład
patriotycznego małżeostwa, oddanego całą duszą sprawie polskiej. Ich córka Maria, pseudonim
„Mysz”, była łączniczką „Ajencji”. Po moim aresztowaniu „Mysz” została przeniesiona do innej
komórki. Wyszła za mąż. Długo jednak nie cieszyła się szczęściem. Razem z mężem została
aresztowana. W więzieniu, mimo że była w ciąży, poddawano ją ciężkim torturom. Nikogo nie
sypnęła. Gestapo łaskawie przedłużyło jej życie do momentu urodzenia dziecka. Jeszcze słaniającą się
po porodzie wyciągnięto z celi na dziedziniec więzienny i rozstrzelano. Włodarski, jako dyrektor
„Naszej Księgarni”, oddał dla pracy konspiracyjnej nie tylko swoje mieszkanie, ale także składnicę
księgarni nauczycielskiej przy ulicy Foksal 17. Lokal ten przeznaczyliśmy na główną rozdzielnię
„Ajencji Prasowej”. Klucz do niego posiadałem ja i „Mysz”. Kolportaż musiał zakooczyd się zawsze
przed godziną 8 rano, to znaczy przed przyjściem urzędników do pracy. Wówczas już egzemplarze
„Ajencji Prasowej” były spakowane, a kolporterki przygotowane do rozniesienia paczek. Paczki te
musiały się znaleźd w różnych, nieraz bardzo dziwnych, lokalach kontaktowych redakcji prasy
podziemnej. Wspomnę o jednym z nich, na osiedlu WSM na Żoliborzu. Lokal ten odwiedzała pani
Jadwiga. Było to mieszkanie maleokie. Cały pokój „umeblowany” był książkami. Mieszkał tu Adam
Próchnik.

Był też lokal „Ajencji Prasowej” na Saskiej Kępie, w mieszkaniu dziennikarza Białasiewicza na ulicy
Walecznych. Stąd bibuła wędrowała dalej do redakcji w wózeczku dziecinnym, włożona pod becik
córeczki paostwa Białasiewiczów. Ludzie na ulicy uśmiechali się do mamy i dziecka, nie wiedząc, że ta
para przenosi wiadomości dla redakcji pism konspiracyjnych.

Wraz z rozwojem sieci lokali konspiracyjnych zaistniała potrzeba wykonywania bezpiecznych


schowków na dokumenty, broo i inne materiały, które nie powinny znajdowad się na widocznym
miejscu, w pomieszczeniach dostępnych każdemu przychodzącemu do lokalu zajmowanego przez
organizację. W mieszkaniach najczęściej wykonywano skrytki podłogowe - zwłaszcza tam gdzie był
parkiet. Po usunięciu pewnej części parkietu wygrzebywano w stropie płaski otwór. Zdjętą klepkę
przybijano do sklejki podbitej suknem, aby po nałożeniu na pustą przestrzeo nie było głuchego
rezonansu przy chodzeniu. Zamek do skrytki był sprężynowy, otwierał się za naciśnięciem stalowej
szpilki włożonej w odpowiednim miejscu w szparę między klepkami parkietu. Schowki mieściły się
również w meblach: w wydrążonych nogach od stołu, które były odkręcane, w podwójnych dnach lub
deklach szaf itp. Wykonano też stoliki podręczne na jednej nodze toczonej, która była wewnątrz
pusta. Prace te wykonywali zaprzysiężeni specjaliści. Musieli to byd ludzie zupełnie pewni. Inne
skrytki potrzebne były łącznikom. I tu mała technika konspiracyjna przyszła z pomocą. Wymyślono
skrytki przenośne. Spełniały swą rolę tylko przy doraźnych rewizjach publicznych, zwłaszcza w czasie
łapanek. W wypadku aresztowania na Gestapo i tak pruto szwy ubrao, rozrywano teczki, torebki
damskie i skrytki te nie na wiele się przydawały. Skrytki znajdowały się też w butach, zwłaszcza z
cholewami, lub w obcasach. Dokumenty wsuwano poprzez sztywnik tylnej części obuwia, za
podwójną cholewę. Oprócz tych skrytek było moc innych do przenoszenia mikrofilmów i
mikrofotografii, zwłaszcza dla kurierów.

Zbliżała się druga z kolei zima pod okupacją. Warszawa, jak zwykle, żyła nowymi nadziejami.
Prorokowano ofensywy zimowe armii sprzymierzonych. Nasza redakcja mieściła się wtedy przy ulicy
Górskiego w nie istniejącym już dziś domu. Pracowaliśmy spokojnie, wierząc, że nasz wysiłek jest
potrzebny polskiemu podziemiu. Popularnośd „Ajencji” stale rosła. Tytuły pism konspiracyjnych
wszystkich kierunków znajdowały się w naszej ewidencji. Czasami jednak któraś z gazet nie ukazała
się. Był to nieomylny znak, że musiała tam nastąpid jakaś tragedia.

Był ponury, zimowy dzieo. Na dworze padał deszcz ze śniegiem. W olbrzymim pokoju narożnym z całą
galerią okien było potwornie zimno. Pracowaliśmy w milczeniu, ubrani w palta. U drzwi zadźwięczał
dzwonek w umówiony sposób. „Brzeski” poszedł je otworzyd. Do pokoju wszedł razem z nim bardzo
wysoki mężczyzna o jasnych włosach. Przedstawił nam się jako „Władysław” (był to dawny sekretarz
Ozonu, poseł Tadeusz Żenczykowski). Przyniósł z sobą zawiadomienie z centrali BIP-u, że zostaje
mianowany redaktorem „Ajencji Prasowej”.

Nominacja Żenczykowskiego nie była dla nas zaskoczeniem. Myśleliśmy, że praca będzie miała w
dalszym ciągu charakter kolegialny i wszelkie postanowienia podejmowane będą wspólnie.
Tymczasem stało się inaczej. Wytworzyła się oficjalna, mniej koleżeoska atmosfera. Decyzje zapadały
jednostronnie i w wielu wypadkach odbiegały od naszej dotychczasowej linii. Na rezultaty nie trzeba
było długo czekad. Wykaz pism korzystających z „Ajencji” raptownie się skurczył. Najpierw odpadły
pisma lewicowe.
Każdy numer „Ajencji” po objęciu stanowiska przez „Władysława” powstawał w atmosferze gorącej
polemiki. Czasami po prostu kłóciliśmy się zawzięcie. Ponieważ jestem bezpośrednio zainteresowany
w tych sporach, dlatego pozwolę sobie zacytowad fragment z pamiętników sekretarki „Ajencji” pani
Jadwigi Krawczyoskiej.

„W «Ajencji Prasowej» weszłam w krąg rywalizujących ze sobą działaczy politycznych, ludzi młodych i
dynamicznych, przeważnie z obozu radykalno-narodowego i sanacyjnego. Niejedno tu raziło moje
poglądy i zasady postępowania. Jednak pod względem rozmachu pracy, energii w prowadzeniu tej
roboty ajencyjnej trzeba oddad twórcom «Ajencji» pełne uznanie. W warunkach rosnącego terroru
okupacyjnego zdobywali i rozpowszechniali dużo wiadomości, które docierały do dalekich zakątków
kraju, objętego już wówczas szeroko rozgałęzionym ruchem organizacyjnym i partyzanckim.
«Ajencja» powstawała wśród namiętnych dyskusji, kłócono się zawzięcie. «Wiktor», człowiek
ostrożny i dojrzały, przystępował do akcji z zastrzeżeniami, wahał się i zwlekał. Wielce bojowy
«Malarz» był najgorętszym orędownikiem przedsięwzięcia, a w następstwie okazał się bardzo
utalentowanym współpracownikiem i zdolnym organizatorem reportażu. Różne stanowiska
zajmowali: sanacyjny działacz «Władysław» i «Zbigniew». Redakcja pracowała zespołowo, a jej
sekretarka, «Jadwiga», starała się godzid wybujałe temperamenty redaktorów. Ich pracę kontrolował
Komitet z «Wiktorem» na czele. Na jego kunktatorstwo gorzko skarżył się czasami «Malarz».”

Tyle pisze pani Jadwiga w swoim pamiętniku. Chciałbym tylko tu dodad, że zarówno ja jak i Jadwiga
nie reprezentowaliśmy żadnej grupy ani żadnego kierunku politycznego.

W dalszym ciągu przy każdym numerze wyłaniały się coraz to większe rozbieżności zdao.
Dotychczasowi pracownicy „Ajencji” stali na stanowisku, że powinna ona mied charakter ściśle
informacyjny i dostarczad jak najwięcej wyczerpujących materiałów z kraju i ze świata. „Władysław”
natomiast był za upolitycznieniem wiadomości. Równocześnie przeprowadził rewizję rozdzielnika. Od
tej pory „Ajencja” oficjalnie nie była dostarczana redakcjom pism skrajnie lewicowych. Dotyczyło to
także getta warszawskiego. Piszę: oficjalnie, gdyż nieoficjalnie - robiąc „konspirację w konspiracji” -
pracownicy „Ajencji” kolportowali ją do wszystkich redakcji. Dalsze poczynania „Władysława”
wytworzyły taką atmosferę, że „Brzeski” podał się do dymisji i przeszedł do Departamentu Informacji
w Delegaturze Rządu. Było to pierwsze rozbicie zespołu. Praca jednak musiała iśd dalej. Do redakcji
przyszli nowi ludzie. Ponadto wszystko zaczęło się docierad. Tym bardziej że „Władysław” po pewnym
czasie zaczął mniej interesowad się „Ajencją”, działając widocznie na innym odcinku.

Warszawa straciła swój zwykły animusz. Zima nie przyniosła niespodzianek. „Błyskawiczna” wojna
przedłużała się i każdy miesiąc przynosił zwycięstwo wojskom niemieckim. Nadchodził okres świąt
Wielkanocy. I tym razem postanowiłem grobem wielkanocnym w kościele Św. Anny podsumowad
wydarzenia minionego roku okupacji. Trochę bałem się, że ta nowa publiczna manifestacja
patriotyczna może skooczyd się jakąś tragedią.

Grób zrobił na ludności Warszawy duże wrażenie. Przez długie wieczory okupacyjne ludzie
komentowali jego ukrytą treśd.

Grób w roku 1941 był symbolem mogił, które pokryły całą Polskę. Wczesną wiosną 1940 roku
nastąpiły pierwsze masowe aresztowania. Wyłapywano przywódców politycznych bez względu na ich
przekonania, ludzi sztuki i nauki, masowo łapano młodzież robotniczą i akademicką. W sierpniu 1940
roku urządzono pierwszą na wielką skalę łapankę na ulicach Warszawy. Obozy koncentracyjne
zapełniły się ludźmi. Do rodzin aresztowanych czy też złapanych na ulicach miast i wsi zaczęły
nadchodzid urzędowe telegramy, zawiadamiające o śmierci bliskich. Rodziny pomordowanych i
spalonych w krematoriach mogły otrzymad za opłatą urny z popiołami wysyłane z obozów zagłady.

Grób w 1941 roku w swej kompozycji sumował te tragiczne wydarzenia. Czarny krzyż stał się
symbolem nieszczęścia wielu rodzin polskich. Właśnie te krzyże na dyskretnie zarysowujących się
mogiłach, usypanych z ziemi, okalały grób Chrystusa.

Małe czerwone światełka pod krzyżami, jakby krople krwi, podkreślały i uwypuklały całą kompozycję.
Monstrancja umieszczona była na obelisku ze spalonych krokwi.

Stojąc w tłumie widziałem, jak wiele osób w tych symbolicznych mogiłach znajdowało grób swego
brata, syna czy męża. W roku 1941 zostałem aresztowany. Dlatego też następne groby projektowane
były w jeszcze ściślejszej konspiracji.

Wiosna 1941 roku. Pod koniec zimy do Warszawy dotarły wiadomości o przygotowywanej na wielką
skalę na Podhalu dewastacji drzewostanu. Całe połacie lasów górskich miały byd wycięte, a drewno
wywiezione do Rzeszy. Dla gospodarki leśnej Polski byłby to wielki cios, a równocześnie potworne
okaleczenie najpiękniejszego zakątka naszej ojczyzny. Równocześnie nadchodziły do redakcji „Ajencji
Prasowej” różne wiadomości o „Goralenvolku”, o oficjalnym zdeklarowaniu się po stronie okupanta
niektórych rodów góralskich.

Te i inne wiadomości zmusiły mnie do wyjazdu w góry w celu zebrania na miejscu informacji dla
„Ajencji Prasowej” oraz organizacji. Doskonale wiedziałem, że każdy przybysz w Zakopanem i
okolicach, a więc na obszarze graniczącym ze Słowacją, może byd inwigilowany przez Gestapo.
Postanowiłem zatem jechad w góry jako folksdojcz chory na gruźlicę. Natychmiast też przystąpiłem
do zorganizowania sobie fałszywych papierów. Od doktor Czarnockiej-Karpioskiej otrzymałem tak
zwaną książeczkę odmową oraz opis stanu choroby moich płuc; od komórki fabrykującej fałszywe
dowody osobiste - odpowiednie papiery folksdojczowskie. Jako bazę swojej „operacji” wybrałem nie
Zakopane, lecz samą granicę Generalnej Guberni i Słowacji. Przyjąłem zasadę, że najlepiej wychodzid
niebezpieczeostwu naprzeciw, gdyż ukrywanie się stwarza najwięcej okazji do podejrzeo.

Po przyjeździe do Zakopanego, pod koniec marca 1941 roku, udałem się natychmiast do
nadleśnictwa, poleconego mi jeszcze w Warszawie. Przyjął mnie bardzo sympatyczny inżynier leśnik.
W krótkiej rozmowie przedstawiłem cel mojego przyjazdu do Zakopanego, prosząc o możliwie
wyczerpujące informacje. Dowiedziałem się przy tym, że rodzina górali Bigosów, znanych mi sprzed
wojny, w dalszym ciągu mieszka w swoim schronisku na Głodówce.

Postanowiłem wobec tego zamieszkad na Głodówce u gaździny Wikty Bigoskiej. Z Zakopanego


udałem się dorożką na Bukowinę, gdzie jeszcze raz zasięgnąłem języka u górala Chowaoca,
mieszkającego niedaleko Rozdroża. Na niego miałem też „cynk” z Warszawy jako na człowieka
zaufanego. Upewnił mnie on, że Bigoska w dalszym ciągu gazduje na Głodówce, natomiast nie
opodal, w tak zwanym „Murowaocu”, dawnym schronisku harcerskim, znajduje się stały punkt straży
granicznej - „Grenzschutzów”. Następny stały posterunek mieści się na Łysej Polanie i w Roztoce.
Inne punkty, jak na przykład „Przy mostku” we wsi Brzegi, są posterunkami lotnymi.

Pierwsza strona sfałszowanej książeczki odmowej

Aby swoim przybyciem nie wzbudzad niepotrzebnej sensacji, z Bukowiny na Głodówkę udałem się o
zmroku piechotą. Do schroniska Bigoskiej doszedłem już prawie po ciemku. Szczęśliwie po drodze
nikogo nie spotkałem. Zdziwienie Wikty i jej brata Franka było wielkie. Gośd z Warszawy
przybywający o zmroku to niecodzienne wydarzenie w warunkach okupacyjnych. Po wstępnej
rozmowie powiedziałem szczerze, jaki jest cel mojego pobytu, i równocześnie wyjaśniłem, że obecnie
jestem „pretendentem” do tytułu obywatela „narodu panów” - czyli folksdojczem. Ustaliliśmy
jeszcze, że jestem ich dobrym znajomym sprzed wojny, którego zaprosili do siebie, wiedząc o jego
chorobie płuc. Od Franka dowiedziałem się, że straż graniczna składa się głównie z Tyrolczyków,
którzy według ściśle ułożonego „rozkładu” patrolują granicę Generalnej Guberni ze Słowacją.
Zasadniczo nie przemęczają się zbytnio i robią tylko trzy kursy wzdłuż granicy - ranny, południowy i
wieczorny. W wyjątkowych wypadkach, jeśli otrzymają jakieś doniesienie, czynią zasadzki na
szmuglerów, a czasem na przekradających się na zachód przez Czechosłowację.
Po kolacji Wikta ulokowała mnie na pierwszym piętrze w pokoiku, którego okna wychodziły na góry.
Nigdzie w Polsce nie ma tak pięknych poranków jak na Głodówce - wspaniała panorama Tatr
widniejących w promieniach wschodzącego słooca pozostawia niezatarte wspomnienia na całe życie.
Kiedy przebudziłem się rano, z okna mego pokoju ujrzałem idącego już od strony „Murowaoca”
Franka Bigosa. Była godzina 6 rano. Dlaczego on wraca od strony strażnicy granicznej?

Byłem w tej chwili bezbronny, zdany całkowicie na łaskę Bigosów. Franek zbliżał się do domu i gdy
zobaczył mnie w oknie, zamachał przyjaźnie ręką. Wyszedłem do niego.

Był trochę pod gazem. Wyjaśnił, że już opił pobyt swego przyjaciela „Foksa” i że „Grenzschutze” nie
będą się mnie czepiad.

Wybór miejsca pobytu był, jak mi się zdaje, bardzo dobry, bo, jak wyczułem, Tyrolczycy - oprócz
pilnowania „bezpieczeostwa” Generalnej Guberni - robili tu jakieś interesy ze skumanymi ze sobą
przemytnikami, i przypuszczam, że o tych machinacjach musieli wiedzied Bigosowie.

Pierwsze kilka dni mego pobytu spędziłem na leżaku, okryty kocami. Nareszcie czwartego czy piątego
dnia otrzymałem od Franka, który był w Zakopanem, wiadomośd, abym udał się do Brzegów, do
jednego z gazdów nazwiskiem Budz - byłego sołtysa. Tam otrzymam pierwszą informację.

Wieś Brzegi znajduje się bardzo blisko granicy. W niektórych gazdostwach przechowywani byli
uciekinierzy i kurierzy. W dogodnym momencie przewodnicy góralscy mogli ich stąd zabierad i dalej
przerzucad na Słowację, skąd, innym kanałem, trafiali na Węgry. Między innymi przez granicę chodzili
przewodnicy tatrzaoscy Rój-Gąsienica, Marusarz i Marusarzówna. W rocznicę odzyskania
niepodległości przez Czechosłowację przerzucona została ulotka z portretem Masaryka.

O umówionej godzinie byłem w zagrodzie, jednej z pierwszych od strony Głodówki. Na łóżku leżał
chory gazda. Przy nim siedział młody góral Stanisław Grześczak, jeden z moich łączników. Miał około
20 lat. Świetnie orientował się w terenie i przeżył już niejedną przygodę, która mogła dlao zakooczyd
się tragicznie. Nieraz, gdy przechodził zimą przez Białkę, załamał się pod nim lód, często, na wpół
zmarznięty, brnął po pas w śniegu, by wypełnid powierzone mu zadanie. Moje wejście przerwało
rozmowę. Powiedziałem im, jakie mam zadania do wypełnienia, i p oprosiłem o pomoc. Bez żadnych
„ale” zgodzili się na współpracę. Córka gazdy przyniosła bryndzę, jakiej nigdy nie jadłem, oraz placek i
piwo. Rozmową potoczyła się wokół spraw związanych ze środowiskiem góralskim i próbami jego
rozbicia przez okupanta.

Było to bardzo miłe spotkanie, podczas którego otrzymałem pierwsze informacje dotyczące
rabunkowej gospodarki drzewostanem oraz innych poczynao Niemców na Podhalu.

Po powrocie na Głodówkę dowiedziałem się, że wybiera się do mnie była kierowniczka schroniska
harcerskiego, która ma jakieś ważne wiadomości. Nareszcie praca rozkręciła się. Następnego dnia
przyszła do mnie sympatyczna pani. Dowiedziałem się od niej, że pod podłogą jednego z pokoi
„Murowaoca” zostały umieszczone różne materiały z okresu działao wojennych i pierwszych dni
okupacji na Podhalu oraz papiery dotyczące chorągwi harcerskiej Zakopanego i oddziałów
wojskowych stacjonujących na tym terenie. Były tam też materiały archiwalne, które mogły
dekonspirowad wielu ludzi i narazid ich na aresztowania. Trzeba było to wszystko za wszelką cenę
wydostad, niektóre dokumenty na miejscu zniszczyd, inne przewieźd do Warszawy. Cała trudnośd
polega na wydostaniu ich, gdyż w schronisku kwaterują „Grenzschutze”. Nie można przy nich
odrywad desek z podłogi.

Przebywając na Głodówce dokładnie obliczyłem, w jakich godzinach strażnicy patrolują granicę i jak
długo przebywają poza posterunkiem. Równocześnie przekonałem się, że w słoneczne, marcowe dnie
wszyscy granicznicy opuszczają posterunek i jeżdżą w okolicy na nartach. Podzieliłem się tymi
spostrzeżeniami z moim gościem. Oświadczyła, że zastanowi się, jak wykraśd ze strażnicy dokumenty.
Główną postacią całego przedsięwzięcia został Franciszek Wnęk.

Schronisko znajduje się na głębokim i stromym stoku - spadającym ze wszystkich stron w kierunku
Zgorzelisk, Zazadniej i Polany Waksmundzkiej. Franek założył się z „Grenzschutzami” (bezwarunkowo
o wódkę), że z samego dna doliny wejdzie, wspierając się na kijkach narciarskich z podkurczonymi
nogami, na górę - do schroniska. Gdyby mu się powiodło, byłby to nie lada wyczyn. Lecz nie o to
chodziło. W tym pustkowiu każda „impreza” była rozrywką. Liczyliśmy, że wszystkich Niemców to
zwabi i na pewien czas opuszczą schronisko, aby przyglądad się zmaganiom Franka.

Tak też się stało.

Franek zjechał w dół, tam zostawił narty przy szopie, mocno uchwycił kijki u nasady, skurczył nogi i
zaczął pomału wspinad się po stoku. Niemcy zaśmiewali się i dopingowali - ta zabawa przypadła im do
smaku. Franek wpatrzony był w jedno z okien schroniska, w którym stała Słowaczka Zygarkula. Za
wszelką cenę musi tak długo wspinad się na kijkach narciarskich, dopóki ona jest w oknie.

A tymczasem w jednym z pokoi schroniska, dwóch czy trzech górali-łączników wyrwało z podłogi
deski i ładowało do torby schowane pod nimi dokumenty. Czas naglił.

Franek zlany potem wspinał się pod górę, żyły na rękach nabrzmiały. Niemcy z uciechy ryczeli, ciesząc
się już zawczasu wygraną. Wystarczy, że tylko jednemu z nich znudzi się i wróci do budynku, a cała
sprawa zakooczy się tragicznie.

Zygarkula coraz to niecierpliwiej spoglądała w głąb pokoju na pracujących konspiratorów, ponaglała


ich. Nareszcie koniec! Deski z powrotem przybite na miejsce. Siady całej operacji zatarte. Teraz tylko
należy niepostrzeżenie wymknąd się ze strażnicy. Jeszcze parę minut i las ukrył naszych ludzi. Udało
się. Słowaczka odeszła od okna.

Franek ostatnim wysiłkiem zrobił jeszcze parę kroków; zrozumiał - zadanie zostało wykonane.

W izbie schroniska u Wikty Bigoskiej ogieo buchał wesoło pod kuchnią. Częśd dokumentów, które
mogły byd cenne dla Gestapo, płonęła - inne przekazałem w ręce kuriera, aby przekazał organizacji.
Miałem coraz więcej notatek, które przychodziły różnymi drogami. Na Bukowinę wcale nie
schodziłem, gdyż chciałem, aby jak najmniej o mnie mówiono.

Piękna pogoda marcowa zaczęła się psud. Gdzieś po dwóch tygodniach mojego pobytu Franek zaczął
zdradzad zdenerwowanie. Już dziś nie pamiętam, kto mi przyniósł do schroniska dwa polskie granaty.
Zdenerwowanie zaczęło udzielad się wszystkim. Któregoś wieczora spytałem Wiktę, czy jej nie
przeszkadzam, czy nie wyczuwa, że grunt mi się pali pod nogami i mogę ich narazid na
niebezpieczeostwo. Odpowiedziała:

- Staszek, ty się nic nie bój, rób swoje. Nie myśl o nas, a my jesteśmy po to, byśmy pomagali!
I pomagali!

Wieczór był piękny. Wiał silny wiatr - wydawało się, że zniesie drewniane schronisko. Ogieo pod
kuchnią był wygaszony, aby iskry nie spowodowały pożaru. Franek jeszcze nie wrócił. Na kolację
jedliśmy z jednej miski tak zwany „klusek góralski”, to jest po prostu jeden duży „kluch”, rozmazany
na misce, z nalaną do środka roztopioną słoniną ze szpyrkami. Dręczył nas jakiś dziwny niepokój. Po
kolacji Wikta ułożyła dzieci do snu za piecem kuchennym i przeszła do sąsiedniej komory. Zostałem
sam w kuchni. Bezmyślnie zagapiłem się w okno. W pewnym momencie zdawało mi się, że w
zadymce śnieżnej przemknął jakiś cieo. Wybiegłem przed dom, lecz nikogo nie było widad. Wikta już
była w kuchni, wyraźnie zdenerwowana. Dzieci spały, na dworze wiatr wył niemiłosiernie.

Gaździna zaryglowała drzwi i poszła spad do izby przylegającej do kuchni. Jeszcze chwilę posiedziałem
i udałem się do swojego pokoju na piętrze. Przez pojedyncze szyby przedostawał się wiatr. Było
potwornie zimno. Położyłem się na łóżku w ubraniu, nasunąłem na siebie koc, lecz nie mogłem usnąd.
Za oknami przewalała się śnieżyca. Nie wiem, jak długo tak leżałem, może się zdrzemnąłem. W
pewnym momencie z tej niewiedzy wyrwało mnie ciche skrzypnięcie. W uchylonych drzwiach stała
jakaś postad. Po głosie poznałem, że to gaździna.

- Staszek! Wstawaj! - szeptała. - Niemcy pod domem!

Pomimo dokuczliwego zimna poczułem gorący dreszcz. Jak najciszej wstałem z łóżka. Bigoskiej już w
drzwiach nie było. Wyjąłem spod poduszki granaty i zbliżyłem się jak kot do okna. Lecz i tak wydało
mi się, że deski w podłodze przeraźliwie skrzypią wśród tej nocnej ciszy i szumu wiatru.

Początkowo nic nie widziałem. Za oknem była jakby ruchoma ściana mleka i słychad było świst wiatru.
Zbliżyłem twarz do szyby, tuż przy framudze. Odróżniłem od stukotu gałęzi, poruszanych wiatrem,
ciche, lecz ciężkie stąpanie.

Znów cisza.

Potem jakiś cieo oderwał się od pobliskiej niżej położonej drogi i chyłkiem podbiegł pod dom.
Zrozumiałem, że jestem osaczony. Puls w skroniach bił gwałtownie. Położyłem granat na oknie i
czekałem na dalsze wydarzenia. Słyszałem ściszone szmery z trzech dostępnych mi stron domu.
Ciągle wracała uporczywa myśl: „Kto mnie zasypał?” Żal mi było Bigosów. Mnie i tak żywcem nie
wezmą, lecz co z nimi będzie?

Ta pozorna cisza wśród podmuchów wiatru przeciągała się. Napięcie nerwów wzrastało. Przez głowę
przelatywały mi różne pomysły. Może zaatakowad, rzucając granat, i korzystając z zamieszania
uciekad w kierunku Zgorzelisk, gdzie podobno zadekowała się partyzantka i gdzie Niemcy boją się
zapuszczad?

Z rozmyślao tych wyrwało mnie nagle poruszenie na dole. Usłyszałem wyraźny szczęk broni i jakąś
komendę podaną szeptem. Teraz rozpocznie się „taniec” - pomyślałem. Wszelkie pomysły są już
spóźnione. Zupełnie spokojnie wziąłem do ręki granat. Drugi włożyłem do kieszeni marynarki.
Dziwne, że człowiek w obliczu śmierci tak szybko odzyskuje zimną krew i właściwie sam siebie nie
poznaje.
Zamieniłem się cały w słuch. Nagle od strony lasu, gdzie znajdowała się wieża triangulacyjna, zwrócił
moją uwagę cichy chrzęst gałęzi. Był zupełnie inny aniżeli ten, jaki wydawały one pod podmuchem
wiatru. Wichura uciszyła się na chwilę i w powietrzu utworzyła się jak gdyby próżnia, w której
usłyszałem z tamtej strony ciche głosy. Dla odmiany pod moimi oknami zapanowała śmiertelna cisza.
Z każdą minutą wśród nocy to „coś” od strony lasu zbliżało się do schroniska.

Starałem się wzrokiem przebid ciemności. Oczy prawie wychodziły mi z orbit. Czułem ból w czaszce.
Naraz wśród tej ciszy rozbłysło światło ręcznych latarek elektrycznych i rozległy się okrzyki: „Hände
hoch”! Powstało zamieszanie. Ktoś zaczął uciekad, ktoś zaklął. Krótka seria z karabinu maszynowego.
Jakieś chrapliwe oddechy i bezładna bieganina.

Nie wiedziałem, czy mam uciekad, czy pozostad. Jakaś tragedia rozgrywała się na dole, ale już nie w
bezpośrednim sąsiedztwie gazdostwa. Po paru minutach zobaczyłem majaczący w zadymce śnieżnej
dziwny pochód. Dziś już nie pamiętam, czterech czy pięciu mężczyzn wzajemnie się podpierając -
widocznie byli wśród nich ranni w nogi - wlokło się od strony lasu. Otaczała ich niemiecka straż
graniczna. Pochód ten wśród nocy oddalał się od Bigosówki, kierując się w stronę „Murowaoca”.
Teraz domyśliłem się, że byli to przemytnicy ze Słowacji, których ktoś musiał sypnąd...

Franek wrócił dopiero następnego dnia wieczorem. Był trochę pijany. Z konspiracyjnego
przyzwyczajenia wiele nie pytałem. Sam mi powiedział, że wpadł szmugiel - w tym większa partia
sacharyny. W trzy dni po tym wypadku musiałem się „likwidowad”. Upojeni zwycięstwem nad
przemytnikami „Grenzschutze” urządzili w schronisku w Roztoce pijatykę, w czasie której, jak się
dowiedziałem, niektórzy z nich pozdejmowali buty i rzucali nimi w portrety dostojników
hitlerowskich. Ktoś jednak o tym doniósł do Gestapo w Zakopanem. Wszyscy zostali aresztowani, a
do czasu obsadzenia posterunku nowymi „Grenzschutzami” służbę w Roztoce objęło zakopiaoskie
Gestapo.

W takiej sytuacji lepiej było się ulotnid, gdyż każda „nowa władza” przejawia na początku zawsze
więcej energii. Podróż do Warszawy odbyłem bez żadnych przygód, przywożąc nowe materiały dla
prasy konspiracyjnej.

Przebywając krótko w górach podczas okupacji zawsze spotykałem się z patriotyczną postawą górali,
z którymi się kontaktowałem. Na tle ogólnej postawy górali jedynym zgrzytem była tzw. akcja
„Goralenvolku”, która objęła znikomą grupę renegatów na terenie kilku gmin powiatu
nowotarskiego. Okupacja nie oszczędziła górali; ponosili oni olbrzymie straty. Jednym z
najważniejszych ośrodków ruchu konspiracyjnego, partyzanckiego i służby kurierskiej był Chochołów.
Za swoją patriotyczną postawę górale z Chochołowa zapłacili wysoką cenę krwi w czasie licznych
pacyfikacji.

Lato 1941 roku. Życie Warszawy konspiracyjnej kwitło nie tylko w mieszkaniach, ale i w niektórych
kawiarniach warszawskich, do których uczęszczała ludnośd polska. (W Warszawie były też kawiarnie
„Nur für Deutsche”. Jedną z największych była „Adria”, a następnie „Café Club”, na który żołnierze
Gwardii Ludowej dokonali zamachu. Poza tym dla Niemców przeznaczony był IPS na Królewskiej.
Popularna przed wojną ciastkarnia-kawiarnia Gajewskiego na Chmielnej, przy dawnym Dworcu
Głównym, przerobiona została na dom publiczny dla żołnierzy niemieckich, do którego mieli prawo
wstępu tylko za przydziałowymi kartkami. Kierowniczką tego „domu” była, jak mówiono, „biała
Ukrainka” - gruba baba, która odbierała kartki od „klientów” ustawionych często w kolejce na ulicy
Chmielnej. Drugim takim „domem” był hotel na ulicy Koziej. W „domach” tych rozegrała się tragedia
niejednej z kobiet złapanych na ulicach Warszawy. Miałem tu swój kontakt, który wykorzystywałem
dla „Akcji N”.

Żołnierze Wehrmachtu przed domem publicznym na ul. Chmielnej. Karty wstępu odbiera kierowniczka, tzw. „biała
Ukrainka”

Ludzie z konspiracji spotykali się między innymi w Yacht-Clubie na placu Napoleona (obecnie, plac
Powstaoców Warszawy). Spotykano się również w barze kawowym Trojanowskiego na ulicy Hożej, w
tak zwanym „Koniku”. Poza tym znane były punkty w kawiarence „Wisienka” na Tamce, między ulicą
Solec a Dobrą, oraz na Wspólnej w „Marago”. W kawiarniach tych personel znał swoich stałych
klientów i każdy nowy przybysz od razu był obserwowany. Warszawskie kawiarnie były nie tylko
miejscem spotkao, ale także „skrzynkami”, w których poszczególne ogniwa organizacyjne zostawiały
dla siebie wiadomości i materiały. Istniał też lokal ze względu na swoje położenie bardzo oryginalny.
Mieścił się w warszawskim Arsenale na Długiej, w pokojach bazy aptecznej i służbowym mieszkaniu
literatki Marii Kann. Gmach Arsenału miał niejeden taki lokal. Znane mi były jeszcze dwa. Jeden, w
małym mieszkaniu wdowy, a drugi u bibliotekarza i kolekcjonera ekslibrisów.

Pewnego dnia wychodziłem z Arsenału. Było cudowne letnie popołudnie. Placyk przed Arsenałem
skąpany w słoocu, jedynie ponury cieo muru getta rysował się czarną plamą na bruku. Mur
postawiony był w poprzek jezdni i chodnika. W miejscu, gdzie przecinał rynsztok, pozostawiono mały
otwór, aby woda mogła swobodnie przepływad do studzienki rynsztokowej, znajdującej się po stronie
„aryjskiej”.

Przystanąłem na chwilę, zasugerowany kontrastem, jaki tworzył cieo padający z wysokiego muru z
jezdnią oświetloną słoocem. Wzrok mimo woli spoczął, na małym otworze przy rynsztoku, podobnym
do bezźrenicowego oka ślepca. Nagle otwór przestał świecid. Coś z tamtej strony musiało go zasłonid.
Stałem bardzo tym zaintrygowany. Nagle to coś poruszyło się w otworze i zaczęło wypełzad na
„aryjską stronę”. Gdy dziwny stwór przedostał się przez otwór i wyprostował, spod łachmanów, które
nie wiem jakim prawem fizycznym trzymały się na tym niewiarygodnie chudym ciałku, wyłoniła się
przerażona, brudna twarzyczka dziecka. Wielkie, zgłodniałe oczy trwożnie zlustrowały ulicę.

Fragment muru warszawskiego getta

Chwilę jeszcze stał przy otworze, a potem skoczył pod mur domu i spłaszczony posuwał się z
wyciągniętą dłonią, prosząc nielicznych przechodniów o jałmużnę. W ten sposób wolniutko szedł w
kierunku niedalekiej ulicy Bielaoskiej.

Tramwaj konny w getcie

Nagle od strony Banku Polskiego usłyszałem warkot motocykla. Mały też go usłyszał i przywarł do
muru. Kilku ludzi wskoczyło do bram domów. Chłopiec zaczął biec w kierunku otworu w murze, z
którego wyszedł. W tym momencie zza rogu Bielaoskiej wyjechał na motocyklu patrol niemiecki.
Siedzący w koszu żandarm spojrzał na skrawek ulicy Długiej i dojrzał małą, czarną postad dobiegającą
do muru. Nagły skręt motocykla i rozpoczął się śmiertelny wyścig głodnego dziecka i hitlerowskich
żołdaków. Zajechali mu gwałtownie drogę odwrotu.

Na ulicy zupełna pustka. Mały, może pięcioletni chłopak fachowo, bez rozkazu, podniósł ręce do góry.
Dwóch żołdaków stało nad nim. Jeden wrzasnął: „Raus!” wskazując ręką na otwór. Mały natychmiast
doo dobiegł. Jeszcze rdz niepewnie odwrócił głowę w stronę Niemców, którzy stali spokojnie przy
motocyklu. Schylił się. Główka jego już wsuwała się do otworu w murze. W tym momencie żandarm
błyskawicznie wyciągnął rewolwer. Suchy trzask!

Odbieranie dzieciom żydowskim resztek żywności zdobytej przez nich na śmietnikach po stronie „aryjskiej”

Ciałem dziecka wstrząsnął gwałtowny skurcz.

Stałem osłupiały. Do świadomości mojej doszedł tylko warkot odjeżdżającego motocykla...

W parę dni potem specjalnie zainteresowałem się tym skrawkiem ulicy Długiej. Zarówno od Marii
Kann jak i od ludzi, którzy tam mieszkali, dowiedziałem się, że Niemcy nieraz urządzali tu polowania
na głodne dzieci żydowskie.

Lato 1941 roku dobiegało kooca. Szczekaczki na ulicach Warszawy bez przerwy donosiły o
hitlerowskich zwycięstwach. Jednak wiadomości te nie budziły zaufania wśród przygodnych
słuchaczy. Warszawiacy pozostali niepoprawnymi optymistami.

Nowe funkcje, jakie miałem objąd z nadejściem zimy, zmusiły mnie do zlikwidowania redagowanego i
wydawanego przeze mnie od listopada 1940 roku pisemka satyrycznego „Szpilka”.

Zdawałem sobie sprawę z wagi satyry, ośmieszającej okupanta. Dlatego starałem się, chod w
najskromniejszej formie, wydawad to pisemko, którego nakład wynosił tylko 500 egzemplarzy. Klisze
powielaczowe sam rysowałem na woskówkach i początkowo powielałem „Szpilkę” na płaskim
powielaczu. Na ośmiu stronach formatu 20,5 X 15 cm starałem się kolportowad kawały szeptane na
ucho oraz zamieszczad własną, aktualną satyrę okupacyjną. Z prawdziwą przykrością musiałem się
teraz rozstad z moim satyrycznym „dzieckiem”.

Jesieo - zima 1941 roku. „Ajencja Prasowa” wychodzi już jako obszerny biuletyn. Nie przypuszczałem,
że zbliża się nieubłaganie moment, w którym rozstanę się z redakcją. W gronie moich przyjaciół
znajdował się nieżyjący już artysta malarz. Edward Lupa, wychowanek prof. Karola Tichy'ego. Edward
był człowiekiem niezwykle nerwowym, żyjącym we własnym, urojonym świecie. Wiecznie w pogoni
za kolorem, którego szukał, szukał i nigdy nie mógł znaleźd. Mieszkał przy ulicy Dąbrówki na Saskiej
Kępie. Zajmował pokoik w domu, gdzie mieściły się laboratoria medycyny sądowej. Dom był
„umeblowany” sztalugami, jakimś wyrkiem, na którym Lupa sypiał, byle jak zbitym z desek stołem. Na
środku stała nieodzowna „koza”, na której gotował swój pustelniczy posiłek; w zimie ogrzewał nią
pokoik. Poza tym dom był pusty, straszyły w nim tylko wielkie wanny cementowe, które służyły do
konserwowania w formalinie zwłok, przeznaczonych do sekcji sądowych.

Co pewien czas, w noce księżycowe, Lupa wpadał w sen kataleptyczny i, jak mówił, przenosił swoją
duszę do przyjaciela, dyrektora Muzeum Narodowego w Ankarze. Pewnego sierpniowego dnia
przyszedł do mojej matki.

- Proszę powiedzied Staśkowi - powiedział - że na nim spoczywają złe oczy. Niech nie wchodzi do
obcych domów, ja do niego nie mogę pójśd.

Więcej nic nie chciał powiedzied ani dad żadnych innych wskazówek, co do swego „proroctwa”. Nie
przywiązywałem do tych słów żadnej wagi, a jednak sprawdziły się.

W 1943 roku Lupa został zabrany w łapance na moście Poniatowskiego, gdy jechał do domu.
Osadzono go w szkole na ulicy Skaryszewskiej. Stąd szły transporty na roboty do Niemiec. Przyjaciele
jego dowiedziawszy się, że tam siedzi, doręczyli mu paczkę oraz koc i jasiek, prosząc, aby pokazał się
w oknie i machnął ręką na znak, że przeznaczone dlao przedmioty otrzymał. Lecz stała się rzecz
dziwna. Lupa ukazał się w zamkniętym oknie, które gwałtownie otworzył, i rzucił w naszym kierunku
jakąś paczkę, która upadła na jezdnię. Pobiegliśmy po nią. Był w niej jasiek i przypięta do niego
karteczka: „Żołnierz jaśka nie potrzebuje”. Taki to był oryginał.

Aby opisad swoją śmierd, nie cofnę się wspomnieniami do dawnych lat, lecz zacznę od obecnej chwili.
To pozwoli mi uszeregowad fakty i wydarzenia, które bezpośrednio przeżywałem lub których byłem
świadkiem oraz te, o których dowiedziałem się później. W ten sposób będę mógł swoją historię
opowiedzied jako pewną całośd.

Każdego roku w grudniu w rocznicę mojej śmierci, idę na swój grób. Wybieram zawsze porę
wieczorną, aby uniknąd widoku ludzi. Na cmentarzu jest pusto. Pogoda przeważnie fatalna. Nagie
drzewa, prześwietlone gdzieniegdzie płonącymi świeczkami, nadają cmentarzowi dziwnie tajemniczy
urok. Grób mój leży na uboczu, dlatego droga do niego jest daleka - zarośnięta wysokimi drzewami,
które przy podmuchach wiatru szeleszczą i skrzypią. Dróżki między drzewami zarośnięte są krzewami:
trochę akacji, która się wyjątkowo pleni, trochę dzikiej róży i jeszcze jakieś inne krzewy.

O tej porze roku i dnia krzewy te nie są dla wieczornego przechodnia przyjemne - czepiają się ubrania
i opryskują zimną rosą lub śniegiem. Od czasu do czasu biegnie w kierunku bramy cmentarnej
zapóźniony przechodzieo.

Staję przy swoim grobie, zapalam tradycyjną świeczkę i przypominam sobie okres, w którym mnie
uśmiercono. Niektórzy ludzie, którzy mnie uśmiercali, żyją do dziś.. Wielu zginęło w czasie powstania
warszawskiego.

Historia mojej śmierci zaczęła się od druku wrześniowego numeru „Ajencji Prasowej” w 1941 roku.
Lokal redakcji mieścił się na ulicy Świętokrzyskiej w mieszkaniu dyrektora „Naszej Księgarni”, o
którym już wspominałem. Było piękne popołudnie. Maszynistka kooczyła przepisywanie „Ajencji
Prasowej” na tak zwanych woskówkach, a „Jadwiga” robiła ostatnią korektę. Po pewnym czasie cały
numer gotowy był do druku. W obszernych rękawach mojej kurtki, gdzie znajdowały się skrypty,
umieściłem gotowe klisze. Z redakcji miałem udad się do drukarni, która mieściła się w Alejach
Jerozolimskich, w domu przylegającym do Hotelu „Polonia”. Pożegnałem się z towarzyszami
machnięciem ręki, gdyż nigdy nie mówiliśmy sobie „do widzenia” ani „do zobaczenia”. To podobno
zapesza.

Trasa ze Świętokrzyskiej w Aleje nie była długa. Szedłem dosyd szybko. Zbliżając się do
Marszałkowskiej poczułem jakiś niepokój. W pracy konspiracyjnej takie uczucie nie jest nowością,
lecz cofnąd się przed wykonaniem zadania nie wolno. Dochodziłem już Alejami Jerozolimskimi do
hotelu „Polonia”. Wrześniowe słooce paliło mocno. Ludzie przechodzili szybko, gdzieniegdzie
przewinął się Niemiec. Teraz już odczuwałem wyraźnie niepokój. Zdawało mi się, że jestem
obserwowany. Przypomniałem sobie przestrogę Edwarda Lupy. Wyraźnie czułem na swoich plecach
czyjeś spojrzenie. Zwolniłem kroku. Starałem się opanowad. Nigdy jeszcze nie byłem tak
zdenerwowany.

Wszedłem do bramy, a stamtąd na podwórko. Kamienica wydawała się zupełnie wymarła. Kroki moje
odbijały się echem w studni podwórza. Teraz mój niepokój przeszedł w zupełną pewnośd, że w tym
domu coś się dzieje. Wszedłem do drugiej bramy, w której na prawo mieścił się lokal powielarni-
drukarni. W umówiony sposób zapukałem do drzwi. Potworny ból z tyłu głowy i między oczami - to
ostatnie uczucie, jakie zapamiętałem przed drzwiami lokalu.

Obudziła mnie z odrętwienia zimna woda. Leżałem na podłodze w pierwszym pokoju drukarni.
Pomału uświadomiłem sobie, że gdy zapukałem do drzwi, z przeciwległej strony, z sieni usłyszałem
gwałtowne szybkie kroki. Był to prawdopodobnie ukryty gestapowiec, który ogłuszył mnie pałką.
Nade mną stali gestapowcy mundurowi i w cywilu. Jeszcze jedno pryśnięcie wodą na twarz i
spróbowałem wstad. W głowie szum. Dwóch cywilnych agentów poderwało mnie za ramiona i
wykręciło ręce do tyłu. Mundurowy gestapowiec przeprowadził szczegółową rewizję, wyciągając mi z
kieszeni najdrobniejsze przedmioty. Następnie zaczęło się obmacywanie nogawek. Kiedy doszedł do
rękawów marynarki, wyczuł, że coś tam jest schowane. Porozumiewawczo spojrzał na drugiego
gestapowca, który zbliżył się natychmiast, błyskawicznie zerwał ze mnie marynarkę i położył ją na
biurku. Za chwilę cały materiał przyniesiony przeze mnie znajdował się w rękach Gestapo. Teraz od
okładania mnie pięściami po twarzy rozpoczęło się śledztwo.

Trzech czy czterech gestapowców mundurowych pochylonych było razem z tłumaczem przy biurku
nad znalezioną „bibułą”. Trwało to może 10 minut. W głowie mi szumiało od uderzeo, krew z nosa i
ust zalewała koszulę. Stojący za biurkiem brzuchaty gestapowiec zwrócił się do tłumacza, który
natychmiast łamaną polszczyzną przełożył jego słowa:

- Ty polska świnio, jesteś młody. Wiesz, co z tobą zrobimy? Będziesz tak długo bity, aż powiesz nam,
skąd to niesiesz.

Tu wskazał na leżące przed nim materiały.

- Jeżeli od razu nam powiesz, będziesz zaraz mógł wyjśd na wolnośd. Jeżeli nie, zatłuczemy cię jak psa.

Równocześnie podszedł do mnie bardzo przystojny i ubrany jak z igły gestapowiec. Powiedział coś do
dwóch agentów, którzy jeszcze bardziej wykręcili mi ręce do tyłu, tak że pięści moje dochodziły
prawie do głowy. Tłumacz spytał:

- Skąd przychodzisz?

Równocześnie stojący przede mną gestapowiec z całej siły uderzył mnie w twarz. Poczułem ciepłą
krew w ustach i na języku, coś mi zaczęło chrzęścid. Mimo woli splunąłem na podłogę własnymi
zębami. Potem właściwie już nic nie odczuwałem. Jak przez sen albo niby w jakiejś próżni powtarzało
się sakramentalne zdanie: „Skąd przychodzisz?”

Za każdym pytaniem padały nowe ciosy. Już nie odpowiadałem, tylko bełkotałem:

- Jestem niedawno zaangażowanym łącznikiem. Paczkę otrzymałem w kościele Św. Aleksandra.

Razy były coraz gęstsze, już nie pamiętam, czy odpowiadałem, czy mnie bito, czy straciłem
przytomnośd. Znów ocucił mnie strumieo zimnej wody. Siedziałem na krzesełku przytrzymywany
przez tych samych dwóch cywilów. Jak przez mgłę widziałem przed sobą za biurkiem stojącego
grubego gestapowca. Uśmiechał się do mnie i mówił po niemiecku, co tłumacz natychmiast
przekładał:
- Czy nie szkoda ci młodego życia? Widzisz, jak wyglądasz przez swoją głupotę. Wierzymy ci, żeś
otrzymał w kościele... Ale powiedz teraz, gdzie to wszystko miałeś odnieśd?

Zamiast oczu miałem opuchnięte szpary, w ustach ciepłą masę krwi, więc tylko wybełkotałem:

- Do kościoła Św. Aleksandra.

Tłumacz natychmiast to przetłumaczył i otrzymałem pięścią między oczy. Na pewno bym się
przewrócił razem z krzesłem, lecz stojący z tyłu agenci podtrzymali mnie „w usztywnionej pozycji”.
Rozpoczęła się nowa seria młócenia. Twarze gestapowców, pokój i wszystko wirowało mi przed
oczami w jakimś krwawym obłoku. Jak echo w wielkiej sali powtarzały się stale dwa zdania:

- Skąd idziesz?

- Dokąd idziesz?

Zdania te były wymawiane raz po niemiecku, raz po polsku. Trudno mi powiedzied, czy
»odpowiadałem głośno, czy szeptem, czy też poruszałem tylko wargami, powtarzając:

- Z kościoła idę i do kościoła wracam.

Potem nie wiem, co było, gdyż właściwie bólu już nie odczuwałem. Po prostu zdrętwiałem od bicia.
Usłyszałem tylko, jak przez mgłę, dzwonek u drzwi lokalu drukarni. Potem potworny krzyk kobiety i
znów zapadła martwa cisza. Pomyślałem błyskawicznie: „Nowa ofiara”! Drukarnia ta, która była
oficjalnie zarejestrowana, w pokoju na tyłach miała tajną drukarenkę. Może wszedł przypadkowy
interesant - może jakaś łączniczka.

Wśród gestapowców powstało małe zamieszanie. Materiały znalezione przy mnie błyskawicznie
schowali do szarego, uprzednio przygotowanego woreczka. Dwóch agentów podniosło mnie z krzesła
i poprowadziło do drzwi sąsiedniego pokoju. Tam byli też gestapowcy. Przez zapuchnięte oczy jak
przez mgłę zobaczyłem okropny widok. Twarzą do ściany, z podniesionymi rękoma, stał właściciel
drukarni, a obok niego trzy inne osoby, w tym jedna kobieta. Cała ściana zalana była krwią, gdyż co
pewien czas któryś z gestapowców podchodził do stojących i pięścią bił ich w tył głowy. Ustawiono
mnie obok nich. Ręce też musiałem podnieśd do góry. Byłem tak osłabiony, że uderzenie, jakie
dostałem w tył głowy, znów mnie ogłuszyło. Uderzyłem twarzą o ścianę i zdawało mi się, że mam
zmiażdżony nos; znów zalałem się krwią. Gestapowcy bez przerwy chodzili poza naszymi plecami w
jedną i drugą stronę. Nie wolno było poruszyd się ani opuścid rąk. Zerkając w bok widziałem, jak z
dużym wysiłkiem stojący obok mnie utrzymywali w pozycji pionowej drętwiejące ręce. Lecz każdy
starał się za wszelką cenę utrzymad nakazaną pozycję, gdyż bał się, że otrzyma znów nowe uderzenie
w głowę. Trudno mi powiedzied, abym w tym: momencie czuł się jak bohater. Myśl powtarzała
niektóre słowa gestapowca.

- Powiedz, a będziesz wolny.

Wiedziałem, że nie zdradzę, ale po wstępnym biciu zdawałem sobie sprawę, co mnie dalej czeka. Z
meldunków, jakie otrzymywaliśmy w konspiracji, dokładnie znane mi były metody stosowane przez
Gestapo. Mało dociekliwego i rozumowego prowadzenia śledztwa - natomiast dużo bicia i tortur.
Równocześnie myślałem, aby w czasie wyprowadzania mnie z lokalu drukarni próbowad ucieczki.
Oczywiście, było to z góry skazane na niepowodzenie, ale mogli mnie zastrzelid i uniknąłbym w ten
sposób dalszego śledztwa. Myśli stawały się coraz bardziej chaotyczne, przypuszczam, że z osłabienia
wskutek bicia i upływu krwi. Skrzepy krwi w ustach dławiły mnie, lecz bałem się je wyplud.

Aresztowanie w drukarni

W pewnym momencie otworzyły się drzwi i wyczułem jakby zamieszanie w pierwszym pokoju. Jakiś
gestapowiec wszedł do naszego pomieszczenia i powiedział pilnującym, że rozpocznie się transport
zatrzymanych. Natychmiast poszły w ruch pięści i rozpoczęły się wrzaski. Kazano nam odwrócid się i
stanąd z założonymi na karku rękoma, a potem ustawid się gęsiego jeden za drugim. Kobieta zrobiła
dwa kroki i zemdlona upadła. Otrzymała kopnięcie w bok, po którym jęknęła i zwinęła się w kłębek.
Dwóch gestapowców postawiło ją na nogi. Następnie podchodzili do każdego, brali za ręce, które
wykręcali do tyłu i zakładali kajdanki. Obok nas, z dwóch stron, ustawił się sznur nowo przybyłych
gestapowców. Wszyscy byli uzbrojeni w automaty. Wśród wrzasków rozpoczął się wymarsz z lokalu.
W bramie, na podwórzu i na ulicy ustawieni byli mundurowi i cywilni gestapowcy. Przy krawędzi
chodnika stały auta. Mnie wrzucono do małego samochodu z żelazną podłogą. Z dwóch stron były
ławki. Musiałem się między nimi położyd twarzą do podłogi. Na ławkach zasiedli uzbrojeni
konwojenci i każdy z nich oparł jedną nogę o moje plecy.

Nie wiem, jak długo jechałem. Najgorszy ból odczuwałem, kiedy wjechaliśmy do getta, gdzie były
wyboiste ulice. W pewnym momencie auto zahamowało i usłyszałem jakąś rozmowę po niemiecku, a
potem charakterystyczny zgrzyt żelaznej bramy Pawiaka. Samochód ruszył i wjechaliśmy na
dziedziniec więzienia. Po chwili nadjechały następne wozy. Poczułem, że ktoś mnie złapał za nogi i
raptownym szarpnięciem, jak kłodę, ściągnął z samochodu na ziemię. Niedługo leżałem, gdyż
kopnięcie postawiło mnie na nogi.

Wszystkich więźniów ustawiono obok siebie. Umazani we krwi i błocie, sprawialiśmy okropne
wrażenie. Batami zaczęto pędzid nas w kierunku schodów, które prowadziły do gmachu więzienia.
Ustawiono nas w jednym pokoju i pojedynczo puszczano do następnej izby, gdzie odbywała się
rejestracja.

To było moje pierwsze zetknięcie się z więzieniem. Od tej chwili rozpoczął się okres życia na Pawiaku,
urozmaicony śledztwami na Szucha. Nie czułem, że należę do jakiejkolwiek organizacji czy też do
siebie. Byłem własnością gestapowców, którzy robili ze mną, co tylko chcieli.

Po rejestracji ustawiono nas w szeregu. Jakiś gestapowiec otrzymał papiery i ci, co nas przywieźli,
przekazywali aresztowanych personelowi Pawiaka. Sprowadzono nas do piwnic, gdzie mieściła się
słynna kwarantanna. Zostaliśmy umieszczeni w różnych celach. Każda cela była po prostu lochem
piwnicznym, potwornie śmierdzącym i wilgotnym. Maleokie, zakratowane okienko znajdowało się tuż
pod sufitem, tak że nic się przez nie nie widziało. Na podłodze leżało kilka płacht przegniłego,
papierowego siennika, w którym znajdowała się garśd mokrej słomy. W rogu stał „kibel”, okropnie
cuchnący. Ciemnoszare od pleśni ściany i betonowa, wilgotna podłoga dopełniały tego ponurego
obrazu. Cela miała może dwa na dwa metry. Ludźmi była już wypełniona po brzegi. Z uwięzionych w
drukarni tylko ja jeden znalazłem się w tej celi.

W mroku pomału zacząłem rozpoznawad rysy twarzy niektórych mężczyzn. Wszyscy byli
przygnębieni, złamani i patrzyli na siebie wilkiem, bojąc się jeden drugiego, nie dowierzając sobie i
myśląc, że któryś ze współtowarzyszy może byd nasłanym „kapusiem”. W rogu stał aresztowany
strażnik więzienny w mundurze polskim, młody jeszcze chłopak. Nikomu z nas nie wolno było usiąśd.
Co pewien czas słyszeliśmy, jak za drzwiami zatrzymywał się gestapowiec i zaglądał przez, „judasza”.
Nie wiem, jak długo tak stałem. Zaczął dokuczad mi głód. W pewnym momencie otworzyły się drzwi;
obok strażnika stał gestapowiec. Wrzasnął: „Achtung!” Kazał odliczyd, sprawdził, czy lista zgadza się
ze stanem osobowym w celi, i nakazał ciszę - „spoczynek nocny”. Drzwi się zamknęły. Wszyscy mimo
woli spojrzeli na siebie, potem na podłogę i na kupę mokrych szmat, które miały nam służyd za
posłania.

Strażnik-więzieo upomniał nas:

- Nie zastanawiajcie się, układajmy się czym prędzej do snu. Jak zajrzy przez „judasza” i zobaczy, że
nie leżymy, to mogą byd karne dwiczenia.

Zaczęliśmy układad się jeden obok drugiego. Było to wielką sztuką; mogliśmy tylko leżed na boku,
gdyż jedynie w takiej pozycji mogliśmy zmieścid się w celi. Znalazłem się między więźniem-
strażnikiem a komandorem Sokołowskim. Nie wiem, czy ktoś z nas spał tej nocy. Ja w każdym razie
nie. W głowie kotłowały mi się bez przerwy różne myśli. Czy rodzina została w porę ostrzeżona? Czy
matka i bracia nie są aresztowani i poddawani torturom? Czy lokal redakcji wpadł tak samo jak
drukarnia? Czy koledzy redakcyjni podzielą mój los? Czy to była przypadkowa wsypa, czy też w
wyniku inwigilacji cała nasza komórka została zdekonspirowana? A przede wszystkim zrozumiałem,
jak krzywdzące było oskarżenie o tchórzostwo tych, którzy poddawani byli biciu i torturom i w
pewnym momencie załamywali się. Człowiek, dopóki na własnej skórze nie doświadczył bólu i
strachu, nie powinien byd sędzią tych, którzy to przeszli.

Nad ranem gong postawił nas na nogi. Rozpoczął się apel i mój nowy dzieo na Pawiaku.

Strażnik-więzieo od razu nas poinformował, abyśmy ustawili się w dwuszereg, twarzą do drzwi.
- Ten, co zna dobrze niemiecki, niech stanie pierwszy - będzie meldował stan celi.

Pierwszy stanął komandor Sokołowski, piękny, siwy starzec. Zginął później w Oświęcimiu wraz z żoną
i dziedmi. Słyszeliśmy trzaskanie drzwi w sąsiednich celach oraz krótkie: „Achtung!” Potem cichy,
wystraszony raport i znów trzaśnięcie drzwi. Pomału zbliżali się do naszej celi. Drzwi otworzyły się i
stanął w nich na rozkraczonych nogach jakiś młody mundurowy gestapowiec. Za nim stali inni.

Znów: „Achtung!” i raport o stanie liczebnym. Gestapowiec wszedł do celi. Popatrzył na podłogę,
palcem przeciągnął po rurze centralnego ogrzewania i po kracie w oknie. Wyszedł na czoło naszej
kolumny i z całej siły wyrżnął w twarz pierwszego więźnia.

Pokazał palec. Był lekko zabrudzony. Nie wiedzieliśmy, że przed apelem trzeba było celę wyczyścid.
Tłumacz powiedział, że nie dostaniemy karnych dwiczeo, ponieważ jesteśmy nowicjuszami, ale jeżeli
jeszcze raz się to powtórzy, to czeka nas głodówka i „żabka”. Jak tu czyścid celę, kiedy cała jest
błotnisto wilgotna? Nie otrzymaliśmy żadnych ścierek, wody ani miotły.

Później czyściliśmy celę czym się dało. Skarpetkami, chusteczkami do nosa lub udartym dołem
koszuli. Tak samo czyściliśmy „kibel”. Z nim było najgorzej. Na kwarantannie siedzieli nowicjusze,
których pierwszym objawem zdenerwowania był rozstrój żołądka, tak że całe noce i w dzieo „kibel”
był w ruchu i straszny fetor zatruwał i tak smrodliwe powietrze celi.

Po apelu kazano nam wyjśd na korytarz i poprowadzono do „obórki”, to jest ustępu, który znajdował
się na każdym piętrze na koocu korytarza. Musieliśmy błyskawicznie załatwiad się, aby ustąpid
miejsca następnemu. Czas na tę „operację” był ściśle określony. Potem otrzymaliśmy menażki, w
które wlano nam pierwszy posiłek na Pawiaku. Była to gorzka kawa i kromka chleba. Mimo że
odczuwaliśmy dotkliwy głód, kawa ta z trudem przechodziła nam przez gardło, gdyż przypominała
cuchnącą, ciepłą lurę.

Następnie otrzymaliśmy posiłek obiadowy. Nikt z nas tego dnia nie pojechał na śledztwo. Natomiast
pod wieczór kazano nam wyjśd z celi na badania sanitarne.

W korytarzu obok jednej z cel ustawiony był stół, za którym siedział jakiś mężczyzna w fartuchu.
Podchodziliśmy do niego kolejno. Opukiwał nas, zaglądał w oczy i wołał następnego, przebadany zaś
siadał na stołku, gdzie pod okiem gestapowca odbywały się ostrzyżyny. Dokonywał ich specjalny
więzieo czymś, co przypominało maszynkę do strzyżenia włosów. Inny więzieo podtrzymywał przy tej
„operacji” delikwenta, aby ten siedział sztywno i nie poruszał się, gdyż ostrza były
nieprawdopodobnie tępe i boleśnie wyrywały włosy. Każdy z nas niemożliwie się wykrzywiał. To
wprowadzało w świetny humor pilnujących nas gestapowców. Teraz już naprawdę byliśmy podobni
do więźniów. Nadeszła nowa noc na Pawiaku. O północy przebudził nas potworny wrzask na
korytarzu. Słychad było jakieś gwałtowne podskoki, a potem uderzenia. I znów nieoceniony więzieo-
strażnik objaśnił, że prawdopodobnie przez „judasza” stwierdzono w jakiejś celi „odchylenia
więźniów od regulaminu”. Może ktoś palił pod kocem zdobytego nielegalnie papierosa, może ktoś
siedział, a nie leżał, i cała cela otrzymała za to karne dwiczenia, tak zwaną „żabkę”.

Minął drugi i trzeci dzieo.

Na dziedziocu Pawiaka rozgrywały się jakieś sceny, słychad było jęki, zajeżdżały auta i znów dobiegały
wrzaski gestapowców i jęki przywożonych więźniów. Czwartego dnia napięcie moich nerwów jeszcze
wzrosło. Nie miałem żadnych wiadomości, nie byłem brany na śledztwo. Myślałem, że na pewno coś
przygotowują i że coś musiało się stad po moim aresztowaniu, o czym nie wiem. Wieczorem, piątego
dnia, tłumacz wyczytał, że rano będę zabrany na śledztwo.

Było to bardzo chytre posunięcie, gdyż utrzymywało więźnia w zdenerwowaniu przez całą noc,
osłabiając jego wolę niezałamania się w czasie bicia lub tortur. Niecierpliwie oczekiwałem poranka.

W pewnym momencie komandor Sokołowski mrugnął na mnie okiem. Kiedy podszedłem do niego,
powiedział, abym nie wkładał niczego, co mam na sobie, nawet koszuli czy swetra, a tylko owinął się
tym jak najgrubiej w okolicy nerek i na to dopiero nałożył marynarkę. Na śledztwie - powiedział -
najbardziej trzeba chronid nerki, które mogą poodbijad. Wtedy cały organizm będzie „zdezelowany”.
Posłuchałem go i opasałem się zwiniętym swetrem.

Ranny apel odbył się według znanego rytuału. Kazano mi wyjśd na korytarz. Gestapowcy zaprowadzili
mnie na schody wiodące na parter, gdzie przekazali innemu funkcjonariuszowi. Ten zaprowadził mnie
do biura Pawiaka. W biurze odbyła się moja „odprawa”, to znaczy przekazanie mnie konwojentom.
Oprócz mnie było tu jeszcze kilku więźniów z innych pięter i innych cel. Wszyscy byli ostrzyżeni, mieli
ziemistą cerę. Wyraz ich twarzy był tępy i zrezygnowany, mało kto miał podniesioną głowę. Z gmachu
wyprowadzono nas na dziedziniec Pawiaka. Tam stali jeszcze inni więźniowie. Wszyscy należeliśmy do
tej kategorii więźniów, których sprawy nie są zlikwidowane i którzy w różnych odstępach czasu byli
poddawani śledztwu.

W pewnym momencie na dziedziniec zajechała „buda” w asyście motocykli. Wyskoczyli z niej


gestapowcy, a ci, którzy siedzieli na motocyklach, nie zeszli, tylko patrzyli z uśmiechem na nas.
Rozpoczął się załadunek. Jeden po drugim musieliśmy wchodzid na wysoką platformę ciężarówki,
kopani i bici pałką. Niemcy bez przerwy krzyczeli: „Schnell, schnell”! Żadnemu więźniowi nie wolno
było pomóc drugiemu. Nie można było odwrócid głowy ani odezwad się. Nareszcie ten makabryczny
transport gotowy był do drogi. Gestapowcy usiedli w pierwszym rzędzie ławek z automatami
gotowymi do, strzału. Patrol na jednym motocyklu ustawił się z przodu, a drugi z tyłu samochodu.
Eskorta uzbrojona była w ręczne karabiny maszynowe. Przez otwartą, bramę Pawiaka nasza
kawalkada ruszyła szybko pustymi ulicami miasta. Pędziliśmy przez Aleje Ujazdowskie w kierunku alei
Szucha. Buda wjechała na dziedziniec siedziby Gestapo.

Wysiadaliśmy z auta wśród bicia i kopniaków oraz wrzasków: „Schnell, schnell”! Potem
zaprowadzono nas gęsiego do podziemia gmachu. Mieścił się tam tak zwany „tramwaj” - miejsce,
gdzie każdy więzieo przebywał przed i po śledztwie. „Tramwaj” składał się z korytarza, do którego z
jednej strony przylegały małe boksy, oddzielone od niego kratami. Ławki stały po jednej stronie
ściany. Każdego więźnia wprowadzano i sadzano tyłem do korytarza. Nie wolno się było poruszyd ani
oglądad za siebie. Co pewien czas krata otwierała się i przy akompaniamencie wrzasków
wyprowadzano więźnia na śledztwo na górne piętro. Te chwile były dla nas najgorsze. Zawsze
odczuwałem przed nimi strach. Czoło miałem zroszone gęstym potem, który spływał mi po twarzy.
Bałem się otrzed go, aby nie poruszyd ręką. Ubranie zupełnie lepiło mi się do ciała. Obolałe po
pierwszym śledztwie szczęki zdawało mi się, że popękają. Napięcie moje wzrastało z każdą chwilą.

Naraz okratowane drzwi za moimi plecami otwarły się i jakaś ciężka ręka podniosła mnie z ławki.
Zostałem obrócony gwałtownie i wypchnięty na korytarz. Tak zwaną „żabką” kazano mi skakad przez
korytarz w kierunku drzwi, znajdujących się na koocu korytarza. Potem kopnięto mnie w plecy i już
normalnie prowadzono po schodach dawnego Ministerstwa Oświecenia Publicznego na górne piętra.
Dziś już nie pamiętam, czy było to pierwsze, czy drugie piętro. Znów szedłem korytarzem, ale już nie
popychany i nie bity. Byłem zupełnie zrezygnowany.

Zatrzymano mnie przed jakimiś drzwiami. Najpierw szedł gestapowiec, a potem ja. Pokój był nieduży,
umeblowanie bardzo proste. Pod ścianą stało ciężkie biurko, za nim fotelik, nad którym wisiał portret
Himmlera. Z boku krzesło dla tłumacza i naprzeciwko drugie krzesełko dla więźnia.

Pod drugą ścianą stał niski, wąski stoliczek i jeszcze jedno krzesło. Na ścianie między oknami wisiała
oszklona szafka, w której znajdowały się jakieś narzędzia, między innymi pałka i pejcz gumowy.
Asystujący gestapowiec wyszedł z pokoju. Stanąłem przed oficerem prowadzącym śledztwo.

Był to mężczyzna w sile wieku, bardzo starannie ubrany, o inteligentnej twarzy. Tłumacz, krępy,
łysiejący mężczyzna w cywilnym ubraniu, siedział z boku biurka. Śledztwo rozpoczęło się od
sakramentalnego spisania personaliów i pytania, czy przyznaję się do winy i przynależności do
organizacji konspiracyjnej.

- Nie przyznaję się.

Gestapowiec ani drgnął, tylko ręką pokazał na teczkę, w której znajdowały się znalezione przy mnie
przedmioty. Pytanie było krótkie - skąd się wobec tego to wszystko wzięło przy mnie?

Odpowiedziałem, że dopiero parę dni temu dla zarobku zacząłem przenosid jakieś materiały. Pracę tę
otrzymałem od nie znanego mi człowieka, który nigdy nie informował mnie, co robi się w tym lokalu.
A ponieważ drukarnia i powielarnia były oficjalną firmą, nigdy nie przypuszczałem, aby w niej mogły
byd drukowane nielegalne materiały. Paczkę, którą otrzymałem krytycznego dnia, dostałem w
kościele i tam też miałem ewentualnie odnieśd inną paczkę, o ile taką otrzymałbym w drukarni.

Tłumacz skrzętnie wszystko przekładał i zapisywał. Równocześnie gestapowiec ze spokojem


przeglądał wszystkie papiery i robił jakieś notatki.

Po wysłuchaniu mojego oświadczenia wstał zza biurka i przeszedł za moje plecy. Bez żadnych wyzwisk
i bicia powiedział:

- Każdy z was tak mówi i każdy łże, lecz pamiętaj, że jesteś młody, masz rodzinę i wcześniej czy
później i tak wyciągniemy z ciebie prawdę. Oszczędź sobie i swojej rodzinie niepotrzebnych cierpieo i
zmartwieo. Powiedz wszystko, co wiesz, a tu na miejscu otrzymasz przepustkę i od razu wyjdziesz na
wolnośd.

Równocześnie dał mi pięd minut do namysłu, zdjął zegarek z ręki i położył przede mną na biurku.

Nie jestem pisarzem i trudno mi wyrazid, co człowiek w takich wypadkach czuje i jak się wewnętrznie
łamie. Mimo woli przychodziły mi na myśl wszystkie okupacje Polski, całe kolumny takich jak ja,
znanych, czy nieznanych konspiratorów, którzy ginęli i po których nie pozostała nawet pamięd. A
przecież życie jest tak krótkie. W trakcie swego oświadczenia gestapowiec dał do zrozumienia, że i tak
wszyscy są aresztowani i moje milczenie ani im nie pomoże, ani nie zaszkodzi. Najwyżej oni będą
sypad, a wtedy dla mnie już nie będzie ratunku. Minęło wyznaczone pięd minut. Gestapowiec schylił
się nade mną gwałtownie, mimo woli skurczyłem się i schyliłem głowę w ramiona. Lecz on tylko
sięgnął po zegarek, śmiejąc się z mojego lęku. Przeszedł wolnym krokiem na drugą stronę biurka i
ciężko usiadł. I znów padło pytanie, które zadawano mi od momentu aresztowania.

- Skąd szedłeś?

- Z kościoła Św. Aleksandra - odpowiedziałem.

Skinął głową na znak zgody i zadał drugie pytanie:

- Dokąd miałeś pójśd?

- Do kościoła Św. Aleksandra.

Znów z całym spokojem zaaprobował moją odpowiedź. Chwilę patrzył na mnie, po czym podniósł
słuchawkę stojącego obok telefonu, nakręcił jakiś numer i z kimś krótko rozmawiał. Po paru minutach
do pokoju wszedł otyły Niemiec w mundurze. Przesłuchujący mnie oficer pokazał mu notatki i moje
oświadczenie. Podeszli do okna i rozmawiali ze sobą szeptem. Następnie przesłuchujący gestapowiec
usiadł z powrotem za biurkiem, a przybysz wyszedł z pokoju. Mijały minuty w zupełnym milczeniu. I
znów drzwi się otworzyły i wszedł wysoki Niemiec o twarzy bandyty. Stanął za moimi plecami. Zimny
pot zaczął znowu oblewad całe moje ciało. Czułem, jak z czoła na oczy spływają mi strużki potu.
Gestapowiec przechylił się w tył na fotelu i znów zapytał, skąd szedłem. Nie zdążyłem odpowiedzied:
„Z kościoła Św. Aleksandra” - gdy stojący za mną zbir poderwał mnie za ucho do góry i z całej siły
trzepnął pięścią między oczy, równocześnie sadzając na krześle.

Uśmiechający się gestapowiec zadał mi drugie pytanie: Dokąd miałem iśd?

I znów powtórzyła się ta sama scena. Zanim zdążyłem odpowiedzied, zostałem ogłuszony pięścią w
prawe ucho. Potem kazano mi wstad, zabrano krzesło i pokazano znalezione przy mnie przedmioty.
Był tam między innymi klucz od magazynów „Naszej Księgarni” na ulicy Foksal, gdzie oprócz
kolportażu magazynowaliśmy papier dla „Ajencji Prasowej”. Był to duży klucz. Gestapowiec spytał, od
jakich on jest drzwi. Odpowiedziałem, że po prostu dla samoobrony - gdy wracam wieczorem przez
puste ulice Powiśla. Odpowiedź moja nie wydała mu się prawdopodobna, wobec tego dał klucz
gestapowcowi, który mnie bił, a ten podsunął mi go pod nos i uderzając nim po twarzy, zapytał:
„Powiedz, od czego jest ten klucz”.

W dalszym ciągu utrzymywałem, że służy tylko do samoobrony. Gestapowiec powiedział coś po


niemiecku, a tłumacz przetłumaczył:

- Pan oficer chce się przekonad, jak takim kluczem można się bronid.

Następnie dał mi klucz i kazał pokazad, jak takim kluczem się broni. Nie wiedziałem, co mam robid.
Gestapowiec kazał mi podnieśd rękę z kluczem i zanim się spostrzegłem, dostałem potężne uderzenie
w brzuch. Nie wiem, kolanem czy też pięścią. Upadłem na podłogę zwinięty w kłębek, gdyż zabrakło
mi tchu. Gestapowiec podszedł do szafki i wyciągnął bat. Rozpoczęło się „normalne” smaganie.
Przekręciłem się plecami do góry i jak bity pies czekałem, kiedy razy ustaną. Pomyślałem sobie, że
jednak ten sweter zwinięty i okrywający nerki to był dobry pomysł.

Znów kazali mi wstad i usiąśd na krzesełku. Oficer zadzwonił i oświadczył, że mój towarzysz jest na
śledztwie w sąsiednim pokoju. Przyznał się do wszystkiego i powiedział, że jestem kurierem, stale
przynoszącym i odnoszącym pisma z redakcji. Wobec tego nie mam już co ukrywad i mogę wszystko
powiedzied. Po chwili wprowadzono Sadowskiego. Twarz jego była trupio blada, oczy podsiniałe - po
raz pierwszy w życiu zobaczyłem człowieka o tak potwornie sinych wargach. Podtrzymywało go
dwóch gestapowców. Wzrok miał zupełnie szklisty i od progu, jak tylko mnie zobaczył, kiwnął głową
na boki, co miało oznaczad „nie”.

Ja tak samo kiwnąłem głową, dając mu do zrozumienia, że nic jeszcze nie powiedziałem. Te nasze
porozumiewawcze znaki nie uszły uwadze gestapowców. Wykręcono Sadowskiemu ręce do tyłu tak
wysoko, że głową prawie dosięgał kolan, i w takiej pozycji wyprowadzono go. Gestapowiec stojący za
mną złapał mnie za głowę, odchylił ją do tyłu i zaczął pięścią okładad mnie po szczękach. Będąc w tej
pozycji nie mogłem odpluwad krwi, którą zacząłem się dławid. Bez przerwy zadawano mi pytania,
skąd szedłem i dokąd miałem iśd. Bełkotałem ciągle jedno w kółko. Bicie przerwano. Gestapowiec
śledczy połączył się telefonicznie z innym pokojem. Z rozmowy domyśliłem się, iż mają przerwad
przesłuchanie, gdyż moja rola na pewno zostanie rozszyfrowana przy pomocy zeznao innych
więźniów, aresztowanych w tej samej sprawie, i to pozwoli na „zlokalizowanie” mnie.

Śledztwo skooczyło się. Znów prowadzono mnie do „tramwaju”, szczęśliwie bez kopania i bez bicia.
Usiadłem na ławeczce. W głowie szumiało. Za moimi plecami pędzono kogoś przez korytarz, bijąc go,
innego znów wleczono nieprzytomnie charczącego. Po chwili nastąpiła cisza i tylko słychad było
miarowe kroki strażników. Pora obiadowa na Szucha oznajmiona została dzwonkiem. Dla nas
oznaczało to wytchnienie i odwiezienie na Pawiak, który zdawał się byd jakąś oazą ładu i spokoju.

I znów jazda w budzie ulicami Warszawy. Tylko jak inaczej wszyscy znajdujący się w niej wyglądają!
Jeszcze bardziej skuleni, posiniaczeni i pokrwawieni. Na podłodze budy leżała jakaś kobieta. Potem
dowiedziałem się, że to była łączniczka „Grażyna”. Gwałcono ją na oczach matki, która zmarła potem
na zapalenie mózgu. „Grażynę” zamęczono w getcie. Była to jedna z najdzielniejszych łączniczek, dziś
już nie pamiętam z jakiego ugrupowania. Jej pseudonim, zdobyty nie wiadomo jaką drogą i jaką
pocztą, był powtarzany przez wszystkich więźniów, zarówno na Serbii jak i Pawiaku;

Wróciliśmy na Pawiak. Znów nas przeliczono. Gestapowcy z miasta przekazali nas gestapowcom z
Pawiaka. Znów marsz do podziemi, gdzie czekała na nas wodnista zupa, przechowana przez kolegów.
Nikt z więźniów nie pytał, czy byłem bity, czy sypnąłem, czy załamałem się, czy też przetrzymałem
śledztwo. Wyczułem jednak pewną ostrożnośd w odnoszeniu się do mnie moich współtowarzyszy.
Nastąpił apel wieczorny i znów noc. Ubrania nasze były wilgotne i wydawały nieprzyjemny zapach.
Chłód dawał się we znaki. Zaczynały dokuczad nam bóle w stawach i kościach od wilgoci, jaka tu
panowała.

Do kooca pobytu na „kwarantannie” nie byłem badany na Szucha. Zdenerwowanie moje rosło z dnia
na dzieo. Nie wiedziałem, co się dzieje z moimi najbliższymi na wolności i z aresztowanymi
towarzyszami pracy. Do dziś nie mogę sobie uświadomid, jaką drogą dowiedziałem się, że właściciel
drukarni został zamordowany w czasie śledztwa. Po biciu dostał ataku serca i zmarł w alei Szucha.

Nadszedł drugi akt mojego pobytu na Pawiaku. Zostałem przeniesiony na drugie piętro, na tak zwany
oddział transportowy. Mieściły się tam cele, w których więźniowie czekali na śledztwo, na wywóz do
Oświęcimia lub na rozstrzelanie. Cela była widniejsza, a przede wszystkim sucha. Więźniowie, jak
zawsze, przyjęli nowego z rezerwą. Nikt nikomu nie ufał.
W naszej celi był pewien staruszek, dawny charakteryzator jednego z teatrów warszawskich.
Oskarżono go o to, że charakteryzował tych, którzy ukrywali się przed Gestapo, aby zmienid ich
wygląd. Co wieczór starzec stawał na swoim sienniku - w tej celi znajdowały się już sienniki - i
wszystkim oświadczał, iż jest niewinny, gdyż nikogo nie charakteryzował. Równocześnie jednak, kiedy
porwała go elokwencja, to nawet niezbyt bystry umysł wywnioskowałby, że drugiego takiego
charakteryzatora jak on nie ma w całej Warszawie. Że gotów jest samego diabła zmienid na anioła i
nikt nie pozna tej mistyfikacji. Tym się biedak dekonspirował.

Drugim charakterystycznym więźniem był młody chłopiec, potwornie blady, o twarzy i figurze ascety-
filozofa. Ten z nikim nie mówił o tym, dlaczego tu siedzi i czy jest winny bądź niewinny. Przeważnie
półgłosem wiódł ze sobą długie dysputy. W czasie dalszego pobytu w celi przekonałem się, że
wprowadzał on do naszego życia największy niepokój. Każdy wiedział z jego szeptanych monologów,
iż przygotowuje się do ucieczki. Nie mieliśmy pojęcia, w jaki sposób chce ją zorganizowad. Wszyscy
zdawaliśmy sobie sprawę, że ucieczka jednego więźnia, przy stosowanej przez Niemców zasadzie
zbiorowej odpowiedzialności, jest wyrokiem śmierci na całą celę.

Czytanie grypsu

Pierwsze dni mojego pobytu w celi zostały zamącone zawiadomieniem, że pójdę na śledztwo.
Oświadczył mi to wieczorem pełniący funkcję pisarza i tłumacza Fikus. W czasie wieczornego marszu
do „obórki” podszedł do mnie, stając prawie przy samej twarzy, i wrzasnął:

- Prędzej się ubieraj i zapinaj portki.

W tym momencie wsunął mi do ręki mały zwitek papieru.

Nikt tego nie spostrzegł. Byłem oszołomiony. Wiedziałem, że to upragniony gryps. Pierwsza
wiadomośd z tamtej strony muru! Teraz należało ją przeczytad, ale tak, aby żaden więzieo tego nie
zobaczył. Nie wiadomo, czy któryś z nich nie jest „kapusiem”. Po przyjściu do celi zacząłem tak
manipulowad, aby nie zwracając na siebie uwagi rozwinąd gryps i umieścid go w otwartych dłoniach.
Była to mała kartka bibułki, zapisana drobnym maczkiem. Znajdowała się przy niej druga, czysta, i
kawałek grafitu ołówkowego. A więc miałem tą samą drogą dad odpowiedź. Z grypsu dowiedziałem
się, że rodzina nie została aresztowana, a także nikt z ludzi w lokalach, w których bywałem. Wszystko
było zabezpieczone i zlikwidowane. Wpadka nastąpiła na skutek inwigilacji ogniwa wydającego
„Ajencję Prasową”. Zalecono mi jak najdłużej trzymad się ustalonego na wolności systemu obrony.
Gdyby ktoś zaczął mnie sypad, będę uprzedzony. Paczki żywnościowe otrzymywad będą w
przewidzianych regulaminem więziennym terminach.

Wielka otucha wstąpiła w moje serce. Teraz mozolnie, przez długie godziny, tak aby nikt nie zobaczył,
po jednym słowie odpisywałem. Nastąpił ranek i znów apel, po którym poprowadzono nas do
„obórki”. Potajemnie doręczyłem Fikusowi gryps, a potem nie wszedłem już do celi, tylko zostałem na
korytarzu, gdyż miano mnie przewozid na Szucha. Nerki zawinąłem swetrem, a ponadto nieznajomy
dekorator dał mi ręcznik, który jakimś cudem przechował w celi.

Wszystko odbyło się z takim samym ceremoniałem jak poprzednio. Straż więzienna przekazała nas
gestapowcom, pełniącym służbę z tamtej strony muru więziennego. Znów wchodziliśmy do budy
wśród okrzyków: „Schnell, schnell!” i kopania. Znów była jazda po ulicach Warszawy i „tramwaj” na
Szucha. W kieszeni wyczułem różaniec, który znalazł się tam przypadkowo. Otrzymałem go w paczce
żywnościowej z organizacji pomocy więźniom, działającej przy tak zwanej RGO. Gestapowcy zezwolili,
aby władze opiekuocze oprócz żywności przysyłały trochę bielizny i różaniec. Żadnych sznurków,
drutów i tym podobnych przedmiotów więźniom nie wolno było przetrzymywad.

Z „tramwaju” wprowadzono mnie bez bicia na piętro do pokoju przesłuchao. Ten sam gestapowiec
siedział za biurkiem i ten sam tłumacz przekładał jego pytania i moje odpowiedzi. Przesłuchanie
zaczęło się od pytania, czy namyśliłem się w celi i czy zdaję sobie sprawę, co będzie ze mną w razie
dalszego przemilczania mojego udziału w organizacji konspiracyjnej. Odpowiedziałem jak zwykle, że
poprzednich zeznao ani nie cofnę, ani nie uzupełnię, gdyż wszystko, co dotychczas powiedziałem, jest
prawdą. Gestapowiec wstał i rozpoczął spacer koło szafki, w której znajdowały się narzędzia do
wymuszania zeznao od więźniów.

Otworzył drzwiczki i tym razem wyjął jakiś kawał gumy, półmetrowej długości. Stanął za mną z tyłu i
zaczął nią wystukiwad na mojej głowie takt do melodii: „Heili, heila...”, nucąc ją pod nosem. Tłumacz
wstał i podszedł do okna. W pewnym momencie przypomniał mi się różaniec w kieszeni i
postanowiłem zyskad na czasie i zagrad wobec Gestapo zupełnie naiwnego. Spytałem - zwracając się
do tłumacza - czy mogę zmówid różaniec, gdyż dalszego śledztwa nie wytrzymam. Tłumacz z trochę
głupią miną odwrócił się od okna, a ja nie czekając na przetłumaczenie mojej prośby wyciągnąłem
różaniec i zacząłem mamrotad pod nosem niby to słowa modlitwy. Cała trudnośd polegała na tym, że
nie wiedziałem, jak brzmi różaocowa formułka. Bałem się, aby gestapowiec w przystępie dobrego
humoru nie kazał mi na głos odmawiad pacierza. Wtedy cała mistyfikacja wyjdzie na jaw. Lecz, o
dziwo, gestapowiec ani zezwolił, ani nie zezwolił, tylko usiadł naprzeciwko mnie za biurkiem i zaczął
mi się bacznie przypatrywad. Ja tymczasem coraz bardziej „żarliwie” modliłem się, sam nie wiedząc,
co z tego wyniknie. Ponieważ stan taki przedłużał się, zacząłem się denerwowad. Gestapowiec bębnił
palcami po blacie biurka. Wiedziałem, że gry tej nie mogę przeciągad. Wobec tego zakooczyłem
modlitwę szerokim znakiem krzyża i schowałem różaniec do kieszeni.
Gestapowiec wstał, podszedł do mnie z tyłu i spokojnie powiedział:

- Niech cię twój Bóg ma w opiece, zobaczysz jego królestwo: niebo i gwiazdy.

Tłumacz zaczął przekładad jego słowa, lecz zanim skooczył, poczułem dotkliwy ból głowy i w oczach
rzeczywiście zaświeciły mi gwiazdy. Potem jeszcze raz dostałem pałką przez głowę. Zemdlałem.
Ocknąłem się niesiony przez dwóch więźniów korytarzem do „tramwaju”. Tam posadzili mnie w
„klatce”. Tym razem udało mi się, gdyż śledztwo trwało krótko.

Powrót na Pawiak odbył się z normalnymi szykanami. Nareszcie dojechaliśmy na miejsce. Ustawiono
nas znów w izbie przyjęd, przeliczono i posegregowano według oddziałów. Niestety, kazano mi stad
osobno. Nie wiedziałem, co to miało oznaczad. Wszyscy więźniowie odeszli do swoich cel. Po mnie
przyszło trzech gestapowców i poszliśmy do jakiejś innej celi. Znajdowało się tam jedno krzesło i stół:
Zorientowałem się, że coś tu ze mną zrobią. Gestapowiec kazał mi stanąd twarzą w stronę stołu,
spuścid spodnie i położyd się na stole tak, abym miał spuszczane nogi. Nagle poczułem na pośladkach
piekący ból. Razy spadały jeden za drugim. Dostawałem karę chłosty. Zadyszany gestapowiec liczył.
„Ein, zwei, drei...” Gdzieś w okolicy dwudziestu straciłem przytomnośd i nie wiem, ile batów dostałem
za nieudane śledztwo na Szucha. Pomału wracałem do siebie. Leżałem na stole, a gestapowcy
najspokojniej rozmawiali drzwiach. Kiedy spostrzegli, że się poruszyłem, kazali mi prędko wstad, a
jeden z nich nawet łagodnie, łamaną polszczyzną powiedział:

- Ubieraj się i marsz do celi.

Nie mogłem usiąśd na sienniku, więc tylko założyłem ręce do tyłu i oparłem się o mur. Nikt mnie o nic
nie pytał i ja nic nie mówiłem. Jeden z więźniów przyniósł moją miseczkę z zupą. Nie mogłem ruszyd
ręką, więc postawił mi ją przy nogach. Teraz pomału zacząłem zbierad myśli. Przypomniał mi się
gryps, a w nim jedno zdanie: „Lokale zlikwidowane, ludzie w bezpiecznych miejscach”.

Dla nich oznaczało to bezpieczeostwo. Dla mnie: „Jesteś odcięty od organizacji, organizacja może
będzie się tobą opiekowała, lecz dla niej jesteś wykreślony z rejestru. Jesteś już zasypany”. Takie już
jest prawo i chcąc czy nie chcąc musi się nim kierowad każda organizacja konspiracyjna. Nie człowiek,
a sprawa jest ważna.

Był to moment mojego psychicznego załamania. Zrozumiałem, że zdany jestem całkowicie na łaskę
Gestapo.

Na Pawiaku tymczasem panował w ostatnich dniach nastrój pełen zdenerwowania. Jakimiś


tajemniczymi drogami przedostawały się wiadomości, że szykują się transporty do Oświęcimia. W celi
zaczęły się pienid przesądne obyczaje. Kiedy szliśmy spad, nie wolno było więźniowi - a jego
towarzysze bardzo na to uważali - ustawid butów piętami do siennika, gdyż oznaczało to, że więzieo
będzie wywieziony. Buty musiały byd ustawione noskami do śpiącego. Pewnej nocy usłyszeliśmy od
strony getta jakieś dziwne wycie i zawodzenie. Żaden nie spał, wszyscy słuchali. Niektórzy posiadali
na siennikach. Ci, którzy dłużej przebywali w więzieniu, wytłumaczyli:

- To głos obłąkanego Żyda w getcie, który jakimś szóstym zmysłem wyczuwa niebezpieczeostwo na
Pawiaku. On jeden nas przestrzega, że będą transporty do Oświęcimia lub na rozwałkę.
Światło księżyca zaczęło sączyd się do celi, a głos z getta, jak krzyk puchacza, dochodził do nas
ponurym echem...

W celi piwnicznej Pawiaka

Apel odbył się w napięciu. Gestapowiec białą chusteczką pocierał każdy kąt, każdy przedmiot i kratę
okienną. Wszędzie było idealnie czysto. Sprawdził, czy stoimy w równym szeregu, ale i tu nie mógł do
niczego się przyczepid. Apel się skooczył. Młody człowiek, który ciągle półgłosem mówił do siebie o
ucieczce, zobaczył gołębia, jak usiadł na maleokim okienku celi. Zaczął do niego wyciągad ręce, a
potem pomału rozbierad się do naga. Nastąpiło ogólne poruszenie i zaczęła nas ogarniad jakby
histeria. Niektórzy z założonymi rękoma krążyli po celi. Wiedzieliśmy, że nasz towarzysz dostaje
pomieszania zmysłów. A on tymczasem w tym błędnym kole chodzących dokoła więźniów ułożył, się
nagi na podłodze i zaczął półgłosem deklamowad: „Już nadchodzi chwila mojego oswobodzenia,
ucieknę tak jak ty, ptaszyno, na wolnośd. Jeszcze tylko parę dni, a Gestapo nie będzie mnie miało w
swojej mocy.”

Potem popadł jakby w odrętwienie. Więźniowie nic z tego przemówienia nie rozumieli. Czyżby
naprawdę szykował ucieczkę? Dla nas byłby to wyrok śmierci. Widziałem, jak niektórzy z towarzyszy
starali się wyciągnąd od niego jakieś zwierzenia. Niektórzy też zaczęli marzyd o ucieczce. Psychoza ta
coraz bardziej ogarniała celę. Głównym tematem rozmów były historie związane z różnymi
ucieczkami z więzieo.

Pewnego razu przy wieczornym apelu korytarzowi oświadczyli, że jutro będzie transport. Nie podano,
kto znajduje się na liście. Lecz my i tak wiedzieliśmy, ponieważ ci, którzy mieli jechad, poprzedniego
wieczora byli goleni i strzyżeni przez więźnia-fryzjera. Na taką uroczystośd gestapowcy „odświeżali”
swoje ofiary. Młody filozof należał do grupy, która miała nas opuścid. Mnie zostawiono w celi, gdyż
śledztwo w mojej sprawie nie było jeszcze zakooczone.
Wiadomośd ta nie załamała młodego więźnia, odwrotnie, podniecenie jego jeszcze wzrosło. Teraz
jawnie mówił o swoim oswobodzeniu. Niektórzy z nas uprzedzali go, aby nie dekonspirował się, gdyż
to może pokrzyżowad jego plany.

Nastąpił ranek.

Na korytarzu słychad było liczne głosy. Drzwi otworzyły się i natychmiast kazano wszystkim opuścid
celę i ustawid się w dwuszeregu. Więźniowie z innych cel też ustawili się przed swoimi „klitkami”.
Szeregi były wyrównane. Panowała martwa, przerażająca cisza. Gestapowcy z pejczami w ręku
pojedynczo lub w grupach krążyli między więźniami. Minuta za minutą wlokła się, a napięcie stale
wzrastało. Naraz u kraty, przy koocu korytarza, powstał mały zamęt i wkroczyła nowa grupa
gestapowców. Na jej czele szedł osławiony oficer Gestapo, prowadzący transporty więźniów z
Pawiaka do Oświęcimia. Zabrzmiała komenda i wszyscy wyprężeni musieliśmy zwrócid głowy w
kierunku wchodzącego. Szedł on na czele swojej świty od jednej grupy więźniów do drugiej i
wyczytywał tych, którzy przeznaczeni byli na wywiezienie. Zatrzymał się przed naszą celą. Padło jedno
nazwisko, drugie, trzecie, czwarte - to nazwisko więźnia-filozofa. Pomału, jakby w jakimś
oszołomieniu, wyszedł z szeregu i nagle krzyknął:

- Idę na wolnośd!

I w tym momencie splunął w twarz gestapowcowi i rzucił się na niego z pięściami. Trwało to ułamek
sekundy. Zanim spostrzegliśmy się, usłyszeliśmy krótki trzask, a więzieo leżał martwy w kałuży krwi.

Teraz zrozumieliśmy, jaką ucieczkę sobie przygotował. Zrozumieliśmy, dlaczego wyciągał ręce do
odlatujących gołębi i do skąpych promieni słooca, które zabłąkały się do celi. Mówił zawsze: „I ja, tak
jak wy, odlecę na wolnośd!” Zwłoki natychmiast wyniesiono, a służbowi musieli oczyścid korytarz z
krwi. Więźniowie wyznaczeni do transportu zostali uformowani w nową kolumnę, pozostałych
cofnięto do cel.

Mijał dzieo za dniem. Czas dłużył się. Byłem jeszcze na dwóch śledztwach, które właściwie niczym nie
różniły się od poprzednich. Bito mnie i popychano, ale właściwie już przyzwyczaiłem się do tego
obrządku. Plecy nie bolały już tak bardzo, jedynie odczuwałem coraz większe znużenie i zmęczenie
psychiczne. Nie wiedziałem, jak długo jeszcze wytrzymam. Otrzymałem nowy gryps, a w nim
wiadomośd, że wszyscy są zdrowi. Na zakooczenie było sakramentalne zdanie, które potem stale
powtarzało się w innych grypsach: „Wytrzymaj, wierzymy, że wyjdziesz na wolnośd”.

Te słowa stawiały mnie na nogi, lecz po kolejnym śledztwie, w którym zapowiedziano, że przejdą do
innych metod wymuszania zeznao - załamałem się. Wychodząc do „obórki” dałem znad Fikusowi, aby
dał mi kawałek papieru i ołówek, gdyż muszę wysład gryps. Napisałem w nim: „Nie wierzę w ucieczkę,
przyślijcie natychmiast truciznę, gdyż boję się dalszego śledztwa”.

W trzy dni później otrzymałem odpowiedź. Pisał do mnie kierownik sekcji więziennej organizacji:
„Trucizna będzie wysłana po porozumieniu się z rodziną. Sami nie możemy decydowad. Wytrzymaj”.

Łatwo powiedzied tym, co są na wolności: „Wytrzymaj”. Na Pawiaku działy się coraz to gorsze rzeczy.
Któregoś dnia, kiedy wyprowadzono nas na spacer na dziedziniec więzienny - pod murem leżało kilka
trupów. Historia ich jest następująca:
Przed nami wyprowadzono na spacer kolumnę Żydów. Nie wiem i nie mogłem się dowiedzied,
dlaczego był to spacer karny. Na dziedziocu utworzyły się po deszczu duże kałuże wody. Więźniom
najpierw kazano spacerowad gęsiego, potem biec z rękami podniesionymi do góry. Wśród Żydów
znajdowali się starcy i młodzi. Niektórzy z nich nie mogli dorównad kroku swoim towarzyszom. Za to
„przewinienie” rozpoczął się marsz w pozycji „żabka” (więźniowie przykucnąwszy z podniesionymi do
pionu rękami musieli skakad wkoło dziedzioca). Niektórzy po pewnym czasie padali. Gestapowcy
biciem zmuszali ich do dalszego wysiłku. Kiedy tak wykooczony więzieo znajdował się w kałuży,
gestapowiec podstawiał mu nogę. Więzieo padał twarzą w błoto. Wtedy Niemiec kładł mu nogę na
karku i tak długo trzymał, póki jego ofiara nie zadusiła się. Była to jedna z licznych tragedii, jakie
rozgrywały się pod osłoną wysokiego muru i wież strażniczych Pawiaka.

Innym razem na korytarzu ustawiono księży-więźniów z Niepokalanowa. Wszyscy byli przeznaczeni


na wywiezienie do obozu zagłady. Gestapowiec prowadzący transport kazał im klęknąd na korytarzu,
głośno modlid się i prosid Boga o cud, aby ich uwolnił. Potem podszedł do najstarszego, wziął krzyż
wiszący na sznurze i kazał zakonnikowi pocałowad.

- Teraz na pewno twój Bóg sprawi cud i nie będzie cię bolało - powiedział do niego.

Równocześnie ramieniem krzyża zaczął szarpad zakonnikowi dziurki od nosa, a potem jamę ustną.

Napięcie moich nerwów doszło do szczytu wytrzymałości. Wysłałem ponaglający gryps o truciznę,
grożąc, że jeżeli natychmiast jej nie otrzymam, mogę na śledztwie zacząd sypad. W dalszym ciągu nie
wiedziałem nic o moich współtowarzyszach, aresztowanych wraz ze mną. Tylko czasami od
korytarzowego dowiadywałem się, iż po kolejnych śledztwach pozostaje ich coraz mniej. Nie
wytrzymują i przeważnie umierają wskutek pobicia. Nareszcie na ponaglający gryps otrzymałem
odpowiedź, której treśd była następująca: „Ucieczka przygotowuje się, wytrzymaj, trucizny nie
otrzymasz, pamiętaj, że liczymy na ciebie”.

Wiadomośd ta z jednej strony bardzo podtrzymała mnie na duchu, a z drugiej nie dowierzałem jej.
Czyżby to była jakaś gra na zwłokę...

Nareszcie pewnego dnia zaczęło się coś dziad w moim monotonnym, a jednak tak makabrycznie
urozmaicanym życiu. Drzwi do celi otworzyły się i wkroczyła kolumna sanitarna. Zaczęli ogólną
lustrację, a potem spytali, czy któryś z więźniów nie potrzebuje pomocy lekarza lub dentysty.
Korytarzowy Fikus ni w pięd, ni w dziesięd, bez żadnego uprzedzenia, powiedział do nich:
„Tomaszewski ma zepsuty ząb, boli go i powinien udad się do dentysty”.

Nauczyłem się nie protestowad, niczemu się nie dziwid i jak najmniej mówid. Dlatego też, chod mnie
bolały wszystkie pozostałe jeszcze zęby i rwały dziąsła nie odezwałem się ani słowa. Kierownik
kolumny sanitarnej wciągnął moje nazwisko na listę więźniów, którzy będą badani w szpitalu
więziennym.

Następnego dnia rano Fikus wywołał mnie z celi i zaczął dośd brutalnie na oczach Niemców prowadzid
korytarzem, a potem dziedziocem do ambulatorium dentystycznego na Pawiaku. Usiadłem na fotelu,
dentystka Anna Sipowicz-Gościcka, pracująca dziś we Wrocławiu, poprosiła jakiegoś młodego lekarza.
Jak dowiedziałem się później, był nim ceniony obecnie profesor Felicjan Loth. Jeszcze raz upewnili się,
czy jestem Tomaszewski, i potem zaczęli manipulowad koło moich ust, chod nie przypominam sobie,
żeby coś robili z moimi zębami. Kazano mi potem zejśd z fotela i odprowadzono z powrotem do celi.
Nie dziwiłem się, że zabieg trwał tak krótko - bo cóż znaczy więzieo. Większośd z nas przechodziła
takie same albo jeszcze większe cierpienia. Minął może jeden, może dwa dni, i poczułem się chory. W
nocy miałem dreszcze, szum w głowie. Zaczęła mnie trawid coraz silniejsza gorączka. Kiedy
wychodziłem rano do „obórki”, poprosiłem Fikusa o wodę, gdyż w gardle mi zasychało. Spojrzał na
mnie i zrozumiał, że coś złego dzieje się ze mną. Teraz naprawdę czułem, że jestem chory. Policzki mi
pałały. Nie minęła godziną, jak do celi przyszli ludzie w białych fartuchach, którzy kazali mi
natychmiast zmierzyd temperaturę. Miałem silną gorączkę. Pobrano mi próbkę krwi, a wieczorem nie
kazano kłaśd się spad, tylko iśd z gestapowcami do kancelarii. Słaniałem się na nogach- Gestapowcy
trzymali się z daleka. Z pytao, jakie kierował do mnie urzędnik, siedzący za barierą, zrozumiałem, że
będę przeniesiony na tak zwaną „szpitalkę” na Pawiaku.

Mam tyfus plamisty.

W chorej, zgorączkowanej głowie błyskawicznie powstała myśl: całe to pójście do dentysty było
mistyfikacją. Zostałem tam po prostu zarażony tyfusem. Czyżby to był pierwszy akt mojej
uplanowanej z zewnątrz ucieczki?

Przez dziedziniec przeszedłem słaniając się na nogach. Następnie przyprowadzili mnie do budynku na
pierwsze piętro, gdzie mieścił się szpital więzienny. W pokoju stały dwa łóżka. Na jędrnym leżał jakiś
więzieo, na drugim kazano mi się położyd. Wszyscy odsunęli się ode mnie jak od zadżumionego.
Pamiętam, że ktoś podszedł do mnie i odebrał ubranie. Równocześnie, jak przez sen, usłyszałem
szept: „Uważaj, obok leży folksdojcz - więzieo. Jest szpiclem i jeżeli, korzystając z twojej gorączki,
wydobędzie z ciebie lub podsłucha jakieś zwierzenia związane z aresztowaniem, doniesie natychmiast
do Gestapo. Jako nagrodę ma otrzymad zwolnienie z więzienia”.

Dokładnie nie wiedziałem, o co chodzi, gdyż jak poinformowano mnie później, gorączka dochodziła
do 40 stopni. Kiedy położyłem się na wznak, jak brzęczące stado much skakały mi przed oczami
zdania lub poszczególne słowa, które same mówiły do mnie: „Uważaj! Uważaj! Nie sypnij, nie sypnij!
Miej się na baczności! Podsłuchuje ciebie folksdojcz”.

Starałem się nie zasnąd, lecz w pewnym momencie wydawało mi się, że razem z łóżkiem lecę na
podłogę. Ogarnęła mnie gwałtowna sennośd. W tym momencie zerwałem się na nogi i skoczyłem do
dośd nisko położonego, zakratowanego okna. Do dziś pamiętam potworny krzyk, jaki wydałem, bijąc
pięściami w szybę, którą stłukłem, kalecząc sobie ręce. Krzyknąłem tylko dwa słowa: „Matko! Ratuj!”

Dlaczego człowiek w niebezpieczeostwie zawsze wzywa matkę?

Zimny prąd powietrza ochłodził mi twarz. Pokaleczone pięści bolały. Do celi wpadli dyżurni
więźniowie, oderwali mnie od kraty i doprowadzili do łóżka. Lekarz-więzieo obandażował ręce, a
potem dostałem jakiś zastrzyk. Uspokoiłem się. Do celi przez wybite szyby dostawało się zimne,
listopadowe powietrze. W szpitalu na Pawiaku słabłem fizycznie z dnia na dzieo. Trawiła mnie
gorączka. Ciągłe czuwanie, abym przez sen czy w malignie nie zaczął mówid na tematy konspiracyjne,
nadwerężało moje zdrowie. Dostawałem jakieś lekarstwa, lecz jedzenie więziennie bardzo mi nie
służyło. Bolał mnie żołądek, a z łóżka ledwie mogłem się zwlec o własnych siłach. Gorączka nie
ustępowała.

Pewnego dnia, w samo południe, w drzwiach celi szpitalnej stanął otyły gestapowiec, obok niego
więźniowie-lekarze. Był to lekarz przysłany z alei Szucha. Kazał Lothowi wejśd do celi i przeprowadzid
badania. „Felek”, gdyż tak go nazywano, zsunął mi kalesony z brzucha i zaczął naciskad skórę. Nie
wiem, co to miało znaczyd, lecz gestapowiec skinął głową i na tym skooczyła się wizyta. Następnego
dnia ktoś zawiadomił mnie, że będę przewieziony do szpitala zakaźnego Pawiaka, którego oddział
mieścił się w szpitalu Św. Stanisława na Woli. Teraz już wiedziałem, że moja choroba jest jednym z
ogniw łaocucha przygotowywanej ucieczki.

Była może godzina ósma rano. Na dworze padał deszcz ze śniegiem i Wiał zimny wiatr. Do celi
przyniesiono moje ubranie. Równocześnie stanął w drzwiach gestapowiec i powiedział do lekarzy,
którzy stali obok niego, że będzie chciał jeszcze raz przesłuchad mnie przed wywiezieniem do szpitala.
Kazał im się odsunąd. Rozkraczył nogi i wyciągnął kawałek papieru. W łamanej polszczyźnie znów
padły dwa pytania: Skąd szedłem i dokąd miałem iśd?

Nic na to nie odpowiedziałem, tylko zamknąłem oczy, udając, że śpię czy też jestem nieprzytomny z
gorączki. Więcej nie pytał mnie o nic, tylko zatrzasnął drzwi. Może w piętnaście minut potem przyszli
strażnicy i dwaj więźniowie. Ściągnęli mnie z łóżka i kazali iśd za sobą. Wyprowadzili w bieliźnie na
dziedziniec koło łaźni Pawiaka i ustawili pod ścianą. Odczuwałem dotkliwe zimno, ale najbardziej
dokuczał mi deszcz ze śniegiem. Gestapowiec stał parę metrów przede mną. Trzymał gumowy
szlauch w ręku, obok niego stał jakiś cywil, który powiedział tylko jedno słowo: „Gadaj”. Nic nie
odpowiedziałem, tylko głową pokręciłem, że nie.

Chlusnęła na mnie zimna woda z hydrantu. Oblewali mnie od góry do dołu. Pierwsze zetknięcie ze
strumieniem wody było nieprzyjemne, lecz później nie odczuwałem już ani zimna, ani wilgoci, a
nawet w pewnym momencie zrobiło mi się bardzo gorąco. Pomału po ścianie zacząłem osuwad się w
błoto.

Skooczyła się i ta operacja. Zaciągnęli mnie znów do szpitalnego pokoju. Gdy powoli ubierałem się,
weszły jakieś dwie osoby w mundurach. Wszystko jednak widziałem jak przez mgłę. Potem
schodziłem po stopniach. Najpierw po jednym stopniu, potem po dwa, po trzy stopnie na raz i w
pewnym momencie zwaliłem się na twarz. Ktoś położył mnie na nosze i wsunął do samochodu.
Słyszałem jeszcze znajomy zgrzyt bramy Pawiaka... Wreszcie straciłem przytomnośd. Odzyskałem ją
dopiero w szpitalu. Było zupełnie cicho. Leżałem na czystym, białym łóżku. Rozejrzałem się powoli -
wszędzie zakratowane okna, u sufitu paląca się lampa, na łóżkach ogoleni mężczyźni-więźniowie, tak
jak i ja. Któryś z nich mówił w malignie, inny pojękiwał.

Podeszła do mnie siostra szpitalna, potem badał mnie lekarz, coś zapisał i wyszli. Za oszklonymi
drzwiami migają sylwetki strażników więziennych. Nawet nie jest ich wielu. Bo któż stąd może uciec?
W tym szpitalu leżą tylko ciężko chorzy. Po chwili siostra wróciła i zrobiła mi zastrzyk. Usłyszałem
szept: „Malarz - trzymaj się... ucieczka przygotowana... już stąd nie pojedziesz na Pawiak. Jutro
dowiesz się dalszych szczegółów”.

Nastał ranek. Zaczął się obchód lekarski. Oprócz politycznych leżą tu ciężko chorzy więźniowie
kryminalni z wyrokami śmierci. O nich mam najmilsze wspomnienia. Chod byli bardzo chorzy, jak
mogli, nieśli pomoc więźniom politycznym. Jakimś tylko sobie znanym sposobem potrafili ogolid
nielegalnie posiadanym kawałkiem żyletki, bez maszynki, trzymając ostrze w dwóch palcach. Nigdy
nie skaleczyli w czasie tej operacji. Potrafili odgrzad nam jedzenie, a przecież nie było kuchenki ani nie
wolno było mied zapałek. A oni czy to pod kołdrą, czy pod łóżkiem przeprowadzali jakieś dziwne
manipulacje i jedzenie było ciepłe.
Po obchodzie lekarskim znów przyszła do mnie siostra i powiedziała, że będę miał wizytę kogoś z
konspiracji, kto przygotowuje ucieczkę. Czekałem niecierpliwie. W czasie wieczornego obchodu
razem z lekarzem przyszła doktor Czarnocka-Karpioska, ubrana w biały fartuch. Nie różniła się niczym
od personelu szpitala. Powiedziała mi, że powinienem mied pełne zaufanie do siostry, od której będę
otrzymywał szczegółowe instrukcje, że ucieczka jest przygotowywana jak najprecyzyjniej, abym
potem mógł normalnie pracowad, a nie ukrywad się.

Następnego dnia pielęgniarka powiedziała mi, że za dwa dni mam zacząd symulowad bóle żołądka,
które mają poprzedzid fikcyjne zapalenie wyrostka robaczkowego. Dokładnie mnie poinstruowała, jak
się zachowywad i na co uskarżad w razie badania lekarskiego. Po dwóch dniach zacząłem pojękiwad i
odmawiad przyjmowania jedzenia, równocześnie narzekając na ból brzucha i mdłości. Przyszedł jeden
lekarz, potem drugi i kiedy naciskali mi brzuch, wydawałem jęki. Lekarze stwierdzili, że występują
bóle w okolicy ślepej kiszki. Z każdym dniem ból wzrastał. I tak było codziennie. Zacząłem się
niepokoid, że sprawa moja przedłuża się w nieskooczonośd. Siostra znów mi zakomunikowała, że są
pewne trudności techniczne i akcja nie może się odbyd w zaplanowanym terminie.

Znów minął dzieo w szpitalu więziennym. Jęczę, ale nie dostaję sygnału, że mam rozpocząd właściwą
symulację ataku ślepej kiszki. Kiedy przychodzi siostra, niecierpliwie proszę, aby powiedziała prawdę,
dlaczego nie mogą rozpocząd akcji. Tłumaczyła mi, że ze względów konspiracyjnych nie mogę byd
informowany o przygotowaniach do ucieczki.

Wieczorem, już po zgaszeniu świateł na sali, kiedy w szpitalu wszyscy chorzy śpią, jęczą czy umierają,
koło drzwi naszej sali wynikło jakieś dziwne, zamieszanie. Ktoś ciężko upadł na kamienną posadzkę,
ktoś gorączkowym szeptem mówił jakieś szybkie słowa. Niektóry więźniowie podnieśli głowy. Naraz
drzwi do sali otwarły się i ukazało się w nich czterech młodych ludzi z karabinami w ręku. Krótki cichy
szept: „Ktokolwiek ruszy się, będzie zastrzelony”.

Podeszli do jednego łóżka: leżał tam więzieo, pułkownik „S”. Obok niego jego towarzysz. Okazało się,
że równocześnie z przygotowaniami do mojej ucieczki, która miała byd tak przeprowadzona, abym
mógł dalej uprawiad „jawną konspirację”, przygotowane było odbicie więźniów ze szpitala Pawiaka.
Jeden z uzbrojonych podchodzi do mnie: „Malarz, chcesz, to wiej z nami”. Nie wiem skąd znał mój
pseudonim.

Była to nieprawdopodobna pokusa. Wystarczy szybka decyzja, a znajdę się na wolności. Lecz co
będzie z moją rodziną, z moimi najbliższymi? Co powiedzą towarzysze z konspiracji, którzy
przygotowują ucieczkę na zupełnie innej zasadzie? Jeżeli ucieknę, mogę spowodowad aresztowanie
innych ludzi. Dla człowieka, który zdawał sobie sprawę, że po wyzdrowieniu i wyjściu ze szpitala znów
będzie normalnym więźniem, prowadzonym na śledztwa, decyzja na „nie” była bardzo trudna. Z
doświadczenia jednak wiedziałem, że jeżeli odbędzie się ucieczka „na grandę”, to represje za tych,
którzy uciekli, spadną na pozostałych więźniów.

Odmówiłem. Po chwili ani więźniów, ani uprowadzających już nie było. Usłyszałem tylko z ulicy
warkot odjeżdżającego samochodu.

Co będzie dalej?

Po paru minutach na korytarzu odezwały się ciężkie, pospieszne kroki. Zapalono wszystkie światła. Na
salę wkroczyło Gestapo oraz wystraszony personel szpitala. Uwolniono związanych i zamkniętych w
ustępie strażników. Rozpoczęło się obliczanie więźniów. Trzech naszych towarzyszy uciekło.
Gestapowcy wyszli z sali. Na korytarzu ustawiono wzmocnioną straż. Wiedziałem, że to już mój
koniec, że podpisałem na siebie wyrok.

Następny ranek przyniósł potworną wiadomośd. Na salę wpadła siostra szpitalna, dobiegła zadyszana
do mojego łóżka i powiedziała nawet już nie szeptem:

- Gestapo po ciebie przyjechało! Równocześnie co zdrowszych więźniów będą też zabierad na Pawiak.
Ty jeden jedziesz na Szucha!

Jak błyskawica przebiegły przez moją głowę różne myśli. Albo któryś z więźniów z mojej sprawy nie
wytrzymał i sypnął, albo też ci, którzy przygotowywali ucieczkę - wpadli. Byłem zupełnie załamany. Po
pewnym czasie przyniesiono ubranie. Teraz poczułem się naprawdę chory. Siostra, która nie
odstępowała mnie, pocieszała mówiąc, że dyrektor szpitala, który jest wtajemniczony w
przygotowania do ucieczki, czyni nadludzkie wysiłki, aby chod o jeden dzieo przedłużyd mój pobyt.
Każdy więzieo ze szpitala zakaźnego musi przed wyjściem mied zbadaną krew i otrzymad na piśmie
orzeczenie odpowiedzialnego za oddział lekarza, stwierdzające, że jest bezpieczny dla otoczenia.
Dyrektor bez spełnienia tych formalności, które pozwoliłyby na przedłużenie mojego pobytu w
szpitalu o jeden dzieo, nie chce mnie oddad w ręce Gestapo i nie godzi się podpisad orzeczenia, że
jestem już wyleczony.

Rozpoczął się dla mnie potworny, gorączkowy wysiłek myśli. Czy mam dalej symulowad chorobę
wyrostka robaczkowego, czy też już tylko czekad na wywiezienie na Szucha. Siedziałem na brzegu
łóżka, trzymając w ręku zawiniątko z ubraniem. Wiedziałem, że nie bez kozery jestem zabierany na
nowe śledztwo od razu do Gestapo. Postanowiłem, że gdy będą mnie prowadzid po schodach, zacznę
symulowad ucieczkę. Wtedy na pewno otrzymam serię w plecy i będzie koniec z „panem
konspiratorem”. W głowie mi huczało. Wszyscy więźniowie, kiedy spojrzałem w ich stronę, odwracali
głowy. Bałem się śledztwa i obawiałem się tego, co spowodowało tak nagły nakaz wywiezienia mnie
ze szpitala.

Tymczasem, jak dowiedziałem się potem, dyrektor kategorycznie odmówił wypisania mnie ze szpitala
na swoją odpowiedzialnośd. Godził się wypuścid mnie bez badania krwi, ale na odpowiedzialnośd
lekarza gestapowca z Szucha. Niemcy bali się epidemii. Wobec tak silnej opozycji Gestapo zgodziło się
na przedłużenie mojego pobytu o jeden dzieo, tak aby szpital mógł zrobid niezbędną analizę. Tę
wiadomośd przekazała mi siostra, która po godzinie znów przybiegła rozgorączkowana.

- Od godziny szesnastej - szepnęła - masz zacząd symulowad ostry atak wyrostka robaczkowego.

Nadeszła godzina szesnasta. Zacząłem jęczed w umówiony sposób, a po paru minutach jęk przeszedł
w wycie. Zacząłem alarmowad o pomoc. Najpierw wpadła siostra i zaczęła badad chore miejsce. Nie
dałem się dotknąd, krzycząc, że mam potworne bóle brzucha. Zdaje mi się, że dobrze symulowałem,
bo zobaczyłem w jej oczach aprobatę. Po paru chwilach zjawił się lekarz dyżurny. Wiedziałem, że
należy on do wtajemniczonych, którzy mają mnie wyciągad z Pawiaka. Kazał mi zgiąd nogę w kolanie;
troszeczkę podniosłem goleo i zacząłem wydawad nieludzkie wrzaski. Gdy doktor chciał dotknąd
przepony brzusznej, zacząłem go odpychad, zupełnie nie pozwalając się badad. Lekarz wyszedł i wrócił
z dyżurnym chirurgiem. Nieznacznie uśmiechnął się. Chirurg zaczął delikatnie mnie obmacywad, lecz
ja ponownie zacząłem wyd i jęczed, mówiąc, że nie wytrzymam bólu.
Teraz już widziałem na twarzy siostry i stojącego obok lekarza lekkie zdziwienie. Czytałem w ich
oczach, iż nie dowierzają mojej symulacji i myślą, że naprawdę rozchorowałem się na zapalenie
wyrostka robaczkowego.

A więc grałem swoją rolę dobrze.

Wszyscy wyszli, została jedynie siostra, która powiedziała na głos, że dostanę zastrzyk uśmierzający
ból; równocześnie szepnęła mi, że będzie to zastrzyk powodujący gorączkę. Dowiedziałem się też od
niej, że lekarze dzwonią do Gestapo z zawiadomieniem, iż chorego więźnia trzeba przewieźd
natychmiast do szpitala na Płocką na operację ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego.

Rozpoczynał się trzeci akt mojego pobytu w więzieniu.

Tymczasem na wolności przygotowania do mojej ucieczki weszły już w ostatnie stadium.


Postanowiono mianowicie wyszukad w jednym ze szpitali warszawskich jakiegoś nieboszczyka
możliwie podobnego do mnie wyglądem, który by nie miał rodziny - i przewieźd go do szpitala na
Płocką. Następnie, po przewiezieniu mnie do tegoż szpitala, miano upozorowad przed Niemcami, że
zmarłem w wyniku operacji, i podstawid na moje miejsce przewiezione zwłoki.

Na wolności rozpoczęła się gorączkowa akcja. Ekipa ludzi, którzy dwiczyli się w transportowaniu
chorych, daremnie czekała na przewiezienie trupa na miejsce mojej operacji na ulicy Płockiej. W
szpitalu, w którym leżałem, jak również w tym, w którym miałem byd operowany, nie było jak na
złośd tak zwanego „NN” (nieznanego nazwiska) lub włóczęgi, który zmarłby samotnie i po którego
nikt by się nie zgłosił. Tymczasem pierwsza ekipa, która miała mnie przewozid do innego szpitala,
daremnie czekała na sygnał, że można rozpocząd akcję. Każda minuta była cenna. Jeżeli ucieczka moja
nie odbędzie się do nadejścia godziny policyjnej, wszystko przepadło, gdyż wtedy poruszanie się po
mieście byłoby niemożliwe. Jutro rano przyjedzie po mnie Gestapo. Łącznicy biegali do znajomych
lekarzy w różnych szpitalach. Nareszcie w którymś poinformowano, że zmarł chory, po którego
rodzina się nie zgłosiła i którego trup może byd oddany do dyspozycji podziemia. Natychmiast udano
się tam karetką pogotowia. Konspiratorzy-sanitariusze, którzy mnie znali, zeszli do szpitalnej kostnicy.
Lekarz wskazał na trupa leżącego w kącie. Ściągnięto z jego twarzy całun. Okazało się, że był to
starzec, zupełnie do mnie niepodobny, którego nie można było nawet odpowiednio
ucharakteryzowad. Natychmiast zawiadomiono komórkę koordynacyjną, że należy szukad dalej. Do
godziny policyjnej pozostały jeszcze dwie godziny.

Sytuacja była tragiczna. Ja tymczasem, po zastrzyku, dostałem gorączki. Widziałem, jak nerwowo
siostra wchodzi na salę, przystaje przy moim łóżku i znów wychodzi. Zdawałem sobie sprawę, chociaż
nikt mi o tym nie mówił, że coś przeszkadza w zorganizowaniu mojej ucieczki. A na wolności zaczęto
szukad zastępczego nieboszczyka po szpitalach w okolicach Warszawy. Przede wszystkim trzeba było
znaleźd znajomych lekarzy, którym można by powierzyd tajemnicę. Postanowiono przynajmniej
wypożyczyd trupa na dzisiejszy wieczór i na noc. Komórka koordynacyjna otrzymała znów alarmowy
telefon od Marii Kann. W szpitalu Ujazdowskim, dawnym szpitalu wojskowym, zmarł jakiś chory.
Dyrektor tego szpitala, pułkownik Naramowski, natychmiast go wyda. Nasi chłopcy udali się na
miejsce. I znów pokazano im zwłoki. Był to potwornie wychudzony żołnierz. Niestety, i ten nie był do
mnie podobny. Ja miałem twarz nabrzmiałą więziennym obrzękiem. W takiej sytuacji lekarz szpitala
Św. Stanisława, chod organizacyjnie nie było to wskazane, postanowił wypożyczyd trupa młodego
chłopca, który rano zmarł na gruźlicę, a po którego rodzina, po sekcji zwłok, miała zgłosid się
następnego dnia. Karetka pogotowia otrzymała polecenie, aby pojechad do szpitala zakaźnego i
zabrad mnie na operację.

Za drzwiami sali słychad szybkie kroki. Najpierw wchodzi Gestapo, następnie lekarz - krótkie badanie i
decyzja operacji. Po pewnym czasie weszło czterech ludzi z konspiracji, ubranych w białe kitle.
Tworzą oni personel pogotowia do przewożenia chorych zakaźnie. Dzielni chłopcy musieli
zaangażowad się do takiej ryzykownej roboty, aby mnie ratowad. Sanitariusze przystawiają nosze do
łóżka i fachowo zaczynają mnie na nie przesuwad. Następnie wynoszą do stojącej przed pawilonem
szpitalnym karetki pogotowia. Jakże cudowne jest grudniowe, mroźne powietrze, jak dawno nim nie
oddychałem.

Karetka w asyście eskorty rusza ulicami Warszawy. Miasto jest zupełnie ciemne. Równocześnie z
moją karetką wyrusza sprzed szpitala druga. Tam też jedzie człowiek - tylko już nieżyjący. Na Woli
karetka z trupem w szalonym pędzie mija moją i pierwsza zatrzymuje się przed szpitalem, w którym
mam byd operowany. Ludzie, którzy przenoszą zwłoki, też są z konspiracji; fachowo biorą nosze i idą
po schodach w kierunku sali operacyjnej. Tam wtajemniczony personel szpitala, pod kierownictwem
profesora Manteuffla, czeka na rozpoczęcie akcji. Sanitariusze zaczynają wchodzid na piętro.

Idący niżej z przerażeniem zauważył, że trup na noszach zaczyna się poruszad. W pewnej chwili spod
koca wysunęły się jego bose stopy i ciało pomału osuwa się na idącego niżej. W pośpiechu
zapomniano o umocowaniu zwłok pasami do noszy. Sanitariusz stara się jedną ręką podtrzymad
martwe ciało. Równocześnie podnosi nosze do góry, aby były w jak najbardziej poziomej pozycji.
Szczęśliwie dobrnęli do sali operacyjnej. Tuż za nimi przed szpital zajechała druga karetka pogotowia,
w której przywieziono mnie. Wszystko było zgrane co do minuty.

Sala operacyjna, do której mnie wniesiono, mą tylko wejście z korytarza. Następnie w amfiladzie
znajduje się druga sala, w której przygotowują się lekarze do operacji, a za nią trzecia, także
przeznaczona do operacji. W tej ostatniej sali umieszczono zwłoki mojego nieznanego wybawiciela.
Leży on na wózku szpitalnym. Na takim samym wózku leżę ja. Drzwi pierwszej gali operacyjnej,
prowadzące na korytarz szpitalny, są obstawione przez Niemców. Wózek, na którym leżę,
podprowadzają do stojącego w kącie wózka.

O tych wszystkich szczegółach ucieczki nie byłem poinformowany. Dowiedziałem się o nich dopiero
później. Toteż moje przerażenie i zdziwienie było ogromne, gdy zdjęto prześcieradło z nieboszczyka, o
którego istnieniu nie miałem pojęcia. Nie wiedziałem, że leży na tej samej sali i że będzie mnie
zastępował podczas operacji. Doktor Manteuffel kazał mi przysunąd się jak najbliżej krawędzi wózka,
abym znalazł się tuż przy zwłokach.

Byliśmy mniej więcej jednego wzrostu i jednej tuszy. Zasadniczo różniły nas włosy. Ja miałem
krótkiego jeża i wąsy, i z takim zarostem widziało mnie ostatnio Gestapo. On miał bujną czuprynę i
był bez wąsów. W pewnym momencie lekarz chwycił nożyczki i zaczął strzyc nieboszczyka. Potem
pochylił się nade mną, popatrzył mi w twarz, a następnie posmarował trupowi miejsce pod nosem
klejem i z ostrzyżonych włosów zaczął mu ulepiad wąsy. Teraz byliśmy bardziej podobni do siebie.
Profesor Manteuffel kazał przewieźd nieboszczyka do pierwszej sali i ułożyd na stole operacyjnym, a
ja musiałem rozebrad się do naga i położyd na stole operacyjnym w drugiej sali. Jakiś lekarz wytarł mi
spirytusem czy też eterem skórę na brzuchu i oświadczył:
- Jeżeli Niemcy nie potwierdzą na piśmie, iż to jest twój trup, natychmiast przyjdzie druga ekipa
lekarzy, którzy już są przygotowani, i będą ciebie operowad na żywca, Niemcom natomiast powiemy,
że odbywały się na salach operacyjnych dwie operacje. I że w zdenerwowaniu pomylono chorych.

Byłem zupełnie otępiały. Znów mam czekad, czy odzyskam upragnioną wolnośd. Starałem się nie
myśled o tym, czy uda się ta mistyfikacja, czy też nie. Lecz jak uparte brzęczenie brzmiały mi w uszach
słowa: „Uda, nie uda... Uda, nie uda...” I w takt tych słów zwyczajnie ze zmęczenia i ż napięcia
nerwowego zasnąłem na stole operacyjnym. Był to sen bardzo nerwowy. Jak przez mgłę słyszałem
krzyk lekarza: „Tampony! Niech siostra daje zastrzyk!” I jeszcze jakieś fachowe terminy. Potem
nastąpiła grobowa cisza. Ktoś głośno powiedział w przestrzeo: „Zmarł! Pęknięcie wyrostka
robaczkowego!”

Zacząłem nasłuchiwad. Coś ciężkiego położyli na wózku - aha, to na pewno zwłoki. Potem domyśliłem
się, że rozpoczął się żałobny kondukt do kostnicy szpitalnej. Ktoś jeszcze w samych drzwiach głośno
mówił po niemiecku, aby natychmiast zawiadomid Gestapo na Szucha, że więzieo zmarł w czasie
operacji.

Światła zgasły. Lękałem w zupełnej ciemności. Dotkliwe zimno od marmurowego stołu i ceraty
przenikało nagie ciało. Prześcieradło, którym byłem nakryty, też nie dodawało ciepła. Słyszałem
odgłos zegara w sąsiedniej sali operacyjnej. Napięcie moje wzrastało z każdą chwilą. Chciałem wstad,
lecz bałem się poruszyd. Wiedziałem, że teraz ważą się moje losy. Albo Gestapo uzna, że to moje
zwłoki, albo wysiłki tylu ludzi pójdą na marne.

Nagle oślepiło mnie potworne światło lampy umieszczonej nad stołem operacyjnym. Wyprężyłem się
mimo woli. „A więc się nie udało, będę operowany” - jak błyskawica przeszyła mnie myśl. Już
spokojniej pomyślałem: „Żeby chociaż zdążyli mi wbid zastrzyk znieczulający”. Lecz o dziwo!
Bezszelestnie zaczął wchodzid do pokoju korowód białych postaci. Jacyś nieznajomi lekarze, jakaś
siostra szpitalna i zakonnica. Każde z nich spod fartucha wyciąga jakąś częśd ubrania. Każą mi
wstawad ze stołu i natychmiast się ubierad. Z trudem usiadłem, gdyż cały byłem zdrętwiały. Ręce mi
drżały i odmawiały posłuszeostwa. Bardzo przystojna, młoda lekarka pomogła mi stanąd i zaczęła mi
nakładad spodnie. Okropnie się tego wstydziłem, lecz sam nie dałbym rady. W ten sposób ubrali
mnie. Zgaszono znów światło. Było już parę minut przed godziną policyjną. Jakaś nieznana, biała
postad kazała mi iśd za sobą. Szedłem po omacku, gdyż wszystkie światła na korytarzach były
pogaszone. Dziwnie wyglądał w nocnej poświacie szpital i niesamowicie brzmiały jęki chorych.
Nieznajomy doprowadził mnie do jakichś drzwi, które lekko pchnął; za nimi była już ulica. Powiał
cudowny zapach świeżego, grudniowego powietrza. Byłem wolny!

Na ulicy podeszła do mnie dziewczyna. Udałem się z nią na wyznaczoną mi kwaterę.

Tymczasem sprawa mojego uwolnienia nie była jeszcze zakooczona. Zwłoki mężczyzny, którego
zoperowano, zostały przewiezione do kostnicy szpitala Św. Stanisława, skąd zostały wypożyczone
tylko na jedną noc. Na ich miejsce musiano znaleźd inne zwłoki. Teraz miałem szczęście. W szpitalu
Ujazdowskim zmarł jakiś żołnierz, którego ciało pułkownik Naramowski przekazał natychmiast do
szpitala na Płocką. Trup był mniej więcej mojego wzrostu i tuszy. I znów rozpoczęła się szarym
grudniowym rankiem wędrówka nieboszczyków po Warszawie. Jeden wyjeżdżał w karetce ze szpitala
na Płockiej, a drugi przyjeżdżał na jego miejsce.
Rodzina moja otrzymała polecenie ubiegania się za sutą łapówką o wydanie zwłok. Pieniądze
pomogły. Gestapowcy zgodzili się na wydanie zmarłego więźnia i w ten sposób ślad po mnie zaginął.

Zostałem wykreślony z listy żywych.

Aby jednak organizacja mojej ucieczki została zapięta na ostatni guzik, należało pokonad jeszcze jedną
trudnośd. Wszystkich zmarłych biedaków oraz ludzi nieznanego nazwiska chowano na cmentarzu
Bródnowskim pod płotem. Grzebano ich w czasie okupacji w workach papierowych, w księgach zaś
rejestrowano liczbę trupów w danym grobie. Musiała się ona zgadzad z kartotekami szpitali, gdzie
ludzie ci zmarli. Należało przeto znaleźd „swoich” grabarzy, aby przy chowaniu tych biedaków
policzyli o jednego więcej.

W tym celu postanowiono w jeden worek włożyd kukłę o kształcie człowieka. W mroźny wieczór
grudniowy na cmentarzu Bródnowskim spotkały się dwa pogrzeby. Na jeden grób, przy którym stała
mała grupka przyjaciół nie orientujących się wcale, że nie żegnają na wieczny spoczynek „Malarza”, a
tylko zwłoki mężczyzny „nieznanego nazwiska”, posypały się biało-czerwone kwiaty. Matka moja
zalewała się łzami. Jeszcze nie była poinformowana, że mnie uprowadzono. Trumnę spuszczono do
grobu i jeszcze ktoś rzucił na nią wiązankę biało-czerwonych kwiatów. Ziemia zaczęła się osypywad na
trumnę nieznajomego, którego śmierd uratowała życie drugiemu. Kto został pochowany za mnie?

Różne na ten temat były domysły. Stale powtarzały się jednak dwie wersje: że był to żołnierz polski
lub ukryty w szpitalu wojskowym na Ujazdowie żołnierz radziecki. Tajemnicy tej pułkownik
Naramowski nie chciał w czasie okupacji zdradzid i zabrał ją ze sobą do grobu.

W innym koocu cmentarza, pod murem, do dużego dołu wkładano worki ze zwłokami zmarłych, po
których nikt się nie zgłosił. Nikt nad nimi nie płakał i nikt nie składał kwiatów. Dwóch grabarzy
wyniosło z czarnej budy, która imitowała karawan, ostatni, dziesiąty worek. Jakoś dziwnie im się w
rękach układał. Nie był tak sztywny jak inne.

Historia mojej śmierci zakooczyła się. Tak jak co roku, tak i w następne lata będę przychodził na swój
grób, aby zapalid świeczkę i położyd kwiaty na grobie nieznajomego człowieka, który uratował mi
życie.

Głównym ośrodkiem konspiracyjnej siatki lekarskiej był szpital Wolski, a tam jego duszą bohaterski
dyrektor dr Marian Piasecki. Szpital miał powiązania ze szpitalem więziennym na Pawiaku, ze
szpitalem Ujazdowskim, gdzie działał płk dr Mieczysław Naramowski. Do siatki tej należała dr
Czarnocka-Karpioska. W szpitalu na Płockiej zespół lekarzy dokonał niejednej operacji ludzi biorących
udział w akcjach zbrojnych. Operowano tam „Balona” - uczestnika akcji odbicia 100 milionów złotych
z banku na Bielaoskiej. Przebywał tam ranny Bronisław Pietraszewicz („Lot”) dokonujący ze swoją
grupą zamachu na generała SS Kutscherę oraz Bronisław Hellig uczestnik zamachu na SS
Sturmführera Stamma. I wielu jeszcze innych ludzi z konspiracji ratowano i przechowywano na salach
szpitalnych.

Wracam teraz do lekarzy, którzy brali udział w tej ryzykownej mistyfikacji. A więc przede wszystkim
prof. Leon Manteuffel (kpt. „Krab”), który razem z prof. Józefem Grzybowskim opracował i
reżyserował na terenie szpitala wszystkie szczegóły ucieczki. Prof. Grzybowski został zamordowany w
czasie powstania warszawskiego. Dr Władysław Olszewski, który przy zabiegu na trupie pełnił rolę
dającego narkozę, oraz pielęgniarki: „Baśka” (obecnie dr Barbara Warda z Instytutu Onkologii) i
„Alina”. Na prof. Leona Manteuffla, jako znającego świetnie język niemiecki, wypadła rola
przedstawienia oczekującym na mnie gestapowcom „mojego” trupa. Niemcy byli tym faktem bardzo
zaskoczeni. Ale porządkowy sali chirurgicznej Stanisław Galuba nie dał długo się przypatrywad i czym
prędzej, w asyście lekarzy, pchał wózek z nieboszczykiem do prosektorium. Stanisław Galuba zginał z
rąk okupantów jeszcze przed powstaniem.

Przez okres więcej niż dwóch miesięcy nic nie robiłem. Otrzymałem zasłużony urlop. Przez ten czas
przyswajałem sobie „skórę” innego człowieka. Jestem już „panem Stanisławem Wiśniewskim”.
Pochodzę z kresów wschodnich, dokumenty mam prawdziwe, tylko że innego człowieka, który nie
żyje: Wybite zęby przednie wstawił mi dentysta, który mieszkał przy ulicy Kopernika. Otrzymałem też
nowy pseudonim: „Miedza”. W pewnych wypadkach używam też pseudonimu „Bartoszek”.
Większośd urlopu spędziłem w Falenicy.

Fałszywe dokumenty otrzymane po ucieczce z Pawiaka

Po ucieczce z Pawiaka kilka razy zmieniałem miejsce zamieszkania. Było to zupełnie zrozumiałe - nie
byłem pewien, czy sprawa mojej pozornej śmierci nie zostanie rozszyfrowana przez Gestapo.
Pracowałem przecież w dalszym ciągu w Warszawie, gdzie mogli mnie w każdej chwili zidentyfikowad.
Jeden z lokali, w którym się ukrywałem, znajdował się na ulicy Marszałkowskiej sto trzydzieści ileś -
już dokładnie nie pamiętam - w mieszkaniu uroczej Zofii Walkiewicz. Była to typowa dla okresu
okupacji postad. Nigdzie nie zaangażowana konspiracyjnie, służyła swoim mieszkaniem wszystkim
ludziom z podziemia, którzy się do niej zgłosili. Na wskroś przesiąknięta była patriotyzmem i nic ją nie
obchodziło, co kto robił lub gdzie należał - wystarczyło, że walczył z okupantem, należało więc z nim
współdziaład i w miarę sił mu pomagad.

W lokalu tym poznałem jedne z najbardziej uroczych dziewcząt, jakie spotkałem w swoim życiu -
siostry Ninę i Lenkę Kranc. Miały one dziwną, egzotyczną urodę. Ojciec ich, z pochodzenia Żyd, zginął
w getcie warszawskim. Matka, wyznania prawosławnego, dziwnym zrządzeniem losu znalazła się we
Francji, a one pozostały w Polsce. Ich uroda, dzielnośd i jakiś dziwny spokój, z jakim reagowały na
niebezpieczeostwo, były urzekające. Czy się w którejś z nich kochałem - nie wiem, jeśli tak - to w obu.
Byliśmy dobrymi wypróbowanymi kolegami. Nina i Lenka miały jeszcze brata w Gwardii Ludowej.
Zginął on w 1943 roku w akcji oddziałów GL pod Piotrkowem.

Pierwsze zarządzenia okupanta w sprawie przesiedlania ludności żydowskiej mówiły, że „mieszaocy”


mogą pozostad poza gettem. Lenka i Nina pozostały więc po stronie „aryjskiej”. Zdawaliśmy sobie
jednak sprawę, że w myśl doktryny hitlerowskiej każdy, kto miał w którymś tam pokoleniu w rodzinie
Żyda - znajdzie się poza prawem do życia. Wobec groźby, że mogą trafid do getta, zdecydowały się,
chod nie była to prosta sprawa, przyjąd pracę w Paostwowym Zakładzie Higieny na ulicy Chocimskiej,
w dziale tyfusu plamistego. Najpierw pracowała tam Nina, a potem także Lenka. Poza wykonywaniem
szeregu prac fizycznych były karmicielkami laboratoryjnych wszy. Gdy dziś czyta ktoś te słowa, nie
może zrozumied nas, młodych, z tamtych lat okupacji. Dziewczyna szesnasto czy dwudziestoletnia
pracowała w konspiracji, uczyła się na tajnych kompletach, lecz aby zachowad życie, musiała mied
żelazny Ausweis, dobrowolnie więc szła do takiej pracy. Codziennie do obnażonej ręki Lenki i Niny
przytwierdzano specjalnie spreparowane „nosidełka”, w których znajdowały się wszy i poprzez
mikroskopijne otworki w ściance karmiły się krwią tych dziewcząt. Zajęcie to dawało legitymację, z
którą bezpiecznie mogły się poruszad po ulicach Warszawy.

Paostwowy Zakład Higieny był skupiskiem i meliną ludzi „spalonych” w konspiracji - to znaczy tych,
których poszukiwały władze okupacyjne. Tu także odbywała się robota konspiracyjna. W szafkach
ubraniowych, które posiadał każdy z pracujących, mieściły się archiwa konspiracyjne. W szafce Niny
było archiwum prasy PPR. Nam, młodym działaczom konspiracyjnym, nie przeszkadzało, że jedno z
nas należało do takiej, a drugie do innej organizacji. Tak też było ze mną i z Niną. Korzystaliśmy z
jednego mieszkania. Ja robiłem swoją robotę, ona swoją w ramach ZWW (Związek Walki
Wyzwoleoczej), potem PPR, gdzie pracowała w drukarni i w kolportażu. Ninka zajmowała później
odpowiedzialne stanowisko w Związku Walki Młodych - Dzielnica Praga. Poza tym kierowała tak
zwaną „Młodzieżową Techniką”, która miała swój lokal na Krakowskim Przedmieściu. Celem tej
komórki było powielanie druków ZWM, PPR i innych organizacji. W czasie swojej pracy w
Paostwowym Zakładzie Higieny Ninka nawiązała kontakt z członkiem oddziału dywersyjnego AK, z
którym rozpoczęła współpracę i na jego polecenie zbierała wszy zakażone tyfusem, przekazując je dla
celów organizacyjnych.

Jednak pewnego dnia nie przyszła do pracy. W nocy dostała silnej gorączki. Lekarz stwierdził
zakażenie tyfusem, plamistym. Ponieważ Nina zajmowała się również kolportażem pism, Lenka,
mająca szesnaście lat, na czas choroby zastąpiła siostrę. Niejeden robotnik może pamięta, jak mała
czarnowłosa dziewczynka stała pod tym czy innym zakładem pracy i wręczała ukradkiem nielegalną
bibułę konspiracyjną PPR lub ZWM.

Choroba Niny rozwijała się. Majaczyła w gorączce, nie można było od niej wydobyd adresów lokali
kontaktowych, do których chodziła. Jednak jedną „melinę” trzeba było koniecznie odszukad. Zdajecie
sobie sprawę, co znaczy znaleźd lokal konspiracyjny, nie wiedząc dokładnie, gdzie on się mieści? W
czasie takich poszukiwao można wpaśd w niejedną zasadzkę.

Przy łóżku chorej Niny toczy się rozmowa właśnie na ten temat. Za parawanem mała Lenka odrabia
konspiracyjną lekcję. Olek Kowalski - ówczesny sekretarz PPR-Warszawa - poleca za wszelką cenę
znaleźd ten lokal. Lenka, która wszystko słyszała, pierwsza zgłosiła się na ochotnika. Jak chodziła, jak
szukała, tego nikt nie wie, lecz lokal znalazła. Kiedy koledzy pytali ją, czy się bała, szczerze
odpowiadała: „Jestem smarkata i głupia, więc nie mam pojęcia, co to strach”. Nina wyzdrowiała i
dalej pracowała w ZWM.

Zakład Higieny przeniósł się na ulicę Dolną; obok akowców pracowali tam peperowcy i
zetwuemowcy. Był to wielki „lokal” podziemia warszawskiego, w którym ukrywało się coraz więcej
ludzi „spalonych” w konspiracji. Czasem ktoś do pracy nie przyszedł. Gdzieś ginął po nim ślad.
Jednego dnia, tajną drogą, przyszedł gryps z więzienia na Pawiaku: „Wszyscy zaangażowani
konspiracyjnie mają natychmiast opuścid Zakład Higieny. Placówka została zdekonspirowana”.

Jaki był dalszy los Niny i Lenki?

Ninę powstanie zastało w jej mieszkaniu przy ulicy Krakowskie Przedmieście 12, gdzie mieściła się
powielarnia, a na parę dni przed wybuchem powstania otrzymała kasety z czcionkami drukarskimi.
Dom ten w czasie działao powstaoczych znalazł się po stronie niemieckiej. Pomimo rewizji Niemcy nie
zauważyli tego kompromitującego materiału. Potem Nina przeszła przez obóz pruszkowski i wyszła na
wolnośd.

Lenkę powstanie zastało w drukarni PPR na ulicy Sapieżyoskiej. Potem walczyła w oddziale AL na
Starówce, gdzie była ranna w nogę. Po upadku Starówki kanałami przeszła na Żoliborz. Przestrzelona
noga dokuczała. Może wdało się zakażenie. Wzrok też zaczął zawodzid. Trawiła ją gorączka. Nikt z nas
w tym okresie nie miał jednak czasu na rozczulanie się nad sobą. Lenka przydzielona została do
kolportażu i łączności przyfrontowej. Miała lat osiemnaście, lecz nie była to już młoda dziewczyna. Był
to dorosły, znękany życiem samotny człowiek. Ojciec jej zginął w getcie, brat w oddziałach leśnych, o
siostrze nic nie wiedziała.

O nas, swoich przyjaciołach i kolegach, też nigdy się nic nie dowiedziała.

Żoliborz padł. Mały oddziałek w sile niespełna trzydziestu ludzi przedzierał się w pośpiechu wśród
zburzonych domów do brzegu Wisły. Było tam kilku mężczyzn i kilka dziewcząt. Lenka była wśród nich
- zawsze jednak pozostawała w tyle. Pomagali jej, jak mogli, lecz postrzelona noga ciążyła jak ołów.
Oczy z gorączki paliły. Przeskakiwali od jednych do drugich ruin domów. Za nimi wściekła pogoo
Niemców. Nie strzelali, chcieli za wszelką cenę chwycid ich żywych.

Brzeg Wisły był coraz bliższy. Chod nikt nic nie mówił, wszyscy liczyli, że znajdą jakąś deskę czy łódkę,
a jeśli nie - to będą próbowali wpław przepłynąd rzekę.
Dokoła ciemnośd!

Od czasu do czasu któryś ze ścigających Niemców strzelił. Pogoo zbliżała się coraz bardziej.

Wisła już tuż-tuż!...

Pierwsi z powstaoców dobiegają do brzegu. Lecz i pościg gwałtownie się zbliża.

Krótki okrzyk jednego z powstaoców: „Padnij”.

Nikt dziś nie dowie się, czy Lenka nie dosłyszała w gorączce tego okrzyku, czy mechanicznie biegła
naprzód - nie mając żadnej świadomości tego, co się dokoła niej dzieje.

Biegła dalej jak lunatyczka, wiedziona świadomością bliskości brzegów Wisły. Granat, rzucony ręką
kolegi-powstaoca w stronę Niemców, rozerwał się z ogłuszającym hukiem!

Lenka zwinęła się i upadła twarzą do ziemi!

Wśród krzyku i jęków Niemców głosu jej nikt nie usłyszał.

Już nie żyła. Dosięgnął ją odłamek granatu przeznaczonego dla wroga.

Wspomnienie, które teraz opowiem, nazwałbym historią trzech Tadków.

Byli młodzi, rwali się do walki o wolną Polskę. Jeden z nich nazywał się Tadeusz Domaoski i należał do
ugrupowania konspiracyjnego Związku Walki Młodych. Drugi to Tadeusz Wuttke, syn znanego
profesora, z którego podręczników uczyło się niejedno pokolenie młodzieży. Ten Tadeusz był
członkiem RPPS. Trzeci, Tadeusz Malczewski - wnuk słynnego artysty malarza Jacka Malczewskiego -
należał do Związku Walki Zbrojnej, a potem AK, gdzie był instruktorem wojskowym.

Tadeusz Domaoski był, obok Niny Kranc, jednym z członków zespołu redakcyjnego „Walki Młodych”.
Tadek Wuttke miał pieczę nad stroną techniczną pisma. Lokal ich w czasie pracy był narażony w
każdej chwili na zdekonspirowanie. Wszyscy byli zdecydowani, w razie wpadki, na walkę i śmierd, a
nie kapitulację, więzienie i śledztwo. Mówili sobie: „Jeśli będziemy zasypani, nie oddamy się żywcem,
a będziemy walczyd”. Lecz do walki potrzebna jest broo i „obstawa” lokalu redakcji.

I dlatego gdy dwóch Tadeuszów redagowało i drukowało „Walkę Młodych” - trzeci Tadeusz,
instruktor wojskowy AK, wraz ze swoimi ludźmi „obstawiał” redakcję pisma.

Była to w owych latach typowa konspiracja w konspiracji. Trzech Tadeuszów nie rozprawiało ze sobą
o polityce - oni wspólnie walczyli o wolnośd.

Zbliżał się 1 maja 1943 roku. Tadeusze postanowili dad znad społeczeostwu o sobie. W ciszy
konspiracyjnego lokalu „Walki Młodych” dwóch Tadeuszów i Nina drukowali trzybarwny plakat 1-
majowy. Trzeci Tadeusz z bronią w ręku krążył po ulicy i asekurował swoich przyjaciół. Kiedy nadszedł
zmrok - trzech chłopców obładowanych świeżo wydrukowanymi plakatami wyruszyło na puste ulice
okupowanej stolicy. Jeden Tadeusz smarował klejem plakaty. Drugi przyklejał je na ścianach domów
Warszawy. Trzeci - z odbezpieczonym pistoletem - lustrował ulicę, aby w każdej chwili móc osłonid
ucieczkę swoich przyjaciół.
Warszawiacy, którzy rankiem 1 maja 1943 szli do pracy, ze zdziwieniem zobaczyli plakaty głoszące:

„Niech się święci 1 maja 1943 roku”.

Były one dziełem trzech Tadeuszów - z trzech organizacji.

Co z Tadeuszami się stało?

Tadeusz Wuttke zginął.

Tadeusz Domaoski zginął.

Tadeusz Malczewski, nie wiem, gdzie się podziewa.

Na ciągłe ponaglania o skierowanie mnie do odpowiedniej komórki, bym mógł kontynuowad


działalnośd konspiracyjną, otrzymywałem stale wymijającą odpowiedź:

- Przyjdzie czas, to przydzielimy ciebie do pracy odpowiadającej twojej sytuacji...

Uważałem, że ucieczka z Pawiaka w każdym szczególe była idealnie przemyślana. Nikt z bezpośrednio
biorących udział w tej akcji, łącznie ze mną, nie był wtajemniczony we wszystkie etapy przygotowao.
Słowa „twojej sytuacji” wiązałem z ucieczką i „wymazaniem” mnie z listy ludzi żyjących. Tymczasem
„moja sytuacja” była bardziej skomplikowana, niż sądziłem.

Zostałem wezwany do lokalu przy ulicy Górskiego. Odprawa była krótka. Poinformowano minie
ponownie, że sytuacja moja, pomimo udanej ucieczki, jest niejasna - tak podają raporty otrzymane z
komórki wywiadowczej kierowanej przez „Oskara” (Bernard Zakrzewski). Będę przydzielony do
wydziału pracującego pod kryptonimem „Akcja N”. Komórka ta jest ściśle zakonspirowana, nawet
przed ludźmi z organizacji podziemnych.

O zakresie mojej działalności dowiem się w niedługim czasie, we wskazanym przez łącznika lokalu.
Nie wolno mi utrzymywad żadnych kontaktów, jak i ujawniad miejsca zamieszkania. Kontakt ze mną
będą utrzymywad trzy łączniczki: Greta, Barbara i Zofia.

Chciałem się odmeldowad, lecz zatrzymano mnie i w tym momencie wybuchła najmniej spodziewana
„bomba”.

- Ucieczka twoja - oświadczono - jest rozszyfrowana przez agentów Gestapo. Dlatego w pracy musi
byd zachowana maksymalna ostrożnośd.

Wszystkiego bym się spodziewał, ale takiego zakooczenia mojej „śmierci” - nigdy!

Sprawa jest skomplikowana; będę ją relacjonował opierając się na dokumentach Gestapo.

Między gestapowcami na wysokim szczeblu, tak jak i w dowództwie Wehrmachtu, trwała zawsze
podjazdowa walka o bardziej intratne i bezpieczne stanowiska na zapleczu frontu.
Na terenie Generalnej Guberni zadętą „grę” prowadziło Gestapo radomskie, a jej motorem był SS-
Sturmbannführer Liphardt. Walka szła o poderwanie autorytetu warszawskiego Gestapo, poprzez
wykazanie nieudolności zwalczania polskiego ruchu wolnościowego - a więc uderzenie samego SS-
Obersturmbannführera dr. Hanna i SS-Hauptsturmführera Spilkera.

List Gestapo radomskiego w sprawie ucieczki St. Miedzy-Tomaszewskiego

Jakimi drogami konfidenci Gestapo natrafili na nid prowadzącą do mojej sprawy - na to pytanie
trudno dziś dad odpowiedź.

Liphardt dostał od swojego agenta Nowaka nr 6 meldunek w dniu 2 lutego 1942 roku - a więc
niespełna w dwa miesiące po mojej ucieczce. Meldunek ten niezbicie podważał autorytet aparatu
śledczego w głównej siedzibie Gestapo warszawskiego w alei Szucha, podległej dr. Hannowi. Pismo
to, podpisane przez- Liphardta, adresowane było na ręce Hanna. Nosi ono datę 10 marca 1942 roku.
A więc, przez cały miesiąc Gestapo radomskie na własną rękę starało się rozszyfrowad sprawę mojej
ucieczki i pewnych funkcjonariuszy Gestapo warszawskiego - przekupionych przez naszą organizację.

10 marzec 1942.
B. Nr. 10 552/42g – III B 3
Tajne
Do Komendanta Policji Bezpieczeostwa i SD Dystryktu Warszawskiego -
Obersturmbannführera dr. Hanna.
Warszawa
Dotyczy: Polskiego Ruchu Oporu, zlikwidowanie drukarni RAW. Godna zaufania osoba
powiadamia, iż działający w dowództwie nielegalnej organizacji ZWZ, obecnie PZP,
Tomaszewski w środku roku 1940 *sic!+, w trakcie likwidacji drukarni RAW w Warszawie
został zaaresztowany. Prawdopodobnie przez członka organizacji dostarczono mu ampułkę z
bakteriami tyfusu plamistego, w wyniku czego zachorował i został przewieziony do szpitala.
Tomaszewski miał rzekomo umrzed przy operacji. Urzędnik Policji Bezpieczeostwa, który
prawdziwośd śmierci Tomaszewskiego potwierdził, miał za to otrzymad 15 tysięcy złotych.
Zamiast rzekomego Tomaszewskiego były pochowane zupełnie inne zwłoki. Sam
Tomaszewski został potem zwolniony ze szpitala i uprawia obecnie znowu nielegalną
działalnośd.
Proszę o przyjęcie do wiadomości, wydanie odpowiednich poleceo i informację, czy
Tomaszewski został istotnie zaaresztowany.
Meldunek pochodzi od zaufanego człowieka - Nowaka nr 6. Doniesienie z 2 II 1942.
WV 20 V 1942.

Nasz wywiad nie próżnował, odkrył wcześniej całą sprawę i w szachu trzymał skorumpowanych
gestapowców.

Sytuacja moja, w wielkim skrócie, wyglądała następująco:

 Jestem rozszyfrowany przez konfidentów Gestapo jako żyjący i działający.


 Jestem „nieboszczykiem” dla mojej rodziny i przyjaciół.
 Jestem chroniony przez komórki konspiracyjne, nie tylko dla mojej specjalizacji w robocie
antyhitlerowskiej - ale i do szantażowania gestapowców zwerbowanych za pieniądze do
współpracy z naszym wywiadem.
 Jestem poszukiwany przez Gestapo radomskie w celu skompromitowania Gestapo
warszawskiego i dr. Hanna.
 Jestem poszukiwany przez Gestapo warszawskie, aby po cichu zlikwidowad żyjący dowód
przekupstwa i nieudolności.

Tymczasem mój brat Zbigniew od 20 lutego 1942 roku przebywa na Pawiaku z wyrokiem śmierci. Nie
orientuje się w sytuacji. Sprawa moja zaczyna rzutowad na jego pobyt w więzieniu. Gestapo
warszawskie po piśmie Liphardta stara się zagmatwad całą sprawę i sprowadzid pracę agentów
Gestapo radomskiego na fałszywą drogę.

Dnia 29 marca 1942 roku Gestapo warszawskie otrzymuje ponaglające pismo z Radomia; występuje
w nim następny agent kryjący się pod kryptonimem K-22.

W piśmie tym już zaczyna się krystalizowad linia postępowania gestapowców. Na moje miejsce
podstawiają brata Zbigniewa. Moje natomiast akta zostały w jakiś sposób zatajone na Szucha.

Radom, 29 marca 1942.


B. Nr. 10 552/42g - III B 3.
Tajne
Pismo do Dowodzącego Policji Bezpieczeostwa i SD w Generalnym Gubernatorstwie.
Sonnderkommando SS-Hauptsturmführer Spilker.
Komendant SP i SD Dystryktu Warszawskiego SS-Obersturmbannführer dr Hann.
Dotyczy: polski ruch oporu. Uwolnienie czołowego działacza przez zakażenie tyfusem lub
durem plamistym.
Uprzednie pisma: do SP w Warszawie moje pismo z 10 III 1942, dotyczące zlikwidowania
drukarni RAW.
Podobny wypadek, jak omówiony w piśmie z 10 III 1942, w którym czołowy działacz ZWZ
Tomaszewski został zakażony w więzieniu tyfusem plamistym, przekazany z więzienia i
rzekomo zmarł, przy czym na jego miejsce miały byd rzekomo podstawione inne zwłoki,
został 10 III 1942 przez innego zaufanego człowieka potwierdzony.
Przypuszczalnie na początku lutego 1942 wśród ZWZ miała miejsce pewna liczba aresztowao.
Został przy tym zatrzymany porucznik Zbyszek (Zbigniew) i dostawiony do więzienia na
Dzielnej - Pawiak. Zbyszek, lat podobno około 28, miał byd uwolniony, gdyż ZWZ obawiało
się, że mógłby złożyd bardzo ważne zeznania, zwłaszcza że jego brat jakieś 4 tygodnie
wcześniej także został aresztowany. Ten brat miał jakoby byd jeszcze ważniejszym działaczem
niż Zbyszek. Możliwośd uwolnienia go została osiągnięta w ten sposób, że Zbyszek dostał w
więzieniu zastrzyk zakażający zarazkiem tyfusu i przewieziony został do szpitala, gdzie jakoby
zmarł. W szpitalu jednakże na jego miejsce podsunięto innego zmarłego;, a Zbyszek, co z
właściwą Polakom skłonnością do przesady zostało opowiedziane, miał uczestniczyd jako
żałobnik we własnym pogrzebie.
Dopisek do Komendanta Warszawy:
Niniejsze podaję do wiadomości z prośbą o zbadanie i zakomunikowanie wyników.
Meldunek pochodzi od osoby zaufanej K-22 z 10 III 1942.
Ww 1. 6. 1942.

Wysiłki agentów trwają nadal. Usilnie starają się rozwikład powierzoną im sprawę. Znów zostałem
wezwany przez ludzi „Oskara” - przypomniano mi, abym nie nawiązywał nowych kontaktów, a jeśli
takie byłyby konieczne, zameldowad o tym wywiadowi.

Tymczasem Gestapo warszawskie poczuło się pewniej i teraz oni ze swej strony wysyłają pismo
ponaglające do Liphardta w Radomiu, które nosi datę 23 kwietnia 1942 r.

Warszawa, 23 kwiecieo 1942.


Dowództwo Policji Bezpieczeostwa i SD w Generalnym Gubernatorstwie.
Sonnderkommando Warszawa.
Tajne
Do Komendanta Sicherheitspolizei i SD Dystryktu Kadom SS-Sturmbannführera Liphardta.
Dotyczy: polski ruch oporu. Uwolnienie czołowego funkcjonariusza przez zarażenie tyfusem
czy też durem plamistym. Poprzednie pismo Wasze: z 29 III 1942 - B. Nr. 10 552/42g. III B 3.
Odnośnie Komendantura w Warszawie komunikuje:
Podjęte w tej sprawie badania dały wyniki negatywne. Mimo wywiadów przeprowadzonych
ze wszystkimi urzędnikami mogącymi wchodzid w rachubę w sprawie likwidacji drukarni RAW
w roku 1940 nic im nie jest wiadome. Poza tym, żaden w tym czasie aresztowany
Tomaszewski nie umarł w tutejszym szpitalu zakaźnym.
Co do drugiego wypadku ustalono, że wprawdzie w styczniu i lutym 1942 roku zostali
aresztowani członkowie tajnej organizacji ZWZ, nie ustalono jednak, kim mógł byd
wymieniony „Zbyszek”. Z osób w owym czasie aresztowanych żadna nie zmarła w lazarecie
więziennym ani w szpitalu zakaźnym.
Proszę odpowiednie w tej kwestii osoby szczegółowo wypytad i wyniki podad mi do
wiadomości.
Z polecenia:
(podpis nieczytelny)

Po tym piśmie prawdopodobnie odbyły się osobiste rozmowy między Komendanturą Radomską a
Warszawską, gdyż następne pismo noszące datę 14 maja 1942 roku potwierdza tylko moje
„nieistnienie”.

Warszawa, 14 maja 1942.


Komendant Policji Bezpieczeostwa i SD Dystryktu Warszawskiego B. Nr.-3 B 2 - 363/42g.
Tajne
Do Komendanta Policji Bezpieczeostwa i SD Dystryktu Radomskiego SS-Stubaf, Liphardt.
Dotyczy: polski ruch oporu. Uwolnienie czołowego funkcjonariusza przez zakażenie tyfusem
lub durem plamistym. Uprzednie pisma tutejsze: z 10 III 1942 i 29 III 1942. Lp. 10 552/42g - III
B 3.
Bez podania dokładnych danych personalnych nie jest możliwe ustalenie, czy wymieniony
Tomaszewski został aresztowany. Nazwisko Tomaszewski dośd często pojawia się w
kartotece, nie można z niej jednak wywnioskowad, czy jakiś Tomaszewski umarł przy operacji.
Odnośnie pisma z dnia 29 III 1942, dotyczącego por. Zbyszka (Zbigniewa) nie można z całą
pewnością ustalid, czy zeznania są słuszne, gdyż nie jest tu prowadzona kartoteka danych
personalnych i zdjęd.
Z polecenia: Sporządził:
Lechner (podpis nieczytelny)

Dzięki naszej organizacji musiałem „umrzed”, aby pracowad i żyd. Po zniszczeniu moich akt przez
Gestapo - w ogóle się nie urodziłem.

Na tym piśmie korespondencja między Radomiem a Warszawą zakooczyła się, lecz w nasze ręce
dostały się jeszcze dwa pisma wewnętrzne Gestapo radomskiego, mówiące, że dla nich sprawa w
dalszym ciągu była otwarta. Pierwsze pismo to instrukcja dla agenta Nowaka nr 6 z dnia 15 czerwca
1942 roku. Drugie pismo żąda potwierdzenia raportów agenta K-22.

Radom, 15 czerwca 1942.


B. Nr. 10 552/42g - III B 3.
Tajne
Odwrotny wykaz pytao dla osoby zaufanej Nowaka nr 6 i K-22 został ułożony.
Ww 20 IX 1942.

Radom, 24 luty 1943.


IV A-Nr 10 552/42g.
Tajne
IV A. Wydział 3 - a
Dla ustalenia, czy nastąpiło wykorzystanie w ramach raportu i doniesienia osoby zaufanej nr
22.
IV A. Wydział 2.
Do wiadomości:
Do akt oddziału IV A: Ruch Oporu - Nielegalna Organizacja ZWZ Okręg Warszawski nr 1382-
1111.

Ja jednak żyłem i działałem. Brat mój w dalszym ciągu przebywał na Pawiaku i wszelkie próby
uwolnienia go skooczyły się niepowodzeniem.

Tymczasem wywiad AK rozszyfrował obydwu agentów niemieckich - byli to zdrajcy narodu polskiego.

Zapadł na nich wyrok śmierci.

Nowaka nr 6 udało się schwytad i wczesną wiosną 1944 roku został rozstrzelany na Kielecczyźnie. K-
22 ukrywał się dalej i działał. Żyje do dzisiaj.

Jednym z ostatnich ewakuacyjnych transportów przed powstaniem Zbigniew został wywieziony z


Pawiaka. Długa męcząca droga „transportu śmierci” w bydlęcych wagonach prowadziła do obozu
zagłady Gross-Rosen. Przypuszczał, że tu zostanie wykonany wyrok śmierci, który nad nim zawisł od
czasu aresztowania. Po kilku dniach pobytu w obozie został wywołany z baraku, myślał, że już
nadeszła godzina śmierci. Tymczasem zaprowadzono go do baraku, w którym mieścił się „Politische
Abteilung” (Wydział Polityczny). Zostaje poddany nowym badaniom, w czasie których dowiaduje się,
że Gestapo było poinformowane o mojej ucieczce. Torturami starają się od niego wyciągnąd
szczegóły. Nic nie mówi. Nie widzi już dla siebie ratunku. A jednak obóz zostaje oswobodzony i
Zbigniew wraca na wolnośd.

Pewnego dnia otrzymałem wiadomośd, że mam się zgłosid na ulicę Glogera. Pokój znajdował się w
narożnym domu, na parterze. Kilku nieznajomych mężczyzn rozmawiało przy stole. Kazano mi usiąśd
na uboczu. Załatwiali jakieś sprawy i gdy je zakooczyli, zaprosili mnie do siebie. Tam poznałem
profesora Kazimierza Kumanieckiego. Kumaniecki, którego pseudonim brzmiał „Kozakiewicz”,
wyjaśnił, że dostałem przydział do działu prasy konspiracyjnej komórki „N”, który zajmował się
wyłącznie propagandą dywersyjną skierowaną przeciwko wojskom niemieckim oraz aparatowi ucisku
w Generalnej Guberni. Nie będę tu opisywał struktury komórki „N” ani jej działalności, gdyż taka
analiza przeprowadzona już została w publikacjach fachowych i notatkach historycznych. Postaram
się tylko przypomnied kilka faktów związanych z pracą tego działu.

Komórka „N” - działająca w ramach BIP - miała za główny cel szerzenie rozkładu w armii niemieckiej,
jej psychiczne osłabianie, skłócenie wewnętrzne Niemców przez systematyczne wbijanie klina między
wojsko a policję i Gestapo. Największe nasilenie prac „N” przypadło na lata 1941-1943. W tym
okresie oprócz akcji specjalnych „N” zasypuje Niemców wielką ilością bibuły propagandowej, której
autorzy nadają charakter prasy konspiracyjnej, redagowanej i wydawanej wewnątrz Rzeszy. Pisma te
podpisane są przez „Der Vollzugsausschuss der Sozial-Revolutionären Freiheitsbewegung
Deutschlands A.L.F.” lub też przez „Soldatenbund Hindenburg” czy też przez „NSDAP-
Erneurungsbawegung”, (rzekomo - grupa Hessa). Niektóre podpisane były przez „Österreichischer
Freiheitsfront”.
Gestapo z wielką zaciekłością tropiło ludzi pracujących w „enie”. Pomimo aresztowao akcja „N”
jednak nie słabła, przeciwnie, stale przybierała na sile.. Najpopularniejsze były następujące periodyki,
wydawane w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy: „Der Soldat” i „Der Frontkämpfer” - pisma
przeznaczane dla żołnierzy niemieckich na froncie wschodnim (wychodziły w latach 1941- 1944),
„Bilder für die Truppe”. „Der Klabautermann” - pismo satyryczne, wielobarwne, „Der Hammer” -
zmieniony potem na „Der Durchbruch” - pismo przeznaczone specjalnie dla niemieckiej ludności
cywilnej w Rzeszy i na terenach Generalnej Guberni. Pismo „Die Ostwache” przeznaczone było
wyłącznie dla Niemców przebywających w Generalnej Guberni. „Die Zukunft - Przyszłośd” (periodyk
wydawany w języku polskim od 1943- 1944 r.) adresowany był do folksdojczów. Poza tym ludzie
„enu” wydali szereg świetnych broszur, do których opracowywałem szatę graficzną. Na przykład w
książeczce, na okładce której widniało - dla zmylenia czujności Gestapo – „Der Rote Terror”,
wewnątrz był właściwy tytuł: „Totaler Terror - Polen Marterpfahl”. Broszura ta była ilustrowana
fotografiami ukazującymi terror niemiecki w Polsce. W broszurze „Der größte Lügner der Welt” dla
odwrócenia uwagi władz bezpieczeostwa GG dałem na okładce postad Churchilla z flagą angielską w
ręku z napisem „Garantie”: deptał on czaszki ludzkie, obok których były napisy „Belgien”,
„Dänemark”, „Holland”. Z boku szedł lew brytyjski z kością w zębach i z napisem „Norwegen”.
Broszury te swoim wyglądem przypominały do złudzenia wydawnictwa niemieckiej propagandy.
Dopiero treśd jej niedwuznacznie godziła w okupanta. Wyszło jeszcze wiele innych broszur i
aktualnych ulotek.

Pierwszą pracą, jaką mi zlecono, było graficzne opracowanie pisma satyrycznego, które by celnie
utrafiało w bolączki żołnierza niemieckiego na froncie i jego rodziny w głębi Rzeszy. Tytuł brzmiał
„Erika”. Pierwszy, niejako próbny numer pisma miał uzasadnid jego dalsze istnienie. W tym okresie ze
wschodu nadchodziły wieści o zmierzchu hitlerowskich błyskawicznych zwycięstw. Dlatego też
postanowiłem w swoich rysunkach oddziaływad przede wszystkim na żołnierzy niemieckich z frontu
wschodniego.

Długo dyskutowaliśmy z „Zelgą” (Stanisław Smoleoski) nad


każdą satyrą, każdym rysunkiem. Ze względu na skromne
rozmiary pisma (cztery stronice 30,7 na 21,5 cm) nie wolno
nam było marnowad miejsca na słabe teksty czy nieudolne
rysunki. Każdy centymetr papieru musiał byd właściwie
wykorzystany i trafnie godzid we wroga. Sukces, jaki odniosła
„Erika”, spowodował decyzję wydawania stałego pisma
humorystycznego. W ten sposób powstał „Der
Klabautermann” - pismo satyryczne przeznaczone dla
Niemców okupujących Polskę oraz tych, którzy znajdowali się
na ziemi rosyjskiej. Po aresztowaniu Smoleoskiego
redagowałem „Klabautermanna” od listopada 1942 roku z
profesorem Kumanieckim. W swoich rysunkach starałem się
naśladowad manierę znanych rysowników goebbelsowskich.
Ich inicjałami podpisywałem też swoje prace. Świetne teksty i
tłumaczenia robił profesor -Kumaniecki. Pismo wychodziło
najczęściej co cztery tygodnie. Właściwie całego
„Klabautermanna” robiliśmy we dwóch, chod wielu myślało,
że redakcja jest kilkuosobowa.

A teraz parę słów o współpracownikach „enu”. Kiedy cały


materiał do pism dywersyjnych był gotowy, z redakcji
odbierała go „Jula” (Basia Wolska) - łączniczka, która miała
kontakt z drukarniami konspiracyjnymi.

Była to jedna z najdzielniejszych dziewcząt, jakie pracowały


w konspiracji. Na niej spoczywała cała odpowiedzialnośd za
sprawy łączności międzyredakcyjnej. Niemcy z całą
zawziętością tropili ludzi z „enu”. Wydawali odpowiednie
zarządzenia, nawet w wojsku, w sprawie czytania i
kolportowania wydawnictw dywersyjnych polskiego
podziemia. „Jula” zginęła w czasie powstania
warszawskiego.

Oprócz „Klabautermanna” -- tytuł powstał od nazwy


chochlika, ukazującego się, jak głoszą legendy niemieckie, na
tonących okrętach - pracowały jeszcze redakcje wielu innych
pism, nawet tygodnika. Halina Auderska, znana literatka,
która nosiła pseudonim „Nowicka”, redagowała jedyne
pismo „enowe” w języku polskim o podwójnym tytule: „Die Zukunft - Przyszłośd”. Różnymi drogami
dochodziło ono do prawie wszystkich folksdojczów mieszkających w Polsce, szerząc wśród nich zamęt
i przygnębienie. Publicysta Zygmunt Ziółek, pseudonim „Kowalczyk”, redagował „Der Soldat”. Poza
tym wydawaliśmy wiele ulotek i periodyków. „Enowcy” pracowali jak w kołowrocie. Ze wszystkich
stron nadchodziły zamówienia i żądania nowych artykułów, rysunków, nowych pomysłów. Tak rodziły
się liczne ulotki i broszury. Do
najlepszych należy zaliczyd „Unser
Bundesgenosse - Italien”, „Ein
Verrückter an der Macht”, „Die neue
Ordnung Europas”, poza tym „Der
Oberste Richter des Deutschen
Volkes”. Niemal we wszystkich tych
ulotkach były zamieszczane moje
rysunki. Wśród innych broszur
zrobiłem z profesorem Kumanieckim
również wybór cytatów z mów
Hitlera i zaopatrzyłem je
karykaturami „wodza”.

Aresztowanie Smoleoskiego (szefem


komórki redakcyjnej został po nim
profesor Kumaniecki) nie odbiło się
na ciągłości naszej pracy przy
redagowaniu „Klabautermanna”,
który obecnie otrzymał wielobarwną
szatę. Wczesną jesienią, a może
jeszcze w lecie, już dziś dokładnie nie
pamiętam, otrzymałem polecenie,
by oprócz pracy redakcyjnej zająd się
obmyślaniem akcji „specjalnych”,
nękających wroga. Był to ważny
zwrot w mojej działalności
konspiracyjnej. Ze względu na liczne powiązania organizacyjne i techniczno-konspiracyjne
otrzymywałem propozycje współpracy z różnymi ugrupowaniami. W pewnych wypadkach była to
„konspiracja w konspiracji” ze względu na zupełnie wyraźnie kształtujące się orientacje polityczne w
dowództwie AK. Współpraca z szeregiem ludzi musiała byd zatajona przed moim kierownictwem,
zarówno ze względów konspiracyjnych, jak i w obawie przed ujawnieniem kontaktów osobistych z
innymi grupami politycznymi.

Praca w „enie” zataczała coraz szersze kręgi, W związku z tym, zagadnieniem pierwszorzędnej wagi
stał się kolportaż. W kontaktach prywatnych poznałem inżyniera Stanisława Zrałka, pracownika
kolejowych zakładów w Pruszkowie. Po pewnym czasie ujawniłem mu swój udział w akcjach
„enowych” i powiedziałem, że chciałbym nawiązad kontakt z ludźmi, którzy podjęliby się kolportażu
pism dywersyjnych wśród Niemców. Zrałek obiecał pomoc, lecz uzależnił ją od porozumienia się ze
swoimi towarzyszami. Po paru dniach spotkaliśmy się w jego mieszkaniu, na terenach zakładów
kolejowych. Stanisław zgodził się na kolportaż pism dywersyjnych. Praca ludzi z jego zespołu,
będących w większości - tak jak on - członkami PPR, polegała na umieszczaniu w wagonach pociągów
opuszczających warsztaty naprawcze i udających się głównie na wschód, pism i druków dywersyjnych
w języku niemieckim. Warsztaty pruszkowskie były według mnie jednym z najważniejszych punktów
kolportażu pism „enowych”, gdyż stąd „bibuła” trafiała bezpośrednio w ręce żołnierzy udających się
na front wschodni.

Grób wielkanocny w kościele Św. Anny w Warszawie - rok 1942

Nie zaniedbywałem też tradycyjnych manifestacji patriotycznych w kościele Św. Anny. Na Wielkanoc
1942 roku zaprojektowałem nowy grób. Jego myślą przewodnią były wydarzenia ostatnich miesięcy.

Przełom lat 1941-1942 to szczytowe osiągnięcia armii niemieckiej. Anglia broni się rozpaczliwie na
wyspie. W Polsce szaleje terror. Ani jednak hiobowe wieści z frontów, ani terror nie załamały nas.
Potrafimy wyczud, że gigant hitlerowski zaczyna się chwiad, i to od wschodu, gdzie tyle sobie
obiecywał po zgnieceniu narodu rosyjskiego. Grób symbolizuje nadzieję i wiarę. Przez spalone
domostwa widad wschodzące słooce - słooce wolności. Na prawo od niego krzyż przydrożny, po
którym pnie się roślina - symbol nowego życia. Pod krzyżem pług - symbol pracy. Na horyzoncie widad
płot z rozerwanym drutem kolczastym - symbolem niewoli. Spokój bił od tego grobu.

I znów tłumy warszawiaków ustawiały się w długiej kolejce.


Oprócz pracy „enowej” współpracowałem z innymi komórkami życia konspiracyjnego Polski
podziemnej. Chciałbym przypomnied nie znaną szerokiemu ogółowi czytelników kartę działalności
Klubu Wysokogórskiego Polskiego Towarzystwa Tatrzaoskiego z okresu okupacji. Dziś już nie
pamiętam, w jakim miesiącu roku 1942 zwrócili się do mnie docent Tadeusz Orłowski, który używał
potem pseudonimu „Stolik”, oraz zmarły tragiczną śmiercią w czasie wspinaczki w Alpach
Wawrzyniec Żuławski. W krótkiej rozmowie wyjaśnili, że redagowany i wydawany przez nich
konspiracyjny „Taternik” - miesięcznik powielany od roku 1940 na terenie szpitala klinicznego im.
Dzieciątka Jezus - musi byd ze względów bezpieczeostwa zlikwidowany. Otrzymali bowiem
wiadomośd, że na skutek czyjejś inwigilacji redakcja „Taternika” jest pod obserwacją Gestapo. Prosili,
abym im pomógł i przystąpił do współpracy przy wydawaniu pisma w nowych warunkach lokalowych
i technicznych. Na współpracę tę zgodziłem się. Już w rozszerzonym gronie omówiliśmy objętośd
miesięcznika, warunki techniczne jego powielania i wydawania oraz sposób transportu „bibuły” z
miasta na teren któregoś z oddziałów szpitala. W szpitalu „Taternik” byłby tylko broszurowany.

W skład komitetu redakcyjnego wszedł wówczas docent Tadeusz Orłowski, jego najbliższy
współpracownik Wawrzyniec Żuławski, doktor Stanisław Braun i Hanka Pomorska. Konsultantem
redakcyjnym był Justyn Wojsznis, który w czasie okupacji pełnił funkcję prezesa klubu
Wysokogórskiego Polskiego Towarzystwa Tatrzaoskiego. Gromadził on sprzęt wysokogórski, w jego
gestii byli też przewodnicy, przeprowadzający na Węgry uciekinierów idących przez Tatry.

„Taternika” drukowałem w powielarni mieszczącej się w domu na ulicy Zielnej róg Złotej. Była to
olbrzymia, ciemna kamienica warszawskiego dziewiętnastowiecza. Na parterze, po lewej stronie
bramy, w ciemnych pokojach ustawiony był elektryczny powielacz. Nad „Taternikiem” pracowałem
zawsze w porze popołudniowej, tak aby można było zanieśd gotowe strony do szpitala po obchodzie i
wizytacji chorych przez lekarzy. Szpital Dzieciątka Jezus był wtedy pusty i tylko jeden z członków
redakcji czekał na mnie w swoim gabinecie. Konspiracyjny „Taternik” miał okładkę ze sztywnego
kartonu, zaś wewnątrz numeru wklejane były wkładki z oryginalnymi odbitkami fotograficznymi.

Garstka entuzjastów gór, ukrytych w warszawskim podziemiu, redagowała na pewno jedyne w


dziejach wydawnictw turystycznych pismo konspiracyjne pod grozą więzienia i utraty życia.
„Taternik” wychodził od 1940 do 1944 roku. Ukazały się następujące numery: w roku 1940 - trzy
zeszyty z numeracją 1, 2-3, 4; w roku 1941 -jeden zeszyt z numeracją 1-4; w roku 1942 - trzy zeszyty z
numeracją 1, 2, 3-4; w latach 1943-1944 - jeden zeszyt z numeracją 132-139.

Współpracowałem także z pismem „Wzlot”, jedynym periodykiem dla młodzieży w okupowanej


Europie, poświęconym zagadnieniom rozwoju lotnictwa. Moja współpraca z tą redakcją ograniczała
się do wykonywania rysunków technicznych, dotyczących konstrukcji samolotów alianckich, oraz
dostarczania klisz do druku. Poza tym zaprojektowałem im winietę tytułową. Jak zwykle w pracy tej
pomocna była grupa pracowników szkoły poligraficznej na Konwiktorskiej. Tam wykonywano
większośd klisz dla „Wzlotu”.

Spotkania redakcyjne odbywały się w mieszkaniu „Murki” (Maria Kann). Miłe to były popołudnia i
przyjemne rozmowy w gronie entuzjastów lotnictwa i sportu spadochronowego. Dośd często na
spotkania przychodzili spadochroniarze, zrzucani na terenie Generalnej Guberni.
Lato - jesieo 1942 roku. Bohaterski opór żołnierza radzieckiego łamał morale armii niemieckiej. Prasa
„enowa” musiała działad błyskawicznie i celnie. Dlatego też nie ograniczyłem swojej współpracy ze
Zrałkiem tylko do kolportażu, ale ustaliłem, że jego komórka będzie obserwowała reakcję Niemców.
Dyskutowaliśmy nad nowymi pomysłami, które można było realizowad dzięki informacjom
otrzymywanym od ludzi z kolportażu. Pewnego dnia Stanisław zaproponował mi spotkanie z
kierownictwem PPR - Pruszków. Zaproszenie przyjąłem. W oznaczonym dniu przyszedłem do
umówionego mieszkania. Jak dziś pamiętam ten letni dzieo. W pokoju panował półmrok, gdyż okna
były zasłonięte. Za dużym stołem siedziało trzech mężczyzn. Jeden nosił brodę, drugi miał buty z
cholewami, trzeci natomiast ubrany był w robocze ubranie. W czasie rozmowy był jeszcze obecny
gospodarz mieszkania i od czasu do czasu wchodziła przemiła pani Hanka - żona Zrałka.

Rozmowa była serdeczna. Działacze PPR proponowali mi daleko idącą pomoc w kolportażu, lecz pod
pewnymi warunkami. Trudno mi odtworzyd szczegóły tej rozmowy, dlatego postaram się ująd ją w
punkty:

1. Kolportaż pism dywersyjnych, głównie o tematyce związanej z wojną na Wschodzie.


2. Kolportaż „bibuły” dywersyjnej, mówiącej o zbrodniach Gestapo w Związku Radzieckim i
karze, jaka czeka winnych.
3. Kolportaż pism przyspieszających rozkład idei hitlerowskich wśród żołnierzy niemieckich.
4. Pisma „enowe” o innej tematyce nie mogą liczyd na pomoc w rozprowadzaniu ze strony
komórki PPR.

Poza tym zaproponowano mi wydawanie ulotek dywersyjnych według własnych pomysłów.

Następne spotkanie wyznaczyliśmy za trzy dni. Z tymi propozycjami udałem się do Kowalika -
pomijając ostatni punkt rozmowy jako moją sprawę osobistą. Propozycje te nie zostały jednak
przyjęte. Kowalik dał mi do zrozumienia, że w ogólnych założeniach kierownictwa kontakty takie nie
są przewidziane.

„Motylki” rozlepiane na ulicach Warszaw

Pomimo tego kontakt podtrzymywałem, zachowując tylko większą ostrożnośd. „Bibułę” do


Pruszkowa nosiłem albo sam, albo czyniła to „Zośka” z Olesioskiej, która zabierała ją z mojego
prywatnego mieszkania. Była ona jedną z najbardziej zaufanych koleżanek i orientowała się w
tajnikach mojej podwójnej konspiracji. Na terenie warsztatów pruszkowskich grunt pod nogami
zaczął się palid. Niemcy zaostrzyli środki ostrożności, poszukując źródła, z którego bibuła dywersyjna
trafiała do żołnierzy. Wniesienie paczek z „enkami” przez strzeżoną bramę było teraz czynem wielkiej
odwagi. „Zośka” lub ja dostarczaliśmy zatem druki konspiracyjne do mieszkania dróżnika na stacji w
Tworkach. Punkt ten zorganizował inż. Zrałek. Jak wędrowały one dalej do warsztatów
pruszkowskich, nigdy nie pytałem, gdyż zakazywała tego ścisła dyscyplina.

Wczesną jesienią, jak już wspomniałem otrzymałem polecenie opracowania akcji specjalnych. Była to
pewnego rodzaju dywersja psychologiczna, oddziaływająca deprymująco na okupanta. Pracowałem
nad nią przez dziesięd miesięcy. Następnie dział ten przejął Andrzej Gorzkowski, pseudonim „Wolf”.
Był to bardzo dobry i dzielny kolega. W ruchach - zdawałoby się - powolny, jednak w akcji i w pracy
zręczny i niesłychanie operatywny. Zawsze skory do pomocy kolegom, w każdej sytuacji. Praca ta była
wyczerpująca i nerwowa. Zanim jednak opowiem o niektórych akcjach, chciałbym wspomnied o
„wiekowym wydarzeniu” w życiu profesora Kumanieckiego i moim.

Otóż tak się zdarzyło, że przy różnych sporach i dyskusjach, które z wojskowego punktu widzenia
wyglądały na niesubordynację, wyszło na jaw, że w organizacji wojskowej, jaką była AK, są po prostu
cywile - i to na bardzo odpowiedzialnych stanowiskach lub mocno wprowadzeni w arkana
organizacyjne.

I oto pewnego dnia otrzymaliśmy z Kaziem zawiadomienie, że mamy stanąd do raportu. W


oznaczonym dniu i miejscu „stanęliśmy”.

Chwila uroczysta i oto krótka, wojskowa formułka:

- „Miedza” - kapral.

- „Kozakiewicz” - kapral.

W ten sposób profesor i plastyk z cywila zmienili się w groźnych wojskowych. Wyszliśmy z lokalu,
gdzie otrzymaliśmy tak nieoczekiwany awans, trochę rozśmieszeni wojskowo-biurokratyczną
formalnością. Było piękne popołudnie. Udaliśmy się do Halinki Auderskiej („Nowickiej”), aby oblad
ten niespodziewany stopieo wojskowy. Zgromadziło się tam także kilku kolegów. Toastów było wiele,
mocno zakrapianych. Najczęściej jednak wznoszono toast: „Za naszych Napoleonów”. Bo przecież i
Napoleon rozpoczął swą karierę od kaprala.

Tuż przed godziną policyjną wyszliśmy od Halinki. Kapelusze na naszych dymiących, kapralskich
głowach umieszczone były w poprzek, tak aby przypominały „piróg napoleooski”. Każdy z nas jedną
rękę trzymał z tyłu, a drugą za klapą płaszcza. Lekkim krokiem zdążaliśmy do domów. Dosyd
natomiast głośno snuliśmy rozważania, jak dalej nękad okupanta.

Na ulicy Grottgera, w parterowym mieszkaniu, kilku mężczyzn prowadzi ożywioną dysputę.


Przedłożyłem właśnie szereg projektów akcji specjalnych oraz wydawniczych. Moi koledzy też
składają różne propozycje. Pierwszy pomysł, jaki został zatwierdzony, to wysłanie „powiastek”
powołujących folksdojczów na terenie GG do wojska. Akcja ta miała obejmowad nie tylko większe
miasta, ale i wsie. Kampania werbunkowa folksdojczów została podzielona na dwa etapy. Pierwszy -
przygotowania techniczne związane z drukiem kopert, blankietów, wykonaniem pieczątek i
podpisów. Drugi - zdobycie adresów folksdojczów oraz zorganizowanie kolportażu „powiastek”.

W takich kopertach rozsyłano różne pisma i „zarządzenia” inspirowane przez komórkę „N”

W pierwszej części prac brałem osobisty udział. Druki - facsimile kopert poszczególnych dystryktów
oraz blankiety - zostały wykonane w drukarni konspiracyjnej. Pieczątki oraz nagłówki przygotowała
szkoła poligraficzna na Konwiktorskiej. Ze szkołą tą aż do powstania stale współpracowałem. Tam
bezpośrednio stykałem się z kolegą Pęciakiem, instruktorem szkoły, obecnie artystą grafikiem i
pracownikiem WAG-u. Praca ich była bardzo niebezpieczna i ofiarna. Nieraz idealnie podrobione
pieczątki i blankiety wykonywali w ciągu jednej nocy lub paru godzin. Pierwsza rewizja Gestapo w
laboratoriach szkoły zaprowadziłaby tych cichych bohaterów do obozów zagłady.

Następny etap pracy odbywał się na tej samej ulicy Grottgera, ale w innym domu, na czwartym
piętrze. Tam zgromadzone zostały wszystkie koperty i blankiety. Pokój był niewielki. Pośrodku stał
okrągły stół, na prawo biurko i mały stolik. Oprócz mnie w pokoju pracowały jeszcze cztery kobiety.
Znałem je tylko z widzenia. Ja siedziałem za stołem i niestrudzenie podpisywałem setki blankietów,
wzywających do stawienia się folksdojczów w oznaczonym miejscu. Już poprzedniego dnia dwiczyłem
się w podrabianiu podpisów poszczególnych szefów dystryktów. Kładłem przed sobą odbitkę
fotograficzną autentycznego podpisu i po kolei szrajbowałem: Kraków, Lublin, Białystok, Warszawa.

Z chwilą gdy blankiet był gotowy, wędrował na biuro i tam dziewczyna z konspiracji opatrywała go
stemplami. Następnie, już całkowicie spreparowany, dostawał się do właściwej koperty. Koperty z
odpowiednimi nadrukami były zaopatrzone w adresy folksdojczów w całej GG. Ostatnia towarzyszka
segregowała listy i robiła z nich paczki. Tak przygotowany materiał przejmowały łączniczki.

Kolejną fazą było doręczanie „wezwao”. Praca ta również została ujęta w karby organizacyjne, aby
całej akcji nie wykryto na poczcie. Na poczcie współpracowali w walce z okupantem nie znani nam z
nazwiska ludzie, którzy nieraz oddali cenne usługi. Listy docierały do adresatów. Otrzymałem
polecenie obserwacji punktu w Alejach Ujazdowskich, obok dawnego gimnazjum Królowej Jadwigi.
Tam nakazano zwerbowanym folksdojczom stawid się z walizką drewnianą i osobistymi rzeczami o
godz. 8 min. 30 rano.

Stoję na rogu ulicy Wilczej i Alei Ujazdowskich. Zbliża się wyznaczony termin. Coraz więcej mężczyzn,
dobrze ubranych, w różnym wieku, z drewnianymi walizkami w ręku, wchodzi do bramy
mieszczącego się tam urzędu. Punkt o godzinie 8 min. 30 przed bramą zbiera się tłum ludzi. Z jednej
strony gromada mężczyzn wchodzących do środka, z drugiej zaś rzesza odprowadzających kobiet i
dzieci tamują ruch. Godzina 9 rano. Zbiegowisko na ulicy nie maleje. Przed drzwi gmachu wychodzi
jakiś gruby, mundurowy Niemiec, wyraźnie zaaferowany i zdenerwowany widokiem tych ludzi. Na
pytania, padające z tłumu, robi bezradny ruch ręką i czym prędzej wycofuje się do wnętrza. Po paru
minutach w drzwiach ukazuje się dwóch Niemców. Nie wytrzymuję i podchodzę bliżej do stojących
rodzin folksdojczów.

Mundurowi funkcjonariusze są czerwoni ze złości. Jeden z nich krzyczy po niemiecku, a drugi łamaną
polszczyzną żąda, aby wszyscy rozeszli się natychmiast do domów. Z ich zdenerwowania znad, że
akcja udała się. Od czasu do czasu przybiega jeszcze jakiś spocony, opóźniony „poborowy”. Tego już
nie mogą znieśd Niemcy i całą swą złośd wyładowują na maruderach, brutalnie wpychając ich do
środka. Pomału tłum się rozchodzi. O godzinie 9 min. 30 zluzowała mnie „Zośka”. Opowiadała mi
potem, jak po przeszło godzinie wypuszczano „poborowych” pojedynczo lub po dwóch. Z kuferkami,
ze spuszczoną głową, chyłkiem przemykali ulicami Warszawy do swych mieszkao. Zrozumieli teraz, że
nie są bezpieczni, że ich adresy są w rękach organizacji podziemnej.

Po dalszych akcjach „enowych”, skierowanych przeciwko Niemcom zamieszkałym w okupowanej


Warszawie, zarządzono utworzenie specjalnej dzielnicy dla ludności niemieckiej.

Wspomnienie, które chcę teraz opowiedzied, nazwałbym historią jednej ulotki. Był rok 1943, pełnia
lata. Pewnego dnia, już dziś nie pamiętam jaką drogą, na dwie czy trzy godziny przed godziną
policyjną otrzymałem alarmującą wiadomośd. Przez Polskę przejeżdżad będą transporty Włochów na
front wschodni, który na wszystkich odcinkach łamał się i trzeszczał. Organizacja żądała
natychmiastowej akcji od komórki redakcyjnej. Nie namyślałem się długo i natychmiast poszedłem do
profesora Kumanieckiego, mieszkającego wtedy w domu profesorskim, do którego wchodziło się
pomostem z wiaduktu Pancera, czyli tak zwanego Nowego Zjazdu. Po krótkiej rozmowie
postanowiliśmy opracowad ulotkę, która by w jaskrawej formie przedstawiła żołnierzom włoskim ich
sytuację, położenie ich kraju i oszukaocze machlojki Mussoliniego idącego całkowicie na pasku
Hitlera. Czas naglił. Wiadomo było, że przerzuty wojsk obcych przez terytorium Polski nie będą trwały
długo.

Usiedliśmy z Kaziem i „Nowicką” w małym pokoiku i zaczęliśmy gorączkową pracę. Równocześnie


łączniczka zaopatrzona w przepustkę nocną czekała na nasze wypociny. Ulotka jednak była gotowa
dopiero nad ranem. „Baśka” zapakowała rysunki i teksty przetłumaczone na język włoski do woreczka
z podwójnym dnem i udała się na ulicę Dobrą bezpośrednio do drukarni konspiracyjnej nr 2. Przejście
przez opustoszałe ulice Warszawy, wśród patroli niemieckich, nie należało ani do przyjemnych, ani do
bezpiecznych. „Baśka” jednak szczęśliwie dotarła na miejsce. Kilka umówionych uderzeo w drzwi i na
ten sygnał jakaś ręka porusza klamkę. Hasło z jednej strony, hasło z drugiej. Tajemnicza dłoo cofa się i
chowa błyszczący w poświacie nocnej rewolwer. Tu mieści się zakonspirowana drukarnia i zecernia.
Powietrze jest gęste, nie ma żadnej wentylacji, gdyż odgłosy maszyn nie mogą wyjśd na zewnątrz.
Młodzi ludzie stoją przy kasetach z czcionkami, na stoliczku leży broo. Ci, co tu pracują, w razie
wpadki nie mają już wyjścia. Mogą się bronid do ostatka lub popełnid samobójstwo. Rękopis i rysunki
błyskawicznie przechodzą z rąk „Baśki” w ręce konspiratorów fachowców. Rano, tuż po godzinie
policyjnej ulicami Powiśla jedzie ryksza bagażowa. Młody chłopak w roboczym ubraniu wiezie jakiś
towar. Dziwnie ciężkie są te paki. Znajdują się w nich już wydrukowane ulotki w języku włoskim.
Wiezie je do nowego lokalu konspiracyjnego, skąd będą transportowane dalej. Dojeżdża do ulicy
Glogera. Tam mieści się jeden z lokali rozdzielczych. Czekają już w nim łączniczki. Wszystkie są młode
i ładne. Mają walizki i torby ze skrytkami o podwójnych bokach lub podwójnych dnach. Po
otrzymaniu ulotek udają się różnymi ulicami na Dworzec Główny, a stamtąd na trasę kolejową
Kraków-Lwów. Tam już własnym „przemysłem” muszą dostad się do wagonów, w których załadowani
są żołnierze włoscy jadący na wschód.

Na trasie tej szaleje batalion „Nachtigall”. Oberländer ma pomysły. Nie tylko ludnośd trzeba
zastraszyd, lecz i tych wszystkich, którzy jadą na wschód, a mogą byd nieposłuszni. Już w Płaszowie,
pod Krakowem, ustawione są wzdłuż toru szubienice, a na nich powieszeni polscy patrioci, kobiety i
mężczyźni. I tak, co kilkadziesiąt kilometrów, żołnierze włoscy widzą, jak ich sojusznik z osi Berlin-
Rzym rozprawia się z ludnością polską.

Dziewczyny warszawskie zatrzymują się w Krakowie. Tu zostają zorientowane, jaką trasą pojadą i
jakie miejsce postoju mogą mied transporty wojskowe.

Na niektórych stacjach zdziwieni żołnierze włoscy widzą ładne dziewczyny, które wręczają im torebki
z owocami albo cukierkami. Nie wiedzą, że na ich dnie znajdują się ulotki. Żołnierze i kolejarze
niemieccy starają się nie dopuścid łączniczek do wagonów. Lecz Włosi wychylają się i chwytają
podawane paczuszki. Teraz szybko zorientowali się, że będą otrzymywali ulotki, i sami wyczekiwali na
każdej stacji jakiejś młodej dziewczyny. Pociąg biegł na wschód, a między żołnierzami włoskimi i
polskim podziemiem nawiązała się jakaś dziwna nid porozumienia. Nikt z nas nie przypuszczał, że ta
akcja będzie tak skuteczna.

W nocy na którejś stacyjce zaczęły się odrywad od wagonów ciemne postacie. To Włosi dezerterowali
z wojska. Wierzyli, że ukryją się w Polsce. Nie znali jeszcze metod hitlerowskich w tropieniu ludzi.
Początkowo, kiedy ucieczki były jeszcze sporadyczne, żołnierzy włoskich kierowała miejscowa
ludnośd, jej tylko wiadomymi ścieżkami, przez pola i lasy do biwaków partyzanckich. Lecz później
ucieczka Włochów przybrała, jak na nasze warunki, formy zbyt masowe. Niemcy szybko się
zorientowali i rozpoczęli tropienie Włochów. Mundury, charakterystyczny wygląd - różniły ich od
ludności miejscowej. W wielu wypadkach trafiono na ślad ich ucieczki. Los zbiegów był tragiczny -
początkowo rozstrzeliwanie na miejscu. Dopiero w późniejszej fazie dowództwo włoskie wyjednało u
Niemców łagodniejszy wymiar kary dla swych żołnierzy. Wywożono ich na najcięższe roboty do
Niemiec, tam ginęli obok ludzi z literą „P” w podziemnych fabrykach lub w obozach, których nikt
nigdy na mapach nie oznaczał.

Przychodziły do nas na ten temat różne raporty.

Jeden z meldunków mówił, że Włochów złapanych podczas ucieczki transportowano przez Łódź w
głąb Rzeszy. W Łodzi miały miejsce sporadyczne ucieczki żołnierzy włoskich. Jeden z uciekinierów,
jakimś jemu tylko wiadomym sposobem, dostał się do rodziny polskiej i tam ukrywany był do kooca
wojny. Niektórych Włochów, według raportów, umieszczano w obozach dla Żydów pod pretekstem,
że są to Żydzi złapani w lasach. Los ich był najtragiczniejszy, gdyż zostali rozstrzelani w masowych
egzekucjach, przeprowadzanych na terenie obozów. Zaznaczam, iż raporty te nie były sprawdzane i
nawet nie można ich było sprawdzid.
W wolnych od pracy chwilach wieczorami szedłem na ulicę Obserwatorów na Wierzbnie, gdzie w
małym domku, graniczącym z polami służewskimi, mieszkała Irena Krzywicka. Mieszkanko jej było
bardzo przytulne i dawało dużo ciepła, którego tak mało w czasie okupacji człowiek znajdował,
tułając się po różnych lokalach.

Pani Irena ukrywała się tu wraz z matką i dziedmi pod obcym nazwiskiem. Godziny, spędzone z nią na
rozmowie, stanowiły dla mnie duże przeżycie. Wiara pani Ireny w zwycięstwo dobra nad złem była
niezachwiana. Wiary tej dopełniał optymizm jej matki staruszki, której energia zadziwiała nas. Synek
Piotruś, uroczy pięcioletni chłopaczek, wprawiał mnie, jako plastyka, w zdumienie. Pełen powagi, a
jednocześnie dziecięcego uroku, pochłonięty był zawsze nauką, a każdą wolną chwilę poświęcał
malarstwu.

Piotruś malował piękne pejzaże, o niemal zupełnie dojrzałym kolorycie. Tworzył też wiele dziecięcych
kompozycji-fantazji, które w oryginalny sposób rozwiązywał pod względem kolorystycznym. Nieliczni
znajomi, którzy przychodzili do pani Ireny, nie mogli wyjśd z podziwu nad malcem, którego wygląd był
jednak bardzo anemiczny i dlatego, nie mówiąc nic matce, z trwogą śledziliśmy przebieg jego chorób.
Każdą z nich przechodził ciężko i zawsze z komplikacjami. Krzywicka żyła swym dzieckiem i rokowała
mu wielkie nadzieje. Nigdy nie zapomnę jej czarnych, przerażonych oczu, kiedy po godzinie policyjnej
przyszła do nas z alarmującą wiadomością, że mały zachorował. Prosiła o ratunek. Los nie oszczędził
pani Ireny. Piotruś zmarł.

Kiedy nastąpił gorący okres przedpowstaniowych dni, Irena Krzywicka przyszła do mnie z małym
pakiecikiem. Były tam zawinięte rysunki jej syna. Prosiła, abym umieścił to w znanych mi skrytkach
konspiracyjnych. Wyczuwała, że Warszawa może spłonąd, i jedyną rzeczą, jaką chciała ratowad, były
rysunki małego. Wojna nie oszczędziła ich jednak. Dom, w którym znajdowała się skrytka,
ostrzeliwany był przez ciężką artylerię. Skrytka została rozbita.

Jedna z naszych akcji miała posmak nieco humorystyczny. Oto kiedy front na wschodzie pękał, kiedy
na ulicach miast rekwirowano futra damskie, aby ubrad w nie żołnierzy niemieckich, marznących na
„usztywnionych” pozycjach frontu wschodniego, wydaliśmy „zarządzenie-apel”, podpisane przez
samego Franka i w gorących słowach „poparte” przez Fiszera. Tym razem nie fabrykowałem już
podpisów, gdyż ze względu na masowy charakter akcji tekst był sygnowany pieczątką.

Treśd tego „apelu-zarządzenia”, które otrzymali Niemcy w Generalnej Guberni, brzmiał mniej więcej
tak:
Wasi bracia marzną i głodują na froncie wschodnim. Wam tu, w rabowanej dla dobra narodu
niemieckiego Generalnej Guberni, jest dobrze itd., itd., dlatego wzywa się wszystkich, aby w dniu tym
i tym (dla Warszawy) przynieśli do Pałacu Blanka - gdzie będą podpisywad się na liście - żywe kury,
gęsi lub kaczki oraz towary, które kupują tylko w sklepach dla Niemców, tj. w sklepach Meinla.

Przezabawny był widok, kiedy oznaczonego dnia tłum ludzi z pakunkami i koszykami, z których
wystawały głowy drobiu, stał przed bramą pałacu, a wartownicy za nic nie chcieli dopuścid
„ofiarodawców” przed oblicze Fiszera.

Równocześnie z działalnością w „enie” rozpocząłem współpracę z tak zwanym „Rojem”, komórką


stworzoną w lecie 1942 roku w ramach BIP. Do zadao „Roju” należało przygotowanie i zgromadzenie
materiałów propagandowych w szerokim znaczeniu tego słowa oraz przeszkolenie odpowiedniego
personelu. Prace te objęły: prasę, radio, fotoreporterkę, film, muzykę i pieśni, teatr, grafikę i
materiały tak zwanej bezpośredniej pomocy żołnierzowi (nosiła ona skrót PŻ).

W okresie przedpowstaniowym przygotowano i przeszkolono personel do zadao zakreślonych przez


„Rój” w różnych gałęziach pracy informacyjno-propagandowej.

Wielu członków „Roju” docierało do oddziałów partyzanckich i towarzysząc im gromadziło materiał


faktograficzny i fotograficzny, który do dziś służy poznaniu trudów walki leśnych ludzi.

Ze względu na swój staż konspiracyjny współpracowałem w różnych komórkach tej organizacji. „Rój”
składał się bowiem z kilku sekcji. Sekcja literacka kierowana była przez Stanisława Ryszarda
Dobrowolskiego, którego zastępcą był Jerzy Wyszomirski („Taoski”). Współpracowała z nimi Zofia
Zawadzka i Aleksander Maliszewski. Z Dobrowolskim zetknąłem się poza tym w sekcji
kompozytorskiej, którą prowadził profesor Bronisław Rutkowski. Zastępcą jego był Olgierd
Straszyoski. Stanisław Ryszard Dobrowolski napisał teksty wielu pieśni konspiracyjnych, do których
melodie podkładał zespół kompozytorów, prowadzony przez profesora Rutkowskiego. Jak dziś
pamiętam mieszkanie profesora, mieszczące się na rogu ulicy Mokotowskiej i Szopena. W jednym z
pokoi, którego okna wychodziły na ulicę, całą ścianę zajmowały piszczałki małych organów. Tam
odbywały się próby pieśni patriotycznych. Siedzieliśmy nieraz z Ryszardem i bodajże Ochlewskim na
krzesełkach pod oknem, które było szczelnie zamknięte i zasłonięte. Profesor Rutkowski siadał do
instrumentu i cicho śpiewaliśmy lub nuciliśmy pieśni i melodie, które tam powstawały. Były to
wieczory, których się nie zapomina.

Po zaakceptowaniu pieśo trafiała do chóru rewelersów. Chór ten, prowadzony przez Wagnera i
Pawlaka, miał zostad skierowany na polowe występy do oddziałów partyzanckich.

Przygotowany był także konspiracyjny teatr żołnierski, który po okresie prób miał jechad do lasu, a
podczas powstania dawad polowe przedstawienia dla żołnierzy. W zespole tym pracowali między
innymi aktorzy: Tadeusz Cygler, Tadeusz Fijewski, Danuta Szaflarska, Jan Ciecierski. Nadzór nad
całością miał Bohdan Korzeniewski, kierownikiem był Józef Wyszomirski („Albin”). Kiedyś zaproszony
zostałem do komisji, która, miała ocenid wartośd jednego z przygotowanych spektakli
konspiracyjnych. Zebraliśmy się w domu na ulicy Marszałkowskiej róg Ks. Skorupki. Mieszkanie było
duże, okna szczelnie pozamykane. Na zaimprowizowanej scenie odbywało się przedstawienie,
bodajże jakiejś sztuki Moliera. Zobaczyliśmy, jak zespół przygotował się do odegrania spektaklu w
terenie. Przede wszystkim aktorzy pokazali, jak są zakonspirowani w czasie jazdy pociągiem. Ubrania
mieli normalne, a cały bagaż teatralny mieścił się w podręcznych walizkach. W razie rewizji nikt nie
mógł się domyślid, że to jedzie teatr żołnierski. A przecież w ich bagażach musiały się zmieścid
wszystkie rekwizyty potrzebne do odegrania sztuki.

Na „scenie” pokazują nam, jak się błyskawicznie charakteryzują i jak zmieniają kostiumy. Jeden z nich,
bodajże Cygler, zwykłym sznurkiem na krzyż zawiązuje sobie od góry do dołu spodnie i niby za
dotknięciem różdżki robi z nich dekoracyjny kostium. Inny przewraca marynarkę na drugą stronę,
gdzie jest kolorowa podszewka. Zmiany następują błyskawicznie. Brody, wąsy, brwi z kawałka konopi.
Wystarczyło do zwykłego krzesełka poprzywiązywad kilka kokardek, o już powstawał świetny rekwizyt
teatralny.

Inne dekoracje są płaskie i poukrywane w walizkach. Same walizki też okazały się bardzo dowcipnie
pomyślanymi rekwizytami. W sumie było to wzruszające przedstawienie.

Operatorzy filmowi w czasie powstania

Zespołem fotograficznym kierował Wacław Żdżarski. W skład zespołu wchodziła także komórka
filmowa. Musimy pamiętad, że od 1928 roku, kiedy rozpoczął się właściwy rozwój filmu polskiego,
nigdy nie szkolono operatorów. Przed wojną było ich tylko piętnastu. Wobec tego w warunkach
konspiracyjnych należało stworzyd grupę ludzi, którzy mogliby swobodnie obchodzid się z kamerą.
Ludzie ci musieli iśd w teren, aby utrwalid na taśmie filmowej boje polskich partyzantów.

Szkolenie tych operatorów odbywało się w warunkach specjalnych. Każdy z nich musiał podpatrywad
życie ulicy, ale tak, aby nie byd zauważanym przez przechodniów, a tym bardziej przez agentów
Gestapo. Poza tym uczono ich cierpliwości, wyznaczając miejsca, na których - jak kot na myszy -
musieli czekad godzinami, aby móc uchwycid jakiś ciekawy moment z okupacyjnego życia. Między
innymi w domu na rogu Marszałkowskiej i Złotej, na pierwszym piętrze, umieszczony był aparat
filmowy z teleobiektywem. Aparat był zamaskowany specjalnie udrapowanymi firankami. Tam
reporterzy mieli wyznaczone dyżury i czekali na różnego typu operacje specjalne, jakie okupant
urządzał na ulicach Warszawy. W czołówce filmowej pracowali m. in. Antoni Bohdziewicz, Eugeniusz
Cękalski, Jerzy Zarzycki. Z nimi pracowała grupa techniczna elektryków i radiowców, do której zadao
bojowych należało między innymi podłączanie się do hitlerowskich szczekaczek (jedna z takich akcji
miała miejsce w lipcu 1943 roku). W ramach „Roju” działała jeszcze komórka przygotowująca
materiały graficzne i dekoracyjne dla potrzeb powstania. Projektowano tu i gromadzono wszelkiego
rodzaju afisze i plakaty, opracowywano insygnia dla sanitariuszy, lekarzy, służby łączności. Wszystkie
te sekcje „Roju” zostały wykorzystane w czasie powstania) warszawskiego. Na intensywnej dla nich
pracy minęła mi jesieo i zima 1942 roku.

Zima 1942 ---wiosna 1943 roku. Był to okres klęski niemieckiej pod Stalingradem. Pewnego dnia
spotkaliśmy się z Józefem Zarębą i Marią Kann. Doszliśmy do wniosku, że w całej akcji wydawniczej
podziemia odczuwa się brak komórki, która zajęłaby się wydawaniem książek o wartościach
patriotycznych i aktualno-politycznych. Postanowiliśmy na tej małej naradzie za wszelką cenę
zorganizowad sekcję wydawnictw książkowych. Jednak od decyzji do wykonania minął pewien okres
czasu. Dopiero wczesną wiosną 1943 roku, kiedy znów spotkaliśmy się na którymś tam kolejnym
zebraniu, zapadła ostateczna decyzja. Od tej pory zajęliśmy się już na serio pracą wydawniczą.
Komórkę tę nazwaliśmy „Wydawnictwo Załoga”. Na mnie ciążył obowiązek redakcji technicznej -, jak
to dziś się fachowo nazywa. „Załoga” do wybuchu powstania zdążyła wydad szereg broszur i książek, z
których jedna była dużą pracą zatytułowaną „Skąd i dokąd idziemy” (autorem jej, występującym pod
pseudonimem „Jadźwing”, był prof. Suchodolski). Wydaliśmy też fragmenty pamiętników Churchilla
pt. „Krok za krokiem”. Bardzo popularna była książka o naszym lotnictwie na obczyźnie pod tytułem
„Eskadra 303”, pióra Janusza Meissnera. Książki te rozchodziły się błyskawicznie, a co najciekawsze,
znajdowały się nieraz na półkach antykwariatów. Dla zakonspirowania wszystkie publikacje były
odpowiednio antydatowane.

Poza wyżej wymienionymi książkami ukazał się też zbiór traktatów i umów międzynarodowych,
zawartych między paostwami sojuszniczymi. Tytuł tego wydawnictwa brzmiał „Zarysy pokoju”.
Bardzo starannie wydana była antologia pt. „Polska w poezji angielskiej”. Książki drukowano w
drukarniach prywatnych na Chmielnej, na Żoliborzu oraz na Jasnej. Poza tym w przygotowaniu była
książka „Żądło Genowefy” Meissnera oraz opis przygód naszego okrętu podwodnego „Orzeł” pod
tytułem „Orzeł patroluje”.

Poza „Załogą”, na zlecenie innej grupy konspiracyjnej rozpocząłem druk wierszy Władysława
Broniewskiego „Bagnet na broo”. Dziwny los spotkał tę książkę. Była ona drukowana w prywatnej
drukarni, której okna wychodziły na tory kolei średnicowej w Alejach Jerozolimskich. Nakład, jak na
warunki konspiracyjne, był olbrzymi. Książka, już zbroszurowana, miała byd za tydzieo kolportowana
w podziemnej Warszawie. Jednak nadszedł dzieo wybuchu powstania. Powstaocy zajęli pozycje w
oknach drukarni, z których trzymali w szachu tory kolejowe. Wszystko, co było w drukarni, poszło na
umocnienie szaoca. „Bagnet na broo” Broniewskiego w wielkich workach znalazł się w oknach tej
powstaoczej fortecy. Książka Broniewskiego, drukowana w Warunkach konspiracyjnych, osłaniała
powstaoców warszawskich. Zza niej - jak zza barykady - strzelano do wroga.

Nadeszła Wielkanoc 1943 roku.

Znów postanowiłem zaprojektowad grób w kościele Św. Anny, tak aby Warszawa mogła tradycyjnie
zamanifestowad swój patriotyzm na oczach wroga. Lata 1942-1943 to okres największego nasilenia
konspiracji w całej Polsce. Starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni, chłopi, robotnicy, inteligenci - wszyscy
objęci zostali walką konspiracyjną bądź w podziemiu, bądź też w oddziałach partyzanckich. Wszyscy
wierzyliśmy w bliski dzieo oswobodzenia. Grób w kościele Św. Anny wyobrażał wielką drogę, ujętą z
obu stron perspektywicznymi kulisami. W kulisach tych majaczą tajemnicze sylwetki. Wszyscy się
domyślali, że to armie polskiego podziemia. U stóp grobu stała zielona wierzba - symbol nadziei.
Mottem dla tego grobu był wiersz Laskowskiego, który podawano sobie z ust do ust:

...Wierzby i wierzby, powiadasz, i cóż ja w nich widzę?


Chodbyś je wyciął, złamał do korzeni, zawsze się odrodzi
- i będzie symbolem nadziei.

Wysoko nad grobem zawisła czerwona tarcza wschodzącego słooca.


Jednego z pierwszych dni kwietnia, wieczorem, do mojego mieszkania przyszedł jakiś młody człowiek.
Rozmowa odbyła się w ogródku na ulicy Obserwatorów. Właściwie padło jedno zdanie. Jest
członkiem organizacji „Miecz i Pług”. Doskonale wie o mojej działalności i dlatego ostrzega mnie, że
nie będzie przebierał w środkach, o ile nie usuniemy z domu Żydówki, która ukrywa się u nas. Był to
dla mnie bardzo przykry zgrzyt w pracy konspiracyjnej. Nie przypuszczałem, iż niegodziwośd ludzka
sięga tak daleko.

Dziecko w getcie

Historia tej dziewczyny jest bardzo krótka. Mieszkałem wtedy w domu doktor Czarnockiej-
Karpioskiej. Pewnego dnia pani Jadwiga Iwaszkiewicz, siostra Jarosława, przyprowadziła młodą,
bardzo ładną dziewczynę. Dla nas nazywała się ona Marysia Poznaoska. Takie podała nazwisko. Była
sierotą. Rodzice jej zostali zgładzeni w getcie warszawskim. Jakimś im tylko wiadomym sposobem
jedyną swoją córkę przerzucili na stronę „aryjską”. Przyjęliśmy ją do swego domu. Zasadniczo
mieszkała w tym samym pokoju, w którym opracowywałem graficznie „Klabautermanna”. Była to
cicha, przerażona życiem dziewczyna. Miała z szesnaście lat, a może była młodsza. Dostarczyliśmy jej
książki, aby uczyła się i przygotowywała do matury. W wolnych chwilach pomagała prowadzid nasze
skromne gospodarstwo. Przywiązaliśmy się do niej bardzo. Dlatego poprosiłem człowieka z
organizacji „Miecz i Pług” chod o dwa dni zwłoki. Wiedziałem, że w razie sprzeciwu zostanę
zadenuncjowany. W ciągu tego czasu znaleźliśmy dla niej pomieszczenie. Jakie były jej dalsze losy, nie
wiem. Doszły mnie słuchy, że przetrwała wojnę i skooczyła Uniwersytet Jagiellooski, a potem
wyjechała do Francji. Pewnego dnia, kiedy wojska radzieckie oswobodziły Kraków i okręg
Zakopanego, szedłem ulicą Krakowa. Nagle zaczepiła mnie jakaś młoda dziewczyna. Chwyciła za rękę i
zaczęła dziękowad. Początkowo nie mogłem jej poznad, lecz potem przypomniałem sobie - była to
nasza Marysia.
19 kwietnia 1943 roku. Ranek tego dnia postawił całą Warszawę na nogi. Powstanie w getcie!!!

Te dwa słowa, wydawało się zupełnie nieprawdopodobne, zelektryzowały wszystkich. Olbrzymie


tłumy ruszyły w kierunku getta. Dokoła murów krążyły gęsto patrole niemieckie. Nad niektórymi
dzielnicami snuły się czarne dymy. Getto było podpalone. Dla nas, ludzi konspiracji, było to tak silne
przeżycie, że nawet zaniedbywaliśmy naszą pracę, którą można by już nazwad zawodową, aby tylko
móc śledzid przebieg tej gigantycznej walki społeczeostwa żydowskiego. Nie będę tu omawiał samego
powstania, którego przebieg świetnie opisał w swojej źródłowej pracy pod tytułem „Walka i zagłada
warszawskiego getta” Bernard Mark. Postaram się odtworzyd tylko te momenty, które były widoczne
z naszej „aryjskiej” strony.

Otwór w murze getta, przez który przemycano ludzi i żywnośd

W miejscu, gdzie dziś znajduje się ambasada chioska, wzdłuż trasy na Żoliborz, wznosiły się wielkie
kamienice. Niektóre z nich zwrócone były do ulicy swoimi szczytami. W jednej z nich, na czwartym
piętrze na wpół wypalonego domu, znajdował się balkon. Leżał na nim powstaniec żydowski z
karabinem w ręku. Strzelał bardzo rzadko. Mimo to trzymał w szachu ten kawałek ulicy. Żaden
Niemiec nie mógł tamtędy przejśd, gdyż celna kula członka Żydowskiej Organizacji Bojowej kładła go
trupem. Drugiego dnia powstania na przeciwległej stronie ulicy w jednym z domów umieszczono
karabin maszynowy. Niemcy zaczęli siec po oknach domu, z którego walczył powstaniec. Z chwilą gdy
tylko karabin maszynowy milkł - żobowiec natychmiast wychylał się i rozpoczynał ogieo. W koocu
jednak uległ przemocy. Następnego dnia zobaczyłem, jak martwy leżał na balkonie - w ręku ściskał
karabin. Leżał tam i później, lecz w zaciśniętej pięści nie było już broni. Karabinu nie wolno było
marnowad - przejął go inny obrooca getta. Zwłoki poległego przetrwały do ostatnich dni powstania, a
jego zaciśnięta pięśd do kooca pozostała wyciągnięta w kierunku Niemców.

Powstanie w getcie rozwijało się. Nad Warszawą unosił się czarny dym z płonących domów.
Dziwiliśmy się, że świat, mianujący się światem wolnych, sprawiedliwych ludzi, milczał. Tajne
radiostacje podawały, że w sercu Europy człowiek popełnia zbrodnię przeciwko człowiekowi. Świat
wiedział, że na jego oczach mordowano bezkarnie tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci. Świat nieraz nie
reagował, gdy w czasie okupacji na terenie Polski rozgrywały się dramaty, jakich nie znała historia.
Milczał Rzym, gdy mordowano księży tylko za to, że byli Polakami, plugawiono szaty kapłaoskie,
palono kościoły. Getto broniło się dalej i płonęło. Po ulicach Warszawy przejeżdżały czołgi i ciężkie
działa, kierując się przez wyrwy w murach getta i przez bramy w głąb miasta, które pierwsze stawiło
czoło uciskowi faszystowskiemu. Nam ta walka zapierała dech w piersi. Staliśmy w jej obliczu
bezbronni. Nie od nas zależały decyzje. A co działo się w tym czasie w dowództwach - trudno mi
powiedzied, gdyż sprawy te były osłonięte tajemnicą konspiracyjną.

Około piętnastego maja walki w getcie nieco ucichły. Powodem tego były ataki lotnictwa radzieckiego
na obiekty hitlerowskie w Warszawie. Wśród Niemców nastąpiła konsternacja. Bombardowano
celnie obiekty w mieście i niektóre domy w niemieckiej dzielnicy Warszawy. Jednak nic już nie
pomogło obroocom getta. Otoczeni ze wszystkich stron przez przeważające siły oddziałów Stroopa,
musieli paśd ofiarą przemocy.

22 maja do warszawskiego podziemia dotarła wiadomośd z Londynu, że członek Rady Narodowej w


Londynie Zygelbojm popełnił samobójstwo. Odebrał sobie życie na znak protestu przeciwko zbrodni
niemieckiej, jaka rozgrywała się na ziemi polskiej.

Ostatni dzieo kwietnia 1943 roku. Zdziwieni warszawiacy usłyszeli ze szczekaczek w godzinach
popołudniowych komunikat nadawany w pewnych odstępach czasu. Komunikat odczytywano w
języku polskim i niemieckim. Treśd jego odtwarzam dosyd wiernie: „Ze złośliwych i bandyckich źródeł
nadano fałszywy komunikat, że dzieo 1 maja jest wolny od zajęd. Wzywa się wszystkich robotników i
pracowników do przyjścia do fabryk i zakładów pracy pod rygorem odpowiedzialności osobistej”.

Historia tego komunikatu wiąże się ściśle ze specjalną akcją dywersyjną. Pomysł unieruchomienia
fabryk, który opracowałem w lokalu przy ulicy Grottgera, w ogólnym zarysie wyglądał następująco:

Jak zwykle Niemcy obawiali się wystąpieo w dniu 1 maja, dniu święta robotniczego. W roku 1943
hitlerowska machina wojenna wyraźnie trzeszczała w posadach. Ruch oporu dezorganizował tyły
frontu nieprzyjacielskiego. Partyzanci wysadzali pociągi niemieckie. Była to tak zwana „bitwa o
szyny”. W miastach polskich okupanci nie czuli się bezpiecznie, szarpani przez podziemie. Ten
moment postanowiliśmy wygrad, wysyłając odpowiednie zarządzenia do różnych zakładów pracy.

Technika wykonania akcji wymagała przede wszystkim ustalenia, jak jest doręczana korespondencja
do wytypowanych przez nas fabryk. Po ustaleniu tych danych przystąpiliśmy do zredagowania
„zarządzenia”.

Każde zawiadomienie składało się z dwóch pism do kierownictwa zakładów. Jedno pismo było
adresowane bezpośrednio do dyrekcji i nosiło pieczątkę „ściśle poufne - pilne”. Treśd tego listu była
mniej więcej następująca:

Urząd Generalnego Gubernatora ma informacje, że elementy wrogie przygotowują


wystąpienia w związku z komunistycznym świętem 1 maja. Wobec ciężkiej sytuacji w
Generalnej Guberni uważam, że w celu uniknięcia zamętu i ekscesów, podważających prestiż
władz niemieckich, należy zamknąd zakłady pracy w dniu 1 maja. W celu zamaskowania
właściwych naszych intencji, zawartych w tym zarządzeniu, nakazuję odczytanie lub
wywieszenie załączonego obwieszczenia.
Heil Hitler
Generalny Gubernator
H. Frank.

Treśd obwieszczenia, które mieli odczytad dyrektorzy zakładów, brzmiała mniej więcej tak:

Robotnicy polscy! W dowód waszej wiernej i wydajnej pracy dla potęgi Wielkiej Rzeszy
Führer zarządził, aby dzieo 1 maja był dniem odpoczynku. W ten sposób okazuje wam swoją
wielkodusznośd. Równocześnie wydał zalecenie, aby za ten dzieo odpoczynku było
wypłacone pełne wynagrodzenie. Odpoczywajcie i wracajcie do pracy dla Wielkiej Rzeszy.
Heil Hitler
Generalny Gubernator
H. Frank.

Przed wysłaniem tego „okólnika” uzgodniłem jeszcze przebieg akcji w Warszawie z niektórymi ludźmi
z organizacji w poszczególnych zakładach pracy. Ułatwiło to prawidłowe przeprowadzenie zadania.
Duży nacisk kładłem na precyzyjny przebieg akcji w warsztatach kolejowych w Pruszkowie. Od Zrałka
dowiedziałem się, że warsztaty pracują obecnie w ramach tak zwanego „planu Otto” (zdaje mi się, że
nie pomyliłem tego niemieckiego kryptonimu). Polegał on na rytmicznym dostarczaniu wagonów
przez zakłady do transportów na wschód. Nie zaplanowana przerwa w pracy wprowadzała
niesłychany zamęt w dostawie wagonów i ich załadunku.

„Szczekaczka” na Krakowskim Przedmieściu

Na ulicy Grottgera miałem moją „pracownię”, gdzie fabrykowałem „zarządzenia” wydawane przez
Generalnego Gubernatora. Do poszczególnych dystryktów wysyłane były przez specjalnych łączników
kompletnie spreparowane zarządzenia wraz z kopertami. W Warszawie kolportaż współpracował
harmonijnie z komórką konspiracyjną na poczcie. Należało doręczyd zawiadomienia do sekretariatów
wytypowanych zakładów o ściśle oznaczonej godzinie - na parę minut przed koocem pracy, aby
dyrekcje nie miały czasu sprawdzid autentyczności „zarządzeo”. Do kilku zakładów (m.in. „Schicht”,
zakłady pruszkowskie) zawiadomienia dostawały się do rąk dyrektorów za pośrednictwem ludzi z
lokalnych komórek konspiracyjnych, ale z zachowaniem pozorów, że przyszły pocztą.

Już w godzinę po wysłaniu listów zaczęliśmy otrzymywad dane o przebiegu akcji. Nie wzbudziła ona
podejrzeo prawie nigdzie. Oto przebieg wydarzeo w Pruszkowie i u Schichta.

Na parę minut przed fajrantem przez głośniki odczytano „orędzie” Franka. Robotnicy przyjęli je z
niedowierzaniem. Zaczęto snud różne domysły na temat, jakimi względami mógł się kierowad
okupant wydając takie zarządzenie. Dopiero w późniejszych godzinach Gestapo dowiedziało się o
całej mistyfikacji.

Szczekaczki na ulicach zaprzeczały naszemu „zarządzeniu”, ale żaden robotnik w fabrykach objętych
akcją nie stawił się w dniu 1 maja 1943 roku do pracy.

Był to jeszcze jeden cios podziemia w machinę wojenną okupanta.

W lecie 1943 roku nawiązałem bardzo interesujący kontakt. W kasynie gry w alei Szucha zbierali się
Niemcy, folksdojcze i nieliczni Polacy, nie liczący się z opinią społeczeostwa. Przybytek ten był nie
tylko jaskinią gry, ale także lokalem rozrywkowym. Podziemie orientowało się, że w murach kasyna,
pod wpływem gier hazardowych i alkoholu, niejeden wyrzutek społeczeostwa polskiego zdradzał
swój naród. Należało za wszelką cenę dotrzed tam z propagandą w języku niemieckim, tym bardziej
że w kasynie zbierała się elita partyjno-gestapowska Warszawy.

Na terenie ogrodów kasyna, od strony obecnej alei 1 Armii Wojska Polskiego, mieścił się budynek, w
którym Niemcy ulokowali biura przedsiębiorstwa budowy kasyn i stołówek niemieckich. Zatrudniony
był tam również personel polski - przeważnie ludzie szukający zaświadczeo pracy. W tym to
przedsiębiorstwie nawiązałem kontakt z inżynierem Millicerem. Ten dzielny człowiek nie tylko podjął
się kolportowania niektórych pism dywersyjnych na terenie kasyna, ale udzielał cennych informacji o
nocnym życiu tego lokalu oraz innych „Heimów” na terenie Generalnej Guberni. Obiekt ten był
niezwykle przydatny w mojej pracy, gdyż nasza „bibuła” trafiała prosto do rąk ludzi, którzy
przychodzili do lokalu stworzonego przez okupanta w ramach planu demoralizowania polskiego
społeczeostwa.

W planie tym mieściło się między innymi rozpijanie robotników i chłopów przydziałami wódki za
pracę. Poza tym wydawano pisma pornograficzne w języku polskim, w tym miesięcznik „Fala”.

Skoro już wspomniałem o tym miesięczniku, wydawanym przez Propaganda-Abteilung, warto może
przypomnied historię zaprojektowanej przeze mnie pornograficznej ulotki propagandowej, która była
jakby odpowiedzią na hitlerowskie wydawnictwo. Powstała ona w dośd oryginalnych okolicznościach.

Było to w trzypokojowym mieszkaniu paostwa Strassburgerów na Tamce. W jednym pokoju babcia


karmiła właśnie rozkrzyczane dziecko, w sąsiednim - grupa konspiracyjna dyskutowała jakieś plany. Ja
natomiast w pokoju, do którego wchodziło się z korytarza, obmyślałem nowe tematy dla „enu”.
Wpadł mi do głowy pomysł ulotki pornograficznej. Mottem jej było: „Gdy tobie śmierd w oczy
zagląda...”, a wewnątrz! rozkładówki miały byd umieszczone dwa pornograficzne rysunki. Jeden miał
przedstawiad dziewczynę z gestapowcem w zupełnie niedwuznacznej pozie, drugi - podobiznę
Włocha w mundurze w podobnej sytuacji.

Podpis pod rysunkami brzmiał: „Twoja żona i twoja córka łajdaczy się
z gestapowską świnią albo z faszystą włoskim”. Na ostatniej stronie
podane były w przybliżeniu liczby zabitych żołnierzy na frontach oraz
liczba zabitych cywilów w Rzeszy na skutek bombardowao aliantów.

W trakcie pracy w „enie” i na innych odcinkach działalności


konspiracyjnej starałem się nie zapominad o moim powołaniu. Na
„czystą sztukę” nie miałem jednak zupełnie czasu. Wobec tego
współpracowałem z artystą malarzem prof. Kotarbioskim w akcji
pomocy dla plastyków, zwłaszcza tych, którzy tematy do swoich prac
czerpali z wydarzeo życia okupacyjnego. Moje spotkania z
profesorem Kotarbioskim odbywały się w jego pracowni na ulicy
Filtrowej. Tam też przedstawiłem swój projekt zinwentaryzowania i
sfotografowania prac artystów plastyków, którzy zmarli lub zginęli w
więzieniach czy obozach zagłady. Pracę swoją rozpocząłem od
odszukania dzieł mojego ukochanego mistrza, prof. Karola Tichy'ego.
Twórczośd jego, mało znaną szerszemu ogółowi, powinna pokazad
wystawa pośmiertna, o ile jakieś prace mistrza ocalały z pożogi
wojennej. Jeśli nie ocalały, to należałoby przynajmniej udostępnid
uratowany zbiór reprodukcji fotograficznych, które zostały wykonane
w warunkach konspiracji.

Prace Tichy'ego znalazłem częściowo w mieszkaniu, które zajmował


na ulicy Lwowskiej, częściowo zaś w jednym z domów na ulicy
Madalioskiego. Niektóre z tych prac były ukryte w skrzyniach w
piwnicy. Brat mój Jerzy sfotografował wszystkie dzieła malarskie, tak
Prof. Mieczysław Kotarbioski
olejne, jak akwarele i rysunki. Każdą pracę opisałem i wymierzyłem.
Pomoc materialną na zakup klisz i papieru otrzymałem z oficjalnych
funduszów konspiracyjnych. Całośd została ujęta w formie dwóch odbitek, powiększeo dużego
formatu. Fotografie te zostały ukryte w schowku w podłodze, na parterze domu przy ulicy
Obserwatorów. Niestety, na skutek uszkodzeo w czasie powstania skrytka samoczynnie się otworzyła,
a schowane w niej materiały zostały częściowo zniszczone, a częściowo rozszabrowane. Jedyny pełny
wykaz prac Tichy'ego, który miał byd przekazany po wojnie władzom paostwowym - zginął. Wiele lat
nic o nim nie słyszałem. Dopiero niedawno jakimś dziwnym zrządzeniem losu znalazł się on w
zbiorach Paostwowego Instytutu Sztuki.
Chciałbym wspomnied jeszcze o Edmundzie Burke. Ten uzdolniony artysta malarz poświęca w czasie
wojny cały swój talent pracy nad cyklem obrazów olejnych, których tematem były okrucieostwa
okupanta na ziemiach polskich. Niestety, te cenne prace zostały zniszczone w czasie powstania.

Z innych artystów, wytrwale pracujących nad tematyką okupacyjną,


należy wymienid Marię Hiszpaoską, Ewę Śliwioską, Henryka
Musiałowicza i Zulę Wiśniewską. Ci ostatni mieszkali i tworzyli w
starym romantycznym dworku na Mostowej. Dworek znajdował się
u stóp kościoła Najświętszej Marii Panny na Nowym Mieście. Tam
zbieraliśmy się nieraz i przy cudem zdobytej czarnej kawie czytaliśmy
poezję patriotyczną, która tak bujnie rozwijała się w podziemiu i na
emigracji. Były to wspaniałe chwile otoczone tak uroczą, a dziś już
nie istniejącą scenerią. Nad nami wznosił się masyw gotyckiego
kościoła, a w dole toczyła się Wisła. Innego rodzaju uroczyskiem był
ogródek artysty malarza Witolda Ulanowskiego. Ogródek przysiadł
wzdłuż muru okalającego ogrody Św. Kazimierza od strony ulicy
Solec. W jego gęstwinie umieściłem dwie czy trzy skrytki z różnymi
materiałami, potrzebnymi mi w pracy konspiracyjnej, oraz podręczną
broo. W ogródku Ulanowskiego spotykałem świetnego grafika
Szancera, który musiał ukrywad się w czasie okupacji.

Niestety akcji inwentaryzacji prac artystów plastyków, ze względów


konspiracyjnych, nie doprowadziliśmy do kooca. Profesor
Kotarbioski został aresztowany. Co przeżył w Gestapo i na Pawiaku,
nikt się tego nie dowie.

W lecie 1943 roku - z cel Pawiaka wyciągano więźniów, których


natychmiast przeprowadzano na dziedziniec. Warkot samochodu
wskazywał, że wszystkich wywożono poza obręb więzienia.
Prof. Karol Tichy
Doświadczeni, długoletni więźniowie obliczali czas między odjazdem
i przyjazdem samochodów. Nie był on zbyt długi. Domyślali się, co to oznacza. Wszystkich
wywiezionych rozstrzeliwano w ruinach getta. Wśród zamordowanych znalazł się profesor
Mieczysław Kotarbioski - ceniony artysta malarz i pedagog.

Nie zdążyłem też sporządzid dokumentacji prac profesora Tadeusza Pruszkowskiego. Zacytuję tu
fragment pamiętnika profesora Wojciecha Jastrzębowskiego, który tak charakteryzował tę postad:

„...zbudował wielką pracownię (w Kazimierzu nad Wisłą), zwierzył mi się kiedyś, że jego ambicją jest
malowad obrazy wielkich rozmiarów... W pierwszych dniach września 1939 roku dom swój w
Kazimierzu opuścił. Chciał jako lotnik przydad się Polsce - było już za późno. Zagarnięty okupacją
przedostał się do Warszawy... Wiem, że został przez Niemców rozstrzelany...”

Śmierd Tadeusza Pruszkowskiego była tragiczna.

Gwałtowny dzwonek do drzwi mieszkania nie wróżył nic dobrego. Na progu stali gestapowcy. Po
sprawdzeniu personaliów zabrali profesora do samochodu, w którym siedziały już dwie osoby -
mężczyzna i kobieta. Dlaczego był aresztowany, jak był przesłuchiwany - nie wiemy. Pewnego
pochmurnego wieczoru przez ponure ulice getta pędzi samochód do przewożenia więźniów. Jest ich
troje w asyście gestapowców. Jadą w kierunku Pawiaka.

Z wnętrza samochodu dochodzi głuchy strzał - jeden, potem drugi.


Samochód nie zatrzymuje się, tylko z otwartych drzwi ktoś wyrzuca na
jezdnię dwa ciała. Po paru minutach znów suchy odgłos strzału, a po
nim ciężko pada na bruk trup zastrzelonego człowieka. Jest to
profesor Tadeusz Pruszkowski. Samochód ani na chwilę się nie
zatrzymał. Nieliczni przechodnie kryją się w bramach. Rano, tuż po
godzinie policyjnej, ludzie z gwiazdą Syjonu na rękawie pchają czarny
wózek. Zbierają ludzi, zmarłych na ulicy, wśród nich znajduje się troje
zastrzelonych. Grabarze z kolumny sanitarnej spełniają swoją ostatnią
powinnośd - grzebią zabitych i zmarłych we wspólnym grobie.

Wiadomośd ta przedostała się okrężną drogą konspiracyjną z getta do


ludzi, którzy zbierali i notowali zbrodnie niemieckie popełnione na
ziemiach polskich.

W roku 1943 nawiązałem współpracę z bardzo ciekawie


redagowanym dziennikiem „Demokrata”. Tam poznałem najbardziej
uroczego człowieka pod słoocem, redaktora „Demokraty” - Grzesia
Załęskiego, popularnie zwanego w czasie okupacji „Grzegorzem”. W
komitecie redakcyjnym pisma znajdowali się ludzie tej miary co Rafał
Praga, który nosił wtedy pseudonim „Mały”, Leszek -Raabe, który był
komendantem Socjalistycznej Organizacji Bojowej; redaktorem pisma
był również Stanisław Ryszard Dobrowolski, z którym

Prof. Tadeusz Pruszkowski współpracowałem w „Roju”. Wszystkich nas łączyła wspólna


ideologia demokratyczna i walka z okupantem, chociaż każdego los
rzucił do innej organizacji Polski podziemnej. Współpracowałem z działem satyry „Demokraty”,
zamieszczanym codziennie na ostatniej, szóstej stronie. Z „Grzegorzem” kontaktowałem się w lokalu
redakcyjnym przy ulicy Dobrej 2 - w mieszkaniu „Barbary” (Zofia Kilioska). Nieraz spotykałem „Baśkę”,
jak prawie wojskowym krokiem pchała przed sobą wózek dziecięcy. Jej paromiesięczna córeczka
siedziała w nim dziwnie wysoko. Gdyby ktoś ciekawy zajrzał pod piernacik, zobaczyłby sterty jeszcze
pachnących farbą świeżych numerów „Demokraty”.

Sam redaktor „Grzegorz” - człowiek dotknięty wówczas chorobą nóg i zdający sobie sprawę, że w
razie wpadki nie będzie mógł ratowad się ucieczką - miał zawsze dla każdego jakąś optymistyczną
wiadomośd, jakiś dobry kawał. Grzegorz Załęski nieodmiennie pełen był wiary i optymizmu, chod
dookoła szalał terror.

Warszawa pod koniec 1943 roku przedstawiała szczególny widok. Nie było to już miasto, w którym
okupant czuł się pewnie i butnie. Z ulic znikli roześmiani i upojeni zwycięstwami przedstawiciele
Herrenvolku. Warszawa przestała byd miastem na bezpiecznym zapleczu frontu. Machina wojenna
Führera trzeszczała w zmaganiach z armią radziecką. Okupant po spaleniu getta popełniał publicznie
nowe mordy. Na murach miasta zaczęły ukazywad się obwieszczenia, na których widniały długie
kolumny nazwisk ludzi straconych w publicznych egzekucjach. Egzekucje odbywały się niemal w
każdej dzielnicy. Scenariusz ich, z małymi odchyleniami, był prawie identyczny.

Na miejsce egzekucji wybierano przeważnie wysokie mury. W Śródmieściu odbywały się one nawet
pod zamieszkanymi domami, w których okna parterowe umieszczone były dośd wysoko.

Efekt akcji dywersyjnej na wiadukcie nad ul. Solec w Warszawie

Na miejsce rozstrzeliwao, w asyście motocykli, przyjeżdżał pluton egzekucyjny i pluton porządkowy.


Następowało oczyszczenie terenu z ludzi i zamknięcie kordonami wojska przyległych ulic. Po tych
wstępnych przygotowaniach nadjeżdżała buda lub, w wypadku większej liczby skazanych, dwie czy
trzy. Budy jechały w asyście żandarmerii. Przy pierwszych egzekucjach skazani mieli tylko skrępowane
ręce, oczy zasłaniano im przepaskami w ostatnim momencie. Później, aż do 1944 roku, ofiary miały
ręce związane postronkami do tyłu, a usta zakneblowane tamponami z gipsu.
Na głowę zarzucano im worek. Skazaoców ustawiano partiami pod murem, przeważnie w pozycji
klęczącej. Po rozstrzelaniu pierwszej partii przyprowadzano następną, ustawiając ją przed ludźmi
leżącymi w kałuży krwi. Niektórzy dawali jeszcze słabe znaki życia, toteż po egzekucji oficer, tak
zwany „kontrolny”, podchodził do rozstrzelanych i „badał” nogą każdego leżącego, czy na pewno nie
żyje. W wątpliwych wypadkach strzelał z rewolweru w głowę leżącego. Na Pelcowiźnie żołnierze
pilnujący „porządku” strzelali po egzekucji do zamordowanych przez powieszenie.

Zakładnicy powieszeni na balkonie przy ul. Leszno

Po dokonaniu mordu trupy ładowano do budy, a chodniki oczyszczano z krwi. Używano do tej
czynności przeważnie więźniów. Publiczne egzekucje nie załamały jednak Warszawy. Na miejsca
straceo nieznane ręce rzucały wiązanki kwiatów. Kwiaty te doprowadzały okupanta do białej
gorączki. Ustawiano specjalne posterunki mundurowych i tajnych agentów, chcąc w ten sposób
zastraszyd lub wyłapad manifestantów. I to jednak nic nie pomogło. Gdy jedne kwiaty uprzątnięto,
natychmiast w tajemniczy sposób składano nowe wiązanki.

Z tygodnia na tydzieo rosła liczba publicznych egzekucji. Mordowano pod murami kobiety, mężczyzn,
młodych chłopców.

Nadszedł rok 1944. Ciężar pracy konspiracyjnej przeniósł się teraz na przygotowania do mobilizacji
całego podziemia. Wiele działao trzeba było przygotowad w najdrobniejszych szczegółach.

Terror okupanta nie ustawał. Pomimo klęsk na frontach aparat ucisku w krajach okupowanych działał
bez zahamowao. Nadchodziły informacje o masowych deportacjach ludności. Słabych mordowano,
silniejszych wywożono do Rzeszy, majątek rabowano. Równocześnie likwidowano w bestialski sposób
obozy i więzienia na terenach wschodnich. Na ulicach miast w dalszym ciągu trwały egzekucje.
W zimie 1943 roku zaprojektowałem i
opracowałem dywersyjną
pięcioostmarkówkę (tzw. Ostmarki
wydawane były przez Niemców dla
terenów wschodnich). Mistyfikacja
polegała na tym, że wszystkie napisy, jaki
na przykład „Bank III Rzeszy” itp., W
fałszywej Ostmarce zostały zmienione na
napisy o treści dywersyjnej. Wizualnie
fałszywa marka niczym nie różniła się od
prawdziwej. Teksty zostały na niej tak
dobrane, aby nie zajmowały więcej
miejsca niż na autentycznym banknocie.
Nasze teksty brzmiały następująco: „Pięd
Ostmarek otrzyma odszkodowania twoja
rodzina, jak ty zginiesz na froncie.
Hitlerowska rzeźnia”.

Następnie widniała pieczątka z gapą,


dookoła której był napis: „Szanuj swoje
życie i wolnośd”, a z boku „Szanuj życie -
myśl o swoich dzieciach” itd.

Klisze do tej wielobarwnej marki


wykonane zostały w szkole poligraficznej
na Konwiktorskiej. Ostmarki podrzucano
do wagonów jadących na wschód i
kolportowano w inny sposób. Cel był
prosty. Nie szło o przemycenie fałszywych
pieniędzy, ale o dostarczenie ulotki
dywersyjnej żołnierzom niemieckim,
którzy, sądząc z zarządzeo i komunikatów
hitlerowskiego dowództwa, nie tylko
przekazywali sobie z rąk do rąk polską
„bibułę”, ale przechowywali ją jako
pamiątkę wojenną.

Wiosna 1944 roku. Warszawa


przypominała już teraz zupełnie miasto
przyfrontowe. Kolumny transportowe
ciągnęły na zachód. Mieszkający w stolicy
Rysunek 4Wyciągi poszczególnych kolorów do fałszywego Niemcy i folksdojcze pakowali się i
banknotu Ostmarki
wyjeżdżali do Rzeszy. Wiosna i związane z
nią święta Wielkanocne nastroiły warszawiaków optymistycznie. Ludzie czuli się pewniej na ulicach.
Okupowali chodniki wzdłuż jezdni i beztrosko przyglądali się niedawnym zwycięzcom, jak niesławnie
rejterują do Vaterlandu.

Grób wielkanocny w kościele Św. Anny w Warszawie - rok 1944

W 1944 roku zaprojektowałem ostatni grób wielkanocny w kościele Św. Anny. Przedstawiał on dwie
ściany w skrócie perspektywicznym. Pod lewą ścianą, wetknięte w czarną ziemię, stały trzy małe,
drewniane krzyżówki. Pod nimi - wiązanka biało-czerwonych kwiatów. Na szczycie drogi usypanej z
ziemi leżała symboliczna postad. Na horyzoncie - słooce, które wyglądało jak meteor spadający na
ziemię. Grób ten w sposób niezamierzony symbolizował wydarzenia z ubiegłego roku i wypadki, które
miały dopiero nastąpid. I teraz olbrzymie tłumy warszawiaków publicznie manifestowały swoją
nienawiśd do okupanta.

Pamiętnik mój z lat okupacji dobiega kooca. Starałem się opowiedzied w nim wydarzenia, których
byłem świadkiem lub uczestnikiem, i przedstawid ludzi, z którymi zetknął mnie los.
Pamiętnik powstał jako pierwsza próba uporządkowania strzępów notatek i wspomnieo, które
ocalały. Są jednak w nim luki. Pozostaje mi jeszcze napisad parę kartek osobistych wspomnieo z
powstania warszawskiego.

Zacznę od dnia, w którym powstanie warszawskie miało wybuchnąd, ale zostało odwołane.

Rano otrzymałem rozkaz udania się z materiałami propagandowymi, to jest ulotkami, afiszami,
plakatami, opaskami itd., na wyznaczony punkt. Wziąłem rykszę rowerową, załadowałem cały
majdan i pojechałem na ulicę Mazowiecką pod numer 11. Na ulicach Warszawy okropny zamęt.
Niemcy są wyraźnie speszeni. Tabory i samochody w nieładzie zdążają od strony Pragi na zachód.
Jadący na nich żołnierze są wyraźnie zmęczeni i zniechęceni. Warszawiacy, zawsze ciekawi, tłumnie
przyglądają się dawno oczekiwanemu widokowi. Z trudem, lecz bez żadnych przygód dotarłem do
celu. Cały materiał, który przywiozłem, zaniosłem do mieszkania pana Pułki.

Dom pod numerem 11 był domem przejściowym; łączył ogródkami i podwórzami plac Dąbrowskiego
z ulicą Mazowiecką. Okna mieszkania, w którym „urzęduję”, wychodzą na podwórko. Jest piękny,
słoneczny dzieo.

Czekam. Minuty mijają, a alarm nie nadchodzi.

Stoję w oknie. Nareszcie zaczyna się coś dziad. Z sieni domu wychodzą młodzi ludzie, koncentrują się
na podwórku. Są uzbrojeni. Niektórzy w hełmach niemieckich wymalowanych w biało-czerwone pasy.
Inni mają tylko berety, a nieliczni dawne hełmy polskie.

Ktoś z mieszkaoców wychodzi na podwórze. Powstaocy grzecznie, ale stanowczo każą mu cofnąd się
do mieszkania. Uprzedzają, że telefony w całym budynku są wyłączone. Jakaś kobieta siłą chce
opuścid dom. Chłopcy również siłą wprowadzają ją na klatkę schodową. Przez okna wychylają się
zaciekawione i zatrwożone twarze. Nikt nie orientuje się w sytuacji i nie wie, co oznacza ta cała akcja.

Nadchodzi umówiona godzina. Powstaocy ustawiają się za węgłem domu, po dwóch stronach bramy.
Repetują broo. Niektórzy mają ręczne karabiny maszynowe. Obserwuję rozwój wydarzeo, odczuwam
nerwowe napięcie. Sygnału alarmowego nie słychad, a przecież wszyscy są na posterunku. Wszystko
jest zdekonspirowane. Ludzie podziemia wyszli na ulicę!

Naraz widzę gwałtowne i nerwowe poruszenie wśród pierwszych z brzegu obserwatorów, którzy
spoglądają z ukrycia w głąb bramy na ulicę. Dają znak stojącym dalej, aby zachowali ciszę. Słychad
wyraźnie mocne kroki podkutych butów. Z perspektywy mojego okna widzę, jak z cienia bramy
wyłaniają się nogi, a potem cała postad hitlerowskiego oficera lotnictwa. Nie orientuje się jeszcze, że
za węgłem stoją przyciśnięci do muru powstaocy.

Wyszedł z bramy na podwórze i znalazł się w pełnym oświetleniu. Za jego plecami, może cztery kroki
w tyle, stoją nasi chłopcy. Są wyraźnie skonsternowani. Nie wiedzą, co robid. Stoją jak skamieniali.
Nie było sygnału rozbrajania hitlerowców.

Niemiec jakimś zwierzęcym instynktem wyczuł ukryte za swoimi plecami niebezpieczeostwo. Zrobił
nagły zwrot i znalazł się twarzą w twarz z zaskoczonymi chłopcami. Ułamek sekundy patrzyli na
siebie. Lotnik błyskawicznie podniósł ręce do góry i równocześnie jak tygrys rzucił się w bramę, chcąc
dostad się na ulicę. Tylko jeden z powstaoców zerwał się i złożył do strzału.
Krótka, sucha seria. Człowiek w mundurze zrobił jakby piruet i runął na ziemię. Był moment, że
pozostali chłopcy robili wrażenie, jakby chcieli uciekad, lecz ten, co strzelał, dał znak i natychmiast
chwycili leżącego za ręce i nogi. Ciało zwisło bezwładnie. Wnieśli je do mieszkania.

Po chwili podwórze zapełniło się tłumem mężczyzn i kobiet z węzełkami w ręku. Wszyscy chcieli
uciekad, bojąc się represji. Powstaocy kategorycznie zabraniali opuszczania domu, dopóki nie wyjaśni
się sprawa z alarmem. Był to tragiczny moment.

Wśród tłumu odezwały się głosy: „Wy pójdziecie, a my tu zostaniemy i na nas spadnie cała
odpowiedzialnośd za to, coście zrobili”.

Po paru minutach sytuacja się wyjaśniła. Przyjechał łącznik na rowerze i natychmiast zameldował się
u dowódcy odcinka.

Powstanie zostało odwołane!

Działo się to 27 lipca 1944 roku.

Wyznaczono drugi termin powstania. Pożegnałem rodzinę i czym prędzej udałem się na punkt
zborny. Ostatnie partie materiałów propagandowych, które zadekowałem w pracowni rzeźbiarza
Alfonsa Karnego, zabrałem od niego i przewiozłem do domu w pobliżu hotelu „Wiktoria” na Jasnej.
Nie doszedłem jednak do wyznaczonego miejsca, gdyż alarm powstaoczy zaskoczył mnie na ul.
Szpitalnej róg Górskiego. Naprzeciwko, przy ul. Przeskok, mieścił się komisariat policji granatowej,
który atakowali już powstaocy. Po paru chwilach policjanci poddali się.

Barykada na ul. Tamka przy bastionie pałacu Ostrogskich

Wrócę jednak do mieszkania Karnego. Z chwilą sygnału oznaczającego wybuch powstania Alfons
czym prędzej wystawił pozostawioną przeze mnie chorągiew na zewnątrz; okna, jak zazwyczaj w
pracowniach malarzy czy rzeźbiarzy, mieściły się w dachu. W momencie kiedy ukazała się biało-
czerwona flaga, na dom posypały się serie z karabinu maszynowego. Pociski cięły po dachówkach i
oknach wyższych pięter. Ktoś z mieszkaoców wczołgał się na czworakach do pracowni.
- Panie, czyś pan zwariował! - krzyczał. - Zdejm pan flagę. Chcesz nieszczęścia na nasz dom?

Za drzwiami padały wrogie okrzyki. Karny stał schylony pośrodku pokoju, a dokoła niego - w
przysiadzie lub na czworakach - stłoczyli się ludzie, kategorycznie żądając zdjęcia flagi. Szyby
pracowni już poleciały. Ogieo ucichł. Alfons pomaleoku ustawił piramidę ze stołków i zaczął wchodzid
na górę, aby dosięgnąd drzewca. W momencie kiedy wystawił rękę, nowa seria zagrzechotała po
dachu. Karny chwilę balansował na piramidzie ze stołków i w koocu runął jak długi na podłogę.

- Zabity! - zabrzmiał okrzyk. Lecz on, pocierając pośladek, wstał i począł przygotowywad się do nowej
wspinaczki po flagę. Teraz zdania były podzielone - jedni nie chcieli, żeby się narażał, drudzy krzyczeli,
że jak jest w gorącej wodzie kąpany i zachciało mu się byd pierwszym bohaterem, to niech dalej nim
będzie i zdejmie flagę, którą założył. Niektórzy mówili, że na pewno zaraz nadlecą samoloty i obrzucą
dom bombami, w przekonaniu, że tu mieści się dowództwo powstania.

Biedny Karny znów wwindował się po stołkach do świetlika. Dom mieścił się naprzeciwko kościoła Św.
Barbary. Teraz już nie wyciągał ręki, tylko pomału zaczął wystawiad głowę, aby zobaczyd, skąd
pochodzi ostrzał. I oto co zobaczył:

Naprzeciwko jego okna, po drugiej stronie ul. Wspólnej, na wieży kościoła umieszczony był karabin
maszynowy. Dwóch Niemców przez lornetkę obserwowało jego dom. Nagle jeden z nich wyciągnął
rękę, wskazując na wychylającą się głowę, lecz zanim padła seria strzałów, Karny zdążył zeskoczyd na
podłogę. Po krótkiej naradzie z sąsiadami postanowiono „złapad” flagę na lasso zrobione ze sznurka
od bielizny. Jak postanowiono, tak, też i zrobiono.

Jednak dom i tak nie ocalał. Zburzyły go bomby niemieckie w późniejszych dniach powstania, niszcząc
równocześnie cenne rzeźby Karnego, które znajdowały się w pracowni.

Warszawiacy od dawna wiedzieli, że wcześniej czy później dojdzie do wybuchu powstania. Nienawiśd
do okupanta, która stopniowo narastała, musiała w koocu znaleźd swoje ujście. Tym się tłumaczy
nastrój powszechnego entuzjazmu, poparcia, można by powiedzied, jakiegoś odprężenia w
momencie, kiedy otwarta walka stała się faktem. Nikt wówczas nie sądził, że termin powstania nie
wynikał z realnej oceny sytuacji, a z innych zupełnie okoliczności, nikt też nie wyobrażał sobie nawet,
że zdecydowano się na ten krok przy tak minimalnych szansach, tak słabym przygotowaniu
politycznym i zbrojnym. O tym przekonano się zresztą bardzo niedługo.

Moment wybuchu powstania zaskoczył ogromną większośd mieszkaoców stolicy. Godzina „W”
zastała wielu z dala od rodzin, gdyż była to pora, w której kooczyła się praca w fabrykach i biurach.
Duża częśd tych ludzi nie zobaczyła już nigdy w życiu ani swoich bliskich, ani swoich domów. Linie
walk podzieliły Warszawę na sektory, w których walczyły poszczególne oddziały. Kontakt między
dzielnicami w pierwszych dniach był jeszcze utrzymywany telefonicznie, a następnie drogą radiową...
przez Londyn. Mokotów i Starówka miały poza tym łącznośd specjalnymi kanałami, tak zwanymi
„łącznikowymi”.

Powstanie warszawskie zaskoczyło także w okolicy dawnego cyrku na Ordynackiej... zwykłą krowę. Po
prostu dojną, wiejską krowę.

Słynna krowa powstaocza

Nie wiem, co tam robiła, czy pasła się w pobliskich ogrodach Św. Kazimierza i Konserwatorium
Warszawskiego, czy też miała swoje lokum na Foksal, w ogrodach, gdzie dziś mieści się Związek
Polskich Artystów Plastyków.

Powstanie zaskoczyło wiele matek z dziedmi przy piersi. Zapasów mleka sproszkowanego brakowało,
a o żadnej pomocy żywnościowej z zewnątrz nie można było nawet marzyd. Żelazny pierścieo wojsk
niemieckich otaczał Warszawę. Liczbę karmiących matek z każdym dniem powiększały kobiety z
nowo narodzonymi dziedmi. Bo powstanie powstaniem, a życie - życiem. W piwnicach, gdzie kryła się
ludnośd przed bombardowaniem, wielu straciło życie pod zawalonymi murami, ale w warszawskich
katakumbach rodziły się też nowe istnienia.

Dla tych maluchów Warszawy powstaocy postanowili zachowad krowę, chod jej wyżywienie było nie
lada sztuką. Już po paru dniach walk krowa przestała się niepokoid wybuchami bomb lotniczych i
szalejącym dokoła ogniem. Zachowywała się spokojnie, jakby zdawała sobie sprawę ze swojej roli.
Łagodnymi oczami patrzyła na chłopców z biało-czerwoną rabatką, którzy ją doili, a nawet spokojnie
pozowała do fotografii, gdy niektórzy powstaocy chcieli zrobid z nią pamiątkowe zdjęcie. Stała się
cząstką powstaoczej rodziny Powiśla i zginęła któregoś dnia tak jak wielu z nich.

Kiedy na murach walczącej Warszawy ukazały się dwa plakaty: „Walcząc z ogniem bronisz Warszawy”
i „Czystośd to twój obowiązek” - ludzie różnie przyjęli te hasła. Zdawali sobie sprawę, że mieszkają w
domu, który za chwilę może stad się kupą gruzu lub zmienid się w ziejący ogniem wulkan. Dziś przed
domem jest jeszcze przysypany popiołem trawnik, ale jutro, już z braku miejsca, chowad się tu będzie
zabitych i powstanie jeszcze jeden uliczny cmentarzyk.

Plakaty powstaocze

Jak w takich warunkach utrzymad czystośd? Czym gasid pożary, gdy już nie ma wody?

Był jednak taki dom na Mokotowskiej, nie dochodząc do Wilczej, z którego w powstaocze dni o świcie
wychodził dozorca z miotłą i starannie zamiatał najpierw ulicę, a potem podwórko. Pan dozorca, gdyż
tak go nazywaliśmy - po każdym nalocie od nowa zamiatał z pedanterią „swoją posesję” - jak dawniej
mówiło się w Warszawie. Na podwórku stała ławeczka zbita z desek i wznosiło się kilka drewnianych
stopni, prowadzących do sieni. Tu w wolnych chwilach przychodziliśmy spokojnie posiedzied. Z
czasem ta oaza ładu i porządku stała się miejscem, które wydawało się nam najbezpieczniejszym na
świecie. Wierzyliśmy, że nikt nie będzie śmiał zniszczyd tego podwórka - z takim mozołem
utrzymywanego w czystości. Tylko ten, kto przeżył ogrom zniszczeo i tragedii powstania, zdaje sobie
sprawę, jak wielką rolę spełniała w naszym życiu ta mała, schludna wysepka „pana dozorcy”.
Filtry już nieczynne. Najpierw woda jeszcze płynęła z kranów umieszczonych w piwnicach, potem już
tylko od czasu do czasu kapała, wreszcie ustała zupełnie. Zaczęto budowad studnie, lecz i one szybko
się wyczerpały. Nie gaszone przez nikogo domy płonęły jak zapałki. Wróg podpalał coraz to nowe
ulice. Spragnione usta łaknęły wody. Na rogu Złotej, w pobliżu Zielnej, w olbrzymim leju powstałym
od pocisku z „grubej berty”, utworzyło się coś w rodzaju studni. Ludzie ustawiali się do niej w długim
ogonku. Z chwilą kiedy rozpoczynało się bombardowanie, wszyscy uciekali, aby ukryd się w załamkach
zburzonych domów. Nalot mijał i długi ogonek ludzi z kubełkami ustawiał się na nowo.

Studnia wykopana w leju po bombie na ul. Złotej

Gdzieś na Hożej, w pobliżu Poznaoskiej, wykopano w piwnicy głęboką studnię, która sięgała kilka
metrów w głąb. Wodę wyciągano kubełkami za pomocą liny motanej na kole.

Wreszcie wody zaczęło braknąd i w prowizorycznych studniach. Zaczęto ją wydzielad na kartki w


nielicznych punktach ulicznych. Racje były więcej niż skromne. Tymczasem w szpitalach polowych
przybywało coraz więcej rannych i od rana do nocy rozlegał się tam jeden wielki jęk - wody! wody!
Dla szpitali musiał się znaleźd życiodajny płyn. Wszyscy musieli ustąpid pierwszeostwa rannym.
Personel sanitarny udawał się do studni zaopatrzony w specjalne zezwolenia, upoważniające do
nabrania wody nie w jeden, lecz w dwa kubełki. Dla ludności zmniejszono racje przydziałowe. Z
okresu tego pozostała w moich zbiorach taka przepustka: „Przydział na wodę dla szpitali”. Mówi ona
więcej, niż mogą to uczynid moje nieudolne słowa.

Starówka padła. W tym okresie pracowałem w lokalu mieszczącym się na ul. Hortensji, róg Szpitalnej.
Otrzymaliśmy wiadomośd, iż w kanale przy zbiegu ul. Wareckiej i Nowego Światu, na terenie
istniejącej tam przed wojną kawiarni, jest właz, z którego będą wychodzid powstaocy ze Starego
Miasta. Natychmiast udałem się na miejsce. W pobliskich domach czekały już na ewakuowanych
siostry sanitarne oraz łącznicy, którzy mieli prowadzid poszczególne grupy do przydzielonych im
kwater. Wszystko to odbywało się w największej tajemnicy, przy maksymalnym staraniu o
niegrupowanie ludzi na jednym miejscu.

Próba miotacza ognia produkcji powstaoczej przed atakiem na stanowiska niemieckie w „Paście”

Było południe. W otworze kanału zaczęli ukazywad się pierwsi powstaocy. Twarze ich były zupełnie
sine. Niektórzy wychodzili o własnych siłach, innych trzeba było wyciągad na linach. Nie wiem, jakiego
hartu było trzeba, aby przetrwad to potworne czołganie się w odchodach ludzkich. Po kilkunastu
minutach z miejsca, z którego wychodzili powstaocy, ruszył makabryczny pochód. Szli ludzie na wpół
zgarbieni, ociekający błotem, a dzieo był pogodny. Z daleka już jechał od nich potworny fetor. Jedni
szli o własnych siłach i dźwigali przewieszoną przez ramię broo, nieraz po dwa i trzy karabiny. Inni
pomagali swoim rannym kolegom. Jeszcze inni wlekli się na prowizorycznych kulach. Kobiety w
swoich spódnicach wyglądały może najtragiczniej. Do ich ciał przylegały brudne szmaty, a włosy niby
jakieś niesamowite strąki oklejały twarze. Nie było tu żadnych szarż. Wszyscy w swojej tragedii byli
sobie równi. Obok łącznika szedł żołnierz liniowy, obok sanitariuszki - dowódca. Między resztkami
dowództw poszczególnych grup nie było tylko jednego dowództwa: sztabu oddziałów AL, który zginął
w zbombardowanej kwaterze na Starówce.
Radiostacja powstaocza przyjęła zaszyfrowany meldunek z Londynu: „przygotowad jeden z placów do
przyjęcia nocnego zrzutu. Będą w nim, oprócz broni, zaszyfrowane materiały od gen. Sosnkowskiego
dla Bora-Komorowskiego”.

Zrzut broni na rogu ulic Brackiej i Chmielnej

W Londynie wśród lotników ogłoszono werbunek ochotników. Wybrano warszawiaków, którzy i


ciemną nocą trafią we wskazany punkt miasta. Do lotu przydzielono samolot typu „Halifax”. Lotnicy
rekrutowali się z Dywizjonu 301 „Ziemi Mazowieckiej” i „Obrooców Warszawy” - Eskadra 1586. Za lot
ten została odznaczona Krzyżem Virtuti Militari IV klasy. O oznaczonej godzinie podanej w raporcie na
placu Trzech Krzyży zapalono pochodnie kierunkowe. Powstaocy zaczajeni w pobliskich ruinach,
wśród syku płomieni trawiących zbombardowane domy, nasłuchiwali warkotu samolotu. W pewnym
momencie na znacznej wysokości usłyszeli warkot motorów. Na niebie krzyżowały się smugi
niemieckich reflektorów. Odgłos maszyn raz zbliżał się, to znów oddalał. Nagle umilkł. Trzy czasze
spadochronów, zaróżowione blaskiem płomieni, zawisły nad placem. Pomału opadały. Czy aby trafią
w oznaczone miejsce? Jeszcze chwila i specjalna brygada odczepiła i przejęła zasobniki. Terkot
maszynowych karabinów przeciwlotniczych ustał. Smugi świateł reflektorowych zgasły. Zadanie
zostało wypełnione. Piloci na znacznej wysokości opuszczali teren okupowanej Polski. Nagle pod
Bochnią, nad wsią Pogwizdów dostali się w krzyżujący ogieo reflektorów, ze wszystkich stron jak
srebrne owady w kierunku samolotu lecą śmiercionośne pociski. Jeszcze chwila i trafiony „Halifax”
spada jak kamieo. Wśród pięciu lotników polskich, którzy zginęli, znajdował się płk Kerasioski i kpt
Szostak. Zwłoki ich spoczęły na cmentarzu we wsi, nad którą zostali strąceni.

Minęła wojna. O bohaterskich lotnikach nie zapomniano. Ciała ich spoczywają na cmentarzu
Rakowickim w Krakowie - w kwaterze tzw. Brytyjskiej.

W 1957 roku redaktor Kazimierz Dziewanowski, pragnąc napisad reportaż o kanałach Warszawy w
związku ze zbliżającą się rocznicą powstania warszawskiego, zwrócił się do mnie, jako do jednego z
tych, którzy przechodzili kanałami między jedną a drugą dzielnicą Warszawy, z propozycją, abym
uczestniczył w wyprawie do tych podziemnych dróg. Postanowiłem pokazad tak zwany kanał
„łącznikowy”, poprzez który utrzymywano łącznośd Śródmieścia z Mokotowem. Dziś właz do niego
znajduje się na terenie Parku Kultury. Dawniej mieścił się w narożniku ulic Zagórnej i Solec, na dużym
placu przy chodniku ocienionym drzewami. Powstaocy, zanim zeszli do kanału, gromadzili się w
domach przy ulicy Okrąg. Potem pojedynczo, pochyleni, przebiegali do włazu, gdyż teren był
ostrzeliwany znad Wisły. Każdy ze schodzących musiał mied przepustkę, którą sprawdzał posterunek
powstaoców-saperów. Po sprawdzeniu przepustki następowało zejście do głębokiej studni po
żelaznych klamrach przymocowanych do betonowych ścian włazu. Łącznicy w wielu wypadkach
przechodzili nie tylko z pocztą, lecz i z ładunkiem dochodzącym nieraz do 50 kg.

Punkt kontroli przepustek przy barykadzie u zbiegu ulic Nowy Świat i Ordynackiej

Na dnie kanału, w zależności od odcinka, płynie lub stoi mętna woda. Teraz miałem na nogach
wysokie, gumowe buty, lecz w okresie powstania szliśmy w zwykłym obuwiu, przemoczeni do koszuli.
Każdy z nas na powierzchni otrzymywał jeszcze kij, którym podpierał się o ściany, gdyż kształt kanału
jest owalny i łatwo było przewrócid się na oślizłym dnie. W pierwszych dniach powstania kije takie
otrzymywali łącznicy, lecz później, kiedy kanały służyły jako trasa odwrotu całych jednostek, nie było
mowy, aby wyposażyd taki tłum w odpowiednią ilośd podpórek. Brak ich był w skutkach fatalny, gdyż
co pewien czas ktoś przewracał się, co wywoływało hałas. Mógł to byd znakomity sygnał dla
Niemców, którzy bez przerwy patrolowali przy otwartych włazach i tylko czekali na jakiekolwiek
dźwięki spod ziemi.

Mniej więcej na dwa tygodnie przed upadkiem Mokotowa otrzymałem rozkaz przejścia kanałem
łącznikowym do tej dzielnicy. Miałem przenieśd ze Śródmieścia częśd archiwum powstaoczego. Ciężar
był nielichy. Przed zejściem otrzymałem instrukcję, jak się w kanale zachowywad. Przede wszystkim
nie wolno było rozmawiad ani palid światła. Kroki trzeba było stawiad ostrożnie, by nie powodowad
chlupania wody. Przechodząc pod terenami zajętymi przez wroga należało zachowad jak najdalej
posuniętą czujnośd. Przed każdym włazem zatrzymywaliśmy się i prowadzący łącznik sam po cichu
podchodził jak najbliżej otworu. Przysłuchiwał się, a potem dawał znak do dalszego ostrożnego
marszu pod otwartymi włazami, przy których stali Niemcy.

Niektóre włazy zabarykadowane były przez hitlerowskich saperów. Wbijano pale na krzyż, a
następnie omotywano je drutem kolczastym. Przejścia te były najgorsze, gdyż mimo że saperzy-
powstaocy przecinali druty i odsuwali przeszkody na bok, to jednak nie było mowy o wyniesieniu
rozebranej barykady z kanału. Resztki jej czepiały się ubrania i kaleczyły ciało, co groziło zakażeniem.
W wielu wypadkach Niemcy rzucali do kanału puszki od konserw, które przy potrąceniu nogą
wydawały hałas. Wtedy ciskali do kanałów granaty lub puszczali gaz.

Dzieci-pocztowcy

Maszerowałem razem z moimi towarzyszami. Kiedy zbliżyliśmy się na wysokośd ulicy Podchorążych,
szum wody -wskazywał, że z kanałów wyższych woda i odchody spływają do niższych. W okresie
powstania saperzy zakładali w tym miejscu stalowe liny, po których łącznicy wspinali się pod górę,
forsując w ten sposób prąd wody. Jednak w wielu wypadkach lina zrywała się i ludzie toczyli się w dół,
zalewani brudami. W tym miejscu, z ciężkim archiwum przymocowanym sznurkami na plecach było
mi szczególnie trudno przejśd. Szczęśliwie lina nie zerwała się, lecz nogi podcinane wartkim prądem
wody co chwila traciły grunt. Następnie szliśmy już dużo niższym kanałem pod ulicą Puławską. Tu
ładunek, zawinięty w ceratę, umocowałem do pasa przed sobą i tak zgarbiony maszerowałem
naprzód. Plecami szorowałem o górną częśd kanału. Już po dwóch godzinach drogi popadłem w
zupełne odrętwienie, cały unurzany w błocie i nieczystościach, skostniały z zimna. W głowie tłukła się
tylko jedna myśl: za wszelką cenę iśd naprzód i przebyd ten przeklęty kanał. Lecz to nie był jeszcze
najgorszy odcinek.

Znaczek powstaoczej poczty polowej

Wkrótce kanał był już tak wąski, że musieliśmy się czołgad na kolanach i zgiętych rękach. Ładunek
przywiązałem wtedy do nogi i w ten sposób ciągnąłem go za sobą. Cały czas drżałem, aby woda się
nie spiętrzyła, gdyż wysokośd kanału wynosiła najwyżej 70 cm. Było tu potwornie duszno, a gęsta
ciecz sięgała wysokości prawie 40 cm. W takiej pozycji doszliśmy do zbiegu ulic Malczewskiego i
Wejnerta, gdzie był kres naszej wędrówki. Wyprostowaliśmy się we włazie, lecz nikt już nie miał siły
do wchodzenia po klamrach na górę. Po kolei wyciągali nas saperzy i sanitariuszki, które natychmiast
jodynowały okaleczone miejsca. Taki był przebieg mojej pierwszej drogi ze Śródmieścia na Mokotów
z archiwum powstaoczym, które umieściłem w jednej z licznych skrytek na terenie Wierzbna. Miałem
jednak przed sobą jeszcze jedno przejście, które okazało się najtragiczniejsze.

Wejście do kanału

Nadszedł moment upadku Mokotowa. Szarym świtem schodziłem do kanału na ulicy Puławskiej u
wylotu Malczewskiego. Czołgi niemieckie buszowały już po ulicach. Przewodnika nie było, więc
szliśmy sami, kierując się tylko instynktem. Maszerowaliśmy zbitą grupą. Nikt nikogo nie pouczał,
wszyscy zachowywali absolutną ciszę. Jedynie bardzo słaby, miarowy chlupot błota w grobowej
ciemności wskazywał, że idą ludzie. Przypuszczam, że gdzieś koło Dworkowej cała kolumna
zatrzymała się.

Oddział „Baszty” na Mokotowie. W środku w berecie ppor. Lech Garwacki

Po ponownym ruszeniu w drogę było nas już znacznie mniej. Częśd poszła w boczny kanał, który
prowadził w kierunku wschodnim. Ja udałem się z grupą, która kierowała się na aleję Szucha.
Rozumowaliśmy, że najlepiej będzie obrad tę drogę, gdyż Niemcy nie przypuszczają, że znajdą się
śmiałkowie, którzy by poszli na pewną śmierd maszerując w kanale przebiegającym pod siedzibą
Gestapo.

W pewnym miejscu z bocznego korytarza wyszła jakaś zabłąkaną kolumna. Zatrzymali nas, mówiąc
szeptem, że wszystkie kanały są zasypane i żebyśmy wracali z powrotem na Mokotów. Postawiliśmy
sprawę twardo. Oni pójdą z nami. Nie widzieliśmy ich twarzy i oni nie widzieli naszych. Wyczuwaliśmy
tylko ich śmiertelne przerażenie. Teraz znów szli jednym ciągiem cywile, oddziały partyzanckie i
nieliczne sanitariuszki. Inne zostały z rannymi na Mokotowie. -Idąc w błocie trafiało się bez przerwy
na ciała ludzi zmarłych przeważnie na zawał serca lub uduszonych przez gazy, które Niemcy
rozprowadzali w kanałach. Często też na różnych odcinkach spiętrzali sztucznie wodę. Tonęły wtedy
dzieci z Szarych Szeregów, kobiety, a nawet mężczyźni niskiego wzrostu.

Gdzieś na wysokości placu Unii Lubelskiej, koło włazu, saperzy niemieccy ułożyli stertę worków z
cementem. Pozostała tylko wąska szczelina w górnej części kanału. Wspinaliśmy się po workach w
zupełnym milczeniu, przypuszczając, że w pobliżu włazu kręcą się Niemcy. Niestety, ci z tułaczy,
którzy byli nieco tężsi i nie zdołali przedostad się przez zbawczy przesmyk, musieli zostad. Co się z
nimi stało, nie wiem.

W pewnym miejscu zaczęły mnie gwałtownie palid oczy i puchnąd powieki. Niemcy ten odcinek
kanału wysiarkowali. Był również taki odcinek, gdzie ilośd ciał pod nogami maszerujących była
szczególnie duża. Zostały tu podobno utopione przez Niemców dziewczyny z łączności i sanitariatu. I
tak w kompletnym milczeniu i w zupełnej ciemności doszliśmy do ulicy Wilczej u wylotu Alej
Ujazdowskich. Tam saperzy wyciągnęli nas na górę. Byliśmy uratowani. U wielu jednak pozostał na
całe życie ciężki uraz psychiczny.

Tragedia grupy ludzi, którzy przeszli ten kanał, nie skooczyła się jednak. Miejsce, skąd wyszliśmy,
otoczyły oddziały żandarmerii powstaoczej, dokonując wśród nas podziału i kierując jednych w
kierunku Mokotowskiej, a innych - przede wszystkim żołnierzy oraz ludzi z dowództwa Mokotowa -
do domu, który mieścił się obok dawnego gimnazjum Królowej Jadwigi.

Znalazłem się w drugiej grupie. Zgromadzono nas w jakimś pokoju i kazano czekad. Nie mogłem
prawie otwierad oczu z powodu działania gazów w kanałach. Byłem potwornie zmęczony. Usiadłem
na podłodze, a obok mnie siedzieli inni powstaocy. Nikt nikogo o nic nie pytał. Nie byliśmy zdolni do
myślenia. Podszedł do nas jakiś oficer i kazał się zameldowad. Z trudem zaczęliśmy się podnosid. Kiedy
powiedziałem, że jestem przy dowództwie AK i wracam po wykonaniu powierzonego mi zadania na
Mokotowie, pozwolono mi z powrotem usiąśd. Lecz żołnierzy AK z Mokotowa i dowództwo wzięto na
dalsze śledztwo. Padł potworny, według mnie, który widział bohaterstwo obrooców Mokotowa,
zarzut: oskarżono ich, że opuścili swoje pozycje i ratowali się ucieczką do Śródmieścia! Oskarżenie
wysuwali ludzie, którzy nie widzieli ostatnich godzin Mokotowa, gdzie - jak nam się wydawało - każdy
centymetr powierzchni „był ostrzeliwany z powietrza, artylerii i czołgów. Walka stała się beznadziejna
i dalsze jej przedłużanie było lekkomyślnością.

Przypominam sobie na przykład, jak wyglądało zdobywanie Królikarni. Wąskim rowem łącznikowym
wycofywałem się z ulicy Obserwatorów. Z fortu, który mieścił się u wylotu ulicy Idzikowskiego na
Wierzbnie, bez przerwy trwał ostrzał z ekrazytówek. Co parę chwil padałem na ziemię w płytkim
rowie i znów przebiegałem parę kroków. W ten sposób dotarłem do Królikarni. Za niskim
ogrodzeniem z betonu leżało może z piętnastu powstaoców. Uzbrojeni byli tylko w zwykłe karabiny i
parę granatów. W tym momencie rozpoczął się atak „sztukasów”. Równocześnie pod skarpą
Królikarni ukazały się czołgi, które zaczęły ziad ogniem. Od strony lotniska rozpoczął się ostrzał z dział
kolejowych. Po chwili na ulicę Ikara wjechały od strony Służewca ciężkie czołgi niemieckie. Ogród
Królikarni nieprzerwanie zasypywany był ogniem z ziemi i z powietrza. Przykucnąłem, osłaniając się
cegłami ze zbombardowanego kościoła, które walały się opodal. Powstaocy pomału rozpoczęli
odwrót. Jeden za drugim zaczęli jednak padad od pocisków. Najwyżej czterech dobiegło pod mostek
na terenie Królikarni. Ostrzał na chwilę ustał. Wyskoczyłem z ukrycia i pobiegłem za nimi. Potem
czołgaliśmy się dalej na Puławską w kierunku terenów utrzymywanych jeszcze przez powstaoców. Czy
tych ludzi można było oskarżad o to, że wykazali słabą wolę bądź tchórzostwo?

Po uwolnieniu od dalszego przesłuchania udałem się na wyznaczoną mi kwaterę do domu


Marconiego na Mokotowskiej. Tam zaopiekowała się mną moja koleżanka Zula. Dostałem świeżą
bieliznę i ubranie. Zacząłem szukad rodziny. Przypadkowo spotkałem brata Jerzego, jak szedł z
aparatem fotograficznym na wyznaczony odcinek, skąd miał przeprowadzid reportaż. Mało
brakowało, a przeszlibyśmy obok siebie nie poznając się, tak nas odmieniły ostatnie wydarzenia.

- Matka i Władek nie żyją! - tylko tyle powiedział i przywarł do mnie całą swoją wychudłą postacią.

Stałem jak skamieniały. Ostatnie przeżycia bardzo nadszarpnęły moje nerwy. O nic więcej nie
pytałem. Szliśmy razem. Nawet nie wiedziałem, dlaczego prowadzi mnie w kierunku Marszałkowskiej,
gdzie przeskoczyliśmy pod barykadą na drugą stronę. Wtedy dopiero zapytałem, dlaczego mnie tu
ciągnie. Znów odpowiedział lakonicznie: „Do Wieśka, bo jest ranny i leży w szpitalu”.

A więc tylko ja i Jerzy byliśmy jeszcze cali.

Wiesiek leżał w szpitalu polowym w ogródkach, które znajdowały się między ulicą Marszałkowską a
Poznaoską. Był to mały budyneczek. W stosunkowo dobrych warunkach, lecz w strasznej ciasnocie
leżało tu wielu chorych. Brat znalazł się w pobliżu domu, na który spadły bomby. Odłamki szyb
poprzecinały mu skórę na głowie i szyi. Leżał cały owinięty bandażami. Nie wiedział jeszcze, że matka
i brat nie żyją.

Kiedy Powiśle padło, matka ewakuowała się razem z Władkiem do Śródmieścia. Zabrała ze sobą tylko
najniezbędniejsze rzeczy, a także ulubionego starego kota i kanarka. Krytycznego dnia, kiedy
znajdowała się w przydzielonym jej mieszkaniu na Pięknej, w samo południe nad Warszawą ukazał się
samolot. Zanim matka zdążyła zbiec z bratem do piwnicy, rozległ się przeraźliwy świst i detonacja.
Jedyna bomba, która spadła tego popołudnia, trafiła w dom, w którym schroniła się moja matka.

Udałem się na miejsce. Zwały murów i cegły wskazywały, że stał tu kiedyś dom. Oddział saperów
starał się dotrzed do pogrzebanych. Wśród powstaoców było wielu moich kolegów. Dokładali
wszelkich sił, aby utorowad drogę do parteru, który przywalony był trzema zburzonymi piętrami.
Niestety, wysiłki ich były daremne.

Każdego dnia przychodziłem na ten powstaoczy grób mych najbliższych. Nieraz widziałem czarnego
kota, ulubieoca matki. Starałem się do niego dostad, lecz był zupełnie zdziczały i uciekał w głąb ruin.
Okoliczni ludzie znali kota i mówili, że na pewno sobie tylko wiadomymi ścieżkami i norami wśród
zwałów cegły dochodzi do miejsca, gdzie leżą zwłoki matki i brata.
Dom w Alejach Ujazdowskich, na rogu placu Trzech Krzyży, miał również wejście od ulicy
Mokotowskiej. Nazywaliśmy go po prostu „domem Marconiego”, bo kiedyś mieściła się tu firma
Marconi.

Chłopcy z Szarych Szeregów-Powiśle nad grobem przyjaciela - pierwszy z lewej Andrzej Tomaszewski

Pod koniec powstania stał się on wieżą Babel różnych agend powstaoczych. Na jego balkonach,
wychodzących na Aleje Ujazdowskie, stały ukryte posterunki, które obserwowały ruchy
nieprzyjaciela. Tam też mieściła się redakcja „Biuletynu Informacyjnego”. Tam żegnałem mego
serdecznego druha Zulę, kiedy wychodziła do obozu po upadku powstania. Było to nie byle jakie
pożegnanie jak na warunki ostatnich dni. Znalazł się nawet dla każdego kieliszek wódki, a do jedzenia
uprażony, na wpół spalony jęczmieo z browaru Haberbuscha i Schielego. Pokarm okraszony był
„mutonem”, to znaczy kawałkiem psiego mięsa. Lecz nie o tym chcę opowiedzied. Wracam z Zulką z
wieczornego spaceru. Obydwoje mamy przepustki, które obowiązywały od wprowadzenia
powstaoczej godziny policyjnej. Schodzimy do zbiorowej kwatery, która mieściła się w piwnicach
Marconiego. W kącie obszernego pomieszczenia są jeszcze wolne nasze sienniki. Panuje dokuczliwy
zaduch, bo żaden z powstaoców z braku wody nie może się umyd ani uprad sobie bielizny. Wszyscy
zasypiają natychmiast po przyłożeniu głowy do siennika, gdyż trzeba wstawad przed świtem. Niemcy
atakują od samego rana.

W kącie migocze, jak kocie oko, maleoka żarówka. Co pewien czas gaśnie. Pytacie, skąd bierze się
prąd elektryczny, skoro elektrownia padła razem z Powiślem?

W drugim koocu piwnicy pod ścianą siedzi kilku harcerzy przytulonych do siebie. Wszyscy są z Szarych
Szeregów. Nie wiem, czy smacznie śpią, czy też tylko ucinają drzemkę. Przed nimi harcerzyk bez
przerwy pedałuje na rowerze stojącym na kozłach z rolkami. Tryby roweru połączone są z prądnicą,
która wytwarza tak potrzebny prąd. W tym dusznym powietrzu, w ciemnej piwnicy, jest to dziwny
widok - chłopiec, który, niby w jakimś kieracie, z całym zapamiętaniem, spocony, bez przerwy
przebiera nogami. Kiedy się zmęczy, krzyczy do swoich kolegów: „Wacek, Stasiek, Zbyszek, zastąpcie
mnie, bo ja już nie mogę!” Z trudem schodzi z roweru i w tym momencie światło lekko przygasa. Jego
następca błyskawicznie wsiada na siodełko i zaczyna szybko deptad pedały roweru. Lampka ożywia
się, prąd z nową siłą zaczyna płynąd po przewodach. Chłopcy ci pełnią nie byle jaką funkcję. Dzięki ich
ofiarnej pracy mogą działad powstaocze telefony polowe. Dzięki temu strumykowi prądu iskrówki
mogą nadawad alarmujące sygnały: „Warszawa nie wytrzyma! Co mamy robid? Prosimy o pomoc!”
Odpowiedzią na te wezwania są tylko różne oświadczenia i odezwy londyoskie oraz słowa „otuchy i
zachęty” do wytrwania, które kooczą się pieśnią: „Z dymem pożarów...”

„Siła napędowa” powstaoczej łączności - to chłopcy z Szarych Szeregów

A jednak decyzja zapadła. Koniec powstania. Warszawa ma się poddad. Dziwnie to brzmiało -
Warszawa! Były tylko resztki Warszawy. Wszędzie zgliszcza i ruiny. Na ulicach zamiast trawników i
ogródków - cmentarze. Zamiast ludzi - sine widma. Idę ulicą, a właściwie tunelem gruzu, który zwał
się ulicą Kruczą. Mam furażerkę na głowie i opaskę na ręku. Gdzieniegdzie grupki ludzi. Czarna giełda
zaczyna działad. Rozpoczął się, błyskawicznie po komunikacie o kapitulacji, handel dolarami i złotem.
A jednak „podziemie gospodarcze” nie zginęło w Warszawie. Ono pierwsze ożyło.

Podchodzi do mnie jakaś kobieta. Pyta, czy to prawda, że już nie będziemy walczyd. Kiedy schyliłem
głowę twierdząco, zaczęła płakad: „Dlaczego, dlaczego to robicie?”

Zbiera się koło nas parę osób. Zaczyna się dyskusja. Uciekam czym prędzej, twarz mnie pali. Słyszę za
sobą głosy: „Zdrajcy! Nie chcą „walczyd!” A inne znów: „Nie zdrajcy, to bohaterzy! - lecz dowództwo
lekkomyślne”. Idę dalej. Znów mnie zaczepiają i znów pytanie: „Co z nami będzie, czy nas opuścicie?”
I tak przez cały czas, kiedy maszeruję zupełnie już teraz cichą Warszawą (ostrzał niemiecki ustał),
słyszę dookoła głosy raz nagany, raz pochwały, to znów zachęty do niepodporządkowania się
dowództwu i prowadzenia dalej walki.

Przychodzę na punkt zborny, do wielkiej sali na parterze w domu Marconiego. Są już tam moi
przełożeni. Wszędzie gorączkowe rozmowy. Zawodowi oficerowie tworzą jedne grupy, ludzie z
ugrupowao politycznych - inne.

Oficerowie jak mogą, tak poprawiają na sobie mundury, czyszczą je, przyszywają dystynkcje. Ludzie z
ugrupowao politycznych będą próbowali opuścid Warszawę razem z ludnością cywilną.

Dookoła pytają, jak mamy postępowad. Na ogół ze strony dowództwa pada jedna odpowiedź: „Kto
chce, niech idzie do obozu - natomiast ci, co zostają, mogą się meldowad w różnych punktach
kontaktowych, w Milanówku, w Częstochowie, w Krakowie”. Każdy z nas otrzymuje szereg adresów
od znajomych - uczymy się ich na pamięd. Potem następuje mała odprawa. Sens jej jest taki:

Mimo że upadło krwawo stłumione powstanie - walka trwad będzie dalej! Wojna nie skooczyła się
jeszcze i jej losy nie są przesądzone. Widad tylko, że Niemiec jest zwyciężony. Lecz nie powiedziano
jeszcze ostatniego słowa, kto będzie zwycięzcą w tej wojnie!

To sformułowanie dawało wiele do myślenia. Postanowiłem pozostad w kraju. Miałem rodzinę, nie
wiedziałem, jaki los spotkał moją żonę i małego synka. Poza tym nie mogłem pozostawid nieletnich
braci na łasce losu. Należało urządzid pogrzeb matce i bratu. O swojej decyzji poinformowałem
władze zwierzchnie. Wiedziałem przy tym, że nie odejdę od konspiracji. Nastąpił moment
pożegnania. I tu spotkała mnie pewna niespodzianka. Kazano mi zgłosid się po wypłatę. Była to tak
zwana odprawa. Żołd swój otrzymałem w... autentycznych złotych dolarach. Ogarnęło mnie dziwne
uczucie. Z jednej strony wiedziałem, że pieniądze przydadzą mi się w dalszej tułaczce, a jednocześnie
przykro mi było, że cały mój młodzieoczy idealizm został przeliczony niejako na brzęczącą monetę. W
ciągu lat okupacji stałem się naprawdę zawodowym konspiratorem.

Na drodze z Bukowiny do Poronina wszystkie słupy telegraficzne są pościnane i leżą na szosie. To


ostatni ślad, jaki pozostał po uchodzących przed armią radziecką hitlerowcach.

Już ani na Bukowinie, ani w Murzasichlu, ani w Stasichówce nie zobaczysz Niemców. Swobodnie
królują tu partyzanci polscy i radzieccy. Przez Zakopane od strony Nowego Targu i Białego Dunajca
przewalają się tylko w panicznej ucieczce niemieckie tabory. Uciekają, sami nie wiedząc dokąd - byle
bliżej Vaterlandu! Tuż za nimi, od strony Krakowa i ze Słowacji, nadchodzą wojska polskie i radzieckie.
Zawierucha wojenna ominęła Zakopane, wojna toczy się gdzieś daleko, skąd dochodzą odgłosy
ciężkiej artylerii. Znów zebrałem „do kupy” rodzinę, która ocalała z powstania.

Co teraz robid, z czego żyd?

Nawiązuję kontakt z Kaoskim, z którym miałem łącznośd w czasie okupacji. Zaprasza mnie do swojej
kwatery, która mieściła się w jednej z piękniejszych will w Zakopanem, na drodze do Białego. Tam
poznaję dowódcę partyzantów radzieckich. Jest to człowiek bardzo sympatyczny i widad, że
pozytywnie ustosunkowany do naszych „chłopców”. Kaoski proponuje mi jakąś pracę artystyczną,
lecz ja jestem zupełnie zniechęcony, widzę koło siebie pustkę i nieufnośd. Wyraźnie odczuwam ze
strony władz, a nawet ludzi, którzy do tej pory mieli do mnie życzliwy stosunek, jakąś rezerwę. W
Zakopanem grunt zaczął mi się palid pod nogami. Na każdym kroku widziałem, że jestem
„niebezpieczny” i że ludzie po prostu boją się mnie.

W bardzo złym nastroju udałem się pieszo z Zakopanego do Krakowa, chcąc tam złapad kontakt z
kimś z dowództwa AK lub Delegatury.

Droga z Zakopanego poprzez Nowy Targ do Krakowa zapełniona była ludźmi i furmankami. W
kierunku Krakowa spieszyli ci, którzy w zakątku zakopiaoskim przesiedzieli okres okupacji. W
przeciwnym kierunku szły jeszcze tabory i ranni żołnierze armii radzieckiej. Nigdy nie zapomnę
żołnierza z długą brodą i ręką na temblaku. Podpierał się kijem i kulał. Za nim melancholijnie, ze
zwieszoną głową, postępował na powrozie muł. Ja też nie miałem zbyt marsowego wyglądu. Byle
jakie ubranie i stary plecak. Mijając się, spojrzeliśmy sobie w oczy.

Zapytał, czy mam „spiczki”. Nie miałem, bo jestem niepalący. Teraz ja zapytałem, czemu nie został w
Krakowie, gdzie jest szpital i gdzie by go porządnie opatrzyli. Potrząsnął głową: „Idę zobaczyd Berlin.
Na pewno przy tym też coś oberwę, to hurtem będę się leczył”.

On poszedł zdobywad Berlin, a ja - szukad ludzi życzliwych „staremu konspiratorowi”.

Kraków przypominał wielki obóz. Pełno ludzi i wojska. Całe to mrowie poruszało się we wszystkie
strony. Krakowianie gromadzili się przed jednym czy też dwoma domami, uszkodzonymi bombami
lotniczymi, biadoląc nad zniszczeniami wojennymi. W kilku domach brakowało szyb. Na Rynku
ustawione były stelaże, na których umieszczono podobizny bohaterów zwycięskiej wojny z
hitleryzmem. Między latarniami rozwieszono transparenty. Na murach rozplakatowano różne hasła.

Porozumiałem się z jednym z profesorów krakowskich w sprawie umieszczenia u niego rodziny. Gdy
uzyskałem jego zgodę, udałem się w drogę powrotną do Zakopanego. Nastąpił teraz „uroczysty”
wyjazd całej ocalonej rodziny na furce. Po przybyciu do Krakowa zacząłem rozglądad się za
znajomymi. Z dowództwa AK nie było prawie nikogo. Nawiązałem tylko kontakt z ludźmi z b.
Delegatury.

Dolary, które otrzymałem jako odprawę po powstaniu, kooczyły się. O pracy w środowisku
krakowskim nie było mowy. Domy, które przyjmowały mnie do tej pory, powoli się wykruszały. Bano
się człowieka z AK.

Zdecydowaliśmy, że ja zostanę w Krakowie, a dwaj bracia będą próbowali przedostad się do


Warszawy. Może ocalało coś z naszego domu po powstaniu. Może uda się odnaleźd przynajmniej
archiwum i fotografie dotyczące konspiracji.

Wiesiek i Jerzy wsiedli do przygodnej ciężarówki, zdążającej w kierunku Kielc. Następnego ranka, nie
pamiętam jaką drogą, otrzymałem wiadomośd, że jeden brat leży nie opodal Krakowa zabity, drugi
pogruchotany w szpitalu.

Zupełnie złamany udałem się do szpitala. Jerzy leżał „w orła” na jednym łóżku z drugim chorym. Miał
nogę aż do biodra w gipsie. Okropnie cierpiał. Gips był założony, jak to się po warszawsku mówi,
„jako tako”. Ale najgorzej cierpiał od wszy, które powłaziły za gips i gryzły go bezkarnie. Prosił, abym
go stąd zabrał. Nie wiem, jak go wyniosłem i umieściłem na kwaterze, zajmowanej wraz z innymi
warszawiakami. Wszyscy leżeliśmy pokotem na podłodze. Od Jerzego dowiedziałem się, że
ciężarówka na wirażu wpadła do rowu.

Udałem się pieszo na miejsce wypadku. Była to piękna wieś pod Krakowem.

Wiesiek leżał w rowie obok znajomej dziewczyny, Halinki. Mieli twarze zwrócone do nieba. Nie było
na nich widad ani bólu, ani strachu, tylko wielki spokój. Mnie nie popłynęła ani jedna łza. Jakoś tylko
wewnętrznie zesztywniałem i pomimo upału odczułem zimno.

Zacząłem sumowad: Matka zabita w powstaniu; jeden brat, Władek, zabity w powstaniu; drugi brat,
Zbyszek, wywieziony po trzech latach pobytu na Pawiaku, na pewno już nie żyje; ojciec gdzieś zaginął;
trzeci brat, Wiesiek, leży zabity w rowie; czwarty, Jerzy, połamany, w gipsie; został piąty Andrzej,
jeszcze szczenię; mieszkanie rodziców i mojej rodziny spalone w Warszawie.

Pochyliłem się nad Wieśkiem. Chciałem nim potrząsnąd, tak strasznie pragnąłem, aby żył. Dlaczego ja
nie leżę na jego miejscu, przecież on młodszy ode mnie. Lecz na długie medytacje nie było czasu.
Konspiracyjne życie nauczyło wszystkie sprawy załatwiad szybko. Udałem się do wsi, aby
pertraktowad o zbicie trumny dla brata i jego znajomej. Nigdzie nie chcieli dad desek, mówili, że ich
nie mają. Dopiero złoty dolar pomógł.

Halinka i Wiesiek spoczęli na wiejskim cmentarzyku. Ja udałem się z powrotem do Krakowa. Trawiła
mnie gorączka. Przysiadłem się na wóz pełen główek kapusty. Dwóch polskich żołnierzy wiozło ją do
koszar. Pozwolili mi usiąśd z tyłu. Jechaliśmy stępa. Po głowie przelatywały mi różne myśli. Złe myśli.

Byliśmy już na przedmieściu Krakowa. W pewnym momencie z wściekłości kopnąłem główkę kapusty.
Spadła i potoczyła się po jezdni. Kilka dzieciaków podskoczyło do niej. Widziałem, że są głodne. Z
jakąś złą pasją - tak aby żołnierze nie widzieli - zacząłem zrzucad główkę po główce na jezdnię.

Był to dziwny widok. W przyzwoitej, bezpiecznej odległości biegli ludzie i zbierali kapustę, którą z
wojskowego wozu zrzucał jakiś cywil. Dawało mi to jakieś sadystyczne zadowolenie. Kiedy wóz
wjechał w ulice Krakowa, jeden z żołnierzy odwrócił się.

- Te, cywil, złaź! - powiedział. - Nie bądź głupi, myślisz, że nie widzieliśmy, coś robił!

Zeskoczyłem i pobiegłem do rodziny, nie zastanawiając się nad tym, co oni widzieli.

W Krakowie grawituję, bo inaczej tego nie można nazwad, koło Dołęgi - dyrektora Departamentu
Informacji Delegatury. Lecz i on po pewnym czasie jakimś „kanałem” uciekł na Zachód.

Jesieo 1945 roku.

Od znajomego, o którym wiedziałem tylko, że nazywają go „Staszek”, otrzymałem informację, że w


Krakowie są oficerowie „z Zachodu”. Przygotowują teren na wypadek konfliktu zbrojnego między
aliantami.

Wszędzie już starałem się o normalną pracę. Byłem i w prasie, i w różnych firmach. Wszędzie słyszę
tylko jedno słowo: „Nie!” Cóż mi pozostaje? Teściowa jako lekarka dostanie pracę, zajmie się córką, a
moją żoną, i wnukiem. Ja dla nich w tej sytuacji będę tylko ciężarem. I oto któregoś jesiennego dnia
stawiam się na spotkanie z pewnym człowiekiem. Umówiony jestem w hallu Uniwersytetu
Jagiellooskiego. Jest wieczór. Moc młodzieży. Podchodzi do mnie jeden ze znajomych z Zakopanego z
wysokim mężczyzną o wojskowym wyglądzie. Nieznajomy w krótkich słowach przedstawia mi
następujący plan:

Jezioro i schronisko w Morskim Oku musi byd w pewnym momencie, o ile zajdzie potrzeba,
opanowane dla zachodnich sprzymierzeoców. Czy potrzebne im będzie do lądowania hydroplanu, czy
do zrzutów, to ich sprawa. Schronisko w Roztoce będzie pierwszym punktem, broniącym dostępu w
razie ataku na Morskie Oko. Musi byd ono dobrze zaopatrzone, aby mogło stawiad opór w warunkach
partyzanckich. Jeśli chcę, mogę byd wykorzystany.
Było mi wszystko jedno. Straciłem i tak grunt pod nogami. Poza tym męcząca była ta moja
bezczynnośd.

Zgodziłem się.

Wyszliśmy na ulicę. Otrzymałem instrukcję, aby po trzech dniach udad się na dworzec, gdzie
otrzymam wytyczne, co mam robid po przyjeździe do Zakopanego. Nikogo z rodziny nie
poinformowałem o moich poczynaniach i o mojej eskapadzie do Zakopanego.

Po trzech dniach udałem się wieczorem na dworzec. Przed kasami czekał na mnie nieznajomy.
Przywitanie było serdeczne - informacja krótka. Wsiadłem do pociągu i odjechałem. Zaraz po
przyjeździe do Zakopanego jak najszybciej miałem udad się na Cyrhlę. Tam na lewo, przy drodze
łączącej Cyrhlę z Poroninem, jest szopa. Przed nią będą stały sanie lub fura i chłop. Nieznajomy podał,
jak mam zagadad do furmana.

Pociąg ruszył. Stare wagony wypełnione były ludźmi jadącymi po pracy do domu. Jechało dużo górali i
góralek oraz jakichś handlarzy. Ogarnęła mnie zupełna apatia. Człowiek jak zwierzę, kiedy jest
osaczony, wyczuwa w pewnym momencie swoją beznadziejną sytuację. Ja także wiedziałem, że całe
moje przedsięwzięcie jest beznadziejne, ale cóż: „Raz kozie śmierd!”

Pociąg wlókł się. Odczuwałem głód i zimno. O świcie dobrnęliśmy do Zakopanego. Śnieg z deszczem,
gnany zimnym wiatrem, przenikał mnie do szpiku kości. Miałem dreszcze z zimna, niewyspania i
głodu. Natychmiast ruszyłem pieszo w stronę Jaszczurówki. Szybki marsz pod górę trochę mnie
rozgrzał. Koło kapliczki Witkiewicza skręciłem w las - na skrót na Cyrhlę.

Obejrzałem się za siebie. Nikt nie szedł za mną. Wydostałem się na szosę, prowadzącą do Morskiego
Oka. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i znalazłem się na wysokości drogi do Poronina. Deszcz ze śniegiem
ciągle zacinał. Wokoło było ponuro i pusto.

To bardzo dobrze.

Rozejrzałem się. Nie opodal, na lewo, trochę w dole, stała furka zaprzężona w lichego góralskiego
konika. Pod szopą, od strony nawietrznej, stał jakiś bardzo mizerny człeczyna. Podszedłem do niego:

- Ja po towar dla Roztoki...

Kiwnął głową: - Jest w chlewie - odpowiedział.

Poszliśmy do szopy. Na podłodze leżał duży worek, wyładowany kanciastymi przedmiotami.


Wzięliśmy go razem na ręce, był ciężki. Nie pytałem, skąd się tu wziął i co w nim jest. Nawet dziecko
domyśliłoby się, co się tam znajdowało. Z trudem załadowaliśmy worek na furkę. Z miejsca ruszyliśmy
w drogę. On siedział z przodu furki, ja z tyłu. Ogarniała mnie potworna beznadziejnośd. W razie
wpadki - myślałem sobie - wystarczy sięgnąd ręką do worka i bronid się. Ale po co? Czy to uratuje albo
polepszy moją sytuację? Na drodze stały wielkie kałuże błota, potęgując i tak wystarczająco ponury
obraz. Drzewa, ziemia były koloru zgniłoszarego. Konik raz biegł truchcikiem, to znów noga za nogą.
Co pewien czas woźnica nawoływał: „Wiśta, wiśta!”

Obejrzałem się. Cały był skulony, głowa prawie schowana w ramionach. „Czy on wie, co wiezie” -
pomyślałem mimo woli. Przez cały czas nie rozmawialiśmy ze sobą. Szosa za nami i przed nami była
pusta. Bo i kto by w taką pogodę i w takim niepewnym czasie wyjeżdżał z domu. Ten ponury widok
nasunął nowe myśli: kogo możemy spotkad po drodze?

Po pierwsze, resztki jakichś oddziałów partyzanckich, które w większości wypadków przeistoczyły się
w bandy. Po drugie - maruderów wojskowych. Po trzecie - patrole.

Zacząłem z nudów wyobrażad sobie takie nieoczekiwane spotkanie i zastanawiad, jak się wówczas
zachowad. Nasuwały mi się całkiem niebohaterskie, a raczej wisielczo-samobójcze myśli: „Niech raz
skooczy się ta droga i niech mnie raz diabli wezmą”. Nastrój ten potęgował dotkliwy głód, zły doradca
każdego Polaka. Wstrząsały mną dreszcze. Byłem zupełnie przemoczony. A śnieg z deszczem walił bez
przerwy. Teraz zacząłem myśled o woźnicy, bo do tej pory stale rozmyślałem o sobie. Nawet nie
wiem, czy to jest „swój człowiek”, czy też jakiś biedotka, który wynajął się po prostu dla zarobku. Był
dla mnie zagadką.

Teraz droga szła w dół. Konik, może też z zimna, zaczął biec truchcikiem. Wysokie drzewa i droga
zaczęły w tym miejscu uciekad, tworząc jakby długi, rozmokły korytarz. Nie wiedziałem, która jest
godzina. Zdrzemnąłem się. Naraz gwałtowny wstrząs o mało nie zrzucił mnie z furki. Jedną ręką
chwyciłem się odruchowo deski, a drugą histerycznie sięgnąłem do worka. To był pierwszy odruch
samoobrony. Wydawało mi się w jakimś sennym majaku, że zostaliśmy gwałtownie zatrzymani. Na
złodzieju czapka gore. Tymczasem okazało się, że to tylko fura jednym kołem wpadła w dół i to było
powodem mojego nagłego przebudzenia.

Nie znałem wprawdzie szczegółowej zawartości worka, ale pomyślałem, że jeszcze jeden taki wstrząs,
a znajdujące się tam granaty z zapalnikami mogą samoczynnie odbezpieczyd się, i wtedy koniec z
„panem konspiratorem”. Na szosie pozostanie tylko mokra plama, różniąca się od błota kolorem.
Jechałem bez żadnych dokumentów, więc nawet nikt nie będzie wiedział, co się stało z „Miedzą”.

Teraz z uporem - chod naprawdę wcale tego nie chciałem - zacząłem liczyd wstrząsy. Jeden, drugi,
trzeci silniejszy, może za następnym nastąpi wybuch. Ta zabawa zaczęła mnie w koocu nużyd, lecz
bałem się, że zaprzestawszy jej - zasnę. Zimno i głód właściwie już przestały mi dokuczad. Czasami
nawet odczuwałem przyjemne uderzenie ciepła. Piekły mnie policzki. Pewno byłem przeziębiony i
miałem gorączkę.

Zeskoczyłem z furki i trzymając się bocznej deski biegłem obok. A ten cholerny woźnica, żeby chod na
chwilę się obejrzał. Siedział jak mumia. Nie wiem, czy spał, czy też myślał, co wiezie.

Teraz nawiedziła mnie nowa myśl. Przecież mogę podnieśd pierwszy lepszy kamieo przydrożny,
wyrżnąd woźnicę w łeb i już będzie „po nim”. Teren świetnie nadawał się do tego. Z lewej strony
szosy było bardzo stromo i zbocze zarośnięte krzewami i drzewami. Kto tam znajdzie jego zwłoki? - a
nawet jeśli znajdą po jakimś czasie, pomyślą: „Jeszcze jedna ofiara minionej wojny!” Dla nich -
powiedziałem głośno - ale nie dla mnie skooczyła się wojna.

Ale jakie będę miał z tego korzyści, gdy zabiję woźnicę? - pomyślałem. Więc odpowiedziałem sobie:

Po pierwsze - konia, po drugie - furkę, po trzecie - broo.

I co dalej?
Na własną rękę rozpocznę „robotę” i będę czekał w lesie, co będzie się dziad na „frontach świata”.
Przypuszczam, że w tych lub w podobnych okolicznościach niektórzy konspiratorzy, nie wiedząc, co z
sobą mają robid, rozpoczynali „nową kartę konspiracji”, która kooczyła się zwykłym bandytyzmem.

W latach wojny są ludzie niewinnie zabijani, ale są i tacy, którym niepotrzebnie zabito duszę.

Biegłem dalej obok furki, zziębniętą ręką kurczowo trzymając się wozu. Szklistym wzrokiem patrzyłem
w plecy woźnicy. Ten zaczął pochylad się pomaleoku. Zgiął się zupełnie w pałąk. Ponieważ jechaliśmy
w kierunku Morskiego Oka, byliśmy coraz wyżej i stawało się coraz zimniej. Teraz padał już nie deszcz
ze śniegiem, ale śnieg. Plecy woźnicy były szarobiałe. Pochylał się coraz bardziej. Z zimnym
okrucieostwem czekałem, kiedy straci równowagę i spadnie pod koła wozu.

Od strony Waksmundzkiej pomimo szumu wiatru zwrócił moją uwagę jakiś chrzęst. Wytężyłem słuch.
Ale w lesie panował spokój. Jechaliśmy dalej. I znów wydało mi się, że blisko coś łomoce i łamie
gałęzie. Usłyszałem wyraźnie odgłos stąpao. Pierwszym odruchem było chwycenie za worek. Pod ręką
poczułem granat. Następnie mignęła błyskawicą myśl, aby prysnąd w las - ten odcinek znałem dobrze,
łatwo stąd dostad się na Zgorzeliska, a stamtąd na Głodówkę.

Spojrzałem na woźnicę. Teraz siedział prosto i wyraźnie nasłuchiwał. Potem powoli odwrócił swoją
zarośniętą twarz. Po raz pierwszy od chwili wyruszenia z Cyrhli popatrzyliśmy sobie prosto w oczy.

- To jelenie - krótko powiedział. Skrzywił się lekko, co pewnie miało oznaczad uśmiech, po czym
odwrócił się i zakrzyknął: - Wiśta! - To zdarzenie nie wyjaśniło mi jednak, czy orientował się, co
wiezie.

Jechaliśmy dalej, a ja nie myślałem o niczym, tylko o cieple i jedzeniu. Poczułem się nawet lepiej,
zimno i śnieg tak bardzo nie dokuczały. Było coraz bardziej szaro i mróz brał coraz większy. Furka
toczyła się po serpentynach, odsłaniających piękno krajobrazu. Przyjechaliśmy na Łysą Polanę. Tu
mieścił się przed wojną punkt graniczny z Czechosłowacją, zniesiony po przyłączeniu Jaworzyny do
Polski. Woźnica nie poganiał teraz konia, a ja po raz pierwszy przysiadłem się do niego. Jechaliśmy
noga za nogą. Oglądałem się ukradkiem na bok. Z budynku straży granicznej nikt nip wyszedł na nasze
spotkanie. Jechaliśmy jeszcze spory kawał drogi, a potem skręciliśmy na lewo, w dół, bezpośrednio do
schroniska. Teraz chciałem śpiewad na głos: „Nareszcie będzie jedzenie! Nareszcie będzie ciepło!”

Na koniec stanęliśmy przed schroniskiem w Roztoce. Byłem trochę zdziwiony, że na zewnątrz nie było
żadnej ochrony, że nikt nas nie zatrzymał, nikt nie pytał o hasło.

Przed próg wyszedł jakiś młody człowiek, dobrze wyglądający, opalony, wypoczęty i starannie ubrany
w kostium narciarski. Powiedziałem, że chcę się widzied z Igrekiem. Dziś już nie pamiętam jego
pseudonimu. Poprowadził mnie do środka. W dużej izbie schroniska siedziało kilku młodych ludzi i
jakieś panny. Wszyscy zaczęli mnie oglądad jak jakieś dziwadło. Rzeczywiście wyglądali na młodzież,
która wyprawiła się tu wyłącznie w celach turystycznych. Siałem między nimi brudny, nie ogolony,
siny z zimna i głodu.

Z głębi schroniska wyszedł znów jakiś młody człowiek.

- Przywiozłem wam jakiś towar - proszę przyjąd i dajcie mnie i woźnicy coś ciepłego do jedzenia.
Jesteśmy zmęczeni.
Odpowiedź była wręcz zaskakująca.

Wszystko jest nieaktualne. Zleceniodawcy krakowscy mają stare informacje. Z akcji nic nie będzie.
Oni już nie chcą z tym przedsięwzięciem mied nic wspólnego - są po prostu taterniczą „cywilbandą”.
Ja natomiast powinienem ze swoim woźnicą i towarem wynieśd się stąd czym prędzej.

Teraz naprawdę zrobiło mi się słabo, ostatnim wysiłkiem utrzymałem się na nogach. O niczym innym
nie myślałem, tylko o tym, że ani jedzenia, ani herbaty gorącej, ani odpoczynku tu nie dostanę.
Jestem im niepotrzebny i każdą chwilą swego pobytu narażam ich „turystyczny” spokój. Reszta
towarzystwa nie interesowała się naszą rozmową. Dwie dziewczyny siedziały na stole i przekomarzały
się z chłopcami. Było im dobrze.

„Panie konspiratorze”, zabieraj się w powrotną drogę - pomyślałem sobie i bez pożegnania
wyszedłem. Mój woźnica karmił z worka szkapinę.

- Wracamy, kumie - powiedziałem.

Góral nie odpowiedział ani słowem, tylko batem wskazał na fatalny worek.

- Zabieramy! Zabieramy to z powrotem!

Usiadłem obok niego. Jechaliśmy wolno w górę. Rozmyślałem. Szaleoczy pomysł utworzenia
„drugiego frontu partyzanckiego”, czy cholera wie jakiego, musiał wziąd w „górach konspiracyjnych”
w łeb. Przynajmniej oszczędzi się ludzi. Ale dlaczego tak pochopnie naraża się ich życie dla jakichś tam
nie przemyślanych pomysłów? Dlaczego to wszystko jest ciągle tak chaotyczne i bez sensu? Pomału
zaczęła ogarniad mnie potworna złośd. Złośd do siebie, ludzi i całego świata. Taki to benefis mojej
konspiracyjnej pracy.

Zacząłem od zbierania broni - a kooczę na bezcelowej i bezsensownej wędrówce na górskiej drodze...


z bronią.

Na prawo od drogi był duży spadek terenu w kierunku szumiącej rzeczki Białki. Zatrzymałem wóz.
Razem z woźnicą zdjąłem worek i położyliśmy go na ziemi. Wziąłem od, furmana kozik i przeciąłem
sznurek związujący otwór. Teraz rzuciliśmy worek w dół. Toczył się jak kłoda. Coraz szybciej i szybciej.
Potem zaczęło się z niego coś wysypywad i dźwięczed po kamieniach.

Stałem na skraju szosy i patrzyłem w dół jak urzeczony. W tym momencie woźnica chwycił mnie za
rękę i odciągnął na drugą stronę drogi. Bał się widocznie, aby nie nastąpił wybuch.

Teraz zrozumiałem, że góral zdawał sobie sprawę z tego, co wiózł, lecz wziął się do furmanienia na
pewno w myśl starego powiedzenia: „Dla chleba, panie, dla chleba”. Ruszyliśmy w drogę. Gdy
mijaliśmy Łysą Polanę, doleciał mnie przyjemny zapach dymu. Nie wytrzymałem, zeskoczyłem z fury i
poszedłem w kierunku domostwa. Obejrzałem się i góral też się obejrzał. Nie zatrzymał jednak furki.
Kiwnąłem mu na pożegnanie ręką. W kieszeniach miałem tylko jakieś nędzne grosze. Nie liczyłem
przecież na takie zakooczenie mojego zadania. Deszcz ze śniegiem ciągle padał. Szedłem do chałupy
góralskiej prosid po raz pierwszy w życiu o trochę ciepłej strawy, za darmochę. Coś załamało się we
mnie. Dosyd miałem wszystkiego, co chodby z daleka pachniało lataniem w obłokach, obojętne, jakie
by one nie były.
Taki był żałosny koniec zawodowego konspiratora o wielu pseudonimach: „Malarz”, „Wiśniewski”,
czy jak kto chce jeszcze, „Bartoszek”.

Z zamiłowania jestem społecznikiem, ale przede wszystkim artystą, skłonnym zawsze do


sentymentów. Dlatego też mimo woli przypomniało mi się zakooczenie książki Murgera „Cyganeria”.
Jednego wieczoru Marcel, siedząc w swoim fotelu, z nogami na swoim dywanie, mówił: „Godzę się
chętnie spoglądad w przeszłośd, ale niech to będzie przy butelce prawdziwego wina i w wygodnym
fotelu...”

Niestety nie jestem Marcelem, tylko Stanisławem, ale tak jak on wspominam dawne lata, siedząc w
swojej pracowni. Pracuję społecznie i twórczo - wypełnia to moje życie.

A jednak jeszcze trzydzieści lat temu nie umiałem znaleźd płaszczyzny, na której, tak jak teraz,
mógłbym normalnie pracowad.

Złożyło się na to wiele obiektywnych i subiektywnych przyczyn. Po wielu niepowodzeniach w


ustabilizowaniu się w pierwszych miesiącach po wojnie, nie wiedząc, co mam dalej z sobą robid,
postanowiłem stworzyd własny kąt na ziemi, w którym zgromadziłbym ludzi znajdujących się w
podobnej jak ja sytuacji.

W wyobraźni artysty stworzyłem w Dolinie Chochołowskiej swoje... paostwo. Wydawało mi się, że


dolina ta jest pełna słooca i szczęścia. Tam też umieściłem w myśli to swoje maleokie paostwo...

Niestety, musiałoby się ono nazywad „Chochołów”.

W paostwie tym ludzie mojego pokroju mieliby udowodnid, że są w pełni wartościowi. Byłem
wówczas na takich manowcach myślowych, że prosta droga wydawała mi się zawiła, natomiast
skomplikowana, niebezpieczna - nie budziła we mnie żadnych wątpliwości. W ciszy chałupki
zakopiaoskiej, nad Potokiem, zacząłem tworzyd pierwsze „zręby” swojego paostwa. Według mojego
planu na czele „rządu” miał stanąd triumwirat, składający się z naukowca, artysty i filozofa.
Stanowiska „kluczowe” mieli zajmowad ludzie związani z nauką, sztuką i techniką.

„Paostwo” to miało byd związane „sojuszem” z Polską. Wszelkie zyski, na przykład z dewiz od
turystów, dla których, utworzenie takiego paostwa byłoby atrakcją, wpływałyby do skarbu polskiego.
Lecz głównym celem paostwa „Chochołów” byłoby stworzenie zakątka dla tych, którzy w spokoju
mogliby udowodnid, że są normalnymi, wartościowymi ludźmi.

Realizacja tego planu wydawała mi się w pierwszym okresie pookupacyjnym zupełnie prosta.

W miejscu najbardziej zwężonym, przy wejściu do doliny, stoi prywatne schronisko. Nad nim piętrzą
się skały. Należało je wysadzid w powietrze i zatarasowad złomem skalnym wejście do Doliny
Chochołowskiej. A potem rozpocząd pertraktacje z władzami.

Zacząłem opracowywad szczegóły mojego przedsięwzięcia, lecz równolegle z tym przyszedł do głowy
tak zwany zdrowy rozsądek.

Paostwo „Chochołów” nie doczekało się swego narodzenia na ziemiach Odrodzonej Polski.
Wróciłem do swego zawodu. Mam rodzinę. Pracuję zawodowo i społecznie...
PRACA KONSPIRACYJNA MOICH BRACI

Trudno mi będzie odtworzyd los braci. Czas zaciera pamięd, a wiele tajemnic konspiracji zabrali oni ze
sobą do grobu. Wspomnieo o nich nie mogę łączyd w jedną całośd. O każdym muszę napisad osobno.

Wiesiek nie miał lat piętnastu, jak wybuchła wojna. Jakimi drogami dostał się do organizacji - nigdy
nikomu nie mówił. Pracował w tajnej drukarni. Chodził też na komplety, które zastępowały zamknięte
przez Niemców szkoły. Pracował w dzieo lub w nocy, w zależności od tego, kiedy dostarczano
materiały do druku. Matka szykowała mu jedzenie i przestrzegała, aby uważał na siebie. On tylko
uśmiechał się i zapewniał, że idzie niedaleko, a praca jest bardzo spokojna. Tylko przejśd mały odcinek
Tamką do Solca, a tam już ma swoją „budę”. Ale jaką - nikomu nie mówił. Potem dowiedzieliśmy się,
że lokal konspiracyjnej drukarni mieścił się na drugim piętrze, w domu czynszowym, w oficynie. Na tej
samej posesji w podwórzu stały parterowe murowane przybudówki, w których znajdowała się
nielegalna masarnia. Konspiratorzy-drukarze pracowali w zupełnej ciszy. W kieszeniach ciążyły
odbezpieczone rewolwery. Obok kaszt z czcionkami leżały granaty. To dawało pozorną gwarancję
bezpieczeostwa w wypadku nakrycia lokalu. Gdyby nie było ratunku - mogli sami sobie wymierzyd
wyrok.

Wiesiek tego dnia do pracy powinien iśd po południu. Szary poranek parę minut po godzinie
policyjnej zajrzał do okien mieszkania. Matka w kuchni przygotowuje już śniadanie. Kawa zbożowa
smacznie pachnie gotowana w dużym garnku. Czarny kot jeszcze śpi na przypiecku, tylko nasz
poczciwy pies stoi w przedpokoju i wyraźnie nasłuchuje.

Zaczęliśmy i my nasłuchiwad. Ktoś szybko wchodził po drewnianych schodach. Toy głucho warczał. Po
chwili w umówiony sposób odezwało się stukanie. Otworzyliśmy drzwi. W progu stała moja znajoma -
malarka Królikowska. Wywołała Wieśka:

- Nie możesz iśd do pracy. Drukarnia w nocy wpadła!

W ten sposób dowiedzieliśmy się, że brat nasz pracował w tajnej drukarni Delegatury Rządu.
Drukowano tam „Rzeczpospolitą” i inne drobne druki.. Nigdy też nie przypuszczałem, że moja
koleżanka jest związana organizacyjnie z bratem.

Jak konspiracja, to konspiracja!

Od Królikowskiej dowiedzieliśmy się szczegółów wpadki.

Jest północ.

Tak jak i cała Warszawa, Powiśle tonie w mroku. Obowiązuje wszędzie zaciemnienie. Przed dom
zajeżdżają „budy”. Postacie w mundurach przypadają do muru. Dzwonią na dozorcę, który wychodzi
do bramy.

- Kto tam?

- Proszę natychmiast otwierad, policja!


W zamku zazgrzytał klucz, zanim furta otworzyła się na całą szerokośd, smuga światła z ręcznej latarki
chlusnęła w twarz dozorcy. Do bramy wpadają Niemcy, rozsypują się po całej posesji. A tymczasem w
dwóch lokalach praca idzie pełną parą.

Przepustka Wieśka

W jednym, na parterze, rzeźnik robi wędliny do nielegalnej sprzedaży. W drugim lokalu samotny
konspirator składa materiał do druku nowego numeru gazety, którą Wiesiek ma rano drukowad.

Niemcy wpadają na klatkę schodową. Drukarz słyszy ich głosy i kroki na schodach. Wygasza światło i
podchodzi do okna. Lekko uchyla szczelną zasłonę. W ciemności widzi sylwetki ludzkie. Dom otoczony
jest przez Niemców! Chwyta granat, odbezpiecza, uchyla szerzej okno i rzuca na oślep między
zgrupowaną żandarmerię. Potężny huk, potem jęki i gwałtowny odwrót tych, co byli na klatce
schodowej. Wychyla się przyczajony do skoku. W jednej ręce ściska rewolwer, w drugiej granat.
Ostrożnie otwiera okno drukarni na całą szerokośd.

Cisza! Jęczą tylko ranni.


Nagle otwierają się drzwi od masarni. Wybiega z nich człowiek w piżamie. Jakaś kobieta krzyczy, aby
się zatrzymał.

- Muszę lecied, pewnie kocioł para wysadziła!

Karta żywnościowa Wieśka

Właściciel masarni, przebudzony hukiem, nie zdaje sobie sprawy z tragedii, jaka się rozgrywa w
ciemnościach nocy, przypuszcza, że pracownik, zatrudniony przy wyrobie wędlin spowodował jakąś
awarię kotła. Wybiega z sieni. Natychmiast zostaje otoczony przez gestapowców. Wszystkie światła
latarek kierują się na niego. Korzystając z zamieszania drukarz zeskakuje z okna na dach masarni, a
potem na ziemię. Chwilę nasłuchuje - nikt nie zwraca na niego uwagi. Przesadza mur, jest na terenie
ogrodu szpitalnego. Jeszcze jedno ogrodzenie i już jest na pustych, ciemnych ulicach Powiśla:
Czerwonego Krzyża, Solcu i Tamce. Na szczęście nie ma patroli. W tej dzielnicy Niemcy wolą się nie
pokazywad po godzinie policyjnej. Wyczerpany nerwowo, szczęśliwie dobiega do domu, gdzie mieści
się tak zwany lokal kontaktowy. Nie dzwoni do zamkniętej bramy, tylko w zakamarku muru czeka do
kooca godziny policyjnej. Zaspany dozorca otwiera bramę o świcie i idzie na dalszą drzemkę. Teraz
puka spokojnie do mieszkania Królikowskiej i tam zdaje relację. Był to „Józek” - Józef Masłowski szef
drukarni Delegatury Rządu. Krótki raport i za chwilę sied konspiracyjna jest już poinformowana o
wpadce.

Drukarnia wpadła, ale nikt nie został aresztowany. Kolejny numer „Rzeczypospolitej” nie ukazał się w
terminie, ale w niedługim czasie wszystko wróciło do normy w nowym lokalu. Znalazła się też nowa
maszyna i czcionki. Wiesiek wrócił do pracy.

I znów co rano matka szykowała mu wałówkę i powtarzała słowa, w które sama nie wierzyła:

- Uważaj na siebie!
Jakie były dalsze losy Wieśka piszę na s. 185.

Andrzej miał szesnaście lat. Wieczorami odrabiał lekcje przy karbidówce, a rano lub po południu,
zależy kiedy miał wolny czas, ukrywał książki i zeszyty pod marynarką i biegł na tajne nauczanie. I
znów w otwartych drzwiach mieszkania matka powtarza za nim, jak i za każdym ze swych sześciu
synów: - „Uważaj na siebie i wracaj do domu!”

Andrzej Tomaszewski (pierwszy z prawej) - łącznik oddziału „Rafała” na ul. Smulikowskiego

Jednego popołudnia Andrzej siedział w pokoju ze swoim kolegą. Matka niespodziewanie stanęła w
progu i zastała ich przy segregowaniu nielegalnej prasy. Oparła się ciężko o framugę drzwi i
wyszeptała: „A więc i ty mój mały!?”...

Należał on do Szarych Szeregów. Jego bezpośrednim przełożonym był o dwa lata starszy chłopiec,
używający pseudonimu „Antek”, zawsze skupiony i poważny. Przeciwieostwem „Antka” był
„Zygmunt” komendant Szarych Szeregów na całą dzielnicę Powiśle. Zawsze uśmiechnięty, tryskający
humorem. Kulał trochę na nogę.

Andrzej wykonywał różne polecenia, ale najbardziej wyspecjalizował się w dostarczaniu do domów,
gdzie mieszkali folksdojcze czy Niemcy, dywersyjnej bibuły, drukowanej przez podziemną organizację.
Zwinnie wsuwał pod drzwi komunikaty i jak kot zmykał. Chłopcy z Szarych Szeregów byli „ wszędzie i
wszędzie działali, nawet ulicznych sprzedawców ostrzegali przed patrolem niemieckim. A przy tym
nie zapominali o nauce na tajnych kompletach.

W niedzielę Andrzej razem z kolegami udawał się na rozkaz „Zygmunta” na „wycieczkę”. Najczęściej
gromadzili się w podwarszawskich lasach. Tam odbywali dwiczenia wojskowe. Los Andrzeja przez całą
okupację i powstanie związany był z Szarymi Szeregami na Powiślu i jego komendantem
„Zygmuntem”. Obserwował podejrzanych, przenosił różne materiały jako łącznik. Gdy były to duże
paki, ktoś z kolegów zawsze go ubezpieczał. Gdy były to meldunki - nosił je w skrytkach.
Władek był rosłym chłopakiem o miłej powierzchowności, z dużą jasnoblond czupryną. Po południu
chodził na tajne komplety. W dzieo pracował w fabryce „Avia” przy ulicy Siedleckiej, w laboratorium.
Czasami przynosił do domu egzemplarze konspiracyjnych pism lewicowych.

Do „Avii” co dzieo przywożono transporty Żydów z getta.

W większości byli oni zatrudniani przy pracach pomocniczych, natomiast specjaliści przy pracach
technicznych. Władek, idąc do pracy, zawsze wkładał na siebie dwa ubrania. Po przyjściu do
laboratorium natychmiast się przebierał, a zapasową odzież chował do skrytki. Ktoś z organizacji
konspiracyjnej w fabryce dostarczał mu informacje, jakiego Żyda ma wezwad do siebie, w celu
„stwierdzenia” jego zdrowia i stanu sanitarnego. Byli to ludzie ruchu oporu na terenie getta. Z nimi
można było uzgadniad ewentualne akcje bojowe i polityczne oraz sposoby niesienia pomocy dla
ludności żydowskiej.

Władek po otrzymaniu dyspozycji, tuż przed zakooczeniem pracy wzywał do laboratorium


wskazanego człowieka. Przyprowadzał go strażnik „Avii”, który był członkiem tajnej organizacji.
„Badanie” było krótkie: zdjąd łachy z gwiazdą i przebrad się w przyniesione ubranie cywilne.

Równocześnie z sygnałem fabrycznym, obwieszczającym koniec pracy, Władek wypuszczał z


laboratorium „badanego”, zaopatrzonego w fałszywe dokumenty. Ciężarówki zajeżdżały po „siłę”
roboczą, aby odwieźd ją do getta. Przy przeliczaniu byli swoi ludzie, i tak liczyli, aby strażnicy
niemieccy nie zauważyli braku jednej lub dwóch osób.

W wielu wypadkach mieszkanie nasze służyło jako punkt przejściowy dla tych uciekinierów. Władek
nigdy nie zwierzał się, czy jego działalnośd konspiracyjna ograniczała się wyłącznie do powyższej akcji.
To zostało jego tajemnicą. Po moim aresztowaniu i ucieczce z Pawiaka zobaczyłem się z nim dopiero
w czasie powstania. Nie było czasu na zwierzenia. Władek pracował w, kolumnach sanitarnych.
Poniósł śmierd w czasie jednego z nalotów na Śródmieście.

Jerzy był dzieckiem chorowitym, co zawsze napawało matkę lękiem. Staraliśmy się zdobyd dla niego
Ausweis.

Rok 1940.

Aby nie byd złapanym na roboty, młodzi czy starzy, wszyscy starali się mied zaświadczenie o pracy. Z
naszej paczki z ulicy Tamka, Władek Baran już w pierwszych miesiącach okupacji został zaangażowany
jako laborant do firmy „Foto-Rys”, mieszczącej się na Marszałkowskiej w pobliżu ulicy Siennej.
Laboratorium to zostało świetnie wyposażone przez Niemców i znajdowało się pod zarządem
okupanta. Komisarzem placówki był treuhänder Herbert. Głównym fotoreporterem - Bilażewski,
człowiek zaufany Gestapo. Jerzy, dzięki Władkowi, zaczął pracowad w „Foto-Rysie” jako laborant przy
wywoływaniu taśm filmowych. Między innymi w „Foto-Rysie” pracował Honowski, który należał do
specjalistycznych komórek w konspiracji. Obserwował on chłopców i pomału wciągał ich do swojej
podziemnej pracy. Polecił im baczne przeglądanie materiału, jaki dostarczał Bilażewski, i uszkadzanie
błony w filmach, na których widad było twarze; filmy, którymi mogłaby zainteresowad się organizacja,
należało kopiowad. Pierwszy złapany przez Jerzego film robiony był na terenie getta warszawskiego.
Przedstawiał on życie jego mieszkaoców. Jerzy natychmiast skopiował taśmę i, tak jak było
umówione, wrzucił ją do kosza z odpadkami. Kosz ten posługaczka, pracująca dla konspiracji,
wynosiła do śmietnika. Jakieś inne ręce dostarczały te materiały dalej. Pewne filmy wykonywane
przez Bilażewskiego były robione przez teleobiektyw. Widad było na nich ludzi wchodzących do
domów, kawiaro i temu podobnych lokali.

W „Foto-Rysie” zatrudniono fotografa z Poznania, amatora boksera, Mieczysława Kucharskiego.


Skierowała go tu organizacja podziemna. Teraz powstało zakonspirowane laboratorium pracujące dla
podziemia. Wykonywano odbitki -z filmów dostarczonych przez Niemców, kopiowano wszystkie
szkice i raporty, jakie się na tych filmach znajdowały. Cały materiał wędrował do kosza, a potem do
naszych podziemnych lokali.

W roku 1941 organizacja orzekła, że dalsza działalnośd Bilażewskiego staje się niebezpieczna. Z
wyroku sądu Polski Podziemnej został wykonany na nim wyrok śmierci. Herberta władze niemieckie
przeniosły do innego laboratorium. Brat i jego koledzy zmuszeni byli zdwoid czujnośd. Któregoś
wieczoru - Jerzy został powiadomiony przez Barana, żeby nie szedł do „Foto-Rysu” i uciekał z domu.

W „Foto-Rysie” wpadka!

Honowski został rozszyfrowany przez Gestapo. Próbowano go aresztowad w jego mieszkaniu na


Saskiej Kępie przy ulicy Walecznych. Dom został otoczony. Honowski bronił się, lecz była to obrona
beznadziejna i ostatnią kulę wpakował sobie w skroo.

W kilka dni później „Biuletyn Informacyjny” podał krótki komunikat: - „Z wyroku sądu Polski
Podziemnej został zabity w mieszkaniu własnym funkcjonariusz Gestapo fotograf Herbert”.

Jerzy i Kucharski po ucieczce założyli natychmiast swoją własną komórkę fotograficzną w prywatnym
laboratorium Leszczyoskiego, który był całym sercem oddany sprawie podziemia. Laboratorium to
mieściło się przy ulicy Chmielnej niedaleko Brackiej, w domu, w którym znajdował się mały hotel.
Prąca ich, polegała głównie na przefotografowywaniu meldunków przeznaczonych dla kurierów na
mikrofilmy.

Drugą specjalnością tego zakładu fotograficznego było wykonywanie dokumentacji fotograficznej


ulicy warszawskiej. W tym celu przeszkalano zaufanych fotoreporterów. Pracowali oni na aparatach
„Certo-Dolina” o zbliżającej soczewce. Chodziło o to, aby jak najdokładniej można było stworzyd
dokumentację łapanek ulicznych, egzekucji i innych akcji terrorystycznych przeprowadzanych przez
okupanta.

Do laboratorium, w którym pracował Jerzy, nie miał nikt dostępu. Materiały przezeo przygotowane
były oddawane do kiosku z papierosami na rogu ulicy Marszałkowskiej i Królewskiej. Tam odbierała je
łączniczka „Basia” (Barbara Strasburger). Jednym z haseł, jakimi się posługiwała przychodząc do
budki, było pytanie: „Czy jest tytoo Pursiczan?” Inny punkt kontaktowy, dla innej znów organizacji,
mieścił się w cukierni na Nowym Świecie. Tam kontakt był na „Krzysztofa”. Pod koniec 1942 roku
nastąpiła wpadka jednego z kurierów, który prawdopodobnie orientował się, w jakim mniej więcej
miejscu znajduje się laboratorium - taką informację otrzymali od Wydziału Bezpieczeostwa AK. Jerzy z
kolegami postanowili przenieśd laboratorium na ulicę Książęcą. Była to teoretycznie bezpieczna
lokalizacja, przy zachowaniu maksimum ostrożności. Ulica ta była bowiem zasiedlana przez Niemców,
których przenoszono z domów rozsianych W różnych częściach Warszawy. Dom stał opodal ulicy
Rozbrat, a mieszkania użyczyli wielcy patrioci paostwo Ilikiewiczowie.
Tu powstała właściwie cała fabryka. Wywoływano filmy, robiono zdjęcia i powiększenia, kopiowano
raporty dla wielu organizacji, które miały swoich kurierów do łączności z zagranicą. Równocześnie
Jerzy otrzymywał raporty na mikrofilmach, które przychodziły z zagranicy do władz organizacji
podziemnych. Tu je wywoływano i robiono czytelne odbitki.

Jerzy zakooczył swoją pracę w laboratorium wraz z wybuchem powstania warszawskiego.

Teraz przyjdzie kolej opisad przeżycia mojego piątego brata Zbigniewa i jego kolegów.

On jeden z naszej szóstki prawie całą okupację przebywał w więzieniu na Pawiaku z wyrokiem
śmierci, a potem został przewieziony do obozu koncentracyjnego.

Rok 1941.

Zbyszek pewnym krokiem wszedł do bramy przy ulicy Poznaoskiej 38. Na czwartym piętrze stanął
przed drzwiami mieszkania Lewandowskich. Zanim zdążył nacisnąd dzwonek, drzwi się otworzyły i
potężny cios między oczy powalił go na ziemię. Ocknął się w osławionym „tramwaju” na Szucha. Po
pewnym czasie drzwi otworzył gestapowiec i wezwał go do wyjścia. Wśród krzyku i bicia
przeprowadzono Zbyszka do niedużego pokoju, gdzie pod ścianą stała Wanda Lewandowska. Na stole
leżały dowody rzeczowe: powielacz, radio, klisze, komunikaty i rękopisy. Wszystko to znaleziono
podczas rewizji. Trzech gestapowców położyło Zbyszka na stołku i bez żadnych pytao rozpoczęło się
młócenie po całym ciele pałką gumową i pejczami. Od czasu do czasu przerywali na moment
katowanie i zadawali jakieś zdawkowe pytania. Na żadne z nich nie odpowiadał. W koocu
zemdlonego wrzucono z powrotem do celi. Podświadomie przypomniał sobie, że w tylnej kieszeni
spodni znajdują się jeszcze materiały i fałszywy dowód, którego gestapowcy nie zauważyli. Wyciągnął
to wszystko, podarł na drobne strzępy i zaczął szybko połykad.

Minęło kilka dni. Pobyt na Szucha był jednym pasmem udręki i cierpieo. Systematycznie bity nie
chciał się do niczego przyznawad. Gdy tracił przytomnośd - wlewano mu wodę do gardła lub
zanurzano głowę w wiadrze i trzymano aż, do objawów duszenia się. Z celi do pokoju przesłuchao
prowadzony był za pasek przywiązany do szyi. W nocy co pewien czas zapalano i gaszono silne
reflektory sprawdzając, czy stoi na bacznośd.

My dowiedzieliśmy się o wszystkim przez „Łysego Andrzeja” (Tadeusz Gorzkowski), który był
kierownikiem komórki więziennej AK. Wszystkie próby złagodzenia jego losu poprzez przekupienie
przez organizację dolmeczera na Szucha spełzły na niczym. Któregoś dnia wprowadzono brata do
pokoju przesłuchao. W kącie na podłodze, w jaskrawym świetle leżały ciała dwojga martwych ludzi.
Ciało kobiety przedstawiało jedną siną plamę, ze skroni mężczyzny sączyła się struga krwi, Kazano mu
usiąśd na krześle. Tłumacz oświadczył, że za chwilę taki sam los jego spotka, o ile nie będzie zeznawał.
Zbigniew nie wytrzymał nerwowo i rzucił się na najbliżej stojącego gestapowca, chcąc w ten sposób
przeciąd pasmo swojej męczarni. Zamiast kuli, na którą czekał, posypały się na niego uderzenia,
tratowano go nogami i bito głową o ścianę.

Nie wie, kiedy odzyskał przytomnośd. Leżał na betonie, ręce miał skute kajdankami. Od tego
momentu dwa razy dziennie zjawiał się na chwilę w jego celi więzieo funkcyjny, z pochodzenia Czech,
imieniem Józef. Stawiał kubek jakiejś zupy i starał się zawsze szepnąd chod jedno słowo otuchy. Po
dłuższym pobycie w alei Szucha Józef został zastrzelony na tyłach gmachu Gestapo.

Którejś nocy brat usłyszał skradające się kroki na korytarzu. Skulił się i instynktownie podpełzał bliżej
drzwi. Przez wizjer padł w głąb celi skrytobójczy strzał rewolwerowy.

Zbyszek ocalał. Po kilku dniach znów wezwano go do pokoju przesłuchao i zdjęto kajdanki.
Gestapowcy kazali mu podpisad protokół przesłuchao. Odmówił, twierdząc, że nic nie zeznawał.
Machnęli ręką i wsadzili do „tramwaju”. Po dwutygodniowym pobycie na Szucha przewieziono go za
mury Pawiaka. Tu poddany rewizji osobistej i przeglądowi sanitarnemu został ponownie skuty i
zamknięty w izolatce, gdzie na drzwiach umieszczono napis: - „streng isoliert”.

Kajdany wżarły mu się w opuchnięte ręce. Dokuczliwe zimno, roje robactwa i samotnośd wprawiały w
stan depresji. Czas dłużył się niemiłosiernie.

A my na zewnątrz robimy gwałtowne starania, aby uwolnid brata. Otrzymujemy wiadomości, że


Zbigniew jest chory i bliski załamania. Wysyłamy paczki żywnościowe, ale ich zawartośd jednak jest
ograniczona. Nie wolno dostarczad ani tłuszczu, ani cebuli, która przeciwdziała szkorbutowi.

Któregoś wieczoru Zbigniew, kładąc się spad usłyszał podejrzany zgrzyt w zamku. W uchylonych
drzwiach celi stał strażnik polski Zygmunt Starosta, związany z komórką konspiracyjną działającą
wśród więźniów. W kilku zdaniach wyjaśnił, że od dłuższego czasu czynione są próby nawiązania z
nim łączności, zarówno przez rodzinę jak i organizację. Równocześnie Starosta wręczył mu gryps,
ołówek i kawałek papieru na odpowiedź.

Któregoś dnia w czasie „spaceru” Zbyszek zobaczył Lewandowskiego. Wyglądał strasznie. W marcu
1942 roku brat otrzymał dwa grypsy: jeden od rodziny, drugi od „Włodzimierza”, który donosił mu o
planowanej ucieczce kilku więźniów z Pawiaka. W grupie tej uwzględniono również i jego. Ostateczną
decyzję musiał powziąd sam Zbigniew. Pokusa była wielka, lecz obawiał się, że ucieczka może
spowodowad represje w stosunku do rodziny. Odmówił.

Pod koniec marca esesmani wywołali z celi więźnia-tłumacza Weismüllera. Następnie wprowadzili do
kancelarii oddziałowej strażnika Starostę i postawili mu zarzut, że działa na szkodę Niemiec. Strażnik
został wywieziony do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu z kartą oznaczoną krzyżykiem, tak
zwaną „celkówką”. Wkrótce został rozstrzelany.

Zbigniew tymczasem coraz bardziej zapadał na zdrowiu. Odbite nerki, stała gorączka i biegunka
głodowa wycieoczały jego organizm. Wciąż ponawiał prośby o zapisanie go do lekarza. Pewnego dnia
ze zdziwieniem dowiedział się, iż wachmeister Müller wyraził na to zgodę. Zaprowadzono go do
szpitala więziennego, gdzie lekarz-więzieo dr Zygmunt Śliwicki stwierdził bardzo ciężki stan zdrowia i
zwrócił się z prośbą do Niemca, aby zezwolił więźniowi przychodzid na zabiegi. Po tygodniu znów
znalazł się u dra Śliwickiego. Zbigniew stanął na bacznośd, tak nakazywał regulamin więzienny. Doktor
stał do niego tyłem i żywo rozmawiał z Müllerem, a założonymi do tyłu rękoma podał Zbigniewowi
nowy gryps, z którego brat dowiedział się, że bez przerwy robione są starania o jego uwolnienie.
Gryps zawierał również instrukcję, aby usiłował zapisad się do lekarza i dentystki.

Z treści tych kilku słów zrozumiał, że pomimo aresztowania strażnika polskiego łącznośd z miastem
ciągle istnieje. Dni na Pawiaku dłużyły się i poza pocieszającymi grypsami nic nie wskazywało, że
może kiedyś odzyskad wolnośd. Urozmaiceniem były kąpiele. W łaźni więźniowie z izolatek starali się
wzajemnie pocieszad i przekazywad wiadomości, jakie posiadali. Po kilku takich spotkaniach Zbigniew
nawiązał kontakt z redaktorem Janem Sołtanem, kpt. Kołotką, Czesławem Kuleszą i Wacławem
Kwiatkowskim. Szczególną sympatią darzyli się z Kwiatkowskim, który mając bardzo poważną sprawę
swoim pogodnym zachowaniem bardzo podtrzymywał współtowarzyszy na duchu. Wpadł on pod
przybranym nazwiskiem. W czasie śledztwa w Gestapo na Szucha rozszyfrowano go; udowodniono
pracę w konspiracji i działalnośd w PPR.

Przyszła noc 27 na 28 maja 1942 roku. Więźniów obudził warkot samochodów, a po paru minutach
krzyki i tupot na korytarzu. Żelazna krata od oddziału, na którym siedział brat, z hałasem została
otwarta. Gestapowcy wpadali z celi do celi, wywoływali więźniów z listy i bijąc ich wyganiali na
korytarz. Po celach ogólnych przystąpiono do otwierania izolatek. Padły nazwiska: Zielioski, Szulc,
Sołtan i Lewandowski. Wszyscy oni byli oskarżeni w tej samej sprawie co i Zbigniew. Po pewnym
czasie zazgrzytał klucz w sąsiedniej celi, a potem okrzyk: „Wacław Kwiatkowski, raus!” Następnego
dnia Zbigniew podsłuchał rozmowę więźniów funkcyjnych sprzątających korytarz. Mówili o nocnej
egzekucji. Z Pawiaka odszedł transport około 200 więźniarek i więźniów. Gestapowcy wywieźli
wszystkich z zakneblowanymi ustami i zawiązanymi oczami w lasy sękocioskie koła Magdalenki. Tam
rozegrał się ostatni ich dramat. Ta egzekucja, jak pisał w grypsie, wstrząsnęła nim głęboko. Z
krążących pogłosek dowiedział się, że poniósł w niej śmierd mjr Roman Kukiełło. Jakimś cudem zerwał
on z oczu opaskę i wraz z innymi więźniami rzucił się na pluton egzekucyjny. Zbigniew, w czasie
dalszego pobytu na Pawiaku, miał kontakty konspiracyjne z jego żoną Kazimierą („Dziadunio”) i córką
(„Lila”), których jednak nie znał osobiście. Matka i córka pracowały w tak zwanym Centralnym
Punkcie Łączności z Pawiakiem, który mieścił się do aresztowania majora przy ulicy Królewskiej 29a w
ich mieszkaniu. Kierownikiem komórki był Jan Roszkowski, a następnie Jan Redzej („Klemens”).

W sierpniu 1942 roku aresztowano w Warszawie kilka osób poważnie obciążonych działalnością
sabotażową i dywersyjną. To aresztowanie skomplikowało pracę w komórce „N”, gdyż baliśmy się, że
trop, na który wpadli hitlerowcy, doprowadzi ich do nas. Większośd aresztowanych w tej sprawie
Gestapo nakazało trzymad w odosobnieniu. Izolatek było jednak niewiele na Pawiaku. Zmusiło to
władze więzienne do przeniesienia tych więźniów, których sprawy zostały zakooczone, z izolatek do
cel ogólnych. Dzięki temu Zbyszek znalazł się we wspólnej celi.

Funkcyjny pisarz, więzieo inżynier Stanisław Zelent, który do niedawna siedział w izolatce i należał do
organizacji konspiracyjnej na Pawiaku, zajął się całą grupą, do której należał brat. Zbigniew zaczął
wykonywad maty ochronne ze słomy. Po kilku dniach przerzucony został do magazynu
gospodarczego.

Dzięki tej funkcji i przy poparciu więźnia Antoniego Szukalski ego nawiązuje kontakt z Wandą
Lewandowską z Serbii (oddział kobiecy Pawiaka). Przez nią pomału zaczął wciągad się w życie
konspiracyjne więzienia. Z nowej funkcji cieszył się jednak krótko. Pewnego dnia brat zauważył, jak
więzieo Andrzejewski, również pracujący w magazynie, zbliżył się do zakratowanego okienka w celi
oddziału ósmego, znajdującego się w suterenie, i błyskawicznie podał komuś małą paczkę. Ruch ten
nie uszedł uwagi wachmeistra Müllera. Niemiec zmusił Andrzejewskiego do zatrzymania się przy
okienku celi. Inny gestapowiec wyciągnął na podwórze więźnia, który otrzymał paczkę. Sąd nad nimi
odbył się w kancelarii więziennej. Otrzymali niezliczoną ilośd batów; nieprzytomnych wrzucono do
ciemnicy. Za karę wszystkich więźniów funkcyjnych skierowano z powrotem do cel ogólnych, a ich
miejsce zajęli więźniowie-kryminaliści.

Kierownictwo pawiakowskiego podziemia zwróciło uwagę na Zbyszka. Miał on umysł, który wszystko
notował i pamiętał. To zadecydowało, iż więzieo funkcyjny inż. Zelent wiadomym sobie tylko
sposobem postanowił wyciągnąd go z powrotem „na funkcję”. Otrzymał stanowisko korytarzowego
oddziału; do jego obowiązków należało między innymi rozdzielanie posiłków. Mógł teraz nawiązywad
kontakty z więźniami funkcyjnymi z innych oddziałów oraz z więźniarkami funkcyjnymi z „Serbii”.

W „Czarnej Pralni”, gdzie przynoszono bieliznę więźniów, następowała wymiana grypsów i informacji
między więźniami oddziału męskiego i kobiecego. W niesieniu pomocy swoim współtowarzyszom
wyróżniały się szczególnie: Wanda Lewandowska, Halina Hiszpaoska, Jadwiga Dziekooska, Zofia
Godlewska oraz strażniczki polskie: Ludwika Uzarówna („Myszka”), Maria Mosakowska, Maria
Rosłooska („Kaczusia”) i inne. Przy rozdzielaniu paczek żywnościowych Zbigniew nawiązał kontakt z
polskim strażnikiem Karolem Piłką. Był on jednym z niewielu pracowników polskiej służby więziennej
na Pawiaku, którego gestapowcy nie zlikwidowali w ostatniej rozwałce. Piłka pracował w komórce
wyznaczonej mu przez polskie podziemie. Za jego pośrednictwem na Pawiak i z Pawiaka wysyłano i
dostarczano grypsy, przekazywano listy straconych i wywożonych do obozów, informowano
organizacje podziemne o ludziach zatrzymanych przez Gestapo. Piłka narażony był w każdej chwili na
rewizję, która zakooczyłaby się wiadomym wyrokiem.

Brat jako funkcyjny mógł systematycznie odwiedzad szpital na Pawiaku i na Serbii. Tu nawiązał
kontakt z lekarką Anną Sipowicz, dr. Felicjanem Lothem, dr. Anną Czuperską, Krystyną Osowką oraz
Ireną Konorowicz. Równocześnie rozpoczął współpracę ze Stanisławem Kocięckim, Stanisławem
Modzelewskim, Jerzym Porazioskim, Januszem de Phull i Marianem Kobrzyckim. Zatrudnieni oni byli
w charakterze laborantów-sanitariuszy. Zbigniew powoli odzyskiwał wiarę i spokój wewnętrzny.
Wszyscy funkcyjni oddani byli bez reszty sprawie niesienia pomocy więźniom politycznym. Przez ręce
Zbyszka, dzieo w dzieo, przechodziło kilkanaście grypsów. Najdogodniejszym momentem ich
przekazywania była pora wydawania posiłków i moment, kiedy więźniów wypuszczano z cel do
ubikacji więziennej. Pracę tę trzeba było wykonywad bardzo ostrożnie, gdyż każdy ruch więźnia
funkcyjnego bacznie obserwowali strażnicy niemieccy i ich pomocnicy rekrutujący się z renegatów
ukraioskich.

Na oddziale Zbyszka było zatrudnionych kilku więźniów kryminalnych, którzy mieli wyjątkowo
sympatyczny i uczynny stosunek do więźniów politycznych. Zbigniew zwrócił się kiedyś do nich z
propozycją, aby nauczyli go otwierad cele bez posługiwania się kluczami. Nauka szła początkowo
opornie, trzeba było stale mied się na baczności w czasie „szkolenia”, lecz po kilku dniach opanował
tę sztukę. Najciekawsze, że za narzędzie do otwierania zamków służył tylko palec wskazujący.
Należało przez otwór znajdujący się u góry potężnego zamku, umiejętnie naciskad różne sprężynki.
Pomału rygiel się usuwał. Następną czynnością było ciche podniesienie sztaby. Nie sprawiało to już
żadnej trudności.

Teraz Zbigniewowi łatwiej było dostarczad i odbierad grypsy od więźniów znajdujących się w celach,
gdyż jako funkcyjny miał względną łatwośd poruszania się po korytarzach.

Od chwili kiedy otrzymaliśmy wiadomośd, że brat przeszedł śledztwo, został wypuszczony z izolatki i
pełni funkcję w kolumnie sanitarnej - w rodzinie naszej nastąpiła pewna stabilizacja. Bracia zaczęli
nocowad w mieszkaniu rodziców, zachowując jednak wielką ostrożnośd. Starania o zwolnienie
Zbyszka nie ustawały. Naciskaliśmy komórkę więzienną, aby robiła wszystko co w jej mocy.
Równocześnie próbowaliśmy wykupid go z Gestapo za pieniądze. W Generalnej Guberni niektórzy
ludzie, tylko im wiadomymi sposobami, trudnili się pośrednictwem w uwalnianiu więźniów za słone
łapówki. Czasami dawało to pożądane rezultaty. Pewnego dnia ułatwiono mi kontakt z takim
człowiekiem. Udałem się do domu na ulicy Nowogrodzkiej róg Kruczej na pierwsze czy drugie piętro,
gdzie miała mieszkad jakaś pani doktor. Był wieczór. W umówiony sposób zadzwoniłem do drzwi.
Wprowadzony zostałem do pokoju, w którym panował półmrok. Na tapczanie leżała piękna kobieta
w szlafroku. Była to „pani doktor”, doskonale poinformowana w czyjej sprawie przychodzę.
Przystąpiła od razu do rzeczy mówiąc, że traktuje sprawę honorowo, ale niestety inne osoby nie chcą
zajmowad się aresztowanymi za darmo. Wymieniła pewną sumę.

W pewnym momencie miałem wrażenie, że za grubą kotarą zasłaniającą okno ktoś się poruszył.
Udałem, że nic nie zauważyłem i po namyśle odpowiedziałem, że sumę tę następnego dnia przyniosę.

Czym prędzej wycofałem się z tego lokalu. Po powrocie do domu na stole zastałem kartkę, abym
natychmiast zgłosił się do łączniczki „Andrzeja” - szefa komórki więziennej. Dowiedziałem się od
niego, że z Pawiaka nadszedł raport o rozstrzelaniu grupy więźniów. Między innymi podano nazwiska
inż. Słomioskiego, aktora Tadeusza Frenkla (syn Mieczysława, znakomitego aktora Teatru
Narodowego), red. Stanisława Szaniawskiego, inż. Jana Dybowskiego oraz studenta Zbigniewa
Tomaszewskiego. Wszystkie nadzieje i radośd, że wyszedł zwycięsko ze śledztwa, w jednym
momencie obróciły się w gruzy.

Do drzwi ktoś zapukał w umówiony sposób. Kiedy je otworzono, wpadł jak huragan łącznik
„Andrzeja”. Zorientował się błyskawicznie w sytuacji, chwycił mnie za ramię i wyrzucił z siebie:

- Miedza! Raport jest prawdziwy, lecz nie chodzi tu o „Dyrektora” (był to pseudonim więzienny
mojego brata), rozstrzelany został inny Tomaszewski, brat twój w dalszym ciągu jest funkcyjnym.

Zakomunikowałem „Andrzejowi” o moim pobycie na Nowogrodzkiej. Za jego radą więcej się tam nie
pokazałem, gdyż kontakt ten był bardzo podejrzany.

Tymczasem od października 1942 roku zaczęła się sypad łącznośd między komórkami więziennymi a
konspiracją na zewnątrz. Któregoś dnia na oddział VII wkroczyło SS. Wezwali do siebie Müllera, który
był prawdopodobnie przekupiony przez naszą organizację, gdyż przenosił z Pawiaka i na Pawiak
materiały powierzane mu przez komórkę łączności w więzieniu. Przeprowadzono w jego pokoju
rewizję. Pozbawiono go pasa i broni, następnie przewieziono na Szucha, a stąd przetransportowano
do Krakowa. Dalszy ślad po nim zaginął.

Nie minęło kilka dni i znów nadszedł raport. Esesmani wykryli nowe ognisko łączności z miastem.
Skrytka urządzona była w wozie przywożącym chleb do kuchni Pawiaka. Nie trzeba mówid, jakimi
metodami było prowadzone śledztwo, które miało doprowadzid do źródła inspiracji i jej
organizatorów.

„Czarna seria” na Pawiaku trwała nadal. Jeden z wachmanów pochodzenia ukraioskiego przychwycił
dwóch więźniów funkcyjnych na przekazywaniu grypsów. Zaostrzono rygor. Na różne stanowiska
Gestapo przysyłało swych szpiclów. Jednym z nich, który bardzo dał się we znaki więźniom, był Rudolf
Ropek. Miał on za zadanie rozszyfrowanie systemu krążenia poczty więziennej oraz wychwycenie
nazwisk wszystkich tych osób, które w tej akcji brały udział. Gestapo świetnie się orientowało, że
poprzednie wypadki są zaledwie małym ogniwem działalności organizacji konspiracyjnej.

Jesieo 1942.

Warszawa przeżyła wielki wstrząs. Syreny alarmowe obwieszczały naloty. Ulice pustoszały. Nad
miastem ukazały się samoloty radzieckie. Głucha kanonada niemieckiej artylerii przeciwlotniczej i
wściekły warkot myśliwców przypominał nam wrzesieo 1939 roku. Wtenczas przeżywaliśmy dramat -
teraz na te ataki lotnictwa patrzyliśmy z optymizmem.

Nalot się skooczył. Dokonano bombardowao obiektów wojskowych. Warszawiacy, jak zwykle ciekawi,
wychodzili na ulice, aby na własne oczy przekonad się, czy bomby trafiały cele. Na twarzach
wszystkich widad było uśmiech nadziei.

W czasie walk lotnictwo radzieckie straciło kilka samolotów. Niektórzy piloci wyskakiwali na
spadochronach. Zostali schwytani i zamiast do obozów jenieckich przewieziono ich na oddział V
Pawiaka. Z początku niemiecka służba więzienna obchodziła się z nimi kurtuazyjnie, tak jak z jeocami
wojennymi. Były to jednak pozory. Pewnego dnia wachmeister Höller wezwał do siebie tłumacza
znającego rosyjski, więźnia Bruczyoskiego. Esesmani wywołali z celi dwóch więźniów radzieckich,
tłumacząc im, że idą tylko na przesłuchanie. W rzeczywistości wyprowadzono ich na teren getta w
asyście uzbrojonych gestapowców: Nie minęło kilkanaście minut, a odgłos dwóch salw obwieścił
więźniom o nowym mordzie dokonanym przez okupanta. Nazwisko jednego z lotników, według
relacji Zbigniewa, brzmiało - Jewrejsimow.

Listopad 1942.

Następni lotnicy wyprowadzeni zostali z cel. Teraz już wachmeistrzy niemieccy nie maskowali tego, co
czeka więźniów. Wśród bicia i szykan przeprowadzano żołnierzy radzieckich do celi śmierci na
oddziale VI. Tu ofiary rzuciły się na swoich oprawców. Stoczyli z nimi krwawą walkę. Obezwładnieni i
skatowani zostali zamknięci w celi śmierci. Następnego dnia dokonano na nich morderstwa. Do
bezbronnych oficerów lotnictwa radzieckiego strzelali esesmani: wachmeister Krummschwidt,
oberwachmeister Bürlek i wachmeister Höller. Powodem wydania wyroku śmierci była odmowa
wstąpienia do ochotniczych oddziałów rekrutowanych spośród renegatów ukraioskich.

W nocy z 9 na 10 stycznia 1943 roku wielka łapanka objęła całą Warszawę. Ludzi wyciągano z domów,
tramwajów, kościołów i dworców kolejowych. Nie oszczędzano starców, dzieci ani kalek. Pawiak
zaroił się od tych ludzi, których nie wciągano do ewidencji więziennej. 17 stycznia w ciemny zimowy
poranek ciężkie samochody zajechały na podwórzec więzienny. Wachmeister Edel rozkazał otwierad
cele i wyprowadzid więźniów, którzy mogli zabrad swe osobiste rzeczy. Równocześnie oznajmił, że
będą przetransportowani na roboty do Niemiec.

Długie szeregi ludzi zapełniły ciemne korytarze więzienne oświetlone małymi żarówkami. Wśród nich
znaleźli się prawie wszyscy współtowarzysze brata z cel roboczych: inż. Zelent, Jerzy Kłossowski,
Czesław Kulesza, Mirosław Kowalski i inni. Ponury pochód skierowano schodami prowadzącymi na
dziedziniec więzienny. Brat jako funkcyjny stał na korytarzu i żegnał ich wzrokiem.

W pewnym momencie Zbigniewa wezwał do siebie wachmeister Edel. Oznajmił, że zostaje pisarzem
na oddziale II. Równocześnie ma przenieśd wszystkie rzeczy do tak zwanej celi schreibera. Była to cela
widna, dwuosobowa, o oknach wychodzących na dziedziniec. Mógł teraz swobodnie obserwowad i
notowad dokładnie to, co działo się na podwórzu.

Po paru dniach dowiedziano się, że transporty zostały skierowane do obozu na Majdanku.


Wywieziono wtenczas z Pawiaka około 1000 mężczyzn i 300 kobiet. Ilu było w tych transportach ludzi
z łapanek ulicznych - tego nie udało się ustalid.

Siedząc na Pawiaku od 1942 roku aż do powstania warszawskiego, Zbigniew wyrobił sobie własny styl
kontaktowania się z więźniami. Nabrał dużej rutyny i zdolności zwięzłego i rzeczowego informowania
o wypadkach w więzieniu. Dzięki swej wprawie i intuicji rozszyfrowywał nasłanych konfidentów
Gestapo. Wówczas odbywał narady z dr. Śliwickim i dr. Lothem, jak należy postępowad z takim
osobnikiem i jak w porę strzec więźniów o grożącym im ze strony kapusia niebezpieczeostwie.

W kwietniu 1944 roku na całym dolnym Żoliborzu rozpoczęła się na wielką skalę obława przy udziale
wojska i żandarmerii. Wszystkie prawie domy były poddawane rewizji. Akcję prowadził kierownik
referatu żydowskiego w getcie Brandt, nazywany popularnie w żargonie więziennym „Fater der
Juden”. Między innymi został aresztowany mój kolega, artysta malarz Mieczysław Mussil. Znaleziono
u niego ukrywającą się żydowską rodzinę oraz siedemnastoletnią sierotę uratowaną z getta. Zbyszek
zjawił się któregoś dnia w jego celi i wręczył parę kartek papieru oraz ołówek. Zaproponował, aby
narysował kilka szkiców współwięźniów. Następnego dnia odebrał te rysunki i pokazał
Scharführerowi Krügerowi. Ten zachwycił się podobiznami i kazał wyreklamowad więźnia z celi
ogólnej do celi więźniów funkcyjnych jako „nadwornego portrecistę”. Brat zorientował się, że istnieje
możliwośd uratowania kilku ludzi parających się plastyką zarówno zawodową jak i amatorską. W ten
sposób pewna grupa więźniów stała się artystami na „użytek” gestapowców. Liczne kiczowate
ilustracje fantastycznej flory mórz południowych, łabędzie i „ledy” zaczęły ozdabiad pokoje funkcyjne
esesmanów. Zbyszek stworzył z tych więźniów grupę informatorów, którzy przekazywali mu to, co
usłyszeli od wachmeistrów.

Do domu wiadomości przychodziły dośd systematycznie. Nieraz strażnik więzienny przynosił gryps i
opowiadał nam szczegóły o życiu brata na Pawiaku, jak wygląda, jak się zachowuje. Z wiadomości
tych wynikało, że warunki więzienne bardzo wpłynęły na jego psychikę. Pomimo dużej aktywności i
zaangażowania w życie konspiracyjne pobyt w odosobnieniu coraz to bardziej mu ciążył i
doprowadzał do depresji.

Równocześnie coraz częściej widział na Pawiaku swoich znajomych i bliskich mu ludzi. Przecież
aresztowania w Warszawie z każdym miesiącem się wzmagały. Spotkał się tam z kolegą ze szkoły od
Lorentza, znanym bokserem Franciszkiem Kurem, panią Wandą Borowską - łączniczką z jego
zgrupowania konspiracyjnego, Stanisławem Danglem, z którym wspólnie redagował biuletyny.

Duże wrażenie zrobiło aresztowanie Józefa Derlikowskiego oraz dwu jego braci i ojca, z którymi
Zbigniew przed aresztowaniem pracował w konspiracji. Dom ich musiał byd już od dawna
inwigilowany przez Gestapo, gdyż w dniu aresztowania nie było mowy o salwowaniu się ucieczką.
Dookoła cały teren był obstawiony gęsto gestapowcami. Derlikowskiego złapano w czasie
fabrykowania i drukowania na zlecenie organizacji fałszywych piędsetek, tak zwanych „górali”.
Znaleziono też w jego mieszkaniu szereg sfałszowanych blankietów, dokumentów i kennkart, jakimi
posługiwały się władze okupacyjne w Generalnej Guberni.
Była to sprawa beznadziejna i Derlikowski po dłuższym pobycie na Pawiaku, ciągle zabierany na
przesłuchania na Szucha, zmarł na skutek ciężkich obrażeo, jakich doznał w czasie śledztwa.

W ostatnich miesiącach swego pobytu na Pawiaku Zbigniewowi i jego kolegom z konspiracji podlegał
magazyn broni, którą więźniowie, tylko sobie wiadomymi drogami, zebrali lub kupili od niektórych
funkcyjnych Niemców lub Ukraioców. Była ona przeznaczona do stawienia zbrojnego oporu na
wypadek, gdyby esesmani chcieli likwidowad więźniów w czasie swego odwrotu z terenów
okupowanych.

30 lipca 1944 roku brat został wywieziony z ostatnią partią więźniów do obozu Gross-Rosen.

Zbigniew był jednym z więźniów aktywnie zaangażowanych w organizacji konspiracyjnej na Pawiaku,


której celem było niesienie pomocy współtowarzyszom, a w szczególnych wypadkach, stawianie
biernego oporu w różnych formach, jakie były dostępne w tak trudnych warunkach.

Drugim ważnym wycinkiem pracy więźniów-konspiratorów było gromadzenie materiałów o


zbrodniach okupanta, rozszyfrowanie nazwisk oprawców gestapowskich oraz sporządzanie list osób,
które przechodziły przez więzienia i obozy. Materiały te przekazywano poza mury. W
wyspecjalizowanych komórkach organizacji niepodległościowych sporządzano na podstawie tych
raportów wyciągi, które przekazywane były przez kurierów za granicę. W ten sposób opinia publiczna
paostw koalicji antyhitlerowskiej była informowana o zbrodniach hitlerowców na terenach przez nich
okupowanych.
POSŁOWIE

Jest to kolejne, trzecie już wydanie książki „Benefis konspiratora”, pozycji, która na chłonnym wobec
literatury pamiętnikarskiej (a historycznej szczególnie), ale jednocześnie wymagającym polskim rynku
czytelniczym, zyskała sobie wielce zasłużone zainteresowanie. Wśród wielu czynników, jakie się na
ten fakt złożyły (nie sposób pominąd umiejętności pisarskich Autora) chciałbym zwrócid uwagę na
jeden tylko aspekt. Czytelnicy wspomnieo Stanisława Miedzy-Tomaszewskiego, a są oni wielce
przecież zróżnicowani - od ludzi, którzy przeżyli tamte lata, po tych, którzy wiedzę o wojnie, okupacji,
terrorze, walce posiedli drogą różnego przekazu: rodzinnej opowieści, podręcznika historii, filmu
znajdują w nich coś niepowtarzalnego. Jest to uczucie chyba zawsze towarzyszące spotkaniom z
czymś niezwykłym. Przejmujące świadomością autentyzmu rozgrywanych wydarzeo, o których
czytamy na kartach książki. Realizm i surowa wymowa wydarzeo nadają owej opowieści ową
szczególną poświatę. Był Stanisław Tomaszewski jednym z wielu dziesiątków, setek tysięcy młodych
Polaków, których klęska września, lata wojny postawiły wobec rozstrzygnięd i wyborów zasadniczych.
Drogą różnych, często bardzo odmiennych, nierzadko dośd przypadkowych kontaktów czy więzi
osobistych on i jego rówieśnicy znajdowali się w szeregach polskiej konspiracji antyhitlerowskiej.
Stawali się żołnierzami podziemia - Polski Walczącej. Jeśli wspomniałem wyżej o owej, tak przecież
częstej przypadkowości wyborów wojennych, a często i życiowych losów pokolenia, do którego
należy Autor, to nie dlatego, by drogą natrętnej wiwisekcji dziś po latach dokonywad analizy
ówczesnych decyzji, motywów czy dróg. Również nie po to, by cokolwiek do tego tak przecież
złożonego, polskiego, trudnego życiorysu „dopowiadad” czy „dopisywad”. Byłoby to zajęcie nie tylko
moralnie wątpliwe i nieuprawnione, ale po prostu bezcelowe. Zbędne. Jest przecież faktem, iż
biografia Autora – niecodzienna, przejmująca grozą wyjątkowych wydarzeo, jakie dane mu było
przeżyd - ma w sobie jednocześnie tak wiele tego, co można by chyba nazwad uniwersalizmem losów
znacznej części wojennego pokolenia. Szli do konspiracji młodzi ludzie z różnych środowisk i warstw
społecznych, by walczyd o Polskę, o jej niepodległośd. Szli, bo nie mogli, nie potrafili godzid się z rolą
obserwatorów zdarzeo, które na lata całe przesądzid miały o losie ich kraju. Była to prawda
podstawowa, fakt o znaczeniu zasadniczym, wybór generalny. A przecież nie znaczyło to nigdy - bo
znaczyd nie mogło - iż takie właśnie zadeklarowanie wyczerpywało listę problemów czy pytao
dotyczących przyszłości Polski. Tej, która wybrad miała swe miejsce w powojennym świecie. Różnie
toczyły się losy ludzkie i nie sposób dziś, po latach dochodzid przyczyn, które powodowały, iż nie
zawsze ówcześni młodzi chłopcy czy dziewczęta potrafili patrzed dalej, ponad zadania okupacyjnego
„dziś”. Szukad pełnej odpowiedzi na złożone kwestie dotyczące oblicza tej Niepodległej i jej
społecznego kształtu, charakteru. Owe prawdy zrozumiałe, a w każdym razie nieporównanie bardziej
dostępne politykom, ludziom czynnym w życiu publicznym - dla wielu młodych pozostawały często w
sferze odległych, niezbyt wyraziście uświadamianych spraw, przed którymi przyjdzie im stanąd w
jakimś bliżej nie określonym „dniu jutrzejszym”. I chod udziałem najbardziej społecznie rozbudzonej,
wrażliwej części młodego pokolenia były już wtedy próby odpowiedzi na te właśnie kwestie - jest
przecież faktem, że swoista edukacja społeczna niemałej części narodu miała się dopiero dokonad.
Potrzebne były lata własnych doświadczeo, niestety tak często dotkliwych, bolesnych. Młodych ludzi
dotyczyło to w stopniu szczególnym. Piszę o tym, bo aczkolwiek obowiązkiem historyka jest
obiektywna, zgodna z faktami ocena zdarzeo i procesów społecznych, nie wolno mu nie dostrzegad
złożonego kompleksu uwarunkowao, realiów, w jakich owe fakty czy procesy miały się dokonad.
Stanisław Tomaszewski, jesienią 1939 roku 25-letni, młody człowiek, wychowanek Akademii Sztuk
Pięknych w Warszawie, znalazł się w szeregach konspiracji w sposób - określid to chyba wolno - dośd
typowy. Gromadzenie i przechowywanie pozostałej po Wrześniu broni było często tym pierwszym,
najbardziej żywiołowym działaniem wszystkich, którzy wiedzieli i wierzyli, iż aczkolwiek rozprawa z
wrogiem swój ostateczny finał znajdzie na frontach wielkiej wojny, w starciach nowoczesnych,
milionowych armii - to przecież przebiegad będzie wszędzie. Tu zaś w okupowanej, podbitej, ale nie
pokonanej Polsce przede wszystkim. Potem przyszła konspiracyjna prasa. Znamy dziś, po latach, z
różnorodnych źródeł historycznych, z dziesiątków, setek pamiętników, które stały się w Polsce
zjawiskiem masowym (mam na myśli zarówno te, które ukazały się drukiem, jak i te pozostające w
odręcznych zapiskach autorów) jak bardzo był to odruch powszechny. Jak bardzo głód słowa
pisanego, niepodległego, krzepiącego, wskazującego potrzebę walki i oporu był odczuwalny,
dotkliwy. Wiemy też, jak wielu ludzi, rozumiejąc i doceniając znaczenie tego słowa polskiego, w
sposób sobie dostępny i możliwy podejmowało inicjatywy w tym zakresie. Oglądając przechowywane
w zbiorach archiwalnych owe małe zapisane pieczołowicie stroniczki i te, które ukazywały się
drukiem, i te powielane, i te przepisywane na maszynie, i te najskromniejsze w formie - pisane
ręcznie - nie sposób nie dostrzec tej oczywistej prawdy, iż zarówno autorzy, jak i odbiorcy w ten
sposób pragnęli umacniad nici narodowej wspólnoty. Przeciwstawiając się zalewowi propagandy
wroga, zadając jej kłam - umocnid siebie i innych w przekonaniu, że miną dni wrażego panowania,
terroru i ucisku. I nie jest już nawet ważne, w jakich wymiarach czasowych, owi - jakże w licznych
przypadkach bezimienni - redaktorzy, drukarze i kolporterzy (często w jednej osobie) dni niewoli
liczyli, ilekrod niestety przychodziło wymarzone terminy pierwszego dnia wolności przesuwad.
Wyznaczad nowe. Ważny był w ostatecznym rachunku sam fakt społecznego oddziaływania,
umacniania poczucia konsolidacji. Była zaś tajna prasa lat drugiej wojny światowej, od pierwszych
miesięcy okupacji, zjawiskiem masowym. Była niezwykle ważnym czynnikiem spójni narodowej,
narodowego bytu. W roku 1940 Autor „Benefisu konspiratora”„ wraz ze swym pismem i najbliższym
otoczeniem znalazł Się w Związku Walki Zbrojnej; w szeregach ZWZ-AK pozostał też przez cały okres
okupacji. Z Armią Krajową związał swe wojenne losy.

W dziejach polskiej konspiracji lat drugiej wojny światowej Armia Krajowa zajmuje miejsce znaczące.
Wynika to przede wszystkim z tego, iż stanowiła ona zasadniczą siłę jednego z dwu głównych
ośrodków polskiej konspiracji. Jest też faktem, nad którym nie sposób przejśd do porządku, iż była to
organizacja liczna, skupiająca w swych szeregach znaczne grupy konspiracyjnie czynnych ludzi. Jeśli
zważyd, iż Związek Walki Zbrojnej-Armia Krajowa zajmowały czołową pozycję w obozie politycznym
opowiadającym się za walką o odbudowę niepodległej, burżuazyjnej paostwowości polskiej oraz
przeciwko rewolucyjnym przemianom o charakterze socjalistycznym - to zasięg oddziaływania tej
organizacji, niezależnie od stopnia prawdziwości narosłych w tej dziedzinie legend (często świadomie
kolportowanych) ma znaczenie ważkie. Będąc w polskiej konspiracji głównym architektem praktyki
politycznej obozu londyoskiego - była jednocześnie AK częścią całej formacji związanej z koncepcją, z
myślą polityczną wiążącą przyszłośd Polski z głównymi siłami świata kapitalistycznego, formacji, na
czele której stał rząd emigracyjny i współtworzące go siły polityczne. Używam tu wielokrotnie pojęd
generalnych: Armia Krajowa, a więc organizacja jako całośd - od naczelnych ośrodków dyspozycji po
szeregi skupionej w niej młodzieży, i to nie tylko - o czym warto pamiętad - na warszawskim Żoliborzu
czy Mokotowie, ale również w kieleckich miasteczkach, lubelskich czy rzeszowskich wsiach. Taka
generalizacja i wynikająca z niej jednostronnośd spojrzenia i konkluzji prowadzid musi do konstrukcji
chybionych, nie uwzględniających całej złożoności obrazu tamtych lat. Jest przecież faktem, iż Armia
Krajowa nie była nigdy formacją o jednolitym ideowym czy politycznym obliczu. W jej szeregach
znaleźli się - na przestrzeni długich lat wojny i okupacji - ludzie o różnych, bardzo często odległych od
siebie przekonaniach i postawach. Obok nurtów szowinistycznych, programowo
antykomunistycznych, antyradzieckich - występowały - z większym czy mniejszym nasileniem i
skutecznością oddziaływania - tendencje demokratyczne. Obok ludzi, których programowym
założeniem (niezależnie od stopnia taktycznych ustępstw wyrażanych w okazjonalnych deklaracjach)
był powrót do społecznego i politycznego systemu panującego w II Rzeczypospolitej - znajdowali się
ludzie widzący koniecznośd przemian demokratycznych i reform społecznych. Armia Krajowa jako
konspiracyjna formacja zbrojna podległa rządowi emigracyjnemu w zakresie walki zbrojnej, tak
zresztą jak i w innych dziedzinach - rozwijała działalnośd zgodną z generalnymi celami politycznymi
tego rządu, z opartą na jego celach strategią i taktyką postępowania. Wszystkie przysyłane do kraju
podstawowe dokumenty konstytuujące kształt i wytyczające cele ZWZ-AK eksponowały, wysuwały na
plan pierwszy zadania związane z koocowym etapem wojny. Organizacja sposobiła się - w warunkach
okupacji - do odegrania zasadniczej roli w momencie odbudowy paostwowości. W tak pomyślanej
konstrukcji kulminacją działao organizacji miało byd przygotowywane powstanie, akt zbrojny w
finalnym okresie wojny. W warunkach - jak zakładano - załamania się armii niemieckiej miało to byd
wystąpienie zbrojne sił pozostających w dyspozycji Armii Krajowej, zapewniające zarówno likwidację
istniejących jeszcze pozostałości aparatu okupanta, zabezpieczenie przejęcia władzy przez rząd
emigracyjny i przeciwstawienie się wyzwoleoczym dążeniom sił polskiej rewolucji.

Obok tych dalekosiężnych, przyszłościowych celów i zadao, wynikających z najbardziej generalnych


przesłanek i motywów natury politycznej - w zmieniających się warunkach wojny i okupacji, zwłaszcza
zaś po powstaniu Polskiej Partii Robotniczej i Gwardii Ludowej, pod bezpośrednim wpływem
działalności bojowej sił lewicy - z różnym nasileniem Armia Krajowa podejmowała zadania w zakresie
tak zwanej „walki bieżącej”. Pod tym pojęciem rozumied należy działalnośd żołnierzy AK w zakresie
dywersji i sabotażu, wywiadu wojskowego na rzecz aliantów, samoobrony i akcji likwidacyjnych
wymierzonych w aparat okupanta i elementy kolaboranckie. Od wiosny 1943 poczesne miejsce zajęła
też działalnośd bojowa prowadzona przez specjalne grupy wydzielonego pionu Armii Krajowej pod
nazwą „kierownictwa dywersji” - „Kedyw”, a następnie przez tworzone, głównie w oparciu o zespoły
„Kedywu”, leśne oddziały partyzanckie. Wreszcie niezwykle ważnym elementem owej „walki
bieżącej”, czynnym przez cały okres istnienia organizacji była szeroko rozumiana działalnośd
propagandowa, skierowana zarówno do społeczeostwa polskiego dla upowszechnienia określonych
treści i kształtowania odpowiednich dla założeo ideowych AK postaw, jak i dywersyjna działalnośd
propagandowa prowadzona wśród Niemców. Ta ostatnia określana była kryptonimem „Akcji N”.
Całośd wysiłków w omawianej dziedzinie była organizowana, kierowana i koordynowana w ramach
specjalnego pionu Komendy Głównej Armii Krajowej w postaci tzw. Biura Informacji i Propagandy
(BIP) oraz podległych mu jednostek na szczeblu komend okręgów. Działalnośd propagandowa
organizowana i kierowana przez BIP, prowadzona w konspiracji, w trudnej sytuacji określonej
kształtem systemu okupacyjnego w Polsce, przy wysokich potrzebach walki prowadzonej w
nowoczesnej wojnie - wymagała znacznych umiejętności, doświadczenia i wiedzy. Były to warunki,
bez spełnienia których trudno było oczekiwad skuteczności podejmowanych przedsięwzięd. W
odniesieniu zaś do propagandowej działalności dywersyjnej prowadzonej w szeregach wroga, a więc
„Akcji „N”, miało to znaczenie szczególne. Podkreślid się godzi, iż właśnie w BIP KG Armii Krajowej
skupieni zostali liczni wybitni przedstawiciele polskiej nauki, twórcy i działacze różnych dziedzin
kultury i życia społecznego. W tym gronie znaleźli się reprezentanci wielu środowisk, w tej liczbie
postępowych, demokratycznych kręgów polskiej inteligencji. Jest wszakże historyczną prawdą, iż w
zespole tym byli także ludzie, których ideowe i polityczne poglądy dalekie były od wszelkiego
demokratyzmu, których antykomunistyczne obsesje determinowały całą ich postawę i działalnośd.
Autor wspomina o postawie i postępowaniu, o intryganctwie i nielojalności wobec
współpracowników jednego z nich: „Władysława” - Tadeusza Żenczykowskiego. Jakże wymowny jest
fakt, iż onże Żenczykowski („Kania”, „Kowalik”) - ówcześnie nieprzejednany rzecznik
antykomunistycznej i antyradzieckiej akcji, przed 1939 r. czołowy działacz propagandowy Ozonu - w
okresie powojennym, w służbie obcych interesów, stał się jednym z głównych filarów radia „Wolna
Europa” zaciekle atakując Polskę. Nie prowadząc do wniosków zbyt daleko idących, przy
uwzględnieniu „wspomnianej wyżej złożoności obrazu AK - nie jest przypadkiem, iż -postawa wielu
ludzi z kręgu współpracowników BIP reprezentujących demokratyczne poglądy wywoływała
zdecydowanie wrogie wystąpienia skrajnie prawicowych sił podziemia, również ze strony prawicowo-
ekstremalnych grup czy tendencji w łonie Armii Krajowej. Pełnym dramatycznej wymowy przejawem
takiego właśnie układu sił i stosunków były fakty mordów i denuncjacji; dośd wspomnied tu losy inż.
Jerzego Makowieckiego, doc. Ludwika Widerszala, prof. Marcelego Handelsmana czy Haliny
Krahelskiej.

Czytelnik może zapytad, dlaczego w posłowiu do wspomnieo Stanisława Miedzy-Tomaszewskiego


uznałem za celowe przypomnienie tych właśnie spraw i zdarzeo. Wiele to powoduje względów.
Składają się na nie zarówno te o charakterze najbardziej ogólnym, generalnym, wyrażające się w
fakcie, iż bez uwzględnienia szerszego tła, historycznego kontekstu £rudno zrozumied i dostrzec całą
złożonośd czasów, którym poświęcona jest ta książka. Są też przyczyny bezpośrednie. Biuro Informacji
i Propagandy KG AK, „Akcja N” - to były posterunki konspiracyjne, na których znalazł się Autor
„Benefisu konspiratora”. Działalnośd prowadzona w ramach „Akcji N”, wyrażająca się licznymi
tytułami pism czy wydawnictw - by wspomnied tu takie chodby jak „Der Soldat”, „Der Frontkämpfer”,
„Der Hammer” czy „Der Klabautermann” - doczekała się obecnie licznych opracowao, wspomnieo,
publikacji o różnym charakterze. Znana jest już stosunkowo szerokiemu kręgowi polskich
czytelników; rezygnując więc z tych chodby względów z powtórzeo, przypominam o tym jedynie po
to, by tym wyraziściej zaznaczyd miejsce w życiu konspiracji, na którym znalazł się Stanisław Miedza-
Tomaszewski. A przecież ta tak zajadle ścigana przez Gestapo działalnośd w ramach „Akcji N”
stanowiła tylko częśd niezwykle aktywnego, okupacyjnego, konspiracyjnego biogramu Autora.
Pozostawała tak wymownie zarysowana praca propagandowa artysty-żołnierza w okresie
poprzedzającym święta Wielkanocne, pozostawała cała, niezwykle bogata działalnośd plastyczna.
Konspiracyjny plakat, „motylek”, wreszcie znaczek w powstaoczej poczcie, plakat na walczącej już
jawnie powstaoczej ulicy. Całe życie wypełnione było walką. W dosłownym tego słowa rozumieniu.
Dane zaś Stanisławowi Tomaszewskiemu było żyd i walczyd w warunkach prób okrutnych. Miał
doświadczyd męki i cierpieo na Szucha, podejmowad decyzję najbardziej dramatyczną, gdy decydował
się na samobójcze przerwanie własnego życia. Przyszło mu doświadczyd losu człowieka, którego
najbliżsi kolejno giną z rąk wroga. Do ostatnich niemal godzin wojny.

Mamy w „Benefisie konspiratora” trudny, ale jakże wymowny epizod przełomu wojny i pokoju. Był to
dla wielu ludzi z szeregów Armii Krajowej trudny czas decyzji. Przychodziło im w jakże dotkliwy - z
często osobiście niezawinionych przyczyn - sposób rozstawad się z całym światem pojęd, w których
pozostawali przez cały okres wojny. Wielu nie potrafiło zrozumied historycznego zwrotu
dokonywającego się w dziejach kraju; efektem tego było stoczenie się na pozycję walki z nową
rodzącą się władzą ludową, była walka „w okopach Świętej Trójcy” przeciwko siłom polskiej
rewolucji. Ostatnie karty wspomnieo podejmują ten tragiczny, trudny wątek. Nie może, nie powinien
on ujśd uwadze czytelnika. Wiele bowiem można zrozumied i wyczytad w tym krótkim, zwartym
tekście o prawdzie ludzkich losów i dróg.

Lektura książki Miedzy-Tomaszewskiego jest pouczająca, wartościowa, a jednocześnie porywająca


niezwykłością zdarzeo, skalą ludzkich doświadczeo. Jest wielce interesującym przyczynkiem do
naszych narodowych losów w tym najtrudniejszym rozdziale dziejów Polski.

Jerzy Janusz Terej


Wydanie III, rozszerzone
CZYTELNIK 1977 WARSZAWA
Posłowie: Jerzy Janusz Terej
Zdjęcia ze zbiorów autora
Obwoluta, okładka, rysunki oraz reprodukowane w książce plakaty, znaczki itp. Stanisław Miedza-Tomaszewski
„Czytelnik”. Warszawa 1977. Wydanie III. Nakład 10 290 egz. Ark. wyd. 12,7; ark. druk. 14. Papier ilustracyjny V kl., 71 g, 61X86. Oddano do
składania 30 IV 1976 roku. Podpisano do druku 17 I 1977 roku. Druk ukooczono w lutym 1977 roku. Zakłady Graficzne w Toruniu Zam. wyd.
941; druk. 1217, J-107. Cena zł 42.- Printed in Poland

Centres d'intérêt liés