Vous êtes sur la page 1sur 177

Antoni Kępiński

LĘK

1
Wstęp

Wielkie zmiany, jakie zaszły w sposobie pojmowania zaburzeń nerwicowych,


a przede wszystkim chorób psychicznych, dokonały się właściwie za życia jednego
pokolenia. W ślad za nimi szły rozmaite reformy teorii, a także pewien ogólny
zwrot w stosunku do cierpiących na te przypadłości. Zmarłego przed dwudziestu
laty krakowskiego psychiatrę, profesora Antoniego Kępińskiego zaliczyć trzeba do
protagonistów tego ruchu na naszym rodzimym gruncie, a w szczególności za
autorytet inspirujący zmianę klimatu wokół psychoz. Kępiński miał już za sobą
ćwierć wieku praktyki klinicznej i wiele prac specjalistycznych, kiedy w kilku
tomach spisał rodzaj przesłania skierowanego do wykształconej publiczności - nie
zainteresowanej psychiatrią na sposób fachowy. Bardzo żywe echo jego pisarstwa
bierze się niewątpliwie z połączenia w nim wysokiej próby profesjonalizmu
z umiejętnościami umieszczenia opisywanych przypadków na tle społeczno-
kulturowym oraz odsłonienia ich znaczeń głębokich (przez co rozumiem powiązanie
z problematyką etyczną czy wręcz metafizyczną).
Dla naświetlenia współczesnej przemiany postaw względem psychoz pożyteczne
będzie cofnięcie się w czasie i przypomnienie innego przełomu. Stosunek do
obłędu czy choćby do nerwicowych lęków i natręctw uwarunkowany był w ciągu
dziejów ludzkości przez zmieniające się wzorce. Wszechstronnie poświadczona jest
zmiana w tym względzie, jaka nastąpiła w dobie oświecenia. Związane z tym fakty
i zagadnienia przedstawia książka, która nie tak dawno ukazała się w Polsce -
Historia szaleństwa Michela Foucault. Foucault nie był psychiatrą, intencje jego
nie mają nic wspólnego z lekarską troską o chorego. W swojej książce zachowuje
chłodne spojrzenie teoretyka spekulującego na temat zmienności paradygmatów
kultury. Niemniej przeto, a może właśnie dlatego, umie wprowadzić w istotę
różniących się "dyskursów" na temat szaleństwa. Dyskursem w języku teoretycznym
nazywa się panujące stereotypy, które dotyczą jakiegoś wycinka życia i jego
problemów, i które wcielone bywają w postać wypowiedzi różnych autorytetów,
tkwią w potocznych wyobrażeniach, a także kryją się za przyjętymi sposobami
postępowania.
Pozwolę sobie zacytować tutaj fragment mego wstępu do polskiego wydania
książki Michela Foucault. "Istotną cezurą między dwoma «wizjami» szaleństwa,
dwoma o nim «dyskursami» jest moment, kiedy Europejczycy przestali traktować je
w kategoriach nawiedzenia-grzechu, uczynili zaś zeń chorobę, według mniemań
ówczesnych (nie całkiem wygasłych) wymagającą ścisłej izolacji, co oznacza
śmierć społeczną dementów... Traktowanie w kategoriach nawiedzenia-grzechu
pozostawiało dementów w świecie psychicznym i moralnym, który był wspólny im
i całej reszcie ludzi; zakwalifikowanie ich jako niebezpiecznych chorych równało
się wykluczeniu z ludzkiego uniwersum. W największym, wulgaryzującym skrócie,
taka jest istota każdego z «dyskursów»."
Traktowanie szaleńców w Średniowieczu miało swoje odmiany okrutne. Miewało
jednak także inne oblicze. Niemal do naszych czasów w rezerwacie kultur ludowych
le fou du village czy rosyjski jurodiwyj zintegrowany był ze swoją społecznością
nie bez sympatii i jakiegoś szczególnego poważania. Ogólniej mówiąc, przeżycia
i wyobrażenia szaleńców miały swój sens na gruncie powszechnie uznanych pojęć,
choć ich wartościowanie i przyporządkowanie bywały skrajnie różne. To dopiero
nowożytna, pooświeceniowa medycyna, wyodrębniając ostro psychozy, poczęła
traktować ich subiektywną treść tak, jak traktuje się ból zęba. Równocześnie
możliwość agresji ze strony chorych, a przynajmniej ich brak odpowiedzialności,
utrwaliły przekonanie o silnym zagrożeniu z ich strony dla otoczenia.
Łaskę w czasach nowożytnych zyskały sobie tylko te nerwice, które jako
dysfunkcje powierzchowne, dały się akceptować na płaszczyźnie towarzyskiej
w kategorii dziwactw. Te zaś zawsze były pożywką dla plotek, tak cenionych
w każdym kółku.
Taki mniej więcej był pooświeceniowy "dyskurs" na temat chorób
psychicznych aż do wczoraj. Dopiero od kilkudziesięciu lat rewidowany jest tak
silnie, że zaczynają występować zmiany paradygmatu. Oczywiście nie oznacza to
powrotu do wyobrażeń i praktyk, które ów "dyskurs" poprzedzały. Nie powróciło na
przykład demonologiczne traktowanie psychoz, a medycyna nie wyrzekła się
właściwych sobie ambicji. Zmiana zapewne podstawowa zdaje się polegać na

2
uznaniu, że odnosząc się do psychicznie chorych nie można uważać ich przeżyć
wyłącznie za symptomy, że należy przyjmować je jako fakty egzystencjalne, które
należą do kategorii powszechnych zjawisk życia ludzkiego. Jak mniema się
dzisiaj, po to by idea dopomożenia chorym miała najmniejsze choćby szanse
realizacji, nie można pozbawiać ich kontaktów społecznych, a przede wszystkim
nie wolno zabierać im związków uczuciowych z innymi ludźmi. Stąd biorą się
rozmaite formy złagodzenia czy wręcz zniesienia izolacji, od przywrócenia klamek
po zewnętrznej stronie drzwi szpitalnych pokoi, aż po praktykę pozostawiania
psychotyków w ich własnym otoczeniu przy zapewnieniu kontroli lekarskiej i przy
odpowiednim urabianiu osób, które pozostają z chorymi w codziennych związkach.
Budując nową filozofię chorób psychicznych, Kępiński stał się filozofem
ludzkiej egzystencji. Tak też z pewnością odczytywany był przez większość swoich
czytelników, którzy nie kierowali się ciekawością patologicznych przypadków.
Dwie okoliczności sprawiały, że Kępińskiemu towarzyszyła aura legendy, a jego
dzieło, już w trakcie powstawania przykuwało uwagę. Autor zabrał się do jego
spisywania, będąc u progu choroby, która miała go zabić. Znaczną część pracy
wykonywał przykuty do łóżka, we wciąż pogarszającej się kondycji fizycznej
i pełnej świadomości swego stanu, przezwyciężając słabość i cierpienie. Był na
tyle znaną postacią, że "cały Kraków" o tym wiedział, niezwykłość tej sytuacji
stała się też nadspodziewanie szeroko znana, także tam, gdzie przedtem o nim nie
słyszano.
Drugą okolicznością, która działała na korzyść odbioru dzieła Kępińskiego, był
moment historyczny. Doktryny na temat społeczeństwa i człowieka, które miały
w Polsce status obowiązujący, przynajmniej w swej wersji ortodoksyjnej, nie
znajdowały już wówczas, na początku lat siedemdziesiątych, żadnej wiary i nie
miały już niemal obrońców. Niemniej przeto cenzura nie pozwoliła uprzątnąć ich
szczątków, podtrzymując ich pozorne istnienie. Krępowało to swobodę wypowiedzi,
gdyż frontalna ich krytyka była niemożliwa. Stąd też dość szerokie rzesze
czytelnicze były bardzo wyczulone na autentyczne głosy humanizmu. Prawdopodobnie
publiczności tak spragnionej nie będzie już w czasach postkomunistycznych.
Książki Kępińskiego pojawiały się pod znakiem swoistego heroizmu ich autora oraz
nonkonformizmu pokonującego bariery. Okoliczności te pasowały Kępińskiego na
swego rodzaju guru. Dla nowych czytelników są to w części sprawy nieznane, inne
zaś (jak efekt cenzury) blakną bardzo szybko w pamięci.
Wśród książek, które składają się na to, co nazwałbym przesłaniem
Kępińskiego, tom zatytułowany Lęk zajmuje szczególną, być może kluczową pozycję,
dzięki temu, że dał autorowi sposobność najszerszego rozwinięcia swej filozofii.
Lęk nie jest poświęcony żadnej chorobie psychicznej ani nerwicy, traktuje
natomiast o tym, co jest być może podłożem, a z pewnością komponentem każdej
psychozy. W odróżnieniu od omamów czy natręctw, lęk znany jest wszystkim. Na
przykładzie lęku najłatwiej jest pokazać to, co wspólne u "zdrowych"
i "chorych". U człowieka zdrowego zdolność przeżywania lęku jest warunkiem
zachowania pomyślności i zdrowia, w skrajnych przypadkach warunkiem przeżycia.
Lęk jest sygnałem niebezpieczeństwa na poziomie biologicznym, ale także
społecznym. Jest to dobrodziejstwo dwuznaczne, stanowi bowiem dolegliwość.
W lęku nawiedzającym chorego udręka jest często spotęgowana, trwanie przewlekłe,
samo zaś pojawienie się i reakcja na alarm lękowy zależne od świadomości
zakłóconej, od urojeń.
Powszechność i nieodzowność lęku odpowiada tragicznej prawdzie: nasza
egzystencja opiera się na ruchomych piaskach, pozostaje zagrożona w sposób
zasadniczy. Wszelkie azyle są kruche. Nie będąc osaczeni w tym stopniu co
zwierzęta przez niebezpieczeństwa fizyczne, na planie społecznym jesteśmy wciąż
wystawieni na niepewność. Ład rodzinny, ład pracy i stosunków politycznych są
wywrotne. Konkurencja i niedobory samopoczucia stwarzają napięcie, które jest
niczym innym jak odpieraniem lęku. Trwałym stanem człowieka cywilizowanego jest
lęk latentny, utajony, który daje o sobie znać niejasnymi przypadłościami,
bezsennością, "rozdrażnieniem" i "niepokojem".
Reakcje na wyraźny alarm lękowy czy na lęk latentny u "chorego psychicznie"
wiążą się często z utrwalonymi fałszywymi wyobrażeniami i scenariuszem życiowym.
Jeśli zostały one wybrane w samoobronie przed zagrożeniami, to wskutek swej
nieadekwatności względem świata realnego mogą jeszcze pogarszać sytuację. Tak

3
więc w "chorobie" tworzy się niekiedy samonapędzający się mechanizm lękotwórczy.
U "zdrowych" najprostszą reakcją na zagrożenie jest ucieczka lub agresja.
Schemat ten jednak, powszechny u zwierząt, ludzie realizują dosłownie tylko
w obliczu zagrożenia fizycznego w prostych sytuacjach. Na płaszczyźnie
społecznej jest on zawodny lub bezprzedmiotowy. Nawet metaforycznie pojęta
ucieczka oznacza wypadnięcie z gry, zaś agresja stanowi zamach na jej reguły.
Przy złożoności stosunków społecznych agresja daje często początek serii
odwetów, którą w jej najgwałtowniejszej postaci nazywa się "spiralą przemocy".
Ze względu więc na tę złożoność wrodzony nasz odruch chronienia siebie, stróż
naszego przetrwania, wymaga wyrazu mniej bezpośredniego.
Sojusznikiem w tej potrzebie może być - jak mówi Kępiński - inny, również
wrodzony nam odruch, który jest ukierunkowany na ochronę trwania gatunku. Dzięki
tej dyspozycji powściąganie ucieczki-agresji może być spontaniczne, znajduje
oparcie w instynkcie. Uspołecznieniu ludzkich reakcji towarzyszy zaś przeżycie
sympatii.
Wszystko, co żyje, broni własnego życia, ale broni też życia istot
własnego rodzaju, ściślej zaś mówiąc osłania własne potomstwo, a w przypadku
wyższych form zwierzęcych chroni swoje środowisko prokreacyjne - stado. Te dwa
impulsy wchodzą ze sobą w opozycję - broniąc kogoś, szkodzi się najczęściej
sobie, a nawet naraża swoje istnienie. Przenosząc na innych cel, jakim jest
przetrwanie, osobnik osiąga jednak per procura jego urzeczywistnienie. Bytowanie
przyrody ma więc naturę paradoksalną.
Kępiński z właściwym sobie talentem literackiej ewokacji maluje wizję tego
koła życia i śmierci, które toczy się nieprzerwanie. Służy mu to do tego, by
wyprowadzając rzecz z prawidłowości natury, utwierdzić jedyny modus
przezwyciężania lęku, przezwyciężania repulsji wobec zagłady. Tę jedyną drogę
nazywa on miłością. Miłość - jak powiada - jest prawdziwą alternatywą dla
agresji-ucieczki. Miłość to przede wszystkim zdolność i wola lokowania swych
celów poza horyzontem swojego życia, poza kalkulacją jego własnej korzyści,
a nawet poza jego kresem. Tak więc miłość animuje twórczość, miłość to oddanie
dziecku, to "altruizm", przyjaźń, eros, ale i skromniej - to także zdolność
wysłuchania drugiego człowieka. Tak pojęta miłość nie oznacza stanu
sentymentalnego. Jest to energetyczna forma pozytywnego uczestnictwa w życiu,
które wymaga przekroczenia osobniczości - uspołecznienia. Miłość w sensie
nadanym tu temu słowu jest trwałą dyspozycją, odznaczającą się stale gotowością
konstruktywnego udziału. Nie wyczerpuje się ona w spełnieniach, ale też nie
zamiera pod wpływem rozczarowań i to jest różnicą znaczenia w porównaniu
z potocznym sensem tego wrażenia.
Myśl Kępińskiego zdaje się zbliżać znacznie do koncepcji, które stały się
głośne w późnych latach siedemdziesiątych pod nazwą biosocjologii. W największym
skrócie rzecz ujmując, poglądy te wyprowadzają kategorie moralnego życia
człowieka z instynktu gatunkowego. Powinowactwa idei Kępińskiego z biosocjologią
niepokoiły mnie, gdyż, gdyby były poważne, musiałoby to oznaczać spłaszczenie
jego filozofii.
Biosocjologia miała pokonać impas doktryn moralnych, orientacji
utylitywistycznej, impas, który bierze się stąd, że wyłącznym układem
odniesienia jest w nich jednostka (ściślej: ogół jednostek aktualnie żyjących).
Biosocjologia jest jednak skrajnie redukcjonistyczna - co znaczy, że złożone
zjawiska wyższego rzędu zrównuje z prostszymi i niższymi. Powtarza tym samym
trywializm utylitaryzmu z jego niezdolnością do opisu takich fenomenów jak np.
godność czy ofiara.
Biosocjologowie, absolutyzując dosłownie pojęty instynkt osłony prokreacji
w samym jądrze swej teorii natknęli się na poważny kłopot. Oto etyka wzbrania
niszczyć bezpłodnych dewiantów seksualnych. Nakazuje chronić ich tak jak innych.
Ta sprzeczność między teorią a praktycznie występującą normą uznana została
jednak za pozorną. W stadach zwierzęcych spotyka się osobniki, które wskutek
emulacji seksualnej nie uczestniczą w rozrodzie. Są one jednak (samice)
akceptowane jako pomocniczy opiekunowie potomstwa. Poszanowanie niepłodnych
miałoby więc być osadzone w instynkcie. Jednakże naprawdę nie wyjaśnia to
niczego. W stadzie zwierzęcym samice "wyłączone" rzeczywiście niańczą potomstwo.
Pozostaje natomiast rzeczą do wyjaśnienia, dlaczego ludzie nie mordują

4
prostytutek lub przynajmniej nie wypędzają ich do lasu.
Rzecz w tym, że dekalog każe nam ochraniać życie każdej osoby - jako
osoby, tzn. bez względu na okoliczności (Prawo dopuszcza zdjęcie ochrony z tych,
którzy zagrażają życiu innych). Chronienie życia różni się więc istotowo
(a przynajmniej jakościowo) w zależności od tego czy pojawia się na planie
instynktów, czy na planie etycznym. Biosocjologia nie radzi sobie z tym, a myśl,
że krakowski psychiatra dzieli z nią jej redukcjonizm, musiałaby niepokoić.
Myślę jednak, że skojarzenia te są powierzchowne. Kępiński w rzeczywistości jest
metafizykiem, który stosuje powściągliwy język, ponieważ równocześnie
reprezentuje "naukę pozytywistyczną". Swoją wizję natury roztacza po to, aby
przekonać nas o jedności świata. Gdy mówi, że nawet ameba musi przekraczać
własną osobniczość, ma na myśli istnienie powszechnego prawa wszelkiej
egzystencji, nadrzędnego także w stosunku do naszych ludzkich osobliwości. Chce
powiedzieć, że w tym świecie nie jesteśmy zupełnie obcy.
Kończąc, chciałbym jakoś najkrócej nazwać to, do czego doszedł Kępiński
w swoim myśleniu. Kępiński przyczynił się do humanizacji psychiatrii. Nie wiem
czy wpłynął na praktykę terapeutyczną, natomiast z pewnością miał i mieć wciąż
może udział w zhumanizowaniu myślenia o "chorobach" psychicznych. Przyczynił się
do zmiany "dyskursu" w jaki ujmowane są psychozy.
Filozofia egzystencji, na której opiera refleksje o zdrowiu i chorobie,
spokrewniona jest z wielokształtnym, szerokim nurtem współczesnej myśli,
w którym znajdujemy wiele znanych nazwisk. Są to przede wszystkim badacze
przyrody - fizycy, biologowie - którzy w samym łonie natury napotkali fenomen
duchowości. Postrzegają oni jego rolę w sposób, który każe o nim mówić nie jako
o elemencie rzeczywistości, lecz raczej o jej zasadzie.
Prawdopodobnie lekarskie powołanie Antoniego Kępińskiego, może jego
charakter, z pewnością też szczególny talent sprawiły, że myśl swoją wypowiada
on w sposób, dla którego narzuciło mi się określenie "przesłanie". Mimo formy
systematyzującego wykładu, książki jego były odbierane jak mowa przewodnika -
przyjaciela. Miejmy nadzieję, że tej siły nie utraciły.

Marcin Czerwiński

5
LĘK NERWICOWY

W praktyce psychiatrycznej lęk jest zagadnieniem głównym, zasadniczą


składową prawie wszystkich zespołów chorobowych, często towarzyszą mu inne
objawy psychopatologiczne; zmniejszenie lub pozbycie się lęku prowadzi więc do
zniknięcia innych objawów, np. urojeń czy omamów (halucynacji). Być dobrym
psychiatrą w praktyce oznacza umieć rozładować lęk swego pacjenta.

Niepokój
W zaburzeniach psychicznych lęk przybiera różne postacie i różne jest jego
nasilenie. Najlepiej znany jest lęk nerwicowy. Nie ma chyba człowieka, który by
nie doświadczył tego rodzaju lęku, przynajmniej na krótko.
Różne są rodzaje lęku nerwicowego. Najpowszechniejszym jest nieokreślony
niepokój. Lęk ten został trafnie określony w starożytnej księdze medycznej
Żółtego Cesarza jako "podobne do choroby niespokojne napięcie"1. Nieokreślony
niepokój nerwicowy polega bowiem na odczuciu napięcia wewnętrznego, napięcia,
które odczuwa się w mięśniach, w narządach wewnętrznych i w psychice, napięcia,
które w słabym nasileniu jest nawet korzystne, pobudza bowiem do aktywności, do
większego wysiłku umysłowego i fizycznego, lecz w większym nasileniu staje się
paraliżujące. Człowiek taki jest niezdolny do myślenia, do podjęcia decyzji,
czuje się rozbity, fizycznie i psychicznie obolały; jest to, rzeczywiście, jak
słusznie określono w starożytnej chińskiej księdze, stan podobny do choroby.
Niepokój ten jest bezprzedmiotowy; nie wiemy, czego się boimy, nie wiemy, co nam
dokucza, a jednak coś dokucza, chcielibyśmy wyjść z sytuacji, w której się
znajdujemy, swobodnie odetchnąć, ale nie wiemy, na czym jej zło polega. Może
więc zasadniczą cechą nieokreślonego niepokoju jest nieświadomość. Coś zagraża,
ale nie wiadomo co. Jest w tym niepokoju oczekiwanie przyszłości; nie wiadomo,
co ona przyniesie. W słabszym nasileniu taki niepokój zmusza do podjęcia akcji,
do wyjścia naprzeciw czasu przyszłego. W większym nasileniu człowiek nie ma już
odwagi wyjść naprzód, cofa się, zamyka w czasie teraźniejszym, a czas ten
wypełniony jest niepokojem. Błędne koło zamyka się; niemożność wyjścia naprzód,
wydostania się z "niespokojnego" czasu, zwiększa niepokój i czyni czas ten
jeszcze trudniejszym do zniesienia, paraliżując jednocześnie odwagę potrzebną do
wyjścia w przyszłość.

Czas przyszły
Czas przyszły jest zawsze czasem nieznanym; nie wiemy, co może nas
spotkać, dlatego w zetknięciu z przyszłością zawsze doszukać się można
komponentu lękowego. Nieokreślony niepokój jest więc lękiem nieznanego.
Uświadamia on nam fakt, że aby żyć, musimy wciąż dążyć ku nieznanej przyszłości
i przekształcać ją w znaną przeszłość. Ta zmiana nieznanego w znane, przyszłości
w przeszłość, wymaga wysiłku i odwagi. Nie zawsze człowiekowi jej staje, czasem
jest za słaby, a czasem sytuacja zbyt trudna. Wówczas boi się przyszłości, chce
cofnąć się w przeszłość (typowa dla nerwic regresja do wcześniejszych faz
rozwojowych) lub przynajmniej zatrzymać się w czasie obecnym, a to jest
niemożliwe, gdyż życie polega na ekspansji w przyszłość, nie daje się zatrzymać
nawet na moment. Problem nieokreślonego niepokoju jest więc też problemem
ewolucji, ustawicznym zdobywaniem przyszłości, sięganiem po to, co jeszcze
nieznane i niepewne.
Jak powiedział kiedyś profesor Roman Ingarden2, czas może być
konstruktorem, ale może być też destruktorem. Gdy mamy odwagę wniknąć w ciemność
przyszłości i rozjaśnić ją własnym planem działania, wówczas czas jest
konstruktywny, modelujemy przyszłość, jesteśmy jej twórcami, czas taki nas
cieszy, a nie przeraża, nie jest naszym wrogiem, ale przyjacielem. Natomiast gdy
stajemy bezradni wobec mroku nieznanego, gdy czas przyszły nas przeraża, gdy
chcemy przed nim uciec, gdy z jego ciemności wyłaniają się potwory śmierci
i katastrofy, wówczas jest on czasem wrogim, czasem destrukcyjnym, który nas
bezlitośnie pożera i niszczy.

__________________________________________________________________________________________________________________
1
Pisze o tym M. D. Altschule: Roots of modern psychiatry, Grune & Stratton Inc., New York - London 1965.
2
Wg. J.Kuryłowicza: "Znak", 1971, 203, 660-668.

6
Kategoria przyszłości jest zasadniczą składową wszystkich układów
samosterujących, zarówno technicznych, jak biologicznych. Przyszłość w postaci
określonego celu jest "wmontowana" w układ; jest to tzw. zaprogramowanie. Dzięki
sprzężeniu zwrotnemu układ jest informowany o tym, jak program jest realizowany
i zależnie od tych informacji plan może ulegać modyfikacjom. Zaprogramowanie
jest jakby przyszłością subiektywną układu, który nigdy w pełni się nie
realizuje. By zrealizować swój plan, układ musi pokonać różnego rodzaju opory
otoczenia i bezładność istniejącą w samym układzie, toteż zawsze istnieje
rozbieżność między tym, co zaplanowane, a tym, co wykonane. Obok więc
przyszłości subiektywnej istnieje przyszłość obiektywna, a więc już nie plan,
ale to, co naprawdę się stanie.
Ta potencjalna, ale nie dająca się uniknąć rozbieżność między przyszłością
subiektywną (planem) a przyszłością obiektywną (jego realizacją) jest źródłem
stałego napięcia wewnętrznego w ustrojach żywych, napięcia, które jest cechą
życia. Istnieje jakby stała walka między subiektywną a obiektywną przyszłością.
Między tym, co powinno z punktu widzenia ustroju nastąpić, a tym, co
rzeczywiście następuje. Jest to walka dramatyczna, gdyż wiele planów
biologicznych nie zostaje zrealizowanych, wiele marnuje się w ciągu życia, wiele
ginie już u jego zarania. To wewnętrzne napięcie zmusza do czujności, do walki
z otoczeniem, do trzymania się wytkniętego celu, do szukania wciąż nowych
sposobów jego realizacji. W jakimś stopniu jest ono motorem ewolucji, gdy się
przyjmie, że ewolucja nie jest tylko procesem biernym, ale też czynnym, procesem
wymagającym zarówno indywidualnego, jak zbiorowego wysiłku ze strony istot
żywych.
U człowieka źródłem niepokoju jest nie tylko rozbieżność między
przyszłością subiektywną a obiektywną, lecz także fakt, że oba rodzaje
przyszłości są nieznane. Nie znamy swej przyszłości subiektywnej (swego
"zaprogramowania" lub swego chańsma) i nie znamy przyszłości obiektywnej.
Wtargnięcie w przyszłość zawsze nęciło człowieka i zdolności wróżbiarskie były
zazwyczaj w cenie. Nieznana przyszłość, która tkwi w człowieku, i nieznana
przyszłość świata, który go otacza - stwarzają atmosferę niepokoju i napięcia.
Atmosfera ta jest tłem koniecznym do podjęcia wysiłku życia. Trzeba przemóc
w sobie własny niepokój i wyjść na spotkanie przyszłości. Realizować siebie, nie
wiedząc jednak, co się właściwie realizuje, gdyż nie zna się własnego planu,
własnej przyszłości.

Rachunek prawdopodobieństwa
Nieokreślony niepokój jest więc przeżyciem związanym z samym faktem
istnienia i występuje u każdego człowieka, zwłaszcza w sytuacjach, w których
trzeba odrzucić zwykłe schematy życiowe i szukać nowej drogi. Niepokój
nerwicowy, tzn. znacznie bardziej nasilony i mocniej utrwalony, występuje
zazwyczaj wtedy, gdy człowiek odczuwa rozbicie swojej przyszłości subiektywnej
lub obiektywnej albo, co najczęściej się zdarza, obu razem. Nie znamy swej
przyszłości subiektywnej i obiektywnej, ale pewien istniejący w nas określony
porządek rzutuje na nią i dzięki temu przyszłość nie jest nam całkowicie obca;
wchodzimy w teren częściowo nam znany, gdyż zawierający projekcję naszego
własnego porządku. Nie wiemy, co przyniesie nam jutro; jest ono dla nas nieznane
zarówno w swym aspekcie subiektywnym, tzn. jacy my jutro będziemy, jak
obiektywnym, tzn. jaki będzie jutro otaczający nas świat. Wiemy jednak, że jutro
wstaniemy rano, tak jak dzisiaj, że pójdziemy do pracy, że będziemy mieć takie
właśnie, a nie inne zajęcia, wiemy, że jutro będzie też świecić słońce, że będą
kursować tramwaje, będą działać światło elektryczne, wodociągi, kanalizacja
itp., słowem, że wejdziemy w określony porządek i sami wniesiemy jakiś porządek
w dzień jutrzejszy.
Niepokój więc przed nieznanym zmniejsza się dzięki wierze w określony bieg
wypadków zarówno własnych, jak też otaczającego nas świata. Wchodzimy
w przyszłość z określonym rachunkiem prawdopodobieństwa, że ułoży się ona
właśnie w ten, a nie inny sposób. Ale może się zdarzyć, że rachunek nasz
zawiedzie, że rano nie będziemy czuć się na siłach, by wstać z łóżka; może być
awaria w komunikacji, w dostawie prądu elektrycznego, gazu, wody, może nas
spotkać wypadek na ulicy i zamiast w pracy znajdziemy się na łóżku szpitalnym

7
itp. Są to jednak wypadki o dość małym współczynniku prawdopodobieństwa;
projektując przyszłość, zwykle nie bierzemy ich pod uwagę; dzięki temu
przyszłość przedstawia się w sposób pewniejszy, wchodzimy w nią jak na twardy
grunt, co oczywiście nieraz jest tylko złudzeniem.

Vis expectationis
W nerwicy tę pewność (vis expectationis) się traci. Człowiek staje się
niepewny siebie i otaczającego go świata. Nie wie, co stanie się jutro z nim
samym i co mu przyniesie jutrzejszy dzień; usuwa mu się grunt spod nóg. Człowiek
czuje się zamknięty w ślepej uliczce, gdyż już nie ma odwagi rzutować się
w przyszłość.
Różne mogą być przyczyny utraty wiary w przyszłość, tej "siły
przewidywania". Mogą one tkwić na zewnątrz, w środowisku zewnętrznym człowieka
(sytuacja w otaczającym świecie jest zbyt skomplikowana, by móc coś
przewidywać), lub wewnątrz człowieka (nie jest on w stanie rzutować swego
porządku w przyszłość, gdyż porządek ten uległ rozchwianiu). Przyszłość jest
chaotyczna i niepewna, ponieważ chaos i niepewność tkwi w samym człowieku.
Niepokój nerwicowy nie jest więc jakąś nową jakością; istnieje w słabym
stopniu w każdym z nas i jest związany z oczekiwaniem przyszłości. W nerwicy
wzrasta jego nasilenie i stopień utrwalenia. Stan wewnętrznego napięcia, typowy
dla nieokreślonego niepokoju, wiąże się z mobilizacją układu wegetatywno-
endokrynnego, mobilizacją potrzebną do zdobywania czasu przyszłego. Mobilizacja
ta jest w nerwicy niewspółmiernie duża w stosunku do aktualnych potrzeb
energetycznych ustroju. Jej wielkość nie kształtuje się bowiem proporcjonalnie
do zastanej sytuacji, ale do nasilenia niepokoju. Jest to powiązanie mające
charakter dodatniego sprzężenia zwrotnego (błędnego koła): im napięcie lękowe
większe, tym większa mobilizacja wegetatywno-endokrynna, im mobilizacja większa,
tym większe napięcie lękowe.

Rzutowanie się w przyszłość


Nieokreślony niepokój nerwicowy wprowadza nas w zasadnicze zagadnienie
życia ludzkiego, mianowicie w zdolność człowieka rzutowania się w przyszłość.
Człowiek zresztą, jak każda żywa istota, musi się wciąż mierzyć ze swoją
przyszłością. To zjawisko występuje szczególnie ostro, gdyż jest częściowo
uświadomione. Człowiek musi mieć odwagę rzucić się w nieznaną "czasoprzestrzeń",
co ułatwia mu fakt, że przeszłość i teraźniejszość są w pewnym stopniu
uporządkowane i dzięki temu określony porządek można rzutować w przyszłość.
Człowiek jednak musi się czuć mocniejszy niż oczekująca go nieznana przyszłość,
musi być przekonany, że ją zwycięży, a nie że sam zostanie przez nią zwyciężony.
Inaczej wycofałby się bowiem z kroczenia w przyszłość, tkwiłby w czasie
teraźniejszym i przeszłym, przyszłość przedstawiałaby się dla niego w postaci
czarnej ściany, tak jak to się dzieje w depresji. W nerwicy sytuacja nie
przedstawia się tak dramatycznie; człowiek traci swą pewność przewidywania,
drepce w kółko, chwieje się, ale jeszcze ma jakąś przyszłość przed sobą.
Nieokreślony niepokój byłby więc wyrazem walki, jaka istnieje w przyrodzie
ożywionej między porządkiem własnym ustroju a porządkiem lub chaosem otoczenia.
Żywemu ustrojowi dany jest kredyt zaufania, że z walki tej wyjdzie zwycięsko;
bez tej wiary nie mógłby wyjść naprzeciw czasu przyszłego. Roślina "wierzy", że
przyszłość przyniesie jej promienie słońca, tlen, dwutlenek węgla i sole
mineralne potrzebne do życia. Zwierzę "wierzy", że zdobędzie powietrze, wodę
i pokarm i że w swoim czasie zostawi po sobie potomstwo. A człowiek? Jego wiara
nie zamyka się już w podstawowych prawach biologicznych, ale sięga w różnorodne
sfery życia i dlatego jest zwiewna i niepewna, i dlatego często pojawia się
niepokój i zwątpienie.

Czas przeszły
Niepokój jest związany nie tylko z naszym rzutowaniem się w przyszłość,
lecz też z naszą przeszłością. Człowiek idąc w przyszłość nie może wyzbyć się
swego bagażu przeszłości. Bagaż ten niejednokrotnie hamuje go w ekspansji
w otaczający świat, tzn. w otwierającą się przed nim czasoprzestrzeń. Może
u zwierząt bagaż ten jest lżejszy i dlatego na ogół swobodniej niż ludzie

8
poruszają się one w swojej czasoprzestrzeni. Niekiedy chce się uciec od
przeszłości, zacząć życie na nowo (przeżycia tego typu są dość częste
u histeryków); niekiedy znów czas przeszły jest obarczony silnym poczuciem winy,
nie można już odczynić zła, które w nim narosło; niekiedy znów czas przeszły
jest klęską, której cień pada również na przyszłość. Nasza przeszłość nadaje
kształt naszej przyszłości. Powszechnie wiadomo, jak lata dziecinne rzutują na
całe dalsze życie i jak od ich kolorytu emocjonalnego nieraz zależy koloryt
uczuciowy całej egzystencji. Nie można swej przeszłości wyciąć, jak wycina się
nieudany kadr filmu. Wprawdzie dzięki zafałszowaniom pamięci i różnego rodzaju
zaburzeniom (dość typowym w histerii) można częściowo efekt ten osiągnąć, zawsze
jednak większa część bagażu przeszłości pozostaje i nie ma sposobu uwolnienia
się od niej.
Z bagażem tym wiąże się uczucie winy; przeszłość nasza nie jest taka, jaką
byśmy chcieli widzieć. Nieraz wstydzimy się samych siebie, dziwimy się sobie, że
w ten sposób mogliśmy się zachować, czujemy wstręt do samych siebie,
chcielibyśmy się uwolnić od ciężaru winy - oczyszczenie jest istotnym elementem
w różnych systemach psychoterapeutycznych, zarówno w medycynie prymitywnej, jak
i współczesnej. Do pewnego stopnia niechęć do bagażu własnej przeszłości popycha
człowieka w kierunku przyszłości. Ma on nadzieję, że w przyszłości nie będzie
popełniał błędów przeszłości, że przyszłość będzie lepsza. Niestety, idąc
w przyszłość, ciągnie za sobą swe dawne błędy, nie może uwolnić się od ciężaru
przeszłości. Gdy przyszłość nas zatrważa, cofamy się w naszą przeszłość. Często
spotykany nie tylko w psychiatrii, lecz także w medycynie somatycznej objaw
regresji polega na cofnięciu się w przeszłość. Formy zachowania utrwalone
w przeszłości wydają się jakby pewniejsze niż te, które tworzą się w aktualnej
sytuacji. Ale gdy bagaż przeszłości budzi lęk, człowiek znajduje się w sytuacji
zamknięcia. Chce uciec przed przyszłością w przeszłość, a przed przeszłością
w przyszłość. Przed nim i za nim droga jest zamknięta. Stoi w miejscu, kręci się
w koło, zamknięty w ślepej uliczce.
Niepokój nerwicowy jest często niepokojem zamknięcia. Chory by chciał, aby
coś się stało, aby coś wyrwało go z zamknięcia, w którym się znalazł. Wśród
różnych objawów wegetatywnych towarzyszących stanom niepokoju charakterystyczna
jest duszność. Kojarzy się ona z zamkniętą przestrzenią, z ciasnym miejscem,
z którego nie ma wyjścia.

Ataki lękowe
Drugą formą lęku nerwicowego są ataki lękowe. Tutaj lęk występuje jakby
w skoncentrowanej postaci. Bez uchwytnych przyczyn chorego ogarnia paroksyzm
lęku. Ponieważ jego nasilenie jest bardzo duże, nie ma on charakteru ciągłego,
jak w przypadku nieokreślonego niepokoju, ale występuje jakby w formie
wyładowania. Taki atak lękowy trwa różnie - od kilku minut do kilku godzin.
Warto może wspomnieć, że analogiczne ataki lękowe występują czasem jako postać
padaczki skroniowej, co tłumaczy ich napadowy charakter.
Przeżycie lękowe w czasie nerwicowego ataku jest niejednokrotnie znacznie
silniejsze niż przeżycie lęku w sytuacji realnego zagrożenia, np.
niebezpieczeństwa śmierci. Chory ma wrażenie, że lada chwila coś strasznego się
z nim stanie, że umrze, że zwariuje; wszelkie próby wytłumaczenia sobie, że
przecież nic się nie dzieje, zawodzą. Chciałby gdzieś uciec,skryć się, do kogoś
przytulić, szuka opieki innych osób, potwornie boi się samotności. Obecność
drugiej osoby zwykle zmniejsza napięcie lękowe, co jest znamienne dla i tego
rodzaju lęku. Napadowi towarzyszy zwykle gwałtowne wyładowanie wegetatywne. Jak
zwykle w stanach lęku i agresji, wyraźnie zaznacza się przewaga układu
sympatycznego. Źrenice są rozszerzone, szpary powiek większe, obserwujemy lekki
wytrzeszcz oczu, skóra twarzy blednie lub lekko czerwienieje, często występuje
silne pocenie się, tętno jest przyspieszone, ciśnienie krwi rośnie, usta
wysychają, chory z trudem przełyka ślinę, niekiedy odczuwa parcie na pęcherz
i na odbytnicę itp. Ze zmian biochemicznych najbardziej typowych należy
wspomnieć o skróceniu czasu krzepnięcia krwi, o wzroście adrenaliny
i noradrenaliny we krwi, o podwyższeniu się poziomu cukru. Mobilizacja
endokrynno-wegetatywna zwiększa nasilenie lęku (objaw błędnego koła).

9
Lęk, tak jak powstał, mija bez uchwytnej przyczyny, stopniowo lub nagle
przychodzi uspokojenie, połączone zwykle z uczuciem dużego zmęczenia
i, oczywiście, ulgi, że koszmar minął.
Otoczenie, widząc, że choremu nic złego się nie dzieje, na ogół nie przejmuje
się zbytnio jego stanem lękowym. Atak lęku, który nie ma określonej przyczyny,
jest dla otoczenia czymś teatralnym, sztucznym, przesadnym. Człowiek jest tak
przyzwyczajony do przyczynowego myślenia, że gotów jest negować autentyczność
zjawiska, dla którego nie ma wytłumaczenia. Stanowisko takie nie jest słuszne,
gdyż stan psychiczny jest faktem - niezależnie od tego, czy znamy jego
przyczyny, czy nie. Dopiero gdy samemu przejdzie się atak lękowy, wówczas na
pewno nie lekceważy się podobnych stanów u osób drugich. W psychiatrii,
niestety, własne doświadczenie najlepiej uwrażliwia człowieka na cudze
cierpienia.
Atak lękowy jest przeżyciem niezwykle przykrym, które nieraz pamięta się przez
całe życie. Nierzadko chorzy żyją w obawie przed powtórzeniem się ataku. Ataki
występują w różnych odstępach czasu, niekiedy zdarzają się tylko kilka razy
w życiu, to znów występują dość regularnie, nawet codziennie. Jak dotąd nie
udało się ustalić jakichś prawidłowości w ich występowaniu.
Lęk niezależnie od swego rodzaju wiąże się z oczekiwaniem, a więc z czasem
przyszłym. Z tym, że inny jest ten czas przyszły i oczekiwanie w nieokreślonym
niepokoju, a inny w atakach lękowych. W nieokreślonym niepokoju czas przyszły
jest tylko nieznany i dlatego budzi niepokój. W ataku lęku jest on groźny,
zagrażający zagładą. Dlatego siła lęku jest szczególnie duża.
Jak wytłumaczyć, że lęk raz występuje w formie rozlanej, dość spokojnej,
to znów w formie niezwykle burzliwej: gwałtownego, wstrząsającego całym ustrojem
ataku? Pewne wskazówki, pozwalające choć w przybliżeniu odpowiedzieć na to
pytanie, możemy uzyskać znając genezę lęku. Na przykład w wypadku lęków tzw.
biologicznych, tzn. powstałych w wypadku zagrożenia pierwszego lub drugiego
prawa biologicznego, natężenie lęku może odpowiadać stopniowi biologicznego
zagrożenia. Natężenie lęku staje się większe przy nagłym uszczupleniu dopływu
tlenu, jak w astmie oskrzelowej lub w zawale serca, niż w wypadku braku wody czy
pokarmu. Nie zawsze jednak jest to regułą; atak lęku nierzadko występuje, gdy
nie ma konkretnego zagrożenia ustroju. Klasycznym przykładem są ataki lękowe
występujące w różnego rodzaju trudnościach seksualnych, np. u kobiet cierpiących
na anorgazmię. Nie ma tu bezpośredniego zagrożenia życia, można by najwyżej
myśleć o naruszeniu praw zachowania życia gatunku, choć anorgazmia w zasadzie
tego prawa nie narusza. Zresztą występowanie ataków lękowych w wielu nerwicach,
w których życie przecież nie jest zagrożone, przeczy koncepcji biologicznego
zagrożenia. W wielu natomiast sytuacjach, gdy niebezpieczeństwo to realnie
istnieje, ataki lęku nie występują.

Sygnały alarmowe: ból i lęk


Jeśli lęk jest sygnałem nadciągającego niebezpieczeństwa, to jest to
sygnał bardzo zwodniczy. Ustrój ludzki - to samo zresztą odnosi się
najprawdopodobniej do ustrojów zwierzęcych - dysponuje dwojakimi sygnałami
alarmowymi: bólem i lękiem. Ból występuje, gdy zagrożenie styka się z ustrojem
i dochodzi do jego uszkodzenia, natomiast lęk, gdy jeszcze do bezpośredniego
zetknięcia nie doszło. W czasoprzestrzennych wymiarach lęk jest dalej, a ból
bliżej ustroju. Jak wiadomo, percepcja bólu zależy od wielu czynników, nie tylko
od podrażnienia receptorów bólowych. Są osoby wrażliwsze i mniej wrażliwe na
ból; przez odpowiednie wychowanie (ćwiczenia) można znacznie zwiększyć
tolerancję bólową; w hipnozie można w ogóle znieść percepcję bólu, zmienia się
też ona pod wpływem sugestii; w pogodnym nastroju na ogół znosi się ból łatwiej
niż w nastroju przygnębienia; silne zaangażowanie psychiczne, zwłaszcza
emocjonalne, może całkowicie wyłączyć odczuwanie bólu (żołnierz w czasie walki
nie odczuwa, że został zraniony); brak zaangażowania w świecie otaczającym
zwiększa odczuwanie bólu (np. w nocy, w postawie hipochondrycznej). Nie można
więc na podstawie bólu ocenić obiektywnie niebezpieczeństwa zagrażającego
ustrojowi.

10
Zwodniczość sygnałów alarmowych
Co się tyczy lęku, to niewspółmierność między obiektywnym zagrożeniem
a jego natężeniem jest jeszcze większa. Nie ma tu bowiem bezpośredniego
zetknięcia z niebezpieczeństwem, jest ono jeszcze oddalone w przestrzeni
i czasie. Wiele więc czynników może wpłynąć na to, że zostanie ono wyolbrzymione
lub pomniejszone. Natężenie lęku więcej nam mówi o stanie ustroju niż
o zagrażającym niebezpieczeństwie. Należy przypuszczać, że u człowieka na skutek
bogactwa potencjalnych struktur czynnościowych wahania w percepcji bólu
i w reakcjach lękowych będą znacznie większe niż w świecie zwierzęcym. Ból i lęk
u zwierząt jest bardziej konkretny, tj. silniej związany z realną sytuacją,
a u człowieka bardziej abstrakcyjny, tj. oderwany od obiektywnej rzeczywistości.
Fakt, że lęk nerwicowy może występować w formie nieokreślonego niepokoju
lub gwałtownych ataków lękowych, można by też tłumaczyć konstytucjonalną
skłonnością do reakcji rozlanych, długotrwałych, o dość słabym natężeniu lub do
reakcji gwałtownych, o napadowym charakterze. Te dwa typy reakcji obserwuje się
w wielu zjawiskach, np. są ludzie, u których choroby się "ślimaczą", u innych
znów przebiegają gwałtownie; jedni pracują systematycznie i powoli, inni
zrywami; u jednych procesy myślowe biegną mniej więcej jednakowym nurtem,
a u innych mają wyraźne wzloty i upadki; u jednych życie nastrojowo-uczuciowe
jest raczej spokojne, u innych burzliwe i zmienne itp.
Istnieje więc tendencja do gwałtownych lub do stabilnych przebiegów. Pojęcie
osobowości histerycznej kojarzy się zazwyczaj z przebiegami burzliwszymi. Według
Hipokratesowskiego podziału temperamentów, temperament choleryczny
i sangwiniczny wykazywałby tendencje do procesów gwałtownych, a flegmatyczny
i melancholiczny - do procesów spokojnych. To samo odnosi się do podziału
Pawłowowskiego, który zresztą opiera się na Hipokratesowskiej typologii.

Lęk a samotność
Niepokój nerwicowy na ogół nie zmniejsza się w obecności innych ludzi,
często, całkiem przeciwnie, obecność innych działa rozdrażniające. Jeśli
niepokój zmniejsza się w towarzystwie, to dzięki temu, że jest się aktywnym, coś
się mówi, robi, a wszelka aktywność rozładowuje napięcie lękowe. Natomiast w
ataku lękowym obecność drugiego człowieka zwykle przynosi ulgę; człowiek choć
trochę czuje się pewniejszy; już samo poczucie, że ktoś jest obok niego,
zmniejsza nasilenie lęku. Samotność jest więc czynnikiem, który w atakach
lękowych występuje wyraźnie jako czynnik zwiększający natężenie ataku.
Lęk jest uczuciem związanym z naszą przyszłością, z oczekiwaniem tego, co
ma nastąpić. Przy słabym nasileniu lęku nie odgrywa większej roli, czy człowiek
jest sam, czy razem z innymi wobec nie znanej mu przyszłości. Natomiast przy
większym nasileniu zagadnienie to nie jest obojętne. Łatwiej zmierzyć się
z przyszłością opierając się na drugim człowieku, niż być wobec niej całkiem
samotnym.
Problem przyszłości jest dla człowieka najtrudniejszy i najbardziej go
angażuje. Człowiek zawsze stoi wobec nieznanego i wciąż próbuje ten nieznany,
obcy, a czasem wrogi czas przyszły kształtować, rzutować weń swoje marzenia
i plany, a życie plany te burzy. Wysiłek życia koncentruje się w zdobywaniu
przyszłości, w przemaganiu własnego lęku wywoływanego przez nieznane. W tej
walce człowiek nie zawsze jest samotny, łatwiej podjąć mu nieraz wysiłek życia
we wspólnym "my" niż w samotnym "ja". Różne modele kulturowe pomagają rzutować
się w przyszłość, dając gotowe struktury czynnościowe. Ale może jeszcze
ważniejsza jest sama obecność drugiego człowieka; w okresach dużych napięć
lękowych, np. w czasie wojny, duch wspólnoty odgrywa zasadniczą rolę.
Droga w przyszłość nie jest prosta i równa. Przychodzą chwile, gdy
człowieka ogarnia paroksyzm lęku, ponieważ nie czuje się na siłach sprostać
temu, co przed nim jest zasłonięte. W tych momentach koncentruje się jakby
tajemnica przyszłości. Normalnie przyzwyczajamy się do tego, że przed nami jest
nieznane, wrastamy tak w nasze stereotypy zachowań, że wydaje się nam
niemożliwe, by nie miały one też obowiązywać w przyszłości.
Droga, którą wyżłobiło się przez życie, wydaje się tak pewna i jedyna, iż trudno
przyjąć, by przyszłość układała się inaczej. Ta pewność jednak niejednokrotnie
zawodzi, nieokreślony niepokój jest jakby dyskretnym sygnałem, że przyszłość

11
jednak może się różnie ułożyć, a napad lękowy jest już zetknięciem się z groźbą
przyszłości.

Lęk anankastyczny
Lęk anankastyczny jest trzecim rodzajem lęku nerwicowego. Przejawia się on
przede wszystkim w nerwicy natręctw (neurosis anancastica), najwyraźniej
w fobiach, ale też w myślach natrętnych i czynnościach przymusowych.
Charakterystyczną cechą lęku anankastycznego jest to, że krystalizuje się on
wokół tematów absurdalnych, obojętnych lub tylko luźno związanych z genezą lęku.
Człowiek boi się więc np. zabrudzenia, dotknięcia jakichś rzeczy, ostrych
przedmiotów, otwartej lub zamkniętej przestrzeni, pewnych zwierząt (np. myszy),
zaczerwienienia się, natrętnych myśli, które nachodzą go wbrew jego woli,
czynności przymusowych, które musi wykonać, mimo że z nimi walczy.

Krystalizacja uczuć
Występuje tu zjawisko charakterystyczne dla wszystkich silnych uczuć,
zwłaszcza negatywnych; są one luźne, z niczym nie związane i nieraz jest kwestią
przypadku, że znajdę sobie właśnie ten, a nie inny punkt zaczepienia. Zjawisko
to oddaje dobrze angielski termin free floating anxiety. To samo określenie
można by użyć w stosunku do agresji: free floating agression. Nieraz przypadkowo
właśnie dany przedmiot staje się punktem krystalizacyjnym lęku, agresji lub
miłości.
W tym ujęciu uczucie byłoby czymś, co z człowieka wychodzi, co jest niezależne
od sytuacji w otoczeniu. Jest to oczywiście sytuacja skrajna, gdyż uczucie jest
zawsze relacją w odniesieniu do otoczenia i nie może istnieć bez interakcji
z otoczeniem. Jeśli więc uczucia odszczepiły się od sytuacji zewnętrznej, to
należałoby przypuszczać, że związki uczuciowe danego człowieka z otoczeniem
uległy zaburzeniu, że żyje on w pewnego rodzaju uczuciowej izolacji i uczucia
jego, nie mając punktu zaczepienia, krystalizują się wokół tematów zgoła
obojętnych.
Nerwica anankastyczna (nerwica natręctw) występuje zwykle u osób
o charakterystycznej sylwetce psychicznej: obsesyjnej, psychastenicznej lub
infantylnej. Dla tych typów osobowości charakterystyczną cechą jest niemożność
nawiązania właściwego stosunku uczuciowego z otoczeniem. Ludzie o osobowości
obsesyjnej (anankastycznej) boją się własnych uczuć. Miłość jest dla nich
"skażona" seksem, a uczucia negatywne - silnym ładunkiem agresji. W obronie
przed własnymi uczuciami budują sobie oni obronę w formie nakazów i zakazów,
których boją się przekroczyć, by żywiołowe uczucia nie rozbiły ich swoistego
i patologicznego porządku życia.
Psychastenicy są na ogół luźno związani z życiem, żyją z poczucia obowiązku,
rzadkim zjawiskiem jest u nich radość istnienia. W związku z tym i uczucia są
u nich anemiczne. Związki uczuciowe są często wymuszone, brak im
spontaniczności.
Ludzie o osobowości infantylnej, tj. niedojrzali uczuciowo, zatrzymali się
w swym rozwoju uczuciowym w okresie zależności. Ich stosunek uczuciowy do
otoczenia ma charakter symbiotyczny: "nie mogę żyć bez tej osoby, bo jestem od
niej zależny", co oczywiście stwarza postawę buntu: "chciałbym się od niej
uwolnić". Uczucia są silne, ale ambiwalentne i zamknięte w ciasnym kręgu
zależności. Człowiek taki boi się wybuchu swych własnych uczuć, nadaje im często
formę dziecinnej ekspresji, jakby starając się w ten sposób zmniejszyć tkwiące
w nich niebezpieczeństwo.

Magiczna formuła
Problemem ludzi należących zarówno do typu obsesyjnego, psychastenicznego,
jak infantylnego jest zaleganie uczuć. Jest to ładunek często ponad ich siły.
Objawy z grupy anankastycznej są wentylami, przez które uczucia te mogą się
uzewnętrznić. Jak wszelkie "wentyle" emocjonalne są one zabezpieczone magiczną
formułą. Magiczna formuła chroni przed niebezpieczeństwem tkwiącym w danej
sytuacji. Podobnie jak pierwotny myśliwy, który, wyruszając na polowanie,
wykonuje różne magiczne czynności mające go ochronić przed niebezpieczeństwami

12
i zapewnić powodzenie, tak człowiek bojący się własnych uczuć stwarza szereg
rytuałów zabezpieczających przed ich grozą. Nie czyni tego świadomie; objawy
anankastyczne tworzą się poniżej progu świadomości, dlatego ma się wrażenie, że
"one do nas nie należą", że są obce, jakby nasłane. W wielu sytuacjach,
w których lęk może przekroczyć przeciętną wytrzymałość człowieka, on sam stwarza
różnego rodzaju zabezpieczenia, chroniące jego drogę do sytuacji o znacznym
napięciu lękowym.
Tego rodzaju zabezpieczenia są od dawna znane w życiu społecznym. Uświęcony
tradycją rytuał, np. religijny, wojskowy, dyplomatyczny itp., osłania człowieka
w sytuacji wyzwalającej lęk. Jednocześnie lęk zostaje częściowo przynajmniej
przeniesiony z samej sytuacji na rytuał, człowiek nie boi się już tego, co mu
naprawdę zagraża, ale naruszenia rytuału. Jeszcze wyraźniej powyższe
przeniesienie lęku występuje w różnego rodzaju totemach i tabu. One bronią
człowieka przed otaczającym niebezpieczeństwem. Obrona ta jest tak silna, że
człowiek pierwotny niejednokrotnie mniej się obawia realnego niebezpieczeństwa
niż naruszenia tabu czy totemu.

Abstrakcyjność (oderwanie od konkretnej sytuacji)


Istnieje, jak się zdaje, wyraźna różnica w umiejscowieniu lęku między
światem zwierzęcym a ludzkim. Lęk zwierzęcy na ogół odpowiada realnemu
zagrożeniu. Natomiast u człowieka niejednokrotnie budzą lęk przedmioty
bezpośrednio niczym nie zagrażające. U zwierząt lokalizacja lęku jest trafna
i konkretna, u ludzi natomiast nieraz bywa fałszywa. Człowiek przesuwa swój lęk
z realnego zagrożenia na nierealne i to nierealne zagrożenie budzi w nim
nierzadko większy lęk niż realne. Np. człowiek pierwotny może znacznie bardziej
bać się przekroczenia tabu niż ryzyka zetknięcia się ze śmiercią. W zespołach
anankastycznych bardzo wyraźnie występuje to przesunięcie lęku na przedmioty nie
przedstawiające realnego zagrożenia.
Ewolucja świata ożywionego zmierza do coraz większego uniezależnienia się
od środowiska. Zwycięstwo postawy abstrakcyjnej nad konkretną, co u człowieka
dokonuje się dzięki niezwykłemu rozwojowi neocortex, oznacza wyzwolenie się od
otoczenia; dotyczy to przede wszystkim struktur myślowych i aktywności twórczych
(postawa "nad"), czyli drugiej fazy metabolizmu informacyjnego.3 Niemniej
w pierwszej fazie metabolizmu informacyjnego (życie uczuciowo-nastrojowe)
istnieje także pewne oderwanie się od konkretności życia, co powoduje, że
uczucia nie mając swego punktu zaczepienia krążą swobodnie i koncentrują się
nieraz na obiektach zgoła przypadkowych.
Traktując uczucia jako zasadniczą orientację w świecie otaczającym
(postawa "do" i "od"), należałoby stwierdzić, że orientacja ta u człowieka
w porównaniu ze zwierzętami jest nieraz zwodnicza, że człowiek zamiast
przybierać postawę odpowiednią do konkretnej sytuacji przyjmuje postawę
odpowiadającą raczej jego własnym konstrukcjom myślowym. Żyje w świecie
urojonym, stworzonym z własnych konstrukcji, zbudowanych na uczuciach nie
mających oparcia w konkretności życia.

Perseweracja
Perseweracja jest dalszą cechą lęku anankastycznego. Występuje on z pewną
regularnością, zupełnie niezależnie od sytuacji zewnętrznej, bądź to w formie
fobii, bądź myśli natrętnych albo czynności przymusowych. Pojawia się
w określonym rytmie, mając swoje przypływy i odpływy. Można by o takim rytmie
mówić też w atakach lękowych, występowanie ich jest jednak rzadsze i mniej
regularne. Nieokreślony niepokój ma również swój spontaniczny rytm, sprawiający,
że jego natężenie raz narasta, to znów słabnie. W lękach natrętnych rytmiczność
uwidacznia się jednak z całą wyrazistością.
__________________________________________________________________________________________________________________
3
Zagadnienia dotyczące tzw. metabolizmu informacyjnego zostały najbardziej wyczerpująco przedstawione w książce
pt. Melancholia (PZWL, Warszawa 1974).Tutaj trzeba tylko wyjaśnić, że wymianę informacji z otoczeniem, czyli
metabolizm informacyjny, można podzielić na dwie fazy. W pierwszej fazie zapada decyzja odnosząca się do
zasadniczej orientacji uczuciowej w stosunku do świata otaczającego (postawa "do" lub "od") i dynamiki życiowej
(zwiększenie lub zmniejszenie). Decyzja ta zapada poniżej progu świadomości. Nie potrafimy kierować swymi
uczuciami i nastrojami. Faza ta prawdopodobnie jest sterowana przez starsze filogenetycznie części mózgu
(diencephalon, rhinencephalon). W drugiej fazie zapadają decyzje odnoszące się do wyboru różnych form aktywności w
świecie otaczającym, w których człowiek swój plan działania stara się narzucić otoczeniu (postawa "nad"). Decyzje
są tu przeważnie świadome, tj. zależne od naszej woli. Niezwykłe możliwości tworzenia różnorodnych struktur
czynnościowych w tej fazie wynikają prawdopodobnie z niezwykłego rozwoju nowej kory mózgu (neocortex) u człowieka.

13
Można by przypuszczać, że nastrój i uczucia mają swoistą oscylację. Co się
tyczy nastroju, to oscylacja ta w formie patologicznej pojawia się
w cyklofrenii. Uczucia też oscylują, narastają i słabną, niezależnie od
wywołującej je przyczyny. Im bardziej uczucia są oderwane od realnej sytuacji,
tym silniej zaznacza się tendencja oscylacyjna. Dla perseweracji
charakterystyczną cechą jest nie tylko rytmiczność zjawiska, ale też powtarzanie
się jego formy.
Uczucia i nastroje nigdy na ogół nie są identyczne. Mimo dość znacznego
ubóstwa struktur czynnościowych pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego (życia
nastrojowo-uczuciowego) w porównaniu z drugą fazą (intelektualną) subiektywnie
odczuwa się niezwykłą różnorodność własnych stanów uczuciowych. Nigdy właściwie
w subiektywnym odczuciu stan emocjonalny nie jest identyczny ze stanem
przeżywanym uprzednio.
Każde przeżycie emocjonalne jest inne i niepowtarzalne. Identyczne powtórzenie
jakiegoś przeżycia jest już zjawiskiem patologicznym, zdarza się ono w padaczce
jako zjawisko deja vu lub deja vecu. Wywoływał je Panfield, drażniąc korę
skroniową w czasie operacji z powodu padaczki. Niekiedy treść obrazów (wizji)
sennych składa się z luźnych fragmentów przeżytych epizodów, powtórzonych
z fotograficzną dokładnością. Niekiedy też "nachodzi" człowieka wspomnienie
z żywością i świeżością bezpośredniego przeżycia. Zdarza się to częściej u ludzi
starszych. Niekiedy takie żywe wspomnienie występuje pod wpływem bodźców
węchowych lub smakowych (por. początek powieści Prousta: W poszukiwaniu
straconego czasu).

Niepowtarzalność kolorytu emocjonalnego


Na ogół jednak nastroje i uczucia nie powtarzają się. Koloryt emocjonalny
życia jest zawsze świeży, zawsze się zmienia i zawsze zachodzi w nim coś nowego.
Natomiast powtarzają się nasze myśli, plany, marzenia, słowa, czyny, tj.
aktywności, którymi staramy się wpływać na świat otaczający (postawa "nad").
Perseweracja nie jest w nich zjawiskiem rzadkim. Pierwsza faza metabolizmu
informacyjnego byłaby więc bardziej niepowtarzalna niż faza druga. Pierwsza faza
wiąże się bardziej bezpośrednio ze środowiskiem zewnętrznym i wewnętrznym
ustroju, natomiast faza druga obejmuje przede wszystkim struktury czynnościowe
związane z narzucaniem otoczeniu określonego porządku i sprawdzaniem, jak własna
aktywność została zrealizowana. Ponieważ w drugiej fazie chodzi
o "przeforsowanie" własnych planów czy własnego modelu rzeczywistości,
zrozumiałe jest więc, że pewne zasadnicze struktury muszą się powtarzać aż do
zwycięstwa lub klęski. W pierwszej fazie chodzi natomiast o szybkie
zorientowanie się w sytuacji zewnętrznej i wewnętrznej, bo od tej orientacji
zależy zasadnicza postawa - zbliżenia, ucieczki lub walki ("do" - "od")
i ustalenie dynamiki ustroju (nastrój).

Zasada analogowa i cyfrowa


Można by pewnych analogii doszukiwać się w modelu neurofizjologicznym
układu nerwowego. Układ ten pracuje równocześnie na dwóch zasadach: analogowych
i cyfrowych. Zasada analogowa (potencjały generacyjne) pozwala na ilościowe
odtworzenie bodźca. Dzięki niej znajdujemy odpowiedź na pytanie: "w jakim
stopniu". Natomiast zasada cyfrowa (potencjałów iglicowych) pozwala na
odpowiedź: "tak" lub "nie". Pierwszą określa się jako essential discrimination,
a drugą jako differential discrimination.
Pierwsza oznacza nasilenie danej jakości, np. białe, bielsze itp., druga - samą
jakość: białe czy czarne itp. W wypadku pierwszego rodzaju różnicowania ustrój
jest nastawiony na odbiór określonej jakości, określa tylko jej nasilenie. Jest
tu ściślejsze związanie się z bodźcem. Siła reakcji odpowiada sile bodźca.
Natomiast w wypadku dyskryminacji różnicującej ustrój przedkłada otoczeniu
gotową propozycję: białe czy czarne, i daje odpowiedź tak lub nie. Rzuca
w otoczenie gotową strukturę czynnościową (w formie pytania), która zostaje
przyjęta lub odrzucona. Nie ma tu już takiego zespolenia ze środowiskiem jak
w wypadku zasady analogowej.

Nasza znajomość procesów neurofizjologicznych jest jeszcze zbyt nikła, by

14
kusić się o analogie między obiektywnym a subiektywnym aspektem życia. Wydaje
się jednak, że ustrój stosuje dwie metody podejścia w stosunku do swego
otoczenia: metodę związania się z nim i metodę dystansu. Metabolizm informacyjny
charakteryzowałby się swoistą pulsacją: złączeniem się ze środowiskiem zarówno
zewnętrznym, jak wewnętrznym ustroju w pierwszej fazie i nabraniem w stosunku do
niego dystansu w drugiej. W niej ustrój daje już gotową strukturę czynnościową
w formie pytania i zależnie od rodzaju odpowiedzi ("tak" lub "nie") kształtuje
się dalsza interakcja z otoczeniem.
Mimo więc niezwykłego bogactwa potencjalnych struktur czynnościowych
w drugiej fazie metabolizmu informacyjnego ustrój musi stale powtarzać pewne
struktury, występować stale z nimi w stosunku do otoczenia. Odpowiedź na
przedstawioną propozycję decyduje bowiem często o dalszych losach ustroju, np.
czy dany pokarm jest jadalny, czy trujący itp. Dlatego perseweracja jest
koniecznym warunkiem drugiej fazy metabolizmu informacyjnego. Ustrój musi
uparcie dążyć do swego celu. Otoczenie jest tylko środkiem do celu, pasuje lub
się jemu sprzeciwia, dlatego obowiązuje tu język binarny: "tak" lub "nie".
Należy przypuszczać, że perseweracja w drugiej fazie metabolizmu
informacyjnego jest w pewnym stopniu zdeterminowana filogenetycznie, a w pewnym
- ontogenetycznie, tzn. pewne struktury czynnościowe mają już na skutek filo-
genezy większe szanse realizacji (wyższy współczynnik prawdopodobieństwa) lub -
jeśli się przedstawi to zagadnienie w języku neurologicznym - są już genetycznie
lepiej utorowane. Jeszcze inne w ciągu życia osobniczego zależnie od warunków
i jego kolei zyskują większe szanse niż inne struktury. W ten sposób - wbrew
twierdzeniom niektórych filozofów (Locke) - mózg nigdy nie jest tabula rasa.
Perseweracja w lęku anankastycznym polegałaby w przedstawionym ujęciu na
przesunięciu mechanizmów drugiej fazy do fazy pierwszej. To, co jest odpowiednie
w drugiej fazie, gdy chodzi o utrzymanie pewnej linii zachowania się (celu), nie
jest odpowiednie w fazie pierwszej, której zadaniem jest odbicie, możliwie
wierne, otaczającej rzeczywistości. Odbicie to wprawdzie obejmuje tylko koloryt
emocjonalny, ale jest wierniejsze niż konstrukcje fazy drugiej, które oddają
raczej plany aktywności ustroju, a otoczenie jest ważne tylko o tyle, o ile
spełnia warunki do realizacji tych planów (odpowiedź tak lub nie), bądź też ich
nie spełnia. Obu procesów nie da się od siebie odłączyć, ustrój musi
przedstawiać określone propozycje swemu otoczeniu.
Pierwsza faza jest jednak konieczna do nawiązania bezpośredniego kontaktu
z otoczeniem. Zagadnienie związku z otoczeniem w umyśle ludzkim, jak się zdaje,
ulega schematycznemu wypaczeniu, polegającemu na tym, że podmiot oddziela się
ostro od przedmiotu (otoczenia). W rzeczywistości związek jest bliższy, człowiek
- jak i wszystkie istoty żywe - jest ściśle ze swym otoczeniem zespolony. Nieraz
z góry wie, co w nim jest dla niego dobre, a co złe. Skąd np. pies czy kot wie,
która trawka jest dla niego dobra, a która wywołuje przeczyszczenie lub wymioty,
tak jakby był doświadczonym farmaceutą? Wiele tzw. instynktowych zachowań
u zwierząt tłumaczyć można zespoleniem ustroju z otoczeniem.
Problem lęków anankastycznych polegałby między innymi na zerwaniu związku
z otoczeniem, na zawieszeniu uczuć w próżni. Rytm perseweracyjny,
charakterystyczny dla drugiej fazy metabolizmu informacyjnego, gdzie chodzi
o konsekwentne utrzymanie pewnej linii postępowania, ogarnia życie uczuciowe,
a w każdym razie tę jego część, która jest sygnałem nadchodzącego zagrożenia.
W zespołach anankastycznych bezsens lęku jest zjawiskiem zgoła uderzającym. Ale
bezsens ten istnieje też w innych rodzajach lęku, choć w mniej jaskrawej formie.
W przeciwieństwie do świata zwierzęcego lęk u człowieka nieraz traci swój
biologiczny sens sygnału grożącego niebezpieczeństwa.

Potrzeba bólu i lęku (system alarmowy)


Lęk i ból są dwoma podstawowymi stanami uczuciowymi należącymi do grupy
uczuć o negatywnym znaku, i to nie tylko u człowieka, ale prawdopodobnie w całym
świecie zwierzęcym. Wydawać by się mogło, że bez nich życie byłoby rajem na
ziemi. Tak jednak nie jest; z obserwacji klinicznych wiadomo, czym grozi brak
bólu (np. w syringomielii). Środowisko człowieka, jak zresztą wszystkich istot
żywych, nie jest "środowiskiem macierzyńskim", tzn. takim, w którym wszystkie
potrzeby są zaspokojone i w którym nie grozi żadne niebezpieczeństwo. Gdyby

15
życie było rajem, można byłoby obejść się bez lęku i bólu. Ponieważ jednak życie
niesie ze sobą wiele niebezpieczeństw, każda żywa istota musi dysponować
systemem alarmowym, który sygnalizuje zbliżające się niebezpieczeństwo i pozwala
go uniknąć.
"Mądrość" przyrody polega na właściwym rozmieszczeniu sygnałów
niebezpieczeństwa na współrzędnych czasu i przestrzeni. Są tu jakby dwa
zabezpieczenia; jedno, tj. lęk, działa z większej odległości przestrzennej
i czasowej, a drugie, tj. ból, z mniejszej, w bezpośrednim już zetknięciu
z czynnikiem szkodliwym. Sygnały niebezpieczeństwa działają w określonej
czasoprzestrzeni. Odcinek przyszłości w wypadku bólu jest krótki,
niebezpieczeństwo już osiągnęło granice organizmu. Ból jest sygnałem, że trzeba
się jak najszybciej z danej sytuacji wycofać (jak np. w wypadku oparzenia) lub
podjąć jakieś środki zaradcze (jak np. w wypadku bólu narządów wewnętrznych).
W wypadku lęku niebezpieczeństwo jest dalsze zarówno przestrzennie, jak
i czasowo. Nie sięga ono jeszcze granic organizmu, a odległość czasowa może się
wahać u człowieka od ułamka sekundy do wielu lat. Również na współrzędnych
przestrzennych odległości mogą się wahać od bliskich do bardzo dalekich. W ten
sposób lęk u człowieka może dotyczyć konkretnej sytuacji, określonego "tu"
i "teraz" lub dotyczyć sytuacji oderwanej od konkretu (a więc abstrakcyjnej),
gdzie odległości czasowe i przestrzenne są bardzo duże. Nawet dochodzi do tego,
że odległości sięgają nieskończoności (używa się nawet pojęcia "lęku
kosmicznego", "egzystencjalnego", a więc lęku związanego z samym faktem
istnienia).
Ból z natury rzeczy jest u człowieka bardziej od lęku konkretny, musi
w tym bowiem wypadku dojść do bezpośredniego zetknięcia się czynnika szkodliwego
z ustrojem. Niemniej u człowieka przybiera on także formy bardziej abstrakcyjne,
tzn. nie jest proporcjonalny do stopnia uszkodzenia, ale zależy od wielu
czynników, które sprawiają, że nieproporcjonalnie wzrasta lub maleje, przedłuża
się lub skraca. Jego wymiary ulegają więc różnorodnym przekształceniom na siatce
czasoprzestrzennej ustroju.
W świecie zwierzęcym nie ma tej swobody poruszania się w wymiarach czasu
i przestrzeni. Zwierzę jest bardziej niż człowiek ograniczone do konkretnej
sytuacji, nie może wyjść poza własne "tu" i "teraz". Dzięki temu sygnał
niebezpieczeństwa jest dla zwierząt bardziej realny niż dla człowieka. Ból jest
na ogół u zwierząt proporcjonalny do stopnia zagrożenia, a lęk zwykle zwiastuje
realne niebezpieczeństwo (oczywiście u zwierząt też zdarzają się fałszywe
alarmy, gdy np. bodziec nieszkodliwy jest traktowany jako zwiastun
niebezpieczeństwa).
To oderwanie się od konkretu, tak dla człowieka charakterystyczne, dzięki
któremu człowiek ma poczucie wolności, a jednocześnie i skrępowania, gdyż nigdy
zupełnie swobodnie w wymiarach czasu i przestrzeni poruszać się nie może, ma
swoją ujemną stronę w tym, że tak ważne z biologicznego punktu widzenia sygnały
niebezpieczeństwa przestają spełniać swą biologiczną rolę. Działają niezależnie
od realnej sytuacji, alarmują nieraz bez uchwytnej przyczyny i bez uchwytnego
celu. Lęk i ból ludzki mają więc cechy specyficzne, nie spotykane w świecie
zwierzęcym, a wynikające ze swoiście ludzkiej swobody poruszania się w czasie
i przestrzeni.

Sztuczne sygnały alarmowe


Człowiek z lękami typu anankastycznego porusza się w świecie jakby
w ogrodzie udręczeń, w którym na każdym kroku stoją tablice ostrzegawcze,
a przekroczenie nakazów i zakazów grozi strasznymi cierpieniami. Lęk, który nie
ma określonego przedmiotu i który przez oderwanie się od konkretu życia stał się
pustym sygnałem, wywołuje ogólny stan alarmowy, człowiek wszędzie dopatruje się
niebezpieczeństwa i "tablice ostrzegawcze" mają go przed nim uchronić. Człowiek
o anankastycznym typie osobowości przeżywa różnego rodzaju "powinno się"
i "trzeba", zatraca spontaniczność typową dla każdego przejawu życia.
Spontaniczność jest cechą pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego, a pewna
sztywność (tendencja do perseweracji) - cechą drugiej fazy. Sparaliżowanie
pierwszej fazy przez drugą jest więc cechą charakterystyczną dla ludzi tego
typu. W lękach anankastycznych doznanie lęku traci biologiczne znaczenie sygnału

16
ostrzegawczego i może dlatego człowiek stwarza sztuczny system sygnałów
ostrzegawczych (sztuczny, a tym samym drugofazowy) w postaci nakazów i zakazów,
które mają go ochronić przed grożącym niebezpieczeństwem.
W pewnej mierze analogiczne zjawisko można obserwować w życiu społecznym.
Gdy w pewnych okresach historycznych z tych czy innych powodów ulegnie
zachwianiu naturalne poczucie porządku, które istnieje w każdym człowieku,
wówczas obsesyjny gąszcz różnego rodzaju norm, nakazów i zakazów ma stworzyć
sztuczny porządek, mający zastąpić naturalne rozeznanie między dobrem a złem
(między dobrem a złem, gdyż porządek moralny jest filogenetycznie najwyższą
formą porządku i z nim człowiek ma największe kłopoty). Dla przykładu warto
wspomnieć o mnóstwie pedantycznych norm, przepisów i opisów stosowanych
w okresie inkwizycji, o przerażającej biurokracji hitlerowskich obozów zagłady,
a wreszcie choćby o tak dobrze nam znanej powodzi aktów normatywnych, w których
nikt już zorientować się nie jest w stanie.

LĘK HIPOCHONDRYCZNY

Tajemnica ciała
Ciało jest nierzadko przyczyną różnego rodzaju niepokojów i lęków,
pozostaje zawsze dla człowieka tajemnicą. Jest źródłem przyjemności i bólu;
świadomość czekającej człowieka śmierci wiąże się z jego rozpadem. To ciało
sprawia, że człowiek czuje się z życia zadowolony lub jest złamany bólem
i cierpieniem. Od niego zależy w znacznej mierze obraz własnej osoby. Ono
przyciąga lub odpycha innych ludzi. Od ciała zależy dobór naturalny. Ciało
nadaje realność życiu; jako istoty bezcielesne stalibyśmy się nierzeczywiści.
Nieraz człowiek, gdy mu własne ciało zbytnio dokucza, chciałby się go
pozbyć, stać się istotą bezcielesną, niematerialną. Ale pragnienie takie jest
nierealne, bo życie jest cielesne. Jądro życia tkwi właśnie w ciele. Jeśli
człowiek marzy o tym, by być duchem, to wyraża się w tym jego tęsknota do
swobody, do wolności poruszania się w czasie i przestrzeni, do realizowania
własnych najśmielszych koncepcji. Ciało bowiem, wiążąc człowieka z bezwzględnymi
prawami życia, ściąga go na ziemię. Ciało jest przeszkodą, stawia opór naszym
marzeniom, zniekształca je przy próbach realizacji.
Rozdział między psyche i soma, typowy dla wszystkich przeżyć człowieka,
nie jest tylko wynikiem rozdziału między podmiotem a przedmiotem, jaki tworzy
się w trakcie każdej aktywności, lecz rozdziału między wolnością a skrępowaniem,
między strukturą czynnościową potencjalną a realizowaną. Duch wszystko może,
a ciało jest "mdłe". Rozbrat między planem a rzeczywistością znajduje swój wyraz
w dualistycznej koncepcji człowieka.
Fakt, że ciało nasze jest dla nas nieznane, a jego percepcja jest inna niż
świata otaczającego (interoceptory), że jest źródłem uczuć przykrych, a także
przyjemnych, źródłem największych cierpień i największych rozkoszy, że stawia
opór przy realizacji naszych planów i tym samym ściąga nas na ziemię - sprawia,
że nasz stosunek do własnego ciała nie jest jednoznaczny. Wywołuje ono uczucia
pozytywne, gdyż jest źródłem przyjemności, a jednocześnie negatywne, gdyż jest
źródłem różnorodnych cierpień i rozczarowań. A ponieważ nigdy nie wiadomo, co
będzie, jak się nasze ciało zachowa, co nam przyniesie, jak odebrane zostanie
przez otoczenie, czy nie zawiedzie w decydującym momencie, czy wreszcie nie
ulegnie zagładzie, gdy najmniej się tego spodziewamy, jest też ono źródłem
ustawicznego niepokoju. Jeśli projekty dotyczące świata otaczającego możemy
z pewnym stopniem prawdopodobieństwa rzutować w przyszłość, przerzucając w nią
pomost przeszłości, to jeśli chodzi o własne ciało, projekcja ta jest zgoła
niepewna. Nie znamy naszego ciała i nie wiemy, jak się ono w przyszłości
zachowa.
Gdy człowiek czuje się zdrowy, gdy nic mu nie dolega, gdy ciało jest
sprawne i podległe jego woli, wówczas jak najwierniejszy niewolnik nie sprawia
ono żadnego kłopotu i "dusza" jest zadowolona ze swego wygodnego "mieszkania" -
ciała. Ale gdy się zaczyna coś psuć, gdy pojawią się jakieś bóle i cielesne
niepokoje, gdy ciało nie jest nam posłuszne, gdy z jego powodu nie możemy
zrealizować naszych planów, gdy nie jest aprobowane przez otoczenie, gdy jest

17
źródłem poczucia winy - wówczas z dobrego niewolnika staje się buntownikiem,
źródłem cierpienia, niepokoju i agresji.

Psyche i soma
Z biologicznego punktu widzenia przedział między psyche a soma jest
całkowitą fikcją. Ciało jest obiektywnym aspektem tego, co subiektywnie przeżywa
się jako psychikę. Traktując wymianę energetyczno-informacyjną (metabolizm) jako
podstawowe zjawisko życia, można by zjawiska cielesne przypisać metabolizmowi
energetycznemu, a zjawiska psychiczne - metabolizmowi informacyjnemu. W wymianie
energetycznej decyduje ilość energii, a w wymianie informacyjnej - jej znaczenie
(liczba informacji). Metabolizm energetyczny jest bardziej "materialny",
a informacyjny - bardziej "psychiczny".
Dualistyczna koncepcja natury ludzkiej (soma i psyche) jest koncepcją
raczej uniwersalną, występującą powszechnie w różnych kręgach kulturowych
i w różnych epokach, niezależnie od poziomu rozwoju kulturalnego danego
społeczeństwa i niezależnie od wyznawanych poglądów religijnych
i filozoficznych. Można by ją więc uznać za koncepcję charakterystyczną dla
natury człowieka. Nie wiemy i prawdopodobnie nie potrafimy się dowiedzieć, czy
zwierzęta, analogicznie jak człowiek, swoją naturę przeżywają w sposób
rozdzielony na procesy fizyczne i psychiczne (ciało i dusza). Można tylko
przypuszczać, że przedział ten, jeśli u nich istnieje, występuje w stopniu
znacznie słabszym niż u ludzi. Metabolizm informacyjny jest bowiem u zwierząt
znacznie słabiej rozwinięty niż u człowieka, u którego ewolucja skoncentrowała
się głównie na jego rozbudowie.
Metabolizm informacyjny jest wstępnym krokiem, przygotowaniem do
metabolizmu energetycznego. Właściwe zetknięcie się z prawami życia (zachowania
własnego życia i życia gatunku) dokonuje się w metabolizmie energetycznym. Na
tym dopiero etapie czerpie się energię ze środowiska, by budować własne
struktury, a jednocześnie niszczy się je, by dysponować energią potrzebną do
procesów życiowych. Wprawdzie w metabolizmie informacyjnym struktury
czynnościowe ulegają też zniszczeniu, w miejsce starych tworzą się nowe, ale
proces niszczenia i budowy nie jest tak dramatyczny, tak bardzo namacalny
i bardzo materialny jak w metabolizmie energetycznym. Dlatego tak
charakterystyczny dla przyrody ożywionej rytm śmierci i zmartwychwstania (rytm
pór roku) jest rytmem cielesnym, a nie duchowym. Duchy nie umierają ani nie
zmartwychwstają.

Ciało a rytm śmierci i zmartwychwstania


Z ciałem więc związana jest śmierć i już ten sam fakt wystarcza, by
tworzyła się wokół niego atmosfera lęku. Ale z ciałem związane jest też
zmartwychwstanie. Świadomość ludzka nie odbiera wyraźnie rytmu budowy
i niszczenia, typowego dla wszystkich procesów życia. Rytm ten odczuwamy
w postaci tylko nieokreślonych nastrojów, zmniejszonej lub zwiększonej dynamiki
życiowej, nieokreślonego niepokoju. Nieśmiertelność gatunkową osiąga człowiek
w zespoleniu seksualnym, dzięki któremu odradza się w nowym pokoleniu. Duchy są
bezpłciowe. Płeć jest cielesna. Nie można sobie wyobrazić aktu seksualnego bez
udziału ciała. Istnieje wprawdzie miłość "duchowa", platoniczna, nieraz
niezwykle piękna, ale nigdy nie jest ona pełną miłością. Śmierć więc i miłość są
cielesne. Podobnie jak drugie prawo biologiczne, tak i pierwsze nie może się
wypełnić bez udziału ciała. Zaspokojenie potrzeby powietrza, wody i pokarmu jest
ściśle zależne od ciała. Jądro życia jest cielesne. Ciało jest źródłem rozkoszy,
ale i cierpienia, w nim jest śmierć, ale też nadzieja zmartwychwstania (akt
seksualny jako akt tworzenia nowej żywej istoty).
Nie mamy pełnej świadomości naszego ciała, do naszej świadomości docierają
tylko niewyraźne echa tego, co w nim się dzieje; nie uzmysławiamy sobie
niezwykle skomplikowanych procesów, które w nim bez przerwy zachodzą,
a w których tak wyraźnie zaznacza się rytm umierania i rodzenia (niszczenia
i budowy). Nie zdajemy sobie też sprawy z siły drugiego prawa biologicznego,
z faktu, że każda komórka ustroju ma swój seksualny imprinting i nie ma komórek
bezpłciowych poza rzadkimi aberracjami chromosomalnymi. W świecie własnego ciała
jesteśmy zagubieni, jest ono dla nas mrokiem i tajemnicą. Nie wiemy, co w nim

18
się dzieje i co nas z jego strony może spotkać.
Struktury czynnościowe dotyczące metabolizmu energetycznego tworzą się
i giną przeważnie poniżej progu naszej świadomości. Nie wiemy, co się dzieje na
tym poziomie aktywności naszego ustroju. Dzięki naukom medycznym dysponujemy
wprawdzie pewną wiedzą obiektywną o aktywności ustroju, ale nigdy nie może ona
zastąpić wiedzy subiektywnej, tj. osobistego doznania, jakie odczuwamy wobec
otaczającego świata. Nasza świadomość zwrócona jest na zewnątrz, a nie do
wnętrze ciała. Nawet w marzeniach sennych zawsze dzieje się coś w otaczającym
świecie, a nie w nas samych.

Świadomość a interocepcja
Sygnały pochodzą jednak nie tylko z otaczającego świata (eksterocepcja),
lecz też z wnętrza naszego ciała (inerocepcja).
Metabolizm informacyjny obejmuje więc zarówno środowisko zewnętrzne, jak
i wewnętrzne człowieka; struktury morfologiczne układu nerwowego zawiadujące
metabolizmem informacyjnym wewnątrzustrojowym są równie bogate, jak te, które
sterują przede wszystkim sygnałami pochodzącymi z otaczającego świata. Nie wiemy
jeszcze, dlaczego i w jaki sposób tak się dzieje, że sygnały wewnątrzustrojowe
są do tego stopnia upośledzone pod względem swego rezonansu w naszej świadomości
w porównaniu z sygnałami zewnątrzustrójowymi.
Co się tyczy receptorów, to wiemy tyle, że eksteroceptory adaptują się szybko,
tzn. gdy bodziec się powtarza, przestają działać. Gdyby np. ludzkie oczy nie
wykonywały stałych drobnych ruchów, to człowiek, podobnie jak żaba, widziałby
tylko poruszające się przedmioty, one bowiem drażniłyby nowe receptory,
natomiast to, co nieruchome, byłoby czarne. W odniesieniu do otaczającego świata
nastawieni jesteśmy na ustawiczną zmienność, nie obchodzą nas, jak dobrych
reporterów, stare wiadomości, żyjemy w pogoni za nowym. Natomiast interoceptory
nie adaptują się tak szybko; działają one raczej na zasadzie urządzeń
alarmowych, tzn. tak długo wysyłają sygnał, aż zaszła zmiana (bodziec) nie
zostanie należycie uregulowana. Z eksteroceptorów tylko receptory bólowe
trzymają się opisanej zasady; ból utrzymuje się tak długo, aż jego przyczyna
(bodziec) zostanie usunięta.
Istnieje więc odwrotna zasada w odbiorze sygnałów z otoczenia niż
w odbiorze z wnętrza ustroju. W stosunku do otoczenia ustrój dąży do nowości,
odrzuca to, co stare, lub w ogóle tego nie przyjmuje. Natomiast w stosunku do
własnego wnętrza ustrój jest zaalarmowany każdą nowością, receptory sygnalizują
dopóty, dopóki nie zostanie ona umieszczona w starym porządku.
Świat zewnętrzny jest zmienny; świat własny, tj. ciało, jest stały. Wśród
zmieniającego się wciąż otoczenia ustrój żywy musi zachować swoje constantia,
swoje "prawdy", jeśli za istotę prawdy uważa się jej niezmienność. Własne ciało
jest "prawdziwe", a świat otaczający jest "złudą", gdyż cechą złudy jest
ustawiczna zmienność. To, czego możemy dotknąć, zetknąć z naszym ciałem, nabiera
cech prawdziwej rzeczywistości. Już maleńkie dziecko jest "niewiernym Tomaszem"
i bierze widziany przedmiot do rączki, a potem wpycha do ust. Chce w ten sposób
wchłonąć otaczający świat w siebie - jest to jednocześnie najlepszy sprawdzian
jego rzeczywistości. To, co nie jest w bezpośrednim kontakcie z naszym ciałem,
ma zawsze cechy ułudy, abstrakcji, nierzeczywistości.

Symbol
Ciało ściąga nas na ziemię, duch jest "lekki", flat ubi vult. Struktury
czynnościowe, jakie człowiek w ciągu swego życia wytwarza, mogą być całkowicie
oderwane, abstrakcyjne, nie związane z rzeczywistością. Im bardziej są one
oderwane od konkretnej sytuacji, tym bardziej ich charakter jest ponadczasowy.
W wymianie energetyczno-informacyjnej między ustrojem a jego środowiskiem
istnieje odwrotna zależność między ilością energii a trwałością struktury. Im
ilość energii większa, tym struktura mniej trwała, a im mniejsza - tym struktura
trwalsza. Metabolizm energetyczny jest nietrwały, bez przerwy ginie to, co
powstało przed sekundą; metabolizm informacyjny jest trwały, w nim bowiem
odgrywa rolę nie ilość energii, ale jej znaczenie; ważny jest symbol, a nie
rzecz sama w sobie, tj. jakość i ilość energii. Umiera człowiek, ale zostaje po
nim słowo, specyficzny dla niego gest, klimat uczuciowy, który wokół siebie

19
roztaczał, a więc jego symbole, które zostały swego czasu rzucone w otaczający
świat i w tym świecie się zatrzymały, podczas gdy ciało przestało istnieć.
Struktury czynnościowe związane z metabolizmem energetycznym istnieją
w granicach ciała. Ustrój pobiera różne substancje z otoczenia, zmienia je na
własne struktury, by z kolei znów je niszczyć i czerpać z procesu niszczenia
energię potrzebną do życia. Otoczenie liczy się tylko jako układ zasilający
ustrój w energię i od niego energię odbierający. Liczą się realne wartości
energetyczne, a nie ich znaczenia. Również w wypadku drugiego prawa
biologicznego, gdy kontakt z otoczeniem nie polega na niszczeniu się jak przy
zachowaniu własnego życia, lecz na zespoleniu z otoczeniem, relacja między
ustrojem a jego otoczeniem nie ma charakteru symbolicznego, nie liczą się już
znaki, które mają coś oznaczać, choć znaki te przed momentem złączenia mogły
odgrywać decydującą rolę; liczy się zespolenie dwóch ciał ze sobą, liczy się
energia wyzwolona przez akt zespolenia, a subiektywnie - płynąca z cielesnego
złączenia rozkosz.
Cielesna jest miłość i cielesne jest samo życie (samo - tzn. sama wymiana
energetyczna z otoczeniem). Jest to jakby jądro życia. Ale nie można do niego
dojść bez przygotowania, bez zorientowania się w znaczeniach otaczającego
świata. Za pomocą różnego rodzaju znaków, symboli, domyślamy się, co może nas
z jego strony spotkać. Z kolei sami wysyłamy w otoczenie różnego rodzaju znaki,
które są wyrazem naszej aktywności, a dla otoczenia - symbolem tego, co z nami
się dzieje. W miarę ewolucji ta warstwa ochronna, broniąca przed bezpośrednim
zetknięciem się z prawami życia, znacznie się rozrasta. Śladowy metabolizm
informacyjny istnieje nawet na najniższych szczeblach rozwoju filogenetycznego.
U tych najprostszych istot żywych zetknięcie się z otaczającym światem jest
jednak bardziej bezpośrednie; bez dłuższego wstępu wchodzą one w wymianę
energetyczną ze swoim otoczeniem i w aktywność reprodukcyjną. Również rozwój
ontogenetyczny koncentruje się na rozbudowie metabolizmu informacyjnego.
Potrzeby biologiczne niemowlęcia są zaspokajane bez większych wstępów
orientacyjnych (metabolizmu informacyjnego); taka sytuacja możliwa jest tylko
dzięki zapewnieniu optymalnych warunków środowiskowych (środowisko
macierzyńskie), które nie obowiązuje już w stosunku do osobników dorosłych.
Można sobie pozwolić na wejście w "jądro" życia, gdy warunki życia są optymalne,
gdy środowisko nie zagraża śmiercią.
Interesujący jest fakt, że wędrówki ryb i ptaków są prawdopodobnie
uwarunkowane szukaniem środowiska macierzyńskiego jako odpowiedniego miejsca dla
własnego potomstwa. Zwierzęta przemierzają tysiące kilometrów, by znaleźć się
z powrotem w miejscu swego urodzenia, gdyż tylko tam ich potomstwo może być
bezpieczne. Jest wciąż tajemnicą, jak trafiają one do tak odległych miejsc.
Niektóre ptaki orientują się po gwiazdach. Daleka podróż jest jakby
w zwierzętach tych "zaprogramowana"; byłby to jeden z przykładów związania
ustroju z otoczeniem i sztuczności granicy, jaka w umyśle człowieka tworzy się
między nim a otaczającym światem.
W wypadku wędrówek zwierząt mamy do czynienia z typową strukturą czynnościowo-
informacyjną. Zasadniczą rolę odgrywa tu kompleks sygnałów - wprawdzie nie wiemy
jeszcze jakich - a nie ilość energii. Sygnały te są ponadczasowe, gdyż wiele
pokoleń zwierząt orientuje się według takiego samego kodu. Inne kompleksy
sygnałów pozwalają zwierzętom zorientować się i pokierować swym zachowaniem
w odniesieniu do potencjalnego partnera seksualnego, potencjalnego wroga itp.
Otaczający świat jest również dla zwierząt przede wszystkim światem symboli,
które muszą odpowiednio odcyfrować. Odcyfrowanie to jest prawdopodobnie możliwe
dzięki temu, że symbol mieści się zarówno w otaczającym świecie, jak w samym
żywym ustroju. Może na tym polega zespolenie żywych istot z ich otoczeniem. To,
co określamy wygodnym, ale właściwie niewiele oznaczającym pojęciem instynktu,
byłoby w zasadzie określonym systemem symboli, którym żywa istota łączy się ze
swym otoczeniem i który determinuje jej zachowanie.
Sygnał (informacja, symbol) może istnieć tylko wówczas, gdy dwa układy są
połączone ze sobą związkiem komunikacyjnym. W układach całkowicie odizolowanych
sygnał nie miałby racji bytu, bo cóż miałoby te układy z sobą łączyć.
Prawdopodobnie tylko nikły odsetek potencjalnych sygnałów otaczającego świata
dociera do człowieka, jeszcze mniejszy - do poszczególnych przedstawicieli

20
świata zwierzęcego. Z otaczającego świata odbieramy tylko to, co jest nam
potrzebne. Pomostem łączącym świat zewnętrzny z nami jest symbol, jest znak,
który daje nam otaczający świat i który dla nas coś oznacza. Człowiek może
rozszerzyć zakres swoich symboli - dzięki technicznemu udoskonaleniu swych oczu,
uszu, węchu itd. zwiększa zakres percepcji sygnałów otoczenia, a jednocześnie
głębiej wnika w ich znaczenie. Możliwe to jest dzięki tkwiącej w ludzkim
układzie nerwowym zdolności tworzenia najrozmaitszych struktur czynnościowych.
Świat symboli człowieka nie jest zamknięty, ma on wciąż możliwości tworzenia
nowych. Natomiast w świecie zwierzęcym układ symboli jest zamknięty i szansę
tworzenia nowych są niewielkie.
Tworzenie symboli jest funkcją metabolizmu informacyjnego. Mają więc one raczej
charakter psychiczny niż somatyczny. Nie wymagają dużych nakładów
energetycznych, są w pewnej mierze niezniszczalne, ponadczasowe
i ponadprzestrzenne. Ten sam symbol w różnych okresach i w różnym odcinku
przestrzeni to samo może oznaczać, jest ponad konkretnym "tu i teraz". Symbol
jest też ponadjednostkowy, gdyż dla wielu przedstawicieli tego samego gatunku
oznacza to samo. Doświadczenie życiowe sprawia, że pewne symbole nabierają
indywidualnego znaczenia, na zasadzie odruchów warunkowych stają się sygnałami
określonej sytuacji, podczas gdy dla innej jednostki nie posiadającej
analogicznych doświadczeń życiowych tego znaczenia nie mają. Istnieją jednak
symbole, które są jakby z góry dane, "odziedziczone" i działają niezależnie od
życiowego doświadczenia.
Metabolizm informacyjny jest ściśle zespolony z metabolizmem
energetycznym, jeden bez drugiego nie może istnieć. Symbol, mimo że jest czymś
abstrakcyjnym, w pewnym sensie "duchowym", sięga głęboko w cielesność. Steruje
najbardziej cielesnymi funkcjami ustroju i wyznacza ich zasadniczy kierunek. Sam
jako taki, bez ciała, istnieć nie może, straciłby swój sens i istotę bytu.
Odnosi się to zarówno do ustroju, jak i do otaczającego świata. Symbol
pozbawiony podłoża materialnego, tj. desygnatu, pozbawiony oparcia w świecie
zewnętrznym, przestaje być symbolem, staje się złudą, majakiem, sennym
marzeniem. Symbol więc, mimo że jest abstrakcyjny, "bezcielesny", wiąże się
ściśle z ciałem i z materialnym otaczającym światem.
Dwa układy: żywy ustrój i jego środowisko, są więc z sobą złączone
w dwojaki sposób: bezpośrednio - przez metabolizm energetyczny i seksualne
zespolenie, i pośrednio - przez określony układ symboli (metabolizm
informacyjny). Pierwszy sposób stanowi "jądro" życia, bez niego życie nie może
istnieć. Natomiast drugi jest przygotowaniem do wejścia w istotę procesów
życiowych, swoistą nadbudową. W stosunku do otaczającego świata dysponujemy więc
dwoma zbliżeniami: jedno, "duchowe", to symboliczne lub informacyjne z nim
złączenie, drugie, "cielesne", to bezpośredni kontakt, w którym zaspokojone są
dwa podstawowe prawa biologiczne.
Układ nerwowy zbiera informacje nie tylko z otaczającego świata
(eksterocepcja), lecz też z wnętrza ustroju (interocepcja). Ektoderma nerwowa
stoi na granicy dwóch światów, zewnętrznego i wewnętrznego, z obu czerpie
informacje i do obu informacje wysyła. Nie można jednak układu nerwowego w ten
sam sposób oddzielać od świata wewnętrznego, jak oddzielony on jest od świata
zewnętrznego: jest on przecież częścią naszego ciała, tj. świata wewnętrznego.
Układ symboli, który łączy świat zewnętrzny z otaczającym światem, traci swój
sens, gdy chodzi o połączenie poszczególnych części świata wewnętrznego, a więc
w tym wypadku układu nerwowego z resztą ciała. Znaczenie informacji jest inne
w odniesieniu do świata zewnętrznego niż w odniesieniu do własnego ciała. Stąd
może pochodzić nasze niezrozumienie własnego ciała; jest ono zawsze dla nas
tajemnicą, nie wiemy, co się w nim dzieje. Nie docierają do naszej świadomości
wszystkie pochodzące z niego sygnały. Nie dysponujemy jego symboliczną
koncepcją, i gdy jakiś sygnał z naszego ciała dociera do naszej świadomości,
często nie wiemy, co on oznacza, budzi w nas niepokój i lęk.
Wiele sygnałów pochodzących z naszego ciała może zdeterminować nasze zachowanie,
np. gdy pod wpływem informacji interoceptywnych zmieniamy sposób naszego
odżywiania (przestajemy jeść lub jemy tylko niektóre pokarmy); wówczas nasza
świadomość znaczenia sygnału jest ograniczona; odczuwamy tylko przyjemność lub
przykrość, nieokreślony niepokój, rozkosz zaspokojenia podstawowych potrzeb itp.

21
Obraz naszego ciała (jego wnętrza, gdyż obraz zewnętrzny jest w pewnej mierze
analogiczny do obrazu otaczającego świata, choć niepełny) nie ma zatem
formalnego ukształtowania, które tworzy się dzięki systemowi symboli. Jest
mglisty, niejasny, składa się z odczuć, a nie ze sprecyzowanych myśli. Ciało
więc nie jest "uduchowione" w tym sensie, że nie dysponujemy w stosunku do niego
odpowiednim układem symboli. Duch jest formą, nadaje kształt rzeczywistości, bez
niego życie jest bezkształtne, żywiołowe i chaotyczne, przynajmniej w naszym
odbiorze, bo obiektywnie ma ono swoje określone formy i prawa.

Życie psychiczne
Nasz świat duchowy odczuwamy jako coś bardzo osobistego i wewnętrznego,
a w rzeczywistości dotyczy on przede wszystkim naszych relacji ze światem
zewnętrznym. Psychika, pojęta jako swoisty układ symboliczny, nie jest wewnątrz,
ale na zewnątrz nas. Stąd może bierze się poczucie, że dusza nie jest związana
z ciałem, że nie ginie z jego śmiercią, że w czasie snu, jak wierzą niektórzy
przedstawiciele tzw. ludów pierwotnych, wędruje nieraz w dalekie miejsca, że
może się swobodnie poruszać w czasie i w przestrzeni. Dusza jest wolna, a ciało
przywiązane do ziemi.
Poczucie wolności, swobody ruchu, niezależności od określonej pozycji
w strukturze czasoprzestrzennej, jest koniecznym atrybutem metabolizmu
informacyjnego. Im większe są możliwości tworzenia różnorodnych struktur
czynnościowych, tym większe musi istnieć poczucie swobody. Bez niego bowiem nie
mogłyby się tworzyć swobodne struktury czynnościowe. Byłyby one z miejsca
stłumione przez konkretność życia.

Wspólnota metabolizmu informacyjnego


Struktury czynnościowe metabolizmu informacyjnego wskutek samego faktu, że
są łącznikiem (systemem komunikującym) między ustrojem a jego otoczeniem i że są
wyrzucone we wspólną dla istot żywych przestrzeń, tracą swój indywidualny
charakter. Są dostępne dla innych istot żywych, zwłaszcza tego samego gatunku,
inaczej zresztą nie mogłyby być nośnikami informacji. Mogą też być użyte przez
inne istoty żywe. Tworzą jakby wspólny język, którego wspólnota jest oczywiście
najwyraźniejsza w tym samym kręgu rodzinnym, a stopniowo coraz słabiej widoczna
w kręgu szczepowym, narodowym, kulturowym, gatunkowym itd.
Dzięki symbolom wchodzimy w różne kręgi wspólnoty, zacząwszy od wspólnoty
rodziny generacyjnej i wspólnoty związku erotycznego, a więc wspólnot
bezpośrednio związanych z prawem zachowania gatunku, poprzez kręgi szersze,
tworzące się dzięki wspólnym celom, wspólnemu obcowaniu, wspólnej zabawie itd.,
do kręgów obejmujących jeden gatunek, jeden rząd świata ożywionego, a w końcu
wszystkie istoty ożywione. Możemy między odrębnymi nawet gatunkami obserwować
wymianę swoistych dla nich form zachowania (struktur czynnościowych), np. pies
przybiera nieraz struktury czynnościowe swego pana, a i jego panu się zdarza, że
w pewnych szczegółach zachowania naśladuje psa.
Jeśli konsekwentnie akceptujemy zasadę ewolucji, powinniśmy też przyjąć,
że człowiek jako jej najwyższy efekt mieści w sobie wszystkie struktury
czynnościowe, jakie się rozwinęły w ciągu milionów lat w świecie ożywionym.
Koncepcja ta zresztą tkwi w świadomości człowieka; zdarza się, że we śnie czy
w psychozie schizofrenicznej czuje się on przemieniony w jakieś zwierzę lub
jakaś forma zwierzęcego zachowania staje się jego własną; w wielu religiach
i mitach łączność form ludzkich ze zwierzęcymi występuje już bardzo wyraźnie.
Choć nieraz wydaje się nam, że nasze myśli, uczucia, marzenia, plany itp. są jak
najbardziej własne, to jednak gdy przeanalizujemy ich genezę, własność ta
i autentyczność staje pod znakiem zapytania - powstały one bowiem ze struktur
czynnościowych do kogo innego przynależnych. Nieraz struktury te w całości
zostają przyjęte za własne (internalizacja). Jednocześnie w momencie, gdy
zostaną one wyrzucone na zewnątrz, przestają być własne, a wchodzą we wspólnotę
społecznego świata, i im dłużej są w tej wspólnocie, tym mniej są własne, można
nawet z czasem stracić całkowicie poczucie ich własności. Dystans sprawia, że
to, co było najbardziej nasze, przestaje być nasze.
Istnieje wyraźna różnica w poczuciu własności między metabolizmem
energetycznym a informacyjnym. W wypadku metabolizmu energetycznego granica

22
między własnym światem a otaczającym jest ostra. To, co nie weszło jeszcze do
wnętrza ustroju, nie jest własne, a to, co wyszło z niego, staje się już obce.
Natomiast w wypadku metabolizmu informacyjnego ustrój łączy się z otaczającym
światem tak skomplikowaną siecią związków, iż trudno ustalić granice między
nimi. W takim ujęciu duch jest bardziej wspólny, a ciało bardziej samotne.
Lęki związane z problematyką ciała są też lękami samotności. Człowiek staje
wówczas sam wobec otaczającego świata, który może go bezlitośnie zniszczyć.
Świat symboli wprowadza nas we wspólną ludzką przestrzeń; już nie jesteśmy tak
samotni, bo odczuwamy, cierpimy, cieszymy się i myślimy jak inni ludzie. Pomoc
psychiatry w znacznej mierze polega na tym, by chorego uwolnić z jego
samotności, by to, co było najbardziej własne i odizolowane, wprowadzić do
wspólnego świata symboli.
"Przylgnęło do ziemi ciało nasze" (Ks. Psalmów, 43:25). Metabolizm
energetyczny ściąga nas na ziemię, do konkretności, określonych granic,
zniszczalności i przemijalności. Metabolizm informacyjny wprowadza nas w świat
symboli, świat bez określonych granic czasowych i przestrzennych, gdyż symbol na
ogół nie zmienia swego znaczenia mimo zmiany konkretnej sytuacji. Jest to świat
wspólny dla innych żywych istot, w którym nie ma już tragicznej samotności, gdyż
symbole-znaki czasem łączą żywe istoty z sobą, a czasem znów oddalają; tworzą
się różnorodne układy, delikatna sieć osłaniająca jądro życia.
Świat nasz nie jest tylko zbudowany z różnorodnych układów energetycznych
(materialnych), lecz także z układów informacji (symboli). Ale ten drugi świat
musi być już światem istot żywych, informacja nie może bowiem istnieć bez istot
zdolnych do jej odbierania i wysyłania. Symbol, który już nikogo nie
reprezentuje i do nikogo nie trafia, przestaje być symbolem; staje się pustym
znakiem, minimalną cząsteczką energii, z której wywietrzało wszelkie znaczenie.
Pustka Kosmosu przeraża nas nie tylko swoim bezmiarem, ale też brakiem żywych
istot, a przede wszystkim zewnętrznej warstwy życia, która tworzy jego bogactwo
i różnorodność, warstwy delikatnej, "duchowej", zbudowanej z różnorodnych znaków
i symboli.

Równowaga między metabolizmem, energetycznym a informacyjnym


Przedstawiony tu podział świata żywego na warstwę energetyczną i warstwę
symboliczną (sygnalizacyjną) jest sztuczny, gdyż nie da się tych dwóch warstw od
siebie oddzielić, wymiana energetyczna ze środowiskiem musi iść w parze
z wymianą informacyjną, jedna bez drugiej istnieć nie może. U człowieka dzięki
niezwykłemu rozwojowi metabolizmu informacyjnego równowaga między światem
cielesnym a duchowym (symbolicznym) ulega niejednokrotnie zachwianiu. Zachwianie
to może przejawiać się w dwóch kierunkach: człowiek chce być tylko duchem, ciało
mu ciąży i przeszkadza, lub też chce zerwać ze swą duchową warstwą, pogrążyć się
we własnej cielesności i w niej znaleźć rozkosz i jedyny sens życia.
Obie tendencje prowadzą do powstawania lęku. Gdy człowiek chce być tylko wolnym,
swobodnym, od ciała niezależnym duchem, odtrącone ciało przypomina o swoich
prawach, tłumione podstawowe potrzeby dochodzą z tym większą siłą do głosu,
stwarzając napięcie lękowo-agresywne, nieraz nie do zniesienia. Natomiast gdy na
pierwszy plan zostanie wysunięte ciało, człowiek gubi się w chaosie płynących
z niego doznań, odrzucając porządek charakterystyczny dla świata symboli; staje
bezradny wobec tajemnicy własnego ciała i samego siebie, gdyż identyfikuje ciało
z sobą. Walka ciała z duszą, materii z duchem, tak charakterystyczna dla
człowieka i tak wyraźnie występująca w różnych kręgach kulturowych, jest wyrazem
zachwiania równowagi między cielesnością a duchowością, czyli między
metabolizmem energetycznym a informacyjnym.
Prawdopodobnie wahań tego rodzaju nie ma u zwierząt, większa jest u nich
harmonia , a ich symbole, wyrażające się np. w postawach i zachowaniach
charakterystycznych dla pieszczoty, groźby, lęku itp., są blisko podstawowych
praw biologicznych - zachowania życia własnego i gatunku; nie odbiegają tak
daleko od jądra życia, jak się to dzieje u człowieka.
Warstwa izolująca człowieka od sedna życia jest tak rozległa, że
cielesność nieraz się w niej rozpływa. Symbol staje się ważniejszy od jego
materialnego podłoża, tzn. tego, co powinien reprezentować. Symbol w świecie
zwierzęcym nie odbiega daleko od podłoża, tzn. blisko wiąże się z podstawowymi

23
prawami życia. Na przykład bez trudu można dojść do tego, co oznacza dany ruch,
dźwięk, zapach itp., czy wiąże się on z prawem zachowania własnego życia, czy
z prawem zachowania gatunku.
U człowieka odległość symbolu od podstawowych praw życia jest już bardzo wielka
i nieraz nie można dojść ich genezy, choć na pewno tak jak w świecie zwierzęcym
wywodzą się one pierwotnie także od dwóch podstawowych praw. Rozwój metabolizmu
informacyjnego jest jednak u człowieka tak niezwykle silny, że metabolizm
energetyczny (a z nim dwa prawa biologiczne, z których metabolizm informacyjny
się rozwinął), ten rdzeń życia, jest przezeń przysłonięty. Ważniejszy od niego
staje się nieraz symbol. Człowiek dla symbolu poświęca swe życie, może nawet
umrzeć przekroczywszy symbole mające znaczenie tabu (śmierć voodoo, śmierć po
zjedzeniu zakazanego pokarmu opisana w Talmudzie itp.). Opleceni jesteśmy siecią
znaków i różnorodnych znaczeń i już nie możemy dojść do "nagiego" życia. Nawet
w warunkach ekstremalnych, gdy liczy się tylko walka o przeżycie, np. w obozach
zagłady, wytwarza się specyficzny układ symboli (słowa pogardliwe i słowa
życzliwe, gesty złe i gesty dobre), co więcej, nawet w takich warunkach człowiek
może przeciwstawić się okrutnej walce o przetrwanie i ukazać bardziej ludzki
i szlachetny, niż jest w warunkach normalnych (na tym polega wielkość ojca
Kolbego).
Bogactwo struktur czynnościowych, którymi człowiek dysponuje, daje mu
poczucie niezwykłej swobody. Jego duch czuje się wolny. Swobodnie wędruje
w miejscu i czasie, może całkowicie oderwać się od konkretnej sytuacji, np. we
śnie. Struktury czynnościowe bezpośrednio związane z potrzebami ciała
ograniczają swobodę struktur bardziej od potrzeb cielesnych oddalonych. Ciało
ściąga człowieka na ziemię. Chcąc uwolnić swą duszę, człowiek niejednokrotnie
poddawał ciało różnym umartwieniom i cierpieniom. Asceza jest warunkiem
uduchowienia.
Umartwienia były również środkiem przygotowującym człowieka do odpowiedzialnych
funkcji, wymagających większej niż przeciętna siły duchowej. Umartwieniom
poddawał się człowiek, który chciał zostać prorokiem czy czarownikiem; obrzędy
inicjacji połączone były zwykle z różnymi umartwieniami i cierpieniami. Funkcje
kapłańskie w wielu religiach są połączone z obowiązkiem wstrzemięźliwości
seksualnej. Służba wojskowa wymaga nieraz dużej wytrzymałości fizycznej na głód,
pragnienie, ból itp. Człowiek chcąc przeprowadzić swoje cele, nieraz odległe od
konkretności życia, musi nauczyć się przezwyciężać doraźne potrzeby ciała,
inaczej byłby ich niewolnikiem.
Struktury czynnościowe związane bezpośrednio z potrzebami ciała mają dużą
dynamikę, tzn. wypierają łatwo inne struktury, nie związane z ciałem tak
bezpośrednio. Gdy człowiek jest głodny lub spragniony, myśli tylko o tym, by
zaspokoić swą potrzebę. To samo dotyczy popędu seksualnego. Gdy człowieka boli
ząb, trudno mu myśleć o czymkolwiek innym. Ale struktury te są krótkotrwałe
i zmienne. Gdy głód zostanie zaspokojony, gdy ból ustąpi itp., tak silna przed
chwilą struktura czynnościowa natychmiast przestaje egzystować. Człowiek
kierujący się tylko potrzebami swego ciała byłby bardzo zmienny: raz zadowolony,
a raz nieszczęśliwy, raz chcący tego, to znów tamtego, byłby kłębkiem
sprzecznych uczuć, myśli, nie sprecyzowanych pragnień. Dopiero oddalanie się od
bezpośrednich potrzeb cielesnych nadaje przeżyciom ludzkim większą stabilność;
tworzą się trwalsze struktury czynnościowe, mniej zmienne, gdyż bardziej
oderwane od konkretności życia. Ta właśnie ich niezmienność jest niekiedy przez
człowieka odczuwana jako "nieśmiertelność" jego duszy czy pewnych ludzkich
postaw i idei.
Odejście od struktur bezpośrednio wiążących się z potrzebami ciała stwarza
jednak pewną jałowość. Koloryt struktur abstrakcyjnych jest mdły, brak im
miąższu życia. Człowiek żyjący tylko w abstrakcjach jest nudny, nienaturalny
wskutek swej "nieziemskości" i zawsze gdzieś spod szaty przesadnej duchowości
przeziera tłumiona cielesność, która przez fakt tłumienia nabiera monstrualnych
kształtów.
Człowiek, który odrzuca świat abstrakcji, idei, symboli oraz zdaje się na
odczucia własnego ciała i stara się kierować głównie jego potrzebami, odczuwa
chaos uczuć, nie może uporządkować swoich przeżyć, często ulega znudzeniu.
Zaspokojenie potrzeb ciała działa bowiem na krótką metę, a on sam traci to, co

24
w życiu wydaje się najważniejsze, co stanowi cel ludzkiego życia, tj. dążenie
dokądś. To dążenie właśnie umożliwiają struktury czynnościowe bardziej oddalone
od cielesności i dzięki temu bardziej "nieśmiertelne".
Problem ciała i duszy jest specyficznie ludzki, jest problemem
śmiertelności i nieśmiertelności, zmienności i niezmienności, miłości zmysłowej
i duchowej, porządku i chaosu, spontaniczności i sztywności (perseweracji).
Człowiek nie może przejść obok tego problemu, musi ustawić go jakoś w swoim
życiu. Zbytnie przechylenie zarówno w stronę duchowości, jak też cielesności
mści się uczuciami niepokoju, lęku, niezadowolenia z własnego życia itp.
Człowiek średniowiecza, jak też ludzie wyznający niektóre systemy religijne, żył
w trzech jakby płaszczyznach: Ziemi, Nieba i Piekła. Psychoanalitycy zamknęli
ten trójwymiarowy świat w obrębie własnej psychiki człowieka; w ten sposób
odizolowali go od reszty świata. Człowiek został zamknięty w samym sobie wbrew
obowiązującej w całej przyrodzie zasadzie o łączności ustroju żywego ze
środowiskiem. Id stało się piekłem, superego niebem, a ego ziemią.

Inwentarz symboli przyrody ożywionej


Może w przyszłości, gdy nasza wiedza o strukturach czynnościowych świata
ożywionego będzie większa niż obecnie, uda się stworzyć rodzaj inwentarza
symboli istniejących w świecie ożywionym: zapachów, gestów, tańców, głosów,
śpiewów, kolorów itd. Są to znaki, którymi zwierzęta przywabiają samicę,
odstraszają wroga, oznaczają granice swego terytorium, wskazują towarzyszom,
gdzie znaleźć można pokarm, sygnalizują niebezpieczeństwo, którymi kwiaty
przywabiają owady lub ptaki, by dokonały aktu zapylenia.
Trudno sobie wyobrazić świat przyrody ożywionej ogołocony z tej symbolicznej
sfery życia do nagich praw zachowania życia własnego i życia gatunku. Byłoby
wtedy wszystko bardzo proste i niezróżnicowane, trudno byłoby odróżnić jedną
istotę żywą od drugiej, tak jak trudno jest odróżnić plemnik czy jajo człowieka
od plemnika czy jaja zwierzęcia stojącego znacznie niżej w drabinie
filogenetycznej.
Nie można życia zredukować do jego podstawowych praw - świat przyrody
stałby się wówczas niezwykle ubogi, nużący swoją monotonią. Straciłby swoje
bogactwo, koloryt, indywidualność.
Bezsprzecznie życie zarówno człowieka, jak zwierząt i roślin obraca się
wokół dwóch podstawowych celów: zachowania własnego życia i życia gatunku. Aby
jednak te cele osiągnąć, istoty żywe stwarzają niezwykłe bogactwo różnego
rodzaju struktur zarówno morfologicznych, jak czynnościowych. Wiele z nich służy
bezpośrednio zdobyciu danego celu, np. dzięki pewnym strukturom morfologicznym
i czynnościowym można zdobywać pokarm i go asymilować, inne znów służą do
prokreacji itp. Ale wiele struktur jest tylko pośrednio z celem związanych,
mogłoby się bez nich ostatecznie obejść, bez ich pomocy osiągnąć podstawowe cele
biologiczne. Zniknęłoby wówczas jednak całe bogactwo kolorów i kształtów, śpiewy
ptaków, tańce godowe i tańce wskazujące położenie pokarmu, pieszczoty,
ostrzeżenia itp.
Świat ożywiony składa się więc jakby z dwóch warstw: wewnętrznej - jądra życia,
którym jest metabolizm energetyczny i spełnienie dwóch praw biologicznych,
i warstwy zewnętrznej - metabolizmu informacyjnego, stwarzającego wokół jądra
życia sferę symboli, a więc sferę duchową. Interesujące jest to, że ewolucja
życia i wysiłek z nią związany koncentrują się nie tylko na spełnieniu dwóch
praw biologicznych, lecz także na rozwoju sfery symbolicznej. Powstają symbole
coraz bogatsze, coraz bardziej odległe od podstawowych potrzeb, i odnosi się
wrażenie, jakby istoty żywe znajdowały radość w ich tworzeniu. Nieraz właściwy
cel, tj. zachowanie własnego życia i życia gatunku, schodzi nawet na dalszy
plan. A więc ptaki śpiewają dla samego śpiewania, tańczą dla samego tańca itp.
W miarę rozwoju ewolucyjnego metabolizm informacyjny staje się coraz bogatszy
w porównaniu z metabolizmem energetycznym, a u człowieka znacznie go przewyższa.
W związku z tym coraz szersza staje się sfera symboliczna. Człowiek oddala się
od sedna życia, tzn. spełniania podstawowych celów biologicznych, i coraz
bardziej żyje dla samego symbolu. Celem staje się sam symbol. Można by
przytoczyć wiele przykładów poświęcenia celów podstawowych (zachowania własnego
życia i życia gatunku) dla celów symbolicznych. Człowiek nie może już zamknąć

25
swego życia w samym jego sednie, musi żyć na jego obwodzie, w sferze duchowej,
w sferze symbolu. Wprawdzie w świecie zwierzęcym też nie można życia zredukować
wyłącznie do jego podstawowych celów i świat symboli (a więc świat w jakimś
sensie duchowy) przenika życie wszystkich istot żywych, to jednak poniżej
poziomu człowieka sfera symboliczna jest ściśle związana z podstawowymi prawami
życia i łatwo od symbolu dojść do jego biologicznego znaczenia. U człowieka
natomiast odległość między symbolem a jądrem życia jest większa i nieraz nie da
się prześledzić powiązania symbolu z jego biologicznym podłożem. W ten sposób
u człowieka świat ducha (symbolu) odszczepia się od świata cielesnego; stąd
walka między obu światami, którą człowiek nieraz tak boleśnie odczuwa.
Wspomniany inwentarz wszystkich symboli istniejących w przyrodzie
ożywionej pozwoliłby nam na ich klasyfikację np. wedle tego, czy wiążą się one
z pierwszym, czy też drugim prawem biologicznym. Prawdopodobnie okazałoby się
wówczas, że symbole wywodzące się z prawa zachowania życia gatunku są znacznie
bogatsze zarówno liczebnie, jak i jakościowo od symboli dotyczących prawa
zachowania własnego życia. To, co odczuwamy w przyrodzie jako jej piękno,
bogactwo, różnorodność, wiąże się przede wszystkim z prawem zachowania życia
gatunku. Jeśli prawo to jest źródłem postawy "do", tj. uczuć miłości, miłość
stwarza piękno w przyrodzie. Nie wiemy na razie, czym jest poczucie piękna, ale
przypuszczać należy, że jest nim obdarzony nie tylko człowiek, że mają je
w jakiejś zalążkowej formie istoty żywe stojące w rozwoju ewolucyjnym nawet
znacznie niżej od człowieka, i ta właśnie tendencja do miłości i piękna,
wynikająca z dążenia do zaspokojenia drugiego celu życiowego (zachowania życia
gatunku), jest motorem rozwoju świata symbolicznego, sfery duchowej życia.
Lęk jest uczuciem negatywnym, o ujemnym znaku, wiąże się on z postawą "od"
i należy do uczuć koncentrujących się wokół pierwszego celu biologicznego, tj.
zachowania własnego życia. Pierwsze bowiem prawo biologiczne wyraża się
w formule: "zniszczę lub zostanę zniszczony". Lęk jest sygnałem zagrażającego
niebezpieczeństwa, sygnałem, że "mogę być zniszczony". Warstwa symboliczna
tworząca się wokół tego sygnału jest dość bogata. Wiele przeróżnych oznak
pochodzących ze świata otaczającego ostrzega przed grożącym niebezpieczeństwem,
a z drugiej strony każda istota żywa dysponuje określonym arsenałem znaków
(ruchów, głosów, kolorów, zapachów), które mają ostrzec inne żywe istoty, że
zbytnie zbliżenie się może być niebezpieczne, tzn. że trzeba zachować postawę
"od".
Nie można właściwie zetknąć się bezpośrednio z samym niebezpieczeństwem, gdyż
takie zetknięcie w wielu wypadkach oznaczałoby własną zagładę. Można zetknąć się
z sygnałem niebezpieczeństwa i odpowiednio do sygnału zareagować. Na tym polega
ochronne działanie lęku; jest to uczucie, które wychodzi naprzeciw grożącemu
niebezpieczeństw, sięga w przyszłość opierając się na informacjach pochodzących
ze świata zewnętrznego, a także z własnego ciała. Na podstawie tych informacji
tworzy się obraz przyszłości, obraz groźny, prowokujący do przyjęcia postawy
ucieczkowej ("od"). Samo zetknięcie z niebezpieczeństwem wyzwala raczej ból,
ogólny szok ustroju lub powoduje śmierć. Nie zawsze jest nawet czas na to, by
zmobilizować się do postawy lękowej.
Sygnał bólowy może też przybrać postać symbolu, tzn. nie działać wedle
swej siły, ale wedle swego znaczenia. Na przykład ból serca jest dla człowieka
ważniejszy niż ból pięty o tym samym natężeniu. Inne jest bowiem znaczenie
lokalizacyjne. Funkcja serca jest warunkiem życia, a bez pięty żyć można. Ból
serca może być przyczyną silnego lęku, a ból pięty może być tylko przykry.
Na ogół jednak świat symbolu rozbudowuje się w większej odległości
czasoprzestrzennej między ustrojem a jego środowiskiem. Niebezpieczeństwo jest
dalej, nie stykamy się z nim bezpośrednio. To samo dotyczy innych sytuacji niż
grożące niebezpieczeństwo, np. zdobywania pokarmu, zaspokojenia popędu
seksualnego itp. Symbole tworzą się w odległości czasoprzestrzennej od
konkretnej sytuacji. Gdy zdobędzie się pożywienie, partnera seksualnego, gdy
dochodzi do konsumpcji, tj. spełnienia podstawowych potrzeb biologicznych,
symbol jest już niepotrzebny, człowiek jest wówczas w samym sednie życia.
Symbol jest sygnałem tego, co ma nastąpić, jest jakby kartą z propozycjami tego,
co otoczenie może nam ofiarować. Kartą, którą trzeba odczytać odpowiednio, by
przygotować się do czekającej nas sytuacji. Symbol sięga w przyszłość, ale

26
jednocześnie sytuacje przeszłe są zwykle streszczone do symbolu. Rzadko można
coś przeżyć drugi raz ze świeżością pierwszego przeżycia (zjawisko deja vu
i deja vecu). Ekonomia pracy układu nerwowego wymaga, by operować skrótami,
symbolami. W tym sensie układ nerwowy jest układem "duchowym", a nie
"materialnym". Symbol wnika głęboko w strukturę i funkcję ustroju i bez niego
nie można sobie wyobrazić przebiegu procesów życiowych. To więc, co odczuwamy
jako ciało, jako naszą "materię", jest przepojone symbolicznymi znaczeniami,
swoistym "duchem". Nie da się "żywej materii" oddzielić od "ducha". Może właśnie
na tym jej "uduchowieniu" zasadza się fakt jej życia.

Lęk nieznanego
Lęk powstaje nie tylko wówczas, gdy dany symbol oznacza zbliżające się
niebezpieczeństwo, lecz też wtedy, gdy symbolu odczytać nie można. Jest to lęk
nieznanego. "Nieznane" inaczej się kształtuje, jeśli chodzi o świat otaczający,
a inaczej, jeśli idzie o własne ciało. Głównym kanałem komunikacji z otaczającym
światem jest system symboli; to, co nie ma znaczenia, co nie jest symbolem, nie
trafia do ustroju. Możemy poznawać to tylko, co ma dla nas jakieś znaczenie.
Człowiek potrafi za pomocą urządzeń technicznych znacznie rozszerzyć zakres
swoich receptorów, dzięki temu powiększa się u niego świat symboli, ale i on nie
może wyjść poza to, co w jakimś stopniu jego dotyczy, nie może spojrzeć na świat
innym niż ludzkie spojrzeniem. Analogicznie zwierzęta nie mogą wyjść poza swój
zakres znaczeń. Koń patrzy na świat oczyma konia, pies - psa, żaba - żaby itd.
Pies nie widzi świata jak my, a my nie potrafimy popatrzeć na świat tak jak
pies.
To, co jest poza zasięgiem systemu symbolicznego łączącego daną żywą istotę
z jej środowiskiem, nie liczy się, nie wchodzi zupełnie w rachubę, choćby mogło
być dla ustroju korzyścią czy niebezpieczeństwem. Promienie kosmiczne, mimo że
dla ustroju są bardzo szkodliwe, nie wchodzą w układ ludzkich symboli; dopiero
dzięki udoskonaleniu środków technicznych mogą być dostępne naszym receptorom
i przy dysponowaniu odpowiednią wiedzą fachową mogą stać się symbolem grożącego
niebezpieczeństwa. Czerwony sygnał na jezdni oznacza niebezpieczeństwo dla życia
i każdy przytomny człowiek go respektuje. Biologicznie jest to sygnał obojętny;
dla kogoś kolor czerwony może być równie przyciągający jak zielony i nie oznacza
on wcale niebezpieczeństwa śmierci. Jest to sygnał umowny, tj. taki, który na
drodze społecznej umowy nabrał specjalnego znaczenia. Sygnałów tego typu jest
bardzo wiele w życiu każdego człowieka. Nie mając biologicznej genezy, działają
one tak silnie jak sygnały biologiczne, prowadząc do analogicznych zachowań
(ucieczki, agresji, zbliżenia), w skrajnych wypadkach natomiast wywołując
rozstrój organizmu, a nawet jego śmierć. Nawet w świecie zwierzęcym obok symboli
biologicznych istnieją symbole społeczne, powstałe jakby na zasadzie społecznej
umowy. Na przykład u psów przewrócenie się na grzbiet oznacza poddanie się
i przerywa najzaciętszą nawet walkę.
Nie można zresztą ostro odgraniczać symboli biologicznych od symboli
społecznych. Grupa społeczna jest najważniejszym środowiskiem biologicznym nie
tylko dla człowieka, ale też dla zwierząt. Komunikacja symboliczna wytwarza się
przede wszystkim między jednostkami tego samego gatunku. Jak np. określić taniec
pszczół, którym dają one wskazówki swoim towarzyszkom co do położenia pokarmu,
czy też różne sposoby puszenia się i nastraszania, którymi zwierzęta starają się
odpędzić rywali od własnych terenów czy własnej samicy. W pewnej mierze są to
symbole powstałe na zasadzie umowy społecznej, umowy, która utrwaliła się nieraz
na przestrzeni bardzo wielu pokoleń, równocześnie jednak nie można zaprzeczyć
ich biologicznego znaczenia.
Nie znamy jeszcze historii symbolu, tzn. nie potrafimy prześledzić jego
genezy. Czasem możliwe jest to u człowieka. Symbole ludzkie na ogół mają krótszą
historię niż zwierzęce, są bardziej zmienne i bardziej zależne od uwarunkowań
społecznych; w różnych epokach i kręgach kulturowych tworzą się odmienne systemy
symboli. Istnieją jednak i u człowieka symbole trwałe i niezależne od
określonych warunków czasu i przestrzeni.
Sygnały z wnętrza na ogół nie mają znaczenia symbolicznego, a jeśli mają - to
nieznaczne (np. ból serca oznacza niebezpieczeństwo dla życia, bo serce jest
symbolem życia). Przede wszystkim sygnały interoceptywne przeważnie działają

27
poniżej progu świadomości. Trafiają tam, gdzie trzeba, i wywołują potrzebną
w danym momencie zmianę w funkcjach ustroju. Przeważnie nic o tym nie wiemy.
Wnętrze ciała ma swoje własne sprawy i samo je sobie załatwia. Do świadomości
zazwyczaj dociera tylko nieokreślone uczucie albo przyjemności, dosytu,
zaspokojenia, rozkoszy, albo przykrości, napięcia wewnętrznego, niepokoju,
niedosytu, bólu, albo - już bardziej szczegółowo - duszności, pragnienia, głodu,
pobudzenia seksualnego (to ostatnie uczucie, jeśli niezbyt silne, jest raczej
przyjemne i często pobudza do wzmożonej aktywności). Sygnały interoceptywne
pobudzają albo do aktywności wewnętrznej na zasadzie różnego rodzaju mechanizmów
samoregulujących, albo pobudzają też do aktywności zewnętrznej, determinując
odpowiednie zachowanie się, które może przeciwdziałać niekorzystnej sytuacji,
w jakiej znalazło się ciało, np. braku powietrza, wody, pokarmu, partnera
seksualnego.
W wypadku symbolu istnieje zawsze mniejszy lub większy margines niejasności,
symbol trzeba najpierw odczytać, zrozumieć jego znaczenie, a dopiero później
odpowiednio zareagować. Oczywiście można sygnał pochodzący z wnętrza ciała też
traktować jako symbol (tj. oznaczenie określonej sytuacji) i nim organizm
zareaguje na niego, musi "zrozumieć" jego znaczenie; fałszywe zrozumienie
sygnału może doprowadzić do sytuacji awaryjnej. Na przykład gdy sygnał
podwyższonej temperatury ciała zostanie fałszywie odczytany, wówczas ustrój,
zamiast wydalać ciepło, może je magazynować, co doprowadza do niebezpiecznego
dla życia przegrzania. Sygnały z otaczającego świata też wyzwalają
niejednokrotnie różne formy automatycznego zachowania (mówimy wówczas
o działaniu odruchowym, instynktownym itp.) i nie ma wtedy czasu na
"zrozumienie" symbolu, działają one jak mechanizm spustowy rewolweru.
Można więc każdy sygnał zarówno z wnętrza ciała, jak z otaczającego świata
traktować jako symbol określonej sytuacji. Wówczas jednak należałoby symbole
sklasyfikować wedle marginesu niejasności i tym samym wątpliwości, jakie w sobie
zawierają. Jedne symbole są pewne, nie ma wątpliwości co do ich znaczenia, do
nich należą przede wszystkim te, które operują we wnętrzu ciała. Ich stopień
pewności jest tak duży, że nie docierają one zazwyczaj do świadomości.
Świadomość jest jakby zarezerwowana dla tego, co niepewne, dla struktur
czynnościowych, których stopień prawdopodobieństwa realizacji nie jest
stuprocentowy. Ale też pewne sygnały otaczającego świata działają na zasadzie
całkowitej pewności i symbole te mogą nieraz wywołać nasze reakcje bez
angażowania naszej świadomości.
Bez przyjęcia koncepcji ewolucji trudno zrozumieć znaczenie sygnałów czy
symboli, które tworzą układ informacyjny ustroju. To, co w procesie ewolucji
utrwaliło się zarówno w kręgu informacji wewnątrzustrojowych, jak i informacji
między ustrojem a jego otoczeniem, stwarza struktury czynnościowe pewne,
o wysokim współczynniku prawdopodobieństwa realizacji, natomiast to, co jest
nowe, w stadium tworzenia się, należy do struktur czynnościowych wątpliwych,
o stosunkowo niskim współczynniku prawdopodobieństwa realizacji.
W ten sposób nie tylko człowiek, ale też niższe istoty żywe nigdy nie żyją
całkiem pewnie, zawsze istnieje margines niepewności i wahania, kartezjańskie
cogito ergo sum. W tej bowiem sferze niepewności i wahania koncentruje się
wszystko to, co nowe, tam mieści się główny nurt ewolucji. Właśnie w tej sferze
symbol nabiera specjalnego znaczenia i musi być właściwie odczytany, gdyż
inaczej reakcja ustroju będzie fałszywa, co może grozić jego zagładą. W tej
sferze niepewności dokonuje się selekcja; to, co mniej "rozgarnięte",
sztywniejsze, niezdolne do wyjścia ze stereotypowych postaw, ginie, a utrzymują
się przy życiu i rozmnażają jednostki elastyczniejsze, łatwiej zmieniające swe
struktury czynnościowe (na niższych szczeblach filogenezy także struktury
morfologiczne), mniej pewnie tkwiące w życiu.
Świat symboli (świat ducha) wchodzi zatem w głąb świata cielesnego i całkowicie
go przenika. Symbole "pewne", działające na zasadzie mechanizmu spustowego,
znajdują się bliżej świata cielesnego, a symbole "niepewne" - bliżej
otaczającego świata. Wysiłek ewolucji koncentruje się jednak na tym, co
niepewne, a więc bliżej świata zewnętrznego; by żyć, żywa istota musi coraz
dalej sięgać w otaczający świat. Im dalej sięga, tym wyższy jej stopień
ewolucji.

28
Istnieje odwrotna proporcjonalność między przyswajalnością danego symbolu
przez nasze ciało i naszą świadomość. Te sygnały (symbole), które są ciału
dobrze znane i na które reaguje ono automatycznie, są dla naszej świadomości
tajemnicze, przeważnie do tej świadomości nie docierają lub docierają w formie
śladowej. Natomiast symbole otaczającego świata, jasne i zrozumiałe dla naszej
świadomości, są nieraz obojętne, a więc nie są wcale sygnałami dla naszego
ciała, a jeśli są, to na zasadzie innych powiązań warunkowych niż na poziomie
świadomym. Na przykład jakiś znak matematyczny ma określone znaczenie na
poziomie świadomym i wywołuje określoną reakcję myślową. Natomiast na poziomie
cielesnym jest bez żadnego znaczenia, nie wywołuje żadnej reakcji albo jeśli ma
znaczenie, to na innej zasadzie niż na poziomie świadomym, np. kojarzy się
z jakimś emocjonalnym przeżyciem i wywołuje reakcję wegetatywną.
Można by więc symbole podzielić na cielesne i bezcielesne, tzn. bliżej i dalej
operujące w stosunku do zasadniczych procesów życiowych. Podział taki byłby
jednak bardzo sztuczny, gdyż nigdy nie wiadomo, w którym miejscu najbardziej
"bezcielesny" symbol dotyka cielesności.
Niepokój naszego ciała jest w znacznej mierze niepokojem nieznanego. Nasza
świadomość nie przenika naszej cielesności. Koncentruje się na warstwie symboli
"niepewnych", tzn. bliższych otaczającego świata niż własnego ciała. To, co
pewne dla ciała, jest niepewne dla świadomości i nasza świadomość nie ma na to
wpływu lub jej wpływ jest nieznaczny. Cielesność bowiem w ciągu milionów lat
ewolucji utrwaliła się, ma swoje doświadczenie sięgające daleko wstecz poza
ludzką świadomość; mieszczą się w niej doświadczenia tysięcy pokoleń żywych
istot stojących niżej od człowieka na drabinie filogenetycznej. To, co
w człowieku jest naprawdę ludzkie, jest w historii milionów lat ewolucji bardzo
świeżego pochodzenia. To cienka i delikatna warstwa, pokrywająca jądro życia.
A jednak ta warstwa, dzięki temu, że w niej właśnie skupia się aktualny wysiłek
ewolucji, stanowi istotę ludzkiego życia i przenika jego cielesność.
Ta mieszanina cielesności i duchowości, jaką człowiek stanowi, burzy harmonię
ludzkiego życia. Wprawdzie w człowieku rodzą się szlachetne myśli i piękne
uczucia, ale też potworne zbrodnie, okrucieństwo, nienasycona żądza władzy.
Człowiek rozdarty jest między dobrem i złem, nie może być ani aniołem, ani
szatanem. Znacznie harmonijniej przedstawia się życie zwierząt, ich "kodeks
moralny" jest uczciwszy.

Lęk przed śmiercią


Z ciałem wiąże się świadomość śmierci. Ciało jest śmiertelne, duch
nieśmiertelny. Im dalej świat symboli odbiega od cielesności, tym bardziej
uwalnia się on od cech związanych z ciałem, a więc przede wszystkim od śmierci.
Nasze słowa i uczucia są nieśmiertelne. Nawet w dosłownym tego słowa znaczeniu,
gdyż ludzie zamienili się dawno w proch, a ich idee wciąż trwają i zapładniają
innych. Lęk przed śmiercią, typowy dla różnego typu stanów nerwicowych, wiąże
się ściśle z naszą cielesnością. Jest to zwykle sygnał zwodniczy. Gdy człowiek
jest w obliczu prawdziwego niebezpieczeństwa śmierci, wówczas często, ale nie
zawsze, perspektywa śmierci zostaje oddalona, człowiek zachowuje się tak, jakby
śmierć była bardzo daleko.
Zjawisko to jest dość typowe u ludzi starych, którym już niewiele z życia
pozostało, a którzy jednak zamartwiają się o swoją przyszłość, jakby jeszcze
mieli żyć nie wiadomo jak długo. Niekiedy chorzy ze śmiertelną chorobą
nowotworową nie przyjmują do świadomości faktu jej istnienia, łudzą się, że jest
to inna choroba. Na froncie żołnierz zazwyczaj nie myśli o swojej śmierci, tego
rodzaju myśli porażałyby jego zdolność bojową. Więźniowie obozów zagłady, tych
potwornych kombinatów śmierci, nie myśleli o śmierci, ale o tym, jak przetrwać.

Sprzężenie zwrotne dodatnie i ujemne


Logicznie sprawę traktując, lęk przed śmiercią powinien występować
w każdej sytuacji zagrożenia życia. Jeśli zagrożenie życia pochodzi z zewnątrz,
sytuacja zwykle jest jasna, widzimy niebezpieczeństwo przed sobą, zmieniać się
mogą najwyżej jego proporcje, zwiększać lub zmniejszać, zależnie od nasilenia
lęku ("strach ma wielkie oczy"). Istnieje więc ścisła zależność w formie
sprzężenia zwrotnego między podmiotem odczuwającym lęk a przedmiotem wywołującym

29
lęk.
Sprzężenie to może mieć znak dodatni lub ujemny. W pierwszym wypadku lęk
wzrasta, a w miarę jego wzrastania niebezpieczeństwo wydaje się coraz większe,
co z kolei prowadzi do wzrostu uczucia lęku. Jak zawsze w dodatnim sprzężeniu
zwrotnym układ traci swą stabilność i dąży do wybuchu, np. paroksyzmu lęku,
który może się nawet skończyć śmiercią. Nie trzeba uzasadniać, że w takich
sytuacjach nasilenie lęku zupełnie nie jest proporcjonalne do obiektywnej miary
niebezpieczeństwa.
W sprzężeniu ujemnym lęk stopniowo maleje, dzięki czemu zmniejszają się także
proporcje niebezpieczeństwa, przez co reakcja lękowa staje się coraz słabsza
i w końcu może w ogóle zniknąć. Człowiek podobnie jak zwierzęta przyzwyczaja się
do niebezpieczeństwa, w końcu przechodzi obojętnie obok, jakby nie zdając sobie
z niego sprawy. Jazda samochodem, przejście przez jezdnię jest w obecnych
warunkach komunikacyjnych połączone ze znacznym zagrożeniem dla życia, o czym
świadczy wysoka liczba śmiertelnych wypadków na drogach. A jednak większość
ludzi lekceważy sobie to niebezpieczeństwo i wsiadając do samochodu lub wchodząc
na jezdnię, na ogół w ogóle o nim nie myśli. A gdy ktoś o tym myśli, kieruje się
go do psychiatry, uważając taki lęk za nerwicową fobię. Analogicznie
przyzwyczaja się człowiek do niebezpieczeństwa w niektórych zawodach, np.
lotnika, kierowcy, górnika; w niektórych sportach, np. w alpinizmie; w czasie
wojny itp.
Powiązanie lękowe z otoczeniem może służyć za przykład, jakim zmianom ulega
w subiektywnym odbiorze obiektywna sytuacja; zależnie od znaku sprzężenia
zwrotnego zostaje ona wyolbrzymiona lub pomniejszona, toteż w końcu trudno jest
określić jej obiektywne wymiary.

Biologiczne znaczenie sygnału lękowego


Można przypuszczać, że lęk przed śmiercią jest jednym z najbardziej
pierwotnych przeżyć w świecie ożywionym. Na podstawie zachowania zwierząt,
stojących nawet na bardzo niskich szczeblach rozwoju, można przyjąć, że owo
uczucie nie jest im obce. Jest to zasadniczy sygnał dla zachowania własnego
życia, świat ożywiony wyginął by rychło bez niego. Sygnał ten mobilizuje do
ucieczki lub ataku. Pod jego wpływem ustrój przyjmuje postawę "od" otoczenia.
Otoczenie nie jest przychylne, trzeba je zniszczyć lub przed nim uciec.
Otaczający świat pokazuje swe groźne oblicze. Sygnał niebezpieczeństwa dla życia
nie mobilizuje jednak tylko do ucieczki lub agresji, lecz też do zmiany
dotychczasowych struktur czynnościowych, a także morfologicznych (te ostatnie
bowiem na niższych szczeblach rozwoju, jak się zdaje, łatwiej ulegają zmianom),
tak by w nowej formie być lepiej przystosowanym do niebezpiecznych warunków
życia. W ten sposób sygnał lękowy odgrywa niewątpliwie ważną rolę w procesie
ewolucji. Dzięki niemu żywe ustroje przystosowują się coraz lepiej do trudnych
warunków życia.
Za tym, że sygnał niebezpieczeństwa dla życia działa pobudzająco na naszą
aktywność, świadczy i to, że wszelka aktywność zmniejsza nasilenie lęku, a brak
aktywności je powiększa. Na przykład w czasie spania, gdy możność działania
spada właściwie do zera, różnego rodzaju zagrożenia występujące w treści snu
przeżywa się znacznie silniej niż na jawie. Nie możemy bowiem przeciwstawić się
niebezpieczeństwu.
Człowiek skrępowany, pozbawiony możliwości swobodnego ruchu, odczuwa lęk
znacznie silniej niż ten, kto może się bronić. Sama świadomość posiadania broni,
a nawet możności pozbawienia siebie życia dodaje człowiekowi odwagi. W czasie
okupacji posiadanie trucizny dawało ludziom poczucie pewnego bezpieczeństwa,
w sytuacjach skrajnego zagrożenia nie czuli się już całkowicie bezbronni - mogli
w ostateczności popełnić samobójstwo. Nawet ta skrajna forma aktywności, której
rezultat jest identyczny z niebezpieczeństwem grożącym ze strony otoczenia, jest
lepsza niż całkowita bezsilność.
Wspomniane sprzężenie zwrotne zmienia swój znak z dodatniego na ujemny, gdy
istnieje tylko możność aktywności. W ten sposób aktywność przyczynia się do
stabilizacji układu. A przeciwnie, niemożność działania doprowadza układ do
katastrofy: działa wówczas sprzężenie dodatnie, którego efektem końcowym może
być rozbicie całego układu. Istnieją więc dwa zasadnicze sposoby zachowania się

30
w obliczu niebezpieczeństwa życia: wzrost aktywności, co stwarza powiązanie
z otoczeniem typu sprzężenia zwrotnego ujemnego i tym samym zmniejsza napięcie
lękowe i zwiększa stabilizację układu, oraz porażenie aktywności, przy czym
powiązanie z otoczeniem jest typu dodatniego sprzężenia zwrotnego, lęk narasta
do granic paroksyzmu, co może się skończyć całkowitym rozstrojem, a nawet
śmiercią.
Sygnał niebezpieczeństwa dla życia jest bronią obosieczną; może pobudzić do
tworzenia nowych struktur czynnościowych, spełnia wówczas dodatnią rolę
w procesie ewolucji, ale może też porazić dotychczasowe struktury czynnościowe,
doprowadzić do zahamowania i rozbicia naturalnego porządku ustroju. W pierwszym
wypadku negatywna entropia ustroju wzrasta, a w drugim maleje; w ten sposób
niebezpieczeństwo dla życia może stymulować proces ewolucji lub go zahamować.
Zgoła inaczej przedstawia się sytuacja w wypadku niebezpieczeństwa
zagrażającego z wnętrza ciała. Tutaj rodzaj zagrożenia jest zazwyczaj nieznany,
nie wiemy, czy niebezpieczeństwo polega na wewnętrznym krwotoku, zawale serca,
zahamowaniu dopływu tlenu, braku wody i koniecznych do życia substancji. Wiedza
lekarska pozwala nam uchwycić te wewnętrzne zagrożenia i w pewnej mierze im
przeciwdziałać, ale w stosunku do samego siebie na ogół trudno być lekarzem.
Niektóre zagrożenia pobudzają automatycznie do pewnych typów aktywności, np.
szukania dopływu powietrza, szukania wody lub pożywienia, przyjmowania
bezpiecznej i osłaniającej zagrożone miejsce ustroju pozycji itp. Na ogół jednak
człowiek stoi wobec tajemnicy własnego ciała. Może w lepszej sytuacji są
zwierzęta, u nich potrzeby cielesne łatwiej niż u człowieka determinują
odpowiednie formy zachowania.
Zagrożenie życia pochodzące z wnętrza ciała działa dwuetapowo. W pierwszym
etapie ustrój stara się sam sobie z nim poradzić, włączone zostają pod wpływem
sygnału zagrożenia odpowiednie mechanizmy samoregulacyjne, które mają zadanie
doprowadzić ustrój do stanu równowagi. Istnieje więc sytuacja analogiczna jak
w wypadku niebezpieczeństwa pochodzącego z zewnątrz, gdy można być wobec niego
aktywnym. Wszystko jednak dzieje się poniżej progu świadomości, na zasadzie
automatyzmów fizjologicznych, do świadomości dociera tylko niejasne uczucie
niepokoju lub lęku skoncentrowanego w formie ataków, złe samopoczucie,
ewentualnie ból, który może służyć jako niezbyt precyzyjny wskaźnik lokalizacji
zagrożenia.
Jeśli ustrój poradzi sobie z zagrożeniem, wszystko wraca do dawnego porządku.
Jeśli nie może sam sobie poradzić, sygnał alarmowy (lęk) jest coraz silniejszy,
wzrasta też złe samopoczucie i różnego typu dolegliwości wywołane wewnętrznym
zagrożeniem ustroju. Zwykle dopiero w tym drugim etapie szuka się pomocy
fachowej, a więc człowieka, który zna się na wewnętrznych czynnościach ustroju
i może je w jakiś sposób z powrotem uregulować. W tym drugim etapie ustrój może
dojść do pewnego stanu równowagi, ale już nie do takiego jak z okresu zdrowia;
jest to jedynie stan ograniczonej adaptacji do życia. Może jednak zdarzyć się,
że tendencje entropiczne wezmą górę, porządek ustroju ulegnie rozpadowi
i wówczas przychodzi śmierć.
Widzimy więc, że świadoma aktywność w wypadku zagrożenia z wnętrza ciała jest
raczej znikoma. W pierwszym etapie ustrój radzi sobie sam dzięki fizjologicznym
mechanizmom samoregulacyjnym, w drugim etapie szuka się pomocy fachowej,
wytwarza się nowy, znacznie uboższy stan równowagi lub gdy ten zawiedzie,
zwycięża nad porządkiem ustroju entropia.

Zagrożenie drugiego prawa biologicznego


Sygnał niebezpieczeństwa z wnętrza ciała może być wywołany naruszeniem
pierwszego lub drugiego prawa biologicznego. W wypadku zagrożenia własnego życia
lęk jest uczuciem zrozumiałym. Natomiast gdy chodzi o prawo zachowania życia
gatunku, znaczenie sygnału jest mniej jasne. Niebezpieczeństwo dla życia nie
zagraża już jednostce, ale całemu gatunkowi. Jednostka występuje wówczas jako
przedstawiciel całego gatunku. Mimo że niebezpieczeństwo nie dotyczy
bezpośrednio jednostki, reaguje ona analogicznie jak w wypadku zagrożenia
własnego życia. Przynajmniej u człowieka nie da się odróżnić lęku wywołanego
zagrożeniem prawa zachowania własnego życia od lęku wywołanego zagrożeniem życia
gatunku.

31
U człowieka nieokreślone uczucie niepokoju, a zwłaszcza ataki gwałtownego lęku
nierzadko mają podłoże seksualne. Nie zawsze lęki tego typu są wyzwolone brakiem
współżycia seksualnego, raczej częściej ich przyczyną jest brak orgazmu przy
pozornie prawidłowym współżyciu seksualnym. Nie wpływa też na nie fakt, czy
wynikiem stosunku seksualnego będzie potomstwo, tj. czy zostanie zachowane
drugie prawo biologiczne, czy też stosunek nie będzie uwieńczony tym
biologicznym efektem. Nierzadko zdarza się np., że kobieta ma już wiele dzieci,
a więc złożyła swą daninę prawu zachowania gatunku, a mimo to cierpi na ataki
lęku o podłożu seksualnym. Trudno więc sądzić, by geneza ich tkwiła bezpośrednio
w naruszeniu drugiego prawa biologicznego. Działają tu inne czynniki, nie tylko
potrzeba prokreacji.
Należałoby raczej przyjąć, że prawo zachowania gatunku obok zasadniczego
czynnika - tworzenia potomstwa - obejmuje cały zespół przeżyć i zachowań
związanych z prokreacją. Może się zdarzyć, że sam akt prokreacji jest spełniony,
a tym samym cel prawa zachowania gatunku osiągnięty, a jednak przez
niewypełnienie różnego rodzaju warunków towarzyszących temu prawu sytuacja
przedstawia się tak, jakby prawo to zostało naruszone. Samo osiągnięcie celu nie
wystarcza, razem z nim musi być osiągnięte wszystko to, co celowi temu
towarzyszy, a więc cały zespół zachowań i przeżyć związany z prawem zachowania
gatunku.
Zdarza się więc często, że ktoś prowadzi na pozór normalne życie erotyczne,
a mimo to ma lęki o wyraźnym podłożu seksualnym. W trakcie rozmów okazuje się,
że życie seksualne nie przynosi mu zadowolenia, że jest nieraz źródłem
konfliktów, że nie może wyzbyć się negatywnych postaw uczuciowych w stosunku do
partnera, że traktuje go jako przedmiot, że marzy o pełniejszym wyżyciu się
erotycznym itp. Prawo zachowania gatunku nie ogranicza się, jak się wydaje, do
samego aktu zapłodnienia, ale obejmuje bogaty i skomplikowany wachlarz przeżyć
związanych zarówno z aktem seksualnym, męską i kobiecą w nim rolą, jak
i z macierzyństwem. Wydaje się też, że wachlarz przeżyć jest bogatszy u kobiety
niż u mężczyzny, choćby z tego względu, że macierzyństwo jest źródłem uczuć,
które z natury rzeczy są mężczyźnie obce.
Dlatego na ogół trudniej kobiecie niż mężczyźnie objąć całość przeżyć związanych
z własną płcią i dlatego lęki o podłożu seksualnym są częstsze u kobiet.
Trudniej być kobiecie kobietą niż mężczyźnie mężczyzną. Prawdziwa "kobiecość",
którą tak często obserwujemy wśród zwierząt, czy w trakcie ich seksualnych
zachowań, czy w ich macierzyństwie, u człowieka jest zjawiskiem stosunkowo
rzadkim. Czasem wyzwala się ona dopiero w macierzyństwie, często jednak i ono
nie pomaga, przeżycia z nim związane są skarlałe i wykrzywione, co na pewno
rzutuje ujemnie na formowanie się zasadniczej struktury emocjonalnej dziecka.
Nieraz jesteśmy świadkami jak niekobiecość matki przenosi się na jej córkę na
zasadzie nie tyle dziedziczenia biologicznego, co społecznego. Z kolei u syna
niedostatek środowiska macierzyńskiego wywołuje nieraz bardzo poważne zaburzenia
życia uczuciowego.

Sfera "duchowa" dwóch praw biologicznych


I znów wracamy do zagadnienia duchowości i cielesności. Prawa zachowania
własnego życia i życia gatunku są de facto prawami cielesnymi, dotyczą bowiem
zachowania cielesności własnej i gatunku, a jednak nie da się ich oddzielić od
sfery "duchowej", od tego wszystkiego, co człowiek w swym symbolicznym świecie
stwarza, i przez to są one tak trudne u człowieka do zachowania. Patrząc, ile
cierpień, zmartwień, okrucieństw itp. te zasadnicze prawa życia wywołują
u człowieka, i porównując życie człowieka ze stosunkowo harmonijnym życiem
zwierząt, często trudno powstrzymać się od uczucia zazdrości.
Również prawo zachowania własnego życia jest przeniknięte sferą symboliki, tj.
duchowości. Człowiekowi nie wystarcza zaspokojenie podstawowych potrzeb, dąży do
władzy, znaczenia, rozszerzania swej przestrzeni życiowej itp., a więc do celów,
które tylko pośrednio wiążą się z prawem zachowania własnego życia, i te cele
pośrednie stają się nieraz ważniejsze od celów bezpośrednich. Dla ich spełnienia
człowiek jest gotów poświęcić życie. Dochodzi się w ten sposób do sytuacji
paradoksalnej, w której dla zachowania własnego życia (w tym szerszym, ludzkim
ujęciu) poświęca się je, a więc celowi temu się sprzeniewierza.

32
Prawa zachowania własnego życia i zachowania życia gatunku obowiązują w całym
ożywionym świecie, ale na każdym szczeblu rozwoju są realizowane inaczej.
Zwierzę nie może realizować ich tak, jak czynią to rośliny; zwierzęta niższe tak
jak wyższe; roślinożerne jak mięsożerne itp. Każdy gatunek ma swój sposób ich
realizacji, a nawet w obrębie jednego gatunku występują różnice w zależności od
warunków otoczenia, sposobów wychowania (np. zwierzęta domowe i zwierzęta żyjące
na wolności). Ta różnorodność jeszcze wyraźniej ujawnia się u człowieka, który
dysponuje prawie nieograniczonymi możliwościami w tworzeniu potencjalnych
struktur czynnościowych.
Zależnie od wpływów kulturowych, wychowania, wpływów otoczenia itp. inaczej
kształtują się sposoby wypełnienia dwóch podstawowych praw biologicznych.
Dlatego człowiek, choćby tego bardzo pragnął, nie potrafi żyć tak jak jego
zwierzęcy przodkowie. Może najwyżej marzyć o "powrocie do natury", sam na skutek
skomplikowanego i rozbudowanego systemu symboli, tj. świata duchowego, jest
nieraz tej natury zaprzeczeniem.

Zwodniczość sygnałów zagrożenia


Znaczenie sygnału nie zawsze odpowiada realnemu niebezpieczeństwu. Co się
tyczy otaczającego świata, nie zawsze istniejące w nim zagrożenia są
komunikowane w postaci określonego sygnału, a z drugiej strony sygnały odbierane
jako zwiastuny zagrożenia nie zawsze są z jakimkolwiek zagrożeniem powiązane
(np. różnego rodzaju tabu). W ten sposób symbole grożącego niebezpieczeństwa są
w pewnej mierze zwodnicze. Ta zwodniczość szczególnie wyraźnie występuje
u człowieka dzięki bogactwu jego świata symbolicznego.
W zakresie sygnałów ze świata wewnętrznego również można obserwować brak
właściwej proporcji między realnym niebezpieczeństwem a zwiastującymi je
sygnałami. Zdarza się, że drobna niedyspozycja fizyczna wywołuje gwałtowny alarm
lękowy, a poważna choroba, zwłaszcza w początkowych fazach, nie wyzwala żadnego
sygnału docierającego do świadomości. Człowiek poważnie chory, przynajmniej
w pierwszych stadiach choroby, może czuć się zupełnie zdrowy, a człowiek z błahą
niedyspozycją lub nerwicowym rozchwianiem wegetatywnym może czuć się zagrożony
i mieć silne lęki przed śmiercią, nie będące w żadnej proporcji z realną
sytuacją jego ustroju. Lęki na podłożu seksualnym można też traktować jako
reakcje niewspółmierne do istotnego zagrożenia.
Rozpatrując związki między realnym niebezpieczeństwem a jego sygnałem (lękiem),
nie można się oprzeć wrażeniu, że są one wyjątkowo niepewne i pokrętne. Nigdy
nie wiadomo, jaka realna sytuacja w otaczającym świecie lub we wnętrzu ciała
wyzwoli sygnał alarmowy, a jego brak nie zawsze oznacza, że wszystko jest
w porządku. Czyżby więc lęk, będąc tak zwodniczy, okazał się sygnałem zgoła
zbytecznym? Na pewno tak nie jest; człowiek pozbawiony lęku byłby niezdolny do
unikania sytuacji niebezpiecznych, analogicznie jak człowiek pozbawiony uczucia
bólu jest niezdolny do unikania ciągłych uszkodzeń powierzchni swego ciała. Ból
też jest sygnałem zwodniczym, tj. nieproporcjonalnym do realnego uszkodzenia
ustroju, a jednak spełnia swą rolę.
Interesującym zjawiskiem, występującym na skalę ogólną w przyrodzie ożywionej,
jest to, że przyroda właściwie nigdy nie posługuje się urządzeniami w stu
procentach pewnymi. We wszystkich jej urządzeniach dopuszczalny jest duży
margines błędu. Gdyby tego typu urządzenia były stosowane w technice, ludzie na
pewno mieliby powód do narzekań. Naczynia krwionośne przepuszczają, kable
mielinowe, izolujące włókna nerwowe, silnie przebijają, plemniki tylko w jednej
milionowej mają szansę spełnienia swej biologicznej roli, tj. zapłodnienia
komórki jajowej, receptory reagują tylko na niektóre sygnały, i to nie we
wszystkich warunkach itp.; przykładów takich można by znaleźć znacznie więcej.
Wszystkie nieraz bardzo skomplikowane urządzenia przyrody ożywionej są zawodne.
Ich zawodność rekompensowana jest ich dużą liczbą, w naszym ludzkim pojęciu
rozrzutnością, brakiem ekonomii. Gdy jeden mechanizm zawiedzie, zastępuje go
drugi lub trzeci. Prawie zawsze istnieją, zdawałoby się, niewyczerpane rezerwy.
Ta zawodność urządzeń przyrody ożywionej może ma takie znaczenie, że ułatwia
dostosowanie do zmiennych warunków życia. Gdyby jej urządzenia były całkowicie
pewne i niezawodne, stosunek do istniejącej rzeczywistości byłby bardziej
sztywny, zmiana byłaby trudniejsza.

33
To, co pewne, jest mniej labilne niż to, co zawodne. Patrząc historycznie na
rozwój różnych form życia, widzimy, jak formy, które stały się zbyt pewne,
stabilne - co często wiązało się z ich niezwykłym rozrostem (gigantyczne wprost
rozmiary) - były skazane na zagładę, nie wytrzymywały zmian środowiska.
Utrzymywały się zaś formy słabe, zawodne, niepewne. Przykładem może być
zwycięstwo słabych i drobnych ssaków nad gigantycznymi gadami. Smok jest
symbolem siły, pewności siebie, niezawodności, a ssak - słabości, lęku
niepewności. Niepewność własnego istnienia, poczucie własnej omylności, wahanie,
poczucie błędów własnej natury itp. są typowymi cechami ludzkimi. Człowiek jest
prawdziwie paskalowską trzciną chwiejącą się na wietrze. Ale właśnie może dzięki
tej chwiejności jest tak niezłomny w swym rozwoju, dostosowuje się wciąż do
nowych sytuacji, wciąż się zmienia, a jednak zostaje takim samym, wymyśla wciąż
nowe struktury interakcji ze swym otoczeniem, a nie może się oderwać od struktur
filogenetycznie i ontogenetycznie najstarszych, walczy z otaczającym światem i z
samym sobą, wiecznie niezadowolony, wiecznie szukający nowego, pascalowski
"zbieg sprzeczności", w którym skoncentrował się cały wysiłek ewolucji.
Zwodniczość sygnałów niebezpieczeństwa dla życia mieści się zatem w ogólnej
niepewności urządzeń przyrody ożywionej. Istnieją jednak też inne czynniki,
które niepewność tę tłumaczą. Bezpośrednie zetknięcie się z niebezpieczeństwem
dla życia właściwie oznacza śmierć, bo takie jest jego znaczenie; sygnał
zagrożenia życia jest właściwie sygnałem śmierci, która czyha w pewnej oddali
zarówno przestrzennej, jak i czasowej, i przed którą należy uciec. Dlatego
sygnał ten gwałtownie mobilizuje postawę "od" otoczenia (ucieczki lub agresji).
Sygnału tego, który jest w pewnym znaczeniu symbolem śmierci, nie można jednak
sprawdzić. Sprawdzenie oznaczałoby śmierć, już więcej sygnały byłyby
niepotrzebne.
Lęk jest więc sygnałem niesprawdzalnym. Nie opiera się on na sytuacji
rzeczywistej, ale na swoistym dla każdej jednostki rachunku prawdopodobieństwa.
Jest prawdopodobne, że jeśli się nie cofnę lub jeśli niebezpieczeństwa nie
zniszczę, wówczas sam zginę; ale sprawdzić tego nie mogę, gdyż zginąć nie chcę.
Jest to rachunek bez dowodu, zawsze tylko probabilistyczny.
Do pewnego stopnia analogiczna sytuacja istnieje w wypadku sygnałów
bólowych. Tutaj ustrój styka się wprawdzie bezpośrednio z niebezpieczeństwem
(tj. czynnikiem uszkadzającym), ale zetknięcie to jest powierzchowne, w rodzaju
ostrzeżenia "uwaga, zły pies, gryzie" lub "uwaga, coś w środku się popsuło". Ale
pies jeszcze nas nie pożarł ani zepsucie nie ogarnęło nas w całości. Gdy sygnał
niebezpieczeństwa nie wywoła odpowiedniej reakcji, której następstwem powinno
być usunięcie źródła zła, gdy sygnał staje się coraz bardziej alarmujący,
dochodzi się w końcu do pewnej granicy, poza którą sygnał bólowy traci swój
sens; człowiek traci zwykle przytomność, rezygnuje z walki. Walka ustroju
o życie rozgrywa się już poniżej progu świadomości, prawdopodobnie w tej agonii
(agonia - walka) nie odczuwa się już bólu, sygnał ten staje się zbyteczny.
Podobnie jak sygnał lękowy, sygnał bólowy nie jest proporcjonalny do stopnia
zagrożenia. Ból zęba może być dotkliwszy niż ból występujący przy uszkodzeniu
nieodzownych do życia narządów. Jak wspomniano, zarówno ból, jak lęk są
sygnałami zagrożenia. Różnica sprowadza się do odległości zagrożenia na
współrzędnych czasoprzestrzennych. W wypadku sygnału bólowego zagrożenie jest
bardzo blisko, już zetknęło się z ustrojem. W wypadku lęku jest dalej. Sygnał
lękowy rzutuje więc znacznie dalej w przyszłość niż sygnał bólowy.
Jeśliby zdolność rzutowania w przyszłość uznać za jedną z zasadniczych cech
ewolucji, należałoby przyjąć, że siła i znaczenie sygnału lękowego wzrasta
w miarę rozwoju filogenetycznego. W najprostszych formach życia mielibyśmy
przede wszystkim do czynienia z sygnałami bólowymi, a dopiero na ich tle –
w miarę postępu ewolucyjnego - rozwijałyby się sygnały lękowe. Są to oczywiście
wydedukowane hipotezy, wymagające empirycznego potwierdzenia.
Fakt, że tak zasadnicza dla życia informacja, jak sygnał zagrożenia życia
bólowy czy lękowy, jest zwodnicza, zmusza nas do zastanowienia się nad sensem
rzeczywistości. W jakiej mierze nasz świat - a podobnie też światy innych istot
żywych - jest rzeczywisty. To znaczy, w jakiej mierze to, co przeżywamy, jest
wiernym odbiciem sytuacji rzeczywistej. Jeśli odbiór niebezpieczeństwa dla życia
jest tak zwodniczy u różnych jednostek, a nawet u tej samej może tak rozmaicie

34
się przedstawiać zależnie od sytuacji wewnętrznej i zewnętrznej ustroju, to jak
przedstawia się realność (sprawdzalność) innych sygnałów, mniej dla życia
istotnych; a może zwodniczość właśnie jest największa w wypadku informacji
o zasadniczym dla życia znaczeniu. Gdyby informacje te były pewne i zawsze
prawdziwe, może żywe istoty nie miałyby odwagi żyć. Gdy zbliżamy się do jądra
życia, tzn. do zagadnienia śmierci (prawo zachowania własnego życia)
i nieśmiertelności (prawo zachowania życia gatunku), coraz więcej otacza nas
tajemnic i pytań bez odpowiedzi.
Byłoby interesujące poznać wszystkie sygnały zagrożenia życia występujące
w świecie zwierzęcym. Prawdopodobnie okazałoby się wówczas, że zestaw tych
sygnałów jest znacznie uboższy od zestawu sygnałów związanych z drugim prawem
biologicznym. Sygnały te byłyby mniej urozmaicone i różnorodne niż sygnały
otaczające prawo zachowania gatunku. Lęk i ból właściwie u wszystkich zwierząt
mają zasadniczo formę pokrewną, tak że obserwatorowi łatwo zorientować się
w treści ich przeżycia. Zachowanie seksualne i macierzyńskie wykazuje znacznie
większą rozmaitość w zależności od gatunku. Czego jednak zwierzęta się boją i na
co reagują bólem? Odpowiedź jest tu znacznie trudniejsza.
Sygnał bólowy jest na ogół bardziej jednoznaczny niż sygnał lękowy. Ból jest
zawsze sygnałem naruszenia integralności ustroju. Nasilenie bólu może być różne,
ale jakość, a szczególnie jego powiązanie z uszkodzeniem są przypuszczalnie
podobne w całym świecie zwierzęcym. Lęk, jak się zdaje, jest sygnałem bardziej
zróżnicowanym. Mogą go wywołać różnorodne sytuacje, zależy to zarówno od
predyspozycji gatunkowej, jak i osobniczej. Poza tym zestaw sytuacji
wyzwalających u danej jednostki sygnał lękowy nie zawsze, jak już wspomniano,
odpowiada realnemu zagrożeniu. Sytuacje zupełnie nieszkodliwe mogą wywoływać
silną reakcję lękową, a szkodliwe mogą jej nie wywoływać.
Ta zwodniczość jest większa w wypadku lęku niż bólu, może dlatego, że w wypadku
bólu musi dojść do bezpośredniego zetknięcia się z czynnikiem szkodliwym, a więc
sytuacja jest zawsze bardziej konkretna niż wówczas, gdy niebezpieczeństwo
znajduje się w pewnej odległości czasowej i przestrzennej od ustroju. Choć
i w wypadku sygnału bólowego istnieje pewna zwodniczość, poważne uszkodzenie
może nie wywołać tego sygnału, a błahe może wyzwolić nieproporcjonalnie silny
sygnał.
Najłatwiej opisaną zwodniczość wytłumaczyć w kategoriach odruchowości
warunkowej. Powiązania czasowe (warunkowe) powodują, że te, a nie inne
konstelacje bodźców wyzwalają sygnał bólowy czy lękowy.
Sygnał lękowy w procesie ewolucji pojawił się prawdopodobnie później niż sygnał
bólowy. W wypadku sygnału lękowego czasoprzestrzeń żywego ustroju sięga daleko
poza granice ciała, a w wypadku sygnału bólowego poza nie nie wychodzi. A miarą
ewolucji jest ekspansja czasoprzestrzeni. Należy więc przypuszczać, że na
niskich szczeblach ewolucji, na których ekspansja "czasoprzestrzenna" jest
minimalna, sygnałem zasadniczym jest ból, który ostrzega o niebezpieczeństwie.
Natomiast dopiero w miarę rozszerzania się własnej czasoprzestrzeni sygnały
niebezpieczeństwa rozdzielają się na dwie kategorie: bólu i lęku.
Za wspólnym pochodzeniem obu sygnałów przemawia też to, iż mają one dużo cech
wspólnych i niejednokrotnie łączą się ze sobą. Oba sygnały stanowią przeżycia
najprzykrzejsze, z których każdy chce się jak najrychlej wyzwolić, zmienić
istniejącą sytuację na inną, mniej przykrą, stąd może ich biologiczne znaczenie
jako silnego bodźca do aktywności. Ból zwykle łączy się z lękiem, a lęk -
wskutek swojego przykrego tonu efektywnego - jest nieraz przeżyciem prawie
bólowym.
Różnica zasadnicza między obu sygnałami polega na tym, że ból jest czymś
konkretnym, do jego powstania konieczne jest uszkodzenie ciała wywołujące
zadrażnienie receptorów bólowych, a lęk jest abstrakcyjny, powstaje, nim jeszcze
nastąpi uraz. Granica między obu sygnałami nie jest jednak tak ostra, jak by się
zdawało. Istnieją, przynajmniej u człowieka, bóle powstające bez zadrażnienia
receptorów bólowych przez jakiś czynnik szkodliwy, np. bóle histeryczne lub
fantomowe itp. Jest to ból jakby abstrakcyjny, bo nic konkretnego w ustroju się
nie dzieje, tkanka nie jest uszkodzona. Patologicznie zmieniona jest struktura
czynnościowa, a więc cała dynamika impulsów nerwowych, związana z sygnałem
bólowym.

35
Sygnał lękowy rozwija się w procesie ewolucji prawdopodobnie równolegle
z rozwojem funkcji motorycznych. Dzięki ruchowi bowiem istoty żywe rozszerzają
swą czasoprzestrzeń. Sygnał lękowy straciłby swój sens biologiczny, gdyby istoty
żywe pozbawione były możliwości ruchu. Wówczas sygnał trafiałby w próżnię, nie
mógłby wywołać typowej dla siebie reakcji, tj. ucieczki lub ataku. W wypadku
sygnału bólowego reakcja ruchowa nie odgrywa tak decydującej roli, reakcja
występuje głównie wewnątrz ustroju, polega na różnego rodzaju zmianach
fizjologicznych, ruch jest tu zjawiskiem wtórnym, nie tak istotnym jak w wypadku
sygnału lękowego.
Mimo wspomnianej zwodniczości sygnał lękowy na ogół spełnia swoje
biologiczne zadanie, ostrzega ustrój przed grożącym niebezpieczeństwem. Cała
sytuacja nie jest tak prosta, jakby się pozornie zdawało. Przede wszystkim -
niebezpieczeństwo jest oddalone w czasie i przestrzeni, więc jak je właściwie
ocenić? Można snuć tylko hipotezy i opierać się na własnym rachunku
prawdopodobieństwa. Poza tym trzeba wybrać odpowiedni rodzaj reakcji na sygnał
lękowy, zadecydować: ucieczka czy atak. Trzeba więc porównać własne siły
z siłami zagrażającej sytuacji. Dalej trzeba wybrać rodzaj ataku czy ucieczki.
Sygnał lękowy pociąga za sobą szereg decyzji nieraz trudnych i skomplikowanych.
A wszystko dzieje się niejednokrotnie w bardzo krótkich odcinkach czasu, nawet
w ułamkach sekundy. Nie ma tu mowy o logicznej, świadomej analizie zjawiska.
Z codziennego zresztą doświadczenia wiadomo, jak mało skuteczne są tego typu
analizy w wypadku przeżywania uczucia lęku.

Nierozerwalność ustroju i jego czasoprzestrzeni


Sygnał lękowy wychodzi daleko poza aktualne "tu i teraz" ustroju. Sięga
w przyszłość i poza granice ciała. Działanie tego sygnału staje się bardziej
zrozumiałe, gdy rozpatrujemy żywy ustrój w ścisłym powiązaniu z jego otoczeniem,
tj. gdy nie oddzielamy go od jego czasoprzestrzeni. Sygnały pochodzące ze
środowiska i sygnały wychodzące z ustroju do środowiska tworzą jakby integralną
całość z ustrojem. Ustrój i jego czasoprzestrzeń stanowią więc pewną całość.
Wprawdzie działając na otoczenie musimy oddzielić siebie od niego, musimy naszą
czasoprzestrzeń rozdzielić na działający podmiot i odbierający nasze działanie
przedmiot. Nawet gdy w danej sytuacji czasoprzestrzeń ta zamyka się w granicach
naszego ciała, nadal dokonujemy tego podziału, przedmiotem staje się część
naszego ciała lub część naszej świadomości, które chcemy przekształcić (tzn.
wydajemy im jakiś rozkaz, np. naszym rękom, myślom itp.).
Bardzo silnie przez człowieka odczuwany przedział między podmiotem
a przedmiotem, między "ja" a światem otaczającym, w rzeczywistości może być
sztuczny, konieczny w każdej sytuacji, w której występuje działanie. Działanie
bowiem zmusza do podziału rzeczywistości na działający podmiot i odbierający
działanie przedmiot. Człowiekowi trudno uwolnić się od widzenia siebie
i otaczającego nas świata inaczej niż w kategoriach tego właśnie przedziału,
gdyż życie ludzkie składa się z różnych form działania. Gdyby udało mu się
jednak spojrzeć na rzeczywistość bardziej "panteistycznie", tzn. tak jakby się
roztapiał w otaczającym go świecie, i przekroczyć granice oddzielające "ja" od
otoczenia, wówczas łatwiej byłoby mu zrozumieć powiązania istniejące między
istotami żywymi a ich otoczeniem. Wtedy każda żywa jednostka tworzyłaby wraz
z otoczeniem względnie spoistą całość, którą określono tu jako jej
czasoprzestrzeń.
Sygnał lękowy, który stanowi jedno z ważnych biologicznych powiązań ustroju
z otaczającym go środowiskiem, rozpatrywany w całości czasoprzestrzennej nie
jest czymś tak dziwnym jak wtenczas, gdy rozpatruje się go w dwóch oddzielnych
układach: podmiotu i przedmiotu. Nie trzeba wówczas wykrywać znaczenia sygnału
przychodzącego z zewnątrz, tkwi on bowiem w tej samej czasoprzestrzeni, należy
w tym samym stopniu do ustroju, co do otaczającego go środowiska. Nie trzeba się
zastanawiać, jak zareagować na sygnał, bo reakcja jest ściśle z sygnałem
związana. Część tych powiązań tworzy się w ciągu ontogenezy (odruchowość
warunkowa), a część w ciągu filogenezy. Niektóre sygnały zagrożenia działają
u wszystkich jednostek danego gatunku, i w znacznym stopniu są niezależne od
historii ich życia.
Zwierzęta w miarę ewolucji rozszerzają swą czasoprzestrzeń, która wraz

36
z nimi ewoluuje. Ewoluują struktury czynnościowe, które łączą zwierzęta
z otaczającym je światem i one właśnie tworzą to, co określono tu jako własną
czasoprzestrzeń. Ewoluuje też odbiór sygnałów zagrożenia życia; z czasem giną te
sygnały, które są niezdatne, zbyt zwodnicze, a utrzymują się te, które
rzeczywiście spełniają swe biologiczne zadanie.
Na naszej planecie niebezpieczeństwa są jednak różne i wciąż się
zmieniają, dlatego też ewolucja sygnału zagrożenia, czyli lęku, nigdy nie
ustaje, sygnałami lękowymi stają się wciąż nowe konstelacje bodźców. Na
przykład, co innego zagrażało ssakom w epoce gigantycznych gadów, a co innego
obecnie, gdy największe niebezpieczeństwa grożą im ze strony najwyżej stojącego
w drabinie ewolucyjnej ssaka - człowieka. Dla człowieka też inaczej
przedstawiały się niebezpieczne sytuacje w epoce lodowcowej, a inaczej w dobie
atomowej.
Ponieważ jednak ewolucja sygnałów niebezpieczeństwa dokonuje się prawdopodobnie
wraz z rozwojem pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego, bo właśnie w tej
fazie, która jest podstawą życia uczuciowo-nastrojowego, łączność z otoczeniem
jest najściślejsza, przeto pozostaje ona daleko w tyle za ewolucją drugiej fazy
metabolizmu informacyjnego, dzięki której przekształca się otaczający świat
(sfera działania wolicjonalnego). W ten sposób łatwiej utrzymują się w pierwszej
fazie stare, już często nieaktualne formy interakcji z otoczeniem. Dlatego też
sygnały lękowe nie zawsze są dostosowane do aktualnej sytuacji, a wiele z nich
pochodzi z zamierzchłych epok ewolucyjnych, i to nie tylko ewolucji człowieka,
ale całego świata zwierzęcego.
Lęk ludzki mieści w sobie całą historię ewolucji gatunku i odzywają się
w nim archaiczne formy, niedostosowane już zupełnie do dzisiejszych warunków
życia człowieka. Może dlatego człowiek boi się nieraz pająków, niektórych gadów
i płazów, które obecnie są dla niego niegroźne, ale w czasach, gdy był tylko
małym ssakiem, przedstawiały nieraz śmiertelne zagrożenie życia. W marzeniach
sennych przeżywa się niejednokrotnie sytuacje, które nie odpowiadają obecnym
zagrożeniom, a są jakby reminiscencją z dawnych epok ewolucyjnych. Śnią się nam
różne bajkowe potwory i gady, sceny wzajemnego pożerania itp. Trudno tłumaczyć
tego typu sny wpływem bajek, raczej trzeba przyjąć Jungowską koncepcję
archetypów. Oczywiście także teraźniejsze wydarzenia nasycone grozą wchodzą
w treść wizji sennych, mimo że mogły one nie być faktycznie przez daną osobę
przeżyte. W ten sposób dla ludzi naszej epoki i dla następnych pokoleń Oświęcim
i Hiroszima stały się symbolem makabrycznej zagłady i trapią w snach niejednego
człowieka. Każda epoka ma takie kataklizmy, które mogą zasilać treść snów w tym
i w dalszych pokoleniach.
W ten sposób sygnał lękowy prócz indywidualnego znaczenia ma znaczenie
kolektywne. Człowiek w swym repertuarze sygnałów lękowych prócz własnych ma te,
które należą do historii całej ludzkości, a nawet całego świata zwierzęcego.
Stąd częściowo wywodzi się zawodność sygnałów lękowych, część z nich nie
odpowiada już współczesnym zagrożeniom, ale zagrożeniom o znaczeniu obecnie
historycznym. Człowiek obciążony jest nie tylko własną historią życia, lecz
także historią całej ludzkości i prawdopodobnie też całego świata zwierzęcego.
Można by nawet spróbować sklasyfikować sygnały lękowe według ich historycznej
hierarchii; byłyby to sygnały powstałe w trakcie ewolucji świata zwierzęcego,
sygnały związane z historią ludzkości i wreszcie sygnały jakby osobiste,
związane tylko z własną historią danego człowieka.
Sygnał zagrażającego niebezpieczeństwa nie trafia na teren nie
przygotowany. W każdym człowieku, a prawdopodobnie też u zwierząt istnieje
pogotowie lękowe, które jest oczekiwaniem "złego", jakie może nas ze strony
otaczającego świata spotkać. Prawdopodobnie pogotowie to jest mniejsze w latach
dziecinnych, gdyż człowiek, a także zwierzęta stojące wyżej w filogenezie są
osłonięte od niebezpieczeństw macierzyńskim środowiskiem. Już u niemowląt można
jednak zauważyć reakcje lękowe, np. przy nagłej zmianie pozycji ciała (tzw.
odruch Moro), a w późniejszym nieco okresie, gdy już rozwinie się percepcja
wzrokowa, reakcje lękowe na nieoczekiwany widok, np. na obcą twarz. Każda zmiana
w strukturze metabolizmu informacyjnego wywołuje tzw. odruch orientacyjny,
w którym w mniejszym lub większym stopniu zawsze występuje komponent
wegetatywny. Ten rodzaj lęku określono jako dezintegracyjny, wywołany jest

37
bowiem dezintegracją, tj. zniszczeniem dotychczasowej struktury czynnościowej.
Jeśli każde zjawisko niszczenia (dezintegracji) traktujemy jako cień śmierci
w przeplatających się procesach budowy i niszczenia, jakie tworzą życie, wówczas
lęk dezintegracyjny można uważać za swoisty lęk przed śmiercią, choćby
występował on w tak śladowej postaci jak w odruchu orientacyjnym.
Patrząc na życie jako na proces budowy i niszczenia lub, bardzo wzniosie,
jako na proces śmierci i zmartwychwstania, możemy łatwiej zrozumieć fakt
pogotowia lękowego, śmierć bowiem czyha na każdym kroku i nigdy nie wiadomo, czy
konieczny dla życia proces niszczenia nie zamieni się w zniszczenie całkowite,
w pełną dezintegrację, która jest już śmiercią całego ustroju.

Pogotowie lękowe
Poziom pogotowia lękowego różnie się przedstawia, zależnie od aktualnej
sytuacji, historii osobniczej, a w szczególności od klimatu wczesnego
dzieciństwa, od cech konstytucjonalnych (genetycznych). Różnie też przedstawia
się u zwierząt; wiadomo, że są gatunki zwierząt z natury odważne i gatunki
tchórzliwe. W obrębie tego samego gatunku poszczególne jednostki wykazują różny
poziom pogotowia lękowego. Stąd pochodzi tak duża rozmaitość reakcji na sygnał
zagrożenia życia; u jednych wywoła on bardzo silną reakcję, a u drugich - tylko
jej ślad. Należy też pamiętać o powiązaniach warunkowych, które, jak zawsze
w wypadku struktur czynnościowych filogenetycznie i ontogenetycznie starszych,
są silne i trwałe. Gdy sytuacja o obiektywnie nieznacznym stopniu
niebezpieczeństwa trafi na duże pogotowie lękowe, stanie się silnym sygnałem
zagrożenia życia i na zasadzie utrwalenia będzie już zawsze - a w każdym razie
przez długi czas - wywoływać nieproporcjonalnie silną reakcją lękową.
Plamka życia istniejąca w nieogarniętych rozmiarach Kosmosu jest naprawdę
czymś niezwykłym i delikatnym, toteż trudno nawet zrozumieć, jak potrafiła się
w ciągu milionów wieków nie tylko utrzymać, ale też wspaniale rozwinąć. Może
pogotowie lękowe jest ceną, którą żywe istoty płacą za fakt utrzymania się
w Kosmosie przyrody nieożywionej, przynajmniej te żywe istoty, które są zdolne
do odczuwania, co - zakładając, że przeżycie jest subiektywnym aspektem życia -
należy przypisać im wszystkim, przynajmniej w formie śladowej. W tym sensie lęk
byłby jakimś doznaniem najpierwotniejszym, bo wynikającym z samego procesu życia
i jego przeciwstawienia się entropii panującej w przyrodzie nieożywionej.
A prawdopodobnie dopiero później tworzyłyby się uczucia bardziej pozytywne,
związane z zaspokojeniem pierwszego i drugiego prawa biologicznego.
Nie znamy i nie wiadomo, czy poznamy historię naturalną, tj. ewolucję naszych
przeżyć, możemy się opierać jedynie na bardzo mglistych przypuszczeniach, ale
fakt, że uczucia negatywne (lęk, nienawiść) u człowieka są zazwyczaj silniejsze
i trwalsze niż uczucia pozytywne, przemawia także za ich filogenetycznie
starszym pochodzeniem. Stare struktury czynnościowe są zazwyczaj lepiej
utrwalone od nowych.
Utrzymanie życia na naszej planecie wymagało olbrzymiego wysiłku, odwagi
i walki, z każdej strony zagrażała zagłada. Uczucie lęku byłoby więc immanentnie
związane z życiem. Oczywiście na każdym stopniu filogenezy lęk ujawniał się
w innej postaci i trudno nam sobie wyobrazić, jakie formy przybierał na znacznie
niższych od naszego stopniach rozwoju. Mimo całej zwodniczości sygnału lękowego
musiał on w trakcie ewolucji spełniać swoją obronną rolę, inaczej bowiem istoty
żywe nie potrafiłyby uniknąć czyhających na nie niebezpieczeństw. Fałszywe
sygnały musiały być z czasem wyeliminowane. Ponieważ nasze środowisko wciąż się
zmienia i w związku z tym powstają wciąż nowe niebezpieczeństwa, muszą też się
tworzyć nowe sygnały i tu rachunek prawdopodobieństwa niejednokrotnie zawodzi.
Dzięki metabolizmowi informacyjnemu żywe ustroje są oddzielone od otaczającej je
rzeczywistości warstwą ochronną, warstwą sygnałów czy symboli, tą swoistą sferą
duchową, dzięki czemu żyją one w świecie stworzonym przez siebie, we własnej
czasoprzestrzeni. W tym świecie własnym jest już na ogół wiadomo, co bezpieczne,
a co niebezpieczne; wiadomo, jak się w nim poruszać i gdzie dążyć. Ten własny
świat tylko w pewnym stopniu odpowiada prawdziwej rzeczywistości, gdyż
wytworzony jest wyłącznie ze struktur informacyjnych (sygnałów, symboli). Do
poszczególnych ustrojów docierają różne informacje; zależy to od stopnia
ewolucji. Z rzeczywistością otaczającą łączy żywe istoty metabolizm informacyjny

38
(określony tu jako "warstwa duchowa" życia), a jednocześnie od niej oddziela. Bo
nie stykają się właściwie z tą rzeczywistością bezpośrednio, ale tylko z jej
sygnałami. Dzięki tej warstwie ochronnej żywe istoty czują się pewniejsze, "na
swoim gruncie" w bezkresnych obszarach Kosmosu. Własny światek jest zawsze
przytulniejszy niż prawdziwy wszechświat.
Prawa przyrody nieożywionej mają inną jakość niż prawa przyrody ożywionej.
Są to prawa fizyki, ścisłe i bezwzględne, prawa, dla których nie liczy się
jednostka, ale statystyczne wielkie liczby. Statystyczne prawidłowości stwarzają
prawdopodobnie określony porządek w dążeniu materii do bezwładnego ruchu
cząsteczek (entropii). Powstanie życia na naszym globie było niezwykłym
przeciwstawieniem się materii nieożywionej. Wprawdzie przyrodę ożywioną
obowiązują też prawa dotyczące przyrody nieożywionej, bo jest ona jej wykwitem,
to jednak wytworzyły się w niej nowe prawa, swoiste dla życia i nie mające
odpowiednika w przyrodzie nieożywionej, tj. prawo zachowania życia własnego
i życia gatunku.
Najważniejszy jest tu porządek indywidualny, a nie statystyczny; porządek ten,
w najprostszej formie zawarty w kodzie genetycznym, przeciwstawia się entropii
przyrody nieożywionej. Walka o ten porządek stanowi zasadniczy cel życia. Lęk
byłby sygnałem ostrzegającym przed chaosem, entropią panującą w przyrodzie
nieożywionej, sygnałem przed utratą własnej indywidualności (własnego porządku).
Tkwiłby zatem w istocie życia, wynikałby z przeciwstawienia się prawom przyrody
nieożywionej. Byłby zjawiskiem powszechnym w przyrodzie ożywionej, przybierając
różne formy, zależnie od stopnia ewolucji.

Lęk przed chorobą psychiczną


Częstym tematem napięcia lękowego w nerwicach oprócz lęku przed śmiercią
jest lęk przed chorobą psychiczną. Chory ma uczucie, że lada moment zwariuje,
w głowie jego panuje chaos, nie potrafi uporządkować myśli i uczuć. Rodzą się
jakieś potworne przeczucia, a uczucia lęku, nienawiści, pokrzywdzenia, winy itp.
przerastają zwykłe wymiary, nabierają wymiarów przerażających samego chorego.
Boi się on sam siebie, tego, co w środku niego się znajduje. Ma wrażenie, że
lada moment coś w nim pęknie, że straci resztki panowania nad sobą, że zacznie
wyć jak szaleniec. Podobnie jak w lęku przed śmiercią, chciałby gdzieś uciec,
schować się w bezpieczne miejsce, uciec przed samym sobą, byle nie być w tym
samym miejscu. Podobnie też jak w lęku przed śmiercią, obecność drugich osób
przynosi zazwyczaj ulgę. Lęk nieco maleje. W poczuciu ludzkiej solidarności
chory czuje się silniejszy.
W samotności lęk przed śmiercią i lęk przed chorobą psychiczną wzmagają się.
Może w ten sposób objawia się fakt, że oba te rodzaje lęku należą
filogenetycznie do przeżyć bardzo dawnych i że wiążą się z samym życiem, którego
porządek (negatywną entropię) łatwiej jest utrzymać kolektywnym wysiłkiem niż
indywidualnie.

Lęk przed dezintegracją metabolizmu informacyjnego


Jeśli życie traktujemy jako tendencję do utrzymania indywidualnego
porządku ustroju wbrew panującemu w przyrodzie nieożywionej prawu entropii, to
lęk przed śmiercią i lęk przed chorobą psychiczną są zjawiskami pokrewnymi.
W wypadku lęku przed śmiercią chodzi o zagrożenie rozbicia porządku ustroju
zarówno energetycznego, jak informacyjnego, a w lęku przed chorobą psychiczną
odgrywa rolę porządek informacyjny. Lęk więc przed chorobą psychiczną jest
bardziej typowy dla człowieka niż lęk przed śmiercią. Jest on sygnałem
zagrożenia metabolizmu informacyjnego, a zatem tej warstwy życia, która osłania
je przed bezpośrednim zetknięciem się z otaczającym światem.
Metabolizm informacyjny jest tą sferą duchową, która otacza i przenika
metabolizm energetyczny. Rozbicie jej pociąga za sobą rozbicie porządku
energetycznego. Bez należytego porządku informacyjnego porządek energetyczny
ulega stopniowemu rozprzężeniu, prowadzącemu w końcu do śmierci. Istotą życia
jest wymiana energetyczno-informacyjna z otoczeniem. Jest to może najbardziej
charakterystyczna różnica między przyrodą nieożywioną a ożywioną.
W przyrodzie ożywionej regułą jest ustawiczna wymiana (metabolizm), z jej
przerwaniem ustaje życie, przychodzi śmierć. W przeciwieństwie do przyrody

39
nieożywionej w przyrodzie ożywionej obowiązuje zasada układu otwartego, tzn.
takiego, który powstaje dzięki wymianie energetyczno-informacyjnej ze
środowiskiem. Dlatego dla jednostek przyrody ożywionej najważniejsze jest
zachowanie specyficznego dla każdej z nich porządku. Jego zakłócenie jest
zwycięstwem przyrody nieożywionej nad fenomenem życia. Choroba psychiczna jest
zaburzeniem porządku w wymianie informacyjnej, a więc częściową śmiercią,
zwycięstwem entropii w sferze znaków i symboli, w sferze ducha.
Człowiek nie troszczy się o metabolizm energetyczny w tym znaczeniu, że porządek
w nim ustala się bez jego świadomego udziału; nawet - jeśli nie jesteśmy w tej
dziedzinie fachowcami - nie wiemy, w jaki sposób energie do nas dochodzące
z otoczenia zostają zmienione na swoiste dla ustroju struktury energetyczne
i morfologiczne. Dzieje się to całkowicie bez naszej wiedzy i bez aktywnego
(w sensie świadomego wysiłku) udziału; natomiast w metabolizmie informacyjnym
utrzymanie swoistego porządku wymaga wysiłku, i to nieraz znacznego. Nie możemy
poradzić sobie z naszymi myślami, uczuciami, marzeniami; jakże często są one
chaotyczne, sprzeczne, bezsensowne. Nieraz mamy wrażenie, że skomplikowana
struktura naszego życia psychicznego chwieje się i lada chwila całkiem się
rozpadnie. Nasza świadomość w znacznej mierze koncentruje się na utrzymaniu
porządku w jego wymianie sygnałów z otaczającym światem. Lęk przed dezintegracją
struktury metabolizmu informacyjnego jest bardziej uświadomiony niż lęk przed
dezintegracją metabolizmu energetycznego.
Często w nerwicach lęk przed śmiercią przeplata się z lękiem przed chorobą
psychiczną, co też może przemawiać za ich wspólnym pochodzeniem. Człowiek walczy
o zachowanie swego życia w sensie materialnym, czyli metabolizmu energetycznego,
i w sensie duchowym, czyli metabolizmu informacyjnego. Jego świadomy wysiłek
koncentruje się na walce o zachowanie integracji metabolizmu informacyjnego. Na
skutek niezwykłego skoku ewolucyjnego, jakim był niewiarygodny wprost rozwój
metabolizmu informacyjnego u człowieka w porównaniu z jego zwierzęcymi
antenatami, utrzymanie w nim swoistego porządku nie jest łatwym zadaniem i na
nim koncentruje się cały świadomy wysiłek człowieka. Choroba psychiczna byłaby
więc przejściowym lub długotrwałym zachwianiem zdolności integracyjnych
człowieka; wskutek czy to wewnętrznej słabości, czy też warunków zewnętrznych
człowiek poddałby się inercji (entropii) tkwiącej w naturze przyrody
nieożywionej, nie miałby już sił do dalszej walki w obronie własnego porządku.
Jest to oczywiście koncepcja choroby psychicznej bardzo ogólna, ale oddaje ona
to, co człowiek odczuwa w swym lęku przed chorobą psychiczną.
Człowiek boi się chaosu, boi się tego, co w nim drzemie. Nie jesteśmy
w stanie ogarnąć wszystkich tkwiących w nim możliwości, musielibyśmy w tym celu
stać na znacznie wyższym poziomie niż przeciętna jednostka. Staramy się
człowieka określić w obrębie typów osobowości, zdajemy sobie jednak sprawę, jak
zakres ten jest ciasny i jak często człowiek niespodziewanie wykracza poza te
ramy. Z historii ludzkości, choćby nie tak dawnej, znamy aż nadto dobrze
rozpiętość zła i dobra, które w pewnych warunkach może się wyzwolić
w przeciętnym człowieku. Zdarza się, że człowiek zaskakuje nas, a czasem
i przeraża różnymi obliczami, które ujawnia w ciągu swego życia. Jakże często
jest on na pograniczu choroby psychicznej. A nawet, traktując sen jako
fizjologiczną psychozę, można by życie człowieka określić jako oscylację między
normą jasnego dnia a psychozą nocy.
Lęk przed chorobą psychiczną jest też lękiem przed ciemnością, przed nocą
i samotnością. Lęki te tematycznie stoją bardzo blisko siebie.
Metabolizm informacyjny u zwierząt jest znacznie uboższy niż u człowieka,
bardziej też bezpośrednio związany z prawami zachowania własnego życia i życia
gatunku, toteż jego równowaga jest znacznie stabilniejsza, a niebezpieczeństwo
dezintegracji znacznie mniejsze. Lęk zwierzęcy jest przede wszystkim lękiem
przed śmiercią. Sygnał lękowy ostrzega przed zagrożeniem tego, co w życiu jest
najcenniejsze, tj. przed utratą życia. Dla człowieka jednak samo życie w jego
"nagim", wegetatywnym aspekcie nie jest czymś wystarczającym. Nie może on
uwolnić się od swego świata duchowego, tj. całego bogactwa metabolizmu
informacyjnego. Utrzymanie w nim swoistego porządku jest dla niego nieraz
ważniejsze niż uratowanie życia. Dlatego choroba psychiczna może być dla niego
czymś straszniejszym niż śmierć. Dołącza się do tego lęk społeczny, lęk przed

40
ostracyzmem i ośmieszeniem, jakie zwykle pociąga za sobą fakt choroby
psychicznej.

Ambiwalentne nastawienie do śmierci i do choroby psychicznej


Nastawienie uczuciowe do śmierci u człowieka nie jest jednoznaczne;
człowiek boi się śmierci, ale też śmierć go pociąga. Pociąga go nadzieja
uwolnienia się od wysiłku życia, nadzieja pełnego złączenia się z otaczającym
światem, zatracenia swej indywidualności; ludzi głęboko wierzących może pociągać
pragnienie złączenia się z bóstwem. Analogicznie, nastawienie do choroby
psychicznej jest także ambiwalentne: człowiek boi się jej, ale zarazem tęskni za
szaleństwem, za oderwaniem się od wspólnego świata jasnego dnia, tęskni za nocą
tajemnicy, nieznanego, ekstazy, spazmów rozkoszy, sennych majaków, za tym
wszystkim, co w nim samym jest nieznane i niezbadane, a jednak, jak odczuwa,
najbardziej własne.
W tym ambiwalentnym nastawieniu do spraw w życiu najistotniejszych, tj. do
utrzymania własnego życia biologicznego i życia duchowego, przejawia się typowa
ludzka chwiejność. Wszystko w człowieku jest niezwykle labilne, zmienne, jego
równowaga, z trudem utrzymywana, jest zawsze niepewna. W porównaniu z nim
zwierzęta są ideałem stabilności, trzymają się pewniej ziemi niż człowiek.
W związku z tą niepewnością istnienia pogotowie lękowe u człowieka jest chyba
większe niż u zwierząt.
Z niepewnością w sprzeczności pozostaje zdolność adaptacyjna znacznie większa
u człowieka niż u zwierząt. Wiadomo, że żadne zwierzę nie wytrzyma tego, co
wytrzymać potrafi człowiek. Im układ, zarówno techniczny, jak biologiczny, jest
bardziej skomplikowany, tym bardziej jest on labilny, tym trudniej mu utrzymać
stałą równowagę - jest chwiejny i delikatny.
Prawdopodobnie właśnie takie układy w procesie ewolucji wysuwają się jednak na
pierwsze miejsce, gdyż ich zdolność adaptacji jest większa niż układów bardziej
stabilnych. Ewolucja podąża w kierunku form coraz bardziej skomplikowanych,
coraz bogatszych, mniej stabilnych i delikatniejszych.

Rozwój metabolizmu informacyjnego a wzrost pogotowia lękowego


Jeszcze jeden czynnik wpływa na to, że pogotowie lękowe u człowieka jest
większe niż w świecie zwierzęcym; czynnikiem tym jest niezwykły rozwój
metabolizmu informacyjnego. Dzięki niemu człowiek swymi strukturami
czynnościowymi daleko wykracza poza konkretność życia; jego świat fantazji jest
znacznie bogatszy niż u zwierząt. Lęk nie jest tylko sygnałem konkretnego
zagrożenia, ale tego, które w tym świecie fantazji się tworzy. Człowiek więcej
boi się tworów własnego umysłu niż konkretnej rzeczywistości.
Powstaje u człowieka sytuacja zgoła paradoksalna: warstwa ochronna metabolizmu
informacyjnego, która chroni żywe istoty przed bezpośrednim kontaktem
z otaczającą rzeczywistością, staje się przez swój niezwykły rozrost nieraz
traumatyzująca, w niej bowiem powstają abstrakcyjne struktury czynnościowe,
które same stają się źródłem sygnałów lękowych. Świat, który człowiek dzięki
metabolizmowi informacyjnemu sam sobie stwarza, jest dla niego nieraz głównym
źródłem lęku. Świat ten niejednokrotnie daleko odbiega od świata realnego i im
bardziej od niego się oddala, im bardziej staje się światem własnym, a nie
wspólnym, podobnym do światów innych ludzi, tym bardziej zmienia się ze świata
dnia w świat nocy, tym bardziej zapełnia się strukturami normalnie tkwiącymi
poniżej progu świadomości, tym bardziej jest tajemniczy, nieodgadniony
i straszny.
Źródło lęku ludzkiego nie tkwi tylko na zewnątrz, w otaczającym świecie, ale
w samym człowieku, w tym, co tworzy on jako warstwę ochronną przed bezpośrednim
zetknięciem się z otaczającą go rzeczywistością. W aspekcie historycznym warstwa
ochronna (sfera duchowa) zawiera różnego rodzaju struktury czynnościowe, które
niegdyś były sygnałami grożącego z zewnątrz niebezpieczeństwa; obecnie wprawdzie
się zdezaktualizowały, nadal jednak straszą w obrazach sennych i w psychozach.
Pamięć ludzka nie jest prawdopodobnie tylko pamięcią ontogenetyczną, tj.
obejmującą indywidualne życie danej jednostki, ale też pamięcią filogenetyczną,
mieszczącą w sobie przebieg całej ewolucji. Ta pamięć znajduje się poniżej progu
świadomości, jak wszelkie struktury stare, i tylko przelotnie i fragmentarycznie

41
ujawnia się powyżej progu świadomości, w treści marzeń sennych, w treści przeżyć
psychotycznych, a także w niezwykłych napięciach lękowych. Te niezbadane warstwy
psychiki, które znajdują się poniżej progu świadomości, nie poddają się
wysiłkowi integrującemu człowieka, zawsze są chaotyczne, nieokiełznane i grożą
rozbiciem normalnego porządku dnia. Człowiek jest zagrożony nocą swej
podświadomości i to jest jednym ze źródeł jego pogotowia lękowego, a zwłaszcza
lęku przed chorobą psychiczną.

Lęk przed samotnością


Dla ludzi skażonych nerwicą lęk przed samotnością jest zjawiskiem dość
powszechnym. Boją się oni zostać sami, w samotności ogarnia ich uczucie
niepokoju, dochodzące nieraz do paroksyzmu panicznego lęku. Ich fantazja pracuje
gorączkowo w takich sytuacjach. Z otaczającej rzeczywistości wyłaniają się
koszmary grożącego niebezpieczeństwa, zarówno zewnętrznego, jak wewnętrznego.
Mają obawy, że ktoś ich napadnie, zgwałci, zabije; zamykają skrzętnie drzwi
i okna, sprawdzają zamknięcie, barykadują się, ale to wcale nie zmniejsza ich
napięcia lękowego. Nie mogą zasnąć, bo wciąż są napięci, budzi ich każdy szmer,
gdyż najmniejszy szelest jest sygnałem zagrażającego niebezpieczeństwa.
Poczucie zagrożenia może pochodzić z wewnątrz. Człowiek taki w samotności
wsłuchuje się w odgłosy swego ciała; drobne dolegliwości, doznania cielesne bez
większego znaczenia nabierają w jego fantazji katastroficznych rozmiarów, są
zwiastunami choroby nowotworowej, zawału, choroby wenerycznej itp. W samotności
odchodzi się mimo woli od porządku dnia, integracja życia psychicznego na ogół
słabnie, wychodzą z podświadomości tkwiące tam struktury, nieraz potworne
i zatrważające, nie można uporządkować swych myśli i uczuć. Odczuwa się chaos,
człowieka ogarnia lęk przed chorobą psychiczną.
Obecność drugiej osoby zazwyczaj zmniejsza napięcie lękowe cierpiących na
nerwicę, czują się oni spokojniejsi, bezpieczniejsi. Często unikają samotności,
szukają towarzystwa, starają się być rozmowni. Nieraz własny potok wymowy
łagodzi ich napięcie lękowe. Nerwicowa hiperaktywność, rzucanie się w wir życia,
nadmierne życie towarzyskie i społeczne, ustawiczne podróże, unikanie skupienia
i samotności, typowe dla naszej cywilizacji, w znacznej mierze wywodzą się
z nerwicowego lęku przed samotnością. Człowiek współczesny z trudem toleruje
własną samotność, może dlatego, że bardziej niż w innych epokach zachwiane są
jego zdolności porządkowania własnego życia psychicznego, zagraża mu większe
niebezpieczeństwo rozbicia tegoż porządku, ponieważ w samotności silniej odczuwa
się własną dezintegrację.

Dziecko a samotność
Dzieci nieraz odczuwają dotkliwie lęk przed samotnością, a zwłaszcza przed
samotnością w ciemności. Do pewnej granicy samotność pociąga dzieci, snują
w niej swoje marzenia, zaludniają tworami własnej fantazji, samotność jest dla
nich wolną przestrzenią, w której mogą realizować swobodnie swe bogate struktury
czynnościowe. Dzieci zbyt towarzyskie, nie spędzające ani chwili w odosobnieniu,
na ogół mają uboższe życie duchowe niż te, które są bardziej samotne.
Powyżej pewnej granicy samotność zaczyna być jednak straszna, wypełnia się
niesamowitymi tworami fantazji. Człowiek chce się przed nią schronić
w bezpieczne miejsce, między ludzi. Szczególnie zmrok i noc są porami, w których
wyłaniają się z podświadomości ukryte struktury czynnościowe i zapełniają pustą
przestrzeń samotnego człowieka. Wyobraźnia dziecka jest żywsza niż człowieka
dorosłego, dzieciństwo jest bowiem okresem życia, w którym najintensywniej
tworzą się nowe struktury czynnościowe; jest to najbardziej dynamiczny okres
metabolizmu informacyjnego, a kontakt z rzeczywistością jest jeszcze za słaby,
by potencjalne struktury czynnościowe o niskim współczynniku prawdopodobieństwa
uległy całkowitej eliminacji, jak to się dzieje w późniejszych okresach życia.
W dzieciństwie zatem obok struktur realnych istnieją nierealne (tj. o niskim
współczynniku prawdopodobieństwa). Dziecko łatwiej niż dorosły wkracza w krainę
baśni, ale baśń ta bywa nieraz przerażająca. Dziecko boi się ciemności i nocy,
bo w nich właśnie najłatwiej przekracza się granicę, poza którą samotność
przestaje być pociągająca, a przeraża tylko tym, co nieznane, straszne,
zatrważające. Dziecko, kładąc się do snu, nie chce zerwać kontaktu z realną

42
rzeczywistością, trzyma za rękę matkę lub ojca, a gdy ich nie ma, przytula do
siebie swego misia. Oni są reprezentantami świata rzeczywistego, macierzyńskiego
środowiska, które otacza dziecko.

Społeczny charakter życia


Częstym tematem snów wielu ludzi jest wątek zagubienia; są zagubieni
w wielkich miastach, w hotelach z tysiącami drzwi, w korytarzach, z których nie
można się wydostać, błąkają się po pustkowiach, wśród skał, wąwozów,
w tajemniczych zamkach, gdzie drzwi same się otwierają i zamykają, i z których
w żaden sposób nie można znaleźć wyjścia. Gubią najdroższe im osoby, nigdzie nie
mogą ich znaleźć, osoby te w ostatniej chwili gdzieś znikają: na pustkowiu,
w tłumie, w zaklętych budowlach, w pociągach, które mkną w nieznane. Śniący
zostaje sam w swym poszukiwaniu bliskiego człowieka. Z ulgą budzi się
i stwierdza, że znajduje się z powrotem wśród ludzi.
Lęk przed samotnością wskazuje na istotną cechę człowieka, a także
prawdopodobnie innych żywych istot, mianowicie, na społeczny charakter życia.
Życie jest niemożliwe w samotności, indywidualny wysiłek jest zbyt słaby, by
mogło się ono indywidualnie utrzymać. Utrzymanie życia stało się możliwe dzięki
jego kolektywnemu charakterowi. Niezwykła rozrzutność prokreacyjna przyrody
ożywionej wskazuje między innymi na jakby z góry powzięte założenie, że
o przetrwanie walczyć się będzie razem, że żadna żywa istota nie będzie
zostawiona sobie samej. W walce z niebezpieczeństwami otaczającego środowiska
szczególnie wyraźnie występuje zjawisko większej siły kolektywu od siły
poszczególnej jednostki ("my" silniejsze niż "ja").
Prawo zachowania życia gatunku ma charakter wyraźnie społeczny, nie można go
zaspokoić w indywidualny sposób, do jego spełnienia konieczne jest złączenie
z przedstawicielem tego samego gatunku i z niego wywodzą się pierwotne grupy
społeczne (rodzina, szczep itp.). Jeśli metabolizm energetyczny spełnia się
indywidualnie, to otoczenie społeczne potrzebne jest tylko do zdobycia
koniecznych do życia substancji; zwłaszcza we wczesnym okresie rozwoju, gdy się
jest jeszcze niesamodzielnym (środowisko macierzyńskie), metabolizm informacyjny
jest zjawiskiem całkowicie społecznym.
Wymiana informacji dokonuje się przede wszystkim między przedstawicielami tego
samego gatunku. Tworzą oni wspólny świat znaków i symboli, który ułatwia kontakt
z otaczającą rzeczywistością. Odizolowanie więc od kontaktów ze społecznym
otoczeniem godzi bezpośrednio w życie, a szczególnie w prawo zachowania gatunku
i w metabolizm informacyjny.
Lęk przed samotnością byłby zatem zbliżony do lęku przed śmiercią. Pośrednio
bowiem samotność równa się śmierci. Dlatego noc, gdy człowiek z konieczności
staje się samotny, kojarzy się tak często ze śmiercią. Noc jest symbolem
śmierci. Śmierć jest snem wiecznym. Prawdopodobnie lęk przed samotnością tkwi
głęboko w człowieku, występuje on wyraźniej w dzieciństwie, a także we
wszystkich stanach nerwicowych. W dzieciństwie człowiek z natury rzeczy jest
słabszy, a w nerwicy siła jego słabnie na skutek nerwicowej dezintegracji. Non
timebis a timore nocturno. Noc zbliża człowieka do nieznanego, do tego, co w nim
i w otaczającym świecie skryte, co ginie w świetle dnia, a odsłania swą twarz
dopiero w nocy. Lęk przed samotnością nocy jest lękiem przed nieznanym. Jest
lękiem przed zagładą bytu.

Lęk sumienia
Sygnał lękowy odgrywa rolę jakby urządzenia sterowniczego, pod którego
wpływem zmienia się kierunek ruchu żywego ustroju. Pojęcie ruchu użyte jest tu
w najszerszym zakresie, jako wszelkiej formy przeżycia i zachowania. Sygnał
lękowy steruje aktywnością ustroju zależnie zarówno od sytuacji zewnętrznej
(zagrożenie z zewnątrz), jak i sytuacji wewnętrznej ustroju (zagrożenie
z wewnątrz). Istnieje jednakże jeszcze trzecie pole, z którego może pochodzić
sygnał lękowy. Polem tym jest własny układ sprzężenia zwrotnego, układ
samokontroli, który sygnalizuje, czy dana czynność została wykonana właściwie
czy niewłaściwie.

43
Różne rodzaje i poziomy układów kontrolujących
Układy samokontroli w ustrojach żywych mają rozmaite poziomy integracyjne,
od najniższych, obejmujących wybiórcze funkcje ustroju, do najwyższych,
kontrolujących całe zachowanie ustroju. U człowieka ten najwyższy poziom
integracyjny odczuwany jest jako "głos sumienia". Samokontrola dotyczy wówczas
najwyższych i najbardziej skomplikowanych relacji człowieka z jego otoczeniem
i z samym sobą, relacji w aspekcie porządku moralnego.
Sumienie jest najczulszą częścią autoportretu. Autoportret, czyli obraz
własnej osoby, można uważać za świadomą część układu samokontroli. Powstaje on
na zasadzie sprzężenia zwrotnego, część informacji wychodzących z ustroju wraca
do niego, stając się w ten sposób informacjami zwrotnymi, dającymi obraz tego,
jak aktywność ustroju została przyjęta w otoczeniu. Dzięki tym zwrotnym
informacjom plan aktywności zostaje odpowiednio zmodyfikowany, by stać się
bardziej dostosowany do sytuacji.
Autoportret nie jest czymś jednolitym, składa się z wielu fragmentów,
częściowych obrazów aktywności człowieka. Tworzą one jak mozaika całościowy
obraz. Przypominają się niezwykłe rysunki genialnego schizofrenika, Edmunda Mon-
siela, który obrazy swoich groźnych postaci budował z niekończącej się liczby
brodatych, poważnych twarzy. Kontrolujemy się w różnych rolach, do których
zmusza nas życie. W jednych możemy być lepsi, w innych gorsi; scalenie
poszczególnych opinii o samym sobie daje całościowy obraz własnej osoby. Zadania
i role człowieka zmieniają się z wiekiem, toteż i autoportret ulega zmianie, ale
jak się wydaje, zasadniczy jego schemat pozostaje niezmienny.
Prawdopodobnie na skutek wpływów genetycznych, a także wczesnych
doświadczeń życiowych utrwalają się określone mechanizmy sprzężenia zwrotnego,
tak iż nasz autoportret ma zawsze pewne skrzywienie, nigdy nie widzimy siebie
całkiem obiektywnie. Każda nasza aktywność jest kontrolowana; gdy wykonujemy
ruch ręką, strumień sygnałów płynących z mięśni i ścięgien informuje odpowiednie
ośrodki ruchowe w rdzeniu i w wyższych sektorach ośrodkowego układu nerwowego
o tym, jak dany plan ruchowy został wykonany. Gdy na coś patrzymy, strumień
sygnałów biegnący w odwrotnym kierunku, tj. z wyższych ośrodków nerwowych do
obwodowego analizatora, dopasowuje dopływ informacji z otoczenia do aktualnego
planu czynnościowego ustroju. W ten sposób widzimy to, co jest nam potrzebne.
Większość sprzężeń zwrotnych w układzie nerwowym operuje poniżej progu
świadomości. Dotyczy to tych aktywności, które dzięki częstemu powtarzaniu
uległy automatyzacji. Świadomość jest zarezerwowana dla aktywności nowych,
trudnych, wymagających stałej korekcji.
Nie wiemy jeszcze dokładnie, jak tworzy się nasz autoportret. Każda aktywność
jest kontrolowana. W ten sposób otrzymujemy stale szereg raportów o poziomie
wykonania różnych czynności, z których składają się nasze zachowanie i nasze
przeżycia. Znaczna część tych sprawozdań nie dociera w ogóle do świadomości.
Należy zatem przypuszczać, że autoportret składa się z części świadomej
i nieświadomej. Część kontroli dokonuje się powyżej progu świadomości, ale
znacznie większa poniżej. Rodzaje ludzkiej aktywności są tak różnorodne, że
podzielenie ich systemów kontroli według sektorów aktywności nie jest łatwym
zadaniem. Każda aktywność dobrze wykonana poprawia autoportret i tym samym
samopoczucie, a źle wykonana - pogarsza. Większość aktywności związanych
z wnętrzem naszego ciała jest kontrolowana poniżej progu świadomości, do
świadomego autoportretu dociera tylko cień wydarzeń wewnątrzustrojowych
w postaci ogólnego samopoczucia dobrego lub złego. Prawdopodobnie ten
nieświadomy strumień informacji autoregulacyjnych z wnętrza ciała wpływa na
ogólny koloryt autoportretu. Wiadomo, że przy dobrym fizycznym samopoczuciu
człowiek ma lepszy obraz samego siebie, z przyjemnością przegląda się w lustrze,
jest zadowolony wewnętrznie, a odwrotnie dzieje się w wypadku złego samopoczucia
fizycznego. Dokładnie jednak, nawet będąc lekarzami, nie potrafimy określić,
w którym miejscu kontrola pracy naszego organizmu dała negatywne wyniki, możemy
najwyżej snuć na ten temat mniej lub bardziej słuszne hipotezy. Organizm sam,
"na własną rękę", stara się skorygować własne błędy.
Ruch zewnętrzny, tj. wywołany skurczem mięśni szkieletowych, znajduje się już
pod częściowo świadomą kontrolą. Każdy ruch składa się z wielu elementów,
z których tylko pewne znajdują się w polu świadomości. Na przykład zginając

44
rękę, nie zdajemy sobie sprawy, że mięśnie antagonistyczne ulegają rozluźnieniu,
że postawa ciała ulega odpowiedniej do danego ruchu zmianie itp. Całe tło
ruchowe rozgrywa się więc poza naszą świadomością. W miarę powtarzania danej
aktywności ruchowej błędne jej formy zostają wyeliminowane, system kontroli jest
coraz mniej obciążony i czynność, która wymagała dawniej świadomej kontroli,
jest kontrolowana poniżej progu świadomości. Sygnalizowane świadomości jest
tylko złe jej wykonanie, np. gdy jakaś litera napisze się nam krzywo lub gdy,
idąc, źle postawimy nogę itp. Analogicznie jak kontrola czynności wegetatywnych,
tak i kontrola zautomatyzowanych czynności ruchowych dociera w śladowej formie
do naszej świadomości. Gdy czynności te przebiegają sprawnie, "w nagrodę"
odczuwamy zadowolenie z siebie, nasz autoportret poprawia się. Może na tym
między innymi polega poprawa nastroju, jaka zwykle występuje po fizycznym
wysiłku, w czasie wycieczki, na nartach, podczas pływania itp. Ciało nasze
wydaje się nam piękniejsze, sprawniejsze, młodsze.
Jeśli chodzi o ruchy bardziej skomplikowane, np. związane z mową, z pracą
ręki (artystyczną, rzemieślniczą itp.), to zwykle nie dochodzi w nich do
całkowitej automatyzacji, są bowiem skomplikowane, wymagają wciąż innowacji,
a tym samym wnikliwej kontroli. Tu też obowiązuje ogólna zasada, że dobrze
wykonana czynność jest "nagradzana" dobrym samopoczuciem, koloryt autoportretu
rozjaśnia się, a złe wykonanie jest "karane" złym samopoczuciem, koloryt
autoportretu zaciemnia się. Obok jednak tego ogólnego tonu afektywnego, który
dochodzi do świadomości także przy kontroli funkcji autonomicznych
i zautomatyzowanych, w czynnościach świadomych, a tym samym wolicjonalnych, do
świadomości dociera również obraz wykonanej czynności, tak iż świadomie można ją
skorygować. Niezależnie więc od stopnia uświadomienia układ samokontrolujący
dysponuje swoistym systemem nagród i kar. Nagrodą jest dobre samopoczucie, jakaś
ogólna poprawa autoportretu, a karą złe samopoczucie związane z ogólnym
zaciemnieniem autoportretu.

System nagrody i kary


System nagrody i kary oparty jest, jak na ogół wszystkie ważne aktywności
ustroju, na zasadniczych uczuciach przyjemności i przykrości. Uczucia te
skierowane są do własnej osoby, ale że uczucia nie mają ostrych granic, więc
zwykle promieniują one na zewnątrz (jestem z siebie zadowolony, cały świat mnie
cieszy). Można by w ich wypadku myśleć o zalążkach autoerotyzmu i autoagresji.
Pozytywny wynik autokontroli wskazuje na zwycięstwo własnego planu nad entropią
własną i otoczenia, własna entropia ustroju maleje. Nagrodą za to zwiększenie
stopnia własnego porządku jest pozytywna ocena samego siebie, pozytywne uczucie
w stosunku do własnej osoby (człowiek bardziej kocha samego siebie).
Natomiast negatywny wynik samokontroli wskazuje na własną klęskę, porządek
otoczenia i własna inercja zwyciężyła nad własnym planem aktywności, struktura
czynnościowa została źle zrealizowana lub w ogóle nie zrealizowana, została tym
samym w sferze struktur potencjalnych, prawdopodobnych, ale nie zrealizowanych,
człowiek sam siebie nie sprawdził lub sprawdzenie to wypadło niedostatecznie.
Znak uczuć żywionych do własnej osoby zmienia się na negatywny. Człowiek odczuwa
niechęć do samego siebie, która może wzrastać aż do wyraźnej agresji, a własna
inercja i bezsilność wobec otoczenia budzi w nim lęk.
Ale jak w Chatce Puchatka jest powiedziane: "bo kiedy się jest Misiem o bardzo
Małym Rozumku i myśli się o Rozmaitych Rzeczach, to okazuje się czasami, że
rzeczy, które zdawały się proste, gdy miało się je w głowie, stają się całkiem
inne, gdy wychodzą z głowy na świat i inni na nie patrzą". Nigdy realizacja nie
odpowiada planowi. Potencjalna struktura czynnościowa jest zawsze inna od
struktury zrealizowanej. Zawsze więc układ samokontroli ma coś do sygnalizowa-
nia. Świadomość nasza byłaby więc stale nękana informacjami o błędach
w wykonaniu planu. Co się tyczy czynności wegetatywnych i zautomatyzowanych,
liczba błędów jest tu prawdopodobnie znacznie mniejsza, bo w przebiegu ewolucji
złe wykonania zostały wyeliminowane. Natomiast w czynnościach świadomych
margines błędu jest znacznie większy, gdyż są to aktywności trudniejsze
i przeważnie nowe. W tym sektorze aktywności człowiek odczuwa najsilniej swoje
błędy i niedociągnięcia, stale musi siebie korygować. Możliwe, że właśnie na tym
polega indywidualny wysiłek ewolucyjny. Przyjmując za prawdziwą tezę Puchatka

45
o niedoskonałości wykonania, należałoby współczuć człowiekowi, że wciąż jest
nękany swoistymi "wyrzutami sumienia", iż daną rzecz nie dość dobrze wykonał.
Układ samokontroli nie działa jednak jak automat, jego ocena zmienia się
zależnie od sytuacji wewnętrznej ustroju i od warunków otoczenia. Czasem jest
bardziej tolerancyjny, a czasem znów surowy. Poza wahaniami związanymi
z aktualną sytuacją wewnętrzną i zewnętrzną ustroju istnieje jakby stały poziom
samokontroli u jednych wyższy, u innych niższy. Dzięki temu spotyka się ludzi
stale z siebie niezadowolonych i takich, którzy są sobą zachwyceni. Poziom ten
zależy od ogólnej dynamiki życiowej, która w znacznej mierze jest uwarunkowana
konstytucjonalnie, a także od wcześnie nabytych doświadczeń życiowych. Między
dynamiką życiową a poziomem samokontroli istnieje kolista zależność.
Podwyższona dynamika osłabia układ samokontroli, a obniżona go zwykle podwyższa,
i na odwrót, niski poziom samokontroli zazwyczaj zwiększa dynamikę życiową
i poprawia nastrój (na tym między innymi polega euforyzujące działanie środków
odurzających). Wysoki poziom samokontroli hamuje dynamikę życiową i tym samym
pogarsza nastrój.

Trzy fazy aktywności


Każdą aktywność można by rozbić na trzy odcinki: plan, realizację
i sprawdzenie. Każdy z tych odcinków rozgrywa się w różnych punktach czasowych.
Plan dotyczy przyszłości, oczywiście uwzględniona w nim jest przeszłość
(dotychczasowe doświadczenia w danej dziedzinie aktywności) i teraźniejszość
(analiza aktualnej sytuacji), ale głównym terenem działania jest przyszłość.
Realizacja dokonuje się głównie w teraźniejszości, oczywiście jest w niej też
przeszłość i przyszłość, ale najważniejsze jest to, co dzieje się aktualnie -
samo dzianie się. W trakcie realizacji potencjalna struktura czynnościowa
zamienia się w zrealizowaną, czyli przyszłość w przeszłość, jest to więc odcinek
aktywności najbardziej dramatyczny. Domeną czasową sprawdzania jest przeszłość,
plan już został zrealizowany, trzeba sprawdzić jego wykonanie, by następna
aktywność wypadła lepiej.
Powyższy trójdzielny schemat aktywności obowiązuje na różnych poziomach
integracji, zarówno w stosunkowo prostych funkcjach autonomicznych,
rozgrywających się poniżej progu świadomości, jak i w funkcjach najbardziej
skomplikowanych, obejmujących całość ludzkiego zachowania się i wymagających
świadomego wysiłku. Nawet całe ludzkie życie można by podzielić na trzy sektory:
marzeń i planów, realizacji oraz bilansu. Rytm rozwojowy (rytm pór roku)
w zależności od swego okresu przedstawia różne proporcje tych trzech sektorów:
w dzieciństwie i wczesnej młodości przeważają plany i marzenia, w późnej
młodości i w wieku dojrzałym realizacja, a na starość bilans. Młodość jest
przesycona przyszłością, wiek dojrzały teraźniejszością, a starość przeszłością.
W każdym sektorze odmienny jest stosunek do otaczającej rzeczywistości,
w planowaniu jest ona przed nami, jeszcze nie znana, w działaniu jesteśmy
w niej, a w bilansowaniu jest już za nami, odsłoniła nam swoją tajemnicę. W ten
sposób działanie w otaczającym świecie łączy się zawsze z jego poznawaniem, nie
można obu procesów od siebie oddzielić.
Również rozmieszczenie przestrzenne w trzech sektorach aktywności jest inne.
W planowaniu człowiek jest we własnej przestrzeni, przestrzeń ta jest zawsze
bezpieczniejsza od przestrzeni wspólnej, zewnętrznej, w której ścierają się
różne plany aktywności. Dlatego łatwo jest zazwyczaj planować, a trudno plan
wykonać. W działaniu człowiek wkracza w przestrzeń zewnętrzną, wspólną dla
wszystkich ludzi, z którymi jest w bezpośrednim i pośrednim kontakcie. Plan
z chwilą wejścia w tę przestrzeń podlega dużemu ściśnieniu zewnętrznemu,
aktywność innych ludzi, a także opór otoczenia, które ma ulec przekształceniu,
ścierają go i deformują. Wreszcie w trzecim sektorze człowiek znów zamyka się we
własnej przestrzeni, ale jest to już przestrzeń "skażona" zetknięciem ze wspólną
przestrzenią i nigdy nie jest już własna i indywidualna jak w pierwszym sektorze
działania. W sektorze sprawdzenia część otaczającego świata została jakby
wchłonięta, ulega ona teraz "przetrwaniu". W ten sposób przestrzeń własna
rozszerza się o przestrzeń wspólną, dokonuje się ekspansja w przestrzeni.
Analogiczna ekspansja dokonuje się w czasie, gdy czas przyszły zostaje
zamieniony na przeszły.

46
Nadzieja
W związku z różnorodnym rozmieszczeniem trzech sektorów aktywności na
współrzędnych czasu i przestrzeni inaczej w każdym z nich przedstawia się
koloryt emocjonalny. Dla sektora planowania charakterystyczny jest kolor
nadziei. Czasoprzestrzeń jest otwarta, można w nią śmiało rzutować swe plany
i projekty. Uczucie nadziei wiąże się z poczuciem swobody poruszania się w tej
czasoprzestrzeni. Gdy tej swobody nie ma, gdy nie mamy się gdzie poruszyć, gdy
już nie ma wyjścia, wówczas nadzieja słabnie, aż w końcu znika zupełnie, jak to
np. dzieje się w depresji. Zagadnienie nadziei jest sprawą istotną dla
utrzymania życia. Nie wiemy, czy to uczucie występuje świadomie u zwierząt, ale
założenie, że życie zwycięży, jest jakimś podstawowym aksjomatem przyrody
ożywionej.
Zjawisko życia jest czymś tak niezwykłym we wszechświecie i, logicznie biorąc,
z góry skazanym na zagładę, że wytłumaczenie, dlaczego życie rozpleniło się na
naszej planecie, wymaga irracjonalnej wiary w samo życie. Ta wiara jest swoistą
biologiczną nadzieją w zwycięstwo własnego porządku nad porządkiem otoczenia.
Nie znając subiektywnego aspektu życia (z wyjątkiem przeżyć ludzkich, których
znajomość jest i tak wciąż nikła), nie możemy wniknąć w zasadnicze jego aspekty,
traktujemy je zbyt mechanistycznie, jak przedmioty martwe lub urządzenia
techniczne, którymi można swobodnie operować. Przy takim ujęciu stajemy bezradni
wobec przepaści między przyrodą nieożywioną i ożywioną; jak dotąd nie potrafimy
jej przeskoczyć. Gdybyśmy dysponowali znajomością subiektywnego aspektu życia,
gdybyśmy wiedzieli, co i w jaki sposób przeżywają istoty żywe, nawet na
najniższych szczeblach rozwoju, prawdopodobnie łatwiej byłoby nam zrozumieć, na
czym polega życie. Ponieważ jest to jednak niemożliwe, jesteśmy skazani na
domysły i nie dające się zweryfikować hipotezy.
Przez biologiczną nadzieję można rozumieć tkwiącą w każdym żywym układzie
zaprogramowaną przyszłość. W jakimś odsetku musi się ona zrealizować. Ta
zaprogramowana własna przyszłość zakłada zwycięstwo porządku ustroju nad
porządkiem otoczenia, zwycięstwo własnej negatywnej entropii. W rytmie pór roku
największe nasycenie tą biologiczną nadzieją przypada na wiosnę, czyli na
dzieciństwo i młodość. W każdym jednak poszczególnym działaniu nadzieja
występuje w śladowej formie. Bez niej nie podejmowałoby się żadnego działania,
z góry przyjęłoby się własną klęskę i nie ruszałoby się z miejsca. Każde
działanie ma swoją "wiosnę", "lato" i "jesień", a w końcu "zimę", tzn. ten etap
końcowy, gdy już nawet nie ocenia się zrealizowanej struktury czynnościowej, gdy
została ona odłożona do lamusa pamięci, by może kiedyś być znów reaktywowana
(rytm śmierci i "zmartwychwstania" przyrody ożywionej). Pierwszy więc sektor
aktywności musi być z natury rzeczy optymistyczny, musi w nim tkwić wiara we
własne zwycięstwo. Musi też istnieć poczucie wolnej czasoprzestrzeni, w którą
można projektować własne plany aktywności.
W miarę przybywania doświadczeń życiowych obszar wolnej czasoprzestrzeni
zacieśnia się. Istnieje odwrotna korelacja między czasoprzestrzenią potencjalną,
tzn. tą, w którą rzutuje się plany aktywności, a czasoprzestrzenią zrealizowaną,
tzn. tą, którą już się przeżyło, która należy do czasu przeszłego, w której
porównuje się dawne plany z ich wykonaniem. Im czasoprzestrzeń potencjalna, tj.
przyszła, jest większa, tym mniejsza jest czasoprzestrzeń zrealizowana, tj.
przeszła. Czyli w miarę ekspansji w otaczający świat rozszerza się
czasoprzestrzeń przeżyta kosztem czasoprzestrzeni potencjalnej (przyszłej). Gdy
czas i przestrzeń przed nami się kurczą, to rozszerzają się za nami. W ten
sposób idzie się naprzód w czasie i przestrzeni.

Realizacja
Drugi sektor aktywności jest najważniejszy, gdyż w nim dokonuje się
realizacji planu. Wychodzi się z własnej czasoprzestrzeni w otaczający świat
i próbuje się własnych sił w pokonaniu przeszkód, jakie napotyka w nim
realizacja własnych planów. Jest to sektor sprawdzenia siebie i otaczającego
świata. Dzięki własnemu działaniu człowiek ma poczucie rzeczywistości, zarówno
własnej osoby, jak i otoczenia. Żyjąc tylko w czasie przyszłym lub przeszłym
i tylko we własnej czasoprzestrzeni, straciłby on kontakt z rzeczywistością,
żyłby tylko marzeniami i wspomnieniami, jeśliby miał co wspominać. Przeszłość

47
bowiem może tylko tworzyć się z przyszłości i teraźniejszości. A nawet
przyszłość subiektywna, gdy nie jest zasilana stałym stykaniem się
z rzeczywistością i nie jest przekształcana w teraźniejszość i przeszłość, ulega
stopniowo atrofii, marzenia i plany kurczą się, ostaje się tylko pustka bez
granic czasowych i przestrzennych. Przykładem takiej pustki jest schizofreniczny
"bezstan".
Jeśli w pierwszym i trzecim sektorze aktywności człowiek porusza się przede
wszystkim w czasie, w czasie przyszłym w planowaniu, a w czasie przeszłym
w ocenianiu własnej aktywności, to w sektorze działania porusza się on głównie
w przestrzeni. Czas jest mniej ważny, ważna jest przestrzeń, którą się aktualnie
pokonuje, która z przestrzeni obcej staje się własną, przeżytą. Cechą bowiem
drugiego sektora aktywności jest ruch, a pierwszego i trzeciego spoczynek.
Planuje się i wspomina w skupieniu, działa w ruchu. Przestrzeń zdobywa się
aktywnością zewnętrzną, tj. ruchem, czas - aktywnością wewnętrzną, tj.
planowaniem i wspominaniem. Czas jest miernikiem ciągłości, trwania życia, jest
w nim nadzieja na to, co będzie, i wspomnienie tego, co było, ma on w sobie coś
z zadumy i spokoju. Czas jest młody i stary zarazem i tak go się zresztą zwykle
symbolizuje w postaci starca lub małego dziecka.
Sektor drugi, czasu teraźniejszego, aktywności, jest przede wszystkim
przestrzenny. Tutaj nie są już ważne czas przyszły ani przeszły, ale samo
dzianie się; wychodzi się z przestrzeni własnej, zamkniętej w przestrzeń
otaczającego świata; realizuje się własne plany aktywności przez wyrzucenie ich
z przestrzeni własnej w przestrzeń otaczającego świata, która dzięki temu
z obcej staje się przestrzenią przeżytą. Opór rzeczywistości, tj. przestrzeni
otaczającego świata, zmusza do stałej korekcji planów aktywności. W trakcie
działania aktywność zostaje więc rozbita na bardziej fragmentaryczne plany,
które są korygowane w zależności od ich wykonania. Ten więc środkowy sektor
(działania) zostaje rozbity na mniejsze sektory planowania, działania
i oceniania. Ale w nich odcinki czasu są już bardzo krótkie, mieszczą się
w odcinku czasu teraźniejszego.
Aktywność ruchowa, która dominuje w drugim sektorze, przeżywana jest z pewnym
uczuciem odprężenia, wyładowania napięcia. W trakcie ruchu metabolizm
energetyczny przesuwa się w kierunku procesów katabolicznych, to samo można by
powiedzieć o metabolizmie informacyjnym. Wewnętrzny porządek zostaje wyrzucony
na zewnątrz i w zewnętrznej przestrzeni ulega większemu lub mniejszemu rozbiciu.
Plan jest zawsze bardziej spoisty niż jego realizacja. Realizacja planu wymaga
nakładu energetycznego, część zmagazynowanej w ustroju energii w postaci
zorganizowanej substancji ustrojowej musi ulec rozbiciu, by dostarczyć
potrzebnej energii do wykonania ruchu.
Zasadniczy rytm życia: budowy i niszczenia, śmierci i zmartwychwstania, jest
uchwytny też w poszczególnych fazach aktywności. Pierwsza i trzecia są zbliżone
do procesów anabolicznych, wzrasta w nich negatywna entropia ustroju, druga zaś
bliższa jest procesom katabolicznym, negatywna entropia ustroju maleje,
a powinna wzrastać negatywna entropia otoczenia. Aktywność zewnętrzna ustroju
bowiem stwarza, a przynajmniej powinna stwarzać pewien porządek w otoczeniu.
Interakcja żywego ustroju z otoczeniem ma charakter jakby pulsujący: faza
skupienia się w sobie, planowania, faza wyrzucenia planu aktywności na zewnątrz,
zetknięcie się i starcie z zewnętrznym środowiskiem, ekspansja w otaczającą
przestrzeń i znów faza zamknięcia się w sobie, przeżuwania tego, co się
dokonało, robienie bilansu.

Bilans
W fazie trzeciej, sprzężenia zwrotnego, analizuje się informacje dotyczące
sposobu wykonania planu aktywności. Stosownie do nich plan ten się modyfikuje
i ewentualnie podejmuje się aktywność na nowo lub z niej rezygnuje. Jeśli
pierwsza faza sięga w czas przyszły, to trzecia zatrzymuje się nad czasem
przeszłym. W pierwszej fazie czas przyszły jest jeszcze nie znany, budzi
niepokój, w trzeciej fazie przemienia się on w czas przeszły, jest już czasem
dokonanym, którego zmienić nie można; jeśli budzi uczucia negatywne, co zresztą
nierzadko się zdarza, to nie jest to niepokój związany z nieznaną przyszłością,
ale niepokój, niezadowolenie, niechęć do siebie i do otoczenia, że realizacja

48
wypadła inaczej niż się planowało; niepokój jest wypadkową uczuć negatywnych
wywołanych oceną wykonania planu.
Analizując genezę lęku, należy rozróżnić lęki związane z przyszłością od lęków
związanych z przeszłością. Trzecia faza jest fazą przetrawiania, w niej czas
niegdyś przyszły i przestrzeń niegdyś obca, z którymi ustrój zetknął się
bezpośrednio w fazie drugiej, zostają uporządkowane, przekształcone na czas
przeżyty i na przestrzeń własną, w której są jednak elementy przestrzeni
wspólnej; porządek otoczenia zostaje tu włączony w porządek własny ustroju.

Koloryt emocjonalny trzech faz aktywności


Kontrola nigdy nie jest sprawą przyjemną, zwłaszcza gdy z góry trzeba
założyć, iż wykonanie nie dorówna planowi, co wynika z samego charakteru
zetknięcia się z rzeczywistością, stawiającą opór i mającą swoisty porządek,
który trzeba przezwyciężyć. Dlatego w trzeciej fazie przeważają na ogół uczucia
o znaku ujemnym. Każda faza ma nieco inny odcień uczuciowy. W pierwszej fazie
dominuje nadzieja i lęk przyszłości. Przyszłość nęci, ale też przeraża tym, co
jest nieznane. Trzeba stale przezwyciężać swój lęk, by iść naprzód.
Faza druga jest fazą wyładowania, działając na zewnątrz odczuwa się ulgę
wyładowania; to, co nagromadziło się w środku, zostaje wyrzucone, plan
aktywności przenika cały organizm, działa się całą swoją osobą. Ta faza jest
jakimś odbiciem aktu prokreacyjnego; własny plan, wprawdzie nie genetyczny, ale
będący strukturą czynnościową, zostaje wyrzucony na zewnątrz, tworzy się z niego
coś nowego w otaczającym świecie. Ten element twórczy stanowi o jego pozytywnym
tonie afektywnym. Drugim elementem jest sam ruch, który zawsze zmniejsza
wewnętrzne napięcie, już przez sam fakt przesunięcia równowagi w kierunku
procesów katabolicznych. Zbyt długie trwanie procesów anabolicznych prowadzi do
stopniowego wzrostu wewnętrznego napięcia, po którym musi dojść do wyładowania,
czyli do przejścia na stronę przewagi procesów katabolicznych.
Oba rytmy bardzo wyraziście występują w czasie aktu seksualnego: narastanie
podniecenia, gdy przeważa układ parasympatyczny (a wiec przewaga procesów
anabolicznych), i wyładowanie, gdy przeważa układ sympatyczny (a więc przewaga
procesów katabolicznych). Model ten jednak stosuje się właściwie do każdej
aktywności, tylko że wówczas nie manifestuje się tak dramatycznie. Uczucia
ujemne w czasie drugiej fazy działania wiążą się przede wszystkim z oporem
stawianym przez otoczenie. Opór budzi agresję, przeszkodę, która utrudnia,
a nieraz uniemożliwia realizację własnego planu; chciałoby się ją zniszczyć,
niechętnie przyjmuje się własną klęskę i zwycięstwo otoczenia, a jednak wymaga
tego kontakt z rzeczywistością.
W drugiej fazie aktywności nie jest ważne to, co było i co będzie, ale to, co
jest. Człowiek rzutuje się wtedy przede wszystkim w przestrzeni, a nie w czasie.
Zwycięża i jest zwyciężany. Podnieca go samo działanie, walka z oporem
środowiska. W tej dopiero fazie odczuwa się cały smak życia. Marzenia bowiem
o przyszłości i wspomnienia przeszłości są tylko cieniem rzeczywistości, czymś
na kształt snu. Prawdziwą rzeczywistość odczuwa się tylko w drugiej fazie
aktywności.

Trójfazowy charakter impulsu nerwowego


Trójfazowy model aktywności wskazuje na to, że żywy ustrój musi się
przygotować do bezpośredniego zetknięcia ze swoim otoczeniem, a następnie to
zetknięcie jakby przetrawić. Jest to dość powszechny model w przyrodzie
ożywionej. Wspomniano, że szczytowe zespolenie się z otoczeniem, jakie osiąga
się w akcie seksualnym, też przebiega w trzech fazach, odpowiadających fazom
aktywności. Analogiczną fazowość można prześledzić w tworzeniu się impulsu
nerwowego.
W pierwszej fazie komórka nerwowa zbiera informacje dochodzące do niej z różnych
części układu nerwowego i z receptorów; tworzą się miejscowe zmiany potencjału
elektrycznego (tzw. potencjały generacyjne). Z tych licznych informacji tworzy
się ostateczna decyzja neuronu, przyjęcie postawy "do", czyli otwarcie się
w stosunku do otoczenia, tj. zmniejszenie nieprzepuszczalności błony komórkowej
(depolaryzacja), lub przeciwnie, przyjęcie postawy "od", jeszcze większe
odcięcie się od otoczenia, tj. zwiększenie nieprzepuszczalności błony komórkowej

49
(hiperpolaryzacja). Jest to faza maksymalnego wyładowania neuronu na zasadzie
mechanizmu "wszystko lub nic". Zasada ta obowiązuje zresztą w każdym działaniu
i odczuwana jest subiektywnie jako wyładowanie własnej energii. W trzeciej fazie
komórka nerwowa znów "zamyka się w sobie", staje się nawet bardziej oporna na
sygnały zewnętrzne niż w fazie pierwszej (tzw."okres refrakcji). W tej fazie
znów mają przewagę procesy anaboliczne, komórka buduje z powrotem swój porządek,
chwilowo rozbity przez przewagę procesów katabolicznych w drugiej fazie.
Charakterystyczne dla pracy komórki nerwowej jest to, że druga faza przebiega
w niej na zasadzie reakcji spustowej ("wszystko lub nic"). Wyładowanie jest
takie samo niezależnie od działających na komórkę bodźców. Istnieje tylko
alternatywa "do" (depolaryzacja) lub "od" (hiperpolaryzacja). Innych możliwości
nie ma.

Częściowa utrata indywidualności w drugiej fazie aktywności


Nie można tego modelu zastosować do analizy całościowego zachowania
człowieka czy zwierzęcia. Aktywność zewnętrzna bowiem różne przybiera formy i na
pewno jest zależna od działających bodźców i sytuacji. Niemniej w drugiej fazie
aktywności, gdy dochodzi do zwarcia się z otoczeniem, występują reakcje, które
są niezależne od aktualnej sytuacji, są dawniej już wypracowaną formą,
a wyrzuconą w tej fazie maksymalnego wyładowania.
Reakcje i przeżycia, które trudno nam zmienić w trakcie samego działania,
zostają wyrzucone na zewnątrz nieraz wbrew naszej woli, trudno nam nad nimi
zapanować. Starcie z otoczeniem zewnętrznym rozgrywa się na scenie, nad którą
nie mamy już w pełni władzy, ponieważ nie tylko nie panujemy nad "aktorami"
świata zewnętrznego, ale też nad własnymi, tj. nad realizowanymi strukturami
czynnościowymi. W fazie pierwszej wydawało się nam, że te struktury są nam
posłuszne, że potrafimy pokierować nimi wedle naszej woli, teraz w fazie
drugiej, w wolnej przestrzeni otaczającego świata, wyzwalają się one spod naszej
władzy, stają się do pewnego stopnia niezależnymi jednostkami.
Często patrząc na siebie z boku dziwimy się, że zachowywaliśmy się właśnie w ten
sposób, że w ten sposób kształtowały się nasze przeżycia, mamy nieraz wrażenie,
jakby siedział w nas ktoś inny i nami kierował. Dzieje się tak zwłaszcza w tych
wypadkach, gdy zderzenie z otaczającym światem ma przebieg dramatyczny i jest
połączone z silnym wyładowaniem emocjonalnym. Gdy bowiem zaangażowanie w starciu
z rzeczywistością jest słabe, z większą łatwością udaje się zachować postawę
planowania, charakterystyczną dla pierwszej fazy aktywności, a także kontrolę
nad sobą, typową dla fazy trzeciej.
Gdy jednak zaangażowanie emocjonalne w starciu z otaczającą rzeczywistością jest
duże, elementy planowania i kontroli, charakterystyczne dla pierwszej
i ostatniej fazy, ustępują całkowicie przed dynamiką samego działania. Czas
przyszły i czas przeszły zostają wyparte, liczy się tylko przestrzeń, w której
rozgrywa się starcie. Człowiek rozpływa się w chwili teraźniejszej i przestrzeni
otaczającego świata. Wychodzi poza swoje granice i tym samym zatraca w pewnej
mierze poczucie swojej indywidualności, zespala się z otaczającym światem. By
utrzymać swoją indywidualność, swoją zasadniczą strukturę, trzeba się zamknąć
w swoich granicach, w swoim "zamku", w którym snuje się plany przyszłości
i rozważa przeszłość. Indywidualność bowiem zawarta jest przede wszystkim
w planie i w pamięci, one mają strukturę indywidualną ustroju, gdyż są
rezultatem procesów budowy (anabolicznych).
Struktura czynnościowa, która w drugiej fazie zostaje wyrzucona w przestrzeń
zewnętrzną, jest całką procesów anabolicznych pierwszej i trzeciej fazy
aktywności, ma więc tez charakter indywidualny. Indywidualność ta jednak nie
jest wynikiem jednego tylko planu aktywności ani jednej kontroli, ale jakby sum
wszystkich planów i kontroli. Struktura czynnościowa wyrzucona w drugiej fazie
aktywności jest więc sygnałem swoistym dla danego ustroju, ale jest to swoistość
sumaryczna, składająca się zarówno z planu genetycznego, jak i z różnych planów
powstałych w ciągu dotychczasowego życia, a także z różnorodnych korekcji, które
po każdym wykonaniu planu następowały. W tej całce gubi się nieraz indywidualny
plan zastosowany do aktualnej sytuacji. Stąd pochodzi między innymi typowe dla
każdej aktywności uczucie, że przecież inaczej chcieliśmy, a inaczej to wypadło.
Stąd też rozbieżność między obrazem, jaki sami tworzymy o własnej osobie,

50
a obrazem, jaki otoczenie wytwarza o nas.
Własny obraz jest oparty na strukturze czasowej, na tym jakimi chcielibyśmy być
i jakimi widzimy siebie we wspomnieniu. Obraz naszej osoby wytworzony przez
otoczenie oparty jest przede wszystkim na strukturze przestrzennej. Tworzy się
z tych sygnałów, które zostały przez nas w otoczenie wyrzucone.
Które struktury czynnościowe są bardziej autentyczne, tj. prawdziwiej odtwarzają
to, co w danym człowieku jest najistotniejsze, czy te, które tworzą się
w strukturach czasowych, planowania i samokontroli, czy też te, które powstają
w bezpośrednim zetknięciu z otoczeniem, w strukturze przestrzennej? Pierwsze
odczuwamy sami jako bardziej nasze, a drugie są prawdziwsze przez to, że
stanowią syntezę dotychczasowych struktur czynnościowych. W każdym bowiem ruchu,
czy będzie to słowo wypowiedziane, czy napisane, czy gest, czy skrzywienie
twarzy, czy postawa ciała, zawiera się dany człowiek. Możemy go bez trudności
rozpoznać po charakterze pisma, po sposobie chodzenia lub mówienia. W każdym
szczególe zawarta jest całość, dotychczasowe plany i doświadczenia.
Z drugiej jednak strony wejście w przestrzeń wspólną, w której obok naszych
struktur czynnościowych znajduje się wielka liczba struktur czynnościowych
innych ludzi - zarówno tych, z którymi obecnie się spotykamy, jak i tych,
których ślad zachował się w tej wspólnej przestrzeni, mimo że sami już dawno
odeszli (dziedziczenie społeczne) - a także struktur czynnościowych świata
zwierzęcego, gdyż one też nie są bez wpływu na nasze formy zachowania, zwłaszcza
wówczas, gdy żyje się bliżej świata przyrody - powoduje, iż wyrzucone przez nas
we wspólną przestrzeń nasze struktury czynnościowe ulegają, jak kamienie
w wartkim prądzie rzeki, wygładzeniu, dopasowują się do struktur przeważających
w danej chwili w tej wspólnej przestrzeni.
Poza tym ustrój, analogicznie jak w wypadku sygnałów dochodzących do niego
z otoczenia, dokonuje selekcji. Na zewnątrz wypuszczone są tylko te sygnały
(struktury czynnościowe), które mogą być akceptowane we wspólnej przestrzeni. Na
skutek tego często się zdarza, że to, co w planowaniu i w kontrolowaniu jest
oryginalne i nieraz wielkie, po wyrzuceniu na zewnątrz staje się zwykłe
i banalne. Zazwyczaj człowiek czuje się w strukturze czasowej (planu i jego
kontroli) większy i oryginalniejszy, niż jest nim w strukturze przestrzennej
swego wyładowania w zewnętrznej aktywności.
Przestrzeń wspólna, w przeciwieństwie do własnej, jest przestrzenią spraw
drobnych i codziennych; wprawdzie i tu zdarzają się wielkie, oryginalne
i zaskakujące otoczenie czyny, jednak wspólny charakter tej przestrzeni wymaga,
by patos sygnałów indywidualnych został zamieniony na drobną monetę sygnałów dla
każdego przystępnych. "Bo ludzie - jak pisze Zawieyski - mogą żyć tylko przez
wspólnotę tego, co w nich jest małe i pospolite." I zdarza się niestety
nierzadko, że człowiek zostaje z czasem starty i spłycony przez pospolitość
wspólnej przestrzeni, jest coraz mniej sobą, a coraz bardziej przyjmuje obiegowe
w niej struktury jako własne. Ma wówczas poczucie frustracji własnego życia,
nigdy nie czuje się w pełni sobą, ma wrażenie, że stale musi grać kiepską
komedię.

Typologia a trzy fazy aktywności


Wiele typologii ludzkich opiera się na podziałach wywodzących się z trzech
faz aktywności. Introwertycy, schizotymicy byliby ludźmi, u których przeważa
pierwsza lub trzecia faza działalności, czyli ludźmi, których aktywność
koncentruje się w czasie, a mniej we wspólnej przestrzeni. U schizotymików
koncentruje się raczej w czasie przyszłym, plany i marzenia są ich ulubioną
aktywnością, a u psychasteników i ludzi o osobowości obsesyjnej (anankastycznej)
- raczej w czasie przeszłym; przeżuwają oni każdą swą aktywność, system
samokontroli jest zwykle u nich przesadnie rozbudowany. Ekstrawertycy,
syntonicy, cyklotymicy byliby tymi, u których druga faza aktywności przeważa nad
innymi, silniej łączą się oni ze swoim otoczeniem i bezpośrednie z nim
zetknięcie stanowi dla nich istotny smak życia. Żyją bardziej przestrzenią niż
czasem, ważniejsza jest dla nich chwila obecna niż przyszłość i przeszłość.
Ludzie o histerycznym typie osobowości stanowiliby klasę pośrednią; istotne jest
dla nich bezpośrednie zetknięcie z rzeczywistością, możność wyładowania się
w działaniu, ale to wejście we wspólną przestrzeń ma u nich swoisty charakter;

51
plan i kontrola są w nim tak silne, że nigdy nie jest ono całkowicie
spontaniczne, ale trochę sztuczne i teatralne. Histeryk wchodzi we wspólną
przestrzeń jak aktor na scenę, chce wywrzeć wrażenie na otoczeniu, wykonać swój
piruet. Nie jest to starcie struktur własnych ze strukturami przestrzeni
wspólnej, w którym zwycięża się i zostaje zwyciężanym, ale manipulowanie sobą
i otoczeniem jak lalkami w szopce, zarówno obraz własny, jak otoczenia jest
nieprawdziwy, zgodny z żywionymi pragnieniami, a nie z rzeczywistością.
W niektórych kręgach kulturowych kładzie się większy nacisk na pierwszą
i trzecią fazę aktywności, są to kultury bardziej kontemplacyjne, skupione,
w innych znów - na drugą fazę, gdy główny wysiłek ich członków koncentruje się
na zewnętrznej aktywności i nieustannym przekształcaniu otoczenia. Także pewne
zawody są bardziej kontemplacyjne, a inne bardziej aktywne. Warunki wychowania
w dzieciństwie, atmosfera domowa, możliwość ekspansji w otaczającą przestrzeń
itp. wpływają na to, że jedni ludzie koncentrują swą aktywność raczej na drugiej
fazie, a inni - na pierwszej i trzeciej. W młodości, jak wspomniano, przeważa
faza pierwsza, w wieku dojrzałym - druga, a na starość - trzecia.
Wiele różnorodnych czynników wpływa więc na to, że rytm poszczególnych faz
u każdego człowieka przedstawia się inaczej. Nie można jednak uwolnić się od
tego rytmu, jest w nim bowiem pulsowanie granic oddzielających żywy ustrój od
jego otoczenia; ustrój zamyka się we własnej przestrzeni, by znów otworzyć się
do otaczającego świata. Jest też w tym rytmie dialektyka budowy i niszczenia
(śmierci i zmartwychwstania); by coś nowego powstało, stare musi być zniszczone.
Inaczej grozi skostnienie i zaskorupienie.
To, co odczuwamy jako psychopatyczną osobowość, jest właśnie następstwem
braku entropii, pewne struktury czynnościowe nie ulegają zniszczeniu
i przeszkadzają człowiekowi w jego kontakcie z rzeczywistością, która wymaga
zarówno budowy, jak i niszczenia struktur czynnościowych. W życiu społeczeństw
też można obserwować kostnienie pewnych struktur czynnościowych, wskutek czego
zostaje zahamowana ewolucja kultury. Dopiero gwałtowne wybuchy entropii
w postaci rewolucji, wojen burzą starą strukturę, by w jej miejsce z czasem
mogła wytworzyć się nowa, bardziej dostosowana do życia.
Fakt, że wszystko, co żyje, musi umrzeć, i to nie tylko w życiu jednostki,
ale całych społeczeństw, nie jest miły dla naszej świadomości. Niszczenie bywa
okrutne i tragiczne; pocieszeniem jest to, iż życie toczy się dalej, po śmierci
następuje zmartwychwstanie, po zimie wiosna.

Przestrzeń indywidualna i wspólna


Wejście w przestrzeń wspólną zmusza do wymiany siebie "na drobne"; to, co
w nas wielkie, oryginalne, niezwykłe, musi być zamknięte w przestrzeni własnej,
gdyż zazwyczaj przestrzeń wspólna nie może tego zaakceptować. Skazani jesteśmy
na swą strefę intymności, nie możemy wyśpiewać tego, co czujemy, i zawsze jest
w nas trochę z ogórka Gałczyńskiego, ogórka, "który nie śpiewa". Ale jednak są
sytuacje w przestrzeni wspólnej, które zmuszają nas do zasadniczych decyzji
i wypowiedzi; wtedy zdarza się sytuacja odwrotna; ta sytuacja nas przerasta, nie
możemy zdobyć się na wyrzucenie w nią struktury czynnościowej odpowiedniej do
niezwykłości stojącego przed nami zadania; czujemy się zbyt mali, brak nam
odwagi, niekiedy jedynym wyjściem wydaje się śmierć i zdarza się, że po
człowieku zostaje gest, słowo, czyn lub inna struktura czynnościowa wyrzucona we
wspólną przestrzeń, ten znak rzucony otoczeniu staje się nieśmiertelny.
Przestrzeń wspólna nie zawsze zatem obniża walor struktur czynnościowych, czasem
zmusza ona człowieka do wyjścia poza swe własne granice, do okazania się
większym, niżby sam przypuszczał.
Przestrzeń wspólna jest przestrzenią sprawdzenia. W niej sprawdzają się
struktury czynnościowe zaplanowane w fazie pierwszej, a z nimi sprawdza się cały
człowiek, każda bowiem struktura jest jego całką, całką jego dotychczasowych
planów i doświadczeń. W przestrzeni wspólnej wiele struktur własnych zostaje
zniszczonych, przekształconych, jest w niej duży potencjał niszczenia. Jeśli
proces entropii określamy symbolem śmierci, to w przestrzeni wspólnej czyha
śmierć. Dlatego wejście w nią budzi lęk, ale jednocześnie pociąga, człowiek musi
bowiem wciąż siebie sprawdzać, a poza tym ekspansja w otaczający świat jest
podstawowym dążeniem wszystkiego, co żyje. Nie można uciec przed tym prawem

52
życia.
Gdy lęk przed wspólną przestrzenią weźmie górę, jak to się dzieje np.
w schizofrenii (izolacja od otoczenia, autyzm, występujące zazwyczaj jeszcze
przed wybuchem ostrej psychozy), zamknięte w przestrzeni struktury czynnościowe
zostają w sposób dramatyczny wyrzucone na zewnątrz. Świat wypełnia się wizjami,
które dostały się z wnętrza na zewnątrz. Po tej erupcji świata własnego zostaje
nieraz pustka, gdyż nie można już wrócić do wspólnej przestrzeni.
Bywają też mniej dramatyczne wypadki wycofywania się ze wspólnej przestrzeni. Na
przykład może ona być za ciasna, nie dawać człowiekowi możliwości rozwinięcia
swych tendencji twórczych, czuje się w niej skrępowany, sfrustrowany; struktury
czynnościowe w niej obowiązujące mogą być tak sprzeczne ze strukturami własnymi
danego człowieka, iż stałe naginanie się do nich, noszenie maski, zakłamanie,
które przenika aż do wnętrza, wszystko to sprawia, że człowiek coraz bardziej
wycofuje się do własnej przestrzeni, zamyka się we własnym świecie, stosuje
metodę tzw. emigracji wewnętrznej. Dla ludzi starych przestrzeń wspólna
przestaje już być ich przestrzenią; ich formy myślenia i przeżywania nie pasują
do tego, co ich otacza, wycofują się oni do krainy wspomnień, żyją czasem
minionym.
Można by rozróżnić dwa zasadnicze sposoby poruszania się we wspólnej
przestrzeni: sposób otwarty i opancerzony. W pierwszym wypadku człowiek
rzeczywiście się otwiera, rozbija granicę oddzielającą go od świata
otaczającego, wchodzi w wir życia, nie boi się zetknięcia z rzeczywistością,
śmiało wyrzuca z siebie własne struktury czynnościowe, nie czuje się skrępowany,
łatwo przyjmuje za własne struktury otoczenia i nie rozpacza zbytnio, gdy w jego
starciu z rzeczywistością ulegają zniszczeniu.
W drugim podejście do otoczenia ma charakter instrumentalny, człowiek dąży tu
jedynie do tego, by w nim zrealizować tylko swoje plany, reszta go nie obchodzi,
otoczenie jest tylko przedmiotem służącym ewentualnie do wykorzystania we
własnym dążeniu do celu. Człowiek nie otwiera się na działanie wspólnej
przestrzeni, ale jeszcze silniej się opancerza, a otoczenia używa jako
instrumentu do osiągnięcia celu. Podejście tego typu jest dość charakterystyczne
dla ludzi o schizoidalnym typie osobowości, ale wynikać ono też może ze
swoistych warunków środowiskowych, które paraliżują kontakt emocjonalny
z otoczeniem. Zdarza się tak zazwyczaj, gdy płaszczyzna kontaktu z otoczeniem
jest pochyła, gdy dąży się przede wszystkim do uzyskania nad nim władzy;
przedmioty otoczenia stają się wówczas pionkami, którymi człowiek stara się
manipulować.
Podejście tego typu jest charakterystyczne dla współczesnej kultury technicznej
(techniczne spojrzenie na świat). Postawa taka może zaspokajać tendencje twórcze
(władza bowiem umożliwia przekształcanie środowiska wedle swego planu), ale nie
zaspokaja tendencji do rozbicia granicy oddzielającej własny świat od
otaczającego. Człowiek pozostaje właściwie nadal zamknięty w swoich granicach,
nie otwiera się na działanie wspólnej przestrzeni, ale przeciwnie, jeszcze
bardziej się opancerza, bo chce w ten sposób doprowadzić do bezwzględnego
przeprowadzenia własnej struktury czynnościowej. Kontakt taki zubaża go o to, co
w zetknięciu z rzeczywistością jest bardzo istotne, a mianowicie wzajemne
ścieranie się struktur czynnościowych środowiska i własnych.
Wchodząc w przestrzeń wspólną, musi się być gotowym do wyrzucenia w nią własnych
struktur czynnościowych, ale też na przyjmowanie z niej struktur otoczenia;
w starciu z otoczeniem proces wymiany musi być obustronny. Dlatego powinna
przeważać postawa otwarta w stosunku do otoczenia, postawa "do", o dodatnim
znaku uczuciowym. Gdy przeważa postawa "od", gdy człowiek jeszcze bardziej
chroni granicę oddzielającą go od otaczającego świata, przestrzeń wspólna staje
się przestrzenią martwą, którą wykorzystuje się jako materiał do osiągnięcia
własnego celu. Traci się to, co w kontakcie z rzeczywistością jest najbardziej
pasjonujące i zapładniające: jej żywy, dynamiczny, nieprzewidzialny charakter.
Przestrzeń wspólna jest przede wszystkim społeczną, najważniejsze bowiem w niej
są sygnały, które pochodzą od innych żywych istot tego samego gatunku. W wypadku
człowieka są to struktury czynnościowe wyrzucone w tę przestrzeń przez innych
ludzi i mieszające się w niej z naszymi. Jedne zwyciężają i mnożą się, inni je
bowiem przejmują, drugie zaś giną i człowiek chcąc nie chcąc musi z nich

53
rezygnować. Z niektórych rezygnuje już z góry, wiedząc, że nie znajdą one
aprobaty we wspólnej przestrzeni, że spotkają się z ośmieszeniem lub
potępieniem. Już w tej bowiem fazie aktywności działa mechanizm kontrolny,
charakterystyczny dla fazy trzeciej. Tylko gdy w fazie trzeciej mieści się on
w granicach ustroju, tworząc system kontroli, w fazie drugiej jest jeszcze na
zewnątrz, we wspólnej przestrzeni.
Tym zewnętrznym systemem kontroli jest zwierciadło społeczne. Człowiek wchodząc
we wspólną przestrzeń musi wyrzec się swojej intymności; od momentu wejścia
w ludzką wspólnotę jest on skazany na to, że każdy jego ruch, każde słowo
i każdy gest będą oceniane przez innych ludzi. Dlatego też wspólna przestrzeń ma
w sobie coś ze sceny, jesteśmy na niej aktorami. Gdy liczymy na przychylną ocenę
otoczenia, nasze zachowanie jest swobodniejsze, bez oporu rzutujemy w tę
przestrzeń nasze struktury czynnościowe. Gdy zaś liczymy się z surową oceną,
hamujemy wyrzucanie struktur własnych do otaczającej przestrzeni, zachowanie
nasze jest skrępowane, staramy się narzucić sobie te struktury, które są na
pewno aprobowane w tej przestrzeni.
Wejście więc w przestrzeń wspólną, pod osąd otoczenia, zmusza nas do fałszu, nie
możemy być całkowicie wierni temu, co w nas tkwi, musimy nasze struktury
czynnościowe dopasować do praw obowiązujących we wspólnej przestrzeni, inaczej
bowiem z miejsca zostaną one potępione przez społeczne zwierciadło. Poczucie
rozszczepienia między tym, co jest w nas, a co wolno nam na zewnątrz okazać,
w znacznym stopniu zależy od uczuciowego nastawienia do otoczenia. Gdy
przeważają uczucia pozytywne (postawa "do", poczucie tego rozszczepienia jest
znacznie mniejsze niż wówczas, gdy przeważają uczucia negatywne (postawa "od").
Problem ten szczególnie ostro występuje w schizofrenii. Poczucie rozszczepienia
jest wyraźniejsze u ludzi należących do typu schizotymicznego, introwertywnych
niż u syntoników, cyklotymików czy ekstrawertywnych.
Element kontroli istniejący już w drugiej fazie aktywności hamuje jej
spontaniczność, pod jego wpływem przestrzeń się kurczy, już nie tak łatwo
realizować w niej własne plany aktywności, trzeba je modyfikować stosownie do
wymagań wspólnej przestrzeni. W ten sposób nigdy nie ma się do czynienia
z czystymi fazami, w każdej z nich istnieją domieszki innych faz. I tak w fazie
zewnętrznej aktywności zawsze istnieje domieszka planowania i kontroli.
Nasilenie metabolizmu informacyjnego jest największe w fazie drugiej, przepływ
informacji jest w niej najobfitszy. W fazie pierwszej i trzeciej, planowania
i kontroli, przepływ ten ograniczony jest raczej do minimum, gdyż tego wymaga
konstrukcja i rekonstrukcja planów dokonująca się w tych fazach. Są to fazy
anaboliczne, budowy, a więc wymagające większego spokoju, zamknięcia się we
własnej czasoprzestrzeni. Natomiast otwarcie granic oddzielających świat własny
od otaczającego wzmaga gwałtownie przepływ informacji w obu kierunkach.
Struktury własne są wyrzucane na zewnątrz, a struktury otoczenia przyjmowane
z zewnątrz. Nigdy fazy nie są ostro od siebie oddzielone. Każda faza jak mozaika
rozbija się na fazy drobniejsze, składające się z kolei też z trzech faz, a te
z kolei na jeszcze drobniejsze.
Określenie fazy zależy od długości odcinka czasu. W każdym odcinku czasowym
można rozróżnić fazę planowania, zewnętrznej aktywności i kontroli. Jeśli
rozpatrujemy więc wydarzenia w dłuższym odcinku czasu, to każdą fazę możemy
z kolei rozbić na trzy fazy, gdy zastosujemy skalę czasu o krótszych odcinkach.
W fazie planowania znajdziemy wówczas trzy fazy: planowania, zewnętrznej
aktywności i kontroli; to samo w fazie zewnętrznej aktywności i w fazie kontroli
itd.
Metabolizm informacyjny jest procesem ciągłym, ma swoje nasilenia i depresje
(typową depresją fizjologiczną metabolizmu informacyjnego jest sen) i przebiega
trójfazowo; jego trójfazowość można prześledzić nawet w najmniejszych odcinkach
czasu. Maksimum nasilenia metabolizmu występuje w fazie drugiej, gdy otwiera się
granica między światem własnym a otaczającym.

Potrzeba metabolizmu informacyjnego


Zredukowanie metabolizmu informacyjnego prowadzi do poważnych zaburzeń.
U zwierząt chowanych w izolacji rozwój psychiczny i fizyczny jest zahamowany,
a kora mózgu cieńsza niż u zwierząt kontrolnych. Ludzie poddani izolacji lub

54
działaniu monotonnych bodźców bądź bodźców zniekształconych, nie dających się
rozróżnić wykazują szereg zaburzeń psychicznych, jak dezorientacja czasowa
i przestrzenna, zaburzenia w logicznym myśleniu, zaburzenia w strukturowaniu
wrażeń (np. nie potrafią odrysować figury geometrycznej), zaburzenia w schemacie
własnego ciała, iluzje i halucynacje, niepokój dochodzący do stanów paniki,
zaburzenia wegetatywne itp. Podkreśla się, że kontakt z rzeczywistością jest
konieczny do strukturalizowania przeżyć, bez niego przestrzeń i czas zaczynają
się rozpływać, a także zaciera się granica między "ja" a otaczającym światem
(wrażenie półsnu, łatwość tworzenia się iluzji i halucynacji, łatwość projekcji
urojeniowych).
Dalecy jeszcze jesteśmy od zrozumienia, w jaki sposób tworzy się obraz
otaczającej nas rzeczywistości. Ale na pewno jego istotnym elementem jest
określona struktura czasoprzestrzenna. Struktura ta ulega stosunkowo szybko
rozbiciu w izolacji od otaczającego świata, należy więc przypuszczać, że do jej
powstania i utrzymania jest konieczny stały kontakt z rzeczywistością (druga
faza aktywności). Człowiek w odosobnieniu szybko zatraca poczucie czasu
i przestrzeni, szuka jakichkolwiek wskazówek, które by mu ułatwiły orientację
czasową i przestrzenną, gdyż brak tej orientacji wyzwala uczucie niepokoju.
Rozbicie struktury czasoprzestrzennej powoduje, że myśli tracą swój logiczny
porządek, biegną tu i tam, uczucia stają się bardziej rozlane i nieokreślone,
człowiek zatraca swe granice (czasem odczuwa się to przyjemnie jako roztopienie
w otaczającym świecie).
Przepływ informacji jest równie konieczny dla ustroju jak przepływ energii
i przerwanie go grozi dezintegracją struktur czynnościowych, a w dalszej kolei
rzeczy - struktur morfologicznych. Natężenie przepływu informacji stale
oscyluje, a przykładem tego są omawiane trzy fazy aktywności. Nawet w czasie snu
przepływ informacji istnieje w formie śladowej, mimo że dopływ informacji ze
świata zewnętrznego zredukowany jest do minimum, za to bogatszy jest wówczas
strumień informacji pochodzących z wnętrza ciała.
Do stworzenia porządku czasowego, przestrzennego i przyczynowego konieczny jest
kontakt z otaczającym światem. Porządek ten tworzy się we wspólnej przestrzeni.
Nie jest to porządek wyłącznie jednostkowy, ale wytworzony wspólnym ludzkim
wysiłkiem. Tworzy się on ze starcia własnych struktur czynnościowych ze
strukturami innych ludzi.
Tutaj można doszukać się zasadniczej różnicy między metabolizmem energetycznym
a informacyjnym. Struktury czynnościowe metabolizmu energetycznego są wyłącznie
własne, wprowadzenie obcej struktury wywołuje gwałtowną i nieraz śmiertelną
reakcję (szok anafilaktyczny). Natomiast struktury czynnościowe metabolizmu
informacyjnego są wspólne, gdyż maksymalne ich natężenie występuje we wspólnej
przestrzeni. Ciało jest własne, a duch jest wspólny. Człowiek nie może być
samotny, izolacja rozbija jego porządek czasowy, przestrzenny i przyczynowy.
W samotności czuje się niepewny, ogarnia go niepokój, zatraca poczucie
rzeczywistości itp. Wspólna przestrzeń ma też duże znaczenie dla uporządkowania
naszego życia uczuciowego. Uczucia, które w przestrzeni własnej nabierają nieraz
katastroficznych proporcji, maleją, gdy wejdzie się we wspólną przestrzeń, stają
się łatwiejsze do zniesienia, a nawet zmieniają swój znak z ujemnego na
pozytywny.
Wiadomo z codziennych doświadczeń, jak narasta lęk w samotności, jak aktywność
zewnętrzna, kontakt z innymi ludźmi znacznie zmniejsza jego nasilenie. Uczucia
negatywne żywione do jakiejś osoby zwykle zmniejszają swe nasilenie, a zdarza
się, że nawet zmieniają swój znak, gdy jesteśmy z daną osobą w kontakcie, gdy
z nią spokojnie porozmawiamy itp. Bywa też odwrotnie, że uczucia wielkiej
miłości bledną w codziennym kontakcie z ukochaną osobą.
Wspólna przestrzeń zmniejsza na ogół napięcia uczuciowe, z zimnych i gorących
uczucia stają się w niej letnie. Problem ten szczególnie ostro występuje
w schizofrenii, w której wycofanie się ze wspólnej przestrzeni prowadzi do
niezwykle silnych przeżyć emocjonalnych. Chory jest nimi owładnięty i gubi się
w ich chaosie. Dlatego koloryt emocjonalny schizofrenii jest tak niezwykły
i nieraz groźny.

55
Niewiadome w pierwszej i drugiej fazie aktywności
Zarówno pierwsza, jak i druga faza aktywności rozgrywają się w polu
niewiadomego: nie wiadomo, co z planowania wyniknie, i nie wiadomo, jaki będzie
efekt starcia z rzeczywistością. Może właśnie ta niewiadoma jest czymś w życiu
fascynującym. Odczuwamy przed nią lęk, ale zarazem ona nas pociąga i zmusza do
wejścia w wir życia. Trudno sobie wyobrazić, jak kształtowałoby się nasze życie,
gdyby zamiast znaku zapytania przed nami był już widoczny efekt naszej
aktywności. Wyobrażamy sobie, jaką męką jest życie ludzi, którzy wiedzą, że będą
musieli w określonym czasie pożegnać się ze swoim życiem, w porównaniu z tymi
ludźmi, którzy wprawdzie też zdają sobie sprawę, że muszą umrzeć, ale nie znają
ostatecznego terminu. Dzięki niewiadomemu może rodzić się nadzieja. Jest ona
optymistyczną projekcją w teren nieznany. Gdy coś jest znane, nadzieja traci
sens swego istnienia.
W trzeciej fazie aktywności nieznane zmienia się w znane, przyszłość
w przeszłość. Pole, które było przed nami, jest już za nami. Teraz przychodzi
kolej na analizę tego, co się dokonało, na porównanie planu z rzeczywistością,
przyszłości z przeszłością. Porównanie to zazwyczaj nie wypada korzystnie.
Wykonanie jest gorsze od planowania. Dzięki tej niedoskonałości wykonania rodzą
się uczucia negatywne, które są do pewnych przynajmniej granic bodźcem do
ulepszania planu. W ten sposób dąży się do doskonałości, która jest w zasadzie
nieosiągalna.
Nierzadko jednak uczucia negatywne wywołane rozbieżnością między planem
a wykonaniem przekraczają granicę, do której ich działanie jest mobilizujące;
zamiast mobilizować, hamują wówczas człowieka w jego aktywności, powodują, że
redukuje on swe plany i izoluje się od otoczenia.
We wszystkich trzech fazach aktywności głównym nurtem uczuć negatywnych jest
lęk. Na jego tle mogą występować inne uczucia, np. agresji. Fakt, że w pierwszej
i drugiej fazie aktywności dominuje uczucie lęku, jest, jak się zdaje,
zrozumiały, gdyż człowiek staje wobec nieznanego, a nieznane zawsze budzi lęk.
Nie wiadomo, co nastąpi, co się stanie, jaki będzie wynik naszego wysiłku, czy
zwyciężymy, czy też zostaniemy pokonani. Natomiast w trzeciej fazie stoi się
wobec przeszłości, wobec dokonanego, kiedy już wszystko jest znane. Lęk w tej
fazie ma więc inny charakter niż w dwóch fazach poprzednich. Jest to lęk czasu
przeszłego, wywodzący się z poczucia winy, że czas ten nie został należycie
zużyty, że zamiast stać się konstrukcyjny, stał się destrukcyjny, że zamiast
posunąć się na tym odcinku czasu naprzód, cofnęliśmy się; czas, zamiast stać się
naszym zyskiem, stał się naszą stratą, stał się czasem utraconym.
Lęk jest sygnałem niebezpieczeństwa. W pierwszej i drugiej fazie
niebezpieczeństwo kryje się w czasie przyszłym, a w trzeciej fazie w czasie
przeszłym. Niebezpieczeństwo czasu przeszłego polega na tym, że czas ten został
zepsuty, tj. nie został tak wykorzystany jak należy.

Czas biologiczny (ewolucja)


To, że niebezpieczeństwo kryje się w czasie przyszłym lub przeszłym, każe
nam zastanowić się nad specyficznym znaczeniem czasu w przyrodzie ożywionej.
W przeciwieństwie do przyrody nieożywionej i świata technicznego, które
egzystować mogą poza czasem, tzn. mogą funkcjonować niezależnie od tego,
w jakich układach czasowych zostaną umieszczone, w przyrodzie ożywionej czas
stanowi zasadniczą składową każdego ustroju, tj. każdy żywy ustrój ma swój
indywidualny czas, czas biologiczny. W ustrojach żywych czas tkwi wewnątrz,
w martwych (nieożywionych) - na zewnątrz. Czas biologiczny oznacza rozwój, nic
nie może stać w miejscu, wszystko się zmienia i dąży do zmiany na lepsze.
Ewolucja jest zasadniczą cechą przyrody ożywionej i dlatego czas stanowi tak
ważną jej część składową.
Lęk związany z czasem przeszłym jest sygnałem, że prawo ewolucji zostało
w którymś miejscu naruszone. Ten sygnał zmusza ustrój do skontrolowania swych
planów aktywności i w ten sposób do poprawy linii ewolucji. W tym znaczeniu
można by mówić o biologicznym "sumieniu", czyli o układzie samokontroli, który
prowadzi ustrój w kierunku maksymalnego rozwoju. Niestety, nie dysponując
subiektywnym obrazem życia w świecie zwierzęcym, nie potrafimy odpowiedzieć na
pytanie, czy zwierzęta mają coś podobnego do ludzkiego sumienia. Na pewno jednak

56
dysponują one, jak zresztą wszystkie ustroje żywe, a nawet wszelkie układy
samosterujące łącznie z technicznymi, systemami samokontroli, tj. sprzężeniami
zwrotnymi. Należy przypuszczać, że na najwyższym stopniu integracji systemy te
docierają przynajmniej częściowo do świadomości, gdy się oczywiście założy, że
zwierzęta ją posiadają, i prawdopodobnie stanowią one ważną część przeżyć
świadomych. Obserwując zresztą zachowanie się zwierząt można przypuszczać, że
wykazują one pewne cechy świadczące o istnieniu w nich sumienia czy poczucia
winy, wstydu, lęku przed karą itp.
Na jakich zasadach opiera się ocena własnej aktywności? Stwierdzenie, że ocenia
się jej wkład w proces ewolucji, ma charakter ogólnikowy i stawia nas wobec tylu
nowych pytań, choćby w rodzaju "do czego zmierza ewolucja", że trudno na tym
stwierdzeniu się oprzeć. Bezsprzecznie jest to stwierdzenie prawdziwe, bo dzięki
działaniu układów samokontroli zostają z czasem wyeliminowane fałszywe formy
zachowania, tj. struktury czynnościowe mniej przydatne z punktu widzenia
ewolucji. Zjawisko to szczególnie wyraźnie występuje na niższych szczeblach
integracji, gdzie proces eliminacji ma się już za sobą. Na przykład kontrola
aparatu ruchowego na ogół wyeliminowała w ciągu rozwoju filogenetycznego
i ontogenetycznego struktury czynnościowe zbyteczne, fałszywe, niezręczne itp.
To samo dotyczy różnego rodzaju układów autonomicznych samoregulujących. Gdy
jednak ma się do czynienia z całościową analizą zachowania, określenie funkcji
układu samokontrolującego staje się znacznie trudniejsze, gdyż mamy do czynienia
ze zjawiskiem in statu nascendi, nie wiemy jeszcze, jaki będzie wynik kontroli
i eliminacji, co ma okazać się dobre, a co złe.
Celowość procesu ewolucji potrafimy ocenić ex post, ale nie w trakcie jego
działania. Ocena zjawisk z punktu widzenia procesu ewolucji jest metodą
historyczną i da się ją stosować jedynie w tych wypadkach, gdy dysponujemy
większą perspektywą czasu, jak np. w wypadku struktur czynnościowych dawno już
utrwalonych (autonomicznych, automatyzmów ruchowych itp.). Metoda ta okazuje się
zawodna w wypadku tworzących się dopiero stereotypów zachowania, gdy nie wiemy
jeszcze, jak będzie przebiegać ewolucja.

Geneza układu samokontroli


Jeśli nie jesteśmy w stanie określić ogólnego kierunku (celu), do jakiego
zmierza układ samokontroli ("biologiczne sumienie"), spróbujmy prześledzić jego
genezę. Z nieprzerwanego strumienia sygnałów (informacji), które krążą między
ustrojem a jego środowiskiem, zasadnicze znaczenie dla modyfikacji czynności
ustroju (tj. dla tworzenia nowych struktur czynnościowych, dla zmiany planów
aktywności itp.) mają sygnały zwrotne. Informują one o tym, jak dana aktywność
została wykonana i jaką wywołała reakcję w otoczeniu. Jest to strumień
informacji najważniejszy, gdyż modeluje on aktywność ustroju. Fakt, że spośród
różnorodnych informacji dochodzących z otaczającego świata do ustroju informacje
zwrotne są najważniejsze, implikuje, iż obraz świata wytwarzany przez ustrój
jest w głównej mierze zdeterminowany przez aktywność tego ustroju w tym świecie.
Jest to w pewnym sensie zamknięte koło. Poznajemy taki świat, jakim go
stwarzamy.
Sygnały zwrotne mają jednak swoją hierarchię ważności. Najważniejsze z nich są
te, które dotyczą świata społecznego, tj. osobników tego samego gatunku. Na
społeczny charakter wymiany sygnałów składa się wiele czynników, a przede
wszystkim ten, że sygnał wytworzony przez jednostki tego samego gatunku jest
zawsze bliższy i zrozumialszy niż sygnały wytwarzane przez jednostki należące do
innych gatunków czy przedmioty świata nieożywionego. Drugim czynnikiem jest to,
że świat społeczny jest rozszerzeniem grupy rodzinnej, a więc grupy powstałej na
zasadzie drugiego prawa biologicznego (zachowania życia gatunku), zatem jest to
środowisko biologicznie najbliższe.
Trzecim czynnikiem jest rola zwierciadła społecznego. Ta rola sprawia, że świat
społeczny ma zawsze inny charakter niż reszta otaczającego świata. Jest on
naszym obserwatorem, podczas gdy w stosunku do reszty świata my jesteśmy
obserwatorami i nie bierzemy pod uwagę możliwości, że świat ten może nas
obserwować i sądzić. W stosunku do świata społecznego też jesteśmy jego
obserwatorami, ale jeszcze mocniej odczuwamy fakt, że sami jesteśmy przezeń
obserwowani i oceniani. Dlatego sygnał ze świata społecznego jest z natury

57
rzeczy kontrolujący. System kontroli jest więc przede wszystkim systemem
społecznym.
Fakt ten ma zasadnicze znaczenie dla zrozumienia genezy struktur czynnościowych.
Tworzą się one i modyfikują pod wpływem sygnałów zwrotnych (sprzężenia
zwrotnego), a te składają się głównie z sygnałów społecznych, czyli wytwarzane
przez nas struktury czynnościowe nigdy nie są w pełni własne, ale są wynikiem
wpływów struktur czynnościowych otaczającego świata społecznego.
W przeciwieństwie do indywidualnego charakteru metabolizmu energetycznego,
metabolizm informacyjny ma charakter społeczny. Ciało jest moje, ale duch jest
nasz, wspólny.

Poczucie własności w trzech fazach aktywności


Poczucie własności różnie się kształtuje w poszczególnych fazach
aktywności. W pierwszej fazie mamy wrażenie, że plany aktywności są nasze, mimo
że w rzeczywistości istnieją w nich struktury czynnościowe wzięte z otaczającego
świata. W drugiej fazie dochodzi do starcia własnych struktur czynnościowych ze
strukturami otoczenia, w starciu tym nasila się poczucie własności: struktury
własne przeciwstawiają się strukturom otoczenia; jednocześnie jednak w starciu
tym scalają się struktury własne ze strukturami otoczenia, tak że to, co
przynależy do otoczenia, staje się własne. W trzeciej fazie główny strumień
informacji pochodzi ze zwierciadła społecznego. Jest on zawsze czymś obcym,
nawet wówczas, gdy wchłonięty przez naszą świadomość staje się jej integralną
częścią w postaci "głosu sumienia". Obserwator zewnętrzny zmienia się
w obserwatora wewnętrznego, on nas śledzi, ocenia, krytykuje, ale zawsze
pozostaje jakby drugą osobą, która w nas tkwi. "Jemu", "on" przeciwstawia się
"ja".
Lęk trzeciej fazy aktywności jest lękiem przed tym sędzią, który znajduje się na
zewnątrz (zwierciadło społeczne) lub wewnątrz (sumienie). Jest to więc lęk
w zasadzie o charakterze społecznym, lęk przed potępieniem społecznym, przed
wykluczeniem z grupy społecznej. W miarę ewolucji zależność jednostki od
środowiska społecznego staje się coraz większa, a tym samym zagrożenie utraty
więzi społecznej jest równoznaczne z zagrożeniem śmiercią biologiczną. Znaczenie
sygnału zagrożenia w miarę ewolucji przesuwa się z lęku biologicznego na lęk
społeczny. Lęk sumienia (moralny) można by traktować jako zinternalizowany lęk
społeczny. W ten sposób część otaczającego świata - jako część najważniejsza, bo
nas oceniająca - znajduje się stale w nas i nas stale krytykuje.
Niebezpieczeństwo nie jest już na zewnątrz, ale wewnątrz, w nas samych.

Ewolucja lęku
Można by prześledzić, jak na skutek internalizacji zwierciadła społecznego
w miarę ewolucji ciężar zagrożenia przesuwa się z zewnętrznego niebezpieczeństwa
na niebezpieczeństwo tkwiące w otoczeniu społecznym, a wreszcie na niebezpie-
czeńswo tkwiące w nas samych. Ewolucja lęku postępuje od zewnątrz do środka.
Najpierw boimy się tego, co na zewnątrz nas, a w końcu tego, co w nas.
W skrócie: tę ewolucję przechodzi się w trzech fazach aktywności. W pierwszej
fazie boimy się tego, co będzie, tego, co jest na zewnątrz, poza własną
czasoprzestrzenią. W drugiej fazie, tj. aktywności zewnętrznej, zwykle napięcie
lękowe maleje, gdyż lęk wiąże się ze współrzędnymi czasu, a w tej fazie dominują
współrzędne przestrzenne. W drugiej fazie zagrożenie nadal pozostaje
w przestrzeni zewnętrznej, ale w tej fazie przestrzeń ta nie jest przed nami ani
za nami, ale my jesteśmy w niej.
W trzeciej fazie przestrzeń wspólna jest już za nami, ale część jej w postaci
sygnałów zwrotnych pozostaje w nas i ona jest właśnie głównym źródłem lęku. Lęk
trzeciej fazy, czyli lęk czasu przeszłego, jest przede wszystkim lękiem przed
potępieniem. Mimo że potępienie to może wyłącznie być głosem sumienia, to jednak
ma ono zawsze charakter zewnętrzny, co wynika z genezy układu samokontroli,
i mimo że lęk trzeciej fazy odnosi się do czasu przeszłego, ponieważ wywodzi się
z lęku przed środowiskiem społecznym, jest on też lękiem przed przyszłością. Tą
nieznaną przyszłością jest kara, jaka spotkać nas może ze strony tego
środowiska.
Lęk zawsze jest związany z kategoriami czasu, i to czasu przyszłego, nawet

58
wówczas gdy - jak w trzeciej fazie - dotyczy on wyraźnie przeszłości.
W rzeczywistości jest on lękiem przed przyszłością. W fazie pierwszej wkraczamy
w przyszłość "niewinni", planowane struktury czynnościowe nie zostały jeszcze
wypróbowane. Natomiast w trzeciej fazie wkraczamy w przyszłość obciążeni winą,
gdyż nasza struktura czynnościowa została już wyrzucona we wspólną przestrzeń,
czekamy na wyrok otoczenia; wyrok ten, mieszcząc się na zewnątrz czy wewnątrz
nas, mimo że częściowo wiadomy, nigdy nie jest całkowicie odsłonięty, gdzieś
czeka nas "sąd ostateczny", nagroda lub potępienie. Nawet więc w czasie
przeszłym, w tym, co się dokonało i co jest poza nami, kryje się czas przyszły,
czas ostatecznego rozrachunku, który zawsze pozostaje niewiadomą. Tak więc czas
przeszły nigdy nie jest całkowicie przeszły, dokonany i zamknięty, zawsze kryje
się w nim czas przyszły i nieznane, które budzi w nas lęk.
Na czym polega ocena naszej aktywności, jakie elementy tej oceny są dla nas
najważniejsze i najsilniej wpływają na modyfikację dalszych planów aktywności?
Biorąc jako kryterium oceny ewolucję świata ożywionego, należałoby przyjąć, że
"nagradzane" są struktury czynnościowe, dla procesu ewolucji korzystne,
a "karane" są szkodliwe. Jak wspomniano jednak, w trakcie tworzenia się struktur
czynnościowych zgoła niemożliwa jest ich ocena z tego punktu widzenia, możliwe
to jest dopiero ex post. Podchodząc do zagadnienia genetycznie, należałoby
najpierw zanalizować, jakie kryteria oceny stosuje grupa społeczna, w której
dana jednostka egzystuje, grupa ta bowiem tworzy zwierciadło społeczne, które
w pewnej przynajmniej mierze jest twórcą sumienia.
Kryteria oceny stosowane przez grupę społeczną są oczywiście zmienne i zależne
od wielu czynników. Niemniej jednak można prześledzić w nich pewne
prawidłowości. Prawidłowości te wynikają stąd, że grupa musi utrzymać pewną
stabilność i spoistość. W tym celu musi ona pewne struktury czynnościowe
pochwalać, a inne potępiać. Stabilność podtrzymują te struktury czynnościowe,
które mają szansę częstego powtarzania się, czyli o dużym czynniku perseweracji,
a spójność te, które zmniejszają napięcia emocjonalne między członkami grupy,
które dążą do złagodzenia wzajemnych stosunków. Potępia się to, co jest
niezwykłe, niestosowne, zaburzające dotychczasowy porządek, zbyt gwałtowne,
rozbijające związki istniejące w grupie.
W grupach społecznych, podobnie jak w poszczególnych ustrojach, istnieje rytm
śmierci i zmartwychwstania. Jedne grupy giną, by w miejsce ich powstały nowe.
Gdy dana grupa zbliża się do unicestwienia, górę w niej biorą czynniki
dezintegracyjne, tzn. zmniejszające jej stabilność i spoistość. Wówczas kryteria
oceny mogą ulec zmianie, gdyż w takiej grupie wytwarza się inna hierarchia
wartości. W okresie takiego kryzysu dodatnio może być oceniane to, co normalnie
oceniane jest ujemnie, i na odwrót, sposoby zachowania normalnie potępiane mogą
być gloryfikowane w takich okresach.
Rozpatrując jednak wpływ zwierciadła społecznego na tworzenie się sumienia, nie
można ograniczać się wyłącznie do aktualnych wpływów środowiska społecznego.
Zwierciadło społeczne nie tworzy się tylko z aktualnej grupy społecznej,
w której dany człowiek żyje, ale też z historycznych grup społecznych, tj.
z różnorodnych wzorów kulturowych, którym dany człowiek podlega. We wczesnych
okresach rozwoju, więc przede wszystkim w dzieciństwie, ale też w młodości,
proces internalizacji przebiega łatwiej niż w okresach późniejszych, gdy granica
oddzielająca świat wewnętrzny od otaczającego staje się coraz mniej przenikliwa.
Silniej też na ogół działają osoby, z którymi dziecko czy młody człowiek jest
w bezpośrednim kontakcie, niż osoby z dalszych kręgów otoczenia społecznego lub
osoby fikcyjne, tj. postacie historyczne, bohaterowie powieści i poematów itp.
Zasadniczy zrąb układu samokontroli tworzy się w dzieciństwie i postacie
rodziców odgrywają w nim zasadniczą rolę. Układ samokontroli nie jest jednak
czymś statycznym, stale zmienia się i modyfikuje pod wpływem zwierciadła
społecznego.
Jak wspomniano, każdy żywy ustrój dysponuje wieloma systemami samokontroli
o różnym poziomie integracji, najwyższy poziom - świadomy - określamy jako
sumienie. Wiele jednak czynności jest kontrolowanych poniżej progu świadomości.
Jest to oczywiste w wypadku czynności częściowych, nie obejmujących zachowania
się ustroju w całości, np. czynności autonomicznych i zautomatyzowanych. Nawet
w wypadku gdy kontrola ich wejdzie na jakiś czas do świadomości, np. gdy

59
świadomie kontrolujemy nasze kroki lub sposób wyrażania się itp., nie odczuwamy
tej uświadomionej kontroli jako głosu sumienia. Głos sumienia jest związany
z poczuciem winy.
Negatywny wynik kontroli połączony jest z silnym ładunkiem uczuć negatywnych,
z których lęk jest uczuciem dominującym. Ocena więc struktur czynnościowych,
odczuwana jako głos sumienia, dotyczy tych, które mogą być obarczone poczuciem
winy. Są to struktury, które godzą w nasze relacje ze środowiskiem społecznym
i tym samym narażają nas na społeczne potępienie. Jeśli autokontrola wykaże, że
wykonaliśmy fałszywy ruch ręką, to nawet gdy jest ona uświadomiona, nie poruszy
sumienia. Ale jeśli ten sam fałszywy ruch ręką spowoduje upadek małego dziecka,
to poczucie winy może być silne, sumienie nasze jest poruszone, gdyż został
naruszony nasz związek ze otaczającym światem. Opieka nad młodymi jest bowiem
prawem społecznym, obowiązującym nawet w świecie zwierzęcym, przynajmniej na
wyższych szczeblach filogenezy. Narażenie dziecka na uraz, nawet nieumyślne,
jest naruszeniem tego prawa.
Nasilenie wyrzutów sumienia zależy od związku uczuciowego z otoczeniem. Im jest
on silniejszy i ma wyraźniejszy znak pozytywny, tym nasilenie ich jest większe.
Wyrzuty sumienia maleją, gdy związek uczuciowy jest słaby lub gdy ma znak
ujemny. Krzywdzenie tych, których nienawidzimy, mieści się już w planowaniu
odpowiednich struktur czynnościowych. Krzywda, którą wówczas określamy jako
zemstę lub sprawiedliwość, na ogół nie wywołuje u nas niepokoju sumienia.
Wyrzuty sumienia może spowodować wyrządzenie krzywdy zwierzęciu, a nawet
zepsucie martwego przedmiotu. Co się tyczy zwierząt, to do pewnego stopnia
mieszczą się one w naszym świecie społecznym, czujemy się za nie odpowiedzialni,
staramy się je zrozumieć i pozwalamy im żyć. Jeśli chodzi o przedmioty martwe,
to są one częścią naszego środowiska, wprawdzie nie społecznego, niemniej jednak
wchodzącego w skład ludzkiego porządku. Nawet wówczas, gdy nie dotknęła ich
ludzka ręka, określone są przez człowieka nazwami, pojęciami, mitami, historią
itp. Niszcząc je, niszczymy jakiś określony porządek otaczający człowieka.
Wydaje się jednak, że sumienie jest jak gdyby zarezerwowane dla stosunków
z innymi ludźmi. Jest to najtrudniejszy i najdelikatniejszy rodzaj interakcji
z otoczeniem i jego kontrola wymaga największego wysiłku, dlatego jest
przeważnie świadoma.

Sumienie podświadome
Świadome sumienie jest jednakże tylko zewnętrzną warstwą skomplikowanego
systemu naszych związków z otoczeniem społecznym. Koncepcja sumienia
nieświadomego (superego) jest, jak wiadomo, zasadniczym punktem teorii
psychoanalitycznych i jak się zdaje, nie jest to koncepcja fałszywa. Znaczenie
związku z otoczeniem społecznym jest dla człowieka szczególnie istotne, co wiąże
się z jego bardzo długim w porównaniu ze zwierzętami okresem niezaradności,
w którym przerwanie związku z otoczeniem społecznym (ze środowiskiem
macierzyńskim) jest równoznacze z biologiczną śmiercią. Poza tym związek ten
jest konieczny do rozwoju metabolizmu informacyjnego, który u człowieka jest
w porównaniu ze światem zwierzęcym niepomiernie bogaty.
Zasadnicza struktura układu samokontroli, jak zresztą wszystkie inne zasadnicze
struktury (np. struktura osobowości, uczuciowo-nastrojowa itp.), tworzy się
w dzieciństwie. Należy jednakże pamiętać, że w dzieciństwie otoczenie społeczne,
a tym samym i zwierciadło społeczne, przedstawia się zupełnie inaczej niż
w późniejszych okresach życia. Typowy dla okresu pokwitania bunt społeczny jest
między innymi objawem przejścia z dziecinnego do dorosłego spojrzenia na
otoczenie społeczne. Zasadnicza różnica w spojrzeniu na otoczenie społeczne
dziecka i osoby dorosłej sprowadza się do różnicy kąta widzenia. Dziecko patrzy
na otaczający je świat społeczny pod ostrym kątem do góry, co z konieczności
prowadzi do zniekształcenia proporcji. Dorosły patrzy mniej więcej poziomo, choć
i u niego nierzadko zdarza się dziecinny sposób spojrzenia w górę.
Na tej zasadzie opiera się zresztą hierarchia władzy. Spojrzenie w górę
wyolbrzymia dany przedmiot, jesteśmy przezeń przytłoczeni, czujemy się wobec
niego mali i bezradni. Podobne uczucie odczuwa się wobec ogromu gór.
Wyolbrzymiony przedmiot nabiera cech jakby boskich. Góry kojarzą się człowiekowi
z boskością, na górze objawiał się Bóg, na Olimpie mieszkali bogowie. Patrząc

60
w górę, traci się zdolność krytycznej oceny. By móc coś krytycznie ocenić,
trzeba na dany przedmiot popatrzeć z góry, a przynajmniej w płaszczyźnie
poziomej, gdyż tylko wtedy ogarnia się go w całości.
Dziecko nie jest zdolne do krytycznego spojrzenia na dorosłych, gdyż brak mu
poza tym układów porównawczych. Rodzice są bez skazy, sprawiedliwi, dzielni,
mądrzy, dobrzy itd. Mają w sobie atrybuty boskości: wszechmoc, dobroć,
sprawiedliwość, a nawet nieśmiertelność. W wielu religiach kult rodziców
i przodków czyni ich w jakimś sensie nieśmiertelnymi.
Rodzice w życiu prawie każdego człowieka są postaciami najbliższymi i nawet gdy
on sam zbliża się do śmierci, stają się jeszcze bliżsi, pojawiają się nie tylko
w żywych wspomnieniach, ale w snach, w ten sposób osiągając swoistą
nieśmiertelność. Zasadnicza struktura zwierciadła społecznego, która tworzy się
w dzieciństwie, ma więc jakby pewne atrybuty boskości - bezwzględnej
sprawiedliwości, dobroci, wszechmocy i nieśmiertelności. Człowiek wobec takiego
zwierciadła społecznego czuje się całkowicie bezsilny, jego wyroki są
nieodwołalne.
Dzięki temu utrwaleniu w pierwszych latach życia układ samokontroli nabiera
niezwykłej siły, jest on w jakimś sensie niezniszczalny. Nie można mu się
przeciwstawić, jest on ostateczną instancją. Interakcja ze światem społecznym
stwarza wciąż nowe normy zwierciadła społecznego, na skutek czego ocena własna
postępowania ulega ciągłym zmianom, niemniej system samokontroli powstały
w dzieciństwie odgrywa rolę zasadniczego schematu, na którego tle budują się
aktualne systemy samokontroli. Schemat ten, jak wszystkie przeżycia z wczesnego
okresu życia, mieści się poniżej progu świadomości i dzięki temu jego siła jest
też większa niż systemu świadomego.
Nie znamy naszego sumienia podświadomego; objawia się ono w naszych snach,
nękając nas obrazami kar, męczarni, niemocy itp.; często występuje w treści
psychozy w postaci urojeń i omamów; sumienie nieświadome może nadto wpływać na
nasze postępowanie, zwłaszcza w sytuacjach granicznych; zdarza się wówczas, że
postępujemy wbrew logice i wbrew świadomym zamierzeniom, popychani przez jakąś
nie znaną nam siłę wewnętrzną. W sumie jednak nie wiemy, jak ta archaiczna
instancja nas oceni, jakie są jej kryteria dobra i zła. I w tym można by się
doszukiwać, metaforycznie rzecz ujmując, jeszcze jednego atrybutu "boskości"
nieświadomego systemu samokontroli, mianowicie - jest on niepoznawalny.
Występująca w wielu systemach religijnych wiara w sąd ostateczny i w boską
sprawiedliwość może być wyrazem wspomnianego wyolbrzymienia i niepoznawalności
nieświadomej części sumienia.

Porządek moralny
Ocena naszego zachowania w stosunku do środowiska społecznego dokonuje się
przede wszystkim w kategoriach dobra i zła, tj. w kategoriach moralnych. Mimo że
każdy chyba człowiek posiada wyczucie dobra i zła, a nawet doszukać się go można
u ludzi określanych przez psychiatrów mianem moral insanity, tzn. takich,
u których świadome sumienie uległo swoistej atrofii, to jednak jest niesłychanie
trudno zdefiniować oba pojęcia. W najogólniejszym ujęciu dobrem można nazwać te
wszystkie oddziaływania, które zwiększają w otoczeniu człowieka swoisty
porządek, które zmierzają do zwiększenia jego negatywnej entropii; dotyczy to
przede wszystkim porządku uczuciowego, tj. wzrostu uczuć o znaku pozytywnym,
a zmniejszania uczuć o znaku negatywnym.
Dobro w tym ogólnym ujęciu byłoby stymulacją procesów budowy, tworzenia,
w jakimś sensie kontynuacją drugiego prawa biologicznego. Struktury czynnościowe
związane z macierzyństwem i troską o młode pokolenie są przepojone dobrocią.
Dobro tkwi w budowie gniazda, w miłości, w opiece, w trosce o słabszego.
U człowieka dochodzą struktury czynnościowe bardziej skomplikowane, ale
genetycznie też wywodzące się z drugiego prawa biologicznego; wiążą się one
z budową wartości społecznych i kulturalnych. Troska i miłość macierzyńska
rozszerza się na większe grupy ludzkie.
Zło natomiast polegałoby na pobudzaniu procesów niszczenia. Akt niszczenia
zwykle wiąże się z negatywnymi uczuciami. Niszczenie przeciwstawia się
negatywnej entropii, która stanowi istotę życia. Jednakże bez niszczenia nie
może istnieć budowa. Oba procesy idą równolegle z sobą. Dobro i zło wiązałoby

61
się z rytmem śmierci i zmartwychwstania, i jak śmierć i odnowa tkwią w istocie
przyrody ożywionej, tak tkwi w niej dobro i zło. Jeśli takie ujęcie jest
zbliżone do prawdy, należałoby przyjąć, że najwyższy system samokontroli,
odczuwany przez człowieka jako sumienie, dzięki któremu odróżniamy dobro od zła,
mieści się w istocie przyrody ożywionej. To znaczy nie tworzy się on wyłącznie
dzięki wpływom otoczenia społecznego, ale jest człowiekowi dany w postaci
naturalnego porządku moralnego. Śladów tego systemu można doszukać się w świecie
zwierzęcym, przynajmniej u zwierząt wyżej w rozwoju stojących, czy to w postaci
opieki nad potomstwem, osłaniania młodych, należących nawet do innych gatunków,
czy też oszczędzania wroga należącego do tego samego gatunku (np. w walkach
o samicę, choć nieraz bardzo zaciętych, samiec nie dąży do zabicia swego rywala,
znak poddania się, np. położenie się na plecach, przerywa najbardziej zaciekłą
walkę).
Wydaje się, że istnieje jakaś naturalna moralność przyrody, której także
człowiekowi naruszyć nie wolno. W typologii ludzkiej syntonicy lub cyklotymicy
są jakby bliżej natury, ich stosunek do otaczającego świata jest współbrzmiący,
poczucie rzeczywistości jest u nich silniejsze niż u ludzi z kręgu przeciwnego -
autystycznych, schizotymnych, którzy przeciwstawiają się otaczającemu światu,
walczą z nim i chcą go przekształcać. Te dwa przeciwstawne nastawienia do
otaczającego świata: współbrzmienia i przeciwstawiania się - odzwierciedlają się
do pewnego stopnia w budowie fizycznej; u cyklotymików przeważa kulista budowa
(pyknicy), u schizotymików podłużna i kanciasta (leptosomicy, astenicy). Już
Szekspir ostrzegał przed ludźmi chudymi, o ostrych rysach twarzy. Kretschmer
ostrzeżenie to dał jako motto swego dzieła o budowie ciała i charakterze.
Schizotymicy muszą nieraz bardzo z sobą walczyć, by być dobrymi, natomiast
cyklotymikom dobroć jakby sama przychodzi.

Trzy warstwy sumienia


Możliwe więc, że rozpatrując genezę ludzkiego układu samokontroli dałoby
się rozróżnić w nim trzy warstwy: konstytucjonalną, wczesnego okresu rozwoju
i aktualną. Warstwa konstytucjonalna odpowiadałaby naturalnemu porządkowi
moralnemu, jeśli taki istnieje. Za istnieniem jej przemawia też to, że
niezależnie od kręgów kulturowych, epok, społecznych zwyczajów jest jakiś
zasadniczy ogólnoludzki zrąb moralności. Dekalog we wszystkich religiach jest
podobny. Lęk sumienia byłby w tym wypadku wywołany przez naruszenie praw natury,
byłby analogiczny do lęku biologicznego. Jak wszystkie struktury czynnościowe
zmierzające do zwiększenia negatywnej entropii ustroju, czyli zgodnie z rytmem
życia (budowy), dobro byłoby nagradzane uczuciami o znaku dodatnim, tj.
przyjemności. Natomiast zło, jako związane z rytmem śmierci, tj. obniżeniem
negatywnej entropii ustroju, byłoby "karane" uczuciami negatywnymi, tj.
przykrości i bólu. Niebo i piekło mieściłoby się w samym systemie samokontroli,
za dobro człowiek byłby nagradzany "niebem" pozytywnych uczuć i nastrojów, a za
zło karany "piekłem" uczuć negatywnych (przykrości i bólu). Jest to oczywiście
bardzo uproszczony schemat naturalnego porządku moralnego, ale jak się zdaje,
porządek taki nie jest tylko fikcją.
Naturalny układ samokontroli rozbudowuje się w dzieciństwie dzięki pierwszemu
zetknięciu ze środowiskiem społecznym, które w tym okresie życia jest
środowiskiem macierzyńskim. Typowe dla tego okresu życia wyolbrzymienie
zwierciadła społecznego stwarza swoistą atmosferę "boskości" wokół układu
samokontroli, przepojoną wiarą w nieomylność, sprawiedliwość i wieczność nagrody
i kary. Jest to wiara w "sąd ostateczny". Nie chodzi tu o wiarę religijną, choć
fakt, że w wielu religiach motyw sądu ostatecznego występuje, może przemawiać za
tym, że wiara ta istnieje w psychice ludzkiej.
W praktyce psychiatrycznej nierzadko spotykamy się z lękiem przed tą ostateczną
karą. Nie zawsze poczucie winy występuje świadomie, czasem tkwi ono poniżej
progu świadomości, ale "kara" działa jako np. urojona choroba, objaw
histerycznej konwersji, w postaci uporczywych bólów, choroby psychosomatycznej,
nieświadomego kierowania swego życia do społecznej degradacji przez alkoholizm,
narkomanię, wkroczenie na drogę przestępstwa itp. Psychiatrzy jako lekarze
i przyrodnicy nie są skłonni do myślenia w kategoriach moralnych, prawa życia są
dla nich amoralne. Jest to bezsprzecznie stanowisko słuszne, gdyż myślenie takie

62
pociąga za sobą automatycznie tendencję do wydawania sądów moralnych, a lekarze
nie są w żadnym wypadku do tego powołani.
Niemniej jednak można na wiele zagadnień, zwłaszcza z terenu tzw. małej
psychiatrii, spojrzeć z moralnego punktu widzenia. Gdy spojrzymy w ten sposób na
nerwice, psychopatie, choroby psychosomatyczne, narkomanie itp. ukazują się nam
jako w pewnej przynajmniej mierze efekt naruszania porządku moralnego. Ludzie
dotknięci tymi zaburzeniami znoszą piekło za życia za przekroczenie tkwiącego
w przyrodzie prawa moralnego, za swoje zapiekłe negatywne uczucia, za swe
lenistwo i niechęć podjęcia wysiłku życia, za swój egoizm itp. Oczywiście nie
mamy prawa za to ich potępiać, zło bowiem, jak i śmierć, tkwi w procesie życia.
Niemniej, przebywając z takimi chorymi i często z nimi rozmawiając, nieraz
trzeba w sobie tłumić ludzką tendencję do wydawania moralnych sądów i stale
przypominać sobie, że zawód psychiatry jest jak najdalszy od zawodu sędziego.
W tzw. dużej psychiatrii, a więc przede wszystkim w wypadku psychoz, tendencje
moralizatorskie są na ogół uśpione, nie odczuwamy chęci wydawania sądów
moralnych. Psychotycy bowiem są już wykluczeni z kręgu ludzkiej wspólnoty i tym
samym nieodpowiedzialni za swe zachowanie i swe przeżycia. Poza tym
w psychozach, zwłaszcza typu schizofrenicznego, niejednokrotnie można obserwować
znaczne podwyższenie hierarchii wartości moralnych.
Zdarza się nawet, że to podwyższenie jest przyczyną hospitalizacji chorego. Na
przykład Brzezicki opisuje chorego leczonego w krakowskiej Klinice
Psychiatrycznej, który dostał się do niej dlatego, że rozdawał wszystkie
pieniądze biednym, i to zaniepokoiło rodzinę, która przedtem nie zwracała uwagi
na objawy schizofrenii, trwające już od dobrych kilku lat. Jedna z pracownic
służby zdrowia zgłosiła się zaniepokojona do ambulatorium klinicznego, gdyż jej
brat, z którym razem mieszkała, zostawił drzwi mieszkania otwarte, twierdząc, że
wszyscy ludzie są dobrzy. Takie stwierdzenie było dla niej ewidentnym objawem
choroby psychicznej; należy dodać, że jej brat chorował na schizofrenię od wielu
lat, tylko innych objawów do tej pory nie zauważała. Jeden z dziennikarzy,
o moralności, jak większość dziennikarzy, raczej giętkiej, o typie osobowości
pikolaka, w psychozie maniakalnej stał się człowiekiem autentycznym, mówił
ludziom prawdę w oczy, narażając się w ten sposób na nieprzyjemności, i to
w końcu spowodowało jego hospitalizację.
Życie codzienne zmusza człowieka do dewaluacji własnej hierarchii wartości
moralnych i często dopiero w psychozie przychodzi swoiste oczyszczenie, człowiek
staje się w niej wielki. W nerwicach natomiast żyje się wartościami codziennego
życia, które zostają patologicznie wyolbrzymione. Dlatego grzechy codziennego
życia w małej psychiatrii rażą i denerwują, są one karykaturalnie przesadzone,
uporczywe, widzimy często ich genezę i ich chorobowe skutki.
Z punktu widzenia teorii moralności analiza zaburzeń psychiatrycznych pod kątem
ich etycznego znaczenia byłaby przedsięwzięciem zgoła ciekawym i mogącym rzucić
wiele nowego światła na zagadnienie genezy moralności. Analiza taka nie powinna
być jednakże podejmowana przez psychiatrów z powodów już przedstawionych.
W drugiej warstwie sumienia, tworzącej się w dzieciństwie na skutek utrwalenia
pierwszych zetknięć ze zwierciadłem społecznym, zasadą jest wyolbrzymienie
proporcji. Jeśli prawo naturalne stwarza harmonijne podstawy moralności, to ta
warstwa zniekształca naturalną harmonię między dobrem a złem. Nakazy i zakazy
urastają nieraz do monstrualnych rozmiarów. Nabierają cech nieskończoności
("boskość" układu samokontroli z okresu dzieciństwa), nigdy nie wiadomo, kiedy
i jaka nagroda czy kara nastąpi. Ma się przed sobą groźbę "sądu ostatecznego",
losowe wydarzenia są nieraz odczuwane jako kara za niegdyś popełnione "grzechy".
Dzięki temu wyolbrzymieniu, jakiemu prawdopodobnie ulega układ samokontroli
w pierwszym okresie życia, tj. w pierwszych zetknięciach ze zwierciadłem
społecznym, nabiera on niezwykłej siły, która jest konieczna do korygowania
niezliczonych potencjalnych struktur czynnościowych, tworzących się wciąż
u człowieka.
Trzecia, powierzchowna warstwa układu samokontroli rozgrywa się już powyżej
progu świadomości i składa się głównie z aktualnych sygnałów zwrotnych, tj.
z aktualnego odbicia w zwierciadle społecznym. W świadomości ludzkiej zawsze
mieści się obserwator, który krytykuje nasze zachowanie. Ten aktualny obserwator
jest całką informacji zwrotnych pochodzących od otoczenia społecznego. Przede

63
wszystkim liczą się tu aktualne oceny naszego zachowania, ale też nie bez
znaczenia są dawniejsze zapisy pamięciowe, które mówią nam, jak analogiczne
postępowanie zostało niegdyś ocenione. Aktualność nie jest tu tylko pojęciem
czasowym, tj. odnoszącym się do określonego odcinka czasu, lecz raczej pojęciem
świadomościowym; aktualne jest to, co się aktualnie mieści w świadomości. Mogą
to być nie tylko informacje zwrotne dotyczące ocenianej bieżąco struktury
czynnościowej, ale też te wszystkie informacje, które w jakimś stopniu wiążą się
z aktualną sytuacją, mimo że powstały w innych warunkach i w innym czasie.
Swoboda rzutowania się w czasie i przestrzeni, charakterystyczna dla ludzkiego
metabolizmu informacyjnego, występuje też w układzie samokontroli.
Aktywność trzech warstw samokontroli stale z sobą się zazębia. Pierwsze
dwie rozgrywają się poniżej progu świadomości, a ostatnia jest świadoma, ale
włącza struktury samokontroli podświadomej. Nieraz oceny w poszczególnych
warstwach samokontroli są z sobą sprzeczne. Na przykład nakazy i zakazy okresu
dzieciństwa mogą być w sprzeczności z moralnością naturalną. Samokontrola
aktualna może nie zgadzać się z tabu utrwalonym w dzieciństwie lub z naturalnymi
nakazami moralnymi. Nasze sumienie nie jest więc jednolitą całością, ma ono
charakter wyraźnie dynamiczny, składa się z różnorakich elementów, działających
nieraz antagonistycznie, ostateczna ocena jest wypadkową tych różnych sił
samokontroli działających zarówno powyżej, jak i poniżej progu świadomości.
Geneza lęku w każdej warstwie układu samokontroli jest inna. W pierwszej
warstwie, naturalnej lub konstytucjonalnej, lęk wywodzi się z naruszenia praw
przyrody ożywionej, jej dążenia do stwarzania swoistego porządku (negatywnej
entropii) i z naruszenia drugiego prawa biologicznego, porządek moralny bowiem,
jak należy przypuszczać, stanowi rozszerzenie prawa zachowania życia gatunku,
zwycięstwa życia (dobra) nad śmiercią (złem). W drugiej warstwie - zwierciadła
społecznego okresu dzieciństwa, czyli w terminologii psychoanalitycznej superego
- lęk sumienia jest w istocie lękiem społecznym. Jest on szczególnie silny na
skutek swoistego dla tego okresu życia wyolbrzymienia zwierciadła społecznego
i na skutek znaczenia środowiska społecznego dla życia człowieka; oderwanie od
tego środowiska jest równoznaczne ze śmiercią, lęk społeczny w tym okresie życia
jest równocześnie lękiem biologicznym. W trzeciej, aktualnej lub świadomej
warstwie układu samokontroli lęk sumienia jest – podobnie jak w warstwie drugiej
- lękiem społecznym, lękiem przed zwierciadłem społecznym, ale nie ma
katastroficznych rozmiarów jak w warstwie drugiej, jest bardziej związany
z realną sytuacją.
Oczywiście, jak już wspomniano, układ samokontroli trzeciej warstwy wciąga
w siebie warstwy poprzednie, bardziej archaiczne. Warstwy te są bardziej
zautomatyzowane, działają przeważnie poniżej progu świadomości - nie
zastanawiamy się, co jest dobre, a co złe, wybór następuje automatycznie. Gdy
człowiek ma silnie rozwiniętą warstwę pierwszą, a więc naturalnego porządku
moralnego, wówczas jego postępowanie jest harmonijne z prawami świata
otaczającego i jego naturalnym porządkiem. Człowiek taki nie ma tylu
wewnętrznych sprzeczności jak ten, u którego warstwa ta jest słabo rozwinięta,
jego świadome sumienie jest dość spokojne. Gdy przerostowi ulegnie warstwa
druga, to wówczas wskutek charakterystycznego dla niej wyolbrzymienia proporcji
człowiek taki zawsze odczuwa zło w sobie, oczekuje kary, nigdy nie jest z siebie
w pełni zadowolony, w nocy nękają go senne koszmary. Wreszcie gdy dwie pierwsze
warstwy nie są należycie rozwinięte, ciężar kontroli spada przede wszystkim na
warstwę trzecią, co wywołuje jej zbytnie obciążenie. Ludzie tacy żyją w stałym
lęku przed sądem otoczenia; "co o mnie ludzie pomyślą" jest dla nich naczelnym
pytaniem życia. Są to zwykle ludzie o typie osobowości psychastenicznej lub
histerycznej. Ich autoportret jest niedojrzały, szukają oni potwierdzenia
w otoczeniu i nie potrafią siebie bez niego należycie ocenić.
Lęk sumienia jest sygnałem ostrzegawczym układu samokontroli. Kontrola
wypadła dla nas ujemnie i to wywołuje w nas niepokój czy paroksyzm lęku. Układ
kontroli ma prawdopodobnie, jak starano się to tutaj przedstawić, trzy warstwy
o różnej głębokości. Im warstwa jest głębsza, tym lęk jest zwykle silniejszy,
bardziej irracjonalny i trudniejszy do opanowania. Gdy człowiek boi się oceny
otoczenia, wiele spraw może sobie sam wytłumaczyć, skorygować, starać się
wpłynąć na tę ocenę itp. Nie jest to ocena ostateczna i nie czujemy się wobec

64
niej całkowicie bezsilni. Natomiast w dwóch pierwszych warstwach układu
samokontroli fakt, że ocena formuje się poniżej progu świadomości, powoduje, iż
nie mamy na nią wpływu; jest to ocena ostateczna, której nawet w pełni nie
jesteśmy w stanie poznać, ma ona w sobie coś z sądu ostatecznego.

Spokój sumienia
Model techniczny pozwolił nam lepiej zrozumieć znaczenie sprzężenia
zwrotnego w układach samosterujących. W żywych ustrojach spotykamy bardzo wiele
przykładów sprzężeń zwrotnych o różnych poziomach integracji. Traktowanie
sumienia jako sprzężenia zwrotnego o najwyższym poziomie integracji jest
oczywiście znacznym uproszczeniem, ale ułatwia zrozumienie tego niezwykle
skomplikowanego zagadnienia.
Spokój sumienia nie jest tylko poetycką czy moralną metaforą. Doświadczenie
psychiatryczne uczy nas, jak wielką rolę w genezie zaburzeń psychicznych odgrywa
niepokój sumienia.
Psychoterapia w znacznej mierze polega na procesie oczyszczania; to, co obciąża
sumienie, zostaje wyrzucone na zewnątrz, staje się dzięki temu cząstką wspólnego
świata i dzięki tej wspólnocie ciężar winy staje się lżejszy. Nie jest
wykluczone, że najwyższy układ samokontroli może wpływać na układy samokontroli
o niższym poziomie integracji i tym samym zakłócać procesy fizjologiczne.
Zjawisko to zapewne odgrywa pewną rolę w genezie chorób psychosomatycznych;
choroba, jak to dawniej uważano, byłaby pewnego rodzaju "karą za grzechy".
Oczywiście dziś tego typu myślenie wydaje się nam całkowicie absurdalne. Ale
nawet w absurdzie tkwi niekiedy ziarno prawdy.
Dyskusyjną też sprawą jest problem porządku moralnego tkwiącego w przyrodzie
ożywionej. Na ogół skłonni jesteśmy sądzić, że moralność jest tworem
specyficznie ludzkim, że przyroda jest amoralna. Prawa przyrody ożywionej
staramy się zredukować do prostych praw obowiązujących w przyrodzie
nieożywionej, a więc wyłącznie fizycznych i chemicznych. Technizacja nauk
biologicznych ułatwia to zadanie i rzeczywiście rozwój biologii w fizyko-
chemicznym aspekcie jest niezwykły. Nie wiadomo jednak, czy takie ujęcie nie
zacieśnia naszego zrozumienia przyrody ożywionej, czy nie tracimy w ten sposób
z oczu tego, co w niej jest najistotniejsze. Może właśnie jednym z takich
istotnych zagadnień przyrody ożywionej jest problem układów samokontrolujących,
swoistego "sumienia", istot żywych. Życie jest wciąż dla nas wielką niewiadomą,
którą powinniśmy jednak starać się poznawać, choćby dlatego, by siebie lepiej
rozumieć, gdyż sami jesteśmy cząstką przyrody ożywionej.

LĘK DEPRESYJNY

Lęk a dynamika życiowa


Subiektywnym objawem obniżenia dynamiki życiowej obok smutku jest niepokój
przechodzący zwykle w lęk. Lęk jest istotną składową każdego zespołu
depresyjnego. W lżejszych depresjach ma on jeszcze charakter nerwicowy, jest
niepokojem często połączonym z uczuciami agresywnymi, w głębszych natomiast
charakter jego jest już psychotyczny, ma w sobie elementy podświadome ciemnej
przestrzeni nocy. Jeśli nastrój smutku jest w depresji zrozumiały, gdyż
obniżenie dynamiki życiowej subiektywnie objawia się obniżeniem nastroju, to
geneza lęku w depresji jest mniej jasna. Dlaczego przy obniżonej dynamice
życiowej występuje to uczucie, a przy podwyższonej zazwyczaj znika?
Człowiek radosny nie odczuwa lęku, nawet zdarza się, że ewidentne
niebezpieczeństwo nie budzi w nim takiego uczucia. Podwyższenie dynamiki
życiowej znacznie osłabia działanie tak ważnego biologicznego sygnału, jakim
jest lęk. Jest to zresztą jeden z powodów, dla których musimy leczyć ludzi
o patologicznie podwyższonym nastroju; przestają się oni liczyć z zagrożeniami
zarówno natury biologicznej, jak i społecznej; w stanie manii czy organicznie
wyzwolonej euforii łatwo mogą zaszkodzić sobie, nie dysponując tak ważnym
sygnałem ostrzegawczym, jakim jest lęk. Psychologiczny fakt, że podwyższenie
nastroju zmniejsza lęk, był znany od dawna wszystkim wodzom wojskowym. Prowadząc
żołnierzy na rzeź, starali się zawsze polepszyć ich nastrój muzyką, śpiewem,

65
większą ilością jedzenia, wódką, środkami chemicznymi itp.
Przeciwnie się dzieje w obniżonym nastroju; wówczas zazwyczaj sygnał lękowy
staje się silniejszy. Ta sama sytuacja, która w nastroju wyrównanym wywoła
mierne uczucie lęku, w nastroju obniżonym spowoduje lęk znacznie silniejszy,
a w nastroju podwyższonym może w ogóle lęku nie wyzwolić. Jest tu wyraźna
analogia z drugim sygnałem ostrzegawczym, mianowicie bólem. Odczucie bólu
wzrasta przy obniżonym nastroju, a maleje przy nastroju podwyższonym.
Ta dosyć dziwna korelacja dwóch biologicznych sygnałów ostrzegawczych z dynamiką
życiową pozwala nam lepiej zrozumieć związek zachodzący między dynamiką życiową
a stosunkiem do otoczenia. Warunkiem życia jest nawiązanie kontaktu
z otoczeniem, gdyż bez metabolizmu informacyjnego (wymiany ze środowiskiem)
i energetycznego ustaje wszelkie życie. Biologiczne sygnały zagrożenia - lęk
i ból - zmuszają ustrój do wycofania się z kontaktu z otoczeniem, do przerwania
dotychczasowego procesu interakcji. Są to w zasadzie sygnały ucieczki,
a w wypadku, gdy dana żywa istota czuje się silniejsza niż otoczenie, do ataku.
Zarówno jednak w ucieczce, jak i w ataku kontakt z otoczeniem zostaje właściwie
zerwany; gdy uciekamy, oddalamy się od niego, a gdy atakujemy, niszczymy go.
Sygnał lękowy i bólowy przeciwstawia się zatem zasadniczemu warunkowi życia,
jakim jest utrzymanie kontaktu z otoczeniem. Ostrzega on nas przed aktualnym
otoczeniem jako złym i zagrażającym; zwiastuje, że trzeba przed nim uciec lub je
zniszczyć; ale nigdy otoczenie nie jest tylko "dobre", zawsze nawet w środowisku
macierzyńskim jest coś w nim "złego", i sygnał zagrożenia, tj. ból czy lęk, nie
ma wartości obiektywnej, nie jest tylko zależny od zagrożenia istniejącego
w otoczeniu, ale też od aktualnego stanu ustroju. Im dynamika życiowa jest
żywsza, tym żywy ustrój ma większe tendencje do ekspansji w otaczającą
przestrzeń, tym łatwiej znosi się "zło" w niej istniejące i tym samym sygnał
ostrzegawczy jest słabszy.
Człowiek o dużej dynamice życiowej, w dobrym nastroju, szuka nawet sytuacji
wzbudzających lęk. Przezwyciężenie lęku ma dla niego coś podniecającego. Dzieci
lubią słuchać strasznych baśni, chłopcy chętnie narażają się na
niebezpieczeństwa nie tylko dlatego, by zaimponować rówieśnikom, lecz także by
w sobie zwalczyć uczucie lęku. Chęć zwalczania lęku i sprawdzenia siebie jest
silnym motywem w alpinizmie. Ryn1 ten rodzaj lęku nazwał integracyjnym, gdyż
zmusza on człowieka do wysiłku, do wyższego poziomu integracji. Zwalczanie lęku
uświadamia nam fakt, iż życie wymaga wysiłku i odwagi. Życie wymaga rozszerzenia
przestrzeni życiowej, a przestrzeń ta zawsze najeżona jest niebezpieczeństwami;
by ją zdobyć, trzeba w sobie przemóc uczucie lęku. Łatwiej to człowiekowi
przychodzi, gdy jest radosny i pełen życiowej energii, niż gdy smutny
i apatyczny, bo wówczas świat otaczający przytłacza go swoimi niebezpieczeń-
stwami, swoim złem, bólem i cierpieniem, człowiek taki zamyka się w sobie,
wycofuje się z kontaktów z otoczeniem. Obniżenie nastroju zawsze łączy się
z lękiem przed życiem.
Przeciwnie dzieje się w osłabieniu dynamiki życiowej, gdy zagrożenia istniejące
w otoczeniu urastają proporcjonalnie do jej osłabienia. Lęk i ból są sygnałami
powstającymi jako efekt działania dwóch przeciwstawnych sił, jednej
skierowującej ustrój do ekspansji w świat otaczający, tj. dynamiki życiowej,
a drugiej kierującej go w stronę przeciwną, tj. wycofania się z kontaktu
z otoczeniem, zacieśnienia swej czasoprzestrzeni. W pierwszym wypadku otoczenie
przyciąga, jest życzliwe, w drugim odpycha, jest wrogie. Świadomość nasza jest
zwrócona w kierunku świata otaczającego i to prawdopodobnie powoduje, że źródła
lęku i bólu szukamy przede wszystkim w świecie otaczającym. W nim tkwi źródło
"zła", bólu i lęku. Tymczasem sygnały bólu i lęku nie są tylko zależne od świata
otaczającego, ale i od samego ustroju.
Gdy ustrój dysponuje większą dynamiką życiową, sygnały zagrożenia ustępują przed
jego ekspansją w świat otaczający, stają się znacznie słabsze niż wówczas, gdy
dynamika życiowa słabnie. Dynamika życiowa stale oscyluje. Typową jej oscylacją
jest rytm dnia i nocy. W nocy na ogół silniej odczuwamy lęki i ból niż w ciągu
dnia. Intensywna aktywność psychiczna zmniejsza przeżycia bólowe i lękowe. Już
Emanuel Kant zwracał uwagę na to, że jego bóle związane z podagrą zmniejszały
się znacznie, gdy intensywnie myślał nad jakimś filozoficznym problemem. Ból
_____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________
1
Z. Ryn — autor pionierskich prac z zakresu psychopatologii alpinizmu, częściowo wymienionych w piśmiennictwie.

66
zęba zmniejsza się na interesującym przedstawieniu teatralnym czy filmowym.
W wirze walki żołnierz może nie odczuwać bólu zadanej mu rany.
Lęk i ból mogą także wystąpić na skutek samego obniżenia dynamiki życiowej.
W depresjach niepokój i lęk są zjawiskiem powszechnym, a skargi hipochondryczne
nie należą do rzadkości. Jeśli ból i lęk uznajemy za sygnały zagrożenia, to
należałoby przyjąć, że obniżenie dynamiki życiowej samo w sobie stanowi
zagrożenie dla żywego ustroju. Jest ono bowiem czynnikiem wystarczającym do
wyzwolenia tych sygnałów. Zapala się czerwone światło, gdyż z samym ustrojem
jest coś nie w porządku.
Wynikałoby stąd, że ustrój powinien pracować na pewnym poziomie aktywności;
poniżej tego poziomu jego działanie staje się niewłaściwe i dlatego aktywowane
są mechanizmy alarmowe. Na czym ta niewłaściwość polega? Prawdopodobnie na
zbytnim obniżeniu poziomu integracji. Z obniżeniem bowiem dynamiki życiowej
łączy się obniżenie procesów integracyjnych. Swoisty porządek ustroju zostaje
zachwiany. Zjawisko to wyraźnie występuje w depresji, myśli są w niej porwane,
krążą wokół jednego przykrego tematu, uczucia zalegają, mają znak ujemny,
w głębszych depresjach dochodzi do rozchwiania porządku wegetatywnych
i biochemicznych czynności ustroju. Ale nawet w zwykłych wahaniach nastroju,
występujących codziennie u każdego człowieka, można obserwować obniżenie
zdolności integracyjnych w smutku, a ich podwyższenie w nastroju pogodnym.
Z doświadczenia wiemy, jak łatwo przychodzą pomysły i nowe skojarzenia, gdy
człowiek jest pogodny, a jak ciężko mu myśleć, decydować, kojarzyć, gdy jest mu
smutno.
Stany obniżonego nastroju, apatii, zwykle łączą się z obniżeniem poziomu
procesów integracyjnych. Niepokój, lęk, a nieraz dolegliwości fizyczne typu
hipochondrycznego, które im towarzyszą, należałoby traktować jako sygnały
zagrożenia wynikającego z przekroczenia dolnej granicy dynamiki życiowej. Janet
stwarzając pojęcie psychastenii, którego używał w znacznie szerszym zakresie,
niż to jest przyjęte ogólnie we współczesnej psychiatrii, pierwszy, jak się
zdaje, zwrócił uwagę na fakt, że obniżenie sił życiowych ustroju (to bowiem
dosłownie znaczy "psychastenia", psyche - dusza, asthenos - słaby), a w związku
z tym także procesów integracyjnych, prowadzi do powstawania lęków.
Między żywym ustrojem a jego środowiskiem istnieje ścisła zależność. Środowisko
przedstawia zawsze dla ustroju szereg niebezpieczeństw, liczba ich jednak
i natężenie nie mają wartości obiektywnej, zależą od dynamiki ustroju. Im
dynamika większa, tym bardziej maleją zewnętrzne niebezpieczeństwa, a gdy
dynamika słabnie, wówczas automatycznie wzrasta zagrożenie ze strony otoczenia.
Wydaje się, że ten brak obiektywności w ocenie niebezpieczeństw tkwiących
w środowisku jest w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem, niemniej rzuca on
światło na problem nierozerwalności związku ustroju ze środowiskiem.
Drugim czynnikiem wpływającym na występowanie lęków w depresjach jest powiązanie
depresji z zasadniczymi rytmami biologicznymi, tj. rytmem pór roku i rytmem dnia
i nocy. Zagadnienie to zostało szerzej omówione w książce pt. Melancholia. Oba
rytmy mieszczą w sobie zalążki lęku. Oba rytmy tworzą zasadniczy rytm życia,
rytm śmierci i zmartwychwstania, tj. rytm niszczenia i budowania, umierania
i odradzania się. Rytm dnia i nocy jest skróconym rytmem pór roku. Sen i śmierć
- noc i zima - byłyby zjawiskami do siebie zbliżonymi, a poranek i wiosna -
okresem największej dynamiki życiowej. Wskutek swego obniżenia dynamiki życiowej
depresja zbliża człowieka do śmierci, zimy (w rytmie pór roku), a przez swą
ciemność - do nocy (w rytmie pór dnia i nocy).
Zbliżenie do śmierci wywołuje uczucie lęku. Człowiek w depresji ma uczucie, że
wszystko dla niego się skończyło, nie ma już nadziei, nie ma przyszłości, czeka
go tylko śmierć. Śmierć jest jedynym wyjściem z beznadziejnej sytuacji, ale
śmierci człowiek się boi. By popełnić samobójstwo, trzeba zwalczyć w sobie
uczucie lęku, czyli trzeba mieć na tyle siły życiowej, by podjąć tę
najtrudniejszą w życiu decyzję. Dlatego chorzy w głębokiej depresji na ogół nie
popełniają samobójstw. Jak zima ogołaca przyrodę z jej bogactwa i piękna, tak
depresja czyni świat otaczający pustym, zimnym, odpychającym. Świat taki nie
pociąga do siebie, lecz odpycha, budzi lęk i grozę. Nie ma już ekspansji
w otaczający świat, człowiek jest zamknięty w swojej ciemnicy, za swoim murem
płaczu nie do przebycia. Nie ma przyszłości, a przeszłość przygniata poczuciem

67
winy. Jesień i zima są porami roku, w których robi się bilans z aktywności
całorocznych. W depresji bilans ten wypada ujemnie, układ samokontroli nastawia
się w ten sposób, aby z przeszłości wyciągać tylko to, co złe, człowieka może
czekać tylko kara. Lęk sumienia jest dla depresji zjawiskiem typowym. Zarówno
więc przyszłość, jak i przeszłość w depresji obciążone są lękiem.
Czerń kolorytu emocjonalno-nastrojowego depresji wprowadza chorego
w psychotyczną przestrzeń nocy. Jest to przestrzeń, do której swobodnie rzutują
się struktury podświadome. Człowiek wyrzuca w nią to, co w nim tkwi głęboko,
czego sam nie rozumie, co budzi w nim nieraz lęk i grozę. Struktury własne,
wyrzucone w zewnętrzną przestrzeń, nabierają cech rzeczywistości i przez to
urzeczywistnienie tym większy budzą lęk. Przestrzeń jasna, dnia, jest wspólna,
ludzka, ścierają się w niej struktury własne ze strukturami innych ludzi. Własne
struktury trzeba podporządkować prawom obowiązującym w tej przestrzeni.
Rzeczywistość ma tu charakter społeczny, rzeczywiste jest to, co przez innych
jest za rzeczywistość przyjmowane. Ten społeczny charakter przestrzeni jasnej
(dnia) powoduje, że lęk przed nią jest mniejszy. Człowiek wobec niej nie jest
pozostawiony sam sobie, lecz zdobywa ją wspólnie z innymi ludźmi. Natomiast
przestrzeń nocy jest indywidualna, człowiek wobec niej jest samotny.
Czasoprzestrzeń w depresji jest zamknięta, przed człowiekiem jest tylko śmierć
(tak jest w rytmie pór roku), jednocześnie jest przestrzenią ciemną, niewiadomą,
w której człowiek jest samotny i rzutuje w nią swe własne, przeważnie
podświadome struktury czynnościowe (tak jest w rytmie dnia i nocy). W pierwszym
wypadku dominuje lęk przed końcem wszystkiego, przed śmiercią, a w drugim -
przed nieznanym, przed tajemnicą kryjącą się w samym człowieku i w otaczającym
go świecie.
Na nasilenie się lęków w depresji wpływa swoista dla obniżenia dynamiki życiowej
inercja procesów psychicznych, która subiektywnie jest odczuwana jako ciężkość.
Przy normalnej dynamice życiowej człowiek może przezwyciężyć swój lęk i wkroczyć
w sytuację zagrożenia lub może z tej sytuacji się wycofać. Poza okresami szoku,
gdy jest tym uczuciem sparaliżowany, i poza stanami nerwicowymi, w których
postawa lękowa ulega utrwaleniu, lęk nie jest uczuciem długotrwałym, co zresztą
wynika z jego charakteru - sygnału niebezpieczeństwa. Sygnał działający zbyt
długo przestaje być sygnałem, traci swój celowy sens, nie ostrzega, ale jest
tylko objawem dezorganizacji układu. Wyobraźmy sobie urządzenie alarmowe, które
stale buczy lub wydaje inny dźwięk mający zaalarmować właściciela. Sytuacja tego
typu istnieje w nerwicach. Zmienność życia powoduje, że po sygnale lękowym
wytwarza się nowy stan równowagi, w którym sygnał ten staje się już zbyteczny.
To samo dotyczy sygnałów bólowych. Utrwalenie się sygnału bólowego świadczy bądź
o patologii samego układu sygnalizacyjnego, co może się zdarzyć w pewnych
zaburzeniach neurologicznych i psychiatrycznych (np. w zapaleniu wielonerwowym,
w newralgiach, przy uszkodzeniu dróg bólowych, w nerwicach, zwłaszcza typu
konwersji histerycznej), bądź o niemożności wyjścia z sytuacji zagrożenia, jak
to się dzieje w chorobach chronicznych, którym ból już zwykle towarzyszy do
końca, choć występuje pewna do niego adaptacja.
Swoista ciężkość depresji sprawia, że struktury czynnościowe nie ulegają
normalnej wymianie i że uporczywie zalegają. Człowiek nie może oderwać się od
nękających go myśli i uczuć. Myśli te zazwyczaj są smutne i budzą lęk. Ponieważ
nie można się od nich oderwać, toteż lęk nie opuszcza chorego. Wzrost lęku przy
obniżeniu dynamiki życiowej w znacznej mierze wynika z występującej wówczas
inercji. W zwiększonej dynamice życiowej wzrasta zmienność struktur
czynnościowych (typowa dla stanów maniakalnych gonitwa myśli) i dzięki temu lęk
nie ma szans utrzymać się dłużej. To samo zjawisko obserwujemy w okresach
bezczynności, wówczas lęk, jak również ból, zwykle wzrasta, a maleje, gdy
jesteśmy czymś aktywnie zajęci.

Różne rodzaje lęku w depresjach


U młodych ludzi lęk dotyczy przeważnie przyszłości; jest to lęk przed
nicością, bezsensem, tajemnicą, która przed nimi stoi. U starych ludzi natomiast
częściej dotyczy przeszłości. Źródłem lęku stają się wówczas poczucie winy,
ujemny bilans życia, poczucie jego zmarnowania itp. Formy lęku przyjmują różne
postacie. W lżejszych depresjach lęk ma charakter nieokreślonego niepokoju,

68
niekiedy z domieszką uczuć agresywnych. Dość często nieokreślony niepokój
koncentruje się wokół realnych sytuacji, które na skutek depresji ulegają
znacznemu wyolbrzymieniu (typowe dla depresji trapienie się). W głębszych
depresjach zdarzają się już paroksyzmy lęku (np. w depressio agitata),
a tematyka lęków staje się zwykle psychotyczna. Człowiek wchodzi wówczas
w przestrzeń psychotyczną nocy; znajdujące się poniżej progu świadomości
struktury czynnościowe zostają wyrzucone w tę ciemną przestrzeń, nabierając
wskutek tego realności halucynacji, iluzji i urojeń.
Nie wiemy, w jakim stopniu struktury czynnościowe znajdujące się poniżej
progu świadomości są modelowane przez przeżycia świadome, w jakiej mierze
odzwierciedlają one przeżytą przeszłość. Dlatego trudno odpowiedzieć na pytanie,
w jakim stopniu "zło", które ujawnia się w psychotycznej nocy depresji, jest
"złem" rzeczywistym, które swego czasu zostało zepchnięte poniżej progu
świadomości, a w jakim jest ono fikcyjne, wytworzone przez samą patologię
przestrzeni ciemnej.
Przestrzeń ciemna (nocy) w przeciwieństwie do przestrzeni jasnej (dnia) jest
najbardziej własna i intymna, w niej ujawnia się to, co w człowieku skryte,
z czego sam często nie zdaje sobie sprawy. Jeżeli słuszna jest koncepcja
o istnieniu dobra i zła w naturze, to w tych najgłębszych warstwach znajdują one
swe źródło.
W psychotycznej ciemności depresji ujawnia się ta najgłębsza i najsurowsza
moralność, która jest moralnością natury i wczesnego okresu życia, gdy tworzą
się zręby układu samokontroli. Najstarsze, znajdujące się poniżej progu
świadomości warstwy tego układu mają w sobie, jak wspomniano, cechy
nieskończoności i ten charakter "sądu ostatecznego" ujawnia się w psychotycznej
ciemności, depresji. Ostateczna ocena, która dla człowieka zawsze pozostaje
nieznana, ujawnia się w psychotycznych przeżyciach, depresji.
Na krańcach ludzkiej czasoprzestrzeni mieszczą się znaki nieskończoności,
człowiek mieści się w przyszłości i w przeszłości. W depresji zbliżamy się do
tych krańców. W przyszłości widzimy nicość śmierci, a z przeszłości wyłania się
perspektywa sądu ostatecznego. Świat psychozy jest światem spraw ostatecznych,
gdyż w niej na powierzchnię się wydobywa to, co w człowieku najtajniejsze,
a ponieważ przestrzeń psychotyczna jest nieograniczona, człowiek w psychozie
musi zmierzyć się z nieskończonością. Pascal, pisząc o ludzkim lęku, mówi
o nieskończoności makrokosmosu i mikrokosmosu, która otacza człowieka.
Nieskończoność mieści się też w przeżyciach ludzkich, co między innymi uwydatnia
się w depresji.

LĘK SCHIZOFRENICZNY

Jeśli w depresji smutek jest osiowym objawem, a lęk raczej wtórnym, to


w schizofrenii zajmuje on centralną pozycję w przeżyciach chorego. Analiza lęku
schizofrenicznego jest zadaniem niezwykle trudnym, gdyż zarówno geneza jego jest
różnorodna, jak i nasilenie przekracza granice wyobraźni człowieka tzw.
normalnego. Trzeba właściwie samemu przejść epizod schizofreniczny, by
zrozumieć, czym jest lęk w tej chorobie. Przekracza on znacznie wymiary sygnału
lękowego występujące w sytuacjach nawet największego zagrożenia. Byli schizofre-
nicy na ogół łatwo znosili piekło obozów zagłady, gdyż w porównaniu z tym, co
przeżyli w trakcie swej psychozy, przeżycia obozowe nie były dla nich tak
straszne. Wielu też byłych schizofreników spisało się dzielnie w działaniach
wojennych ostatniej wojny, ich reakcje lękowe w realnej sytuacji zagrożenia nie
dorównywały reakcjom lękowym wobec zagrożenia fikcyjnego przeżytego w psychozie.
Obserwowane u większości chorych w ostrej schizofrenii silne rozchwianie
wegetatywne i biochemiczne ustroju, a także stany zahamowania ruchowego
i skrajnego podniecenia przemawiają za siłą przeżyć lękowych. Lęk prowadzi też
do przekształcenia obrazu otaczającego świata i własnej osoby, z niego tworzą
się struktury urojeniowe i omamowe.

Lęk społeczny
Jeśli tematykę lęków w depresji można by w przybliżeniu określić jako

69
metafizyczną, sięga ona bowiem w nieskończoność przyszłości i przeszłości
człowieka, to w schizofrenii jest ona przede wszystkim społeczna. Dominuje
w niej lęk przed drugim człowiekiem; wskutek psychotycznego wyolbrzymienia
człowiek ten może przyjąć apokaliptyczne wymiary Szatana, Boga, potężnego wroga,
tajemniczych organizacji itp. Depresja stawia człowieka wobec problemu czasu
przyszłego i przeszłego, a schizofrenia wobec problemu jego środowiska
społecznego. Można by przyjąć, że depresja jest patologicznym wyrazem normalnej
oscylacji dynamiki życiowej, a schizofrenia - wyrazem zaburzeń metabolizmu
informacyjnego. Ponieważ wymiana informacyjna dotyczy przede wszystkim sygnałów
pochodzących ze środowiska społecznego, więc w relacjach z nim trzeba szukać
genezy patologii schizofrenii. By zrozumieć genezę lęku schizofrenicznego,
trzeba nieraz cofnąć się do wczesnego dzieciństwa, gdyż wówczas zawiązują się
pierwsze relacje ze środowiskiem społecznym i tworzy się zasadniczy schemat
metabolizmu informacyjnego. Natomiast zrozumienie lęku depresyjnego na ogół nie
wymaga takiego historycznego podejścia, koreluje on bowiem wyraźnie z obniżeniem
dynamiki życiowej, a jej oscylacje mogą wystąpić w różnych okresach życia.
Zasadniczym warunkiem wejścia w wymianę informacyjną z otoczeniem jest
przyjęcie postawy "do", nie można bowiem wymieniać informacji z czymś, od czego
chce się uciec lub co chce się zniszczyć. Opieka macierzyńska, która otacza
młode istoty, ułatwia im przyjęcie takiej postawy, środowisko dzięki tej opiece
staje się przychylne i przyciągające, nie zagraża ono niebezpieczeństwami, nie
trzeba się go bać i przed nim uciekać. Obserwując niemowlęta, można zauważyć
znaczne różnice w poziomie ich postawy "do" otoczenia. Jedne wyciągają rączki do
otoczenia, uśmiechają się, inne są zalęknione, często płaczą, widać, że już
w tym wieku otaczający świat jest dla nich przykry.
Nie potrafimy na razie odpowiedzieć, co wpływa na to, że u jednych ludzi już od
wczesnego okresu rozwoju przeważa postawa "do", a u innych "od" otoczenia.
U zwierząt, jak się zdaje, też można od wczesnego okresu rozwojowego obserwować
różnice w poziomie postawy "do", nie są one jednak tak wyraźne jak u człowieka,
na ogół przeważa u nich postawa "do". We współczesnej psychiatrii dominuje
pogląd, że przyszli schizofrenicy są delikatniejsi i drażliwsi, wskutek czego
czynniki patologiczne tkwiące w środowisku rodzinnym łatwiej wywołują u nich
wycofywanie się z kontaktów z otoczeniem. Nie wiadomo jednak, na czym ma polegać
ta genetycznie uwarunkowana większa drażliwość przyszłych chorych na
schizofrenię.
Określenie genetycznego uwarunkowania jakiejkolwiek cechy psychicznej jest
niezwykle trudne, gdyż nigdy nie da się w niej odizolować czynników genetycznych
od środowiskowych. A dotychczas nie wiemy, jakie odzwierciedlenie w życiu
psychicznym znajduje plan genetyczny. Na razie musimy zadowolić się posiadanymi
informacjami o odzwierciedlaniu planu genetycznego na najniższym, tj.
biochemicznym poziomie integracji czynności ustroju. Nie wiemy, jaka jest
zasadnicza struktura życia psychicznego człowieka. Gdybyśmy ją znali, można by z
pewnym przybliżeniem przyjąć, że jest ona uwarunkowana genetycznie. Na razie
obracamy się w kręgu nie sprawdzonych hipotez: jako jedną z nich można przyjąć,
że przewaga postawy "do" lub "od" jest elementem tej zasadniczej struktury życia
psychicznego człowieka.
Cechą przyrody ożywionej jest ekspansja w otaczający świat. Każda żywa
istota dąży do powiększenia swej przestrzeni życiowej, gdyż to jest warunkiem
jej egzystencji. Ekspansja natomiast jest możliwa przy przyjęciu postawy "do"
otoczenia. W ten sposób przewaga postawy "do" jest proporcjonalna do tendencji
ekspansywnych ustroju, czyli do jego dynamiki życiowej. Ten schemat jest zgodny
z subiektywnym obrazem procesów życiowych. Pogodny nastrój, który jest
subiektywnym odpowiednikiem wzmożonej dynamiki życiowej, koreluje ze wzrostem
uczuć pozytywnych, tj. ze wzrostem postawy "do". A przeciwnie, nastrój obniżony
koreluje ze wzrostem uczuć negatywnych do otoczenia. Jeśli przyjąć, że tendencja
do ekspansji stanowi zasadniczą cechę wszelkich żywych istot, a tym samym
i człowieka, to należałoby przypuszczać, że w znacznej mierze jest ona
uwarunkowana genetycznie, a tym samym zasadnicza orientacja w otaczającym
świecie, tj. przewaga postawy "do" lub "od", w znacznej mierze zależy od
czynników genetycznych.

70
Struktura rodzinna
Od przeszło ćwierćwiecza wiele uwagi w piśmiennictwie psychiatrycznym
poświęca się analizie struktury rodzinnej, a zwłaszcza postaci matki przyszłych
chorych na schizofrenię. W różny sposób, przeważnie niezbyt pochlebnie,
opisywano matkę przyszłego schizofrenika. Należy zaznaczyć, że w miarę postępu
badań nad tym zagadnieniem opisy stawały się stopniowo coraz łagodniejsze i dziś
już na ogół nie straszy nas obraz schizofrenogennej matki, swego rodzaju
"potwora", zimnego, władczego, często nienawidzącego swego dziecka. Również
ojciec nie zawsze jest taki bezradny i marginesowy, jak go początkowo
przedstawiano. W badaniach psychiatrycznych często sprawdza się przysłowie: "gdy
kto chce uderzyć psa, to znajdzie kij". Psychiatra zawsze potrafi doszukać się
patologii w badanym przedmiocie. Nie należy zapominać o tym, że nie ma
środowiska "dobrego", tzn. takiego, w którym nie działałyby żadne szkodliwe
czynniki. Każde środowisko jest dobre i złe zarazem. Zresztą idealnie "dobre"
środowisko okazałoby się może najbardziej szkodliwe, gdyż nie przystosowywałoby
ustroju do walki, obrony, wysiłku. Ta ogólna zasada, odnosząca się do każdego
środowiska, stosuje się też do tego środowiska, które w życiu człowieka odgrywa
najważniejszą rolę, tj. do jego rodziny wyjściowej.
Badania prowadzone w ostatnich latach mogą dość wyraźnie wskazywać na to, że
jeśli w rodzinach dzieci i młodzieży nerwicowej lub przestępczej występuje
wyraźna patologia rodziny, to w rodzinach młodzieży schizofrenicznej ta
patologia jest ukryta i pozornie te rodziny przedstawiają harmonijny obraz.
Często jednak pod pozorami "dobrej" rodziny kryje się pustka uczuciowa lub
niemożność wyrażenia swych uczuć. Należy się spodziewać, że stosowana obecnie
psychoterapia całej rodziny chorego na schizofrenię pozwoli w przyszłości lepiej
zrozumieć jej strukturę emocjonalną i uchwycić ewentualne czynniki patogenne. Na
razie trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, co w rodzinie przyszłego
schizofrenika działa ujemnie na jego rozwój.
Sami chorzy odczuwają nieraz atmosferę rodzinną jako szkodliwą. W ostrej fazie
choroby nierzadko w sposób niezwykle gwałtowny, a niekiedy i brutalny formują
swe zarzuty w stosunku do rodziców. Dynamika życia uczuciowego w schizofrenii,
burzliwa w ostrej fazie, powoduje znaczne wypaczenie obrazu rzeczywistości.
Trudno więc na podstawie wypowiedzi chorych wytworzyć sobie obiektywny obraz
stosunków uczuciowych panujących w ich rodzinach. Nie można jednak pomijać
pretensji, jaką większość chorych na schizofrenię ma do swych rodziców o to, że
nie czuli się w domu dobrze, że dom ten nie był dla nich dostatecznie "ciepły",
że matka nie okazywała im dostatecznego uczucia, że ojciec był obojętny, zbyt
surowy lub nie zajmował się w ogóle rodziną itp. Środowisko macierzyńskie - tak
ważne dla normalnego rozwoju nie tylko człowieka, ale też wyższych zwierząt -
w odczuciu chorych na schizofrenię nie miało dostatecznego ciepła.
Środowisko rodzinne tworzy swoistą warstwę ochronną przed niebezpieczeństwami
normalnego środowiska. Prawo zachowania życia gatunku wymaga, by istoty młode
i jeszcze do samodzielnego życia niezdolne były otoczone opieką rodzicielską.
Prokreacja polega bowiem nie tylko na zapłodnieniu, lecz także na wychowaniu.
Sam akt seksualny nie wystarcza do wypełniania drugiego prawa biologicznego.
U ssaków najwcześniejszy okres rozwoju jest przymusowo otoczony opieką
macierzyńską dzięki temu, że nowo powstała istota jest nierozerwalnie związana
z organizmem matki. Nie można inaczej wyzwolić się z obowiązków opieki niż przez
zabicie płodu.
Od momentu narodzin organiczne zespolenie zostaje wprawdzie zerwane, ale nadal
opieka matki jest koniecznym warunkiem życia, bez niej dziecko skazane jest na
śmierć. Naturalne środowisko bez warstwy izolacyjnej, jaką stanowi macierzyńska
opieka, jest dla niego środowiskiem grożącym bezwzględnie zagładą. Dlatego
pierwsze sygnały lękowe powstają w związku z zagrożeniem utraty środowiska
macierzyńskiego, a więc gdy np. małe dziecko zostawi się samo, w ciemności, gdy
nagle ujrzy ono obce twarze, gdy nie widzi matki i jego krzyk jej nie
przywołuje.
Mimo opieki matki środowisko może nie spełniać warunków macierzyńskości, dziecko
może cierpieć z powodu choroby, niedożywienia, pragnienia, zimna, nagłej utraty
oparcia ciała (reakcja lękowa wywołana przez nagłe usunięcie becika spod pleców
dziecka) itp. W tych wypadkach osoba matki nie jest czynnikiem zapewniającym

71
bezpieczeństwo. Poczucie bezpieczeństwa, które środowisko macierzyńskie ma
stwarzać, zostaje zachwiane. Zamiast pewności powstaje niepewność. To pierwsze
zachwianie wiary może rzutować na tworzący się w tym okresie rachunek
prawdopodobieństwa, więcej będzie w nim minusów niż plusów.
W momencie narodzin zostaje zerwana organiczna łączność z matką, ale miejsce jej
zajmuje swoista łączność uczuciowa, która w miarę kontaktu z dzieckiem i jego
rozwoju coraz bardziej się rozbudowuje i wzbogaca i która nie ma żadnego
odpowiednika w innych uczuciach ludzkich. Miłość ta na pewno istnieje też
u zwierząt, przynajmniej wyższych, i ma nawet formy bardziej harmonijne
i dynamiczne niż u człowieka. Człowiek wskutek swego oderwania się od
konkretności życia (przewaga postawy abstrakcyjnej) nieraz zatraca to, co
określiłem jako moralność naturalną, której miłość macierzyńska jest
najpiękniejszym przejawem.
Związek matki z dzieckiem już po fakcie narodzin pozostaje nadal bardzo ścisły,
i prawdopodobnie ta ścisłość związku, która wynika z drugiego prawa
biologicznego, sprawia, że kobieta nie zawsze jest w stanie go znieść. Człowiek
bowiem w przeciwieństwie do zwierząt nie wytrzymuje zbytniego zrośnięcia
z otoczeniem, zbyt silna jest u niego tendencja do oderwania się, do wolności
(przewaga postawy abstrakcyjnej nad konkretną). Łączność uczuciowa wynika
z postawy konkretnej, ze zrośnięcia się z otoczeniem. Konieczne ruchy, gesty,
słowa, różnego rodzaju formy macierzyńskiego zachowania przychodzą same, nie
trzeba się nad nimi zastanawiać, nie trzeba ich planować.
Obserwując macierzyńskie zachowanie zwierząt, niejednokrotnie nie można oprzeć
się wrażeniu, że jest ono znacznie mądrzejsze niż ludzkie. Zwierzęta wiedzą,
czego ich potomstwu najbardziej potrzeba w danym okresie rozwoju, umiejętnie
przygotowują je do życia, uczą zdobywać pokarm i unikać niebezpieczeństwa,
a w odpowiednim czasie spokojnie, a nie tak boleśnie, jak to przeważnie bywa
wśród ludzi, rozstają się z potomstwem, zostawiając mu pełną swobodę.
U człowieka macierzyństwo nie przebiega tak harmonijnie. Może wynika to stąd, że
człowiek dysponuje w porównaniu ze zwierzętami niezwykłą mnogością struktur
czynnościowych i wybór między nimi nie zawsze jest łatwy. Tam gdzie związek
z otoczeniem ma być jak najściślejszy, nie ma na ogół czasu na wybór świadomy,
dokonuje się on automatycznie (tego rodzaju wybór dotyczy np. podstawowych
postaw uczuciowych "do" i "od"). Człowiekowi trudno zachować tego typu związek
z otoczeniem, przeszkadza mu nadmiar potencjalnych struktur czynnościowych; by
móc je należycie rozwinąć, musi zachować pewien dystans w stosunku do otoczenia.
Człowiek nie wytrzymuje zbyt dużego zbliżenia do swego środowiska, i gdy jest
w takiej sytuacji jak macierzyństwo, świadomie czy nieświadomie buntuje się
przeciw niej, aż w końcu wytwarza dystans między sobą a przedmiotem, z którym
jest związany.
Dzięki wytworzonemu dystansowi mogą zmieścić się struktury czynnościowe, które
by w bezpośrednim kontakcie z otoczeniem nie znalazły dla siebie miejsca, i tak
np. w wypadku macierzyństwa obok struktur czynnościowych naturalnych
i w znacznej mierze automatycznych wspólnych dla człowieka i dla wyższych
przedstawicieli świata zwierzęcego występują struktury już typowo ludzkie,
bardziej skomplikowane, często świadomie planowane. Decyzja wyboru właściwych
form zachowania macierzyńskiego staje się coraz trudniejsza, gdyż jest już
między czym wybierać. Matka staje się niepewna, dziecko skutkiem tego budzi
w niej lęk i agresje i nie pomoże jej szukanie rady w najbardziej fachowych
podręcznikach.
Wiele uwagi w piśmiennictwie psychologicznym i psychiatrycznym poświęca się tzw.
dojrzałości psychicznej do macierzyństwa. By być zdolnym do macierzyństwa -
podobnie zresztą jak do życia erotycznego, gdyż obie te formy życia wywodzą się
z drugiego prawa biologicznego - trzeba być zdolnym do dawania uczuć, a nie
tylko do ich brania, postawa altruistyczna musi równoważyć postawę egoistyczną,
jeśli nie nad nią przeważać. Jest to problem jak najbardziej istotny nie tylko
dla dojrzałości do życia erotycznego i macierzyństwa, ale w ogóle do życia.
W wypadku uczuciowej dojrzałości do macierzyństwa jesteśmy świadkami
paradoksalnego raczej zjawiska, a mianowicie struktury czynnościowe określane
jako dojrzałe są bardzo zbliżone do struktur występujących w świecie zwierzęcym,
podczas gdy struktury określane jako niedojrzałe są bardziej ludzkie,

72
przynajmniej w tym sensie, że występują tylko u człowieka. Czyżby więc
dojrzałość uczuciowa była cechą bardziej zwierzęcą niż ludzką?
Mimo wewnętrznego sprzeciwu wypada na to pytanie odpowiedzieć twierdząco.
Dojrzałość uczuciowa polega, jak wspomniano, przede wszystkim na zdolności do
dawania uczuć. A zdolność ta jest z kolei zależna od stopnia złączenia
(zrośnięcia) z otoczeniem. W wypadku przewagi postawy abstrakcyjnej granica
między "ja" a światem otaczającym występuje wyraźnie. Wynika to z większej
odległości, jaka tworzy się między obu układami. Dzięki niej możliwe staje się
rozwinięcie drugiej fazy metabolizmu informacyjnego, tzn. tej, w której
przeważają struktury czynnościowe związane z przekształcaniem otaczającego
świata (postawa "nad"), a więc w subiektywnym odczuciu struktury myślowo-
wolicjonalne. Natomiast w pierwszej fazie metabolizmu informacyjnego przeważają
struktury czynnościowe związane z naszym życiem uczuciowo-nastrojowym, a więc
z dynamiką życiową i zasadniczą orientacją w świecie otaczającym (postawa "do"
i "od").1 Gdy przeważa postawa konkretna, zaciera się granica między "ja"
a otaczającym światem.
Człowiek jest zrośnięty z otoczeniem, jego uczucia i nastroje promieniują na
zewnątrz, a uczucia i nastroje otoczenia udzielają się jemu samemu. Cechą życia
uczuciowego (pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego) jest właśnie to
zespolenie z otoczeniem (przewaga postawy konkretnej). W wypadku nastrojów
i uczuć niepodobna oddzielić podmiotu od przedmiotu. Koloryt emocjonalny
przechodzi bowiem przez granicę oddzielającą "ja" od otaczającego świata. Gdy
jest ciemno, to zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz tej granicy, a gdy jasno, to
też po obu jej stronach. Przeciwnie jest w wypadku naszych aktów woli, myśli,
planów itp.; tu przedmiot wyraźnie przeciwstawia się podmiotowi. Wynika to
z samego charakteru działania: ja działam na coś, coś przekształcam, działam
i obserwuję efekt swego działania. Swoją strukturę czynnościową narzuca się tu
otoczeniu. Granica między działającym podmiotem a odbierającym działanie
przedmiotem musi być bardzo wyraźna. O ile w pierwszej fazie metabolizmu
informacyjnego następuje zbliżenie do otaczającego świata (przewaga postawy
konkretnej), o tyle w drugiej fazie - oddalenie od niego (przewaga postawy
abstrakcyjnej).
W procesach metabolizmu informacyjnego występuje stała oscylacja między tymi
dwiema postawami, zbliżanie i oddalanie się od otoczenia. Dojrzałość uczuciowa,
która w głównej mierze polega na zdolności dawania uczuć i właściwej wymianie
uczuciowej z otaczającym światem, wymaga przede wszystkim zbliżenia do
otoczenia, zmniejszenia dystansu dzielącego "ja" od otaczającego świata, czyli
pewnej przewagi pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego, która jest onto-
genetycznie i filogenetycznie starsza niż faza druga, intelektualno-
wolicjonalna. Paradoks tzw. dojrzałości emocjonalnej polegałby na tym, że
w rzeczywistości stanowi ona regresję do bardziej pierwotnych form związku
z otoczeniem. Co się tyczy macierzyństwa, to często jesteśmy świadkami
tragikomicznych efektów, do jakich prowadzi intelektualizacja związku
uczuciowego z dzieckiem. Natura jest tu zawsze mądrzejsza od ludzkich pomysłów.
Wszelkie naukowe próby regulowania stosunku uczuciowego matki do dziecka, w czym
przodują niektórzy psychoanalitycy, okazują się zwykle zgubne zarówno dla matki,
jak i dla dziecka.
Związek uczuciowy matki z dzieckiem jest czymś niezwykle subtelnym, pięknym
i trzeba szczerze powiedzieć - dotychczas tajemniczym. Jak wszelkie procesy
uczuciowe, związek ten niełatwo poddaje się naukowej obserwacji, gdyż obserwacja
taka z reguły go zakłóca, jeśli w ogóle nie niszczy. Dla rozwoju dziecka -
zarówno psychicznego, jak i fizycznego - odgrywa on decydującą rolę, jest może
nawet ważniejszy niż zaspokojenie podstawowych potrzeb fizjologicznych, tj.
należących do metabolizmu energetycznego. Klimat uczuciowy, w jakim przebywa
dziecko, determinuje rozwój metabolizmu informacyjnego, a od niego zależy dalszy
rozwój człowieka. W tym metabolizmie sygnał lękowy jest jednym z pierwszych
sygnałów. Od klimatu uczuciowego zależeć więc będzie, w jaki sposób ukształtuje
się tolerancja na tenże sygnał oraz to, czy pogotowie lękowe będzie duże czy
małe.
____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________
1
Zagadnienie obu faz metabolizmu informacyjnego zostało szczegółowo omówione w książce pt. Melanchoiia (PZWL,
1974, s. 89 i nast).

73
Lęk jest uczuciem, które chyba najsilniej rezonuje się w układzie endokrynno-
wegetatywnym, co może wpływa też na to, że jest on uczuciem najłatwiej przeno-
szącym się, najbardziej "zaraźliwym". Zjawisko to występuje u dorosłych,
klasycznym przykładem jest panika. Najwyraźniej jednak występuje w wieku
niemowlęcym, gdy dziecko nie dysponuje jeszcze innymi środkami komunikacji. Stan
psychiczny, a zwłaszcza lęk matki, przenosi się z łatwością na jej dziecko.
Uczucia przenoszą się też w odwrotnym kierunku, tzn. z dziecka na matkę, ale
osoba dorosła jest zawsze mniej podatna na ten rodzaj komunikacji niż dziecko,
choćby z tego względu, że jest to u niego na razie jedyna forma metabolizmu
informacyjnego. W tym okresie życia nie wytworzyła się jeszcze druga faza
metabolizmu informacyjnego i kontakt z otaczającym światem jest bardziej
bezpośredni, nie ma bowiem granicy między "ja" a otaczającym światem, wszystko
łączy się w jedną całość.
Pogotowie lękowe matki z łatwością więc przenosi się na jej dziecko, nie pomogą
tu różne sposoby maskowania się. Małe dziecko, podobnie zresztą jak domowe
zwierzęta, odczytuje na ogół bezbłędnie to, co kryje się pod maską. Maska
powstaje dopiero później, w miarę komplikowania się stosunków międzyludzkich
i konieczności zachowywania określonych form interakcji. Z wiekiem tępieje zmysł
psychologiczny, większą uwagę zwraca się na formę niż na kryjącą się pod nią
treść.
Celem środowiska macierzyńskiego jest oddzielenie młodej istoty od
niebezpieczeństw zagrażających jej ze strony otaczającego świata. Idealne zatem
środowisko macierzyńskie nie powinno w ogóle wywoływać sygnału zagrożenia,
a więc lęku i bólu. Jak dobrze wiadomo, ideał taki nigdy się nie realizuje.
Młode stworzenie nie jest wolne od obu tych sygnałów, lęk i ból towarzyszą żywym
istotom od zarania ich istnienia. Nie wiemy, czy przeżycia te występują już
w najwcześniejszych okresach życia, np. w życiu płodowym u ssaków, w każdym
razie należą do najwcześniejszych przeżyć w życiu pozapłodowym. Sygnał
zagrożenia może być wywołany niebezpieczeństwem utraty środowiska
macierzyńskiego, np. gdy małe dziecko jest zostawione samo lub w ciemności. Może
być wywołany niedostatecznym zabezpieczeniem przez środowisko macierzyńskie
przed niebezpieczeństwami życia, np. gdy małe dziecko jest narażone na ból,
głód, zimno itp. i wreszcie może być wywołany bezpośrednim przeniesieniem
pogotowia lękowego z matki na dziecko. A zatem środowisko macierzyńskie, które
ma odizolować młodą istotę od niebezpieczeństw środowiska naturalnego, nie
stanowi idealnego zabezpieczenia. Ból i lęk pojawiają się już w tym
najwcześniejszym okresie życia. Prawdopodobnie cierpienie jest większe u młodych
istot ludzkich niż u zwierzęcych, choćby z tego powodu, że człowiek bardziej
odbiega od naturalnych form zachowania i przeżywania i wskutek tego nie stwarza
tak dobrego środowiska macierzyńskiego jak zwierzęta.
Gdyby nawet istniało idealne środowisko macierzyńskie, to nie byłoby ono wolne
od uczucia lęku. Ewolucja indywidualna wymaga bowiem ekspansji w otaczający
świat, a więc opuszczenia środowiska macierzyńskiego. Istnieją więc jakby dwie
tendencje - jedna w kierunku bezpieczeństwa, spokoju, złączenia się całkowitego
ze środowiskiem macierzyńskim, powrotu do okresu życia płodowego, a druga, jej
przeciwstawna, do opuszczenia bezpiecznego azylu, wyjścia w otwarty świat,
zmierzenia swych sił z niebezpieczeństwami otaczającego świata. Samo trwanie
w środowisku macierzyńskim, zredukowanie do niego swej czasoprzestrzeni,
zrezygnowanie z ekspansji, a tym samym z ewolucji - wywołuje uczucie niepokoju.
Jest to bowiem stan sprzeczny z prawami życia, które wymagają ruchu, zmiany,
walki, rozszerzania swej czasoprzestrzeni. Bezpieczeństwo środowiska
macierzyńskiego ma w sobie coś ze spokoju śmierci, nie grozi już żadna zmiana,
nie może stać się już nic więcej. Tęsknota za śmiercią jest niejednokrotnie
tęsknotą za powrotem do bezpieczeństwa najwcześniejszego okresu życia.
Istotą środowiska macierzyńskiego jest bezpośredniość powiązania matki
z dzieckiem. Ta bezpośredniość, jak wspomniano, jest u człowieka naruszona przez
samo bogactwo potencjalnych form czynnościowych. Złączenie to jest jednak
sprzeczne z prawem indywidualności, które cechuje wszystko, co żywe. Każdy
ustrój żywy ma swoją niepowtarzalną indywidualność i nie może być złączony
z innym ustrojem. Dążenie do indywidualności zmusza więc do zerwania więzi ze
środowiskiem macierzyńskim. W samym złączeniu z drugą istotą tkwi mrok

74
niepewności i lęku. Trzeba bowiem wtedy stanąć w bezpośrednim kontakcie
z tajemnicą drugiej osoby, z tym, co w niej najgłębsze i najskrytsze, bez
zwykłych osłonek i masek, którymi człowiek oddziela się od drugiego człowieka
i przy pomocy których broni się przed nim, gdy dystans kontaktu jest większy.
Tu kontakt jest najbliższy. Nie ma miejsca na rozwinięcie struktur
czynnościowych typowych dla drugiej fazy metabolizmu informacyjnego, nie można
swego zachowania zaplanować i pokierować nim racjonalnie, jest ono spontaniczne,
wynika z bezpośredniości powiązania się z otaczającym światem, typowej dla
pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego. Wchodzi się tu w podświadomość
drugiej osoby. A ma ona wiele tajemnic, sama budzi lęk.
Nie wiemy, jak kształtuje się u małego dziecka jego odczucie związku z matką.
Obracamy się w tym wypadku w sferze fantazji i domysłów. Nie jest jednak
wykluczone, że w tym najwcześniejszym okresie, gdy zawiązuje się pierwsze
związki z otaczającym światem, bliższe siebie są głębsze warstwy psychiki, gdyż
właśnie one tworzą pierwszą fazę metabolizmu informacyjnego. A więc dziecko
najpierw odbiera podświadomie warstwy psychiki swej matki, a warstwy świadome
dopiero w późniejszym okresie życia, gdy metabolizm informacyjny bardziej się
wykształci i wytworzy się jego druga faza. Można by w ten sposób tłumaczyć
przenoszenie się pogotowia lękowego z matki na małe dziecko.
Bezpośredniość kontaktu, jaką stwarza macierzyństwo, jest więc źródłem lęku
dlatego, że przeciwstawia się dążeniu wszystkich żywych istot do ekspansji
w otaczający świat i do wytwarzania własnej indywidualności, oraz dlatego, że
zbyt duże zbliżenie do drugiej osoby otwiera warstwy psychiki, które normalnie
pozostają ukryte. Otwarcie takie jest zwykle źródłem lęku. W pewnej mierze
podobne zjawisko występuje w kontaktach erotycznych, gdzie - podobnie jak
w macierzyństwie - zbliżenie do drugiej osoby znacznie przekracza normalny
dystans dzielący ludzi od siebie. Przekroczenie strefy intymności drugiego
człowieka, otarcie się choćby o podświadome nurty jego życia, wytwarza napięcie
lękowe.
W schizofrenii przed chorym odsłania się często "prawdziwe" oblicze drugiego
człowieka. W wytwarzaniu tego nowego obrazu bezsprzecznie największą rolę
odgrywają własne projekcje uczuciowe. Lęk, nienawiść czy też miłość
i uwielbienie odpowiednio zmieniają postać obserwowanego przez niego człowieka.
Zdarza się jednak, że ten urojeniowo przekształcony obraz jest wyjątkowo
prawdziwy, że chory trafia w najistotniejsze cechy danego człowieka, które dla
otoczenia, a często dla niego samego są ukryte. Tak jakby przed chorym
odsłaniały się w chorobowym spostrzeganiu świata najgłębsze warstwy psychiki
ludzkiej, to, co przed normalnym ludzkim wejrzeniem jest skryte.
Dla przedchorobowej linii życia chorych na schizofrenię zjawiskiem typowym jest
niedostatek interakcji z otoczeniem społecznym. Wskutek tego chorzy ci nigdy nie
są dość biegli w noszeniu maski, jakiej wymaga codzienne stykanie się z ludźmi,
ani też w odczytywaniu tychże masek u innych osób. Pewniej czują się oni
w bardziej archaicznych formach komunikacji międzyludzkiej, w których odczuwa
się bezpośrednio - bez słów, gestów itp. normalnych sposobów wzajemnej
informacji - cudzy stan psychiczny. W pewnej mierze odczuwają oni drugiego
człowieka tak, jak dziecko odczuwa swą matkę. Dlatego bardzo istotne jest
w podejściu do chorych na schizofrenię zachowanie autentyczności swych postaw
uczuciowych; maskowanie zawsze wzmaga niepokój chorego.
Normalnie człowiek nie wytrzymałby dłuższego kontaktu z innymi ludźmi opartego
wyłącznie na pierwszej fazie metabolizmu informacyjnego, tzn. na bezpośrednim
odczuwaniu cudzego stanu psychicznego. Kontakt z drugim człowiekiem byłby bowiem
wtedy zbyt bliski; zatraca się granica oddzielająca podmiot od przedmiotu,
a poza tym cechą tej fazy jest znak nieskończoności; przedmiot nie ma
określonych granic czasowych i przestrzennych, jak w fazie drugiej, tylko
rozpływa się w nieskończoności. Dlatego spostrzeganie w tej fazie jest mgliste,
niejasne, przedmioty nie mają określonych konturów, ponieważ forma i granice
czasoprzestrzenne przedmiotu tworzą się w działaniu. Uczucia są zawsze płynne
i bez granic. Komunikowanie się więc z innymi ludźmi tylko w obrębie pierwszej
fazy metabolizmu informacyjnego, tj. wyłącznie uczuciowo-nastrojowe, byłoby
źródłem niezwykłego napięcia emocjonalnego, gdyż drugi człowiek byłby zawsze
niezgłębioną tajemnicą, mieściłaby się w nim nieskończoność. Może dlatego chory

75
na schizofrenię wycofuje się z kontaktów z innymi ludźmi, nie dysponuje on
bowiem zwykłą warstwą ochronną (maską), która broni nas przed zbytnim zbliżeniem
do naszego bliźniego, a bezpośredni kontakt, dla niego bliższy i bardziej
naturalny, wywołuje tak duże napięcie uczuciowe, że lepiej trzymać się z dala od
ludzi, by napięć tych uniknąć.
Nie jesteśmy w stanie poznać, w jaki sposób kształtują się pierwsze formy
spostrzegania otoczenia społecznego, a więc przede wszystkim, jak małe dziecko
odbiera swą matkę. Można jednak z pewnym prawdopodobieństwem domyślać się, że
obraz jej ma cechy nieskończoności, tajemniczości i wszechmocy, a więc w pewnym
przynajmniej stopniu przypomina obraz otoczenia społecznego, jaki wytwarza się
w schizofrenii. W obu bowiem wypadkach obraz drugiego człowieka tworzy się na
bazie pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego, a jej znakiem jest
nieskończoność.
Już od początku swego życia człowiek za sobą i przed sobą musi zmierzyć się
z własnym lękiem. Lęk tkwi w samym środowisku macierzyńskim i poza jego
granicami. Nie można cofnąć się, zatrzymać ekspansji w otaczający świat, gdyż
wówczas lęk narasta. Wyjście naprzód natomiast, w nieznaną przestrzeń,
opuszczenie bezpiecznego schronienia, w jakim się wzrasta, wymaga
przezwyciężenia lęku. Od przodu jest nieznane otaczającego świata, a od tyłu -
nieznane środowiska macierzyńskiego, mroki podświadomości, które wynurzają się
przy tak bliskim zetknięciu dwu istot ludzkich. U nieco starszych dzieci można
obserwować zjawisko swoistego igrania z lękiem. Dzieci dla zabawy wystawiają się
na sytuacje lękowe, chętnie, jak wspomniano, słuchają strasznych baśni, bawią
się w duchy, zbójców, wybierają się w nocy na cmentarz.
Fascynację tego typu zabawy stanowi zwycięstwo nad własnym lękiem. Z punktu
widzenia indywidualnej ewolucji jest to zabawa ze wszech miar pożyteczna, uczy
bowiem walki z własnym lękiem, a przezwyciężanie lęku jest warunkiem ekspansji
w otaczający świat. Zabawa, bardzo istotna dla normalnego rozwoju człowieka
(a także prawdopodobnie dla rozwoju zwierząt, przynajmniej wyższych), polega
często na stwarzaniu fikcyjnych niebezpiecznych sytuacji, które wyzwalają u
uczestników zabawy przejściowe uczucie lęku; pokonywanie tego lęku jest częścią
gry. W ten sposób zabawa, ucząc różnych form interakcji z otoczeniem, uczy też
pokonywania własnego lęku.
Dla przedchorobowej historii życia przyszłych schizofreników zjawiskiem typowym
jest mały udział w grupach zabawowych. Wskutek tego przyszły chory nie tylko
dysponuje mniejszym zasobem potencjalnych struktur czynnościowych interakcji
z otoczeniem społecznym, ale jest też mniej przygotowany do pokonywania własnego
lęku. Często u przyszłych chorych na schizofrenię obserwuje się lękowe
nastawienie do życia. Łatwo przyjmują postawę wycofującą, gdy trzeba wejść
w otaczający świat, zwłaszcza w świat społeczny. Boją się nowych ludzi, nowego
środowiska. Z jednej strony mają już dość środowiska rodzinnego, chcieliby
uwolnić się z jego więzów, z drugiej strony boją się panicznie wyjść poza jego
granice. Stąd bierze się ambiwalentne nastawienie do rodziców, typowe u chorych
na schizofrenię.
Szukając genezy lęku społecznego u chorych na schizofrenię, można oczywiście
znaleźć wiele momentów patologicznych w ich relacjach z otoczeniem społecznym,
które mogły się przyczynić do powstania tegoż lęku. Często traktowani są oni
przez swych rówieśników jako trochę "inni", jako "maminsynkowie", "prymusy",
"kujony". Często są wyśmiewani w grupach zabawowych. Przedmiotem drwiny może być
ich nieśmiałość wobec rówieśników płci przeciwnej. Kurczowe trzymanie się
środowiska rodzinnego dyskwalifikuje ich z góry jako partnerów zabawy. Są oni na
ogół wykluczeni ze swoistej intymności grup zabawowych, nie pasują bowiem do
wczesnomłodzieńczego stylu - u chłopców agresywnego, a u dziewcząt erotycznego.
Wydaje się jednak, że pierwotnego źródła lęku społecznego należy szukać
w pierwszych relacjach ze środowiskiem społecznym, tj. w związku dziecka
z matką. Od tego bowiem związku w głównej mierze zależy nasz późniejszy stosunek
do wszystkich ludzi. Stosunek do matki jest matrycą stosunku do świata
społecznego i w ogóle do świata. Nie potrafimy dotychczas odpowiedzieć, w jakim
stopniu patologia tego pierwszego związku z otaczającym światem jest
uwarunkowana genetycznie, a w jakim stopniu zależy od patologii samego
środowiska, tj. matki (schizofrenogenna matka). Starano się tu tylko wykazać, że

76
już w tym pierwszym środowisku istnieje pogotowie lękowe. Gdy przekroczy ono
pewne dopuszczalne granice, może dojść do zahamowania normalnego procesu rozwoju
interakcji z otoczeniem społecznym. Lęk społeczny będzie stopniowo narastał, aż
dojdzie do poziomu psychozy.

Przezwyciężanie lęku
Ekspansja w otaczający świat wymaga przezwyciężania własnego lęku. Ma ona
charakter progresywny, tj. stopniowo sięga coraz dalej. Skutkiem tego dawkowanie
lęku jest stopniowe i na ogół nie jest on tak duży, by nie móc go przezwyciężyć.
Przyszły chory na schizofrenię, wycofując się z poszczególnych etapów ekspansji
w otaczający świat, staje w końcu wobec sytuacji, które znacznie przekraczają
jego tolerancję na lęk. Nie ma on dostatecznego doświadczenia z przezwyciężaniem
własnego lęku. Jego dawka jest zbyt duża; sytuacja, która dla człowieka
progresywnie rozszerzającego swą przestrzeń życiową jest codzienna, dla niego
staje się katastrofalna.
Każde wejście w otaczający świat, w nową sytuację, jest sprawdzeniem samego
siebie. Pokonując lęk, człowiek czuje się silniejszy, jest zwycięzcą.
Przeciwnie, gdy nie jest w stanie opanować lęku i wycofuje się zamiast iść
naprzód, wówczas czuje się zwyciężony przez otaczający świat. Jeśli przeważa
wycofywanie się, obraz własnej osoby staje się coraz bardziej pesymistyczny. To
z kolei wpływa na zwiększenie się lęku przed ludźmi.
Lęk jest tym większy, im większą dysproporcję odczuwa się między własnymi siłami
a mocą otoczenia. Człowiek przyzwyczajony do zwycięstw nad otoczeniem może bez
lęku wkraczać w sytuację ocenianą przez człowieka, któremu brak takich
doświadczeń, jako niezwykle trudną i niebezpieczną. Człowiekowi, który wycofał
się z ekspansji w otoczenie, świat wydaje się najeżony niebezpieczeństwami.
Świat taki jest źródłem lęku, nie przyciąga, lecz odpycha. Zdobywanie takiego
świata dokonuje się na zasadzie heroicznej. Każdy krok naprzód wymaga bowiem
przezwyciężenia lęku nieproporcjonalnie silnego do obiektywnego zagrożenia. Na
ogół jednak zwycięża tendencja do wycofywania się od otoczenia, struktury
czynnościowe nie realizują się w otaczającej rzeczywistości, ale w świecie
marzeń i planów. Więcej dzieje się tu in potentia niż in realitate.

Swoistość lęku schizofrenicznego


Nie można jednak żyć w świecie pustym, nie można bez końca kurczyć swej
czasoprzestrzeni, jest to sprzeczne z naturalną tendencją do ekspansji i do
stałej wymiany energetyczno-informacyjnej z otoczeniem. W końcu dochodzi do
wybuchu psychozy, świat wewnętrzny zostaje wyrzucony na zewnątrz i ten fikcyjny
świat staje się teraz realnym światem chorego. Jest to swoiste przeistoczenie
świata, wszystko się zmienia i wokół chorego, i w nim samym. Wkracza on zupełnie
w nową rzeczywistość; czasem wkroczenie to jest gwałtowne, jak w ostrych
psychozach, a czasem łagodne, skryte, jak w schizofrenii prostej. Lęk jest tu
proporcjonalny do gwałtowności zmiany. Nagła zmiana interakcji z otoczeniem,
zaburzenie dotychczasowej struktury metabolizmu informacyjnego wywołuje z reguły
lęk, który określić można jako dezintegracyjny, gdyż ulega rozbiciu to, co było
dotychczas uporządkowane. W słabym nasileniu taki lęk występuje przy każdym
zadziałaniu nowego bodźca; bodziec rozbija strukturę interakcji z otoczeniem,
dotychczasowa aktywność zostaje przerwana i dopiero po krótszej lub dłuższej
chwili wytwarza się nowa aktywność, nowa integracja w miejsce starej. Odruch
orientacyjny ma zawsze komponenty lękowy i wegetatywny, wyładowanie wegetatywne
jest na ogół współmierne do natężenia lęku.
Każda zmiana interakcji z otoczeniem jest naruszeniem porządku, tj. swoistej
struktury metabolizmu informacyjnego. Stara struktura ulega zniszczeniu, a w jej
miejscu powstaje nowa. Ten proces budowy i niszczenia trwa od urodzenia aż do
śmierci. Nawet we śnie, gdy wymiana informacji z otoczeniem zredukowana jest do
minimum, powstają nowe struktury i giną stare. Nie ma więc ani chwili
wytchnienia w procesie budowy i niszczenia, integracji i dezintegracji. Życie ma
charakter pulsujący, negatywna entropia ustroju raz wzrasta, raz maleje. Każdy
bodziec stanowi naruszenie dotychczasowego porządku, w miejsce starej powstaje
nowa struktura metabolizmu informacyjnego. Komponent lękowy, który w śladowej
formie towarzyszy każdemu bodźcowi informacyjnemu, jest sygnałem zagrożenia,

77
jakie niesie za sobą burzenie starego porządku i konieczność tworzenia nowego.
Chwilowy wzrost nieporządku (entropii) jest tym zagrożeniem, które wywołuje
sygnał lękowy. Im większa zmiana, im większe zniszczenie dotychczasowego
porządku, tym lęk staje się silniejszy.
Na ogół zmiany zachodzące w naszej interakcji z otoczeniem są dawkowane
w minimalnych ilościach. Dzięki temu łatwo możemy je znieść, gdyż większa część
struktury metabolizmu informacyjnego pozostaje niezmieniona. Słyszymy nagle
jakiś hałas, wywołuje to reakcję orientacyjną połączoną z nieznacznym uczuciem
niepokoju, ale dalej widzimy ten sam pokój, te same ściany, tych samych ludzi
wokół siebie, sami też nie ulegliśmy większej zmianie, na chwilę przerwaliśmy
tylko dotychczasową aktywność, do której wracamy, jeśli się okaże, że bodziec
słuchowy nie miał większego znaczenia.
Wyobraźmy sobie sytuację, w której zmiana jest znacznie głębsza. Nagle widzimy,
że wszystko się zmieniło, dochodzą nas dziwne głosy, twarze ludzkie są inne,
odsłaniają się jakieś tajemnicze wyrazy twarzy, słońce świeci inaczej,
przedmioty zmieniają swą formę i kolor, my sami nagle stajemy się kimś innym
itp. Dotychczasowy świat uległ zburzeniu, w jego miejsce tworzy się nowy.
Kataklizm taki nie może nie wywoływać niezwykle silnego uczucia lęku. Ten typ
lęku wysuwa się na czoło w ostrej schizofrenii. Podniecenie i zahamowanie kata-
toniczne, które w filogenetycznym ujęciu są chyba najstarszą formą ekspresji
lękowej, są zewnętrznym wyrazem tego, co przeżywa chory, a w co ludziom, którzy
sami nie przeszli schizofrenii, wczuć się niepodobna.
Świat schizofreniczny powstaje przez rzutowanie świata wewnętrznego, w znacznej
mierze znajdującego się poniżej progu świadomości, w przestrzeń zewnętrzną,
która u chorego na schizofrenię jest pusta wskutek lękowego nastawienia.
Zburzenie dotychczasowego świata, jakkolwiek byłby on niepociągający i przykry,
i powstawanie nowego jest źródłem lęku w ostrej schizofrenii. Lęk działa tu na
zasadzie błędnego koła. Lęk zwiększa projekcję w przestrzeń zewnętrzną, pod jego
wpływem narastają urojenia i omamy. A tworzące się w ten sposób struktury
czynnościowe w przestrzeni zewnętrznej są z kolei źródłem lęku. Chory nie może
wyzwolić się ze swego lęku, gdyż lęk jest głównym czynnikiem stwarzającym świat
psychotyczny. Nawet w rzadkich chwilach, gdy nastrój chorego jest podwyższony,
gdy czuje on swą wszechmoc, swoje posłannictwo, gdy zachwycony jest odkrywaniem
piękna swego nowego świata itp., na dnie czai się lęk.
Lęk w ostrej schizofrenii jest czymś tak swoistym, że trudno znaleźć dla niego
jakikolwiek odpowiednik w przeżyciach tzw. normalnych. Jest to bowiem lęk
niszczenia i lęk budowy. Powstaje on na skutek burzenia dotychczasowego świata
i na skutek budowania nowego. Ten nowy świat jest przerażający, gdyż powstaje
z tego, co tai się w najgłębszych warstwach psychiki, co nie ma kresu
i oznaczoności. Lęk w ostrej schizofrenii jest tragicznym ostrzeżeniem, że nie
można bezkarnie opuszczać świata, w który się wrastało od urodzenia, choćby ten
świat był jak najbardziej nieprzychylny.
Nie można też dowolnie tworzyć światów własnych. Życie polega na wymianie ze
światem otaczającym, nie można żyć w pustce ani też w świecie powstałym przez
wyrzucenie treści wewnętrznych na zewnątrz, jak to się dzieje w schizofrenii.
Zrozumiałe jest, że lęk towarzyszy procesowi burzenia; wzrasta wówczas entropia
układu i lęk odgrywa tu rolę sygnału niebezpieczeństwa (entropii). Procesy
budowy łączą się jednak z uczuciami pozytywnymi, wymagają one wysiłku
integracyjnego, a nagrodą za ten wysiłek jest subiektywny stan dobrego
samopoczucia. Dlaczego więc gwałtowna budowa świata psychotycznego, jaka
dokonuje się w ostrej schizofrenii, połączona jest z tak silnym uczuciem lęku?
Dlatego że budowa ta nie jest realna, tj. nie dokonuje się dzięki interakcji ze
światem zewnętrznym. Jest to budowa sztuczna, powstała z tego, co w człowieku
kryje się najgłębiej, tak jakby człowiek syntetyzował białko z zasobów własnego
białka. Budowa ta jest "zjadaniem" samego siebie i dlatego między innymi po
ostrym okresie choroby przychodzi schizofreniczna pustka.
Otaczający świat budzi nasz lęk i od najmłodszych lat uczymy się go
przezwyciężać, by móc wciąż iść naprzód we własne otoczenie. To, co głęboko
w nas się mieści i czego sami nie znamy, budzi też w nas lęk. Wprawdzie
nieznacznie rzutujemy nasz świat wewnętrzny i jego warstwy znajdujące się
poniżej progu świadomości w otaczającą przestrzeń, dzięki czemu nabiera ona

78
swoistego kolorytu emocjonalnego, choć nie przestaje być rzeczywista, zbudowana
z realnych elementów otaczającego świata, dostępnych spostrzeganiu innych ludzi,
a nawet w ogóle innych żywych istot. Dlatego jest to przestrzeń wspólna,
przestrzeń dnia. Przestrzeń psychotyczna, jak wspomniano, jest przestrzenią
nocy, jest przestrzenią indywidualną, w którą rzutuje się to, co w człowieku
najbardziej skryte i własne.
Człowiek jest jakby dwiema nieskończonościami: jedna jest w nim samym, druga
poza nim. Rzeczywistość, tzn. miejsce, gdzie wymiana informacji z otaczającym
światem jest najżywsza, rozgrywa się w płaszczyźnie zetknięcia się obu
nieskończoności: Kosmosu i własnego świata. Obie nieskończoności budzą lęk,
człowiek boi się siebie i otaczającego świata. Względnie pewnie czuje się tam,
gdzie obie nieskończoności się spotykają, tam może wyznaczyć granice, tam może
sam działać i być pod wpływem działania otoczenia, tam ma poczucie
rzeczywistości, która właśnie się tworzy w ciągłej interakcji z otoczeniem.
Wybuch ostrej psychozy jest wystrzeleniem siebie w kosmos własnej
nieskończoności i dlatego wywołuje tak silnie uczucie lęku. Świat psychotyczny,
powstały przez wyrzucenie elementów wewnętrznej nieskończoności w przestrzeń
zewnętrzną, budzi lęk już przez sam fakt, że elementy te zawiera. Analogicznie
budzi lęk nieskończoność otaczającego świata, z nią nigdy tak bezpośrednio się
nie stykamy.
Chory na schizofrenię, wycofując się z interakcji z otoczeniem, wprowadza się
w sytuację bez wyjścia. Czuje się niepewnie na płaszczyźnie zetknięcia własnego
świata z otaczającym światem i jest z niej zepchnięty w kierunku nieskończoności
własnej i Kosmosu. Częsty w schizofrenii nurt metafizyczny (spraw ostatecznych)
jest treściowym wyrazem tego zepchnięcia w kierunku nieskończoności. Lęk
schizofreniczny ma więc w sobie też cechy lęku metafizycznego, lęku
nieskończoności.
Oczywiście w każdym człowieku istnieją tendencje do sięgania w nieskończoność,
ale sięganie to jest na ogół bardzo ostrożne, człowiek kurczowo trzyma się
gruntu realności, wspólnego świata, zrozumiałego dla niego i dla innych ludzi.
Cechą geniuszu jest zdolność i odwaga sięgania poza kres zwyczajności
codziennego świata, musi on jednak zdobytą przez siebie cząstkę nieskończoności
zawrzeć w kategoriach obowiązujących w świecie rzeczywistym, tj. w świecie
wspólnym dla innych ludzi, w przestrzeni jasnego dnia, w której obowiązują prawa
codziennej logiki. Nie można bezkarnie wędrować w nieskończoność zarówno
zewnętrzną, jak i wewnętrzną. Lęk jest sygnałem ostrzegawczym, żeśmy się zbyt
daleko w tej wędrówce posunęli.
Lęk społeczny, typowy dla okresu przedchorobowego w schizofrenii, gwałtownie
narasta z chwilą wybuchu psychozy. Narasta wskutek psychotycznej projekcji.
Otoczenie społeczne nabiera niezwykłych cech, które potęgują uczucie lęku.
Działa tu też mechanizm błędnego koła. Nasilony lęk zwiększa zniekształcenie
obrazu świata społecznego. Ludzie otaczający chorego stają się pod wpływem lęku
groźni, obdarzeni niezwykłymi siłami - odczytują myśli, działają różnymi
promieniami, tworzą tajemnicze spiski, podsłuchują, wydają na odległość rozkazy,
którym chory nie jest w stanie się przeciwstawić, osądzają, wciąż patrzą
i obserwują, znają każdą najskrytszą myśl. Z chwilą wybuchu psychozy ożywają
i potęgują się wszystkie dotychczasowe lęki przed ludźmi. Na powierzchnię
wychodzą zapomniane urazy, wyolbrzymione postacie osób ważnych, zwłaszcza
z dzieciństwa, gdy widzi się dorosłych w zniekształconych proporcjach.
Lęk przed drugim człowiekiem nie jest cechą swoistą w schizofrenii. Człowiek boi
się drugiego człowieka. Drugi człowiek zwiększa zarazem poczucie bezpieczeństwa;
wiadomo, że lęk zmniejsza się, gdy ktoś jest przy nas, ale drugi człowiek
stanowi też potencjalne zagrożenie, budzi lęk i agresję. Z biologicznego punktu
widzenia takie ambiwalentne nastawienie do bliźnich jest zrozumiałe, gdyż
z jednej strony w wyniku drugiego prawa biologicznego istnieje ludzka wspólnota,
ludzie wzajemnie się wspierają, razem z innymi człowiek czuje się silniejszy,
zmniejsza się jego lęk przed otaczającym światem, z drugiej jednak strony drugi
człowiek jest niejednokrotnie przeszkodą w ekspansji w otaczający świat,
w narzucaniu otoczeniu własnych struktur czynnościowych, trzeba stale się do
niego naginać, podporządkowywać, walczyć z nim o "przestrzeń życiową", być
narażonym na jego krytyczne spojrzenie itd. Dlatego w grupach społecznych -

79
nie tylko zresztą ludzkich, bo analogiczne zjawiska obserwuje się też u zwierząt
- tworzą się spontanicznie określona hierarchia i określone normy, regulujące
pozycję w grupie i wzajemne relacje. Każdy ma określony status społeczny
i określoną rolę w grupie, do której należy, dzięki temu wie mniej więcej, jak
ma się zachowywać i czego po innych ludziach może się spodziewać.
Gdy dojdzie do rozbicia określonego porządku społecznego, jak np. u ludzi
w czasie rewolucji lub u zwierząt, gdy zmiesza się ze sobą osobniki należące do
różnych stad, wówczas występuje chaos, a w grupie dominują sposoby zachowania
o wyraźnie lękowym i agresywnym charakterze. Określony porządek społeczny jest
ważnym czynnikiem redukującym lęk człowieka przed człowiekiem. Człowiek uczy się
tego porządku od najmłodszych lat dzięki swemu udziałowi w różnych grupach
społecznych. W miarę rozwoju jego świat społeczny staje się coraz szerszy,
początkowo stanowi go tylko matka, potem oboje rodzice, cała grupa rodzinna,
pierwsze grupy zabawowe, grupa szkolna, grupa erotyczna, grupa pracy, własna
rodzina itp. Dzięki uczestnictwu w różnych grupach społecznych wytwarza się
i utrwala swoisty rachunek prawdopodobieństwa, to znaczy z góry wiadomo, co
w danej grupie może nas spotkać. Człowiek nie wyrusza w świat społeczny jak
w podróż w nieznane, ale w przybliżeniu wie, czego można się spodziewać.
W historii przedchorobowej chorych na schizofrenię obserwuje się zwykle znaczne
luki w udzielaniu się w grupach społecznych, dość typowy jest nikły udział
w grupach zabawowych. Udział w grupach jest często tylko formalny
i powierzchowny, przyszły schizofrenik jest "idealnym synem" czy córką,
"przykładnym" uczniem, ale zasadniczo trzyma się na uboczu życia danej grupy,
spełnia tylko przypadające na niego obowiązki, by w ten sposób zabezpieczyć się
przed krytyką i potępieniem. Przykładność i dobroć są tu często wynikiem lęku
przed otoczeniem społecznym.
Brak doświadczenia w życiu społecznym odbija się ujemnie na wspomnianym rachunku
prawdopodobieństwa. Otoczenie społeczne jest wielką niewiadomą, nie wiadomo, co
może spotkać ze strony drugiego człowieka. W takiej sytuacji braku jasnego
rozeznania wkradają się cienie nocy. Niewiadoma wypełnia się tajonymi lękami
i wyobrażeniami, wywodzącymi się z najwcześniejszych okresów rozwoju, gdy
kontakt z otoczeniem społecznym był znacznie bardziej bezpośredni i wskutek tego
zbliżenia i wypaczenia perspektywy postacie z otoczenia społecznego nabierały
znaku nieskończoności.
Truizmem jest twierdzenie, że każdy człowiek przedstawia wielką niewiadomą
i nigdy nie wiemy, jakie formy zachowania i przeżycia może w nim wyzwolić
określona sytuacja. Skala możliwości jest olbrzymia - od nie spotykanego
w świecie zwierzęcym okrucieństwa, żądzy zniszczenia i mordu, do
najpiękniejszych przykładów ludzkiego altruizmu. Udział w różnorodnych grupach
społecznych redukuje te możliwości do określonych i dopuszczalnych w danych
środowiskach społecznych form zachowania i przeżywania. Inne formy, nie
mieszczące się w normach grupowych, zostają wyeliminowane, ulegają stłumieniu,
ich prawdopodobieństwo realizacji spada prawie do zera. Analogicznie jak
w przypadku lokomocji eliminacji ulegają formy nie przyjęte powszechnie przez
człowieka, np. raczkowanie, skakanie na jednej nodze itp., które w trakcie
uczenia się chodzenia mogły być wypróbowane. W okresach znacznego rozprzężenia
norm społecznych, np. w czasie wojny, zwłaszcza domowej, w czasie rewolucji,
klęsk żywiołowych itp., mogą częściowo wyzwolić się stłumione formy i człowiek
zaskakuje wówczas swoje otoczenie, a nawet siebie niespodziewanym okrucieństwem
albo odwagą i bohaterstwem.
Lęk niejednokrotnie wyzwala tłumione i niezwykłe formy zachowania, zwłaszcza
o charakterze ujemnym. Za wszelką cenę bowiem człowiek ogarnięty lękiem chce
ratować siebie i jest gotów wszystko zniszczyć, by ten cel osiągnąć. Prawo
zachowania własnego życia działa w tym wypadku destrukcyjnie na wytworzone
w ciągu dotychczasowego życia formy ludzkiego współżycia i nie tłumi form nie
akceptowanych. Lęk wprowadza człowieka w świat nocy, istniejący przeważnie
poniżej progu świadomości, gdzie panuje znak nieskończoności i niczego nie da
się przewidzieć. Rachunek prawdopodobieństwa, dzięki któremu możemy
w przybliżeniu przewidzieć zachowanie naszych bliźnich w przestrzeni jasnej,
przestaje obowiązywać w przestrzeni nocy. Człowiek wobec drugiego człowieka
traci zdolność orientacji, staje się całkowicie bezradny. Zetknięcie się ze

80
światem nocy drugiego człowieka, z jego najgłębszymi warstwami psychiki,
normalnie kryjącymi się poniżej progu świadomości, a fragmentarycznie
wydobywającymi się w marzeniach sennych, w psychozie, pod wpływem silnego lęku
itp. - zwiększa lęk przed drugim człowiekiem, choćby na tej zasadzie, że staje
się on bardziej nieprzewidywalny, że nie pasuje do rachunku prawdopodobieństwa,
jaki wytworzyliśmy sobie w stosunku do innych ludzi.
Problem ten ma duże, praktyczne znaczenie w psychiatrii, w której częściej niż
w innych zawodach stykamy się z głębszymi warstwami psychiki ludzkiej. Redukcja
własnego lęku przed chorym psychicznie jest pierwszym i zasadniczym obowiązkiem
psychiatry.
Przeżycia i formy zachowania chorych na schizofrenię są często paragnomeniczne
(paragnomen - termin wprowadzony przez Brzezickiego dla określenia zachowania
się nieprzewidywalnego - actio praeter exspectationem). Ta dziwność chorych na
schizofrenię jest główną przyczyną lęku, jaki budzą na ogół w otoczeniu. Dziwne
jest to, co nie mieści się w zwykłym obrazie życia, co jest niezwykłe,
tajemnicze, w czym tkwi pierwiastek boskości (według etymologów słowa "dziw"
i "divinus" - boski - mają wywodzić się z tego samego pnia). Przy powtarzaniu
się dziwność zmienia się w dziwaczność, zamiast lęku budzi śmiech. Wiele
czynników wpływa na to, że przeżycia i formy zachowania chorych na schizofrenię
są praeter exspectationem, wbrew oczekiwaniu, że nie mieszczą się w normalnym
rachunku prawdopodobieństwa.
Jedną z ważnych przyczyn jest lęk. Lęk z różnych ludzkich uczuć najłatwiej
rozbija normalny porządek przeżyć i zachowań. Pod wpływem lęku odżywają formy
przeżyć i zachowań dawno stłumione. Otaczający świat, a w szczególności świat
społeczny - gdyż on jest główną składową naszego otoczenia - ulega pod wpływem
lęku znacznemu zniekształceniu. Postacie ludzkie są wyolbrzymione do
monstrualnych rozmiarów, zatraca się zwykły dystans spojrzenia, patrzy się na
swoich wrogów w górę, tak jak patrzyło się na otoczenie społeczne
w dzieciństwie, tylko że wówczas dominowało uczucie miłości, a teraz lęku.
Lęk upraszcza skomplikowane związki społeczne do prostego schematu: muszę się
bronić, bo inaczej będę zniszczony. W takim schemacie każdy bliźni staje się
potencjalnym wrogiem. Nie wiemy, w jakim stopniu człowiek człowiekowi jest
wrogiem, a w jakim przyjacielem. W codziennym życiu okazuje i jedno, i drugie
oblicze. Normalne warunki życia społecznego na ogół zmuszają nas do tłumienia
złych nastawień w stosunku do innych ludzi, a w każdym razie do łagodzenia
własnej agresji. W społecznym życiu zwierząt obserwuje się też pewne tłumienie
agresywnych form zachowania. Ale to, co stłumione tkwi w człowieku, zwykle
zepchnięte poniżej progu świadomości, objawia się w snach, gdy w koszmarach
sennych kogoś mordujemy lub gdy nas mordują, objawia się też fragmentarycznie
pod wpływem środków oszałamiających, gdy np. pod wpływem alkoholu stajemy się
agresywni. Wreszcie pewne sytuacje społeczne, jak np. wojny, rewolucje,
absolutna władza itp., pozwalają na swobodniejsze wyładowanie własnej nienawiści
do ludzi.
Gdybyśmy rachowali własne myśli jak czyny, nie byłoby chyba człowieka, który nie
miałby przynajmniej tuzina swych bliźnich na sumieniu. Każdy jest potencjalnym
mordercą, tylko jego żądza mordu ukryta jest pod powierzchnią obowiązujących
norm zachowania społecznego. Zdarcie z człowieka tej warstwy normalnej
i przewidywalnej interakcji z otoczeniem społecznym, np. pod wpływem silnego
lęku, lub jej niepełne wytworzenie się, jak np. w schizofrenii, powoduje, że
człowiek styka się z drugim człowiekiem od razu głębszymi, podświadomymi
warstwami psychiki i wskutek tego jego przeżycia i formy zachowania przestają
być przewidywalne. Rachunek prawdopodobieństwa, obowiązujący w stosunkach między
ludźmi i wytwarzający się stopniowo w miarę dorastania i wchodzenia w różne
kręgi społeczne, zawodzi: człowiek styka się z nieznanym i z nieprzewidywalnym.
Przestrzeń, w której rozgrywają się związki międzyludzkie, z jasnej zmienia się
w ciemną. Przestaje ona mieć określone granice, w szczególności zaciera się
granica między podmiotem a przedmiotem. To, co przeżywa podmiot, staje się
atrybutem przedmiotu. Osoby z otoczenia chorego przybierają koloryt emocjonalny
i formy przeżyć, które są jego własnymi przeżyciami. Pod wpływem lęku przedmiot
wyzwalający uczucie nabiera cech, które uczucie to w pełni usprawiedliwiają,
mimo że w rzeczywistości wcale ich nie musi mieć.

81
Wielkie dziś znaczenie przywiązuje się do humanitarnego stosunku wobec chorych
psychicznie. Przy najbardziej humanitarnym podejściu do tych chorych trudno
pokonać jednak uczucie obcości, jakie w nas wywołują formy zachowania nie objęte
społecznym rachunkiem prawdopodobieństwa. Zachowanie tego typu z miejsca
dyskwalifikuje człowieka, przenosi go do grupy ludzi "innych". Zmienia się
w stosunku do niego nasze nastawienie, z człowieka bliskiego staje się kimś
obcym, niezrozumiałym itp. Nierzadko zdarza się, że rodzina przez długi okres,
czasem przez kilka lat, nie przyjmuje do świadomości faktu choroby psychicznej
jednego z jej członków, natomiast dalsze otoczenie dostrzega niezwykłe
zachowanie chorego. Najbliższym trudno wykluczyć osobę kochaną ze wspólnoty
ludzkiej, wolą nienormalność zachowania tłumaczyć "zdenerwowaniem",
przemęczeniem, wadami charakteru itp.
Jeden z bardzo doświadczonych psychiatrów, profesor Eugeniusz Minkowski,
opowiadał o swojej reakcji, gdy jego przyjaciel nagle zaczął wypowiadać urojenia
prześladowcze. Mimo, że jako psychiatra był aż nadto przyzwyczajony do
urojeniowych wypowiedzi, poczuł nagle powstałą przepaść między nim a jego
przyjacielem, stał się on innym człowiekiem, nie mógł już na niego patrzeć tak
jak dawniej. Trudno byłoby profesorowi Minkowskiemu zarzucić niehumanitarny
stosunek do chorych psychicznie, wszystkie jego prace przepojone są głębokim
humanizmem, ale nawet tej miary psychiatra nie potrafił się uwolnić od
automatycznego wykluczenia człowieka, którego zachowanie nie mieściło się
w rachunku prawdopodobieństwa.
Praca każdego układu samosterującego, do którego zaliczają się wszystkie żywe
istoty łącznie z człowiekiem, jest nastawiona przede wszystkim na przyszłość.
W związku z tym musi wytwarzać się hipotetyczny obraz otoczenia w przyszłości.
Musi istnieć jakiś stopień pewności, że to otoczenie zachowa się w określony
sposób. Jest to wspomniany rachunek prawdopodobieństwa. Podobnie jak reagujemy
lękiem, gdy ziemia zacznie drgać pod naszymi stopami lub gdy słońce ulegnie
zaćmieniu, tak też zachowanie ludzkie, które wykracza poza granice przyjętych
norm i jest niewytłumaczalne i nieprzewidzialne, budzi w nas lęk. Ponieważ nasz
metabolizm informacyjny koncentruje się głównie na wymianie sygnałów
z otoczeniem społecznym, więc tym samym rachunek prawdopodobieństwa musi być
w kontaktach z otoczeniem społecznym ściślejszy niż w kontaktach z innymi
rodzajami środowiska.
Dla chorego świat społeczny jest też nieprzewidywalny. Chory bowiem nie ma
dostatecznego doświadczenia w kontaktach społecznych. Nie wytworzyła się u niego
dostateczna warstwa ochronna, która umożliwia względnie bezpieczne poruszanie
się w świecie społecznym dzięki zachowywaniu odpowiedniego dystansu
i odpowiednich norm zachowania. Bez tej warstwy ochronnej drugi człowiek jakby
za bardzo się do chorego zbliża. Chory na schizofrenię styka się ze swym
społecznym otoczeniem głębszymi, przeważnie podświadomymi warstwami psychiki,
a zatem w przestrzeni ciemnej. Drugi człowiek budzi w nim lęk, unika więc z nim
kontaktów, coraz bardziej izoluje się od społecznego otoczenia, zamyka się
w sobie. W ten sposób tworzy się przepaść, o której tak szczerze mówił profesor
Minkowski.
Człowiek nie może jednak żyć w przestrzeni pustej; jeśli wskutek izolacji stała
się ona pusta, to zaraz zapełnia się tworami własnego umysłu, a zwłaszcza jego
warstw podświadomych. Świat społeczny zmienia się w świat urojeniowy.
Chory na schizofrenię skazany jest więc na samotność, wynikającą z jego lęku
przed ludźmi i lęku ludzi przed nim. Samotność jest jednym ze źródeł
schizofrenicznego lęku. Człowiek nie znosi samotności. Jest ona bowiem
w sprzeczności z prawem zachowania życia gatunku. Z niego wywodzi się dążenie do
zbliżenia, którego rezultatem może być spełnienie tegoż prawa, i z tego też
prawa wywodzi się poczucie wspólnoty grupowej, bezpieczeństwa środowiska
macierzyńskiego, tak ważne w początkowych okresach rozwoju. Samotność pozostaje
też w sprzeczności z zasadniczym warunkiem metabolizmu informacyjnego, który aby
się rozwinąć, musi opierać się na zbliżeniu do otoczenia społecznego. Metabolizm
ten składa się bowiem przeważnie z sygnałów społecznych. Wykluczenie z kontaktów
społecznych u zwierząt, których początkowe fazy rozwoju wymagają opieki ze
strony otoczenia, jest równoznaczne ze śmiercią. Dotyczy to szczególnie
człowieka, u którego okres bezradności jest szczególnie długi.

82
Istnieją więc istotne przyczyny, dla których samotność wywołuje uczucie lęku.
Wiadomo też, że lęk na ogół zmniejsza swe nasilenie, gdy człowiek jest
w towarzystwie innych ludzi. Chory na schizofrenię jest z dwóch stron zagrożony
lękiem: boi się ludzi i przed nimi ucieka i boi się samotności, gdyż ona wzmaga
lęk. Dlatego schizofrenik nieraz bardzo przywiązuje się do swego lekarza, gdyż
jest on niejednokrotnie jedyną osobą, która nie budzi w nim lęku i która broni
go przed schizofreniczną samotnością.
Inna jest samotność schizofreniczna przed wybuchem psychozy, a inna po jej
wybuchu. W przedchorobowej linii życia schizofreników prawie zawsze zauważa się
trudności kontaktu z innymi ludźmi, przewagę postawy "od" nad "do". Zwykle
zaczyna się ta ucieczka od otoczenia społecznego już w najwcześniejszych
okresach rozwoju, zazwyczaj nasila się w okresie dojrzewania, gdy gwałtownie
rozszerza się środowisko społeczne. Lęk przed ludźmi jest najczęściej wynikiem
braku wiary w siebie, poczucia własnej inności, "gorszości", obawy przed oceną
i ośmieszeniem itp.
Problem sprowadza się do zdolności pokonywania lęku społecznego. Każdy człowiek
w mniejszym lub większym stopniu odczuwa bowiem lęk przed swym otoczeniem
społecznym. Lęk ten zresztą odgrywa ważną rolę w przystosowaniu się do norm
życia społecznego. Nie może on jednak hamować tendencji do ekspansji w świat
społeczny, w coraz to nowe grupy społeczne, natomiast powinien działać hamująco
na struktury czynnościowe niedopuszczalne w życiu społecznym, a budzić te, które
są przez grupę aprobowane.
Patologia przedchorobowego lęku społecznego w schizofrenii polega na tym, że
jest on zbyt silny i zamiast działać wybiórczo na niektóre tylko formy
zachowania i przeżywania, hamuje w sposób generalny interakcję z otoczeniem
społecznym i powoduje wycofywanie się z kontaktów z innymi ludźmi. Wskutek
izolacji coraz trudniej wejść w grupę społeczną, budzi ona coraz większy lęk
i większą tendencję do izolacji. Izolacja jest zjawiskiem przeciwstawnym
ekspansji, która jest warunkiem życia, gdyż życie jest ustawiczną wymianą
informacji i energii między organizmem a jego środowiskiem. Gdy więc lęk
społeczny - zamiast kształtować proces metabolizmu informacyjnego między
człowiekiem a jego otoczeniem społecznym - wywołuje wycofywanie się z kontaktów
z nim, a tym samym spadek metabolizmu informacyjnego, wówczas z pozytywnego
zmienia się w czynnik wybitnie szkodliwy.
Ten dwojaki charakter - korzystny i szkodliwy - jest dość typowy dla
biologicznych sygnałów zagrożenia. Zarówno lęk, jak i ból jest zjawiskiem
pozytywnym i negatywnym zarazem. Bez sygnału lękowego niemożliwa byłaby selekcja
struktur czynnościowych, pod wpływem lęku zostają stłumione te struktury, które
utrudniają adaptację do warunków środowiskowych (w wypadku lęku społecznego
chodzi o adaptację do środowiska społecznego). Zbyt silny jednak sygnał lękowy
wywołuje zahamowanie tworzenia nowych struktur czynnościowych lub regresję do
struktur ontogenetycznie starszych, prymitywniejszych i tym samym mniej
przystosowanych do realnej sytuacji.
Sygnał bólowy, jak wiadomo, ostrzega przed niebezpieczeństwem działającym
bezpośrednio na ustrój. Bez tego sygnału dochodziłoby do rozległych uszkodzeń
ustroju, którym dzięki niemu można na czas zapobiec. Gdy sygnał ten przekroczy
pewne granice, działa destrukcyjnie nie tylko na metabolizm informacyjny,
prowadząc nawet do utraty przytomności, lecz też na metabolizm energetyczny,
wiodąc do różnego rodzaju zaburzeń biochemicznych i fizjologicznych. Dlatego
obowiązkiem lekarza nie tylko ze względów humanitarnych, ale czysto lekarskich
(w sensie medycyny somatycznej) jest redukowanie do minimum bólu u chorego.
Sygnały niebezpieczeństwa mają więc jakby charakter wahadłowy: po przekroczeniu
pewnej amplitudy ich efekt z korzystnego zmienia się na szkodliwy.
Nie wiemy dotychczas, na czym polega przesunięcie znaczenia sygnału lękowego
w kierunku szkodliwości, jakie obserwujemy w schizofrenii od dzieciństwa,
a bardzo wyraźnie od okresu pokwitania, czy jest to wrodzona wada układu
sygnalizującego niebezpieczeństwo, układu ważnego z biologicznego punktu
widzenia, czy też wada nabyta wskutek przeciążenia tego układu we wczesnych
okresach rozwojowych.
Lęk schizofreniczny przedchorobowy nie jest w istocie zjawiskiem różnym od lęku
społecznego spotykanego w rozmaitym nasileniu u każdego człowieka. Różnica jest

83
tu ilościowa, u przyszłego schizofrenika lęk ten prowadzi do izolacji,
a u większości ludzi do selekcji struktur czynnościowych. Przyszły schizofrenik
nie ma dość siły, by lęk ten pokonać, a zwykły człowiek stara się go pokonać
i nie rezygnuje z jego powodu z ekspansji w świat społeczny. Również samotność
schizofrenika z jego przedchorobowego okresu życia nie jest zjawiskiem
jakościowo różnym od samotności spotykanej u przeciętnych ludzi pod wpływem lęku
społecznego. Każdy człowiek wycofuje się w miarę możności z kontaktów
społecznych, które mu nie odpowiadają. Lęk jest uczuciem, które najsilniej
działa w kierunku ucieczki od otoczenia społecznego. Lęk społeczny prowadzi więc
do autyzmu, ale jest to autyzm fizjologiczny, wybiórczy, odnoszący się tylko do
określonych sytuacji społecznych. W jednych sytuacjach społecznych człowiek
staje się autystyczny, a w innych - syntoniczny. Na tym zresztą polega bogactwo
interakcji z otoczeniem społecznym. Człowiek, który w każdym środowisku
społecznym czułby się jednakowo dobrze i był jednakowo syntoniczny, sprawiałby
równie nienormalne wrażenie, jak człowiek wycofujący się przed każdym kontaktem
społecznym, stale autystyczny. Zjawisko nadmiernej syntonii występuje w stanach
maniakalnych i jest ono równie patologiczne, jak typowe dla tych stanów
wzmożenie dynamiki życiowej.
W autyzmie psychicznym już nie ma poczucia fikcyjności; to, co zostało wyrzucone
w zewnętrzną przestrzeń, staje się rzeczywistością. Różnica więc między autyzmem
prepsychotycznym a psychotycznym sprowadza się do poczucia realności.
Czym jest poczucie realności? Powstaje ono z ustawicznego ścierania się
z otaczającym światem, z ustawicznego ścierania się własnych struktur
czynnościowych ze strukturami otoczenia, z oporu, który stawia otoczenie i który
trzeba pokonać. Gdy człowiek ucieka przed swym otoczeniem, rezygnuje wówczas
z interakcji z nim, rezygnuje tym samym z rzeczywistości, żyje w świecie marzeń,
planów, ale zdaje sobie sprawę, że to są jego własne struktury czynnościowe, że
na skutek izolacji od otoczenia nie urzeczywistniają się, gdyż urzeczywistnienie
jest możliwe tylko w przestrzeni zewnętrznej.
Natomiast w autyzmie psychotycznym zaciera się granica między światem własnym
a psychotycznym. Własne struktury zostają swobodnie rzutowane w przestrzeń
zewnętrzną i dzięki temu nabierają cech realności. Już nie odczuwa się ich
odrębności i przeciwstawności do tego, co dzieje się na zewnątrz nas. Wchodzi
się w inną rzeczywistość. W czasie marzenia sennego struktury własne nabierają
również cech rzeczywistości dzięki projekcji w przestrzeń zewnętrzną. W czasie
snu interakcja z otoczeniem spada do zera. Metabolizm informacyjny nie może
jednak ustać, nie znosi on pustki i przestrzeń zewnętrzna zapełnia się
strukturami własnymi, które w ciągu dnia nie mogą wyjść poza granice
oddzielające "ja" od otaczającego świata, mieszczą się one zresztą najczęściej
poniżej progu świadomości. Granica ta znika, gdy słabnie interakcja
z otaczającym światem. Jest ona wynikiem działania, w działaniu bowiem podmiot
musi przeciwstawić się przedmiotowi.
Biologiczne sygnały zagrożenia operują na zasadzie dodatniego lub ujemnego
sprzężenia zwrotnego. Lęk wyzwolony przez sytuację zagrożenia zmienia percepcję
tejże sytuacji, pod wpływem lęku ulega ona wyolbrzymieniu, wskutek czego z kolei
lęk wzrasta itd. Zdarza się jednak, że działa ujemne sprzężenie zwrotne. W tych
wypadkach występuje przyzwyczajenie do sytuacji zagrożenia, sygnał lękowy jest
coraz słabszy. To samo dotyczy sygnałów bólowych; pod ich wpływem próg percepcji
bólowej może maleć (dodatnie sprzężenie zwrotne) lub rosnąć (ujemne).
W pierwszym wypadku będzie występować przeczulica, a w drugim adaptacja do bólu.
Ujemne sprzężenia zwrotne, jak wiadomo, prowadzą do stabilizacji układu,
dodatnie - do rozchwiania równowagi. Na razie nie potrafimy odpowiedzieć na
pytanie, od jakich czynników zależy decyzja żywego ustroju, czy zostanie
włączone ujemne czy dodatnie sprzężenie zwrotne.
Konieczność ekspansji w świat otaczający wymaga przezwyciężenia lęku i bólu.
Z punktu więc widzenia indywidualnej ewolucji koniecznym jej warunkiem jest
istnienie ujemnego sprzężenia zwrotnego w odniesieniu do biologicznych sygnałów
zagrożenia. Gdyby jednak istniało tylko ujemne sprzężenie zwrotne, żywy ustrój
przestałby w końcu reagować na sygnały zagrożenia i tym samym skazany byłby na
zagładę. Gdyby istniało tylko dodatnie sprzężenie zwrotne, wówczas wycofywałby
się coraz bardziej z kontaktów z otaczającym światem, co doprowadziłoby w końcu

84
do ustania wymiany z otoczeniem (metabolizmu informacyjno-energetycznego), a tym
samym do śmierci.
Między obu mechanizmami (dodatniego i ujemnego sprzężenia zwrotnego) musi więc
istnieć określony stan równowagi. Wiadomo, że ten stan równowagi wykazuje duże
indywidualne i gatunkowe różnice. U niektórych gatunków zwierząt próg lękowy
jest niższy (np. zając), u innych wyższy (np. lew). Prawdopodobnie analogiczne
różnice gatunkowe istnieją w odniesieniu do progu bólowego. Poza tym istnieją
różnice jednostkowe. Wiadomo, że są ludzie odważni i tchórzliwi, wrażliwi i mało
wrażliwi na ból. Takie same różnice indywidualne istnieją w świecie zwierzęcym.
Na ekspansję żywych ustrojów w świat otaczający można za Darwinem patrzeć jako
na walkę między żywą jednostką a jej środowiskiem. Kto zwycięży, jest zagadką
każdego indywidualnego życia. W walce tej sygnały zagrożenia odgrywają
zasadniczą rolę, gdyż pozwalają się orientować, czy można iść naprzód czy trzeba
się wycofać. Mechanizm ujemnego sprzężenia zwrotnego świadczy o możliwości
zwycięstwa żywego ustroju nad środowiskiem; jest on na tyle silny, że może mimo
sygnałów lękowych i bólowych iść naprzód. Mechanizm zaś dodatniego sprzężenia
przemawia za klęską żywego ustroju wobec jego środowiska, sygnały zagrożenia
prowadzą do coraz większej dezintegracji czynności ustroju.
Prawdopodobnie istnieje jakiś zasadniczy próg, w którym sprzężenie zwrotne
ujemne zmienia się w dodatnie; fakt, że istnieją tu wyraźne różnice gatunkowe
i indywidualne, przemawiałby za tym, że próg ten zależy od czynników
genetycznych. Ale bezsprzecznie wpływają też na niego doświadczenia nabyte,
zwłaszcza we wczesnych okresach rozwojowych. Wiadomo, że za pomocą odpowiednich
metod wychowawczych można zarówno u ludzi, jak i u zwierząt zmniejszyć lub
zwiększyć próg percepcji lękowej i bólowej. Wiadomo też, że pewne sytuacje
życiowe, np. związane z prawem zachowania gatunku lub z obroną terytorium
władzy, mogą znacznie zwiększyć próg percepcji sygnałów zagrożenia. Samiec łatwo
pokonuje swój lęk i ból dla zdobycia partnerki, a samica - dla obrony swego
potomstwa. W obronie swego terenu posiadania zwierzę lękliwe może stać się
odważne itp. Walka o życie ma przebieg niezwykle urozmaicony, raz się zwycięża,
to znów ponosi klęski.
Sygnały zagrożenia muszą zatem zachować różnorodne modulacje. System
sygnalizacyjny operujący sprzężeniem dodatnim lub ujemnym musi być dlatego
odpowiednio plastyczny. Nie wiadomo, czy problem lęku społecznego w schizofrenii
i wywodzącego się z niego autyzmu nie wywodzi się właśnie z usztywnienia tegoż
systemu, co mogłoby być uwarunkowane genetycznie. Z chwilą wybuchu psychozy
schizofrenicznej stajemy się świadkami, do jakiego nasilenia lęku
i dezintegracji czynności psychicznych prowadzi przejście na mechanizm
dodatniego sprzężenia zwrotnego. Lęk prowadzi do rozchwiania struktury
metabolizmu informacyjnego, a nawet energetycznego. W minimalnym stopniu takie
rozchwianie występuje przy każdym nowym bodźcu; wywołuje on reakcję
orientacyjną, która zwykle jest połączona z dyskretnym komponentem lękowym
i wegetatywnym. Zaburzenia wegetatywne i biochemiczne towarzyszące przeżyciom
lękowym są wyrazem rozchwiania równowagi metabolizmu energetycznego. Na skutek
przejścia na mechanizm dodatniego sprzężenia zwrotnego, lęk prowadzi
w schizofrenii do coraz większej dezintegracji czynności psychicznych, a nawet
wegetatywnych i biochemicznych, a ta z kolei go zwiększa (lęk dezintegracyjny).
Zwłaszcza gdy psychoza przychodzi nagle i cały otaczający świat, i sam chory
ulega w niej przekształceniu, rozbity zostaje dotychczasowy porządek, a tworzy
się nowy, psychotyczny, nasilenie lęku na zasadzie błędnego koła (dodatniego
sprzężenia) nabiera niewyobrażalnych rozmiarów.

Redukcja lęku
Redukcja lęku jest głównym zadaniem w leczeniu schizofrenii. Osiąga się ją
za pomocą neuroleptyków i oddziaływania psychoterapeutycznego i socjotera-
peutycznego. Broniąc się przed swą samotnością, chory na schizofrenię szuka
drugiego człowieka, ale jednocześnie się go boi, gdyż na skutek psychotycznej
projekcji przybiera on nieraz postać groźną i wrogą. Umiejętność zdobycia
zaufania chorego jest w psychiatrii sprawą podstawową, szczególnie jednak
w schizofrenii decyduje ona o powodzeniach czy niepowodzeniach leczenia. Żeby
zredukować cudzy lęk, trzeba samemu być odważnym. Lęk bowiem, jak wszystkie

85
silne uczucia, zwłaszcza o znaku ujemnym, irradiuje. Z jednej osoby przenosi się
na drugą. Psychiatra musi przeciwstawić się tej irradiacji lęku, który
w schizofrenii osiąga apokaliptyczne wymiary. Redukcja lęku nie jest zadaniem
łatwym. Przede wszystkim należy pamiętać o tym, że lęk wzrasta w przestrzeni
ciemnej, a zmniejsza się w przestrzeni jasnej. Dlatego trzeba starać się
zrozumieć chorego, wczuć się w jego przeżycia, przenieść je z ciemności nocy na
światło dnia, do wspólnego ludzkiego świata.
Człowiek nieznany jest dla nas zawsze groźniejszy niż znany. To, co nieznane,
jest dla nas ciemne, łatwo zapełnia się tworami naszych własnych nastawień
uczuciowych i fantazji. Fale nienawiści plemiennej, rasowej, narodowej,
religijnej, klasowej, ideologicznej, które chyba od początku historii ludzkości
są źródłem nieskończonego pasma okrucieństw i cierpień, wzmagają się wskutek
tworzenia się przepaści między nienawidzącymi się grupami społecznymi.
Zrozumienie drugiego człowieka, wczucie się w jego przeżycia, a nawet sam
kontakt z nim, zmniejszają zazwyczaj napięcie uczuć negatywnych. Dlatego tak
ważne w leczeniu schizofrenii jest zredukowanie przepaści, jaka tworzy się
między chorym a jego otoczeniem społecznym, o której tak szczerze miał odwagę
powiedzieć profesor Minkowski. Przepaść wytwarza samo pojęcie choroby
psychicznej; człowiek naznaczony tą etykietą jest już po innej stronie granicy.
Psychiatra znajduje się tu w sytuacji dwuznacznej, nie może bowiem swego
pacjenta traktować jako zdrowego psychicznie, a traktując go jako chorego
pogłębia przepaść między sobą a nim. By zrozumieć chorego, trzeba się do niego
zbliżyć i pokonać przepaść dzielącą "zdrowych" od "chorych" psychicznie.
By pokonać lęk chorego, trzeba mieć do niego dużo sympatii. Postawa "do" musi
być na tyle silna, by pokonała dominującą u chorego w stosunkach z ludźmi
postawę "od". Prawdziwa życzliwość niejednokrotnie rozładowuje lękowe
i agresywne nastawienie chorego do otoczenia. Wchodząc w świat przeżyć, lekarz
styka się nieraz z najgłębszymi, zwykle znajdującymi się poniżej progu
świadomości warstwami psychiki. Do pewnego stopnia podświadomość chorego styka
się z podświadomością lekarza. Człowiek niełatwo znosi mroki swojego życia
podświadomego. Dlatego z tak bliskich kontaktów chętnie wycofuje się na bardziej
pewne pozycje ludzkiej wspólnoty, jasnego dnia, w którym obowiązują określone
normy ekspresji własnych stanów psychicznych. W zetknięciu więc ze światem
psychotycznym trzeba mieć odwagę stawić czoło własnej ciemności psychiki. Lęk
wreszcie budzą w otoczeniu lękowe i agresywne, a także nieprzewidywalne sposoby
zachowania się chorego; trzeba mieć dużą tolerancję na różnorodność ludzkiego
zachowania, by temu lękowi sprostać.
Lęk schizofreniczny nie jest zjawiskiem w pełni poznanym, wiele w nim tai się
jeszcze spraw nie odkrytych i niezrozumiałych. Problematyka jest bardzo szeroka,
jak starano się to przedstawić, choć na pewno pominięto jeszcze wiele zagadnień.

LĘK PSYCHOORGANICZNY

Zespoły psychoorganiczne dzielimy na trzy grupy kliniczne: ostre


(zamąceniowe), przewlekłe (otępienne) i charakteropatyczne. W ostrych
i przewlekłych zespołach psychoorganicznych na pierwszy plan wysuwają się
zaburzenia pamięci. Gwałtownie przebiegają one w ostrych, prowadząc do rozbicia
struktury czasoprzestrzennej, co klinicznie objawia się stanem splątania.
Stopniowo występują w przewlekłych zaburzeniach pamięci; tworzenie engramów
pamięciowych staje się coraz trudniejsze, wytworzone engramy ulegają stopniowo
wymazaniu, poczynając od engramów najświeższej daty. W grupie
charakteropatycznej na czoło wysuwają się zaburzenia procesów hamowania, formy
zachowania i przeżywania są wybuchowe, impulsywne, emocjonalne, a wskutek tego
często nie dostosowane do ogólnych norm współżycia. Tak zwani psychopaci
impulsywni i socjopaci rekrutują się w znacznej mierze z tej grupy. Procesy
hamowania jako delikatniejsze szybciej ulegają uszkodzeniu niż procesy
pobudzenia. Można by tu też myśleć o zaburzeniach pamięci, gdyż zapisy
pamięciowe odgrywają często rolę hamulca i moderatora w stosunku do tworzących
się struktur czynnościowych, nadają im one kształt; bez zapisu pamięciowego
struktura czynnościowa jest prymitywna, jakby naga.

86
We wszystkich trzech grupach zespołów psychoorganicznych spotykamy się z lękiem,
który w zależności od charakteru zespołu może mieć różną postać i genezę.
W ostrych zespołach psychoorganicznych lęk przede wszystkim jest wyzwolony nagłą
dezorganizacją metabolizmu informacyjnego. Jest to więc lęk typu
dezintegracyjnego, jaki spotyka się w nowej, niezwykłej sytuacji (w śladowej
formie przy każdym bodźcu orientacyjnym), a w skrajnym nasileniu –
w schizofrenii. Zapis pamięciowy odgrywa rolę porządkującą wobec metabolizmu
informacyjnego. Dzięki pamięci otrzymywane informacje zostają uporządkowane na
współrzędnych czasu i przestrzeni. Pamięć odgrywa rolę nitki, na którą nanizane
są poszczególne wydarzenia. W ostrym zespole psychoorganicznym nitka ta pęka,
paciorki zapisów pamięciowych rozsypują się w nieładzie, powstaje chaos
przestrzenny i czasowy. Typowa dla tych stanów jest dezorientacja w czasie
i przestrzeni. Określony porządek jest warunkiem orientacji i działania
w otaczającym świecie; gdy porządek ten ulegnie rozbiciu, człowiek staje się
bezradny.
Obok poczucia chaosu i wynikającego stąd poczucia zagrożenia bezradność jest
drugim czynnikiem wyzwalającym lęk w ostrych zespołach psychoorganicznych.
Trzecim czynnikiem jest przenikanie przestrzeni ciemnej w przeżycia chorego.
Granica między jawą a marzeniem sennym zaciera się w tych zespołach, na co
wpływają zaburzenia poziomu świadomości, które zawsze towarzyszą rozbiciu
porządku czasoprzestrzennego. Struktury czynnościowe dnia - przestrzeni jasnej -
mieszają się ze strukturami czynnościowymi nocy - przestrzeni ciemnej. Powstaje
chaos. Chory traci orientację, co jest rzeczywistością, a co majakami.
Jak zwykle w wypadku lęku, widoczny jest w ostrych zespołach psychoorganicznych
mechanizm błędnego koła. Lęk wzmaga dezorganizację przeżyć psychicznych, a ta
z kolei wpływa na wzrost lęku. W niektórych ostrych zespołach psychoorganicznych
(np. w deliriach) lęk może być bardzo silny i prowadzić do poważnych zaburzeń
wegetatywnych i biochemicznych, kończących się nawet śmiertelnie.
Przebieg przewlekłych zespołów psychoorganicznych jest mniej dramatyczny i lęk
w nich jest na ogół słabszy. Głównym źródłem lęku jest tu poczucie bezradności.
Tworzenie zapisu pamięciowego, czyli utrwalenie informacji, jest procesem
koniecznym do wytworzenia sobie obrazu otaczającego świata, a także własnej
osoby w stosunku do tegoż świata. Jeśli tworzenie się engramów pamięciowych
szwankuje, w obrazie tym powstają białe plamy. Człowiek zaczyna nie rozumieć
tego, co wokół niego się dzieje, nie wiąże poszczególnych informacji w całość.
Patrzy na otaczający świat jak na mapę z białymi plamami. Również czynności
wykonawcze ulegają upośledzeniu, wypadają ich poszczególne elementy, toteż
wytworzona struktura czynnościowa staje się zniekształcona, zubożała i nie
pasująca ani do tego, co chory chciał wyrazić, ani do sytuacji w otaczającym
świecie.
Chory w otępieniu organicznym żyje w stałym niepokoju, że może nie zrozumieć
tego, co wokół niego się dzieje, i nie podołać zadaniom, które przed nim stawia
codzienne życie. Niepokój ten może być maskowany brawurową postawą, jak to się
dzieje w wypadkach podwyższenia nastroju (euforii), albo też może go zmniejszyć
kurczowe trzymanie się utrwalonych stereotypów i unikanie nowych sytuacji. Chory
porusza się wówczas na terenie dobrze mu znanym. Gdy jednak znajdzie się w nowej
sytuacji, trudnej, wymagającej większego wysiłku, wówczas łatwo występuje tzw.
reakcja katastroficzna Goldsteina. Chorego ogarnia silny lęk, który z kolei
prowadzi do gwałtownej dezorganizacji jego procesów psychicznych, czyli do
ostrego zespołu psychoorganicznego. W ostrych zespołach psychoorganicznych
granica między jawą a marzeniem sennym nie jest ostra. Elementy jednego mieszają
się z elementami drugiego. Wpływa to oczywiście na nasilenie się lęku.
W zaburzeniach hamowania łatwo dochodzi do gwałtownych reakcji lękowych
i agresywnych, które normalnie są tłumione przez działanie hamulcowe
różnorodnych zapisów pamięciowych.
Zapisy te nie giną, jak dzieje się to w ostrych i przewlekłych zespołach
psychoorganicznych, bo gdy taki chory jest w normalnym nastroju, łatwo może je
wywołać, ale w chwilach napięcia emocjonalnego zostają wyłączone, toteż reakcja
emocjonalna występuje jakby w "nagiej" postaci. Każde silne uczucie redukuje do
pewnego stopnia bogactwo struktury czynnościowej i zmywa z niej engramy
pamięciowe, które normalnie ją wzbogacają. W charakteropatiach ta redukcja jest

87
znacznie silniejsza. Zasadniczy ruch w świecie otaczającym sprowadza się do
dwóch postaw "do" i "od". Przy tym ta druga jest bardziej dynamiczna, gdyż
ucieczka i atak wymagają większego wyładowania energii niż zbliżenie.
W miarę rozwoju metabolizmu informacyjnego te zasadnicze kierunki ruchu
wzbogacają się w coraz to nowe i bardziej skomplikowane formy zachowania, które
stanowią ich osłonę i upiększenie. Osłona ta działa hamująco na zasadnicze
postawy ruchowe, nie dopuszcza do ich pełnej ekspresji. Człowiek, któremu brak
tej osłony, narażony jest na ciągłe potykanie się ze swoim otoczeniem, łatwo
wpada w konflikty, co z kolei zwiększa impulsywność jego reakcji. Obserwuje się
tu też przejście z ujemnego do dodatniego sprzężenia zwrotnego. Zachowanie
lękowe czy agresywne wyzwala odpowiednią reakcję otoczenia, która zamiast
działać jak normalnie hamująco (ujemne sprzężenie zwrotne), jeszcze bardziej
wzmaga lęk i agresję chorego. Osłabienie czynników hamujących powoduje, że
prymitywne (bo pozbawione warstwy ochronnej) struktury czynnościowe są
natychmiast realizowane.
Na ogół skrajne formy postawy "do" i "od" pozostają w stadium
potencjalnym, mają stosunkowo niski współczynnik prawdopodobieństwa realizacji,
przed którą bronią hamulce natury społecznej. Każdy człowiek może być
potencjalnym mordercą i gwałcicielem, ale swoje potencjalne struktury na
szczęście rzadko realizuje. U charakteropaty czynniki hamulcowe są słabsze
i potencjalne struktury stają się realnymi. Łatwiej realizuje on swe zasadnicze
postawy emocjonalne ("do" i "od"). Myśl jest u niego od razu czynem.
Prawdopodobnie w związku z natychmiastową realizacją potencjalnych
struktur czynnościowych pozostaje występowanie reakcji agresywnych, u których
podłoża tkwi lęk. Wejście bowiem w przestrzeń zewnętrzną wymaga pewnej dozy
agresji. Trzeba tę przestrzeń zdobyć, a w tym mieści się sens słowa agresja.
Postawa lękowa skłania do wycofywania się z ekspansji w otaczający świat,
wskutek czego przeważają struktury czynnościowe potencjalne nad zrealizowanymi.
Człowiek dusi w sobie lęk. Gdy lęk jest na tyle silny, że prowadzi do
zewnętrznej aktywności, zwykle dołącza się do niego agresja. Jest ona bowiem
potrzebna do wyjścia w otaczający świat. Nawet wówczas, gdy zewnętrzne
zachowanie polegać będzie wyłącznie na ucieczce, to jednak w tej ucieczce będzie
element agresji i walki. Jeśli więc na skutek upośledzenia procesów hamowania
dochodzi do zbyt łatwej realizacji struktur czynnościowych, przeważać będą
agresywne formy zachowania, mimo że ich źródłem jest lęk.
Otoczenie społeczne źle toleruje agresję, na agresję zwykle odpowiada agresją,
co z kolei zwiększa u chorego potencjał lękowy prowadzący do zachowania
agresywnego. Ważnym czynnikiem hamującym realizację potencjalnych struktur
czynnościowych jest zwierciadło społeczne, zarówno w swej formie zewnętrznej,
jak i wewnętrznej, zinternalizowanej. Zapisy pamięciowe powstałe na skutek oceny
zwierciadła społecznego modulują nasze potencjalne struktury czynnościowe,
zwłaszcza te, które powstają bezpośrednio pod wpływem zasadniczych postaw
emocjonalnych ("do" i "od"), mających największą dynamikę i najłatwiej mogących
zakłócić harmonię interakcji z otoczeniem społecznym. W wypadku charakteropatii
te zapisy pamięciowe nie działają należycie, toteż zasadnicze postawy
emocjonalne łatwo ulegają uzewnętrznieniu. Na ogół przyjmuje się, że
upośledzenie hamowania jest spowodowane organicznym uszkodzeniem ośrodkowego
układu nerwowego, ale wydaje się, że nie bez znaczenia są wpływy genetyczne,
a także wychowawcze. Wychowanie w znacznej mierze polega bowiem na wypracowaniu
i wzmocnieniu procesów hamowania.
Lęk w padaczce jest zjawiskiem częstym i jego nasilenie dosięga
ekstremalnych granic. Może on wystąpić po pełnym napadzie padaczkowym, gdy chory
wraca do przytomności. Należy o tym zawsze pamiętać, gdyż reakcje chorego pod
wpływem lęku bywają niezwykle gwałtowne i mają zwykle cechy agresji. Nierzadko
atak lęku poprzedza napad padaczkowy - mówimy wówczas o aurze lękowej.
W padaczce skroniowej lęk może być jedynym objawem padaczkowego wyładowania.
Analogicznie jak w charakteropatiach, tylko w znacznie silniejszym stopniu, lęk
padaczkowy łatwo ulega eksternalizacji, tj. potencjalna struktura czynnościowa
zostaje natychmiast zrealizowana, dlatego też zachowanie typu agresywnego jest
często jego zewnętrzną formą.
Prawdopodobnie działa tu mechanizm analogiczny jak w uwarunkowanych organicznie

88
zaburzeniach procesów hamowania. Padaczkowe wyładowanie komórek nerwowych
niweluje bardziej skomplikowane struktury czynnościowe, tak że odsłaniają się
w nagiej postaci zasadnicze postawy emocjonalne, które, pozbawione hamulców,
dochodzą do ekstremalnych biegunów (gwałtu i mordu).
W subiektywnym odczuciu istnieje pewna analogia między biegunami postawy "do"
i "od", tj. doznaniami w chwili aktu seksualnego lub skrajnej agresji czy
panicznej ucieczki, a przeżyciami w czasie napadu padaczkowego. Przeżycia te są
niezwykle silne, mają swój autonomiczny rozwój, nie można nimi kierować,
podobnie jak nie można kierować napadem padaczkowym. Obraz świata i własnej
osoby upraszcza się znacznie. Niczego się nie widzi, tylko przedmiot swej
miłości czy lęku lub nienawiści, własny obraz też jest uproszczony do jednego,
niezwykle silnego uczucia. Człowiek staje się ładunkiem pożądania, lęku czy
nienawiści. Często widzi wszystko na czerwono, tak jakby palił się od środka.
Badania elektroencefalograficzne wykonane w czasie stosunku seksualnego wykazały
występowania rytmów padaczkowych.
Padaczka jest dysfunkcją ośrodkowego układu nerwowego, polegającą na
synchronizacji bioelektrycznych rytmów komórek nerwowych. Normalnie każda
komórka ma swój własny rytm. Miliardy komórek nerwowych, z których zbudowany
jest ludzki układ nerwowy, z tych poszczególnych rytmów tworzą wspólną melodię,
którą nazywamy strukturą czynnościową. Gdy komórki nerwowe zaczną bić jednym
rytmem, gdy w układzie nerwowym zapanuje swoisty totalizm, wówczas bogactwo
struktur czynnościowych redukuje się do zasadniczych postaw emocjonalnych, do
ekstremalnych biegunów postawy "do" i "od". Są to bowiem postawy głęboko
wdrożone nie tylko w ustrój ludzki, ale też zwierzęcy, występujące na różnych
szczeblach filogenezy, związane bezpośrednio z zachowaniem życia własnego
i życia gatunku; nawet przy tak głębokiej dysfunkcji układu nerwowego, jaką jest
napad padaczkowy, nie mogą one zniknąć. Przeciwnie, wskutek wymazania innych,
bardziej subtelnych struktur czynnościowych ulegają odhamowaniu i występują
w nagiej, nieposkromionej postaci. Przy ekstremalnej synchronizacji rytmów
bioelektrycznych nawet i te zasadnicze struktury czynnościowe ulegają wymazaniu
i dochodzi do utraty przytomności. W każdym razie lęk padaczkowy wskazuje na
fakt, że lęk jest uczuciem podstawowym, utrzymującym się nawet przy tak daleko
posuniętej dysfunkcji układu nerwowego, jaką jest napad padaczkowy. Wszystko
inne znika, a pozostaje lęk.

LĘK OLIGOFRENICZNY

Oligofrenia polega na obniżeniu pułapu wydolności ośrodkowego układu ner-


wowego. Możliwości wytwarzania struktur czynnościowych są mniejsze, metabolizm
informacyjny jest uboższy. Wytwarzają się struktury najprostsze, filogenetycznie
i ontogenetycznie najstarsze; struktury młodsze, bardziej skomplikowane, w ogóle
nie powstają. Możliwości tworzenia struktur czynnościowych są proporcjonalne do
głębokości niedorozwoju. W najgłębszych niedorozwojach (idiotyzm) liczba ich
jest minimalna. W lżejszych wystarczająca, by móc prowadzić proste,
nieskomplikowane życie.
Ubóstwo struktur czynnościowych ma swe dodatnie strony. Mianowicie stosunek do
życia niedorozwiniętych umysłowo staje się prostszy, mniej wyrafinowany. Często
są to ludzie szczersi, życzliwsi, o wrażliwszym sercu. Warto wspomnieć, że stara
nazwa "kretyn" pochodzi od chretien - chrześcijanin. Widocznie już dawno
zauważono, że ludzie niedorozwinięci mają coś z ideału chrześcijańskiej dobroci.
Z drugiej jednak strony brak czynników hamulcowych łatwo prowadzi do
występowania reakcji asocjalnych, impulsywnych, wybuchów złego humoru, agresji.
Analogicznie jak w charakteropatii i padaczce występują tu zasadnicze postawy
emocjonalne w nagiej postaci. Reakcje lękowe i lękowo-agresywne są więc
w znacznej mierze wynikiem zubożenia w możliwościach tworzenia struktur
czynnościowych. Lęk w oligofrenii ma też swe źródło w niemożności zrozumienia
otaczającego świata, zwłaszcza świata społecznego, jest więc podobny do lęku
występującego w przewlekłych zespołach psychoorganicznych. To, co niezrozumiałe,
ciemne, budzi niepokój, łatwo w puste miejsca rzutować twory własnej fantazji
podsycane lękiem. W wielu sytuacjach życiowych niedorozwinięty umysłowo czuje

89
się bezradny, nie wie, jak im sprostać, postawa ucieczki lub prymitywnej agresji
jest nieraz dla niego jedynym wyjściem z sytuacji.

LĘK UROJENIOWY

Społeczne uwarunkowanie urojeń


Większość zespołów urojeniowych zalicza się do psychoz. Urojeniowy obraz
świata i własnej osoby nie zgadza się bowiem ze społecznie akceptowanym obrazem
i dlatego jest wyłączony ze wspólnoty ludzkiej. Człowiek w taki indywidualny
sposób widzący otaczający świat czy siebie samego odrzuca tym samym normy
widzenia obowiązujące w przestrzeni wspólnej, w której własne struktury
czynnościowe ścierają się ze strukturami innych ludzi. Jest to przestrzeń jasna,
przestrzeń dnia, w przeciwstawieniu do przestrzeni ciemnej, przestrzeni nocy,
w której dominują własne struktury czynnościowe.
Zwykle zespoły urojeniowe omawia się razem ze schizofrenią, jedną bowiem
z zasadniczych cech schizofrenii jest zmiana struktury otaczającego świata
i własnej osoby. Jeśli lęk urojeniowy omawia się na pograniczu lęków
występujących w zaburzeniach psychicznych i lęków występujących w tzw. życiu
normalnym, to czyni się tak dlatego, iż właśnie w wypadku urojeń granica między
tzw. normą a patologią nie zawsze jest wyraźna i często właśnie na tym terenie
styka się świat nocy ze światem dnia. Z tego też względu skoncentrujemy się
przede wszystkim na tych urojeniach, które stoją dość blisko tzw. normalnego
świata przeżyć.
Lęk jest jedną z zasadniczych przyczyn urojenia i jest reakcją na
urojeniowe przekształcenie świata (lęk dezintegracyjny, analogiczny do
występującego w schizofrenii). Fakt, że urojenie jest przeciwstawieniem się
ogólnoludzkiemu (w sensie ludzkiej wspólnoty) widzeniu świata i własnej osoby,
uświadamia nam społeczny charakter metabolizmu informacyjnego. Struktury
czynnościowe, z których budujemy obraz świata czy też własnej osoby, są
w znacznej mierze wspólne, dzielone z innymi ludźmi. Nie można z tej wspólnoty
się wyłamać. Ten społeczny charakter metabolizmu informacyjnego każe nam
przypuszczać, że w wypadkach, gdy człowiek wyłamuje się z jego norm i przechodzi
na bardziej indywidualny sposób widzenia, przyczyna leży w relacjach danego
człowieka z otoczeniem społecznym, i rzeczywiście często u podłoża urojenia tkwi
lęk społeczny.
Również tematyka urojeń najczęściej obraca się wokół grupy społecznej lub jej
przedstawicieli. Ale nawet tam, gdzie jest inna, gdy np. dotyczy własnego ciała,
jak w urojeniach hipochondrycznych, w genezie urojenia lęk społeczny jest
najczęstszą przyczyną (urojona choroba jest karą za rzekomo lub naprawdę
popełniony grzech lub obroną przed społecznym potępieniem itp.).
Lęk społeczny, jak już mówiono, jest zjawiskiem powszechnym i odgrywa ważną rolę
w socjalizacji człowieka. Dlatego warto się zastanowić, dlaczego tylko niekiedy
prowadzi on do urojeniowego wypaczenia obrazu rzeczywistości, a przeważnie
takiego efektu nie wywiera. W różnych grupach społecznych lęk społeczny
przybiera inne formy i ma inny charakter.

Rola matki
Pierwszym reprezentantem świata społecznego jest matka lub osoba
sprawująca jej obowiązki. Jak już powiedziano, jest to najintymniejszy związek
międzyludzki. Zerwanie więzi z matką jest równoznaczne z biologiczną śmiercią.
Ponieważ metabolizm informacyjny jest jeszcze w tym okresie w stadium
zalążkowym, kontakt między matką a dzieckiem dokonuje się nie za pomocą zwykłych
środków komunikacji, jak słowa, gesty, a nawet wyraz twarzy (we wczesnym okresie
rozwoju dziecko nie jest w stanie percepować twarzy), lecz prawdopodobnie na
zasadzie bezpośredniego przenoszenia stanów uczuciowych. Dotychczas nie wiemy,
na czym ten sposób (empatia) polega, ale sądząc po tym, jak niepokój matki
przenosi się na niemowlę, należy przypuszczać, że tego rodzaju bezpośrednie
przenoszenie stanów uczuciowych istnieje rzeczywiście.
Przemawiają za tym również zjawiska bezpośredniego przenoszenia stanów
uczuciowych, zwłaszcza negatywnych, obserwowane u osób dorosłych, które można

90
traktować jako swoistą regresję do najwcześniejszych form komunikacji. Tego
rodzaju bezpośrednie przenoszenie stanów uczuciowych można obserwować u ludzi
dorosłych w silnych napięciach emocjonalnych, zarówno o dodatnim, jak ujemnym
znaku, w miłości, nienawiści, lęku. Obserwuje się je też w zjawiskach grupowych,
gdy silne uczucia, zwłaszcza negatywne, z jednego człowieka przenoszą się jak
płomień na drugiego. Tego rodzaju komunikacja istnieje też zapewne w psychozach,
zwłaszcza typu schizofrenicznego i paranoidalnego. Chory wyczuwa np. lęk lekarza
i reaguje nań własnym lękiem.
Matka zapewnia swemu dziecku podstawowe warunki życia, stwarza wokół niego
środowisko macierzyńskie, które izoluje je od niebezpieczeństw normalnego
środowiska. Osoba matki powinna więc wyzwalać w dziecku uczucia bezpieczeństwa,
sytości, zadowolenia, i rzeczywiście tak bywa, dziecko wita matkę uśmiechem, jej
widok uspokaja atak płaczu; gdy czuje się nieszczęśliwe, przywołuje ją płaczem
i krzykiem itp. Ale zdarza się też, że osoba matki nie uśmierza bólu ani złego
samopoczucia, że lęk matki przenosi się na dziecko, że w późniejszym już okresie
tworząca się komunikacja mimiczna i słowna nie zgadza się z bezpośrednim
przenoszeniem uczuć, wskutek czego dziecko jest zdezorientowane co do
prawdziwego nastawienia uczuciowego matki itp.
Ogólnie więc można stwierdzić, że w tym pierwszym kontakcie społecznym lęk
rodzi się w związku z możliwością utraty matki, co jest równoznaczne ze
śmiercią, a także wiąże się z różnorodnymi sytuacjami, w których matka nie
spełnia warunków środowiska macierzyńskiego. Już w tym wczesnym okresie rozwoju
zarysowuje się zasadniczy schemat stosunku do otoczenia społecznego: z jednej
strony nadzieja, że środowisko to zaspokoi podstawowe potrzeby, da poczucie
bezpieczeństwa, słowem, że w nim będzie człowiekowi dobrze; z drugiej zaś strony
zawiedzione nadzieje, gdy matka nie może czy też nie umie lub nie chce stworzyć
wokół swego dziecka dostatecznie ciepłej atmosfery emocjonalnej.
Nie wiemy oczywiście, jak w tak wczesnym okresie życia przeżywa się nadzieję,
chodzi tu raczej o "nadzieję" w sensie biologicznym, związaną z zaprogramowaniem
każdego żywego ustroju, tzn. z jego projekcją w przyszłość. Wypadki nagłej
i niewytłumaczalnej śmierci z lęku, występującej nie tylko u ludzi, ale też
u zwierząt, tłumaczy się całkowitą utratą nadziei.
Zasadniczy więc schemat pierwszego stosunku do otoczenia społecznego można by
przedstawić w formie dwubiegunowej, nadziei "raju", czyli środowiska
macierzyńskiego, i lęku przed brakiem tegoż środowiska, przed samotnością
i pustką, i utratą wszelkiej nadziei. Występują dwie przeciwstawne tendencje:
"do" i "od" środowiska społecznego, które właściwie utrzymują się przez całe
życie. U jednych ludzi będzie przeważać postawa "do", u innych natomiast postawa
"od". Jednym jednak z warunków metabolizmu informacyjnego jest poczucie
pewności. Nie można się poruszać w świecie jednocześnie białym i czarnym.

Ambiwalencja postaw emocjonalnych


W miarę rozwoju metabolizmu informacyjnego rozwija się swoisty rachunek
prawdopodobieństwa, dzięki któremu nie wkracza się w niepewność, ale do pewnego
stopnia oczekuje się określonych propozycji ze strony otaczającego świata;
chodzi przede wszystkim o świat społeczny, gdyż on jest głównym źródłem
metabolizmu informacyjnego. Rachunek prawdopodobieństwa nie może być dwuznaczny,
nie można mieć dwóch odpowiedzi na jedno pytanie, świat nie może być biały
i czarny, choćby takim był w rzeczywistości. Odpowiedź musi być jednoznaczna:
biały lub czarny. W pierwszym związku ze światem społecznym ambiwalencja jest
wyraźna, matka jest źródłem nadziei, ale jednocześnie źródłem lęku.
Już w tak wczesnym okresie rozwoju musi wytworzyć się struktura urojeniowa, gdyż
jest ona konieczna do stworzenia rachunku prawdopodobieństwa. Oczywiście nie
jest to urojenie w sensie klinicznym, ale w sensie zniekształcenia obrazu
rzeczywistości i usztywnienia określonego na nią spojrzenia. Coś musi zwyciężyć:
albo nadzieja, albo lęk. Obie postawy emocjonalne nie mogą jednocześnie
występować, wówczas bowiem obraz świata byłby jednocześnie przyciągający
i odpychający.
Na tak biegunowo przeciwstawnych postawach emocjonalnych nie można by budować
struktur czynnościowych interakcji z otoczeniem. To tak, jakbyśmy zakładali, że
ziemia pod naszymi nogami będzie pewna i twarda, a jednocześnie będzie drgać

91
i zapadać się. Trzeba na jedno lub na drugie się zdecydować, na tym polega
rachunek prawdopodobieństwa, który umożliwia eliminację struktur czynnościowych
mniej prawdopodobnych. Urojenie polega na dokonaniu jednoznacznego wyboru;
przyjmując jeden obraz świata, odrzuca się, a w każdym razie znacznie osłabia
obraz przeciwstawny. Pierwsze urojenie dotyczy emocjonalnej postawy w stosunku
do świata społecznego, tj. do matki, która jest pierwowzorem stosunku
emocjonalnego do otaczającego świata w ogóle. Wybierając nadzieję, przyjmuje się
postawę optymistyczną, świat będzie pociągał, jego czarne strony będą mniej
wyraziste.
Wybierając lęk i brak nadziei, przyjmuje się postawę pesymistyczną, widzi się
złe strony tego świata, chce się go zmienić lub przed nim się ucieka. Na ogół ta
zasadnicza postawa emocjonalna, na której ukształtowanie ma niemały wpływ
stosunek do matki, choć czynniki genetyczne nie są bez znaczenia, utrzymuje się
przez całe życie. Tylko na skutek bardzo silnych przeżyć, choroby psychicznej
itp. może ona ulec zmianie. Jest to zasadnicze urojenie, od którego nie jest
wolny żaden człowiek, ale jego nastawienie emocjonalne do świata zniekształca
obraz tegoż świata, a w każdym razie odpowiednio zmienia jego koloryt. Przez
urojenie rozumiemy zawsze struktury myślowe, ale ich tłem jest stale struktura
emocjonalna. Rachunek prawdopodobieństwa, związany z emocjonalnym nastawieniem
do otoczenia, kształtuje się prawdopodobnie bardzo wcześnie; od tego
zasadniczego wyboru zależy dalsze ustrukturalizowanie obrazu świata i własnej
osoby. Są to zasadnicze struktury, niezwykle trwałe i wypaczające obiektywność
naszego widzenia rzeczywistości. Nie traktujemy ich jako urojeń, gdyż występują
one u każdego człowieka. Zarówno jednak swoją trwałością, jak i stopniem
wypaczenia obrazu rzeczywistości niedaleko one odbiegają od klinicznych urojeń.

Lęk i nadzieja w psychozach endogennych


W dwóch psychozach endogennych - w cyklofrenii i w schizofrenii - omawiany
tu problem urojenia optymizmu lub pesymizmu występuje tak jaskrawo, że nie ma
już wątpliwości, iż ma się do czynienia z urojeniem. W depresji chory jest
odcięty od środowiska macierzyńskiego, nadzieja zmienia się w brak nadziei.
W manii - przeciwnie, chory staje się bardziej zrośnięty ze środowiskiem
macierzyńskim, jego nadzieje są zbyt duże, nierzadko mają klinicznie urojeniowy
charakter.
W schizofrenii środowisko macierzyńskie nie stwarza dość silnej podstawy
optymistycznego stosunku do rzeczywistości; przyszli chorzy czują się słabo
związani z życiem, więcej jest u nich lęku przed życiem niż nadziei. Dlatego
żyją oni trochę jakby na marginesie, uciekając w świat nierealnych marzeń,
broniąc się przed kontaktem z otoczeniem przez przyjmowanie postawy
konformistycznej (idealny syn, uczeń itp.). Wybuch psychozy jest próbą ucieczki
od beznadziejności życia realnego przez wejście w świat nierealny, który jednak
daje większe szansę realizacji własnych struktur czynnościowych niż
dotychczasowa rzeczywistość. Dla chorego jego struktury urojeniowe są bardziej
rzeczywiste niż to, co dotychczas przeżywał i co było zasnute mgłą beznadziei.
W cyklofrenii mielibyśmy do czynienia z oscylacją środowiska macierzyńskiego,
jego zbliżeniem w manii i jego oddaleniem w depresji. Natomiast środowisko
macierzyńskie nigdy nie było wystarczające, o co nie zawsze należy winić matkę,
bo na pewno działają tu czynniki natury genetycznej, utrudniające przyjęcie
postawy "do"; w psychozie pustka zapełnia się strukturami urojeniowymi, które
sprawiają, że świat, wprawdzie urojony, staje się bliższy, chory jest z nim
w pełniejszym kontakcie niż ze światem rzeczywistym. Świat rzeczywisty nie daje
choremu nadziei realizacji własnych struktur czynnościowych, natomiast nadzieje
te daje mu świat psychotyczny.
Nadzieja jest zasadniczym warunkiem kontynuacji życia; od niej zależy spełnienie
zarówno pierwszego, jak drugiego prawa biologicznego, a u człowieka od niej
zależy też rozwój kultury. Postawy optymistyczna i pesymistyczna, które ujęto tu
jako pierwsze i zasadnicze urojenie, zależą na pewno od wielu czynników, ale
niewątpliwie ich zasadniczy schemat kształtuje się na modelu stosunku
z pierwszym przedstawicielem świata społecznego, tj. z matką. Z innych czynników
kształtujących należy wymienić wpływy genetyczne, formy wychowania, panujące
w danym kręgu społecznym poglądy filozoficzno-religijne, doświadczenia

92
w kontaktach społecznych, klęski i sukcesy itp. Z codziennego doświadczenia
i codziennych obserwacji wiadomo, jak bardzo postawa optymistyczna lub
pesymistyczna wpływa na nasz obraz świata i własnej osoby, jak od niej zależy
nasza aktywność w otoczeniu i ekspansja w otaczający świat, jak kształtuje ona
nasz stosunek do ludzi itp.
Całkowity brak nadziei jest sytuacją skrajną, rzadko w życiu się zdarzającą,
przejściowo występuje w depresjach. Zwykle u największych nawet pesymistów
istnieje choćby cień nadziei. Nadzieja bowiem jest warunkiem życia; musi istnieć
wiara w przyszłość, gdyż życie jest ustawicznym dążeniem do przyszłości. Postawy
optymistyczna i pesymistyczna określają ilościową różnicę w nasileniu nadziei.
Nasilenie to jest duże w postawie optymistycznej, a małe - w pesymistycznej. Jak
na ogół wszystkie zasadnicze zjawiska w przyrodzie ożywionej, tak i nasycenie
nadzieją wykazuje stałe oscylacje zgodne z oscylacjami dynamiki życiowej.
Wahania te jednak dokonują się wokół zasadniczego poziomu, który jest trwały
i niezmienny, ponieważ tak silnie wpływa na zniekształcenie obrazu świata;
określono ten poziom jako podstawowe urojenie.

Rola ojca
Rodzice a zwierciadło społeczne
Drugim z kolei przedstawicielem świata społecznego, który wchodzi w świat
przeżyć dziecka, jest ojciec. Oczywiście rola ojca w rodzinie może się
przedstawiać różnie; zdarza się, że spełnia on funkcję matki, że nie ma go
w ogóle, że żyje całkiem na marginesie swej rodziny i mało z dzieckiem się styka
itp. W świecie zwierzęcym spotykamy się też z różnymi modelami rodziny.
U morskiego konika ojciec spełnia rolę matki, u wielu zwierząt ojciec nie
interesuje się swym potomstwem itp. Przeważa jednak u zwierząt wyższych model
rodziny, w którym ojciec ma określone funkcje w stosunku do potomstwa i troskę
o nie dzieli ze swą partnerką. W naszej cywilizacji w ostatnich dziesiątkach lat
zaczyna dość silnie zarysowywać się model rodziny bezojcowskiej, w której rolę
ojca spełnia matka. Wydaje się jednak, że trudno taki model traktować jako
normalny, odbija się on zwykle ujemnie na rozwoju dziecka, a także na psychice
matki, i dlatego określić by go należało jako model patologiczny. Wydaje się
więc uzasadnione omawianie wpływu rodziców na dziecko na przykładzie klasycznego
modelu rodziny składającej się z obojga rodziców.
Jest zasadnicza różnica między obu pierwszymi przedstawicielami świata
społecznego. Od matki dziecko wychodzi w otaczający świat, a ojciec z tego
świata przychodzi. Związek z matką jest najwcześniejszy; na podłożu tego związku
rozwijają się biologiczna i psychologiczna indywidualność dziecka i jego
pierwsze relacje z otaczającym światem. Wejście w otaczający świat dokonuje się
na drodze stopniowego zrywania tego pierwotnego związku. W przyrodzie ożywionej
obserwuje się ścisłe powiązanie ustroju żywego z jego środowiskiem, często
określane tajemniczym słowem "instynkt"; dotychczas nie znamy istoty tego
związku. Nie jest jednak wykluczone, że przynajmniej u zwierząt wyższych,
u których opieka macierzyńska jest wyraźnie wykształcona, odgrywa ona w genezie
tego związku istotną rolę.
W stosunku do człowieka rzadko używamy pojęcia "instynkt", choć wydaje się, że
analogicznie jak w świecie zwierzęcym wiele jego związków z otoczeniem ma silnie
utrwalony charakter. Trudno powiedzieć, czy jest to utrwalenie na podłożu
genetycznym, czy też uwarunkowane pierwszymi relacjami z otaczającym światem,
w każdym razie są to związki z otoczeniem stanowiące zasadniczą strukturę
metabolizmu informacyjnego. Od nich zależy stosunek do otoczenia i formowanie
się własnej osobowości. Między innymi postawa optymistyczna lub pesymistyczna
należy do takich podstawowych struktur.
We wczesnym dzieciństwie świat otaczający nie jest jeszcze oddzielony od osoby
dziecka, razem tworzą one całość. Postać matki jest też w tę całość włączona.
W miarę formowania się różnego rodzaju sposobów działania i odbierania efektów
tegoż działania tworzy się granica między "ja" a otaczającym światem. W tym
mniej więcej okresie wchodzi na scenę postać ojca. On jest pierwszym
reprezentantem tego, co na zewnątrz, symbolem otaczającego świata, jego nowinek,
tajemnic, cudowności, a także jego porządku, norm, systemu nagród i kar. Jeśli
związek z matką odgrywa decydującą rolę w formowaniu się struktury emocjonalnej

93
dziecka, tj. jego uczuciowego nastawienia do otaczającego świata, to związek
z ojcem wpływa w sposób zasadniczy na formowanie się podstawowego porządku
otaczającego świata. Od niego w znacznym stopniu zależy, czy świat będzie
sprawiedliwy czy niesprawiedliwy, przychylny czy potępiający, bezwzględny w swym
despotyzmie czy tolerancyjny, ciekawy czy nudny itd. Zwłaszcza związek z ojcem
niewątpliwie wpływa na ukształtowanie swoistej dla każdego człowieka hierarchii
wartości, co w życiu jest najważniejsze, jak dokonywać wyboru, jakie stawiać
sobie cele itp.
U człowieka hierarchia wartości koncentruje się wokół problemów związanych ze
stosunkiem do innych ludzi, tj. do problemów natury etycznej, gdyż ocena, co
jest dobre, a co złe, jest zasadniczą decyzją w naszych stosunkach z ludźmi.
Porządek moralny jest najważniejszy zarówno w hierarchii wartości, jak
i w ustrukturalizowaniu otaczającego świata i własnej osoby. Postać ojca wkracza
na scenę później (matka właściwie na scenę nie wkracza, jest na niej od samego
początku) i bardziej jest od dziecka oddalona. Skutkiem tego ona przede
wszystkim tworzy zwierciadło społeczne. Matka jest zbyt blisko, by mogła patrzeć
względnie obiektywnie na własne dziecko. Oczywiście i matka odgrywa rolę
w tworzeniu się zwierciadła społecznego i systemu samokontroli u dziecka, ale
rola jej w tym wypadku jest mniej wyrazista niż ojca.
W literaturze psychoanalitycznej wiele rozważań poświęcono procesowi
introjekcji, dzięki któremu postacie rodziców zostają jakby wchłonięte przez
dziecko i tworzą zrąb jego superego. Na ogół psychoanalitycy uważają, że rola
ojca w tworzeniu się superego jest ważniejsza niż matki, co wydaje się słuszne,
choćby z tego względu, że ojciec jest bardziej niż matka reprezentantem
w odniesieniu do otaczającego świata.
W zespołach urojeniowych często można się doszukać postaci ojca ukrytej
w kształcie czy to groźnych istot, które obserwują, osądzają i karzą, czy też
nemesis, która ściąga jako karę nieuleczalną chorobę, czy wreszcie potężnego
wroga, któremu przeciwstawić się nie sposób, gdyż władza jego jest
nieograniczona. Oczywiście postacie te nie wywodzą się bezpośrednio z obrazu
własnego rodzica. Na powstanie ich nakłada się zwykle wiele obrazów, ale też
wczesnodziecięcy lęk przed sprawiedliwością i wszechmocą ojca.
Różni są ojcowie i na pewno nie wszyscy budzą lęk u dziecka, wielu z nich
daje więcej ciepła dziecku niż matka. Niemniej w pewnym stopniu, niezależnie od
obiektywnej sytuacji, lęk jest osobnym czynnikiem w formowaniu się układu
samokontroli. Sumienie i jego część nieświadoma - superego - muszą działać na
zasadzie lęku. Lęk jest potrzebny i powstaje niezależnie od zewnętrznej
sytuacji. To, że koncentruje się na osobie ojca, nie jest jego winą, ojciec
w przeżyciach świadomych dziecka może wcale lęku nie budzić, ale gdzieś poniżej
progu świadomości tkwi lęk przed społecznym potępieniem, "jak będę sądzony",
i ojciec jako pierwszy reprezentant otoczenia społecznego jest też pierwszym
sędzią.
W etiologicznych rozważaniach psychiatrycznych często zbyt logicznie staramy się
powiązać przyczynę ze skutkiem. Na tej zasadzie uważamy, że surowy ojciec
wyzwala u dziecka większy potencjał lęku społecznego niż ojciec łagodny
i tolerancyjny. Na pewno tak jest w większości wypadków, ale nie zawsze związki
przyczynowe układają się tak prosto. Nasz świat przeżyć nie tworzy się
w prostych relacjach, dzięki którym świat subiektywny jest wiernym odbiciem
świata obiektywnego.
Jak wspomniano, u dziecka istnieje zapotrzebowanie na lęk społeczny, jest
on istotnym czynnikiem w formowaniu się sumienia, i lęk ten, istniejący
potencjalnie, może skrystalizować się na osobie ojca, gdyż jest on postacią
z kręgu rodzinnego najbardziej do tej roli predysponowaną. Świadomie dziecko
może ojca się nie bać, ale poniżej progu jego świadomości postać ojca może
przybierać rozmiary zgoła groźne. Objawia się to w snach i treści urojeń
w psychozie.
To wyolbrzymienie postaci ojca jest zjawiskiem koniecznym do sformowania się
układu samokontroli. Wyolbrzymiona postać ojca skupia w sobie rolę władcy
i sędziego. Interakcję z otoczeniem można przedstawić sobie w formie walki
o władzę. Z jednej strony "ja" walczy o zdobycie władzy nad cząstką otaczającego
świata, z drugiej strony otaczający świat walczy o zdobycie władzy nad "ja".

94
Otaczający świat ulega swoistej personifikacji, ktoś nim rządzi. Bóg, los,
przypadek, konieczność itp. Ktoś porusza, manewruje wypadkami otaczającego
świata, analogicznie jak "ja" manewruje zachowaniem własnej osoby. Występuje tu
swoista projekcja: otaczający świat działa na tej samej zasadzie, na jakiej my
działamy. Jakaś "osoba", jakieś "ja" porusza nim, tak jak my sobą poruszamy.
Wydaje się, że właśnie postać ojca jest predysponowana do występowania w roli
tego "ja" otaczającego świata. Przychodzi ona bowiem z zewnątrz, jest tegoż
świata pierwszym żywym reprezentantem. Człowiek jest istotą społeczną, toteż
jego interakcja z otoczeniem (metabolizm informacyjny) ma zawsze cechy
personalne, tzn. musi się dokonywać z drugą osobą. Gdy jej aktualnie nie ma,
stwarzamy osobę fikcyjną. Na przykład rozkoszując się pięknem natury, odczuwamy
bliski kontakt z Naturą, Bogiem, Pięknem itp.
To, z czym obcujemy, nabiera do pewnego stopnia cech ludzkich, zwierzę domowe ma
przeżycia podobne do nas, nawet maszyna, z którą stale obcujemy i ją lubimy,
trochę do nas się upodabnia (przykładem jest prawie erotyczny stosunek do
samochodu, jaki można obserwować u wielu rozmiłowanych w swoim wozie właścicieli
aut). Charakter metabolizmu informacyjnego jest społeczny, gdyż każda informacja
jest rezultatem wysiłku ludzkiej społeczności; jest choćby w minimalnym stopniu
kulturalnym dorobkiem, nic więc dziwnego, że przy społecznym charakterze
informacji odnosi się wrażenie, że ich nadawcami są postacie do nas zbliżone.
Animizm, który uważa się za formę myślenia prelogicznego, typową dla dziecka
i dla ludów tzw. pierwotnych, jest w istocie cechą charakterystyczną ludzkiego
odbioru rzeczywistości, wynikającą ze społecznego charakteru metabolizmu
informacyjnego. Jeśli świadomie bronimy się przed przyjęciem animistycznego
sposobu widzenia rzeczywistości, to dzieje się tak na zasadzie wtórnej
racjonalizacji, analogicznie jak odrzucamy wiele naszych emocjonalnych
nastawień, by zachować rzekomą obiektywność spojrzenia, choć w rzeczywistości
niewiele w ten sposób zyskujemy, gdyż nastawienia te nadal istnieją, a nawet
zepchnięte poniżej progu świadomości działaja jeszcze silniej.

Symbol ojca w strukturze urojeniowej


W zespołach urojeniowych często jesteśmy świadkami tego, jak zepchnięte
poniżej progu świadomości wyobrażenia animistyczne dochodzą z powrotem do
świadomości. Otaczający świat zapełnia się tajemniczymi postaciami, które nas
śledzą, prześladują, obserwują, chcą zniszczyć itp. Świat z powrotem staje się
"żywy", żywy, tj. wypełniony ludzką duszą - anima. W formowaniu się tej anima
otaczającego świata decydującą, jak się zdaje, rolę odgrywa postać ojca.
Tajemnicza postać kryjąca się za działaniami otaczającego świata może być do nas
przychylnie lub wrogo nastawiona. Najczęściej obraz jej jest dwubiegunowy, Bóg
i Szatan rządzą światem. Rozwarstwienie otaczającego świata na dobry i zły,
biały i czarny jest dość typowe dla zespołów urojeniowych, nie tylko
klinicznych, lecz też występujących jako zjawisko normalne u jednostek
i w grupach społecznych. Pod wpływem lęku i nienawiści otaczający świat
polaryzuje się na dwa kolory, czarny i biały. Ludzie dzielą się na przyjaciół
i wrogów. Tylko z pierwszymi utrzymuje się kontakt, drugich się unika. Na skutek
braku interakcji wytwarza się pusta przestrzeń, do której łatwo już rzutować
własne negatywne postawy uczuciowe; pod ich wpływem tworzą się przerażające
obrazy obozu wrogów.
Tego rodzaju formowanie się nastawień urojeniowych najłatwiej można obserwować
w zjawiskach grupowych, np. w czasie wszelakich wojen, gdy świat dzieli się na
towarzyszów broni i wrogów. Ten sam mechanizm działa jednak w psychozach
urojeniowych. Obraz urojeniowy świata jest już wyraźnie animistyczny, nie działa
wspomniana racjonalizacja, którą bronimy się przed zniekształcającym obraz
rzeczywistości działaniem silnych uczuć. Otaczający świat zamienia się w swoisty
teatr kukiełek, nie ma wydarzenia przypadkowego, każdym wydarzeniem jak kukiełką
za pomocą tajemnych nici porusza groźna postać wroga. Każdy fakt ma swoje
znaczenie, pod każdym kryje się działanie przeciwnika. Otaczający świat jest
nasycony wrogiem. I tu znów przypomnieć się może obraz otaczającego świata
okresu dzieciństwa, gdy otaczający świat nasycony jest postacią ojca. Nie znaczy
to oczywiście, by postać wroga kształtowała się z postaci ojca. Wróg jest
personifikacją tych wszystkich czynników działających w otaczającym świecie,

95
które są nam przeciwstawne, które mogą nas zniszczyć. W postaci ojca tego
rodzaju czynniki negatywne istnieją także (np. gdy występuje on w roli ojca
karzącego), ale obok nich istnieją czynniki pozytywne, dzięki którym otaczający
świat jest dla nas przyjazny, pomaga nam i wspiera. Istnieje tu analogia
z postawą optymistyczną i pesymistyczną, którą starano się tu wywieść od
stosunku dziecka do matki.

Akceptacja i negacja
Dwa obrazy świata, z których jeden tworzy się na matrycy stosunku do
matki, a drugi na matrycy stosunku do ojca, są do siebie podobne i w wielu
miejscach się pokrywają, ale jest jednak między nimi zasadnicza różnica,
pierwszy powstaje jakby od wnętrza, matka dla dziecka jest czymś wcześniejszym
niż otaczający świat, dlatego jest on bardziej emocjonalny, gdyż uczucia rodzą
się z naszego wnętrza. Natomiast drugi powstaje bardziej od zewnątrz, ojciec
przychodzi bowiem z zewnątrz, wskutek tego jest dalszy, bardziej obiektywny.
Obraz świata kształtujący się na matrycy stosunku dziecka do ojca jest bardziej
racjonalny. Koloryt naszego świata wywodzi się ze stosunku do matki, a jego
forma ze stosunku do ojca.
Cechą charakterystyczną dla zespołów urojeniowych jest swoista wszechmoc wroga.
Może on wszystko, jego potęga nie ma granic. Wszystkim potrafi pokierować, na
wszystko wpłynąć, nic bez jego wiedzy się nie dzieje itp. Jest to wszechmoc
wroga, obca, tajemnicza, niezrozumiała. Obok niej istnieje druga wszechmoc,
wszechmoc własnego wodza, który wszystko potrafi, wszystkiemu zaradzi, który
w końcu doprowadzi do zwycięstwa. W klinicznych zespołach urojeniowych człowiek
zwykle sam występuje naprzeciw wrogiego świata, dlatego w nich ma się do
czynienia przeważnie ze wszechmocą wroga. Czasem sam chory odczuwa własną
wszechmoc, identyfikuje się nawet z Bogiem; tego typu urojenia są dość typowe
w ostrej schizofrenii.
Zasadniczy schemat świata społecznego w klinicznych zespołach urojeniowych
układa się w przeciwstawieniu "ja" - "oni", "oni" są wrogami. Natomiast
w grupowych zespołach urojeniowych problem wszechmocy wodza występuje wyraźnie,
odgrywa ważną rolę w konsolidacji zadań grupowych. Schemat grupowych urojeń
układa się w dwubiegunowość: "my" i "oni". Dla dziecka postać ojca ma też cechy
wszechmocy, wszechmocy zarazem dobrej i złej. Jest to sprawa dla rozwoju
osobowości zasadnicza, człowiek chcąc nie chcąc musi się bowiem stosować do
porządku otaczającego świata. Otaczający świat jest w stosunku do niego
wszechmocny, gdyż gdyby takim nie był, nie mógłby stwarzać norm postępowania,
swoich nakazów i zakazów.
Człowiek walczy z wszechmocą otaczającego świata, przeciw niej się buntuje, jej
się przeciwstawia, ale w końcu jeśli chce żyć w tym świecie, musi jego porządek
przyjąć, uznać go za własny (tzw. internalizacja), wtedy już nie walczy z nim,
ale współpracuje. Tylko dla chorych na schizofrenię "królestwo ich nie jest
z tego świata", nie mogą oni tego porządku akceptować, a tym bardziej go
zinternalizować. Podporządkowują się mu wbrew woli, a w psychozie następuje
bunt.
Małe dziecko odczuwa własną wszechmoc w tym przynajmniej okresie, gdy jeszcze
nie zdążyła się wykształcić granica między nim a otaczającym światem. Możliwe,
że to poczucie własnej wszechmocy w późniejszym okresie, gdy otaczający świat
się już oddzielił, jest rzutowane na zewnątrz; dziecko nie czuje się już
wszechmocne, ale tym atrybutem obdarza swoje otoczenie. Podobnie jak istnieje
dla każdego człowieka charakterystyczny poziom optymizmu i pesymizmu, tak samo
jest w nim określony poziom akceptacji porządku otaczającego świata.
Są ludzie ze światem pogodzeni i są ludzie stale z nim skłóceni, i jedna,
i druga postawa jest potrzebna, akceptacja jest konieczna do procesu
identyfikacji, a negacja do przekształcania porządku otaczającego świata.
Całkowita akceptacja byłaby równoznaczna z zastojem, nic by się już w świecie
nie zmieniało. Z kolei całkowita negacja oznaczałaby wycofanie się z kontaktów
z otoczeniem lub stałą z nim walkę.
Dziecko nie walczy ze swym ojcem, ojciec jest zbyt wielką postacią (wpływa na to
też perspektywiczne zniekształcenie na skutek typowego dla dzieciństwa
spojrzenia w górę), by można było mu się przeciwstawić. Wprawdzie u wielu dzieci

96
- zwłaszcza naszego kręgu kulturowego - można obserwować rywalizację z ojcem
o uczucia matki, do której Freud, a za nim wszyscy psychoanalitycy przykładali
tak wielką wagę (kompleks Edypa). W rywalizacji tej jednak dziecko z góry
zakłada swą klęskę; dziecko może marzyć o zdobyciu pozycji ojca przy matce,
podobnie jak marzy o zdobyciu jego siły, znaczenia, umiejętności, ale zdaje
sobie sprawę, że jest to tylko marzenie.
Mimo silnie rozwiniętych tendencji marzycielskich dzieci zazwyczaj
zachowują równie silny zmysł rzeczywistości. Nie znaczy to jednak, by ich
ojcoburcze marzenia nie miały wywoływać poczucia winy. W wypadku nie
zrealizowanych struktur czynnościowych bywa ono nawet silniejsze, niż wówczas
gdy nastąpi ich realizacja. Na skutek poczucia winy jeszcze bardziej wzrasta
"potęga" ojca, występuje on jako ten, który ma pełnię władzy karania za złe
myśli. Wątek kary jest częstym elementem klinicznych urojeń i w jego genezie
należy prawdopodobnie doszukiwać się dziecięcego lęku przed karzącym ojcem.
W tradycyjnym modelu rodziny ojciec niejednokrotnie występuje jako pierwszy
przedstawiciel społecznej sprawiedliwości, on karze i nagradza. Jest w ten
sposób zalążkiem zwierciadła społecznego.
Na przykładzie zwierciadła społecznego dobrze widać fikcyjność naszego obrazu
świata społecznego. Człowiek ma poczucie, że każdy jego czyn, a nawet myśl czy
uczucie są przez otoczenie społeczne w jakiś sposób zauważane i odpowiednio
oceniane. Stara się on nakładać różnego rodzaju maski, by nie pozwolić otoczeniu
na odczytanie swych prawdziwych intencji. W rzeczywistości nie jesteśmy pod tak
baczną obserwacją naszego otoczenia. Spojrzenie ludzkie, które na sobie
odczuwamy i które tak wyraźnie wpływa na nasze postępowanie, jest w znacznej
mierze wyłącznie naszą konstrukcją myślową. Wyobrażamy sobie, że w ten sposób
ludzie na nas patrzą. Mamy wrażenie, że znajdujemy się w centrum ludzkiej
społeczności, zamknięci w jej kręgu i ze wszystkich stron padają na nas
krytyczne spojrzenia. Zdajemy sobie oczywiście sprawę, że tak naprawdę nie jest,
ale trudno nam zwalczyć to złudzenie.
Złudzenie to odgrywa rolę w układzie samokontroli; właśnie te spojrzenia są
sprzężeniem zwrotnym regulującym zachowanie układu. Jak wiadomo, częściowo
ulegają one internalizacji, tworząc świadome i podświadome sumienie (superego).
Samo jednak spojrzenie pochodzące z zewnątrz nie zawsze odpowiada rzeczywistemu
zachowaniu społecznego otoczenia. Ulega ono samoistnie wzmocnieniu, a nieraz
wypaczeniu wskutek tego, że odgrywa tak ważną rolę w procesach samoregulacji.
Samokontrola ustroju nie jest tylko zależna od reakcji otoczenia, ale też - i to
może w większym stopniu - od tendencji samego ustroju. Zależnie od tych
tendencji zmieniać się będzie sprzężenie zwrotne regulujące nasze postępowanie.
Do pewnego stopnia sami kształtujemy nasze zwierciadło społeczne.
Opisaną subiektywność zwierciadła społecznego najłatwiej można spostrzec, gdy
działają nastroje i uczucia. Pod ich wpływem zwierciadło społeczne zmienia się
nieraz w decydujący sposób. W nastroju pogodnym jest ono tolerancyjne, w smutnym
potępiające, w uczuciach pozytywnych przyjazne, w negatywnych wrogie
i zagrażające. Te same oscylacje zależne od kolorytu emocjonalnego obserwuje się
też w osądzie sumienia. Jest to jeden więcej przykład łączności ustroju ze
środowiskiem. Zwierciadło społeczne jest jakby kwintesencją środowiska
społecznego, ale mimo to nie można go odłączyć od ustroju i związek obu układów
z sobą jest bardzo ścisły. Zjawisko to występuje wyraźnie w wielodzietnych
rodzinach. Ten sam ojciec może zupełnie inaczej wpłynąć na formowanie się
zwierciadła społecznego i sumienia u poszczególnych dzieci, mimo że jego
odnoszenie się do każdego z nich jest podobne.
Mimo wielkiej rozmaitości naszych związków z otoczeniem społecznym - dzięki
czemu przez jednych ludzi jesteśmy chwaleni, a przez innych ganieni -
zwierciadło społeczne przy całej swej kalejdoskopowej różnorodności ma jednak
u każdego człowieka określoną strukturę. U jednych ludzi jest ono bardziej
tolerancyjne, a u innych bardziej karzące. U jednych wskutek tego przeważa
przekonanie, że postępują stale dobrze, a u drugich, że stale źle. Jest to jakby
stały błąd konstrukcji układu samokontrolującego, błąd, który utrwala się już we
wczesnych okresach rozwoju i dla jego powstania związek uczuciowy z ojcem
odgrywa decydującą rolę. W zależności od tego, czy jego postać w umyśle dziecka
kształtuje się w formie ojca karzącego, czy też ojca przebaczającego,

97
odpowiednio też przedstawiać się będzie obraz zwierciadła społecznego.

Lęk przed karą i potępieniem


Zwierciadło społeczne odgrywa decydującą rolę w tworzeniu się porządku
moralnego, tj. najwyższej hierarchii wartości, dotyczącej naszych najbardziej
skomplikowanych związków z otoczeniem. Lęk przed karą modyfikuje nasze struktury
czynnościowe i sprawia, że wiele struktur potencjalnych nie zostaje zrealizowa-
nych. Klasycznym przykładem takiej potencjalnej struktury czynnościowej jest
maksymalne wypełnienie postawy "od", czyli mord; normalnie nie dochodzi on do
realizacji, ale w pewnych sytuacjach, np. w czasie wojny czy rewolucji, gdy jest
on tolerowany, a nawet aprobowany przez zwierciadło społeczne, łatwo się
realizuje i po pewnym okresie adaptacji nie wywołuje poczucia winy.
Zwierciadło społeczne jest zmienne, w ciągu życia ludzkiego różne czynniki
wpływają na jego ukształtowanie. Te same czyny w jednej grupie społecznej są
aprobowane, w drugiej potępiane. Względną stabilność zwierciadła społecznego
zawdzięczamy pierwszym engramom świata społecznego, które jakby na zasadzie
imprinting pozostawiają trwały i niezatarty ślad. A te pierwsze zapisy wiążą się
przede wszystkim z postacią ojca.
Lęk przed społecznym potępieniem jest u człowieka bardzo silny i zdarza
się, że przeważa nad lękiem biologicznym. Z obawy przed potępieniem czy
ośmieszeniem człowiek naraża się na śmierć, jak np. w czasie wojny, a wykluczony
ze swej grupy społecznej nieraz odbiera sobie życie. Znaczenie lęku społecznego
w tworzeniu się układu samokontroli jest bezsporne. Otoczenie społeczne,
występujące jako "sędzia sprawiedliwy", jest ważnym czynnikiem modulującym
i porządkującym nasze formy zachowania, a także przeżywania. Jest to zasadnicze
sprzężenie zwrotne regulujące nasz metabolizm informacyjny. Nieraz w psychozach
typu urojeniowego otoczenie społeczne wyraźnie występuje w roli surowego
sędziego. Problem kary jest jednym z zasadniczych wątków w psychozach,
a w formie bardziej zakamuflowanej - w nerwicach. Z problemem kary i nagrody
wiąże się sprawa ludzkiej odpowiedzialności.
Dla przyrodnika jest to raczej problem nie istniejący, dąży on bowiem do
ułożenia rzeczywistości w tego rodzaju związki przyczynowe, w których
odpowiedzialność ustroju jest pojęciem zgoła pustym. Obserwując jednak, jak
wielką rolę w rozwoju człowieka, a także zwierząt, przynajmniej wyższych,
odgrywa układ samokontroli i system nagrody i kary, nie można tak łatwo odrzucić
koncepcji odpowiedzialności. System kary i nagrody opiera się na koncepcji
odpowiedzialności. Człowiek nieodpowiedzialny nie może być karany ani
nagradzany, nie jest bowiem jego zasługą czy winą, że w ten, a nie inny sposób
postępuje.
Życie nie jest procesem wyłącznie automatycznym, potrzebny jest w nim wysiłek;
wysiłek ten między innymi musi się koncentrować na wyborze odpowiednich form
zachowania. Zły wybór może się kończyć klęską zarówno własną, jak i nawet grupy,
w której się żyje. Życie wymaga wysiłku decyzji i za nią jesteśmy karani lub
nagradzani. Zwierciadło społeczne jest jednym z najważniejszych czynników
oceniających nasz wysiłek.
Sędzia może być sprawiedliwy lub niesprawiedliwy. Wyidealizowanie postaci
ojca (spojrzenie w górę) sprawia, że jest on w oczach dziecka sędzią
sprawiedliwym. Sprawiedliwość i wszechmoc są atrybutami, którymi dziecko obdarza
pierwszego reprezentanta świata społecznego. Późniejsze życie uczy człowieka, że
z tą sprawiedliwością otoczenia społecznego bywa różnie. Nieraz czuje się on
pokrzywdzony wyrokiem otoczenia, nieraz musi walczyć o sprawiedliwość dla siebie
lub z niej w ogóle zrezygnować.
Mimo wszystkich zawodów nie znika jednak całkiem wiara w absolutną
sprawiedliwość, wiara zaszczepiona w dzieciństwie. Wiara ta może się przenosić
na przyszłe życie, jeśli nie ma już żadnych możliwości zaspokojenia jej w tym
życiu. Wierzy się wówczas w sprawiedliwość boską lub historii. Wiara ta, jak się
zdaje, jest ważnym czynnikiem w formowaniu się układu samokontroli i moralnego
systemu wartości; gdyby jej nie było, wartości byłyby względne, te same czyny
raz byłyby nagradzane, a innym razem karane. Cały układ wartości byłby bardzo
chwiejny i zmienny, co w końcu utrudniałoby, a nawet uniemożliwiało podejmowanie
decyzji. System wartości musi być możliwie stabilny.

98
W rzeczywistości wartości naszych czynów, a tak samo akcji otoczenia są raczej
względne, można raz tak, a raz inaczej, zależnie od okoliczności je oceniać. Ale
system wartości wchodzący w skład układu samokontroli musi być stabilny, inaczej
układ ten nie mógłby działać. Dlatego urojeniowa wiara w sprawiedliwość jest
koniecznością. Człowiek żyje nadzieją, że jego zwierciadło społeczne jest
sprawiedliwe; gdy traci wiarę w jego sprawiedliwość, prowadzi to nieraz do
głębokiego załamania.
Wszechmoc i sprawiedliwość - dwie cechy, które w dzieciństwie są przypisywane
otoczeniu społecznemu (przede wszystkim ojcu jako tego otoczenia najważniejszemu
przedstawicielowi) - mimo swej fikcyjności odgrywają ważną rolę w formowaniu się
interakcji z otoczeniem społecznym, w szczególności w tworzeniu się układu
samokontroli. Gdyby obraz otoczenia społecznego był bardziej realny, tzn. gdyby
nie było ono ani wszechmocne, ani sprawiedliwe, człowiek pozbawiony byłby
względnie stabilnego układu odniesienia, nie miałby norm, wedle których może się
kierować przy wyborze odpowiednich struktur czynnościowych, jego decyzje byłyby
jeszcze bardziej przypadkowe i nieprzewidziane niż są normalnie.

Władza i posiadanie
Postawa animistyczna ("od") i instrumentalna ("do")
Z drugiej jednak strony cechy wszechmocy i sprawiedliwości nadane
w dzieciństwie otoczeniu społecznemu, mimo że w trakcie dalszego rozwoju są
wyraźnie stłumione przez bardziej realne spojrzenie na nie, tkwią nadal
w świadomości ludzkiej, a częściej poniżej jej progu, i w formie już chorobliwej
ujawniają się, gdy związki z otoczeniem społecznym są niepewne, zagrażające itp.
Jeśli otoczenie społeczne budzi lęk, to w myśl powiedzenia "strach ma wielkie
oczy" ulega ono wyolbrzymieniu, spojrzenie jak w dzieciństwie kieruje się
w górę, co prowadzi do zniekształcenia proporcji. Z powrotem otoczenie społeczne
nabiera cech wszechmocy i absolutnej sprawiedliwości. Wskutek wyolbrzymienia
staje się ono nieludzkie.
Człowiek rozumie podobnych sobie; tylko oni podobnie jak on odczuwają i reagują,
ma z nimi wspólny język. Jest to animistyczna postawa wobec otoczenia, gdyż
wspólny rodzaj przeżywania (anima) łączy jednostkę z jej otoczeniem.
Przeciwieństwem jej jest postawa instrumentalna. Otoczenie jest tylko
instrumentem do osiągnięcia jakiegoś celu. Nie ma się już z nim wspólnoty
duchowej, przypomina ono raczej skomplikowany mechanizm, na który odpowiednio
działając możemy osiągnąć upragnione przez nas efekty.
Postawa instrumentalna pojawia się wtedy, gdy nie możemy znaleźć ze swoim
otoczeniem wspólnego języka, gdy jest ono zbyt małe lub duże, by można je było
zrozumieć, by można z nim czuć wspólnotę przeżycia (anima communis). Traktujemy
wówczas otoczenie jako przedmiot, przedmiot mały, który łatwo możemy opanować
i obezwładnić, lub jako przedmiot duży, który może nas zgnieść, ale który,
odpowiednio działając, można sobie do pewnego stopnia podporządkować. Zamiast
wczuwać się w otoczenie, staramy się nim manipulować. Próbujemy nacisnąć to tu,
to tam, i czekamy na efekt. Nie obchodzi nas, co przedmiot przeżywa, ale jak
reaguje.
Obie postawy są ściśle powiązane z zasadniczymi postawami emocjonalnymi. Postawa
animistyczna wymaga zbliżenia do otoczenia, postawa "do" musi przeważać nad
postawą "od". Musimy się do otoczenia zbliżyć, lubić je, by móc je zrozumieć, by
móc się w nie wczuć. Postawa "do" jest konsekwencją drugiego prawa
biologicznego. Potrzeba zachowania życia gatunku zmusza do zbliżenia się do
otoczenia, ona wytwarza wspólnotę, człowiek (czy zwierzę) nie czuje się sam, ale
złączony z innymi. Postawa instrumentalna jest wynikiem przewagi postawy "od",
przed otoczeniem chcemy uciec lub je zniszczyć. U jej podłoża leży pierwsze
prawo biologiczne: zachować własne życie za wszelką cenę. W pierwszym prawie
biologicznym kryje się lęk przed zagładą, trzeba walczyć, by nie zostać przez
otoczenie zniszczonym. Nie dąży się tu do złączenia z otoczeniem, jak w wypadku
drugiego prawa biologicznego, ale do jego wykorzystania do własnych celów.
Należy tak na nie zadziałać, by odnieść dla siebie korzyści.
Jeśli przyjmiemy, że uczucia o znaku pozytywnym (postawa "do") wywodzą się
z drugiego prawa biologicznego, a uczucia o znaku ujemnym (postawa "od")
z pierwszego prawa, to łatwiej można zrozumieć, iż pierwsze wiążą się

99
z animistycznym, a drugie z instrumentalnym podejściem do otoczenia. Gdy głównym
celem jest zachowanie własnego życia, wówczas otoczenie spełnia tylko rolę
środka do tego celu, podejście do niego jest instrumentalne, jest ono
przedmiotem służącym do zaspokojenia potrzeb, lub gdy otoczenie góruje nad nami,
my stajemy się z kolei dla niego przedmiotem. Natomiast gdy celem jest
zachowanie życia gatunku, wówczas otoczenie przestaje być przedmiotem, staje się
podmiotem, takim jak my, z którym mamy się złączyć dla prokreacji i którym mamy
się opiekować, by wzrastało na nasze podobieństwo. Otaczający świat staje się
nam bliski i do nas podobny, łączy go z nami wspólnota wynikająca z drugiego
prawa biologicznego. Nie jest on przedmiotem, którym staramy się manipulować
w ten sposób, by przynosił nam jak najwięcej korzyści (egoizm pierwszego prawa
biologicznego), ale podmiotem, dla którego jesteśmy gotowi poświęcić nawet
własne życie (altruizm drugiego prawa biologicznego).
Dla uczuć pozytywnych charakterystyczne jest podejście animistyczne, a dla
negatywnych - instrumentalne. Nawet przedmioty martwe ożywają pod wpływem uczuć
pozytywnych, nabierają cech niemal ludzkich, są nam bliskie, rozumiemy je,
prawie z nimi rozmawiamy. Dziecko ożywia w ten sposób swoje ukochane zabawki,
a człowiek dorosły - mimo krytycznego nastawienia do animistycznego podejścia do
rzeczywistości - traktuje nieraz swój ukochany przedmiot niczym najdroższą osobę
(np. auto, namiot, narty itp.). W stosunku do zwierząt domowych podejście
animistyczne jest prawie regułą.
Człowiek jednak wstydzi się swych uczuć względem otoczenia, podejście
animistyczne jest traktowane jako dziecinny i raczej prymitywny sposób
spojrzenia na nie. Natomiast za odpowiadające godności ludzkiego rozumu uznaje
podejście instrumentalne. Obiektywnym spojrzeniem na świat jest to, które widzi
go tylko jako przedmiot. Światem takim można swobodnie operować i władać, jest
on bowiem "bezduszny", nie łączy go z nami wspólnota doznań (anima), bo my
jesteśmy panami świata, a świat jest jakby plastyczną materią, którą mamy
kształtować. Sytuacja odwraca się, gdy poniesiemy klęskę, wówczas sami stajenny
się plastycznym materiałem dla otoczenia.

Mądrość a nauka
Może nie jest kwestią przypadku, że w naszej cywilizacji szczególnie ostro
potępia się i wyśmiewa postawę animistyczną, która jest dość typowa dla kultur
tzw. pierwotnych. Ideałem naszej cywilizacja, zwłaszcza od okresu renesansu,
jest władanie światem; otaczający świat ma służyć człowiekowi, wysiłek
koncentruje się na podboju, na podporządkowaniu świata człowiekowi. Trzymając
się schematu przyjętego w naszych rozważaniach, tego rodzaju cywilizację
należałoby określić jako typową dla pierwszego prawa biologicznego. Otoczenie
jest tu środkiem do zaspokojenia własnych potrzeb.
Taki egoistyczny stosunek do otoczenia jest jednak potencjalnym źródłem lęku.
Obowiązuje tu bowiem zasada "zwyciężę lub zostanę zwyciężony", a nie zawsze
jesteśmy zwycięzcami, często ponosimy klęskę i wówczas sami stajemy się
przedmiotem dla otoczenia. Jeśli nauka potępia i ośmiesza podejście
animistyczne, to dzieje się tak między innymi dlatego, że nauka wywodzi się
z dążenia do panowania nad światem, jest ona kontynuatorką magii. Dzięki nauce
zdobywamy władzę nad otoczeniem. W tym sensie nauka jest przeciwstawna mądrości,
mądrość bowiem nie dąży do władzy, ale do większego zbliżenia się i tym samym
lepszego zrozumienia otaczającego świata, wczucia się w jego tajemny rytm. Pod
wysiłkami naukowymi kryje się dążenie do władzy, a pod szukaniem mądrości -
miłość do otoczenia.
Człowiek, który kocha, nie chce władać przedmiotem swoich uczuć, chce być z nim
razem, złączyć się z nim we wspólnocie przeżyć. Złączenie jest celem miłości,
i to nie tylko złączenie fizyczne, lecz też psychiczne. Natomiast człowiek,
który chce przede wszystkim zachować własne życie i dla tego celu gotów jest
wszystko poświęcić, raczej boi się swego otoczenia, ono mu stale zagraża, chce
nad nim panować, gdyż tylko wtedy czuje się bezpieczny, gdy ma nad nim pełną
władzę. Gdy owładną nami uczucia negatywne, przestajemy rozumieć nasze
otoczenie, nie potrafimy się już w nie wczuć, jest dla nas obce i dalekie.
Widzimy tylko jego przeróżne działania, nie wszystkie rozumiemy, staramy się je
rozszyfrować, boimy się, że mogą nam zaszkodzić, sami staramy się tak na

100
otoczenie zadziałać, by je unieszkodliwić, by uczynić je sobie powolnym.

Okres analny
Według psychoanalityków podejście instrumentalne do otoczenia jest typowe
dla analnego okresu rozwoju (mniej więcej 2-5 roku życia). Dziecko za pomocą
różnych sposobów chce zdobyć dla siebie otoczenie społeczne, tj. wywołać
korzystne dla siebie reakcje u rodziców. Może być przymilne lub złośliwe,
posłuszne lub krnąbrne, porządne lub niedbałe itp., próbuje różnych sposobów
zachowania, by z ich pomocą zbadać reakcję matki i ojca. Stara się nimi
manipulować, jeśli wolno użyć terminu stosowanego często we współczesnej
psychoterapii. Nawet typowe dla tego okresu kłopoty z nocniczkiem są
wykorzystywane do manipulacyjnych celów. Kupa zrobiona do nocniczka budzi radość
otoczenia, a zrobiona w mniej odpowiednim miejscu spotyka się z potępieniem.
Można więc z jej pomocą wywoływać pozytywne lub negatywne reakcje otoczenia.
W tym okresie obserwuje się też u dzieci tendencje sadystyczne; z wyraźną
przyjemnością wyrywają muszkom skrzydełka, ciągną psy czy koty za ogon itp. Może
określenie "sadyzm" nie jest tu właściwe. Znęcanie się nad zwierzętami wynika
raczej z ciekawości i chęci ujarzmienia zwierzęcia, zdobycia nad nim pełniejszej
władzy. Muszka pozbawiona skrzydeł nie może latać, łatwiej ją schwycić
i obserwować. Psa ciągnie się za ogon, by zobaczyć jego reakcję. Dziecko silnie
chwyta domowe zwierzątko, stara się je unieruchomić, gdyż to, co nieruchome,
łatwiej podlega obserwacji. Jest to okres pierwszej naukowej penetracji
otaczającego świata; dziecko chce go uchwycić, podporządkować swojej woli,
obserwować jego reakcję na własne poczynania (pierwszy eksperyment).
Do cech okresu, a także charakteru analnego zalicza się również upór i skąpstwo.
By potencjalna struktura czynnościowa zmieniła się w zrealizowaną, trzeba do
tego pewnego uporu. O uporze możemy mówić nie tylko w świecie ludzkim, ale też
zwierzęcym, a może nawet roślinnym. Każda żywa istota musi z uporem dążyć do
realizacji swych życiowych planów (swego biologicznego zaprogramowania); od jej
uporu w znacznej mierze zależy zwycięstwo nad otoczeniem; gdy nie stać jej na
upór, musi się mu poddać.
Okres analny jest okresem gwałtownej realizacji różnego rodzaju struktur
czynnościowych. Kształtują się wtedy ruchy manipulacyjne (ręki) i mowa, tj.
najbardziej skomplikowane formy ruchu. Do realizacji struktur czynnościowych
potrzebny jest upór; jeśli go brak, struktury pozostają tylko potencjalne. Upór
jest więc cechą potrzebną w tym okresie życia. Jest to też okres gwałtownej
ekspansji w otaczający świat. Ekspansja łączy się z chęcią posiadania. Czuję się
pewny na tym terenie, który jest mój. Zaimek "mój" podkreśla, że świat należy do
mnie, nikt nie ma do niego prawa. Wiadomo, jak zwierzęta zacięcie bronią granic
swego terytorium. A u człowieka agresja, zabijanie, okrucieństwo mają główną
przyczynę w chęci obrony lub poszerzenia granic "mojego".
Z posiadaniem wiąże się problem władzy - nad tym, co jest "moje", mam pełną
władzę. "Moje" jet mi ślepo posłuszne, jest przedmiotem, na którym urzeczywist-
nia się marzenie o wszechmocy. Skąpstwo jest karykaturalnym skoncentrowaniem się
na posiadaniu. W okresie życia, w którym po raz pierwszy wyrusza się na podbój
świata, jest ono cechą zrozumiałą. Dziecko chce zdobyć świat, chce, by stał się
on jego światem. Chęć władzy i skąpstwo, które razić mogą w późniejszych
okresach życia, w tym czasie są zjawiskiem normalnym i potrzebnym.
Władza i posiadanie są potencjalnymi źródłami lęku. Człowiek boi się, że może
stracić to, co ma, że ktoś może mu to odebrać. Ludzie wokół są zawsze
potencjalnymi wrogami, gdyż nie można wykluczyć, iż dybią na naszą władzę i na
nasz stan posiadania. Trzeba ich pilnie śledzić, uczyć się nimi manewrować tak,
by nam nie szkodzili, by nad nimi panować, zawczasu ich unieszkodliwić. Człowiek
czuje się bezpieczniejszy, gdy oni też stają się przedmiotem jego posiadania
i władzy. Gdy występują jako niezależny podmiot, wówczas nam zagrażają, gdyż
nigdy nie wiadomo, co taki podmiot może myśleć i czy nas nie zaatakuje. Potrzeba
władzy i posiadania jest biologiczną potrzebą nie tylko człowieka, ale
wszystkich żywych istot. Nawet rośliny muszą mieć swój teren posiadania
i władzy.
Dążenie do posiadania i władzy jest konsekwencją pierwszego prawa biologicznego.
By żyć, żywe ustroje muszą przekształcać swoje otoczenie wedle swego porządku,

101
narzucać mu swoją negatywną entropię. Taki jest cel metabolizmu, zarówno
informacyjnego, jak i energetycznego. Ażeby coś przekształcić na własną modłę,
trzeba to najpierw opanować, zdobyć, ta część otoczenia musi stać się "moja".
Nie jest to jednak "moje" całkiem pewne, tę pewność uzyskuje się dopiero
w efekcie procesów metabolicznych, gdy część otaczającego świata zostaje
przekształcona w strukturę ustroju, strukturę bądź informacyjną, bądź
energetyczną. Naprawdę "moje" jest własne ciało, własne uczucia, myśli, marzenia
itp. Istnieją więc dwa stopnie własności; w pierwszym to, co obce i nieraz
wrogie, dostaje się pod moją władzę i staję się właścicielem tej części
otaczającego świata.
Ten zdobyty teren może być jednak łatwo odebrany, moja własność może się przeciw
mnie zbuntować, odejść, a nawet mnie zniszczyć. Pierwszy stopień własności jest
zatem źródłem nieustającego lęku, lęku wywodzącego się z prawa zachowania
własnego życia, gdyż perspektywa "zniszczę lub zostanę zniszczony" zawiera
w sobie zarówno lęk, jak i agresję, a więc podstawowe uczucia negatywne.
W drugim stopniu własności nie ma już obawy przed oderwaniem się "mojego", stało
się ono integralną częścią całości fizycznej i psychicznej ustroju. Oczywiście
cały ustrój może ulec zniszczeniu, wówczas przestaje być "moim", staje się
częścią otaczającego świata, ale razem z nim znika też "ja", ustrój traci swą
indywidualność. "Moje" silniej zaznacza się w metabolizmie energetycznym niż
informacyjnym. Wartości energetyczne otoczenia zostają całkowicie przekształcone
w strukturę ustroju, tak że nie można dojść nawet, skąd one pochodzą (do pewnego
stopnia jest to możliwe dzięki podawaniu pożywienia ze znakowanymi atomami, tj.
radioaktywnymi). Natomiast wartości informacyjne, mimo że tworzą strukturę
świata psychicznego danego ustroju, zachowują ślady swego pochodzenia i zwykle
można doszukać się ich źródła wśród informacji pochodzących z otaczającego
świata.
Różne więc są stopnie własności: najpierw ustrój wchodzi w kontakt informacyjny
ze swoim otoczeniem, potem stara się go zdobyć, by ostatecznie go wchłonąć. Gdy
wartości informacyjne i energetyczne otoczenia zostały wchłonięte
i przekształcone na strukturę ustroju, wówczas nie ma już obawy utraty
posiadania, "moje" jest pewne. Natomiast część otoczenia, która jest "moja"
tylko na zasadzie władzy, budzi zawsze niepokój. Lęk, że władzę nad nią można
utracić, pobudza do jeszcze większego rozszerzania terenu władzy, by w ten
sposób czuć się bezpieczniejszym. Dążenie do władzy jest dlatego nienasycone, że
im większy jej teren, tym większy niepokój, a ten z kolei pobudza do dalszej
ekspansji.
Ekspansja w otaczający świat jest biologiczną koniecznością żywego ustroju. Bez
niej ustrój skazany jest na zagładę, ale z kolei ona sama niesie z sobą szereg
niebezpieczeństw: w trakcie ekspansji łatwo może być zniszczony przez otaczający
świat. Tu, jak się zdaje, tkwi przyczyna lęku i agresji. Walka o władzę
występuje w świecie zwierzęcym, a nawet, jak wspomniano, w świecie roślinnym.
Najsilniej jednak ujawnia się ona u człowieka. Może dzieje się tak dlatego, że
postawa "nad", tj. narzucania własnych struktur czynnościowych otoczeniu, jest
specyficzna dla człowieka. A postawa ta wiąże się z koniecznością zdobycia
terenu, któremu chce się narzucić własną strukturę czynnościową. Z drugiej
strony człowiek sam jest pod stałym naciskiem struktur czynnościowych innych
ludzi i sam musi się im podporządkowywać. Dlatego zaimek "mój" jest dla
człowieka tak ważny. Tragizm tego zaimka polega na tym, że jego granice nie są
określone. Nie można ściśle oddzielić "mojego" od "nie mojego". "Moje" raz się
rozszerza, a raz kurczy, taki bowiem jest rytm ekspansji w otaczający świat.
Żywy ustrój nie zadowala się tym, co wchłonął ze swego otoczenia, co stało się
integralną jego częścią, ale wciąż dąży do dalszego zdobywania, do zmieniania
"cudze" na "moje". Granice tego posiadania nie są więc nigdy ściśle oznaczone.
Stwarza to atmosferę walki i niepewności. Lęk przed otoczeniem koncentruje się
na tym terenie, który jest "mój"; ale jeszcze nie całkiem "mój", który nie
został jeszcze wchłonięty. Najpierw przyswaja się go z pomocą metabolizmu
informacyjnego, staje się on częścią naszego świata. Pełne jednak wchłonięcie
zawdzięcza się metabolizmowi energetycznemu; wówczas tego, co przyswojone nie da
się odróżnić od reszty ustroju.
Władza ustawia stosunek do otoczenia w płaszczyźnie pochyłej. Jestem nad nim,

102
mogę nim kierować, otoczenie jest mi posłuszne, poruszam nim jak figurkami
w teatrze lalek. Jest to instrumentalne podejście do rzeczywistości. Podejście
takie jest źródłem lęku, gdyż nigdy nie wiadomo, co naprawdę w sobie kryje
przedmiot, którym manipulujemy, czy nie zrobi nam jakiejś niespodzianki.
Otaczający świat budzi nieufność, gdyż za słabo go znamy, a tylko staramy się
nim operować. Lęk budzi też świadomość, że płaszczyzna pochyła może ulec
odwróceniu, że możemy znaleźć się na dole, a otoczenie na górze, wówczas to my
staniemy się przedmiotem, na którym otoczenie dokonuje różnorodnych operacji.
Okres analny jest okresem gwałtownego zdobywania otaczającego świata, występuje
w nim ostro problem posiadania i władzy. Pojawiają się w tym okresie u dziecka
cechy charakterystyczne dla walki o władzę i posiadanie, jak upór, agresywność,
przechodząca nawet w sadyzm, zachłanność i skąpstwo.

Zabawa
Przed utrwaleniem się tych cech broni dziecko wejście w środowisko swych
rówieśników, w którym dominuje zabawowy stosunek do rzeczywistości. Środowisko
to może składać się z rodzeństwa, wówczas nabiera ono większej stabilności, ale
jednocześnie związki uczuciowe są w nim bardziej powikłane, lub z doraźnych
towarzyszy zabawy - związki uczuciowe są wtedy luźniejsze i prostsze, grupa jest
bardziej labilna, jej skład zmienia się, a hierarchia władzy w grupie ulega
różnorodnym wahaniom.
Zabawa łagodzi w znacznym stopniu walkę o władzę i posiadanie. Uczy dziecko, że
raz rządzi się samemu, a innym razem jest się przez kogoś rządzonym, że raz coś
się zdobywa, to znów traci. Charakterystyką zabawy jest zmienność, a zmienność
jest zasadniczą cechą życia. Zabawa zmniejsza lęk przed otoczeniem społecznym,
gdyż ma się tu do czynienia z rówieśnikami, płaszczyzna kontaktu jest pozioma,
a nie pochyła jak w stosunku do rodziców. Poza tym w zabawie zawsze istnieje coś
"nie na serio", "na niby", ma ona w sobie więcej teatru niż realności życia.
Wprawdzie na całe życie można spojrzeć jako na swoisty teatr, ale prawdopodobnie
właśnie to spojrzenie zawdzięczamy okresowi zabawy, który jest tak ważny dla
prawidłowego rozwoju osobowości.
Okres zabawy bardzo łagodzi skutki pierwszego starcia z otoczeniem społecznym
i jego normami. Wspomniane przykre cechy okresu analnego ulegają złagodzeniu
i stopniowo znikają. Dziecko staje się bardziej elastyczne, nie przeżywa tak
silnie problemu władzy i posiadania, uczy się przegrywać i dostosowywać do norm
otoczenia.

Norma i patologia struktury rodzinnej


Z psychopatologii klinicznej wiadomo, jak ujemnie odbijają się na rozwoju
luki w okresie zabawowym. Dzieci pozbawione kontaktów zabawowych niekiedy
wyrastają na chorych na schizofrenię lub psychopatów. Kontakt z otoczeniem
społecznym w płaszczyźnie poziomej stwarza też pewne niebezpieczeństwa,
wyzwalające postawy lękowe, a nawet urojeniowe. Łatwiej patologię tego typu
kontaktów obserwować w grupie rodzinnej, gdy rówieśnikami jest rodzeństwo, gdyż
dzięki temu struktura wzajemnych związków jest trwalsza niż w dorywczych grupach
zabawowych, gdzie rówieśnicy wciąż się zmieniają i struktura socjalna jest tym
samym chwiejniejsza.
Specyficzne cechy osobowości jedynaków mogą wskazywać na to, że inne znaczenie
dla rozwoju osobowości ma grupa rówieśników rodzinna, a inne grupa zabawowa czy
szkolna, z którą dziecko jest emocjonalnie słabiej związane. Jedynacy są na ogół
bardziej egocentryczni, mają większe trudności w dostosowaniu się do norm życia
społecznego, zazwyczaj dłużej zachowują cechy charakteru właściwe dla okresu
oralnego lub analnego (tzw. niedojrzałość emocjonalna). Ich rozwój osobowości
przebiega trudniej i burzliwiej. Lęk przed otoczeniem społecznym jest u nich
zazwyczaj większy niż u dzieci z rodzin wielodzietnych.
Fakt, że istnieje osobowość jedynaków, przemawia za tym, że nie można stawiać
znaku równości między grupą rówieśników w obrębie tej samej rodziny a grupą
rówieśników przypadkową (zabawową, szkolną itp.). W rodzinie kontakt
z rówieśnikami (rodzeństwem) jest koniecznością, nie można przed nim uciec.
Natomiast w innych grupach, np. zabawowych czy szkolnych, jest on dobrowolny,
dziecko może zawsze izolować się, wycofywać z kontaktu z tymi grupami.

103
Poza tym dystans jest znacznie mniejszy w grupie rodzinnej niż w grupach
luźnych. Skutkiem tego związki emocjonalne są dynamiczniejsze i silniej się
utrwalają. Większa też jest stabilność w grupie rodzinnej niż w grupach luźnych,
dzięki czemu stosunki w płaszczyźnie poziomej stają się lepiej uformowane niż
wówczas, gdy ograniczają się tylko do grup luźnych, w których członkowie grupy
często się zmieniają.
Z trójcy twórców psychoanalizy Adler, jak wiadomo, zajmował się głównie układem
stosunków emocjonalnych między rodzeństwem. Freud zaś koncentrował się przede
wszystkim na wzajemnym stosunku dziecka i rodziców. Trafnie też, jak się zdaje,
Adler w swojej poziomej analizie rodziny (analiza pozioma - analiza stosunku
dziecka do rodzeństwa, analiza pochyła - stosunku dziecka i rodziców) skupiał
się na problemie władzy i znaczenia. W płaszczyźnie pochyłej władza jest już
ustalona, tkwi ona w samej strukturze interakcji z otoczeniem społecznym.
Otoczenie to jest zawsze wyżej, ma nawet cechy wszechmocy i absolutnej
sprawiedliwości, o czym była już mowa. Natomiast w płaszczyźnie poziomej na
czoło wysuwa się walka o władzę, o zajęcie pierwszego miejsca w grupie.
Hierarchia władzy jest istotnym czynnikiem stabilizującym strukturę grupy, bez
niej struktura ta ulega rozpadowi, występuje chaotyczna i nieraz bezwzględna
walka o władzę. W społeczeństwach zwierzęcych hierarchia władzy odgrywa ważną
rolę w uporządkowaniu życia społecznego. Gdy zostanie ona rozbita, np. na skutek
pomieszania zwierząt z różnych grup, wówczas w grupie występuje chaos, zwierzęta
bez przerwy walczą o zdobycie wyższej pozycji w grupie.
W historii ludzkości, jak wiadomo, różnie kształtowała się hierarchia władzy.
Były okresy, w których jej struktura była niezwykle trwała, np. w hinduskich
systemach kastowych, ale też i okresy, gdy ulegała ona gruntownemu
przewarstwieniu, np. w czasie rewolucji, wojen itp. We współczesnej cywilizacji
jest ona raczej mało stabilna, władzę trzeba wciąż zdobywać, walczyć o jej
utrzymanie, łatwo ją stracić. Ten stan ustawicznej walki o władzę przyczynia się
do wzrostu napięcia lękowo-agresywnego w stosunkach między ludźmi.
Zgoła inaczej przedstawia się problem władzy we wspomnianej już płaszczyźnie
pochyłej, tj. w stosunkach dziecka z rodzicami, a inaczej w płaszczyźnie
poziomej, tj. w stosunkach dziecka z rodzeństwem lub rówieśnikami. W pierwszym
wypadku władza jest czymś przychodzącym z zewnątrz, ze świata społecznego,
którego dziecko jeszcze nie zna, a którego reprezentantem jest ojciec. Wskutek
spojrzenia w górę władza jest wyolbrzymiona, jest wyrazem tajemniczego świata
społecznego, jest w niej wszechmoc, niepoznawalność i nieodwołalność. Ten rodzaj
władzy "od Boga pochodzi" (choć patrząc, do jakich wynaturzeń ludzkiej natury
władza prowadzi, chciałoby się raczej powiedzieć, że nie od Boga, ale raczej od
Diabła). Można się przeciw niej buntować, ale w ostatecznym rachunku ona zawsze
zwycięża, człowiek jest wobec niej bezsilny. Dziecko nie może zwyciężyć swego
ojca.
W płaszczyźnie poziomej nie ma już spojrzenia w górę; ci, co chwilowo mają
władzę, są rówieśnikami lub rodzeństwem. Ich władza nie ma już cech absolutu,
jest czymś przystępnym, można realnie starać się ją odebrać swym towarzyszom
zabawy czy rodzeństwu. Można samemu być władcą. Absolut władzy zostaje rozbity
na mozaikę różnych stopni władzy już całkiem realnej i osiągalnej. Tutaj walczy
się o władzę i ta walka jest całkiem realna. Walka rozładowuje drzemiące uczucie
lęku. Lęk jest uczuciem, które mobilizuje ustrój do tego, co ma nastąpić;
mobilizacja ta, jak wiadomo, bywa nieraz gwałtowna i w skrajnych wypadkach może
nawet doprowadzić do śmierci. Gdy świat społeczny jest nieznany, wyolbrzymiony,
nie można z nim walczyć, cała mobilizacja lękowa uderza w próżnię. Nie
wyładowany lęk wpływa na jeszcze większe wyolbrzymienie zewnętrznego
niebezpieczeństwa. Wzrasta pogotowie lękowe, a z nim pogotowie urojeniowe. Pod
wpływem bowiem lęku obraz otoczenia społecznego ulega znacznym zniekształceniom.
W płaszczyźnie pochyłej lęk nie pozwala wejść w kontakt z otoczeniem społecznym;
jest ono zbyt potężne, by stanąć z nim do walki. Można najwyżej działać nań
z pomocą środków magicznych, tak jak człowiek pierwotny, obezwładniony lękiem
wobec ogromu otaczającego świata, starał się go ujarzmić z pomocą magii. Okres
analny jest też okresem myślenia magicznego, dziecko wymyśla różne rytuały,
którymi zaklina i odczynia nieprzyjazne moce otaczającego je świata. Podejście
instrumentalne do otaczającej rzeczywistości jest w istocie magiczne. Naciskamy

104
to tu, to tam, i osiągamy pożądane, magiczne wprost efekty. Ale otaczający świat
pozostaje nadal tajemniczy i niezrozumiały, jest on tylko przedmiotem, którym
możemy wprawdzie nieraz pokierować z pomocą magicznych sztuczek, ale który
w zasadzie przytłacza nas swoim ogromem i tajemnicą.
Natomiast w płaszczyźnie poziomej można pokonać własny lęk przed społecznym
otoczeniem. Na to otoczenie nie musimy już bowiem patrzeć w górę, jest ono do
nas podobne, możemy je zrozumieć. Nie potrzeba już magicznych rytuałów, bo znamy
jego mechanizmy, są one takie jak nasze. To nie jest już obcy i przytłaczający
przedmiot, ale zrozumiały dla nas podmiot. Może on nami rządzić, ale my też
potrafimy nim kierować. Mobilizacja ustroju nie trafia w próżnię, ale w różnych
formach zostaje wyzyskana w aktywności ustroju: w ścieraniu się, walce,
ucieczce, zwycięstwie i klęsce.
Lęk jest postawą uczuciową sięgającą w przyszłość, w nieznane. W walce
przyszłość zmienia się w teraźniejszość i przeszłość, nieznane zmienia się
w znane. Jest to sprawdzenie siebie i otaczającego świata. Pogotowie lękowo-
urojeniowe w płaszczyźnie poziomej kontaktów z otoczeniem jest znacznie słabsze
niż w płaszczyźnie pochyłej, niemniej i tu ono istnieje. Przekształcenie
potencjalnej struktury czynnościowej w strukturę zrealizowaną połączone jest
zawsze z redukcją lęku i wyzwoleniem energii mobilizowanej przez postawę lękową.
Redukcja lęku zmniejsza też urojeniowe wypaczenie obrazu rzeczywistości.
W płaszczyźnie poziomej pogotowie lękowo-urojeniowe tworzy się wówczas, gdy
pewne struktury interakcji z otoczeniem ulegają zbytniemu utrwaleniu. Nie można
ich zmienić, trzeba się im podporządkować, nabierają one tym samym cech
absolutu, charakterystycznych dla pochyłej płaszczyzny kontaktu z otoczeniem.
Takie utrwalenie łatwiej zdarza się w środowisku rodzinnym niż w grupach
dorywczych (zabawowych, szkolnych itp.). Ktoś z rodzeństwa może być silniejszy
i trzeba mu zawsze ustępować. Inny znów jest lepszy i bardziej przez rodziców
faworyzowany, co staje się źródłem zazdrości. Jeszcze inny jest odważniejszy,
wskutek czego samemu zawsze wychodzi się na tchórzliwszego. W każdej
wielodzietnej rodzinie rozmaicie układają się stosunki zależności między
rodzeństwem. Są one niejednokrotnie trwałym modelem związków zależności z innymi
ludźmi w późniejszym wieku.

Dwie warstwy lęku społecznego


Lęk społeczny w swej genezie ma jakby dwie warstwy. Pierwsza warstwa
wywodzi się ze stosunku uczuciowego do rodziców, a zwłaszcza do ojca, który jest
bardziej niż matka przedstawicielem porządku zewnętrznego, tj. społecznego. Jest
to lęk przed absolutem; walka z narzuconym z zewnątrz porządkiem jest z góry
przegrana.
Ponieważ ten pierwszy kontakt ze światem społecznym rozgrywa się w okresie
życia, który w większej swej części zostaje później pokryty niepamięcią,
powstałe wówczas zapisy pamięciowe znajdują się przeważnie poniżej progu
świadomości. A teren podświadomości jest zawsze terenem nocy, wszystko ulega
w nim wyolbrzymieniu i wypaczeniu. W obrazach sennych i w psychozach wydobywają
się na powierzchnię ukryte tam treści, wywołując nieraz paniczny i nieuzasad-
niony lęk przed karą, potępieniem, ośmieszeniem, totalnym zniszczeniem itp. Jak
już wspomniano, wyolbrzymienie to jest w pewnym sensie konieczne do
ustabilizowania się układu samokontroli. Układ ten musi być względnie stabilny
i mieć w sobie coś z absolutu.
Pierwszy zarys zwierciadła społecznego ma cechy absolutnej sprawiedli-
wości, jest okiem wszystkowidzącym i ręką karzącą za przewinienia. Ekspansja
w otaczający świat wymaga stałego pokonywania lęku. W tym sensie życie wymaga
odwagi. Są jednak lęki zbyt silne, by można je było w sobie przemóc. Do nich,
jak się zdaje, należy zaliczyć lęki społeczne powstałe we wczesnym okresie
rozwoju i wskutek tego drzemiące w podświadomości, lęki odgrywające ważną rolę
w ukształtowaniu się układu samokontrolującego.
Natomiast druga warstwa lęku społecznego powstaje głównie w interakcjach
z otoczeniem dokonujących się w płaszczyźnie poziomej, a więc z rówieśnikami.
Tworzące się w tej interakcji zwierciadło społeczne nie ma już cech absolutu;
przeciwnie, można na nie wpłynąć, walczyć z nim, próbować je zmienić. Jest ono
bardziej zmienne, i tym samym jego rola w procesach samokontroli jest bardziej

105
plastyczna. Jego reakcje na nasze zachowanie są zmienne, raz takie, a raz inne,
zależnie od sytuacji.
Tego typu zwierciadło społeczne nie może służyć za zasadniczą konstrukcję układu
samokontroli, gdyż ta musi być jak najbardziej stabilna, ale za to znacznie
lepiej spełnia swą rolę w kontrolowaniu ustawicznie zmieniających się naszych
relacji z otaczającym światem. Lęk społeczny w poziomej płaszczyźnie kontaktów
z otoczeniem jest znacznie mniejszy, nie są tu bowiem aktywowane struktury
podświadome.
W dalszym biegu życia człowiek wkracza w coraz to inne środowiska
społeczne i w związku z tym jego aktualne zwierciadło społeczne ulega
ustawicznym zmianom. Gdyby nie zasadnicza konstrukcja układu samokontroli, to ta
zmienność zwierciadła społecznego spowodowałaby chaos w tworzeniu się struktur
czynnościowych. Decyzje stałyby się przypadkowe, nie byłoby stałej hierarchii
wartości, tylko taka, która by się zmieniała zależnie od zmian w zwierciadle
społecznym. Człowiek straciłby zupełnie orientację w tym, co jest dobre, a co
złe. Jego postępowanie stałoby się impulsywne, chaotyczne i konformistyczne.
Jeśli w naszej cywilizacji spotyka się niekiedy tego typu kryzys systemu
wartości, to w znacznej mierze wynika on z dezintegracji współczesnej rodziny.
Stabilna bowiem warstwa układu samokontroli tworzy się w atmosferze rodzinnej
i postać ojca odgrywa w jej genezie istotną rolę. Tendencja do szukania genezy
wszystkich podstawowych mechanizmów psychicznych w dzieciństwie jest może
zbytnim uproszczeniem. Człowiek rozwija się przez całe życie, ale jednak to, co
nabył w dzieciństwie, pozostaje zasadniczą wytyczną na dalszy ciąg jego nieraz
zmiennej i burzliwej historii.
Lęk społeczny występuje głównie w dwóch sytuacjach: władzy i oceny. Boimy się
władcy i sędziego. Jest to więc ten sam schemat, który już zarysował się przy
pierwszym zetknięciu ze światem społecznym. Ojciec występuje w oczach dziecka
jako absolutny władca i absolutny sędzia. Ten obraz jakby się odradza
w późniejszym życiu w wypadku konfliktów z otoczeniem. Wydaje się bowiem, że
najwięcej konfliktów ze środowiskiem społecznym powstaje właśnie na tle władzy
i osądzania.
Wprawdzie Pismo Święte uczy: "nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni", to jednak
nie ma człowieka, który by się w sędziego nie bawił, nie oceniał i nie potępiał
swoich bliźnich. A władza nad drugim człowiekiem jest jedną z najsilniejszych,
i najniebezpieczniejszych ludzkich żądz. Od zarania historii ludzkości rola
władcy i sędziego przysparzała ludziom ogromu cierpień i krzywd, z niej rodziły
się okrucieństwa, pozbawianie życia, wolności i godności, i przyjąć raczej
trzeba, że władza nie od Boga, ale od Szatana pochodzi...
Lęk wobec władcy i sędziego jest może nawet silniejszy niż lęk przed śmiercią.
W obliczu bowiem zagrażającej śmierci człowiek stosuje różnego rodzaju
mechanizmy obronne. Najczęściej nie dostrzega grożącego niebezpieczeństwa, tzn.
nie dostrzega go świadomie, gdyż w głębszych warstwach psychiki lęk ten
występuje bardzo wyraźnie i ujawnia się czy to w treści obrazów sennych, czy to
w chwilowych panicznych reakcjach. A więc ludzie dotknięci nieuleczalną chorobą
(np. nowotworową) nie przyjmują tego faktu do świadomości, ludzie starzy bronią
się przed perspektywą rychłej śmierci przesadnym zajmowaniem się sprawami dnia
codziennego; żołnierz na froncie czy lotnik przed lotem bojowym na ogół nie
zdają sobie w pełni sprawy z grożącego niebezpieczeństwa, wsiadając do samochodu
na ogół nikt nie myśli o tym, że istnieje dość duża możliwość wypadku itp.
Ocieramy się o śmierć, zachowując się nieraz tak, jakby ona nie istniała. Lęk
przed śmiercią ulega dość łatwo redukcji i dzięki temu możemy go przezwyciężyć
i iść naprzód po naszej drodze życia, inaczej musielibyśmy się stale wycofywać.
Natomiast w wypadku lęku społecznego mechanizmy obronne są słabiej
ukształtowane. Mechanizmy obronne można by traktować jako ujemne sprzężenie
zwrotne, a ich brak - jako dodatnie. W wypadku lęku biologicznego (tj. lęku
przed śmiercią) działanie sprzężenia zwrotnego polegałoby na tym, iż pod wpływem
lęku zniekształcenie obrazu rzeczywistości pomniejsza przedmiot lęku, a nawet
doprowadza do usunięcia go z pola widzenia.
Reguła ta ma wiele wyjątków; choćby w nerwicach lęk biologiczny nieraz wzrasta
do katastroficznych rozmiarów. Na ogół jednak tam, gdzie istnieje realne
zagrożenie życia, działa mechanizm ujemnego sprzężenia zwrotnego. Pod wpływem

106
lęku redukuje się dopływ bodźców lękowych. Na przykład w nerwicach lęk
biologiczny zwykle maleje, gdy zaistnieje rzeczywiste niebezpieczeństwo dla
życia. Natomiast w wypadku lęku społecznego działa raczej mechanizm dodatniego
sprzężenia zwrotnego. Urojeniowe wypaczenie obrazu rzeczywistości zamiast
zmniejszać zwiększa dopływ bodźców lękowych. Powiedzenie, że strach ma wielkie
oczy, odnosi się szczególnie do tego typu lęku.
Pod wpływem tego lęku wyolbrzymiamy moc i zdolność oceny otoczenia społecznego,
robimy z niego absolutnego władcę i absolutnego sędziego, choć w rzeczywistości
daleko mu do tego. To urojeniowe wyolbrzymienie prowadzi do zwiększonej reakcji
lękowej, która na zasadzie błędnego koła prowadzi do dalszego wyolbrzymiania
przedmiotu lęku. Oczywiście i lęk społeczny musimy nieraz przezwyciężyć, inaczej
bylibyśmy zupełnie przytłoczeni przez nasze społeczne otoczenie i indywidualny
rozwój byłby niemożliwy, stalibyśmy się podobni do społeczeństwa mrówek czy
termitów, w którym nie ma odwołania od wyroku społeczności.
W tym przezwyciężaniu lęku społecznego pomaga nam druga jego warstwa,
tworząca się w poziomej płaszczyźnie kontaktów społecznych, która w przeciwień-
stwie do warstwy pierwszej, bardziej pierwotnej, jest zmienna i elastyczna.
Należy tu może przypomnieć, że lęk, jak i inne uczucia, stanowi pierwszą fazę
metabolizmu informacyjnego (zagadnienie to zostało szczegółowo omówione
w Melancholii). A pierwsza faza - w przeciwieństwie do fazy drugiej (intelek-
tualno-wolicjonalnej) - nie ma ostrych granic przestrzennych i czasowych ani też
granic między podmiotem a przedmiotem; obowiązuje w niej zasada: "wszędzie
i zawsze".
Reakcji lękowej nie można rozpatrywać w izolacji od przeszłości i przyszłości.
Wspomniane dwie warstwy lęku społecznego (lęk przed ojcem i lęk przed
rówieśnikami) modelują każdą reakcję lękową. Jeśli przeważać będzie warstwa
pierwsza (głębsza), lęk społeczny będzie zwykle narastał, człowiek z trudnością
może go pokonać i zwykle ustępuje pod naciskiem zwierciadła społecznego (zarówno
zewnętrznego, jak zinternalizowanego, tj. sumienia). Jeśli przeważa warstwa
druga, bardziej powierzchowna, łatwiej jest pokonać swój lęk i przeciwstawić
otoczeniu społecznemu własne stanowisko. Zniekształcenie urojeniowe otoczenia
społecznego jest znacznie słabsze niż w pierwszym wypadku.
Przedstawione tu schematy należy stosować z dużą dozą sceptycyzmu, gdyż wszelkie
schematy w wypadku analizy życia uczuciowego na ogół zawodzą.
Również projekcja w przyszłość odgrywa rolę w formowaniu się reakcji
lękowej. Gdy projekcja ta jest silna, tj. gdy człowiek ma wyraźny cel przed
sobą, wtedy znacznie łatwiej mu pokonać swój lęk niż wówczas, gdy projekcja ta
jest słaba, gdy celu nie widać. Dlatego w redukcji lęku przed śmiercią dość
istotną rolę odgrywają momenty natury transcendentnej, gdy cel mieści się poza
kresem życia ludzkiego. Również w wypadku lęku społecznego znacznie łatwiej jest
się przeciwstawić zwierciadłu społecznemu, gdy ma się jasny cel przed sobą. Są
to zjawiska powszechnie znane zarówno z życia indywidualnego, jak i społecznego.
Sytuacja lękowa prowadzi też do zatarcia się granicy między podmiotem
a przedmiotem. Boimy się nie tylko przedmiotu naszego lęku (w tym wypadku
otoczenia społecznego), ale też nas samych, boimy się własnego lęku, własnej
reakcji, odczuwamy własną słabość, przypominają się nam nasze grzechy, które
usprawiedliwiają karzący stosunek otoczenia społecznego, ma się nawet wrażenie,
że źródło lęku jest bardziej wewnątrz niż na zewnątrz. Ten brak granic
("wszędzie i zawsze") bardzo utrudnia analizę sytuacji lękowej, czyniąc ją
jednocześnie nieprzewidzialną. Nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak
zachowa się dany człowiek w konkretnej sytuacji zagrożenia biologicznego czy
socjologicznego. Podane tu schematy mogą służyć tylko jako bardzo ogólne dane
orientacyjne.

Urojenie a rzeczywistość
Społeczne kryteria urojenia
Może wydawać się dziwne, że rozdział poświęcony lękowi społecznemu
zatytułowano: "Lęk urojeniowy". Istotą urojenia jest wypaczenie obrazu
rzeczywistości. Nie jest to ścisła definicja, gdyż nie wiemy, jak wygląda obraz
rzeczywistości nie wypaczony i czy nasze tzw. normalne jej widzenie nie jest już
wypaczeniem. Na ogół przyjmuje się consensus opinii publicznej: to, co większość

107
ludzi uważa za rzeczywistość, nie jest traktowane jako urojenie. Łatwo zdarzyć
się może, że sposób widzenia rzeczywistości w jednym kręgu kulturowym uważany za
normalny, w innym może sprawiać wrażenie urojeniowego.
Na ogół też dla społecznie aprobowanych sposobów widzenia rzeczywistości nie
stosujemy terminu "urojenie". Urojenia ma poszczególny człowiek, gdy jego sposób
widzenia rzeczywistości przeciwstawia się temu, co przez otoczenie jest
aprobowane. Już w ograniczeniu terminu "urojenie" do życia psychicznego
jednostek uwidacznia się społeczny charakter tego określenia. Człowiek cierpiący
na urojenia jest zwykle wykluczony z ludzkiej wspólnoty, grupa społeczna wyrzuca
go poza krąg normalności, jest on "inny". W psychopatologii przyjmuje się na
ogół, że urojenia świadczą o psychozie, tj. o chorobie psychicznej. W ten sposób
grupa społeczna broni się przed innością. Trzeba widzieć świat tak, jak widzą go
inni. Oczywiście każdy człowiek widzi świat trochę inaczej, ale zasadniczy
schemat pozostaje wspólny i nie można poza ten schemat wyjść, nie narażając się
na etykietę paranoika.

Zmienność rzeczywistości i niezmienność urojeń


Człowiek ustawicznie zmienia swoje sposoby widzenia otaczającej go
rzeczywistości, to widzi ją tak, to znów inaczej; wiadomo, jak nastroje
i uczucia wpływają na nasz sposób widzenia rzeczywistości. Otóż istotną cechą
charakterystyczną urojenia jest jego niezmienność. Obraz rzeczywistości jest tu
utrwalony. Nie zmienia się on pod wpływem perswazji otoczenia ani pod wpływem
chwilowych wahań nastroju i uczuć. To utrwalenie jest może najbardziej
charakterystyczną cechą urojenia i świadczy ono o emocjonalnym podłożu urojenia.
Tylko utrwalona postawa uczuciowa może prowadzić do utrwalenia się sposobu
widzenia rzeczywistości. Normalnie bowiem wciąż korygujemy obraz rzeczywistości
i jego koloryt zmienia się pod wpływem naszych nastrojów i uczuć. Dzięki tej
zmienności ten obraz coraz bardziej się wzbogaca, staje się coraz dokładniejszy.
W ten sposób człowiek z wiekiem mądrzeje. Utrwalenie się obrazu rzeczywistości,
jakie zachodzi w przypadku urojeń, hamuje proces ewolucji naszego widzenia
świata, jest zatrzymaniem się w jednym punkcie, nasz obraz świata już się nie
zmienia i w tym, jak się zdaje, tkwi główna patologia urojenia. Przeciwstawia
się ono rozwojowi, obraz świata staje się martwy, zastygły w jednej formie
i kolorze, a taki w rzeczywistości nie jest, bo cechą jego, tak jak i nas
samych, jest ustawiczna zmienność.
Zniekształcenie, uzupełnianie obrazu świata jest cechą naszego spostrzegania.
Obraz rzeczywistości nigdy nie jest pełny, zawsze znajdują się w nim białe
plamy. Tych białych plam nie tolerujemy; w myśl zasady natura horret vacuum
(natura nie znosi próżni) zapełniamy je tworami naszej fantazji, własnymi
strukturami czynnościowymi, które przestajemy traktować jako własne, ale
bierzemy je za zewnętrzną rzeczywistość. Są to właściwie urojeniowe projekcje,
zniekształcające i uzupełniające nasz obraz rzeczywistości, ale nie traktujemy
ich jako urojenia, gdyż bez nich nasz obraz rzeczywistości byłby jak mapa, na
której więcej białych plam, nie odkrytych lądów niż tego, co znane i odkryte.
W naszych kontaktach z rzeczywistością na ogół więcej się domyślamy, niż wiemy.
Posługujemy się bez przerwy hipotezami roboczymi, które stopniowo sprawdza
życie; jedne odrzucamy, a inne utrzymują swą moc. Patologia zaczyna się wówczas,
gdy nie potrafimy naszej hipotezy odrzuci, gdy staje się ona jakby ośrodkiem
krystalizacyjnym, wokół którego kształtuje się reszta obrazu rzeczywistości.

Lęk a kultura i cywilizacja


Otaczająca nas rzeczywistość ma różne stopnie nasycenia białymi plamami
czy znakami zapytania. Są tereny, które można w końcu odkryć, a są i takie,
które chyba zawsze zostaną nie odkryte. Dzięki wysiłkowi własnemu i wielu
pokoleń odkrywamy stopniowo prawa przyrody ożywionej i nieożywionej, nasz obraz
świata staje się coraz pełniejszy i to, co dawniej zapełnialiśmy tworami
fantazji, dziś ma już charakter sprawdzalny i naukowy. Chociaż dzięki wspólnemu
ludzkiemu wysiłkowi obraz świata staje się coraz pełniejszy, to jednak zawsze
pozostają na mapie świata białe plamy, tereny nieznane, które łatwo zapełniają
się tworami fantazji.
Nasze robocze hipotezy sprawdzamy w działaniu, weryfikując w ten sposób

108
stworzony przez nas obraz świata, jednak nie wszędzie to sprawdzenie jest
możliwe. Możemy sprawdzać to, nad czym mamy pełną władzę, czym możemy kierować
wedle naszej koncepcji (hipotezy roboczej); nie możemy sprawdzić tego, co wymyka
się spod naszej kontroli.
Dzięki rozwojowi nauki człowiek zdobył prawie pełną władzę nad światem
nieożywionym i częściowo nad ożywionym, ale władza nad drugim człowiekiem wymyka
mu się z rąk. Wprawdzie od początku historii ludzkości właśnie o nią walczy
najsilniej i najuporczywiej; chęć podporządkowania sobie drugiego człowieka
wyzwala w nim nieobliczalną bezwzględność i okrucieństwo może właśnie dlatego,
że na tym polu czuje się bezsilny. Można drugiego człowieka zniewolić, zdeptać,
zniszczyć, ale nie można go opanować, nie można nim kierować tak, jak kieruje
się przedmiotami należącymi do przyrody nieożywionej. Nie można też drugiego
człowieka poznać bez reszty, przewidzieć, jak się zachowa, pozostaje on zawsze
dla nas częścią świata niepoznawalną i nie ujarzmioną.
To, co nieznane i nieujarzmione, budzi w człowieku lęk. Te białe plamy
jakby koncentrują na sobie nagromadzony w człowieku lęk przed otaczającym
światem. Człowiek tzw. pierwotny, żyjący wśród tajemnic i niebezpieczeństw
przyrody ożywionej i nieożywionej, którego obraz świata miał znacznie więcej
białych plam niż u człowieka naszej cywilizacji, koncentrował swój lęk przed
otaczającym światem na tych samych białych plamach, nadawał im cechy absolutu,
zmieniał je w demony i bóstwa. Tajemnice przyrody nabierały cech boskich,
tajemnica zwierząt łączyła się z tajemnicą drugiego człowieka, bóstwa
przybierały postać ludzko-zwierzęcą. Lęk wywołany bezradnością wobec zjawisk
przyrody został zwielokrotniony na skutek ich deifikacji. Działałby tu
wspomniany mechanizm błędnego koła: lęk wyolbrzymia przedmiot lęku.
Rozwój cywilizacji szedł w kierunku pokonywania tego lęku, przede wszystkim
przez jego dedeifikację. Gdy tajemnica została pozbawiona nimbu absolutu,
łatwiej już było pokonać lęk przed nią. Pierwszym krokiem w zawładnięciu groźnym
i niedostępnym terenem było stosowanie praktyk magicznych, dzięki którym
zyskiwało się władzę nad absolutem. Z magii rozwinęła się nauka, gdzie władzę
zdobywało się dzięki środkom bardziej racjonalnym.
Natomiast rozwój kultury szedł w kierunku sublimacji lęku. Przedmiot lęku stawał
się coraz świętszy i doskonalszy. Bóg Starego Testamentu jest groźny, budzi lęk;
teologiczna rewolucja chrystianizmu polegała, jak się zdaje, przede wszystkim na
tym, że Bóg stał się miłością. Lęk został zredukowany przez miłość. Dzięki
cywilizacji zdobywamy świat podporządkowując go sobie, dzięki kulturze zbliżamy
się do niego przez jego uświęcenie i ukochanie. Cywilizacja - to władza nad
światem, kultura - to miłość do świata.
Oczywiście można inaczej też definiować oba pojęcia, cywilizacji i kultury;
chodziło tu o przeciwstawienie sobie dwóch sposobów poznawania świata. Jeden
polega na podporządkowaniu, na władzy, a drugi - na zbliżaniu się, na miłości.
Poznanie drugiego człowieka nie mieści się w pierwszym (cywilizacyjnym)
sposobie. Poznać go możemy tylko przez zbliżenie, a nie przez podporządkowanie.
Prawdopodobnie te trudności poznawcze sprawiają, że wobec świata społecznego
czujemy się w końcu mniej pewni niż wobec reszty naszego otoczenia. Drugi
człowiek zawsze pozostaje dla nas tajemnicą, nie możemy nim zawładnąć, tak jak
udało się nam już zawładnąć resztą świata.
Dlatego świat społeczny jest terenem, na którym z łatwością tworzą się struktury
urojeniowe. Biała plama zapełnia się tworami lęku społecznego. Swoje lęki
i agresje rzutujemy w nasze społeczne otoczenie, w ten sposób ulega ono łatwo
wyolbrzymieniu i zniekształceniu. Świat społeczny poznać można tylko metodą
zbliżenia (postawa "do"), metodą określoną tu jako kulturowa. Człowiek jednak
czuje się pewniejszy stosując metodę panowania (postawa "nad"), określoną tu
jako cywilizacyjna, dzięki niej bowiem osiągnął panowanie nad swym otoczeniem,
i w swoich relacjach z otoczeniem społecznym chętnie ucieka się do tej metody.
Niestety, metoda ta w zastosowaniu do ludzi zamiast redukować lęk społeczny,
znacznie go wzmacnia. Człowiek bowiem wymyka się spod władzy drugiego człowieka,
co wywołuje tym większe wywieranie presji na niego, pobudza do większej agresji
i bezwzględności. Atmosfera lęku i agresji nie sprzyja poznaniu drugiego
człowieka, które wymaga przede wszystkim zbliżenia (postawa "do").
W płaszczyźnie pochyłej uczucia negatywne narastają w sposób lawinowy, człowiek

109
broni się przed naciskiem drugiego człowieka, a ten znów nacisk swój wzmaga.
Lęk, nienawiść, okrucieństwo itp. są rezultatem tej walki o władzę nad bliźnim.
Pod wpływem tych uczuć obraz otoczenia społecznego wypacza się w rozmaity
sposób. Z codziennego doświadczenia wiadomo, jak nasze nastawienia urojeniowe do
bliźnich słabną i w końcu znikają, gdy mamy sposobność się do nich zbliżyć
i lepiej ich poznać. Fakt ten jest zresztą od wieku wykorzystywany w polityce;
w celu zwiększenia uczuć agresywnych u swoich poddanych władcy starają się jak
najbardziej odizolować ich od rzekomych wrogów.

Urojeniowa symplifikacja rzeczywistości


Stworzenie struktury urojeniowej zwykle osłabia napięcie lękowe. Znika
bowiem komponent nieznanego, który zawsze jest źródłem lęku. Nieznane zmienia
się w znane, struktura urojeniowa zmienia białą plamę w już ukształtowane pole.
Powstanie urojenia łączy się z uczuciem odkrycia, olśnienia; nagle to, co było
ciemne, staje się jasne i zrozumiałe. Patologiczna cecha urojenia, tj. jego
utrwalenie, wywodzi się stąd, że u jego podłoża tkwi lęk. Lęk ten może być
zredukowany dzięki stworzeniu struktury urojeniowej; jej zanik wyzwoliłby
utajony lęk. Struktura urojeniowa zmniejsza napięcie lękowe, jest ona pewnego
rodzaju mechanizmem obronnym i jak wszystkie na ogół mechanizmy obronne wykazuje
cechy patologicznego utrwalenia i przerostu (hipertrofia i stabilizacja
mechanizmów obronnych).
Obraz urojeniowy świata społecznego jest zniekształcony i wyolbrzymiony, ale
w zasadzie uproszczony. Znika w nim różnorodność ludzkich indywidualności, świat
społeczny dzieli się na wrogów i przyjaciół. Z jednymi jest się we wspólnocie,
z drugimi się walczy. Problem decyzji, tak trudny w stosunkach między ludźmi,
zostaje tu znacznie uproszczony; wybór redukuje się do dwóch kolorów: białego
i czarnego. W wypadku urojeń społecznych, tj. obejmujących całe grupy społeczne,
miejsce decyzji indywidualnej zajmuje decyzja zbiorowa lub decyzja wodza. Ma się
jasny cel przed sobą, a to zawsze redukuje uczucie lęku. Resztki pogotowia
lękowego zostają rozładowane w aktywnościach agresywnych. Lęk zostaje
przeniesiony na zgoła inną sytuację, mianowicie na wykluczenie z grupy, która
zapewnia bezpieczeństwo.
W urojeniach indywidualnych nie ma wzmocnienia społecznego; człowiek musi sam
stworzyć swój obraz rzeczywistości, w którym niewiadome zostaje zastąpione
wiadomym (treścią urojeniową), ma przeciw sobie całe otoczenie społeczne, które
uważa go za nienormalnego, musi sam o swoją prawdę walczyć. Prawda ta pozwala mu
wyjść w otaczający świat, pokonać swój lęk społeczny, bez niej musiałby się
wycofać z kontaktów społecznych, uciec przed społecznym środowiskiem. Chorzy na
schizofrenię bez wyraźnie usystematyzowanych urojeń zwykle wycofują się ze
społecznych kontaktów, natomiast paranoicy są nieraz nawet nadmiernie aktywni
społecznie, w każdym razie wycofywanie się u nich jest mniej wyraźne niż
u chorych na schizofrenię.

Postacie matki i ojca a geneza lęku społecznego


Z codziennego doświadczenia wiadomo, że obecność drugiego człowieka
zmniejsza napięcie lękowe. Jednocześnie ten sam człowiek jest źródłem lęku
społecznego i wokół niego tworzą się urojeniowe obrazy. Jak tę sprzeczność
wytłumaczyć? Świat otaczający człowieka - to przede wszystkim drugi człowiek.
Jak starano się przedstawić, z łączności z drugim człowiekiem (z matką) wychodzi
się w otaczający świat, a pierwszym reprezentantem otaczającego świata i jego
norm jest też drugi człowiek (ojciec). Zasadnicze postawy uczuciowe ("do" i "od"
- kocham i nienawidzę) realizować się mogą tylko w stosunku do drugiego
człowieka. Z nim można złączyć się w akcie seksualnym i jego można pozbawić
życia, osiągając w ten sposób szczytowe punkty tychże postaw. Dlatego stosunek
do drugiego człowieka ma w sobie utajoną ambiwalencję (kocham i nienawidzę).
Dlatego drugi człowiek zmniejsza napięcie lękowe, a jednocześnie je mobilizuje.
W wielu mitach religijnych bóstwa rodzaju żeńskiego reprezentują ziemię, siły
natury, płodność itp. Natomiast bóstwa rodzaju męskiego przedstawiają niebo,
prawa rządzące światem, wyższy porządek moralny itp. Mówiąc językiem
psychoanalitycznym, bóstwa żeńskie są raczej przedstawicielami id, a męskie -
superego. Oczywiście jest to daleko idące uproszczenie, ale oddaje ono

110
w przybliżeniu tendencję dającą się obserwować w różnych kręgach kulturowych,
tendencję do przedstawiania natury, ziemi, w formie pierwiastka żeńskiego,
a nieba, świata ducha, norm porządku - w formie pierwiastka męskiego.
Doświadczenie psychiatryczne zdobyte dzięki analizie bardzo wielu historii życia
niewątpliwie także wskazuje na to zasadnicze rozwarstwienie psychiki ludzkiej.
Kontakt uczuciowy z matką warunkuje stosunek emocjonalny do życia, to, co
popularnie określa się jako radość życia. Natomiast kontakt uczuciowy z ojcem
wpływa na ukształtowanie się stosunku do porządku otaczającego świata, do
wytworzenia hierarchii wartości. Ludzie, którzy z tych czy innych powodów mieli
ubogi lub w ogóle niezadowalający związek uczuciowy ze swą matką, rzadko
w późniejszym życiu potrafią rozwinąć należyty stosunek uczuciowy do
otaczającego świata.
Nieraz uczucia zamiast do matki są skierowane przede wszystkim w stronę ojca, on
wypełnia pustkę uczuciową dziecka. W takich wypadkach w późniejszym życiu
obserwuje się niejednokrotnie pewnego rodzaju przerost normatywnej strony życia,
tzn. radością dla tych osób jest przestrzeganie porządku otaczającego świata,
jego hierarchii wartości, a nie sam kontakt z nim. Matka przenosi radość życia,
ojciec - radość moralności.
Omawiając tu genezę lęku społecznego, zwrócono uwagę na jego dwie warstwy:
macierzyńską i ojcowską, co w zarysie odpowiada różnym stosunkom do otaczającej
rzeczywistości, uwarunkowanym pierwszymi kontaktami społecznymi. Oba rodzaje
stosunku do rzeczywistości (macierzyński i ojcowski) mogą być źródłem lęku.
Człowiek ma przed sobą jakby dwie drogi; jedna wiedzie z powrotem do złączenia
się z matką, jest to powrót do natury, do ziemi, do tajemnicy własnego ciała.
W tym zespoleniu traci się własną indywidualność, wchodzi się w rytm przyrody,
w ostateczności jest to zespolenie się z niebytem, ze śmiercią. Druga droga,
ojcowska, prowadzi do wejścia w otaczający świat, w jego prawa i obyczaje,
w jego normy i tabu; jest to przede wszystkim świat społeczny, gdyż tylko
w społecznej formie świat zewnętrzny może się nam objawić, ponieważ system
komunikacji z otoczeniem zewnętrznym jest głównie systemem społecznym,
ukształtowanym przede wszystkim z pomocą najwyższych form ruchu, tj. symboli
słownych. Bezsłowne i aspołeczne jest połączenie z naturą, z własnym ciałem,
z tym, co określono tu jako drogę macierzyńską. W świecie społecznym,
zewnętrznym, też grozi utrata własnej indywidualności, człowiek może przestać
być sobą i tak zidentyfikować się ze swym otoczeniem społecznym, że staje się
żywą normą czy tabu. Dlatego nie można zbyt daleko wejść na jedną czy na drugą
drogę, zahamowałoby to indywidualny rozwój jednostki.
Dla rozwoju konieczne jest oderwanie się od środowiska macierzyńskiego,
a jednocześnie zachowanie własnej indywidualności w otaczającym świecie
społecznym. Sygnał lękowy, sygnał zagrożenia ostrzega przed zbytnim
zapuszczaniem się na jedną z tych dróg. Złączenie z rytmem przyrody jest
otoczone strefą lęku. Ten lęk towarzyszy tajemnicom naszego ciała, prawom seksu
i macierzyństwa. W wielu kręgach kulturowych odpowiednie rytuały, tabu, zakazy
i nakazy bronią wejścia w sferę intymności natury, w szczególności w dziedzinę
życia seksualnego. W niektórych kręgach kulturowych seks zostaje obarczony
silnym poczuciem winy (grzechu). W innych znów okazyjne święta rozpusty
pozwalają lęk ten przełamać.
Przed zbytnim złączeniem się ze światem społecznym broni znów jego deifikacja.
Normy tego świata zostają wyolbrzymione do absolutu, który staje się
nieosiągalny. Człowiek wobec nich czuje się zbyt mały, by móc się z nimi
złączyć, odczuwa lęk przed swoim Bogiem, który jest abstrakcyjną kwintesencją
norm i tabu świata społecznego. Lęk więc jest jakby strażnikiem zmuszającym
człowieka do wybrania własnej drogi rozwoju, broniącym go przed zatraceniem
własnej indywidualności na drodze matki czy drodze ojca, przed roztopieniem się
w "naturze" wszechświata lub w "duchu" wszechświata.
Pierwsza droga wiąże się bardziej z naszym życiem uczuciowo-nastrojowym, od niej
zależy zasadniczy koloryt emocjonalny naszego życia. Druga wiąże się bardziej
z życiem intelektualno-wolicjonalnym, od niej zależy uformowanie się hierarchii
wartości i tym samym - systemu tworzenia się decyzji. Wpływa ona na
ukształtowanie się formy otaczającego świata; wypaczenie obrazu świata ma
charakter urojeniowy. Natomiast zachwianie równowagi kolorytu emocjonalnego

111
odpowiada zaburzeniom o charakterze cyklofrenicznym.

LĘK BIOLOGICZNY

Tajemniczość ciała
Jak starano się przedstawić w poprzednim rozdziale, urojenie tworzy się
przede wszystkim na tych polach pustych (nieznanych), które dotyczą życia
społecznego. Szansę poznania drugiego człowieka są bowiem mniejsze niż poznania
reszty otaczającego świata. Nie znaczy to jednak, by nie było innych białych
plam na naszej mapie świata. Do takich terenów nieznanych należy nasze własne
ciało, jego potrzeby, cierpienia, lęki, radości i rozkosze. Pogotowie urojeniowe
wokół własnego ciała jest jednak znacznie słabsze niż wokół świata społecznego.
Wynika to ze społecznego charakteru urojeń. Do ich powstania konieczny jest
system symboli słownych, a ten tworzy się w kontaktach społecznych; ciało jest
w znacznej mierze niedostępne komunikacji słownej.
Doznania cielesne wpływają na nastrój uczucia, ale właściwie nie mają określonej
formy pojęciowej. Mowa jako najwyższa forma ruchu jest zwrócona do świata
zewnętrznego, a nie wewnętrznego i tworzy się w ludzkiej wspólnocie, ciało
natomiast jest zawsze indywidualne, jego doznania są najbardziej osobiste i mimo
zewnętrznego podobieństwa nie da się ich podporządkować prawidłowościom grup
społecznych. Dlatego urojenia tworzące się wokół własnego ciała są stosunkowo
ubogie w porównaniu z urojeniami dotyczącymi świata społecznego, mimo że lęk
związany z własnym ciałem nie jest mniejszy od lęku społecznego.
Poznanie budowy i mechanizmów ciała, jakie zawdzięczamy naukom medycznym, nie
rozwiewa wcale tajemnicy, która je otacza. Poznajemy ciało jako skomplikowany
mechanizm, jeden z mechanizmów otaczającego świata, ale nadal nie wiemy,
dlaczego jest ono źródłem cierpień i rozkoszy, w jaki sposób jego aktywność
wpływa na nasze nastroje i uczucia, dlaczego właśnie w nim przeżywa się
zespolenie z otaczającym światem (szczytowy punkt postawy "do") w akcie
seksualnym czy w miłości macierzyńskiej i analogicznie też szczytowy punkt
postawy "od", gdy przenikają nas miłość i nienawiść.
Czujemy, że nasz świadomy nurt życia jest tylko powierzchowną warstwą tego, co
dzieje się w głębi, co jest cielesne, chaotyczne i nieznane, czym nie umiemy
pokierować; jesteśmy zdani na jego łaskę i niełaskę. Żyjemy w lęku, że coś
w środku może się popsuć, że gdzieś w głębi czyha na nas śmierć. Sygnał
zagrożenia, bólowy czy lękowy, często jest wyzwalany przez dysfunkcję naszego
ciała (lęk biologiczny). Sygnał bólowy ostrzega przed działającym na nasze ciało
szkodliwym czynnikiem, a sygnał lękowy - przed zachwianiem pierwszego lub
drugiego prawa biologicznego (zagrożenie życia własnego lub życia gatunku).
Przeważnie jesteśmy nieświadomi charakteru zagrożenia, badanie lekarskie
może czasem wyjaśnić jego tło, ale zwykle siła sygnału nie jest proporcjonalna
do stopnia zagrożenia; w tym sensie sygnał lękowy czy bólowy nie jest
wiarygodny; nie bardzo wiemy, dlaczego tak jest. Wiedza fachowa, w tym wypadku
lekarska, jest kolektywna, tzn. opisująca prawidłowości wszystkich, a nie tylko
jednego ciała ludzkiego, tymczasem nasze doznania cielesne są jak najbardziej
indywidualne i w żaden sposób nie można postawić znaku równości między
doznaniami jednego i drugiego człowieka.
Dlatego wiedza naukowa niewiele się przydaje do rozświetlenia tajemnicy własnego
ciała. Najlepiej o tym świadczy fakt, że najbardziej fantastyczne koncepcje
i urojenia hipochondryczne mają właśnie lekarze, a więc ludzie dysponujący
z racji swego zawodu pewną wiedzą o budowie i mechanizmach ludzkiego ciała.
Ciało kolektywne, rodzaj skomplikowanej maszyny, jest czymś innym niż ciało
indywidualne, które jest źródłem najbardziej intymnych i przeważnie nie dających
się określić doznań.

Medycyna a lęk biologiczny


Różne choroby trapią człowieka i zagrażają jego życiu. Gdy medycyna
zwalczy jedne, inne przybierają na sile. Walka medycyny z chorobami i śmiercią
nie składa się tylko ze zwycięstw, ale też z wielu klęsk. Lęk związany z własnym
ciałem (lęk biologiczny) często koncentruje się na wybranej chorobie. Zależnie
od epoki czy kręgu kulturowego jedna z chorób staje się swoistą "miss lęku

112
biologicznego", sama jej nazwa budzi strach wśród ludzi. Dotknięty taką chorobą
człowiek już za życia ma znak śmierci na swym czole, stronią od niego ludzie.
Inne powody zagrożenia życia bledną w porównaniu z tą chorobą - "upiorem". Na
przykład w naszym kręgu kulturowym ludzie znacznie bardziej boją się raka niż
wypadków samochodowych, choć traktując ryzyko śmierci statystycznie, powinni
znacznie bardziej bać się tych ostatnich. Rak jest bowiem chorobą - zmorą
naszego wieku, jak dawniej były nią gruźlica, trąd, choroby weneryczne itp. Samo
słowo "rak" wywołuje panikę; zapomina się o tym, że z punktu widzenia
lekarskiego nie jest to choroba tak beznadziejna, że istnieje wiele chorób
znacznie gorszych prognostycznie, które nie budzą takiej zgrozy
w społeczeństwie.
Lekarz mający do czynienia z pacjentem cierpiącym na chorobę nowotworową stoi
wobec niesłychanie trudnego problemu psychologicznego i moralnego, jak właściwie
podejść do swego chorego. Trudno tu dać ogólne wskazówki. Lekarz musi polegać na
własnym wyczuciu psychologicznym i jego postępowanie musi być odmienne w różnych
wypadkach. Istnieją też różnice związane z tradycjami lekarskimi, np. w Stanach
Zjednoczonych obowiązkiem lekarza jest powiadomić chorego o istnieniu choroby
nowotworowej, by dać mu szansę zarządzenia swoim majątkiem, przyszłością rodziny
itp. Natomiast w Polsce na ogół fakt ten ukrywa się przed chorym, co też ma
swoje ujemne strony, gdyż żyje on w atmosferze domysłów, lęku, a wiadomo, że
strach ma wielkie oczy.
Tworzenie instytutów onkologicznych na pewno jest celowe z punktu widzenia
organizacyjnego i naukowego, ale czy nie jest ono traumatyzujące dla pacjentów?
Już sam fakt skierowania do takiego instytutu może u pacjenta wywołać reakcję
paniczną, co nie zawsze wpływa dodatnio na przebieg leczenia. Możliwe, że
ściślejsza współpraca onkologów z psychiatrami i psychologami pozwoli na
wypracowanie bardziej humanitarnych sposobów podejścia do osób dotkniętych
chorobą nowotworową i przyczyni się do rozładowania atmosfery lęku otaczającego
tę chorobę.
Lekarz styka się stale z zagrożeniem życia u swego pacjenta, dlatego różnego
typu reakcje lękowe, jakie pacjenci demonstrują, nie są dla niego zjawiskiem
niezwykłym, lecz przeciwnie, nieraz do nich się przyzwyczaja i nawet
obojętnieje. Musi on jednak umieć zmniejszać lęk swego chorego. Fachowe
wyszkolenie w tej dziedzinie jest właściwie jak dotychczas żadne, lekarz jest
zdany na własną intuicję i na własną "wrodzoną" wiedzę psychologiczną. Są
lekarze, którzy samą swą obecnością zmniejszają pogotowie lękowe chorego. W ich
obecności chory czuje się spokojniejszy, zmniejsza się jego lęk przed śmiercią
i cierpieniem, czuje się bezpieczny. Są też, niestety, i tacy lekarze, którzy
swym zachowaniem mobilizują pogotowie lękowe u swych pacjentów.
Możliwe, że w małych dawkach lęk działa mobilizująco na procesy integracyjne
ustroju, ale w dawce zbyt dużej na pewno dezintegruje, i dlatego obowiązkiem
lekarza i pielęgniarki jest zmniejszać lęk pacjenta, a nie powiększać. Wydaje
się, że konieczna jest ściślejsza współpraca psychiatrów i psychologów
z lekarzami innych specjalności, by przynajmniej w przybliżeniu ustalić, jakie
czynniki mobilizują, a jakie zmniejszają napięcie lękowe u chorych. Jest to
zagadnienie istotne dla samopoczucia chorego i dla procesu leczenia. Lekarze
chętnie szafują lekami zmniejszającymi napięcie lękowe i poprawiającymi nastrój
chorego, co, oczywiście, jest drogą najwygodniejszą, ale nie zastąpi ona nigdy
bezpośredniego wpływu człowieka na człowieka.

Śmierć
Śmiertelność człowieka a "nieśmiertelność" życia
Narodziny i śmierć są granicami zamykającymi życie wszelkich żywych istot,
a także człowieka. Świat ludzki, to, co widzimy, przeżywamy, czym się cieszymy
i co wywołuje w nas lęk i cierpienia, zaczyna się budować od momentu narodzin
(a może już od momentu poczęcia), a ulega całkowitej destrukcji w chwili
śmierci. Śmierć jest końcem wszystkiego, kończy się nasze życie, a z nim nasz
świat. Dlatego słusznie uważa się, że lęk w swej istocie - mimo różnych postaci,
jakie przybiera - jest zawsze lękiem przed śmiercią. Człowiek nie może zwyciężyć
śmierci, jest ona silniejsza od niego, jest kresem wszystkiego, wszystko traci
swój sens. W tym aspekcie czekającej nas śmierci dewaluują się wartości budowane

113
przez nas w ciągu życia. Nasz świat, który wydaje się tak rzeczywisty
i stabilny, staje się bańką mydlaną, złudą, która rozpływa się w momencie
śmierci. Może więc słusznie uważa się, że tłem ludzkiej egzystencji jest lęk
przed śmiercią.
Stanowisko takie jest słuszne, gdy patrzy się na życie człowieka jako na fenomen
jednostkowy, w izolacji od reszty świata. Człowiek samotny ma przed sobą jedynie
perspektywę śmierci, gdyż ze śmiercią kończy się życie jednostki. Ale samotność
jest pojęciem sprzecznym zarówno z biologicznym, jak i kulturowym charakterem
życia ludzkiego. Z biologicznego punktu widzenia nie można życia jednostki
odizolować od ogólnego nurtu życia, który ma cechy nieśmiertelności. Dla
genetyka jesteśmy tylko nośnikami planu genetycznego, który otrzymaliśmy od
poprzedzających nas pokoleń i który z kolei mamy przekazać dalszym pokoleniom.
W świetle prawa zachowania własnego życia można traktować je jako fenomen
jednostkowy, trzeba bowiem niszczyć otoczenie, by utrzymać własne życie. Życie
jednak jest niemożliwe bez ustawicznej wymiany energetyczno-informacyjnej
z otoczeniem, w rzeczywistości więc nie można życia jednostki odizolować od
życia jej otoczenia.

Kulturowy aspekt drugiego prawa biologicznego


W świetle prawa zachowania życia gatunku życie jednostki ma sens tylko
w łączności z innymi żywymi istotami; jednostka dąży do złączenia się z drugą,
by mogło się spełnić prawo zachowania gatunku. Człowiek opiekuje się swym
potomstwem, przedkładając ten cel nad inne, bardziej egoistyczne cele. Związek
z potomstwem, zwłaszcza u zwierząt wyższych, jest tak silny, że wyraźnie przeczy
samotności żywych istot. U człowieka prawo zachowania życia gatunku rozszerza
się na wartości kulturowe.
Dzięki abstrakcyjnym właściwościom układu nerwowego (niezwykle długi łuk
odruchowy oddzielający receptory od efektorów) człowiek może oderwać się od
konkretnej sytuacji i zachowywać łączność nie tylko z jednostkami bezpośrednio
z nim związanymi prawem zachowania gatunku (partner seksualny, potomstwo), lecz
też z jednostkami i ich dziełami odległymi w czasie i przestrzeni. Człowiek
wchodzi w gotowy system symboli stworzony przez setki pokoleń ludzi żyjących
przed nim i sam wnosi drobną cząstkę do tego systemu. Stanowi on pożywkę dla
metabolizmu informacyjnego, bez niego ten ostatni uległby atrofii i mózg ludzki
nie mógłby się rozwijać, gdyż jego rozwój jest ściśle uzależniony od
intensywności metabolizmu informacyjnego. Świat kultury, tzw. noosfera, jest do
życia człowiekowi równie potrzebny jak biosfera (środowisko biologiczne
człowieka).
Gdy spojrzymy na jednostkowe życie ludzkie na tle jego powiązań biologicznych
i kulturowych, tzn. nie odrywając go od biosfery i noosfery, jawi się nam inna
perspektywa śmierci. Jej groźne znaczenie maleje. Staje się epizodem w nurcie
umierania i zmartwychwstania charakterystycznym dla życia. Jednostka jest
śmiertelna na tle nieśmiertelności życia. Przedstawione rozumowanie jest
niewielką pociechą, gdy trzeba samemu umierać i gdy ze śmiercią zapada się cały
świat jednostkowy.

Egoizm i altruizm
Prawo zachowania własnego życia jest egoistyczne i nie zawsze da się
pokonać altruizmowi prawa zachowania życia gatunku. Między obu prawami istnieje
antagonizm, stała walka, odgrywająca rolę w formowaniu się decyzji. Ptak
karmiący swe pisklęta musi nieraz pokonać swój głód i jedzenie odstąpić
dzieciom. Nierzadko zwierzęta pokonują lęk i narażają życie, by obronić małe.
Ale zdarzają się też sytuacje odwrotne, gdy matka czy ojciec zjada potomstwo nie
mogąc przezwyciężyć głodu.
Każde z dwóch praw biologicznych inaczej formuje stosunek do śmierci. W świetle
pierwszego prawa (zachowania własnego życia) śmierć jest największym
niebezpieczeństwem, z nią bowiem wszystko się kończy, prawo przestaje działać,
gdyż nie zostało zachowane własne życie. W świetle drugiego prawa - zachowania
życia gatunku - śmierć jednostki jest epizodem nieraz koniecznym do zachowania
życia gatunku (np. w niższych formach życia powstanie nowej jednostki jest
równoznaczne ze śmiercią starej). Można się spodziewać, że lęk przed śmiercią

114
będzie silniejszy w wypadku dominacji pierwszego prawa biologicznego, a słabszy,
gdy przeważa drugie prawo.
Nie wiemy, jak walka między dwoma prawami biologicznymi jest subiektywnie
odczuwana przez zwierzęta; przewagę jednego czy drugiego prawa załatwiamy
niewiele znaczącym pojęciem instynktu. U człowieka, analizując proces jego
decyzji, w każdej można dostrzec przynajmniej śladową walkę między obu prawami,
między egoizmem a altruizmem. Przybiera ona rzeczywiście różne formy i stopnie
nasilenia; najwyższy ciężar decyzji jest wówczas, gdy stawką jest własne życie.
Lęk przed śmiercią przenika nasze akty woli (decyzję). Wzrasta on, gdy jesteśmy
pod przemożnym wpływem pierwszego prawa, a maleje gdy góruje w nas drugie prawo.
Lęk przed śmiercią rzadko występuje w nagiej postaci, w codziennym życiu
przeważają lęki pośrednio związane z prawem zachowania własnego życia, a więc
lęk przed utratą środków utrzymania, posady, pozycji społecznej, dobrej opinii
itp. Przy przewadze pierwszego prawa pozycja człowieka jest skurczona - za
wszelką cenę zachować własne życie. Cel stwarza silne napięcie emocjonalne, ale
jest krótkodystansowy, zacieśnia horyzont. Przy przewadze drugiego prawa cel
jest ustawiony znacznie dalej, często poza kresem własnego życia; może nim być
dobro własnych dzieci, społeczeństwa, wartości natury kulturalnej czy
metafizycznej. W pewnym sensie są to cele transcendentne, gdyż wykraczają poza
utrzymanie własnej egzystencji, w tym wypadku nie jest ona czymś najważniejszym.
Mając takie cele przed sobą, człowiek abstrahuje od własnej śmierci, mierzy
dalej, niż wymaga prawo zachowania własnego życia, dzięki temu śmierć nie jest
już tak straszna i lęk przed nią maleje.

Nienawiść i miłość
Prawo zachowania własnego życia jest źródłem uczuć negatywnych - lęku
i nienawiści. Życie bowiem jest w stałym niebezpieczeństwie i trzeba go bronić
za wszelką cenę. Otaczający świat przeciwstawia się jednostce, zagraża jej,
trzeba go pokonać, gdyż inaczej samemu można być przezeń pokonanym. Prawo
zachowania życia gatunku jest źródłem uczuć pozytywnych. Nasze cele i dążenia
promieniują na zewnątrz, do świata, chcemy się z nim złączyć, dla niego żyć,
a nawet umrzeć. Świat nas przyciąga, nie jest naszym wrogiem, ale tym, który
może zaspokoić naszą potrzebę miłości. Nasza czasoprzestrzeń rozszerza się, nie
jest skurczona do własnej osoby. W lęku kurczymy się, w miłości rozszerzamy,
tylko miłość może zwyciężyć lęk przed śmiercią.
Człowiek jednak, podobnie jak i inne żywe istoty, podlega obu prawom
biologicznym, nie da się żadnego z nich wyeliminować. Może jedno lub drugie
przeważać, ale zawsze oba działają równocześnie. Ten fakt walki obu praw stwarza
stały stan napięcia, obciąża proces decyzji. Trudno jest nam iść prosto przez
życie, gdyż każde z tych dwu praw ciągnie nas w przeciwnym kierunku. Pierwsze
prawo często bierze górę już choćby dlatego, że cel jest jednoznaczny, bliski
i mobilizujący ustrój do maksymalnego wysiłku (walki lub ucieczki). W drugim
prawie cele są bardziej odległe, wymagają pewnego uporządkowania otaczającego
świata, musimy odczuwać w nim określoną hierarchię wartości, dla których warto
poświęcić swe życie.
Realizacja drugiego prawa biologicznego jest w znacznym stopniu uzależniona od
warunków środowiska. Gdy środowisko jest zdezintegrowane, wówczas trudno w nim
wytworzyć sobie odpowiedni system wartości, w którym można by znaleźć
odpowiednie cele do zaspokojenia prawa zachowania życia gatunku. Musi w nim
istnieć coś, co warto kochać i dla czego warto się poświęcać. Dlatego też
w okresach znacznej dezintegracji społecznej obserwuje się zazwyczaj przewagę
wśród ludzi pierwszego prawa biologicznego, stają się oni egoistyczni, w życiu
społecznym jest więcej lęku, nienawiści niż miłości. Mówimy wówczas o kryzysie
kultury.
W lęku człowiek kurczy się, przytłacza go otaczający świat. Lęk może przerodzić
się w agresję, wówczas następuje atak. Z pozycji skurczonej przechodzi się do
gwałtownego rozprężenia, uderzenia w to, co nas przygniata i co nam zagraża.
Dlatego agresja zwykle rozładowuje napięcie lękowe. Jest to rozładowanie krótko
trwające, bo świat znów nas atakuje, znów musimy się skurczyć. Wszystko obraca
się bowiem wokół ratowania własnego życia, a to jest cel krótkodystansowy.
W wypadku pierwszego prawa biologicznego czasoprzestrzeń jest ciasna, zamyka się

115
wokół jednostki. Przeciwnie w wypadku drugiego prawa biologicznego, tu
czasoprzestrzeń nie ma określonych granic, zlewa się z otaczającym światem,
z jego teraźniejszością, przeszłością i przyszłością. Cele, które pociągają
człowieka, mogą być bardzo odległe, mogą sięgać poza jego i otaczającego świata
fizyczną rzeczywistość (cele metafizyczne).
W miłości więc człowiek promieniuje na zewnątrz, rozpływa się do pewnego stopnia
w otaczającym świecie. W skrajnych wypadkach nasilenia uczuć pozytywnych zatraca
się osobowość, zespolenie z przedmiotem miłości jest tak silne, że przestaje się
być sobą. Przedmiot ten może być realny albo też metafizyczny. Człowiek ulega
przeistoczeniu, umiera jego stara forma, a rodzi się nowa. Codzienna obserwacja
uczy nas, jak ludzie pod wpływem miłości zmieniają się nie tylko psychicznie,
ale nawet fizycznie (kobiety pod wpływem miłości wyraźnie pięknieją).
Również miłość metafizyczna przekształca człowieka, który, odczuwając ją, rodzi
się jakby na nowo - jest wyraźnie podkreślane w wielu systemach religijnych.
Przedmioty miłości bywają jednak odległe i nieraz tajemnicze, co może być
źródłem niepokoju. Człowiek zatraca się w przedmiocie miłości. Zbytnia ekspansja
(rozprężenie) w otaczający świat może wywołać reakcję w postaci tendencji do
skurczenia się, do zamknięcia w sobie, gdzie czasoprzestrzeń jest wprawdzie
ciasna, ale namacalna, rzeczywista i konkretna, a nie abstrakcyjna,
metafizyczna, jak to często bywa przy zbytnim rozprężeniu.
Człowiek więc jakby kurczy się i rozszerza, jego świat staje się ciasny lub zbyt
obszerny. Jest to pulsowanie związane z oscylowaniem dynamiki życiowej, a także
z przewagą uczuć pozytywnych lub negatywnych.
Człowiek nie może żyć tylko miłością i wyrzec się prawa zachowania własnego
życia. Taka postawa doprowadziłaby go niechybnie do śmierci, bo jednak trzeba
o sobie myśleć i walczyć o swoje życie. Scalenie z przedmiotem miłości, gdyż to
jest ostateczny cel postawy "do", nie może trwać stale, mogą to być tylko
krótkie epizody w życiu człowieka, gdyż takie scalenie jest jednocześnie utratą
własnej indywidualności, a więc rodzajem śmierci psychicznej. Może nie bez
powodu w poezji miłosnej i mistycznej tak często występuje motyw śmierci.
Pełne złączenie z przedmiotem miłości czy to realnym, czy metafizycznym wymaga
unicestwienia własnej osoby. W miłości umiera stary człowiek, a rodzi się nowy.
Jeśli przewaga drugiego prawa biologicznego pozwala nam przezwyciężyć lęk przed
śmiercią, to jednak wyzwala ona swoisty dla siebie niepokój, który można by
nazwać niepokojem miłości. Jest to lęk przed nieznanym, które nas czeka przy
złączeniu się z przedmiotem naszych uczuć, lęk przed utratą własnej
indywidualności w tym złączeniu, przed śmiercią starego człowieka i przed
narodzinami nowego, lęk przed gwałtowną zmianą, którą powoduje miłość.

Transcendencja lęku przed śmiercią


Lęk egzystencjalny jest też lękiem przed tajemnicą życia. Śmierć jest
czymś konkretnym, lęk przed nią jest skrystalizowany. Natomiast gdy perspektywa
śmierci zostanie złagodzona przez transcendentne dążenia człowieka, tzn. przez
jego dążenie do wykroczenia poza ramy własnego życia, do złączenia się
z otaczającym światem - występującym w formie konkretnej osoby, którą się kocha,
wartości kulturowych czy społecznych, czy w formie bóstwa, które nadaje porządek
życiu jednostkowemu i zbiorowemu - wówczas tak swoisty dla człowieka, jak
zresztą dla wszystkich żywych istot, lęk przed śmiercią przeistacza się w lęk
metafizyczny lub w lęk miłości.
Przedmiot miłości jest dla nas wielką tajemnicą; nie wiemy, co nas czeka, gdy
się z nim złączymy. Gdy przedmiot jest konkretny, jak w wypadku miłości
seksualnej czy macierzyńskiej, to złączenie nigdy nie jest pełne, partner i my
sami zachowujemy bowiem własną indywidualność. W zespoleniu realnym musi dojść
do złączenia cielesnego, a to nigdy nie może dokonać się w pełni, ponieważ ciało
jest zawsze bardziej indywidualne, bardziej własne niż nasz świat psychiczny,
który mimo swej indywidualności zbudowany jest ze wspólnych dla ludzi symboli.
Metabolizm energetyczny jest bardziej indywidualny i własny niż metabolizm
informacyjny. Dlatego pełniejsze złączenie możemy uzyskać z przedmiotem
abstrakcyjnym. Bogiem, jakąś ideą, przyrodą itp. Za mało znamy przeżycia
wielkich mistyków, by móc je zrozumieć, ale wydaje się, że stany ekstazy,
w której przeżywają zespolenie z bóstwem, poprzedzane są stanem lęku.

116
Jest to właśnie lęk przed rozpłynięciem się w drugiej istocie, przed utratą
własnej indywidualności, jest to rodzaj śmierci, w której unicestwia się
dotychczasowy człowiek. Uczucia wywodzące się z prawa zachowania własnego życia
wywołują kurczenie się ludzkiej czasoprzestrzeni, człowiek w lęku jest
skurczony, przytłoczony, otaczający świat zagraża jego życiu. Natomiast uczucia
wywodzące się z prawa zachowania gatunku prowadzą do ekspansji własnej
czasoprzestrzeni, otaczająca przestrzeń jest wolna i przyciągająca. Ta ekspansja
nie może jednak iść zbyt daleko; gdy dochodzi do złączenia się z przedmiotem
miłości, zwykle rodzi się lęk, lęk przed utratą własnej indywidualności, co jest
w pewnej mierze równoznaczne z rozpłynięciem się w niebycie.
Mamy więc jakby dwa oblicza śmierci: jedna - konkretniejsza, przychodząca
z zewnątrz i na nas naciskająca, tak że pod wpływem tego nacisku kurczy się
nasza czasoprzestrzeń; druga bardziej abstrakcyjna, która przyciąga nas swoją
nieskończonością, z którą pragniemy się zespolić, a jednocześnie przed tym
zespoleniem odczuwamy lęk.

Patologia schizofreniczna i społeczna pierwszego prawa biologicznego


Jak się zdaje, w schizofrenii dość jaskrawo występują nieraz obie postacie
lęku przed śmiercią; chory odczuwa zagrożenie przez otaczający świat, kurczy się
w sobie, zmienia się w automat kierowany siłami z zewnątrz albo też odczuwa
niezwykłą ekspansję własnej osoby, wszechmoc, zespala się z otaczającym światem
lub z bóstwem, nieraz z nim się identyfikuje; daje mu to uczucie ekstazy, która
jednak nie jest wolna od domieszki lęku.
W życiu społecznym można też obserwować zjawiska kurczenia się i ekspansji
czasoprzestrzeni, istnieją tego rodzaju układy społeczne, które wywołują coraz
większe kurczenie się ludzi w sobie; są oni przerażeni tym, co wokół nich się
dzieje, czują się bezradni i bezsilni, żyją w ustawicznym lęku o swoje
stanowiska, posady, a nawet o życie, boją się wykazać jakąkolwiek inicjatywę,
gdyż to wymaga wyjścia w otaczający świat, a ten ich przeraża - pierwsze prawo
biologiczne jest dla nich prawem naczelnym i wyłącznym, za wszelką cenę chcą się
utrzymać na powierzchni życia. Lęk, w którym żyją, wywołuje postawy agresywne,
każdy jest dla nich potencjalnym wrogiem, lepiej z góry go zniszczyć, gdy czują
się od niego silniejsi, w przeciwnym razie jeszcze bardziej przed nim się kurczą
i płaszczą.
W tych samych układach (dezintegracyjnych) mogą wytworzyć się ośrodki
nadmiernej, patologicznej integracji. Podobnie jak w dezintegracji
schizofrenicznej, patologiczna nadmierna integracja, jaką jest urojenie, broni
chorego przed lękiem. Wówczas "skurczony" człowiek ulega ekspansji, rozpływa się
w grupie czy ideologii społecznej, z nią się identyfikuje, zatraca własną
indywidualność i własną wolę, jego decyzje nie są już jego decyzjami, ale grupy,
w której się rozpłynął. Zyskuje dzięki temu poczucie siły ("my" zastępuje "ja"),
już nie jest więcej skurczony, całkiem przeciwnie, śmiało wyrusza na podbój
otaczającego świata, który chce przerobić jak najszybciej na modłę ideologii czy
grupy hiperintegracyjnej.
Zespolenie z otaczającym światem reprezentowanym przez taką ideologię czy grupę
nie uwalnia jednak człowieka od uczucia lęku, lęku wywołanego utratą własnej
indywidualności. Lęk ten łatwo przeradza się w agresję, gdyż uczucie siły,
wyzwolone dzięki identyfikacji z grupą, pozwala na przejście z postawy lękowej
do agresywnej.

GENEZA LĘKÓW

Podział
Analizując przeżycia lękowe staramy się dojść do ich genezy. Przy tym
samym charakterze przeżycia i tym samym nasileniu oraz podobnej ekspresji geneza
lęku może być rozmaita. Wydaje się słuszne rozbicie przeżyć lękowych pod
względem genetycznym na cztery grupy: lęk biologiczny, lęk społeczny, lęk
moralny i lęk dezintegracyjny. Wszystkie cztery rodzaje lęku można sprowadzić do
lęku zasadniczego, mianowicie lęku przed śmiercią. Śmierć bowiem jest tym
ostatecznym zagrożeniem żywej istoty, które wyzwala sygnał alarmowy w postaci

117
lęku.

Tło lęku biologicznego


Czynniki wewnętrzne i zewnętrzne
Lęk biologiczny może wiązać się z zagrożeniem pierwszego lub drugiego
prawa biologicznego. W wypadku zagrożenia prawa zachowania własnego życia
niebezpieczeństwo może pochodzić z zewnątrz, z otaczającego świata, lub od
wewnątrz, z wnętrza ustroju. W pierwszym wypadku lęk jest przedmiotowy, tzn.
znamy niebezpieczeństwo, które nam zagraża. Percepcja zagrożenia musi poprzedzać
powstanie sygnału alarmowego. Gdy nie dostrzegamy przedmiotu zagrożenia,
zazwyczaj nie odczuwamy lęku. Na przykład możemy zupełnie nie odczuwać lęku
wchodząc do pomieszczenia wypełnionego trującym, ale bezwonnym gazem lub
napromieniowanego substancjami radioaktywnymi. Niemniej jednak zdarzają się
sytuacje, w których mimo braku uchwytnych sygnałów zagrożenia wyczuwa się
grożące niebezpieczeństwo. Tego typu wyczucie niebezpieczeństwa spotyka się
częściej w świecie zwierzęcym niż u człowieka. Przemawia ono za istnieniem
ścisłej łączności ustroju z jego środowiskiem i za zdolnością ustroju
projektowania się w przyszłość (wspólna czasoprzestrzeń ustroju i środowiska).
Do lęków biologicznych można zaliczyć lęki na podłożu seksualnym.
Indywidualne życie nie jest tu wprawdzie zagrożone, ale zagrożone jest życie
gatunku. Oczywiście zachowanie seksualne jednostki nie wpływa na możliwości
przeżycia gatunku, ale niemniej drugie prawo biologiczne jest tak silnie
zaprogramowane w strukturę każdego ustroju, że nieraz bierze górę nad pierwszym
prawem. Wszelkie więc jego naruszenia mogą się odbić na czynnościach ustroju
i są sygnalizowane lękiem. Lęk związany z życiem seksualnym występuje
najczęściej w postaci gwałtownych ataków lękowych lub stałego napięcia lękowo-
agresywnego.
Lęk na podłożu seksualnym odpowiadałby z grubsza temu, co Freud określał jako
Triebangst (lęk nerwicowy związany z aktywnością itd.). Jak wspomniano, Freud
rozróżniał lęk nienerwicowy, obiektywny, Realangst, wywołany zewnętrznym
zagrożeniem oraz lęk nerwicowy, Triebangst i Gewissenangst, pierwszy związany
z funkcjami id, a drugi z funkcjami superego; ten drugi rodzaj lęku odpowiadałby
lękowi moralnemu i częściowo społecznemu.
Jeśli potrzeby ustroju związane z pierwszym prawem biologicznym muszą być
w krótkim czasie zaspokojone, inaczej niechybnie przychodzi śmierć, to potrzeby
związane z drugim prawem biologicznym mogą być odłożone nawet ad infinitum.
W związku z tym występuje dość istotna różnica w przebiegu reakcji lękowych;
w wypadku pierwszego prawa reakcje te są dynamiczne i krótkotrwałe. Natomiast
w wypadku zagrożenia drugiego prawa biologicznego są one długotrwałe, trwać mogą
nawet przez całe życie; ich forma jest też bardziej różnorodna. Występują one
u ludzi znacznie częściej niż reakcje lękowe związane z zagrożeniem własnego
życia.
Skłania to nawet niektórych lekarzy do szukania genezy każdego lęku
w zaburzeniach życia seksualnego, co na pewno jest zbytnim uproszczeniem. Nie
należy zaburzeń życia seksualnego identyfikować z brakiem tegoż życia. Są
ludzie, którzy żyją w celibacie i wcale nie odczuwają niepokoju nerwicowego,
a są tacy, którzy prowadzą dość intensywne życie seksualne i nie uwalnia ich to
bynajmniej od lęków o podłożu seksualnym. Wypełnienie drugiego prawa
biologicznego nie polega bowiem na akcie seksualnym, ale na pełnej realizacji
postawy "do"; zespolenie z otoczeniem, jakie osiąga się poprzez akt seksualny,
musi być połączone z odpowiednią postawą emocjonalną (postawa "do").
Akt seksualny pozbawiony komponentu uczuciowego, gdy chodzi tylko o wyładowanie
seksualne, gdy partnera traktuje się wyłącznie jako przedmiot tegoż wyładowania,
zamiast zmniejszać - często wzmaga napięcie lękowe, jest to bowiem
sprzeniewierzenie się istocie drugiego prawa biologicznego. Natomiast brak
wyładowania seksualnego może być wyrównany silną postawą "do" i wówczas mimo
abstynencji seksualnej lęki nie wystąpią.

Strach
Lęk przedmiotowy nazywamy zwykle strachem. Przedmiotowość, jak zresztą
w wypadku wszystkich reakcji emocjonalnych, jest względna. Drobne zagrożenie

118
może wywołać nieproporcjonalnie silną reakcję i odwrotnie, duże zagrożenie -
słabą reakcję lękową. Wielkość sygnału lękowego, podobnie zresztą jak sygnału
bólowego, nigdy nie stanowi obiektywnej miary zagrożenia. Jest to wypadkowa
wielu czynników: prawdopodobnie genetycznie uwarunkowanego pogotowia lękowego
czy bólowego, historii życia (na zasadzie odruchowości warunkowej nawet zupełnie
obojętne bodźce mogą stać się silnymi sygnałami lękowymi), aktualnego stanu
nastrojowo-uczuciowego (człowiek w nastroju pogodnym, przychylnie nastawiony do
otoczenia, na ogół słabiej reaguje lękowo czy bólowo niż człowiek przygnębiony,
wystraszony itp.). Wreszcie na wielkość sygnału lękowego wpływa mechanizm
błędnego koła (dodatniego sprzężenia zwrotnego); pod wpływem lęku zostaje
wyolbrzymiony przedmiot zagrożenia, co z kolei wywołuje nasilenie lęku itd.,
właściwie ad infinitum.
Do pewnego stopnia można się przyzwyczaić do powtarzających się sytuacji
zagrożenia, sygnał lękowy (podobnie przedstawia się też sprawa z sygnałami
bólowymi) działa coraz słabiej. W końcu nie odczuwa się zagrażającego
niebezpieczeństwa (klasycznym przykładem jest beztroska, z jaką ludzie prowadzą
samochody). Lęk przedmiotowy jest lękiem, który człowiek, chcąc nie chcąc, musi
pokonywać. Trzeba mieć odwagę, by żyć. Otaczający świat roi się od różnego
rodzaju niebezpieczeństw i nie możemy przed nimi wciąż uciekać, trzeba iść
naprzód, a to wymaga odwagi.
Lęk przedmiotowy jest więc sygnałem bardzo plastycznym, raz się zwiększa, to
znów maleje, od niego i od naszej zdolności pokonywania strachu zależy nasza
ekspansja w otaczający świat. W pewnej mierze pokonywanie własnego lęku jest
czymś kuszącym; gdy to się uda, człowiek czuje się wyzwolony, silniejszy
i radośniejszy. Lęk zacieśnia bowiem ludzką czasoprzestrzeń, a jego pokonanie ją
rozszerza; tu tkwi źródło uczucia zwycięstwa nad sobą i nad otaczającym światem
- schwytanie oddechu pełną piersią, doznanie radości - uczucia, które towarzyszą
za każdym razem pokonaniu własnego lęku. Dlatego prawdopodobnie ludzie chętnie
ryzykują swe życie (jak np. w sportach wyczynowych, w alpinizmie, a także
w czasie wojny).

Sygnały i symbole lęku


Obraz otaczającego świata jest zawsze subiektywny, każdy inaczej widzi
i ocenia swe otoczenie i istniejące w nim zagrożenia. Historia i warunki naszego
życia wpływają na to, że na jedne bodźce zagrożenia reagujemy silnie, a na inne
słabo, co nie zawsze koreluje z obiektywną oceną niebezpieczeństwa. Ponieważ
obraz otaczającego świata tworzy się pod znacznym wpływem naszego otoczenia
społecznego, metabolizm informacyjny ma zawsze charakter społeczny, dlatego
w percepcji i ocenie niebezpieczeństwa jesteśmy pod wyraźną presją grupy
społecznej, w której żyjemy, i kręgu kulturowego, do którego należymy.
Niekiedy sytuacje zgoła nieszkodliwe stają się pod wpływem oceny otoczenia
społecznego groźne. Człowiek może się więc lękać przekroczenia tabu bardziej niż
utraty życia, boi się niektórych zwierząt, które nie są wcale dla niego groźne,
boi się niektórych ludzi na skutek utartej opinii publicznej, mimo że są oni
w rzeczywistości takimi samymi ludźmi jak on. Zadaniem socjologów i historyków
kultury powinno być zbadanie, jak dochodzi do tego, że pewne sytuacje zostają
oceniane przez grupę społeczną jako niebezpieczne.
U zwierząt też obserwuje się utrwalone sygnały zagrożenia; zagadnieniem tym
zajmował się K. Lorenz i jego zdaniem utrwalenie to ma charakter genetyczny. Na
przykład niektóre ptaki reagują ucieczką na widok sylwetki drapieżcy, nawet
wówczas gdy sylwetka ta jest makietą. Istnieją określone symbole zagrożenia. Nie
wiemy jeszcze z całą pewnością, czy są one genetycznie winkrustowane w układ
nerwowy, czy też utrwalone pod wpływem środowiska społecznego.
Zachowanie życia wymaga umiejętności przystosowania się do warunków
środowiskowych, w tym kierunku też zmierza ewolucja przyrody ożywionej.
W przystosowaniu tym istotnym elementem jest zdolność unikania sytuacji niebez-
piecznych, możliwe więc, że pewne sygnały grożącego niebezpieczeństwa w ciągu
ewolucji utrwaliły się genetycznie. Otaczający świat jest jakby z góry oznaczony
znakami ostrzegawczymi i jeszcze przed zetknięciem się z niebezpieczeństwem żywy
ustrój na sam sygnał właściwie zupełnie nie znanej mu sytuacji reaguje ucieczką.
Sygnał zagrożenia zawsze antycypuje sytuację realną. Dzięki niemu żywy

119
ustrój może na czas się przed nią uchronić, na tym zresztą polega rola sygnału.
Sięga on w przyszłość, jest zwiastunem tego, co będzie. Bezpośrednie zetknięcie
z sytuacją zagrożenia nierzadko byłoby równoznaczne ze śmiercią. Ustrój więc
musi sięgać w przyszłość, musi dysponować przystosowanym do warunków środowiska
rachunkiem prawdopodobieństwa. Sygnał zagrożenia jest właśnie wynikiem tegoż
rachunku. Dotychczas nie wiemy, w jakim stopniu ten rachunek jest darem
odziedziczonym, a w jakim nabytym w ciągu indywidualnego życia, między innymi
pod wpływem środowiska społecznego.
Co się tyczy np. człowieka, nie wiemy, czy przesądy rasowe (na ludzi innej rasy
reagujemy nieraz jak opisane przez Lorenza ptaki na sylwetki swych wrogów) są
uwarunkowane genetycznie czy też nabyte pod wpływem uprzedzeń środowiska
społecznego. Za drugą hipotezą przemawia fakt, iż dzieci przesądów takich zwykle
nie mają. Ponieważ środowiskiem człowieka jest przede wszystkim otoczenie
społeczne, od niego też pochodzi najwięcej sygnałów zagrożenia. Są kręgi
kulturowe, epoki i okresy historyczne (np. wojen i rewolucji), w których
sygnałów tych jest znacznie więcej niż w tzw. czasach normalnych - jeśli takie
istnieją.
Oczywiście środowisko społeczne dostarczające zbyt wiele sygnałów zagrożenia nie
jest dla jednostki i jej rozwoju korzystne choćby z tego względu, że nadmiar
takich sygnałów wywołuje utrwalenie się postawy "od" otoczenia, czyli przewagę
uczuć negatywnych lęku i nienawiści. Mówi się wówczas o alienacji człowieka.

Mechanizmy redukcji lęku


Pokonywanie lęku określamy jako odwagę, a gdy zagrożenie jest bardzo duże
- jako bohaterstwo. Odwaga jest koniecznym warunkiem utrzymania życia własnego
i gatunku i dlatego jest prawdopodobnie nie tylko ludzką, ale też zwierzęcą
cechą. Bez niej nie byłaby możliwa ekspansja w otaczający świat, a jest ona
warunkiem życia.
Istnieje, jak się zdaje, ogólna zasada w przyrodzie, że tam, gdzie życie wymaga
jakiegoś stałego wysiłku, powstają różnego rodzaju sposoby (mechanizmy)
zmniejszające ten wysiłek i ułatwiające wypełnienie zadania. Pokonywanie lęku,
które jest warunkiem życia, jest też wsparte tego rodzaju mechanizmami.
Mechanizmy te działają przede wszystkim w wypadku lęku przedmiotowego; w wypadku
lęku bezprzedmiotowego (określanego niezbyt słusznie przez Freuda jako lęk
nerwicowy) działanie ich jest zawodne lub w ogóle nie istnieje.
Fakt, że w ciągu ewolucji istoty żywe nauczyły się pokonywać lęk związany
z realnym zagrożeniem pochodzącym z zewnątrz, a nie nauczyły się pokonywać lęku
pochodzącego z wewnętrznego zagrożenia ustroju, świadczyłby o tym, że ewolucja
jest skierowana przede wszystkim na relacje ustroju z otaczającym światem. Tylko
zagrożenia istniejące na zewnątrz ustroju są naprawdę ważne, gdyż od ich
pokonania zależy zwycięstwo ustroju żywego nad otoczeniem, czyli negatywnej
entropii ustroju nad negatywną entropią otoczenia.
A utrzymanie życia na naszej planecie zależy właśnie od tego zwycięstwa,
w przeciwnym wypadku życie skazane byłoby na zagładę, zwyciężyłaby negatywna
entropia środowiska zewnętrznego, czyli w ostatecznym obrachunku - przyrody
nieożywionej.
Ze znanych nam mechanizmów redukujących lęk przedmiotowy można by wymienić
takie, jak zmniejszanie się lęku przy czasowym i przestrzennym zbliżaniu się do
przedmiotu zagrażającego; przyzwyczajenie, zmniejszające zniekształcenie
przedmiotu zagrażającego; redukcję lęku pod wpływem celu (zaprogramowania
ustroju).
Lęk przedmiotowy ma swoją dynamikę czasową i przestrzenną. Zwykle maksymalne
nasilenie lęku występuje w chwili dostrzeżenia zagrożenia. Lęk przedmiotowy
w przeciwieństwie do lęku bezprzedmiotowego (wewnętrznego) musi być poprzedzony
percepcją przedmiotu zagrożenia. Otaczający świat musi nam pokazać swe groźne
oblicze. Ostrzega nas; "wycofaj się, póki czas, bo inaczej cię zniszczę".
Pierwszym więc odruchem jest uciec, wycofać się, ustąpić przed groźbą otoczenia.
W tym momencie jednak zaczyna działać prawo życia pobudzające żywy ustrój do
ekspansji, do przezwyciężenia lęku. Musi zapaść zasadnicza decyzja; ruszyć
naprzód czy uciec; jest to zmaganie się lęku z odwagą. Do momentu tej decyzji
lęk może narastać; w miarę jak analizuje się sytuację zagrożenia, może ona

120
wydawać się coraz groźniejsza, zwłaszcza że często działa tu mechanizm błędnego
koła ("strach ma wielkie oczy"). Gdy jednak decyzja zapadnie, lęk stopniowo
słabnie.
W wypadku decyzji wycofania się niebezpieczeństwo oddala się od nas, gdyż od
niego uciekamy i w końcu znajdujemy się w bezpiecznym miejscu i czasie. Gnębi
nas najwyżej poczucie odniesionej klęski, okazaliśmy się słabi w obliczu
groźnego świata. W wypadku decyzji pójścia naprzeciw grożącemu niebezpieczeństwu
wbrew logice lęk też zaczyna opadać. Teoretycznie powinien wzrastać w miarę
zbliżania się do zagrażającego przedmiotu. Tak jednak nie jest.
Decyzja stanowi wewnętrzne zaprogramowanie ustroju. Cel sięga poza zagrażający
przedmiot; by dojść do celu, musimy przeskoczyć niebezpieczeństwo. Nasza
czasoprzestrzeń sięga dalej niż zagrażający nam ze strony otoczenia przedmiot.
Dzięki rozszerzeniu czasoprzestrzeni zyskuje się inną perspektywę w odniesieniu
do przedmiotu zagrożenia, maleje on proporcjonalnie do dynamiki i zasięgu tegoż
rozszerzenia. Gdy skoczek narciarski chce za wszelką cenę osiągnąć rekord,
wówczas ryzykuje przekroczenie punktu krytycznego skoczni, mimo że zagraża to
nawet śmiertelnym wypadkiem. Cel jest silniejszy niż zagrożenie, wobec niego
maleje wielkość niebezpieczeństwa, nie docenia się go, lekceważy.
W czasie wojny największe napięcie lękowe odczuwa się przed bezpośrednim
zetknięciem z wrogiem, ale gdy już decyzja zapadnie, gdy rusza się do ataku, lęk
maleje, niekiedy całkowicie znika, człowiek jest skoncentrowany na samym
przebiegu walki; dążenie do osiągnięcia celu, wykonania rozkazu tak wypełnia
psychikę żołnierza, iż często nie dostrzega on niebezpieczeństwa i mimo woli
staje się nieraz bohaterem. Stwierdzenie nieuleczalnej choroby wywołuje
u człowieka silną reakcję lękową, ale w miarę zbliżania się do kresu życia lęk
maleje, coraz mniej myśli się o śmierci, często występuje przekształcenie
struktury hierarchii wartości, sprawy dawniej ważne stają się mniej ważne lub
nieistotne, nieraz pojawiają się cele sięgające poza kres życia, a więc
metafizyczne, kulturowe itp. (człowiek myśli o tym, by zostawić po sobie jakieś
wartości materialne czy duchowe, szuka pociechy w życiu religijnym itp.).
Ważną rolę w redukcji lęku odgrywa przyzwyczajenie. Sytuacje
niebezpieczne, stale się powtarzające wywołują stopniowo coraz słabszą reakcję
lękową, a w końcu przestają ją w ogóle wywoływać. Człowiek niejednokrotnie
przestaje dostrzegać sytuację zagrożenia. Człowiek wychowany na wsi może
początkowo odczuwać lęk przed wielkomiejskim ruchem ulicznym, z lękiem
przechodzi przez jezdnię. Z czasem przestaje reagować lękowo na przejeżdżające
pojazdy i zupełnie o tym zapomina, że ruch uliczny przedstawia jednak
niebezpieczeństwo dla życia. Człowiek rozpoczynający pracę w górnictwie lub
hutnictwie może na początku bać się grożących niebezpieczeństw, z czasem
przestaje o nich w ogóle myśleć. Pierwsze ataki bombowe wywołują u ludności
panikę, z upływem czasu lęk zmniejsza się, wybuchy bomb stają się zwykłym
epizodem dnia. Może się nawet zdarzyć, że niepokój rodzi się wówczas, gdy nad
miastem zalegnie cisza i w porach ataków bombowych nic się nie dzieje. Człowiek
naszej cywilizacji na ogół bez lęku wsiada do samolotu czy samochodu i zupełnie
nie bierze pod uwagę grożących w tych pojazdach niebezpieczeństw.
Powszechnie znany jest fakt, że pod wpływem uczuć zmienia się nasz obraz
świata. Wystarczy wspomnieć o tym, jak pod wpływem miłości obraz ukochanej osoby
pięknieje, a pod wpływem lęku i nienawiści ulega monstrualnemu zniekształceniu
obraz tej samej nieraz osoby. Lęk jako subiektywny wyraz postawy "od" powoduje
zwykle wyolbrzymienie zagrażającego przedmiotu. Uciekamy bowiem od tego, co nam
zagraża, co jest od nas silniejsze, co może nas zniszczyć. Zagrażający przedmiot
może nie być znów tak groźny, ale pod wpływem uczucia lęku staje się groźny. Im
lęk silniejszy, tym większemu wyolbrzymieniu ulega zagrażające niebezpieczeń-
stwo. W końcu jednak musi zapaść zasadnicza decyzja: uciekać lub mimo lęku
próbować stawić czoło niebezpieczeństwu. W wypadku pierwszej decyzji lęk
stopniowo słabnie na skutek oddalania się od przedmiotu zagrożenia, a wskutek
drugiej decyzji lęk maleje dzięki działaniu mechanizmów obronnych. By zbliżyć
się do zagrażającego przedmiotu, by podjąć z nim walkę, trzeba go przedtem
odpowiednio pomniejszyć, trudno bowiem walczyć z przeciwnikiem znacznie od
siebie silniejszym.
Atak na przedmiot zagrażający, czyli przejście z postawy ucieczkowej do

121
agresywnej, wymaga założenia, że będzie się zwycięzcą. Gdy przyjmuje się
hipotezę odwrotną, tj. że poniesie się klęskę i że zwycięży nad nami zagrażający
przedmiot, wówczas przyjmuje się postawę ucieczkową. Jeśli w rachunku
prawdopodobieństwa stawia się na siebie, tym samym pomniejsza się rolę
otaczającego świata, zagrażający przedmiot maleje. Może dojść nawet do tego, że
niebezpieczeństwo w ogóle przestaje być dostrzegalne.
Rachunek prawdopodobieństwa jest, jak się zdaje, w znacznej mierze ustalony
genetycznie. Są zwierzęta, które zakładają z góry swą klęskę. Przeważa u nich
postawa ucieczkowa nad agresywną. I odwrotnie, są takie, które zakładają własne
zwycięstwo nad otoczeniem, postawa agresywna przeważa u nich nad ucieczkową; np.
trawożerne należą zwykle do pierwszej grupy, a drapieżniki - do drugiej.
Podobnie sprawa ma się u ludzi, jedni częściej atakują, a drudzy częściej
uciekają. Możliwe, że u człowieka zasadniczy rachunek prawdopodobieństwa, tj.
odpowiedź na pytanie: " zwyciężę lub zostanę zwyciężony", w większej mierze niż
w świecie zwierzęcym zależy od uwarunkowań środowiskowych; przede wszystkim
odgrywają tu rolę środowisko społeczne i utrwalone postawy z dzieciństwa.
Z rachunkiem prawdopodobieństwa wiąże się zagadnienie celu czy
zaprogramowania. Gdy cel jest wyraźny, rachunek ten nastawia się na zwycięstwo.
Cel jest bowiem tak ważny, że musi się zwyciężyć; tak się przynajmniej zakłada,
wynik walki może bowiem być odmienny. Każdy cel rozszerza czasoprzestrzeń
ustroju, aktualna sytuacja staje się mniej istotna wobec tego, co stawiamy sobie
jako punkt, do którego musimy dotrzeć. Jasno postawiony cel właściwie niweczy
sytuację ucieczkową, dążenie bowiem do celu jest silniejsze niż lęk wyzwolony
przez sytuację zagrożenia. W świecie zwierzęcym obserwuje się "bohaterskie"
nieraz zachowanie, gdy zwierzę ryzykuje swe życie dla ratowania potomstwa lub
obrony swego terytorium (gniazda). Najczęściej tym mobilizującym do odwagi celem
jest prawo zachowania życia gatunku. Sięga ono dalej niż kres indywidualnego
życia i wobec niego maleje groza śmierci (utrata życia indywidualnego).
Człowiek też ryzykuje własne życie dla obrony prawa zachowania życia gatunku.
Tyle że u człowieka przybiera ono bardziej różnorodne formy niż w świecie
zwierzęcym. Człowiek naraża więc życie dla obrony potomstwa, dla obrony grupy
społecznej, z którą jest związany, dla wartości ideologicznych i kulturowych.
Prawo zachowania życia gatunku ma charakter transcendentny w dosłownym tego
pojęcia znaczeniu, wykracza bowiem poza indywidualne życie. Możliwości
abstrakcyjne umysłu ludzkiego stwarzają u człowieka swoiste warunki tworzenia
odległych celów, nie związanych z aktualną, konkretną sytuacją. Tendencje
transcendentne są więc cechą człowieka i wynikają z jego możliwości
abstrakcyjnych, tj. zdolności oderwania się od konkretnej sytuacji.

Lęk dezintegracyjny
Lęk działa dezintegrująco na czynności psychiczne; pod jego wpływem traci
się należytą orientację w otaczającym świecie, system wartości ulega
rozchwianiu, formy zachowania stają się impulsywne i nieraz przypadkowe.
Wyznaczanie celu natomiast działa integrująco. Cel porządkuje hierarchię
wartości, ułatwia decyzję, usprawnia orientację i zachowanie w otaczającym
świecie choćby na tej zasadzie, że wszystko danemu celowi zostaje
podporządkowane. Między lękiem a dezintegracją istnieje zależność typu błędnego
koła, lęk zwiększa dezintegrację, a dezintegracja zwiększa lęk (lęk
dezintegracyjny). Jeśli więc dzięki wyznaczeniu celu zmniejsza się
dezintegrację, to tym samym zmniejsza się lęk.

Sfera wewnątrzustrojowa
Zagrożenie życia może pochodzić z wnętrza ustroju. W wypadku zagrożenia
pochodzącego z zewnątrz musi być ono widoczne, by wywołać reakcję lękową, czyli
percepcja poprzedza emocję, natomiast w wypadku zagrożenia pochodzącego
z wnętrza ustroju pozostaje ono niewidoczne, nie dysponujemy bowiem świadomą
percepcją własnego ciała mimo istnienia licznych interoceptorów, tak że lęk jest
pierwszym sygnałem zagrożenia. Starano się powyżej dać przykłady wpływu
percepcji na siłę i przebieg reakcji lękowej. Wzajemna korelacja percepcji
i lęku umożliwia zmniejszenie reakcji lękowej w tych wypadkach, gdy z tych czy
innych powodów przedmiot zagrażający ulega pomniejszeniu.

122
Te mechanizmy obronne nie istnieją w wypadku zagrożenia pochodzącego z wnętrza
ciała. Nic tu bowiem nie spostrzegamy, zagrażający przedmiot nie może zatem ani
zmniejszyć się, ani zwiększyć w naszych oczach, bo go po prostu nie widzimy.
Jedynym zwiastunem niebezpieczeństwa jest lęk, ale czym jest on wywołany, gdzie
tkwi niebezpieczeństwo, jak się ono przedstawia - tego nie wiemy. Lekarz, który
bada chorego, może niekiedy to źródło wykryć, ma nawet obowiązek, ale jest to
możliwe dzięki obiektywizacji ciała, to znaczy traktowaniu go jako rodzaju
skomplikowanego mechanizmu; ciało w przeżyciu subiektywnym pozostaje wielką
niewiadomą, taką niewiadomą jest nawet dla lekarza, gdy on sam owładnięty jest
lękiem wywołanym dezintegracją czynności cielesnych.
W przeciwieństwie do sygnałów pochodzących z otaczającego świata, sygnały
z wnętrza ustroju przeważnie nie docierają do naszej świadomości, a jeśli
docierają, to w formie śladowej i mglistej, nie dając obrazu tego, co się we
wnętrzu dzieje. Nasza świadomość jest zwrócona do świata zewnętrznego, a nie do
wewnątrz. To, co dzieje się wewnątrz, wpływa na nasz nastrój, na nasze uczucia,
nadaje kolory naszemu życiu, ale nie daje mu formy. Formę ma świat zewnętrzny.
Jak to przedstawiono w książce o melancholii, a o czym warto także tutaj
przypomnieć, metabolizm informacyjny ma dwie fazy. W pierwszej fazie zapada
zasadnicza decyzja co do wyboru postawy "do" lub "od" i co do poziomu dynamiki
życiowej; od tej fazy zależy koloryt emocjonalny i na nią bezsprzecznie wpływają
sygnały z wnętrza ustroju. W drugiej fazie natomiast wybiera się odpowiednie do
sytuacji formy aktywności, faza ta wiąże się z postawą "nad" i jej rozwój
uzależniony jest od ewolucji neocortex (nowej kory mózgu), podczas gdy rozwój
pierwszej fazy wiąże się raczej ze starszymi częściami mózgu - z węchomózgowiem,
z podwzgórzem, z jądrami podkorowymi itp.
Decyzje w zakresie pierwszej fazy dokonują się przeważnie poniżej progu
świadomości, na tym poziomie nie potrafimy kierować naszymi uczuciami
i nastrojami, natomiast decyzje drugiej fazy dokonują się przeważnie powyżej
progu świadomości. Świadomie wybieramy różnorodne formy zachowania, najbardziej
odpowiednie do sytuacji.
Metabolizm informacyjny ma dwa działy: jeden dotyczący naszych relacji
z otaczającym światem, a drugi dotyczący wydarzeń we wnętrzu ustroju. Pierwszy
dział rozgrywa się przeważnie w świetle świadomości, a drugi - w ciemnościach
nieświadomości. Skomplikowane niesłychanie czynności regulacyjne związane
z utrzymaniem integracji pracy rozmaitych narządów ustroju rozgrywają się poza
zasięgiem naszej świadomości. Ustrój sam radzi sobie z sobą i tylko w wypadkach
"awaryjnych", gdy samodzielnie nie może już sobie poradzić, odzywa się sygnał
alarmowy lękowy i (lub) bólowy. Jest to wezwanie na pomoc rzucone świadomości.
Pod wpływem takiego sygnału człowiek zwykle zaprzestaje dotychczasowej
działalności, mimo woli zastanawia się nad własnym ciałem, szuka pomocy
z zewnątrz (np. lekarskiej). Jest to jednak sygnał dość nieokreślony. Przeżycie
lękowe przebiega bowiem często w ten sam sposób mimo różnorodnej genezy lęku. Na
przykład w nerwicach nierzadkim objawem jest lęk przed śmiercią, choć
w rzeczywistości choremu nie zagraża śmierć, jego lęk może więc mieć inne
podłoże niż biologiczne. Na odwrót, pierwszymi zwiastunami choroby nowotworowej
są nieraz objawy nerwicowe; odczuwalny lęk może mieć charakter społeczny czy
moralny, a w rzeczywistości jest lękiem biologicznym. Nawet jednak w tych
wypadkach, gdy wiemy, że sygnał lękowy jest związany z dysfunkcją naszego
ustroju, zwykle nie wiemy, jakiego rodzaju jest ta dysfunkcja i dopiero badanie
lekarskie może odkryć jej genezę. Ta nieokreśloność jest dosyć typowa dla
procesów pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego, a do niej należy między
innymi sterowanie informacjami pochodzącymi z wnętrza naszego ciała.
Zagrożenia z wnętrza ciała mogą mieć różne przyczyny; ich analizy obejmują
zakres całej medycyny somatycznej. W celu utrzymania metabolizmu energetycznego
konieczne jest, by otoczenie dostarczało ustrojowi trzech zasadniczych
elementów: tlenu, wody i pożywienia. Brak jednego z tych elementów doprowadza
ustrój po krótszym lub dłuższym czasie do niechybnej śmierci. Rozkład
zapotrzebowania na nie na współrzędnej czasu przedstawia się mniej więcej w ten
sposób: brak tlenu najszybciej doprowadza do śmierci, czas liczy się tu
w sekundach, na drugim miejscu jest woda, czas liczy się w godzinach, na trzecim
pożywienie, czas liczy się w dniach. Jak łatwo się domyślić, sygnał zagrożenia,

123
tj. lęk, będzie tym silniejszy, im krótszy jest odcinek czasu, po którym musi
nastąpić śmierć.
Najsilniejszą reakcję lękową wywołuje brak tlenu, słabszą - brak wody czy
pożywienia. W wypadku braku tych ostatnich niepokój łączy się często z uczuciem
rozdrażnienia i z agresywnym nastawieniem. Brak tlenu może mieć różną genezę,
jak przeszkody w drogach oddechowych, niewydolność układu krążenia, uszkodzenie
transporterów tlenu, tj. krwinek lub enzymów utleniających itp. Lęk jest
silniejszy, gdy brak tlenu występuje gwałtownie, np. w dychawicy oskrzelowej,
w ciężkim zawale serca, w masywnym skrwawieniu się; w takich wypadkach zwykle
reakcja lękowa przedstawia się w postaci ataku lękowego, podobnego, jaki spotyka
się niejednokrotnie w nerwicach. Natomiast w niedokrwistości, w bardziej
dyskretnych krwawieniach, w zaburzeniach enzymów utleniających itp. lęk
występuje mniej gwałtownie, ma często charakter nerwicowego niepokoju. Lęk jest
osiowym objawem nerwic. Dlatego możliwe są pomyłki diagnostyczne.

Sfera społeczna
Śmierć społeczna
Człowiek jest istotą bardziej społeczną niż zwierzęta i rośliny. Wynika to
stąd, że okres jego rozwoju trwa znacznie dłużej niż zwierząt i wskutek tego
przez dłuższy czas jego życie jest zależne od opieki otoczenia, a także stąd, że
jego układ nerwowy jest znacznie bardziej rozwinięty niż najwyższych nawet
zwierząt; w związku z tym przeważa u niego metabolizm informacyjny nad
metabolizmem energetycznym, a metabolizm informacyjny ma charakter społeczny,
gdyż większość informacji pochodzi ze świata społecznego. Oderwanie człowieka od
jego środowiska społecznego w pierwszych latach życia jest więc równoznaczne ze
śmiercią. Bez kontaktów społecznych nie może rozwinąć się metabolizm
informacyjny, co z kolei prowadzi do niedorozwoju mózgu, gdyż jego rozwój zależy
od intensywności wspomnianego metabolizmu.
Lęk społeczny jest lękiem przed oderwaniem się od otoczenia społecznego,
lękiem przed izolacją, ponieważ w pierwszych latach życia równa się ona śmierci,
a stereotypy przeżyć z dzieciństwa zwykle utrwalają się na całe życie; toteż lęk
społeczny ma swe jądro w lęku przed śmiercią.

Społeczeństwo wobec jednostki


Rolę otoczenia społecznego można by sprowadzić do trzech zasadniczych
zadań: zapewnienia życia jednostce (odnosi się to szczególnie do pierwszych lat
życia, ale też później człowiek nie byłby w stanie żyć bez pomocy innych ludzi),
stworzenia zwierciadła społecznego, nasycenia metabolizmu informacyjnego
(głównym źródłem informacji są inni ludzie i ich twory kulturowe). Każda z tych
warstw zadaniowych otoczenia społecznego jest źródłem swoistego lęku.

Matka
Najstarsza jest warstwa pierwsza; decydującą rolę w jej uformowaniu
odgrywa postać matki. Ona w pierwszym okresie życia jest głównym i jedynym
źródłem doznań przyjemnych i przykrych, od związku z matką zależy w znacznym
stopniu ukształtowanie kolorytu emocjonalnego (pierwszej fazy metabolizmu
informacyjnego). Lęk, który powstaje w tym pierwszym związku z otoczeniem
społecznym, może być lękiem przed utratą matki, przed jej negatywną reakcją
(należy tu także wymienić lęk, który drogą empatii przenosi się z matki na małe
dziecko), przed jej niemożnością (lęk ten powstaje w tych wypadkach, gdy matka
nie może np. zapobiec bólowi dziecka, zaspokoić jego podstawowych potrzeb).
Przewaga lęku nad uczuciami pozytywnymi może doprowadzić do utrwalania się
stereotypu uczuciowego. Taki człowiek przez całe życie będzie miał zwiększone
pogotowie lękowe lub lękowo-agresywne.
Otoczenie społeczne spełnia wobec nas funkcję kontrolną, nasze aktywności
są stale przez nie oceniane, chwalone lub potępiane. Wyłączenie z grupy
społecznej w formie pogardy, potępienia, ośmieszenia - nie mówiąc już o formach
bardziej drastycznych, takich jak szpital psychiatryczny, więzienie, kara
śmierci - stanowi jedną z zasadniczych sytuacji zagrożenia i jest przeżywane
często silniej niż zagrożenie śmiercią. Ludzie z lęku przed oceną otoczenia
narażają się niepotrzebnie na śmierć, jak np. w czasie wojny, lub wolą odebrać

124
sobie życie niż być skazanymi na śmierć społeczną.
Niemniej otoczenie społeczne nagradza nas też szacunkiem, życzliwością,
zaszczytami, zaufaniem itp. W ten sposób stanowi ono bardzo ważny system kary
i nagrody, który wywiera silną presję na wybór odpowiednich do sytuacji form
zachowania, czyli na kształtowanie się drugiej fazy metabolizmu informacyjnego.
Czujemy stale na sobie spojrzenie otoczenia społecznego, w ten sposób stanowi
ono istotną składową układu samokontroli, gdyż wedle niego modyfikujemy nasze
zachowanie.

Ojciec
Pierwszym reprezentantem świata społecznego, jego norm i tabu jest ojciec.
Jego władza sędziowska, jak już o tym wspomniano, jest absolutna. Ten dziecinny
stereotyp widzenia otoczenia społecznego utrwala się i dlatego zwykle
wyolbrzymiamy jego znaczenie. Oczekujemy absolutnej sprawiedliwości, czujemy się
pokrzywdzeni, gdy wyrok otoczenia nie jest sprawiedliwy, zapominając o tym, że
zwierciadło społeczne składa się z takich samych jak my ludzi i że ich sądy nie
mogą być nigdy całkowicie obiektywne i sprawiedliwe.

Systemy wartości
Człowiek wchodzi w gotowe systemy wartościowania, w gotowy system
komunikacji werbalnej i pozawerbalnej, w gotowe systemy pojęć i koncepcji
dotyczących natury otaczającego świata i jego własnej itd. Bez dziedzictwa
kulturowego musiałby zaczynać od samego początku, a tak wysiłek tysięcy pokoleń
jest mu dany z góry. Te wartości materialne i duchowe, które otaczają człowieka,
stanowią tzw. noosferę, która jest mu do życia równie potrzebna jak biosfera.
Między innymi ułatwia ona podejmowanie decyzji - pewne decyzje są już z góry
wyznaczone przez panujące w danej grupie społecznej wzorce kulturowe.
Lęk związany z tą warstwą zadaniową otoczenia społecznego zazwyczaj rodzi się
wówczas, gdy noosfera ulega rozprzężeniu, gdy za dużo w niej różnego rodzaju
przeciwstawnych modeli, gdy istnieje w niej nadmiar informacji, gdy jest
chaotyczna i nie uporządkowana. Wówczas zamiast ułatwić podejmowanie decyzji,
utrudnia je; człowiek czuje się zagubiony, nie może wytworzyć stabilnego systemu
wartości, nie może przetrawić informacji, które go zalewają; kultura taka staje
się mu coraz bardziej obca, czuje się samotny (alienacja), traci wiarę
w wartości kulturowe, stara się walczyć tylko o zaspokojenie swych biologicznych
potrzeb, a to jest sprzeczne z jego naturą, której istotną częścią jest
metabolizm informacyjny. Ten chaos wewnętrzny jest źródłem lęku, który można by
określić jako lęk dezintegracyjny.

Zwierciadło społeczne
Zwierciadło społeczne ulega częściowej internalizacji; sędzia znajdujący
się na zewnątrz wchodzi do wnętrza człowieka, jest sędzią i oskarżycielem
działającym od środka, często surowszym od sędziego zewnętrznego; surowszym
dlatego, że proces internalizacji rozpoczyna się już w pierwszych latach życia,
a wtedy proporcje świata społecznego ulegają wyolbrzymieniu. To wyolbrzymienie
utrwala się na całe życie. Sokratesowski daimonion, sumienie, Freudowskie
superego są właśnie tym wewnętrznym sędzią, wewnętrznym układem samokontroli,
który kontroluje i modyfikuje nasze zachowanie. Układ ten ma swoją warstwę
świadomą (sumienie) i podświadomą superego.
W ciemnościach podświadomości wszystko ulega wyolbrzymieniu i działanie tej
warstwy układu samokontroli jest silniejsze i bardziej dynamiczne niż warstwy
powierzchniowej, świadomej. Działanie jej ujawnia się w treści obrazów sennych
i w tematyce psychotycznej, a w sposób bardziej skryty - w kształtowaniu się
decyzji i różnych form zachowania; często zachowanie powstałe pod wpływem
działania superego sprawia wrażenie działania wbrew zdrowemu rozsądkowi,
człowiek sam siebie karze swoim postępowaniem, sam dąży do swej zguby itp.
W praktyce psychiatrycznej przykładów takiego podświadomego karania siebie
spotykamy wiele. Ktoś np. rozbija stale swoje związki erotyczne, jakby idąc
przeciw swym uczuciom miłości; okazuje się, że jego życie seksualne jest
obarczone silnym poczuciem winy, z czego nawet nie zdaje sobie sprawy. Inny na
skutek alkoholizmu czy narkomanii doprowadza się do społecznej degradacji;

125
nierzadko pod tymi niszczycielskimi tendencjami w stosunku do siebie samego
kryje się poczucie winy, chęć ukarania własnej osoby. Człowiek taki nie ma
odwagi popełnić samobójstwa, niszczy się więc stopniowo i doprowadza do śmierci
społecznej. Ktoś inny znów od lat cierpi na uporczywe bóle o nie wyjaśnionej
etiologii lub na przewlekły zespół hipochondryczny. Cierpienia są karą za
popełnione przewinienie, którą sam sobie nałożył, oczywiście nie zdając sobie
z tego sprawy.

Układy samokontrolujące
Cechą układów samokontrolujących zarówno technicznych, jak biologicznych
jest sprzężenie zwrotne; pozwala ono na kontrolowanie własnej aktywności, gdyż
część informacji wysłanych z układu na zewnątrz trafia do niego z powrotem,
dostarczając wiadomości o tym, jak rozkaz (informacje wychodzące) został
wykonany; zależnie od tych informacji zwrotnych modyfikuje się plan aktywności
układu.
W ustroju zwierzęcym i ludzkim istnieje bardzo wiele różnorodnych mechanizmów
samokontrolujących; jednym z lepiej poznanych jest układ samokontrolujący
aparatu ruchowego. Z komórek rogów przednich rdzenia biegną rozkazy (informacje)
do mięśni, jednocześnie jednak biegnie strumień informacji w kierunku
przeciwnym, od mięśni do rdzenia, zawiadamiający o tym, jak rozkaz został
wykonany, i modelujący plan aktywności (strukturę czynnościową) komórek rogów
przednich bądź wyżej położonych ośrodków komórek ruchowych (np. móżdżku).
Uszkodzenie tych dróg zwrotnych prowadzi do poważnych zaburzeń ruchowych. Ta
samokontrola aparatu ruchowego rozgrywa się oczywiście poniżej progu
świadomości, ale właściwie można by ją traktować jako swoiste sumienie naszego
ruchu.
Do świadomości naszej docierają prawdopodobnie tylko te aktywności
samokontrolujące, które wymagają zaangażowania całego układu nerwowego. Na
przykład idąc ulicą stawiamy kroki bez udziału naszej świadomości, nawet omijamy
jakieś przeszkody nie zdając sobie z tego sprawy, stale korygujemy nasz chód pod
wpływem różnego rodzaju informacji zwrotnych płynących z mięśni, ścięgien,
stawów, aparatu równowagi, oczu; dopiero potknięcie aktywuje naszą świadomość,
zaczynamy kontrolować świadomie nasz sposób chodzenia. W czasie wspinaczki
wysokogórskiej każdy krok jest pod świadomą kontrolą. Również ucząc się chodzić
w dzieciństwie kontrolowaliśmy każdy nasz ruch; stopniowo czynność chodzenia
ulegała automatyzacji.
Nie ulega automatyzacji to, co jest najtrudniejsze, co wymaga stale tworzenia
nowych struktur czynnościowych. Automatyzacji ulega to, co się powtarza, co się
stosunkowo mało zmienia, dzięki czemu prawdopodobieństwo, że dana struktura
czynnościowa okaże się dobra i może być realizowana, jest prawie całkowite.
Tam gdzie prawdopodobieństwo realizacji jest mniejsze, struktury czynnościowe są
wciąż zmieniane i do automatyzacji nie dochodzi. Automatyzacji nie ulegają więc
czynności globalne, np. nasze całościowe zachowanie, a szczególnie nasze
zachowanie w relacjach z otoczeniem społecznym, stanowiące najbardziej
skomplikowaną formę aktywności, gdyż wpływa na nie wiele czynników, a poza tym
te czynniki wciąż się zmieniają. Każdy bowiem człowiek, z którym jesteśmy
w kontakcie, każda wartość kulturowa ma inny wpływ.
W stosunkach z otoczeniem społecznym decydujące znaczenie ma ocena w
kategoriach dobra i zła, a więc ocena moralna; ona stanowi najwyższy układ
samokontroli, najbardziej skomplikowany i dlatego stale angażujący naszą
świadomość. Niemniej i tu dochodzi do pewnej automatyzacji - mianowicie pierwsze
aktywności samokontrolujące, które dokonują się w dzieciństwie pod wpływem
pierwszych zetknięć ze środowiskiem społecznym na zasadzie imprinting, a także
ich powtarzanie się, zostają utrwalone i już poniżej progu świadomości wpływają
na zachowanie i przeżycia człowieka; jest to sumienie podświadome, czyli
Freudowskie superego.
W związku z tymi rozważaniami nasuwa się pytanie, w jakim stopniu sumienie jest
wynikiem internalizacji zwierciadła społecznego, a w jakim jest ono czynnikiem
wrodzonym, związanym z samą konstrukcją układu nerwowego, którego istotną cechą
jest samokontrola.

126
Lęk moralny
W związku z tym, co powyżej napisano, powstaje dalsze pytanie, czy moralna
ocena kształtuje się wyłącznie pod wpływem środowiska społecznego, czy jest
częściowo przynajmniej sprawą wrodzoną jako najwyższa forma aktywności samokon-
trolujących.
Lęk moralny byłby swoistą karą za naruszenie porządku moralnego; wewnętrzny
spokój, poczucie ładu wewnętrznego byłoby nagrodą za utrzymanie tegoż porządku.
W niektórych religiach grzech traktowany jest jako śmierć duszy; u ludów tzw.
pierwotnych może się zdarzyć, że grzech, czyli naruszenie obowiązujących w danym
społeczeństwie norm moralnych, doprowadza nawet do śmierci fizycznej, również
w Talmudzie opisywane są przypadki śmierci na skutek naruszenia przepisów
rytualnych (zjedzenia niekoszernego mięsa).
Przykłady te świadczą o sile układu samokontroli, regulującego najwyższe formy
naszego zachowania, a więc stojącego na straży naszej moralności. Porządek
moralny jest najwyższą formą integracji aktywności ludzkiej i dlatego jego
zakłócenie równa się naruszeniu integracji na najwyższym poziomie, a każda
dezintegracja ma w sobie znak śmierci. Śmierć bowiem nie jest niczym innym, jak
całkowitą dezintegracją ustroju.

Porządek - zmiana - dezintegracja


W naszych relacjach z otaczającym światem mimo ich ustawicznej zmienności
wytwarza się określona struktura. Nasz metabolizm informacyjny nie jest czymś
chaotycznym, lecz posiada określony porządek. Każda zmiana sytuacji narusza
porządek wytworzony między ustrojem a środowiskiem, stara struktura ulega
zniszczeniu, a w jej miejscu tworzy się nowa. Jest to analogiczny proces budowy
i niszczenia, jaki obserwuje się w metabolizmie energetycznym. Zmiany
w strukturze interakcji z otoczeniem mogą być drobne, stanowią one kanwę naszego
codziennego życia, ale mogą też być poważne, kiedy odnosimy wrażenie, że runął
nasz dotychczasowy świat. Tego typu totalne zmiany spotkać można w wypadku
wojen, kataklizmów, klęsk życiowych, utraty najbliższej osoby, niekiedy
w wypadku nawrócenia. W psychopatologii klasycznym przykładem takiej zmiany jest
schizofrenia.
Każda zmiana struktury dotychczasowej interakcji z otoczeniem jest połączona
z uczuciem lęku. Lęk ten może być bardzo subtelny i prawie niedostrzegalny, jak
np. w wypadku odruchu orientacyjnego, ale może też narastać aż do paniki, jak
w wypadku kataklizmu czy katastrofy, i przybierać formy zgoła koszmarne, jak
w schizofrenii. Nasilenie lęku w znacznej mierze zależy od prawdopodobieństwa
danej zmiany. Cechą życia jest zmienność i każdy ustrój musi się liczyć z tym,
że wciąż w nim samym i w jego relacjach z otoczeniem zachodzić będą różnorodne
zmiany. Każda zmiana narusza istniejący stan równowagi, pewnego rodzaju spokoju,
wprowadza nas w nową sytuację, w której nie wiadomo, co nas czeka. Przed nami
pojawia się znak zapytania.
Czas żywych istot rozgrywa się zawsze w trzech odcinkach: teraźniejszości,
przeszłości i przyszłości. Każda żywa istota rzutuje się w przyszłość, lepiej
czy gorzej ją antycypuje, stwarza swoisty dla siebie rachunek prawdopodobień-
stwa, dzięki któremu z grubsza orientuje się, co może nastąpić, nie wchodzi
w przyszłość nie przygotowana. Każda zmiana jest wejściem w przyszłość, jest
tworzeniem czasu biologicznego, czas ten bowiem mierzy się liczbą wydarzeń
(zmian) w obiektywnej, tj. astronomicznej jednostce czasu. To wejście
w przyszłość wymaga pewnej odwagi, pokonania lęku, który wywołuje każda zmiana.
Nasilenie lęku w znacznej mierze zależy od rachunku prawdopodobieństwa; gdy
zmiana jest wielce prawdopodobna, wówczas lęk jest słaby, gdy mało
prawdopodobna, wówczas lęk jest silny.
Gdy pracujemy w pokoju, w którym wciąż rozlega się dźwięk telefonu, nasza
reakcja na ten bodziec orientacyjny staje się bardzo słaba. Przy dokładniejszym
badaniu można by dostrzec pewne reakcje wegetatywne, jak przyspieszenie akcji
serca, wzrost ciśnienia krwi, wystąpienie odruchu skórno-galwanicznego. Czasem
odczuwamy nieznaczny niepokój lub rozdrażnienie. Gdy ten sam telefon zadzwoni
w momencie, gdy zasypiamy, wywoła on silną reakcję wegetatywną, połączoną
z odpowiednim komponentem lękowym. W pracy jesteśmy bowiem nastawieni na
telefony; nasz wewnętrzny rachunek prawdopodobieństwa przyjmuje, że mogą one

127
dzwonić co chwilę. Natomiast w momencie zasypiania jesteśmy nastawieni na
wyłączenie wszystkich bodźców percepcyjnych, na maksymalną izolację od
otoczenia, dźwięk telefonu jest tu zaskoczeniem, godzi w nasz wewnętrzny
rachunek prawdopodobieństwa.
Stawiając nogę na ziemi liczymy na to, że natrafimy na twardy grunt pod nogami;
gdy ziemia pod nogami się trzęsie, wywołuje to gwałtowną reakcję orientacyjną,
połączoną z silnym uczuciem lęku i równie silnym wyładowaniem wegetatywnym. Gdy
widząc znajomego na ulicy zamiast jego twarzy zobaczymy oblicze jakiegoś
potwora, wywoła to u nas reakcję zaskoczenia, połączoną z lękiem i wegetatywnym
wyładowaniem. Reakcja ta zamieni się w śmiech, gdy wszystko okaże się żartem,
znajomy bowiem nałożył maskę.
Efekt komiczny często osiąga się przez wywołanie sytuacji nieprawdopodobnej
i powrót do prawdopodobnej. Komizm jest w pewnej przynajmniej mierze zabawą
z rachunkiem prawdopodobieństwa.
Gdy w ostrej schizofrenii wszystko nagle gwałtownie się zmienia, zarówno świat
zewnętrzny jak i wewnętrzny chorego, jest to przyczyną paniki, która ogarnia
wszechwładnie chorego, prowadząc nieraz do zahamowania lub podniecenia ruchowego
stupor et furor catatonicus.
Skala lęku dezintegracyjnego jest więc bardzo rozległa: od minimalnego niepokoju
w zwykłym odruchu orientacyjnym do przejmującego grozą lęku schizofrenii. Lęk
dezintegracyjny jest tym rodzajem lęku, który musimy prawie bez przerwy w sobie
pokonywać. Życie jest bowiem ustawiczną zmiennością; każda zmiana wywołuje
niszczenie tego, co było, a niszczenie wyzwala zwykle uczucie lęku. Bez
niszczenia jednak nie mógłby istnieć proces budowy; stare musi być niszczone, by
rodziło się nowe; ta prawda życia szczególnie intensywnie manifestuje się
w wypadku metabolizmu informacyjnego, gdzie tempo niszczenia i budowy jest
znacznie szybsze niż w metabolizmie energetycznym, może dlatego, iż ten ostatni
posługuje się minimalnymi dawkami energii. Lęk dezintegracyjny, podobnie jak
inne rodzaje lęku, ma u źródła swej genezy śmierć. Jest to jednak śmierć
twórcza, po której musi narodzić się nowe życie, śmierć dla tego życia jest
konieczna.

Pogotowie dezintegracyjne
Istnieje pewnego rodzaju pogotowie do lęku dezintegracyjnego. Pogotowie to
waha się w ciągu doby zależnie od stanu aktywności układu nerwowego, czyli od
poziomu czuwania. Ten sam bodziec orientacyjny w czasie snu czy zasypiania
wywoła znacznie silniejszą reakcję lękową i wegetatywną niż w czasie czuwania.
Pogotowie do lęku dezintegracyjnego jest więc większe przy mniejszej aktywności
ośrodkowego układu nerwowego. Jest to zrozumiałe, gdyż aktywność metabolizmu
informacyjnego wymaga stałego pokonywania lęku dezintegracyjnego. Gdy więc
aktywność ta jest intensywna, tym samym maleje pogotowie lękowe.
Pogotowie do lęku dezintegracyjnego jest większe u małych dzieci niż
w późniejszych okresach życia, w tym bowiem okresie życia metabolizm
informacyjny dopiero zaczyna się rozwijać i jest dość nikły. Małe dziecko
reaguje często silnym lękiem na takie bodźce orientacyjne, jak nagła zmiana
pozycji ciała, widok obcej twarzy. Wszelkie uszkodzenia ośrodkowego układu
nerwowego zwiększają pogotowie do lęku dezintegracyjnego. Typowe dla zespołów
neurastenicznych przesadnie silne reagowanie na różnego rodzaju obojętne bodźce,
które normalnie wywołują minimalną lub żadną reakcję orientacyjną, można
tłumaczyć wzrostem pogotowia do lęku dezintegracyjnego. Wzrost ten jest wywołany
czynnościowym lub organicznym uszkodzeniem układu nerwowego. Reakcja
katastroficzna Goldsteina jest w zasadzie bardzo silną reakcją orientacyjną,
połączoną z maksymalnym uczuciem lęku.
Uszkodzenie układu nerwowego obniża poziom metabolizmu informacyjnego zarówno
ilościowo, jak i jakościowo. W związku z tym występuje mniejsza tolerancja na
zmianę (por. "starego dębu się nie przesadza", zła tolerancja ludzi starych na
wszelkie zmiany stereotypów życiowych) i mniejsza elastyczność rachunku
prawdopodobieństwa, życie staje się coraz bardziej zaskakujące, byle co może
wywołać panikę. U ludzi żyjących usystematyzowanym trybem życia pogotowie do
lęku dezintegracyjnego jest większe niż u tych, którzy prowadzą życie pełne
zmian i niespodzianek.

128
Zmiana wywołuje różnego stopnia napięcie lękowe, ale też brak zmiany, tkwienie
w jednym punkcie czasoprzestrzeni, w jednej sytuacji, choćby najprzyjemniejszej,
po pewnym czasie prowadzi do narastania coraz większego niepokoju. Natura bowiem
dąży do zmiany; brak zmiany jako zjawisko sprzeczne z dynamiką przyrody jest
czymś patologicznym, przeciwnym życiu i dlatego lęk jest sygnałem ostrzegawczym,
że trzeba z takiej sytuacji uciec.
Jednym z osiowych problemów chronicznej schizofrenii jest właśnie "bezstan",
czyli zatrzymanie się w jednym punkcie: już nic się nie dzieje, czas stanął.
Chorzy nierzadko mają nawet wrażenie, że się nie starzeją, a zapytani o swój
wiek, omyłkowo podają taki, jaki mieli w chwili wybuchu choroby, mimo że od
niego mogło upłynąć kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. W każdym razie
często czują, że są w tym wieku, jaki mieli w czasie wybuchu psychozy. Od tamtej
pory nic się bowiem nie zmieniło, a długość czasu zależy od liczby wydarzeń
w danym odcinku czasowym.
Lęk dezintegracyjny broni nas więc z jednej strony przed nadmierną zmiennością
życia, zwłaszcza taką, za którą nie jesteśmy w stanie nadążyć, a z drugiej
strony przed brakiem zmienności. Prawidłowość tę można też odnieść do zjawisk
społecznych. W czasach niespokojnych, gdy wciąż coś się zmienia i nie wiadomo,
co przyniesie jutro, ludzie odczuwają niepokój, trudno im się przyzwyczaić do
takich warunków. W okresach stagnacji, zbytniej stabilizacji, gdy nic nie da się
zmienić, gdy jutro jest takie samo jak dziś i wczoraj, ludzi ogarnia niepokój,
wzrasta fala samobójstw, różnego rodzaju dziwactw i ekscesów i nieraz taki okres
kończy się gwałtowną zmianą w postaci wojny czy rewolucji.
Kontakt z otoczeniem wymaga tworzenia wciąż nowych form aktywności (struktur
czynnościowych), gdyż nie ma właściwie sytuacji, która by się w identyczny
sposób powtarzała. Do tego faktu jest nawet przystosowany nasz rezerwuar
pamięciowy. Rzadko dysponujemy pamięcią fotograficzną wydarzeń; tego typu pamięć
zdarza się w snach, w rzadkich wypadkach aktywowania przeżycia pod wpływem
jakiegoś bodźca, np. węchowego, przy drażnieniu płatów skroniowych i na starość,
gdy zdolność adaptacji do otoczenia znacznie słabnie. Pamięć fotograficzna nie
spełniałaby swego zadania, gdyż żadna sytuacja nie powtarza się i taki zapis
byłby bardziej przeszkodą niż pomocą. Natomiast pamięć globalna, całkująca
fragmenty różnorodnych zapisów pamięciowych, jaką się normalnie posługujemy,
spełnia dobrze swoje zadanie, ponieważ jej nieokreśloność i wielopostaciowość
lepiej jest przystosowana do zmienności aktualnej sytuacji.
Jak wiadomo możliwości tworzenia różnorodnych struktur czynnościowych mózgu
ludzkiego są praktycznie rzecz biorąc nieograniczone. Wynika to z morfologicz-
nego i funkcjonalnego bogactwa nowej kory mózgu (neocortex), która jest
największym osiągnięciem ewolucji, jeśli chodzi o człowieka. Jak już wspomniano,
metabolizm informacyjny ma dwie fazy; w pierwszej zapada decyzja odnosząca się
do postawy "do" i "od" oraz poziomu dynamiki życiowej (faza nastrojowo-
emocjonalna). Potencjalnych struktur czynnościowych jest tu niewiele, występują
tylko różnice w ich nasileniu. Wybór alternatywny też jest niewielki: "do" -
"od", pobudzenie - zahamowanie. Faza ta jest prawdopodobnie sterowana przez
filogenetycznie starsze części mózgu (węchomózgowie, podwzgórze, jądra
podkorowe); u człowieka te części mózgu niewiele różnią się od spotykanych
u najniższych ssaków, np. gryzoni.
Natomiast w drugiej fazie możliwości wyboru są prawie nieograniczone. Różne
struktury czynnościowe tworzą się i giną w interakcji z nim. W tej fazie kontakt
z nim polega na walce między strukturami własnymi ustroju a strukturami
otoczenia, rozgrywa się więc w postawie "nad"; człowiek dąży do tego, by jego
struktura czynnościowa, jego plan aktywności zwyciężył, by narzucić go
otoczeniu, a otoczenie broni się przed tą dyktaturą człowieka, przeciwstawia mu
swoje struktury czynnościowe i dąży do tego, by człowiek się im podporządkował.
Jak pisze pięknie i mądrze Paweł Jasienica w trzeciej części Rzeczypospolitej
Obojga Narodów, tj. w Dziejach agonii, istnieje kardynalne prawo historii, które
stwierdza, że libido dominandi nie wygasa. Zmieniają się religie, ideologie,
ustroje, lecz żądza panowania trwa, jest wieczna i wiekuista.
Lęk przed nową sytuacją (lęk dezintegracyjny) nie jest tylko lękiem przed
zmianą, lecz także przed własną klęską, przed zwycięstwem otoczenia. Każdy
kontakt z otoczeniem jest swoistą walką: zwyciężę ja lub zwycięży otoczenie.

129
Człowiek musi zwyciężać, narzucać otoczeniu własne struktury czynnościowe, gdyż
to wynika pośrednio z faktu, że ewolucja wyposażyła go niewspółmiernie wielkimi
w porównaniu ze światem zwierzęcym możliwościami w tworzeniu tych struktur. Musi
więc je realizować, gdyż inaczej jego życie byłoby snem lub majakiem
schizofrenicznym. Tylko realizacja potencjalnych struktur czynnościowych daje
człowiekowi poczucie rzeczywistości własnej i otoczenia. Libido dominandi jest
może najsilniejszą żądzą człowieka, bo postawa "nad" jest postawą specyficznie
ludzką.

Libido dominandi
Pogotowie do lęku dezintegracyjnego jest większe, gdy człowiek napotyka
w środowisku znaczny opór w realizowaniu swoich planów i zamierzeń. W zetknięciu
z takim środowiskiem częściej ponosi klęskę, niż je zwycięża. Niekiedy napotyka
opór tak duży, że ma wrażenie, jakby poruszał się w smole. Im większy opór
otoczenia, tym większa u człowieka staje się żądza władzy - na zasadzie, że
żądze nie zaspokojone są najgroźniejsze. W okresach dezintegracji społecznej
i kulturalnej zwykle wzrastają opory środowiska, w takim otoczeniu jest coraz
trudniej realizować siebie. Równolegle z frustracją postawy "nad" wzrasta libido
dominandi. Walka o władzę staje się też bezwzględna i zacięta, człowiek
człowiekowi staje się wilkiem, mnożą się jak grzyby po deszczu fanatyczni
i bezwzględni wodzowie i dyktatorzy. Człowiek upadla się przed władzą, gdyż
tylko pod jej osłoną może realizować, choćby fragmentarycznie, swoje plany
i zamierzenia. Słusznie pisze jeden z wybitnych współczesnych psychosomatyków,
A. Mitscherlich: "Albo przyszła ludzkość nacechowana będzie głęboką samowiedzą
osiągniętą przez ewolucyjny postęp w rozwoju jaźni, albo nastąpi regresja,
człowiek zostanie okiełznany przez aparaty władzy, które będą zdolne poddać go
alienacji głębszej i zupełniejszej niż ta, która dawniej odbywała się w ramach
wyzysku klas pracujących."

Przestrzeń wolna
Realizacja potencjalnych struktur czynnościowych wymaga wolnej
przestrzeni, w której by można je urzeczywistnić. Im możliwości tworzenia
struktur czynnościowych są większe, tym większej potrzeba dla nich wolnej
przestrzeni. W porównaniu ze światem zwierzęcym w swoim zapotrzebowaniu na wolną
przestrzeń człowiek dokonał skoku ewolucyjnego współmiernego do jego rozwoju
neocortex (nowej kory mózgu), tj. do jego możliwości tworzenia struktur
czynnościowych. Potrzeba wolności jest znacznie silniejszym imperatywem
u człowieka niż u zwierząt. Nie znaczy to, by u zwierząt była ona mała. Pawłow
dzięki swej genialnej zdolności do obserwacji słusznie zaliczał odruch wolności
do odruchów bezwarunkowych. Zwierzę często łatwiej znosi głód, niebezpieczeń-
stwa, zimno niż pozbawienie wolności. Broni się też nieraz zaciekle przed
ujarzmieniem.
Starcie własnych struktur czynnościowych ze strukturami otoczenia wytwarza
sytuacje, w których człowiek raz jest na dole, a raz na górze. Raz jest
w postawie "nad", a raz w postawie "pod". Postawa "nad" zwiększa wolną
przestrzeń, postawa "pod" ją zacieśnia. Obie postawy są jednak konieczne do
rozwoju metabolizmu informacyjnego. Absolutna wolność człowieka skończyłaby się
chaosem. Zbyt wiele bowiem może on wytwarzać struktur czynnościowych, by
potrafił utrzymać sam w nich porządek.
Patologicznym przykładem takiego dążenia do wolności i jej skutków jest
schizofrenia. Człowiek w tej chorobie jest zbyt słabo związany ze swym
otoczeniem społecznym, by tolerować postawę "pod". Odczuwa stale jego ucisk,
w końcu zrywa z nim więzy, czuje pełną wolność w ostrej psychozie, ale jest to
raczej krótko trwające doznanie, po którym wpada w niewolę własnych struktur, te
natomiast, wyrzucone na zewnątrz, ale w przestrzeń nie rzeczywistą, lecz
psychotyczną, obezwładniają go i zmieniają w automat.
W świecie zwierzęcym nie ma obawy o dążenie do absolutnej wolności. Liczba
potencjalnych struktur czynnościowych u zwierząt jest bez porównania mniejsza
niż u człowieka, w związku z tym mniejsza potrzeba wolnej przestrzeni. Zwierzęta
nie mają tej zdolności abstrakcyjnej, tj. oderwania się od konkretu, co
człowiek. I jeśli dzięki właśnie temu oderwaniu przestrzeń człowieka jest

130
nieskończona, to przestrzeń zwierząt jest skończona, zamknięta w konkretach
życia.
Postawa "pod" umożliwia człowiekowi podporządkowanie się strukturom
czynnościowym otoczenia, przede wszystkim otoczenia społecznego, w ten sposób
zyskuje on gotowe formy przeżywania i zachowania (struktury czynnościowe),
korzysta z wysiłku wielu pokoleń, które go poprzedziły. Dzięki postawie "pod"
metabolizm informacyjny ma charakter społeczny; gdyby istniała tylko postawa
"nad", miałby on charakter czysto indywidualny. Postawa "pod" zacieśnia jednak
wolną przestrzeń człowieka, czuje się on omotany i skrępowany strukturami
czynnościowymi otoczenia.
Zbytnie skrępowanie prowadzi do atrofii procesu decyzji, który stanowi
charakterystyczną i jedną z zasadniczych cech ustrojów żywych. Swoboda decyzji
wymaga wolnej przestrzeni. Wybór polega na tym, że jedną potencjalną strukturę
przeznaczamy do realizacji, a drugą odrzucamy, tzn. zostawiamy w stanie
potencjalnym. Jeśli nie ma szans zrealizowania żadnej z potencjalnych struktur,
nasz wybór staje się nierealny i bezcelowy, wybrana struktura potencjalna i tak
zrealizowana być nie może. Nie ma więc po co wybierać. Z uczuciem buntu lub
rezygnacji przyjmujemy wybór otoczenia; już nie my decydujemy, ale nasze
otoczenie społeczne. Niestety, brak odpowiednich badań neurofizjologicznych nie
pozwala nam ocenić skutków niemożności decydowania, jeżeli chodzi o rozwój
i czynności ośrodkowego układu nerwowego.
Teoretycznie sprawę traktując można przyjąć, że pozbawienie człowieka możności
decydowania (czyli ograniczenie jego wolności woli) powinno ujemnie się odbić na
czynnościach układu nerwowego, istotą pracy układu nerwowego jest bowiem właśnie
formowanie się decyzji. Każdy neuron musi bez przerwy decydować, czy zareagować
"tak" czy "nie" na strumień informacji, którymi jest bombardowany. Proces
decyzji wymaga dużego wysiłku i prawdopodobnie duże zapotrzebowanie energetyczne
układu nerwowego (u człowieka około 1/5 - 1/4 zapotrzebowania energetycznego
całego ustroju) jest związane z procesem decydowania. U dzikich zwierząt
pozbawienie wolności może skończyć się śmiercią, jest to jedna z przeszkód
w dostarczaniu zwierząt do ogrodów zoologicznych. Zwierzęta chowane w niewoli,
pozbawione swobody decyzji, zapadają na nerwice. Pawłow zwrócił pierwszy uwagę
na ten typ nerwic zwierzęcych.
Ponieważ wiele przemawia za tym, że układ nerwowy rozwija się dzięki swojej
funkcji i jego niedostateczna aktywność prowadzi w ostatecznym wyniku do atrofii
mózgu, a że właśnie istotą tej funkcji jest proces decyzji, przeto należy
przypuszczać, że niewola, pozbawienie człowieka wolnej woli, tj. możności
samodzielnego decydowania, wywołuje zmiany morfologiczne w układzie nerwowym.
Człowiek zniewolony jest zawsze smutny, szary. Jednym z warunków radości życia
jest poczucie wolności i swobody, możności realizowania swych planów i marzeń,
choćby w minimalnej postaci.
Dynamika życia i jej subiektywny odpowiednik, nastrój, wyraźnie korelują z wolną
przestrzenią. Im przestrzeń szersza, tym nastrój jest pogodniejszy, a im
ciaśniejsza, tym nastrój gorszy. Wyrazem dynamiki życiowej jest intensywność
tworzenia struktur czynnościowych; ograniczenie wolności utrudnia lub nawet
uniemożliwia realizowanie tych struktur, co w końcu prowadzi do osłabienia ich
tworzenia - bo po co tworzyć coś, co i tak nie ma szans realizacji; w ten sposób
dynamika życiowa opada i pojawia się przygnębienie. Zwiększona dynamika życiowa
wpływa na rozszerzenie wolnej przestrzeni: człowiek radosny ma cały świat
u swoich stóp. Zależność jest więc obustronna. Zagadnienia te zostały
szczegółowiej omówione w książce poświęconej melancholii.
Lęk dezintegracyjny jest wywołany przez niszczenie starych struktur
czynnościowych. Zacieśnienie wolnej przestrzeni człowieka zmusza do niszczenia
własnych struktur czynnościowych, nie mają one bowiem żadnych możliwości
realizacji. Lęk integracyjny jest związany z zagadnieniem wolności człowieka.
Sygnał lękowy stoi na straży wolności. Stoi na dwóch jej krańcach. Ponieważ
wolność człowieka niema granic w związku z niezwykłymi możliwościami tworzenia
struktur czynnościowych, i to w dużej mierze oderwanych od konkretu życia,
dlatego lęk broni przed zbytnią wolnością, przed zbytnim rozszerzeniem wolnej
przestrzeni, gdyż to groziłoby chaosem i dezintegracją (przykład: schizofrenia).
Na drugim krańcu sygnał lękowy broni przed niewolą. Ograniczenie wolności

131
decyzji jest zawsze połączone z uczuciem lęku; człowiek, który jest automatem,
ma zwiększone pogotowie lękowo-agresywne. Ta sama sytuacja zagrożenia wydaje się
nam znacznie mniej groźna, gdy mamy choć minimalną możność działania, a urasta
do koszmaru, gdy jesteśmy obezwładnieni. Dlatego między innymi zakuwa się
ludziom ręce w kajdany. Pozbawienie wolności godzi w podstawowe prawo życia,
którym jest ekspansja w otaczający świat, możność dokonywania wyboru, gdyż
właśnie ta możność jest atrybutem szczytowego osiągnięcia ewolucji, tj. tkanki
nerwowej człowieka.

Swoboda decyzji
Różnorodność struktur czynnościowych u człowieka jest, praktycznie rzecz
traktując, nieograniczona, a tym samym możliwości różnorodnych decyzji też nie
mają określonych granic. U zwierząt w związku z większym ubóstwem struktur
czynnościowych zakres decyzji jest znacznie mniejszy, zwierzęta nie wykraczają
poza prawa życia, poza jego konkretność, może dlatego nie ma w nich tyle
okrucieństwa i przemocy co u człowieka, ale nie ma też tworów kulturalnych.
Tylko człowiek potrafi wznieść się ponad prawa przyrody, może oderwać się od
konkretności życia, może wybrać nawet własną śmierć. Zakres jego decyzji jest
niesłychanie bogaty i właściwie nieograniczony. Omawiając dwie fazy metabolizmu
informacyjnego podzielono decyzje na te, które rozgrywają się poniżej progu
świadomości i są związane z wyborem postawy "do" lub "od" i poziomu dynamiki
życiowej, i na te, które rozgrywają się przeważnie powyżej progu świadomości
i związane są z wyborem tych z wielu możliwych struktur, które najlepiej
przystają do otaczającej rzeczywistości. Pierwszy rodzaj wyborów określono jako
emocjonalno-nastrojowy, drugi jako racjonalno-wolicjonalny. Kierkegaard
rozróżniał trzy sfery życia ludzkiego, a tym samym wyborów: sferę estetyczną,
etyczną i religijną.

Sfera estetyczna
Sfera estetyczna opiera się na wyborze między przyjemnym a przykrym. To,
co jest piękne, pociąga, jest przyjemne. To, co brzydkie, odpycha, jest wstrętne
i przykre. Jest to wybór uczuciowy, przeważnie niezależny od przesłanek
racjonalnych i aktów wolicjonalnych. Nie można ani siebie, ani nikogo zmusić, by
coś się podobało, i nie można logicznie udowodnić, że coś jest piękne, trzeba to
po prostu odczuć. Dlatego sfera estetyczna odpowiadałaby pierwszej fazie
metabolizmu informacyjnego.
Cechą sfery estetycznej jest to, że przeżycia są tu krótkotrwałe, szybko
przychodzi znużenie, nuda. Podejście estetyczne do życia wymaga intymnego z nim
kontaktu, trzeba zespolić się emocjonalnie z otaczającym światem. Takie
zespolenie nie może jednak trwać długo, gdyż życie jest zmienne. To, co przed
chwilą przyciągało, za chwilę może odpychać.

Sfera etyczna
W sferze etycznej istotą jest prawo moralne, zakon w religii Starego
Testamentu. Tutaj najważniejsze jest, by postępować zgodnie z literą prawa.
Przyciąga to, co jest zgodne, a odpycha to, co sprzeczne (grzech). Człowiek się
już nie liczy, liczą się tylko zakazy i nakazy. Człowiek musi się im
podporządkować, traci swoją swobodę i wolność, a tym samym swoją indywidualność.
Zamienia się w normę etyczną. Sfera ta odpowiadałaby drugiej fazie metabolizmu
informacyjnego, w której nieraz trzeba przyjąć postawę "pod" i podporządkować
się normom istniejącym w otaczającym świecie.

Sfera religijna
W sferze religijnej dochodzi do scalenia obu poprzednich sfer i nadania im
znacznie większej perspektywy. Przyciąganie nie ma charakteru chwilowego jak
w sferze estetycznej, gdyż konkretność życia zastąpiona jest przez najwyższą
abstrakcję, będącą jednocześnie konkretnością, przez Boga. Prawo, Zakon, nie
jest czymś narzuconym z zewnątrz, lecz staje się prawem wewnętrznym, gdyż
wypływa z miłości do Boga. W wielu religiach nie wolno wymienić imienia Boga,
robić Jego wizerunków, człowiek nie może żyć po ujrzeniu oblicza Boga.
Zespolenie z Bogiem jest bowiem równoznaczne ze śmiercią własnego ja.

132
Proporcja cyklofreniczna
Można by spróbować przełożyć powyższe koncepcje na język
psychopatologiczny. Sfera estetyczna Odpowiadałaby proporcji cyklofrenicz-
nej człowieka (używa się tu terminu "proporcja" w celu podkreślenia, że pewne
elementy psychopatologiczne istnieją u każdego człowieka). W manii człowiek
łączy się z otaczającym światem, odczuwa jego piękno i radość. Depresja jest
spotęgowana nudą; świat odpycha, jest szary i beznadziejny. Rytm cyklofreniczny
odpowiada zmienności życia, jego przypływom i odpływom.

Proporcja anankastyczna
Sfera etyczna odpowiadałaby proporcji anankastycznej (w szerszym ujęciu
w ogóle nerwicowej). Tutaj nie tyle ważne jest przyciąganie i odpychanie, ile
nakaz i zakaz, norma. Człowiek musi się jej podporządkować i przeciw temu się
buntuje, świadomie akceptuje, a podświadomie niszczy to, co akceptuje. Walka
między id a superego. Wewnętrzne zakłamanie, tłumiona agresja, maska, którą się
sobie narzuca, która deformuje nieraz nasze oblicze. Człowiek traci tu swą
indywidualność i spontaniczność, a jest tylko tym, co dyktuje mu prawo (zakon).

Proporcja schizofreniczna
Sferę religijną można by określić jako proporcję schizofreniczną. Człowiek
dąży do absolutnej miłości, do całkowitego zespolenia się z otaczającym światem,
ale nie tym konkretnym i zmiennym, jak w proporcji cyklofrenicznej, lecz ze
światem absolutnym, niezmiennym, wszechogarniającym, czyli z Bogiem. W ostrej
schizofrenii chory przeżywa dość często takie stany zespolenia z absolutem, lecz
tak jak w wielu religiach, w których ujrzenie Boga twarzą w twarz kończyło się
śmiercią - wówczas umiera. Degradacja schizofreniczna może być taką śmiercią po
przeżyciu, które już przekracza granice ludzkiej odporności. Oczywiście,
istnieje wiele sposobów spojrzenia na schizofrenię: biochemiczny, socjologiczny
itp. Nie można odrzucać sposobu metafizycznego. Lęk w schizofrenii jest
niejednokrotnie metafizyczny, zwłaszcza w ostrych fazach choroby.

Decyzja i lęk
U zwierząt zakres decyzji jest stosunkowo nieduży, co wynika stąd, że nie
dysponują one zbyt wielką liczbą struktur czynnościowych, toteż wysiłek związany
z decyzją nie jest tak wielki, wiele decyzji wskutek powtarzania ulega
automatyzacji i prawdopodobnie rozgrywa się poniżej progu świadomości
(prawdopodobnie, gdyż nie wiemy, jak przedstawiają się procesy świadomości
u zwierząt). Dlatego ich decyzje są zwykle szybkie, spontaniczne i dopasowane do
sytuacji otoczenia (konkretność życia świata zwierzęcego).
Natomiast u człowieka liczba potencjalnych struktur czynnościowych w związku
z rozwojem nowej kory mózgu sięga prawie nieskończoności, a tym samym liczba
decyzji jest też prawie nieograniczona. Wybór właściwej struktury czynnościowej
jest u człowieka sprawą niesłychanie trudną, wymagającą nieraz olbrzymiego
wysiłku. Przed podjęciem decyzji człowiek odczuwa lęk, czy dobrze wybrał, czy
potrafi zrealizować to, co wybrał itp. Decyzje u człowieka trudniej ulegają
automatyzacji, struktur czynnościowych jest zbyt wiele, by mogły być
automatycznie wybierane. Człowiek dzięki wyobraźni (potencjalne struktury
czynnościowe) stwarza sobie fikcyjny obraz konsekwencji swoich decyzji, często
wyolbrzymiony, co jeszcze bardziej utrudnia ich podjęcie. Podkreślany przez
niektórych egzystencjalistów (Sartre, Heidegger) lęk przed nicością jest
w pewnej przynajmniej mierze lękiem przed podjęciem decyzji. Z jednej strony
nieskończoność możliwych wyborów jest równoznaczna z nicością, z drugiej strony
wycofanie się z wysiłku decyzji jest też skazaniem się na nicość.
Trzy sfery, które uprzednio przedstawiono, dają w przybliżeniu obraz, jak
rozległy może być zakres ludzkich decyzji. Lęk decyzji jest bezpośrednio
związany z lękiem dezintegracyjnym, każda bowiem zmiana pociąga za sobą
konieczność podjęcia nowej decyzji.
Dokonana decyzja pozostawia po sobie osad winy. Wybierając jedną potencjalną
strukturę czynnościową do realizacji, trzeba inne odrzucić. Nigdy nie wiadomo,
czy wybór był słuszny. Jeśli dokonuje się wyboru w sferze estetycznej, to
zaniedbuje się tym samym sferę etyczną i religijną; jeśli natomiast wybór zamyka

133
się w sferze etycznej, to sfery estetyczna i religijna zostają pominięte, co
zubaża życie ludzkie.
Zdaniem Kierkegaarda najszersza jest sfera religijna, gdyż obejmuje ona dwie
poprzednie, nadając im specjalnego znaczenia przez miłość absolutu,
a jednocześnie dając większą człowiekowi wolność przez to, że jego lęk przed
śmiercią zostaje pomniejszony, śmierć bowiem jest dla niego momentem złączenia
się z przedmiotem miłości.

Eksploracja świata
Pawłow często nazywał odkryty przez siebie odruch orientacyjno-badawczy
odruchem "czto takoje" - "co to takiego?". Nowa sytuacja, która niszczy starą
strukturę interakcji z otoczeniem, stawia przed człowiekiem - a tak samo przed
zwierzęciem - znak zapytania: "Co to jest, co będzie?" Pytanie to budzi swoisty
niepokój, który też jest komponentem lęku dezintegracyjnego. Stara struktura
została zniszczona, w jej miejsce tworzy się nowa, ale jaka? Jeśli normalnie lęk
związany jest z postawą ucieczkową, to ten niepokój pcha człowieka czy też
zwierzę naprzód, w otaczający świat, gdyż inaczej nie można odpowiedzieć na
pytanie: "Co to jest?"
Część badawcza odruchu orientacyjno-badawczego polega właśnie na eksploracji
źródła bodźca orientacyjnego. W pierwszej fazie (orientacyjnej) występuje
cofnięcie się, przerwanie dotychczasowej aktywności, mobilizacja wegetatywna
z uczuciem lęku, a w drugiej fazie (badawczej) postawa ucieczkowa zostaje
przełamana, ustrój wyrusza naprzód na zbadanie niewiadomego; jest to przejście
z postawy ucieczkowej do ekspansywnej, z lęku do agresji. Obserwując zwierzęta
domowe (to samo odnosi się do zwierząt żyjących na swobodzie, tylko ich
obserwacja jest trudniejsza) widzimy, jak nowy przedmiot, nowa sytuacja, nowe
miejsce budzi ich niepokój, który znika, gdy stopniowo zapoznają się z "nowym"
("obwąchają je"). Czasem ma się wrażenie, że zwierzęta, zwłaszcza młode, są
naukowcami, którzy nie spoczną, póki nie zbadają tego, co ich interesuje.
Omawiając lęk urojeniowy wspomniano, że człowiek nie znosi białych plam na
swojej mapie otaczającego świata. Wszystko chce zbadać i wyjaśnić; gdy to jest
niemożliwe, nieznane zostaje zapełnione strukturami czynnościowymi człowieka,
a więc tworami jego uczuć, marzeń, planów itp. Najtrudniej poznać drugiego
człowieka, czasem przysłowiowa beczka soli nie wystarczy i dlatego w stosunkach
z innymi ludźmi najczęściej dochodzi do projekcji własnych struktur czynnościo-
wych w otaczającą rzeczywistość (projekcja urojeniowa).
Jeśli nie jesteśmy w stanie sytuacji rozpoznać, np. gdy zmiana jest zbyt
gwałtowna i totalna, gdy wydolność naszego układu nerwowego jest osłabiona
(reakcja katastroficzna Goldsteina), gdy nastawieni jesteśmy do otaczającego
świata "na nie", gdy nie interesuje on nas, nudzi, to niepokój nasz wzrasta,
mnożą się wokół nas znaki zapytania.
Uczucie nudy powstaje wówczas, gdy człowiek na skutek swego negatywnego
nastawienia emocjonalnego do otoczenia nie potrafi przejść z fazy orientacyjnej
do badawczej odruchu orientacyjno-badawczego. Człowiek taki odczuwa lęk przed
życiem, gdyż wymaga ono ekspansji, eksploracji otaczającego świata.
W dzieciństwie i młodości - zarówno u zwierząt, jak i u ludzi - dynamika życiowa
jest znacznie żywsza i w związku z tym ekspansja w otaczający świat bardziej
dynamiczna. Młodego wszystko ciekawi, interesuje, chciałby poznać jak najwięcej,
z łatwością pokonuje lęk, jaki budzi każda nowa sytuacja, świat go pociąga. Nuda
jest obniżeniem dynamiki życiowej, brak chęci i siły do eksploracji otaczającego
świata, człowiek zasłania się twierdzeniem, że "to już wszystko było", że "nic
nowego pod słońcem", otaczający świat zamiast przyciągać, odpycha, czuje się lęk
przed życiem, pragnie się śmierci, życie budzi wstręt, a jednocześnie człowiek
boi się śmierci. W nerwicy, której charakterystyczną cechą jest nuda, chory
znajduje się w potrzasku między lękiem przed życiem a lękiem przed śmiercią.

Granica eksploracji - śmierć


Istnieje jednak pytanie, na które nie ma odpowiedzi, a mianowicie: "Co to
jest śmierć?" W tym punkcie kończy się nasza eksploracja otaczającego świata, na
pytanie to nigdy nie potrafimy odpowiedzieć, gdyż ze śmiercią kończy się też
nasz świat. Tak więc w lęku przed nieznanym - który jest komponentem lęku

134
dezintegracyjnego, zniszczenie bowiem starego obrazu świata (struktury
czynnościowej metabolizmu informacyjnego) stawia nas przed pytaniem, co będzie
dalej, czy jest to nowe i nieznane - kryje się lęk przed śmiercią, ona bowiem
jest niewiadomą, której nigdy za życia nie jesteśmy w stanie poznać.
Tak popularny w naszej cywilizacji lęk atomowy koncentruje w sobie różne gatunki
ludzkiego lęku, między innymi lęk przed nieznanym. Człowiekowi współczesnemu
bardzo trudno jest eksplorować otaczającą go rzeczywistość, zbyt wiele jest
wokół niego znaków zapytania, zbyt jest ona chaotyczna i zmienna, nie przyciąga
go, ale odpycha, nie pozwala na rozwinięcie tendencji twórczych. Człowiek staje
się tylko konsumentem, i to skłonnym do wymiotów, gdyż nie jest w stanie strawić
nadmiaru pożywienia, tj. informacji. Nic więc dziwnego, że nieraz chciałby
zniszczyć ten zły, niezrozumiały i w końcu nudny świat; zagłada atomowa nie jest
tylko tym, czego się najbardziej boi, ale też tym, czego w głębi duszy pragnie.
Snując jednak wyobrażenia o tym ostatecznym kataklizmie nie pozbawia się
iskierki nadziei; na pustym globie ziemskim ostała się przed atomowym
zniszczeniem para małp i ona rozpocznie życie na nowo. Nurt śmierci
i zmartwychwstania jest silnie wryty w rytmy przyrody, a także w ludzką
psychikę.
Kierkegaardowska religijna sfera życia daje człowiekowi odpowiedź na pytanie,
czym jest śmierć; jest ona momentem rozpoczęcia nowego życia, zmartwychwstaniem
w pełniejszym bycie. W sferze tej więc spełnia się rytm śmierci i zmartwych-
wstania, charakterystyczny dla wszelkiego życia.

Kształty lęku
Parafrazując znane powiedzenie Norwida o kształtach miłości, można by
rzec, że lęk też różnorodne ma kształty. W każdym języku istnieje dość dużo
określeń na różne postacie lęku: lęk, strach, groza, przerażenie, bojaźń,
niepokój, wstręt, obrzydzenie itp. Każde z tych pojęć oznacza inną sytuację,
która jest rezultatem zarówno działania specyficznego bodźca, jak i reakcji na
tenże bodziec. Pojęcia te dają ogólny obraz nie tylko przeżywającego lęk
podmiotu, lecz, wywołującego to uczucie przedmiotu.
Chociaż na ogół od razu odczuwamy właściwość lub też niewłaściwość użytego
terminu, to jednak bardzo trudne, a nawet niemożliwe jest zdefiniowanie każdego
z tych terminów. Mowa nasza jako najwyższa forma ruchu jest aktywnością
skierowaną przede wszystkim w stronę otaczającego świata. W porównaniu
z bogactwem pojęć dotyczących przedmiotów otoczenia uderza ubóstwo słów
odnoszących się do naszego życia wewnętrznego. Tym samym słowem wyrażamy stany
uczuciowe o różnorodnym nieraz nasileniu i odmiennym charakterze.
W przeciwieństwie do zjawisk świata zewnętrznego zjawiska dotyczące świata
wewnętrznego wymykają się manipulacji ruchowej człowieka, nie można ich nie
tylko dotknąć ręką, lecz także dokładnie opisać, zdefiniować, zanalizować. Nasz
aparat pojęciowy jest w stosunku do nich bezradny. Można je odczuć, przeżyć, ale
nie można nimi pojęciowo manipulować, tak jak to czynimy w stosunku do
przedmiotów zewnętrznych. Wszelkie wysiłki tego rodzaju, jakie spotyka się
zwłaszcza w psychologii, są z góry skazane na niepowodzenie.
Dlatego przyjęto tu posługiwanie się jednym terminem: lęk, który ma obejmować
przeżycia uczuciowe zarówno o różnym nasileniu, jak i o różnej postaci, zależnie
od sytuacji wywołującej to uczucie. Inaczej lęk wygląda, gdy człowiek chce uciec
przed sytuacją zagrażającą bezpośrednio jego życiu, np. przed bombardowaniem,
pożarem, trzęsieniem ziemi itp., inaczej, gdy jego tendencje ucieczkowe wynikają
z odrazy do przedmiotu zagrożenia, np. na widok trupa, pająka, ośmiornicy,
rozkładającego się ciała itp., jeszcze inaczej, gdy przedmiot zagrożenia budzi
jednoczesny podziw i szacunek, np. wyobrażenie bóstwa, widok kataklizmu przyrody
itp.
Każde pojęcie odnoszące się do różnorodnych postaci lęku ma odmienny odpowiednik
w przeżyciach człowieka i w wywołującej je sytuacji. Nasz język wyraźnie
podkreśla tę łączność przeżycia z sytuacją zewnętrzną. Jest to sprawa dość
istotna; lęk, jak wiadomo, może być wywołany też przez różnorodne zagrożenia
pochodzące z wnętrza ustroju, ale w ostateczności wyraża on stosunek do
otaczającego świata. Zasadniczą postawą w stosunku do otaczającego świata jest
postawa ucieczkowa ("od"). I tę postawę oddają wszystkie pojęcia określające

135
różne rodzaje lęku. Pojęcia te wyrażają, że dana sytuacja jest przykra, że
chciałoby się od niej uciec, przed nią schronić, wolałoby się jej uniknąć.
Istnieje tu wiele niuansów odczuć, trudnych do zidentyfikowania, a jednak dobrze
wyczuwalnych, gdyż nietrafne użycie jakiegoś pojęcia na określenie swoistego
rodzaju lęku od razu zostaje odczute jako niewłaściwe (np. gdy ktoś zamiast
terminu "wstręt" użyje pojęcia "strach" lub "bojaźń" itp.).

Skala
Skala przeżyć lękowych jest bardzo rozległa. Najlepiej uwidacznia się to
przy omówionym powyżej lęku dezintegracyjnym, który może wahać się od
minimalnego niepokoju, występującego przy każdej zmianie interakcji z otoczeniem
(odruch orientacyjny), do maksymalnego natężenia lęku, jak np. przy nagłej,
nieoczekiwanej i całkowitej zmianie sytuacji zewnętrznej (np. w wyniku jakiegoś
kataklizmu) lub przy gwałtownej zmianie obejmującej zarówno świat zewnętrzny,
jak i wewnętrzny człowieka (np. w schizofrenii). Również jakościowo uczucie lęku
może różnie się przedstawiać. Może istnieć tylko gwałtowna potrzeba ucieczki,
jak najszybciej oderwać się od sytuacji zagrożenia; tendencja ucieczkowa może
mieszać się z ciekawością, z podziwem, a nawet zachwytem; w tych wypadkach
postawa ucieczkowa nie jest "czysta", ma domieszkę postawy przeciwnej "do",
uczucie jest bardziej ambiwalentne.
Lęk stanowi domieszkę wszystkich naszych aktywności, każda bowiem aktywność
wymaga wyjścia w otaczający świat, a ten zawsze kryje w sobie znane i nieznane
niebezpieczeństwa. Każda też aktywność jest sprawdzeniem siebie, a to może
wypaść dodatnio albo też ujemnie, tym samym każda aktywność pociąga za sobą
niebezpieczeństwo poczucia winy. Nawet gdy zbliżamy się do przedmiotu naszej
miłości, odczuwamy niepokój, czy uda się realizacja tego, o czym tak długo
marzyliśmy. Lęk jest w jakimś stopniu "solą" naszych przeżyć, bez niego życie
nie miałoby smaku, pokonując bowiem lęk - co jest konieczne, by rozszerzać swą
przestrzeń życiową - doznajemy uczucia zadowolenia, że my jesteśmy zwycięzcami,
a nie otaczający nas świat.

Ekspresja
Lęk jest tym przeżyciem, które najłatwiej jest obserwować w całym świecie
zwierzęcym, nawet na najniższych poziomach jego rozwoju. Może wynika to
z dynamiki tego uczucia, a może jest to uczucie najbardziej prymitywne, które
pierwsze pojawia się w subiektywnym świecie przyrody ożywionej. Charakterys-
tyczne jest to, że zasadnicza ekspresja lękowa jest wspólna dla wszystkich
przedstawicieli świata ożywionego. Leżąc na łące zabawiamy się nieraz
drażnieniem robaka lub jakiegoś owada za pomocą źdźbła trawy. Obserwować można
wówczas dwie reakcje; pod wpływem zagrożenia, jakie dla tej żywej istoty stanowi
nasza zabawa, wykonuje ona gwałtowne, chaotyczne i przeważnie bezcelowe ruchy
lub zastyga w bezruchu.
Ten zasadniczy typ reakcji ruchowej - bezruch lub podniecenie ruchowe -
obserwuje się też u człowieka w wypadku dużego nasilenia lęku. Mówi się, że
człowiek "osłupiał" lub "oszalał" ze strachu. W schizofrenii katatonicznej,
w której lęk dochodzi prawdopodobnie do najwyższego nasilenia, chory jest
zahamowany (stupor) lub podniecony (furor katatonicus). Pod wpływem lęku ulegają
porażeniu czynności ruchowe; zwykle najpierw ulega porażeniu najwyższa postać
ruchu, tj. mowa (człowiek "oniemiał" ze strachu). Zdarza się jednak, że pod
wpływem lęku traci on władzę w rękach lub nogach. Nadmierną i bezcelową
aktywność ruchową obserwuje się już przy słabszym nasileniu lęku; typowym
przykładem jest chodzenie tam i z powrotem przed drzwiami, które za chwilę mają
się przed nami otworzyć, bębnienie palcami po stole, tzw. kołysanie diabła,
zaciskanie rąk itp.
Charakterystyczne dla uczucia lęku jest napięcie mięśni prążkowanych,
szczególnie wyraża się to w mimice twarzy i w postawie całego ciała. Rysy twarzy
są napięte, szpary powiek poszerzone, źrenice szerokie, nieraz prawie nie widać
tęczówki, czoło poprzecznie pofałdowane (mimika zaskoczenia i zdziwienia), usta
uchylone, gdy przy agresji są ściągnięte itp. Oczywiście opis szczegółowy mimiki
(twarzy) niewiele wnosi do poznania tegoż uczucia, poznajemy je u drugiego
człowieka, a także u zwierząt w sposób całościowy, tzn. od razu orientujemy się,

136
że dany człowiek lub zwierzę jest wystraszone, nim jesteśmy w stanie zauważyć
różne szczegóły ekspresji związane z tym uczuciem. Postawa ciała (pantomimika)
jest zwykle przygotowaniem do ucieczki - lekko pochylona, silnie napięte
wszystkie mięśnie, zwłaszcza zginacze. Chorzy na nerwicę, żyjący w stałym
napięciu lękowym, odczuwają często bóle mięśniowe, zwłaszcza mięśni grzbietu
(antygrawitacyjnych), wiążące się z wzmożonym wskutek lęku napięciem mięśni
prążkowanych. Większość anksjolityków, tj. środków zmniejszających napięcie
lękowe, zmniejsza też napięcie mięśniowe.

Reakcja wegetatywno-endokrynna i metabolizm informacyjny


Lęk wywołuje silną mobilizację wegetatywno-endokrynna ustroju, aktywowany
jest przede wszystkim układ., adreno-sympatyczny, a więc układ sterujący
metabolizm energetyczny w kierunku procesów katabolicznych. Ucieczka wymaga
dużego wydatku energii, przewaga tych procesów jest więc zrozumiała. W agresji
wyładowanie wegetatywno-endokrynne jest też gwałtowne, częściej jednak niż
w wypadku lęku można się w nim spotkać z komponentem parasympatycznym, choć
zawsze dominuje sympatyczny.
W agresji ustrój przygotowuje się do pożarcia swojej ofiary, układ autonomiczny
musi już przestrajać się w kierunku procesów anabolicznych, stąd prawdopodobnie
bierze się komponent parasympatyczny obok przeważającego sympatycznego.
Mobilizacja endokrynno-wegetatywna jest przygotowaniem do walki i ucieczki, obie
sytuacje wymagają maksymalnego wysiłku ze strony ustroju. W przeciwieństwie do
ruchów dowolnych (sterowanych przez układ somatyczny układu nerwowego), które
są, jak wspomniano, często chaotyczne i bezcelowe (czasem czynności ruchowe pod
wpływem lęku zostają zahamowane) - reakcje wegetatywne mają charakter wyraźnie
celowy i stanowią precyzyjne przygotowanie ustroju do czekającego go wysiłku
i starcia z niebezpieczeństwem.
Wydawać by się mogło, że starsza filogenetycznie część ośrodkowego układu
nerwowego (układ autonomiczny) jest lepiej przystosowana do walki i ucieczki niż
jego część filogenetycznie młodsza (układ nerwowy somatyczny lub wolicjonalny),
która w sytuacji zagrożenia jakby "traci głowę". Długotrwały proces ewolucji
przygotował ustrój do zetknięcia się z sytuacjami zagrożenia. Nowsza część mózgu
nie nadążyła w tych przygotowaniach, jest ona zresztą przystosowana do
"spokojniejszych" warunków pracy. Jeśli bowiem zadaniem pierwszej fazy
metabolizmu informacyjnego, sterowanej przez filogenetycznie starsze części
mózgu, jest sterowanie zasadniczymi postawami emocjonalnymi ("do" i " od")
i poziomem dynamiki życiowej, a więc pierwszą reakcją na zetknięcie się
z otaczającym światem, to faza druga steruje znacznie bardziej skomplikowanymi
formami zachowania w otaczającym świecie (postawa "nad"), które dokonują się
w większym dystansie w stosunku do otoczenia i w "atmosferze" mniej burzliwej;
faza ta przeżywana jest subiektywnie jako psychiczne akty racjonalno-
wolicjonalne.
W pierwszej fazie metabolizmu informacyjnego mieszczą się, jak wiadomo, reakcje
endokrynno-wegetatywne, związane z zasadniczymi postawami emocjonalnymi
i dynamiką życiową. Faza ta ma znacznie dłuższą historię rozwoju niż faza druga
(racjonalno-wolicjonalna i świadoma) i tym można tłumaczyć, że reakcje
wegetatywne są lepiej zaplanowane i przystosowane do sytuacji zagrożenia niż
filogenetycznie młodsze i znacznie bardziej skomplikowane reakcje ruchowe,
wymagające świadomego kierowania. Od powstania życia na ziemi ustroje żywe były
narażone na różnego rodzaju niebezpieczeństwa ze strony otoczenia, musiały więc
gwałtownie i celowo reagować na wszelkie sygnały zagrożenia, inaczej życie na
ziemi szybko zostałoby zniszczone. Wskutek stałego powtarzania się reakcje te
uległy automatyzacji. Automatycznie ustrój nastawiał się do stawienia czoła
niebezpieczeństwu.
Sama reakcja ruchowa wobec niebezpieczeństwa była dość prosta - atakować lub
uciekać. Prawdopodobnie sygnał zagrożenia wyzwalał maksymalny atak lub
maksymalną ucieczkę, trzeba tylko było zadecydować, którą możliwość wybrać -
ruch do przodu (atak) czy ruch do tyłu (ucieczkę). Innego wyboru nie było.
Mnogość decyzji, charakterystyczna dla drugiej fazy metabolizmu informacyjnego,
rozwinęła się w trakcie ewolucji znacznie później, gdy zagrożenie nie zmuszało
do natychmiastowych reakcji, gdy tym samym można było przyjąć pewien dystans

137
w stosunku do otoczenia, opracować dokładniej i stopniowo realizować plan
aktywności ruchowej, gdy postawa "nad" zaczęła się pojawiać obok postawy "do" -
"od".
Mechanizmy przystosowawcze związane z atakiem czy obroną tworzyły się jeszcze
w tych czasach, gdy człowieka nie było na Ziemi; były wynikiem milionów lat
ewolucji. Człowiek uzyskał je w spadku po swoich zwierzęcych przodkach. I jeśli
dziś nieraz denerwuje się, że w sytuacjach zgoła niestosownych pocą mu się ręce,
odczuwa silne bicie serca, czerwieni się lub blednie, odczuwa parcie na pęcherz
lub potrzebę oddania stolca, to powinien pamiętać, że w bardzo dawnych czasach
te reakcje były niezwykle celowym i precyzyjnym przygotowaniem do starcia
z otoczeniem. Dziś to starcie ma całkowicie odmienną postać, niż miało przed
milionami lat. Wprawdzie i dzisiejszy człowiek w wielu sytuacjach chętnie
wziąłby nogi za pas lub rzucił się swemu adwersarzowi do gardła i myśli zgoła
krwiożercze nieraz chodzą mu po głowie w trakcie jego starć z otoczeniem
społecznym, to jednak na zewnątrz stara się manifestować postawę opanowaną,
kierować w swym zachowaniu rozsądkiem i silną wolą.
Prymitywne reakcje ataku czy ucieczki są na ogół całkiem nieprzydatne. Jeśli
u studenta przed trudnym egzaminem praca serca wzrasta i staje się taka jak przy
ciężkiej wysokogórskiej wspinaczce, to ta mobilizacja układu krążenia byłaby
uzasadniona i celowa, gdyby egzamin polegał na zawziętej walce wręcz, a nie na
odpowiadaniu na pytania. Jeśli postawa lękowa czy agresywna połączona jest
z podwyższeniem krzepliwości krwi, to takie przygotowanie układu hemostatycznego
było najbardziej celowe w tych czasach, gdy w trakcie ucieczki lub walki mogło
dojść do silnego skrwawienia, ale w obecnych warunkach ścierania się
z otoczeniem, kiedy do rozlewu krwi przeważnie nie dochodzi, ułatwić tylko ono
może powstanie zawału serca. Do walki lub ucieczki lepiej stanąć z pustymi
jelitami i z pustym pęcherzem, ale obecnie parcie na pęcherz czy na odbytnicę
w chwilach silnych wzruszeń jest raczej zjawiskiem nieprzyjemnym i bardzo
krępującym. Pocenie się rąk ułatwia uchwyt przeciwnika w walce, ale gdy walka
polega na wymianie wyważonych i raczej uprzejmych słów, spocone ręce nic nie
pomagają.
Przykładów tego rodzaju mobilizacji ustroju, które niegdyś może były użyteczne,
ale dziś na nic się nie przydają, można by cytować więcej. Wiele z tych reakcji
na skutek częstego powtarzania się prowadzi do uszkodzenia różnego rodzaju
układów ustrojowych, czym zajmuje się medycyna psychosomatyczna. Bardzo silne
natężenie lęku może być przyczyną śmierci; nierzadko w medycynie spotykamy się
z sytuacjami, w których reakcje obronne ustroju stają się w końcu dla niego
szkodliwe - w tym wypadku jest to skrajny przykład takiej szkodliwej reakcji
obronnej.

Przemiany
Ciekawym zjawiskiem jest to, że nasze tajone myśli i uczucia, a jeszcze
wyraźniej treści podświadomości ujawniające się w snach czy w psychozie są
bardziej zbliżone do tego archaicznego obrazu starcia z otaczającym światem
i tym samym bardziej harmonizują z siłą mobilizacji wegetatywnej. Człowiek
miałby wiele ofiar na sumieniu, gdyby jego wszystkie myśli mogły się
zrealizować. Okrutne sceny mordów, ucieczek itp., które nierzadko przeżywamy
w snach, są reakcjami ruchowymi w pełni uzasadniającymi mobilizację wegetatywną.
Nasze życie podświadome, a także ta część życia świadomego, którą odkrywamy
przed naszym otoczeniem społecznym, jest bardziej zharmonizowana z reakcjami
wegetatywnymi niż ta, którą prezentujemy na zewnątrz.
Uwidacznia się tu rozbieżność między ewolucją biologiczną a kulturalno-
cywilizacyjną. Ewolucja biologiczna osiągnęła swój szczyt w maksymalnym
przygotowaniu żywych ustrojów do wypełnienia prawa zachowania własnego życia
i życia gatunku. Reakcje w obronie życia są celowe, stosunkowo proste i na ogół
dość gwałtowne, czego wyrazem jest mobilizacja wegetatywna. Natomiast ewolucja
cywilizacyjna zmierza do coraz gruntowniejszego podboju otaczającego świata
(realizacja postawy "nad"). Proste i gwałtowne reakcje, charakterystyczne dla
ewolucji biologicznej, są tu mało przydatne. Wciąż trzeba wypracowywać nowe
formy zachowania, gdyż w miarę podboju otaczającego świata i przekształcania go
"na obraz i podobieństwo swoje" coraz bardziej komplikują się warunki życia,

138
zwłaszcza stosunki między ludźmi, i nie wystarczą już proste formy zachowania,
uwarunkowane biologicznie. Postawa walki czy ucieczki na poziomie kulturalnym
oznacza co innego niż na poziomie biologicznym. Na ogół wysiłek mięśni jest już
niepotrzebny, natomiast potrzebny jest wysiłek umysłu, by znaleźć najlepsze
wyjście z sytuacji zagrożenia.
Wyobraźmy sobie współczesnego żołnierza, który pod wpływem lęku czy agresji lub
obu uczuć razem wyładowywałby swój nadmiar zmobilizowanej przez te uczucia
energii na niezwykle skomplikowanej aparaturze używanej dziś do masowego
mordowania ludzi. Wróg we współczesnych warunkach walki jest przeważnie
niewidzialny. Na kim więc biedny żołnierz ma wyładować swe negatywne uczucia?
Może dlatego wojny stają się coraz bardziej okrutne i bezwzględne. Dlatego lęk
i agresja wyładowują się przeważnie na ludziach niewinnych, na dzieciach,
kobietach, starcach. W panicznym lęku przed utratą własnego życia wszystko staje
się wrogie, nie tylko ludzie, ale i przyroda; niszczy się i pali wszystko, co
napotyka się na drodze, w obawie by samemu nie zostać zniszczonym.
Umysł współczesnych władców wysila się w tym kierunku, jak obronić się przed
wrogiem; mobilizacja sił obronnych kraju pochłania energię ludzką i materialną
tak wielką, że mogłaby ona dość rychło usunąć największe bolączki ludzkości, jak
głód, nędzę, choroby, zjawiska powszechne w krajach tzw. trzeciego świata,
jaskrawo kontrastujące z poziomem współczesnej nauki i techniki. Podobnie jak
mobilizacja wegetatywna w wypadku poszczególnego ustroju jest zjawiskiem
anachronicznym i często szkodliwym w obecnych warunkach życia człowieka, tak
anachroniczna jest mobilizacja obronna wielkich grup społecznych wynikająca
z poczucia zagrożenia. I jak w medycynie zbytnia mobilizacja sił obronnych
ustroju może okazać się w efekcie bardziej szkodliwa niż samo zagrożenie,
a nawet doprowadzić do śmierci, tak w zjawiskach społecznych mobilizacja
obronna, bardzo kosztowna, może w końcu doprowadzić do totalnej zagłady, czego
budzącym lęk symbolem jest widmo wojny atomowej.
Rozbieżność między archaicznością życia uczuciowego a nowoczesnością życia
intelektualnego (postawy "nad") jest jednym z podstawowych problemów
współczesnego człowieka; od rozwiązania tego problemu w znacznej mierze zależy
jego przyszłość i przyszłość tworzonej przez niego kultury i cywilizacji.

Dynamika
Pierwsza faza metabolizmu informacyjnego (uczuciowo-nastrojowa) ma
decydujący wpływ na fazę drugą (intelektualno-wolicjonalną). W drugiej fazie nie
można wyjść poza sferę decyzji pierwszej fazy. Szczególnie wyraźnie to
zacieśnienie zakresu możliwości tworzenia struktur czynnościowych występuje pod
wpływem uczuć negatywnych, gdyż one są zazwyczaj bardziej dynamiczne od uczuć
pozytywnych. Jeśli ktoś jest zalękniony lub zagniewany, to najlepszy dowcip
odbierze on jako zagrożenie i żart, który miał go rozweselić, pogłębi tylko jego
postawę lękową lub agresywną.
W lęku wszystko zagraża i prowokuje do ucieczki, w gniewie i nienawiści wszystko
drażni i pobudza do agresji. Jest to tzw. sztywność emocjonalna, polegająca na
tym, że nie można wyzwolić się spod dręczącego nas uczucia, które wzmagają
wszystkie informacje dochodzące z otaczającego świata, zniekształcające jego
obraz; w lęku wszystko wokół nas pogłębia lęk, a w agresji wszystko wokół wzmaga
naszą agresję, wszystko nam zagraża, wszyscy są naszymi wrogami.
Pod wpływem emocjonalnego zniekształcenia procesu percepcji zostaje wzmocniona
pierwotna postawa emocjonalna. W ten sposób uczucia, zwłaszcza negatywne,
wzmacniają się samoistnie. Może już zniknąć zagrażający przedmiot lub
wyzwalający agresję, a jednak otaczający świat jest nadal odbierany jako
niebezpieczny, gdyż w ten sposób lęk i agresja zniekształcają percepcję
otoczenia. Z praktyki psychiatrycznej wiadomo, jak trudno jest zmienić utrwalone
postawy emocjonalne człowieka, jak wypaczają one jego obraz świata; nie pomagają
tu perswazje i logiczne tłumaczenia. To samo odnosi się do różnego rodzaju
zjawisk społecznych - nienawiści rasowych, narodowych, ideologicznych,
religijnych itp. Zazwyczaj są one niepodatne na wszelkie próby racjonalnej
korekcji. Uczucia, zwłaszcza negatywne, "zaślepiają". Druga faza metabolizmu
informacyjnego nie może egzystować bez pierwszej fazy, forma nie może istnieć
bez kolorytu.

139
Pierwsza faza jest rozrusznikiem drugiej. Do wysiłku intelektualnego potrzebne
jest emocjonalne zaangażowanie. Gdy uczucia są zbyt silne, wówczas zamiast
działać pobudzająco hamują procesy intelektualne, pod wpływem uczuć człowiek
głupieje. Odnosi się to szczególnie do uczuć o znaku ujemnym, bowiem ich
dynamika i tendencja do utrwalania się są silniejsze. Badania psychologiczne
mogą wskazywać na to, że lęk bardziej niż agresja upośledza czynności
intelektualne, a także manualne (struktury czynnościowe podległe drugiej fazie).
Jest to zrozumiałe, gdyż w lęku człowiek kurczy się, ucieka przed otaczającym
światem, a w agresji wychodzi naprzeciw niebezpieczeństwu, próbuje się z nim
zmierzyć. W lęku z góry zakłada swą klęskę, rezygnuje z walki, w agresji zakłada
zwycięstwo i staje na placu boju. Postawa agresywna jest więc bardziej
mobilizująca w stosunku do drugiej fazy metabolizmu informacyjnego niż postawa
lękowa.
Prawdopodobnie dynamika uczuć negatywnych, a zwłaszcza lęku, powoduje, że
przenoszą się one z jednej osoby na drugą. Powszechnie znane są zjawiska paniki
w tłumie, gdy lęk jednej osoby udziela się z szybkością pożaru innym.
Analogiczne zjawisko obserwuje się w społeczeństwach zwierzęcych. Gdy ryby płyną
razem w stadzie, niepokój jednej z nich momentalnie przenosi się na całe stado.
U zwierząt wyższych zarażanie lękiem jest bardziej wybiórcze. Stado np. nie
reaguje na reakcję lękową pochodzącą od młodego przedstawiciela społeczności,
ale silnie reaguje na analogiczną reakcję starszego i doświadczonego członka
grupy. Prowadząc psychoterapię grupową ma się niejednokrotnie okazję obserwacji,
jak uczucia lęku czy agresji jednego członka grupy "zarażają" innych.

Przestrzeń ciasna
Jak wspomniano, lęk zacieśnia i zniekształca obraz otaczającego świata.
Zacieśnienie jest wynikiem decyzji dokonanej w pierwszej fazie. Wybór w niej
padł na ucieczkę od otaczającego świata. Wszystko więc w drugiej fazie
metabolizmu informacyjnego układa się tak, by wyłączyć struktury nie pasujące do
tej decyzji pierwszej fazy metabolizmu informacyjnego. Człowiek w lęku percepuje
lękowo i działa w sposób lękowy. Jego soma (układ wegetatywno-endokrynny)
i psyche są nasycone lękiem. Koloryt emocjonalny przenika formę. W lęku człowiek
się kurczy, ucieka przed otaczającym go i naciskającym na niego światem. Na
skutek tej ucieczki (lub pogoni, gdy spojrzeć od strony otaczającego świata)
świat ten ulega wyolbrzymieniu. Zawsze ten, co goni, jest potężniejszy od tego,
co ucieka.
Ta sytuacja nacisku z jednej strony, a ucieczki i kurczenia się z drugiej
powoduje, że ulegają upośledzeniu zdolności abstrakcyjne, tj. zdolności
oderwania się od konkretnej sytuacji. Człowiek jest zrośnięty z zagrażającym mu
przedmiotem, nie może się od niego oderwać.
Funkcje drugiej fazy metabolizmu informacyjnego zawsze mają charakter nieco
abstrakcyjny. Polegają na tworzeniu różnorodnych planów aktywności, wyborze
najstosowniejszego z nich i późniejszej realizacji w otaczającym świecie. Do
tego potrzebna jest wolna przestrzeń. W lęku ta przestrzeń zacieśnia się;
człowiek czuje się przytłoczony przez zagrażający mu świat, nie ma gdzie się
poruszać. Wskutek tego jego planowanie ulega upośledzeniu, ogranicza się do
wyboru form aktywności najbardziej prymitywnych i impulsywnych, bardziej
typowych dla pierwszej niż dla drugiej fazy metabolizmu informacyjnego.

Regresja
Pod wpływem lęku dochodzi też często do regresji, pojawiają się formy
zachowania ontogenetycznie wcześniejsze. Człowiek czuje się pewniejszy w tych
dawnych formach, jakby uważając, że powrót do nich przywróci mu bezpieczeństwo
okresu dzieciństwa. Wobec zagrożenia czuje się często bezradny i bezsilny jak
dziecko, więc jego "zdziecinnienie", polegające na wyborze struktur
czynnościowych utrwalonych w pierwszych latach rozwoju, jest zrozumiałe. W lęku
człowiek płacze, prosi o litość i współczucie, szuka oparcia u silniejszych,
unika odpowiedzialności lub też przejawia bezradną wściekłość, chce niszczyć
wszystko dokoła w myśl zasady "niech ze mną ginie cały świat".
Człowiek w lęku czuje się słaby i bezradny wobec nacierającego nań świata. Stąd
gorączkowe szukanie oparcia w kimś silniejszym, swoiste szukanie ojca. Ten ktoś

140
silniejszy broni człowieka przed sytuacją zagrożenia, podejmuje za niego
decyzje; wobec takiego kogoś jest absolutnie posłuszny, on za to odsuwa
zagrożenie. W języku angielskim określa się taką osobę czy grupę społeczną jako
danger control. W grupach społecznych spełnia tę rolę wódz. Żołnierz nie martwi
się, jakie decyzje podjąć w obliczu niebezpieczeństwa, to są sprawy dowódcy, on
ma go tylko słuchać. W medycynie rola danger control przypada lekarzowi, on
odsuwa niebezpieczeństwo od chorego, on podejmuje za niego decyzje. Wobec niego
chory czuje się nieraz jak dziecko, nazywa lekarza swym ojcem.

Sztywność
Objawem typowym dla lęku jest utrata zmysłu humoru. Człowiek w lęku nie
potrafi się śmiać, wszystko bierze na serio. Poczucie humoru wymaga dystansu
w stosunku do otaczającego świata, musi się mieć swobodę tworzenia w danej
sytuacji różnorodnych, nieraz paradoksalnych struktur czynnościowych. Gdy
przestrzeń wolna człowieka jest zredukowana do minimum, jak w depresji lub lęku,
wówczas traci się tę swobodę tworzenia struktur czynnościowych, typową dla
drugiej fazy metabolizmu informacyjnego.
Łatwość tworzenia struktur czynnościowych, charakterystyczna dla drugiej fazy
metabolizmu informacyjnego, sprawia, że nasz obraz otaczającego świata jest
zmienny, raz możemy świat widzieć w ten, to znów w inny sposób. Tę zmienność
(kalejdoskopowość) obrazu człowiek uzyskuje dzięki temu, iż jego układ nerwowy
(w szczególności neocortex) wydłuża niepomiernie w porównaniu ze światem
zwierzęcym centralny odcinek łuku odruchowego (tj. odległość między receptorem
a efektorem). Ten dystans w stosunku do otoczenia daje znacznie więcej wolnej
przestrzeni człowiekowi niż zwierzętom.
W porównaniu z światem zwierzęcym człowiek ma znacznie więcej swobody w stosunku
do swego otoczenia. Lęk redukuje tę swobodę, w lęku otaczający świat przytłacza,
zagraża, jest w nim ciasno, nie ma czym oddychać. (Nie wiadomo zresztą, czy
przeżywane często w lęku uczucie duszności nie wiąże się z ograniczeniem wolnej
przestrzeni - człowiek w lęku jest zmobilizowany do maksymalnej aktywności, ale
nie ma gdzie się poruszać, jest mu ciasno, a tym samym duszno.) Z ograniczeniem
wolnej przestrzeni łączy się znaczne zubożenie w produkcji struktur
czynnościowych. Nieograniczone bogactwo tych struktur jest cechą
charakterystyczną drugiej fazy metabolizmu informacyjnego, uzyskane dzięki
rozwojowi nowej kory mózgu.
Człowiek w lęku nie może patrzeć na otaczający go świat inaczej jak w sposób
lękowy. Obraz świata się usztywnia. Normalnie oscyluje on w zależności od zmian
kolorytu uczuciowo-nastrojowego. Pod wpływem lęku człowiek nie dostrzega
zmienności obrazu świata, zmienności, która jest cechą wszelkiego życia.
Wszystko jakby zastyga w jednym grymasie. Jest grymas budzący trwogę
i nienawiść. Obraz świata ulega kary karykaturyzacj; odnosi się to szczególnie
do świata społecznego, który zresztą stanowi istotę naszego świata. Przypominają
się karykatury, mające pozornie ośmieszyć i pomniejszyć wroga, a w gruncie
rzeczy wyrażające przed nim lęk.
Lęk wywołuje znieruchomienie otaczającego świata, zastyga on w wyrazie groźby,
"oblicze" świata jest straszne, wykrzywione, przerażające. Ruch jest oznaką
życia, prawdopodobnie nie tylko dla człowieka, lecz także dla zwierząt; świat
znieruchomiały jest światem bez życia, martwym, jest przedmiotem, a nie
podmiotem. Dlatego w lęku tak trudno podejść podmiotowo, tzn. w płaszczyźnie
poziomej, do zagrażającego nam przedmiotu, trudno wczuć się w niego i go
zrozumieć. Stosunek do świata staje się przedmiotowy, nie obchodzi nas, co nasz
wróg przeżywa, chcemy go tylko zniszczyć, gdyż inaczej on nas zniszczy. Gdy jest
wyraźnie od nas silniejszy, pozostaje tylko ucieczka.
Uprzedmiotowienie świata sprawia, że nasz stosunek do niego staje się
manipulacyjny - trzeba na niego tak oddziaływać, by nam nie szkodził,
doprowadzić do tego, by jak pokonany wróg podniósł do góry ręce. Uczucie
skrępowania i obezwładnienia, które przeżywa się w lęku, przerzuca się w ten
sposób na wroga. Zwycięstwo polega bowiem na tym, że nękający nas lęk zostaje
przekazany wrogowi, sytuacja się odwraca, teraz on boi się nas.

141
Generalizacja
Uczucie lęku łatwo ulega generalizacji. Sytuacja zagrożenia rozszerza się
na sąsiadujące z nią pola, w końcu wszystko zaczyna zagrażać, cały świat staje
się wrogiem, chcącym tylko zniszczyć człowieka. Człowiek w lęku kurczy się pod
naporem zagrażającego mu świata. Sam czuje się bardzo słaby i nikły i dlatego
szuka gorączkowo oparcia w innych ludziach. Szuka wodza, ludzi silniejszych od
siebie, szuka oparcia we władzy, autorytecie, w wartościach metafizycznych.
Czynniki te spełniają rolę danger control i mają uchronić go przed zagrażającym
niebezpieczeństwem. Dlatego w okresach historycznych naładowanych lękiem łatwo
rodzą się wodzowie i powstają różnorodne kliki. Obraz świata społecznego
upraszcza się: przeważa kolor czarny - to wrogowie, ale są też białe plamy - to
sojusznicy. Jest to obraz świata społecznego charakterystyczny dla wojen,
rewolucji, a więc okresów ogólnego wzmożenia napięcia lękowego. W życiu
indywidualnym taki podział świata społecznego na barwy białe i czarne występuje
w formie skrajnej w zespołach urojeniowych. Lęk urojeniowy jest bowiem przede
wszystkim lękiem społecznym.
Skomplikowany proces formowania się decyzji w lęku ulega uproszczeniu.
Hierarchia wartości, niezwykle skomplikowana w normalnym życiu ludzkim, pod
wpływem lęku redukuje się do prostej alternatywy: "zwyciężę lub zostanę
zwyciężony", .Jeśli ja nie zabiję, to mnie zabiją". Pod wpływem tej zasady łatwo
dokonuje się czynów, które normalnie budziłyby nawet u tego samego człowieka
grozę. Pod skrajną agresją i sadyzmem zwykle kryje się lęk. Cechą drugiej fazy
metabolizmu informacyjnego jest niezwykłe bogactwo decyzji, wynikające
z bogactwa potencjalnych struktur czynnościowych, lęk wyraźnie zuboża funkcje
tej fazy metabolizmu.

Osobowość lękowa
Przewlekłe czynniki lękotwórcze
Zbyt często powtarzające się uczucie lęku prowadzi do zmian fizycznych
i psychicznych. Zmiany fizyczne są wywołane przez nadmierne i zbyt długotrwałe
obciążenie układu wegetatywno-endokrynnego. Objawiają się one bądź to dysfunkcją
tego układu (dystonia neurovegetativa), bądź też uszkodzeniem poszczególnych
układów ustroju (choroby psychosomatyczne). Zmiany psychiczne przejawiają się
przede wszystkim w zaburzeniach rozwoju osobowości. Mowa tu o długotrwałych
następstwach lęku, a nie o krótkotrwałych reakcjach lękowych. Lęk hamuje rozwój
osobowości. Jest to oczywiste, gdy uprzytomnimy sobie, iż pod wpływem tego
uczucia kurczy się wolna przestrzeń człowieka, zmniejsza się jego pole decyzji,
dominuje postawa "od" otoczenia, uniemożliwiająca w końcu prawidłowy rozwój
metabolizmu informacyjnego.
Człowiek żyjący w stałym lęku wyraźnie karłowacieje. Istnieją rozmaite warianty
osobowości zniekształconej działaniem lęku. Bezpośrednie działanie lęku
uwidacznia się w typie osobowości lękowej i agresywnej, a pośrednie w typach
takich jak autystyczny, anankastyczny, psychasteniczny i histeryczny.
W kształtowaniu się osobowości decydującą rolę odgrywa wczesny okres rozwojowy;
zbyt silne i długo trwające sytuacje zagrożenia w tym okresie życia zostawiają
zwykle trwały ślad w psychice dziecka. Sytuacje takie polegają najczęściej na
złej atmosferze rodzinnej; są to obojętność rodziców, zwłaszcza matki; matka
zimna, dominująca, wroga, lękliwa i bezradna; ojciec zimny i surowy, ojciec
awanturnik, alkoholik, despota itp.; utrata rodziców, bardzo ciężkie warunki
materialne. Zdarza się jednak, że i w późniejszym okresie życia silne
i długotrwałe bodźce lękowe mogą wywołać zmiany osobowości. Zmiany tego typu
obserwowało się u byłych więźniów hitlerowskich obozów koncentracyjnych.
Nawet słabiej działające lękotwórcze środowisko wywołuje zmiany osobowości,
wprawdzie znacznie dyskretniejsze, niemniej uchwytne. Za takie środowisko można
uznać naszą współczesną cywilizację z jej rewolucją naukowo-techniczną
i gwałtownym kryzysem wartości kulturalnych. Pogotowie lękowe jest w naszej
epoce, jak się zdaje, znacznie większe niż w bardziej ustabilizowanych okresach
historycznych, a także większe niż w innych, tzw. bardziej prymitywnych kręgach
kulturowych. Rozpatrując zatem wpływ czynników lękotwórczych na rozwój
osobowości, nie powinniśmy się ograniczać wyłącznie do wczesnego okresu rozwoju,
ale w miarę możności rozpatrzeć całą historię życia.

142
O bezpośrednim działaniu lęku na osobowość mówimy wówczas, gdy zmiany osobowości
odpowiadają typowej reakcji na zagrożenie, a więc mają charakter lękowy lub
agresywny czy - co najczęściej się zdarza - lękowoa-gresywny. Natomiast
pośrednie działanie lęku polega na tym, że na pierwszy plan nie wysuwają się
cechy lękowe i (lub) agresywne, ale postawy obronne, mające danego człowieka
uchronić przed lękiem i agresją. Może to być wycofywanie się z kontaktów
społecznych, stwarzanie sobie różnego rodzaju tabu, rozpaczliwe szukanie oparcia
w środowisku społecznym itp.
Osobowość lękową ("lękowy rozwój osobowości" w terminologii autorów z kręgu
języka niemieckiego) najłatwiej zrozumieć, wychodząc z pojęcia pogotowia
lękowego. Każdy człowiek ma inną tolerancję na sytuację zagrożenia, a i u tego
samego człowieka tolerancja ta wykazuje znaczne wahania w zależności od wieku,
stanu fizycznego i psychicznego, sytuacji środowiskowej. Prawdopodobnie
pogotowie lękowe w znacznym stopniu jest uwarunkowane genetycznie, już
niemowlęta można z grubsza podzielić na lękliwe i odważne.
W osobowości lękowej dochodzi do utrwalenia i generalizacji pogotowia lękowego.
Człowiek stale oczekuje, że spotka go coś złego. Jego rachunek prawdopodobień-
stwa jest nastawiony na to, że ze strony otaczającego świata czekają go tylko
same przykrości, niepowodzenia, klęski, ból i cierpienia i że nigdy nie można
wyjść zwycięsko ze starcia z otoczeniem. Świat jest przytłaczający
i w zetknięciu z nim można ponieść tylko klęskę. Nawet bodźce, które powinny być
przyjmowane jako przyjemne, odbierane są przez takiego człowieka jako
zagrażające i wzmagają jego pogotowie lękowe. Człowiek taki żyje w stałym
napięciu, gdyż wciąż obawia się, że może go spotkać coś złego. Nie potrafi
reagować inaczej niż lękiem, gdyż w końcu wszystko u niego potęguje lęk. Nawet
gdy się śmieje, spod śmiechu przebija niepokój.
Zwiększone pogotowie lękowe wiąże się z reguły ze zwiększonym napięciem układu
wegetatywno-endokrynnego. Istnieje tu zależność typu błędnego koła (dodatniego
sprzężenia zwrotnego), wzrost pogotowia lękowego wzmaga napięcie układu
autonomicznego i odwrotnie. Postawa lękowa pozbawia człowieka smaku życia. Boi
się on życia i żyje często "na siłę", z poczucia obowiązku. Życie go męczy
i nudzi, on już wszystko zna, spotkać go mogą tylko przykrości. Już pani markiza
du Deffand pisała do Walpole'a w r. 1767: "nie wiesz Pan, że nienawidzę życia,
mimo to, że już tyle przeżyłam, i jestem niepocieszona, że się urodziłam" (cyt.
za Tardieu). Człowiek taki odczuwa jałowość swego życia i musi tę jałowość przed
ludźmi, a nawet przed sobą ukrywać; a "najjałowszym z ludzi jest ten - jak
słusznie pisze Tardieu - kto jest zmuszony taić swoją jałowość". Nuda życia,
splin, jest często wynikiem postawy lękowej wobec życia. Człowiek taki, jak już
wspominano, ustawia się w sytuacji mata: boi się życia i boi się śmierci.
Bezpośrednią reakcją na zagrożenie może być ucieczka lub agresja. W pierwszym
wypadku zakłada się własną klęskę, w drugim - klęskę otoczenia. Przyjęcie jednej
z dwóch postaw zależy więc w znacznej mierze od poziomu dynamiki życiowej; gdy
jest ona obniżona, wówczas rachunek prawdopodobieństwa nastawia się
automatycznie na klęskę, gdy podwyższona - na zwycięstwo. Zwykle obie postawy
przeplatają się ze sobą. Nawet największy tchórz może być czasem zwycięzcą,
wówczas potrafi zazwyczaj nieźle zamanifestować swoją agresję, a odważnemu
zdarza się ponieść porażkę. Jak ludzie lękowi reagują na wszystko lękiem, tak
agresywni na wszystko reagują agresją. Oczywiście trudno z takimi ludźmi
wytrzymać, wchodzą oni zbyt często w konflikty ze swoim otoczeniem.
Przewaga postawy agresywnej jest często wyzwolona przez organiczne uszkodzenie
ośrodkowego układu nerwowego. Uszkodzenie takie upośledza przede wszystkim
czynności hamulcowe; hamulce społeczne działają wtedy zbyt słabo i dlatego łatwo
dochodzi do wybuchu agresji. Psychopatów tego rodzaju określa się też jako
charakteropatów, podkreślając w ten sposób organiczne tło zmian osobowości, lub
jako socjopatów, zwracając uwagę na ich stałe konflikty z otoczeniem.
U podłoża agresji zazwyczaj czai się lęk i w leczeniu tego typu postaw należy
zacząć od redukcji pogotowia lękowego, co można dość łatwo osiągnąć stosując
środki zmniejszające napięcie lękowe, tj. tzw. anksjolityki; niestety, uzyskuje
się tylko krótkotrwały efekt; osiąga się go także za pomocą odpowiedniego
podejścia do tych ludzi, spokojnego, zrównoważonego, stanowczego, ale
tolerancyjnego i życzliwego.

143
Typ schizoidalny (autystyczny)
W wypadku pośrednich zmian osobowości cechy lękowe są bardziej utajone,
maskowane są one przez różnego rodzaju mechanizmy obronne, które mają ochronić
danego człowieka przed negatywnymi uczuciami lęku i agresji. By uchronić się
przed sytuacją zagrożenia, najłatwiej jest z niej się wycofać. Człowiek taki
(autystyczny, schizoidalny) z góry zakłada, że ze strony otoczenia spotkać go
mogą wyłącznie przykrości, i z góry przyjmuje postawę wycofującą się. Odnosi się
to głównie do otoczenia społecznego, gdyż ono jest zasadniczym środowiskiem
człowieka i w nim człowiek napotyka najwięcej zagrożeń. Człowiek taki lepiej
czuje się w samotności, wśród książek, dzieł sztuki, przyrody, zwierząt; ludzi
boi się i ich unika.
Pogotowie lękowe u takich ludzi nie jest jawnie powiększone ani też nie ma
objawów wzmożonej mobilizacji układu wegetatywno-endokrynnego, gdyż unikają oni
sytuacji zagrożenia, starają się utrzymać bezpieczny dystans w stosunku do
otaczającego świata; stąd prawdopodobnie bierze się u nich przewaga postawy
racjonalnej, forma góruje nad kolorytem, druga faza metabolizmu informacyjnego
nad pierwszą. Za to unikanie zagrożenia i lęku człowiek autystyczny płaci
brakiem kontaktu emocjonalnego z otoczeniem (stłumienie pierwszej fazy
metabolizmu informacyjnego), co nieraz boleśnie odczuwa; chciałby się do świata
zbliżyć, przebić przysłowiową szklaną szybę, która go od świata oddziela, ale
zazwyczaj przebicie takie jest niemożliwe. Jeżeli do niego dochodzi, to
najczęściej przez wybuch lęku i (lub) agresji.

Typ anankastyczny (obsesyjny)


W anankastycznym lub obsesyjnym typie osobowości człowiek broni się przed
lękiem i agresją za pomocą magii. Używa różnego rodzaju nakazów, zakazów,
samoudręczeń, byle tylko nie dopuścić do bezpośredniego i pełnego kontaktu
z otaczającym światem. Nie aprobuje własnej osoby, tylko stwarza swój
wyidealizowany obraz i ten sztuczny, usztywniony, nieprawdziwy wizerunek
wystawia na ciosy otaczającego świata, chowając się za nim ze swoimi
niedozwolonymi pożądaniami, lękami i agresjami. Już w postawie i mimice takich
ludzi widać sztuczność i sztywność, są oni nienaturalni, niespontaniczni. Żyją
normami i zakazami. Ich stosunek do otaczającego świata i do nich samych ma
w sobie coś z postawy gorszącej się ciotki. Jeśli schizoidów przed
niebezpieczeństwami świata broni dystans, szklana szyba, to anankastów sztuczna
forma ich egzystencji, zbudowana z różnego rodzaju tabu.
Zarówno schizoidzi, jak i anankaści cierpią z powodu braku kontaktu
emocjonalnego z otaczającym światem. Przełamanie maski anankastycznej może
dokonać się przez wybuch silnych uczuć, niestety zwykle negatywnych, gdyż te
mają zazwyczaj większą dynamikę niż uczucia pozytywne - a więc przez
manifestację tajonego przez nich lęku i agresji.

Typ anankastyczny (obsesyjny) i histeryczny


Trzeci typ pośrednich zmian osobowości powstałych pod wpływem lęku polega
na "przymilaniu się" do otoczenia społecznego. To otoczenie stanowi bowiem
główne źródło zagrożeń człowieka; jeśli uda się nam nastawić je przychylnie do
siebie, wówczas mamy większe szansę uniknięcia zagrożeń. Naczelną pozycję
w hierarchii wartości psychasteników i histeryków zajmuje pytanie: "co ludzie
o mnie myślą?". Jest to pewnego rodzaju chroniczna niedojrzałość osobowości,
jeśli się za jedno z kryteriów dojrzałości przyjmie zdolność możliwie
obiektywnej oceny samego siebie. Ludzie tacy boją się pokazać siebie, swoje
prawdziwe oblicze, chcą być za wszelką cenę takimi, jakimi chce ich widzieć
otoczenie. Aprobata otoczenia zmniejsza istniejące w tym otoczeniu zagrożenia.
Otoczenie aprobujące jest zawsze bezpieczniejsze niż otoczenie potępiające.
Ciekawym zjawiskiem jest to, że zarówno psychasteników, jak i histeryków cechuje
nieraz w momentach zagrożenia życia brawurowa odwaga, natomiast w sytuacjach
wymagających tzw. odwagi cywilnej ludzie ci niejednokrotnie wykazują
tchórzostwo. Lęk społeczny jest u nich znacznie silniejszy niż biologiczny
(przed zewnętrznym zagrożeniem życia, gdyż zagrożenie pochodzące z wnętrza
ustroju jest różnie przez nich tolerowane). Zdarza się, że człowiek, który był
bohaterem w czasie wojny, okazuje się zdecydowanym tchórzem w czasach

144
pokojowych.
Histeryk stara się inaczej zdobyć aprobatę otoczenia niż psychastenik.
Psychastenik chciałby nie wyróżniać się, być taki jak inni, nie zwracać na
siebie uwagi (choć może skrycie o tym marzy), chciałby nieraz zapaść się pod
ziemię, być niewidzialny, rumieni się, gdy ktoś na niego popatrzy, nie czuje się
swobodnie, nie czuje się sobą, gdyż nie chce być sobą, ale takim jakim chce go
widzieć otoczenie. Dlatego sam sobie zawadza, nie wie, co zrobić z rękami, gdzie
postawić nogę, jak się odezwać. Natomiast histeryk ma więcej ufności w swoje
siły i możliwości, bardziej wierzy w swoje aktorskie zdolności, życie wymaga
bowiem aktorstwa; psychastenik nie wierzy, że odegra dobrze swoją rolę, to
znaczy zachowa się tak, by spełnić oczekiwania otoczenia, natomiast histeryk
dowierza swym zdolnościom, jest przekonany o tym, że oczaruje swe otoczenie, że
stanie się ośrodkiem zainteresowania, że zabłyśnie swoją rolą; gdy mu się to nie
uda, jest pełen nadziei, że powiedzie mu się następnym razem; dlatego histerycy
tak często chcą życie rozpoczynać na nowo, jak próbę w teatrze. W myśl
ewangelicznej zasady "kto się wywyższa, poniżon będzie" psychastenicy są na ogół
lubiani przez swe otoczenie społeczne, a histerycy nie lubiani. Grupa społeczna
dąży zazwyczaj do niwelowania różnic, aprobuje tego, kto się poniża, a atakuje
tego, kto się zbytnio wywyższa.

Modele społeczne lęku


Społeczny sygnał zagrożenia
Lęk jako sygnał alarmowy zagrożenia jest do pewnego stopnia sygnałem
społecznym, zagrożenie bowiem często nie dotyczy wyłącznie jednego
przedstawiciela grupy, ale całej społeczności. Dotychczas nie wiemy na pewno,
w jakiej mierze percepcja sytuacji zagrożenia jest uwarunkowana genetycznie,
a w jakiej społecznie. Lorenz na podstawie swych obserwacji ptaków uważał, jak
już wspomniano, że percepcja pewnych znaków (symboli) zagrożenia jest
zaprogramowana genetycznie w ich układzie nerwowym.
Reakcja lękowa osobnika należącego do tej samej grupy społecznej jest
jednocześnie sygnałem alarmowym dla innych członków grupy. Mogą oni sami nie
dostrzegać grożącego im niebezpieczeństwa, ale o jego istnieniu dostatecznie
silnie alarmuje ich zachowanie jednego z członków grupy. Dużo tu zależy od
pozycji społecznej danego osobnika: gdy stoi on wysoko w hierarchii społecznej,
np. jest wodzem stada, wówczas nawet nieznaczna, niekiedy prawie niedostrzegalna
ekspresja lękowa wystarczy, by stado doprowadzić do stanu lękowego podniecenia.
Natomiast gdy lęk swój manifestuje jakiś mało znaczący przedstawiciel stada,
wówczas inni członkowie mogą zupełnie nie zareagować na jego objawy lękowe, jest
zbyt mało ważną figurą w grupie, by jej reakcje się liczyły. Poza tym, będąc
nisko w hierarchii społecznej, ma więcej okazji reagowania lękiem niż stojący
wyżej od niego towarzysze, tak że jego reakcje lękowe są bardzo mało znaczącym
sygnałem.
To samo do pewnego stopnia odnosi się do zachowań agresywnych; agresja ze strony
osobnika stojącego nisko w hierarchii społecznej nie ma wielkiego znaczenia,
wywołuje najwyżej oburzenie, że "takie coś" może "podskakiwać", natomiast objawy
agresji ze strony prominentów budzą respekt, gdyż taka agresja może niejednemu
zaszkodzić.
Przeważnie ogólne prawidłowości socjologiczne są bardzo podobne w społeczeń-
stwach ludzkich i w zwierzęcych. Życie stadne ma swoje prawa, które kształtują
się niezależnie od poziomu rozwojowego członków stada.
Istnieje też pewna analogia między działaniem lęku na drugą fazę metabolizmu
informacyjnego (życie intelektualno-wolicjonalne) a jego działaniem na grupę
społeczną. W małych dawkach lęk integruje jej aktywność i wzmaga dynamikę.
W dużych dawkach działa dezintegrująco, wywołuje działania chaotyczne,
bezcelowe, impulsywne lub prowadzi do porażenia aktywności grupy; w skrajnych
reakcjach lękowych grupy można by mówić o furor vel stupor societatis.

Działanie integracyjne
Bez uczucia lęku człowiek, a także zwierzęta nie mogłyby egzystować, nic
bowiem nie ostrzegałoby ich o grożącym niebezpieczeństwie. Przy ludzkim

145
bogactwie możliwości tworzenia struktur czynności brak wędzidła, jakie stanowi
lęk (chodzi tu przede wszystkim o lęk społeczny), doprowadziłby do chaosu,
człowiek taki w końcu nie mógłby podjąć żadnej decyzji, gdyż miałby zbyt wiele
możliwości. Lęk ułatwia formowanie się hierarchii wartości, wedle której są
podejmowane decyzje. W małych dawkach działa więc integrujące a w dużych
dezintegrująco na psychikę ludzką, prawdopodobnie też na psychikę zwierzęcą.
Tylko u człowieka spełnia on istotniejszą rolę w związku z bogactwem struktur
czynnościowych i mnogością możliwych decyzji.

Destrukcja osobowości
Lęk odgrywa dla ustroju rolę sygnału alarmowego; by sygnał był użyteczny,
nie może działać stale, nie może się utrwalić. Dzwonek alarmowy, który by stale
dzwonił, przestałby spełniać swoje zadanie, trzeba byłoby go wyłączyć. Sygnał
alarmowy nie może też działać zbyt silnie, wówczas bowiem zamiast pobudzać do
celowej aktywności, poraża ją. Lęk, podobnie jak ból, jest biologicznie
potrzebny, ale lęk nie może być zbyt silny ani też nie może stanowić utrwalonej
postawy, wówczas bowiem działa destrukcyjnie.
Lęk działa hamująco na rozwój osobowości, w skrajnych wypadkach doprowadza do
skarłowacenia człowieka. W epokach lęku i terroru ludzie nikczemnieją, stają się
karłami. Lęk bowiem zmusza człowieka do skulenia się, podobnie zresztą
i zwierzęta. Człowiek myśli tylko o tym, by nie zostać zniszczony przez wrogie
otoczenie. Jego stosunek do świata staje się drapieżny, "zniszczę albo sam
zostanę zniszczony". Pod wpływem lęku dominuje pierwsze prawo biologiczne, które
jest raczej okrutne, drugie prawo - zachowania życia gatunku, które jest źródłem
piękna i miłości - schodzi na daleki plan, a nawet całkowicie zanika.
Świat bez miłości staje się szary i ponury. "Nacht und Nebel" otacza człowieka
żyjącego w lęku. Nie odczuwa on radości. W tej "nocy i mgle" świat traci swą
barwę i różnorodność, wszystko wokół staje się martwe i bez życia, zastygłe
w jednym wyrazie wrogim i odpychającym. Świat taki jest straszny, chciałoby się
przed nim uciec, ale nie ma gdzie. Człowiek w lęku nieraz pragnie śmierci, ale
się jej też boi. Świat taki budzi bezsilną wściekłość, chciałoby się go
zniszczyć. Obraz totalnej zagłady naszego globu, wizja atomowego zniszczenia
kryje w sobie tajone pragnienie, by życie, które stało się dla nas tak okrutne,
bezwzględne i szare, znikło całkowicie z powierzchni globu. Pod wpływem lęku
ubożeje i jałowieje nasza psychika. Bogactwo form życia redukuje się do
naczelnej zasady "nie dać się pożreć" przez otoczenie, pokonać je i zniszczyć,
nim ono nas zniszczy. Świat traci swą osobowość, staje się martwym przedmiotem,
który, jeśli nam się to uda, możemy zdeptać, zniszczyć lub nim dla naszych
egoistycznych celów odpowiednio manipulować.

Stereotypy społeczne
Ciekawe są obserwacje historyków i socjologów zachowania społeczeństwa pod
wpływem silnej presji zagrożenia. Niezależnie od epoki i kręgów kulturowych
pewne stereotypy zachowania się powtarzają. Na przykład w czasie epidemii dżumy
w Europie (czarna śmierć) obserwować można było następujące modele zachowania:
dezintegrację dotychczasowych norm zachowania, a więc niezwykłą brutalizację
obyczajów, dochodziło nawet do kanibalizmu; naczelną zasadę "ratować własne
życie za wszelką cenę", zanik uczuć pozytywnych, człowiek człowiekowi stawał się
wilkiem, ludzie obojętnieli na los swych najbliższych - dzieci, rodziców,
współmałżonków; objawy skrajnej agresji, szukanie "kozła ofiarnego", zwykle
kozłem tym byli Żydzi jako górujący intelektualnie i ekonomicznie oraz
przedstawiający odrębne formy życia w porównaniu z ogółem społeczeństwa; tysiące
ich spłonęły na stosach, na które szli nieraz śpiewając pobożne psalmy.
Autoagresja łączyła się często z agresją, biczownicy maltretowali własne ciała,
ale jednocześnie podburzali do palenia Żydów. Panowały rozpusta i pijaństwo;
tymi sposobami nagminnie starano się przytłumić lęk. W stan oszołomienia starano
się wprowadzić również za pomocą ekstatycznego tańca (taniec św. Wita).
Zdarzały się jednak bardziej integracyjne sposoby tłumienia lęku. We Włoszech
pątnicy, śpiewając jeden z najpiękniejszych hymnów kościelnych - Stabat Mater
Dolorosa - działali kojąco na siebie i na otoczenie. Innym sposobem, może
jeszcze trudniejszym, było zachowanie dystansu dzięki poczuciu humoru; w czasie

146
jednej z ostatnich epidemii dżumy powstała w Wiedniu dotąd popularna pieśń „O du
lieber Augustin”.

Reakcje indywidualne
Agresja
Przytoczone tu pokrótce społeczne sposoby tłumienia lęku odgrywają też
rolę w życiu indywidualnym. Jednym z zasadniczych sposobów zwalczenia lęku lub
jego przytłumienia jest dojście do punktu szczytowego jednej z zasadniczych
postaw uczuciowych, tj. postawy "od" lub "do". Szczytowym punktem postawy "od"
jest mord, czyli maksymalna agresja. Agresja idzie w parze z lękiem, stanowi ona
jednocześnie antidotum na lęk. W agresji bowiem człowiek wychodzi z lękowej
pozycji zaszczucia i maksymalnego skurczenia się własnej czasoprzestrzeni, ze
wściekłością i rozpaczą uderza w otaczający świat. Zniszczenie jakiegoś
fragmentu tego świata przynosi mu ulgę i poczucie, że jest zwycięzcą, że jego
przeznaczeniem jest nie tylko klęska.
Lęk należy do uczuć mieszczących się w postawie "od" i dlatego znacznie częściej
występuje w nim agresja niż zachowanie charakterystyczne dla postawy "do".
W lęku jednak nie można osiągnąć szczytowego punktu postawy "od", w lęku bowiem
człowiek się cofa i ucieka, w końcu staje się prawie niczym, zerem. Zenit
postawy "od" osiąga się w maksymalnym nasileniu agresji, tj. w mordzie. Dlatego
też pod wpływem lęku często gorączkowo szuka się kozła ofiarnego, na którym
można by ze spokojnym sumieniem wyładować własną agresję. Lęk rozładowuje też
osiągnięcie szczytu postawy "do", tj. akt seksualny. Zwykle w lęku punkt ten
osiąga się bez przejścia pośredniej drogi miłości i dlatego w okresach
zagrożenia nie obserwuje się przejawów miłości, ale raczej przejawy rozpusty.

Dezintegracja
Drugim sposobem na lęk jest nadmierna dezintegracja lub nadmierna
integracja. Dezintegracja polega na szukaniu oszołomienia w alkoholu,
narkotykach, tańcach ekstatycznych; świadomość jest wtedy przymroczona, lęk
rozpływa się w chaosie przeżyć. Dezintegracja może zjawić się spontanicznie pod
wpływem silnego lęku, dochodzi nawet do utraty przytomności, do lękowego
zamroczenia lub schizofrenicznego chaosu.

Integracja
Nadmierna integracja polega na stworzeniu konstrukcji urojeniowej;
z chwilą skrystalizowania się urojeń lęk z reguły maleje, wszystko staje się
jasne, wiadomo, co jest przyczyną naszego lęku, jasno rysuje się sylwetka wroga,
trzeba go tylko zniszczyć, znika niepewność, niewiadome, które zawsze towarzyszy
lękowi. Wróg i jego sposoby są wyraźne, mogą to być Żydzi zatruwający studnie,
z których szerzy się czarna śmierć, komuniści spiskujący i przygotowujący zamach
na istniejący porządek rzeczy, kliki działające tajemniczymi aparatami. Wiadomo
teraz, gdzie należy skierować atak i przed czym się bronić, gdy zniszczy się
wroga, zginie zagrożenie. Integrację osiąga się też przez spójność z grupą,
człowiek wtedy nie jest już sam w obliczu zagrożenia, ale razem z towarzyszami,
a poza tym broni nas wódz, który prowadzi do zwycięstwa; on odsuwa
niebezpieczeństwa, on jest naszą tarczą i obroną, on za nas podejmuje decyzje.

Dystans - zmysł humoru - postawa transcendentna


Trzecim wreszcie sposobem jest oderwanie się od sytuacji zagrożenia,
zdobycie się na odwagę dystansu. Patrząc na zagrożenie z daleka obiektywizujemy
je; staje się ono mniejsze i tym samym zmniejsza się nasz lęk. Dystans można
osiągnąć dzięki zmysłowi humoru lub dzięki tendencjom transcendentnym. Przez te
ostatnie rozumie się takie przedstawienie hierarchii wartości, iż własne życie
przestaje być sprawą najważniejszą, cel sięga poza kres indywidualnego życia, na
skutek czego lęk przed śmiercią ulega znacznej redukcji, tak więc w czasie
szalejącej czarnej śmierci można śpiewać O du lieber Augustin lub Stabat Mater
Dolorosa.
Obie postawy: zmysłu humoru i transcendentna - wydawałoby się - bardzo różne,
mają jednak pewne zasadnicze cechy wspólne. Człowiek patrzący na świat
z przymrużeniem oka zdaje sobie sprawę z przemijalności wszystkiego, co go

147
otacza; w jego hierarchii wartości na pierwszym miejscu znajduje się podstawowa
cecha życia, mianowicie zmienność, wszystko musi umrzeć, by na nowo się
odrodzić, odczuwa on więc rytm śmierci i zmartwychwstania, charakterystyczny dla
wszystkiego, co żyje. W pewnym stopniu patrzy na świat sub specie aeternitatis.
Dlatego przy takiej postawie zmniejsza się lęk i niknie urojeniowe patrzenie na
rzeczywistość. Polegają one bowiem na utrwaleniu obrazu świata, a zachowując
zmysł humoru, widzi się jego zmienność.
W postawie transcendentnej w hierarchii ważności pierwsze miejsce zajmuje cel
transcendentny, tj. wychodzący poza pole własnego życia. Jeśli żołnierz w walce
ryzykuje życie, to w znacznej mierze dlatego, że na pierwszym miejscu jest cel,
który od tego życia jest ważniejszy: obrona ojczyzny, pokonanie wroga, honor
munduru itp. Jeśli ktoś idzie na śmierć dla wyznawanej przez siebie idei, to ta
idea w jego hierarchii ważności wyprzedza inne cele, choćby tak biologicznie
ważne, jak zachowanie własnego życia. Jeśli matka naraża się na śmierć dla
ratowania własnego dziecka, to jej miłość do dziecka, wynikająca z drugiego
prawa biologicznego, jest ważniejsza niż miłość własnego życia, wynikająca
z pierwszego prawa. Jeśli ktoś skacze w ogień czy do wody, by ratować drugiego
człowieka, to u niego prawo zachowania życia gatunku jest silniejsze od prawa
zachowania własnego życia.
Prawo zachowania życia gatunku jest celem transcendentnym, gdyż wykracza poza
pole własnego życia. Jak starano się w tej i w poprzednich książkach udowodnić,
z niego wywodzą się uczucia pozytywne i ono jest źródłem miłości,
a prawdopodobnie też piękna. "W bojaźni nie ma miłości, ale doskonała miłość
precz wyrzuca bojaźń" ( II Jan, 4, 18). Najbardziej kocha się to, co jest na
pierwszym miejscu w hierarchii ważności. Jeśli osiągnięcie zenitu postawy "do"
zmniejsza napięcie lękowe, o czym była już mowa, to dzieje się to na zasadzie
rozładowania; efekt na ogół jest krótkotrwały, podobnie jak po osiągnięciu
zenitu postawy "od". Natomiast uczucie miłości prawdziwie niweluje lęk, gdyż
istotne jest w niej nie osiągnięcie szczytu, ale dążenie do niego, tj. dążenie
do celu.
Cel transcendentny ma zawsze w sobie podkład miłości, gdyż miłość właśnie jest
dążeniem poza pole własnego życia, dążeniem do złączenia się z tym, co jest na
zewnątrz nas. Cel transcendentny jest silnym czynnikiem integrującym dzięki temu
właśnie, że znajduje się on poza zasięgiem naszych egoistycznych celów
życiowych; działa integrująco na całe życie człowieka, stwarza wewnętrzny
porządek, co też sprzyja redukcji lęku. Zarówno przy transcendentnych celach,
jak i w zmyśle humoru nie my jesteśmy najważniejsi, ale to, co jest na zewnątrz
nas. I z tym właśnie jesteśmy uczuciowo związani. Człowiek żyjący dla
transcendentnego celu musi ten cel kochać; człowiek obdarzony zmysłem humoru
musi kochać otaczający go świat z jego przemijalnością i zmiennością. Obie
postawy łączy uczucie miłości do tego, co na zewnątrz nas, a jednocześnie
poczucie dystansu do ważności spraw mieszczących się wyłącznie na poletku
własnego życia. A więc te dwie tak różne pieśni: O du lieber Augustin i Stabat
Mater Dolorosa, rozszerzają horyzonty człowieka i uwalniają go z pęt lęku.
"I będzie tułaczem od strachu" (Izaj. 10, 19). Człowiek żyjący w lęku miota się
i plącze, czuje się zagubiony, jest prawdziwym tułaczem. Dezintegracja lub
patologiczna hiperintegracja są częstym rezultatem silnego lub długo trwającego
lęku. Dystans w stosunku do sytuacji zagrożenia, który osiąga się poprzez
postawę humoru lub transcendencji, działa porządkująco na hierarchię ważności,
dezintegracja maleje, a za nią lęk, zwłaszcza jego komponent dezintegracyjny.
Obie postawy dzięki tkwiącej w nich miłości do świata rozrywają więzy lęku
i człowiek za Psalmistą może powiedzieć dirupisti vincula mea (Psalm 115). Czuje
się znów wolny, ma świat przed sobą, świat, który go przyciąga rozmaitością barw
i form, i swoją wieczną zmiennością, nieprzewidzialnością i tajemnicą.

148
LECZENIE
Psychoterapia
Wieloznaczność lęku
Lęk w medycynie jest problemem, z którym parała się ona od swych
początków. Choroba stanowi zawsze mniejsze lub większe zagrożenie życia, sygnał
lękowy jest więc w niej zjawiskiem zrozumiałym. Człowiek w chorobie boi się
śmierci, bólu, cierpienia, zniedołężnienia, utraty dotychczasowej pozycji
życiowej, erotycznej, zawodowej, towarzyskiej. Boi się też o swój prestiż, jak
zachowa się w chwilach cierpienia i w obliczu śmierci. Choroba stawia go wobec
tajemnicy własnego ciała, nie wie on, co w nim się dzieje, jakie jeszcze
niespodzianki ze strony własnego ciała mogą go spotkać; ciało staje się
nieposłuszne, groźne i tajemnicze.
Lęk w małych dawkach dzięki towarzyszącej mu mobilizacji wegetatywno-endokrynnej
może pobudzać mechanizmy obronne ustroju, działać więc do pewnego stopnia
korzystnie na przebieg choroby. Natomiast lęk zbyt silny i utrwalony na pewno
działa niekorzystnie, choćby na skutek nadmiernej mobilizacji wegetatywno-
endokrynnej, która w skrajnych wypadkach doprowadzić może nawet do śmierci.

Przesunięcie lęku - katharsis - sugestia


W medycynie pierwotnej stosowano świadomie czy nieświadomie metodę, którą
można by określić jako przesunięcie lęku. Mianowicie pod wpływem różnego typu
zastraszających ceremonii i zabiegów oraz pod wpływem niezwykłego autorytetu
lekarza-czarodzieja chory zamiast bać się samej choroby, śmierci, tajemnych sił,
które chorobę spowodowały, odczuwał lęk przed tajemną mocą lekarza cudotwórcy.
Był to lęk pozytywny, gdyż łączył się z wiarą, iż ten człowiek może go wyzwolić
z choroby.
Ważnym elementem w praktykach leczniczych ludów tzw. pierwotnych było
oczyszczenie zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Oczyszczenie psychiczne
polegało na wyznaniu swoich win, które mogły przyczynić się do powstania
choroby; przypominało to spowiedź lub psychoterapię; w psychoterapii chory też
uważa, że powinien oczyścić się ze swych przewinień. Choroba jest złem; żeby się
od niego uwolnić, trzeba się wewnętrznie oczyścić nie tylko fizycznie, ale
i psychicznie.
Współczesna medycyna daleka jest od sugestywnych i nieraz zastraszających metod
medycyny pierwotnej, niemniej czynnik sugestii nadal silnie wpływa na wyniki
terapeutyczne. Bada się go nawet naukowo jako tzw. placebo effect, tj. lecznicze
działanie środka obojętnego. A chory współczesny wprawdzie nie patrzy z taką
grozą na swego lekarza jak człowiek pierwotny, niemniej tajemniczy żargon
lekarski, skomplikowana aparatura diagnostyczno-terapeutyczna, autorytet nauki
przez duże N mogą wywoływać u niego analogiczne przesunięcie lęku jak u chorych
leczonych metodami medycyny pierwotnej. Moment oczyszczenia we współczesnej
medycynie z wyjątkiem psychiatrii ograniczył się prawie wyłącznie do
oczyszczenia fizycznego (usunięcie czynników szkodliwych w ustroju), w chorobie
jednak, zwłaszcza ciężkiej, odczuwa się nieraz potrzebę oczyszczenia
psychicznego, uwolnienia się od ciężaru winy, który potęguje lęk. Stąd u chorych
bierze się potrzeba zwierzeń, oczekiwanie tolerancji i przebaczenia ze strony
otoczenia.

Redukcja lęku
Psychoterapeuta
Nie ma dotychczas opracowanej naukowo metody redukowania lęku u chorego.
Lekarze (poza psychiatrami) posługują się przeważnie improwizowaną
psychoterapią, wspomaganą ostatnio szeroko lekami anksjolitycznymi (obniżającymi
napięcie lękowe). Podejście psychoterapeutyczne u lekarzy somatyków jest zwykle
wypadkową ich cech osobowości, doświadczenia lekarskiego i intuicji. Nie należy
lekceważyć tej improwizowanej psychoterapii; czasem jest ona znacznie
skuteczniejsza od tej, którą prowadzą kwalifikowani specjaliści w tej
dziedzinie. Nieraz spojrzenie lekarza, jego uspokajające słowo, gest, dotknięcie
ręki przynoszą ulgę choremu, zmniejszają jego napięcie lękowe, a nawet
odczuwanie bólu. W ten sam sposób leczniczo działają też niektóre pielęgniarki;
ich działanie jest może ważniejsze, gdyż znacznie częściej niż lekarz stykają

149
się z chorym. Wydaje się, że psychiatrzy, a zwłaszcza psychoterapeuci
kwalifikowani, wiele by jeszcze skorzystali obserwując tych lekarzy i te
pielęgniarki, które specjalnie odznaczają się kojącym działaniem na swych
pacjentów.

Cechy psychoterapeuty

Odwaga
Jakie czynniki odgrywają rolę w uformowaniu się korzystnego oddziaływania
psychoterapeutycznego? Nim zanalizuje się je w przyszłości w sposób naukowy,
można by na razie podać następujące sugestie. Naczelny chirurg armii greckiej
pod Troją nazywał się Macheon (mache po grecku znaczy "walka"). Obowiązkiem
lekarza jest walczyć z chorobą i ze śmiercią, walkę tę powinien prowadzić do
ostatka, choć wszystkie pozycje wydają się stracone. Musi wierzyć w swe
zwycięstwo, mieć odwagę i upór, by przeciwstawić się temu, co nieraz wydaje się
niezwalczone. Przeciwstawieniem lęku jest odwaga, człowiek odważny wychodzi
naprzeciw niebezpieczeństwu, nie ucieka przed nim. Odwaga redukuje lęk
w otoczeniu. Odważny dowódca potrafi porwać wystraszonych żołnierzy do ataku,
w jego obecności czują się bezpieczni. Człowiek odważny jakby odsuwa
niebezpieczeństwo od tych, co żyją w lęku, spełnia wspomnianą rolę danger
control.
Jeśli lęk wzmaga procesy dezintegracyjne i człowiek w lęku "traci głowę", to
odwaga stymuluje procesy integracyjne. Człowiek odważny wie na ogół, do czego
dąży, nie boi się sytuacji zagrożenia i dlatego nie działa ona na niego
paraliżująco. Ten spokój i porządek w obliczu niebezpieczeństwa udziela się
otoczeniu i zmniejsza jego napięcie lękowe.
Zachowanie odwagi w zawodzie lekarskim nie jest sprawą łatwą. Nierzadko lekarz
staje w obliczu sytuacji, wobec której całkowicie czuje się bezradny, zdaje
sobie sprawę ze swej niewiedzy i z ograniczenia własnych możliwości, mimo to
jednak musi sprostać niebezpieczeństwu, nie stracić głowy, wierzyć w swoje
zwycięstwo i w swoje umiejętności; jego niepokój i brak wiary od razu
udzieliłyby się choremu. Chorzy na ogół błyskawicznie orientują się, że ich
lekarz nie ma już nadziei na ich wyzdrowienie lub że w ich sytuacji czuje się
całkowicie bezradny. Zwykle wystarczy drobny gest, niepozorny grymas twarzy,
nieostrożna wypowiedź, gorączkowe ruchy itp., by chory wyczuł, że jest z nim
niedobrze; wzmaga to bardzo jego niepokój, traci bowiem wiarę w człowieka, który
dotychczas dawał mu nadzieję zwycięstwa nad chorobą i stwarzał poczucie
bezpieczeństwa.

Wiara
Z odwagą idzie w parze wiara w zwycięstwo. Lekarz musi do ostatka wierzyć,
że uda mu się pokonać chorobę. Nawet gdy sytuacja jest zupełnie beznadziejna,
jego obowiązkiem jest walczyć do końca o życie chorego. Czasem zastanawiamy się,
czy warto wkładać tyle wysiłku, by przedłużyć życie chorego o kilka dni, a nawet
kilka godzin. Zachowanie optymizmu jest bardzo trudnym zadaniem lekarskim.
Postawa optymistyczna jest nierzadko sprzeczna z wiedzą i zdrowym rozsądkiem.
Wbrew oczywistym faktom lekarz musi do końca zachować choćby iskrę nadziei.
Utrata jej, przyjęcie postawy pesymistycznej są zwykle natychmiast wyczuwane
przez chorego i doprowadzają zazwyczaj do załamania psychicznego i fizycznego.
Lekarz musi też wierzyć w swoje umiejętności i w stosowane przez siebie metody.
W medycynie często można obserwować zbieżność między popularnością a efektyw-
nością danej metody leczniczej. Lek, który daje doskonałe wyniki lecznicze, po
krótszym lub dłuższym okresie traci znacznie na swej skuteczności i z czasem
wychodzi całkiem z użycia. Medycyna pod tym względem przypomina modę kobiecą.
Istnieją w niej "mody" na metody terapeutyczne, a także diagnostyczne. Nie ma
powodu przypuszczać, by dana substancja chemiczna zmieniała swoiste działanie na
ustrój ludzki pod wpływem czasu. Natomiast dużym wahaniom może ulegać nieswoiste
działanie leku (tzw. placebo effect), a więc związane nie z jego właściwościami
chemicznymi, ale z różnymi czynnikami natury sugestywnej. Na ogół gdy lekarz
wierzy w stosowany lek, lek ten działa, gdy wiarę tę utraci, skuteczność leku
znacznie spada.

150
Wiara w efektywność własnego działania w medycynie wpływa w sposób wyraźny na
jego rzeczywistą skuteczność. Lekarzom niejednokrotnie zarzuca się przesadną
zawodową pewność siebie, "udają, że wiedzą więcej, niż naprawdę wiedzą". Jeśli
rzeczywiście wykazują takie cechy charakteru, to dzieje się tak z konieczności
zachowywania wiary w stosowane przez siebie metody. Wiara taka nie zawsze idzie
w parze z naukowym krytycyzmem, trudno obie postawy pogodzić ze sobą. Nie zawsze
dobry lekarz praktyk jest dobrym naukowcem i odwrotnie.

Postawa uczuciowa - miłość


Obok odwagi i optymizmu ważnym czynnikiem w zwalczaniu lęku chorego jest
właściwa postawa uczuciowa. O lekarzu, do którego chorzy czują zaufanie, mówią
oni często "to jest nasz ojciec". W każdej poważniejszej chorobie na skutek
zagrożenia, bólu, bezradności występuje wyraźna regresja. Chory czuje się,
a często też zachowuje jak dziecko. Potrzebuje opieki, ciepła, poczucia
bezpieczeństwa, słowem tego, co określa się jako "środowisko macierzyńskie".
Lekarz w pewnej mierze spełnia zastępczą rolę ojca, a pielęgniarka - rolę matki.
Poczucie chorego, że ma on przy sobie takich pseudo-rodziców, zmniejsza znacznie
jego napięcie lękowe. Czasem wystarczy sama obecność lekarzy lub pielęgniarki,
jeśli chory ma do nich pełne zaufanie, by czuł się on lepiej, a nawet by
zmniejszały się jego bóle.
Cechą charakterystyczną środowiska macierzyńskiego jest specyficzna atmosfera
miłości. To środowisko jest konsekwencją drugiego prawa biologicznego, które
z kolei, jak starano się tu wykazać, jest źródłem miłości. Miłość jest jednym
z najsilniejszych antidotów na uczucie lęku, dlatego tak ważną odgrywa rolę
w relacjach pacjenta z lekarzem i pielęgniarką. Relacje te stanowią kompleks
wielu splątanych nieraz postaw emocjonalnych i racjonalnych. Analiza tych
stosunków mogłaby, jak wspomniano, rzucić wiele nowego światła na zjawisko tak
ważne w lecznictwie, jak podejście psychoterapeutyczne.

Psychoterapia lęku w psychosomatyce i w psychiatrii


Problem lęku w psychiatrii jest znacznie szerszy i bardziej skomplikowany
niż w medycynie somatycznej. Chorzy psychiatryczni manifestują różnego rodzaju
typy lęku, nie tylko lęk wywołany zagrożeniem z wnętrza ciała. Psychiatra musi
więc dysponować dużą wiedzą psychopatologiczną, by móc właściwie ocenić rodzaj
lęku i jego pochodzenie. Lęk u chorych psychiatrycznych jest nie tylko znacznie
bardziej różnorodny niż u chorych somatycznie, ale też ma większą amplitudę
wahań i większe tendencje do utrwalania się. Nasilenie lęku w chorobach
psychicznych, np. w schizofrenii, przekracza na ogół możliwości wczucia się w to
przeżycie. Jeśli w chorobach somatycznych sygnał lękowy jest na ogół
krótkotrwały, zwykle najsilniej występuje na początku choroby i w okresach jej
nasilenia, to w zaburzeniach psychicznych ma on charakter sygnału ciągłego. Trwa
miesiącami, a nieraz latami. Psychiatra więc w znacznie większym stopniu niż
lekarz somatyk musi umieć radzić sobie z lękiem swego pacjenta.

Lęk przed chorym psychicznie


Sytuację utrudnia fakt, że zaburzenia psychiczne, a w szczególności
psychozy, budzą lęk w samym lekarzu. Oczywiście nie przyznaje się on do takiego
lęku, gdyż uchybiałoby to godności psychiatry. Już sam fakt jednak, iż zazwyczaj
stawia dość ostrą granicę między zdrowymi a chorymi, choć w rzeczywistości
granica ta jest raczej nieokreślona, świadczy o tendencjach izolacyjnych.
To, czego się boimy, staramy się od siebie odsunąć, odizolować od nas, budujemy
wysoki mur, by się uchronić przed niebezpieczeństwem, które czyha z zewnątrz.
Granica jest zawsze wyrazem lęku, poza nią jest teren nieznany, niepewny,
niebezpieczny, a nieraz wręcz wrogi. Lęk przed chorobą psychiczną tkwi głęboko
w naturze ludzkiej i nawet praca w zawodzie psychiatry nie może go całkowicie
zniwelować. Jest to lęk przed tym, co jest inne, co nie mieści się już
w ludzkiej wspólnocie, lęk przed nocą podświadomości, którą odczuwa się w samym
sobie, przed nieprzewidzialnym i niewytłumaczalnym itp.
Lęk zamaskowany w postawie terapeutycznej
Psychiatra broni się przed tym uczuciem etykietą choroby psychicznej, tą
nazwą stara się wszystko wytłumaczyć. Ale gdy etykiety tej od razu nie umieści,

151
gdy objawy zaburzeń psychicznych zamanifestuje ktoś z jego bliskich, wówczas ich
albo nie dostrzega, albo wywołują one uczucie silnego zaskoczenia graniczącego
z przerażeniem, a nawet grozą. Fakt, że w stosunku do chorych psychicznie od
wieków stosowano metody najbardziej agresywne i nieludzkie, świadczy o tym, jak
silny był lęk przed nimi. Wprawdzie współczesna psychiatria chlubi się swym
humanitarnym podejściem, ale pod powierzchnią humanitaryzmu nie tak trudno nawet
w niej doszukać się postaw lękowych i agresywnych. Nie jest to oskarżenie
w stosunku do psychiatrów, ale zwrócenie uwagi na fakt, jak głęboko w naturze
ludzkiej tkwi lęk przed zaburzeniem psychicznym. Lęk ten może być maskowany
nadmierną opiekuńczością, dyskretną pogardą i lekceważeniem, przesadną
tolerancją, która pozbawia chorego wszelkiej odpowiedzialności, a przecież
odpowiedzialność jest właśnie cechą świadczącą o ludzkiej godności itp.
Lęk nie wpływa korzystnie na tworzenie się atmosfery środowiska macierzyńskiego,
ważnej dla wyników terapeutycznych w medycynie somatycznej, a może w jeszcze
większym stopniu w psychiatrii. Dziś wprawdzie w psychiatrii zwraca się
szczególną uwagę na tzw. środowisko terapeutyczne, nie zawsze jednak pod
"demokratycznymi" urządzeniami dla chorych kryje się prawdziwy dla nich szacunek
i sympatia. Właściwy klimat środowiska terapeutycznego nigdy się nie wytworzy,
jeśli w stosunkach między chorymi a personelem i wśród personelu czai się brak
zaufania i lęk. Lęk jest przeciwstawny miłości i jedno drugie niszczy.
Lęk odbiera też odwagę, a właśnie odwaga jest w medycynie cechą jak najbardziej
potrzebną. I jeśli lekarze somatycy potrafią do końca walczyć ze śmiercią,
nieraz na pozycjach z góry straconych, to w psychiatrii tego ducha odwagi często
brakuje. Zbyt pochopnie szafuje się terminami, które sugerują brak wszelkiej
nadziej, jak "schizofreniczny defekt", "organika", "psychopatia". Nic tu już nie
da się zrobić, psychiatra wycofuje się z pola walki.
W medycynie somatycznej cel jest jasno wyznaczony, chory ma wrócić do zdrowia,
mniej więcej wiemy, czym jest zdrowie fizyczne. Znacznie trudniej jest określić
zdrowie psychiczne, czy w ogóle coś takiego istnieje, a jeśli istnieje, czy nie
zuboża ono psychiki ludzkiej. Psychiatra nie ma więc jasno wyznaczonego celu, do
którego dąży, i dlatego łatwiej od lekarza somatyka poddaje się naciskowi
choroby.

Ku źródłom lęku
Ze względu na różnorodność postaci lęku w psychiatrii jego zwalczanie nie
może się tylko ograniczać do przyjęcia właściwej postawy psychoterapeutycznej;
trzeba umieć dojść do źródła lęku, umieć rozładować daną sytuację lękotwórczą,
co wymaga nieraz dużej wiedzy psychopatologicznej i intuicji. Oczywiście
podejście psychoterapeutyczne jest sprawą najważniejszą, nie pomoże
najwnikliwsza analiza, gdy brak jest wzajemnego zaufania i sympatii. Ale też
samo podejście psychoterapeutyczne nie wystarcza, trzeba poznać życie chorego
i wczuć się w jego przeżycia, uporządkować je w sposób możliwie logiczny, na co
nie wystarcza nieraz kilkaset godzin rozmów z chorym.

Psychofarmakologia
Rozkwit psychofarmakoterapii znacznie uprościł zadanie lekarzy, jeśli
chodzi o redukcję lęku. Wystarczy podać tabletkę, a napięcie lękowe maleje. Ma
to swoje niebezpieczeństwa. Zwalczanie lęku wymaga wysiłku zarówno ze strony
chorego, jak i lekarza. Człowiek z natury jest raczej leniwy i gdy może osiągnąć
ten sam cel z dużym wysiłkiem lub minimalnym, raczej jest skłonny wybrać drugą
drogę. Dlatego też tak obficie dziś zapisuje się i zażywa leki zmniejszające
napięcie lękowe.
Leki te działają na krótką metę, zmniejszają napięcie lękowe, wegetatywne
i mięśniowe, ale nie usuwają źródła lęku, toteż lęk nadal powraca i chory boi
się żyć bez swojej tabletki, żyje w lęku przed lękiem. Stąd biorą się powszechne
dziś lekomanie. Lekarz, mogąc za pomocą tabletki osiągnąć to, co normalnie
wymaga bardzo dużej pracy nad sobą (wyrobienie właściwej postawy psychoterapeu-
tycznej) i stałego pogłębiania swej wiedzy psychopatologicznej (umiejętność
trafienia do źródła lęku), może łatwo rezygnować z wysiłku i zadowolić się
bezmyślnym redukowaniem lęku za pomocą leków. Wysiłek jego będzie koncentrował
się na wyborze najskuteczniej działającego leku, co też nie jest obecnie

152
zadaniem łatwym, gdyż leków tych są już setki, a nawet tysiące.

Profilaktyka
Zadania medycyny obejmują nie tylko leczenie, lecz też zapobieganie
chorobom. Profilaktyka staje się obecnie coraz ważniejszą częścią medycyny. Lęk
stanowi jedno z poważnych zagrożeń życia człowieka, zarówno indywidualnego, jak
i społecznego. Jego skutki odbijają się na zdrowiu fizycznym i psychicznym.
Lekarze, a zwłaszcza psychiatrzy, mają nawet zbyt często okazję obserwować
różnego rodzaju sytuacje lękotwórcze w obrębie rodziny, szkoły, miejsca pracy,
w warunkach społecznych i kulturalnych. Są przeważnie wobec nich bezsilni. Mają
bowiem mały wpływ na zmianę biegu tego świata, uświadamiają, ostrzegają, ale ich
wołania nie odnoszą na ogół większego skutku. Lęk we współczesnej cywilizacji
stał się zjawiskiem zbyt powszechnym i zbyt destruktywnym, by przejść obok niego
obojętnie. Lęk jest sygnałem zagrożenia, trzeba by dojść do istoty tego
zagrożenia i spróbować mu zaradzić, ale tu już sami lekarze nie pomogą.

153
WYBÓR PIŚMIENNICTWA

Lęk jest zagadnieniem szczegółowym, które przewija się w różnych


specjalnych dziedzinach psychiatrii, psychologii, socjologii itd. W tysiącach
publikacji, których tytuły są często tematycznie odległe, można znaleźć
w mniejszych lub większych fragmentach wzmianki, uwagi czy też szersze
wypowiedzi na temat lęku. Opracowanie pełnej bibliografii lęku, które zresztą
może być pożytecznym zadaniem bibliografów, wykraczałoby poza potrzeby tej
książki. Piśmiennictwo jest więc tutaj podane w niewielkim wyborze, przy czym
zostały uwzględnione przeważnie prace nowsze, w których nieraz autorzy powołują
się na publikacje wcześniejsze. Wybór ten zawiera pozycje autorów wymienionych
w tekście książki.
1. Achelis T., Die Ekstase in ihrer kulturellen Bedeutung, von Johannes Rade,
Berlin 1902.
2. Allport G., Postman L. The psychology of rumor. Henry Holt, New York 1947.
3. Altschule M. D., Roots of modern psychiatry. Grune & Stratton Inc., New York,
London 1965.
4. Anxiety. Red. P. H. Hoch, J.Zubin, Grune & Stratton, New York 1950.
5. Anxiety and behavior. Red. Charles D. Spielberger, New York 1966.
6. Arbaugh G.E., Arbaugh G.B., Kierkegaards authorship, George Allen & Unwin
Ltd., London 1968.
7. Aspects of anxiety. Przedni., C. H. Hardin Branch. Philadelphia 1965.
8. Auersperg A. P.. Vom Werden der Angst. Nervenarzt, 1958, 5, 193.
9. Basowitz H., Persky H.. Korchin S., Grinker R., Anxiety and stress, McGraw
Hill, New York 1955.
10. Battegay R.. Angst und Sein, Hippokrates, Stuttgart 1970.
11. Beier E., The effect of induced anxiety on flexibility of intelectual fun-
ctioning. Psychol. Monogr., 1951, 65. 9.
12. Beigier J. S., Anxiety as an aidin the prognostication of impending death.
Arch. Neurol. Psychiat, 1957, 77, 171.
13. Benedetti G., Die Angst in psychiatrischer Sicht, w: Die Angst. Studien aus
dem C. G. Jung-lnstitut, Rascher, Zurich, Stuttgart 1959, 10, 147.
14. Benz E., Die Angst in der Religion, w: Die Angst. Studien aus dem C: G.
Jung-lnstitut. Rascher, Zurich, Stuttgart 1959, 10, 189.
15. Berg C, The fundamental nature of anxiety. Brit. J. Med. Psychol.. 1951, 24,
232.
16. Bitter W., Die Angstneurose, Huber, Bern, Stuttgard 1957. 321
17. Bitterman M., Kniffin C. Manifest anxiety and perceptual defense, J.Abnorm.
Soc. Psychol., 1953, 48, 248.
18. Bollinger O. Uber plotzlichen Tod aus Angst bei einem Cefangenen. Munch.med.
Wschr. 1888, 35, 331.
19. Boss M., Lebensangst. Schuldgefiihle und psychotherapeutische Befreiung,
Hans Huber, Bern. Stuttgart 1962.
20. Bond D., The common psychological defences to stressful situations and the
patterns of breakdown when they fail, Symposium on stress, Washington, National
Research Council and Walter Reed Army Medical Center, 1953, s. 142.
21. Boutonnier J., L'Angoisse. Presse Univ. de France, Paris 1945.
22. Boven W., L'anxiete. Ann. med. Psychol., 1935. 93, 153.
23. Braun L, Herz und Angst. Eine arztliche psychologische Studie. Deuticke,
Wien 1932.
24. Bromberg W.. Schilder P., Death and dying, Psychoanal. Rev., 1933, 20, 133.
25. Brown