Vous êtes sur la page 1sur 340

PLATON

PAŃSTWO

Rządzącym w Polsce dedykuje


Wydawca
PLATON

PAŃSTWO

Przełożył, wstępem
i komentarzami opatrzył:
WŁADYSŁAW WITWICKI

Kęty 2003
Wydawnictwo ANTYK
TYTUŁ ORYGINAŁU

Wydanie na podstawie: Platon, Państwo, Prawa,


Wydawnictwo ANTYK, Kęty 2001

Przełożył, wstępem i komentarzami opatrzył: Władysław Witwicki


Skład i łamanie tekstu: Agnieszka Furtak, Jacek Furtak
Korekta: Renata Sulawa, Maria Mydlarz
Redakcja: Marek Derewiecki
Druk i oprawa: Cieszyńska Drukarnia Wydawnicza
ul. Pokoju 1
43-400 Cieszyn

ISBN 83-88524-80-1

1050058708

Wydawnictwo A N T Y K - Marek Derewiecki


ul. Szkotnia 29a, 32-650 Kęty
Tel./fax (033) 8454149, 0603931607
E-mail: wydawnictwo@antyk.kety.pl
www.antyk.kety.prv.pl
Dystrybucja: Firma Dystrybucyjna ANTYK, tel. (033) 8561584, 0502637305
WSTĘP OD TŁUMACZA

Platon nie był systematykiem ani człowiekiem zrównoważonym i spokoj­


nym. Treści jego pism n i e p o d o b n a związać w układ wolny od sprzeczno­
ści, porządny, z a m k n i ę t y . W poszczególnych dialogach nie zawsze łatwo
znaleźć temat główny i położyć pod t y t u ł e m dopisek, który by mówił, o co
właściwie chodzi w danej rozmowie. W toku dialogów, jeśli zważać na styl,
na zabarwienie uczuciowe ustępów, na ich siłę sugestywną - nie zawsze ła­
two odgadnąć, po której stronie grają sympatie autora, który z dwóch prze­
ciwników wypowiada to, co autor sam uważa za słuszne, a który zajmuje
stanowisko autorowi obce i antypatyczne. Akcenty wiary i uczucia padają
często po obu stronach, które prowadzą w dialogu walkę. To wygląda na
ślad walk wewnętrznych w duszy samego autora. To tylko widać zawsze, że
t e n człowiek nie pisał nigdy na zimno, że jego myśli mają gorący, żywy
podkład uczuciowy, że go osobiście mocno obchodziło to, co pisał. Uczucie
ponosi go, psuje mu dyspozycję, powoduje dygresje i burzy proporcję w roz­
miarze ustępów.
Podobnie jest i w Politei, czyli w Państwie. To główne dzieło Platona po­
rusza bardzo wiele bardzo różnych zagadnień i robi to niekoniecznie po po­
rządku. Myśli biegną tu w miarę, jak się która nasunie - autor ma wolny
czas i nie chce się krępować w mówieniu. Wędruje sobie nie wyznaczony­
mi z góry ścieżkami, jak Ariosto, jak Byron, jak Słowacki w Beniowskim.
Jakby ktoś może i w ciągu wielu lat spisywał sobie myśli, które go niepoko­
iły, i pisał je nie dopiero wtedy, gdy były już gotowe i wyraźne, ale notował
je już w chwili, gdy się dopiero tworzyły i wyłaniały z mgły. Myśli czasem
chwieją się jeszcze i dopiero się precyzują. Dla czytelnika duża w tym po­
budka do własnego myślenia. Platon nie wykłada z katedry i bardzo rzadko
podaje gotowy zbiór twierdzeń, przeważnie myśli głośno i próbuje, wprowa­
dza czytelnika do swojego warsztatu pracy myślowej, pokazuje mu roboty
dopiero zaczęte i pracuje przy nim jawnie. To bardzo pociąga, zbliża i to
może działać lepiej niż systematyczny wykład.
A o co mu tutaj chodzi przede wszystkim? Chodzi mu przede wszystkim
o to, jaki powinien być człowiek lepszy, człowiek pierwszej klasy i jak po­
winien wyglądać porządny ustrój państwowy. Chodzi o to, co właściwie by­
łoby słuszne, sprawiedliwe, wskazane, czcigodne, dobre w postawie ducho­
wej człowieka i w ustroju państwa tak samo. I czy warto, czy nie warto być
takim, jak się należy, a więc: czy sprawiedliwość opłaca się jakoś, czy nie
opłaca się w ogóle.
6 Platon, Państwo

I tu p e w n a t r u d n o ś ć w czytaniu, a większa jeszcze w p r z e k ł a d a n i u pla­


tońskiego Państwa. Bo wyraz „sprawiedliwość" i „człowiek sprawiedliwy"
w językach nowoczesnych albo zaniknął, albo co najmniej zwęził swoje zna­
c z e n i e w porównaniu do tego, którym się posługiwał Platon. Dziś o nikim
się nie mówi, że jest człowiekiem sprawiedliwym, nikogo się tymi wyrazami
nie chwali ani nie gani, chyba że chodzi o sędziego w sprawach karnych lub
cywilnych, o r e c e n z e n t a , o krytykę, o miarę lub wagę, o pomiar, o o c e n ę .
Kto niczego nie ocenia, ten nie ma żadnego pola do tego, żeby się okazać
sprawiedliwym lub niesprawiedliwym.
Starożytny „człowiek sprawiedliwy" to tyle, co dzisiejszy człowiek „ p o ­
r z ą d n y " , przyzwoity, jak się należy, jak być p o w i n i e n , d o b r y c h a r a k t e r ,
„człowiek wzorowy". „Sprawiedliwość" wyjdzie na tyle co: „stan popraw­
ny", należyty, porządek, ład wewnętrzny.
T r z e b a o tym p a m i ę t a ć , ile razy spotykamy w tekście „sprawiedliwość"
i „człowieka sprawiedliwego".
Od czasu śmierci Sokratesa zagadnienie sprawiedliwości i niesprawiedli­
wości musiało Platona nurtować. Przecież w tym było coś rozdzierającego,
że właśnie ten człowiek - taki dobry, cichy, czysty, opanowany i rozumny,
wolny od wszelkiej chciwości, żądzy wpływów i o d z n a c z e ń , człowiek na­
p r a w d ę sprawiedliwy, wzorowy - musiał zginąć w więzieniu z wyroku sądu
p a ń s t w o w e g o , z p i ę t n e m człowieka niesprawiedliwego na wysokim czole.
Sprawiedliwymi czuli się ci, którzy go skazali. Tak wyglądał „akt sprawie­
dliwości" w roku 399.
Stąd zrozumiały b u n t w duszy młodego Platona i potrzeba przemyślenia
do gruntu zagadnienia sprawiedliwości i niesprawiedliwości. Skoro dziś naj­
lepsza j e d n o s t k a p a ń s t w a musi ginąć z wyroku państwa, to jakże to jest?
Kto tu właściwie jest niesprawiedliwy? Sokrates czy państwo? Rzecz jasna
i niewątpliwa, że o b e c n e p a ń s t w o . Ustrój demokratyczny, który na czele
stawia j e d n o s t k i i grupy „ n i e u r o d z o n e " i nie p r z y g o t o w a n e do rządzenia.
Tak się Platonowi wydawało.
Ci l u d z i e powinni p a t r z e ć każdy swego k o p y t a , a nie bawić się w sę­
dziów, wodzów i rządców państwa. Dopiero to byłaby sprawiedliwość. To
b y ł b y stan należyty. I równowaga, i spokój. P o d o b n i e jak p o s z c z e g ó l n y
c z ł o w i e k jest sprawiedliwy, jest jak się należy w t e d y d o p i e r o , gdy każda
z trzech części jego duszy robi swoje. A więc, gdy rozum rządzi i decyduje,
t e m p e r a m e n t rozumowi pomaga, a pożądania słuchają rozumu. P o m i ę d z y
duszą ludzką a p a ń s t w e m P l a t o n widzi i s t o t n e p o d o b i e ń s t w o w b u d o w i e
i w warunkach zdrowia i szczęścia jednego i drugiego z nich obojga.
Platon już z arystokratycznego domu wyniósł pogardę dla typu ateńskie­
go demokraty, którego znamy choćby z komedii Arystofanesa. Tragedia mi­
strza m u s i a ł a z a o s t r z y ć skrajnie j e g o p o g a r d ę i n i e c h ę ć do i s t n i e j ą c e g o
ustroju i do panującego typu psychicznego. Właśnie tu, w tekście Politei,
P l a t o n rozgląda się w różnych formach ustrojów i próbuje pokazać, jak to
różne typy ustroju państwa mają swoje odpowiedniki w różnych typach cha-
Wstęp od tłumacza 7

rakterów ludzkich. Próbuje w myśli stworzyć państwo idealne i określić


idealny typ duszy ludzkiej, który by takie państwo potrafił założyć i utrzy­
mać. Wielka ucieczka od bolesnej, obrzydłej rzeczywistości w świat marzeń.
A jeżeliby państwo miało być jak się należy, to jak i czego by należało
uczyć młodzież i jak ją chować? Młodzież uczyła się w Grecji na tradycją
przekazanych dziełach poetów. Więc wypadało się rozprawić z poezją i za­
pytać, czy w poezji ojczystej wszystko jest mądre i piękne, i dobre, czy nie
wszystko. Nie tylko z tego powodu. Przecież Platon sam był poetą, ale od
Sokratesa przejął poczucie odpowiedzialności za prawdę mówionych słów.
Aby się na włos nie mijać z prawdą.
Platon nadzwyczajnie zawsze skupiał uwagę na słowdch i wyławiał ich
najgłębiej ukryte barwy i znaczenia. Wcale nie tak, jak to robi ktoś, kto je
tylko śpiewa, słucha ich powierzchownie albo je odmawia i powtarza, nie
sięgając w głąb. Mieszkało w nim przynajmniej dwóch ludzi. J e d e n lubił
się upajać słowami i wyglądem tego, co mu się w szacie słów zjawiało, a ko­
chał język tak, jak można kochać i n s t r u m e n t muzyczny. Umiał pisać tak,
jakby grał. A z tą nieodpartą skłonnością poetycką walczył w nim samym
człowiek s u m i e n n i e i ostrożnie poszukujący prawdy; unikający jak ognia
pięknej złudy, aby tylko wiernie opisać rzeczywistość. Typ badacza. Tych
obu ludzi dopuścił Platon w Politei do głosu. Jego łamanie się tutaj z wpły­
wem poezji na dusze ludzkie - to łamanie się z samym sobą. Od tego się
dialog zaczyna i na tym się kończy.
P o d o b n i e jak walka trzeźwych, bezwstydnych poglądów na egoistyczne
pobudki rządzenia w państwach z poglądami na psychologiczne tło rządów,
które byłyby idealne - to jest też wewnętrzna walka samego Platona - rozło­
żona na głosy uczestników dialogu. Ale to nie jedyny motyw w tej pracy.
Platon widział, jak się ząb czasu nie chwyta wielkich dzieł duszy ludzkiej,
w y k o n a n y c h w k a m i e n i u lub o d n o t o w a n y c h na p a p i r u s a c h i w r a ż o n y c h
w żywe dusze ludzkie. Musiał mieć to poczucie, że i jego myśli n i e p r ę d k o
zgasną, że j a k o ś b ę d z i e żył i działał t a k ż e i po śmierci, a m o ż e się i cały
odrodzi w jakimś nowym późniejszym człowieku. Znalazła się więc w treści
rozmowy i sprawa życia zagrobowego. Ona stanowi nawet r a m ę dialogu -
jego wstęp i jego zakończenie. Musiała być dla autora osobliwie ważna.
Platon kochał się w konkretnych widowiskach zmysłowych i znał się na
rysunku perspektywicznym, łudzącym, a wiedział, że obraz żaden nigdy nie
oddaje rzeczywistości samej, tylko odtwarza chwilowy i znikomy wygląd ja­
kiejś j e d n e j strony rzeczywistego przedmiotu. Rzeczywiste przedmioty to
nie są ich widoki zmysłowe. Rzeczywiste p r z e d m i o t y kryją się d o p i e r o
poza nazwami ogólnymi. I najściślej je ujmujemy w myśleniu nieobrazo-
wym. I ten pogląd musiał tu Platon rozwinąć, mówiąc o kształceniu arysto­
kracji takiej, jaka by, jego zdaniem, być powinna. On sądzi, że to powinna
być elita intelektualna o najwyższym wykształceniu. Jego teoria poznania
wykwitła z walki wewnętrznej między malarzem, którym Platon był, i mate­
matykiem, którym chciał być.
8 Platon, Państwo

A jeżeli idzie o sprawy serca, to Platon nie reagował na uroki dziewcząt


i nie kochał żadnej kobiety. I to się też odbiło w jego myślach o tym, jak
urządzić w przyszłym s p o ł e c z e ń s t w i e stosunki k o b i e t i m ę ż c z y z n . Myśli
oschłe i pedantyczne. Homoseksualista w roli organizatora małżeństw i ro­
mansów. Interesowali go zawsze chłopcy najzdolniejsi i ludzie najbardziej
wybitni a dobrze wychowani. We wszystkch innych widział tylko żywy ma­
teriał, z którego przy pomocy żelaznej ręki można i należy formować po­
rządny dom lub porządne państwo; nie pytając ich o to, czy tego chcą, czy
nie i czy im w tym dobrze, czy źle.
Instytucje - uważał - nie są dla przyjemności wszystkich jednostek. Jed­
n o s t k i l u d z k i e są dla i n s t y t u c j i . C h o d z i o p o r z ą d n e i n s t y t u c j e , a n i e
o szczęście każdej j e d n o s t k i z osobna. Stąd jego państwo idealne przypo­
mina jakiś wielki klasztor, kryminał, obóz koncentracyjny albo państwo to-
t a l i s t y c z n e . Stąd p r o j e k t y surowej, ścisłej cenzury, stosowania k ł a m s t w a
w polityce i przymusów bezwzględnych nawet w życiu najbardziej prywat­
nym, choćby się w tych więzach miały dławić jednostki.
Pomiędzy te sprawy wplótł Platon refleksje o formie i treści prozy wzoro­
wej, o egoizmie, o gimnastyce i o szanowaniu zdrowia, o próbowaniu cha­
r a k t e r ó w i o kwalifikacjach sędziów i lekarzy, o kształceniu i g i m n a s t y c e
d z i e w c z ą t , o p r z y s p o s o b i e n i u wojskowym k o b i e t i dzieci, o p e n s j a c h za
udział w rządzie, o p r a w d z i e i o fałszu, o p r z e z n a c z e n i u i o wolnej woli,
o władzach duszy ludzkiej i o równowadze w e w n ę t r z n e j , o zaletach ludz­
kich, o braku równowagi i o bardzo wielu innych sprawach. To jest książka
0 treści niezmiernie bogatej. Mieni się w oczach i treścią, i formą.
Bo ma raz postać s c e n i c z n e g o skeczu z jaskrawą charakterystyką osób
występujących na scenie, raz ma wygląd gawędy, raz proroczej wizji. Raz
dialog płynie jak pieśń, a na i n n y m miejscu jest siekany jak rozmowa na
scenie w komedii. Uczestnicy dialogu raz się przeciwstawiają Sokratesowi
poważnie i z sensem, a w innych miejscach przytakują tylko niepotrzebnie,
aby jakoś z pomocą tych łatek przerobić długi monolog Sokratesa na pozor­
ny dialog. I nastrój raz j e s t w rozmowie pogodny, raz ponury, to z n o w u
podniosły, często humorystyczny; jest tam ironia i są kpiny, skargi i marze­
nia, tęsknoty i sny, ataki, walki, dowcipy, maskowanie się i otwieranie serca,
1 m ó w i e n i e rzeczy z dna duszy dobytych w postaci żartów, jakby nigdy nic,
i u d a w a n i e Pytii dla żartu, i m ó w i e n i e rzeczy z pozoru o p a c z n y c h , nad
którymi tylko pomyśleć trzeba, a zaczynają świecić. Platon się przeważnie
bawi, pisząc. Uśmiecha się. O tym nigdy nie należy zapominać czytając.

U C Z E S T N I C Y ROZMOWY

Najwięcej mówią z Sokratesem dwaj młodzi ludzie: Glaukon i Adejmantos,


s y n o w i e Aristona. To r o d z e n i bracia P l a t o n a . O d z n a c z y l i się w bitwie pod
M e g a r ą . O b a j w y k s z t a ł c e n i i przyjaźnią się z S o k r a t e s e m . I n t e l i g e n t n i e
Wstęp od tłumacza 9

pobudzają go, ż e b y głośno myślał, i dostają od n i e g o w y m o w n e p o c h w a ł y .


Żywszy t e m p e r a m e n t objawia m o ż e G l a u k o n . C z y t a m y w dialogu, że j e s t
muzykalny i kochliwy, jesteśmy świadkami jego wymowy. Towarzyszył Sokra­
tesowi w przechadzce do Pireusu i razem z nim odwiedza dom Polemarcha.
O P o l e m a r c h u czytaliśmy już w Fajdrosie. Wiemy, że to r o d z o n y brat
mówcy Lizjasza, a syn staruszka Kefalosa. Ale twarzy jego i postaci nie wi­
dzimy w ż a d n y m s p o s o b i e . Kefalos j e s z c z e za czasów P e r y k l e s a , o k o ł o
r. 440, przeniósł się był z Syrakuz do Pireusu, powodziło mu się dobrze, sy­
nów wyprowadził na łudzi, do pieniędzy się nie przywiązywał, dobre towa­
rzystwo cenił, bywał u najwybitniejszych ludzi współczesnych i z a p e w n e oni
u niego. C z ł o w i e k inteligentny, lepszy, choć nie filozof. Widać i na nim
wpływ oświecenia i krytycyzmu w s p ó ł c z e s n e g o , chociaż i on siłą nawyku
tkwi w d a w n y c h w i e r z e n i a c h i obyczajach religijnych. N i e c h c e lub nie
u m i e bawić się w m y ś l e n i e s a m o d z i e l n e , d y s p u t y zostawia m ł o d s z y m , ale
im nie przeszkadza i nie narzuca młodym swojego stanowiska.
Wydaje się P l a t o n o w i bliski i s y m p a t y c z n y , c h o ć n i e c o p r o s t o d u s z n y .
Staruszek p r z e c z u w a jakoś, że szczęście d o c z e s n e i p o ś m i e r t n e m u s i iść
w parze z dobrym charakterem człowieka. Zna wartości wyższe niż groma­
dzenie majątku. P l a t o n w t e k ś c i e dialogu usiłuje rozwinąć i uzasadnić to
właśnie, co poczciwy Kefalos, zgodnie z tradycją, przeczuwa - w postaci mi­
tycznej. Staruszek trochę się wstydzi, że mity o życiu zagrobowym bierze
serio w obecności wolnomyślnej młodzieży. Platon sam skończy dialog wła­
snym m i t e m o życiu zagrobowym, kiedy się ostro i wolnomyślnie rozprawi
z tradycyjnymi mitami w księdze drugiej i trzeciej. Rozmowa z Kefalosem
jest uwerturą dialogu i zawiera motyw przewodni całego dzieła.
Ostro atakuje Sokratesa sofista Trazymachos z C h a l k e d o n u . Czytaliśmy
i o nim w Fajdrosie. Jego podręcznik sztuki retorycznej zaginął. W naszym
dialogu dał mu Platon rysy zabawne, jaskrawe, ale kazał mu mówić rzeczy
zgoła nie tak o p a c z n e i n i e m ą d r e , jak się czytającemu może wydawać na
pierwszy rzut oka. Trazymach, p o d o b n i e jak Kalikles w Gorgiaszu, wypo­
wiada się zbyt przekonywająco jak na to, żeby wszystko, co z jego ust usły­
szymy, chciał Platon podawać na śmiech.

CZAS ROZMOWY

N i e p o d o b n a wskazać daty ani roku, w którym ma się odbywać nasza roz­


mowa. K o m e n t a r z e odsyłają nas p o m i ę d z y rok 451 a 408 przed Chr. Ko­
mentarz Apelta z r. 1916 uważa ostatnią datę za najbliższą prawdy. J o w e t t
i C a m b e l l podają 411 przed Chr. Apelt słusznie zwraca u w a g ę na to, że
nasz dialog nie ma być protokołem z rozmowy rzeczywistej i nie ma powo­
du trudzić się nad wyznaczeniem czasu rozmowy zmyślonej.
Tym bardziej, że rozmowa tej długości jest w ogóle n i e p r a w d o p o d o b n a .
I to rozmowa z j e d n e j nocy. To miała być noc po święcie trackiej bogini
10 Platon, Państwo

Bendis. W którym roku wprowadzono do Pireusu kult tej bogini, nie wia­
d o m o . Jej święto, Bendideje, obchodzono szóstego lub siódmego czerwca.
Więc jakaś pogodna noc letnia.
W i e m y z Charmidesa, z jakim u ś m i e c h e m mówi tam P l a t o n o „ t r a c k i c h "
m o d l i t e w k a c h i zaklęciach. „ T r a c k i " znaczy w jego języku: dziwaczny, nie­
zwyczajny, niezrozumiały, dziwny, śmieszny, a kryjący w sobie siłę n i e p o ­
spolitą. C o ś ś w i ę t e g o , ale n i e w e d ł u g obyczaju ojców. Skarga M e l e t o s a
i towarzyszów zarzucała Sokratesowi, że wprowadza „ i n n e bóstwa - n o w e " .
M ó g ł o n i e j p a m i ę t a ć P l a t o n , k i e d y swoje myśli o i d e a l n y m c z ł o w i e k u
i o państwie idealnym kazał swojemu Sokratesowi rozwijać w tę właśnie noc,
k i e d y to A t e ń c z y c y sami w p r o w a d z i l i do P i r e u s u „ i n n e b ó s t w o - n o w e " -
tracką Bendis.
Ale posłuchajmy, jak zaczyna swoje o p o w i a d a n i e o n i e d a w n y c h odwie­
d z i n a c h w P i r e u s i e t e n , co to miał nie u z n a w a ć bogów, których p a ń s t w o
uznaje.

# # # # #

Opracowując niniejszy przekład opierałem się na tekście greckim w wy­


daniu B. Jowetta 1 .
Do porównania służył mi tekst grecki i komentarz J. Adama 2 .
N i e k t ó r e dane rzeczowe, potrzebne do objaśnień, zaczerpnąłem z komen­
tarza Apelta 3 .
W ł a s n e objaśnienia n a t u r y p s y c h o l o g i c z n e j , filozoficznej i e s t e t y c z n e j
oparte są przede wszystkim na treści i formie tekstu greckiego, oddanej tu,
ile możności, w przekładzie polskim.

1
Platos Republic, E d i t e d with n o t e s and essays by t h e late B. J o w e t t . M. A. ... and C a m p b e l l
M. A. L L . D. in three volumes. Oxford. At the Clarendon Press. 1894.
2
The Republic of Plato, e d i t e d with critical notes, c o m m e n t a r y and a p p e n d i c e s by J a m e s Adam.
M. A. V o l u m e I, Books I-V, V o l u m e II, Books VI-X and I n d e x e s . C a m b r i d g e : At t h e University
Press. 1902.
3
Platons S t a a t . In vicrter Auflage, neu u b e r s e t z t und erlautert sowie mit g r i e c h i s c h - d e u t s c h e m
u n d d e u t s c h - g r i e c h i s c h e m W 6 r t e r v e r z e i c h n i s v e r s e h e n von O t t o Apelt. D e r P h i l o s o p h i s c h e n
Bibliothek Band 80, Felix M e i n e r , Leipzig 1916.
PAŃSTWO
Osoby dialogu:

SOKRATES ADEJMANTOS
GLAUKON KEFALOS
POLEMARCH KLEJTOFON
TRAZYMACH
KSIĘGA PIERWSZA

Sokrates. C h o d z i ł e m wczoraj na dół, do Pireusu, z G l a u k o n e m , s y n e m 327


Aristona, żeby się pomodlić do bogini, a równocześnie c h c i a ł e m zobaczyć
uroczystość - jak ją będą urządzali, bo ją teraz po raz pierwszy obchodzą.
Więc wydała mi się ładna i procesja miejscowa, ale n i e m n i e j przyzwoicie
wyglądała i ta, którą Trakowie przysłali. Otóż pomodliliśmy się i napatrzyli,
i wracali do miasta. A tu nas zobaczył z d a l e k a P o l e m a r c h , syn Kefalosa, B
że się ku d o m o w i mamy, więc kazał c h ł o p a k o w i , ż e b y p o b i e g ł i p o p r o s i ł
nas, a b y ś m y n a n i e g o p o c z e k a l i . O t ó ż m n i e z t y ł u c h ł o p a k c h w y t a z a
płaszcz i powiada: „ P o l e m a r c h prosi was, żebyście zaczekali". Ja się obróci­
łem i z a p y t a ł e m , gdzie by on był. „ O t o on - p o w i a d a - z tyłu n a d c h o d z i ,
więc poczekajcie".
- N o , więc poczekajmy - mówi Glaukon.
I niedługo p o t e m nadszedł Polemarch i Adejmantos, brat Glaukona, i N i - C
keratos, syn Nikiasza, i innych kilku - widocznie od procesji.
Otóż Polemarch powiada: - Sokratesie, zdaje mi się, że się macie ku mia­
stu; niby chcecie wracać.
- Nieźle się domyślasz - powiedziałem.
- A ty widzisz - powiada - ilu nas jest?
- Jakżeby nie?
- N o , to musicie - powiada - albo tych tutaj pokonać, albo zostaniecie na
miejscu.
- N o o - mówię - jeszcze jedna możliwość zostaje; może my was przeko­
namy, że trzeba nas puścić do domu.
- A czyżbyście potrafili przekonać takich, co nie słuchają?
- Żadną miarą - mówi Glaukon.
- Więc, że my nie będziemy słuchali, tego bądźcie pewni.
I Adejmant mówi: - To wy naprawdę nie wiecie, że pochodnie będą wie- 328
czorem, i to z koni, na cześć bogini?
- Z koni? - powiadam. - To j e d n a k nowa rzecz! P o c h o d n i e będą mieli
W ręku i będą je sobie z rąk do rąk podawali, ścigając się na koniach? Czy
jak mówisz?
- T a k jest - mówi P o l e m a r c h . - A do tego jeszcze urządzą n o c n e nabo­
żeństwo, które warto zobaczyć. W s t a n i e m y po kolacji i b ę d z i e m y oglądali
14 Platon, Państwo 328 A

tę uroczystość; s p o t k a m y tam wielu młodych ludzi i będą rozmowy.


B Zostańcie koniecznie; nie możecie zrobić inaczej!
Więc Glaukon powiada: - Zdaje się, że trzeba zostać.
Ja mówię: - Jeżeli się tak zdaje, to i trzeba tak zrobić.
II W i ę c p o s z l i ś m y do d o m u , do P o l e m a r c h a , i L i z j a s z a ś m y tam zastali,
i E u t y d e m a - to bracia Polemarcha; no i Trazymacha z Chalkedonu, i Char-
m a n t i d e s a z Pajanii, i Klejtofonta, syna Aristonima. A był w domu i ojciec
C Polemarcha, Kefalos. Wydał mi się bardzo stary. Bo ja go też i długi czas
nie widziałem. Siedział z w i e ń c e m na głowie w fotelu, z jakąś poduszką
pod głową. Właśnie był złożył ofiarę w podwórzu. Więc usiedliśmy sobie
koło niego. Bo tam jakieś krzesła stały naokoło 2 .
Kefalos, jak tylko m n i e zobaczył, zaraz m n i e s e r d e c z n i e pozdrowił, ale
powiada: - Sokratesie, nieczęsto się i u nas pokazujesz, tutaj na dole, w Pi-
reusie. A trzeba było przecież. Bo gdybym ja jeszcze miał dosyć sił, aby
bez trudności chodzić do miasta, to by nie było trzeba, żebyś ty tutaj przy-
D chodził; my byśmy bywali u ciebie. A tak, to trzeba, żebyś ty częściej tutaj
zachodził. Musisz wiedzieć, że u mnie, im bardziej więdną inne przyjem­
ności, cielesne, tym bardziej rosną pożądania i rozkosze związane z inteli­
gentną rozmową. Więc koniecznie to zrób i z tymi, młodymi bądź blisko,
i tu do nas zachodź jak do przyjaciół, jak do bardzo bliskich.
- No tak - p o w i a d a m - Kefalosie, ja b a r d z o lubię rozmawiać z l u d ź m i
E m o c n o starszymi. Mam wrażenie, że u nich się trzeba dowiadywać tak, jak
by oni p r z e d nami p e w n ą drogę przeszli, którą m o ż e i n a m p r z e c h o d z i ć

1
Z a c z y n a dialog uroczy szkic z natury. Sokrates gawędzi w sposób bardzo naturalny i prosty,
a p a m i ę t a z n a k o m i c i e szczegóły. Przytacza figlarne, p e ł n e serdeczności zaproszenie P o l e m a r c h a .
Z a p o w i e d z i a n y c h wyścigów z p o c h o d n i a m i nie zobaczymy wcale, za to uczestnicy rozmowy będą
sobie myśli o człowieku sprawiedliwym i o sprawiedliwości podawali z ust do ust w pierwszej
części dialogu; w drugiej S o k r a t e s urządzi n o c n e n a b o ż e ń s t w o . I z g o d n i e z treścią o s t a t n i e g o
zdania tego rozdziału Platon będzie czytelników zachęcał, żeby postępowanie dostosowali
do tego, co im się wyda słuszne w rozważaniach, choćby zrazu byli chcieli inaczej.
2
C h a r m a n t i d e s i Klejtofon to nieznani bliżej uczniowie Trazymacha. N i e biorą prawie udziału w
dialogu. Na gadatliwe s e r d e c z n e przywitanie Kefalosa Sokrates reaguje przyjaźnie. J e g o prosto­
ta wydaje się w e d l e dzisiejszych poczuć trochę twarda. N i e p r z y p o m i n a m y ludziom starym bli­
skiej śmierci, raczej p o d t r z y m u j e m y w nich złudzenie, że śmierć wcale się do nich nie zbliża. So­
k r a t e s otwarcie w s p o m i n a w o b e c Kefalosa o „ p r o g u starości" za 486 w i e r s z e m
XXIV księgi Iliady:
Wspomnij ojca własnego, do bogów podobny Achillu.
On już tak, jak i ja, dochodzi progu starości.
Oczywiście nie jest to próg, od którego się starość zaczyna, tylko próg, na którym się starość kończy.
Syn Kefalosa, Lizjasz, może mieć w chwili naszej rozmowy około pięćdziesiątki, bo urodził się
w 4 5 8 r. prz. Chr. Dla Kefalosa j e g o synowie są zawsze młodzi. Wątpliwe jest spostrzeżenie sta­
ruszka, dotyczące w z m o ż e n i a się jego dyspozycji i n t e l e k t u a l n y c h w związku z z a n i k i e m pożądań
i przyjemności „ c i e l e s n y c h " . N i e ma p o w o d u przypuszczać, że Kefalos udaje zgrzybiałego fi­
z y c z n i e , j e g o wycofanie się z dyskusji p o d p r e t e k s t e m o b o w i ą z k ó w r y t u a l n y c h mówi o t y m ,
że rozkosze związane z i n t e l i g e n t n ą rozmową straciły w j e g o oczach r ó w n i e w i e l e u r o k u j a k
i wszystkie inne. Z ł u d z e n i e sprawności i n t e l e k t u a l n e j można zachować z n a c z n i e d ł u ż e j niż złu­
d z e n i e sprawności fizycznej, kryteria są n i e tak u c h w y t n e , a m ł o d z i l u d z i e bywają cierpliwi
i uprzejmi, więc pozwalają starym tkwić w złudzeniach.
328 E Księga I 15

wypadnie, jaka też to ta droga jest: przykra i uciążliwa, czy łatwa i dobrze
się nią idzie. Więc tak i od ciebie c h ę t n i e bym się dowiadywał, jak ci się
co przedstawia, skoro już jesteś na tym p u n k c i e życia, jak to poeci mówią:
„ n a starości p r o g u " , czy to j e s t c i ę ż k i o k r e s , czy jak ty się w y p o w i e s z
0 tym, co u ciebie za sceną.
- O, na Zeusa - mówi - ja ci, Sokratesie, powiem, jak się to m n i e przynaj- III
mniej przedstawia. Bo myśmy się tu nieraz schodzili, kilku takich m n i e j 329
więcej rówieśników, aby się stało zadość staremu przysłowiu. Więc jak się
zejdziemy, to najwięcej nas jest takich, co to narzekają, tęsknią za uciecha­
mi młodości i przypominają sobie, jak to tam było z d z i e w c z ę t a m i i przy
kieliszku, i przy stole, i i n n e takie rzeczy koło tego, i d o p i e r o ż teraz źli;
jakby wielkie rzeczy potracili i jakby w t e d y żyli dobrze, a teraz to w ogóle B
nie było życie. Inni się jeszcze i na to skarżą, jak to w domu nieraz starymi
pomiatają - więc p o t e m chórem zaczynają lamentować na swoją starość, ile
to im ona nieszczęść przynosi. A mnie się wydaje, Sokratesie, że oni winu-
ją nie to, co winne. Bo gdyby tu leżała wina, to i ja bym tego samego do­
znawał s k u t k i e m starości, i wszyscy i n n i , k t ó r z y do t e g o w i e k u doszli.
A tymczasem, ja przynajmniej, już spotykałem innych też takich, którzy nie
tak się mieli na starość. Przecież i u Sofoklesa raz byłem, u tego poety, jak
go ktoś zapytał: „A jak tam u ciebie, Sofoklesie, ze służbą u Afrodyty? Po- C
trafisz jeszcze obcować z k o b i e t ą ? " A t e n powiada: „ N i e mówże głupstw,
c z ł o w i e c z e : ja z największą przyjemnością od tych rzeczy u c i e k ł e m , jak
bym się wyrwał spod władzy jakiegoś pana - wściekłego i dzikiego" 3 .
Ja już i w t e d y m i a ł e m wrażenie, że on to dobrze powiedział, a dziś też
nie jestem innego zdania. Zawsze przecież w starości zaczyna się mieć spo­
kój z tymi rzeczami i robi się człowiek wolny; kiedy żądze przestają szarpać
i opadają, to robi się całkiem tak, jak to u Sofoklesa: można się pozbyć pa­
nów bardzo wielu i to nieprzytomnych. Więc w tych rzeczach i jeśli chodzi D
o stusunki w d o m u też - to jedna jest rzecz decydująca, ale to nie jest sta­
rość, Sokratesie, tylko charakter człowieka. Jak się człowiek trafi porządny
1 łagodny, to i starość mu tylko w miarę dokucza. A jak nie, to i starość,
Sokratesie, takiemu nieznośna, i młodość.
Ja b y ł e m zachwycony tym, co on powiedział, i c h c i a ł e m , żeby j e s z c z e IV
mówił, więc go zacząłem pobudzać i powiedziałem:
3
Stare przysłowie greckie, które Kefalos przypomina, mówi, że „Rówieśnicy najlepiej się bawią;
staruszek lubi s t a r u s z k a " . Ci starsi p a n o w i e , z k t ó r y m i się Kefalos widuje, r e p r e z e n t u j ą p o ­
w s z e c h n e poglądy na szczęście i wartości życia. Oni uważają, że szczęście to p r z e d e wszystkim
jadło, napój, kobieta, spokój w d o m u i s z a c u n e k ze strony otoczenia. To szczęście kończy się
z reguły, k i e d y nadejdzie starość. Inaczej sądzi Kefalos. G o n i e n i e za t a m t y m i d o b r a m i niszczy
spokój człowieka i oddaje go w niewolę ślepych namiętności. Dopiero starość przynosi wyzwole­
nie i d o p u s z c z a i n t e l e k t do głosu. O szczęściu człowieka d e c y d u j e nie wiek, tylko charakter.
Człowiek porządny, o p a n o w a n y jest szczęśliwy, człowiek rozbity w e w n ę t r z n i e , o d d a n y w niewolę
niskich żądz jest nieszczęśliwy bez względu na to czy jest młody, czy stary. Te myśli rozwinie
Platon w dialogu; w tej chwili podaje to Kefalos jako owoc swego własnego doświadczenia życio­
wego. C y t o w a n e z d a n i e Sofoklesa każe się domyślać, że p o e t a wiele k i e d y ś cierpiał pod tyranią
Erosa, dlatego n i e m o c płciowa wydaje mu się tak urocza.
16 Platon, Państwo 329 E

E - Kefalosie, mam wrażenie, że wielu by się z tobą nie zgodziło, kiedy tak
mówisz, tylko by uważali, że ty starość łatwo znosisz nie dzięki swojemu
charakterowi, ale dlatego, że masz duży majątek. Powiadają, że b o g a t e m u
zawsze lżej pod niejednym względem.
- Masz rację - powiada. - Nie zgadzają się. I mówią coś tam, choć nie to,
co myślą, tylko tyle, że Temistokles dobrze raz powiedział, kiedy mu jakiś
330 ktoś z Seryfu z przekąsem mówił, że sławę zawdzięcza nie sobie s a m e m u ,
tylko miastu, ten powiada, że ani on sam by sławy nie był zyskał, gdyby był
Seryfijczykiem, ani t a m t e n , gdyby p o c h o d z i ł z Aten. Więc k i e d y m o w a
0 ludziach n i e b o g a t y c h , którzy c i ę ż k o znoszą starość, to wychodzi na to
samo, co w tym powiedzeniu, że ani człowiek przyzwoity w nędzy zbyt ła­
two nie będzie mógł starości znosić, ani też nieprzyzwoity, jeżeli się tylko
wzbogaci, nie będzie jej miał zaraz lekkiej 4 .
A ja powiadam: - Kefalosie, w porównaniu do tego, co masz, toś odziedzi­
czył coś więcej, czyś się dopiero dorobił?
B - A czegom się dorobił? - powiada - Sokratesie! Ja mam majątek taki po­
średni pomiędzy majątkiem dziadka i ojca. Bo mój dziadek - on się tak na­
zywał jak i ja - odziedziczył m n i e j więcej taki sam majątek, jak ja m a m ,
1 pomnożył go wiele razy, a moj ojciec, Lizaniasz, zrobił go jeszcze m n i e j ­
szym, niż on dziś jest. Ja j e s t e m k o n t e n t , jeżeli tym c h ł o p c o m zostawię
majątek nie mniejszy, tylko o jakąś tam odrobinę większy, niż dostałem.
- A wiesz, dlaczegom się o to pytał? - powiadam. - To dlatego, żeś mi nie
C wyglądał na bardzo przywiązanego do pieniędzy. Po większej części jest
tak u ludzi, którzy się ich sami nie dorabiali. A ci, co się ich dorobili, ko­
chają p i e n i ą d z e dwa razy tak m o c n o jak i n n i . J a k p o e c i kochają swoje
utwory, jak ojcowie dzieci, tak i ci, co się dorobili, wielką wagę przywiązują
do pieniędzy, bo to ich własna robota, a jeżeli chodzi o korzystanie z nich,
to tak samo jak inni. Przykro z nimi obcować, bo niczego nie chcą chwalić,
tylko pieniądze.
- Prawdę mówisz - powiada.
V - T a k j e s t - m ó w i ę . - A t y l k o mi j e s z c z e t e n d r o b i a z g p o w i e d z . Jak

4
C z e m u Kefalos ma takie p i ę k n e poglądy? „ B o to nie jest d o r o b k i e w i c z " - p o w i a d a P l a t o n .
Widać, z jaką pogardą patrzył na ludzi o d d a n y c h robieniu p i e n i ę d z y i za jaką p r z e s z k o d ę na dro­
d z e rozwoju d u c h o w e g o uważał chciwość. C h o ć sam nie gardził majątkiem i p e w i e n d o s t a t e k
uważał za p o t r z e b n y do szczęścia. Więc najlepiej: d o s t a t e k odziedziczony. Widać, jak niewiele
j e d n o s t e k u m i a ł otaczać szczerym s z a c u n k i e m i sympatią, a szerokie koła chciwych obywateli,
pomnażających tylko majątek własny i przez to publiczny, były mu n i e z n o ś n e . Arystokrata, inte­
l e k t u a l i s t a . I osobliwy r e f o r m a t o r społeczny. Osobliwy, bo nie c e n i ł d ó b r m a t e r i a l n y c h tak,
jak je cenią ci, k t ó r y m p r ó b o w a ł życie s p o ł e c z n e urządzać. Reformatorzy na ogół dbają o to,
żeby jak najwięcej ich z w o l e n n i k ó w było nakarmionych i napojonych, i pocieszonych, i żeby po­
siedli z i e m i ę . Bo tego najwięcej ludzi pragnie i przed reformą. Platon gardzi tymi p r a g n i e n i a m i .
Zobaczymy, co z tego wyniknie dla reform. .
330 D Księga I 17

mvślisz, j a k i e n a j w i ę k s z e d o b r o w y n i o s ł e ś stąd, że p o s i a d a s z w i e l k i D
majątek? 5
- T a k i e - powiada - że m o ż e mało k t o mi uwierzy, k i e d y b ę d ę o nim
mówił. Bo m u s i s z w i e d z i e ć , S o k r a t e s i e , że jak c z ł o w i e k a zaczynają na­
chodzić myśli o śmierci, wtedy się w serce zaczyna wkradać obawa i troska
o rzeczy, o które się człowiek przedtem nie troszczył i nie obawiał. Z jed­
nej strony te bajki - jak się to mówi - o tym, co się dzieje w H a d e s i e ,

5
Majątek, powiada Kefalos, najwięcej się przydaje w starości do tego, żeby móc naprawić wyrzą­
dzone krzywdy i regulować zobowiązanie n i e d o t r z y m a n e , aby u n i k n ą ć kary wiecznej w H a d e s i e .
A więc pieniądze mają tylko wartość pośrednią. Stanowią środek do zachowania sprawiedliwości.
Sprawiedliwość zdaje się mieć też dla Kefalosa tylko wartość pośrednią. O n a służy do uniknięcia
mitycznych mąk pośmiertnych.
Ale wiara w mity nie jest niezachwiana. N a w e t sam Kefalos śmiał się d o t ą d z o p o w i a d a ń
o Iksjonie, o T a n t a l u , o D a n a i d a c h albo o Syzyfie. D o p i e r o bliska śmierć przydaje n i e c o wiary­
godności tym g a d k o m . Kefalos nie wie, czy j e g o n i e p o k o j e o żywot zagrobowy są u niego obja­
w e m z n i e d o ł ę ż n i e n i a - tak z a p e w n e myślą młodzi intelektualiści obok, czy objawem p e w n e g o
jasnowidzenia - tej myśli wydaje się bliższy sam. W k a ż d y m razie to poczucie, że nie ma krzyw­
dy ludzkiej na s u m i e n i u , daje mu spokój wewnętrzny i roznieca w nim niejaką nadzieję na szczę­
ście po śmierci.
W tym miejscu pada pierwszy przytyk pod a d r e s e m poetów. Kefalos chwali i cytuje Pindara,
a równocześnie dziwi się, że z d a n i e wyjęte z p o e t y ma aż taki dobry sens. W i d o c z n i e nawykł
do tego, że poeci piszą pięknie, ale raczej od rzeczy. Tę myśl Platon też rozwinie szeroko.
S p o t y k a m y tutaj u Kefalosa p o j ę c i e n a m raczej o b c e . On mówi o w i n i e n i e ś w i a d o m e j ,
o wyrządzaniu krzywd mimo woli, które też ma czynić ujmę sprawiedliwości człowieka. My dziś
wiemy, że do zbrodni potrzeba złego zamiaru i nie jest kłamcą ten, kto kogoś m i m o woli w błąd
wprowadził, ani krzywdzicielem ten, kto czyjeś prawo złamał m i m o woli. Dla nas i E d y p nie jest
winien zbrodni ojcobójstwa ani kazirodztwa, bo nie chciał ani j e d n e g o , ani drugiego, i mógł był
sobie śmiało z tego powodu oczu nie wybierać. Grecy byli nawykli do pojęcia grzechu n i e z a m i e ­
rzonego, a n a w e t g r z e c h u , który można dziedziczyć po rodzicach, jak nasz grzech pierworodny.
Tak i Kefalos tutaj mówi o m i m o w o l n y m oszukiwaniu, zamiast o m i m o w o l n y m narażaniu kogoś
na straty, za co się w H a d e s i e nie powinno ponosić kary, gdyby tam panowała sprawiedliwość bar­
dziej nowoczesna. C h ę ć wynagrodzenia szkód wyrządzonych, także m i m o woli, dobrze świadczy
o postawie moralnej Kefalosa.
Kiedy sprawiedliwość okazuje się tak doniosłą wartością w życiu, że bez niej po prostu strach
żyć m y ś l ą c e m u , d o b r e m u człowiekowi, Sokrates musi k o n i e c z n i e wiedzieć, co to fest sprawiedli­
wość, jak ją określić, na czym ona właściwie polega, a czym ona nie jest. Po co mu to? Aby jasno
myśleć i przy okazji nie m i e ć wątpliwości, czy p e w i e n c z y n jest, czy nie j e s t sprawiedliwy.
Sokrates bierze naprzód pod uwagę o k r e ś l e n i e sprawiedliwości, którym się posługiwał Kefalos,
nie w i e d z ą c n a w e t o t y m , że to robi, i to o k r e ś l e n i e o k a z u j e się za o b s z e r n e . O n o by t a k
brzmiało: „Sprawiedliwy jest ten i tylko t e n człowiek, który zawsze mówi prawdę i zawsze oddaje
cudzą rzecz jej właścicielowi". Sokrates z u p e ł n i e słusznie d o m a g a się w t y m określeniu u s u n i ę ­
cia słowa „ z a w s z e " w o b u miejscach, ze względu na ludzi obłąkanych i n i e o d p o w i e d z i a l n y c h .
Nie wszyscy, uważa, mają prawo do prawdy z naszych ust i nie wszyscy mają prawo do o d e b r a n i a
ż p o w r o t e m tego, cośmy od nich otrzymali, tylko niektórzy. Na prawdę z naszych ust i na zwrot
własności trzeba dopiero w p e w i e n sposób zasługiwać.
P o l e m a r c h nie s ł u c h a wcale tych s ł u s z n y c h uwag, a p o w o ł u j e się na p o w a g ę S i m o n i d e s a
z Keos (559 - 469 przed C h r y s t u s e m ) , poety sławnego ze swych e p i g r a m ó w p e ł n y c h p o p u l a r n e j
Mądrości życiowej. Kefalos przyznał rację Sokratesowi, a nie chciałby jej o d m ó w i ć i P o l e m a r c h o -
wi, a że rozstrzygnięcie wymagałoby wysiłku u m y s ł o w e g o , wycofuje się u p r z e j m i e z dyskusji,
żeby więcej do niej nie wrócić. S p e ł n i ł swoje z a d a n i e . Pokazało się dzięki n i e m u , że zagad­
nienie sprawiedliwości jest doniosłe i warto się nim zajmować. Ustalenie granic tego pojęcia jest
Już rzeczą młodych.
18 Platon, Państwo 330 D

że ten, co tu ludziom krzywdę robił, musi tam pokutować; człowiek się do-
E tąd z tych rzeczy śmiał, a teraz o n e mu d u s z ę zawracają, czy to aby nie
prawda. I człowiek sam, czy to dlatego, że stary i z n i e d o ł ę ż n i a ł , czy t e ż
dlatego, że jest już bliższy tych rzeczy i jakoś lepiej je widzi - dość że go
zaczynają podejrzenia napełniać i obawy, więc robi z sobą porachunki i pa­
trzy, czy kogoś w czymś nie ukrzywdził. Więc kto w swoim życiu znajduje
dużo ludzkiej krzywdy, ten się jak dziecko przerażony ze snu zrywa i strach
331 go zbiera, i taki życie pędzi w złych przeczuciach. A komu s u m i e n i e żad­
nej krzywdy nie wyrzuca, przy tym zawsze błoga nadzieja stoi i karmi jego
starość. Jak to i P i n d a r powiada. On to ł a d n i e p o w i e d z i a ł , S o k r a t e s i e ,
że kto sprawiedliwie i zbożnie życie przeszedł:

z tym zawsze słodka nadzieja mieszka


i jego stare serce karmi.
Ta, co rozchwianym myślom zawsze daje ster.

D o b r z e mówi - aż dziwne, jak bardzo do rzeczy. Do tego, m o i m zda­


niem, posiadanie majątku przydaje się najwięcej - nie dla każdego człowie-
B ka, ale dla przyzwoitego. Bo może tam człowiek m i m o woli kogoś kiedyś
oszukał albo okłamał, albo winien jest bogu jakieś ofiary, albo człowiekowi
pieniądze i potem się boi stąd odejść. Otóż posiadanie majątku w znacznej
części na to pomaga. Na wiele innych rzeczy też. Ale tak j e d n o z drugim
zestawiając powiedziałbym, Sokratesie, że dla człowieka myślącego bogac­
two do tego celu najwięcej się przydaje.
C - Bardzo p i ę k n i e mówisz, Kefalosie - powiedziałem. - A co do tego wła­
ś n i e : jeżeli mowa o sprawiedliwości, to czy powiemy, że sprawiedliwość
to jest tyle co: prawdomówność - tak po prostu - i tyle co: oddawanie, jeżeli
k t o ś coś od kogoś w e ź m i e , czy też i to n a w e t raz b ę d z i e działaniem spra­
wiedliwym, a innym razem niesprawiedliwym? Ja na przykład coś takiego
m a m na myśli: przecież każdy przyzna, że gdyby ktoś wziął od przyjaciela,
od człowieka przy zdrowych zmysłach, broń, a ten by potem oszalał i zażą­
dał jej z powrotem, to nie trzeba jej oddawać, i nie byłby sprawiedliwy ten,
który by ją oddał; ani ten, który by człowiekowi zostającemu w takim stanie
chciał mówić wszystko zgodnie z prawdą.
- Słusznie mówisz - powiada.
D - A więc to nie jest określenie sprawiedliwości: mówić prawdę i oddawać,
co się wzięło.
- Ależ owszem, Sokratesie - powiedział, podchwytując, Polemarch - jeżeli
wypada wierzyć trochę Simonidesowi.
- Istotnie - rzekł Kefalos - ale ja już wam przekazuję losy i tok tej myśli.
Bo muszę się już zająć służbą bożą.
- Nieprawdaż - powiedziałem - a po tobie dziedziczy Polemarch?
- O w s z e m , tak - p o w i e d z i a ł u ś m i e c h n ą w s z y się i w tej chwili p o s z e d ł
odprawiać nabożeństwo.
Księga I 19
331 E

Więc mów ty - powiedziałem - skoroś odziedziczył myśl po ojcu, które V I E


6
zdanie Simonidesa o sprawiedliwości uważasz za słuszne .
To - powiedział - że sprawiedliwie jest oddawać k a ż d e m u to, co mu się
winno. Kiedy on to mówi, wydaje mi się, że mówi pięknie.
- No owszem - powiadam - Simonidesowi przecież nie jest łatwo nie wie­
rzyć. To mądry i boski mąż. A co on właśnie mówi, to może ty, Polemar-
chu, rozumiesz, bo ja nie wiem. Jasna rzecz, że nie to ma na myśli, cośmy
przed chwilą mówili, że jak ktoś coś u nas złoży, to trzeba zawsze oddawać
z powrotem, n a w e t k i e d y tego zażądają nie przy zdrowych zmysłach. Ze 332
niby to zawsze pewien dług stanowi to, co u nas zostało złożone. No nie?
- Tak.
- Z a t e m nie trzeba oddawać ani odrobiny wtedy, kiedy by ktoś nieprzy­
tomnie żądał zwrotu?
- Prawda - powiedział.
- W i ę c c o ś i n n e g o czy t e ż coś t a k i e g o , zdaje się, m ó w i S i m o n i d e s ,
że sprawiedliwie jest: oddawać to, co się winno?
- C o ś i n n e g o j e d n a k , na Z e u s a - p o w i a d a . - On uważa, że przyjaciele
przyjaciołom powinni wyświadczać coś dobrego, a żadnego zła.
- R o z u m i e m - p o w i e d z i a ł e m . - Ze niby nie oddaje tego, co powinien - B
ktoś, kto by d r u g i e m u oddawał p i e n i ą d z e u n i e g o z ł o ż o n e , gdyby to od­
danie ich i wzięcie miało być szkodliwe. A byliby przyjaciółmi - t e n , co
odbiera, i ten, co oddaje. Czy nie tak mówi Simonides twoim zdaniem?
- Owszem, tak.
- Więc cóż? To tylko nieprzyjaciołom trzeba oddawać, cokolwiek by się
im było winno?
- W każdym razie - powiada - to, co się im naprawdę winno. A winno się
im, moim z d a n i e m - wrogowi p r z e c i e ż ze strony wroga - i to mu się też
należy: winno się im coś złego.
- W takim razie - powiedziałem - Simonides, widać, w poetyckiej zagad- VII
ce ukrył to, czym byłaby sprawiedliwość. Bo na myśli miał, jak widać, to, C
że sprawiedliwość polega na o d d a w a n i u k a ż d e m u tego, co mu się należy,
a nazwał to tym, co się komuś winno 7 .
6
Dyskusja p o d a n a w najbliższych rozdziałach ma wykazać i wykazuje naprawdę wielką m ę t n o ś ć
Pojęcia sprawiedliwości. C h o c i a ż każdy się t y m w y r a z e m posługuje, nikt d o b r z e nie wie, k i e d y
go stosować, a k i e d y nie, jakie są jego granice, co to właściwie jest i na czym polega ta zasadni­
cza zaleta człowieka. A że m ł o d z i e ż uczyła się w H e l l a d z i e , jak i u nas dzisiaj, na poezji ojczy­
stej, więc z natury rzeczy naprzód idzie pod skalpel rozważań o k r e ś l e n i e S i m o n i d e s a : „ S p r a w i e ­
dliwość polega na o d d a w a n i u zawsze i k a ż d e m u tego, co mu się w i n n o " , suum cuigue tribuere. To
uPada, z uwagi na ludzi a n o r m a l n y c h . W o b e c t e g o P o l e m a r c h z m i e n i a pojęcie d ł u g u , zawarte
w wyrazie „ w i n n o " , na pojęcie powinności, objaśnione jako obowiązek pomagania dobrym, a szko­
dzenia wrogom. J e d n o i drugie powinien robić człowiek sprawiedliwy.
7
Rozmawiający zaczynają teraz traktować sprawiedliwość jako pewną u m i e j ę t n o ś ć , j a k o s z t u k ę
Pewną, fach, w i e d z ę praktyczną. C z ł o w i e k sprawiedliwy, jeżeliby go traktować jako specjalistę,
Który by coś potrafił robić, b o znałby się na p e w n e j robocie, okazuje się fachowcem b e z fachu
właściwie. Bo sprawiedliwość nie wytwarza ż a d n y c h dóbr, p o m a g a tylko zachowywać w całości
oobra p o w i e r z o n e k o m u ś a na razie nie u ż y w a n e . Byłaby to więc u m i e j ę t n o ś ć m a ł o p o w a ż n a
w stosunku do u m i e j ę t n o ś c i p r o d u k t y w n y c h , twórczych, c h o ć miałaby i ona swoje pole do dzia-
ania w d z i e d z i n i e spółek pieniężnych. Sokratesa widocznie bawi ten człowiek sprawiedliwy, po­
trzebny jako zawodowiec i to potrzebny do rzeczy n i e p o t r z e b n y c h .
20 Platon, Państwo 332 C

- N o , co myślisz? - powiada.
- Och, na Zeusa - powiedziałem - a gdyby go tak ktoś zapytał: „Simoni­
desie, komu, czemu i co powinnego i należnego oddająca sztuka nazywa się
sztuką lekarską?" Co, myślisz, on by nam odpowiedział?
- Jasna rzecz - powiada - że ta, co ciałom oddaje lekarstwa i pokarmy,
i napoje.
- A komu i czemu oddająca to, co się winno i co się należy, nazywa się
sztuką kucharską?
- Ta, co to potrawom przyprawy.
D - N o , dobrze. Z a t e m sprawiedliwością będzie się nazywała sztuka, która
komu i czemu oddaje co?
- Jeżeli - powiada - mamy jakoś iść za tym, Sokratesie, co się p r z e d t e m
powiedziało, to będzie ta sztuka, która przyjaciołom i wrogom oddaje pożyt­
ki i szkody.
- Z a t e m ty nazywasz sprawiedliwością to: przyjaciołom czynić d o b r z e ,
a wrogom źle?
- Tak mi się zdaje.
- A któż najlepiej potrafi chorym przyjaciołom czynić dobrze, a wrogom
źle, jeżeli chodzi o chorobę i o zdrowie?
E - Lekarz.
- A kto płynącym, jeżeli chodzi o niebezpieczeństwa czyhające na morzu?
- Sternik.
- A cóż człowiek sprawiedliwy? W jakiej robocie i w jakim działaniu on
najlepiej potrafi przyjaciołom się przydawać, a wrogom szkodzić?
- W walce i spółce wojennej. Tak się mnie przynajmniej wydaje.
- N o , dobrze. A jeżeli ktoś nie choruje, kochany P o l e m a r c h u , to mu le­
karz niepotrzebny.
- Prawda.
- A jak kto nie płynie, to mu nie trzeba sternika.
- Tak.
- A czy i tym, co nie wojują, sprawiedliwy się na nic nie przyda?
- To mi się nie bardzo wydaje.
- Więc i podczas pokoju przydaje się sprawiedliwość?
333 - Przydaje się.
- A rolnictwo też? Czy nie?
- Tak.
- Aby zdobywać plon?
- Tak.
- A szewstwo też?
- Tak.
- Aby zdobywać obuwie - myślę, że pewnie tak powiesz.
- N o tak.
- No cóż, proszę cię, a sprawiedliwość, gotóweś powiedzieć, że j e s t do ja­
kiego użytku albo do osiągania czego podczas pokoju?
333 A Księga I 21

. Do interesów, Sokratesie.
- A interesami nazywasz spółki czy coś innego?
- Spółki, oczywiście.
- Czy więc człowiek sprawiedliwy b ę d z i e d o b r y m i p o ż y t e c z n y m spólni- B
kiem przy kładzeniu warcab, czy też dobry szachista?
- Szachista.
- Ale jak chodzi o kładzenie cegieł i kamieni, to sprawiedliwy więcej się
przyda i będzie lepszym spólnikiem niż murarz?
- Na żaden sposób.
- Więc do jakiejże spółki sprawiedliwy będzie lepszym spólnikiem niż ki-
tarzysta; tak jak kitarzysta to lepszy spólnik niż sprawiedliwy, kiedy chodzi
0 wtór na kitarze?
- Do spółki pieniężnej; ja przynajmniej tak uważam.
- Wiesz, P o l e m a r c h u , że tak; ale m o ż e oprócz tych wypadków, gdy cho­
dzi o używanie pieniędzy. Kiedy za pieniądze trzeba wspólnie kupić konia C
albo sprzedać, w t e d y lepszy ten, uważam, co się zna na koniach. No prze­
cież?
- Wydaje się.
- No tak - a jak okręt, to budowniczy okrętów albo sternik.
- Zdaje się.
- Więc kiedy do czego trzeba srebra albo złota wspólnie użyć, sprawiedli­
wy więcej się przyda niż inni?
- Kiedy je trzeba u kogoś złożyć i być o nie pewnym, Sokratesie.
- Więc ty mówisz, że wtedy, kiedy nic nie trzeba z nim robić, tylko żeby
leżało?
- N o tak.
- Więc kiedy pieniądze nie potrzebne, wtedy do nich jest potrzebna spra- D
wiedliwość?
- Może i tak.
- I sierpu, k i e d y trzeba pilnować, sprawiedliwość się przyda - i spólni-
kom, i k a ż d e m u na własny r a c h u n e k - a jak go przyjdzie używać, to już
umiejętność uprawy winnic?
- Widocznie.
- I tarczy, powiesz, i liry, kiedy trzeba strzec i nie używać ich do niczego,
to sprawiedliwość się przyda, a jak używać, to już sztuka walczenia w zbroi
1 muzyka?
- Koniecznie.
- I tak w ogóle jest ze wszystkimi innymi rzeczami; jak tylko którejś po­
trzeba, to sprawiedliwość się nie przydaje, a jak tej rzeczy nie potrzeba, to
sprawiedliwość potrzebna?
- Gotowo tak być.
- Nieprawdaż więc, przyjacielu, że sprawiedliwość to może nie będzie nic
takiego p o w a ż n e g o , jeżeli to jest właśnie coś p o t r z e b n e g o do rzeczy nie­
potrzebnych.
22 Platon, Państwo 333 D

VIII Ale rozpatrzmy i taką rzecz. W walce na pięści albo w j a k i e j k o l w i e k


E innej, czy ten, co najlepiej potrafi wymierzać ciosy, nie potrafi zarazem naj­
lepiej się osłaniać?
- Owszem tak.
- A czy i ten, co potrafi się ustrzec choroby, nie potrafi jej zarazem skry­
cie zaszczepiać?
- Tak mi się wydaje.
334 - A więc i obozu strażnikiem dobrym będzie ten sam, co potrafi dobrze
plany nieprzyjaciół wykradać i wyszpiegować inne ich zabiegi.
- Tak jest.
- Więc od czego ktoś jest dobry stróż, od tego i złodziej tęgi.
- Zdaje się.
- Więc jeżeli sprawiedliwy pieniędzy pilnować potrafi, to i kraść jc potra­
fi najlepiej.
- Tak niby - powiada - tok myśli wskazuje.
- Otóż pokazuje się, że sprawiedliwy to jest jakby pewien złodziej. Bo­
daj żeś ty się tego nauczył z H o m e r a . On przecież kocha dziadka Odyse-
B u s z o w e g o ze strony matki, Autolykosa, i powiada, że on wszystkich ludzi
przewyższał - tak umiał kraść i przysięgać. Więc zdaje się, że sprawiedli­
wość i w e d ł u g ciebie, i w e d ł u g H o m e r a , i w e d ł u g Simonidesa, to b ę d z i e
p e w n a sztuka złodziejska, oczywiście że skierowana na d o b r o przyjaciół,
a na szkodę wrogów. Czy nie tak mówiłeś?
- Ależ na Zeusa, nie tak; ja już nie wiem i sam, co mówiłem. To j e d n o
t y l k o jeszcze mi się s ł u s z n e wydaje, że sprawiedliwość przynosi korzyść
przyjaciołom, a szkodzi wrogom 8 .
C - A przyjaciele, to - mówisz - ci, którzy się k a ż d e m u wydaję porządnymi
ludźmi, czy też ci, którzy sq porządnymi, choćby się takimi nie wydawali?
A z wrogami tak samo?
- To przecież n a t u r a l n e - powiada - że każdy się przyjaźnie odnosi do
t y c h , k t ó r y c h uważa za p o r z ą d n y c h ludzi, a k t ó r y c h ma za łotrów, tych
nienawidzi.
- A czy się ludzie co do tego nie mylą i czy nie biorą za ludzi porządnych
takich, którzy nimi nie są, a nieraz i wprost na odwrót?

8
Jeżeliby sprawiedliwość pojmować j a k o u m i e j ę t n o ś ć pewną i polegającą na niej zdolność do
działania, to z g o d n i e z z a ł o ż e n i e m , które Platon często powtarza, że j e d n a i ta sama u m i e j ę t n o ś ć
c z y n i c z ł o w i e k a z d o l n y m d o z a c h o w a ń się w p r o s t s o b i e p r z e c i w n y c h , w y n i k a ł o b y s ł u s z n i e ,
że człowiek sprawiedliwy umiałby być zdolny także do czynów najgorszych. Kto nie c h c e przy­
jąć tego ustępstwa, nie powinien uważać, że sprawiedliwość jest pewną umiejętnością, choćby na­
w e t obliczoną na dobro przyjaciół i na s z k o d ę wrogów. N i e należy więc uważać sprawiedliwości
za żadną umiejętność.
P o l e m a r c h obstaje już tylko przy tym, że sprawiedliwość dobrze czyni przyjaciołom, a szkodzi
w r o g o m . Tutaj t r u d n o ś ć sprawia pojęcie przyjaciela w związku ze znaną omylnością ludzką.
W razie pomyłki co do wartości człowieka, a te są n i e u n i k n i o n e , sprawiedliwym nazywałby się
taki, który by szkody wyrządzał ludziom d o b r y m . Przed tym się Polemarch cofa. J e g o „sprawie­
dliwy" ma zatem szkodzić zawsze tylko złym i zawsze ma pomagać dobrym.
334 C Księga I 23

- Mylą się.
. A więc dla takich l u d z i e dobrzy bywają wrogami, a ludzie źli są ich
przyjaciółmi.
. No tak.
- A więc dla nich w t e d y czymś sprawiedliwym będzie ludziom złym po- D
magać, a ludziom dobrym szkodzić?
- Okazuje się.
- Ależ dobrzy to są ludzie sprawiedliwi; tacy, co to nikogo nie krzywdzą.
- Prawda.
- Więc, w e d ł u g twojego zdania, takim, którzy żadnej nikomu nie wyrzą­
dzają krzywdy, sprawiedliwie będzie szkodzić.
- Nigdy w świecie - powiada - Sokratesie, to wygląda na myśl niemoral­
ną.
- Więc tylko n i e s p r a w i e d l i w y m - p o w i e d z i a ł e m - sprawiedliwie m o ż n a
szkodzić, a sprawiedliwym trzeba pomagać?
- To już ładniej wygląda niż tamto.
- Z a t e m niejednemu z tych, Polemarchu, którzy się na ludziach pomylili,
wypadnie szkodzić własnym przyjaciołom, bo to łotry, a nieprzyjaciołom po- E
magać, bo to ludzie dobrzy. W ten sposób powiemy coś wprost przeciwne­
go, niż Simonides mówił, według nas.
- No tak - powiada - z u p e ł n i e na to wychodzi. Więc z m i e ń m y tu coś.
Bo możeśmy niesłusznie wzięli przyjaciela i nieprzyjaciela.
- Jakeśmy wzięli, Polemarchu?
- Ze ten, co się wydaje porządny - to przyjaciel.
- N o , a teraz - mówię - jak to zmienimy?
- Ze przyjacielem jest ten - powiada - który się i wydaje, i jest porządny. 335
A ten, który się tylko wydaje porządny, ale nie jest taki, ten się też wydaje
przyjacielem, ale nim nie jest. A o nieprzyjacielu to samo zdanie.
- Więc w e d ł u g tej myśli zdaje się, że przyjacielem b ę d z i e człowiek do­
bry, a nieprzyjacielem - zły.
- Tak.
- Z a t e m radzisz, żebyśmy coś dodali do określenia tego, co sprawiedliwe,
a nie tak, jakeśmy to zrazu mówili, że sprawiedliwość polega na pomaganiu
Przyjacielowi i s z k o d z e n i u wrogowi. T e r a z p o w i e m y w d o d a t k u j e s z c z e
tak: że s p r a w i e d l i w i e j e s t d o b r z e czynić przyjacielowi, d l a t e g o że dobry,
a nieprzyjacielowi - szkodzić, dlatego że zły?
- T a k jest - powiada - zdaje mi się, że to chyba będzie dobrze powiedziane. B
- A czy to jest rzecz człowieka s p r a w i e d l i w e g o - p o w i e d z i a ł e m - ż e b y IX
szkodził komukolwiek z ludzi?
24 Platon, Państwo 335 B

- O tak - powiada. - Łotrom i nieprzyjaciołom trzeba szkodzić


- A konie, którym się szkodzi, robią się lepsze czy robią się gorsze?
- Gorsze.
- Czy pod względem wartości, którą się odznaczają psy, czy też ze wzglę­
du na wartość charakterystyczną dla koni?
- Ze względu na tę dla koni.
- Więc i psy, którym ktoś szkodzi, stają się gorsze ze względu na wartość
charakterystyczną dla psów, a nie na tę, którą się odznaczają konie?
- Z konieczności.
C - A ludziom, przyjacielu, jeżeli ktoś szkodzi, to czy nie tak samo powie­
my: że stają się gorsi ze względu na wartość charakterystyczną dla ludzi?
- N o tak.
- A czy sprawiedliwość - to nie jest właśnie wartość charakterystyczna dla
ludzi?
- I to oczywiste.
- I ci ludzie, k t ó r y m ktoś szkodzi, przyjacielu, muszą się stawać m n i e j
sprawiedliwi.
- Zdaje się.
- A czyż z pomocą muzyki dobrzy muzycy mogą ludzi odmuzykalniać?

9
I to o k r e ś l e n i e nie m o ż e się ostać. Sprawiedliwy nie m o ż e być zły dla nikogo, a szkodzić -
znaczy być ztym. Z a t e m i złym l u d z i o m sprawiedliwy nie może wyrządzać szkód. Sprawiedli­
wość jest p e w n y m d o b r e m , jest cząstką dobra, z a t e m nie może wyrządzać n i k o m u zła, a więc
i szkody, jeżeli szkoda jest z ł e m .
Tu łatwo może każdy zapytać, j a k ż e to b ę d z i e ze sprawą kary. Przecież sprawiedliwość po­
w i n n a wymierzać kary w p e w n y c h wypadkach, a kara wydaje się p e w n y m z ł e m , pewną szkodą
dla tego, kto ją ponosi. Platon odpowiedziałby tak jak w Gofgiaszu, że sprawiedliwa kara nie jest
ż a d n y m z ł e m n a p r a w d ę , tylko jest p e w n y m d o b r e m , bo leczy d u s z ę od zła. I tutaj to powie
w księdze dziewiątej. T e n u s t ę p przypomina ustępy N o w e g o T e s t a m e n t u , n p . Mat. 5, 44, w
których jest mowa o miłości do nieprzyjaciół. Tylko że Platon nie zaleca aż miłości do nich, ogra­
niczy się do niewyrządzania im szkód. Oczywiście, że i on musiałby odstąpić od swojej zasady,
gdyby pomyślał o n i e u n i k n i o n e j wojnie i o działaniach wojennych, albo by się wysilał, żeby zabi­
cie wroga i spalenie jego d o m u i d o b y t k u nazywać nie szkodą ani z ł e m , tylko czymś dobrym, ja­
k i m ś ś r o d k i e m poprawczym. N i e obeszłoby się i u niego b e z wykrętów. I o n e przyjdą. Bias z
Prieny i P i t t a k o s z M y t i l e n y należeli do s i e d m i u mędrców; to były powagi p r z e k a z a n e tradycją.
P e r i a n d e r b y ł d y k t a t o r e m w K o r y n c i e , P e r d i k a s , ojciec Archelaosa, m o n a r c h ą m a c e d o ń s k i m
( u m a r ł w 414 r. przed C h r y s t u s e m ) , a I s m e n i a s T e b a ń c z y k - to polityk, który się nagle dorobił
wielkich pieniędzy, ale źle skończył, bo w 382 roku skazali go S p a r t a n i e na śmierć za to, że brał
od Persów pieniądze, aby Ateny p o d b u r z y ć przeciw Sparcie.
A zdawało się tylko tym wszystkim bogaczom i mocarzom, że wiele mogą, bo z d a n i e m Platona
nie ma ż a d n e j mocy ten, kto nie może postępować dobrze, być d o b r y m , a więc robić tego, czego
w głębi duszy chce - wbrew własnym złym zachciankom (Gorg. 466).
Wynik dyskusji aż do tego miejsca jest taki: pojęcie sprawiedliwości, tak jak się nim posługują
poeci, nauczyciele Hellady, jest m ę t n e i prowadzi do twierdzeń, których przyjąć nie można. Za­
wiera rysy przykre ( s z k o d z e n i e wrogom) i s p r z e c z n e z cechą dobrą, istotną dla sprawiedliwości.
Myśli p o e t ó w nie są żadną podstawą moralną dla młodzieży, bo są m ę t n e i prowadzą do non­
sensów, gdy je próbować przemyśleć do końca.
Ale są jeszcze inne poglądy na sprawiedliwość. Ich ź r ó d ł e m nie jest tradycja; wychodzą z kry­
t y c y z m u sofistów. U nich się też uczy m ł o d z i e ż . Uczy się drwić z tego, co wyniosła z d o m u .
W tej chwili się odezwie r e p r e z e n t a n t intelektualizmu współczesnego.Trazymach.
335 C Księga I 25

. Niemożliwe.
A tylko z pomocą sztuki jazdy na koniu dobrzy jeźdźcy mogą oduczać
jeżdżenia?
- Nie sposób.
. A tylko z pomocą sprawiedliwości ludzie sprawiedliwi mogą drugich ro­
bić niesprawiedliwymi? Albo w ogóle: prawością mogą ludzie prawi drugich
deprawować? D
- To niemożliwe.
- Bo p r z e c i e ż to nie jest rzeczą ciepła - sądzę - chłodzić, tylko czegoś
wprost przeciwnego.
- Tak.
- Ani suchość nie zwilża niczego, tylko jej przeciwieństwo.
- No tak jest.
- Ani dobro zatem szkód nie wyrządza, tylko jego przeciwieństwo.
- Widocznie.
- A przecież sprawiedliwy - to dobry?
- Tak jest.
- Z a t e m , P o l e m a r c h u , nie jest rzeczą człowieka sprawiedliwego szkodzić
k o m u k o l w i e k ; ani przyjacielowi, ani n i k o m u i n n e m u ; to jest sprawa j e g o
przeciwieństwa: człowieka niesprawiedliwego.
- Zdaje mi się - powiada - że ze wszech miar prawdę mówisz, Sokratesie. E
- Jeżeli więc ktoś mówi, że sprawiedliwość to jest o d d a w a n i e k a ż d e m u
tego, co mu się w i n n o , a ma na myśli to, że c z ł o w i e k sprawiedliwy n i e ­
przyjaciołom w i n i e n wyrządzać szkody, a przyjaciołom wyświadczać przy­
sługi, to n i e był mądry ten, co to powiedział. Bo nie powiedział prawdy.
Pokazało się nam, że nigdy sprawiedliwość nikomu szkody nie wyrządza.
- Zgadzam się - powiedział.
- Więc b ę d z i e m y walczyli wspólnie - d o d a ł e m - ja i ty, czy tam ktoś po­
wie, że to S i m o n i d e s powiedział czy Bias, czy Pittakos, czy jakiś tam inny
mędrzec świętej pamięci.
- Ja j e s t e m gotów - powiada - stawać obok ciebie w tej walce.
- A wiesz ty - mówię - na czyje mi to p o w i e d z e n i e wygląda; to, że spra- 336
wiedliwie jest przyjaciołom pomagać, a nieprzyjaciołom szkodzić?
- Czyje? - powiada.
- Ja mam wrażenie, że to Periander powiedział albo Perdikkas, albo Kser-
kses, albo I s m e n i a s T e b a ń c z y k , albo jakiś i n n y bogaty mąż, k t ó r e m u się
zdawało, że wiele może.
- Święta prawda to, co mówisz - powiada.
- No dobrze - mówię. - Skoro się pokazało, że i tym nie jest sprawiedli­
wość i to, co sprawiedliwe, to jak inaczej potrafiłby to ktoś określić?
O t ó ż Trazymach często już, kiedyśmy rozmawiali, chciał nam przerywać X
i rwał się do głosu, ale mu przeszkadzali siedzący obok i chcący rzeczy do- B
"1

26 Platon, Państwo 336 B

słuchać do końca. Więc kiedyśmy zrobili pauzę i ja ostatnie słowa powie­


działem, już nie mógł dalej wytrzymać, tylko się skupił w sobie jak zwierz
10
i rzucił się na nas, jakby nas chciał rozszarpać .
C Więc na m n i e i na P o l e m a r c h a padł strach jak na spłoszone ptaki, a on
przy wszystkich na cały głos powiada: - Co to za brednie was się tutaj trzy­
mają już od dawna, Sokratesie? I czemu to z was j e d e n po drugim udaje
g ł u p i e g o i j e d e n d r u g i e m u u s t ę p u j e miejsca? P r z e c i e ż jeżeli n a p r a w d ę
chcesz wiedzieć, co to jest sprawiedliwość, to nie ograniczaj się do samych
zapytań i nie popisuj się zbijaniem, kiedy ktoś zaczyna dawać jakieś odpo-
D wiedzi; ty dobrze wiesz, że łatwiej jest pytać, niż odpowiadać, ale odpowia­
daj i sam, i powiedz, jak określasz to, co sprawiedliwe! A tylko żebyś mi
nie mówił, że to jest to, co potrzebne, ani to, co pożyteczne, ani to, co ko­
rzystne, ani to, co zyskowne, ani to, co leży w czyimś interesie. Tylko ja­
sno i dokładnie powiedz, jak to określasz. Bo ja tego nie zniosę, jeżeli bę­
dziesz mówił takie bzdury.
K i e d y m to usłyszał, p r z e r a z i ł e m się i p a t r z y ł e m na niego ze s t r a c h e m .
M a m wrażenie, że gdybym go nie był zobaczył p r ę d z e j niż on m n i e , był-
E bym o n i e m i a ł . Ale teraz, k i e d y go coraz większa wściekłość zaczęła po­
nosić od mówienia, spojrzałem na niego pierwszy, tak żem się stał zdolny
dawać odpowiedzi, i p o w i e d z i a ł e m drżąc z lekka: - T r a z y m a c h u , nie bądź
na nas taki zły! Jeżeliśmy gdzieś pobłądzili w rozstrząsaniu myśli, ja i ten
tutaj, to bądź przekonany, że błądzimy mimo woli. Przecież gdybyśmy zło­
tej m o n e t y szukali, to nigdy by żaden z nas nie był skłonny ustępować dru­
giemu z drogi w poszukiwaniu i samemu sobie przeszkadzać w znalezieniu;
więc kiedy my sprawiedliwości szukamy, sprawy cenniejszej niż wiele zło­
tych m o n e t , to nie myśl, że tak po g ł u p i e m u u s t ę p u j e j e d e n z nas przed
drugim, a nie jak najbardziej d b a m y o to, żeby się ona sama możliwie naj­
jaśniej ukazała. Bądź p r z e k o n a n y , przyjacielu. Tylko mam w r a ż e n i e , że
nie m a m y sił. Więc może o wiele bardziej wypada, żebyście się nad nami
337 litowali, wy, ludzie zdolni, niż żebyście się gniewali.
XI On to usłyszał, roześmiał się z głośnym sykiem przez zęby i powiedział: -
O, H e r a k l e s i e ! Oto jest ta zwyczajna ironia Sokratesa! Ja to już p r z e d t e m
z a p o w i a d a ł e m tym tutaj, że ty z pewnością o d p o w i a d a ć nie zechcesz, bę-

10
Karykaturalnie opisany „mistrz sztuki besztania" rzuca się na Sokratesa i Polemarcha, bo gnie­
wa go i niecierpliwi m e t o d a pytań, zamiast wykładu. A jeżeli idzie o rzecz samą, to nie chce za­
s t ę p o w a ć j e d n e g o wyrazu drugim, tylko jakoś in/iczej chciałby objaśnić istotę sprawiedliwości.
Przy t y m odrzuca z góry wszystkie c e c h y sprawiedliwości, które jej niewątpliwie przysługują
w p o w s z e c h n y m r o z u m i e n i u , choć nie wystarczają do jej ścisłego określenia. Więc to jego żąda­
nie może być słuszne. Ż a d n a z tych cech, które Trazymach wymienia, nie wystarczy do określe­
nia sprawiedliwości, ale każda z nich b ę d z i e do jej określenia n i e z b ę d n a .
M ó w i o n o w Grecji o wilku, że kto go zobaczy prędzej niż wilk jego, ten potrafi go zabić i ujść
cało. Kogo wilk pierwszy zobaczył, t e n przepadł. T r a z y m a c h dostaje więc w tym miejscu rysy
d r a p i e ż n e d o m a l o w a n e z h u m o r e m . Sokrates dla kontrastu usprawiedliwia się z miną baranka,
który j e d n a k u m i e czynić aluzje do chciwości sofisty, kiedy w s p o m i n a o szukaniu złotych m o n e t .
T e n baranek jest chytry i umie być zjadliwy.
337 A Księga I 27

dziesz się bawił ironią i wszystko i n n e raczej b ę d z i e s z robii, n i ż b y ś od­


powiadał, jeżeli cię ktoś o coś zapyta ".
- Bo ty j e s t e ś mądry, T r a z y m a c h u - p o w i e d z i a ł e m . - Więc tyś d o b r z e
w
iedział, że gdybyś kogoś zapytał, ile to jest dwanaście i zaraz przy pytaniu
zapowiedział mu z góry: a tylko mi, człowiecze, nie mów, że dwanaście to B
jest dwa razy sześć, ani że to trzy razy cztery, ani sześć razy dwa, ani cztery
razy trzy, bo ja nie b ę d ę znosił takich bzdur, jasną, uważam, byłoby dla cie­
bie rzeczą, że nikt by nie potrafił o d p o w i e d z i e ć k o m u ś , kto się tak pyta.
A gdyby ci t e n ktoś powiedział: Trazymachu, jak ty to myślisz? Ż e b y m ja
nie dawał z tych zakazanych odpowiedzi - żadnej? Czy nawet, mężu osobli­
wy, i wtedy, jeśli j e d e n z tych wypadków zachodzi naprawdę? Tylko mam
w odpowiedzi podać coś innego niż prawdę? Czy jak mówisz? Co byś mu
odpowiedział na to?
- Mniejsza o to - powiada. - I niby to ma być p o d o b n e - to do t a m t e g o ! C
- Nic nie przeszkadza - mówię. - Zresztą, jeśli to nawet i n i e p o d o b n e , to
jednak ono się tak przedstawia zapytanemu. Czy sądzisz, że zapytany może
będzie odpowiadał nie tak, jak mu się rzecz przedstawia - wszystko j e d n o ,
czy my mu to zakażemy, czy nie?
- A to nic innego, tylko ty chcesz tak zrobić. C h c e s z dać jedną z tych
odpowiedzi, których ja zabroniłem?
- Ja bym się nie zdziwił - mówię - gdyby mi się po rozważeniu rzecz tak
wydawała.
- A co w t e d y - powiada - jeżeli ja wskażę inną o d p o w i e d ź , różną od tych D
wszystkich, na t e m a t sprawiedliwości, i to lepszą od tych? Co będzie z tobą,
jak sądzisz?
- Cóż i n n e g o - m ó w i ę - jak nie to, co musi być z tym, który nie wie.
Wypada, żeby się nauczył od tego, co wie. Więc ja myślę, że właśnie to bę­
dzie i ze mną; i dobrze.
- Bo ty jesteś sympatyczny - powiada. - Ale oprócz tego, że się nauczysz,
zapłacisz jeszcze i gotówkę.
- Nieprawdaż - jak b ę d ę kiedyś miał - mówię.
- Ależ masz już pieniądze - zawołał Glaukon. - Jeżeli chodzi o pieniądze, E
Trazymachu, to mów. My wszyscy złożymy się dla Sokratesa.
- A tak jest - powiada - to na to, żeby Sokrates zrobił to, co zawsze, aby
sam n i e d a w a ł o d p o w i e d z i , a k i e d y o d p o w i a d a k t o ś inny, on mu słowo
odbierze i będzie zbijał.
- Ale jakimże sposobem - powiedziałem - duszo dobra, mógłby ktoś da­
wać odpowiedzi, jeżeli, po pierwsze, sam nie wie ani nie twierdzi, że wie,
a potem, chociaż i coś tam sobie myśli o tych rzeczach, byłoby mu zakazane
Powiedzieć cokolwiek z tego, co sobie myśli, a broniłby mu nie byle kto?

11
Poznał się na ironii T r a z y m a c h . Sokrates ironizuje dalej. Będzie musiał użyć w o k r e ś l e n i u
sprawiedliwości którejś z cech „ z a k a z a n y c h " , albo n a w e t użyje ich wszystkich, bo takie jest j e g o
P r z e k o n a n i e . N a s t ę p u j ą p r z e k o m a r z a n i a się S o k r a t e s a z T r a z y m a c h e m - w i d o c z n i e przyjazne
i nie pomyślane zbyt serio.
28 Platon, Państwo 338 A

338 Doprawdy, że więcej wypada, abyś ty mówił. Ty przecież mówisz, że wiesz


i potrafisz to powiedzieć. Więc nie rób inaczej, tylko zrób mi tę łaskę i daj
odpowiedź; nie żałuj nauki i t e m u tu Glaukonowi, i tym innym.
XII K i e d y m to powiedział, w t e d y G l a u k o n i inni zaczęli go prosić, aby nie
robił inaczej. Widać było, że Trazymach ma o c h o t ę przemówić, aby sobie
zyskać poklask; uważał widać, że ma o d p o w i e d ź bardzo piękną. Udawał
B tylko, że się upiera przy tym, abym ja dawał odpowiedzi. W końcu zgodził
się i mówi p o t e m : - O t o jest ta mądrość Sokratesa, sam nie chce uczyć ni­
kogo, a tylko chodzi po ludziach, uczy się od nich i n a w e t się za to nie
odwdzięcza.
- Że ja się od drugich uczę - rzekłem - toś prawdę powiedział, Trazyma-
chu, ale jak mówisz, żem niewdzięczny, to nieprawda. Ja j e s t e m wdzięcz­
ny, na ile mnie stać. A stać m n i e tylko na pochwały. Bo ja pieniędzy nie
mam. Ale jak ja to c h ę t n i e robię, jeżeli mi się wydaje, że ktoś mówi do
C rzeczy, to zaraz się tutaj przekonasz, na miejscu, jak tylko dasz odpowiedź.
Bo myślę, że będziesz mówił doskonale 1 2 .
- Więc słuchaj - powiada. - Ja twierdzę, że to, co sprawiedliwe, to nic in­
nego, jak tylko to, co leży w interesie mocniejszego. N o , czemu nie chwa­
lisz? Acha! Bo nie chcesz!
- D o p i e r o , jak z r o z u m i e m - powiedziałem. - Bo teraz jeszcze nie wiem.
A to jak ty właściwie rozumiesz, Trazymachu? Przecież to chyba nie coś
w t y m rodzaju: jeżeli P u l i d a m a s j e s t od nas m o c n i e j s z y - t e n b o k s e r -
D i w interesie jego ciała leży to, żeby jadł wołowinę, to ta potrawa leży zara­
zem w interesie nas, słabszych od niego, i jest sprawiedliwa?
- Bo ty j e s t e ś obrzydliwiec, Sokratesie - powiada - i bierzesz myśl z tej
strony, z której byś ją najgorzej mógł okaleczyć.
- N i g d y w świecie, mój drogi - mówię - tylko jaśniej powiedz, co myślisz.
- N o , więc ty nie wiesz - powiada - że z państw j e d n e mają dyktatury,
w innych panuje demokracja, a w innych arystokracja?
- Jakżeby nie?
- Nieprawdaż, a kto ma moc w każdym państwie: rząd?
- N o , tak.
E - N o , więc każdy rząd ustanawia prawa dla własnego interesu. Demokra­
cja ustanawia prawa d e m o k r a t y c z n e , dyktatura - dyktatorskie, a inne rządy
tak samo. A jak je ustanowią, w t e d y ogłaszają rządzonym, że to jest spra­
w i e d l i w e dla rządzonych, co jest w i n t e r e s i e rządzących, o kto się z tych

12
T r a z y m a c h podaje swoje własne ujęcie sprawiedliwości. W pierwszej chwili, oczywiście, zbyt
o b s z e r n e . Na to mu figlarnie Sokrates zwraca uwagę. I teraz Trazymach określa, o j a k i e g o to
mocniejszego mu chodzi w o k r e ś l e n i u . J e g o myśl tak wygląda mniej więcej. Sprawiedliwość jest
w y r a z e m u m o w n y m , n a r z u c o n y m w życiu s p o ł e c z n y m przez tych, którzy w państwie rządzą, bo
mają siłę. O n i nazywają i każą nazywać sprawiedliwością słuchania praw, które sami ustanowili
d o w o l n i e , kierując się względami na własny interes. Sprawiedliwość to jest gotowość do działa­
nia w myśl interesów mocniejszego, który ma rząd w ręku i sam wyznacza, co leży w j e g o intere­
s i e . S p r a w i e d l i w o ś ć j e s t c e c h ą w z g l ę d n ą i raz się m u s i o b j a w i a ć w t a k i m d z i a ł a n i u , a raz
we wprost przeciwnym. Z a l e ż n i e od formy rządów. Sprawa czysto u m o w n a .
Księga I 29
338 E

rzepisć-w wyłamuje, tego karzą za to, że niby prawo łamie i jest niespra­
wiedliwy. Więc to jest, poczciwa duszo, to, co mam na myśli; że w każdym 339
państwie sprawiedliwość polega na j e d n y m i tym samym: na interesie usta­
lonego rządu. Rząd przecież ma siłę. Więc kto dobrze rachuje, t e m u wy­
chodzi, że sprawiedliwość wszędzie polega na j e d n y m i tym samym: na in­
teresie mocniejszego.
- Teraz - powiedziałem - rozumiem, co masz na myśli. A czy to prawda,
czy nie, b ę d ę próbował dojść. W twojej odpowiedzi, Trazymachu, jest t e ż
mowa o tym, co leży w czyimś interesie, że to jest sprawiedliwość, a m n i e ś
zabraniał, żebym o tym nie wspominał w odpowiedzi. A tymczasem tu do- B
dane tylko to, że „mocniejszego".
- No, a to - powiada - to może mały dodatek?
- Jeszcze tego nie widać, choćby był i wielki. Ale że się trzeba zastano­
wić nad tym, czy ty prawdę mówisz, to rzecz jasna. Bo i ja się zgadzam, że
to, co sprawiedliwe, to leży w czyimś i n t e r e s i e , a ty dodajesz coś do t e g o
i mówisz, że to w interesie mocniejszego. Ja nie wiem - więc trzeba to roz­
patrzyć.
- Rozpatruj - powiada.
- To się stanie - rzekłem. - Powiedz mi zatem: czy - oczywiście - także XIII
słuchania rządzących nie nazwiesz rzeczą sprawiedliwą?
- Owszem.
- A czy rządzący są n i e o m y l n i w k a ż d y m p a ń s t w i e , czy t e ż mogą się C
w czymś czasem mylić 13 ?
- W każdym razie gdzieś - powiada - mogą się i mylić.
- Prawda więc, że kiedy się biorą do ustanawiania praw, to j e d n e ustana­
wiają słusznie, a n i e k t ó r e n i e s ł u s z n i e . M n i e się przynajmniej tak zdaje.
A „słusznie", czy to znaczy ustanawiać prawa we własnym interesie, a „nie­
słusznie" - to wbrew własnemu interesowi? Czy jak mówisz?
- Tak.
- A jak które prawo ustanowią, to tego powinni słuchać rządzeni i to jest
to, co sprawiedliwe?
- Jakżeby nie?
- Z a t e m według twego zdania sprawiedliwie jest nie tylko działać w inte- D
resie mocniejszego, ale i wprost przeciwnie: wbrew jego interesowi.
- Co mówisz; ty? - powiada.

13
Sokrates słusznie zwraca uwagę na to, że interes mocniejszego musi ktoś' nieomylnie wyzna­
czać, jeżeli postępowanie zgodne z nim ma być jednoznacznie określone. Mocniejszy m o ż e się
Przecież mylić co do własnego interesu. Tego, co mocniejszemu służy i co mu szkodzi, nie moż­
na wyznaczać dowolnie. To jest sprawa rzeczowa, a nie umowna; możliwe są co do tego pomyłki.
W razie pomyłki postępowanie korzystne dla mocniejszych może być właśnie przez nich zakaza­
ne. Więc nic należy mieszać tych dwóch różnych rzeczy, tego, co mocniejszy, rządzący nakazuje,
i tego, co mocniejszemu, rządzącemu naprawdę służy. Klejtofon interpretuje s w e g o mistrza w
tym duchu, że sprawiedliwość wymaga słuchania rządzących i działania w myśl tego, jak oni sami
svvój interes rozumieją - choćby się mieli mylić - a nie w myśl własnej interpretacji ich intere-
sów, choćby i najtrafniejszej.
30 Platon, Państwo 339 D

- To właśnie, co ty mówisz. T a k się m n i e p r z y n a j m n i e j wydaje. Ale


przypatrzmy się lepiej. Czyż nie zgodziliśmy się, że kiedy rządzący naka­
zują rządzonym coś robić, to się niekiedy mylą i chybiają tego, co dla nich
najlepsze, ale cokolwiek by nakazywali rządzący, to sprawiedliwość nakazu­
je rządzonym spełniać? Czy na to nie było zgody?
E - Zdaje mi się, że tak - powiada.
- No więc uważaj - mówię - ześ się zgodził i na to: sprawiedliwość wyma­
ga, ż e b y nieraz działać także wbrew interesom rządzących i mocniejszych,
a mianowicie wtedy, gdy rządzący mimo woli nakazują coś, co jest przeciw­
ne ich interesowi; mówisz przecież, że od rządzonych sprawiedliwość wyma­
ga, żeby zawsze robili to, co tamci rozkażą. Czyż wtedy, Trazymachu naj­
mądrzejszy, nie wynika z konieczności to, że sprawiedliwe będzie działanie
w p r o s t p r z e c i w n e t e m u , o którym ty mówisz? Wynika przecież dla słab­
szych nakaz działania wbrew interesom mocniejszego.
340 - Ależ tak, na Zeusa, Sokratesie - wmieszał się P o l e m a r c h - to z u p e ł n i e
jasna rzecz.
- Jeżeli ty mu przyświadczysz - wtrącił Klejtofon.
- Ale po cóż tutaj - mówi - potrzeba świadka? Przecież sam Trazymach
zgadza się, że rządzący niekiedy nakazują coś, co im na złe wychodzi, a rzą­
dzeni po sprawiedliwości muszą to robić.
- Bo Trazymach założył, Polemarchu, że sprawiedliwość wymaga, aby ro­
bić to, co rządzący rozkazują.
B - I założył też, Klejtofoncie, i to, że sprawiedliwe jest to, co leży w inte­
resie mocniejszego. I kiedy te dwa założenia przyjął, zgodził się znowu na
to, że nieraz mocniejsi rozkazują wbrew własnym interesom, a słabsi i rzą­
d z e n i to robią. Na gruncie tych ustaleń i n t e r e s mocniejszego nie b ę d z i e
wcale bliższy sprawiedliwości niż działanie wbrew jego interesom.
- Ależ on - odparł Klejtofon - przez i n t e r e s m o c n i e j s z e g o rozumiał to,
w czym mocniejszy sam upatruje swój interes. To p o w i n i e n robić słabszy
i on to przyjął jako sprawiedliwe.
- Ależ nie tak - powiedział Polemarch - nie tak się mówiło.
C - To nic nie szkodzi, Polemarchu - wtrąciłem - jeżeli Trazymach teraz tak
mówi, to my to tak od niego przyjmijmy.
XIV - Powiedz mi, Trazymachu, kiedyś określał to, co sprawiedliwe, chciałeś
mówić o tym, co leży w interesie mocniejszego według jego własnego zda­
nia; wszystko j e d n o , czyby to n a p r a w d ę leżało w jego i n t e r e s i e , czy nie?
Czy tak mamy rozumieć twoje stanowisko 1 4 ?

14
T r a z y m a c h sam idzie dalej w k o n w e n c j o n a l i z m i e . Rządzący nie myli się, z d a n i e m Trazyma­
cha, nigdy, kiedy, jako rządzący, wyznacza to, co leży w j e g o interesie. N i e o m y l n o ś ć co do wła­
s n e g o interesu należy do istoty rządzącego tak, jak n p . w nowszych czasach n i e o m y l n o ś ć w rze­
czach wiary i obyczajów jest związana z u r z ę d e m p a p i e s k i m , jak zresztą n i e o m y l n y jest w spra­
wach spornych każdy p r z e w o d n i c z ą c y sądu rozjemczego, k t ó r e m u ustawa pozwala rozstrzygać
p e w n e spory bezapelacyjnie. Stanowisko Trazymacha wisi j e d n a k tutaj w powietrzu. Można nie­
o m y l n i e określać p r z e d m i o t czyjejś wiary i k i e r u n e k czyjegoś postępowania, można i spory roz­
strzygać bezapelacyjnie, ale nie można, b ę d ą c człowiekim, nie mylić się nigdy, wyznaczając swój
340 C Księga I 31

- Wcale nie - powiada. - Cóż ty myślisz, że ja mocniejszym nazywam ko­


goś, kto błądzi - wtedy, kiedy błądzi?
Ja przynajmniej sądziłem - mówię - że to była twoja myśl, kiedyś się D
zgodził, że rządzący nie są nieomylni, tylko się w czymś niekiedy mylą.
- To są twoje finty w dyskusjach, Sokratesie - mówi on na to - bo czy ty
nazywasz l e k a r z e m kogoś, kto się myli co do chorych, ze w z g l ę d u na to
właśnie, w czym się pomylił? Albo rachmistrzem tego, który by się w ra­
c h u n k a c h mylił; w t e d y właśnie, k i e d y by się mylił i ze w z g l ę d u na t e n
błąd? Ja mam wrażenie, że my tak potocznie mówimy, że lekarz się pomy- E
lił i rachmistrz się pomylił i gramatyk. A ja uważam, że każdy z nich, o ile
jest tym, czym my go nazywamy, nie myli się nigdy. Tak, że biorąc rzeczy
ściśle, bo przecież i ty bawisz się w ścisłość, żaden mistrz nie myli się nig­
dy. Człowiek, który się myli, myli się dopiero wtedy, kiedy go wiedza opu­
szcza, i w tym on już nie jest mistrzem. Tak, że mistrz albo człowiek mą­
dry, albo człowiek rządzący nie myli się żaden wtedy, kiedy jest rządzącym,
chociaż każdy może tak powiedzieć, że lekarz się pomylił i rządzący się po­
mylił. Więc uważaj, że tak i ja tobie teraz odpowiadałem. A najściślejsze 341
ujęcie jest w ł a ś n i e to, że rządzący, o ile j e s t r z ą d z ą c y m , n i e myli się.
A skoro się nie myli, to on stanowi o tym, co jest w jego interesie, i to po­
winien rządzony robić; tak, że - jak od początku mówiłem - sprawiedliwym
nazywam: robić to, co leży w interesie mocniejszego.
- N o , dobrze, Trazymachu - powiedziałem - ty masz wrażenie, że ja so- XV
bie pozwalam na finty w dyskusji?
- Owszem, tak - powiada.
- Bo myślisz, że ja w złym zamiarze i nielojalnie z a p y t a ł e m cię tak, ja­
kem cię zapytał?
- Ja to przecież doskonale wiem - powiada. - I to ci się na nic nie przyda; B
bo ani nie potrafisz p r z e d e mną ukryć swych nielojalności, ani też d o p u ­
15
szczać się ich jawnie i mnie gwałtem położyć w dyskusji .
- Ja bym nawet nie próbował - powiedziałem. - Pokój z tobą! Ale żeby
tu znowu coś takiego między nami nie zaszło, to rozgranicz, jak właściwie -
tak czy inaczej - używasz słowa „rządzący" i „mocniejszy". Bierzesz te wy­
razy w znaczeniu potocznym czy też w tym znaczeniu ścisłym, któreś w tej
chwili podał, mówiąc, że słabszy powinien po sprawiedliwości pilnować in­
teresów mocniejszego, bo on jest lepszy.

interes i s z k o d ę . C h o ć b y się miało rządy w ręku. Już n i e j e d e n rząd wychował sobie z pomocą
własnych ustaw rewolucję, która go sprzątnęła. M y l n i e o c e n i a ł własny interes. A gdy- byśmy
chcieli z T r a z y m a c h e m twierdzić, że wtedy, gdy się mylił, nie był już rządem właściwie, nie wie­
dzielibyśmy nigdy dobrze, kto właściwie jeszcze jest u władzy, a kto już nie jest.
W k a ż d y m razie T r a z y m a c h zaczął mówić o istocie rządzenia i wydawało mu się, że rządzący,
jako taki, wyznacza swój interes, d b a o niego i nakazuje go pilnować p o d d a n y m . W t e d y oni się
nazywają sprawiedliwi.
Sokrates zwraca słusznie uwagę, że d b a n i e o swój interes nie leży w istocie rządzenia. Kto
tządzi n a p r a w d ę , ten dba o interesy rządzonych, a więc słabszych. Z a c z e m sprawiedliwy, jeśli
słucha rządzących naprawdę, dba o interes rządzonych, słabszych.
32 Platon, Państwo 341 B

- Ja - powiada - mówię o tym, który jest w najściślejszym tego słowa zna-


C czeniu rządzącym. Teraz bądź nielojalny i rób finty, jeżeli potrafisz. N i e
m a m pod twoim a d r e s e m ż a d n y c h z a s t r z e ż e ń . Tylko że nie potrafisz -
w żaden sposób.
- Ty może myślisz, żem oszalał i gotówem strzyc lwa i dawać finty Tra-
zymachowi?
- N o , teraz przecież próbowałeś, aleś się nie popisał i w tym.
- N o , dość tego - powiedziałem. - Ale powiedz mi taką rzecz: ten lekarz
w znaczeniu ścisłym, o którym mówiłeś przed chwilą, czy to jest ktoś, kto
robi pieniądze, czy też ktoś, co dba o chorych? A mów o takim, który jest
istotnie lekarzem.
- Ten, co dba o chorych - powiada.
- A cóż sternik? Taki sternik co się nazywa - jest k o m e n d a n t e m płyną­
cych czy płynącym?
- K o m e n d a n t e m płynących.
D - Uważam, że wcale nie trzeba brać pod uwagę, że i on płynie w okręcie,
i nie trzeba go nazywać płynącym. On się nazywa sternikiem nie ze wzglę­
du na to, że płynie, tylko ze względu na umiejętność pewną i rząd nad pły­
nącymi.
- Prawda - mówi.
- Nieprawdaż, istnieje też coś, co leży w interesie każdego z nich.
- T a k jest.
- I umiejętność - powiedziałem - chyba nie na to jest, żeby szukała i wy­
dobywała to, co leży w interesie każdego z nich?
- Na to ona jest - mówi.
- A czy i dla każdej umiejętności istnieje coś, co by leżało w jej interesie -
coś innego niż to tylko, żeby była jak najdoskonalsza?
E - Co znaczy to pytanie?
- To tak - powiedziałem - jak gdybyś m n i e zapytał, czy ciału wystarcza
to, że ono jest ciałem, czy też mu czegoś jeszcze potrzeba, to ja bym powie­
dział, że potrzeba - ze wszech miar. I dlatego też istnieje umiejętność le­
karska dziś wynaleziona, dlatego że ciało jest b i e d n e , liche i nie wystarcza
mu być ciałem. Więc żeby dla niego zdobywać to, co leży w jego interesie,
do tego została rozbudowana umiejętność. Czy masz wrażenie - dodałem -
że mówiąc tak, mówię słusznie czy nie?
- Słusznie - odpowiedział.
342 - Więc cóż, sama umiejętność lekarska czy jest też licha, albo jakaś umie­
j ę t n o ś ć czy może p o t r z e b o w a ć jakiejś d z i e l n o ś c i , tak jak oczy w i d z e n i a ,
a uszy słyszenia, wobec czego o n e potrzebują jeszcze pewnej umiejętności,
która bada i przysparza im tego, co leży w ich interesie. Czy w istocie każ­
dej umiejętności też tkwi pewna lichota i każda umiejętność potrzebuje in­
nej umiejętności, która by dbała o to, co jest w interesie tamtej, a sama by
B potrzebowała znowu innej takiej umiejętności i to tak w nieskończoność?
Czy też każda sama będzie dbała o to, co jest w jej interesie? A może nie
Księga I 33
342 B

otrzebuje ani siebie samej, ani innej, żeby dbać o to, co leży w jej intere­
sie i co ma p o m a g a ć na jej n ę d z ę ? Bo ani n ę d z a żadna, ani błąd ż a d e n
vv u m i e j ę t n o ś c i nie mieszka, ani w y p a d a nawet, żeby u m i e j ę t n o ś ć miała
szukać tego, co leży w interesie kogokolwiek innego, a nie tylko w interesie
jej przedmiotu. Ona sama jest nienaruszalna i czysta, niepokalana, bo jest
słuszna, jak długo każda jest ściśle i w całości tym, czym jest. Weź to tak
ściśle jak przedtem. Jest tak czy jest inaczej?
- Tak się wydaje - powiada.
- Przecież sztuka lekarska nie szuka tego, co pożyteczne dla sztuki lekar­
skiej, tylko tego, co dla ciała.
- Tak - powiada.
- Ani umiejętność jazdy konnej nie szuka tego, co korzystne dla umiejęt- C
ności jazdy k o n n e j , tylko tego, co dla koni. Ani żadna inna u m i e j ę t n o ś ć
tego, co dla niej samej - tego nawet nie potrzebuje - tylko dla tego, co sta­
nowi jej przedmiot.
- Zdaje się, że tak - powiada.
- A przecież, T r a z y m a c h u , rządzą u m i e j ę t n o ś c i też i mają moc, panują
nad tym, czego dotyczą.
Zgodził się w tym miejscu, ale z wielką trudnością.
- Zatem żadna wiedza nie dba o interes mocniejszego ani go nie zaleca -
każda dba o interes słabszego, który zostaje pod jej panowaniem. D
Zgodził się i na to w końcu, choć próbował to zwalczać.
A kiedy się zgodził, wtedy ja mówię: - Z a t e m nic innego, tylko ani lekarz
żaden, o ile jest lekarzem, nie szuka tego, co leży w jego własnym intere­
sie, i nie to zaleca, tylko to, co jest w interesie chorego. Bo już jest zgoda
na to, że lekarz w ścisłym z n a c z e n i u to jest ktoś rządzący ciałami, a nie
ktoś, kto robi pieniądze. Czy też nie ma zgody?
Przyznał.
- Nieprawdaż, i na to, że sternik, wzięty w ścisłym znaczeniu, ma w ręku
rząd nad płynącymi, a nie jest płynącym.
- Zgoda.
- Więc taki sternik i władca nie będzie patrzał i zalecał interesu sternika, E
tylko będzie dbał o interes płynącego i poddanego.
Zgodził się z trudnością.
- Z a t e m - powiedziałem - Trazymachu, podobnie i żaden inny człowiek
w ż a d n y m rządzie, o ile jest n a p r a w d ę rządzącym, nie patrzy w ł a s n e g o i n t e ­
resu ani go nie zaleca, tylko dba o interes p o d d a n e g o i tego, dla k t ó r e g o pra­
cuje; zawsze mając na oku to, co leży w interesie poddanych i co im przystoi -
z myślą o tym on mówi wszystko, co mówi, i robi to wszystko, co robi l 6 .

16
Gdy Platon pisał o tych „rządzących n a p r a w d ę " , musiało mu przyjść na myśl s m u t n o u ś m i e c h ­
nięte pytanie, gdzie też właściwie są ci „rządzący n a p r a w d ę " , ci, co to rządząc nie patrzą interesu
własnego, a dbają tylko o d o b r o rządzonych. N i e widział ich w Atenach i nie mógł ich w i d z i e ć
w
Sparcie; było o nich na p e w n o równie t r u d n o jak o lekarzy, którzy by byli tylko lekarzami na­
prawdę, a nie tymi, co się dorabiają majątku l e c z e n i e m . Więc kiedy pomyślał o rządzących kon-
34 Platon, Państwo 343 A

343XV1 Kiedyśmy już doszli do tego p u n k t u w dyskusji i wszystkim było jasne,


że się określenie tego, co sprawiedliwe, odwróciło i stanęło na głowie. Tra­
zymach, zamiast dawać odpowiedzi, mówi do m n i e : - Powiedz, Sokratesie,
a niańkę ty masz!
- A to co? - m ó w i ę . - Czy nie lepiej dawać o d p o w i e d z i , zamiast p y t a ć
0 takie rzeczy?
- Bo widzę - powiada - żeś się zasmarkał, a ona na to nie uważa i nosa ci
nie uciera, choć powinna, kiedy ty jej tu nawet owiec nie rozpoznajesz ani
pasterza.
- Bo niby co właściwie? - powiedziałem.
B - Bo tobie się zdaje, że pasterze owiec i krów mają na oku dobro owiec
1 krów i tuczą je, i chodzą koło nich mając na oku coś i n n e g o niż d o b r o
swoich panów i własne, i tak samo ci, co rządzą w p a ń s t w a c h , którzy na­
prawdę rządzą, myślisz, że jakoś inaczej się odnoszą do rządzonych niż jak
do owiec i o czymś innym myślą nocą i dniem, jak nie o tym, skąd by wy­
ciągnąć jak największą korzyść dla siebie. I tak daleki j e s t e ś od tego, co
C sprawiedliwe, i od sprawiedliwości, i od tego, co niesprawiedliwe, i od nie­
sprawiedliwości; ty nie wiesz, że sprawiedliwość i to, co sprawiedliwe, to
jest w istocie swojej dobro c u d z e : dla mocniejszego i rządzącego - interes,
a dla rządzonego i poddanego - szkoda. Niesprawiedliwość: wprost przeciw­
nie. Ona panuje nad naiwnymi naprawdę „poczciwcami" i nad sprawiedli­
wymi. Rządzeni robią to, co leży w interesie rządzącego, bo on jest moc-
D niejszy; słuchając go przyczyniają się do jego szczęścia, a do własnego ani

k r e t n y c h , przyszło mu na myśl: „ p a s t u c h y " . A gdy o rządzonych - pomyślał sobie: „ b y d ł o " . Już


w Teajtecie tak pisał. I wydało mu się, że j e g o myśli o rządzącym, który by całą duszą d b a ł o d o ­
bro rządzonych, a nie o siebie, musiałyby się wydać d z i e c i n n e człowiekowi stojącemu z boku,
który by stosunki istniejące znał równie dobrze, jak je znał Platon sam. T a k i e m u Trazymachowi
na przykład. Więc grube drwiny włożył w tej chwili w usta „mistrzowi sztuki b e s z t a n i a " , drwiny
z własnych m a r z e ń o władcy i d e a l n y m , którego, wiedział d o b r z e , nie ma na świecie, i kazał mu
s y p n ą ć k a z a n i e siarczyste, p e ł n e ognia i barw realnych, o b s e r w o w a n y c h t r z e ź w o , p r z y t o m n i e
i rzuconych na papier bez ceremonii, bez ogródek i bez osłonek. O t o jak jest dzisiaj, w o b e c n y m
ustroju a t e ń s k i m . Sprawiedliwość u c h o d z i niby to za z a l e t ę , a kto się nią odznacza, ten traci
na k a ż d y m kroku - tylko złodzieje i oszuści wychodzą na wierzch.
Po krzywdzie ludzkiej d o c h o d z i się do majątku i po krzywdzie ludzkiej do władzy dyktator­
skiej - n i e z a l e ż n e j . I do uznania p o w s z e c h n e g o . Z b r o d n i a jest objawem siły i w życiu prywat­
n y m , i w p u b l i c z n y m , a sprawiedliwość jest k a g a ń c e m , który silniejsi, zwycięzcy zbrodniarze na­
kładają l u d z i o m słabszym - z myślą o swoim własnym interesie. T a k jest, choć tak nie p o w i n n o
być. T a k wygląda dzisiaj sprawa sprawiedliwości. To przecież nie są myśli a u t e n t y c z n e g o Trazy­
macha. To są własne, gorzkie spostrzeżenia samego Platona, włożone Trazymachowi w usta. Pla­
ton właśnie dlatego próbuje reformować s p o ł e c z e ń s t w o i b u d o w a ć je na nowo, bo wie i widzi, co
się dzieje dzisiaj w rzeczywistości. Wie, jakim pustym liczmanem jest dziś sprawiedliwość, kiedy
0 p o w o d z e n i u rozstrzyga tylko siła i b e z w z g l ę d n o ś ć . O p o w o d z e n i u i o szacunku l u d z k i m . Tra­
z y m a c h mówi rzeczy zbyt d o b r z e z n a n e we wszystkich czasach i wielu krajach i zbyt prawdziwe
jak na to, żeby tylko Platon sam tego nie wiedział i myślał inaczej. Trazymach jest tubą Platona.
Mówi rzeczy, które Platona bolą i brzydzą, ale są oparte na j e g o własnych s p o s t r z e ż e n i a c h . Wła­
śnie dlatego, że tak jest dziś, wypada na nowo od gruntu przemyśleć z a g a d n i e n i e sprawiedliwości
1 pojąć ją inaczej, i od f u n d a m e n t ó w p r z e b u d o w a ć ustrój społeczny, aby w nim nie d e c y d o w a ł a
b e z w z g l ę d n a walka o byt i nie wynosiła na czoło zbrodniarzy.

1
odrobiny. T r z e b a przecież zobaczyć, arcynaiwny Sokratesie, że c z ł o w i e k
sprawiedliwy wszędzie ma mniej niż niesprawiedliwy. Najpierw w i n t e r e ­
sach, w spółkach. G d z i e k o l w i e k się taki j e d e n z drugim zwiąże, to przy
rozwiązaniu spółki nigdy nie znajdziesz, żeby sprawiedliwy miał z niej wię­
cej niż niesprawiedliwy.
A następnie w stosunku do państwa, kiedy chodzi o podatki, to z jedna­
kich dochodów sprawiedliwy wpłaca więcej, a niesprawiedliwy mniej. A jak
można coś dostać, to ten nie dostaje nic, a t a m t e n zyskuje grubo. A znowu
jak jakiś publiczny urząd spełnia j e d e n i drugi, to dla sprawiedliwego jest E
kara - jeżeli już nie inna, to ta, że jego własne gospodarstwo schodzi przy
tym na psy, bo on nie ma czasu dbać o nie, a z publicznego grosza takiemu
nic nie przyjdzie, bo on jest sprawiedliwy, a oprócz tego jeszcze zaczynają
go nienawidzić krewni i znajomi, kiedy im nie chce oddawać żadnych przy­
sług wbrew sprawiedliwości. A u niesprawiedliwego wprost przeciwnie. Ja
mówię o tym, o którym przed chwilą m ó w i ł e m , o takim, co grubo potrafi
pamiętać o sobie. Ty na t a k i e g o patrz, jeżeli chcesz ocenić, o ile lepiej 344
człowiek wychodzi w swoich prywatnych sprawach na niesprawiedliwości
niż na sprawiedliwości.
A najłatwiej się o tym przekonasz, jeżeli weźmiesz pod rozwagę niespra­
wiedliwość najdoskonalszą; ta czyni najszczęśliwszym człowieka, który się
dopuścił niesprawiedliwości, a skrzywdzonych i tych, którzy się krzywd do­
puszczać nie chcą, skazuje na n ę d z ę ostatnią. To jest dyktatura. Ona nie
po małym kawałku cudze dobro zagrabia; i po cichu, i gwałtem; i święcone,
i nie poświęcone, prywatne czy publiczne - wszystko razem.
Gdy się ktoś jawnie dopuszcza każdej z tych zbrodni z osobna, spotyka B
go kara i obelgi na niego spadają - najgorsze. O takich, co się dopuszczają
poszczególnych zbrodni tego rodzaju, mówi się przecież, że to świętokradcy
i porywacze ludzi, i włamywacze, i rabusie, i złodzieje. A jeżeli k t o ś nie
tylko pieniądze obywateli weźmie, ale jeszcze ich samych podbije i w nie­
wolników zamieni, wtedy, zamiast tych hańbiących przydomków, spadają na
niego gratulacje i wyrazy uwielbienia. N i e tylko ze strony obywateli, ale C
i z innych stron, gdzie tylko się dowiedzą, że t e n człowiek miary z b r o d n i
dopełnił. Bo przecież ci, co obelgi miotają na niesprawiedliwość, robią to
nie z obawy przed wyrządzeniem krzywd, tylko z obawy przed ich doznawa­
niem. W ten sposób, Sokratesie, krzywda i niesprawiedliwość robiona, jak
się należy, j e s t oznaką większej mocy i j e s t czymś bardziej s z l a c h e c k i m
i pańskim niż sprawiedliwość. I jak od początku mówiłem, sprawiedliwość
to nic innego, jak tylko interes mocniejszego, a sprawiedliwe jest to, co mu
służy i leży w jego interesie.
Trazymach powiedziawszy to zamierzał odejść, jakby nam łaźnię sprawił XVII
i dobrze nas po uszach zlał tą obfitą mową. Ale mu nie pozwalali odejść D
obecni i zmuszali go, żeby wytrwał na miejscu i odpowiadał w dyskusji za
tę mowę, którą wypowiedział. Ja go sam też bardzo prosiłem i powiedzia-
łem: - Bójże się boga, T r a z y m a c h u , t a k ą ś tu m o w ę rzucił p o m i ę d z y nas
36 Platon, Państwo 344 D

i zamierzasz odejść, zanim nas nie nauczysz należycie albo nie nauczysz się
sam, czy tak się rzecz ma, czy inaczej. Cóż ty myślisz, żeś się wziął do
określania jakiegoś drobiazgu, a nie do zasady całego życia, której by się
E każdy mógł trzymać i przez to z największym pożytkiem życie spędzić?
- Bo ja niby uważam - powiedział Trazymach - że to jest inaczej?
- Więc widać, że doprawdy nic ci na nas nie zależy i nie troszczysz się
0 to, czy b ę d z i e m y żyli l e p i e j , czy gorzej, nie znając t e g o , o c z y m ty
mówisz, że to wiesz. Więc bądź dla nas dobry i staraj się nam też to poka­
zać! To nie będzie zła lokata twoich kapitałów, jeżeli nam dobrodziejstwo
345 wyświadczysz - nas przecież tylu jest.
Ja ci mówię od siebie, że nie jestem przekonany i nie sądzę, żeby czło­
wiek na krzywdzie ludzkiej wychodził lepiej niż na sprawiedliwości; nawet
gdyby ktoś niesprawiedliwości puszczał cugle i nie przeszkadzał jej robić,
co by chciała. N o , mój drogi, powiedzmy, że jest ktoś n i e s p r a w i e d l i w y
1 n i e c h ma moc wyrządzania krzywd po cichu albo g w a ł t e m . To j e d n a k
m n i e wcale nie przekonywa, że to będzie rzecz bardziej korzystna, niż być
sprawiedliwym. Może być, że tak samo czuje też i ktoś inny spośród nas -
B nie tylko ja jeden. Więc przekonaj nas, panie święty, jak się należy, że nie
mamy racji, kiedy sprawiedliwość cenimy wyżej niż krzywdę ".
- Ja m a m ciebie przekonać? - powiada. - Jeżeli cię nie p r z e k o n y w a to,
com przed chwilą powiedział, to co ja ci mam jeszcze zrobić? M a m wziąć
tę myśl i włożyć ci ją do duszy?
- Na Zeusa - powiedziałem - tylko to nie! Ale p r z e d e wszystkim, cokol­
w i e k byś powiedział, to trwaj przy tym, albo gdybyś coś zmieniał, to zmie-
C niaj jawnie i nie nabieraj nas! A teraz - widzisz, Trazymachu, wróćmy je­
szcze do tego, co p r z e d t e m : że gdyś prawdziwego lekarza określał, to
później nie uważałeś za p o t r z e b n e równie ściśle brać i pilnować tego praw­
dziwego pasterza, tylko uważasz, że on pasie owce jako pasterz i nie ma przy
tym na oku dobra owiec, tylko jakby jakiś gospodarz, który ma gości przyj-
D m o w a ć i u c z t ę wyprawiać, albo znowu na zysk - jakby zbijacz pieniędzy,
a n i e pasterz. A u m i e j ę t n o ś c i p a s t e r s k i e j przecież na niczym i n n y m nie
17
S o k r a t e s zapewnia, że wierzy w p o ż y t e k płynący ze sprawiedliwości. Ale to nie jest pożytek
materialny. On sądzi przecież, że u b ó s t w o i śmierć nie jest właściwie ż a d n y m nieszczęściem dla
człowieka dobrego. Mówił w Obronie, pod koniec, że dla człowieka d o b r e g o nie ma w ogóle nie­
szczęścia; ani za życia, ani po śmierci. Ktokolwiek uniknął krzywdy ludzkiej, t e n już tym samym
wygrał, skorzystał, wyszedł lepiej niż zbrodniarz, który uniknął kary. Z n a m y to i z Gorgiasza. Na
razie S o k r a t e s wraca do myśli o rządzie i d e a l n y m , kiedy mówi, że ci „ n a p r a w d ę rządzący" nie
dbają o nic więcej, jak tylko o dobro p o d d a n y c h . To ci z innego świata.
I tu gra słów i n i e p o r o z u m i e n i e m i ę d z y S o k r a t e s e m a T r a z y m a c h e m . Kiedy S o k r a t e s mówi
o „rządzących n a p r a w d ę " , ma na myśli takich rządzących, jacy być powinni, choćby ich nie było
w świecie k o n k r e t n y m . Trazymach myśli w t e d y o rządzących k o n k r e t n y c h , żywych, spotykanych
na m i e ś c i e . Stąd na sugestywne p y t a n i e o to, czy „rządzący n a p r a w d ę " c h ę t n i e rządy sprawują,
T r a z y m a c h , mając na oku stosunki k o n k r e t n e , faktyczne, odpowiada bez wahania, że oni to robią
bardzo c h ę t n i e i to jest rzecz doskonale wiadoma.
Że z dobrych rządów mają i rządzeni p e w i e n pożytek, to rzecz niesporna, ale d o w o d z i ć t e g o
na tej p o d s t a w i e , że urzędy p u b l i c z n e są p ł a t n e , to droga bardzo okólna, a d o w ó d n i e b a r d z o
oczywisty.
345 D Księga I 37

zależy, jak tylko na tym, co jej podlega, aby mu przysparzała tego, co naj­
lepsze. To, co dla niej samej p o t r z e b n e , żeby było jak najlepsze, ona już
ma, jak długo nic jej nie brakuje do tego, żeby być umiejętnością pasterską.
Więc ja tak sobie myślałem, że teraz m u s i m y się zgodzić na to, że każdy
rząd, o ile jest rządem, patrzy za tym, co najlepsze dla nikogo innego, jak
tylko dla tego, kto t e m u rządowi podlega i jest p r z e d m i o t e m jego starań.
Tak jest w rządzie publicznym i prywatnym. A jak ty myślisz, czy ludzie E
rządzący w państwach, ale ci naprawdę rządzący, chętnie rządy sprawują?
- Na Zeusa - powiada - ja nie tylko myślę, ja to dobrze wiem.
- No cóż? - m ó w i ę - T r a z y m a c h u , kiedy idzie o różne urzędy, czy nie XVIII
uważasz, że nikt nie chce ich sprawować dobrowolnie, tylko żądają pensji?
Dlatego że nie oni będą mieli pożytek z rządzenia, tylko rządzeni. A zno­
wu tyle tylko mi powiedz: czy nie powiemy, że każda umiejętność różni się 346
od innej tym, że inną posiada moc? Tylko, panie święty, nie odpowiadaj
wbrew przekonaniu, abyśmy trochę poszli naprzód 18 .
- Więc tym się różnią.
- Nieprawdaż, i każda nam przynosi jakiś swoisty pożytek, a nie wszystkie
j e d e n i t e n sam. Na przykład u m i e j ę t n o ś ć l e k a r s k a - zdrowie, s t e r n i c z a -
bezpieczeństwo w podróży okrętem, i inne tak samo?
- Tak jest.
- N i e p r a w d a ż , i u m i e j ę t n o ś ć zarobkowania - zarobek? Bo taka jest jej
moc. Czy też ty mówisz, że umiejętność lekarska i sternicza to j e d n a i ta B
sama? Czy też, jeślibyś chciał ściśle rozgraniczać, jak to zacząłeś robić, to
już nie tak - już nawet gdyby ktoś, będąc sternikiem, przyszedł do zdrowia
dlatego, że mu służy podróż po morzu - to mimo to nie nazwiesz sternictwa
raczej sztuką lekarską?
- No nie, przecież - powiada.
- Ani myślę sobie, nie nazwiesz tak umiejętności zarobkowania, jeśliby
ktoś był zdrów zarobkując.
- No nie, przecież.
- No cóż? A sztukę lekarską nazwiesz sztuką zarobkowania, gdyby ktoś
zarobkował lecząc?
- N i e - powiada. C
- Nieprawdaż, zgodziliśmy się, że każda umiejętność przynosi swoisty po­
żytek.
- Niech będzie - powiada.
- Więc jeżeli jakikolwiek pożytek wspólnie wszyscy mistrzowie wynoszą,
to, jasna rzecz, stąd pochodzi, że wszyscy pospołu coś jedno i to samo stosują,
i stąd płynie im ten pożytek?
18
Sokrates gotów przyznać, że k o n k r e t n i członkowie rządów robią na rządzeniu interesy, ale po­
wiada, że oni to robią jako spekulanci, a nie jako rządzący. Ściśle biorąc, mówi, r z ą d z e n i e j e s t
Pracą dla dobra rządzonych, a nie dla własnej kieszeni. I n n y m i słowy, gdyby rządzący byli tacy,
Jak być powinni, gdyby całkowicie odpowiadali swojej nazwie, a więc gdyby byli idealni, to my­
śleliby o dobru rządzonych, a nie o własnym pożytku. I takich należałoby opłacać, aby nie ginęli
z głodu i z poświęcenia się całkowitego pracy publicznej.
38 Platon, Państwo 346 C

- Zdaje się - powiada.


- W i ę c p o w i e m y , na p r z y k ł a d , że jeśli m i s t r z o w i e z a r o b k u j ą c y mają
z tego zarobku pożytek, to pochodzi stąd, że posługują się w dodatku umie­
jętnością zarobkowania.
Zgodził się z trudem.
D - Z a t e m ten pożytek płynie dla każdego nie z jego własnej umiejętności -
ten zarobek, który on chowa - tylko, jeśli to brać ściśle, umiejętność lekar­
ska wyrabia zdrowie, a u m i e j ę t n o ś ć zarobkowania - honoraria. I umiejęt­
ność architekta stawia dom, a umiejętność zarobkowania, która za nią idzie,
przynosi z a p ł a t ę za dom, i tak wszystkie i n n e u m i e j ę t n o ś c i - każda robi
swoją robotę i służy temu, co jej podlega, a jeśli się do niej nie dołączy za­
płata, to czy może mistrz mieć jakiś pożytek ze swojej umiejętności?
- N i e wydaje się - powiada.
- Więc i nie ma pożytku, kiedy pracuje za darmo?
E - Ja przynajmniej tak myślę.
- Prawda, Trazymachu, to już jasne, że żadna umiejętność ani żaden rząd
nie dba o swój własny pożytek, ale, j a k e ś m y od dawna mówili, o p o ż y t e k
rządzonego dba i zarządzenia wydaje jego mając interes na oku, chociaż on
jest słabszy, a nie: interes mocniejszego. D l a t e g o właśnie ja przed chwilą,
k o c h a n y Trazymachu, mówiłem, że nikt nie chce z własnej ochoty rządzić
347 i zajmować się cudzymi kłopotami, i radzić na nie, tylko żąda za to zapłaty,
bo kto c h c e przyzwoicie uprawiać tę u m i e j ę t n o ś ć , t e n nie o swoje d o b r o
dba ani go nie zaleca, kiedy w e d ł u g wskazań umiejętności zarządzenia wy­
daje, tylko dba o dobro rządzonego. I dlatego zdaje się, że powinni pobie­
rać z a p ł a t ę ci, co mają o c h o t ę rządzić: albo p i e n i ą d z e p o w i n n i dostawać,
albo cześć, albo karę ponosić, gdyby nie rządzili.
XIX - Jak ty to myślisz, Sokratesie? - odezwał się Glaukon. - Bo te dwa rodza­
je zapłaty rozumiem, ale o jakiej ty karze mówisz i jakeś ty ją między zapła­
tami wymienił, tego nie pojąłem.
B - Więc nie pojmujesz tej zapłaty - o d r z e k ł e m - którą biorą najlepsi i dla
której rządzą najprzyzwoitsi ludzie, jeśli tylko chcą rządzić. Czy nie wiesz,
że być chciwym zaszczytów i pieniędzy, to uchodzi za obelgę, i jest nią?
- Ja wiem - powiada.
- Dlatego też - mówię - ani dla pieniędzy nie chcą rządzić ludzie dobrzy,
ani dla zaszczytu. Bo ani biorąc jawnie zapłatę za rządy nie chcą się nazy­
wać najmitami, ani ciągnąc po cichu zyski z rządu - złodziejami. A dla za-
C szczytu też nie. Bo nie są głodni zaszczytów 19 .

19
L u d z i e piastujący dziś urzędy publiczne robią to dla pieniędzy, dla zaszczytów, dla b r u d n y c h zy­
sków, to są ludzie źli, ambitni, próżni, złodzieje. L u d z i e dobrzy, myślący, jacy być powinni, braliby
się do rządów z poczucia o b o w i ą z k u i z obawy, żeby się nie dostać pod rządy ludzi gorszych. T a k
p o w i n n o by być, chociaż dziś tak nie jest. Sokrates ma teraz o c h o t ę dowieść, że życie sprawiedliwe
opłaca się lepiej niż niesprawiedliwe, że jest godniejsze wyboru, lepsze, bardziej p o ż y t e c z n e . Kto
uznaje d o b r a m o r a l n e , jak spokój s u m i e n i a , t e g o nie trzeba o tym d ł u g o p r z e k o n y w a ć ; kto ich nie
c e n i , t e g o t r u d n o b ę d z i e p r z e k o n a ć . R o z s t r z y g n i ę c i e zależy od postawy m o r a l n e j , od t e g o , czyby
się kto wstydził egozimu i zbrodni, czyby się nie wstydził.
347 C Księga I 39

Musi więc nad nimi zawisnąć konieczność i kara, jeśli mają nabrać ocho­
ty do rządzenia. I bodajże stąd poszło to, że za h a ń b ę uchodzi samemu się
garnąć do rządu, a nie czekać, aż przyjdzie konieczność.
A największą karą: dostać się pod rządy człowieka gorszego, jeśliby ktoś
nie chciał rządzić sam. Mam wrażenie, że z obawy przed tą karą rządzą lu­
dzie przyzwoici, kiedykolwiek rządzą. Wtedy idą do rządów nie jak do ja­
kiegoś dobra i nie dlatego, żeby tam mieli opływać, tylko jak do czegoś, co
robić muszą, bo nie mają komu lepszemu lub r ó w n e m u zdać tego ciężaru. D
I bodajże, gdyby istniało państwo ludzi dobrych, to by w nim walczono o to,
żeby móc nie rządzić - tak jak teraz się walczy o rządy. Tam by się poka­
zało, że istotnie, k t o rządzi prawdziwie, t e n nie ma tego w n a t u r z e , ż e b y
własnego interesu patrzał, tylko pilnuje interesów poddanego. Dlatego każ­
dy człowiek myślący woli raczej, żeby ktoś inny dbał o jego pożytek, niż
żeby sam miał kłopot dbając o drugiego. Z a t e m ja się w żaden sposób nie E
zgodzę z T r a z y m a c h e m , że to, co s p r a w i e d l i w e , to j e s t i n t e r e s m o c n i e j ­
szego.
Ale to sobie jeszcze i później rozpatrzymy. O wiele ważniejsze mi się
wydaje to, co w tej chwili mówi T r a z y m a c h , że życie n i e s p r a w i e d l i w e g o
jest lepsze niż sprawiedliwego. Więc ty, Glaukonie - powiedziałem - które
życie wybierasz i które z tych dwóch stanowisk wydaje ci się bliższe praw­
dy?
- Ja m a m wrażenie - powiada - że życie sprawiedliwego lepiej się opłaca.
- A słyszałeś - powiedziałem - ile dóbr wyliczył przed chwilą Trazymach 348
przebiegając żywot niesprawiedliwego?
- Słyszałem - mówi - ale nie jestem przekonany.
- A m o ż e chcesz, żebyśmy go przekonali, że nie mówi prawdy, jeżeli to
jakoś potrafimy wykombinować?
- Jakżebym nie chciał? - powiada.
- Więc gdybyśmy - mówię - tak dla porównania powiedzieli swoją mowę
pod jego a d r e s e m , ile to znowu dóbr za sobą pociąga być sprawiedliwym,
i znowu on swoją, a my inną, to trzeba będzie te dobra liczyć i mierzyć, ile
ich każdy w swoich mowach poda, i potem nam będzie potrzeba jakichś sę- B
dziów, aby nas rozsądzili. A jeżeli tak jak dotąd b ę d z i e m y rzecz we wza­
j e m n y m porozumieniu rozpatrywali, to sami będziemy równocześnie sędzia­
mi i mówcami.
- Tak jest - powiada.
- Więc który sposób - mówię - podoba ci się więcej?
- Ten drugi - powiada.
- Więc proszę cię, Trazymachu - zacząłem - odpowiadaj nam od począt- XX
ku. Ty mówisz, że doskonała niesprawiedliwość przynosi większy p o ż y t e k
niż sprawiedliwość, która by była doskonała?
- Tak jest - mówi - i twierdzę tak, i powiedziałem dlaczego 2 0 .
20
Pokazuje się, że T r a z y m a c h nie obawia się wygórowanej ambicji na p u n k c i e zasad moralnych
i nie ma zasadniczej odrazy do krzywdy ludzkiej. C e n i tylko rozum i siłę, a nie bawi się w skru-
40 Platon, Państwo 348 C

C - N o , proszę cię, a coś takiego o nich jak rozumiesz? J e d n o z nich dwóch


nazywasz chyba dzielnością, a to drugie - wadą?
- Jakżeby nie?
- Nieprawdaż: sprawiedliwość dzielnością, a niesprawiedliwość wadą?
- C o ś p o d o b n e g o , rozkoszy moja, ja p r z e c i e ż i m ó w i ę , że n i e s p r a w i e ­
dliwość się opłaca, a sprawiedliwość nie.
- Więc jak to?
- Coś wprost przeciwnego - powiada.
- Więc sprawiedliwość wadą?
D - N i e , ale bardzo szlachetną naiwnością.
- A niesprawiedliwość czy nazywasz objawem złego charaktetu?
- N i e ; to tylko zaradność - powiada.
- A czy i rozumni są, Trazymachu, twoim zdaniem, i dobrzy ludzie nie­
sprawiedliwi?
- Tak; ci, których stać na doskonałą - powiada - niesprawiedliwość, ci, co
potrafią całe państwa i narody ludzkie brać pod swoją moc. A ty może my­
ślisz, że ja mówię o tych, co potrafią mieszki obrzynać. Pożytek - powiada -
przynoszą i takie rzeczy, jeżeli się to tylko nie wyda. Ale o tym mówić nie
warto, tylko o tym, o czym w tej chwili mówiłem.
E - To, rzeczywiście - mówię - doskonale rozumiem, o czym chcesz mówić.
Tylko to m n i e zdziwiło, że ty niesprawiedliwość kładziesz po stronie dziel­
ności i mądrości, a sprawiedliwość po stronie przeciwnej.
- O, ja stanowczo tak te rzeczy kładę.
- To już - mówię - jest nieco twarde stanowisko, przyjacielu, i nie jest ła­
two m i e ć tu coś do p o w i e d z e n i a . Bo gdybyś był założył, że n i e s p r a w i e ­
dliwość przynosi pożytek, ale byłbyś się zgodził, podobnie jak wielu innych,
że to jest wada i rzecz haniebna, to mielibyśmy na to coś do powiedzenia,
mówiąc z g o d n i e z przyjętymi poglądami. T y m c z a s e m teraz ty oczywiście
b ę d z i e s z mówił, że ona jest c z y m ś p i ę k n y m i m o c n y m , i wszystkie i n n e
349 określenia będziesz jej dodawał, które my kładziemy przy sprawiedliwości.
Przecież ośmieliłeś się włączyć ją nawet do dzielności i do mądrości.
- Najprawdziwsza - powiada - twoja przepowiednia.
- A j e d n a k - m ó w i ę - n i e t r z e b a się w z d r y g a ć p r z e d p r z e ś l e d z e n i e m
i tego stanowiska z uwagą, jak długo przypuszczam, że mówisz to, co my­
ślisz. Ja mam wrażenie, Trazymachu, że ty teraz nie kpisz sobie po prostu,
tylko mówisz to, co ci się wydaje o prawdzie.
- A co ci na tym zależy - powiada - czy mnie się tak wydaje, czy nie; cze­
mu nie zbijasz camego stanowiska?
B - N o , nic - mówię. - Ale na to mi jeszcze w d o d a t k u spróbuj odpowie-

p u ł y m o r a l n e . W sprawiedliwości widzi tylko objaw niemocy życiowej, a w niesprawiedliwości


uwieńczonej p o w o d z e n i e m nie widzi żadnej ujmy, wady, skazy, hańby. D l a t e g o nie b ę d z i e można
go przekonać, bo zabraknie wspólnego gruntu - postawy moralnej.
M i m o to Sokrates próbuje jakoś p o r ó w n a ć dwa typy ludzkie o różnym p o z i o m i e m o r a l n y m .
C z ł o w i e k lepszy ma się tym różnić od gorszego, że nie zazdrości ludziom d o b r y m , a tylko złych
pragnie przewyższać dobrocią. Zły zazdrości i złym, i dobrym.
349 B Księga I 41

dzieć. Czy masz wrażenie, że sprawiedliwy c h c e m i e ć czegoś więcej niż


inny sprawiedliwy?
- N i g d y w świecie - powiada. - N i e byłby w t e d y taki grzeczny, jak jest,
i taki poczciwy.
- No cóż - a może czynów sprawiedliwych?
- Ani nawet sprawiedliwych - powiada.
- A czy on nie uważa za słuszne mieć pierwszeństwo przed niesprawie­
d l i w y m i czy u w a ż a ł b y to za s p r a w i e d l i w e , czy t e ż n i e u w a ż a ł b y t e g o
za sprawiedliwe?
- Uważałby - powiada - i uważa, ale nie potrafi.
- Ja się nie o to pytam - mówię - tylko o to, czy sprawiedliwy nie uważa C
za słuszne i czy nie chce mieć więcej niż sprawiedliwy, a tylko chce prze­
wyższać niesprawiedliwego?
- No tak się rzecz ma - powiada.
- A cóż człowiek niesprawiedliwy? Czy on uważa za słuszne mieć pierw­
s z e ń s t w o i p o s i a d a ć w i ę c e j , niż p o s i a d a c z ł o w i e k s p r a w i e d l i w y - n a w e t
i czynów sprawiedliwych?
- Jakżeby nie? - powiada - on przecież uważa, że powinien mieć wszyst­
kiego więcej.
- Nieprawdaż - nawet i niesprawiedliwemu człowiekowi i nawet nie­
sprawiedliwych c z y n ó w b ę d z i e zazdrościł niesprawiedliwy, i b ę d z i e s z e d ł
w zawody, żeby wszystkiego jak najwięcej sam zagarnął?
- Jest tak.
- Z a t e m tak ustalmy - powiedziałem. - Sprawiedliwy nie chce mieć wic- XXID
cej niż p o d o b n y do niego, tylko c h c e p r z e w y ż s z a ć n i e p o d o b n e g o , a n i e ­
sprawiedliwy zazdrości i j e d n e m u , i drugiemu.
21
- Doskonaleś to powiedział - mówi .
- A czyż jest - wtrąciłem - mądrym i dobrym człowiek niesprawiedliwy,
a sprawiedliwy - ani tym, ani tamtym?
- I to - mówi - dobrze.
- Nieprawdaż - dodałem - i podobny jest do mądrego i dobrego człowieka
niesprawiedliwy, a sprawiedliwy nie jest do niego podobny?
- Jakże nie ma być i podobny - odparł - skoro taki jest? Musi j e d e n być
podobny do takich, a drugi niepodobny.
- P i ę k n i e . W i ę c taki j e s t j e d e n i d r u g i z n i c h , do j a k i c h l u d z i j e s t
podobny.
- Ale co z tego? - powiada.
- No nic, Trazymachu; a znawcą muzyki ty nazywasz kogoś, a drugiego E
niemuzykalnym?

21
Na tym ma polegać p o d o b i e ń s t w o człowieka sprawiedliwego do znawców, do mistrzów wszel­
kiego rodzaju, a więc do ludzi mądrych i dobrych, że i on, i oni mają być wolni od zazdrości
w
s t o s u n k u do równych s o b i e , a niesprawiedliwy jest zachłanny, zawistny i zazdrości c a ł e m u
światu. T e g o nie robi nikt mądry. Z a c z e m sprawiedliwy jest mądry i dobry, a niesprawiedliwy
głupi i zły.
"1

42 Platon, Państwo 349 E

- Owszem.
- Którego z nich mądrym, a którego głupim?
- Znawcę przecież mądrym, a niemuzykalnego głupim.
- N i e p r a w d a ż - i w c z y m k t ó r y z n i c h j e s t mądry, w t y m i dobry,
a w czym głupi, w tym zły?
- Tak.
- A jak tam z lekarzem? N i e tak samo?
- Tak samo.
- A czy ci się wydaje, mój drogi, że ten muzyk, kiedy stroi lirę, to przy
n a p i n a n i u i opuszczaniu strun c h c e m i e ć więcej niż człowiek m u z y k a l n y
albo uważa, że powinien mieć więcej?
- N i e wydaje mi się.
- No cóż? A czy więcej niż niemuzykalny?
- Koniecznie - powiada.
350 - A cóż lekarz? W jedzeniu i piciu chciałby przewyższyć lekarza - czy to
człowieka, czy choćby robotę lub zadanie lekarza?
- No nie, przecież.
- A tylko nielekarza?
- Tak.
- A rozejrzyj się po całej dziedzinie wiedzy i niewiedzy, czy ci się wyda­
je, że którykolwiek uczony pragnąłby zagarnąć więcej niż inny uczony, czy­
by to o pracę szło, czy o słowa, a nie: m i e ć tyle samo co drugi, do niego
podobny w tej samej pracy?
- No może być - powiada - może to i musi tak być.
B - A cóż głupi. Czy on by nie chciał mieć więcej niż uczony i więcej niż
nieuczony?
- Może być.
- A uczony to mądry?
- Przyznaję.
- A mądry to dobry?
- Przyznaję.
- Z a t e m dobry i mądry człowiek nie b ę d z i e chciał posiadać więcej niż ktoś
do niego podobny, lecz tylko więcej niż niepodobny i niż ktoś j e m u przeciwny.
- Wygląda na to - mówi.
- A zły i głupi łakomie patrzy i na podobnego, i na przeciwnego.
- Widać.
- A więc prawda, Trazymachu - powiedziałem - że niesprawiedliwy patrzy
łakomie na niepodobnego i na podobnego? Czy nie tak mówiłeś?
- Mówiłem - powiada.
C - A sprawiedliwy nie będzie chciał mieć więcej niż j e m u podobny, tylko
więcej niż niepodobny?
- Tak.
- Z a t e m - m ó w i ę - sprawiedliwy p o d o b n y jest do m ą d r e g o i d o b r e g o ,
a niesprawiedliwy do złego i głupiego.
350 C Księga I 43

- Gotowo być tak.


- A czyśmy się nie zgodzili, że do kogo by j e d e n i drugi był podobny,
taki też będzie i sam?
- Zgadzamy się przecież.
- Z a t e m sprawiedliwy objawia się nam jako dobry i mądry, a niesprawie­
dliwy jako głupi i zły?
Otóż Trazymach zgadzał się na to wszystko nie tak, jak ja to teraz łatwo XXII
mówię, tylko się ociągał i opierał, i pocił się niesłychanie - bo też i upał był D
na dworze. W t e d y też zobaczyłem - a przedtem nigdy - Trazymacha w ru­
mieńcach 2 2 . Więc kiedyśmy się pogodzili co do tego, że sprawiedliwość to
jest dzielność i mądrość, a niesprawiedliwość - to wada i głupota, wtedy po­
w i e d z i a ł e m : - N o , dobrze, niech nam to tak leży. Ale mówiliśmy też, że
niesprawiedliwość to coś mocnego. Czy nie pamiętasz, Trazymachu?
- Pamiętam - powiada. - Ale mnie się nie podoba już i to, co ty teraz mó­
wisz, i miałbym n i e j e d n o o tym do p o w i e d z e n i a . G d y b y m zaczął mówić,
dobrze wiem, co byś na to powiedział: że to jest p r z e m ó w i e n i e wiecowe. E
Więc albo pozwól mi powiedzieć, ile chcę, albo, jeśli chcesz pytać, to pytaj.
A ja ci tak jak babkom, które bajki opowiadają, b ę d ę mówił: no, tak, i b ę d ę
kiwał głową w dół i do góry.
- Nigdy - mówię - wbrew swojemu m n i e m a n i u !
- Ż e b y się tobie podobać - odparł - bo przecież nie dajesz mówić. A zre­
sztą czego sobie więcej życzysz?
- N i c z e g o , na Z e u s a - powiedziałem. - Więc jeżeli to b ę d z i e s z robił, to
rób. A ja b ę d ę pytał.
- Więc pytaj.
- Więc pytam o to, o co i przed chwilą, abyśmy po kolei przepatrzyli twoją 351
m o w ę - jaka to właściwie jest ta sprawiedliwość w stosunku do niesprawie­
dliwości. Bo mówiło się gdzieś tam, że czymś potężniejszym i mocniejszym
ma b y ć n i e s p r a w i e d l i w o ś ć w p o r ó w n a n i u do s p r a w i e d l i w o ś c i . A t e r a z -
p o w i e d z i a ł e m - skoro sprawiedliwość jest mądrością i dzielnością, łatwiej,
sądzę, p o k a ż e się, że jest czymś mocniejszym od niesprawiedliwości, skoro
niesprawiedliwość to głupota. Na to już nikt nie może zamykać oczu. Ale
ja nie c h c ę , T r a z y m a c h u , brać tego tak po prostu, tylko c h c i a ł b y m to jakoś
rozpatrzyć. Mógłbyś przyjąć, że jakieś państwo jest niesprawiedliwe i usiłu- B
je inne państwa niesprawiedliwie ujarzmić, i j e d n e właśnie ujarzmiło, a wie­
le z nich już od dawna trzyma w swoim jarzmie?

22
N i e można się dziwić Trazymachowi, że się ociąga) i pocił nad rym d o w o d z e n i e m . Widać tyl­
ko, że Platonowi dowód nie szedł łatwo. Widać na nim krople potu. Musiał je Platon sam d o ­
strzegać, skoro j e g o Trazymach tak się tutaj ociąga, a Sokratesowi nikt z o b e c n y c h nie p o m a g a
i nie przyświadcza, żeby był przekonany. W szczególności t r u d n o dojść, gdzie Platon znalazł tych
uczonych wolnych od zachłanności, zazdrości, zawiści, współzawodnictwa. Trazymach mówi te­
raz jak człowiek, który się już nudzi i ma dość, ale dobywa resztek cierpliwości, a nawet przyjaźni
dla Sokratesa. W i d o c z n i e Platon czuł tutaj, że n a w e t życzliwie usposobiony czytelnik nie musi
być tym u s t ę p e m przekonany. Słusznie.
44 Platon, Państwo 351 B

- Jakżeby nie? - powiada. - I to też najlepsze państwo najlepiej zrobi - ta­


kie, co jest najdoskonalej niesprawiedliwe.
- Ja rozumiem - powiadam - że to była twoja myśl, ale ja w związku z nią
biorę pod uwagę to: czy państwo, które się stało potężniejsze od drugiego,
potrafi m i e ć tę przewagę bez sprawiedliwości, czy też b ę d z i e mu do tego
koniecznie potrzeba sprawiedliwości?
- Jeżeli się - powiada - rzeczy tak mają, jak tyś to przed chwilą mówił, że
C sprawiedliwość to mądrość, to będzie potrzeba sprawiedliwości, a jeżeli tak,
jak ja mówiłem, to będzie mu potrzeba niesprawiedliwości.
- Bardzo się cieszę - p o w i e d z i a ł e m - T r a z y m a c h u , że nie tylko kiwasz
głową w dół i do góry, ale i odpowiadasz bardzo pięknie.
- To dla twojej przyjemności - powiada.
XXIII - P i ę k n i e z twojej strony. Ale tak - tę mi jeszcze zrób przyjemność i po­
wiedz, jak myślisz: państwo albo obóz, albo bandyci, albo złodzieje czy inna
jakaś zbieranina, która by wspólnie na coś wychodziła niesprawiedliwie, po­
trafiłaby coś zdziałać, gdyby się ci ludzie krzywdzili nawzajem?
D - N o , nie przecież - powiedział 2 3 .
- A cóż, gdyby się nie krzywdzili? Czy nie wtedy raczej?
- T a k jest.
- Bo rozłamy jakieś, T r a z y m a c h u , i nienawiść, i walki w e w n ę t r z n e nie-
s p r a w i e d l i w o ś ć wywołuje, a sprawiedliwość rodzi z g o d ę i przyjaźń. Czy
nie?
- N i e c h będzie - powiada - abym się z tobą nie różnił.
- To p i ę k n i e z twojej strony, duszo dobra. A to znowu mi powiedz. Je­
żeli to zrobi niesprawiedliwość, że nienawiść zasiewa, gdzie się tylko wkra­
dnie, to jeśli się zagnieździ między wolnymi i między niewolnymi, czy nie
wywoła wśród nich nienawiści wzajemnej i nie doprowadzi do tego, że się
E rozpadną na dwa wrogie obozy i nie potrafią współdziałać z sobą?
- Tak jest.

23
Niesprawiedliwość, gdy się zjawia w grupie ludzkiej, rodzi poczucie krzywdy i prowadzi do
rozłamów, a przez to obniża sprawność grupy w działaniu, jej moc. To jasne i proste. N a t o m i a s t
nie widać wcale, żeby niesprawiedliwość cechująca jakąś poszczególną j e d n o s t k ę miała w niej za­
szczepiać rozterkę wewnętrzną i obniżać jej sprawność w działaniu. N i e każdy niegodziwiec jest
H a m l e t e m . To p e w n e . W tym miejscu Sokrates nie opisuje tego, co spostrzegł w życiu, tylko
w n i o s k u j e tak jakoś, jakby niesprawiedliwość była zawsze j e d n y m i tym s a m y m złym zwierzę­
c i e m albo chorobą, która te same skutki wywołuje w grupach ludzkich i w j e d n o s t k a c h . Zawsze
mu się zdawało, że gdzie tylko jest j e d e n i t e n sam wyraz, tam się za nim kryje j e d n a i ta sama
istota. A bywają wyrazy d w u z n a c z n e . T a k i tu. I n n a sprawa, jeżeli w g r u p i e ludzkiej krzywdzi
j e d e n d r u g i e g o - wtedy się grupa łatwo rozpada, a inna rzecz, gdy j e d e n człowiek c h ę t n i e krzyw­
dzi d r u g i c h . W t e d y nie ma ż a d n e g o p o w o d u , żeby się i on sam rozpadał przez to, że kogoś dru­
giego krzywdzi. Platon widocznie już w tej chwili rozumie po cichu przez sprawiedliwość j e d n o ­
stki ludzkiej p e w i e n ład w e w n ę t r z n y pod rozkazami rozumu, c h o ć na razie jeszcze tego nie po­
wiedział, i stąd mowa o tej osobliwej rozterce i o niemocy człowieka niesprawiedliwego. N i e dzi­
wimy się, że Trazymach, który nic o tym nie m o ż e wiedzieć, z pobłażliwym h u m o r e m przyjmuje
wnioski, k t ó r e go z u p e ł n i e nie przekonują. I Sokrates nie bierze mu t e g o za z ł e . Znaczy to,
że i Platon sam nie uważa, żeby j u ż teraz był przekonujący i jasny dla c z y t e l n i k a . Więc pisał
w tym miejscu raczej dla siebie samego. N i e tylko w tym.
351 E Księga I 45

- A cóż, jeśli niesprawiedliwość rozdzieli dwóch ludzi. Czy nie rozejdą


się i nie zaczną się nienawidzić, i nie będą wrogami dla siebie nawzajem
i dla ludzi sprawiedliwych?
- Będą - mówi.
- A jeśli, m ę ż u osobliwy, niesprawiedliwość zamieszka w j e d n y m czło­
wieku, to chyba nic nie straci ze swojej siły, tylko ją niemniej zachowa.
- N i e m n i e j , niech zachowa - powiedział.
- N i e p r a w d a ż , ona zdaje się mieć jakąś taką siłę, że w kogo tylko wstąpi -
czy to w p a ń s t w o jakieś, czy w ród, czy w obóz, czy w c o k o l w i e k bądź in­
n e g o - to naprzód robi to n i e z d o l n y m do czynu z p o w o d u rozłamów i braku 352
jedności w e w n ę t r z n e j , a p o t e m czyni to wrogiem i sobie s a m e m u , i wszyst­
kiemu, co mu przeciwne, i temu, co sprawiedliwe. Czy nie tak?
- Tak.
- Z a t e m i w j e d n y m człowieku, uważam, kiedy siedzi, wszystko b ę d z i e
robiła, co leży w jej naturze: najpierw go niezdolnym do działania zrobi, bo
w nim rozterkę wewnętrzną wywoła - on się zacznie sam z sobą sprzeczać -
a p o t e m zacznie być wrogiem i sobie samemu, i wszystkim sprawiedliwym.
Czy nie tak?
- Tak.
- A sprawiedliwi, przyjacielu, są także i bogowie.
- Niech będą - powiada. B
- Z a t e m i bogom wrogi się stanie niesprawiedliwy, a sprawiedliwy przyja­
cielem.
- Ciesz się swoją mową - powiada - i bądź dobrej myśli. Ja przynajmniej
nie będę ci się sprzeciwiał, aby mnie bogowie nie znienawidzili.
- Więc proszę cię - powiedziałem - już mi i resztę tej kolacji podaj odpo­
wiadając tak jak teraz. Bo że ludzie sprawiedliwi okazują się i mądrzejsi,
i lepsi, i zdolniejsi do działania, a niesprawiedliwi nic razem zdziałać nie C
potrafią, to słuszne; ale kiedyśmy mówili, że ludzie niesprawiedliwi coś tam
czasem energicznie razem przeprowadzają, to niecałkowita prawda. Bo nie
powstrzymałby ręki j e d e n od drugiego, gdyby całkowicie i ze szczętem byli
niesprawiedliwi. Więc widocznie tkwiła w nich jeszcze jakaś sprawiedli­
wość i ta sprawiła, że nie ukrzywdził j e d e n drugiego tak samo, jak tych, na
których się wybrali, i sprawiła to, że zdziałali to, co zdziałali, a tylko na nie­
sprawiedliwą robotę wyszli, dlatego że w nich niesprawiedliwość do połowy
tkwiła i robiła z nich półniegodziwców; niegodziwcy zupełni i niesprawie- D
dliwi doskonale są też doskonale niezdolni do działania. Więc to, że się tak
ma - to rozumiem, ale nie tak, jakeś ty z początku twierdził. A czy spra­
wiedliwi także lepiej żyją od niesprawiedliwych i czy są szczęśliwsi, cośmy
n a s t ę p n i e p o s t a n o w i l i rozpatrzyć, to rozpatrujmy. Robią t a k i e w r a ż e n i e
i teraz, jak mi się wydaje, na podstawie tego, cośmy powiedzieli. Mimo to
p r z y p a t r z m y się im jeszcze lepiej. Bo przecież chodzi nie o byle co, ale
o to, jak właściwie żyć należy.
- Rozpatruj - powiada.
46 Platon, Państwo 352 D

- Rozpatruję - odrzekłem. - Powiedz mi, wydaje ci się coś robotą konia?


- Owszem.
E - A czy nie to uważałbyś za r o b o t ę konia i czegokolwiek innego, czym
ktoś działa wyłącznie albo najlepiej?
- N i e rozumiem - powiada.
- To tak: czy możesz widzieć czymś innym niż oczami.
- No nie, przecież.
- No cóż, a słyszeć potrafisz czymś innym niż uszami?
- W żaden sposób.
- Nieprawdaż, że słusznie moglibyśmy to nazwać robotą oczu i uszu?
- N o , tak.
353 - No cóż - a m i e c z e m potrafisz o b c i n a ć gałązki w i n n e i s c y z o r y k i e m ,
i wielu innymi narzędziami?
- Jakżeby nie.
- Ale niczym innym tak p i ę k n i e , jak s i e r p e m winniczym, który jest do
tego celu zrobiony.
- Prawda.
- Więc nazwiemy to jego robotą?
- A nazwijmy.
XXIV - Otóż teraz, uważam, lepiej możesz zrozumieć, o co mi szło przed chwi­
lą, k i e d y m się pytał, czy nie to będzie robotą każdego, co on albo wyłącz­
nie, albo najlepiej ze wszystkich wykonywa ' 4 .
- Owszem - powiada - rozumiem i to mi się wydaje robotą każdego.
B - N o , dobrze - mówię. - A czy nie myślisz, że i dzielność swoją posiada

24
N a z a k o ń c z e n i e stara się S o k r a t e s d o w i e ś ć , ż e c z ł o w i e k n i e s p r a w i e d l i w y m u s i b y ć n i e ­
szczęśliwy, a szczęściem cieszyć się m o ż e tylko człowiek sprawiedliwy. Dlaczego? D l a t e g o , że
sprawiedliwość jest swoista, zaletą duszy, bez której dusza źle działa, a źle działając, musi być nie­
szczęśliwa i n ę d z n a . D o b r z e wiedzieć, że po grecku „ d o b r z e d z i a ł a m " znaczyło tyle, co „ j e s t e m
szczęśliwy", a „źle działać" znaczyło „być nieszczęśliwym". Taki był zwyczaj językowy.
Sokrates z a p o m i n a j e d n a k , że T r a z y m a c h w rozdz. XX wcale nie uważał sprawiedliwości za
z a l e t ę duszy, tylko za „ b a r d z o szlachetną n a i w n o ś ć " . Więc to „ z g o d z i m y s i ę " nie j e s t p r o t o ­
kolarnie ścisłe, tylko p r z e m y c o n e . Cały dowód sprowadza się właściwie do tego, że kto uważa
sprawiedliwość za zaletę, a niesprawiedliwość za wadę, ten b ę d z i e chwalił i szanował ludzi spra­
wiedliwych, a b ę d z i e gardził niesprawiedliwymi. Z pewnością. T e n dowód p r z e k o n a tylko prze­
k o n a n y c h , nie nawróci nikogo. Trazymach t e ż pobłażliwym figlem w tonie przyjacielskim zamy­
ka dyskusję. Wszystko, co mówił Sokrates, tylko on sam chyba potrafi strawić w święto trackiej
bogini. I Sokrates słusznie mu przyznaje, że „ j e g o kolacja nie była d o b r a " - czyli że P l a t o n o w i
s a m e m u nie smakowały wywody Sokratesa po mowie Trazymacha. D l a t e g o niby to powiada, że
n i e zdefiniował sprawiedliwości, a d u ż o o niej mówił, nie wiedząc jeszcze, o czym mówi właści­
wie. Sokrates jest w tym miejscu p i ę k n y m wzorem samokrytycyzmu. Sokrates platoński.
To, cośmy przeczytali, to nie jest p o l e m i k a Platona z sofistami; to jest jego rozmowa z s a m y m
sobą. To naprzód stwierdzenie z a m ę t u , jaki panuje w pojęciach o sprawiedliwości pochodzących
od p o e t ó w - oni sprawiedliwość chwalą. P o t e m rozwinięcie poglądów p e s y m i s t y c z n y c h , k t ó r e
wieją od i n t e l e k t u a l i s t ó w współczesnych - ci sprawiedliwość ganią; a w k o ń c u usiłowania, ż e b y
się j a k o ś s a m e m u d o g r z e b a ć pochwały sprawiedliwości, opierając się na tym n i e o d p a r t y m po­
czuciu, że j e d n a k sprawiedliwość to jest coś d o b r e g o i p i ę k n e g o , to jest p e w n a zaleta człowieka,
która się musi opłacać moralnie. Usiłowania jeszcze bardzo niejasne. W s t ę p n e .
353 B Księga I 47

wszystko, co ma jakąś robotę sobie przyporządkowaną? Wróćmy znowu do


tego samego. Oczy, powiemy, mają swoją robotę?
- Mają.
- A czy istnieje także dzielność oczu?
- Jest i dzielność.
- A cóż ze wszystkim innym? N i e tak samo?
- Tak samo.
- Trzymajże. Czy mogłyby oczy swoją robotę p i ę k n i e wykonywać, gdyby C
nie miały dzielności sobie właściwej, ale zamiast dzielności wadę?
- Jakżeby tam? - powiada. - Ty z pewnością mówisz o ślepocie, zamiast
widzenia.
- Jaka - mówię - jest ich dzielność, ja się tam o to jeszcze nie pytam, tyl­
ko czy dzięki swoistej dzielności dobrze robią to, co mają do roboty, a skut­
kiem wady - źle.
- To jest prawda - powiedział - to, co mówisz.
- Nieprawdaż, i uszy pozbawione swoistej dzielności będą źle swą robotę
spełniały?
- Tak jest.
- Odniesiemy więc i do wszystkiego innego tę samą regułę.
- Mnie się tak wydaje.
- Więc proszę cię. P o t e m i to weź pod uwagę. Czy jest jakaś robota du- D
szy, której byś ż a d n y m i n n y m p r z e d m i o t e m d o k o n a ć nie potrafił - jak na
przykład coś takiego: dbać o coś i panować, i stanowić o czymś, i wszystkie
inne rzeczy tego rodzaju - czy można to przypisać sprawiedliwie czemuś in­
nemu, a nie duszy, i powiedzieć, że to jego swoista robota?
- Niczemu innemu.
- A cóż życie? Powiemy, że to duszy robota?
- T a k jest - powiada.
- Nieprawdaż, i przyznamy, że istnieje jakaś dzielność duszy?
- Przyznamy. E
- Czy więc kiedykolwiek, Trazymachu, dusza swoje roboty będzie dobrze
sprawowała, jeżeli jej zabraknie jej swoistej dzielności, czy też to niemoż­
liwe?
- Niemożliwe.
- Musi zatem wadliwa dusza źle rządzić i dbać, a dobrej się to wszystko
dobrze wiedzie.
- No, musi.
- A czyśmy się nie zgodzili, że dzielność duszy to sprawiedliwość, a wadą
jej niesprawiedliwość?
48 Platon, Państwo 353 E

- Zgodziliśmy się.
- Z a t e m sprawiedliwa dusza i człowiek sprawiedliwy b ę d z i e żył dobrze,
a źle będzie żył niesprawiedliwy.
354 - Pokazuje się - powiada - według twojego toku myśli.
- A przecież kto dobrze żyje, błogosławiony jest i szczęśliwy, a kto nie,
ten przeciwnie.
- Jakżeby nie.
- Z a t e m sprawiedliwy jest szczęśliwy, a niesprawiedliwy to nędznik.
- N i e c h będą - powiada.
- A być nędznikiem to niepożytecznie, tylko być szczęśliwym.
- Jakżeby nie?
- Z a t e m nigdy, Trazymachu błogosławiony, nie jest bardziej p o ż y t e c z n a
niesprawiedliwość od sprawiedliwości.
- Zjedz to, Sokratesie, na kolację. Mamy Bendideje.
- To przecież ty - p o w i e d z i a ł e m - to tyś mi t r a k t a m e n t urządził, kiedyś
B zaczął być łagodny i przestałeś się gniewać. Moja kolacja nie była dobra,
ale to przeze m n i e samego, nie przez ciebie. Bo tak jak ludzie łakomi za­
wsze coś chwytają i kosztują z tego, co się koło nich obnosi, z a n i m b y się
w sam raz poprzednią potrawą uraczyli, tak, mam wrażenie, i ja, zanim zna­
lazłem to, czegośmy najpierw szukali, a mianowicie, czym jest to, co spra­
wiedliwe, już to porzuciłem, a wziąłem się do roztrząsania tego, czy to jest
wada i głupota, czy też mądrość i dzielność, a kiedy mi znowu p o t e m wpa-
C dła ta myśl, że niesprawiedliwość przynosi większy pożytek niż sprawiedli­
wość, nie mogłem się powstrzymać, żeby tamtej myśli nie rzucić, a nie za­
brać się do tej. I teraz mi tyle wyszło z rozmowy, że nic nie wiem. Bo jak
długo nie wiem, czym jest to, co sprawiedliwe, to t r u d n o mi wiedzieć, czy
to jest właśnie jakaś dzielność, czy może i nie, i czy ten, co się nią odzna­
cza, nie jest szczęśliwy, czy też jest szczęśliwy.
KSIĘGA D R U G A

W i ę c ja, p o w i e d z i a w s z y to, m y ś l a ł e m , że mi j u ż ciężar p r z e m a w i a n i a


spadł z głowy. A to był, zdaje się, tylko wstęp 1 . Bo Glaukon zawsze bar­
dzo po męsku staje w o b e c wszystkiego, więc tak i wtedy nie przyjął tego,
że Trazymach ustał na siłach i miał dość; więc powiada: - Sokratesie, czy ty
chcesz, żebyśmy wyglądali na przekonanych, czy też chcesz nas p r z e k o n a ć
n a p r a w d ę , że na wszelki s p o s ó b l e p i e j jest być s p r a w i e d l i w y m niż n i e ­
sprawiedliwym?
- N a p r a w d ę - powiedziałem - wolałbym to, gdyby to ode mnie zależało.
- W takim razie - powiada - nie robisz tego, czego chcesz. Bo powiedz
mi, czy nie wydaje ci się, że istnieje takie dobro, które radzi byśmy posia­
dać nie dlatego, że zmierzamy do jego skutków, ale dlatego, że kochamy je
dla niego samego? Tak jak radość i przyjemność, które szkody nie przyno­
szą i nic z nich na p o t e m nie wynika innego, jak tylko radość - dla tego,
który je posiada.
1
Szczególny zabieg pisarski rozpoczyna tę księgę. Sokrates, postać sceniczna, sam rozprasza
u m o w n e z ł u d z e n i e literackie i oświadcza, że to, cośmy czytali, nie jest ż a d n y m p r o t o k o ł e m czy
s p r a w o z d a n i e m z rzeczywistej rozmowy, tylko jest scenicznym w s t ę p e m do dalszych rozważań.
P o d o b n i e jak w Pajacach Leoncavalla aktor wychodzący w k o s t i u m i e przed k u r t y n ę oświadcza
„ J e s t e m prologiem. Dziś c e l e m roli mej, by myśl poety wam tu wyjaśnić i w y t ł u m a c z y ć " . To
jest odsłonięcie własnego warsztatu autorskiego.
J e s t i drugie. O t o G l a u k o n bardzo po m ę s k u , a więc o d w a ż n i e i otwarcie oświadcza, że cała
Sokratesowa obrona sprawiedliwości, zawarta w k s i ę d z e p o p r z e d n i e j , nie była przekonująca. To
mówi rodzony brat Platona, narysowany bardzo s y m p a t y c z n i e . W o l n o wierzyć, że wszyscy trzej
bracia zgadzali się na tym p u n k c i e .
Platon chce więc jeszcze raz rozwinąć obszernie to, co na t e m a t sprawiedliwości młodzi ludzie
słyszą w d o m u i co czytają u poetów, chce się przyjrzeć i pokazać, jak wyglądają ich postawy mo­
ralne i j a k i e na t y m t l e m ł o d z i ludzie myślący i czujący muszą p r z e ż y w a ć z m a g a n i a i m o m e n t y
b a n k r u c t w a e t y c z n e g o . W s z y s t k o r a z e m wygląda na s p o w i e d ź s a m e g o P l a t o n a włożoną w usta
rodzonych braci. On o d e b r a ł przecież to samo wychowanie, co i oni, i on też był zdolny i pod każ­
d y m w z g l ę d e m z n a k o m i c i e wyposażony życiowo, przed nim się też otwierała kariera państwowa.
Akcenty szczerości G l a u k o n a i A d e j m a n t a nie są p o d r o b i o n e , płyną z własnej piersi P l a t o n a . On
tu robi wielką rewizję wpływów wychowawczych, które go s a m e g o formowały, i robi z nimi wielki
o b r a c h u n e k . Od p o e t ó w zacząwszy, a na wierzeniach religijnych skończywszy. Uważał, że musi,
choć nieco inaczej niż W i n c e n t y Pol, „ n i e j e d n o miłe zburzyć, a inaczej o d b u d o w a ć " .
Przez usta G l a u k o n a Platon podaje swojemu Sokratesowi plan obrony sprawiedliwości. Dzieli
dobra życiowe na a) p o ż ą d a n e same przez się, b) p o ż ą d a n e tylko ze względu na swoje n a s t ę p ­
stwa i c) p o ż ą d a n e zarówno dla siebie samych jak i ze w z g l ę d u na swoje następstwa. G l a u k o n
stwierdza, że szerokie koła cenią sprawiedliwość j e d y n i e tylko ze względu na jej miłe jakoby na­
stępstwa, sądzą, że ona jest właściwie dolegliwym c i ę ż a r e m , który się j e d n a k ma jakoś o p ł a c a ć .
G l a u k o n pragnąłby się d o w i e d z i e ć czegoś o jej wartości b e z p o ś r e d n i e j , o tym, co ona sama jest
warta, bez względu na wszelkie jej następstwa.
50 Platon, Państwo 357 B

- M n i e się - mówię - wydaje, że jest coś takiego.


- No cóż? A to, co i samo przez się kochamy, i ze względu na jego skut­
ki. Jak na przykład znowu: rozsądek i widzenie, i zdrowie; przecież takie
rzeczy kochamy z jednego i drugiego względu.
- T a k - powiedziałem.
- A czy widzisz - powiada - pewną trzecią postać dobra, do której należą
ć w i c z e n i a g i m n a s t y c z n e i p o d d a w a n i e się l e c z e n i u , i l e c z e n i e d r u g i c h ,
i i n n e r o b i e n i e pieniędzy. To przecież są rzeczy przykre i t r u d n e , m o ż n a
powiedzieć, ale przynoszą nam pożytek i nie chcielibyśmy ich mieć samych
dla siebie, ale tylko ze w z g l ę d u na zarobki i na i n n e s k u t k i , k t ó r e przy­
noszą.
- Jest - powiadam - i to trzecie. Albo co?
- W którym - mówi - z tych trzech rodzajów kładziesz sprawiedliwość?
- Ja - p o w i e d z i a ł e m - mam wrażenie, że w tym najpiękniejszym, który
1 sam dla siebie, i ze względu na s k u t k i powinien kochać człowiek, który
ma być szczęśliwy.
- N i e tak - powiada - wydaje się szerokim kołom. O n e sprawiedliwość
zaliczają do rodzaju trudów i przykrości, które warto praktykować dla zarob­
ków i dla opinii, dla dobrej sławy, ale sama dla siebie ta rzecz jest przykra,
więc trzeba jej unikać.
- Ja wiem - powiedziałem - że to się tak wydaje i Trazymach ją od dawna
gani za to, że jest taka, a niesprawiedliwość pochwala. Ale m n i e jakoś, wi­
dać, trudno nauczyć 2 .
- Więc, proszę cię - powiada - posłuchaj i m n i e , czy nie b ę d z i e s z j e d n e g o
zdania ze mną. M a m wrażenie, żeś Trazymacha, prędzej niż potrzeba, zacza­
rował jak węża, a m n i e j e s z c z e nie po myśli w y p a d ł d o w ó d za j e d n y m i za
d r u g i m s t a n o w i s k i e m . Ja p r a g n ę usłyszeć, czym j e s t j e d n o i d r u g i e , i jaką
k a ż d e p o s i a d a m o c , s a m o p r z e z się, j e ż e l i w d u s z y l u d z k i e j z a m i e s z k a ,
a m n i e j s z a tam o zarobki i to, co z nich obojga wynika. W i ę c ja tak zrobię,
jeżeli i ty b ę d z i e s z tego z d a n i a . P o d e j m ę na nowo myśl T r a z y m a c h a i naj­
p i e r w o s p r a w i e d l i w o ś c i p o w i e m , co o niej l u d z i e myślą i skąd się m i a ł a
wziąć. Po drugie to, że wszyscy, którzy ją praktykują, czynią to n i e c h ę t n i e ,

2
Aby Sokrates wiedział, jak ma mówić, postanawia G l a u k o n dać mu wzór formalny i dla przykła­
du sam jeszcze raz rozwinie naturalistyczny pogląd T r a z y m a c h a na g e n e z ę i istotę sprawiedliwo­
ści i w y p o w i e swoją p o c h w a ł ę n i e s p r a w i e d l i w o ś c i wcale nie z p r z e k o n a n i a , t y l k o na wzór.
I n n y m i słowy: zobacz, jakie poglądy wyniosłem od mistrzów, którzy mnie chowali, i z d o m u . N o ­
szę je w s o b i e , c h o ć mi nie odpowiadają. Rozejrzyj się, czy je potrafisz j a k o ś z r ó w n o w a ż y ć
i zwalczyć? Co potrafisz t e m u przeciwstawić? G l a u k o n i po nim A d e j m a n t mówią p ł y n n i e , sty­
lem d a l e k i m od potocznej, żywej mowy; wygłaszają pięknie opracowany referat platoński.
W i ę c jeżeli idzie o treść, to słyszymy z n o w u , że z natury d o b r e jest wyrządzanie krzywd, i to
jest stan p i e r w o t n y ludzkości; wszyscy krzywdzą wszystkich, gdzie tylko kto m o ż e . Podczas tej
walki wszystkich ze wszystkimi mocniejsi wychodzą dobrze, a słabsi, żeby się uchronić jakoś, wy­
myślają prawa, rezygnują ze s m u t k i e m z k r z y w d z e n i a drugich, na które ich i tak nie stać, c h o ć
i oni to lubią, i umawiają się szanować te u s t a n o w i o n e prawa. Z b r o d n i a jest f a k t e m n a t u r a l n y m ,
a prawo w y t w o r e m u m o w n y m ludzi słabych, p r z e c i w n y m ich własnej n a t u r z e . P o s z a n o w a n i e
praw to sprawiedliwość.
358 C Księga II 51

jako rzecz konieczną, ale nie: rzecz dobrą. Po trzecie, że ludzie słusznie tak
robią. Bo przecież o wiele lepsze jest życie człowieka niesprawiedliwego niż
sprawiedliwego; tak mówią. T y m c z a s e m m n i e , Sokratesie, nie tak się j a k o ś
wydaje. Więc doprawdy, j e s t e m w k ł o p o c i e , bo p e ł n e m a m uszy T r a z y m a -
c h a i tysiąca i n n y c h , a n i g d y m n i e słyszał tak, j a k b y m c h c i a ł , ż e b y k t o ś D
mówił o o b r o n i e sprawiedliwości, że lepsza j e s t od n i e s p r a w i e d l i w o ś c i . Ja
chcę słyszeć, jak ją ktoś chwali dla niej samej. M a m wrażenie, że od c i e b i e
chyba najlepiej się tego d o w i e m . D l a t e g o sam zbiorę siły i b ę d ę mówił po­
c h w a ł ę życia n i e s p r a w i e d l i w e g o , a m ó w i ą c p o k a ż ę t o b i e , w jaki s p o s ó b
p r a g n ę znowu, ż e b y i c i e b i e usłyszeć, jak n i e s p r a w i e d l i w o ś ć ganisz, a spra­
wiedliwość chwalisz. Zobacz, czy ci odpowiada to, co mówię.
- Ależ nadzwyczajnie - p o w i e d z i a ł e m . - O czymże by c h ę t n i e j człowiek E
inteligentny często mówił i słuchał?
- D o s k o n a l e m ó w i s z - powiada. - Więc to, co n a p r z ó d m i a ł e m p o w i e ­
dzieć, o tym posłuchaj, co to takiego jest, i skąd się wzięła sprawiedliwość.
Mówią przecież, że wyrządzanie krzywd jest z natury dobre, a doznawanie
krzywdy - złe. Ale większym złem góruje doznawanie krzywd, niż d o b r e m
ich wyrządzanie. Tak że gdy się ludzie nawzajem krzywdzą i wzajemnych 359
krzywd od siebie doznają, i kosztują j e d n e g o i drugiego, w t e d y ci, którzy
nie mogą j e d n e g o uniknąć, a na drugie sobie pozwolić, uważają za rzecz po­
żyteczną umówić się wzajemnie, że się nie b ę d z i e krzywd ani wyrządzało,
ani doznawało.
D l a t e g o zaczęli prawa układać i u m o w y w z a j e m n e i nazwali to, co pra­
w e m przepisane, czymś legalnym i sprawiedliwym. Takie jest p o c h o d z e n i e
i taka jest istota sprawiedliwości; ona jest czymś pośrednim pomiędzy tym,
co jest najlepsze: jeżeli się krzywdy wyrządza, a nie ponosi kary, i tym, co
najgorsze: k i e d y p o k r z y w d z o n y nie m o ż e się mścić. Sprawiedliwość leży B
pośrodku pomiędzy j e d n y m i drugim, więc jej nie kochają jako dobra, tylko
ją cenią dlatego, że nie czują się na siłach, żeby krzywdy wyrządzać. Prze­
cież, kto by to mógł robić i był mężczyzną naprawdę, ten by się z nikim na
świecie nie umówił, że ani krzywd wyrządzać nie będzie, ani ich doznawać.
Musiałby być szalony. O t ó ż to jest sprawiedliwość, Sokratesie, i taka jest
jej natura, a skąd się wzięła, to jest tak, jak mówię.
Że ci, którzy ją praktykują, robią to niechętnie, dlatego tylko, że nie po- III
trafią krzywd wyrządzać, to może najlepiej potrafimy dojrzeć, jeżeli coś ta­
kiego potrafimy zrobić w myśli: damy j e d n e m u i drugiemu wolność - niech C
każdy z nich robi, co chce, i ten sprawiedliwy, i niesprawiedliwy. A p o t e m
pójdziemy w trop za nimi; zobaczyć, dokąd każdego z nich żądza zaprowa­
dzi 3 . W t e d y byśmy ich na gorącym u c z y n k u schwytali, bo na j e d n o i to

3
Źe każdy człowiek, nawet i słaby, i sprawiedliwy, ma w sobie skłonności zbrodnicze, o tym ma
ś w i a d c z y ć p e w i e n e k s p e r y m e n t myślowy. Wystarczy w myśli wyposażyć n a j p o r z ą d n i e j s z e g o
człowieka w pierścieri Gygesa, który by mu zapewniał bezkarność, a zobaczy się w nim z p e w n o ­
ścią skłonności tak samo w y s t ę p n e jak w najgorszym zbrodniarzu.
T e n a r g u m e n t nie ma żadnej siły. Wynik e k s p e r y m e n t u myślowego zależy od p e s y m i z m u lub
52 Platon, Państwo 359 C

samo wychodziłby sprawiedliwy i niesprawiedliwy - aby więcej mieć - do


tego każda żywa istota z natury dąży, bo to jest dobro, a tylko prawo gwał­
t e m ją ściąga do t e g o , ż e b y c e n i ć r ó w n o ś ć m i e n i a . W o l n o ś ć , o k t ó r e j
mówię, byłaby w t e d y największa, g d y b y każdy z nich p o s i a d ł taką moc,
D jaką miał k i e d y ś Gygesa p r z o d e k Lidyjczyka. On był p a s t e r z e m i służył
u ó w c z e s n e g o króla Lidii. Kiedy spadł wielki deszcz i przyszło trzęsienie
ziemi, p ę k ł a ziemia w p e w n y m miejscu i utworzyła się r o z p a d l i n a w tej
okolicy, gdzie on pasał owce. On to zobaczył, zdziwił się, z e s z e d ł w jej
głąb i ujrzał d z i w n e rzeczy, o których bajki opowiadają, a m i ę d z y innymi
i konia z brązu, pustego wewnątrz, który miał drzwiczki. Kiedy nachylił się
E p r z e z nie do ś r o d k a , z o b a c z y ł w e w n ą t r z t r u p a , k t ó r y się w y d a w a ł nad­
l u d z k i e g o wzrostu. N i e miał na sobie nic, tylko złoty p i e r ś c i e ń na r ę k u .
On ściągnął mu ten pierścień i wylazł stamtąd na górę.
Kiedy pasterze odbywali swoje zebranie zwyczajne, jak co miesiąca, aby
królowi d o n i e ś ć , co się dzieje z t r z o d a m i , p r z y s z e d ł on i miał p i e r ś c i e ń
z sobą. Więc kiedy siedział pomiędzy innymi, obrócił p r z y p a d k i e m nasadę
360 k a m i e n i a ku sobie, ku w n ę t r z u d ł o n i . Kiedy się to stało, zrobił się nie­
widzialny dla siedzących przy nim; oni zaczęli rozmawiać tak, jakby go nie
było. Zdziwił się i znowu namacawszy pierścień, obrócił n a s a d ę kamienia
na zewnątrz. Jak tylko ją obrócił, zrobił się widzialny. Zauważywszy to za­
czął doświadczać swego pierścienia, czyby miał taką samą siłę i czyby mu
się udawało, obracając nasadę kamienia ku środkowi, stawać się niewidzial­
nym, a jeśli na zewnątrz - widzialnym. Stwierdziwszy to, n a t y c h m i a s t się
B postarał, żeby go wśród posłańców wyprawiono do króla. Poszedł tam, żonę
królowi uwiódł i razem z nią zamachu na króla dokonał. Zabił go i tron po
nim objął.
Więc gdyby istniały dwa takie pierścienie i j e d e n by sobie na palec wło­
żył c z ł o w i e k sprawiedliwy, a j e d e n niesprawiedliwy, to nie znalazłby się
c h y b a ż a d e n człowiek taki kryształowy, ż e b y wytrwał w sprawiedliwości
i nie ś m i a ł b y wyciągać ręki po c u d z e ani go tykać, c h o c i a ż b y mu wolno
C było, i z rynku bez obawy brać, co by tylko chciał, i do d o m ó w wchodzić,
i obcować z kim by mu się podobało, i zabijać, i z więzów uwalniać, kogo
by tylko zechciał. I inne rzeczy robiłby pomiędzy ludźmi będąc do bogów
p o d o b n y m . P o s t ę p u j ą c tak, nie robiłby nic i n n e g o niż drugi - na j e d n o
i to samo wychodziliby obaj. Przecież to wielkie świadectwo, mógłby po­
wiedzieć ktoś, że nikt nie jest sprawiedliwy z dobrej woli, tylko z musu, bo
sprawiedliwość to nie jest dobro dla jednostki, bo każdy, gdzie tylko myśli,
D że b ę d z i e mógł krzywdy wyrządzać b e z k a r n i e , tam je wyrządza. Każdy
człowiek uważa, że o wiele większy pożytek przynosi j e d n o s t c e niesprawie­
dliwość niż sprawiedliwość. I słusznie tak uważa; to powie każdy, kto bę-

o p t y m i z m u e k s p e r y m e n t a t o r a i nie d o w o d z i niczego o naturze ludzkiej, mówi tylko o tym, czy


k t o ś patrzy na ludzi czarno, czy biało. G l a u k o n najwidoczniej widzi ich c z a r n o . N i e s ł u s z n i e .
Każdy zna ludzi uczciwych - nie z obawy przed policją. N i e w każdym towarzystwie giną zegarki
i łyżeczki, jeżeli światło zgaśnie na kwadrans.
360 D Księga II 53

dzie myślał o tej myśli. Kto by dostał w ręce taką wolność, a nie chciałby
nigdy żadnej krzywdy wyrządzać i nie tykałby tego, co c u d z e , wydawałby
się ostatnim n ę d z n i k i e m k a ż d e m u , kto by go widział, i ostatnim g ł u p c e m .
Chwaliliby go ci, co się w żywe oczy nawzajem okłamują ze strachu przed
doznawaniem krzywd. To już tak jest.
A jeśli idzie o samą ocenę życia tych ludzi, o których mówimy, to dopie- IVE
ro, jeśli przeciwstawimy człowieka najsprawiedliwszego najniesprawiedliw-
szemu, potrafimy wydać sąd słuszny. A jeżeli nie, to nie. Więc co to za
przeciwstawienie? Oto ono 4 . N i e zabierajmy nic - ani niesprawiedliwemu
z niesprawiedliwości, ani sprawiedliwemu nic ze sprawiedliwości. Przyjmij­
my, że j e d e n i drugi jest doskonały w kierunku działania sobie właściwym.
Więc naprzód niesprawiedliwy niech tak postępuje, jak dzielni zawodowcy.
Na przykład sternik najlepszy albo lekarz tak samo zawsze rozróżnia to, co
nie jest możliwe w jego sztuce, i to, co jest możliwe. I do j e d n e g o r ę k ę 361
przykłada, a drugiego nie tyka. A jeszcze, gdyby mu się tam gdzieś noga
przypadkiem powinęła, on potrafi to naprawić. Tak i niesprawiedliwy, kie­
dy się b ę d z i e należycie krzywdą ludzką bawił, w t e d y niech nikt o tym nie
wie, jeżeli on ma być mocno niesprawiedliwy. Jeżeli się ktoś pozwala przy­
chwycić, to błazen, trzeba uważać. A szczyt niesprawiedliwości to: u c h o ­
dzić za sprawiedliwego nie będąc nim. Z a t e m przydzielmy człowiekowi do­
skonale n i e s p r a w i e d l i w e m u najdoskonalszą niesprawiedliwość i nie ujmuj­
my mu nic; pozwólmy, żeby się największych krzywd dopuszczał, a zyskał
sobie największą sławę jako wzór sprawiedliwości, a gdyby mu się gdzieś
noga powinęła, niechby był zdolny to naprawić; niech umie przemawiać po- B
rywająco, jeżeli jakaś jego zbrodnia na jaw wyjdzie, i gwałt zadawać, jeżeli
gdzieś gwałtu potrzeba, niech ma do tego celu odwagę i siłę, i przyjaciół
w zapasie, i majątek.
K i e d y ś m y go t a k i m założyli, p o s t a w m y o b o k niego w myśli c z ł o w i e k a
sprawiedliwego; niech to będzie człowiek prosty i szlachetny, taki, co to, za
Ajschylosem, nie wydawać się chce, ale chce być dzielnym. I odejmijmy mu
dobrą opinię. Bo jeśli będzie uważany za sprawiedliwego, to będą go spoty- C
kały zaszczyty i dary na tle takiej opinii. Wtedy nie wiadomo, czy byłby ta­
kim dla sprawiedliwości, czy też dla darów i zaszczytów. Więc trzeba go
w myśli o b e d r z e ć ze wszystkiego, o p r ó c z sprawiedliwości, i p o s t a w i ć go
w myśli w p o ł o ż e n i e w p r o s t p r z e c i w n e p i e r w s z e m u . C h o c i a ż n i k o m u
krzywdy nie wyrządził, niech ma opinię najgorszą, aby jego sprawiedliwość
była wystawiona na p r ó b ę , czy on nie z m i ę k n i e z obawy przed złą opinią
i przed tym, co za nią przychodzi. Niech idzie prosto - ani kroku wstecz - D
aż do śmierci; n i e c h całe życie uchodzi za niesprawiedliwego b ę d ą c spra­
wiedliwym; aby obaj doszli do ostateczności, j e d e n do szczytu sprawiedli-

4
C h c ą c rozstrzygnąć, czy sprawiedliwość się opłaca w życiu, czy nie, rysuje G l a u k o n s k o ń c z o n e ­
go łotra, który się cieszy najlepszą opinią, i człowieka czystego, który ma opinię najgorszą. T r u d ­
no przy tym d r u g i m nic myśleć o postaci Sokratesa.
54 Platon, Państwo 361 D

wości, a drugi do krańca niesprawiedliwości, i w t e d y ich rozsądzić: który


z nich szczęśliwszy.
- H o ! h o ! - p o w i e d z i a ł e m - k o c h a n y G l a u k o n i e , jak ty z t e m p e r a m e n t e m
s
na czysto przyrządzasz tych ludzi, j e d n e g o i drugiego, na t e n sąd: jak posągi .
- J a k t y l k o potrafię - p o w i a d a . - K i e d y oni tacy są, to już, u w a ż a m , n i e ­
t r u d n o w myśli przejść i powiedzieć, jakie życie czeka k a ż d e g o z nich. Więc
E to trzeba powiedzieć. Tak jest; choćby to miało uszy drapać, uważaj, że to nie
ja mówię, Sokratesie, tylko ci, którzy niesprawiedliwość chwalą, zamiast spra-
362 wiedliwości. Oni powiedzą to, że sprawiedliwy w takim położeniu b ę d z i e bi­
czowany, torturowany, więziony, i oczy mu wypalą, a w k o ń c u w s z e l k i e zło
wycierpiawszy na pal zostanie wbity i pozna, że nie trzeba chcieć być sprawie­
dliwym, ale chcieć takim wydawać się. A zdanie Ajschylosa o wiele słuszniej
n a l e ż a ł o o d n i e ś ć do człowieka n i e s p r a w i e d l i w e g o . Bo i s t o t n i e będą mówili
0 n i e s p r a w i e d l i w y m , że prawda jest po stronie jego roboty, i on nie żyje dla
opinii, on nie chce się wydawać niesprawiedliwym, tylko chce nim być.

W przepastnych głębiach duszy piękny ogród ma.


B Rozumne plany tam kiełkują cały rok.

Więc naprzód, żeby władzę objąć w państwie, budując na opinii swej nie­
skazitelności, a p o t e m żonę wziąć, skąd by mu się podobało, i córki wyda­
wać, za kogo by chciał, i wiązać się, i żyć z kim by chciał, a oprócz tego
w s z y s t k i e g o zarabiać g r u b o , n i e m a r t w i ą c się t y m , ż e zysk n i e u c z c i w y .
T a k i p o j e d z i e na igrzyska i zwycięży, i j a k o c z ł o w i e k p r y w a t n y , i j a k o
przedstawiciel państwa, i będzie miał więcej niż jego przeciwnicy, a jak bę­
dzie miał więcej, to zrobi majątek i przyjaciołom b ę d z i e świadczył dobro-
C dziejstwa, a nieprzyjaciołom szkodził, a bogom ofiary i wota b ę d z i e składał
jak się należy z wielką pompą i b ę d z i e bogom służył z n a c z n i e lepiej niż
człowiek sprawiedliwy, i b ę d z i e dbał o tych ludzi, o których zechce; więc
jakoś tak to raczej wygląda, że i bogom milszy powinien być niż człowiek
sprawiedliwy. Tak powiadają, Sokratesie, że i bogowie, i ludzie stwarzają
niesprawiedliwemu życie lepsze niż sprawiedliwemu.
VI Kiedy to G l a u k o n powiedział, zamierzałem coś na to o d p o w i e d z i e ć , ale
D brat jego, A d e j m a n t , o d e z w a ł się: - S o k r a t e s i e , ty nie uważasz chyba, że
nasz t e m a t został w tej mowie wyczerpany?
- Albo co? - powiedziałem.
- Tego nie powiedziano, co przede wszystkim trzeba było powiedzieć.
- Nieprawdaż - odparłem - przysłowie mówi, że brat bratu pomaga. Więc
1 ty, jeżeli on coś opuszcza, to przychodź z pomocą. Jeżeli o m n i e chodzi,
5
Ł a t w o p r z e w i d z i e ć zły los człowieka czystego o złej opinii i p o w o d z e n i e łotra, który sobie zy­
skał o p i n i ę p o c h l e b n ą . U s t ę p z Ajschylosa, który G l a u k o n cytuje, wyjęty jest z Siedmiu przeciw
Tebom (w. 592) i odnosi się tam do Amfiaraosa. U s t ę p tutaj p e ł e n goryczy. Refleksje o bogach,
którzy zdają się też sprzyjać łotrom, p o d a n e jeszcze z pewną rezerwą. Brat G l a u k o n a , A d e j m a n t ,
b ę d z i e śmielszy. Najśmielej myślał o m o r a l n y m p o z i o m i e w s p ó ł c z e s n y c h w i e r z e ń religijnych
trzeci brat, Platon. Zobaczymy za chwilę.
362 D Księga II 55

to już i co, co on powiedział, wystarcza, żeby mnie z nóg zwalić; tak że nie
6
potrafię bronić sprawiedliwości .
A on powiada: - Pleciesz, ale jeszcze i t e g o posłuchaj. T r z e b a przecież, że- E
byśmy przeszli t a k ż e myśli p r z e c i w n e t e m u , co on mówił; myśli, k t ó r e spra­
wiedliwość chwalą, a niesprawiedliwość ganią, aby się jaśniejsze zrobiło to, do
czego zmierza G l a u k o n , m o i m z d a n i e m . O t ó ż mówią, prawda, i przykazują
ojcowie synom, i mówi to każdy, kto się kimś opiekuje, że trzeba być sprawie- 363
dliwym, ale samej sprawiedliwości nikt nie chwali, tylko każdy zachwala te
d o b r e o p i n i e , j a k i e za nią idą; aby cieszący się opinią s p r a w i e d l i w e g o miał
dzięki t e m u władzę tu i tam, i te małżeństwa, i to wszystko, co, jak to G l a u k o n
p r z e d chwilą wymieniał, dobra opinia zsyła na człowieka niesprawiedliwego.
Ale ci ludzie jeszcze większy nacisk kładą na opinię. Wtrącają jeszcze uwagi
o łasce i o uznaniu bogów i umieją wyliczać nieprzeliczone dobra, które bogo­
wie mają zlewać na pobożnych, jak to poczciwy Hezjod i H o m e r opowiadają.
J e d e n mówi, że ludziom sprawiedliwym bogowie to dają, że drzewa: B

Kryją w koronach żołędzie, a pień pszczołami rozbrzmiewa,


Długowełniste zaś owce obfite runo dźwigają.

i inne tam liczne dobra z tymi związane. A p o d o b n e rzeczy i drugi. Jak to


on mówi, że „twoja" (sława):

...albo i króla dobrego, on bogobojny


W sprawiedliwości trwa, więc czarna ziemia mu niesie
Jęczmień i złotą pszenicę. Owoc gałęzie obrywa. C
Jabłka się sypią wciąż i morze mu ryby przynosi.

Muzajos z n o w u i jego syn bardziej z a b a w n e d o b r a zsyłają z ręki bogów na


ludzi sprawiedliwych. Do H a d e s u ich wiodą w myśli i tam ich kładą. Urzą­
dzają wielkie przyjęcie dla pobożnych i ci tam w pieśni mają w i e ń c e na gło­
wach i nic, tylko piją już cały czas. Uważali widać, że najpiękniejsza zapłata D
za dzielność - to pijaństwo na wieki wieków. Inni znowu wywodzą jeszcze
dłuższe nagrody z łaski bogów. Powiadają, że pobożny i szanujący przysięgi
zostawia dzieci i w n u k i , i ród zostawia po sobie. T a k i e i tym p o d o b n e gło­
szą pochwały sprawiedliwości. A b e z b o ż n i k ó w i niesprawiedliwych zagrze-
bują z jakimś tam błocie u H a d e s a i każą im sitem wodę nosić.
I jeszcze za życia doprowadzają ich do niesławy, i jak to G l a u k o n opisy- E
6
S o k r a t e s nie żartuje, gdy wyznaje, że ani on, ani P l a t o n nie potrafią o b r o n i ć tezy z księgi
pierwszej, że sprawiedliwość przynosi zawsze pożytek materialny sprawiedliwemu. Sokrates wie,
że sprawiedliwość z reguły nie przynosi korzyści materialnych, i wie, że te korzyści przynosi tyl­
ko dobra opinia. Wie z w ł a s n e g o doświadczenia i wie to od Platona. Adejmant jest sarkastyczny.
Z gorzkim h u m o r e m cytuje u s t ę p z Hezjoda, który mu się wydaje naiwny, i u s t ę p z X I X księgi
Odysei (w. 109 i nast.), w którym H o m e r , też jak dziecko, wiąże urodzaj z bogobojnością gospoda­
rza. Najwięcej bawią go orficy: Muzajos i E u m o l p o s - budzą w nim uśmiech pogardliwy. P o c h o ­
dzące od p o e t ó w pochwały sprawiedliwości i motywy mające do niej nakłaniać wydają mu się na­
iwne i niskie.
56 Platon, Państwo 363 E

wał te kary, co to czekają sprawiedliwych, jeżeli uchodzą za n i e s p r a w i e ­


d l i w y c h , to w s z y s t k o oni opowiadają o n i e s p r a w i e d l i w y c h - i n n y c h kar
podać nie umieją. Zatem tak wygląda pochwała i nagana jednych i drugich.
VII O p r ó c z tego, zobacz znowu, Sokratesie, inny rodzaj myśli o sprawiedliwo-
364 ści i niesprawiedliwości, które się spotyka w prozie i u poetów. Wszyscy jed­
n y m g ł o s e m pieją, że p i ę k n ą rzeczą j e s t rozwaga i s p r a w i e d l i w o ś ć , a tylko
przykrą i trudną. Rozpusta zaś i n i e u c z c i w o ś ć to rzeczy p r z y j e m n e i bardzo
łatwo o nie, a tylko opinia i prawo robią z nich rzecz haniebną 7 . Opłacają się
lepiej p o s t ę p k i nieuczciwe niż p o s t ę p o w a n i e sprawiedliwe - tak się mówi po
większej części. Zbrodniarzy bogatych i mających jeszcze i n n e wpływy
i możliwości ludzie gotowi są z lekkim s e r c e m błogosławić i czcić p u b l i c z n i e
i p r y w a t n i e , a l e k c e w a ż y ć i z góry p a t r z e ć na k a ż d e g o , kto nie ma w p ł y w ó w
B i pieniędzy, chociaż przyznają, że on j e s t lepszy od t a m t y c h . Z t e g o wszyst­
kiego najdziwniejsze to, co się o bogach mówi i o dzielności; że to niby i bo­
g o w i e wielu d o b r y m l u d z i o m n i e dali szczęścia, a przydzielili im życie z ł e .
A t y m z p r z e c i w n e g o krańca zesłali dolę przeciwną. A tu ż e b r z ą c e k l e c h y
i wieszczbiarze do drzwi bogatych ludzi pukają i wmawiają, że jest u nich moc
od b o g ó w zesłana, ż e b y z pomocą ofiar i ś p e w n y c h modlitw, j e ż e l i na k i m ś
C ciąży zmaza grzechu albo na jego przodkach, zdejmować ją bardzo przyjemnie
i przy uroczystych n a b o ż e ń s t w a c h . A j e ż e l i b y kto chciał j a k i e m u ś wrogowi
zaszkodzić, taki za niewielką opłatą zaszkodzi równie d o b r z e sprawiedliwemu
jak i n i e s p r a w i e d l i w e m u - p e w n y m i zaklęciami, które wiążą i którymi on po­
wiada, że potrafi bogów n a k ł a n i a ć , aby mu byli posłuszni. Na poparcie tych
wszystkich myśli przytaczają poetów, którzy mówią, jak łatwo jest o zło, że:

Zła szukać nie trzeba, można w nie wpaść i gromadą


D Łatwo, bo droga wygodna, droga prowadzi tuż obok.
Za to na progu dzielności bogowie trud położyli

1 droga do niej długa i s t r o m a . I n n i z n o w u powołują się na H o m e r a na


dowód, że ludzie mogą wpływać na bogów. Bo on powiedział, że:

Wpływać nawet na bogów


Można; są na to ofiary i modły są na to błagalne,
E Kropi się na to i kadzi - tak ludzie boskie wyroki
Zmieniać umieją, gdy który przeskrobie coś albo nagrzeszy.

7
W i e r z e n i a i obyczaje religijne t e ż nie zachęcają do sprawiedliwości. A w i ę c m o ż e do niej z n i e ­
c h ę c a ć i to w i e r z e n i e , że bogowie nieraz na ludzi sprawiedliwych zsyłają nieszczęścia, a błogosła­
wią n i e s p r a w i e d l i w y m . S z c z e g ó l n i e z n i e c h ę c a j ą do sprawiedliwości p r a k t y k i religijnych oczy­
szczeń, z pomocą których można bez trudu z m a z ę grzechu usuwać i wpływać na zrządzenia bogów.
H e z j o d w p r z y t o c z o n y m u s t ę p i e wcale do sprawiedliwości nie p o b u d z a , ani H o m e r , k i e d y
w d z i e w i ą t e j k s i ę d z e Iliady (w. 497-500) u z a l e ż n i a wyroki i rządy b o g ó w od z a b i e g ó w ma­
gicznych. Ł a t w o ś ć oczyszczenia się z plamy grzechu zabiegami rytualnymi wydaje się Adejman-
towi niemoralna i gorsząca; wydaje mu się naiwnym ułatwieniem życia dla zbrodniarzy. Ż e b y coś
takiego zauważyć, trzeba było być wolnomyślicielem w głębi duszy.
364 E Księga II 57

A ksiąg całe stosy podają Muzajosa i Orfeusza, którzy mieli p o c h o d z i ć od


Księżyca i od Muz. Wedle tych ksiąg oni ofiary składają, a umieją nakłaniać
i przekonywać nie tylko ludzi prywatnych, ale i całe państwa, że niby możli­
we są rozgrzeszenia i oczyszczenia z g r z e c h ó w z pomocą ofiar i miłych ko- 365
m e d y j e k jeszcze za życia. Istnieją te rzeczy i dla zmarłych; to są tak z w a n e
w t a j e m n i c z e n i a i n a b o ż e ń s t w a ż a ł o b n e - te nas uwalniają od złego, k t ó r e
czeka tam, a kto by tych ofiar nie składał, tego czekają rzeczy straszne.
- To wszystko - powiada - kochany Sokratesie, takie rzeczy i tego wymia- VIII
ru mówi się o dzielności i o podłości, że ludzie i bogowie tak te rzeczy go­
towi oceniać 8 . Kiedy to słyszą młodzi ludzie, to, jak myślisz, jak to wpływa
na ich dusze? Kiedy się trafi zdolny, d o r o d n y chłopak, który leci na wszyst­
ko, co się m ó w i , i w n i o s k u j e z t e g o , co słyszy, j a k i m p o w i n i e n by b y ć
i k t ó r ę d y iść, aby życie p r z e s z e d ł jak najlepiej? Oczywiście, że g o t ó w do B
s i e b i e s a m e g o o b r ó c i ć te słowa P i n d a r a : „czy prostą drogą na wysoki mur,
czy u k o ś n y m i ścieżkami p o d c h o d z ą c " - s a m e m u się zabezpieczywszy j a k o ś
tak życie przejdę. Mówią przecież, że jeśli b ę d ę uczciwy, ale sobie w dodat­
ku nie wyrobię opinii, to nic mi z tego nie przyjdzie, powiadają; tylko trudy
i kary oczywiste. A jeżeli b ę d ę nieuczciwy, a wyrobię sobie opinię nieskazi­
telną, to mi ś w i ę t e życie przepowiadają. Oczywiście, skoro ci m ę d r c y wy- C
kładają, że „pozór i p r a w d ę p r z e m a g a " i d e c y d u j e o szczęściu, to rzucić się
w tę s t r o n ę w ogóle. Z r o b i ć sobie tylko fasadę, przybrać postawę, otoczyć
się od frontu dekoracjami dzielności, a od arcymądrego Archilocha wziąć so- D
bie lisa i ciągnąć go wciąż za sobą - c h y t r e g o i farbowanego. Ale oto powia­
da ktoś: nie jest łatwo maskować swój podły charakter. T r u d n o , p o w i e m y -

8
T e r a z w dwóch rozdziałach m a m y świetnie napisany m o n o l o g Platona, jego spowiedź, która
tętni krwią i ma niewątpliwie z n a m i o n a z u p e ł n e j szczerości. To nie jest wypracowanie na t e m a t ,
to są słowa wyznania z głębi piersi, pisane p r ę d k o i bez poprawek, w chwili rozpamiętywania wła­
snych ciężkich rozdroży. Platon osłonił się tutaj t y l k o liczbą mnogą, nie mówi „ j a " , t y l k o mówi
„ m y " . I mówi o sobie „ m ł o d z i l u d z i e " , i mówi o tym „ z d o l n y m , d o r o d n y m c h ł o p a k u , który leci
na wszystko, co się mówi, i wnioskuje z tego, co słyszy".
O tym, który myśli cytatami z poetów, a własnymi przenośniami sypie jak z rogu. Który czuje
w sobie siły do roli s p o ł e c z n e j , ma do niej warunki d u c h o w e , majątkowe, fizyczne i r o d z i n n e .
N i e może być zagadką, o kogo tu chodzi.
Stał k i e d y ś na rozdrożu: czy zawsze iść prostą drogą, posługiwać się tylko uczciwymi środka­
mi, zmierzając do kariery politycznej, czy też dbać tylko o pozory sprawiedliwości? Pindar mówił
mu, że pierwsza droga trudniejsza, S i m o n i d e s mówił, że p o z ó r i p r a w d ę p r z e m a g a , Archiloch
w bajkach malował chytrość lisią. Drogi k r ę t e , z a m a s k o w a n e obłudą, wydawały się łatwiejsze,
krótsze, n a u k a p o b i e r a n a u sofistów otwierała drogę do kariery. H a m u l c e m był zrazu s k r u p u ł
religijny, wzgląd na bogów, którzy patrzą i karzą. Ale istnienie bogów i s t o s u n e k ich do spraw
ludzkich zaczął być wątpliwy; przyszło myślenie krytyczne. A zresztą w samych wierzeniach reli­
gijnych znalazł się s p o s ó b na bogów, na o d w r ó c e n i e ich surowej sprawiedliwości - o b r z ę d y oczy­
szczające i rozgrzeszające. Przecież H e k a t e , D e m e t e r , Dionizos i Z e u s Mejlichios przynosili roz­
grzeszenia. Więc nie było widać czynnika, który by człowieka wiązał w e w n ę t r z n i e i mógł go
u t r z y m a ć na t r u d n e j d r o d z e prawnej. Stojąc na gruncie poglądów panujących, m o ż n a było być
w życiu .nieuczciwym faktycznie, zachowując tylko pozory, i być równocześnie p o b o ż n y m i spo­
kojnym o swoje życie przyszłe, jeżeli się p e w i e n p r o c e n t z nieuczciwych zysków o d k ł a d a ł o na
cele religijne i p a m i ę t a ł o o rozgrzeszeniach w swoim czasie. T a k było.
58 Platon, Państwo 365 D

ł a t w e n i e j e s t nic z rzeczy w i e l k i c h . W i ę c j e d n a k , j e ż e l i m a m y z d o b y ć
szczęście, to trzeba iść tędy; tak prowadzą ślady tego, co się mówi. Ż e b y się
z a m a s k o w a ć , w e j d z i e m y w t a j n e związki i z a w i ą ż e m y t o w a r z y s t w a -
a istnieją nauczyciele wymowy i udzielają mądrości p o t r z e b n y c h na zgroma­
d z e n i a c h ludowych i w sądzie - więc j e d n o zyskamy wymową, a drugie
gwałtem, tak żeby zawsze być górą, a kary uniknąć.
No tak, ale przed bogami ani się ukryć, ani im gwałtu zadać nie można.
Z a p e w n e , ale jeśli ich w ogóle nie ma albo się nie troszczą o ludzkie spra­
wy, to i my się nie m a m y co t r o s z c z y ć o to, ż e b y się kryć. A jeżeli są
i nami się interesują, to przecież my znikądinąd o nich nie wiemy, aniśmy
o nich nie słyszeli, jak tylko z podań i z genealogii u poetów. A poeci sami
mówią, że m o ż n a z pomocą ofiar i błagalnych m o d ł ó w i wotów na bogów
w p ł y w a ć i przeciągać ich na swoją s t r o n ę . P o e t o m albo t r z e b a w i e r z y ć
w j e d n o i w drugie, albo nie wierzyć ani w jedno, ani w drugie. Więc jeżeli
wierzyć, to zarabiać nieuczciwie, a z tego, co się zarobi, opłacać ofiary. Jeśli
b ę d z i e m y uczciwi, u n i k n i e m y kary boskiej, ale o d e p c h n i e m y zyski z nie­
uczciwości. A jeśli nieuczciwi, to zarobimy grubo, a modląc się i grzesząc
potrafimy jakoś bogów ubłagać i ujść bezkarnie. Ale j e d n a k w H a d e s i e bę­
d z i e m y karani za to, cośmy t u t a j nabroili - my sami, albo nasze w n u k i !
Ależ mój kochany, powie ten co wnioskuje; przecież znowu wtajemniczenia
1 nabożeństwa żałobne wiele mogą zrobić i ci bogowie, którzy rozgrzeszenia
p r z y n o s z ą - j a k mówią n a j w i ę k s z e p a ń s t w a i p o t o m k o w i e bogów, p o e c i
i prorocy, którzy objawiają, że to tak jest.
Więc na jakiej jeszcze podstawie moglibyśmy wybrać sprawiedliwość, za­
miast największej nieuczciwości? Tę, jeśli pokryjemy pozorami przyzwoito­
ści, to i bogom, i ludziom po myśli będzie nasze życie i śmierć - tak przecież
mówią ci, k t ó r y c h j e s t w i e l u , a stoją b a r d z o w y s o k o . W o b e c t e g o wszy­
stkiego, Sokratesie, jak jest możliwe, żeby ktoś chciał sprawiedliwość cenić -
ktoś, kto ma p e w n e warunki d u c h o w e albo majątkowe, albo fizyczne, albo
r o d z i n n e , i jak się taki nie ma śmiać, k i e d y słyszy jej pochwały. T o t e ż jeśli
k t o ś potrafi dowieść, że to n i e p r a w d a , cośmy p o w i e d z i e l i , i jeśli należycie
poznał, że sprawiedliwość jest tym, co najlepsze, t e n na p e w n o b ę d z i e miał
w sobie wiele przebaczenia dla ludzi niesprawiedliwych i nie gniewa się na
nich, bo wie, że chyba kto dostał boską n a t u r ę i dlatego nie znosi nieuczci­
wości, albo się nauką zajął i d l a t e g o trzyma się od nieuczciwości z d a l e k a -
ale poza tym nikt nie jest z d o b r e j woli uczciwy, tylko albo odwagi nie ma,
albo j e s t za stary, albo pod w p ł y w e m jakiejś innej n i e m o c y gani nieuczciwe
p o s t ę p o w a n i e , bo go na n i e u c z c i w o ś ć nie stać. To j a s n e , że tak. P r z e c i e ż
pierwszy spośród takich, jak tylko warunki posiędzie, pierwszy zaczyna po­
stępować nieuczciwie, ile tylko potrafi 9 .

9
Z a t e m te poglądy powszechne nic stanowią ż a d n e g o w ogóle gruntu m o r a l n e g o dla człowieka,
który myśli. Uczciwość pojmuje się po cichu j a k o z b y t e k , b e z k t ó r e g o m o ż n a się właściwie
obejść, a który więcej kosztuje, niż jest wart. Uczciwość uchodzi właściwie za z a l e t ę nędzarzy,
których nie stać na z b r o d n i ę . To jest p e w n a u m o w n a poza i k o m e d i a , którą ludzie zdolni odgry-
366 D Księga II 59

Tego wszystkiego przyczyna nie inna, tylko ta, skąd i cała ta dyskusja po­
szła, że i on, i ja mieliśmy ci, Sokratesie, powiedzieć, że, człowieku dziwny,
z was wszystkich, którzy się podajecie za chwalców sprawiedliwości, po- E
cząwszy od owych bohaterów na początku, po których tylko słowa zostały,
a na dzisiejszych ludziach skończywszy, nikt nigdy nie ganił nieuczciwości
ani nie chwalił sprawiedliwości inaczej, jak tylko ze względu na opinie, na
zaszczyty i dary, które za nimi idą. A jej samej, jednej i drugiej, ze wzglę­
du na ich wewnętrzną moc, z jaką one tkwią w duszy człowieka, choćby ani
bogowie, ani ludzie o tym nie wiedzieli, tego nigdy nikt ani wierszem, ani
prozą nie powiedział, jak należy; że jedna z nich jest największym złem, ja­
kie dusza ma w sobie, a sprawiedliwość największym d o b r e m . Gdybyście 367
wy byli wszyscy od początku tak mówili i tak na nas wpływali już od naj­
m ł o d s z y c h lat, to teraz by j e d e n z nas nie musiał p r z e s t r z e g a ć d r u g i e g o
przed nieuczciwym postępowaniem, tylko by się każdy sam pilnował, bojąc
się, aby do niego nie przylgnęło największe zło: niesprawiedliwość.
Tyle, Sokratesie, a może i więcej jeszcze mógłby Trazymach, albo może
i ktoś inny też, powiedzieć o sprawiedliwości i niesprawiedliwości, ale to by
było o d w r a c a n i e ich właściwej mocy w s p o s ó b gruby, jak u w a ż a m . Ja -
przed tobą nie m a m powodu robić z tego tajemnicy - ja pragnę od c i e b i e B
usłyszeć coś wprost p r z e c i w n e g o . D l a t e g o m ó w i ę z wysiłkiem najwięk­
szym, na jaki mnie stać.
Więc kiedy ty będziesz mówił, to nie tylko nam dowody przytaczaj, że
sprawiedliwość jest lepsza od niesprawiedliwości, tylko nam mów o tym,

wają, aby zarabiać na dobrej opinii. Ale ten zysk można mieć i bez uczciwości, jeżeli ktoś ma siłę,
jeżeli potrafi. Ani więc wzgląd na opinię ludzką - ona zresztą zwykła się chylić przed z b r o d n i a ­
rzami m o c n y m i , ani wzgląd na p o w o d z e n i e życiowe - o n o wcale nie musi iść za uczciwością, ani
wzgląd na bogów i życie przyszłe - to sobie m o ż n a k u p i ć p r a k t y k a m i religijnymi, ż a d e n z tych
motywów nie może zachęcić do sprawiedliwości. Innych i dziś nie podają.
A j e d n a k czuje się w niej jakąś wartość wysoką. O n a się nieodparcie wydaje p e w n y m d o ­
b r e m . Więc jakim właściwie? Co w niej jest takiego, co pociąga? To nie są jej następstwa, bo te
są marne, jeżeli je mierzyć miarą doczesną. C o ś musi być d o b r e g o w niej samej bez względu na
następstwa i na o p i n i e . To ma dopiero Sokrates pokazać; o to go teraz prosi A d e j m a n t . I platoń­
ski Sokrates musi być teraz w kłopocie. D l a t e g o że platoński G l a u k o n i A d e j m a n t mówili to, co
Platon sam myślał, bo to przeżył g ł ę b o k o . Sokrates widzi, że na gruncie dzisiejszych pojęć i sto­
s u n k ó w mają słuszność i T r a z y m a c h , i Glaukon, i Adejmant. Dziś nie ma jak nakłaniać m ł o d e g o ,
bystrego człowieka do sprawiedliwości. Ż e b y go można jakoś do niej nakłaniać racjonalnie i ja­
koś dla niej pole otworzyć, potrzeba by przeprowadzić naprzód krytykę poezji, która m ł o d z i e ż
uczy, krytykę pojęć religijnych, które dziś stawiają bogów, te personifikacje najwyższego dobra,
w świetle zgoła fałszywym i u j e m n y m , i trzeba by inaczej urządzić państwo i chować młodych lu­
dzi inaczej. D o p i e r o wtedy można by zacząć serio mówić o sprawiedliwości. A dziś szkoda każ­
d e g o słowa. I trzeba by rozpatrzyć i zrozumieć naturę duszy ludzkiej. D o p i e r o wtedy znalazłoby
się w niej miejsce dla tej równowagi wewnętrznej, dla porządnego ustroju d u c h o w e g o , który zda­
n i e m Platona stanowi istotę i wartość sprawiedliwości, a który w niej jakoś może przeczuwali nie­
jasno Glaukon i Adejmant.

Tu więc kończy się pierwsza część Państwa. J e s t to rozwinięcie istniejących poglądów na


istotę i g e n e z ę sprawiedliwości, wykazana nikłość p o b u d e k moralnych, jakie można w tych po­
glądach znaleźć, ciężka rozterka duchowa na tym tle w duszach młodych ludzi myślących a uczci­
wych z natury. Potrzeba głębokiej rewizji pojęć etycznych będących w obiegu.
60 Platon, Państwo 367 B

co każda z nich sama przez się robi z duszą, w której zamieszka, i przez to
jedna jest złem, a druga dobrem. A opinie i pozory zostaw. Tak jak prosił
Glaukon. Bo jeżeli nie oderwiesz z jednej i z drugiej strony opinii prawdzi­
wych, a dołożysz mylne, to my powiemy, że ty nie chwalisz sprawiedliwo­
ści, tylko jej pozory, i nie ganisz nieuczciwości w jej istocie, tylko w jej wy­
glądzie, i radzisz być n i e u c z c i w y m pod maską i zgadzasz się z Trazyma-
c h e m , że uczciwość to jest dobro cudze, interes mocniejszego, a nieuczci­
wość człowiekowi samemu służy i wychodzi na dobre, a jedynie tylko słab­
s z e m u nie pomaga. Z g o d z i ł e ś się, że uczciwość n a l e ż y do największych
dóbr, które warto sobie zyskać i posiadać ; warto i ze względu na jej skutki,
ale o wiele bardziej na nią samą - podobnie jak widzenie, słyszenie, rozum­
ne m y ś l e n i e i zdrowie też, i jakie tam inne istnieją dobra c e n n e dla swej
natury własnej, a nie skutkiem konwenansu. Zatem to samo zmieść w swo­
jej p o c h w a l e sprawiedliwości; to, co w niej samej tkwi i p o ż y t e k przynosi
uczciwemu, a czym nieuczciwość szkodzi. A zapłaty i opinie zostaw, niech
je inni chwalą. Bo ja bym to zniósł, gdyby ktoś inny w t e n sposób chwalił
uczciwość i ganił nieuczciwość, gdyby wychwalał i poniewierał opinie i za­
płaty z nimi związane, ale jeślibyś ty to robił, to nie wytrzymam, chyba że­
byś kazał; boś ty całe swoje życie niczego i n n e g o nie patrzył, tylko tego
właśnie. Więc mówiąc nie tylko nam dowody dawaj, że sprawiedliwość jest
od niesprawiedliwości lepsza, ale powiedz, co takiego człowiekowi robi jed­
na i druga sama przez się, kiedy w kimś zamieszka, czy tam to będzie w se­
krecie, czy nie w sekrecie p r z e d bogami i ludźmi; c z e m u właściwie j e d n a
jest dobrem, a druga złem.
Ja to usłyszałem - a zawszem podziwiał przyrodzone zdolności Glaukona
i Adejmanta i teraz bardzom się ucieszył i powiedziałem: - N i e ź l e do was -
c h ł o p c y t a m t e g o człowieka - z a a d r e s o w a ł p o c z ą t e k elegii t e n z a k o c h a n y
10
w Glaukonie, kiedyście się odznaczyli w bitwie pod Megarą . Powiedział:

To Aristona synowie, ród boski sławnego człowieka.

M a m w r a ż e n i e , moi drodzy, ż e t o w p o r z ą d k u . C o ś b a r d z o b o s k i e g o
w was jest, jeżeli nie wierzycie, że nieuczciwość lepsza jest od uczciwości,
10
Na początku rozdziału dziesiątego znajduje się zwrot zagadkowy, który znamy j u ż z tekstu Fi-
leba. S o k r a t e s mówi tutaj do G l a u k o n a i A d e j m a n t a : „ C h ł o p c y - albo synowie, albo dzieci - nie
moi c h ł o p c y , powiada, tylko tamtego c z ł o w i e k a ! " I tu się narzuca p y t a n i e , kto to ma być tamtym
c z ł o w i e k i e m . Z k o m e n t a t o r ó w Stallbaum twierdzi, że to T r a z y m a c h , ponieważ oni „odziedziczy­
li" po nim głos i to s a m o r e p r e z e n t o w a l i stanowisko. Przyświadcza mu J a m e s Adam w r. 1902,
m i m o że śmiał się z tej interpretacji B. J o w e t t i L. C a m p b e l l już w r. 1894. Z zabawną i n t e r p r e ­
tacją S t a l l b a u m a zgadza się m i m o to i O. Apelt w r. 1916. J o w e t t utrzymuje, że chodzi tutaj po
prostu o Aristona, który jest naprawdę ojcem obu młodych ludzi i będzie o nim mowa o parę wier­
szy niżej: „ T o Aristona synowie, ród boski, sławnego człowieka".
To z pewnością podobniejsze do prawdy niż T r a z y m a c h , o którym zbyt d a w n o była mowa, ale
t r u d n o ś ć ta, że o kimś, kto w ogóle dotąd jeszcze nie występował w ż a d n y m sposobie, nie można
mówić „ t a m t e n " , „ ó w " . Ani po grecku, ani w ż a d n y m i n n y m j ę z y k u . A z a t e m Platon wskazuje
tutaj kogoś, kogo już mamy świeżo w p a m i ę c i , słyszeliśmy go i poznali, byliśmy świadkami j e g o
368 B Księga II 61

a jednak potraficie tak o niej mówić. Mam wrażenie, że wy naprawdę w to B


nie wierzycie. Dla m n i e świadczy o tym cały wasz charakter poza tym, bo
na podstawie samych słów nie miałbym do was zaufania. A im go więcej
m a m , tym bardziej nie wiem, co począć. I nie mam jak poradzić. M a m
wrażenie, że nie potrafię. To widzę stąd: k i e d y m do Trazymacha mówił,
zdawało mi się, że odsłaniam wyższość sprawiedliwości nad nieuczciwością,
a wyście mi tego nie przyjęli. A żebym jej nie pomagał całkiem, to też nie
sposób. Boję się, że to nawet b e z b o ż n e : kiedy przy tobie sprawiedliwość
napadają, siedzieć cicho i nie stawać w jej obronie, póki tchu starczy i głosu C
nie zbraknie. Więc najlepiej b ę d ę jej pomagał tak, jak potrafię.
Otóż G l a u k o n i inni zaczęli prosić, ż e b y m na wszelki sposób tę o b r o n ę
zaczął i nie zaprzestawał rozmowy, tylko się jakoś dogrzebał, czym jest jed­
no i d r u g i e , i jak to właściwie jest n a p r a w d ę z tym p o ż y t k i e m z j e d n e j
i z drugiej. Więc powiedziałem to, com myślał, że zagadnienie, do którego

rozterek w e w n ę t r z n y c h . To b ę d z i e z a t e m j e d e n z tych zdolnych ludzi, co to mają warunki zna­


k o m i t e i stoją na rozdrożu moralnym, ten znany n a m z p r z e m ó w i e n i a Adejmanta, po prostu Pla­
ton sam. On przecież jest a u t o r e m scenicznych postaci G l a u k o n a i A d e j m a n t a i to są n a p r a w d ę
j e g o chłopcy. T e n sam figiel literacki mieliśmy i w Filebie. T a m także Platon użył tego zwrotu,
gdy szło o Protarcha, i tam także najprawdopodobniej siebie s a m e g o miał na myśli. T y m figlem
tym wyraźniej Platon podkreśla, że rozdział ósmy i dziewiąty tej księgi był jego o s o b i s t y m wy­
z n a n i e m . J a k o autor ma p e ł n e prawo powiedzieć, że stworzone tutaj postacie G l a u k o n a i Adej­
manta są jego dziećmi.
S o k r a t e s chwali braci P l a t o n a nie za to, że umieją mówić wbrew p r z e k o n a n i u , tylko za to,
że w głębi duszy cenią sprawiedliwość dalej, chociaż wiedzą, że ona materialnych zysków nie
przynosi i uchodzi w szerokich kołach za zaletę słabych. P o d o b n i e czuje i Sokrates i wie, że na
gruncie pojęć b ę d ą c y c h w obiegu nie można z b u d o w a ć jakiejś obrony sprawiedliwości. To nie
jest u niego dla żartu u d a n a n i e m o c , tylko z u p e ł n i e szczere przyznanie się do niemocy; o n o tylko
wygląda na żart.
T o założenie, ż e sprawiedliwość rośnie z e wzrostem tego, k o m u przysługuje, jest n a p r a w d ę
żartem. Platon dobrze wiedział, że sprawiedliwość olbrzyma nie musi być większa niż sprawiedli­
wość dziecka lub karzełka, i my też wiemy, że sprawiedliwość w dużych organizacjach nie jest
większa niż w małych, i że wyraz sprawiedliwość coś i n n e g o oznacza, gdy mowa o j e d n y m czło­
w i e k u , a coś i n n e g o , gdy mowa o ustroju grupy l u d z k i e j . W i ę c t e n figiel o m a ł y c h literach
i o tych samych wielkich w y p a d n i e nam wziąć tylko za nawiązanie rozmowy o n a t u r z e państwa,
o tym, jakie ono powinno być, a jakie być nie powinno, a nie za myśl, na którą by się powinni już
teraz zgodzić bez zdziwienia Glaukon i Adejmant.
Oni przecież nie wiedzą, że Platon już w tej chwili przez wyraz „sprawiedliwość" r o z u m i e coś
z u p e ł n i e innego, niż oni przeczuwali dotąd, coś osobliwego, co ma tylko pośredni związek z po­
s t ę p o w a n i e m człowieka w s t o s u n k u do praw i do drugich ludzi, i mały związek z j e g o d o b r y m
sercem, z życzliwością dla bliźnich. Platon gotów jest przypisywać sprawiedliwość każdej złożo­
nej całości, czy nią b ę d z i e j e d n o s t k a ludzka, czy grupa j e d n o s t e k , jeżeli każda część tej całości
spełnia swoje właściwe z a d a n i e . A więc Platon gotów by nawet i wóz nazwać niesprawiedliwym,
gdyby się w nim dyszel obracał, a konia przywiązywałoby się do kół, i stół byłby w jego rozumie­
niu niesprawiedliwy, gdyby go ktoś oparł blatem na ziemi, a pisał na stołowych nogach. N i e wia­
d o m o , jak by się przedstawiała sprawiedliwość pingwina, który pływa z pomocą skrzydeł, k a n g u ­
ra, który skacze na ogonie, albo tej ryby, która lata p ł e t w a m i , zamiast żeby nimi tylko pływała.
Mniejsza o to; ale biorąc to pod uwagę łatwiej zrozumieć, dlaczego tu teraz mowa o tych samych li­
terach, które się tylko formatem różnią (i k s z t a ł t e m ) , kiedy mowa o sprawiedliwości w j e d n o s t c e
ludzkiej i w państwie. My to wiemy dopiero z dalszego ciągu Państwa, G l a u k o n i Adejmant przy­
jęli to od Sokratesa zbyt p r ę d k o . Platon, widać, liczył w t y m miejscu na życzliwość czytelnika,
który się na razie zadowoli żartem, a zrozumie go może dopiero później.
62 Platon, Państwo 368 C

przystępujemy, jest niegłupie, ale wymaga bystrego wzroku, jak mi się wy-
D daje. A że my nie jesteśmy mistrzami pierwszej klasy, więc, mam wrażenie,
p o w i e d z i a ł e m , że t a k e ś m y przeprowadzali rozważanie tego t e m a t u , jakby
ktoś ludziom niezbyt bystrego wzroku kazał z daleka odczytywać małe lite­
ry, a p o t e m by dopiero ktoś zauważył, że te same litery są gdzieś indziej
wypisane w większym formacie i na większym polu. Myślę, że wtedy było­
by oczywiście, jak znalazł: odczytać naprzód tamte większe, a p o t e m rozpa­
trywać te mniejsze, jeżeli są właśnie takie same.
- T a k j e s t - p o w i a d a A d e j m a n t o s . - Ale coś ty w tym rodzaju dojrzał
E w naszym rozważaniu na t e m a t sprawiedliwości?
- Ja ci powiem - odrzekłem. - Sprawiedliwość - zgodzimy się na to - bywa
nieraz w j e d n y m człowieku, a bywa i w całym państwie?
- Tak jest - powiada.
- A czyż państwo nie jest większe od jednego człowieka?
- Większe - powiada.
369 - To może i większa sprawiedliwość mieszka w tym, co większe, i łatwiej
ją tam rozpoznać. Więc jeżeli chcecie, to naprzód w państwach b ę d z i e m y
szukali, czym ona jest. P o t e m ją tak samo rozpatrzymy i w poszczególnych
j e d n o s t k a c h szukając podobieństwa do tego, co większe, w postaci tego, co
mniejsze.
- Wydaje mi się - powiada - że dobrze mówisz.
- A czy - dodałem - gdybyśmy w myśli oglądali tworzenie się państwa, to
byśmy i sprawiedliwość dojrzeli, jak ona się w nim tworzy, i niesprawiedli­
wość?
- Z pewnością - powiada.
- N i e p r a w d a ż , k i e d y się to tworzy, w t e d y ł a t w i e j d o j r z e ć to, c z e g o
szukamy?
B - O wiele.
- Więc zdaje się, że trzeba próbować iść na wskroś aż do końca? Myślę,
że to robota nie lada. Ale uważajcie.
- Uważa się - powiedział Adejmant - zrób tylko tak, a nie inaczej.
XI - Z a t e m zdaje mi się - powiedziałem - że państwo tworzy się dlatego, że
ż a d e n z nas nie jest samowystarczalny, tylko mu p o t r z e b a wielu i n n y c h .
Albo jaki, myślisz, może być inny początek i zasada zakładania państw? 1 1
11
W formie uroczej rozmówki z małymi dziećmi zaczyna się teraz m a r z e n i e o powstaniu państw,
Pierwszego m o m e n t u powstania organizacji państwowej Sokrates nie opisuje i nie interesuje się
tym, jak ludzie żyli p r z e d t e m , nim utworzyli państwa. To chyba nie byli ci zbrodniarze z urodze­
nia, o n a t u r z e wilków, którzy się wciąż krzywdzili nawzajem, bo tutaj są jak baranki i jak święci
na obrazach Fra A n g e l i c e N i k t ich do niczego nie zmusza i nikt nimi nie rządzi. G a w ę d a zaczy­
na się od opisu jakiegoś już gotowego, m a ł e g o , najprostszego p a ń s t e w k a . To raczej małe towa­
rzystwo na wakacjach niż państwo, bo nikt tam nie panuje w ogóle. Istnieją w nim już specjaliści
p r z e m y s ł o w c y , istnieje podział pracy i służy do lepszego zaspokajania najprostszych p o t r z e b fi­
z y c z n y c h . Od początku też istnieje w t y m państwie ścisła specjalizacja, przy której nikt się nie
bawi w nie swoje rzeczy, tak jak się to dzieje w Atenach; każdy pilnuje tylko swojej roboty, a ta
jest p o c z ą t k i e m i najistotniejszym rysem sprawiedliwości, w rozumieniu Platona. Sokrates chowa
tę informację na później. Zwierzęta d o m o w e w t y m prymitywnym państwie służą tylko do pracy
369 B Księga II 63

- Ż a d e n inny - powiada.
- Więc tak, b i e r z e j e d e n d r u g i e g o do tej, a i n n e g o do i n n e j potrzeby, C
a że wielu rzeczy potrzebujemy, więc zbieramy wielu ludzi do j e d n e g o sie­
dliska, aby wspólnie żyli i pomagali j e d e n drugiemu, i to wspólne mieszka­
nie nazwaliśmy imieniem państwa. Czy tak?
- Tak jest.
- Więc proszę cię - powiedziałem - w myśli od początku b u d u j m y pań­
stwo. A będzie je budowała, jak się zdaje, nasza potrzeba.
- Jakżeby nie?
- A doprawdy, że pierwsza i największa z p o t r z e b to wytwarzanie poży- D
wienia, aby istnieć i żyć.
- Ze wszech miar przecież.
- Druga, to potrzeba mieszkania, trzecia ubrania i tym podobnych rzeczy.
- Jest tak.
- Więc proszę cię - powiadam - jakim s p o s o b e m państwo podoła, ż e b y
tyle tych rzeczy wytwarzać? N i e p r a w d a ż , j e d e n jest rolnikiem, drugi bu­
downiczym, inny któryś tkaczem? A m o ż e i szewca tam dołóżmy albo ko­
goś z tych, co obsługują ciało?
- Tak jest.
- Z a t e m państwo, ograniczone do tego, co najkonieczniejsze, składałoby
się z czterech albo z pięciu ludzi.
- Widocznie.
- Więc cóż? Każdy z tych ludzi powinien swoją robotę składać dla wszyst- E
kich pospołu - jak na przykład rolnik, chociaż jest jeden, powinien wytwa­
rzać żywność dla czterech i cztery razy tyle czasu i trudu poświęcać na wy­
t w a r z a n i e ż y w n o ś c i , i d z i e l i ć się z d r u g i m i , czy t e ż n i e p o w i n i e n d b a ć
o tamtych, a tylko dla siebie samego czwartą część wytwarzać tej żywności
w ciągu czterokrotnie krótszego czasu, a z pozostałych trzech jedną poświę­
cić na robienie domu, drugą na ubranie, inną na buty i nie dzieląc się z ni- 370
kim mieć głowę wolną i samemu, własnymi rękami swoje rzeczy robić?
A d e j m a n t p o w i e d z i a ł : - N o , m o ż e , S o k r a t e s i e , tak b ę d z i e ł a t w i e j , niż
w t a m t e n sposób?
- Na Zeusa - mówię - to nic dziwnego. I kiedyś to powiedział, to ja so­
bie myślę, że p r z e d e wszystkim każdy się rodzi nie całkiem p o d o b n y do
każdego innego, tylko się ludzie różnią z przyrodzenia: j e d e n się nadaje do B
tej roboty, a drugi do innej. Czy nie uważasz?
- Owszem.
- No cóż ? A czy łatwiej potrafi pracować ktoś będąc jedną jednostką, je­
żeli będzie liczne sztuki wykonywał, czy też jeśli się j e d e n zajmie jedną?
- Jeżeli - powiada - j e d e n jedną.

i dostarczają skór i wełny. Co się robi z ich m i ę s e m , o tym n i e słyszymy. N i e wynika stąd, ż e b y
Platon był w e g e t e r i a n i n e m , jak się niektórzy w tym miejscu domyślają. Oprócz r z e m i e ś l n i k ó w
muszą być w państwie kupcy i marynarze.
64 Platon, Państwo 370 B

- Doprawdy; tak mi się też wydaje, że jeśli ktoś zaniedba właściwą porę
jakiejś roboty, to ona przepada.
- Oczywiście przecież.
- Bo m a m wrażenie, że robota nie chce czekać, aż robotnik będzie miał
czas wolny, tylko musi pracownik za robotą nadążać, a nie tak sobie, tylko
w wolnych chwilach.
C - Koniecznie.
- W o b e c tego, więcej wszystkiego powstaje i to, co powstaje, b ę d z i e ła­
dniejsze i łatwiejsze, jeżeli się j e d e n zajmie jednym, zgodnie ze swą naturą,
we właściwej porze i mając głowę wolną od innych zajęć.
- Ze wszech miar przecież.
- Z a t e m , Adejmancie, potrzeba więcej niż czterech obywateli do wytwa­
rzania tych rzeczy, o k t ó t y c h e ś m y mówili. Bo zdaje się, że rolnik nie bę-
D dzie sobie sam robił pługa, jeżeli to ma być ładny pług, ani motyki, ani in­
nych narzędzi rolniczych. Ani budowniczy. J e m u też niejednego potrzeba.
Tak samo tkacz i szewc.
- To prawda.
- A cieśle i kowale, i dużo tam takich rzemieślników, jak się nam do pań­
stewka zjadą, to będzie w nim gęsto.
- Tak jest.
- Ale ono tam chyba nie będzie jeszcze takie wielkie, jeżeli do nich doło­
żymy pasterzy bydła i owiec i innych pastuchów, aby rolnicy mieli woły do
E orania, a budowniczowie zaprzęgi do jazdy - razem z rolnikami - a tkacze
i szewcy żeby mieli skóry i wełnę.
- To nawet - powiada - nie byłoby małe państwo, gdyby miało to wszyst­
ko.
- Ale - dodałem - założyć to miasto gdzieś w takim miejscu, gdzie nic nie
trzeba będzie dowozić, to po prostu rzecz niepodobna.
- N o , niepodobna.
- Z a t e m b ę d z i e p o t r z e b a j e s z c z e i n n y c h ludzi też, którzy by z i n n e g o
miasta przywozili, co trzeba.
- Trzeba będzie.
- A jak z próżnymi rękami pojedzie wysłaniec i nie zawiezie ze sobą nic
z tych rzeczy, których potrzebują tamci, od których m o ż n a by sprowadzić
371 to, czego tutaj potrzeba, to i wróci z próżnymi rękami. Czy nie?
- Zdaje mi się.
- Więc trzeba na miejscu robić rzeczy nie tylko na miejscowy użytek, ale
takie rzeczy i tyle, żeby wystarczyło i dla tamtych, których potrzeba.
- Ano, trzeba.
- Z a t e m większej ilości rolników i innych wytwórców p o t r z e b a nam dla
państwa.
- Większej ilości.
- I prawda, że innych funkcjonariuszów chyba też - tych, co by przywozili
i wywozili każdy produkt. A to są kupcy. Czy nie tak?
371 A Księga II 65

- Tak.
- Z a t e m i kupców będziemy potrzebowali.
- Tak jest.
- A jak handel pójdzie przez morze, to będzie potrzeba jeszcze wielu in- B
nych, którzy by się rozumieli na robocie morskiej.
- Jeszcze wielu.
- No cóż. A w samym mieście, jak się będą dzielili tym, co każdy zrobi? XII
Przecież na tośmy ich związali razem i na tośmy założyli państwo 12 .
- To jasna rzecz - powiada - że będą sprzedawali i kupowali.
- Więc z tego nam się zrobi rynek i pieniądz, znak służący do wymiany.
- Tak jest.
- A jeżeli rolnik przywiezie na rynek coś z tego, co wytwarza, albo jakiś C
inny wytwórca, ale nie trafi właśnie wtedy, kiedy inni chcą się z nim mie­
niąc, to co? Zostawi swoją własną robotę i będzie siedział na rynku?
- Nigdy - powiada. - Są przecież tacy, którzy to widzą i poświęcają się tej
funkcji; w dobrze urządzonych miastach to są po prostu ludzie najsłabsi fi­
zycznie i nie nadający się do ż a d n e j i n n e j roboty. Bo muszą siedzieć na D
miejscu, naokoło rynku i p e w n e rzeczy zamieniać na pieniądze - tym, któ­
rzy chcą coś oddać, a drugim znowu w zamian za pieniądze dawać to, co ci
chcą kupić.
- Ta więc potrzeba - powiedziałem - przyczyni się w mieście do powsta­
nia kramarzy. Czy nie nazywamy kramarzami tych, co się trudnią k u p n e m
i sprzedażą, i po to na rynku stale siedzą, a tych, co wędrują po miastach:
kupcami?
- Tak jest.
- Są jeszcze, uważam, inni funkcjonariusze też, którzy ze względu na swe
zalety umysłowe nie bardzo zasługują na bliskie z nimi stosunki, ale mają
siły fizyczne wystarczające do c i ę ż k i c h robót. Ci sprzedają u ż y t k o w a n i e E
swoich sił, a c e n ę za to uzyskaną nazywają n a j m e m i sami się nazywają,
uważam, najemnikami. Czy nie?
- Tak jest.
- Więc d o p e ł n i e n i e m państwa są, zdaje się, i najemnicy.
- Zdaje mi się.
- Zaczem nam już, Adejmancie, miasto urosło tak, że jest skończone i do­
skonałe?
- Może być.

12
N i e z b ę d n y okazuje się też pieniądz, j a k o powszechny środek wymiany dóbr, p o t r z e b n y jest
stan kramarzy i k u p c ó w w ę d r o w n y c h oraz n a j e m n i k ó w do ciężkich robót. Najprostsze p a ń s t w o
jest j u ż gotowe w myśli Sokratesa, ale sprawiedliwości jeszcze się w nim A d e j m a n t nie u m i e do­
patrzeć. I Sokrates mu jej nie pokazuje. Gdyby to zrobił, A d e j m a n t byłby bardzo zdziwiony, że
to się teraz nazywa sprawiedliwością, a nie porządkiem i specjalizacją. Sokrates maluje sielanko­
we życie tych prostych, poczciwych ludzi, przypominające złoty wiek ludzkości albo k o n i e c tygo­
d n i a na świeżym powietrzu. Ci prostaczkowie są j e d n a k przewidujący i roztropni; regulują u sie­
bie ilość potomstwa, aby nie rozdrabniać majątków i nie p o w o d o w a ć p r z e l u d n i e n i a , k t ó r e prowa­
dzi do wojen.
66 Platon, Państwo
Państwo 371 E

- Gdzieżby tedy była w nim sprawiedliwość i niesprawiedliwość? I w kim


by tkwiła z przyrodzenia, spośród tych, którycheśmy rozważali?
372 - Ja sie - p o w i a d a - nie d o m y ś l a m , S o k r a t e s i e - jeżeli n i e g d z i e ś tam
w p e w n y m zapotrzebowaniu wzajemnych usług.
- Może być - powiedziałem - że ty pięknie mówisz. Trzeba rzecz rozwa­
żać dalej, a nie ustawać na siłach. Więc n a p r z ó d z a s t a n ó w m y się, w jaki
sposób będą czas spędzali ci ludzie, którzy się tak urządzili. N i e p r a w d a ż -
p o ż y w i e n i e będą robili i wino, i ubrania, i buty. P o b u d o w a l i sobie d o m y
i latem będą przeważnie pracowali nago i boso, a zimą ubrani i obuci jak się
B należy. A żywić się będą robiąc z jęczmienia krupy a z pszenicy mąkę. To
będą gotować, a z tego ciasto robić i doskonałe placki i c h l e b y na jakichś
t r z c i n k a c h albo na czystych liściach będą podawali. Będą leżeli na pod-
ściółkach usłanych z wikliny, z powoju i mirtu, będą sobie używali, a dzieci
przy nich też, będą p o t e m popijali wino, wieńce mając na głowach i śpiewa­
jąc na chwałę bożą, i rozkosznie będą obcowali z sobą, nie robiąc dzieci po-
C nad stan, bo będą się bali ubóstwa albo wojny.
XIII A G l a u k o n p o d c h w y t u j e i p o w i a d a : - M a l u j e s z tę u c z t ę , a zdaje się,
że nie dajesz tym ludziom nic do chleba l 3 .
- P r a w d ę mówisz - odparłem. - Z a p o m n i a ł e m , że będą mieli coś do chle­
ba też. Sól oczywiście i oliwki, i ser, i cebulę, i sałaty; jak to na wsi, będą
D sobie gotowali. I chyba deser im podamy; trochę fig, grochu, bobu, mirto­
we j a g ó d k i i ż o ł ę d z i e b ę d ą s o b i e p i e k l i w p o p i e l e , popijając w m i a r ę .
W t e n sposób pędząc życie w pokoju - i w zdrowiu naturalnie - będą umie­
rali w późnej starości i przekażą znowu takie samo życie swoim p o t o m k o m .
A t e n powiada: - Sokratesie, gdybyś dla świń miasto budował, to jaki byś
ty im inny wikt dał, jeżeli nie ten sam?
- A to jak właściwie trzeba - mówię - Glaukonie?
E - Tak, jak się należy - powiada. - Na kanapie p o w i n i e n człowiek leżeć,
jeżeli nie ma gnić w nędzy, i przy stole jeść, i do chleba coś, jak to dziś lu­
dzie mają, i przystawki.
- D o b r z e - powiedziałem. - Ja rozumiem. Zdaje się, że nie tylko miasto
bierzemy, jak się tworzy, ale w dodatku miasto opływające w zbytki. Może

13
I b y l i b y szczęśliwi na w i e k i , g d y b y się c h c i e l i zawsze z a d o w a l a ć t y m , co mają p o d ręką
w przyrodzie. N i e s t e t y , o d e z w a ć się w nich musi p o t r z e b a zbytku, która się p o d c z a s rozmowy
odzywa w G l a u k o n i e , a ta prowadzi do choroby u j e d n o s t e k i p o d k o p u j e z d r o w i e państw. Pań­
stwo się zaludniać zaczyna t ł u m e m ludzi „ n i e p o t r z e b n y c h " , jak łowcy, artyści, kosmetycy, kucha­
rze, świniarze lub lekarze.
T r o c h ę to u w i e l b i e n i e dla prymitywu p r z y p o m i n a Rousseau, a trochę i d e e głoszone w p e w ­
nych zakładach przyrodoleczniczych. Osobliwy spis zawodów n i e p o t r z e b n y c h . To łowcy, bo bez
kwiczołów, bażantów i sarniny m o ż n a się d o s k o n a l e objeść. Artyści naśladujący p i ę k n o przyrody
też n i e p o t r z e b n i , b o wystarczy człowiekowi p i ę k n o przyrody samej. T u j a k b y Platon zapomniał,
że p i ę k n o przyrody jest nietrwałe. Mija, a chciałoby się je utrwalić jakoś i wskrzeszać je dowol­
nie często, i dzielić się nim z drugimi, więc zawód „ u d a w a c z y " nie wydaje się n a m n i e p o t r z e b n y
dla ludzi zdrowych. I j e d z e n i e wieprzowiny nie wydaje się dziś z b y t k i e m , a już najmniej zbyt­
k o w n y g o t ó w być zawód lekarski, bo też i nie wszystkie choroby powstają na tle p r z e j e d z e n i a .
T e n u s t ę p jest pisany z widocznym h u m o r e m i nie należy go brać zbyt ściśle.
372 E Księga II 67

to n a w e t i nieźle. Jak się i t a k i e m u przyjrzymy, gotowiśmy zaraz dojrzeć


sprawiedliwość i niesprawiedliwość, jak to się one w państwach zasiewają.
Otóż prawdziwym państwem wydaje mi się to, któreśmy przeszli - ono jest
tak jakby ktoś zdrowy. Jeżeli dla odmiany chcecie, to zobaczymy i miasto
w s t a n i e zapalenia. N i c nie p r z e s z k a d z a . Bo t a m t e rzeczy n i e j e d n e m u ,
zdaje się, nie wystarczą, ani t a m t e n sposób życia, tylko przyjdą do tego ka­
napy i stoły, i inne sprzęty, i przysmaki, i perfumy, i kadzidła, i dziewczęta, 373
i ciastka, a wszystko to aby różnorodne. A z tych rzeczy, o którycheśmy na
początku mówili, to już nie można zakładać tylko tego, co p o t r z e b n e : domy
i ubrania, i buty, tylko trzeba malarstwo wprowadzić i kolorowe sztukaterie,
i dywany, i złoto, i kość słoniową i wszystkie t a k i e rzeczy sobie z d o b y ć .
Czy nie? B
- Tak - powiada.
- A więc znowu trzeba miasto powiększyć. Bo tamto zdrowe już nie wy­
starcza - więc już je trzeba t ł u m e m z a p c h a ć i ciżbą, która zawsze miasta
wypełnia, a nigdy dla potrzeby - tacy na przykład łowcy wszelkiego rodzaju
i udawacze; wielu z nich naśladuje kształty i barwy, a wielu ma z muzyką
do czynienia. Poeci oraz ich słudzy: rapsodowie, aktorzy, tancerze, chórzy­
ści, przedsiębiorcy teatralni, wykonawcy najróżniejszych sprzętów - bardzo
różnych - między innymi i kobiecych przyborów do kosmetyki. B ę d z i e m y C
naprawdę potrzebowli większej liczby funkcjonariuszy. Cóż myślisz? Trze­
ba b ę d z i e służby do odprowadzania dzieci do szkoły, m a m e k , nianiek, gar­
derobianych, fryzjerów, a także paszteciarzy i kucharzy. A jeszcze i świnia-
rzy b ę d z i e m y w d o d a t k u potrzebowali. T e g o ś m y nie mieli w naszym po­
przednim państwie. N i e było ich potrzeba. A w tym będzie i tego potrze­
ba. Trzeba b ę d z i e paść wiele innych zwierząt też, jeżeli je ktoś jada. Czy
nie?
- Jakżeby nie?
- N i e p r a w d a ż , i l e k a r z e się n a m przydadzą o w i e l e b a r d z i e j t e r a z niż D
przedtem, jeżeli taki b ę d z i e m y prowadzili tryb życia?
- O wiele bardziej.
- I ziemia, która wtedy wystarczała do wyżywienia ówczesnych mieszkań­
ców, zrobi się mała, a była duża. Czy jak powiemy?
- No tak - powiada.
- N i e p r a w d a ż , z ziemi sąsiadów coś nam odciąć wypadnie, jeżeli m a m y
jej mieć dość na pastwiska i pod pług, a t a m t y m znowu naszej ziemi będzie
potrzeba, jeżeli oni się też puszczą na robienie pieniędzy bez granic, a prze­
kroczą granicę tego, co n i e z b ę d n e ? 1 4
14
Żądza zbytku rodzi wszystko złe dla państwa. Budzi chciwość na ziemie cudze i staje się
przyczyną wojen. Stąd niezbędny okazuje się stan wojskowy, zjawia się potrzeba żołnierzy zawo­
dowych, którzy się niczym innym nie zajmują już od dziecka, tylko służbą wojskową.
D z i w n i e tu wygląda ustęp, który stara się uzasadnić konieczność poświęcenia całego życia
studiom i ćwiczeniom wojskowym, bo tego wymaga jakoby trudny sprzęt wojenny. A więc hełm
z kitą, pancerz, tarcza, nagolennice, miecz i dzida. Karabiny maszynowe i działa przeciwlotnicze
są na pewno trudniejsze w użyciu, a jednak w państwach dzisiejszych posługiwać się nimi potrafi
68 Platon, Państwo 373 E

E - Koniecznie tak musi być, Sokratesie - powiedział.


- Z a t e m będziemy wojowali, Glaukonie. Czy jak to będzie?
- Tak będzie - powiada.
- I jeszcze nic nie mówmy - d o d a ł e m - o tym, czy wojna robi coś złego,
czy coś dobrego, tylko to j e d n o , że znowuśmy znaleźli g e n e z ę wojny. Ona
z t e g o s a m e g o źródła p o c h o d z i , skąd najobficiej w p a ń s t w i e płyną n i e ­
szczęścia prywatne i publiczne, jeśli płyną.
- T a k jest.
374 - Z a t e m , przyjacielu, jeszcze większego państwa b ę d z i e n a m p o t r z e b a ,
i to w i ę k s z e g o nie o drobiazg, tylko o całe wojsko, k t ó r e w pole wyjdzie
i b ę d z i e z nadciągającymi walczyło o całe mienie i w obronie tych wszyst­
kich, o którycheśmy teraz przed chwilą mówili.
- No cóż - powiada - a ci sami tam nie wystarczą?
- N i e - mówię - jeżeli ty i my wszyscy zgodziliśmy się słusznie, kiedy­
śmy lepili to p a ń s t w o . Z g a d z a m y się p r z e c i e ż , jeżeli p a m i ę t a s z , że nie
może j e d e n człowiek porządnie wielu umiejętności uprawiać.
- Prawdę mówisz - powiedział.
- Więc cóż? - powiadam - czy walka w postaci wojny nie zdaje się wyma-
B gać umiejętności?
- I bardzo - powiada.
- Z a t e m może o szewską umiejętność trzeba więcej dbać niż o wojenną?
- Nigdy.
- Przecieżeśmy szewcowi nie pozwolili, żeby próbował zarazem być rolni­
kiem ani tkaczem, ani budowniczym, a to na to, żeby nam p i ę k n i e wycho­
dziły wyroby szewskie, i tak samo każdemu z innych przydzieliliśmy to jed­
no, do czego się każdy urodził i czym by się miał zajmować całe życie, ma-
C jąc głowę wolną od innych zajęć i nie pomijając pory właściwej dla każdej
roboty. A czy rzemiosło wojenne nie jest najwięcej warte, jeżeli się je do­
brze wykonywa? Czy ono takie łatwe, że i rolnik jakiś będzie zarazem do­
b r y m ż o ł n i e r z e m , i szewc, i p r a c u j ą c y w d o w o l n e j i n n e j u m i e j ę t n o ś c i ,
a w warcaby dobrze grać albo w kości nie potrafi nikt, jeżeli się tym właśnie
nie zajmuje od dziecka, a tylko się tym bawi w wolnych chwilach? I jeżeli
ktoś tarczę weźmie do ręki albo którąś inną broń lub narzędzie wojenne, to
D już tego samego dnia będzie umiał jak się należy walczyć w ciężkiej zbroi

sprawnie każdy „rolnik i szewc, i pracujący w dowolnej innej u m i e j ę t n o ś c i " , jeżeli tylko przej­
d z i e roczne lub d w u l e t n i e wyszkolenie. W razie wojny jeszcze krótsze. Jeżeli więc Platon tak
p r z e c e n i a trudności związane z wprawą żołnierską przy ó w c z e s n y m stanie uzbrojenia, to wolno
się domyślać, że stan zawodowych wojowników wydaje mu się w p a ń s t w i e p o t r z e b n y z innych
p o w o d ó w , na przykład jako zbrojne ramię rządu panującego nad b e z b r o n n ą ludnością. Każdy
wódz g r o m a d y musi m i e ć przecież jakąś d ź w i g n i ę w ręku jako środek p r z y m u s u , czy nią b ę d z i e
miecz, szabla, berło, pastorał, czy zwyczajna laska. N i e mógłby rządzić ktoś, k t o by niczym nie
mógł grozić.
374 D Księga II 69

albo będzie mistrzem jakiejś innej walki stosowanej na wojnie, podczas gdy
z innych narzędzi ż a d n e , jeśli je tylko wziąć do ręki, z nikogo mistrza ani
zawodnika nie zrobi i nie przyda się na nic t e m u , który sobie ani wiedzy
z każdym narzędziem związanej nie przyswoił, ani się ćwiczeniom w dosta­
tecznej mierze nie oddawał?
- Wiele byłoby wtedy narzędzie warte - powiedział.
- N i e p r a w d a ż - mówię - ponieważ robota strażników jest najdonioślejsza, XV E
dlatego wymaga najwięcej wolnej głowy do innych zajęć, a z drugiej strony
umiejętności największej i dbałości 1S.
- Myślę sobie - powiada.
- A naturalnych kwalifikacji do tego zawodu nie?
- Jakżeby nie?
- Więc byłoby, zdaje się, naszym zadaniem, jeśli tylko potrafimy, wybrać
i wskazać, które i jakie natury nadają się do straży około państwa.
- Naszym zadaniem, oczywiście.
- Na Zeusa - powiedziałem - to nie drobiazg bierzemy na barki. A jed­
nak nie trzeba się go bać i cofać, o ile tylko siły pozwolą.
- N o , nie trzeba - powiedział.
- A jak myślisz, czy natura szczeniaka dobrej rasy, jeżeli chodzi o pełnie- 375
nie straży, różni się czymś od chłopca dobrze urodzonego?
- Pod jakim względem, myślisz?
- Na przykład: każdy z nich obu musi być bystry w dostrzeganiu, szybki
w ściganiu t e g o , co d o s t r z e g a , i z n o w u mocny, jeżeli w y p a d n i e się bić
ze schwytanym.
- Potrzeba - mówi - tego wszystkiego.
- I odważny musi być, jeżeli się ma bić dobrze.
- Jakżeby nie?
- A czy z e c h c e być odważny, jeżeli nie b ę d z i e miał t e m p e r a m e n t u - czy
to koń, czy pies, czy inne jakiekolwiek zwierzę? Czy nie zauważyłeś, jaki B
niezwalczony i niezwyciężony jest t e m p e r a m e n t - jeśli go dusza ma, to żad­
na nie boi się niczego i nie ustępuje z placu. Więc co do ciała, jaki powi­
nien strażnik być, to się widzi?
- Tak.
- I co do duszy też. Ze pełen t e m p e r a m e n t u .
- I to też.
- Ale jak to m o ż e być - p o w i e d z i a ł e m - G l a u k o n i e , żeby ci ludzie nie
byli dzicy w stosunku do siebie nawzajem i w stosunku do innych obywate­
li, jeżeli będą mieli takie natury?

15
Kwalifikacje żołnierzy, czyli strażników państwa. P r z e d e wszystkim t e m p e r a m e n t żywy. Pla­
ton ma przy tym wyrazie (thymos) na myśli to, co my nazywamy inaczej zapalczywością, szlachet­
n y m z a p a ł e m , pasją, nawet skłonnością do g n i e w u , czasem energią. Z t e m p e r a m e n t e m żywym,
g w a ł t o w n y m musi żołnierz łączyć łagodność w s t o s u n k u do innych żołnierzy i do obywateli wła­
s n e g o państwa. T a k , jak to widać u dobrego psa, który pilnuje d o m u i trzody.
70 Platon, Państwo 375 B

- Na Zeusa - powiada - to nie jest łatwa rzecz.


C - A przecież oni powinni być w stosunku do ludzi z miasta łagodni, a tyl­
ko wrogom niechby robili przykrości. Jeżeli nie, to nie będą czekać, aż ich
inni wybiją, tylko sami sobie już naprzód to urządzą.
- Słusznie - powiada.
- Więc - mówię - co zrobimy? Skąd my weźmiemy charakter zarazem ła­
godny i wielkoduszny? N a t u r a łagodna to może przeciwna tej z t e m p e r a ­
mentem.
- Widocznie.
- A j e d n a k zabierz k o m u k o l w i e k choćby j e d n o z tych dwóch z n a m i o n ,
a dobry strażnik nigdy z niego nie będzie. Więc to wygląda na niemożli­
wość i wychodzi na to, że dobry strażnik jest niemożliwy w ogóle.
D - Gotowo tak być - mówi.
- O t ó ż ja w tym kłopocie zacząłem się zastanawiać nad tym, co się po­
przednio mówiło, i powiadam: słusznie my, mój kochany, jesteśmy w kłopo­
cie; bośmy zapomnieli o tym obrazie, któryśmy byli przyjęli.
- Jak to myślisz?
- N i e zwróciliśmy uwagi na to, że j e d n a k istnieją n a t u r y dla nas t a k i e
nieprawdopodobne, które łączą w sobie te przeciwieństwa.
- Gdzież to niby?
- Można by je znaleźć pośród innych zwierząt też, a nie najmniej pośród
E tych, któreśmy przyrównali do strażników. Wiesz może, że psy dobrej rasy
mają taki charakter z natury: w stosunku do swoich i do znajomych są tak
ł a g o d n e , jak tylko można, a w stosunku do nieznajomych wprost przeciw­
nie.
- Wiem przecież.
- Więc to - mówię - jest możliwe i my nie przeciw n a t u r z e staramy się,
żeby strażnik był taki.
- Nie, zdaje się.
XVI - A nie wydaje ci się, że kto się ma poświęcić zawodowi strażnika, t e m u
jeszcze czegoś potrzeba; że oprócz t e m p e r a m e n t u powinien m i e ć wrodzoną
miłość mądrości? 1 6
376 - Jak to - powiada - nie rozumiem.
16
Z a m i ł o w a n i e d o wiedzy, d o mądrości p o w i n n o także c e c h o w a ć wojskowego. T e n postulat,
p i ę k n y zresztą, uzasadnia Platon p e w n y m żartem. Pies niby to dlatego szczeka i reuca się na ob­
cych, a wita o g o n e m znajomych, że nienawidzi niewiedzy, a kocha w i e d z ę . Kto kocha w i e d z ę ,
jest filozofem, z a t e m i pies jest trochę filozof i dlatego nadaje się na stróża. O t ó ż czymś i n n y m
jest nienawiść braku wiedzy, a czymś i n n y m z nienawiścią patrzeć na p r z e d m i o t y nie z n a n e . Pies
objawia tylko swój s t o s u n e k do p r z e d m i o t ó w , a nie objawia ż a d n e g o s t o s u n k u do wiedzy i nie­
wiedzy. G d y b y kochał wiedzę, starałby się poznać każdego nieznajomego, a nie ujadać na niego.
N i e n a w i ś ć do obcych i do wszystkiego, co o b c e , jest krańcowo przeciwna kulturze i n t e l e k t u i nie
ma nic wspólnego z umiłowaniem mądrości.
T e r a z S o k r a t e s ma o c h o t ę mówić o wychowaniu i o kształceniu żołnierzy w i d e a l n y m pań­
stwie, aby się rozprawić z w y c h o w a n i e m w Atenach współczesnych. J a k i m s p o s o b e m A d e j m a n t
dojrzał związek tej sprawy ze sprawiedliwością i z niesprawiedliwością, t r u d n o dojść; sam Sokra­
tes zapowiada ją jako dygresję.
376 A Księga II 71

- To t a k ż e - m ó w i ę - u psów z o b a c z y s z . To n a w e t p o d z i w u g o d n e
u tego zwierzęcia.
- Go takiego?
- J a k zobaczy kogoś n i e z n a j o m e g o , to się złości. C h o ć niczego złego
p r z e d t e m nie doznał. A jak znajomego, to się ucieszy i wita, choćby nigdy
od niego niczego dobrego nie doznał. Nigdy cię to jeszcze nie zadziwiło?
- N i e bardzo się - powiada - dotąd tym i n t e r e s o w a ł e m , ale że pies tak
robi, to jasne.
- Wiesz, że to bardzo sympatyczna i zabawna postawa jego natury i na­
prawdę świadczy o miłości wiedzy.
- Jakimże sposobem?
- Tym s p o s o b e m - p o w i e d z i a ł e m - że dla niego widok miły i wrogi nie
różni się niczym innym, jak tylko tym, że j e d e n mu jest znany, a drugi nie
znany. A j a k ż e się n i e ma garnąć do w i e d z y k t o ś , dla kogo „ t o z n a m ,
a tamtego nie z n a m " znaczy: „to mi swoje i bliskie, a tamto mi obce"?
- N o , oczywiście, że tak - powiada.
- A przecież - mówię - garnąć się do wiedzy i kochać mądrość to j e d n o
i to samo?
- To samo - powiada.
- Prawda? Więc bądźmy dobrej myśli i załóżmy to u człowieka też: jeżeli
ma być jakoś łagodny w s t o s u n k u do swoich i do znajomych, to musi być
z natury miłośnikiem mądrości i musi garnąć się do wiedzy.
- Załóżmy - powiada.
- Z a t e m u nas to będzie musiał być z natury filozof i pełny t e m p e r a m e n ­
tu, i szybki w biegu, i mocny każdy, kto by miał być d o s k o n a ł y m strażni­
kiem państwa?
- Ze wszech miar - powiada.
- Więc ten by był taki. A będą się u nas chowali i kształcili ci l u d z i e
w jaki sposób? Tylko na co się nam właściwie to rozważanie przyda, jeżeli
m a m y dojrzeć to, dlaczego wszystkie te roztrząsania robimy, a mianowicie:
s p r a w i e d l i w o ś ć i n i e s p r a w i e d l i w o ś ć w jaki s p o s ó b w p a ń s t w i e powstają.
Abyśmy nie opuścili jakiejś myśli ważnej, a nie rozwodzili się za szeroko.
Otóż brat Glaukona powiada: - Tak jest, ja mam nadzieję, że to się przy­
da do naszych rozważań.
- Na Z e u s a - m ó w i ę - k o c h a n y A d e j m a n c i e , to nie opuszczajmy tego,
choć to może i nieco przydługie.
- N i e , nie.
- Więc proszę cię - tak jakbyśmy bajkę układali i mieli czas wolny, we­
źmy się do kształcenia tych ludzi.
72 Platon, Państwo 376 E

E - N o , trzeba.
XVII - W i ę c co to za k s z t a ł c e n i e ? D o p r a w d y , że t r u d n o z n a l e ź ć l e p s z e od
tego, które za dawnych czasów wymyślono; to jest przecież dla ciał gimna­
styka, a dla duszy służba M u z o m .
- A jest.
- A czy nie zaczniemy wykształcenia p r z e d e wszystkim od służby u M u z
niż od gimnastyki?
- N o , jakżeby nie?
- K i e d y mówisz o s ł u ż b i e u M u z , to masz na myśli opowiadania. Czy
nie?
- Tak jest.
377 - A opowiadań są dwa rodzaje; j e d n e prawdziwe, a drugie fałszywe?
- Tak.
- Więc kształcić trzeba z pomocą jednych i drugich, ale naprzód z pomo­
cą fałszywych.
- N i e rozumiem - powiada - jak ty to myślisz.
- N i e r o z u m i e s z - m ó w i ę - że z p o c z ą t k u d z i e c i o m m i t y o p o w i a d a m y ?
A to są, mówiąc na ogół, fałsze, c h o ć trafiają się m i ę d z y nimi i p r a w d z i w e .
A przecież naprzód podajemy dzieciom mity, a dopiero p o t e m gimnastykę 1 7 .
- Jest tak.
- Więc ja to mówiłem, że do służby M u z o m trzeba się brać pierwej niż
do gimnastyki.
- Słusznie - powiada.
B - I ty, prawda, wiesz, że w każdej sprawie początek to rzecz najważniej­
sza. Zwłaszcza jeżeli chodzi o jakiekolwiek istoty młode i wrażliwe? Prze-

17
W y c h o w a n i e religijne zaczynało się w Grecji od najwcześniejszych lat. Z m l e k i e m matki
wysysał G r e k mitologię i z ust nianiek słuchał pierwszych opowiadań o bogach i o półbogach.
W s z y s t k o to są na ogół fałsze, powiada śmiało Platon. N i e trzeba ich wszystkich usuwać, ale
trzeba je obłożyć cenzurą i zakazać n i a ń k o m opowiadania mitów n i e c e n z u r a l n y c h . Widać w tym
marzyciela nie z tego świata. T r u d n o sobie wyobrazić e g z e k u t y w ę takiej cenzury i ściganie prze­
s t ę p s t w t e g o rodzaju w praktyce, w wychowaniu d o m o w y m . M i m o to m a m y dziś c e n z u r ę e l e ­
m e n t a r z y i j a k o ś s p e ł n i a m y p o s t u l a t P l a t o n a . Ł a t w i e j o to w w y c h o w a n i u p u b l i c z n y m , p a ń ­
stwowym.
Najbardziej rażą Platona opowiadania m i t y c z n e o bogach, w których bóstwa zachowują się tak,
jak się ludzie nigdy zachowywać nie p o w i n n i . Gorszący wpływ mitów pokazywał j u ż w Eutyfro-
nie. T a m wieszczek prześladujący własnego ojca uważa, że nie p o s t ę p u j e z nim gorzej, niż Z e u s
p o s t ę p o w a ł z Kronosem. Z e u s przecież swojego ojca zamknął na wieki w p o d z i e m i u .
Ofiarę z w i e p r z a składali u c z e s t n i c y m i s t e r i ó w e l e u z y ń s k i c h . A walki b o g ó w o l i m p i j s k i c h
z o l b r z y m a m i h a f t o w a n o w k o l o r a c h na p ł a s z c z u A t e n y , k t ó r y się jej z a w o z i ł o w procesji do
E r e c h t e j o n u w święta Panatenajów. Krytyczne stanowisko Platona ma w sobie wiele słuszności.
Szło przecież o mity greckie. Stanowisko dziwnie nieprzebrzmiałe w ciągu tysięcy lat. Pocieszać
się t r z e b a tym, że ludzie, a n a d e wszystko dzieci, zazwyczaj zgoła nie zgłębiają tego, co czytają,
słyszą lub śpiewają. Można im opowiadać rzeczy, od których k o m u ś myślącemu musiałyby włosy
stawać na głowie. Jeżeli opowiadanie pochodzi od osoby kochanej, czcigodnej i jest p o d a n e w to­
nie b u d u j ą c y m , wydaje się m i ł e i b u d u j ą c e i m o ż e nie zostawiać u j e m n y c h ś l a d ó w na d u s z y .
P r z e c i e ż m a ł o k t o myśli nad tym, co czyta i słyszy. D z i e c i o m się o p o w i a d a to, co każe zwyczaj
i władza, a to przecież i tak przeważnie spływa po wierzchu i dorosły mało już z tego pamięta.
377 B Księga II 73

cież w t e d y się najwięcej formuje i p r z e n i k a w głąb to p i ę t n o , którym by


ktoś chciał nacechować każdego.
- Ależ naturalnie.
- Więc czy my tak łatwo pozwolimy, żeby byle kto i byle jakie mity ukła­
dał i niech tego dzieci słuchają, aby ich d u s z e nasiąkały poglądami nieraz
wprost przeciwnymi tym, które, zdaniem naszym, mieć powinny, gdy doro­
sną?
- N i e pozwolimy. Ani mowy.
- Więc zdaje się, że p r z e d e wszystkim w y p a d n i e nam p a t r z e ć na palce
tym, którzy mity układają i jak ułożą jaki ładny mit, to go dopuścić, a jak
nie, to go odrzucimy. P o t e m nakłonimy niańki i matki, żeby te aprobowa- C
ne m i t y opowiadały dzieciom i formowały d u s z e ich m i t a m i o w i e l e bar­
dziej niż ich ciała r ę k a m i . A wiele z tych mitów, k t ó r e dziś opowiadają,
wyrzucić precz.
- A które tak? - powiada.
- W mitach większych - p o w i e d z i a ł e m - zobaczymy i te mniejsze. Po­
winny przecież do tego samego typu należeć i t e n sam wpływ mieć i więk­
sze, i mniejsze. Czy nie myślisz? D
- No tak - powiada - ale nie rozumiem i tego, o jakich ty większych mó­
wisz.
- O tych - mówię - które nam Hezjod i H o m e r opowiedzieli, a inni poeci
też. Oni przecież ludziom fałszywe mity ułożyli, opowiedzieli i opowiadają
je dalej.
- Jakież to - powiada - i co ty w nich ganisz?
- To - mówię - co p r z e d e wszystkim i najbardziej trzeba ganić: szczegól­
nie jeżeli ktoś mówi nieprawdę a nieładnie.
- Cóż takiego? E
- Kiedy ktoś obrazowo a źle mówi o bogach i bohaterach - p o d o b n i e jak
malarz, który by zatracał wszelkie p o d o b i e ń s t w o pragnąc malować p o d o b ­
nie.
- No tak - powiada - z u p e ł n i e słusznie gani się takie rzeczy. Ale jak my
to myślimy właściwie i o jakie rzeczy chodzi?
- P r z e d e wszystkim największa nieprawda i dotycząca istot największych.
N i e ł a d n i e nakłamał ten, co ją opowiedział, jak to sobie Uranos poczynał, jak
o n i m p o w i a d a H e z j o d , i jak się z n o w u K r o n o s na nim p o m ś c i ł . A z n o w u 378
czyny Kronosa i to, co mu syn zrobił - n a w e t gdyby to była prawda - to nie
uważałbym, żeby to należało tak sobie opowiadać ludziom głupim i młodym,
tylko najlepiej to przemilczeć, a gdyby już jakoś trzeba było o tym mówić, to
tylko pod osłoną największej tajemnicy i n i e c h b y tego słuchało jak najmniej
osób, po złożeniu ofiary nie z wieprza, ale z czegoś wielkiego i co by t r u d n o
było dostać, aby liczba słuchających była jak najmniejsza.
- Tak jest - mówi - to są opowiadania bardzo przykre.
- I nie t r z e b a ich powtarzać, A d e j m a n c i e - p o w i e d z i a ł e m - w n a s z y m
mieście. I nie trzeba mówić, kiedy młody słucha, że dopuszczając się nie- B
74 Platon, Państwo 378 B

sprawiedliwości największej, nie robiłby nic n i e p r a w d o p o d o b n e g o , ani też


mszcząc się na swoim ojcu za jego zbrodnie w sposób n i e w y b r e d n y - tylko
by postępował tak jak pierwsi i najwięksi spośród bogów.
- N i e , na Zeusa - powiada - mnie się też wydaje, że te rzeczy nie nadają
się do opowiadania.
C - Ani w ogóle to - dodałem - że bogowie z bogami wojny toczą i nastaje
j e d e n na drugiego, i walczą - bo to nawet nieprawda - tego też nie opowia­
dać, jeżeli ci, co mają straż pełnić około miasta, mają uważać za największą
h a ń b ę rozpalanie się nienawiści wzajemnych o byle co. Więc mowy nie ma
0 tym, żeby im mity o walkach z olbrzymami opowiadać i wyszywać to ko­
lorami ani inne objawy nienawiści, liczne i różnorodne u bogów i u bohate­
rów przeciwko ich krewnym i bliskim. Jeżeli mamy jakoś ludziom wpoić to
p r z e k o n a n i e , że między o b y w a t e l a m i nigdy nie ma nienawiści wzajemnej
1 że to j e s t obraza boska, to l e p i e j m ó w i ć to już d z i e c i o m - n i e c h im to
mówią starcy i staruszki, a kiedy dzieci podrastają, to i poetów trzeba zmu-
D sić, ż e b y jakoś tak około tego swoje opowiadania układali. A jak tam syn
H e r ę skrępował i jak ojciec rzucił Hefajstosem, kiedy ten matki chciał bro­
nić, bo ją ojciec bił, i te walki bogów, które H o m e r opiewał, tych nie trzeba
dopuszczać do miasta - czy tam będą pomyślane jako p r z e n o ś n i e , czy bez
p r z e n o ś n i . Bo młody człowiek nie potrafi ocenić, co jest przenośnią, a co
E nie, a co w tym wieku weźmie w siebie jako pogląd, co się lubi przyczepiać
tak, że później ani tego nie zmyjesz, ani nie przestawisz. Więc może wła­
śnie dlatego nade wszystko o to dbać potrzeba, żeby to, co dzieciom przede
wszystkim innym w uszy wpada, żeby to były mity ułożone p i ę k n i e i budu­
jąco.
XVIII - To ma sens - powiada. - Ale gdyby nas ktoś i o takie mity zapytał, które
to są i co to za mity, to które byśmy wymienili? 18
18
Pojęcia o bogach, Platon mówi po prostu: o Bogu, trzeba zreformować tak, żeby w nich nie
byto sprzeczności w e w n ę t r z n y c h i m i m o w o l n e j obrazy boskiej. Bóg jest dobry, a więc nie m o ż e
być przyczyną ż a d n e g o zta. A że zta jest d u ż o , p r z e t o Bóg nie może być przyczyną wszystkiego,
tylko jest przyczyną nielicznych rzeczy dobrych.
To rugowanie sprzeczności z wierzeń religijnych nie wydaje się ani takie p o t r z e b n e , ani poży­
t e c z n e . Bo, po pierwsze, mato kto je spostrzega. L u d z i e ich na ogól nie czują, nie wiedzą o nich
i o n e im nie przeszkadzają. A po drugie, p r z e k o n a n i a i supozycje s p r z e c z n e dodają wiele uroku
s n o m , b a ś n i o m , p o e m a t o m , wytworom fantazji, w i e r z e n i o m . Co by z o s t a ł o z poezji, gdyby ją
oczyścić z p r z e n o ś n i , z paradoksów, z n i e p r a w d o p o d o b i e ń s t w i sprzeczności? Proza m a ł o i n t e r e ­
sująca. Co by zostało ze snów, które nieraz krzepią i cieszą, gdyby je zastąpić trzeźwym, w o l n y m
od sprzeczności m y ś l e n i e m na jawie?
T r z e ź w y umysł, który sprzeczności nie znosi, ma na to n a u k ę . Ale sercom l u d z k i m i fantazji
nie wystarcza n a u k a . Chcą snów. Ma do nich prawo n a w e t człowiek uczony. C ó ż d o p i e r o czło­
wiek prymitywny! Tę samą trudność, która tu zajmuje Platona, rozwiązuje i teologia chrześcijań­
ska, przypisując zło skażonej woli ludzkiej: Bóg je tylko dopuszcza, ale go nie c h c e . Platon składa
odpowiedzialność za zło również na człowieka, a mianowicie na g ł u p o t ę i pożądliwość ludzką.
W u s t ę p a c h cytowanych tutaj z H o m e r a , w e d ł u g Iliady (ks. XXIV, w. 527-532), zła i dobra
dola c z ł o w i e k a zależy, nie w i a d o m o , od h u m o r u Z e u s a czy od p r z y p a d k u . W k a ż d y m razie nie
pochwaliłby nikt człowieka, gdyby p o s t ę p o w a ł ze swoimi dziećmi tak, jak tutaj p o s t ę p u j e ojciec
bogów i ludzi. To j e d n a k nie ujmowało czci Zeusowi. Im wyżej ktoś postawiony, tym więcej mu
ludzie umieją wybaczać, jeżeli ma ustaloną o p i n i ę .
379 A Księga II 75

Ja mu na co mówię: - Adejmancie, my nie j e s t e ś m y poeci, ja i ty, na ra- 379


zie, tylko zakładamy państwo. Założyciele powinni cylko znać wzory, we­
d ł u g k t ó r y c h poeci mają mity u k ł a d a ć . J e ż e l i który n a p i s z e m i t w b r e w
temu, to się go nie dopuści, ale sami nie b ę d z i e m y przecież mitów układali.
- Słusznie - powiada. - Ale właśnie to, wzory w dziedzinie teologii, jakie
by powinny być?
- Chyba takie mniej więcej - powiedziałem. - Jaki bóg naprawdę jest, to
p r z e c i e ż zawsze t r z e b a o d d a ć - czy tam k t o ś o n i m pisze w e p o p e i , czy
w pieśniach, czy w tragedii.
- Trzeba przecież.
- A prawda, że bóg jest dobry i tak też trzeba mówić? B
- No pewnie.
- Nigdy to, co dobre, nie jest szkodliwe. Czy nie?
- Myślę, że nie.
- A czy to, co nieszkodliwe, szkodzi?
- Nigdy.
- A to, co nie szkodzi, to robi coś złego?
- I to nie.
- A co nic złego nie robi, to też nie może być żadnego zła przyczyną?
- No jakże?
- Więc cóż? Pożyteczne jest to, co dobre?
- Tak.
- Więc jest przyczyną szczęścia i powodzenia?
- Tak.
- Z a t e m dobro nie jest przyczyną wszystkiego, tylko jest przyczyną sta­
nów dobrych, a złych stanów rzeczy ono przyczyną nie jest.
- Ze wszech miar - powiada.
- Z a t e m i bóg, skoro jest dobry, nie może być przyczyną wszystkiego, jak C
mówią szerokie koła, tylko niewielu rzeczy ludziom jest przyczyną, a wielu
r z e c z o m n i e j e s t w i n i e n . B o m a m y z n a c z n i e m n i e j rzeczy d o b r y c h niż
złych. I d o b r y c h rzeczy n i k o m u i n n e m u nie zawdzięczamy, a dla złych
trzeba szukać jakichś innych przyczyn - tylko nie boga.
- Zdaje mi się - powiada - że świętą prawdę mówisz.
- Z a t e m nie należy tego grzechu przyjmować ani od Homera, ani od in- D
nego poety; oni grzeszą przez bezmyślność i mówią, że dwie beczki różne

leżą na progu u Zeusa


Pełne losów człowieka - w tej dobre, a w drugiej podławe.

J a k Z e u s j e d n e losy z d r u g i m i p o m i e s z a i da k o m u ś z j e d n e j b e c z k i
i z drugiej,

Tego i bieda przyciska, i los mu się czasem uśmiecha.


76 Platon, Państwo 379 D

A jak k o m u da nie pomieszane - tylko z jednej beczki:

Temu głód szarpie bebechy - po bożym świecie przegania.

Ani to, że dla nas Zeus

E i zła, i dobra szafarzem.

XIX Albo ł a m a n i e przysiąg i umów, jak to Pandaros uczynił, gdyby ktoś po­
wiedział, że to się stało za przyczyną Ateny i Zeusa, nie p o c h w a l i m y go.
Ani kłótni bogiń, ani jej rozstrzygnięcia za sprawą Temidy i Zeusa, ani kie­
dy Ajschylos mówi, nie powinni młodzi słuchać, że:

380 Zaszczepia ludziom winę bóg,


Gdy jakiś dom wygubić chce 19

W i ę c j e ż e l i b y k t o ś opracowywał w i e r s z e m tematy, z k t ó r y c h i te j a m b y
są wyjęte, jak cierpienia N i o b y albo Pelopidów, albo coś z wojny trojań­
skiej, albo coś innego w tym rodzaju, to albo nie pozwolić mówić, że to ro­
bota boga, albo jeśli boga, to wymyślić im po prostu jakiś sens, tak jak my
go w tej chwili szukamy, i p o w i e d z i e ć , że bóg p o s t ę p o w a ł s p r a w i e d l i w i e
B i dobrze i ci ludzie zyskali przez to, że ich kara spotkała. A że nędznikami
są ci, którzy ponoszą karę, n a w e t jeżeli ją bóg wymierza, tego nie b ę d z i e
wolno mówić poecie. Jeżeliby napisał, że potrzebowali kary ludzie źli, bo
byli n ę d z n i k a m i , a jak ją ponieśli, to na tym zyskali z ręki boga - pozwolić
mu. Ale gdyby ktoś mówił, że bóg stał się dla kogoś przyczyną czegoś złe­
go - bóg, który jest dobry - to zwalczać go na wszelki sposób; n i e c h tego
nikt nie mówi we własnym państwie, jeżeli mają w nim panować dobre pra-
C wa, i niech tego nikt nie słucha; ani młodszy, ani starszy, ani wierszem, ani
prozą w żadnych mitach, bo z takiego gadania ani bogu chwały, ani ludziom
pożytku nie ma, ani się w tym jedno z drugim zgadza.
- Razem z tobą głosuję - powiada - za tym prawem i ono mi się podoba.
- Więc to by było - powiedziałem - j e d n o prawo dotyczące bogów i j e d e n
wzór, który wymaga, żeby ci, co mówią i piszą wiersze, mówili i pisali, że
bóg nie jest przyczyną wszystkiego, tylko że jest przyczyną rzeczy dobrych.
19
Platon wytyka ustępy z H o m e r a i z Ajschylosa (Niobe) i zaleca w razie potrzeby wymyślać mo­
tywy i o k o l i c z n o ś c i , k t ó r e by mogły j a k o ś u s p r a w i e d l i w i a ć b r z y d k i e p o s t ę p k i bóstw, o p i s a n e
w m i t a c h ojczystych. To n i e w ą t p l i w i e k o m p r o m i s z u m i ł o w a n i e m prawdy na rzecz tradycji.
W k a ż d y m razie o bogach wolno mówić tylko rzeczy d o d a t n i e , a ż a d n y c h u j e m n y c h nie wolno.
Po drugie, nie wolno mówić o żadnych przemianach bóstw i o tym, że bogowie przybierają postać
ludzką lub zwierzęcą, ponieważ Bóg jest n i e z m i e n n y w ogóle i każda zmiana i każda maska była­
by dla niego ujmą. Widać, jak niewiele gotowo by zostać z treści mitologii ojczystej. I czy nie
szkoda tych barw? I to widać, jak się w p a r ę s e t lat później musiały o ś w i e c o n y m G r e k o m p r z e d ­
stawiać wieści d o c h o d z ą c e od ubogich Ż y d ó w o Bogu, który przez trzydzieści lat w P a l e s t y n i e
wyglądał na u b o g i e g o człowieka i umarł skazany przez j e d n y c h , a uznany za boga przez drugich,
chociaż chciał unikać rozgłosu.
380 C Księga II 77

- I co bardzo zadowalające - powiada.


- I cóż drugie prawo? Takie. Czy ty myślisz, że bóg co jesc czarownik D
albo magik i m o ż e się umyślnie zjawiać raz w tej, raz w innej postaci, i to
raz się tworzy jego postać i zmienia się w różne kszcalcy naprawdę, a innym
razem on Cylko nas nabiera i sprawia, że się nam to o nim tylko tak wydaje,
czy też bóg jest prosty i zgoła nigdy z własnej postaci nie wychodzi?
- N i e potrafię - powiada - tak, w tej chwili, tego powiedzieć.
- N o , a cóż taka rzecz? Jeżeliby coś wychodziło ze swojej postaci, to czy
nie z k o n i e c z n o ś c i m u s i a ł o b y się z m i e n i a ć albo samo z siebie, albo p o d
wpływem czegoś innego?
- Z konieczności. E
- A przecież pod wpływem czegoś innego nie zmieni się i nie ruszy to, co
się ma najlepiej. Na przykład ciało pod w p ł y w e m p o k a r m ó w i napojów,
i t r u d ó w , i w s z y s t k o , co r o ś n i e , p o d w p ł y w e m u p a ł ó w i wiatrów, i t y m
p o d o b n y c h stanów - czyż najzdrowsze i najmocniejsze nie najmniej ulega
zmianom?
- Jakżeby nie?
- A czy nie tak samo dusza: najmężniejsza i najrozsądniejsza n a j m n i e j 381
ulega wstrząsom od zewnątrz i najmniej się pod ich wpływem zmienia?
- Tak.
- A podobnie i złożone rzeczy wszystkie - sprzęty i budowle, i suknie, je­
żeli są dobrze wykonane i są w dobrym stanie, to pod działaniem czasu i in­
nych wpływów zewnętrznych najmniej się zmieniają.
- Jest tak.
- Więc wszystko, co jest bez zarzutu, albo z natury, albo z rąk mistrza ta­
kie wyszło, albo z j e d n e g o i z drugiego powodu pięknie się trzyma - to naj­
mniej ulega zmianom pod wpływem czynników zewnętrznych. B
- Zdaje się.
- A przecież bóg i to, co się z bogiem wiąże, pod każdym względem trzy­
ma się najpiękniej.
- Jakżeby nie?
- Wobec tego i wielu kształtów bóg tą drogą przybierać nie może.
- Zgoła nie. Oczywiście.
- Więc może sam siebie zmienia i różne wyglądy przybiera? 2 0 XX

20
Bogowie, jako istoty najdoskonalsze, nie mogą się z m i e n i a ć i przybierać z ł u d n y c h postaci ani
ze względu na siebie samych, bo nie pozwoliłaby im na to ich ambicja ani ich natura n i e z m i e n n a ,
ani też ze względu na ludzi, ponieważ brzydzą się fałszem i nikogo w błąd wprowadzać nie mogą.
Sąd fałszywy, czyli p o m y ł k a , to zło, którym się w zasadzie brzydzą wszyscy ludzie i wszyscy bogo­
wie. Fałszywe p o w i e d z e n i a są raczej z n o ś n e i d o p u s z c z a l n e , bo są tylko widziadłami fałszywych
przekonań. T e n zwrot p i ę k n i e wygląda. Powiedzenia można nazwać widziadłami sądów, ale całe
zło p o w i e d z e ń fałszywych tkwi w tym, że o n e dla odbiorców bywają widziadłami sądów prawdzi­
wych. Platon bierze p o w i e d z e n i a fałszywe od strony człowieka, który sam k ł a m i e , a nie myli się.
I p o w i a d a : „ T o n i e w i e l k i e n i e s z c z ę ś c i e t y l k o mówić' n i e p r a w d ę ; byłoby p r a w d z i w y m n i e s z c z ę ­
ś c i e m mylić się, w i e r z y ć w j a k ą ś n i e p r a w d ę " . Z a p e w n e . Ale i n a c z e j musi rzecz o c e n i a ć t e n ,
k t ó r e g o okłamują. T e n p o w i e : „ O k r o p n e jest właśnie to, ż e m i t e n człowiek mówi n i e p r a w d ę .
78 Platon, Państwo 381 B

- Jasna rzecz - powiada - jeżeli tylko różne przybiera.


- A czy się p r z e m i e n i a na coś l e p s z e g o i piękniejszego, czy też na coś
gorszego i brzydszego niż on sam?
- Z konieczności - powiada - na coś gorszego, jeżeli się zmienia przecież.
Przecież nie powiemy, że bogu może być brak piękności albo dzielności.
- Z u p e ł n i e słusznie mówisz - powiedziałem. - A czy ty myślisz, Adejman-
cie, że trzymając się tak p i ę k n i e k t o k o l w i e k czy to z bogów, czy z ludzi,
chciałby się sam zmieniać na gorsze pod jakimkolwiek względem?
- To niemożliwe - powiada.
- Z a t e m i to niemożliwe - mówię - żeby i bóg chciał się sam zmieniać,
ale zdaje się, że najpiękniejszym i najlepszym, jak tylko być m o ż e , każdy
z nich zostaje i jest zawsze prosty w swoim własnym kształcie.
- To ze wszech miar konieczne - tak mi się zdaje.
- Więc niech nam żaden poeta, dobra duszo, nie mówi, że:

bogowie do obcych podobni


Wygląd swój odmieniają zwiedzając miasta śmiertelnych.

I niech nikt nie szerzy kłamstw o P r o m e t e u s z u i o Tetydzie, i niech w tra­


gediach ani w innych poematach nie wprowadza Hery zmienionej w kapłan­
kę i zbierającej dla:

życie dających snów Inacha, co Argos opływa.

I niech nam nikt innych p o d o b n y c h kłamstw nie opowiada. A znowu mat­


ki, które się takich rzeczy nasłuchały i nimi przejęły, niech dzieci nie stra­
szą opowiadając mity nieładne, że jakoby bogowie jacyś spacerują po nocy,
niby to widma jakichś wędrowców najrozmaitszych i nie wiadomo skąd, bo
przez to równocześnie bogów obrażają i zaszczepiają ludziom skłonność do
lęków.
- N i e powinny - powiada.
- A m o ż e to - dodałem - bogowie sami się nie zmieniają, a tylko tak ro­
bią, że nam się przywidują ich różnorodne postacie - tak nas mamią i czary
rzucają?
- A może - powiada.
- No cóż? - m ó w i ę . - To bóg m i a ł b y c h c i e ć k ł a m a ć albo słowem, albo
czynem i takie by nam złudne widziadła urządzał?
- Ja nie wiem - powiada.
- Ty nie wiesz - o d r z e k ł e m - że takiego prawdziwego fałszu, jeśli wolno
się tak wyrazić, wszyscy bogowie i ludzie nienawidzą?

G d y b y się t y l k o mylił sam, m ó g ł b y m z nim współczuć, a nie c z u ł b y m się p o k r z y w d z o n y . T e r a z ,


k i e d y on się sam nie myli, tylko m n i e w błąd wprowadza, n i e n a w i d z ę go i m a m p r z e d n i m oba­
w ę " . T a k myśli n a p r a w d ę każdy, k t o m a słuszną l u b niesłuszną p r e t e n s j ę d o prawdy z czyichś
ust, a dojrzy, że go okłamują.
382 A Księga II 79

- Jak co myślisz? - powiada.


- Tak co myślę - odparłem - że w swojej najwyższej inscancji, jeżeli cho­
dzi o sprawy najdonioślejsze, mylić się nikc nie chce, ale więcej niż czego­
kolwiek innego boi się, żeby mu się cam fałsz nie dostał.
- Jeszcze i teraz - powiada - nie rozumiem.
- Bo ty myślisz - odrzekłem - że ja chcę coś uroczystego powiedzieć, a ja
mówię to, że wpuścić do duszy fałsz i mieć go tam na stałe, i być głupim, B
i zostawać w tym stanie, i nabawić się fałszu na stałe - tego by nikt za nic
nie chciał - ludzie zgoła tego w sobie nie znoszą.
- Z u p e ł n i e - powiada.
- A najsłuszniej może, o czym przed chwilą w s p o m n i a ł e m , prawdziwym
fałszem mogłaby się nazywać zawarta w duszy niewiedza człowieka, który
jest w b ł ę d z i e . Bo fałsz zawarty w słowach, jest p e w n y m n a ś l a d o w a n i e m
stanu cechującego duszę, jest widziadłem, które później powstaje - nie jest
to fałsz czysty, niezmieszany. Czy nie tak? C
- Tak jest.
- A fałszu istotnego nie tylko bogowie nienawidzą, ale i ludzie też 2 1 .
- Zdaje mi się.
- Więc cóż? Fałsz zawarty w słowach, kiedy i w stosunku do kogo jest
u ż y t e c z n y ? Tak że nie zasługuje na nienawiść? Czy nie w s t o s u n k u do
wrogów i w stosunku do tak zwanych przyjaciół, kiedy s k u t k i e m obłąkania
albo jakiejś g ł u p o t y gotowi są robić coś złego? Wtedy, żeby to odwrócić,
kłamstwo staje się u ż y t e c z n e . Jak lekarstwo. Tak i w tych opowiadaniach D
mitologicznych, o których się mówiło przed chwilą, ponieważ my nie wie­
my, jak to było n a p r a w d ę w najdawniejszych czasach, więc u p o d o b n i a m y ,
ile możności, fałsze do prawdy i tak je robimy użytecznymi?
- To zupełnie tak jest - powiada.
- Z a t e m z k t ó r e g o z tych względów mógłby się bogu fałsz przydawać?
Czy bóg mógłby k ł a m a ć obrazami, dlatego że nie zna z a m i e r z c h ł e j prze­
szłości?
21
Z u p e ł n i e racjonalnie Platon dopuszcza kłamstwo w stosunku do wrogów i w stosunku do przy­
jaciół, którzy nie dorośli lub nie zasłużyli na informacje prawdziwe. Z g o d n i e z tą zasadą p o s t ę p u ­
ją i dziś ludzie rozsądni, szczególnie jeśli głoszą, że nie kłamią nigdy. Ta zasada, która dopuszcza
k ł a m s t w o jak lekarstwo, m o ż e usprawiedliwić wiele mitów i poezji. Bóg j e d n a k ani się sam my­
lić, ani nikogo w błąd w p r o w a d z a ć nie może. Kto czytał Katechizm Rzymski dla dorosłych (X. G a -
sparri), znajdzie tę samą formułę, powtórzoną dzisiaj w definicji wiary. U s t ę p z Ajschylosa, skar­
ga T e t y d y , ma p o c h o d z i ć z tragedii pt. Komu przyznać zbroję?, ale to nie jest p e w n e . Widać, jak
się ten świetny u s t ę p Platonowi podobał, choć go wyklina.
M a ł o jest w literaturze tak śmiałych krytyk w o d n i e s i e n i u do ojczystych wierzeń religijnych.
Ż e P l a t o n nie był wierzącym n a i w n i e , nie m o ż e być ż a d n e j wątpliwości. T o jest racjonalista
w typie wieku XVIII. J e g o h u m o r nie jest daleki od L u k i a n a z Samosaty. A równocześnie to
jest człowiek religijny, bo wierzy w jakąś dobrą moc, która wszystkim rządzi, i on się odnosi do
niej z wdzięcznością, z zaufaniem i z czcią. Nazywa ją Bogiem i nazywa ją D o b r e m . I jeszcze
inaczej. J e s t z b y t g ł ę b o k o i p o w a ż n i e religijny jak na to, żeby umiał być szczerze n a r o d o w o
pobożny.
Ale ofiary i wyrocznie, i procesje, i święta szanował, uważał je za bardzo p o ż y t e c z n e instytucje
dla życia w państwie. Z a p e w n e lekarstwa - wskazane.
80 Platon, Państwo 382 D

- To by było doprawdy śmieszne - powiada.


- Z a t e m poety, który kłamie, w bogu nie ma.
- N i e zdaje mi się.
- A może kłamie dlatego, że się boi wrogów?
E - D a l e k o do tego.
- A może dlatego, że jego bliscy są głupi albo obłąkani?
- Ależ żaden - powiada - człowiek głupi ani obłąkany nie jest bogu miły.
- Więc nie ma powodu, dla któego bóg mógłby kłamać?
- N i e ma.
- Z a t e m całkowicie wolne jest od fałszu to, co n a d p r z y r o d z o n e , i to, co
boskie?
- Ze wszech miar - powiada.
- Z a t e m bóg jest całkowicie prosty i prawdziwy w czynie i w słowie, i ani
się sam nie odmienia, ani drugich w błąd nie wprowadza, ani w wytworach
wyobraźni, ani w słowach, ani w zsyłaniu znaków, ani we śnie, ani na jawie.
383 - Tak się to - powiada - i mnie samemu przedstawia, kiedy ty mówisz.
- Więc zgadzasz się - mówię - że to jest t e n drugi wzór, w e d ł u g którego
należy o bogach mówić i prozą, i wierszem - że ani bogowie nie są czarow­
nikami i nie przemieniają się sami, ani też nas nie nabierają ani słowem, ani
czynem?
- Zgadzam się.
- Wiele rzeczy, prawda, chwalimy u Homera, ale tego nie pochwalimy, że
tam Z e u s zsyła sen na A g a m e m n o n a . Ani kiedy u Ajschylosa T e t y d a robi
B Apollonowi wyrzuty o syna i wypomina mu, że kiedy śpiewał na jej weselu,
wtedy:

Pociechę z dzieci przepowiadał jej:


Synowi zdrowie da żelazne, żywot długi też.
Wciąż mówił, że błogosławieństwo boże mam.
Zanucił pieśń i serce rozradował me.
Wierzyłam, że Fojbosa ust nie splami fałsz, /
On przecież bóg, wyrocznie głosi wciąż.
I oto on, choć śpiewał pieśń i choć na uczcie był,
Choć sam powiedział tak, sam zamordował go.
Chłopaka mego - On!

C Kiedy ktoś takie rzeczy mówi o bogach, b ę d z i e m y się gniewali i chóru


mu n i e damy, i n i e p o z w o l i m y n a u c z y c i e l o m , ż e b y go w s z k o l e czytali
z młodzieżą, jeżeli nam mają wyróść strażnicy bogobojni i do bogów podob­
ni - o ile to u człowieka możliwe - w najwyższym stopniu.
- Ze wszech miar - powiada - ja się na te wzory zgadzam i tak bym się
nimi posługiwał jak prawami.
KSIĘGA T R Z E C I A

Więc, co się tyczy bogów - powiedziałem - to takich mniej więcej rzeczy 386
powinni słuchać i nie słuchać zaraz od dziecięcych lat ci, którzy mają czcić
bogów i czcić rodziców, a przyjaźń wzajemną niemało cenić w przyszłości 1.
- Mam wrażenie - powiada - że słuszne nasze zapatrywania.
- No cóż? Jeżeli mają być odważni, to czy nie to im trzeba mówić, i to,
co im potrafi odjąć strach przed śmiercią? Czy myślisz, że może być kiedyś B
odważny człowiek, który by miał w sobie tę obawę?
- Na Zeusa - powiada - nie myślę.
- No cóż? Taki, co by w H a d e s wierzył i w to, że tam jest strasznie, czy
myślisz, że się n i e b ę d z i e bał ś m i e r c i i na polu b i t w y w y b i e r z e raczej
śmierć niż klęskę lub niewolę?
- Nigdy.
- Więc zdaje się, że musimy roztoczyć nadzór i nad tymi, którzy się biorą
do układania mitów tego rodzaju, i prosić ich, żeby nie hańbili tak po pro­
stu wszystkiego, co się dzieje w Hadesie. N i e c h b y raczej chwalili, bo tak, C
to ani prawdy, ani pożytku nie przynoszą tym, którzy mają być bitni.

1
Na początku tej księgi zwraca uwagę to, że rozmawiający mówią jakoś rytmicznie, chociaż m ó ­
wią prozą. I zaraz widać, c z e m u to. Platon zaczyna cenzurować H o m e r a . Z pamięci cytuje miej­
sca, k t ó r e uważa za gorszące dla młodzieży. Że z p a m i ę c i , to widać po d r o b n y c h p o m y ł k a c h
w tekście cytat. Ale skoro z p a m i ę c i u m i e zestawiać miejsca dotyczące życia zagrobowego, wi­
dać, że u m i e H o m e r a na wyrywki. Z pewnością nie dlatego, żeby się nim gorszył. A wybiera
miejsca ś w i e t n e . Widocznie to są miejsca miłe nie tylko szerokim k o ł o m , ale miłe i Platonowi
samemu.
On się poezją przejmuje do głębi, jego własne osoby zaczynają mówić rytmicznie w chwili, gdy
myśli o h e k s a m e t r a c h H o m e r a . W pierwszym z przytoczonych u s t ę p ó w słyszymy, jak się Achilles
w XI k s i ę d z e Odysei (w. 489-491) skarży O d y s e u s z o w i na n u d y życia zagrobowego. Drugi wyjęty
jest z XX księgi Iliady (w. 62 i n a s t ę p n e ) . T a m bóg H a d e s z e s k a k u j e z tronu bojąc się, ż e b y mu
ziemi na głowę nie zwalił brat Posejdon, co ziemią potrząsa. Trzeci u s t ę p mówi Achilles zbudziw­
szy się ze snu, w którym mu się ukazał upiór Patrokla. To X X I I I księga Iliady (w.103-104). Czwar­
ty dotyczy Terezjasza; j e m u tylko j e d n e m u bogini Persefona zostawiła po śmierci rozum, przytom­
ność. To z Odysei, z księgi X (w. 495). Piąty pochodzi z XXII księgi Iliady (w. 362 i nast.), szósty -
z X X I I I księgi Iliady (w. 100-101), a siódmy - z XXIV księgi Odysei (w. 6-9).
Platon boi się, że o b m i e r z ł e obrazy życia p o ś m i e r t n e g o mogą o d e b r a ć odwagę przyszłym żoł­
nierzom, choć wie, że nie zmniejszyły odwagi L e o n i d a s ó w ani Miltiadesów. Widać, jak serio brał
sam te rzeczy, przynajmniej w dziecięcych latach, i jak się w t e d y bał, że po śmierci tak b ę d z i e
n a p r a w d ę . Zwyczajni ludzie biorą te rzeczy inaczej. Przeżywają je nie w p r z e k o n a n i a c h , tylko
w supozycjach, w „ p r z e k o n a n i a c h na n i b y " . Wiedzą, że „ n i e wszystko prawda, co na w e s e l u
śpiewają".
82 Platon, Państwo 386 C

- Trzeba, doprawdy - powiada.


- Z a t e m będziemy skreślali - d o d a ł e m - od tej epopei począwszy wszyst­
kie takie miejsca:

Wolałbym ja tam na ziemi być; służyć u kogoś,


Gdzieś u jakiegoś biedaka, bez gruntu i bez utrzymania,
Niż nad nieboszczykami mieć tutaj władzę królewską.

I to:
D Dom ten ludzi i bogów przeraża. Taki jest straszny.
Pleśnią cuchnie wilgotną. Bogowie tego nie znoszą.

I:
Strach pomyśleć, że jakaś nawet i w domu Hadesa
Siedzi dusza i widmo, a serca nie ma w środku.

I to:

Być przytomnym samemu, a tam się cienie miotają.

I:
Dusza zaś z ciała jak ptak wymknęła się w bramy Hadesa
Zgon opłakując co krok: tam męstwo zostało i młodość.
I to:
387 Dusza jak marny dym pod ziemię poszła,
Tam zniknęła i piszczy.

I:
Jak nietoperze pod sklepem w niesamowitej jaskini
Piszczą i cicho latają, a gdy który spadnie z pułapu,
Stado się gęściej zgarnia, bo jeden się ciśnie przy drugim,
Tak one tam piskały gromadą.

Te i w s z y s t k i e p o d o b n e miejsca b ę d z i e m y skreślali i p o p r o s i m y H o m e r a
B i innych poetów, żeby się na nas o to nie gniewali, bo to nie dlatego, żeby
one nie były poetyczne i niemiłe szerokim kołom do słuchania, ale im bar­
dziej są poetyczne, tym mniej się nadają do słuchania dla dzieci i ludzi doj­
rzałych, którzy powinni być wolni i więcej się niewoli bać niżeli śmierci.
- Ze wszech miar.
II - Nieprawdaż, jeszcze i te nazwy wszystkie, takie straszne, trzeba będzie
C wyrzucić: t e n Kokytos - rzeka skarg i lamentów, i Styks - rzeka obmierzła,
i „ d u s z e z g a s ł e " , i „ c i e n i e bez krwi", i i n n e w tym rodzaju nazwy, k t ó r e
dreszczem przejmują każdego, kto je słyszy. To może nawet d o b r e dla in-
387 C Księga III 83

nego celu. Ale my się o strażników boimy, żeby się nam przez te dreszcze
2
nie stawali zbyt wrażliwi i mniej twardzi niż potrzeba .
- I słusznie się - powiada - boimy.
- Więc to zabrać.
- Tak.
- A w e d ł u g przeciwnego wzoru i mówić, i pisać wiersze.
- Oczywiście.
- I skargi też wyrzucimy, i lamenty mężów znamienitych.
- Koniecznie - powiada - jeżeli już i to, co przedtem. D
- A zastanów się - powiedziałem - czy my to słusznie wyrzucimy, czy nie.
Z g o d z i m y się, że człowiek przyzwoity nie b ę d z i e uważał za rzecz straszną
śmierci drugiego przyzwoitego człowieka, chociaż to jest jego przyjaciel.
- Zgodzimy się.
- Z a t e m i nie b ę d z i e za n i m l a m e n t o w a ł , jak gdyby go jakaś straszna
rzecz spotkała.
- N o , nie.
- A to też powiemy, że taki człowiek najbardziej sam sobie wystarcza do
szczęścia i w przeciwieństwie do innych ludzi on najmniej potrzebuje kogoś E
lub czegoś drugiego.
- Prawda - mówi.
- Więc dla takiego też najmniej straszną rzeczą będzie stracić syna albo
brata, albo majątek, albo coś innego w tym rodzaju.
- N o , najmniej.
- Z a t e m i najmniej będzie lamentował, a zniesie to jak najłagodniej, kie­
dykolwiek takie go nieszczęście przychwyci.
- O wiele łagodniej.
- Z a t e m m o ż e my słusznie wyrzucamy płaczliwe skargi wybitnych ludzi,
a o d d a m y je może k o b i e t o m i to nawet i k o b i e t o m nie co najdzielniejszym - 388

2
Na p e w n o nie każdy G r e k dostawał dreszczów, kiedy mówił o Styksie. Życie wydawało się im
ładniejsze niż śmierć, to niewątpliwe. P e w n a obawa przed ż y w o t e m zagrobowym wydaje się p o ­
wszechna. P l a t o n zostawiłby ją u Kefalosa, wolałby jej nie widzieć u przyszłego żołnierza. T e n
niech b ę d z i e twardy. Drugi rodzaj ustępów, które skreśla i c h c e ich zakazać, to skargi i l a m e n t y
p o ś m i e r t n e postaci, które p o w i n n y być czcigodne. Z kilku p o w o d ó w te u s t ę p y wyrzuca. N a ­
przód d l a t e g o , że c z ł o w i e k jak się należy nie uważa śmierci d o b r e g o c z ł o w i e k a za coś z ł e g o .
Z g o d n i e z ostatnimi u s t ę p a m i Obrony Sokratesa. Po drugie dlatego, że im człowiek jest lepszej
klasy, tym mniej potrzebuje do szczęścia drugich ludzi, tym bardziej sam sobie wystarcza.
To a r g u m e n t bardzo wątpliwy. Platon wiedział, jak bardzo j e m u s a m e m u był do szczęścia po­
t r z e b n y Sokrates. W tym a r g u m e n c i e o d e z w a ł o się tylko s c h i z o t y m i c z n e u s p o s o b i e n i e Platona.
Usposobienie, które zbyt łatwo cierpi w kontakcie z drugimi, z trudnością znajduje e c h o i jeszcze
t r u d n i e j je dostrzega, jeśli je znajduje. D l a t e g o taki typ unika ludzi na ogół, ale bardzo nielicz­
nych j e d n o s t e k , które bólu nie sprawiają, a potrafią go zrozumieć, potrzebuje g ł ę b o k o .
Trzeci wzgląd, to p e w i e n wstyd i ambicja, i p o s z a n o w a n i e siebie samego, które dyktują opa­
nowywanie wszystkich gwałtownych objawów życia w e w n ę t r z n e g o , a p r z e d e wszystkim objawów
cierpienia - przed ludźmi.
W p r z y t o c z o n y c h u s t ę p a c h Achilles cierpi tak nieprzyzwoicie w XXIV k s i ę d z e Iliady
(w. 10-12), a Priam w X X I I (w. 414-415). T e t y d a l a m e n t u j e w Iliadzie, w k s i ę d z e XVIII (w. 54).
A Z e u s niepokoi się o los g o n i o n e g o H e k t o r a w XXII księdze Iliady (w. 168) i współczuje z Sarpe-
d o n e m w XVI księdze Iliady (w. 433).
84 Platon, Państwo

w ogóle t y p o m lichszym, aby się brzydzili robić p o d o b n e rzeczy ci, których


m a m y wychowywać na strażników naszej ziemi.
- Słusznie - powiada.
- W i ę c z n o w u p o p r o s i m y H o m e r a i i n n y c h p o e t ó w , ż e b y n i e pisali
o Achillesie, synu bogini, jak to on:

Tutaj upadał na bok, a tam gdzieś znowu


Leżał na wznak i padał na twarz,
A potem stawał na nogi
I jak się plątał wzburzony nad brzegiem morza pustego,

B ani jak w obie garście chwytał kurz popielaty i sypał go sobie na głowę, ani
jak t a m inaczej i płakał, i jęczał, i co w ogóle wyrabiał. Ani o P r i a m i e
blisko spokrewnionym z bogami, jak się modlił i zaklinał, i:

w prochu się tarzał po ziemi


I po imieniu każdego i wołał, i wzywał, i jęczał.

A jeszcze bardziej niż to wyprosimy sobie u poetów, ż e b y b o g o w i e nie ję­


czeli i nie mówili:

C Oo, moja dolo nieszczęsna - po com ja syna zrodziła?!

Jeżeli bogowie nie, to tym bardziej największego z bogów, żeby nie śmieli
tak wbrew wszelkiemu podobieństwu malować i sam Z e u s żeby mówił:

Aj, co to jest? Mego druha ktoś goni mi tu wkoło miasta.


Widzę na własne oczy i serce się moje rozpływa.

Albo:

D Oj, co za los! To przecież najmilszy mi z ludzi Sarpedon


I tego właśnie Patroklos Menojtijosowicz zabija.

III Kochany Adejmancie, jeżeli nam takich rzeczy młodzi ludzie będą słuchali
poważnie i nie zaczną ich wyśmiewać, jako powiedzianych n i e g o d n i e , to trud­
no, ż e b y ktoś z nich p o t e m uważał takie zachowanie się za n i e g o d n e człowie­
ka - i ż e b y to sobie s a m e m u brał za złe, gdyby mu się też trafiło coś p o d o b n e ­
go m ó w i ć albo robić; w t e d y by się zgoła nie wstydził i nie panował nad sobą,
i przy sposobności małych cierpień wielkie by treny intonował i l a m e n t y 3 .
E - Najzupełniejszą prawdę mówisz - powiada.

3
Platon widzi k o m i z m przytoczonych u s t ę p ó w i boi się w nim zgorszenia. I g w a ł t o w n e g o śmie­
c h u b o g o m olimpijskim też zabrania, przytaczając u s t ę p z Iliady (księga I, w. 599). Wraca sprawa
kłamstwa. Bogowie w utworach literackich nigdy k ł a m a ć nie powinni, a z ludzi to ci, którzy rzą­
dzą, mają prawo kłamać wobec wrogów i wobec własnych obywateli dla dobra państwa. Rządzeni
388 E Księga III 85

- A to być nie p o w i n n o , jak nam to przed chwilą wynikło z rozważania.


Trzeba się tej myśli poddać, pokąd nas ktoś inną, piękniejszą nie przekona.
- Tak, to być nie powinno.
- Ale śmiechu też nie powinni kochać nade wszystko. Bo jeżeli się ktoś
zanosi gwałtownym ś m i e c h e m , to również prowadzi do gwałtownych prze­
mian wewnętrznych.
- Zdaje mi się - powiada.
- Z a t e m także, jeśliby ktoś w poezji dawał ludzi wybitnych a zanoszących 389
się śmiechem, nie trzeba tego przyjmować. A jeszcze mniej: bogów:
- O wiele mniej - powiada.
- Z a t e m i od H o m e r a nie przyjmiemy, kiedy on o bogach mówi:

Śmiech tedy niezgaszony szczęśliwych bogów ogarnął.


Kiedy widzieli Hefajsta, jak chodzi, jak sapie po domu.

Tego nie trzeba przyjmować; według twojej myśli.


- Jeżeli - powiada - chcesz przyjąć, że to moja myśl. Ale oczywiście, że
nie przyjmować.
- I m ó w i e n i e p r a w d y w y p a d n i e c e n i ć w y s o k o . Bo j e ż e l i ś m y s ł u s z n i e B
mówili p r z e d chwilą, jeżeli istotnie bogowie nie używają kłamstwa, a lu­
dziom ono się przydaje tylko jako lekarstwo, to jasna rzecz, że coś takiego
trzeba zostawić lekarzom, a ludzie prywatni nie powinni tego tykać.
- Jasna rzecz - powiada.
- Z a t e m jeżeli w ogóle ktokolwiek, to rządzący w państwie mają prawo
k ł a m a ć ; albo w s t o s u n k u do wrogów, albo własnych obywateli, dla d o b r a
państwa. A inny nikt niech czegoś takiego nie próbuje. Gdyby człowiek C
prywatny takich rządzących okłamywał, u z n a m y to za taki sam, a n a w e t za
większy grzech, jak gdyby chory lekarzowi albo ćwiczący się nauczycielowi
gimnastyki mówił n i e p r a w d ę o tym, jak się ma jego ciało, albo jakby k t o ś
sternikowi mówił nieprawdę o okręcie, co się na nim dzieje, i o płynących,
i o tym, jak mu się wiedzie samemu albo k t ó r e m u ś z towarzyszów podróży.
- Najzupełniejszą prawdę mówisz - powiada.
- Więc jeżeli rządzący schwyta kogoś z obywateli na kłamstwie D

...więc rzemieślnika jakiegoś


wieszczka albo lekarza nicponia, albo też cieślę, *

to go ukarze, bo on wprowadza do państwa jak do okrętu praktyki wywroto­


we i zgubne.
mają obowiązek, jak zawsze, mówić prawdę rządzącym. Kto sam nie był c z ł o n k i e m rządu, t e n
nie może w i e d z i e ć na p e w n o , w jakiej mierze rządy stosują tę zasadę platońską.
Platon zaleca ustępy, które uczą panowania nad sobą, czyli rozwagi, jak na przykład ta d e w i z a
rządów a u t o r y t a t y w n y c h padająca z ust D i o m e d e s a , której nie znajdujemy w naszych t e k s t a c h
H o m e r a , albo fragment następny, p o d o b n o zlepiony z d w ó c h różnych miejsc Iliady. Wytyka zaś
aroganckie, n i e o p a n o w a n e o d e z w a n i e się Achillesa do A g a m e m n o n a z księgi I Iliady (w. 225).
* Odyseja XVII, 383.
86 Platon, Państwo 389 D

- Jeżeli - powiada - nie skończy się na słowach, a przyjdą za nimi czyny.


- No tak. A rozwagi i panowania nad sobą czy nie będzie trzeba młodym
ludziom?
- Jakżeby nie?
E - A jeśli c h o d z i o r o z w a g ę dla m a s , to czy n i e o to w n i e j i d z i e p r z e d e
w s z y s t k i m , ż e b y rządzących s ł u c h a ć , a s a m e m u p a n o w a ć n a d p r a g n i e n i e m
napojów, nad g ł o d e m s e k s u a l n y m i p r z y j e m n o ś c i a m i z w i ą z a n y m i z j e d z e ­
niem?
- Tak uważam.
- Więc takie rzeczy, myślę, że się zgodzimy, są dobrze powiedziane, jakie
i u H o m e r a D i o m e d e s mówi:

Tylko siedź cicho, kochanie, i słuchaj tego co mówię.

I tym p o d o b n e ustępy, jak:

...szli, gniewem dysząc, Achaje


Cicho, bo każdy się bał dowódcy.

390 I inne w tym rodzaju.


- Pięknie.
- No cóż, a takie:

Och, ty pijaku z psim pyskiem, a za to z sercem jelenia.

I tam dalej po kolei, czy to ł a d n e i j a k i e tam inne i m p e r t y n e n c j e powie­


dział kiedyś prozą albo wierszem człowiek prywatny rządzącym?
- To nieładnie.
- N i e sądzę, żeby się to nadawało do słuchania dla młodych ludzi, jeżeli
idzie o ich rozwagę. A jeżeli to inną jakąś p r z y j e m n o ś ć sprawia, to nic
dziwnego. Albo jak ci się wydaje?
- Właśnie tak - powiada.
IV - No cóż? A wierszem pisać, jak to bardzo mądry człowiek mówi, że za
najpiękniejszą rzecz ze wszystkich uważa to, kiedy:

...stoły się uginają -


B Tyle tam chleba i mięsa, a wino już czerpie się z wazy.
Zręcznie je nosi podczaszy i już je w kielichy nalewa.

Czy myślisz, że to się nadaje do słuchania dla młodego człowieka, jeżeli


chodzi o panowanie nad sobą 4 .

4
Rozpędzi! się, bo w Odysei, w księdze IX (w. 8-10), skreśla wzmiankę o zastawionej uczcie,
a zapomina, że tam jest mowa naprzód o śpiewaku, którego do uczty potrzeba. Jeżeli ten ustęp
ma być gorszący, to co byśmy musieli zrobić z bigosem w Panu Tadeuszu i z kawą?! Wzmianka
o śmierci głodowej wygląda na prawdziwą, a pochodzi z Odysei (księga XII, w. 342). Rysy tempe­
ramentu Zeusa wzięte z Iliady z księgi II (w. 1-4) oraz z księgi XIV (w. 294-296 i nast.). Hefaj­
stos nakrywa siecią Aresa i Afrodytę w Odysei (księga VIII, w. 266 i nast.). Dużo by trzeba liści
390 B Księga III 87

Albo:

Umrzeć z głodu to los okropny - najgorzej umiera się z głodu.

Albo jak Z e u s , kiedy inni bogowie i ludzie śpią, sam j e d e n czuwa i snuje
p e w n e plany, i zaraz o tym wszystkim zapomina, co postanowił, bo opadł go
głód seksualny; zobaczył H e r ę i takie to na niego zrobiło wrażenie, że na- C
wet do pokoiku nie ma ochoty iść, ale od razu, na ziemi chce z nią obcować
i powiada, że go żądza sparła bardziej, niż kiedy pierwszy raz chodzili do
siebie - w sekrecie przed ojcem i matką. Albo jak Hefajstos Aresa i Afrody­
tę krępuje na tle podobnej sytuacji.
- Nie, na Zeusa - powiada - nie wydaje mi się to odpowiednie.
- Ale jeżeli gdzieś mowa jest o harcie d u c h a albo go objawiają w y b i t n e D
postacie, to oglądać to i słuchać o tym. Na przykład i to:

W pierś się uderzył i serce poskramiał słowy twardymi:


„Musisz wytrzymać, o serce; podlejsześ losy znosiło."

- Ze wszech miar - powiada.


- A także nie pozwolić naszym ludziom, żeby c h ę t n i e dawali łapówki ani
żeby sami lecieli na pieniądze.
- Nigdy.
- Więc im nie śpiewać, że: E

Dary na bogów działają, działają na królów czcigodnych.

I nie chwalić nauczyciela Achillesowego, Fojniksa, że w sam raz mówił ra­


dząc mu, aby naprzód wziął dary od Achajów, a potem im dopiero pomagał,
a p o k ą d darów nie przyniosą, żeby się gniewał dalej. I samego Achillesa
o to nie posądzimy i nie uwierzymy, że był taki chciwy i od A g a m e m n o n a
dary wziął, i znowu za trupa przyjął okup, i dopiero wydał zwłoki, a inaczej
nie chciał. 391
- Przecież nie godzi się - powiada - chwalić takich rzeczy.
- Waham się - dodałem - bo to o Homera chodzi, powiedzieć, że to nawet
b e z b o ż n e mówić takie rzeczy na Achillesa i wierzyć, kiedy drudzy tak mó­
wią. Albo znowu to, że on się do Apollona odezwał:

Tyś mnie oszukał, Łuczniku! Ze wszystkich bogów najgorszy!


Już bym się pomścił na tobie, gdyby mi sił starczyło!

figowych, żeby literaturę, choćby tylko grecką, przystosować w myśl Platona dla młodzieży. Ale
to się robi w wydaniach szkolnych.
Wzorowy u s t ę p o harcie d u c h a pochodzi z Odysei (XX księga, w. 17-18). O wrażliwości bogów
i królów na dary śpiewał w Pracach i dniach Hezjod. W y m u s z e n i e doradza Achillesowi Fojniks
w Iliadzie (księga IX, w. 432 i 515). Sprawa z o k u p e m za zwłoki H e k t o r a rozgrywa się w Iliadzie
w k s i ę d z e X I X (w. 2 7 8 ) . Z a b a w n i e grozi A c h i l l e s A p o l l o n o w i w Iliadzie w X X I I k s i ę d z e
(w. 15-20). I o włosach Achillesa mowa jest w Iliadzie (księga X X I I I , w.140). A trupa H e k t o r a
wlecze Achilles też w Iliadzie (księga XXII w. 398-405 i księga XXIV w. 14). I tak został t e k s t
H o m e r a pokreślony bez miłosierdzia. Czy zyskałby na tym? Platon sam uważa, że zyskałby tyl­
ko na moralności, a czyby go k t o miał o c h o t ę czytać po d o k ł a d n y m „ o c z y s z c z e n i u " w t y m sposo­
bie, to inna sprawa.
88 Platon, Państwo 391 A

I że z rzeką, która była b o g i e m , g o t ó w był walczyć i s ł u c h a ć jej nie


B chciał. I że swoje włosy poświęcone komu innemu, rzece, Sperchejosowi:

„chętnie bym dał, niech je nosi bohater Patroklos", powiada.

A t e n już trup. I żeby on to zrobił, niepodobna uwierzyć. I to wleczenie


H e k t o r a około mogiły Patrokla, i to zarzynanie jeńców koło stosu - wszyst-
C ko, to powiemy, nieprawda i nie pozwolimy naszym c h ł o p c o m wierzyć, że
Achilles b ę d ą c synem bogini i P e l e u s a , bardzo rozważnego m ę ż a i w n u k a
Zeusa, i będąc wychowankiem arcymądrego Chejrona był przy tym taki po­
mieszany i miał w sobie dwie sprzeczne choroby: brud połączony z chciwo­
ścią, a z drugiej strony - b u t ę w stosunku do bogów i ludzi.
- Słusznie mówisz - powiada.
V - Z a t e m i t e m u nie uwierzymy i nie pozwolimy mówić, że Tezusz, syn
D Posejdona, i Pejritoos, syn Zeusa, wybrali się na te straszne porwania, ani
że j a k i k o l w i e k inny syn boży albo b o h a t e r śmiał się d o p u s z c z a ć c z y n ó w
strasznych i bezbożnych, jak to dziś o nich nieraz kłamią 5 . Z m u s i m y poe­
tów, żeby im albo takich czynów nie przypisywali, albo ich nie nazywali sy­
n a m i b o ż y m i , a j e d n e g o i d r u g i e g o naraz n i e c h nie mówią i n i e c h u nas
tego nie próbują wmawiać w młodzież, że niby to bogowie płodzą zło i że
E bohaterowie wcale nie są lepsi od ludzi. Bo, jak się poprzednio mówiło, ani
to o bojaźni bożej nie świadczy, ani prawdą nie jest. Dowiedliśmy przecież,
że od bogów zło pochodzić nie może.
- Jakżeby mogło?
- To słuchającym bardziej szkodzi. Bo każdy będzie miał wybaczenie dla
własnych złych stron, przekonany, że przecież to samo robią i robili:

...ci, bogom bliscy krwią.


Synowie Zeusa. Widzą przecież Idy szczyt.
Tam ołtarz ojca błyszczy im we mgle.
W ich żyłach dotąd boska płynie krew.

Dlatego dać pokój takim mitom, aby nam u młodzieży n i c zaszczepiały lek­
kiego rozgrzeszenia dla wad charakteru.
392 - Oczywiście - powiada.

5
Przychodzi kolej na zaginioną e p o p e j ę o T e z e u s z u , gdzie ten b o h a t e r r a z e m z Pejritoosem po­
rywali H e l e n ę i próbowali wykraść P e r s e f o n ę z d o m u H a d e s a . U s t ę p z Nioby Ajschylosa nie za­
wiera ż a d n y c h herezji, ale że rytmicznie mówi o synach Tantala, więc go Platon przytoczył, bo
już miał rytmy w uchu.
O ludziach też nie b ę d z i e wolno pisać byle czego. Będzie musiał b o h a t e r dobry być szczęśli­
wy, a c z a r n e m u c h a r a k t e r o w i b ę d z i e się m u s i a ł o źle p o w o d z i ć . Z a w s z e c n o t a b ę d z i e górą,
a z b r o d n i ę zawsze spotka zasłużona kara. Wiemy, że utwory o p a r t e na t y m s c h e m a c i e rzadko
uchodzą za zajmujące. Gdyby się wszystkie trzymały tego wzoru, ludzie przestaliby w ogóle czy­
tać. Utwór pisany w e d ł u g urzędowego wzorca nie może interesować. C z y t a m y tylko to, w czym
się s w o b o d n i e i szczerze wypowiada autor - cenzuralny lub nie, ale otwarty i niewymuszony.
392 A Księga III 89

- Więc jaki nam jeszcze rodzaj p o w i e d z e ń zostaje do oceny, k i e d y tak cią­


gniemy granice między dopuszczalnymi i nie. Bo o bogach, jak trzeba mówić,
to się powiedziało, i o duchach, i o bohaterach, i o tym, co się dzieje w H a d e s i e .
- Tak jest.
- Więc o ludziach byłaby ta reszta?
- Oczywiście.
- N i e ma sposobu, mój kochany, żeby to tak w tej chwili uporządkować
i rozporządzić.
- Jak to?
- Bo przypuszczam, powiemy, prawda, że i poeci, i powieściopisarze źle
mówią o ludziach, jeżeli chodzi o sprawy najważniejsze - że wielu jest nie- B
sprawiedliwych, a n i e j e d n e m u się d o b r z e powodzi, sprawiedliwi zaś żyją
w n ę d z y - i to, że się niesprawiedliwość opłaca, jeżeli się ukryje; że spra­
wiedliwość to jest dobro cudze, a dla człowieka samego to kara. Więc takie
rzeczy mówić zabronimy, a w p r z e c i w n y m d u c h u p o l e c i m y pisać w i e r s z e
i mity. Czy nie myślisz tak?
- O, ja to dobrze wiem - powiada.
- N i e p r a w d a ż , i jeżeli się zgodzisz, że mówią słusznie, to ja powiem, że
zgadzasz się na to, czego od dawna szukamy.
- Słusznieś to - powiada - przyjął.
- Nieprawdaż, na to, że powinno się tak mówić i pisać o ludziach, zgodzi- C
my się wtedy, kiedy znajdziemy, czym jest sprawiedliwość i że się z natury
opłaca temu, który ją posiada, czyby się takim wydawał, czy nie wydawał.
- Najzupełniejszą prawdę mówisz.
- Więc jeżeli o treść myśli idzie, to niechby już był koniec, a nad sposo- VI
b e m wypowiadania myśli, sądzę, że trzeba się też zastanowić. W t e d y nasze
rozważania będą wszechstronne; wyczerpią i to, co i to, jak mówić należy 6 .
Na to Adejmant powiada: - Ja nie rozumiem, co ty masz na myśli.
- Ależ, p o t r z e b a - o d p a r ł e m . - M o ż e tak będziesz lepiej wiedział. Czy D
nie wszystko, cokolwiek mówią twórcy mitów i poeci, jest o p o w i a d a n i e m
tego, co się stało, co jest albo tego, co ma być kiedyś?
- Czymże by innym? - powiada.
- Więc prawda, że ludzie te rzeczy piszą w postaci opowiadania prostego
albo w formie naśladowania, albo w j e d e n i w drugi sposób?
- I to - powiada - pragnąłbym jeszcze jaśniej zrozumieć.
- Zdaje się - o d p a r ł e m - że ze m n i e jest nauczyciel zabawny i niejasny.
Więc tak jak ci, co nie umieją mówić, nie ujmę rzeczy ogólnie, tylko pewną E
c z ą s t k ę w e z m ę i b ę d ę ci próbował na niej wyjaśnić, o co mi chodzi. P o ­
wiedz mi. Ty znasz początek Iliady, w którym poeta mówi, że Chryzes pro­
sił Agamemnona, żeby mu uwolnił córkę, i ten się gniewa, a tamten, kiedy
nie uzyskał, czego chciał, prosi Apollona o pomstę nad Achajami. 393
- Tak jest.
6
Sokrates szeroko tłumaczy Adejmantowi różnicę między oratio recta i oratio obligua i objaśnia ją
na referacie podług Iliady, księgi I. W tej formie Iliada wiele traci.
90 Platon, Państwo 393 A

- Więc wiesz, że aż do tych słów:

...i błagał wszystkich Achajów,


Dwóch zaś Atrydów najbardziej, co wojskiem całym rządzili.

mówi poeta sam i nawet się nie stara obrócić naszej myśli w inną stronę, ja-
B koby mówiącym był ktoś inny, a nie on sam. A później mówi tak, jakby on
sam był Chryzesem, i stara się w nas, ile możności, wywołać to wrażenie, że
to nie H o m e r mówi, ale kapłan, starzec. I całą resztę opowiadania m n i e j
w i ę c e j tak prowadzi, malując to, co było p o d I l i o n e m i na I t a c e , i co się
dzieje w całej Odysei.
- T a k jest - powiada.
- Prawda? Więc opowiadanie m a m y i wtedy, kiedy on za k a ż d y m razem
przytacza p e w n e powiedzenia i tam pomiędzy powiedzeniami?
- Jakżeby nie.
C - Więc k i e d y jakieś p o w i e d z e n i e przytacza, będąc niby to k i m ś innym,
czyż n i e p r z y z n a m y , że on w t e d y u p o d o b n i a , ile m o ż n o ś c i , swój s p o s ó b
mówienia do każdego, kogo tylko zapowiedział jako mówcę?
- Przyznamy.
- A upodobnianie siebie do kogoś innego - czy to głosem, czy wyglądem -
to jest naśladowanie tego, do kogo się ktoś upodobnia?
- N o , tak.
- W t a k i m razie on i inni poeci nadają swemu opowiadaniu postać naśla­
dowania.
- Tak jest.
D - G d y b y się poeta w ż a d n y m miejscu p o e m a t u nie chował, to by cały p o e ­
mat prowadził bez naśladowania. A żebyś nie powiedział, że znowu nie rozu­
miesz, jakby się to dziać mogło, to ja ci p o k a ż ę . Gdyby H o m e r , powiedziaw­
szy, że p r z y s z e d ł C h r y z e s , n i o s ą c o k u p za c ó r k ę i z p r o ś b a m i do Achajów
a najwięcej do królów, mówił p o t e m nie tak, jakby się sam stał C h r y z e s e m ,
ale jeszcze wciąż jako Homer, to wiesz, że to by nie było naśladowanie, tylko
o p o w i a d a n i e proste. To by było m o ż e jakoś tak - ale ja b ę d ę mówił bez ryt-
E mu, bo ja nie j e s t e m poetą. „Więc przyszedł kapłan i życzył im, żeby im bo­
gowie dali z d o b y ć Troję, a im s a m y m cało wrócić do d o m u , a c ó r k ę żeby mu
wydali wziąwszy o k u p i uczciwszy boga. Kiedy on to powiedział, w t e d y inni
zaczęli się bać boga i zgadzali się, t y l k o A g a m e m n o n się z g n i e w a ł i polecił
mu, żeby się zaraz zabrał i drugi raz nie przychodził, bo gotowo mu nie p o m ó c
berło ani p r z e p a s k a boga. Z a n i m mu c ó r k ę uwolni, ona się, powiada, zesta-
394 rzeje w Argos, przy jego boku. Kazał mu odejść i nie irytować go, aby cały do
domu wrócił. Starzec to usłyszał, przestraszył się i odszedł po cichu, a minąw­
szy obóz zaczął się bardzo modlić do Apollona, wymieniając p r z y d o m k i boga
i wypominając mu to i owo, i prosząc o wzajemność - jeżeli mu k i e d y ś m o ż e
ofiarował jakiś miły dar czy to kaplicę mu zbudował, czy ofiarę złożył. W za­
mian za to prosił i zaklinał, żeby Achajowie jego łzy odpokutowali pod strzała-
394 A Księga III 91

mi boga". W t e n sposób - d o d a ł e m - przyjacielu, robi się opowiadanie proste


bez naśladowania. B
- Rozumiem - powiada.
- Więc rozumiej - d o d a ł e m - że robi się znowu coś p r z e c i w n e g o t e m u , VII
k i e d y ktoś u s u n i e słowa p o e t y p o m i ę d z y p o w i e d z e n i a m i , a zostawi t y l k o
same powiedzenia - to jedno, to drugie 7 .
- I to - powiada - rozumiem, że to w tragediach jest coś takiego.
- D o s k o n a l e ś to uchwycił - dodałem. - I myślę, że teraz już ci to jest jasne,
co p r z e d t e m j a k o ś nie szło, że spośród u t w o r ó w p o e t y c k i c h i m i t ó w j e d n e
trzymają się całkowicie formy naśladowczej - to, jak ty mówisz: tragedia i ko- C
m e d i a , a i n n e mają postać opowiadania s a m e g o p o e t y - to znajdziesz chyba
najczęściej w d y t y r a m b a c h - i n n e znowu posługują się j e d n y m i drugim. To
w poezji epicznej, a nieraz i gdzie indziej, jeżeli m n i e dobrze rozumiesz.
- Ja rozumiem - mówi - coś ty chciał powiedzieć.
- I przypomnij sobie to, co p r z e d t e m było; mówiliśmy, że już się skoń­
czyło o tym, co właściwie należy mówić, a trzeba jeszcze rozważyć, to jak
należy mówić.
- Ja pamiętam.
- Więc ja właśnie to miałem na myśli, że trzeba by przedyskutować i zgo- D
dzić się, czy pozwolimy p o e t o m , żeby nam dawali opowiadania w postaci
n a ś l a d u j ą c e j , czy t e ż w j e d n y c h u t w o r a c h n i e c h b y było n a ś l a d o w a n i e ,
a w innych nie, i jakie mają być j e d n e i drugie. Czy też niechby w ogóle
nie naśladowali?
- Ja przeczuwam - powiada - ty się zastanawiasz, czy przyjmiemy tragedię
i k o m e d i ę do państwa, czy nie.
- M o ż e być - d o d a ł e m . - A może i jeszcze coś więcej. Ja tam j e s z c z e
i sam nie wiem; tylko tak, wszystko j e d n o - którędy nas myśl poniesie niby
wiatr, tamtędy sobie idźmy.
- Dobrze mówisz - powiada. E
- Więc to zobacz, Adejmancie, czy nasi strażnicy powinni być zdolnymi
naśladowcami, czy nie. Czy też i to wynika z tego, co p r z e d t e m , że każda
j e d n o s t k a potrafi j e d n ą r o b o t ę w y k o n y w a ć p i ę k n i e , a wielu r o b ó t n i e .
A gdyby się ktoś do tego brał i chwytałby się wielu zajęć, to do niczego nie
doprowadzi w żadnym - tak, żeby jakąś sławę zyskał.
- Jak by też miał?

7
Sokrates zdaje się j e d n a k zalecać opowiadania w postaci mowy zależnej i nie wierzy w to, żeby
j e d e n człowiek mógł czytać d o b r z e lub grać dwie role wprost sobie przeciwne. To tak, jak napi­
sać tragedii nie potrafi komediopisarz ani na odwrót.
Pamiętamy, że pod sam koniec Uczty Sokrates dowodził zaspanym towarzyszom czegoś wprost
p r z e c i w n e g o , że kto u m i e tragedię napisać, ten się i na k o m e d i ę z d o b ę d z i e . Stale powtarzał, że
j e d n a i ta sama umiejętność czyni człowieka zdolnym do działali wprost sobie przeciwnych. Sam
przecież jest najlepszym p r z y k ł a d e m tej zasady. N a w e t tu, w tym dialogu naśladował arogancję
T r a z y m a c h a i s k r o m n o ś ć S o k r a t e s a . Widać, jak go w tej chwili o p a n o w a ł a pasja specjalizacji
i gotów twierdzić rzeczy zgoła nieoczywiste, byleby leżały gdzieś na tej linii, która go w tej chwi­
li pociąga.
92 Platon, Państwo 394 E

- Więc, prawda, naśladowania też ta sama myśl dotyczy. Że naśladować


wielu typów ten sam człowiek, nie potrafi tak, jak jednego?
- N o , nie.
395 - Więc trudno, żeby się ktoś jednocześnie oddawał j a k i e m u ś p o w a ż n e m u
zajęciu i naśladował wiele typów, i był naśladowcą, skoro n a w e t w dwóch
pozornie bardzo bliskich rolach nie potrafi jeden i ten sam człowiek dobrze
występować, na przykład pisać k o m e d i e i tragedie zarazem. Gzy nie zali­
czyłeś ich obu przed chwilą do naśladownictw?
- Tak jest. I to prawda, co mówisz, że nie potrafi j e d e n i ten sam.
- Ani rapsodem i aktorem naraz być niepodobna.
- To prawda.
B - N a w e t i a k t o r ó w tych s a m y c h nie używają tragicy i k o m e d i o p i s a r z e .
A to wszystko przecież naśladownictwa. Czy nie?
- Naśladownictwa.
- Bo wiesz, Adejmancie, ja m a m wrażenie, że natura ludzka jest rozmie­
niana na cząstki jeszcze drobniejsze od tych. Tak że człowiek nie potrafi
naśladować p i ę k n i e wielu rzeczy, ani też robić tych rzeczy samych, którym
by naśladownictwa odpowiadały.
- Z u p e ł n i e słusznie - powiada.
VIII - W i ę c jeżeli z o s t a n i e m y przy pierwszej myśli, że strażnicy p o w i n n i być
C u nas wolni od wszelkich innych zajęć, a o d d a n i zawodowo i ściśle sprawie
wolności państwa i żeby się nie zajmowali niczym, co do tego celu nie zmie­
rza, to nie powinni by niczego i n n e g o robić ani naśladować. A gdyby naśla­
dowali, to n i e c h naśladują to, co im p r z y s t a ł o - zaraz od d z i e c i ę c y c h lat -
ludzi o d w a ż n y c h , rozważnych, p o b o ż n y c h , s z l a c h e t n y c h i t a m dalej t a k i e
rzeczy, a t e g o , co n i e s z l a c h e t n e , ani n i e c h się nie dopuszczają, ani n i e c h
t e g o u d a w a ć n i e umieją - w o g ó l e ż a d n e j p o d ł o ś c i , aby z t e g o u d a w a n i a
D i rzeczywistych wad kosztować nie zaczęli. Czyś nie zauważył, że odgrywa­
ne role, jeżeli się je od d z i e c i ę c y c h lat rozpoczyna i p r a k t y k u j e w dalszym
ciągu, w c h o d z ą w obyczaj i w n a t u r ę - z a r ó w n o j e ż e l i o ciało c h o d z i , jak
o sposób mówienia i myślenia 8 .
- I bardzo - powiada.
- W i ę c n i e p o z w o l i m y - d o d a ł e m - ż e b y ci, o k t ó r y c h my n i b y to d b a m y
i t r z e b a , ż e b y wyrośli n a d z i e l n y c h ludzi, mieli n a ś l a d o w a ć k o b i e t y b ę d ą c
m ę ż c z y z n a m i ; czy to młodą, czy starszą, czy besztającą męża, czy kłócącą się
8
Bardzo trafna uwaga psychologiczna: supozycje powtarzane łatwo przechodzą w p r z e k o n a n i a ,
a zachowania się, u d a w a n e stale, rodzą skłonności szczere, bo stwarzają nawyki. Na tej zasadzie
opiera się kształcenie pożądanych dyspozycji u młodzieży za pomocą teatru, poezji, lektury bele­
trystycznej, deklamacji, występów scenicznych. Stąd wysuwa Platon dla młodych żołnierzy suro­
wy zakaz odgrywania ról kobiecych, które by przypominały bohaterki E u r y p i d e s a , oraz wszelkich
ról c i e m n y c h , groteskowych, wszelkich typów u j e m n y c h , podławych. Trzeba j e d n a k przypuścić,
ż e P l a t o n p o z w o l i ł b y c h y b a m ł o d e m u ż o ł n i e r z o w i czytać g ł o ś n o s w e g o H i p p i a s z a , Gorgiasza
i p r z e m ó w i e n i a Trazymacha w Państwie, chociaż tam są nie tylko same wzory do naśladowania.
Pozwoliłby, bo to są żarty, zabawa. Surowo p o t ę p i a Platon imitowanie głosów przyrody w dekla­
macji, na s c e n i e i za sceną i wszelkie efekty, k t ó r y m i k i e d y ś Polskie R a d i o „ u b a r w i a ł o " j e g o
dialogi.
395 D Księga III 93

z b o g a m i i zadzierającą nosa, i uważającą się za szczęśliwą, czy t e ż w n i e ­


s z c z ę ś c i a c h i w c i e r p i e n i u , i zawodzącą h y m n y b o l e ś c i , a j u ż jeśli c h o d z i E
o chorą, zakochaną albo rodzącą, to nawet mowy o tym być nie może.
- Ze wszech miar - powiada.
- Z a t e m i niewolnic też nie, ani n i e w o l n i k ó w zachowujących się tak, jak
to oni.
- Ani tego.
- Ani ludzi lichych, zdaje się, więc tchórzów i zachowujących się przeciw­
nie niż w y m i e n i e n i w tej chwili, więc ciskających obelgi i szyderstwa na
siebie nawzajem i plotących głupstwa po pijanemu albo na trzeźwo, i popeł­
niających i n n e grzechy, jakich się tacy ludzie dopuszczają i słowem, i czy- 396
n e m w stosunku do siebie samych i do drugich. Myślę, że do obłąkanych
t e ż n i e c h się n i e przyzwyczajają u p o d a b n i a ć s i e b i e ani w s ł o w a c h , ani
w czynach. Bo znać trzeba także obłąkanych i złych mężczyzn i kobiety,
ale s a m e m u nic takiego nie robić, ani nie naśladować.
- Najzupełniejsza prawda - mówi.
- No cóż? - d o d a ł e m - a jak kowale kują, albo jak się inni jakimś i n n y m
rzemiosłem bawią, albo trdjwiosłowce pędzą, albo komenderują wioślarzami,
albo coś innego w tym rodzaju - czy to naśladować? B
- Ale jakże tam - powiada; - przecież ż a d n e m u z nich nie będzie wolno
nawet interesować się takimi rzeczami.
- No cóż? A konie rżące i byki ryczące, i rzeki szumiące, i morze huczą­
ce, i grzmoty, i wszystkie znowu tego rodzaju rzeczy będą naśladowali?
- Przecież - powiada - nie wolno im ani popadać w obłąkanie, ani się do
obłąkanych upodabniać.
- Więc jeżeli ja r o z u m i e m - p o w i e d z i a ł e m - co ty masz na myśli, to istnieje
p e w n a forma mówienia i opowiadania, którą się b ę d z i e mógł posługiwać czło­
w i e k n a p r a w d ę pierwszej klasy, ilekroć mówić mu w y p a d n i e , i druga forma C
też, n i e p o d o b n a do tej, której się gotów stale trzymać i w nią swe opowiadania
ujmować człowiek wprost przeciwnie urodzony i wychowany niż t a m t e n .
- Jakież to formy? - powiada.
- Ja uważam - powiedziałem - że człowiek, taki w sam raz, kiedy dojdzie
w o p o w i a d a n i u do j a k i e g o ś p o w i e d z e n i a albo z a c h o w a n i a się c z ł o w i e k a D
d z i e l n e g o , to z e c h c e mówić tak, jakby sam był t a m t y m , i nie b ę d z i e się
wstydził takiego naśladowania. N a j c h ę t n i e j b ę d z i e naśladował człowieka
dzielnego, który działa stanowczo i rozumnie, a mniej często i nie tak bar­
dzo człowieka, którego albo jakaś choroba, albo jakaś miłość opętała, albo
pijaństwo, albo inne jakieś nieszczęście. A jak natrafi na kogoś poniżej wła­
snej godności, to nie zechce upodabniać się serio do kogoś gorszego niż sam
- chyba tylko p o k r ó t c e , k i e d y t a m t e n coś p r z y z w o i t e g o robi. On by się
wstydził inaczej, bo z j e d n e j strony nie ma wprawy w naśladowaniu takich
typów, a z drugiej byłoby mu nieznośnie wymodelowywać z siebie i wcielać
się w typy lichsze, którymi gardzi z całej duszy. Chyba, żeby szło o żarty E
i o zabawę.
94 Platon, Państwo 396 E

IX - Zdaje się - powiada.


- Z a t e m będzie się posługiwał taką formą opowiadania, jak myśmy przed
chwilą streszczali wyjątek z e p o p e i H o m e r a , i będzie w jego m ó w i e n i u coś
z j e d n e g o i z drugiego: i naśladowanie, i inne opowiadanie też. Ale w dłu­
gim u s t ę p i e jakąś maleńką cząstkę stanowić będzie naśladowanie ''. Czy też
mówię od rzeczy?
- Owszem - powiada - to przecież bardzo możliwe, że musi być typ takie­
go mówcy.
397 - Prawda? - powiedziałem. - A inny znowu, to im będzie lichszy, tym bar­
dziej b ę d z i e wszystko naśladował raczej, niż opowiadał i nie będzie niczego
odczuwał poniżej swojej godności, zaczem wszystko będzie próbował naśla­
dować z p o w a ż n y m zamiarem i w o b e c wielu słuchaczy; n a w e t i to, cośmy
przed chwilą wymieniali, te grzmoty i szumy wiatrów, i odgłosy gradu, i osi
wozów, i kółek, i trąb, i fletów, i pozytywek posłusznych, i głosy wszystkich
B instrumentów, a jeszcze psów i owiec do tego, i śpiew ptaków. W jego mo­
wie p e ł n o będzie naśladowania głosów i wyglądów, a mało opowiadania.
- Musi być i to - powiada.
- W i ę c to te d w i e formy o p o w i a d a n i a - d o d a ł e m - te d w i e m i a ł e m
na myśli.
- Są takie dwie - powiada.
- Prawda? J e d n a z nich zawiera m a ł e o d m i a n y głosu i jeżeli ktoś odda
właściwą tonację i rytm mówieniem, to bez mała cały czas m o ż e mówić tak
samo, a b ę d z i e mówił jak trzeba, bo odmiany głosu nieznaczne, a rytm też
C tak samo, pokrewny jakiś.
- Całkowicie - powiada - tak się rzecz ma.
- A cóż ta druga forma? Czy ona nie wymaga czegoś wprost przeciwnego,
w s z y s t k i c h m o ż l i w y c h tonacji i rytmów, jeżeli mowa ma być u t r z y m a n a
w stylu, bo ta forma zawiera rozmaite postacie odmian?
- Jest tak; i bardzo nawet.
- Z a t e m wszyscy poeci i wszyscy, którzy coś mówią, wpadają w j e d e n typ
mówienia albo w drugi, albo też mieszają jakoś j e d e n z drugim?
- Z konieczności - powiada.
D - Więc co zrobimy? - dodałem. - Czy do państwa wpuścimy tych wszyst­
kich, czy też tylko jednego z tych nie zmieszanych, czy też typ mieszany?
- Jeżeli - powiada - moje z d a n i e ma decydować, to wpuścić tego, który
naśladuje rzeczy przyzwoite, ten typ nie zmieszany.
- Ale wiesz, Adejmancie, że przyjemny jest i ten zmieszany też, a chłop-

9
Ż ą d a n i e formy zdań zależnych w o p o w i a d a n i u i zakaz, choć nie bezwzględny, formy b e z p o ś r e ­
d n i e j , s c e n i c z n e j musi dziwić w dialogu, który od początku do końca jest napisany s c e n i c z n i e .
O g ó l n e uwagi dotyczące właściwej recytacji należy niewątpliwie stosować przy czytaniu głośnym
dialogów platońskich. N i e z b y t jaskrawo, n i e z b y t kolorowo i nie w różnych tonacjach. Raczej
wygląd akwaforty niż kolorowej w i d o k ó w k i świątecznej. Z a k o ń c z e n i e rozdziału nie d o p u s z c z a
właściwie do i d e a l n e g o państwa d r a m a t u ani k o m e d i i , ani zbyt barwnej recytacji. N i e c h nic nie
mąci nastroju koszar i klasztoru i nie p o d k o p u j e równowagi wewnętrznej strażników.
397 D Księga III 95

cy i służba przy dzieciach, i t ł u m po większej części przepadają za t y p e m


przeciwnym temu, któryś ty wybrał.
- Bo on najprzyjemniejszy.
- Ale może być - d o d a ł e m - nie zgodziłbyś się, że on pasuje do naszego
ustroju; p r z e c i e ż u nas nie ma ludzi dwoistych ani wielorakich w swojej E
istocie, skoro każdy zajmuje się tylko jednym.
- No tak, to się nie stosuje.
- Prawda? D l a t e g o j e d y n i e w takim państwie znajdziemy szewca, który
jest szewcem, a nie jeszcze sternikiem w dodatku, i rolnika, który jest rolni­
kiem, a nie sędzią, w d o d a t k u do rolnictwa. I żołnierza, który jest żołnie­
rzem, a nie s p e k u l a n t e m przy swojej s z t u c e w o j e n n e j , i w s z y s t k i c h tak
samo.
- Prawda - mówi.
- A takiego męża, zdaje się, który by z wielkiej mądrości potrafił się mie- 398
nić w oczach i naśladować wszystko możliwe, gdyby nam do miasta przy­
szedł sam i chciałby się u nas produkować, przyjęlibyśmy z wielkim szacun­
kiem jako istotę godną czci i podziwu i sympatyczną, ale byśmy powiedzie­
li, że u nas w m i e ś c i e takich nie ma, i nie trzeba, ż e b y się tacy m i ę d z y
nami zamnażali, więc odesłalibyśmy takiego do innego miasta wylawszy mu
perfumy na głowę i uwieńczywszy go przepaską wełnianą, a sami byśmy się
zadowolili mniej świetnym i mniej przyjemnym poetą i opowiadaczem mi­
tów, mając pożytek na oku. On by nam naśladował powiedzenia przyzwoite B
i w mówieniu trzymałby się tych wzorów, któreśmy ustalili prawem, kiedy­
śmy się wzięli do wychowywania żołnierzy.
- Z u p e ł n i e byśmy tak postępowali - powiada - gdyby to od nas zależało.
- Więc teraz - dorzuciłem - przyjacielu, jeżeli chodzi o służbę M u z o m , to
o mowach i o mitach skończył się nam cały materiał. Bo już się powiedzia­
ło i co mówić, i jak mówić.
- M n i e się też tak zdaje - powiada.
- Więc teraz zostawałoby jeszcze p o w i e d z i e ć coś o sposobie ś p i e w a n i a XC
i o pieśniach?
- Oczywiście.
- A czy nie potrafiłby już każdy i sam znaleźć, co nam wypadnie powie­
dzieć o tych rzeczach, jakie one być powinny, jeżeli mamy zostać w zgodzie
z tym, co się poprzednio mówiło?
A G l a u k o n się uśmiechnął i powiada: - W takim razie ja, Sokratesie, go-
tówem się znaleźć poza tymi „wszystkimi". W tej chwili nie j e s t e m w sta­
nie wywnioskować, co właściwie p o w i n n i ś m y mówić, tylko się d o m y ś l a m
po trochę 10 .
10
Liryka grecka była w tych czasach zawsze pisana pod m u z y k ę i do śpiewu. N i e s t e t y - dziś tej
muzyki nie u m i e m y odtworzyć w sposób niewątpliwy, więc t r u d n o wyrobić sobie jakiś k o n k r e t n y
obraz o tym wszystkim, co tu czytamy. Platon bardzo w y m o w n i e charakteryzuje dwie tonacje,
k t ó r e dopuszcza, ale pokąd nie usłyszymy tego na kitarze, co on mógł usłyszeć, kiedy swoich
n a z w używał, n i e b ę d z i e m y n i g d y p e w n i , czy g o r o z u m i e m y n a l e ż y c i e . G r e c y r o z r ó ż n i a l i
p o d o b n o s i e d e m różnych tonacji, a mianowicie:
96 Platon, Państwo 398 C

- Ale to w każdym razie jesteś w stanie powiedzieć, że pieśń składa się


z trzech rzeczy: z treści słów, z harmonii i z rytmu.
- Tak - powiada. - To tak.
- Więc jeżeli mowa o treści słów, to pieśń niczym się nie różni od myśli
nieśpiewanych, o tyle, że jej słowa powinny się trzymać tych samych wzo­
rów, któreśmy przed chwilą podali i w ten sam sposób?
- Prawda - mówi.
- A harmonia i rytm powinny iść za treścią słów.
- Jakżeby nie?
- A mówiliśmy, że z a w o d z e ń i l a m e n t ó w w t r e ś c i s ł ó w w c a l e n i e
potrzeba.
- No, nie.
- A k t ó r e to harmonie są płaczliwe? Powiedz mi. Ty przecież j e s t e ś mu­
zykalny.
- Miksolidyjska - powiada - i syntonolidyjska, i jakieś w tym rodzaju.
- Prawda - powiedziałem - że te należy usunąć. Bo nie przydają się na­
wet kobietom, które mają być jak się należy, a cóż dopiero mężczyznom.
- Tak jest.
- A prawda, że stan upojenia to rzecz najmniej stosowna dla strażnika -
i miękkość, i lenistwo.
- Jakżeby nie?

1. C D EF G A H C ' Lidyjska (C-dur). Platon mówi, że brzmi pijacko.


2. D EF G A HC D' Frygijska. Ta ma być prosząca, perswadująca.
.3. EF G A HC D' E' Dorycka. Męska, energiczna.
4. F G A HC D' E ' F ' Hypolidyjska. „ O b n i ż o n a " u Platona.
5. G A HC D' E ' F ' G' Jońska. „ O b n i ż o n a " i „pijacka" u Platona.
6. HC D' E ' F ' G' A' H' Miksolidyjska. Ta ma być płaczliwa, jak i następna.
7. A HC D' E ' F ' G' A' Eolska. Syntonolidyjska u Platona.
Oprócz tych miały być jakieś jeszcze rodzaje gam, uboczne (zob. O. Apelt. Platons Staat. Leipzig
1916. Meiner, str. 455).
Wyklęte zostają gamy: miksolidyjska, przypisywana Safonie, i syntonolidyjska, bo są płaczliwe.
P o d o b n i e jońska i lidyjska, bo są pijackie. Zostaje tylko dorycka i frygijska. Pierwsza ma charak­
ter męski, energiczny - czytaliśmy o niej w Lachesit, druga proszący, łagodny. A o tę drugą, o fry­
gijska, ma do Platona pretensję Arystoteles. Że ją Platon zachował, m i m o że flety odrzucił.
Bo powiada Arystoteles, że tonacja frygijska jest tym między tonami, czym flet m i ę d z y instru­
m e n t a m i : podnieca i budzi nastroje do orgii, do ekstaz dionizyjskich. (Arist. Pol. VIII. 7. § 9-11).
Bardzo t r u d n o się wmyślić w ten charakter fletu, który mu Grecy przypisywali, kiedy sobie czło­
wiek p r z y p o m i n a fletową arię z Orfeusza Glucka, cichą, pełną t ę s k n o t y i możliwie daleką od
wszelkiej orgii. Widać, że już starożytni nie zgadzali się co do charakteru uczuciowego różnych
tonacji, skoro co do frygijskiej tak krańcowo się różni Platon z własnym u c z n i e m , Arystotelesem.
Oprócz tego, grecki flet był podobny do naszego klarnetu. Miał ustnik, a w nim „wargę" i bywał
używany podwójnie: dęło się w dwa naraz. Jak to mogło brzmieć, nie wiadomo. Barwa dźwięku
dużo znaczy.
Te trójkąty i pektidy miały być obcymi instrumentami o wielu strunach i wysokim brzmieniu.
Grało się na nich palcami, bez pomocy pałeczki. Lira była pospolitym, d o m o w y m i n s t r u m e n t e m
s t r u n o w y m . Na kitarze, ta była większa, grywali zawodowi kitarzyści. Pozytywka to szereg pi­
szczałek spojonych płasko, coraz to krótszych. C z ę s t o gra na niej Pan albo Satyrowie rzeźbieni.
Tak jak Marsjasz, wynalazca fletu i pozytywki, który przed sądem Muz przegrał spór o wyższość
fletu nad kitarą, instrumentem Apollona.
398 E Księga III 97

- A które tonacje są miękkie i pijackie?


- Jońska - powiada - i lidyjska; te się też nazywają obniżone.
- Więc te, mój kochany, przydadzą ci się na coś w zastosowaniu do ludzi 399
wojskowych?
- N i g d y - powiada. - Więc gotowe ci zostać tylko dorycka i frygijska.
- Ja się nie z n a m na h a r m o n i a c h - p o w i e d z i a ł e m . - Ale zostaw tę tonację,
która by przyzwoicie naśladowała głos i a k c e n t y człowieka m ę ż n e g o w prak­
t y c e w o j e n n e j i w k a ż d y m działaniu, k t ó r e w y m a g a siły, jeśli mu szczęście
nie d o p i s z e albo t r z e b a iść na ś m i e r ć i na rany, albo gdy i n n e j a k i e ś n i e - B
szczęście s p a d n i e , on się porządnie, m o c n o i wytrwale przeciw losowi broni.
A inną zostaw też, niby głos człowieka, który nie stosuje gwałtu, ale działa
p o k o j o w y m i ś r o d k a m i p o d o b r e m u , w i ę c p r z e k o n y w a kogoś albo d r u g i c h
o coś prosi - bogów modlitwą albo ludzi n a u c z a n i e m i n a p o m i n a n i e m - albo
na odwrót, ktoś jego o coś prosi albo go poucza, albo na niego wpływa, a t e n
s ł u c h a i d l a t e g o p o s t ę p u j e r o z s ą d n i e , a n i e z a d z i e r a nosa, t y l k o z rozwagą
i z u m i a r k o w a n i e m we w s z y s t k i c h tych o k o l i c z n o ś c i a c h działa i p o g o d n i e C
oczekuje s k u t k ó w działania. Te dwie tonacje: głos człowieka, który ma siłę
i czegoś chce, w szczęściu czy w nieszczęściu, głosy rozwagi i m ę s t w a pozo­
staw, a będzie bardzo p i ę k n i e .
- W takim razie - powiada - chcesz, ż e b y m zostawił nie i n n e , tylko t e ,
k t ó r e m przed chwilą wymienił.
- Z a t e m - dodałem - nie będzie nam potrzeba wielu strun ani wszystkich
harmonii w naszych melodiach i pieśniach.
- N i e wydaje mi się - powiada.
- Z a t e m nie będziemy żywili tych, którzy robią trójkąty i pektidy, i wszy­
stkie instrumenty wielostrunne i panharmoniczne? D
- Widać, że nie.
- No cóż? A tych, co robią flety albo grają na fletach, przyjmiesz do pań­
stwa? Czyż nie to jest i n s t r u m e n t najobfitszy w struny, a te narzędzia pan­
harmoniczne, czy to nie jest naśladowanie fletu?
- Jasna rzecz - powiada.
- Więc ci zostaje - d o d a ł e m - lira i kitara, i te się przydadzą w mieście.
A znowu na wsi pastuchom przydałaby się jakaś pozytywka.
- Tak nam - powiada - wynika z rozważań. E
- Więc my, przyjacielu, nic nowego nie robimy - mówię - kiedy rozsądza­
my dawny spór i przyznajemy pierwszeństwo Apollonowi i muzycznym na­
rzędziom Apollona przed Marsjaszem i jego instrumentami.
- Na Zeusa - powiada - nie wydaje mi się.
- Ale, na psa - d o d a ł e m - nie zauważyliśmy, żeśmy znowu oczyścili mia­
sto, które nam niedawno zaczęło puchnąć od zbytku. Takeśmy mówili.
- To rozwaga z naszej strony - powiada.
- W takim razie - dodałem - czyśćmy i tę resztę. Po harmoniach nasuwa XI
się nam sprawa rytmów, żeby się nie starać o ich różnorodność i nie gonić
za bogactwem stóp wierszowych, tylko zobaczyć, które to są rytmy życia po-
98 Platon, Państwo 399 E

rządnego a nacechowanego m ę s t w e m . Jak to zobaczymy, to będzie musiała


400 stopa wierszowa i melodia iść za taką treścią, a nie treść za stopą i melodią.
A które by to były rytmy, to już twoja rzecz pokazać tak, jak wskazywałeś
11
harmonie .
- Ależ na Z e u s a - mówi - ja tego nie potrafię powiedzieć. Że są jakieś trzy
formy, z k t ó r y c h się formy w i e r s z o w a n e plotą tak, jak w d ź w i ę k a c h cztery,
skąd się wszystkie harmonie wywodzą, to bym potrafił powiedzieć przyjrzaw­
szy się. Ale które z nich jakie życie naśladują, powiedzieć nie u m i e m .
B - N o , te rzeczy - powiedziałem - to my sobie jeszcze i z D a m o n e m roz­
ważymy, k t ó r e właściwie stopy wierszowe odpowiadają pospolitym, gmin­
nym rysom charakteru, które znamionują b u t ę i szał, i i n n e wady, a k t ó r e
rytmy zostawić dla cech przeciwnych. Mam wrażenie, żem słyszał, ale nie­
wyraźnie, jak on wymieniał jakieś tam enopliosy złożone i daktyle, i boha­
terskie, a nie pamiętam już, jak je porządkował i tak robił, że na dole i na
górze było równo, jak tam się kładło raz krótkie, raz długie, i zdaje mi się,
że w y m i e n i a ł jamby, a jakąś inną s t o p ę nazywał t r o c h e j e m i doczepiał do
C nich długie i krótkie. I mam wrażenie, że w niektórych z nich nie m n i e j
ganił jak chwalił przeciąganie trwania stopy jak i rytmy same albo i j e d n o ,
i drugie naraz. Ale nie u m i e m powiedzieć, o co szło. Więc, jak mówię, to
trzeba odłożyć dla D a m o n a . Bo długo by o tym mówić, żeby to rozebrać.
Czy myślisz inaczej?
- Na Zeusa, nie inaczej.
- Ale to potrafisz rozebrać, że szlachetny i podły wygląd idzie za tym, czy
gdzieś jest dobry rytm, czy go nie ma?
D - Jakżeby nie?
- A dobry rytm i zły? J e d e n za p i ę k n y m sposobem mówienia przychodzi
i jest do niego podobny, a drugi idzie za złym. Harmonia i dysharmonia tak
samo, skoro p r z e c i e ż rytm i h a r m o n i a idą za myślą, jak się p r z e d chwilą
mówiło, a nie myśl ma iść za nimi.
11
Zasadę możliwej prostoty i unikania różnorodności stosuje Platon do rytmów tak samo jak do
h a r m o n i i . W s p ó ł c z e s n e poczucia na tym p u n k c i e nie są tak ustalone, jak poczucia starożytnych.
Ż e b y p r z y p o m n i e ć tylko te skoczne rytmy, którymi Słowacki i Krasiński politykowali w związku
z Psalmami przyszłości. Czy nadają się do polityki, t r u d n o powiedzieć. T a k samo, jak t r u d n o od­
gadnąć, które by to mogły być rytmy życia p o r z ą d n e g o a n a c e c h o w a n e g o m ę s t w e m . N i e dziwi­
my się A d e j m a n t o w i , że też nie wiedział. Te trzy formy, z których się stopy wierszowe wywo­
dzą, to mają być trzy s t o s u n k i c z a s o w e : 3/2, 2/2, 2/1. D a m o n , to s ł a w n y m u z y k i t e o r e t y k
muzyki, o którym była mowa w Lachesie. E n o p l i o s e m albo k r e t y k i e m nazywa się stopa wierszo­
wa, z ł o ż o n a z trocheja i długiej zgłoski w d o d a t k u (-\/-). Można ją pojąć j a k o podwójny trochej
z urwaną ostatnią krótką, czyli trochej katalektyczny. Bohaterską stopą nazywa się z w y k l e dak­
tyl. S k o r o j e d n a k t u jest w y m i e n i o n a s t o p a b o h a t e r s k a o b o k d a k t y l a , t o c h y b a o z n a c z a t o
s p o n d e j (- -), który może zastępować miejsce daktyla (-\/ \/-), gdy w n i m dwie krótkie zastąpić
jedną długą. Platon w dalszym ciągu rozdziału zdaje się używać wyrazu „ r y t m " p r z e n o ś n i e i ma
na myśli j u ż nie poezję, tylko raczej p o r z ą d e k i styl ruchów c o d z i e n n y c h i zwyczajnej mowy,
w którym się też może odbijać usposobienie o p a n o w a n e lub nie, i p e w n a kultura w e w n ę t r z n a .
Że brzydota, dysproporcja i dysharmonia dzieł sztuki, od architektury począwszy a na sprzętar-
stwie skończywszy, wiele mówi o c h a r a k t e r z e i o kulturze twórców i odbiorców, o t y m wiedzieli­
śmy w E u r o p i e po pierwszej wielkiej wojnie światowej więcej niż kiedykolwiek.
400 D Księga III 99

- O tak - powiada. - O n e się powinny stosować do myśli.


- A cóż cały s p o s ó b m ó w i e n i a - d o d a ł e m - i treść? C z y to n i e i d z i e
za charakterem duszy?
- Jakżeby nie?
- A za sposobem mówienia ta reszta?
- Tak.
- Z a t e m dobre wysłowienie i harmonia, i dobry wygląd, i piękny rytm to­
warzyszą prostocie duszy. Tylko nie chodzi tu o głupotę, którą pieszczotli- E
wie nazywamy prostodusznością, ale naprawdę o dobry i piękny charakter,
o wewnętrzną konstytucję duszy.
- Ze wszech miar - powiada.
- Czyż więc nie powinni młodzi ludzie do tego dążyć wszędzie i zawsze,
jeżeli mają robić to, co do nich należy?
- Powinni dążyć.
- P r z e c i e ż s p o t y k a się te rzeczy na k a ż d y m k r o k u w m a l a r s t w i e i we 401
wszelkiej takiej robocie; pełno tego w tkactwie, w zdobnictwie, w architek­
t u r z e i we w s z e l k i m sprzętarstwie, a oprócz tego w u r o d z i e ciał l u d z k i c h
i i n n y c h żywych istot. P r z e c i e ż w t y m w s z y s t k i m bywa wygląd p i ę k n y
i brzydki. Brzydki wygląd i brak rytmu, i brak harmonii to zjawiska bliźnia­
czo spokrewnione ze złym wysłowieniem i ze złym charakterem, a ich prze­
ciwieństwo z tłem przeciwnym, z charakterem rozważnym i dobrym. I bli­
źniacze pokrewieństwo tu jest w grze, i odzwierciedlenie.
- Ze wszech miar - powiada.
- Więc czy m a m y tylko na p o e t ó w uważać i zmuszać ich, by w swych p o e - X I I B
m a t a c h o d z w i e r c i e d l a l i rysy d o b r e g o c h a r a k t e r u , albo n i e pracowali u nas
w ogóle, czy też innych wytwórców m u s i m y t e ż pilnować i nie pozwalać im,
ż e b y p i ę t n o z ł y c h rysów c h a r a k t e r u i r o z p u s t y , i p o s p o l i t o ś c i , i n i e p r z y -
zwoitości wyciskali czy to na wizerunkach żywych istot, czy na a r c h i t e k t u r z e ,
czy na j a k i m k o l w i e k i n n y m d z i e l e rąk l u d z k i c h . A k t o by nie potrafił ina­
czej, t e m u nie p o z w o l i ć na p r a c ę u nas, aby się nasi s t r a ż n i c y n i e k a r m i l i
odbiciami podłości wszelkiego rodzaju, niby złą paszą - dzień po dniu k a ż d y C
z nich jakąś o d r o b i n ę tego lub owego zła, bo dużo go jest, dla siebie z d r a p i e
i wypasie, i sam nie zauważy, kiedy zrobi mu się z tego w duszy jego wielkie
zło. Więc i n n y c h s z u k a j m y t w ó r c ó w - t a k i c h , co mają dar wrodzony, ż e b y
trafiać na ślad natury, p i ę k n a i p r z y z w o i t e g o wyglądu, aby m ł o d z i e ż miesz­
kała niby w zdrowej okolicy, gdzie jej wszystko sprzyja, gdzie by jej z pięk­
nych dzieł przez oczy albo przez uszy wciąż przychodziło coś dobrego, jakby
im wiatr z okolic o d o b r y m powietrzu zdrowie przynosił, i już zaraz od dzie­
c i ę c y c h lat - n i e w i e d z i e l i b y sami k i e d y - do p o d o b i e ń s t w a , u m i ł o w a n i a D
12
i zgodności z p i ę k n y m słowem ich prowadził?

12
Ś w i e t n e uwagi o doniosłości wychowawczej e s t e t y c z n e g o środowiska i o kształceniu się gustu,
z a n i m się sąd e s t e t y c z n y wyrobi. Pochwała typu człowieka o p i ę k n y m charakterze, który by się
w y m o w n i e wypowiadał, i o p i ę k n y m ciele. Taki m u s i a ł b y b u d z i ć miłość, przy czym zalety ciała
byłyby mniej w a ż n e . Miłość - a chodzi tu niewątpliwie o miłość między m ę ż c z y z n a m i - p o w i n n a
100 Platon, Państwo 401 D

- Na pewno - powiada - to by było najładniejsze wychowanie.


- Czyż wobec tego, Glaukonie - dodałem - nie będzie służba M u z o m naj-
walniejszym środkiem wychowawczym? Bo najbardziej w głąb duszy wnika
rytm i h a r m o n i a i najmocniej się czepia duszy przynosząc p i ę k n y wygląd;
p o t e m się człowiek p i ę k n i e trzyma, jeżeli go dobrze wychowano. A jeżeli
E nie, to przeciwnie. Również dlatego, że człowiek, w tych w a r u n k a c h wy­
c h o w a n y jak należy, najbystrzej potrafi dostrzegać rzeczy n i e d o c i ą g n i ę t e
i n i e p i ę k n i e wykonane lub te, co nieładnie urosły, i potem się słusznie jed­
n y m i cieszy, a d r u g i m i brzydzi i t e , co p i ę k n e , c h w a l i ć potrafi, brać je
402 w głąb własnej duszy, żywić się nimi i przez to się d o s k o n a l i ć . A to, co
s z p e t n e i h a n i e b n e , potrafiłby słusznie ganić i nie znosić tych rzeczy już za
m ł o d u , z a n i m b y umiał r o z u m n i e powiedzieć, dlaczego; a gdyby przyszedł
rozum - on by go z radością powitał, bo rozpoznałby w nim k r e w n e g o - to
byłyby skutki takiego wychowania.
- Ja t e ż myślę - powiada - że d l a t e g o na służbie M u z o m opiera się wy­
chowanie.
- I tak samo jak czytać litery umieliśmy dopiero wtedy, kiedyśmy się za­
poznali z n i e w i d o m a pierwiastkami, które we wszystkich literach występują
B to tu, to tam, i nie lekceważyliśmy ich ani w literach małych, ani w wiel­
kich, j a k o b y ich nie trzeba było dostrzegać, tylkośmy się starali rozpozna­
wać je wszędzie, bo bez tego liter czytać nie potrafimy.
- To prawda.
- N i e p r a w d a ż ? I obrazy liter o d b i t e m o ż e gdzieś w w o d z i e albo w lu­
strach nie prędzej potrafimy rozpoznać, zanim te pierwiastki poznamy, bo to
należy do tej samej sztuki i wymaga tej samej wprawy?
- Ze wszech miar.
- Więc ja mówię, na bogów, w służbie M u z o m też nie prędzej do czegoś
dojdziemy sami, ani ci strażnicy, których to mamy niby wychowywać, zanim
C nie nauczymy się rozpoznawać różnych postaci rozwagi i męstwa, i szlachet­
ności, i wielkości duszy, i tego, co im p o k r e w n e , i tego, co im przeciwne,
a co występuje tu i tam, i gdzie to tkwi w tym czy w owym, dostrzegać to
i dostrzegać ich obrazy - to wymaga tej samej sztuki i tej samej wprawy -
i nie lekceważyć tego ani w wielkich, ani w małych rzeczach?
- Koniecznie tak trzeba - powiedział.
D - N i e p r a w d a ż - dodałem - jeżeli się u kogoś zbiegną razem p i ę k n e rysy
c h a r a k t e r u w duszy, a w postaci rysy zgodne z nimi i harmonizujące, pod­
padające pod ten sam wzór, to dopiero byłby widok najpiękniejszy dla każ­
dego, kto u m i e patrzeć?
- Bardzo piękny.
- A to, co najpiękniejsze, to najwięcej godne kochania?
- Jakżeby nie?

być wolna od pierwiastka seksualnego. G d y przychodzi do rozwinięcia tej zasady, Platon pozwala
na pieszczoty ojcowskie i zaleca taką dyskrecję w obcowaniu przy ludziach, żeby to nie budziło
podejrzeń. To sprawa taktu i d o b r e g o s m a k u . Są to ramy, jak widać, bardzo o b s z e r n e .
402 D Księga III 101

- Więc p r z e d e wszystkim tego typu ludzi kochałby człowiek, który M u ­


zom służy. A gdyby w którym nie było harmonii, tego by nie kochał.
- No nie - powiada - gdyby tam w duszy coś nie dopisywało; ale jeżeli
tylko w ciele, to by to zniósł i gotów by był kochać.
- Ja r o z u m i e m - powiedziałem - że masz alboś zyskał k o c h a n k a takiego E
i ja nie m a m nic przeciw t e m u . Ale to mi powiedz czy rozwaga m o ż e iść
w parze z rozkoszą bez miary?
- Ależ jak? - powiada. - Rozkosz przecie rozum odbiera, nie mniej niż to
robi smutek.
- A z inną dzielnością idzie taka rozkosz w parze?
- Nigdy.
- A cóż? A z butą i z rozpustą? 403
- P r z e d e wszystkim.
- A umiesz wymienić rozkosz większą i ostrzejszą niźli rozkosz płciowa?
- N i e u m i e m - powiada - ani takiej, która więcej rozum miesza.
- A czy miłość prawdziwa ma to w swojej istocie, że porządnego i p i ę k n e ­
go człowieka kocha się nie tracąc panowania nad sobą i nie s p r z e n i e w i e ­
rzając się Muzom?
- N a w e t i bardzo - powiada.
- Więc nie trzeba do prawdziwej miłości wnosić nic z obłąkania ani nic
podobnego do rozpusty?
- N i e wnosić.
- Z a t e m nie wnosić i tej rozkoszy, i niech jej nie kosztują ci, którzy ko- B
chają, ani ci, co są przedmiotami miłości, jeżeli mają kochać i znosić miłość
tak jak trzeba?
- N i e wnosić, na Zeusa, Sokratesie, nie wnosić!
- Więc zdaje się, że takie prawo ustanowisz w mieście, które zakładamy,
że w o l n o k o c h a ć i obcować z k o c h a n k i e m , i d o t y k a ć go jak syna, bo tak
czasem p i ę k n i e , jeśli on nie ma nic przeciw t e m u . A poza tym, jeżeli się
ktoś kimś interesuje, tak powinien z nim obcować, aby to nigdy nie wyglą­
dało na zbliżenia dalej idące. Jeżeli nie, to ściągnie na siebie n a g a n ę za C
brak kultury i dobrego smaku.
- Tak jest - powiada.
- Więc czy i ty n i e uważasz - p o w i e d z i a ł e m - że s k o ń c z y ł y się n a s z e
myśli o s ł u ż b i e M u z o m . T a m się skończyły, dokąd miały dojść. T r z e b a
przecież, żeby służba M u z o m prowadziła do kochania tego, co piękne. Tam
jest jej cel ostateczny.
- Na to i mój głos oddaję - dokończył.
13
- Otóż drugim z kolei środkiem wychowawczym jest gimnastyka . XIII
- N o tak.

13
Platon wyraźnie zaprzecza p o p u l a r n e j , a jawnie mylnej dewizie Sokołów „w z d r o w y m ciele
zdrowy d u c h " i słusznie każe dbać p r z e d e wszystkim o d u s z ę , która sobie ciało j u ż uformuje tak
d o b r z e , jak tylko potrafi. Stanowczo zakazuje pijaństwa, a wikt doradza prosty i łatwy do przy­
rządzenia: bez przysmaków i przypraw, aby nie otwierać pola do pracy lekarzom.
102 Platon, Państwo 403 D

D - Więc trzeba z jej pomocą też troskliwie kształcić ludzi od dziecięcych


lat, przez cale życie. A to się jakoś tak ma. Ale zobacz i ty. Bo m n i e się
nie zdaje, żeby, jeśli ktoś ma zdrowe ciało, u tego ono własną mocą wywoły­
wało zdrowie duszy, tylko na odwrót: dusza dobra własną mocą czyni ciało
najlepszym jak tylko można. A tobie się jak wydaje?
- I m n i e - powiada - tak samo.
- Więc m o ż e o duszę naprzód dbajmy jak należy i p o t e m jej zostawmy
szczegóły troski o ciało, a sami tylko zarysujmy p e w n e wzory, aby się zbyt
E długo nie rozwodzić; będzie najlepiej, jeżeli tak zrobimy.
- Tak jest.
- Więc mówiliśmy, że powinni unikać opilstwa. Bo to k a ż d e m u i n n e m u
raczej ujdzie niż strażnikowi, żeby się upił i nie wiedział, co się z nim dzie­
je.
- To by było śmieszne - powiada - żeby strażnik potrzebował strażnika.
- A jakże tam będzie z wiktem? Bo ci ludzie to zapaśnicy i stają do za­
wodów największych. Czy nie?
- Tak.
404 - Więc czy stan fizyczny atletów podczas treningu byłby o d p o w i e d n i dla
nich?
- Może być.
- Wiesz - powiedziałem - z nim się j e d n a k pewna senność łączy i jakieś
to ich zdrowie bardzo n i e p e w n e . Czy nie widzisz, że śpią całe życie i jak
się tylko który choć trochę wyłamie z przepisanej diety, to zaraz taki atleta
ciężko zaczyna chorować.
- Widzę.
- Więc tym zapaśnikom w o j e n n y m - d o d a ł e m - trzeba j a k i e g o ś bardziej
w y m y ś l n e g o ćwiczenia. Oni p o w i n n i , jak psy, mało spać i m i e ć jak naj-
B bystrzejszy wzrok i słuch, a że na wyprawach muszą często w y t r z y m y w a ć
odmiany i wody, i pokarmów, i skwarów, i mrozów, więc ich zdrowie powin­
no być nie takie delikatne.
- Wydaje mi się.
- Więc czy najlepsza gimnastyka nie byłaby jakoś bliźniaczo p o d o b n a do
tej służby Muzom, którąśmy przed chwilą przechodzili?
- Jak to myślisz?
- Jakaś gimnastyka prosta i przyzwoita, i jak najściślej związana z wojną.
- W jakimże sposobie?
- Już i od H o m e r a - powiedziałem - można by się takich rzeczy nauczyć.
C Wiesz przecie, że na wyprawie, kiedy bohaterowie ucztują, on ich ani ry­
bami nie karmi, chociaż oni są nad morzem, koło H e l l e s p o n t u , ani gotowa­
n y m m i ę s e m , tylko p i e c z o n y m , o k t ó r e żołnierzowi najłatwiej. P r z e c i e ż
wszędzie, żeby tak powiedzieć, łatwiej mu ogień rozpalić, niż nosić ze sobą
naczynia.
- Naturalnie.
- Ani o przyprawach, zdaje mi się, H o m e r nigdzie nie wspomina. Ale to
404 C Księga III 103

i inni ćwiczący się wiedzą, że ciało, k t ó r e ma być w d o b r e j formie, po­


wstrzymywać się musi od wszelkich takich rzeczy.
- O dobrze to wiedzą - powiada - i powstrzymują się.
- Z a t e m ty, przyjacielu, nie chwalisz, zdaje się, syrakuzańskiej kuchni ani D
sycylijskiego bogactwa przysmaków, jeżeli uważasz, że tak być powinno?
- Zdaje mi się, że nie.
- Z a t e m ganisz zarazem i wdawanie się z d z i e w c z ę t a m i z Koryntu u lu­
dzi, którzy chcą być w dobrej formie?
- Ze wszech miar przecież.
- Więc i ciastka attyckie, które uchodzą za przysmaki?
- Z konieczności.
- Z a t e m , gdybyśmy takie (niewłaściwe) odżywianie się i tryb życia przy­
równali do budowania melodii czy do pieśni zawierającej wszelkie możliwe
harmonie i wszelkie możliwe rytmy, to porównanie byłoby słuszne? E
- Jakżeby nie?
- Prawda, tam różnorodność i bogactwo zaszczepiały brak dyscypliny, a te
zaszczepiają c h o r o b ę . A prostota w k u l t u r z e d u c h o w e j szczepi w duszach
rozwagę, a ciałom zdrowie przynosi.
- Święta prawda - mówi.
- A k i e d y się rozpusta i choroby w mieście szerzą, czyż nie otwiera się
w t e d y wielu g m a c h ó w sądowych i lecznic, i oto zaraz prawo i m e d y c y n a 405
głowy podnoszą i mają miny uroczyste, k i e d y n a w e t wielu ludzi w o l n y c h
poważnie im się oddaje?
- C z e m u by i nie miały?
- A że wychowanie w mieście stoi źle i haniebnie, czy umiałbyś na to po- XIV
dać świadectwo bardziej w y m o w n e niż co, że zaczynają poszukiwać lekarzy
i sędziów najwybicniejszych nie cylko ludzie oscacniego rzędu i rzemieślni­
cy, ale ci również, kcórzy udają, że się wychowali w klasie ludzi wolnych? B
Czy nie uważasz, że to hańba i wielkie świadectwo braku kultury osobistej
m u s i e ć się odwoływać do prawa n a r z u c o n e g o przez innych, niby to p a n ó w
14
i sędziów, a nie mieć swoich własnych praw do rozporządzenia?
- To - powiada - hańba największa ze wszystkich.
- A czy nie myślisz - d o d a ł e m - że jeszcze większa hańba wtedy, k i e d y
ktoś nie tylko znaczną część życia spędza w sądzie na skargach i obronach,
ale w dodatku objawia mało dobrego smaku i uważa za właściwe popisywać C
się tym, jak są niebezpieczne jego fałszywe skargi i obrony, jak to on potra­
fi kręcić na wszystkie strony i wszystkie drzwiczki przełazić i wywijać się
i wymykać tak, żeby kary uniknąć i to w sprawach drobnych, i bez żadnego
znaczenia? Taki nie wie, o ile piękniej s a m e m u sobie życie urządzić i nie
potrzebować sędziego, który zasypia nad sprawą.
- No nie - powiada - to jeszcze większa hańba niż tamto.
- A potrzebować medycyny - d o d a ł e m - i to nie dla ran, albo kiedy spa-
14
D o b r z e w y c h o w a n y c z ł o w i e k nie p r o c e s u j e się i nie p o t r z e b u j e lekarzy, p o w i a d a P l a t o n
w tych rozdziałach, które tryskają h u m o r e m i życiem.
104 Platon, Państwo 405 D

D dnie jakaś sezonowa choroba, ale przez lenistwo i przez taki sposób życia,
jakiśmy opisywali, cierpieć na r e u m a t y z m y i wiatry, jak jakieś bagno zbyt
p e ł n e , na w z d ę c i a i na katary i z m u s z a ć d o w c i p n y c h s y n ó w Asklepiosa,
żeby coraz to nowe nazwy chorób wymyślali, czy to nie wygląda na hańbę?
- Rzeczywiście - powiada - te nowe i dziwne nazwy chorób.
- Których - dodałem - nie było za czasów Asklepiosa. To wnoszę stąd, że
jego synowie pod Troją nie gniewali się na służącą, k i e d y z r a n i o n e m u E u -
E rypylosowi dawała pić wino pramnijskie, obficie zasypane mąką jęczmienną
406 z tartym serem w dodatku, co zresztą ma powodować zapalenia, i nie ganili
Patroklosa za to leczenie.
- A j e d n a k - p o w i a d a - t e n n a p ó j p r z e c i e ż n i e na m i e j s c u dla k o g o ś
w tym stanie.
- N i e - mówię - jeśli zważysz, że synowie Asklepiosa dawnymi czasy nie
bawili się w c h o d z e n i e za chorobą do szkoły - to jest ta m e d y c y n a dzisiej­
sza. Powiadają, że tak nie było przed H e r o d i k o s e m . H e r o d i k o s był nau-
B czycielem gimnastyki, a że był chorowity, więc połączył g i m n a s t y k ę z me­
dycyną i zaczął zadręczać n a p r z ó d i najbardziej siebie s a m e g o , a p ó ź n i e j
wielu innych ludzi.
- Jakimże sposobem? - powiada.
- Urządził sobie - mówię - przewlekłą śmierć. Zaczął c h o d z i ć za swoją
chorobą, która była śmiertelna, i on jej uleczyć nie mógł, a że miał dużo
w o l n e g o czasu, więc leczył się całe życie, męcząc się, ile razy odstąpił od
zwyczajnego trybu. P o n i e w a ż mu jego mądrość u m r z e ć nie dawała, więc
dożył późnej starości.
C - Więc ładny mu - powiada - p r e z e n t przyniosła umiejętność.
- Tak się wydaje - dodałem - temu, który nie wie, że Asklepios nie dlate­
go, ż e b y nie wiedział o tym rodzaju m e d y c y n y albo w niej nie miał do­
świadczenia, nie wskazał jej swoim p o t o m k o m , tylko d l a t e g o to zrobił, bo
wiedział, że w dobrze urządzonym p a ń s t w i e każdy ma swoją robotę, którą
się musi zajmować, i nikt nie ma czasu na to, żeby się zamęczać lecząc się
całe życie. I śmiech powiedzieć, my to widzimy u rzemieślników, a u boga­
tych i niby to szczęśliwych tego nie widać.
- Jak to? - powiada.
XV - Bo cieśla, kiedy zachoruje, to uważa, że jak dostanie od lekarza i wypije
D m i k s t u r ę , to wyrzuci chorobę, albo mu dadzą na przeczyszczenie, albo mu
coś wypalą, albo wytną i będzie po chorobie. A gdyby mu ktoś przepisywał
przewlekłą d i e t ę i sposób zachowania się, i jakieś okłady na głowę, i co za
tym idzie, to on by powiedział, że nie ma czasu chorować i nie opłaci mu
się tak żyć, cały czas myśleć o chorobie, a zaniedbywać robotę, która czeka
i leży pod ręką. P r ę d k o by się pożegnał z takim lekarzem, wróciłby obiema
E nogami do zwyczajnego trybu życia, byłby zdrów i żyłby robiąc, co do niego
406 E Księga III 105

należy. A gdyby ciało choroby znieść nie mogło, to by umarł i miałby świę­
15
ty spokój .
- T a k - powiada - dla t a k i e g o to z u p e ł n i e o d p o w i e d n i e posługiwać się
medycyną w ten sposób.
- Czy dlatego - d o d a ł e m - że on miał r o b o t ę , której jeśliby się nie od- 407
dawał, nie opłaciłoby mu się żyć?
- Jasna rzecz - mówi.
- A bogaty, jak się to mówi, nie ma żadnej takiej roboty, którą gdyby mu­
siał odłożyć, to mu żyć nie warto?
- Mówi się, że nie.
- Bo ty, widać, n i e s ł u c h a s z F o k y l i d e s a , j a k on mówi, że j a k j u ż j e s t
z czego żyć, trzeba się ćwiczyć w dzielności.
- Owszem - powiada - byłem tego zdania i przedtem.
- N i e spierajmy się z nim o to - d o d a ł e m - tylko się sami nauczmy, czy
b o g a t y c z ł o w i e k p o w i n i e n się tym ć w i c z e n i o m o d d a w a ć , i n i e w a r t o żyć
takiemu, który ich nie uprawia; czy też pielęgnowanie własnej choroby jest B
p r z e s z k o d ą w c i e s i e l s t w i e i w i n n y c h r z e m i o s ł a c h , bo u w a g ę od r o b o t y
odwraca i na chorobie ją skupia, a nie przeszkadza wcale iść za wskazówką
Fokylidesa?
- Ależ, na Zeusa - powiada - przecież to przeszkoda największa taka prze­
sadna troska o zdrowie, nie ograniczająca się do samej tylko g i m n a s t y k i .
To przeszkadza, jeżeli chodzi o administrację d o m u i o wyprawę wojenną,
i o urzędowanie, które wymaga siedzenia w mieście.
- A najgorsze, że to u t r u d n i a uczenie się czegokolwiek i nie pozwala na
niczym skupić myśli, ani się zająć jakąś pracą nad sobą, bo zaraz stąd obawa C
o ból i o zawroty głowy i skargi, że to w s z y s t k o p r z e z tę filozofię; więc
gdziekolwiek się ćwiczenia filozoficzne uprawia lub ocenia - a to jest droga
do dzielności - wszędzie takie usposobienie przeszkadza. Stąd ustawiczne
urojenia na tematy chorobowe i ustawiczne kwękania.
- Chyba tak - powiada.
- Więc czy nie powiemy, że i Asklepios to zrozumiał i dla ludzi zdrowych
z natury i żyjących higienicznie, którzy zapadli na jakąś określoną chorobę,
ale tylko dla tych i dla takich stanów wskazał sztukę lekarską; z pomocą le- D
karstw i operacji wyrzucał takie choroby, a przepisywał zwyczajny sposób
życia, aby nie zaszkodzić życiu państwowemu. A ciał na wskroś przeżartych
chorobą nie próbował z pomocą diet powoli wyczerpywać i znowu ich na­
p e ł n i a ć i w t e n sposób umożliwiać ludziom życie długie, ale złe, i d o p u ­
szczać, żeby mieli, oczywiście, takie samo p o t o m s t w o ; uważał, że nie po­
w i n n o się leczyć człowieka, który nie potrafi sam przeżyć ustalonego okre- E
su, bo to się ani jemu, ani państwu na nic nie przyda.
- Więc ty uważasz - powiada - że Asklepios to był polityk.

15
N i c gorszego, jak n a d m i e r n a troska o zdrowie. N i e leczyć się, tylko żyć higienicznie i myśleć
o pracy, a nie pieścić się ze „słabym z d r o w i e m " .
106 Platon, Paaństwo 407 E

- O c z y w i ś c i e - m ó w i ę . - A że on taki był, to czy nie widzisz, jak się


i jego synowie na wojnie pod Troją spisywali i praktykowali m e d y c y n ę tak,
408 jak ja mówię? Czy nie pamiętasz, że i Menelaosowi, jak go Pandaros skale­
czył, z tej rany:

krew wyssali, a potem łagodnym lekarstwem smarują.

A co miał p o t e m pić i jeść, tego mu nie przepisywali; p o d o b n i e jak Eurypy-


losowi, b o t e l e k a r s t w a wystarczały, ż e b y wyleczyć l u d z i , k t ó r z y p r z e d
B o t r z y m a n i e m ran byli zdrowi i prowadzili porządny tryb życia. N i e zaszko­
dziło im n a w e t to, że im kazano pić w d a n e j chwili ową m i k s t u r ę , zwaną
k y k e o n e m . A człowiek chorowity z natury i żyjący nieporządnie - temu się,
uważali, życie nie opłaca - ani j e m u s a m e m u , ani jego życie d r u g i m - nie
dla takich powinna być sztuka lekarska i nie trzeba ich leczyć, choćby na­
wet byli bogatsi od Midasa.
- To bardzo dowcipni - powiada - są ci synowie Asklepiosa, w e d ł u g twego
zdania.
XVI - Tak p o w i n n o być - o d p o w i e d z i a ł e m . - Chociaż nie wierzą nam tragicy
C i P i n d a r i mówią, że Asklepios był w p r a w d z i e s y n e m Apollona, ale pod
wpływem argumentów brzęczących zaczął leczyć człowieka bogatego, który
już był śmiertelnie chory. Za to go piorun zabił. Ale my zgodnie z tym, co
się p o p r z e d n i o mówiło, nie wierzymy ani w jedno, ani w drugie. Bo jeżeli
był synem boga, powiemy, to nie był chciwy na brudny zysk. A jeżeli był
chciwy na brudny zysk, to nie był synem boga ' 6 .
- To z u p e ł n i e słuszne - powiada - to teraz. Ale o tym co powiesz, Sokra­
tesie? Czy nie trzeba mieć w mieście dobrych lekarzy? A to by byli chyba
p r z e d e wszystkim ci, którym by przez ręce przeszło jak najwięcej zdrowych
D i jak najwięcej chorych. A sędziowie z n o w u tak samo. To ci, którzy by
mieli do czynienia z najrozmaitszymi charakterami.
- N a w e t i bardzo dobrych mam na myśli - odparłem. - A wiesz, których
za takich uważam?
- Może byś powiedział - mówi.
- Ja spróbuję - odrzekłem. - Ale ty się pytasz równocześnie o dwie rzeczy
zgoła niejednakie.
- Jakże to? - powiada.
- Jeżeli o lekarzy idzie - odpowiedziałem - najtężsi byliby wtedy, gdyby
E od c h ł o p i ę c y c h lat, o b o k swoich s t u d i ó w specjalnych, mieli do c z y n i e n i a
z jak największą ilością ciał, i to jak najbardziej z e p s u t y c h , i gdyby sami
wszystkie choroby przechodzili i nie byli zanadto zdrowi z natury. Bo prze­
cież oni - tak uważam - nie leczą cudzych ciał własnym ciałem - w t e d y by
im nie wolno było nigdy mieć ciała chorego ani zapadać w c h o r o b ę . Oni
16
Satyra na lekarzy ukryta w o p o w i a d a n i u o Asklepiosie. Dobry lekarz p o w i n i e n sam na sobie
wiele c h o r ó b przejść i obcować jak najbliżej z w i e l o m a chorymi. Dobry sędzia p r z e c i w n i e . T e n
nie powinien znać zbrodni z własnego doświadczenia, tylko wiedzieć o niej z zewnątrz.
408 E Księga III 107

c u d z e ciała leczą własną duszą i tej u nich nie wolno chorować, a gdyby za­
padła i była chora, wtedy niczego dobrze nie uleczy.
- Słusznie - powiada.
- N a t o m i a s t sędzia, przyjacielu, panuje nad duszami własną duszą. Tej 409
nie wolno od młodości między złymi duszami wzrastać ani obcować z nimi,
ani wszystkich zbrodni na sobie samej przechodzić na to, żeby później by­
stro sądzić drugich według siebie, tak jak się o chorobach wnioskuje, kiedy
chodzi o ciało. N i e powinna się stykać ani mieć do czynienia ze złymi cha­
rakterami za młodu, aby jej nie plamiły; ona musi być piękna i dobra, jeżeli
ma zdrowo sądzić o tym, co sprawiedliwe. Dlatego przyzwoici chłopcy wy­
dają się prostoduszni i łatwo ich niegodziwcy wywodzą w pole, bo oni nie
mają w s o b i e s a m y c h p r z y k ł a d ó w na p o s t a w y d u c h o w e p o d o b n e j a k B
u chłopców złych.
- Rzeczywiście - powiada - właśnie taki jest ich los.
- Dlatego - ciągnąłem dalej - nie młodym, ale starcem powinien być do­
bry sędzia; takim, co to się późno nauczył, jak wygląda niesprawiedliwość.
N i e przez to, żeby widział własną, schowaną we własnej duszy, ale przez to,
że spostrzegał cudzą w duszach drugich i długi czas usilnie się uczył rozpo­
znawać istotę zła, posługując się wiedzą, a nie osobistym doświadczeniem.
- Najlepsze warunki naturalne - powiada - zdaje się mieć taki sędzia. C
- I taki byłby dobry - dodałem - a tyś się właśnie o to pytał. Bo kto ma
d u s z ę dobrą, ten jest dobry. A t a m t e n kuty na cztery nogi i podejrzliwie
s p o d e łba patrzący, który sam niejedną z b r o d n i ę ma za sobą, a zdolny jest
do wszystkiego i uważa się za mądrego, jak długo obcuje z p o d o b n y m i do
siebie, tak długo wydaje się też zdolny i mocny, bo się przed k a ż d y m ma
na baczności; ma na oku przykłady w samym sobie. A jak się już zbliży do
ludzi lepszych i starszych, to znowu się okazuje naiwny, bo objawia brak za- D
ufania nie na swoim miejscu i nie poznaje się na ludziach porządnych, bo
nie ma przykładów na coś p o d o b n e g o . A że częściej miewał do czynienia
ze zbrodniarzami niż z ludźmi przyzwoitymi, więc się wydaje sobie s a m e m u
i drugim raczej mądry niż głupi.
- To ze wszech miar prawda - powiedział.
- Z a t e m nie takiego człowieka trzeba szukać na sędziego, jeżeli sędzia XVII
ma być dobry i mądry, tylko poprzedniego. Bo zły charakter nigdy poznać
nie potrafi ani dzielności, ani siebie samego. A dzielność, jeśli się jej natu­
ralne założenia kształcą, z czasem z d o b ę d z i e sobie w i e d z ę o sobie samej E
i o złym c h a r a k t e r z e . Więc taki człowiek, uważam, dojdzie do mądrości,
a zły nie dojdzie 17 .
- I m n i e się tak zdaje - powiada.
- Z a t e m i m e d y c y n ę , którąśmy opisali, wraz z tak pojętą umiejętnością
17
N i e leczyć z b y t n i o ludzi c h o r o w i t y c h , a n i e p o p r a w n y c h z b r o d n i a r z y p o w i n n o się zabijać.
G i m n a s t y k ę uprawiać nie dla rozwoju s a m e g o ciała, tylko żeby w sobie rozbudzić t e m p e r a m e n t .
G i m n a s t y k a sama, bez kultury literackiej i artystycznej, prowadzi do nieokrzesania i brutalności,
a s a m a kultura d u c h o w a bez g i m n a s t y k i rodzi brak energii i hartu. T r z e b a więc j e d n o łączyć
z drugim: g i m n a s t y k ę ze służbą M u z o m .
108 Platon, Państwo 410 A

410 sędziowską w naszym mieście prawem ustanowisz i one będą służyły oby­
w a t e l o m , których i ciała, i dusze będą u d a n e . A których by nie, to, jeśli
ciała będą mieli liche, tym pozwoli się umrzeć, a których by dusze były złej
natury i nieuleczalne, tych będą sędziowie skazywali na śmierć.
- To przecież najlepsze - powiada - i dla tych skazanych, i dla państwa.
Tak widać.
- A ludzie młodzi - ciągnąłem dalej - jasna rzecz, że będą się wystrzegali
zwracania się do władzy sądowej: wystarczy im ta prostota duszy i kultura
w e w n ę t r z n a w s ł u ż b i e u M u z w y r o b i o n a , k t ó r a , mówiliśmy, z a s z c z e p i a
w duszach rozwagę.
- N o , tak - powiada.
B - A jeśli człowiek kulturalny będzie gimnastykę uprawiał po tych samych
śladach idąc, które w służbie u M u z poczynił, to czy nie dojdzie do tego,
żeby się obchodzić bez medycyny, aż chyba tylko w ostateczności?
- Tak mi się wydaje.
- S a m e zaś ćwiczenia gimnastyczne i trudy będzie podejmował mając na
oku rozbudzenie swego wrodzonego t e m p e r a m e n t u . Dla rozbudzenia w so­
bie szlachetnego zapału raczej będzie się trudził niż dla zdobycia siły. Więc
nie tak, jak inni zapaśnicy, nie dla zdobycia siły będzie normował swe po­
karmy i podejmował wysiłki.
- Z u p e ł n i e słusznie - powiada.
- A czyż i ci - d o d a ł e m - G l a u k o n i e , którzy w p r o w a d z i l i w y c h o w a n i e
C z pomocą służby Muzom i gimnastyki, nie tym się motywem kierowali, któ­
ry im t e ż n i e j e d e n przypisuje, ż e b y t y m d r u g i m ś r o d k i e m s ł u ż y ć ciału,
a pierwszym służyć duszy?
- Ale jak właściwie? - zapytał.
- Bodaj że te oba środki wychowawcze mają p r z e d e wszystkim d u s z ę na
oku.
- Jakże to?
- Czy nie uważasz, jaką postawę w sferze ściśle d u c h o w e j przyjmują ci,
k t ó r z y się całe życie g i m n a s t y k ą zajmują, a nie próbują s ł u ż y ć M u z o m ?
I którzy mają postawę przeciwną?
D - O czym ty mówisz właściwie? - powiada.
- O dzikości i szorstkości, a z drugiej strony o miękkości i łagodności -
odrzekłem.
- Ach tak - powiada. - Że ci, co się samą tylko gimnastyką zajmują, robią
się dziksi, niż potrzeba, a którzy służbą u Muz, stają się mięksi, niżby im
z tym było do twarzy.
- Tak jest - dodałem - to wrodzony t e m p e r a m e n t i szlachetny zapał robi
tę dzikość. Gdyby go należycie kształcić, on by przeszedł w odwagę, a kie­
dy go się przeciągnie bardziej, niż potrzeba, mogą się z niego zrobić rysy
twarde i przykre; to łatwo zgadnąć.
E - Zdaje mi się - powiada.
- No cóż? A łagodność, czy to nie byłby rys natury lgnącej do mądrości?
410 E Księga III 109

Jak się ten rys rozwinie zanadto, przechodzi w miękkość nadmierną, a pod
wpływem dobrego wychowania dałby łagodność człowieka zrównoważonego
wewnętrznie?
- Jest tak.
- A mówimy, że strażnicy powinni mieć te oba rysy w naturze?
- Powinni przecież.
- I prawda, że one powinny z sobą harmonizować?
- Jakżeby nie?
- I jeśli u kogoś ta h a r m o n i a jest, to jego d u s z a j e s t i rozwagi p e ł n a , 411
i odważna?
- Tak jest.
- A kiedy tej harmonii brak, wtedy tchórzliwa i dzika?
- I bardzo.
- Nieprawdaż? Jeżeli się ktoś podda fletowym czarom muzyki i pozwoli, XVIII
żeby mu ona przez uszy jak przez lejek zalewała duszę tymi, o których się
niedawno mówiło, harmoniami pełnymi słodyczy i miękkości, i łkania,
i całe życie nic, tylko kwili cicho albo leci w n i e b o na skrzydłach muzyki,
ten na razie, jeśli miał w sobie trochę szlachetnego zapału, zmiękcza go jak B
żelazo i teraz można z niego coś zrobić - on p r z e d t e m był za twardy, a więc
do niczego; jeżeli j e d n a k ktoś tak wciąż i wciąż te czary nad własną duszą
odprawia, to mu się t e m p e r a m e n t zaczyna topić i rozlewać; w końcu wyta­
pia się całkiem i t e n - jakby sobie z duszy nerwy i ścięgna wyciął - zrobi
z siebie kopijnika na miękko 18 .
- Tak jest - powiada.
- I jeżeli to - dodałem - trafi na człowieka bez t e m p e r a m e n t u już z natu­
ry, proces p r ę d k o dobiega do końca, a jeżeli na kogoś z t e m p e r a m e n t e m ,
taki sobie serce osłabia i wyrabia sobie t e m p e r a m e n t porywisty i pod wpły- C
w e m drobiazgów od razu się drażni i zaraz znowu gaśnie. Pasjonaci stąd się
biorą i gniewliwe zrzędy.
- Całkiem tak.
- No cóż? A jeżeli się ktoś gimnastyką dużo zajmuje, robi wysiłki i od­
żywia się bardzo dobrze, a muzyki i filozofii nie tyka, to na razie, czując się
d o b r z e fizycznie, czyż nie nabiera pewności siebie i jakoś mu serca przy­
rasta i robi się odważniejszy, niż był?
- N a w e t i bardzo.
- No cóż? Ale jak się niczym i n n y m nie zajmuje i nie obcuje z Muzą
w żadnym sposobie, to choćby tam i było u niego w duszy trochę zamiłowa- D
nia do wiedzy, to j e d n a k , jeśli ono n a u k i ż a d n e j i żadnych z a g a d n i e ń nie
kosztuje, ani się myślą żadną nie zabawia, ani innym kulturalnym zajęciem,
to zaczyna słabnąć, robi się głuche i ślepe, bo go nic nie budzi i nie odży­
wia i kurzem przypadają jego spostrzeżenia.
18
Kształcić trzeba i t e m p e r a m e n t , i u m i ł o w a n i e mądrości, i tak k a ż d e z nich potęgować, wzglę­
d n i e o p a n o w y w a ć , ż e b y d o b r z e r a z e m współbrzmiały. D o p i e r o t e h a r m o n i j n e typy będą się
nadawały do rządów w państwie idealnym.
110 Platon, Państwo 411 D

- Tak jest - powiada.


- Taki się staje wtogiem intelektu i kultury duchowej; już nie potrafi ni­
c z e g o s k u t e c z n i e d o w o d z i ć w dyskusji, p o c z y n a sobie po b a r b a r z y ń s k u
E i c h c e g w a ł t e m d o c h o d z i ć w s z y s t k i e g o jak d z i k i e z w i e r z ę ; w g ł u p o c i e
i w nieokrzesaniu, bez rytmu i bez wdzięku życie pędzi.
- Ze wszech miar - powiada - to tak jest.
- P o n i e w a ż są dwa takie pierwiastki w człowieku, więc jakiś bóg, miał­
bym o c h o t ę powiedzieć, dał ludziom dwie umiejętności: m u z y k ę i gimna­
stykę; dla t e m p e r a m e n t u i dla umiłowania mądrości. N i e dla ciała i dla du­
szy, chyba tylko ubocznie, ale dla tych dwóch pierwiastków, aby z sobą har­
monizowały i trzeba każdy z nich podciągać lub opuszczać, pokąd nie będą
412 współbrzmiały tak, jak trzeba.
- Tak to wygląda - powiedział.
- Z a t e m , kto najpiękniej gimnastykę ze służbą M u z o m pomiesza i w naj­
lepszej mierze t e n napój duszy podać potrafi, o tym może najsłuszniej po­
wiemy, że posiada najwyższą k u l t u r ę osobistą, jaką służba M u z o m kształci,
i że najlepszą harmonię osiągnął; o wiele bardziej niż ten, który struny do­
strajać potrafi.
- No pewnie, Sokratesie - powiedział.
B - Więc i w państwie będzie nam, G l a u k o n i e , zawsze p o t r z e b a kogoś ta­
kiego na czele, jeżeli nasz ustrój ma trwać? 1 9
- Będzie potrzeba i to najbardziej, jak tylko można.
XIX - Więc to by były typy wychowania duchowego i fizycznego. Bo po cóż
jeszcze mówić szeroko o tańcach tak prowadzonej młodzieży, o polowaniach
z psami czy bez psów, o zawodach gimnastycznych i o wyścigach konnych?
To już jest dość jasne, że te rzeczy muszą się stosować do poprzednich i już
teraz n i e t r u d n o samemu tego dojść.
- Może być - powiada - że nietrudno.
- No dobrze - mówię. - A następnie czym byśmy się powinni zająć? Czy
nie tym, którzy z nich będą rządzili, a którzy będą rządzeni?
19
Rządzić w państwie powinna elita, wybrana spośród wojska, ludzie najbardziej przywiązani do
państwa, we własnym interesie. Tak j u ż trzeba powiązać interes państwa z i n t e r e s a m i rządzą­
cych, żeby dbając o państwo, dbali tym s a m y m o własną sprawę. Tu przypominają się żywo myśli
T r a z y m a c h a z księgi pierwszej. I znowu widać, że nie wszystko, co mówił Trazymach, chciał Pla­
ton podać na pośmiewisko.
P a ń s t w o w o t w ó r c z a postawa elity m u s i być n i e w z r u s z o n a , ich p r z e k o n a n i a muszą być n i e ­
o d p a r t e , n i e z ł o m n e . I tu bardzo interesująca refleksja o rodzajach zmiany p r z e k o n a ń ludzkich.
C h ę t n i e dobrowolnie pozbywamy się przekonań, jeśli je zaczynamy uważać za m y l n e . W t e d y od­
padają s a m e , gasną a u t o m a t y c z n i e . N i e c h ę t n i e , w b r e w woli, pozbywamy się p r z e k o n a ń uważa­
nych dalej za prawdziwe. Właściwie ten w y p a d e k nie jest możliwy w ogóle i Platon też nie sądzi,
żeby k t o k o l w i e k potrafił pozbyć się p r z e k o n a n i a jakiegoś wbrew woli, a uważał je dalej za praw­
dziwe, tylko nie za własne. On mówi tylko o takich wypadkach, w których p o z b y w a m y się jakie­
goś p r z e k o n a n i a prawdziwego, wcale o nim nie myśląc albo uważając je niesłusznie od p e w n e g o
czasu za m y l n e . To się dzieje pod wpływem z a p o m n i e n i a , sugestii albo c z y n n i k ó w uczuciowych:
pragnień d o d a t n i c h lub ujemnych. (Pragnienie d o d a t n i e = pragnę, żeby się coś stało. P r a g n i e n i e
u j e m n e - pragnę, żeby się coś nie stało). Tak się dzieje naprawdę. Warto t e ż zwrócić uwagę, że
ten u s t ę p zawiera ważną i dziś definicję prawdziwości sądów.
412 B Księga III 111

- No może.
- Że ci, co rządzą, powinni być starsi, a rządzeni młodsi, to jasne? C
- Jasne.
- I że to ma być elita spośród nich?
- I to.
- A spośród rolników elita - czy to nie ci, co najlepiej pola uprawiają?
- Tak.
- A teraz, skoro to ma być elita spośród wojska, to czy nie mają to b y ć
najlepsi strażnicy państwa?
- Tak.
- N i e p r a w d a ż ? P o w i n n i być do tego celu r o z u m n i i w d o d a t k u z d o l n i
troszczyć się o losy państwa?
- Jest tak.
- A każdy gotów się najwięcej troszczyć o to, co by właśnie kochał. D
- Z konieczności.
- A kochałby najbardziej to, co by jego z d a n i e m d o b r z e wychodziło na
tym samym, co i jemu służy, i gdyby uważał, że na powodzeniu tego czegoś
i on sam najlepiej wyjdzie, a nie na odwrót.
- Tak jest - powiada.
- Zaczem wybrać nam wypadnie spośród innych strażników takich,
którzy, gdy się im przyjrzymy badając, będą nam najwięcej wyglądali na to,
że będą cale życie gotowi z największą chęcią spełniać to, co by uważali za
korzystne dla państwa, a co nie, tego w żaden sposób robić nie zechcą. E
- Tacy się nadają - powiada.
- Wydaje mi się, że trzeba mieć takich ludzi na oku we wszystkich kla­
sach wieku i uważać, czy potrafią stać na straży tej zasady i ani pod wpły­
w e m czarodziejskich sugestii, ani pod wpływem gwałtu nie wyrzucą za płot
i nie zapomną zasady, że należy robić to, co dla państwa najlepsze.
- O jakim ty mówisz wyrzucaniu za płot?
- Ja ci p o w i e m - d o d a ł e m . - Ja m a m wrażenie, że p r z e k o n a n i a wynoszą
się z duszy dwojako: j e d n e ją opuszczają dobrowolnie, a drugie wbrew na­
szej woli. Dobrowolnie pozbywamy się przekonań mylnych - to wtedy, gdy
się c z ł o w i e k c z e g o ś n a u c z y i d l a t e g o z m i e n i a p o p r z e d n i e p r z e k o n a n i e . 413
A wbrew woli pozbywamy się wszystkich przekonań prawdziwych.
- J a k to j e s t z t y m d o b r o w o l n y m w y z b y w a n i e m się, to r o z u m i e m , ale
o tym niedobrowolnym chciałbym się nauczyć.
- No cóż? Czy i ty nie uważasz, że tego, co d o b r e , l u d z i e pozbywają się
w b r e w woli, a tego, co złe, c h ę t n i e ? A czyż nie jest złem pozostawać w błę­
dzie i nie znać prawdy, a d o b r e m wydawać sądy prawdziwe? Czy nie wydaje
ci się, że wydawać sądy prawdziwe to myśleć, że istnieje to, co istnieje?
- Owszem - powiada - ty słusznie mówisz i wydaje mi się, że ludzie nie
pozbywają się sądów prawdziwych dobrowolnie.
- Nieprawdaż, robią to tylko pod wpływem oszukaństwa, czarodziejskich
zabiegów albo gwałtu?
112 Platon, Państwo 413 A

- Jeszcze i teraz - powiada - nie rozumiem.


B - M o ż e być - dodaiem - że ja mówię trochę stylem tragedii. Oszukani to
są ci, k t ó r y m się i n n e p r z e k o n a n i a poddaje, i ci, co zapominają. J e d n y m
czas po cichu p e w n e przekonania zabiera, a drugim w y m o w n e słowo je wy­
biera po cichu - sami nie wiedzą, jak i kiedy. Teraz może rozumiesz?
- Tak.
- A gwałt cierpią w moim rozumieniu ci, których jakiś ból albo męka do
zmiany przekonań zmusza.
- I to - powiada - zrozumiałem, i ty słusznie mówisz.
C - A czarodziejskim zabiegom - myślę, że i ty sam byś powiedział - ulega­
ją ci, którzy zmieniają przekonania albo pod wpływem uroku jakiejś przy­
jemności, albo pod wpływem jakiegoś strachu, dlatego że się czegoś boją.
- Bo na czary wygląda wszystko - dodał - co nas w błąd wprowadza.
XX - Więc, jak m ó w i ł e m p r z e d chwilą, t r z e b a szukać t a k i c h , co najlepiej
w sobie samych potrafią stać na straży tej zasady, że powinni zawsze robić
to, co w k a ż d y m w y p a d k u b ę d z i e , w e d ł u g ich zdania, najlepsze dla pań­
stwa. I trzeba mieć na nich oko już zaraz od chłopięcych lat i zadawać im
zadania, przy których najłatwiej z a p o m n i e ć o tej zasadzie i dać się uwieść.
Który objawj dobrą p a m i ę ć i uwieść się nie da, tego wybrać, a który nie,
D tego odrzucić. Czy nie tak? 2 0
- Tak.
- Zadawać im trudy p e w n e też i męki, i zawody im urządzać, przy czym
na to samo trzeba zwracać uwagę.
- Słusznie - powiada.
- Nieprawdaż? - dodałem - trzeba im trzeci rodzaj współzawodnictwa też
urządzić: p r ó b ę odporności przeciw czarom, i patrzeć. Tak jak się źrebaki
E wyprowadza między hałasy i zgiełk, aby zobaczyć, czy nie są płochliwe, tak
i m ł o d y c h ludzi trzeba wprowadzać w jakieś sytuacje straszne i znowu ich
przerzucać w przyjemne, badając ich uważniej, niż się złoto w ogniu bada,
czy który nie ulega czarowi sugestii i czy swój przyzwoity wygląd w każdej
sytuacji zachowa, okaże się dobrym strażnikiem siebie samego i tej kultury
osobistej, jaką ze służby M u z o m wyniósł, czy objawi t a k t i h a r m o n i ę we­
w n ę t r z n ą . Taki p o w i n i e n być m ł o d y człowiek, jeżeli m a sobie s a m e m u
i p a ń s t w u przynieść jak największy pożytek. Jeżeli któryś o d b ę d z i e takie
414 próby i pośród chłopców, i między młodzieżą, i jako człowiek dojrzały, a za­
wsze z nich wyjdzie bez zarzutu, to oddać mu władzę nad m i a s t e m i straż
i obsypać go zaszczytami za życia i po śmierci - niech ma grobowce i po-

20
Do elity rządzącej dostawać się powinni młodzi wojskowi, zależnie od wyniku e g z a m i n ó w i te­
stów p r a k t y c z n y c h , które by wystawiały na p r ó b ę ich postawę państwowotwórczą. Rządzący na­
zywać się powinni strażnikami doskonałymi, p o n i e w a ż obowiązkiem ich byłoby m i e ć o k o na wro­
gów i p i l n o w a ć w ł a s n y c h o b y w a t e l i . R e s z t a w o j s k o w y c h to pomocnicy r z ą d u , z b r o j n e r a m i ę
władzy.
414 A Księga III 113

mniki jak największe w nagrodę. Tak mi się jakoś - d o d a ł e m - mój Glau­


konie, przedstawia wybór i ustanawianie władców i strażników, jeżeli mówić
0 tym w zarysie, a nie szczegółowo.
- I m n i e się - powiada - te rzeczy jakoś tak przedstawiają.
- Więc czy naprawdę nie byłoby rzeczą najsłuszniejszą nazywać takich lu­
dzi strażnikami d o s k o n a ł y m i , bo mają czuwać i nad nieprzyjaciółmi z ze- B
wnątrz, i nad przyjaciółmi wewnątrz miasta, aby tamci nie zechcieli - a ci
tutaj żeby nie mogli - robić coś złego. A tych młodych, którycheśmy dotąd
s t r a ż n i k a m i nazywali, nazwać p o m o c n i k a m i , czeladzią rządu, ona p o m a g a
wykonywać to, co rządzący postanowią.
- Tak mi się wydaje - powiada.
- A czy b y ł o b y to możliwe, ż e b y ś m y tak wybrali j e d e n z tych fałszów XXI
wskazanych, o których się niedawno mówiło; gdyby tak wybrać jakiś lepszy
1 tym fałszem w p ł y n ą ć p r z e d e wszystkim na samych rządzących, a jeśliby C
nie szło, to na resztę państwa?
- Jakiż to - powiedział.
- To nic nowego - mówię - to jakaś bajka fenicka, dawniej bardziej roz­
powszechniona, jak mówią poeci i wmawiają to w kogo można, ale u nas się
to nie działo i n a w e t nie wiem, czy się dziać mogło. A żeby to w kogoś
wmówić, trzeba by wielu słów 2 1 .
- Zdaje się, że ty się wahasz, czy ją powiedzieć, czy nie.
- Jak powiem, to zobaczysz, żem się słusznie wahał.
- Mów - powiada - nic się nie bój! D
- To mówię. Chociaż nie wiem, skąd wziąć odwagę i jakich użyć słów,
kiedy spróbuję naprzód samych rządzących inspirować i żołnierzy, a p o t e m
i resztę państwa, że to, jakobyśmy ich utrzymywali i wychowywali, to im się
t y l k o tak w y d a w a ł o . Wszystko, co się z nimi i koło nich działo, to były
niby tylko sny, a n a p r a w d ę oni byli w t e d y pod ziemią i w jej w n ę t r z u for­
mowani i żywieni, oni sami oraz ich broń i inny sprzęt wyrobiony, a k i e d y E
już całkowicie byli wykonani, wtedy ich ziemia, jako matka, na świat wyda­
ła. W i ę c t e r a z , p o n i e w a ż to ich m a t k a j e s t i k a r m i c i e l k a - ta z i e m i a ,
w k t ó r e j mieszkają - p o w i n n i o nią d b a ć i b r o n i ć jej, g d y b y ją k t o ś na-

21
W bajce o synach ziemi stara się Platon nakłonić obywateli swojego państwa do wzajemnej
przyjaźni i do obrony kraju, ponieważ ziemia, w której mieszkają, jest ich wspólną matką i karmi­
cielka. Zatem próbuje oprzeć uczucia społeczne na uczuciach rodzinnych. Sposób najczęściej
używany. Jednakże słuchający powinni by w tej chwili zapomnieć, że synami ziemi są nie tylko
oni sami, ale ci nachodzący ich nieprzyjaciele tak samo. To są też ich bracia i między braćmi by­
wają stosunki trudne do zniesienia. Najgorzej być bratem młodszym i słabszym, bo z racji brater­
stwa trzeba ustępować braciom starszym, silniejszym, uprzywilejowanym. Oni nawet zwykle na
to liczą z góry i nieraz w imię braterstwa żądają ustępstw od braci słabszych.
W państwie platońskim też mają być bracia starsi, uprzywilejowani, lepszego gatunku, i bracia
gorszego gatunku. Rządzący to czyste złoto, wojsko to srebro, a rolnicy i rzemieślnicy to brąz
i żelazo. Zatem trzy lub cztery kasty różniące się godnością. Rząd rzemieślniczo-chłopski byłby
zgubą dla państwa. Rządzić powinien egzaminowany zespół ludzi o najwyższym, specjalnym wy­
kształceniu. Więc to ma być państwo urzędnicze. Awans z kasty niższej do wyższej jest możliwy,
podobnie jak degradacja z wyższej do niższej.
114 Platon, Państwo 414 E

chodził, a inni obywatele to są ich bracia, bo to też synowie ziemi, więc się
ich d o b r e m interesować powinni.
- N i e bez powodu - powiada - tyś się wstydził mówić nieprawdę.
415 - To bardzo proste - p o w i e d z i a ł e m . - A j e d n a k posłuchaj i reszty t e g o
mitu. Wy tu wszyscy w państwie jesteście braćmi, tak b ę d z i e m y im dalej
ten mit opowiadali, ale bóg, który was formował, wpuścił w okresie powsta­
wania i w m i e s z a ł t r o c h ę złota w tych z was, którzy są zdolni do rządów.
D l a t e g o oni są najcenniejsi. A w p o m o c n i k ó w s r e b r o . A ż e l a z o i brąz
w rolników i w tych, co inne uprawiają rzemiosła. Więc ponieważ wszyscy
j e s t e ś c i e j e d n e j krwi, dlatego najczęściej macie p o t o m k ó w p o d o b n y c h do
B was samych, ale bywa, że się ze złotego może urodzić ktoś srebrny albo ze
s r e b r n e g o złoty i tam dalej; wszelkie są możliwe wypadki w tę i w tamtą
stronę. Z a t e m rządzącym p r z e d e wszystkim i najbardziej przykazuje bóg,
żeby niczego tak dobrze nie pilnowali i przy niczym tak uważnie na straży
nie stali, jak koło własnych p o t o m k ó w ; patrząc, która z tych c z t e r e c h do­
m i e s z e k świeci w duszy każdego, i jeżeliby się im urodził p o t o m e k z do­
mieszką brązu lub żelaza, to się nie powinni w żaden sposób unosić litością,
C ale oceniać tę naturę tak, jak ją cenić trzeba, i zepchnąć go na rzemieślnika
albo na rolnika. A gdyby się znowu pośród nich urodził ktoś z domieszką
złota albo srebra, oni to ocenią i podniosą jednych do straży, a drugich do
hufców pomocniczych; bo wyrocznia powiedziała, że państwo u p a d n i e wte­
dy, gdy go będzie strzegł strażnik żelazny albo strażnik z brązu. Ż e b y oni
w ten mit uwierzyli, czy masz na to jaki sposób?
D - N i g d y - powiada - żeby uwierzyli oni sami. Ale gdyby chociaż ich sy­
nowie i wnuki, i inni ludzie, którzy kiedyś przyjdą.
- I to też byłoby dobrze - dodałem - więcej by się wtedy troszczyli o pań­
stwo i o siebie nawzajem, ja mniej więcej rozumiem, co ty masz na myśli.
XXII Tak; to będzie tak lub inaczej, zależnie od tego, jak tradycja tę bajkę po­
prowadzi. My tymczasem tych synów ziemi uzbroimy i wyprowadzimy na
plac z d o w ó d c a m i na czele. Jak się zejdą, niech się rozejrzą po mieście,
w którym by miejscu najlepiej obóz urządzić, skąd by i swoich najłatwiej
poskramiać mogli, gdyby który nie chciał praw słuchać, i skąd by zewnętrz­
nych nieprzyjaciół najlepiej mogli o d p i e r a ć , jeżeliby jakiś wróg nadciągał
E niby wilk na trzodę. A jak obóz rozbiją i złożą ofiarę, k o m u trzeba, niech
sobie urządzą kwatery. Czy jak?
- N o , tak - powiada.
- Nieprawdaż? Takie, które podczas mrozu kryją, a na lato też odpowie­
dnie?
- Jakżeby nie? Ty zdaje się mówisz o pewnych mieszkaniach?
- T a k jest - p o w i e d z i a ł e m . - O m i e s z k a n i a c h wojskowych, a nie o mie­
szkaniach finansistów.
416 - A j a k ż e się ma z n o w u - p o w i a d a - to r ó ż n i ć , t w o i m z d a n i e m , od
tamtego?
- Ja ci spróbuję powiedzieć - dorzuciłem. - Najgorsze to ze wszystkiego
416 A Księga III 115

i największa hańba dla pasterzy, jeżeli takie mają psy i tak je prowadzą - to
przecież pomocnicy przy trzodach - że skutkiem bezkarności i swawoli albo
z głodu, albo pod wpływem jakiegoś innego złego nawyku same psy zaczy­
22
nają owcom dogryzać i robią się nie jak psy, ale jak wilki .
- To straszne - powiada - jakżeby nie?
- Więc trzeba się strzec wszelkimi sposobami, żeby nam pomocnicy cze- B
goś p o d o b n e g o nie urządzili z obywatelami, w o b e c tego że są od nich sil­
niejsi, i zamiast, żeby byli łagodnymi sprzymierzeńcami, nie stali się podob­
ni do panów pełnych dzikości.
- Trzeba się strzec - powiada.
- Nieprawdaż? Najlepszą ochroną przeciw t e m u byłoby to, że są rzeczy­
wiście dobrze wychowani.
- Ależ są - powiada.
A ja d o d a ł e m : - O to się n i e w a r t o s p i e r a ć , k o c h a n y G l a u k o n i e . A o t o ,
cośmy przed chwilą mówili, warto, że powinni odebrać wychowanie właściwe - C
w s z y s t k o j e d n o , j a k i e b y o n o b y ł o - jeśli mają m i e ć w a r u n e k n a j w i ę k s z y
łagodności w stosunku do siebie samych i do tych, których strzegą.
- I to słuszne - powiada.
- Więc oprócz takiego wychowania, powiedzieć by mógł człowiek myślą­
cy, powinni mieć mieszkania i resztę majątku taką, żeby im to nie przeszka­
dzało być jak najlepszymi strażnikami oraz ż e b y ich to nie p o d n i e c a ł o do
krzywdzenia innych obywateli.
- I on prawdę powie. D
- Więc zobacz - d o d a ł e m - czy m o ż e j a k o ś w taki sposób p o w i n n i żyć
i mieszkać, jeżeli mają być takimi. Po pierwsze, żaden z nich nie powinien
m i e ć ż a d n e g o o s o b i s t e g o majątku, chyba ż e n i e z b ę d n a k o n i e c z n o ś ć . P o
drugie, d o m u i spichrza nie p o w i n i e n ż a d e n z nich m i e ć ani ż a d n e g o ta­
kiego pomieszczenia, do którego by nie mógł wejść każdy, kto by chciał.
A na u t r z y m a n i e , j a k i e g o p o t r z e b u j ą z a p a ś n i c y w o j e n n i u m i a r k o w a n i E
i o d w a ż n i , p o w i n n i od i n n y c h obywateli o t r z y m y w a ć żołd w e d ł u g taksy.
Tak wielki, żeby im nic z niego nie zostawało na następny rok, ani żeby im
nie brakło. A będą się stołowali we wspólnym lokalu, jak na wyprawie wo­
jennej, i będą żyli wspólnie. A co do złota i srebra, to powiedzieć im, że je
mają w boskim g a t u n k u w duszy, więc im nie potrzeba ludzkiego i n a w e t
22
Kasta wojskowych wydaje się n i e b e z p i e c z n a dla p o m y ś l a n e g o ustroju. Wojskowi mają b r o ń
w ręku, mogą się narzucić na władców i p r z e p ę d z i ć rząd egzaminowany. Ż e b y t e g o nie zrobili,
trzeba ich wychować o d p o w i e d n i o , to raz, a po drugie dać im mały żołd na u t r z y m a n i e przyzwoi­
te, c h o ć s k r o m n e , a nie d o p u ś c i ć ich do ż a d n e g o k o n t a k t u ze z ł o t e m , aby na nie a p e t y t u nie na­
brali. T r z e b a w nich wmówić, że p i e n i ą d z e to coś poniżej ich godności. A że nie każdy g o t ó w
w to uwierzyć, więc u d o s t ę p n i ć ich mieszkania kontroli p u b l i c z n e j , aby po cichu nie gromadzili
skarbów, co zaostrzać zwykło chciwość ludzką. Wspólny stół im urządzić i w s p ó l n e koszary, jak
w Sparcie. Ż a d n y c h resztówek, ż a d n y c h kolonii, ż a d n y c h działek. Aby myśleli tylko o służbie,
a nie o powiększaniu majątków.
Platon nie ma zbyt wielkiego zaufania do natury ludzkiej i wie, że ludzie sami z własnej ocho­
ty nie urządzą państwa, k t ó r e by mu się podobało. Więc chciałby na nich działać wymową, a wy­
mowie p o m a g a ć p r z y m u s e m i ścisłą kontrolą. T e c h n i k a bardzo współczesna - w zasadzie.
116 Platon, Państwo 417 A

417 by się nie godziło, gdyby się tamto złoto miało od przybytku tutejszego pla­
mić i z nim mieszać, bo z pieniądzem ludzkim wiąże się wiele brudu i nie-
godziwości, a ich złoto n i e c h b y zostało n i e s p l a m i o n e . Im j e d n y m tylko
w całym państwie nie wolno by było złota brać do ręki, ani by się im godzi­
ło tykać złota i srebra, ani być z nim pod j e d n y m d a c h e m , ani je m i e ć na
sobie, ani pić z naczyń srebrnych albo złotych. W ten sposób byliby ocaleni
sami i ocalone byłoby miasto.
Jeżeli oni posiędą ziemię na własność i domy, i pieniądze, to porobią się
B z nich gospodarze i rolnicy, zamiast strażników. I staną się panami i wroga­
mi innych obywateli, a nie sprzymierzeńcami. Będą nienawidzili drugich,
a d r u d z y ich, i będą nastawali na drugich, a d r u d z y na nich, te zasadzki
w z a j e m n e wypełnią im całe życie. O wiele więcej i bardziej będą się bali
wrogów w e w n ę t r z n y c h niż z e w n ę t r z n y c h , a to już b ę d z i e krótka droga do
zguby ich własnej i do zguby reszty państwa.
Więc z tych wszystkich powodów - dodałem - zgodzimy się, że tak trzeba
zorganizować strażników, jeżeli chodzi o mieszkanie i o inne sprawy, i to my
prawem ustalimy. Czy nie?
- Tak jest - powiedział Glaukon.
KSIĘGA CZWARTA

Podchwycił to Adejmant i powiada: - A co byś tak, Sokratesie, powiedział 419


na swoją o b r o n ę , g d y b y ci k t o zarzucił, że jakoś nie b a r d z o są u c i e b i e
szczęśliwi ci ludzie - tak jak ich tworzysz - i to sami sobie winni. Bo tak
naprawdę, to państwo należy do nich, a oni z tego państwa żadnego dobra
nie poliżą, jak to inni, co to sobie dobra ziemskie kupują i stawiają pałace,
p i ę k n e i wielkie, i odpowiednie do nich sobie sprawiają urządzenia, i ofiary
b o g o m składają i n d y w i d u a l n e , i gości przyjmują, i to też, o czym p r z e d
chwilą mówiłeś: mają złoto i srebro, i wszystko, co, wiadomo, powinni mieó
ludzie, którzy mają być szczęśliwi. Tylko po prostu, powiedzieć by mógł 420
ktoś, wyglądają na wojsko zaciężne: siedzą w tym mieście i nic, tylko straż
pełnią.
- Tak jest - d o d a ł e m - i to tylko za wikt, a n a w e t żołdu, prócz tego na
utrzymanie, nie biorą - jak to inni - tak że ani gdyby który chciał za granicę
wyjechać na własny koszt, to nie będzie mógł, ani przyjaciółce coś podaro­
wać, ani na coś innego wydać, jak to wydają pieniądze ci, którzy się wydają
szczęśliwi. To t a k ż e pomijasz w swojej s k a r d z e i wiele i n n y c h z a r z u t ó w
tego rodzaju.
- Owszem - powiada - niech i to należy do skargi 1 .
- Więc co powiemy na swoją obronę, ty się pytasz? B
- Tak.
1
U r z ę d n i c y i ż o ł n i e r z e zaprojektowani w p o p r z e d n i e j księdze, maja, stanowić, j a k e ś m y widzieli,
rodzaj zakonu. Żyć właściwie w ubóstwie, zrzec się życia s e k s u a l n e g o albo je ograniczyć, słuchać
i pilnować praw, a o własnych interesach nie myśleć. T a k i e życie traci urok w oczach A d e j m a n t a
i nie podoba mu się ta rezygnacja ze szczęścia osobistego na stanowisku, które pozwoliłoby i po­
zwala dziś na d o b r o b y t - t e n się wydaje Adejmantowi szczęściem. Sokrates słysząc o d o b r o b y c i e
robi się zgryźliwy i sarkastyczny. Przedrzeźnia Adejmanta, zgłasza niby to pretensje jeszcze dalej
idące: a może by tak wyjazdy za granicę, a może u t r z y m a n k i i i n n e t r w o n i e n i e p i e n i ę d z y ? I do­
daje dwie uwagi na o b r o n ę swego stanowiska: 1. d o b r o b y t nie stanowi szczęścia, więc kasty na­
c z e l n e nie będą go potrzebowały i 2. organizacja państwowa nie powinna być obliczona na szczę­
ście j e d n e j klasy s p o ł e c z n e j , tylko na to, żeby szczęśliwa była całość państwa. D o p i e r o w szczę­
śliwym państwie znajdzie się sprawiedliwość.
T u t a j poetycka personifikacja państwa wywołuje z ł u d z e n i e , jakoby szczęśliwym mógł być k t o ­
kolwiek inny niż j e d n o s t k a ludzka. Przecież szczęśliwa para ludzi to tylko ta, w której obie j e d n o ­
stki są s z c z ę ś l i w e . I n i e w i a d o m o , co by w ł a ś c i w i e m o g ł o z n a c z y ć s z c z ę ś c i e g r u p y l u d z k i e j ,
w której j e d n a klasa ludzi byłaby nieszczęśliwa. Ci, którzy pragną szczęścia całości rezygnując ze
szczęścia klas-i j e d n o s t e k ludzkich, to są doktrynerzy, którym szczęście i nieszczęście ludzkie jest
d o ś ć o b o j ę t n e w g r u n c i e rzeczy, a zależy im na z r e a l i z o w a n i u p e w n e j w y m a r z o n e j organizacji,
choćby z niej n i k t żywy nie miał być zadowolony. Widzieliśmy, że Platon nie bardzo się wzruszał
losem chorych i przestępców, i tych, którzy tracą osoby bliskie; zobaczymy, że i los dzieci niepra­
wych i nie c a ł k i e m z d r o w y c h m a ł o go bolał; on się nie c h c i a ł bawić w s e n t y m e n t y ani folgować
118 Platon, Państwo 420 B

- Tym samym szlakiem - odpowiedziałem - jeżeli b ę d z i e m y szli, to znaj­


d z i e m y , zdaje się, c o n a m w y p a d n i e p o w i e d z i e ć . P o w i e m y , ż e nic b y
w tym nie było dziwnego, jeżeli oni n a w e t i w tym s p o s o b i e największe
szczęście znajdują, i że m y ś m y nie to mieli na oku zakładając p a ń s t w o ,
ż e b y u nas jakaś j e d n a grupa ludzi była osobliwie szczęśliwa, tylko ż e b y
szczęśliwe było, ile m o ż n o ś c i , całe p a ń s t w o . Bośmy sądzili, że w t a k i m
p a ń s t w i e najłatwiej znajdziemy sprawiedliwość, a w najgorzej zorganizo-
C wanym - niesprawiedliwość, i dopiero jak się takim p a ń s t w o m przyjrzymy,
potrafimy sobie wyrobić sąd o tym, czego od dawna szukamy. Więc teraz
robimy m o d e l państwa szczęśliwego tak, jak to r o z u m i e m y - nie b i e r z e m y
j e d n e j części z osobna i nie zakładamy w państwie jakiejś nielicznej grupy
ludzi szczęśliwych, tylko mamy całe państwo na oku. Zaraz b ę d z i e m y oglą­
dali p a ń s t w o u r z ą d z o n e wprost p r z e c i w n i e . Więc to tak, jak byśmy tutaj
posągi kolorowali, a ktoś by przyszedł i robił nam zarzuty mówiąc, że na to,
co jest najpiękniejsze w żywej istocie, nie kładziemy farb najpiękniejszych
- bo p r z e c i e ż oczy to część najpiękniejsza, a nie są p o m a l o w a n e purpurą,
D tylko czarnym kolorem - to nasza obrona byłaby chyba w sam raz, gdyby­
śmy mu powiedzieli: C z ł o w i e k u dziwny, nie sądź, że p o w i n n i ś m y p i ę k n e
oczy tak malować, żeby nawet nie wyglądały na oczy, a p o d o b n i e inne czę­
ści, tylko na to popatrz, czy dając każdej części kolor właściwy robimy całość
piękną. T a k i teraz nie zmuszaj nas, żebyśmy strażnikom t a k i e szczęście
przydzielali, które z nich zrobi wszystko i n n e raczej, tylko nie strażników.
My przecież potrafimy rolników też poubierać w czerwone płaszczyki,
E poobwieszać ich złotem i kazać im ziemię uprawiać dla przyjemności, albo
garncarzom kazać się położyć kolejką od lewej ręki koło ognia, niech prze­
pijają j e d e n do drugiego i jedzą, ile wlezie, a garncarski krążek niech tam
stoi obok; może który zechce trochę pokręcić; potrafimy wszystkich innych
też w t e n sposób uszczęśliwiać, aby całe państwo było szczęśliwe. Ale ta­
kich wskazówek nam nie dawaj. Bo jeżeli ciebie posłuchamy, to ani rolnik
nie będzie rolnikiem, ani garncarz garncarzem, ani nikt inny nie będzie wy-
421 glądał na coś, z czego się robi państwo.
Ale o innych mniejsza. Bo jeżeli mistrzowie od ł a t e k i z e l ó w e k będą li­
cha warci, popsują się i będą udawali, że coś robią, nie b ę d ą c niczym właści-

p o t r z e b o m i z a c h c i a n k o m ludzkiego serca, chciał, w myśli przynajmniej, stworzyć państwo porząd­


n e , bliższe Sparty niż z n i e n a w i d z o n e j demokracji a t e ń s k i e j lub d y k t a t u r y syrakuzariskiej, więc je
organizował w myśli surowo, nie bardzo pytając o to, czy wszyscy będą z tego z a d o w o l e n i . Wielcy
organizatorzy państw nowoczesnych też nie liczyli się z potrzebami wszystkich j e d n o s t e k i wszyst­
kich klas, kiedy uszczęśliwiali swych p o d d a n y c h na swój sposób, a niekiedy wbrew ich woli.
Platon śmieje się z takiego ustroju, w którym każda klasa używałaby darów życia w p e ł n i . To
uważa za możliwe, ale to nie byłoby p a ń s t w o , tylko festyn ludowy. W szczególności warstwa
wojskowa i klasa najwyższych u r z ę d n i k ó w ma z b y t ciężkie i p o w a ż n e obowiązki w p a ń s t w i e jak
na to, ż e b y jej życie m o ż n a było urządzić w postaci trwałego urlopu. I te dwie klasy, i wszystkie
i n n e muszą się zadowolić tylko cząstką z a d o w o l e n i a w ogóle d o s t ę p n e g o i znajdować szczęście
w swojej pracy zawodowej. P r z e d e wszystkim trzeba d b a ć o to, żeby każdy robił swoje - na tym
polega sprawiedliwość - a jakieś szczęście j u ż za tym przyjdzie samo. Uszczęśliwiacze ogółu by­
wają bardzo n i e b e z p i e c z n i dla szczęścia poszczególnych j e d n o s t e k i klas.
421 A Księga IV 119

wie, to nic strasznego dla państwa. Ale strażnicy praw i państwa, jeżeli nimi
być przestaną i będą tylko swoją r o b o t ę udawali, to widzisz chyba, że całe
p a ń s t w o z g r u n t u prowadzą do zguby. A z drugiej strony oni sami mogą się
przy tej sposobności doskonale mieć i mogą być szczęśliwi. Więc jeżeli my
ustanawiamy takich strażników naprawdę, nie przynoszących żadnej szkody B
państwu, a ten ktoś, kto tak mówi, robi z nich jakichś rolników i gospodarzy
- szczęśliwych jakby na festynie ludowym, a nie w p a ń s t w i e - to chyba ma
na myśli coś innego niż państwo. Więc musimy się zastanowić, czy mając to
na oku u s t a n o w i m y strażników na to, aby pośród nich najobficiej szczęście
kwitło, czy też b ę d z i e m y tego życzyli całemu państwu i uważali, czy szczęście
w całym p a ń s t w i e k w i t n i e , a tych p o m o c n i k ó w i strażników zmusimy, ż e b y
t a m t o robili i w t a m t o wierzyli, aby byli jak najlepszymi wykonawcami swo- C
jej roboty, a wszystkich innych tak samo. W ten sposób, kiedy cale p a ń s t w o
b ę d z i e rosło i b ę d z i e d o b r z e zorganizowane, pozwolimy, ż e b y każdą g r u p ę
obywateli natura dopuszczała do udziału w szczęściu.
- Zdaje mi się - powiada - że dobrze mówisz. II
- Ciekaw jestem - dodałem - czy ci się wyda trafne coś, co się z tym wią­
że jak brat z bratem.
- Co takiego?
- Zastanów się, czy to psuje także innych robotników, tak że się robią źli.
- Ale co to takiego? D
- Bogactwo - powiedziałem - i nędza.
- Jakże to?
- Tak to. Jak się garncarz wzbogaci, to myślisz, że zechce się dalej tru­
dnić swoim fachem?
- Nigdy - powiada.
- Zrobi się leniwy i niedbały - jeszcze więcej, niż był.
- I to - powiada - bardzo.
- A jak znowu z biedy nie może sobie kupić narzędzi albo czegoś tam in­
nego, czego potrzebuje w swoim fachu, to i wytwory jego będą gorsze i kie- E
dy swoich synów, albo innych może, będzie uczył, to ich na gorszych robot­
ników wyuczy.
- Jakżeby nie?
- Z a t e m pod wpływem i j e d n e g o , i drugiego - i nędzy, i bogactwa - po­
garszają się wytwory różnych umiejętności i pogarszają się fachowcy.
- Okazuje się.
- Więc zdaje się, żeśmy znaleźli nowe dwie rzeczy dla strażników, na któ­
re powinni uważać na wszelki sposób, aby się to nigdy poza ich plecami nie
wkradło do miasta.
- Co takiego?
- Bogactwo - powiedziałem - i nędza. Bo j e d n o wyrabia zbytek, lenistwo
i dążności w y w r o t o w e , a d r u g i e upadla i rodzi z b r o d n i ę , oprócz dążności 422
wywrotowych.
- Tak jest - powiada. - Ale nad tym się zastanów, Sokratesie, jak to nasze

l
120 Platon, Państwo 422 A

państwo potrafi wojnę prowadzić, jeżeli nie będzie miało pieniędzy. Zwła­
szcza, jeżeli b ę d z i e musiało prowadzić wojnę z p a ń s t w e m wielkim i boga­
2
tym .
- Jasna rzecz - odparłem - że z j e d n y m takim państwem byłoby trudniej,
a z dwoma łatwiej.
B - Jak powiedziałeś? - mówi.
- P r z e d e wszystkim - mówię - jeżeli wypadnie walczyć, to czyż nie będą
walczyli z bogaczami, podczas gdy sami będą zapaśnikami wojennymi?
- To tak - powiada.
- N o , a cóż, Adejmancie - ciągnąłem - j e d e n pięściarz, najlepiej jak tylko
być m o ż e do tej walki przygotowany, myślisz, że nie potrafi sobie łatwo dać
rady w walce z dwoma niepięściarzami, a tylko bogatymi i tłustymi?
- Ale chyba - mówi - nie z dwoma naraz.
C - Czy i wtedy nie, gdyby mu wolno było uciekać, a pierwszego, który by
n a s t a w a ł , bić o d w r ó c i w s z y się, i g d y b y t o c z ę s t o p o w t a r z a ł n a s ł o ń c u
i w upale? Czy nawet i większej ilości takich przeciwników nie potrafiłby
pokonać ktoś taki?
- Oczywiście - powiada - że nic by w tym nie było dziwnego.
- A przecież ty nie myślisz, że ludzie bogaci posiadają większą umiejęt­
ność i mają większe doświadczenie w pięściarstwie niż w sztuce wojennej?
- N o , nie - powiada.
- Z a t e m można się spodziewać, że nasi zapaśnicy będą bez trudności wal­
czyli z nieprzyjacielem liczniejszym dwukrotnie i trzykrotnie.
D - Z g o d z ę się z tobą - powiada - m a m wrażenie, że słusznie mówisz.
- A cóż, gdyby poselstwo wyprawili do innego miasta i powiedzieli praw­
dę, że: My w ogóle nie używamy złota ani srebra, ani się to nam godzi. Za
to wam - wolno. Jeżeli zrobicie z n a m i p r z y m i e r z e wojskowe, b ę d z i e c i e
mieli to, co teraz należy do tamtych. Czy myślisz, że usłyszawszy to wolał­
by ktoś raczej walczyć przeciwko psom - tęgim a chudym, niż przy pomocy
psów z owcami, które są tłuste a delikatne?
- N i e wydaje mi się. Ale jeżeli - powiada - w jednym mieście zgromadzą
się skarby innych miast, to uważaj, czy ono nie zacznie zagrażać miastu nie-
E bogatemu.
- Szczęśliwy z ciebie człowiek; zdaje ci się, że warto nazywać p a ń s t w e m
jakiekolwiek inne, a nie tylko takie, jakie my organizujemy.

2 Jeżeli idealny ustrój ma trwać, muszą strażnicy uważać, żeby w nim o b y w a t e l e nie popadali
w n ę d z ę , i baczyć, żeby się nie wzbogacili z a n a d t o , ponieważ i bogactwo, i nędza prowadzą łatwo
do rewolucji, przy czym bogactwo rozleniwia, a n ę d z a rodzi zbrodnię. M o ż n a się więc i w platoń­
skim p a ń s t w i e s p o d z i e w a ć p o d a t k ó w ciężkich a progresywnych. O w c e będą strzyżone przy sa­
mej skórze. N i e do kieszeni rządzących, ale z a p e w n e do skarbu państwa.
I nie z myślą o przyszłej wojnie. Wojny b ę d z i e wygrywało p a ń s t w o i d e a l n e dzięki swojej
p r z e w a d z e militarno-sportowej, dzięki d o b r e j strategii, intrydze politycznej i dyplomacji, która
potrafi wyzyskiwać antagonizmy s p o ł e c z n e p a ń s t w nieprzyjaznych. Ze wystarczy p a ń s t w u choć­
by tylko tysiąc obrońców, to mówi Platon z uwagi na S p a r t ę , w której w czasach Arystotelesa
i tylu nawet nie było Spartiatów o pełnych prawach.
422 E Księga IV 121

- A jak te inne nazywać? - powiada.


- I n n e trzeba jakimś większym słowem ochrzcić. Przecież każde z nich
to dużo państw, a nie j e d n o państwo. Tak jak pola na szachownicy. Jakkol­
w i e k by było, to w k a ż d y m siedzą p r z y n a j m n i e j dwa państwa, k t ó r e się
zwalczają: państwo ubogich i państwo bogatych. A w każdym z nich znowu
b a r d z o liczne organizacje. Więc jeżeli j e b ę d z i e s z t r a k t o w a ł j a k o j e d n o
państwo, to będzie zupełnie chybione. A jeżeli jako wiele państw, i ofiaru­
jesz j e d n y m pieniądze i wpływy drugich, a nawet ich samych, to zawsze bę­
dziesz miał sprzymierzeńców wielu, a nieprzyjaciół mało. I jak długo twoje
państwo będzie urządzone rozważnie, tak jak się je właśnie zorganizowało,
ono b ę d z i e największe, to znaczy, nie b ę d z i e u c h o d z i ł o za takie, ale naj­
w i ę k s z e naprawdę, choćby sobie liczyło tylko tysiąc obrońców. Tak wiel­
kiego j e d n e g o miasta nie znajdziesz tak łatwo ani pośród Hellenów, ani po­
śród barbarzyńców, a takich niby to - bardzo wiele, i to wiele razy więk­
szych niż miasto tego wzrostu. Czy myślisz inaczej?
- N o , nie, na Zeusa - powiada.
- N i e p r a w d a ż - d o d a ł e m . - To by też była najładniejsza granica dla na­
szych rządzących, do jakiego wymiaru należy miasto powiększać i dla jakie­
go wymiaru miasta jak wielki teren zajmować, a o resztę terenu mniejsza.
- Więc jaka granica? - powiada.
- Ja myślę - o d r z e k ł e m - że taka. Pokąd państwo rozrastające się zechce
jeszcze być jednością, potąd je powiększać, a poza tę granicę nie! 3
- To ładnie - powiada.
- N i e p r a w d a ż ? W i ę c i to t e ż n o w e p r z y k a z a n i e d a m y s t r a ż n i k o m ; na
wszelki sposób niech pilnują, żeby państwo nie było ani małe, ani pozornie
wielkie, ale jakoś tak w sam raz, a jedno.
- To chyba drobiazg - powiada - takie przykazanie.
- A jeszcze większy drobiazg - dodałem - to ten, o którymeśmy i przed­
t e m wspomnieli, k i e d y ś m y mówili, że trzeba, gdyby się k o m u ś ze strażni­
k ó w u r o d z i ł p o t o m e k p o ś l e d n i e j s z e g o t y p u , o d e s ł a ć g o d o i n n e j klasy,

3
P a ń s t w o p l a t o ń s k i e nie ma być imperialistyczne i nie b ę d z i e w y m a g a ł o n i e s k o ń c z o n e j prze­
strzeni do życia. G r a n i c e zbyt o b s z e r n e groziłyby r o z p a d e m . Z a t e m ramy p r z e s t r z e n n e zostają
n i e o k r e ś l o n e właściwie. Rozszerzać je tak długo, jak d ł u g o uda się zachować j e d n o ś ć państwa.
To granice dość o b s z e r n e j e d n a k . Tę zasadę akcentuje Platon j a k o doniosłą, nazywając ją j e d n o ­
c z e ś n i e drobiazgiem, p o d o b n i e jak zasadę ścisłej specjalizacji, tę p o d w a l i n ę jedności i „sprawie­
dliwości".
T r z e c i a rzecz arcyważna to w y c h o w a n i e d u c h o w e i fizyczne m ł o d z i e ż y , w a r u n e k trwałości
i d o s k o n a l e n i a się ustroju. Od n i e c h c e n i a w tej chwili jest d o t k n i ę t a po raz pierwszy sprawa
w s p ó l n o ś c i k o b i e t i d z i e c i , j a k b y n i e i s t o t n a . Przyjdzie czas na jej r o z w a ż e n i e s z c z e g ó ł o w e
później, w księdze V. Na razie Platon nie chce zrażać czytelnika rozwijaniem drażliwego t e m a t u
już teraz.
Przestrzega, jak tylko m o ż e , przed nowymi p r ą d a m i w m u z y c e , bo o n e przynoszą ze sobą
przewroty polityczne. T e n k o n s e r w a t y z m może dziwić na pierwszy rzut oka, ale wystarczy sobie
p r z y p o m n i e ć , jak troskliwie przestrzega na przykład Kościół swojego stylu w m u z y c e w ciągu
w i e k ó w w p o d o b n e j myśli; albo z w a ż y ć , jak z n a m i e n n a była dla a t m o s f e r y p o w o j e n n e j fala
jazzbandu, albo p r z y p o m n i e ć m u z y k ę atonalną razem z wierszami dadaistycznymi i z futuryzmem
w malarstwie, żeby się nie tak dziwić Platonowi.
122 Platon, Państwo 423 D

D a gdyby się w innej klasie trafił zdolny, dać go do strażników. To miało


znaczyć, że spośród innych obywateli do czego się ktoś urodził, do tej robo­
ty trzeba każdą jednostkę przydzielić, tak żeby się każdy czymś jednym, co
do niego należy, zajmował i każdy był czymś jednym, a nie większą ilością
jednostek. W cen sposób i całe państwo zrośnie się w jedność, a nie rozpa­
dnie się na wiele państw.
- To jest - powiada - drobiazg, jeszcze mniejszy od tamtego.
- Toż ci my - dodałem - Adejmancie miły, nie dajemy im przykazań licz­
nych ani wielkich, jakby się to komuś mogło wydawać, tylko same drobia­
zgi, byleby tylko, jak to mówią, j e d n e j a wielkiej rzeczy strzegli, a raczej
E nie tak wielkiej, ile odpowiedniej.
- Czego takiego? - powiada.
- Chodzi o wychowanie duchowe i fizyczne. Bo jeżeli będą dobrze wy­
chowani i będą przez to ludźmi jak się należy, wszystko to potrafią łatwo
sami przejrzeć na wskroś i wiele innych rzeczy też, które my teraz pomija­
my, jak stosunki z kobietami i małżeństwa, i robienie dzieci, że co wszyst­
ko, jak powiada przysłowie, wszystko powinno być ile możności wspólne, bo
424 wspólna jest dola przyjaciół.
- To by było najwłaściwsze - powiada.
- I wiesz - powiedziałem - jak ustrój państwowy raz dobrze ruszy z miej­
sca, to będzie szedł, będzie się obracał jak koło i rósł. Bo wychowanie fi­
zyczne i duchowe, jeżeli będzie należyte a ustalone, będzie urabiało dobre
natury, a znowu natury należyte, przesiąkłe tym wychowaniem, zrobią się
jeszcze lepsze niż pokolenie poprzednie - i w ogóle, i jeśli idzie o rozpłód -
B podobnie jak u innych żywych istot.
- Naturalnie - powiada.
- Więc krótko mówiąc, tego się powinni trzymać ci, którym troska o pań­
stwo leży na sercu, aby się państwo za ich plecami nie psuło. N a d e wszyst­
ko niech na to uważają, aby się tam jakieś nowe prądy nie wkradły w dzie­
dzinie kultury cielesnej i duchowej wbrew porządkowi. Tego niech pilnują
jak tylko można i niech się boją, kiedy ktoś powie, że ta pieśń:

...najwięcej się ludziom podoba,


Którą pośród śpiewaków najnowsza moda przynosi.

Aby nieraz ktoś nie sądził, że poeta mówi tutaj nie o nowych pieśniach, ale
C o nowym stylu śpiewania, i żeby tego nikt nie chwalił. Nie należy tego ani
chwalić, ani czegoś podobnego u poety przyjmować. Trzeba się wystrzegać
przełomów i nowości w muzyce, bo to w ogóle rzecz niebezpieczna. Nigdy
nie zmienia się styl w muzyce bez przewrotu w zasadniczych prawach poli­
tycznych. Tak mówi Damon, a ja mu wierzę.
- M n i e też - powiada Adejmant - możesz zaliczyć do grona przekonanych.
DIV - Z a t e m wieżę strażniczą trzeba s t r a ż n i k o m w y b u d o w a ć gdzieś t u t a j ,
w zakresie muzyki.
424 D Księga IV 123

- Tak - powiada - łamanie praw muzyki łatwo się wślizguje niepostrzeżenie.


- Tak - dodałem - jako rodzaj zabawki i niby to nie przynosi żadnej szkody.
- Bo ono i nie przynosi - dodał - żadnej innej szkody, tylko pomału i po
cichu wchodzi w zwyczaj i podpływa pod obyczaje i sposób bycia. Stąd
większym s t r u m i e n i e m zaczyna zalewać stosunki wzajemne i interesy,
a z interesów przechodzi na prawa i ustroje polityczne już bez żadnej tamy E
i hamulca, mój Sokratesie, aż w końcu przewraca do góry nogami całe życie
prywatne i publiczne 4 .
- N o , dobrze - powiedziałem. - Tak to już jest.
- Zdaje mi się - powiada.
- N i e p r a w d a ż więc - d o d a ł e m - jakeśmy na początku mówili, n a w e t za­
bawki naszych c h ł o p c ó w p o w i n n o p r z e n i k a ć p o c z u c i e prawa, bo jak się
w nich zacznie prawo łamać, to niepodobna, żeby się w chłopcach poczucie
prawa rozwinęło i żeby z nich wyrośli dzielni ludzie. 425
- Jakżeby nie? - powiada.
- A j a k się c h ł o p c y zaczną bawić ł a d n i e i za p o ś r e d n i c t w e m m u z y k i
przejmą się poczuciem prawa, to wprost przeciwnie jak u tamtych, ona im
towarzyszy we wszystkim, rozrasta się i naprawia niejedno, co może przed­
tem w państwie było w upadku.
- To rzeczywiście prawda - powiada.
- Oni wtedy - ciągnąłem - odszukują takie, zdawałoby się drobne, zasady
prawa, które poprzednie pokolenie zatraciło całkiem.
- Jakie?
- Ano takie, żeby młodsi milczeli przy starszych, jak wypada, i nie siadali
wyżej od nich, i wstawali, jak mówią, i objawiali szacunek rodzicom, i strzy- B
gli się przyzwoicie, i na ubranie uważali, i na obuwie, i w ogóle na cały wy­
gląd zewnętrzny i inne rzeczy w tym rodzaju. Czy nie sądzisz?
- N o tak.
- Ale ujmować to w przepisy p r a w n e g ł u p i o . Bo ani się to da, ani się
utrzymać potrafi, jeżeliby takie prawa ująć w słowa i w litery.
- Ależ jak?
- Więc zdaje się - dodałem - Adejmancie, że z wychowaniem to tak: jak
k t o ś z miejsca ruszy, to tak już p o t e m i j e d z i e . Czy p o d o b n e do s i e b i e C
czynniki nie ciągną j e d n e za drugimi?
- N o , cóż.
- I w końcu, uważam - a zgodzimy się może - robi się z nich jedna wielka
całość, skończona i mocna - albo dobra, albo i przeciwnie.
4
Platon rozwija sprawę wpływu sztuki na postawę duchową i obyczaje ludzi, a przez to na sto­
sunki p o l i t y c z n e . My z n o w u w i e m y , jakie z n a c z e n i e dziejowe miat dla nas M a t e j k o , G r o t t g e r ,
S i e n k i e w i c z - muzycy chyba mniej, m o ż e Nikorowicz i M o n i u s z k o , i b e z i m i e n n e pieśni n a r o d o ­
we. To się wydaje niewątpliwe, że famanie r o z u m n e j formy w s z t u c e ma swoje o d p o w i e d n i k i
w obyczaju i w stylu życia. Platon zaleca skrajny k o n s e r w a t y z m i nie znosi wszelkiej cyganerii.
C o prawda, k o n s e r w a t y z m d o p i e r o o d jutra, b o własnym p r o g r a m e m ustroju zmierza d o p r z e ­
wrotu skrajnego, od f u n d a m e n t ó w . Drobiazgów życia k u l t u r a l n e g o nie chce ujmować w ustawy,
ani drobiazgów życia gospodarczego, jak to robią d a r e m n i e współczesne mu Ateny.
124 Platon, Państwo 425 C

- C z e m u by nie? - powiada.
- W i ę c j a k i e - z a p y t a ł e m - na bogów? Sprawy targowe, g d z i e c h o d z i
0 k o n t r a k t y na r y n k u , j a k i e tam który z d r u g i m zawarł, a j a k c h c e s z to
D i u m o w y z robotnikami, i sprawy o obrazę czci, i o pobicie, i sprawy mie­
szkaniowe, i terminy rozpraw, i ustanawianie sędziów albo ściąganie lub na­
kładanie podatków, może tam gdzieś jakichś potrzeba na targach albo w po­
rtach; w ogóle jakieś tam ustawy targowe albo policyjne czy portowe i inne
tego rodzaju, czy zaryzykujemy ustalanie prawem którejś z tych rzeczy?
- N i e godzi się - powiada - ludziom pierwszej klasy dawać takich pole­
c e ń . Wielu z tych rzeczy, jeżeli która powinna być prawem ustalona, oni
chyba łatwo sami dojdą.
E - Tak jest, mój kochany - d o d a ł e m - jeżeli im tylko bóg pozwoli zacho­
wać te prawa, któreśmy przedtem przeszli.
- A jeżeli nie - powiada - to b ę d ą wciąż d u ż o takich u s t a w wydawali
1 znowu je naprawiali, i tak całe życie, myśląc, że jakoś uchwycą to, co naj­
lepsze.
- Mówisz - dodałem - że będą w t e d y żyli tak, jak ci, co chorują, a przez
brak karności wewnętrznej nie chcą wyleźć z niewłaściwego trybu życia.
- Tak jest.
426 - Rzeczywiście; sympatyczne to ich życie. Leczą się wciąż, a zawsze bez
skutku. Tyle tylko, że wyrabiają sobie choroby bardziej różnorodne i więk­
sze, a wciąż się spodziewają, że gdyby im ktoś lekarstwo doradził, to do­
piero od niego byliby zdrowi.
- Rzeczywiście - powiada - że taki stan przypomina takich chorych.
- No cóż? - mówię. - A czy t e n ich rys nie ma swojego wdzięku: za naj­
gorszego wroga uważają tego, który prawdę mówi, że pokąd się nie przesta­
li niesz zapijać i objadać, i nie skończysz z Afrodytą i z próżniactwem, to ani
ci lekarstwa nic nie pomogą, ani wypalania, ani operacje, ani zamawiania,
ani medaliki, ani żaden inny środek tego rodzaju?
- To nie jest wielki wdzięk - powiada. - Gniewać się na tego, co dobrze
mówi, to nie jest żaden wdzięk.
- Zdaje się - dodałem - że ty nie jesteś wielbicielem takich ludzi.
- Zgoła nie, na Zeusa.
V - I gdyby całe państwo, jakeśmy przed chwilą mówili, postępowało w ten
sposób, to go nie pochwalisz. Czy nie uważasz, że tak samo robią te pań­
stwa, które mają złą organizację, a zakazują obywatelom, żeby całej konsty-
C tucji państwa nie naruszali, bo zginie, kto by się tego dopuszczał. A kto się
im przy ich o b e c n e j organizacji najuprzejmiej kłania i służy na dwóch łap­
kach, i podbiega, odgaduje ich zamiary, a potrafi je spełniać, t e n d o p i e r o
będzie dobry i mądry, i do wielkich interesów, i będą go czcią otaczali?
- M n i e się - powiada - też wydaje, że oni właśnie to robią, i nie chwalę
im tego ani trochę.
D - A j e ż e l i z n o w u k t o ś c h c e o d d a w a ć usługi t a k i m m i a s t o m i objawia
ochotę do tego, to czy nie podziwiasz u niego odwagi i dobrych chęci?
426 D Księga IV 125

- Owszem - powiada - tylko nie tych, którzy się im dali nabrać i teraz im
się zdaje, że są n a p r a w d ę m ę ż a m i s t a n u , d l a t e g o że ich chwalą s z e r o k i e
koła.
- Jak mówisz? - z a p y t a ł e m . - Czy nie p r z e b a c z a s z t y m ludziom? Jeśli
ktoś mierzyć nie umie, a tu mu wielu takich samych jak on mówi, że on ma
cztery łokcie wzrostu, to czy on może myśleć inaczej o sobie samym?
- N o , i tak też nie - powiada. - Jeżeli o to chodzi. I
- Więc się nie gniewaj. To może i najsympatyczniejsi tacy ludzie; wciąż
wydają ustawy w tym rodzaju, jakeśmy to przed chwilą przeszli, i wciąż coś
poprawiają, a zawsze im się zdaje, że dojdą jakiegoś końca z tymi przestęp­
stwami w kontraktach i w tych sprawach, o których przed chwilą mówiłem,
a nie wiedzą, że w rzeczywistości to jest tak, jakby hydrze łby obcinali 5 .
- N o , tak - powiada - przecież nic innego nie robią.
- Więc ja uważam - ciągnąłem dalej - że tego rodzaju ustawami i sprawa- 4i
mi administracji państwa ani w źle, ani w dobrze zorganizowanym państwie
prawdziwy ustawodawca nie powinien sobie głowy zaprzątać, bo w pierw­
szym w y p a d k u to się na nic nie przyda i nic więcej, a w drugim kto bądź
z nich sam na to wpadnie albo to samo wypłynie z zarządzeń poprzednich.
- Więc co by nam - powiada - jeszcze zostało z ustawodawstwa? I
- Ja p o w i e d z i a ł e m : „ n a m nic, ale Apollonowi D e l f i c k i e m u ustawy naj­
ważniejsze i najpiękniejsze, i pierwsze spośród ustaw".
- Jakie? - powiada.
- Stawianie świątyń i ofiary, i w ogóle kult bogów, d u c h ó w i bohaterów.
G r z e b a n i e zmarłych też i jak im trzeba służyć, żeby ich sobie usposobić ła­
skawie. Bo takich rzeczy my nie w i e m y i zakładając państwo nikogo in­
nego nie b ę d z i e m y słuchali, jeżeli mamy rozum, i nie b ę d z i e m y się nikogo C
i n n e g o w tych sprawach radzili, jak tylko boga naszych ojców. T e n bóg
przecież w tych rzeczach jest dla wszystkich ludzi doradcą, którego ojcowie
czcili, na środku ziemi siedzi, na samym jej pępku, i stamtąd rady daje.
- P i ę k n i e mówisz - powiada. - Trzeba tak robić.
- Więc już byś miał założone swoje państwo, synu Aristona. A teraz się VI
w nim rozejrzyj, o światło się skądś postaraj należyte i brata swego zawołaj,
i Polemarcha, i tych innych, może jakoś dojrzymy, gdzie by tam w nim była
sprawiedliwość, a gdzie n i e s p r a w i e d l i w o ś ć i czym się o n e obie od siebie

5
J a d o w i t e strzały w s t r o n ę w s p ó ł c z e s n y c h państw, k t ó r e pod kari) śmierci konserwują, swój
z g r u n t u zły ustrój, a dopuszczają do wpływów politycznych tylko j e d n o s t k i a m b i t n e , ale m a ł e .
Sprawę kultu religijnego zostawia Platon k a p ł a n o m Apollona w Delfach. C z e m u ? Bo szanuje
tradycję ojczystą na tym p u n k c i e , a mało go to kosztuje, p o n i e w a ż i tak wiedza żadna nie infor­
muje o tym, jak właściwie najlepiej wpływać na bogów - pamiętajmy, co o tym Platon myślał
w k s i ę d z e II i III - ani jak najlepiej grzebać trupy i jak czcić bogów i bohaterów. A że Apollon
Delficki cieszy się czcią w całej Grecji i poza Grecją, więc zostać przy tradycji i radzić się Apol­
lona, zwyczajem ojców. N i e p o d o b n a uwierzyć, żeby Platon bez u ś m i e c h u pisał o tym p ę p k u
matki z i e m i , na którym Apollon w Delfach siedzi i stamtąd rady daje. W Delfach p o k a z y w a n o
stożkowaty kawał białego m a r m u r u i mówiono, że oznacza ś r o d e k z i e m i . Ale Platon nie musiał
tego brać dosłownie i w tej chwili na p e w n o przymrużył j e d n o oko.
126 Platon, Państwo 427 D

różnią i którą z nich trzeba zdobyć, jeżeli się chce być szczęśliwym; wszyst­
ko j e d n o , czy o tym będą wiedzieli, czy nie będą wiedzieli wszyscy bogo­
6
wie i ludzie .
E - Mówisz ni to, ni owo - powiedział Glaukon. - Ty przecież przyrzekłeś
szukać sam, bo ci się nie godziło nie stawać w obronie sprawiedliwości we­
dług sił i na wszelki sposób.
- Prawda jest - odparłem - to, co przypominasz. Więc trzeba tak zrobić,
ale trzeba i was zebrać.
- Owszem - powiada - i my to zrobimy.
- S p o d z i e w a m się więc - d o d a ł e m - że my to znajdziemy w t e n sposób.
Myślę, że wasze miasto, skoro się je dobrze założyło, jest całkowicie dobre.
- Z konieczności - powiada.
- Z a t e m jasna rzecz, że jest mądre i m ę ż n e , i p e ł n e rozwagi, i sprawiedliwe.
- Jasna.
- A prawda, że którekolwiek z tych cech w nim znajdziemy - to, co zosta­
nie, będzie tym, czegośmy nie znaleźli?
- A cóż?
- Więc tak samo, jak byśmy w czymkolwiek szukali jednej rzeczy spośród
428 c z t e r e c h i n n y c h , to g d y b y ś m y ją od razu rozpoznali, wystarczyłoby n a m ,
a gdybyśmy naprzód rozpoznali t a m t e trzy rzeczy, to już tym samym byłaby
rozpoznana i ta czwarta, szukana. Bo jasna rzecz, że to by już nie było nic
innego, tylko ta reszta.
- Słusznie mówisz - powiada.
- T a k s a m o i t u t a j . S k o r o c h o d z i w ł a ś n i e o c z t e r y rzeczy, to t r z e b a
szukać tak samo?
- Jasna rzecz.
- Więc m n i e się zdaje, że w tym mieście naprzód się rzuca w oczy mą-
B drość. I coś dziwnego, jak to zdaje się z nią jest.
- Co? - powiada.
- N a p r a w d ę , mądre mi się wydaje to państwo, któreśmy przeszli, bo do­
brze sobie radzi. Czy nie?

6
Pierwsze słowa tego rozdziału mówi Sokrates do Adejmanta, a równocześnie mówi te same sło­
wa Platon sam do siebie. C z u ć p e w i e n h u m o r w pisaniu, jakby autor dobiegał do mety; teraz na­
reszcie p o k a ż e sprawiedliwość w i d e a l n y m państwie, k i e d y je naszkicował w zarysie. Ale drogę
obiera jakąś pośrednią. Z a m i a s t wskazać po prostu, co ma na myśli, on to d o p i e r o odszuka, wy­
wnioskuje to m e t o d ą reszty. A mianowicie, p a ń s t w o d o b r e musi być m ą d r e , m ę ż n e , o p a n o w a n e
i sprawiedliwe. To będą jego wszystkie zalety. To trzeba też założyć, jeżeli r a c h u n e k ma się tu
na coś przydać. Otóż, jeśli państwo nie ma więcej zalet, jak tylko cztery, i jeśli się uda w nim
wyróżnić i wskazać, na czym polegają trzy spośród nich, a mianowicie mądrość, m ę s t w o i o p a n o ­
wanie, to zaleta pozostała b ę d z i e sprawiedliwością. Droga dość sztuczna i na s z t u c z n y c h założe­
niach oparta. Państwo jest tutaj pojęte z góry jakby j e d n o s t k a ludzka i ma posiadać te same zale­
ty, co poszczególny człowiek. I tak jak w poszczególnych częściach ciała l u d z k i e g o mają tkwić
p o s z c z e g ó l n e dyspozycje psychiczne człowieka, tak i zalety państwa i d e a l n e g o mają m i e s z k a ć
w poszczególnych klasach jego obywateli.
A z a t e m mądrość, czyli zdolność do radzenia sobie w polityce, oparta na wiedzy, tkwi w straż­
nikach doskonałych, czyli w rządzie. Państwo nazywa się jako całość mądre, jeśli ma mądry rząd.
428 B Księga IV 127

- Tak.
- A to właśnie, to radzenie sobie, jasna rzecz, że to jest jakaś wiedza, bo
przecież ludzie nie dzięki głupocie, ale dzięki wiedzy radzą sobie dobrze.
- Jasna rzecz.
- A w mieście jest wiele różnych rodzajów wiedzy?
- Jakżeby nie?
- Więc czy to z uwagi na umiejętności cieśli należy miasto nazywać mą­
drym i przyznawać mu dar dobrej rady?
- N i g d y - powiada. - Z uwagi na to, niech się nazywa miastem dobrych C
cieśli.
- I nie z uwagi na wiedzę o budowaniu sprzętów drewnianych, nie dlate­
go, że jakoś sobie radzi na to, aby o n e były jak najlepsze - nie d l a t e g o
trzeba miasto nazywać mądrym.
- Oczywiście, że nie.
- Więc co? M o ż e ze względu na w i e d z ę o brązie albo jakąś inną z ta­
kich?
- Ani jakąkolwiek - powiada.
- Ani o tę wiedzę nie chodzi, która uczy o tym, jak to plon z ziemi wyra­
sta? Bo to umiejętność rolnicza.
- Zdaje mi się.
- Więc cóż? - powiedziałem - czy istnieje w tym mieście, któreśmy świe­
żo założyli, u n i e k t ó r y c h o b y w a t e l i j a k a ś w i e d z a , k t ó r a s o b i e radzi n i e
z k i m ś tam lub z czymś, co jest w mieście, ale radzi sobie z całym part- D
stwem i wyznacza, w jaki sposób ono powinno traktować samo siebie oraz
inne państwa, tak aby wszystko było jak najlepiej?
- Jest przecież.
- A któraż to i w których obywatelach tkwi?
- To - powiada - ta wiedza strażnicza i ona tkwi w tych rządzących, któ­
rych teraz nazywamy strażnikami doskonałymi.
- Z uwagi na tę wiedzę jak państwo nazywasz?
- Mówię, że umie sobie radzić i jest naprawdę mądre.
- A czy myślisz - dodałem - że w mieście b ę d z i e m y mieli więcej kowali E
czy tych prawdziwych strażników?
- O wiele więcej kowali - powiada.
- Nieprawdaż? - mówię. I tych innych, którzy posiadają jakieś umiejęt­
ności i dlatego się tak lub inaczej nazywają. Z nich wszystkich, tych będzie
chyba najmniej?
- Z wszelką pewnością.
- Z a t e m państwo założone zgodnie z naturą, z uwagi na tę najmniej licz­
ną klasę, na tę swą najmniejszą cząstkę i na wiedzę, która w tej klasie tkwi,
ze względu na to, co stoi na czele i rządzi, gotowo się i całe państwo nazy­
wać mądre. I zdaje się, że to z natury będzie rodzaj najmniej liczny, które- 429
mu wypada mieć w sobie coś z tej wiedzy, która sama j e d n a tylko spośród
wszystkich innych gałęzi wiedzy zasługuje na nazwę mądrości.
128 Platon, Państwo 429 A

- Z u p e ł n i e słusznie mówisz - powiada.


- Z a t e m tę jedną spośród czterech rzeczy - sam nie wiem, jakim sposo­
b e m - znaleźliśmy i znaleźliśmy to miejsce w państwie, w którym ona tkwi.
- M n i e się przynajmniej zdaje, że zupełnie dobrześmy znaleźli.
VII - A męstwo znaleźć samo i wskazać to, gdzie ono w państwie tkwi, tak że
i państwo zyskuje taki przydomek - to nie bardzo trudno dojrzeć.
B - Jakże to?
- Jeżeliby ktoś nazywał państwo tchórzliwym albo m ę ż n y m - ciągnąłem
dalej - to na jaką by inną część patrzał, jak nie na tę, która walczy i na wy­
prawy ciągnie w jego obronie? 7
- N i k t by na nic innego nie patrzał - powiada.
- Bo m a m wrażenie - d o d a ł e m - że gdyby jacyś inni ludzie w p a ń s t w i e
byli tchórzliwi lub mężni, to by wcale nie mogło wpłynąć na to, żeby pań­
stwo było takie lub owakie.
- N o nie.
- Z a t e m i m ę ż n y m państwo jest dzięki p e w n e j swojej cząstce. D l a t e g o
C że ma w niej taką z d o l n o ś ć , k t ó r a w k a ż d y m w y p a d k u z a c h o w a o p i n i ę
0 tym, co jest straszne - że straszne są tylko te i takie rzeczy, k t ó r e i jakie
podał w tym świetle prawodawca w wychowaniu. Czy nie to nazywasz mę­
stwem?
- N i e bardzo zrozumiałem to, coś powiedział; powiedz to jeszcze raz.
- Ja mówiłem, że zachowaniem czegoś jest męstwo.
- Ależ jakim zachowaniem?
- Zachowaniem pewnego przekonania, które prawo z pomocą wychowania
wywołało; p r z e k o n a n i e dotyczy tego, co straszne, i mówi, k t ó r e rzeczy są
D straszne i jakie rzeczy. A „w k a ż d y m wypadku z a c h o w a ć " to r o z u m i a ł e m
tak, że zachowa je i w przykrościach, i w przyjemnościach, i w pożądaniach,
1 w obawach, i nie wyrzuci go za płot. A do czego mi się to wydaje podob­
ne, mam ochotę powiedzieć ci to obrazowo, jeżeli chcesz.
- Ależ chcę.
- Ty wiesz, prawda - ciągnąłem - że farbiarze, kiedy chcą ufarbować we­
łnę tak, żeby była purpurowa, wtedy spośród tylu barw wybierają jedną: na­
t u r ę bieli i p o t e m z n i e m a ł y m z a c h o d e m zaprawiają materiał, aby przyjął
białość ile możności najświetniejszą, i d o p i e r o tak farbują. Co było tym
E sposobem barwione, staje się nie do wyprania i żadne pranie, z m y d ł e m czy
bez mydła, nie zdoła t a k i e m u materiałowi zabrać świetności barwy. A jak

7
D r u g a zaleta państwa, męstwo, mieszka, oczywiście, w wojskowych, a polega na trwałym, nie­
o d p a r t y m i n i e z a c h w i a n y m p r z e k o n a n i u , że straszne jest tylko to, co prawo nazywa strasznym,
i nic poza tym. My dziś m ę s t w o widzimy raczej w zdolności do działania w warunkach, które by
mogły budzić strach, a nie w trwałości p r z e k o n a ń narzuconych czy podanych w szkole. Bo zdarza
się, że ktoś jest g ł ę b o k o p r z e k o n a n y , że n i e t o p e r z e , padalce lub zaskrońce nie są z w i e r z ę t a m i
strasznymi, że niczym człowiekowi nie zagrażają, a j e d n a k boi się ich i nic na to nie u m i e pora­
dzić. To samo dotyczy wielu innych nieracjonalnych fobii.
T e m a t m ę s t w a obiecuje Platon poruszyć o s o b n o . Z u p e ł n i e , jakby z a p o w i a d a ł o p r a c o w a n i e
i wydanie swego Lachesa.
429 E Księga IV 129

n i e , to wiesz, co się robi, k i e d y się coś w i n n y c h kolorach farbuje albo


i w tych samych, ale bez uprzedniej zaprawy.
- Wiem - powiada - że to w praniu pełznie i śmiechu warte.
- Więc przyjmij - ciągnąłem dalej - że coś takiego robimy i my w e d ł u g
sił, kiedyśmy wybrali żołnierzy i wykształcili ich z pomocą muzyki i gimna­
styki. Uważaj, że m y ś m y do niczego i n n e g o nie zmierzali, jak tylko do 430
tego, żeby oni nam jak najpiękniej praw słuchali i w ten sposób jakby farbę
przyjęli, tak aby ich p r z e k o n a n i e było nie do wyprania i co się tyczy tego,
co straszne, i w i n n y c h sprawach; d l a t e g o że i n a t u r ę mają o d p o w i e d n i ą ,
i wychowanie; aby z nich farby nie wypłukały te mydła, które umieją wy­
płukiwać do czysta, a mianowicie rozkosz, ona to potrafi zrobić lepiej niż B
wszelka soda i wszelkie proszki, ani ból, ani strach, ani żądza - to silniejsze
niż każde inne mydło. Więc taką moc i zachowanie poprzez wszystkie wy­
padki słusznego i nakazanego prawem sądu o tym, co straszne, a co nie, ja
nazywam m ę s t w e m i tak zakładam, jeżeli ty nie będziesz jakiegoś i n n e g o
zdania.
- N i e - powiada - ja nic nie mówię. M a m wrażenie, że ty słuszny sąd
o tych samych rzeczach, ale nie wyrosły na tle wychowania, jak to bywa
u zwierząt albo u niewolników, uważasz za coś, co nawet nie bardzo idzie
po myśli prawa, i nazywasz go inaczej, a nie m ę s t w e m .
- Z u p e ł n i e słusznie mówisz - odparłem. C
- Więc ja przyjmuję, że to jest męstwo.
- Przyjmij - powiedziałem - że to jest męstwo obywatelskie, a przyjmiesz
słusznie. Jeżeli zechcesz, to sobie o tym innym razem ładniej pomówimy.
Bo teraz żeśmy nie tego szukali, tylko sprawiedliwości. Więc jeśli chodzi
o szukanie tamtego, to ja mam wrażenie, że to już wystarczy.
- P i ę k n i e mówisz - powiada.
- Z a t e m jeszcze dwie rzeczy - ciągnąłem dalej - pozostały, które trzeba VIII
zobaczyć w mieście: rozwaga i to, dla czego szukamy wszystkiego: sprawie- D
dliwość.
- Tak jest.
- Ale jak byśmy mogli znaleźć sprawiedliwość, nie zadawszy sobie na­
przód trudu z szukaniem rozwagi?
- Więc ja - powiada - nie wiem i nawet bym nie chciał, żeby ona się na­
przód pokazała, jeżeli się p r z e d t e m nie z a j m i e m y rozwagą. Więc j e ż e l i
chcesz mi zrobić przyjemność, to zajmij się nią najpierw, a tamtą później 8 .
- Owszem - mówię - ja mam ochotę, jeżeli tylko mam słuszność.
- Więc rozpatruj - powiada. E
- Trzeba rozpatrzyć - d o d a ł e m . - Więc, o ile to ode m n i e widać, to roz-

8
T r z e c i a zaleta, rozwaga, czyli panowanie nad sobą, polega na poddaniu pożądań rozumowi; czą­
stki człowieka gorszej j e g o cząstce lepszej. To samo b ę d z i e zaletą i d e a l n e g o państwa, w k t ó r y m
część ludności, wytwarzająca i pracująca przy wymianie dóbr wytworzonych - cząstka z d a n i e m
P l a t o n a gorsza - b ę d z i e p o d d a n a inteligencji rządzącej, która stanowi w państwie c z ą s t k ę naj­
lepszą.
130 Platon, Państwo 430 E

waga jest podobna do pewnego współbrzmienia i do harmonii raczej niż to,


co p r z e d t e m .
- Jak to?
- Rozwaga to jest pewien ład i w e w n ę t r z n e p a n o w a n i e nad przyjemno­
ściami i nad żądzami, jak się to mówi. Mówi się przecież o mocy nad sobą,
sam nie wiem dobrze, co to znaczy, i inne jakieś takie jakby jej ślady spoty­
ka się w mowie potocznej. Czy nie?
- Ależ na każdym kroku - powiada.
- Nieprawdaż? A to „panowanie nad sobą" to zabawny zwrot. Bo panu­
jący nad sobą m u s i a ł b y z a r a z e m sobie p o d l e g a ć , a p o d d a n y sobie b y ł b y
431 panującym. Bo przecież w tych wszystkich zwrotach mówi się o j e d n y m
i o tym samym człowieku.
- C z e m u by nie?
- Ja m a m wrażenie - dodałem - że t e n zwrot znaczy to, że w samym czło­
wieku, w jego duszy, jest pewna cząstka najlepsza i jest inna, gorsza. I kie­
dy to, co z natury lepsze, panuje nad tym, co gorsze, to znaczy, że człowiek
p a n u j e nad sobą i to się chwali; a kiedy s k u t k i e m złego wychowania albo
jakiegoś towarzystwa wielka ilość tego, co gorsze, zacznie opanowywać pier-
B wiastek lepszy, bo on jest mniejszy, to się już gani i to jakby impertynencja
powiedzieć o kimś, że nie ma mocy nad sobą i że się oddaje rozpuście czło­
wiek tak dysponowany.
- Zdaje się, że tak - powiada.
- Więc popatrz - dodałem - na nasze nowe miasto, a znajdziesz, że w nim
coś i n n e g o mieszka. Powiesz, że słusznie mu trzeba przyznać p a n o w a n i e
nad sobą, jeżeli się panowanie nad sobą i rozwagę przyznaje t e m u , w kim
cząstka lepsza panuje nad gorszą.
- Ja patrzę - powiada - i ty mówisz prawdę.
- A prawda, że tych wiele i różnorodnych żądz i przyjemności, i przykro-
C ści najwięcej m o ż n a z n a l e ź ć u dzieci i u kobiet, i u służby, a u tych tak
zwanych wolnych ludzi też, których jest wielu, a są licha warci.
- Tak jest.
- A znowu te pożądania proste i utrzymane w mierze, o których decyduje
r o z u m i sąd prawdziwy, i r o z u m o w a n i e , te s p o t k a s z u n i e w i e l u l u d z i -
u tych, którzy naturę mają najlepszą i najlepsze odebrali wychowanie.
- Prawda - powiedział.
- W i ę c widzisz, że i to j e s t w t w o i m p a ń s t w i e i że t a m ż ą d z e t y c h ,
D których jest wielu, a niewiele są warci, ulegają żądzom i rozumowi niewie­
lu, ale raczej tych przyzwoitych ludzi?
IX - Ja widzę - powiada.
- Więc jeżeli o jakimkolwiek mieście należy mówić, że panuje nad rozko­
szami i żądzami i samo nad sobą, to i o tym trzeba to powiedzieć 9 .
9
T a k pojęta rozwaga, czyli opanowanie w e w n ę t r z n e , już nie będzie tkwiła w j e d n e j tylko klasie
s p o ł e c z n e j , ale we w z a j e m n y m s t o s u n k u klasy panującej i klas zależnych. D l a t e g o rozwaga jest
p o d o b n a do h a r m o n i i . Platon objawia p e w i e n s k r u p u ł , czy w ogóle m o ż n a m ó w i ć o p a n o w a n i u
431 D Księga IV 131

- Ze wszech miar - powiada.


- A to też, jeśli w jakimkolwiek innym państwie istnieje między rządzą- E
cymi i rządzonymi to samo zdanie co do tego, kto ma panować, to ono ist­
nieje i w tym państwie. Czy nie wydaje ci się?
- I bardzo mocno mi się tak wydaje - powiada.
- A kiedy u nich tak rzeczy stoją, to w których spośród obywateli - po­
wiedziałbyś - mieszka rozwaga? W rządzących czy w rządzonych?
- Chyba w jednych i w drugich - powiada.
- Więc widzisz - dodałem - jakeśmy to słusznie przeczuwali przed chwilą,
że rozwaga będzie podobna do pewnej harmonii?
- N o , to co?
- Że to nie jest tak jak męstwo i mądrość - każde z tych tkwiło w j e d n e j
tylko cząstce i już j e d n o czyni państwo mądrym, a drugie mężnym. A roz- 432
waga n i e tak robi, tylko się na całe państwo rozpościera i sprawia, że się
we wszystkim zgadzają najsłabsi i najmocniejsi, i ci pośredni też - czyby to
szło o rozum, czy o siłę, a może o ilość również albo o pieniądze lub o co­
k o l w i e k i n n e g o w t y m rodzaju. T a k że najsłuszniej m o g l i b y ś m y p o w i e ­
dzieć, że taka jednomyślność to jest rozwaga, taka naturalna zgodność co do
tego, która strona powinna rządzić i w państwie, i w każdym z osobna.
- M n i e się zupełnie tak samo wydaje - powiada. B
- N o , to dobrze - d o d a ł e m . - Więc trzy rzeczy już mamy w państwie do­
strzeżone, tak to przynajmniej wygląda. A ta ostatnia postać, dzięki której
p a ń s t w o m i a ł o b y d z i e l n o ś ć w sobie, co by to mogła być za j e d n a ? Jasna
rzecz, że to właśnie jest sprawiedliwość.
- Jasna.
- Więc prawda, G l a u k o n i e , że my teraz musimy, j a k o b y jacyś myśliwi,
obstawić krzaki naokoło i dobrze uważać, aby nam sprawiedliwość którędyś
nie uciekła; gotowa się schować i nie b ę d z i e jej widać. To oczywiste, że
ona gdzieś tu jest. Więc patrzaj i staraj się dostrzec, a jakbyś ją jakoś prę- C
dzej ode m n i e zobaczył, to daj mi znać.
- G d y b y m tylko potrafił - powiada. - Gdybyś mi tylko dał iść za sobą tak,
ż e b y m m ó g ł d o j r z e ć to, c o w s k a ż e s z , t o b ę d z i e s z miał z e m n i e u ż y t e k
w sam raz.
- No to chodź za mną - mówię - pomodliwszy się razem ze mną.
- Ja to zrobię - powiada - ty prowadź tylko.

nad sobą, gdy się opisuje nie j e d n o s t k ę ludzką, ale państwo. S k r u p u ł wydaje się słuszny. A har­
m o n i a , o której mowa, polega po prostu na tym, że w państwie chcą j e d n i rozkazywać d r u g i m
i rozkazują, a d r u d z y chcą ich s ł u c h a ć i słuchają. O r o z w a d z e mówi więcej dialog p l a t o ń s k i
Charmides.
Kiedy w t e n sposób wskazano trzy zalety i d e a l n e g o państwa, rozpoczyna się p e ł n e h u m o r u
p o l o w a n i e z a zaletą czwartą, z a sprawiedliwością. T e n h u m o r j e d n a k j e s t n i e c o w y m u s z o n y ,
skoro Sokrates wyznaje, że to miejsce jest t r u d n e , drogi wcale nie widać i sprawa jest z u p e ł n i e
c i e m n a . A d e j m a n t się już niecierpliwi, a Sokrates p r z y p o m i n a sobie, niby to w tej chwili, że
o sprawiedliwości w jego rozumieniu mówiło się już od dawna, tylko nikt nie mógł zgadnąć, że to
właśnie b ę d z i e się nazywało sprawiedliwością.
132 Platon, Państwo 432 C

- Tak jest - mówię. - Ale to jakieś miejsce trudne, drogi nie ma i ciemno
D tu trochę. Ciemności nieprzeniknione. Ale jednak trzeba iść.
- No to iść - powiada.
- Więc ja dostrzegłszy coś zawołałem: - H o p , hop, G l a u k o n i e ! Zdaje się,
że mamy jakiś ślad, i ja mam wrażenie, że ona się nam chyba nie wymknie.
- To dobra nowina - mówi.
- Tak - powiadam - ale to niedorajdy z nas!
- Jak to?
- N o , mój drogi, przecież widać, że to się nam od dawna pod nogami plą­
cze, j u ż od s a m e g o początku, a m y ś m y go nie widzieli i byliśmy bardzo
E śmieszni. Jak ten, który coś w ręku trzyma i nieraz szuka tego, co ma. Tak
i myśmy na to nie patrzyli, a sięgaliśmy oczyma gdzieś dalej i może być, że
ono się tam przed nami schowało.
- Jak to rozumiesz? - powiada.
- No tak, że my, zdaje się, od dawna i mówimy o tym, i słuchamy, a nie
r o z u m i e m y siebie samych, że mówiliśmy w pewnym sposobie właśnie
o tym.
- To bardzo długi wstęp - powiada - dla kogoś, kto pragnie usłyszeć.
X - Więc proszę cię - o d p o w i e d z i a ł e m - słuchaj, czy ja m ó w i ę do rzeczy.
433 To, cośmy na samym początku, przy zakładaniu miasta, przyjęli jako postu­
lat bezwzględny, to właśnie - albo coś w tym rodzaju - jest sprawiedliwo­
ścią, w e d ł u g mego zdania. A to przyjęliśmy przecież i częstośmy to mówili,
jeżeli pamiętasz: że każdy obywatel powinien się zajmować czymś j e d n y m ,
tym, do czego by miał największe dyspozycje wrodzone , 0 .
- Mówiliśmy tak.
- No więc. I że robić swoje, a nie bawić się i tym, i owym to jest spra­
wiedliwość, tośmy i od wielu innych słyszeli, i samiśmy to niejeden raz po­
wiedzieli.
B - A powiedzieliśmy.
- W i ę c to w ł a ś n i e - d o d a ł e m - mój kochany, to w ł a ś n i e d o k o n y w a n e

10
T e r a z mówi S o k r a t e s otwarcie, że s p r a w i e d l i w o ś ć to nic i n n e g o , jak t y l k o ścisła i n i e ­
p r z e k r a c z a l n a specjalizacja, kastowość, z g o d n a z w r o d z o n y m i z d o l n o ś c i a m i j e d n o s t e k . N i e c h
każdy robi swoje i nie miesza się do nie swoich rzeczy - oto formuła sprawiedliwości w państwie.
Znaczy to, że zarobnik ani żołnierz nie p o w i n i e n rządzić p a ń s t w e m , a rządzący nie p o w i n n i być
ani ż o ł n i e r z a m i , ani z a r o b n i k a m i . N i e s p r a w i e d l i w o ś ć - ta grozi zgubą p a ń s t w u - zaczyna się
w chwili, gdy zarobnicy lub żołnierze sięgają po władzę naczelną, gdy się zarobnicy chcą bawić
w wojsko albo wojskowi w rząd. W y m i e n i o n e trzy zawody nie powinny się nigdy łączyć w j e d n e j
klasie s p o ł e c z n e j ani w ręku j e d n e g o człowieka, to byłaby niesprawiedliwość.
P l a t o n c z u j e , ż e n a d a ł wyrazowi „ s p r a w i e d l i w o ś ć " z n a c z e n i e d o ś ć n i e o c z e k i w a n e i n i e ­
zwyczajne. Ż e b y c z y t e l n i k a z tym pogodzić, p r z y p o m i n a , że w sądach, t a m j u ż niewątpliwie
chodzi o sprawiedliwość, rozstrzyga się właśnie to, czy ktoś wziął swoje czy nie swoje, czy posia­
da swoje, czy robi na swoim. Więc i to, czy k t o ś robi swoje, to t e ż sprawa sprawiedliwości.
Chodzi o swoje i nie swoje.
To jest j e d n a k sztuczka, która nie usuwa dwuznaczności słowa „swoje". Raz idzie o własność,
a więc o prawo do wolnego rozporządzania d o b r a m i p e w n y m i , a raz o brak prawa do z m i a n y wy­
z n a c z o n e g o zajęcia. Różnica dość doniosła.
433 B Księga IV 133

w p e w n y m sposobie, to gotowa być sprawiedliwość - robić swoje. A wiesz,


na jakim się opieram świadectwie?
- N i e wiem, ale powiedz - odparł.
- Zdaje mi się - p o w i e d z i a ł e m - że spośród tych rzeczy, k t ó r e ś m y w pań­
stwie pod uwagę brali, po rozwadze, m ę s t w i e i mądrości zostało jeszcze to,
co im wszystkim umożliwiało zakorzenienie się, a zakorzenionym zapewnia- C
ło u t r z y m a n i e się, jak d ł u g o by trwało samo. Mówiliśmy przecież, że spra­
wiedliwością będzie to, co pozostanie po tamtych, gdybyśmy te trzy znaleźli.
- N o , to koniecznie - powiada.
- Otóż - mówię - gdyby trzeba rozstrzygnąć, który z tych czynników naj­
więcej decyduje o wartości naszego miasta, jeżeli w nim tkwi, to trudno by­
łoby rozstrzygnąć, czy to b ę d z i e j e d n o m y ś l n o ś ć rządzących i rządzonych,
czy też u t r z y m y w a n i e się w duszach żołnierzy prawem p r z e p i s a n e g o sądu
o tym, co jest straszne i co nie jest straszne, czy rozum i czujność tkwiąca D
w duszach rządzących, czy też to p r z e d e wszystkim d e c y d u j e o jego war­
tości, jeżeli tkwi i w dziecku, i w kobiecie, i w niewolniku, i w człowieku
wolnym, i w robotniku, i w rządzącym, i w rządzonym, to: żeby każdy robił
swoje, a nie bawił się tym i owym.
- T r u d n o to rozstrzygnąć - powiada. - Jakżeby nie?
- Z a t e m , jeżeli chodzi o dzielność państwa, to b ę d z i e walka i zawody;
z j e d n e j strony jego mądrość i rozwaga, i męstwo, a z drugiej zdolność do
tego, żeby każdy w nim, będąc jedną jednostką, robił swoje.
- I bardzo wielka - powiada.
- Nieprawdaż, możesz chyba przyjąć, że sprawiedliwość musi z t a m t y m i
znamionami iść w zawody, jeżeli idzie o dzielność państwa? E
- Ze wszech miar - powiada.
- A zobacz no i z tej strony, czy się tak będzie wydawało. Czy rządzącym
w mieście polecisz także rozsądzanie spraw?
- Albo co?
- Czy na c z y m k o l w i e k i n n y m b ę d z i e im zależało przy sądzeniu spraw,
a nie na tym, żeby nikt ani nie miał niczego cudzego, ani swego nie tracił?
- N o , nie. Właśnie na tym.
- Bo to jest sprawiedliwe?
- Tak.
- Więc i z tego względu można by się zgodzić, że sprawiedliwość to po­
siadanie i robienie swego i własnego.
- Jest tak.
- Więc zobacz, czy ci się b ę d z i e wydawało tak, jak i mnie. Jeżeli cieśla 434
spróbuje robić roboty szewskie a szewc ciesielskie, albo narzędzia ze sobą
pomieniają, albo cześć k a ż d e m u należną, albo n a w e t - jeżeli j e d e n i t e n
sam spróbuje wykonywać obie roboty, w ogóle wszelkie inne zamiany tego
rodzaju, czy myślisz, że one może wielką szkodę wyrządzają państwu?
- N i e bardzo wielką - powiada.
- Ale kiedy, tak ja uważam, jakiś rzemieślnik z natury albo inny groszo-
134 Platon, Państwo 434 B

B rób wzbije się w d u m ę na tle swego bogactwa albo wpływów, albo siły, albo
czegoś innego w tym rodzaju, i zacznie przybierać postać wojskowego, albo
ktoś z wojskowych przybierze postać r a d n e g o i strażnika, chociaż tego nie
godzien, i ci ludzie pomieniają z sobą narzędzia i zaszczyty, albo gdy j e d e n
i ten sam człowiek spróbuje to wszystko robić równocześnie, w t e d y - myślę,
że i ty się zgodzisz - taka zamiana i takie łączenie zawodów, to zguba dla
państwa.
- Ze wszech miar przecież.
C - Są trzy takie zawody i w zakresie tych trzech łączenie zawodów w jed­
n y m ręku i zamiana jest największą szkodą dla państwa i najsłuszniej po­
winna by się nazywać szkodnictwem.
- Zapewne.
- A czy nie powiesz, że szkodnictwo największe, skierowane przeciw wła­
snemu państwu, to niesprawiedliwość?
- Jakżeby nie?
IX - Więc to jest niesprawiedliwość. I na odwrót powiedzmy tak; są w pań­
stwie zarobnicy, p o m o c n i c y i strażnicy. Jeżeli każda z tych w a r s t w robi
w państwie to tylko, co do niej należy, jeżeli każda robi swoje, więc wprost
p r z e c i w n i e niż w t a m t y m w y p a d k u , to byłaby s p r a w i e d l i w o ś ć i p r z e z to
państwo stawałoby się sprawiedliwe.
D - Zdaje mi się - powiada - że nie inaczej ma się rzecz, tylko właśnie tak.
- Może - dodałem - nie mówmy tego jeszcze całkiem stanowczo. Ale je­
żeli się zajmiemy poszczególnymi j e d n o s t k a m i ludzkimi i tam znowu zgo­
d n i e przyznamy, że ta sama postać jest i tam sprawiedliwością, to już się
b ę d z i e m y zgadzali. Bo i co powiemy? A jeżeli nie, to w t e d y coś i n n e g o
w e ź m i e m y pod uwagę. A teraz dokończymy rozpatrywania tego przedmio­
tu. Z d a w a ł o się n a m przecież, że jeśli s p r ó b u j e m y o b e j r z e ć to w j a k i m ś
większym przedmiocie spośród tych, które mają w sobie sprawiedliwość, to
ł a t w i e j i w p o s z c z e g ó l n e j j e d n o s t c e l u d z k i e j dojrzymy, j a k i e to j e s t 1 1 .
E Uważaliśmy, że takim p r z e d m i o t e m jest państwo, i w t e n sposób założyli­
śmy p a ń s t w o ile możności najlepsze, d o b r z e wiedząc, że w p a ń s t w i e do­
brym to się znaleźć musi. Więc to, co się nam tam ukazało, o d n i e ś m y do
poszczególnego człowieka. Jeżeli się zgodzi, to będzie bardzo ładnie. A je­
żeli w poszczególnej j e d n o s t c e zjawi się coś innego, to znowu wrócimy do
435 państwa i b ę d z i e m y próbowali. P r ę d k o j e d n o przy drugim b ę d z i e m y oglą­
dali, niech się j e d n o z drugim ściera, jak krzemienie, aż wykrzeszemy spra­
wiedliwość. Kiedy nam ona wybłyśnie i stanie przed oczami jasna, to może
ją potrafimy przez to w sobie samych utwierdzić.
- Dobra droga to, co mówisz - powiada - i trzeba tak zrobić.

11
Kiedy się znalazło to osobliwe z n a c z e n i e wyrazu „sprawiedliwość" w ustroju państwa, nie bę­
dzie t r u d n o znaleźć coś p o d o b n e g o w organizacji d u c h o w e j człowieka i nazwać to też sprawiedli­
wością. W duszy ludzkiej odróżnia Platon również trzy pierwiastki, p o d o b n i e jak w państwie trzy
klasy s p o ł e c z n e , a mianowicie: rozum, t e m p e r a m e n t i pożądliwość albo chciwość.
435 A Księga IV 135

- Otóż - ciągnąłem - jeżeli się mówi, że gdzieś jest j e d n o i to samo, a tyl­


ko ono jest tu większe, a tam mniejsze, to czy ono musi być tu i tam nie­
p o d o b n e z t e g o w z g l ę d u , z j a k i e g o się mówi o jego tożsamości, czy po­
dobne?
- P o d o b n e - powiada.
- Z a t e m i sprawiedliwy człowiek od sprawiedliwego państwa ze względu B
na samą postać sprawiedliwości wcale się nie b ę d z i e różnił, ale b ę d z i e do
niego podobny.
- Podobny - powiada.
- A państwo wydawało się sprawiedliwe, kiedy trzy rodzaje natur, j a k i e
w nim są, robiły każda swoje. A wydawało się rozważne znowu i m ę ż n e ,
i mądre dzięki jakimś innym stanom i postawom tych samych trzech
rodzajów.
- Prawda - powiedział.
- Więc i poszczególną j e d n o s t k ę ludzką, przyjacielu, tak samo b ę d z i e m y
oceniali; ona ma w swojej duszy też te trzy postacie i dzięki takim samym C
stanom tych postaci będzie zasługiwała na te same nazwy, co i państwo.
- Koniecznie tak musi być - powiada.
- Z n o w u ś m y - mówię - w marne rozważania wpadli o duszy, czy ona ma
te trzy postacie w sobie, czy nie ma.
- Ja myślę - powiada - że to nie bardzo marne. Tylko może być, Sokrate­
sie, że, jak to mówią, nie jest łatwe to, co jest p i ę k n e .
- Widocznie - mówię. - Ale bądź przekonany, Glaukonie, ja przynajmniej D
tak myślę, że taką metodą, jaką my się teraz w dyskusji posługujemy, my
tego nigdy i żadną miarą nie potrafimy jasno i dokładnie ująć. Do tego pro­
wadzi droga dłuższa i większa. Ale może być, że i ta godna jest tego, co się
poprzednio powiedziało i rozpatrzyło.
- P r z e c i e ż jest przyjemna - powiada. - M n i e przynajmniej na razie cał­
kiem wystarcza.
- Ależ owszem - mówię - m n i e ona nawet i bardzo wystarcza.
- Więc nie opadaj z sił - powiada - tylko rozważaj. E
- Z a t e m , czy nie musimy się bezwarunkowo zgodzić na to, że w każdym
z nas tkwią te same postacie, te same składniki charakteru, co i w państwie?
O n e się w nim przecież znikądinąd nie biorą. To by było zabawne, gdyby
ktoś myślał, że t e m p e r a m e n t państwa nie pochodzi od poszczególnych oby­
wateli, którzy t e m u winni, jak np. mówią o t e m p e r a m e n c i e tych obywateli,
co siedzą w Tracji i w krajach Skytów, i tak tam bardziej ku północy, albo
o zamiłowaniu do nauki, które najwięcej przypisują ludziom z naszych oko- 436
lic, a przywiązanie do p i e n i ę d z y nierzadko uchodzi za rys Fenicjan i tych
tam z Egiptu.
- I bardzo - powiada.
- To już tak jest - dodałem - i to nietrudno poznać.
- N o , nie.
- Ale to poznać trudniej, czy my j e d n y m i tym samym robimy wszystko, XII
136 Platon, Państwo 436 A

czy też, skoro mamy trzy pierwiastki, każdym robimy coś innego. Uczymy
się innym, gniewamy się czymś innym, co mamy w sobie, a pożądamy zno­
wu c z y m ś t r z e c i m , co jest t ł e m p r z y j e m n o ś c i z w i ą z a n y c h z j e d z e n i e m
B i z rozmnażaniem się, i z takimi rzeczami koło tego, czy też całą duszą robi­
my każdą z tych rzeczy, jak zaczniemy. To będzie sprawa trudna do rozgra­
niczenia, tak że warto by było o tym mówić 12 .
- I m n i e się tak zdaje - powiada.
- Więc w t e n sposób próbujmy to rozgraniczać, czy to b ę d z i e j e d n o i to
samo wszystko razem, czy coś innego każde.
- Jak?
- Jasna rzecz, że jedno i to samo nie zechce równocześnie ani działać, ani
doznawać stanów przeciwnych z tego samego względu i w stosunku do tego
s a m e g o p r z e d m i o t u . Z a c z e m , jeżeli znajdziemy gdzieś, że się to dzieje
z tymi pierwiastkami w nas, b ę d z i e m y wiedzieli, że to nie było j e d n o i to
C samo, tylko było tych pierwiastków więcej.
- N o , dobrze.
- Otóż zobacz, co ja mówię.
- Mów - powiada.
- Ż e b y coś stało - powiedziałem - i żeby się równocześnie ruszało, j e d n o
i to samo, pod tym samym względem, czy to jest możliwe?
- Nigdy.
- Więc j e s z c z e ściślej ustalmy, na co się zgadzamy, a b y ś m y się g d z i e ś
w dalszym ciągu nie zaczęli spierać. G d y b y ktoś mówił, że p e w i e n czło­
wiek stoi, a porusza rękami i głową, to my byśmy uważali, że nie trzeba tak
D mówić, że on równocześnie stoi i porusza się, tylko że się coś w nim poru­
sza, a coś stoi. Czy nie tak?
- Tak.
- Nieprawdaż? A gdyby mówiący to dowcipkował i dalej i figlarnie zau­
ważył, że bąk w całości stoi i porusza się zarazem, kiedy jego oś tkwi wciąż
w tym samym miejscu, a on się kręci w kółko i to samo robi jakiekolwiek
inne ciało, które się obraca nie zmieniając swego położenia, my byśmy tego
nie przyjęli, bo to przecież nie pod tym samym względem i nie te same ich
części są wtedy w spoczynku i w ruchu. My byśmy powiedzieli, że te ciała
E mają w sobie część prostą i część obwodową, i że ze względu na tę prostą
one stoją, bo ona się w żadną stronę nie odchyla, a ze względu na tę obwo­
dową kręcą się w kółko. Jeżeli takie ciało pochyla swą część prostą w pra-

12
I tu mu się pytanie nasuwa, czy należy odróżniać takie trzy różne pierwiastki albo władze du­
szy, czy też mówić tylko o trzech rodzajach zjawisk psychicznych j e d n e j i tej samej i zawsze całej
duszy. C h c ą c na to pytanie o d p o w i e d z i e ć zakłada Platon coś w rodzaju zasady sprzeczności: jed­
no i to samo nie może równocześnie ani wywoływać, ani doznawać stanów przeciwnych z tego sa­
m e g o w z g l ę d u i w s t o s u n k u do tego s a m e g o p r z e d m i o t u . Na kilku przykładach pokazuje, jak
z ł u d n e bywają czasem pozory równoczesnych cech sprzecznych, jeśli chodzi na przykład o ruch
i o s p o c z y n e k . Być m o ż e , miat w tym miejscu na myśli jakichś wyznawców Heraklita, którzy
wierzyli w możliwość współistnienia cech s p r z e c z n y c h . C e c h y r ó w n o c z e s n e , a p r z e c i w n e sobie
pod tym samym względem i w stosunku do tego s a m e g o przedmiotu, to cechy sprzeczne.
436 E Księga IV 137

wo, w lewo, ku przodowi albo w tył, kręcąc się równocześnie, wtedy już nie
ma mowy o staniu.
- I słusznie - powiada.
- Więc zgoła nas nie b ę d z i e płoszyć to, co się o tych rzeczach mówi,
i wcale nas nie przekona, żeby kiedykolwiek coś, będąc j e d n y m i tym sa­
mym p r z e d m i o t e m , miało równocześnie z j e d n e g o i tego samego względu
i w s t o s u n k u do t e g o s a m e g o p r z e d m i o t u czegoś p r z e c i w n e g o d o z n a w a ć
albo i coś takiego robić. 437
- M n i e przynajmniej nie - powiada.
- W każdym razie - dodałem - abyśmy nie musieli wszystkich tego rodza­
ju p u n k t ó w spornych przechodzić po kolei i rozwodzić się długo, wiedząc
na pewno, że w nich nie ma prawdy, załóżmy, że to jest tak i pójdźmy na­
przód, zgodziwszy się, że jeśliby się nam to kiedyś miało przedstawić ina­
czej, a nie w t e n sposób, w t e d y wszystko, co z tego stanowiska wyniknie,
będzie pozbawione wewnętrznego związku.
- Więc trzeba tak zrobić - powiada.
- Z a t e m - ciągnąłem dalej - czy skinienie głową i cofnięcie głowy, wycia- XIII
ganię ręki po coś i cofanie dłoni, i przygarnianie do siebie, i o d p y c h a n i e , B
i wszystkie tego rodzaju pary, czy zaliczysz do przeciwieństw wzajemnych,
wszystko jedno, czyby to były działania, czy stany bierne, bo to nie b ę d z i e
tu stanowiło różnicy.
- N o , tak - powiada - to są przeciwieństwa.
- No cóż? - mówię. - A mieć pragnienie i być głodnym, i w ogóle pożąda­
nia, i znowu pragnąć, i chcieć, czy tego wszystkiego nie zaliczyłbyś gdzieś C
do tych postaci, o których się w tej chwili mówiło? Na przykład czy nie po­
wiesz, że dusza tego, który pożąda, zawsze jakoś albo wyciąga ręce do tego,
czego pożąda, albo przygarnia to, co chce posiąść, albo znowu, jeżeli c h c e
coś dla siebie osiągnąć, to kiwa na to głową sama do siebie, jakby się jej
ktoś o to pytał, tak chce, żeby się to stało? 1 3
- Tak jest.
- No cóż? A nie chcieć czegoś i nie pragnąć, i nie pożądać, czy tego nie

13
Tu p i ę k n e i trafne rozróżnienie pragnieri i postanowień. W pragnieniach dusza tylko ręce wy­
ciąga do tego, czego pożąda, a w p o s t a n o w i e n i a c h robi głową ruch potwierdzający. To d l a t e g o ,
że postanowienia są p e w n y m i sądami, co Platon widocznie jakoś wyczuwał dając ten opis p r z e n o ­
śny. W tej chwili j e d n a k interesują go pragnienia. P r z y p o m i n a mu się nagle jego własna zasada,
w e d l e której każdy człowiek zawsze chce tego, co d o b r e ; więc bywa zły przez p o m y ł k ę , przez
b r a k w i e d z y . W e d l e tej zasady k a ż d e p r a g n i e n i e b y ł o b y p r a g n i e n i e m p r z e d m i o t u d o b r e g o ,
a więc właściwie p r a g n i e n i e m p e w n e g o dobra. T e r a z mu się to nie p o d o b a . Woli inaczej opisy­
wać to, co wie o duszy l u d z k i e j . P r a g n i e n i e , powiada teraz, zwraca się po prostu do j a k i e g o ś
p r z e d m i o t u nie określonego wcale jako dobry ani jako zły, tylko jako upragniony. Pragnienia d o ­
bre zwracają się do p r z e d m i o t ó w dobrych, a złe do złych. To prawda. Ale żeby się z pragnienia
po prostu zrobiło p r a g n i e n i e d o b r e , musi do tego pragnienia dołączyć się trafna o c e n a wartości
p r z e d m i o t u , a tę o c e n ę wydaje nie pożądliwość, tylko rozum.
Platon odgania własne s k r u p u ł y z w r o t e m : „ N i e c h nas nikt nie próbuje zaskoczyć uwagą, że
itd." T e n ktoś, to on sam.
»

138 Platon, Państwo 437 C

w e ź m i e m y za rodzaj o d p y c h a n i a i o d p ę d z a n i a od siebie, i w ogóle za coś


wprost przeciwnego temu, co przedtem?
D - Jakżeby nie?
- Skoro to tak jest, to powiemy, że istnieje pewna postać pożądań, a po­
śród nich najbardziej bije w oczy to, k t ó r e nazywamy p r a g n i e n i e m , i to,
które głodem?
- Powiemy - odparł.
- Nieprawdaż? Jedno dotyczy napoju, a drugie jadła?
- Tak.
- A czy pragnienie, o ile jest pragnieniem, dotyczy czegoś więcej - to po­
żądanie z b u d z o n e w duszy - ono dotyczy czegoś więcej, czy też tego tylko,
E co tu mówimy? Na przykład pragnienie, czy jest pragnieniem ciepłego na­
poju, czy zimnego, czy obfitego, czy nieobfitego, czy j e d n y m słowem napo­
ju o pewnej jakości? Czy też, jeśli się do pragnienia dołączy p e w n e gorąco,
to może wytwarzać w dodatku pożądanie zimnego napoju, a jeśli się do pra­
gnienia dołączy zimno, to pragnienie ciepłego napoju? A jeżeliby przez do­
łączenie się obfitości pragnienie było obfite, zrobi się p r a g n i e n i e obfitego
napoju, a jeśli pragnienie będzie małe, to nieobfitego napoju. Ale pragnie­
nie samo nigdy nie jest żądzą niczego innego, jak tylko tego, co z jego na­
tury wypływa - samego napoju, a znowu głód - pokarmu?
- Tak jest - powiada. - Samo pożądanie każde zwraca się tylko do swego
n a t u r a l n e g o p r z e d m i o t u , a już do takiego lub takiego zwraca się to, co się
do pożądania dołącza.
438 - Z a t e m - d o d a ł e m - niech nas n i k t n i e p r ó b u j e z n i e n a c k a z a s k o c z y ć
uwagą, że nikt nie pragnie napoju, ale dobrego napoju, i nie p o k a r m u , ale
dobrego pokarmu. Zaczem wszyscy pragną tego, co dobre. Jeżeli więc pra­
g n i e n i e jest p o ż ą d a n i e m , to byłoby to p o ż ą d a n i e dobrego, czy to napoju,
czy czegokolwiek innego, a inne żądze to samo.
- A może by jednak i coś w tym było, w tych słowach tego kogoś.
- Ależ tak - p o w i e d z i a ł e m - z tych p o ż ą d a ń , k t ó r e c z e g o ś dotyczą, te
B określone jakościowo dotyczą p r z e d m i o t ó w określonych jakościowo, tak mi
się wydaje, ale one same dotyczą każde tylko swego przedmiotu.
- N i e zrozumiałem - powiada.
- N i e zrozumiałeś, że to, co większe, jest takim, bo jest od czegoś większe?
- N o tak.
- Prawda? Od czegoś mniejszego?
- Tak.
- A to „o wiele większe" od czegoś „o wiele mniejszego"? Czy nie?
- Tak.
- A czy i to „ k i e d y ś tam d a w n i e j w i ę k s z e " od „ k i e d y ś t a m d a w n i e j
mniejszego" i to „później większe" od „później mniejszego"?
- N o , ale co z tego? - powiada.
C - I większe w stosunku do mniejszego, i dwa razy tak wielkie w stosunku
do mniejszego o połowę, i wszystkie takie rzeczy; i cięższe w s t o s u n k u do
438 C Księga IV 139

lżejszych, i szybsze w stosunku do powolniejszych, a jeszcze ciepłe w sto­


sunku do zimnych i wszystko tym podobne, czy nie mają się tak samo?
- Tak jest.
- A jak to jest z naukami? Czy nie tak samo? Wiedza sama dotyczy swe­
go p r z e d m i o t u - cokolwiek byśmy uznali za p r z e d m i o t wiedzy - a wiedza
pewna, określona jakościowo, dotyczy pewnego przedmiotu określonego jako­
ściowo. Ja mam na myśli coś w tym rodzaju. Prawda, że jak powstała wie- D
dza o budowaniu domów, to zaczęła się różnić od innych gałęzi wiedzy, za-
czem ją nazywano nauką budownictwa.
- Więc co?
- Czy nie tym się zaczęła różnić, że zaczęła być jakościowa określona?
Tak, jak żadna inna?
- Tak.
- Nieprawdaż? Skoro znalazła przedmiot określonej jakości, to i sama zy­
skała jakość określoną. Czy tak samo inne umiejętności i gałęzie wiedzy?
- Jest tak.
- Więc uważaj - d o d a ł e m - że ja to chciałem w t e d y powiedzieć, jeżeliś XIV
t e r a z już z r o z u m i a ł , że c o k o l w i e k c z e g o ś i n n e g o dotyczy, to się o d n o s i ,
samo dla siebie wzięte, do s a m e g o swego p r z e d m i o t u , a do p r z e d m i o t ó w
określonej jakości odnoszą się rzeczy w p e w i e n sposób określone jakościo­
wo. I ja nie mówię, że każda rzecz jest taka, jak jej przedmiot, więc niby E
że wiedza dotycząca zdrowia i choroby jest sama zdrowa i chora, a dotyczą­
ca dobra i zła jest sama dobra i zła. Ale skoro p e w n a wiedza dotyczy nie
p r z e d m i o t u wiedzy w ogóle, ale p e w n e g o jakiegoś p r z e d m i o t u , a tym jest
zdrowie i choroba, wypada i jej być jakąś, określoną i to zrobiło, że ona się
już nie nazywa wiedzą po prostu, ale wiedzą o czymś, co ma swoją jakość,
a dołączyło się teraz, więc nazywa się wiedzą lekarską l 4 .
14
Po prostu tkwi w c z ł o w i e k u ślepa z d o l n o ś ć do p r a g n i e ń s k i e r o w n y c h do najrozmaitszych
p r z e d m i o t ó w bez różnicy ich wartości. T o t e ż jeżeli człowiek potrafi nieraz nie słuchać swoich
pragnieri, a więc cofać ręce od tego, do czego mu się o n e same wyciągają, to nie robi tego j e d e n
i t e n sam człowiek, ani j e d e n i t e n sam pierwiastek w nim, bo na to nie pozwala jakoby zasada
sprzeczności, tylko to się dzieje s k u t k i e m walki dwóch różnych pierwiastków: pożądliwości, która
pragnie, i rozumu, który nakazuje ręce cofnąć i trzymać je przy sobie.
W p o d o b n y s p o s ó b na przykładzie L e o n t i o s a wprowadza P l a t o n jeszcze trzeci pierwiastek:
gniew, czyli t e m p e r a m e n t , który nie jest tym s a m y m , co pożądliwość, bo czasem się człowiek
gniewa na własne pożądania.
T e n cały wywód roi się od personifikacji i wychodzi na to, że człowiek składa się właściwie
z trzech ludzi. J e d e n z nich pragnie byle czego, drugi gniewa się o byle co, a trzeci myśli i choć
sam niczego nie pragnie i nie gniewa się o nic, to j e d n a k nakazuje, zakazuje, powstrzymuje, kie­
ruje, prowadzi. C h y b a znowu dlatego, że tego chce? I tak dalej, bez końca. To bardzo obrazo­
we, ale n i e p o t r z e b n i e zawiłe. Prawo sprzeczności wcale nie prowadzi do takich h i p o t e z . Prze­
cież każda walka między przeciwnymi sobie pragnieniami da się opisać prościej; wtedy jeden i ten
sam człowiek pragnie p e w n e g o p r z e d m i o t u z j e d n e g o względu, a cofa się przed nim z innych
względów. To nie koliduje w ż a d n y m sposobie z zasadą sprzeczności, bo chodzi o różne wzglę­
dy. T e n sam L e o n t i o s pragnął oglądać trupy, kiedy był z daleka, bo to była nowość, a nie pra­
gnął ich oglądać, kiedy był z bliska i już je był zobaczył, bo to była obrzydliwość. I t e n sam gnie­
wał się na siebie s a m e g o za to, że mu się zachciało czegoś, co mu w rezultacie przyniosło wstręt.
Cały czas był j e d n y m i t y m s a m y m L e o n t i o s e m i on sam pragnął zrazu, i on sam się brzydził
1

140 Platon, Państwo 438 E

- Zrozumiałem - powiada - i zdaje mi się, że to tak jest.


439 - A pragnienie - dodałem - czy nie przyjmiesz, że ono należy do tych rze­
czy, które się czegoś tyczą i dlatego jest tym, czym jest? Istnieje przecież
pragnienie.
- No tak - powiada. - Pragnienie tyczy się napoju.
- Prawda? Napoju pewnej jakości tyczy się też i pragnienie pewnej jako­
ści. Ale pragnienie samo nie tyczy się ani obfitego, ani nieobfitego napoju,
ani dobrego, ani złego, ani jednym słowem pewnego jakiegoś, lecz tylko na­
poju samego dotyczy z natury samo pragnienie.
- Ze wszech miar.
- Więc dusza spragnionego, o ile on ma p r a g n i e n i e , nie czegoś i n n e g o
B chce, tylko pić i tego pragnie, i do tego dąży.
- To jasne przecież.
- Więc jeżeli ją k i e d y ś w chwili p r a g n i e n i a coś ciągnie w s t r o n ę prze­
ciwną, to musi być w niej coś innego niż to, co pragnie i ciągnie jak zwierzę
do picia? Bo przecież mówimy, że j e d n o i to samo nie może z pomocą tej
samej swojej części robić dwóch rzeczy przeciwnych sobie w s t o s u n k u do
tego samego przedmiotu.
- N o , nie może.
- P o d o b n i e jak - uważam - o ł u c z n i k u nie trzeba mówić, że j e g o r ę c e
równocześnie łuk odpychają i przyciągają, tylko jedna ręka odpycha, a druga
przyciąga.
- Ze wszech miar - powiada.
C - A czy powiemy, że czasem zdarza się, że spragnieni nie chcą pić?
- I bardzo wielu takich - powiada - i często.
- Więc cóż by - dodałem - cóż by można o tym powiedzieć? Czy nie to,
że tkwi u nich w duszy coś, co każe pić, i jest w niej coś, co pić nie daje.
I to jest coś innego i coś panującego nad tym, co pić każe?
- Tak mi się wydaje - powiada.
D - A czy to, co przeszkadza takim rzeczom, nie rodzi się w duszy, jeżeli
się rodzi, z r o z u m o w a n i a , a to, co w l e c z e , i ciągnie, czy nie p r z y c h o d z i
ze stanów biernych i schorzeń?
- Widocznie.
- Więc nie bez sensu - d o d a ł e m - b ę d z i e m y uważali, że to są dwa pier­
wiastki i to różne od siebie; j e d e n , którym dusza rozumuje, n a z w i e m y jej
i n t e l e k t e m , a drugi, którym ona kocha i łaknie, i pragnie, i innymi się żą­
dzami unosi, ten czynnik nierozumny - pożądliwością; ta się z p e w n y m i za­
spokojeniami i z rozkoszami brata.
E - No nie - powiada - to oczywiste, że możemy być tego zdania.
- Z a t e m te dwie postacie - ciągnąłem dalej - tkwiące w duszy, n i e c h b y

później, i on sam się gniewał, i on sam się nie mógł paść b r z y d k i m w i d o k i e m , a tylko mówił do
swoich oczu, zamiast do siebie samego.
T o t y l k o j e s t prawdą, ż e c z ł o w i e k g o t ó w w s o b i e s a m y m zmyślać i n n y c h ludzi u k r y t y c h
i zrzucać na nich odpowiedzialność za pragnienia, do których się sam przyznać nie c h c e .
439 E Księga IV 141

u nas były określone. A tło pewnych wzruszeń i to, czym się gniewamy, czy
to coś takiego, czy też może coś tej samej natury, co któreś z tych dwóch?
- Może być - powiada - że to będzie to drugie - pożądliwość.
- J e d n a k ż e - o d p o w i e d z i a ł e m - ja raz s ł y s z a ł e m coś i ja w to w i e r z ę .
Że mianowicie L e o n t i o s , syn Aglajona, szedł raz z P i r e u s u na górę pod ze­
w n ę t r z n ą stroną m u r u p ó ł n o c n e g o i zobaczył t r u p y leżące koło d o m u kata.
Więc r ó w n o c z e ś n i e i zobaczyć je chciał, i brzydził się, i odwracał, i tak jak
długo walczył z sobą i zasłaniał się, aż go żądza przemogła i wytrzeszczywszy 440
oczy przybiegł do tych t r u p ó w i powiada: „ N o , m a c i e teraz, wy moje oczy
przeklęte, napaście się tym p i ę k n y m w i d o k i e m " .
- Ja to też słyszałem - powiada.
- To opowiadanie świadczy j e d n a k - d o d a ł e m - że gniew czasem walczy
z żądzami; widać, że j e d n o jest czymś innym i drugie.
- Świadczy - powiada.
- Prawda? A w innych wypadkach też - ciągnąłem - nieraz to spostrzega- XV
my, kiedy żądze kogoś gwałtem przymuszają, wbrew rozsądkowi; w t e d y on
się gniewa na to, co w nim samym siedzi, a gwałt mu chce zadawać, i jak- B
by się w nim walka odbywała, jego gniew przeciw t e m u czemuś zwrócony
sprzymierza się z i n t e l e k t e m ; a żeby się gniew sprzymierzał z żądzami, kie­
dy intelekt mówi, że nie trzeba mu się sprzeciwiać, taki wypadek - tak my­
ślę - nie powiesz, żebyś spostrzegł kiedy w sobie samym albo w kimkolwiek
innym.
- N i e , na Zeusa - powiada.
- No cóż? - d o d a ł e m - a kiedy ktoś czuje, że źle robi, to im więcej jest C
wart, czy nie tym trudniej mu się gniewać, jeżeliby i głód cierpiał, i marzł,
i cokolwiek innego w tym rodzaju znosił z ręki tego, który by jego zdaniem
miał słuszność, urządzając mu to wszystko? I czy, jak mówię, z e c h c e się
jego gniew zbudzić i obrócić przeciw komuś takiemu?
- To prawda - mówi.
- A cóż? Jeśli ktoś uważa, że go krzywdzą, czy nie zaczyna w nim gniew
kipieć? On się oburza w t e d y i sprzymierza się z tym, co się wydaje spra­
wiedliwe, i głód, i mróz, i wszelkie takie inne rzeczy znosić gotów, póki nie
zwycięży. N i e złoży broni, póki swego nie dojdzie albo nie zginie; chyba D
że go rozum, który w nim jest, odwoła i ułagodzi go tak, jak pasterz psa 15 .
- Tak jest - powiada - to jest bardzo p o d o b n e do tego, co mówisz. I my­
śmy t e ż w naszym państwie pomocników, tak jak psy, poddali pod w ł a d z ę
rządzących, że to niby pasterze miasta.

15
Z n o w u p o e t y c k a personifikacja gniewu, który się sprzymierza z i n t e l e k t e m , a nigdy j a k o b y
nie sprzymierza się z żądzami przeciw i n t e l e k t o w i . A d e j m a n t jest jeszcze bardzo niedoświad­
czony, jeżeli nie zauważył tych m o m e n t ó w , w których się człowiek bardzo spragniony gniewa na
własny r o z u m , ż e m u n i e o d p a r t y c h p r a g n i e ń o d r a d z a . P r z y c h o d z ą n o w e a r g u m e n t y z a t y m ,
że t e m p e r a m e n t (gniew) jest czymś innym niż pożądliwość i rozum.
142 Platon, Państwo 440 D

- Ty p i ę k n i e wnikasz w to, co ja c h c ę powiedzieć. Ale czy oprócz tego


E rozumiesz taką rzecz?
- Jaką?
- Ż e się n a m t e m p e r a m e n t p r z e d s t a w i a w p r o s t p r z e c i w n i e niż p r z e d
chwilą. P r z e d t e m się nam zdawało, że to jest pewna pożądliwość, a teraz
mówimy, że daleko do tego; on w chwili rozterki wewnętrznej staje się bro­
nią w ręku po stronie intelektu.
- Ze wszech miar - powiada.
- Więc czy on jest czymś różnym także od intelektu, czy też to jest pew­
na postać intelektu, tak że dusza miałaby w sobie nie trzy, ale dwie posta-
441 cie: i n t e l e k t i pożądliwość. Czy też tak jak w państwie składają się na nie
trzy rodzaje: zarobkujący, p o m o c n i c y i radcy, tak i w d u s z y i s t n i e j e t e n
czynnik trzeci - t e m p e r a m e n t i to jest naturalny pomocnik intelektu, jeżeli
się nie popsuje pod wpływem złego wychowania.
- Musi być - powiada - to trzecie.
- Tak - mówię - jeżeli się tylko t e m p e r a m e n t okaże czymś różnym od in­
telektu; tak jak się okazał czymś innym niż pożądliwość.
- Ależ to się - powiada - okaże bez trudności. Toż przecie i u małych
dzieci można to zobaczyć, że zaraz po u r o d z e n i u bywają p e ł n e g n i e w u (to
objaw t e m p e r a m e n t u ) , a do rozumu j e d n e , mnie się przynajmniej tak wyda-
B je, nigdy nie dojdą, a większa ich część kiedyś batdzo późno.
- Na Zeusa - podchwyciłem - dobrześ powiedział. A u zwierząt też moż­
na zobaczyć, że to tak jest, jak mówisz. A oprócz tego i t e n wiersz Homera,
któryśmy gdzieś tam przedtem przytoczyli, będzie też za tym świadczył:

W pierś się uderzył i serce poskramiał słowy mocnymi.

Tutaj to jasne, że tu u H o m e r a coś innego przygania czemuś i n n e m u , to, co


C rozumuje na t e m a t tego, co lepsze i gorsze, przygania t e m u , co się gniewa
bezmyślnie.
- Z u p e ł n i e - powiada - słusznie mówisz.
XVI - Więc tośmy - d o d a ł e m - z ciężką biedą przepłynęli i już się jako tako
zgadzamy, że te same rodzaje, które są w państwie, te same tkwią i w duszy
każdego człowieka, i jest ich tu i tam tyle samo 16 .

16
Rozwijanie analogii między budowa, ustroju p a ń s t w o w e g o a strukturą d u s z y l u d z k i e j . P o ­
s z c z e g ó l n e zalety p a ń s t w a i zalety j e d n o s t k i l u d z k i e j odpowiadają sobie i jest ich tyle s a m o .
Sprawiedliwy człowiek to t e n , w którym rozum bez t r u d u panuje nad żywym t e m p e r a m e n t e m
i silnymi, licznymi pożądliwościami. Jeszcze raz Platon spostrzega, jakie to n i e o c z e k i w a n e poję­
cie sprawiedliwości, więc uspokaja i siebie, i czytelnika powołaniem się na zwyczaj mowy potocz­
n e j . P r z e c i e ż tak scharakteryzowany człowiek to właśnie ten sprawiedliwy z mowy p o t o c z n e j .
Bo przecież nie oszuka nikogo, nie okradnie, nie o k ł a m i e , nie zdradzi, nie opuści. To więcej niż
wątpliwe, bo z n a m y wysoce i n t e l i g e n t n y c h p r z e s t ę p c ó w , których t e m p e r a m e n t nie ponosi, i oni
umieją swoje zachcianki chwilowe p o d d a w a ć r o z u m n e j rozwadze, kiedy t y g o d n i a m i całymi robią
p o d k o p y pod skarbce b a n k o w e albo latami całymi gromadzą środki p o t r z e b n e do zbrodni. To nie
d l a t e g o , że są ograniczeni. Mają serce n i e d o b r e i w t y m ich niesprawiedliwość. N i e w rozterce
441 C Księga IV 143

- Jest tak.
- Prawda, że teraz już z konieczności wynika to, że jak i przez co pań­
stwo jest mądre, tak samo i poszczególny człowiek; przez to samo i on bę­
dzie mądry?
- N o i co?
- I przez co jest m ę ż n y poszczególny człowiek, i w jaki sposób, przez to D
i państwo jest m ę ż n e , i to w taki sam sposób. Jeżeli o dzielność chodzi, to
ze wszystkim tak samo z obu stron.
- Koniecznie.
- I sprawiedliwym też, G l a u k o n i e , tak sądzę, powiemy, że poszczególny
człowiek b ę d z i e w t e n sam sposób sprawiedliwy, jak i państwo było spra­
wiedliwe.
- I to tak być musi, koniecznie.
- A tegośmy chyba nie zapomnieli, że państwo było sprawiedliwe przez
to, że każdy z tych trzech rodzajów, jakie w nim były, robił swoje.
- Zdaje się - powiada - żeśmy nie zapomnieli.
- To zapamiętajmy sobie i to, że i każdy z nas, jeżeli każdy z jego trzech
c z y n n i k ó w w e w n ę t r z n y c h b ę d z i e robił swoje, b ę d z i e w t e d y sprawiedliwy
i będzie też robił swoje. E
- Bardzo dobrze - powiada - musimy sobie to zapamiętać.
- N i e p r a w d a ż ? I n t e l e k t o w i władać wypada, bo j e s t mądry i p o w i n i e n
m y ś l e ć z góry o całej duszy, a t e m p e r a m e n t p o w i n i e n mu podlegać i być
z nim w przymierzu?
- Tak jest.
- Więc czy nie jest tak, jakeśmy mówili, że połączenie muzyki i gimna­
styki potrafi te czynniki zharmonizować; j e d e n n a p n i e , p o d n i e s i e go i na­
karmi słowem pięknym i nauką, a drugi zwolni i opuści nieco z pomocą na- 442
pomnień, i obłaskawi go harmonią i rytmem?
- Całkowicie tak - powiada.
- I te dwa pierwiastki tak prowadzone wyuczą się naprawdę robić to, co
do nich należy; dobrze wychowane, będą władały pożądliwością, której jest
najwięcej w duszy każdego, a taka już jej natura, że nie nasycą jej ż a d n e
skarby. T a m t e dwa pierwiastki będą na nią uważały, ż e b y się nie syciła
r o z k o s z a m i , k t ó r e się nazywają c i e l e s n e , b o j a k się p r z e z t o r o z r o ś n i e
i wzmoże na siłach, to przestanie robić swoje, a zacznie brać za łeb i b ę d z i e
próbowała rządzić tym, nad czym jej żadna władza nie przypada z natury, B
i całe życie zbiorowe do góry nogami wywróci.
- Tak jest - powiada.

w e w n ę t r z n e j . Platon powiedziałby o nich, że są głupi, m i m o wszystko mylą się w ocenie wartości


życia. Z n a m y t e ż w y p a d e k człowieka sprawiedliwego, k t ó r e m u r o z u m mówił: uciekaj z więzie­
nia, c z e g o b ę d z i e s z tu czekał, przecież droga otwarta, ale na p r z e s z k o d z i e mu stanęły uczucia
wstydu, ambicji i p e w n e pragnienie - t r u d n o wiedzieć, czy r o z u m n e - pragnienie śmierci. Ta roz­
terka w e w n ę t r z n a , tak żywo opisana w Ktitonie i w Fedonie, nie ujęła mu nic ze sprawiedliwości.
Więc c h y b a nie każda rozterka w e w n ę t r z n a b ę d z i e objawem niesprawiedliwości. T r z e b a Plato­
nowi zostawić j e g o i n t e l e k t u a l i z m etyczny odziedziczony po Sokratesie.
144 Platon, Państwo 442 B

- A czy przed nieprzyjaciółmi z zewnątrz też te dwa czynniki nie potrafią


byó najpiękniejszą ochroną dla całej duszy i dla całego ciała? J e d e n , który
się zastanawia i robi plany, a drugi, który walczy, ale słucha czynnika rzą­
dzącego i m ę ż n i e jego plany wykonywa.
- Jest tak.
- I m ę ż n y m , tak uważam, nazywamy każdego, u kogo ta część, tempera-
C m e n t , zachowuje poprzez bóle i poprzez rozkosze to, co i n t e l e k t w swoim
rozkazie wyznaczy jako straszne i niestraszne.
- Słusznie - powiada.
- A mądrym nazywamy każdego dzięki tej małej cząstce, która w nim pa­
nuje i wszystko w swych rozkazach wyznacza, bo ona ma w sobie w i e d z ę
0 tym, co jest pożyteczne dla każdej z trzech części z osobna i dla całości,
którą o n e wspólnie tworzą.
- Tak jest.
- No cóż. A rozważnym czy nie nazywamy człowieka za przyjaźń i zgod­
ność tych samych jego części, kiedy czynnik w nim rządzący i dwa czynniki
D r z ą d z o n e zgadzają się w sobie na to, że i n t e l e k t p o w i n i e n rządzić, i o n e
z nim nie zrywają dobrych stosunków?
- Rozwaga - powiedział - nie jest niczym i n n y m , tylko tym. Z a r ó w n o
w państwie, jak i u człowieka prywatnego.
- A sprawiedliwym będzie człowiek przez to i w ten sposób, j a k e ś m y to
często mówili.
- Tak musi być, koniecznie.
- No cóż? - d o d a ł e m - czy p o w i n n a by nam sprawiedliwość opaść z sił
1 jakoś inaczej wyglądać w poszczególnym człowieku, niż wyglądała w pań­
stwie?
- Ja myślę, że nie powinna - powiedział.
E - Ale może w ten sposób moglibyśmy się w naszym stanowisku umocnić,
jeżeli się jeszcze u nas w duszy czai jakaś wątpliwość, że pogląd nasz zesta­
wimy z poglądami potocznymi.
- Z jakimi?
- Na przykład, gdyby szło o nasze z d a n i e o tym p a ń s t w i e i co myślimy
o człowieku podobnej konstytucji, jak i o podobnym wychowaniu, to gdyby
szło o d e p o z y t złota albo srebra, czy ktoś taki mógłby go sprzeniewierzyć?
Czy mógłby ktoś takiego człowieka posądzać o to raczej niż ludzi innych
z natury i wychowania?
443 - Ż a d n e by go nie spotkało posądzenie - powiada.
- N i e p r a w d a ż ? I świętokradztwa, i złodziejstwa, i zdrady, w życiu pry­
w a t n y m w s t o s u n k u do ludzi bliskich albo w p u b l i c z n y m w s t o s u n k u do
państw, byłyby najdalsze od takiego człowieka?
- Najdalsze.
- I ani na włos nie nadużywałby zaufania, czyby to o przysięgi szło, czy
o inne umowy.
- Jakżeby zaś?
443 A Księga IV 145

- I cudzołóstwo, i zaniedbania rodziców i służby bożej raczej na każdego


innego patrzą niż na takiego człowieka.
- Na każdego innego, doprawdy - powiada.
- N i e p r a w d a ż ? Z tego w s z y s t k i e g o przyczyna ta, że każdy z j e g o czyn- B
ników w e w n ę t r z n y c h robi swoje, jeżeli chodzi o władzę i o uleganie władzy?
- To właśnie, a nie coś innego.
- Więc czy szukasz jeszcze czegoś innego, czym by mogła być sprawiedli­
wość, a nie tą właśnie siłą, która tak dysponuje ludzi i państwa?
- Na Zeusa - powiada - ja nie szukam.
- W i ę c nam się ziścił nasz sen; to p r z y p u s z c z e n i e , k t ó r e ś m y w y p o w i e - XVII
dzieli, że jak tylko zaczniemy zakładać państwo, to z pomocą któregoś boga
gotowiśmy się zaraz natknąć na początek i pewien zarys sprawiedliwości C
- Ze wszech miar.
- A to było, G a l u k o n i e , p e w n e widziadło sprawiedliwości, ale bardzo się
nam przydało to, że człowiek, który jest szewcem z natury, najlepiej zrobi,
jeżeli zostanie przy swoim kopycie i nic innego nie będzie próbował, a cie­
śla, żeby się ciesiołką bawił, i inni tak samo.
- Widocznie.
- A n a p r a w d ę sprawiedliwość jest, zdaje się, czymś w tym rodzaju, ale nie D
polega na z e w n ę t r z n y m działaniu czynników w e w n ę t r z n y c h człowieka, tylko
na tym, co się w nim s a m y m z tymi c z y n n i k a m i dzieje. Na tym, że on nie
pozwala, żeby k t ó r y k o l w i e k z nich robił mu w duszy to, co do n i e g o nie na­
leży, ani żeby s p e ł n i a ł kilka różnych funkcji naraz. Taki c z ł o w i e k urządził
sobie gospodarstwo w e w n ę t r z n e , jak się należy, panuje sam nad sobą, utrzy­
m u j e we własnym w n ę t r z u ład, jest dla samego siebie przyjacielem; z h a r m o ­
n i z o w a ł swoje trzy c z y n n i k i w e w n ę t r z n e , j a k b y trzy s t r u n y d o b r z e w s p ó ł ­
brzmiące, najniższą, najwyższą i środkową, i jeżeli p o m i ę d z y tymi są jeszcze
jakieś i n n e , on je wszystkie związał i stał się ze wszech miar jedną jednostką, E

17
Ścisła specjalizacja z a w o d o w a była t y l k o o b r a z e m , w i d z i a d ł e m , o b j a w e m s p r a w i e d l i w o ś c i .
Sprawiedliwość sama polega w człowieku na zgodzie rozumu z t e m p e r a m e n t e m i z żądzami. Jak
czytamy w tym miejscu, człowiek sam musi te wszystkie trzy czynniki w sobie s a m y m regulować
i uzgodnić, inaczej b ę d z i e niesprawiedliwy.
S p r a w i e d l i w o ś ć p o j m u j e Platon j a k o p e w i e n ideał e g o c e n t r y c z n y , nie s p o ł e c z n y . Bądź spra­
wiedliwy! nic znaczy u niego: szanuj interesy drugich ludzi. Znaczy zaś: szanuj własną równowagę
w e w n ę t r z n ą . Bądź sprawiedliwy! znaczy: dbaj o siebie s a m e g o , o własny p o r z ą d e k w e w n ę t r z n y ,
o p i ę k n o własnej duszy. Z a p e w n e , że nie p o w i n i e n e ś nikogo krzywdzić, ale dlaczego właściwie?
D l a t e g o , że to ciebie s a m e g o szpeci: pożądać c u d z e g o dobra w b r e w rozumowi. Szanuj się!
Przebija się w tym z n o w u u s p o s o b i e n i e s c h i z o t y m i c z n e , bliskie a u t y z m u . Introwersja. Kult
własnej duszy, wzgląd na drugich na drugim miejscu, jako środek, a nie jako cel. To samo spoty­
k a m y p ó ź n i e j u stoików, u epikurejczyków, u cyników, wszędzie, gdzie tylko sięgnął wielki cień
postaci Sokratesa z dialogów platońskich. I to samo mamy w chrześcijaństwie; i d e a ł e m e t y c z n y m
- s p e ł n i a n i e woli bożej i s z u k a n i e własnego zbawienia na tej d r o d z e . Służba ludziom tylko środ­
kiem do tego celu. Bliźniego kocha chrześcijanin - jeżeli go kocha - tylko dlatego, że mu to Bóg
nakazał, a nie dla niego s a m e g o , i czyni d o b r z e bliźnim, bo szuka w ł a s n e g o zbawienia. Jeżeli
c h c e być d o s k o n a ł y m , porzuca ojca i m a t k ę , i wszystkich bliźnich, a służy Bogu, pracując tylko
nad własną duszą w o d o s o b n i e n i u klasztornym. A oro, gdzie biją spisane źródła tej postawy we­
w n ę t r z n e j . T u t a j i u pitagorejczyków.
146 Platon, Państwo 443 E

a nie jakimś zbiorem wielu j e d n o s t e k . Opanowany i zharmonizowany postę­


puje też tak samo, kiedy coś robi, czy to gdy majątek zdobywa, czy o własne
ciało dba, albo i w jakimś wystąpieniu publicznym, albo w prywatnych umo­
wach, we wszystkich tych sprawach i d z i e d z i n a c h on uważa i nazywa spra­
w i e d l i w y m i p i ę k n y m każdy taki czyn, który tę jego równowagę zachowuje
i do niej się przyczynia. Mądrością nazywa wiedzę, która t a k i e czyny dyk­
tuje. N i e s p r a w i e d l i w y m nazywa czyn, który tę jego h a r m o n i ę w e w n ę t r z n ą
444 psuje, a głupotą nazywa m n i e m a n i e , które znowu takie czyny dyktuje.
- Ze wszech miar - powiada - prawdę mówisz, Sokratesie.
- No to dobrze - dodałem. - Więc gdybyśmy powiedzieli, żeśmy już zna­
leźli, co to jest człowiek sprawiedliwy i państwo sprawiedliwe, i czym jest
sprawiedliwość w nich zawarta, to myślę, żebyśmy się chyba nie bardzo po­
mylili.
- Ależ nie, na Zeusa - powiada.
- Więc powiemy, że tak?
- Powiemy.
XVIII - N i e c h ż e będzie - mówię. A teraz myślę, trzeba wziąć pod uwagę nie­
sprawiedliwość ' 8 .
- Jasna rzecz.
- N i e p r a w d a ż . To musi być rozpad i walka wewnętrzna p e w n e g o rodzaju
B między tymi trzema pierwiastkami, i łączenie wielu funkcji w j e d n y m ręku,
i zajmowanie się nie swoimi rzeczami, i b u n t jakiejś części przeciwko całości
duszy. T e n b u n t zmierza do tego, żeby w niej władzę objęło nie to, co wła­
dać powinno, ale pierwiastek takiej natury, że powinien podlegać czynnikom
urodzonym do władzy. Zgodzimy się, myślę, że to coś takiego; że zamiesza­
nie i b ł ą k a n i e się tych p i e r w i a s t k ó w to jest n i e s p r a w i e d l i w o ś ć i rozpusta,
i tchórzostwo, i głupota, i w ogóle wszelkie podłe rysy charakteru.
- Tak, to jest to samo - powiada.
C - N i e p r a w d a ż - dodałem - więc i postępowanie niesprawiedliwe, i wyrzą­
d z a n i e krzywd, i z drugiej strony p o s t ę p o w a n i e sprawiedliwe, to wszystko
jest już teraz całkowicie jasne, skoro jasna jest niesprawiedliwość i sprawie­
dliwość.
- Jak to, niby?
- T a k to - d o d a ł e m - że to się niczym nie różni od tego, co zdrowe i co
zdrowiu szkodzi. To w ciele, a tamto w duszy.
- W jakim sposobie? - mówi.
- To przecież, co zdrowe, to zaszczepia zdrowie, a to, co zdrowiu szkodzi
- chorobę.
- Tak.

18
Jasna rzecz, że niesprawiedliwość wypada teraz jako przeciwieństwo sprawiedliwości. To jest
n i e p o r z ą d e k , dezorganizacja w e w n ę t r z n a . P o d o b n i e jak choroba w ciele. Platon nadzwyczajnie
o d g a d ł p s y c h o p a t y c z n e tło skłonności przestępczych, co zdają się potwierdzać w s p ó ł c z e s n e bada­
nia kryminologiczne.
444 C Księga IV 147

- N i e p r a w d a ? I p o s t ę p o w a n i e sprawiedliwe zaszczepia sprawiedliwość,


a niesprawiedliwe niesprawiedliwość?
- Koniecznie. D
- A zaszczepiać zdrowie, to znaczy nadawać ciału pewien ustrój naturalny,
aby w nim władało i podlegało to, co z natury powinno jedno lub drugie ro­
bić, a w c h o r o b i e zaczyna się w ł a d a n i e i u l e g a n i e c z y n n i k ó w c i e l e s n y c h
przeciw naturze.
- Całkiem tak - powiada.
- Z a t e m dzielność to byłoby pewnego rodzaju zdrowie i piękność, i dobra E
forma duszy, a zły charakter to choroba i brzydota, i niedomaganie.
- Jest tak.
- A czy i piękne postępowanie prowadzi do dzielności, a brzydkie do złe­
go charakteru?
- Koniecznie.
- Na k o n i e c , zdaje się, że zostaje n a m już tylko to rozpatrzyć, czy się XIX
opłaca postępować sprawiedliwie i pięknie, i być sprawiedliwym - czy tam 445
ktoś wie o tym, czy nie wie - czy też lepiej wychodzi człowiek niesprawie­
dliwy i krzywdziciel, jeżeli t y l k o u n i k n i e kary i nie poprawi się pod jej
wpływem 19 .
- Ależ, mój Sokratesie - powiada - m n i e się przynajmniej tak wydaje, że
to by było już śmieszne rozważanie, bo jeżeli się komuś natura ciała popsu­
je, to nie warto mu żyć, choćby miał wszelkie możliwe pokarmy i napoje,
i wszelkie bogactwo, i władzę, a kiedy mu się pomiesza i zepsuje n a t u r a
właśnie tego pierwiastka, dzięki k t ó r e m u żyjemy, to czyż warto mu będzie B
żyć, choćby nawet i robił, co by chciał, wszystko inne, a tylko nie to, przez
co by się pozbyć mógł złego charakteru i niesprawiedliwości, a zdobyć sobie
sprawiedliwość i dzielność, skoro pokazało się, że j e d n a i druga jest tym
i taka, jakeśmy to o nich mówili.
- Tak, to śmieszne - dodałem. - Ale jednak, skorośmy już tu doszli, nie
trzeba ustawać na siłach, aby jak tylko można najwyraźniej dojrzeć, że to
tak jest.
- Ależ, na Zeusa - mówi - nie trzeba się nawet wahać.
- Więc chodź tu - powiadam - abyś zobaczył, ile to postaci ma zły charak- C
ter, tak mi się przynajmniej wydaje; to warto zobaczyć.

19
T y m s a m y m o d p o w i e d ź na pytanie A d e j m a n t a z księgi II dobiega końca. Sokrates pokazał,
czym j e s t w j e g o r o z u m i e n i u sprawiedliwość w państwie i w p o s z c z e g ó l n y m człowieku, a skoro
się pokazało, że to jest zdrowie i p i ę k n o ś ć duszy, i jej stan właściwy, to nie trzeba się szeroko
rozwodzić nad tym, czy ona się opłaca, czy nie. Wiadomo, że się opłaca sama przez się k a ż d e m u ,
k o m u zależy na zdrowiu i piękności własnej duszy - b e z względu na nagrody z zewnątrz, na opi­
nie i pochwały od ludzi.
Więc tu mogłoby się Państwo skończyć, bo z a m i e r z o n y program został wyczerpany właściwie.
J e d n a k ż e Sokrates ma o c h o t ę mówić jeszcze o złych rodzajach c h a r a k t e r ó w i ustrojów p a ń s t w o ­
wych, skoro dobry ustrój duszy i państwa już opisał. T e n dobry ustrój państwa nazywa króle­
s t w e m lub arystokracją. Złych ustrojów jest niezmiernie wiele, z tych cztery postanawia Sokrates
omówić szczegółowo.
148 Platon, Państwo 445 C

- Ja idę za tobą - powiada. - Mów tylko.


- T a k jest - mówię. - Ja widzę jakby z wieży strażniczej, kiedyśmy aż tu,
tak wysoko zaszli w rozważaniach, że jedna istnieje postać dzielności, a nie­
p r z e b r a n a ilość złych charakterów. Pośród nich p e w n e cztery, o k t ó r y c h
warto wspomnieć.
- Jak to rozumiesz? - mówi.
- Ile jest postaci ustrojów państwowych, tyle gotowo być rodzajów cha­
rakteru duszy ludzkiej.
- A ileż to?
D - Pięć - mówię - jest rodzajów usttoju i pięć charakterów.
- Mów - powiada - które to.
- M ó w i ę - o d p o w i e d z i a ł e m - że j e d e n rodzaj ustroju to byłby t e n , któ-
ryśmy przeszli, a on może się nazywać dwojako. Bo jeśli między rządzący­
mi jest na pierwszym miejscu j e d e n człowiek, taki ustrój może się nazywać
królestwem, a jeśli jest tych ludzi więcej, to arystokracja.
- To prawda - mówi.
E - Ja mówię - dodałem - że to jest jedna postać. Bo ani większa ilość, ani
j e d e n człowiek z pewnością nie naruszy ważniejszych praw państwa, jeśli
będzie miał tę kulturę i to wychowanie, któreśmy przeszli.
- N i e wygląda na to - powiedział.
KSIĘGA PIĄTA

Z a t e m ja nazywam takie państwo i taki ustrój państwowy dobrym i słu- 449


sznym i nazywam tak takiego człowieka. I n n e ustroje są złe i c h y b i o n e ,
skoro t e n jest słuszny. Zło w organizacji państw i w u k s z t a ł c e n i u charak­
teru obywateli występuje w czterech postaciach 1 .
- W jakich mianowicie? - powiada.
Wiec ja zacząłem je omawiać po kolei tak, jak mi się wydawało, że j e d n a
w drugą p r z e c h o d z i . T y m c z a s e m P o l e m a r c h , on siedział t r o c h ę dalej od B
Adejmanta, więc wyciągnął naprzód rękę, uchwycił go za płaszcz z góry i za
bark i przysunął go do siebie, a sam się do niego nachylił i coś tam zaczął
mówić pochylony. Z tego myśmy nic nie dosłyszeli, tylko to: „więc puści­
my - powiada - czy co zrobimy?"
- Nic podobnego - powiada Adejmant już całkiem głośno.
- Więc ja: - A czego wy tam tak nie puszczacie?
- Ciebie - powiada.
- Ja mówię jeszcze: - A czegóż tam? C
- Uważamy, że się zaniedbujesz - powiada - i ukradłeś cały rozdział, i to
nie najmniejszy, z naszych rozważań, abyś go nie przechodził. Myślisz, że
się wykręcisz po cichu tą drobną wzmianką o kobietach i o dzieciach, że to
niby k a ż d e m u i tak jasne, że wspólna będzie dola przyjaciół.
- A czy to nie słuszne - dodałem - Adejmancie?
- Tak jest - powiada. - Ale to „słuszne", jak każde, wymaga uzasadnienia
i rozwinięcia; jaki to będzie rodzaj wspólnoty, bo przecież mogłoby ich być
bardzo wiele. Więc nie pomijaj tego, o jakim ty myślisz. My tu od dawna D
czekamy, myśląc, że sobie przecież przypomnisz o robieniu dzieci, jak oni
je będą robili, a urodzone jak będą chowali, i o całej tej wspólności kobiet
i dzieci, o którejś napomknął. N a m się wydaje, że to ma wielkie znaczenie
dla państwa, i to wszystko razem, zależnie od tego, czy się to słusznie urzą­
dza, czy niesłusznie. Więc teraz, kiedy ty się zabierasz do innego ustroju

1
Zaczyna się jakby drugi tom Państwa. W nim naprzód rozwinęcie bardzo drażliwego t e m a t u
- to sprawa k o b i e t i dzieci, i sprawa równie drażliwa - o d d a n i e rządów w ręce miłośników mą­
drości, filozofów. I zapowiedziany, a urwany przy k o ń c u księgi IV przegląd złych form ustroju.
W y p a d a ł o przy tym p o w i e d z i e ć o b s z e r n i e , kto jest filozofem, a kto nie jest, i co to filozofia,
i rozwinąć teorię poznania, i jeszcze raz wrócić do rozprawy z poezją, i z a m k n ą ć całość - dość,
że się z tego zrobiło sześć nowych ksiąg.
Drugą część swej pracy nawiązuje Platon zabawnym, plastycznym o b r a z e m . Zaczynamy przez
chwilę znowu widzieć żywych młodych ludzi, k t ó r y c h e ś m y spotkali na początku księgi I, bo j u ż
bardzo d ł u g o mieliśmy s a m e tylko słowa przed oczami, a ludzi nie było widać. T e r a z m ł o d z i e ż
u p o m i n a się o rozwinięcie projektów dotyczących współżycia dwóch płci.
150 Platon, Państwo 450 A

p a ń s t w o w e g o , z a n i m e ś to n a l e ż y c i e rozstrząsnąl, p o s t a n o w i l i ś m y to, coś


usłyszał: że cię nie puścimy, zanim tego wszystkiego nie przejdziesz tak jak
inne sprawy.
- A dołączcie tam i mój głos do waszego - powiedział Glaukon.
- N i e martw się o nic, Sokratesie - dodał Trazymach - uważaj, że to jest
nasza uchwała jednomyślna.
- A toście m n i e urządzili - powiadam. - Wzięliście się do m n i e na dobre.
I jaką wy wielką rozprawę o ustroju państwa na nowo puszczacie w ruch;
niby od początku. Ja się już cieszyłem, żem ją przebrnął całą, i byłbym za­
dowolony, gdyby ktoś był t a m t o przepuścił i wziął to tak, jako zostało po­
wiedziane. Wy to znowu dobywacie na stół, a nie wiecie, jaki to rój myśli
wzbija. Ja go widziałem już i wtedy, wiecem przeszedł mimo, aby nie robić
zbiegowiska 2 .
- N o , cóż tam - powiada Trazymach - ty myślisz, że oni tu przyszli złoto
kopać, a nie słuchać rozpraw?
- No tak - mówię - ale do pewnej miary przecież.
- Miara, Sokratesie - powiedział G l a u k o n - jeżeli chodzi o s ł u c h a n i e ta­
kich rozpraw, to miarą jest całe życie - dla ludzi myślących. Więc o nas się
nie martw, a sam nie ustawaj na siłach i przechodź tak, jak uważasz, jaka to
będzie u nas pośród strażników wspólność na p u n k c i e dzieci i kobiet, i cho­
wania dzieci jeszcze małych w okresie od urodzenia aż do szkoły - to zdaje
się okres najtrudniejszy. Więc spróbuj powiedzieć, jakie to wychowanie po­
winno być.
- D o b r z e ci mówić - o d p o w i e d z i a ł e m - ale to nie jest tak łatwo przejść.
Bo tam jest wiele p u n k t ó w trudnych, które się nie przyjmą łatwo, jeszcze
gorzej niż to cośmy p r z e d t e m przechodzili. Bo i w to niejeden nie uwierzy,
żeby to były rzeczy możliwe, i w to też, żeby to było najlepsze; nawet gdy­
by to było możliwe. Stąd i wahanie p e w n e , czy w ogóle tykać tych rzeczy,
aby się myśli nie wydawały marzeniami, przyjacielu kochany.
- N i c się nie wahaj - powiada. - Przecież nie będą cię słuchali ani ludzie
głupi, ani uprzedzeni, ani nieżyczliwi.
A ja mówię: - Najlepszy jesteś; chcesz mi dodać ducha, więc tak mówisz,
prawda?
- Tak jest - powiada.
- W takim razie - mówię - robisz coś wprost przeciwnego. Bo gdybym ja

2
Platon zwierza się, że ma t r e m ę przed w z b u d z e n i e m sensacji i czuje, żc jego p o m y s ł y na tym
p u n k c i e wydadzą się n i e m o ż l i w e do zrealizowania i spotkają się z naganą. P r z e d e w s z y s t k i m
ze strony ludzi głupich, uprzedzonych i nieżyczliwych. Sam nie jest całkowicie p e w n y swego sta­
nowiska w szczegółach. Ma p e w n e pomysły do dyskusji, gotów tu i ówdzie ustąpić, a boi się,
ż e b y nie posiał zgorszenia. Więc kłania się Adrastei, zanim mówić z a c z n i e . Adrasteja to było
zrazu u o s o b i e n i e Konieczności, u t o ż s a m i a n o ją z boginią odpłaty, N e m e z i s , karzącą ludzi d u m ­
nych za słowa zbyt z a r o z u m i a ł e . Sokrates z góry ją przeprasza za e w e n t u a l n e z g o r s z e n i e , które
g o t ó w wywołać. W ostatnich wierszach rozdziału Platon czyni może aluzję do s k e c z ó w scenicz­
nych Sofrona, które się dzieliły na m ę s k i e i ż e ń s k i e , i zazwyczaj męski w y p r z e d z a ł na s c e n i e
żeński.
450 D Księga V 151

sam sobie wierzył, że wiem to, co mówię, to słowa zachęty byłyby na miej­
scu. Bo m i ę d z y l u d ź m i r o z u m n y m i i życzliwymi mówić, znając p r a w d ę E
o rzeczach największych i najmilszych, można bezpiecznie i z otuchą w ser­
cu. Ale jak człowiek sam wiary nie ma i szuka dopiero, a tu już musi rów­
nocześnie mówić - tak, jak ja to robię - to jest rzecz straszna i bardzo śliska. 451
N i e o to, że można się na śmiech narazić, to głupstwo, tylko o to chodzi,
żebym chybiwszy prawdy nie tylko sam nie leżał, ale jeszcze i przyjaciół za
sobą nie pociągnął, a na tym polu najmniej wolno sobie pozwalać na fałszy­
we kroki. Więc kłaniam się Adrastei, Glaukonie, ze względu na to, co mam
zamiar powiedzieć. O b a w i a m się, że to mniejszy grzech zabić kogoś nie­
chcący, niż wprowadzić go w błąd co do p i ę k n y c h i dobrych, i sprawiedli­
wych urządzeń i zwyczajów prawnych. Narazić się na to niebezpieczeństwo
m i ę d z y n i e p r z y j a c i ó ł m i l e p i e j niż m i ę d z y przyjaciółmi. Więc ł a d n i e t y
m n i e pocieszasz.
A G l a u k o n się roześmiał i powiada: - Ależ, S o k r a t e s i e , jeżeli się k t o ś B
z nas twoją mową trochę zgorszy, to rozgrzeszymy cię z góry jakby za zabój­
stwa; będziesz czysty; nie będziesz winien wprowadzania nas w błąd. Więc
mów z otuchą w sercu!
- No tak - powiedziałem - tam też czysty jest ten, którego uwalniają, tak
mówi prawo. Więc jeżeli tam, to chyba i tu.
- Więc właśnie dlatego mów - powiada.
- Więc teraz - ciągnąłem - trzeba znowu mówić na nowo to, co może ra­
czej wtedy trzeba było powiedzieć we właściwej kolei. A może i tak będzie
d o b r z e : skończyło się p r z e d s t a w i e n i e z m ę ż c z y z n a m i , niech teraz k o b i e t y C
wejdą na scenę, zwłaszcza że ty tak o to prosisz.
Dla ludzi o takiej naturze i tak wychowanych, jakeśmy to przeszli, moim III
zdaniem, nie ma innej słusznej drogi do tego, żeby dzieci i kobiety posia­
dać i coś z nich mieć, jak tylko ta jedna - muszą iść w tym samym kierun­
ku, któryśmy im na początku nadali. A myśmy się jakoś starali ustanowić
tych ludzi strażnikami nad trzodą w naszym rozważaniu 3 .

3
Racjonalista Platon zajmuje s t a n o w i s k o przyrodnicze i nie ogląda się na tradycję i zwyczaj.
C h c e przecież zreformować zwyczaje i stworzyć nową tradycję. O b y w a t e l i rządzonych pojmował
jako stado baranów, już kiedy mówił przez usta T r a z y m a c h a w księdze I, a p o d o b n i e w Ten/fecie,
a strażników przyrównywał do psów pilnujących trzody j u ż w k s i ę d z e II i I I I . T e r a z idzie dalej
tym s a m y m ś l a d e m . Jak zwierzęta różnej płci nadają się do j e d n a k i c h prac i zadań, choć w róż­
n y m s t o p n i u , tak i k o b i e t y nie p o w i n n y być o d s u n i ę t e od prac p u b l i c z n y c h , które potrafią speł­
niać na równi z m ę ż c z y z n a m i , byleby dostały p o d o b n e w y k s z t a ł c e n i e z pomocą m u z y k i w naj­
szerszym znaczeniu i gimnastyki.
Ta myśl o z r ó w n a n i u k o b i e t z m ę ż c z y z n a m i w zajęciach p u b l i c z n y c h , c h o c i a ż m o d n a j u ż
w czasach P l a t o n a , d o c z e k a ł a się u r z e c z y w i s t n i e n i a c z ę ś c i o w e g o d o p i e r o w d w a d z i e ś c i a kilka
w i e k ó w później, bo aż w wieku XX. P r z e d t e m cały czas była zabawna i nieprzyzwoita. Zwyczaj
oparty na tradycji z a m y k a ł k o b i e t ę helleńską w pokojach dla k o b i e t i w k u c h n i . P r z e d m i o t e m
j e d n e j z k o m e d i i Arystofanesa, E i i k s i a d z u s a j , jest republika, w której kobiety rządzą i p a n u j e
w niej k o m u n i z m u d e r z a j ą c o p o d o b n y d o s t o s u n k ó w w i d e a l n y m p a ń s t w i e P l a t o n a . S t ą d
o g r o m n a literatura filologiczna i spory n i e s k o ń c z o n e o to, czy w V księdze Państwa Platon pole­
mizuje z Arystofanesem, czy nie. Z a g a d n i e n i e interesujące, ale t e k s t jest i bez tego z r o z u m i a ł y .
I nie stracił dziś nic z aktualności.
152 Platon, Państwo 451 C

- Tak.
D - Wiec idźmy dalej tym śladem i p o d o b n i e wyznaczymy r o d z e n i e i cho­
wanie niemowląt, i patrzmy, czy to nam wypada przyzwoicie, czy nie.
- Jak to? - mówi.
- No tak, czy my uważamy, że samice psów strażniczych powinny razem
z nimi pełnić służbę koło tego, czego samce pilnują, i razem z nimi chodzić
na polowanie, i wszystko inne razem robić, czy też one p o w i n n y siedzieć
w domu, bo nie są zdolne do tamtych rzeczy; muszą szczenięta rodzić i kar­
mić, a samce powinny pracować i mieć sobie powierzoną całkowitą troskę
o trzody?
- Wszystko pospołu - powiada - tylko liczmy się z tym, że o n e są słabsze,
E a samce mocniejsze.
- A czy m o ż n a - ciągnąłem - do t e g o s a m e g o zadania u ż y w a ć j a k i e g o ś
zwierzęcia, jeżeli go nie wychowasz i nie wyuczysz tak samo?
- N o , nie można.
- Więc jeżeli będziemy kobiet i mężczyzn używali do tych samych zadań,
to trzeba je też uczyć tego samego.
- Tak.
452 - T a m t y m dało się muzykę i gimnastykę.
- Tak.
- Z a t e m i k o b i e t o m trzeba dać te dwie sztuki i przysposobienie wojsko­
we, i używać ich stosownie do tego.
- Tak wypada z tego, co mówisz.
- M o ż e być - d o d a ł e m - że to w b r e w zwyczajowi, więc n i e j e d n a z tych
rzeczy, o k t ó r y c h mówimy, m o ż e się w y d a ć ś m i e s z n a , g d y b y ją w c z y n
wprowadzić tak, jak się o niej mówi.
- I bardzo - powiada.
- A co ty w tym - d o d a ł e m - widzisz najbardziej śmiesznego? Oczywi­
ście, że gołe kobiety, ćwiczące się w zakładach gimnastycznych, obok męż-
B czyzn. N i e tylko młode, ale starsze panie też, podobnie jak to starzy pano­
wie w zakładach g i m n a s t y c z n y c h , n i e j e d e n pomarszczony, że przykro pa­
trzeć, a j e d n a k z zamiłowaniem odbywają ćwiczenia.
- Na Zeusa - powiada. - To by się wydawało śmieszne przynajmniej dziś,
teraz.
- Nieprawdaż? - dodałem. Skorośmy już zaczęli mówić, to nie bójmy się
żarcików ze strony dowcipnisiów. Ile by to oni i jakich żartów wysypali,
C gdyby się taka przemiana dokonała; i na t e m a t zakładów gimnastycznych,
i muzyki, a niemało też na temat broni w ręku kobiet i jazdy konnej.
- Słusznie mówisz - powiada.
- Ale skorośmy zaczęli mówić, to trzeba iść i tam, gdzie niejeden k a m i e ń
leży na drodze prawa, i poprosić tych, którzy robią dowcipki, niech tym ra­
zem nie robią swego, tylko spróbują spojrzeć poważnie i przypomnieć sobie,
że nie t a k to dawno, jak się i H e l l e n o m wydawało rzeczą n i e p r z y z w o i t ą
i śmieszną to, co i dziś wielu barbarzyńców gorszy i śmieszy: widok nagich
452 D Księga V 153

mężczyzn. Kiedy ćwiczenia gimnastyczne w zakładach rozpoczęli najpierw D


Kreceńczycy, a p o t e m Lakedajmonowie, w t e d y mogli ówcześni dowcipnisie
robić takie same żarty. Czy nie uważasz?
- Owszem, tak.
- A kiedy się w praktyce pokazało, że lepiej jest zrzucać ubranie, niż to
wszystko zakrywać, w t e d y i ta śmieszność jakoś spłynęła z ludzkich oczu,
k i e d y głowom zaświtało to, co najlepsze. W tym świetle pokazało się, że
głupi jest ten, który za śmieszne uważa cokolwiek innego niż zło i próbuje
ludzki śmiech budzić, mając przed oczami jakikolwiek inny widok niby to
zabawny, a nie w i d o k g ł u p o t y i zła. I ten, który p o w a ż n i e bierze dobro, E
mając na oku inny jakiś p u n k t widzenia, a nie - Dobro samo.
- Ze wszech miar - powiada.
- Czy więc przede wszystkim nie trzeba się w tej sprawie pogodzić co do IV
tego, czy to wszystko jest możliwe, czy nie. I dopuścić dwa zdania; m o ż e
ktoś dla żartu, a m o ż e i na serio zechce się spierać o to, czy leży w grani- 453
cach natury ludzkiej, żeby płeć żeńska dorównywała męskiej w każdej pra­
cy, a m o ż e w ż a d n e j , czy t e ż w j e d n y m z a k r e s i e potrafi jej d o r ó w n a ć ,
a w innym nie, i do której z tych dziedzin należy służba wojskowa. Czy nie
w t e n sposób gdyby ktoś zaczął najpiękniej, w t e d y by też z a p e w n e i naj­
piękniej skończył? 4
- Z pewnością - powiada.
- Jeżeli chcesz - d o d a ł e m - to my się sami b ę d z i e m y z sobą spierać, za­
miast innych oponentów, bo co tam zdobywać c u d z e twierdze, jeżeli m o ż e
puste?
- N i c nie przeszkadza - mówi. B
- Więc p o w i e d z m y w ich imieniu: „ S o k r a t e s i e i G l a u k o n i e , po co w a m
o p o n e n c i z zewnątrz? Przecież wy sami na początku, jak tylkoście zaczęli
z a k ł a d a ć to wasze p a ń s t w o , zgodziliście się, że k a ż d y o b y w a t e l z g o d n i e
z naturą powinien się zajmować czymś jednym; tym, co do niego należy".
- Zgodziliśmy się, uważam; jakżeby nie?
- A czy to możliwe, ż e b y n a t u r a k o b i e t y nie różniła się g w a ł t o w n i e od
mężczyzny?
- Jakżeby się tam gwałtownie nie różniła?
- Prawda? Z a t e m i pracę inną trzeba każdej płci nakazać; zgodnie z na­
turą każdej?
- N o , cóż?
- Więc jakże to? Czy wy teraz nie błądzicie i nie sprzeczacie się sami C

4
Czy n a t u r a k o b i e t y nie różni się z b y t zasadniczo od natury m ę ż c z y z n y jak na to, ż e b y o b u
ptciom dawać te s a m e studia i zadania? Z a p e w n e , że różnica tu zachodzi, ale nie musi z a c h o d z i ć
pod wszystkimi względami. S z t u k ę sprzecznych twierdzeń uprawiali w czasach Platona liczni so­
fiści; słynęła z niej szkoła megarejska. Z niej wyszły z n a n e paradoksy o kłamcy, który mówił,
że k ł a m i e , o E l e k t r z e , która nie zna brata, i i n n e . W tym rozdziale po raz pierwszy p o c z u ł się
Platon tak, jak t e n , co płynąć musi, nie czując dna pod nogami, a wciąż n o w e fale grożą mu zala­
n i e m . To p o r ó w n a n i e p r z e p r o w a d z i przez całą księgę. F a l e - to są p r z e w i d y w a n e grożące mu
reakcje czytelników.
154 Platon, Państwo 453 C

z sobą, k i e d y z n o w u mówicie, że m ę ż c z y ź n i i k o b i e t y p o w i n n i robić to


samo, m i m o że obie płcie mają natury całkowicie różne? Na taki zarzut bę­
dziesz miał coś do powiedzenia, żeby się obronić, mężu podziwu godny?
- Tak niby znienacka - powiada - to nie bardzo łatwo. Ale ja ciebie b ę d ę
prosił i proszę, żebyś i w naszej o b r o n i e słówko powiedział jako t ł u m a c z ,
jakiekolwiek by ono tam było.
- Widzisz, Glaukonie - dodałem - to jest właśnie to i wiele innych podob­
nych zarzutów też; ja to od dawna przewidywałem i dlategom się bał i wa­
hałem się, czy w ogóle tykać tego prawa dotyczącego kobiet i dzieci: jak się
do nich dochodzi i jak się je chowa.
- N o , nie, na Zeusa - powiada - bo to nie wygląda na rzecz łatwą.
- Zgoła nie - dodałem. - Ale to tak jest, czy kto wpadnie do małego base­
nu, czy w sam środek największego morza, to j e d n a k o w o pływa, wcale nie
gorzej.
- Tak jest.
- Więc i my m u s i m y pływać i próbować, czy się nie uratujemy z o d m ę ­
tów myśli. Miejmy nadzieję, m o ż e się nam jaki delfin trafi pod wierzch,
a może jakieś inne wybawienie przyjdzie, o które nie jest łatwo.
- Tak to wygląda - mówi.
- W i ę c p r o s z ę cię - d o d a ł e m - m o ż e g d z i e ś z n a j d z i e m y j a k i e ś wyjście.
Z g a d z a m y się, że i n n a n a t u r a p o w i n n a się c z y m ś i n n y m zajmować, i na to
też, że natura kobiety jest inna niż mężczyzny. A tymczasem teraz mówimy,
że różne natury powinny się zajmować tym samym. O to nas oskarżacie?
- Właśnie o to przecież.
- N i e ma to, Glaukonie - dodałem - jak sztuka sprzecznych twierdzeń; to
jest potęga!
- A to co?
- D l a t e g o - mówię - że nieraz, m a m wrażenie, ludzie w nią i m i m o woli
popadają i zdaje się im wtedy, że się nie kłócą, tylko dyskutują. Dlatego,
że nie umieją rozróżnić wielu rodzajów w tym, o czym się mówi, i rozpatry­
wać ich po kolei i z osobna, a tylko wciąż depcą po piętach tej sprzeczności,
która się wiąże z samą nazwą przedmiotu rozmowy, a to jest kłótnia, to nie
jest dyskusja.
- Tak - powiada - to się wielu ludziom zdarza. Ale chyba to się nie od­
nosi do nas w tej chwili?
- O w s z e m ; całkowicie - mówię. - Zdaje się, żeśmy niechcący w d e p n ę l i
w sprzeczność.
- Jakim sposobem?
- Takim, że bardzo m ę ż n i e i po megarejsku trzymamy się j e d n e j nazwy,
a gonimy przy tym nie za jedną i tą samą naturą mówiąc, że nie powinna
się oddawać tym samym zajęciom, a nie zastanowiwszy się ani trochę, o jaki
to rodzaj chodzi tej różnej i tej samej natury, i w jakim znaczeniu ustalili­
śmy to wtedy, k i e d y ś m y różnym n a t u r o m przeznaczali różne zajęcia, a tej
samej te same.
454 B Księga V 155

- No nie - powiada - nie zastanowiliśmy się.


- Toż - dodałem - wolno nam, zdaje się, zadać sobie samym pytanie, czy C
natura łysych i owłosionych jest ta sama, i czy nie jest przeciwna. A jak się
zgodzimy, że jest przeciwna, to gdyby się łysi zajmowali s z e w s t w e m , nie
pozwolimy na to owłosionym. A gdyby owłosieni, to zabronimy tamtym.
- To by doprawdy było śmieszne - powiada.
- A czy to śmieszne - ciągnąłem - z jakiegoś innego względu, czy dlatego,
żeśmy w t e d y nie założyli n a t u r y całkowicie tej samej i całkowicie różnej,
tylkośmy się trzymali tamtego j e d n e g o rodzaju odmienności i podobieństwa D
związanego z samymi zajęciami? Na przykład mówiliśmy, że lekarz i lekarz
z powołania mają tę samą naturę. Czy nie uważasz?
- Uważam.
- A lekarz i cieśla różną?
- Ze wszech miar chyba.
- Prawda więc - d o d a ł e m - że i ród męski i kobiecy, jeżeli się oba okażą V
różne w jakiejś sztuce albo w innym zajęciu, to powiemy, że każdemu trze­
ba różne zadania wyznaczyć. Ale jeżeli się widocznie różnią tylko tym, że
płeć żeńska rodzi, a męska zapładnia, to z tego nie wynika wcale, że kobie­
ta różni się od m ę ż c z y z n y p o d tym w z g l ę d e m , o k t ó r y m tutaj mówimy, E
i b ę d z i e m y dalej tego zdania, że u nas strażnicy oraz ich kobiety mają mieć
to samo zajęcie s .
- Słusznie - powiada.
- Prawda? I potem naszego oponenta poprosimy, niech nas pouczy, w ja- 455
kiej to sztuce albo w jakim zajęciu ważnym dla organizacji państwa natura
kobiety i mężczyzny nie jest ta sama, tylko różna?
- Słusznie przecież.
- I wtedy, p o d o b n i e jak ty niedawno mówiłeś, gotów i t e n ktoś inny też
powiedzieć, że tak zaraz, w tej chwili ująć to, jak trzeba, nie jest łatwo, ale
jak by się człowiek zastanowił, to nic trudnego.
- Powiedziałby tak, z pewnością.
- A chcesz, żebyśmy takiego o p o n e n t a poprosili, niech pójdzie za nami, B
m o ż e my mu potrafimy dowieść, że nie istnieje żadne swoiście kobiece za­
jęcie w administracji państwa?
- Owszem.
- Więc proszę cię, powiemy do niego, odpowiadaj! Czy byłeś tego zda­
nia, że j e d e n ma do czegoś wrodzoną zdolność, a drugi jej nie ma, to zna­
czy, że j e d e n się łatwo czegoś uczy, a drugi trudno? I j e d e n po krótkiej na­
uce dużo sam znaleźć potrafi w dziedzinie objętej jego nauką, a drugi dużo
się uczył i wykuwał, a nawet tego zachować nie potrafi, czego się nauczył?
I u j e d n e g o funkcje cielesne d o s t a t e c z n i e słuchają duszy, a u drugiego się C

5
S a m a różnica płci nic ma ż a d n e g o znaczenia, jeżeli chodzi o pracę publiczną. Mężczyźni na
ogół okazują się sprawniejsi od k o b i e t nawet w zawodach ściśle kobiecych, ale często i k o b i e t y
przewyższają mężczyzn zdolnościami. Na ogół kobiety są słabsze, ale w jakości pracy nie wszyst­
kie ustępują wszystkim mężczyznom.
156 Platon, Państwo 455 C

jej przeciwią? Czy cy innymi jakimiś znamionami, czy tymi określałeś czło­
wieka zdolnego z natury do czegoś i niezdolnego?
- N i k t przecież inaczej nie powie.
- A czy znasz pośród zajęć ludzkich takie, w którym by ród m ę s k i pod
tymi wszystkimi względami nie przewyższał kobiet? Czy m a m y się rozwo-
D dzić przytaczając tkactwo i p i e c z e n i e ciast, i gotowanie; na tym polu p ł e ć
żeńska przecież za coś uchodzi i jeżeli tutaj nie dotrzymuje kroku, to naraża
się na śmiech najbardziej?
- P r a w d ę mówisz - powiada - że we wszystkim, można powiedzieć, da­
leko w tyle zostaje j e d n a płeć za drugą. Ale wiele kobiet w wielu zakre­
sach góruje nad wieloma mężczyznami. A na ogół jest tak, jak ty mówisz.
- Z a t e m nie ma, przyjacielu, w administracji państwa żadnego zajęcia dla
kobiety jako kobiety ani dla mężczyzny jako mężczyzny; p o d o b n i e są roz-
E siane n a t u r y u obu płci i do wszystkich zajęć nadaje się z natury k o b i e t a
i do w s z y s t k i c h m ę ż c z y z n a , tylko we wszystkich k o b i e t a słabsza jest od
mężczyzny.
- Tak jest.
- Więc czy wszystko każemy robić mężczyznom, a kobiecie nic?
- Jakimże sposobem?
- Zdarza się, mam wrażenie - przyznamy to przecież - zdarza się i kobieta
z t a l e n t e m do medycyny, a druga nie, i muzykalna bywa jedna, a druga nie­
muzykalna z natury.
- N o , cóż?
456 - A taka z talentem do gimnastyki nie zdarza się? Albo do służby wojen­
nej? A druga nie do wojny i nie lubi gimnastyki?
- Myślę sobie.
- No cóż? A do mądrości, czy nie lgnie j e d n a , a druga jej n i e znosi?
I z t e m p e r a m e n t e m jedna, a druga bez t e m p e r a m e n t u ?
- Bywa i to.
- Więc bywa i k o b i e t a z t a l e n t e m do straży, a inna n i e . C z y ż e ś m y nie
wybrali takiej natury u mężczyzn nadających się do straży?
- Takąśmy wybrali przecież.
- Więc u kobiety i u mężczyzny ta sama natura, jeżeli idzie o straż pań­
stwa, a tylko tyle, że jedna słabsza, a druga mocniejsza.
- Widocznie.
VI - Z a c z e m i kobiety takie trzeba wybrać i niech mieszkają z takimi męż-
B czyznami, i razem z nimi pełnią służbę strażniczą, skoro są do niej z d o l n e
i mają z nimi pokrewną naturę 6 .
- Tak jest.
- A zajęć tych samych czy nie należy dawać pokrewnym naturom?

6
Kobiety o d p o w i e d n i o u z d o l n i o n e należy wybrać do służby państwowej i dać im w y k s z t a ł c e n i e
takie, jak w y b r a n y m do niej m ę ż c z y z n o m . B ę d z i e to z g o d n e z naturą i z u p e ł n i e możliwe i b ę ­
dzie k o r z y s t n e dla państwa. N a w e t służba wojskowa k o b i e t nie powinna być ś m i e s z n a w oczach
ludzi r o z u m n y c h . Jakżeby się cieszył Platon, widząc w wieku XX uczennice Akademii Wychowa-
456 B Księga V 157

- Te same.
- Więc wracamy do p u n k t u wyjścia drogą okrężną i zgadzamy się, że to
nie jest przeciw naturze dawać żonom strażników m u z y k ę i gimnastykę.
- Ze wszech miar przecież. C
- Z a t e m nie wprowadziliśmy ustaw niemożliwych ani podobnych do ma­
rzeń, skorośmy to prawo ustanowili zgodnie z naturą. Przeciwnie, zdaje się,
że to, co się dzisiaj dzieje, dzieje się raczej przeciw naturze.
- Zdaje się.
- Prawda? A mieliśmy się zastanowić, czy mówimy rzeczy możliwe i rze­
czy najlepsze?
- Tak było.
- A że to rzeczy możliwe, zgadzamy się?
- Tak.
- A że najlepsze, to trzeba dopiero teraz uzgodnić.
- Jasna rzecz.
- Prawda, jeżeli chodzi o to, żeby k o b i e t ę przysposobić na strażnika, to
n i e b ę d z i e u nas i n n e w y c h o w a n i e p r z y g o t o w y w a ł o d o t e g o m ę ż c z y z n ,
a inne kobiety, zwłaszcza że podda mu się ta sama natura? D
- N i e inne.
- A jakie twoje zdanie o takiej rzeczy?
- O której?
- Czy nie myślisz sobie, że j e d e n mężczyzna jest lepszy, a drugi gorszy?
Czy też wszystkich uważasz za jednakich?
- Nigdy.
- A w tym mieście, któreśmy założyli, czy myślisz, że lepsi ludzie zrobią
się ze strażników pod wpływem wychowania, któreśmy opisali, czy z szew­
ców, których kształcono w szewstwie?
- To śmieszne pytanie - powiada.
- Ja rozumiem - mówię. - No cóż? A spośród innych obywateli, czy nie ci E
będą najlepsi?
- Bez żadnego porównania.
- No cóż? A takie kobiety, czy nie będą spośród wszystkich kobiet naj­
lepsze?
- I to też - powiada - bez żadnego porównania.
- A czy jest coś lepszego dla państwa niż to, żeby w nim byli mężczyźni
najlepsi i kobiety jak najlepsze?
- N i e ma nic lepszego.
- O t ó ż to zrobi z nich m u z y k a i g i m n a s t y k a , s t o s o w a n e tak, j a k e ś m y 457
mówili.
- Jakżeby nie?
- Z a t e m ustanowiliśmy nie tylko możliwą, ale i najlepszą dla państwa in­
stytucję prawną.

nia F i z y c z n e g o i W o j s k o w e P r z y s p o s o b i e n i e Kobiet. C z ł o w i e k projektujący rzeczy r o z u m n e


musi nieraz mieć odwagę być śmiesznym.
158 Platon, Państwo 457 A

- N o tak.
- Więc niech się rozbierają żony strażników, dzielność ubierze je zamiast
s u k i e n , i n i e c h biorą udział w wojnie i w innej służbie strażniczej o k o ł o
państwa, i niech nie robią nic innego. A tylko przydzielić k o b i e t o m lżejszą
B służbę niż mężczyznom, bo ich płeć jest słabsza. A ten mężczyzna, który
się śmieje z kobiet rozebranych, kiedy się ćwiczą ze względu na dobro naj­
wyższe, t e n w swoim śmiechu „zrywa mądrości owoc niedojrzały" i zdaje
się, sam nie wie, z czego się śmieje, ani co robi właściwie. Bo to przecież
z d a n i e najpiękniejsze i teraz, i zawsze, że to, co p o ż y t e c z n e , jest p i ę k n e ,
a to, co szkodliwe, szpetne.
- Ze wszech miar.
VII - Więc to by był pierwszy jakby bałwan, powiedzmy, u n i k n ę l i ś m y go,
mówiąc o prawie kobiecym. Tak, że nas nie zalał ze szczętem, k i e d y ś m y
C postanowili, że u nas mają wszystkie zajęcia wspólnie uprawiać strażnicy
i strażniczki, przeciwnie, ta myśl jest sama z sobą w zgodzie, bo głosi to, co
możliwe, i to, co pożyteczne 7 .
- I bardzo - powiada. - Niemałej faliś uniknął.
- Powiesz - dodałem - że ta nie jest wielka, kiedy następną zobaczysz.
- N o , to mów - powiada - zobaczę.
- Za tym prawem - dodałem - idzie prawo drugie, i za wszystkimi poprze­
dnimi moim zdaniem, takie:
- Jakie?

7
Z r ó w n a n i e k o b i e t z m ę ż c z y z n a m i w służbie państwowej, to pierwsza myśl, która groziła Plato­
nowi tym, że go bałwan opinii zaleje. Ale jakoś to poszło, powiada. Druga myśl to wspólność ko­
biet i dzieci, z n i e s i e n i e instytucji małżeństwa i praw rodzicielskich. Z n i e s i e n i e rodziny. Socjali­
zacja kobiet i dzieci.
Platon przewiduje, że się ten p o m y s ł wyda niemożliwy do p r z e p r o w a d z e n i a i n i e ł a t w o wyda
się p o ż y t e c z n y . M i m o to spróbuje go rozwinąć. Ze j e m u s a m e m u wydawało się to możliwe, to
się w znacznej mierze tłumaczy tym, że to pisze homoseksualista, który nigdy kobiety nie kochał
i dzieci nie miał, chociaż wdzięk dziecięcy rozumiał i umiał go opisywać, na przykład w Lyzisie.
On najwidoczniej nie rozumie, jak można się nieodparcie przywiązać do jednej kobiety, skoro ich
jest tyle, a wszystkie są dla niego osobiście pozbawione wszelkiego uroku. Wie, że młodzi ludzie
łatwo zmieniają adresy swoich westchnień, więc ma wrażenie, że ich utraktuje po prostu, otwiera­
jąc przed nimi wybór wielki, choć nie dowolny, tylko kierowany z cicha, z r a m i e n i a władzy. D o ­
s t ę p do k o b i e t za biletami i losowanie. I nie widzi z u p e ł n i e , jakie psie s t o s u n k i , jakie powierz­
c h o w n e , p u s t e , płytkie, m a r n e , s m u t n e , dorywcze zbliżenia otwiera przed m ł o d y m i l u d ź m i . O n
wie o pociągu e r o t y c z n y m między d w i e m a płciami, ale mówi o nim z l e k c e w a ż ą c y m h u m o r e m ,
o tych koniecznościach natury nie g e o m e t r y c z n e j , tylko erotycznej. I traktuje ludzi rzeczywiście
jak barany, które można do woli wiązać w pary i odstawiać. Ż a d n e g o szacunku i ż a d n e g o liczenia
się z tą stroną duszy ludzkiej nie objawia. I wyobraża sobie, że ludzie daliby sobie narzucić taką
formę ustroju, która by zniosła życie osobiste i rodzinne.
N i e można j e d n a k wiedzieć, co ludzie pozwolą, a czego nie pozwolą sobie narzucić ze strony
państw zmierzających do w s z e c h m o c y . Pozwalali się im przecież i sterylizować, i przesiedlać,
i poniewierać, i głodzić, i ogłupiać. Więc Platon m o ż e nie przeceniał potulności ludzkiej. Obja­
wiał tylko schizotymiczną oschłość i z u p e ł n e l e k c e w a ż e n i e dla tych wzruszeń serca l u d z k i e g o ,
które my u m i e m y szanować, i umiał je szanować Sofokles, E u r y p i d e s i Safona, i n a w e t figlarz
Anakreon. Ci rozumieli urok i moc kobiety.
457 C Księga V 159

- Że kobiety wszystkie powinny być wspólną własnością tych mężczyzn,


a prywatnie, dla siebie, żaden nie powinien mieszkać z żadną. I dzieci też D
powinny być wspólne, i ani rodzic nie powinien znać swego potomka, ani
syn rodzica.
- To - powiada - większe od t a m t e g o . Jeszcze t r u d n i e j b ę d z i e ludziom
uwierzyć w jego możliwość i w pożytek.
- Ja nie myślę - d o d a ł e m - żeby miały być spory o pożytek, czy to nie
jest największym d o b r e m , żeby kobiety były wspólną własnością i wspólną
własnością dzieci, jeżeli to tylko rzecz możliwa. Ja myślę, że najwięcej bę­
dzie sporów o to, czy to możliwe, czy nie.
- O j e d n o i o drugie - powiedział - doskonale można by się spierać. E
- Ty mówisz - dodałem - że te oba p u n k t y się wiążą. A ja myślałem, że
u m k n ę spod p u n k t u drugiego, jeżeli ci się to wyda pożyteczne, a zostanie
mi tylko to, czy to jest możliwe, czy nie.
- To było widać, że ty umykasz, ale musisz bronić j e d n e g o i d r u g i e g o
punktu.
- N o , to trzeba się p o d d a ć karze - p o w i e d z i a ł e m . - Ale taką tylko małą
mi zrób przyjemność, pozwól, żebym sobie święto urządził. Tak jak ludzie 458
leniwego ducha zwykli sobie urządzać uczty własnym kosztem podczas sa­
motnych wędrówek. Oni też, zanim wynajdą sposób, jak by to urzeczywist­
nić coś z tego, czego pragną, nie myślą o tym wcale, żeby się nie trudzić
rozważaniem, czy to możliwe, czy nie; więc przyjmują z góry jako możliwe
to, czego pragną, i już tylko resztę sobie układają, i cieszą się przechodząc
w myśli, co będą robili, jak się to stanie. I tak swoją duszę, już skądinąd
leniwą, rozleniwiają jeszcze bardziej. Teraz już i ja j e s t e m leniuch i m a m
ochotę odsunąć tamtą sprawę i rozpatrzyć później, czy i jak to jest możliwe, B
a t e r a z założę, że to są rzeczy możliwe i b ę d ę rozważał, jeśli pozwolisz,
w jaki sposób zorganizują to rządzący w rzeczywistości, i że to by było naj­
lepiej dla państwa i dla strażników, gdyby tak zrobić. To naprzód spróbuję
razem z tobą przepatrzyć, a tamto później, jeżeli pozwolisz.
- Ja pozwalam - powiada - rozpatruj!
- Więc ja uważam - zacząłem - że jeśli tylko rządzący będą warci tego C
imienia, a ich pomocnicy tak samo, to ci będą chcieli wykonywać rozkazy,
a t a m c i będą rozkazywali, w j e d n y c h sprawach słuchając naszych ustaw,
a w innych naśladując nasze polecenia.
- Prawdopodobnie - powiada.
- Więc ty - ciągnąłem dalej - ty, ich prawodawca, tak jak wybrałeś męż­
czyzn, tak i kobiety powybierasz i oddasz je im, każdą ile możności tej sa­
mej natury. A oni, ponieważ mieszkania i jadalnie mają wspólne, a na pry­
w a t n y u ż y t e k ż a d e n z nich niczego p o d o b n e g o nie ma, będą więc razem
żyli i razem się ćwiczyli w zakładach gimnastycznych i w innych zakładach D
wychowawczych, w t e d y ich konieczność, uważam, wrodzona, powiedzie do
stosunków płciowych. Czy nie uważasz, że mówię rzeczy konieczne?
- To są konieczności - powiada - natury nie tyle g e o m e t r y c z n e j , ile ero-
160 Platon, Państwo 458 D

tycznej. Bodaj że one ostrzej działają jako sugestie i najmocniej ciągną sze­
rokie koła narodu.
VIII - N a w e t i bardzo - dodałem. - Ale potem, Glaukonie, bez porządku obco-
E wać z sobą czy co tam innego robić, to ani zbożne nie jest w mieście ludzi
szczęśliwych, ani na to nie pozwolą rządzący *.
- Bo to nie jest sprawiedliwe - powiada.
- Więc jasna rzecz, że potem urządzimy zaślubiny o charakterze, ile moż­
ności, jak najbardziej świętym. Te święte będą najużyteczniejsze.
- Ze wszech miar przecież.
- A w j a k i m s p o s o b i e będą najbardziej p o ż y t e c z n e ? To mi p o w i e d z ,
459 Glaukonie. Bo jak u ciebie w domu widzę i psy myśliwskie, i bardzo wiele
ptaków szlachetnych. A czyś ty się, na Zeusa, interesował trochę ich mał­
żeństwami i produkcją dzieci?
- Pod jakim względem?
- P r z e d e wszystkim pośród nich samych, choć to są już zwierzęta szla­
c h e t n e , czy nie ma tam i czy nie rodzą się tam osobniki najlepsze?
-Są.
- Więc czy ty spośród wszystkich osobników bez różnicy wybierasz jedno­
stki do rozpłodu, czy też starasz się przede wszystkim wybrać je spośród jak
B najlepszych?
- Spośród najlepszych.
- No cóż? A czy spośród najmłodszych, czy spośród najstarszych, czy też
spośród tych w kwiecie wieku?
- Z tych w kwiecie wieku.
- I gdyby rodzenie się nie było tak ujęte, to uważasz, że o wiele gorszy
by się zrobił ród ptaków i psów?
- Ja tak uważam - powiada.
- A cóż myślisz o rodzie koni - dodałem - i innych zwierząt? Czy z nimi
jakoś inaczej?
- To by nie miało sensu - powiada.
- Ho, ho, przyjacielu kochany - dodałem. - Widzisz, jak gwałtownie nam
tego potrzeba, żeby rządzący byli pierwszej klasy, jeżeli z r o d e m ludzkim
tak samo.
- A przecież jest tak samo - powiada. - Ale co z tego?
C - Z tego to - mówię - że nie będą się musieli posługiwać wieloma lekar­
stwami. Jeżeli ciała lekatstw nie potrzebują i gotowe są słuchać wyznaczo-
8
Platon jest najdalszy od myśli o jakiejkolwiek rozpuście i swobodzie życia płciowego. Przeciw­
nie. Te s t o s u n k i muszą być ściśle u p o r z ą d k o w a n e i p r o w a d z o n e książkowo, w e d ł u g liczby
i daty. Co więcej, muszą być uświęcone, bo to się przyda, mówi Platon o dwa wiersze wyżej, przed
s y s t e m e m kojarzenia psów myśliwskich, koni, ptaków szlachetnych, który ma być wzorem dla ho­
dowli ludzi. Więc trzeźwe przyrodnicze stanowisko. To cale „ u ś w i ę c a n i e " ma być tylko j e d n y m
z kłamstw pożytecznych, dekoracją, paradą państwową, urządzoną na z i m n o i chytrze ze względu
na z a k o r z e n i o n e przesądy, a nie szczerym wyrazem jakiejś wiary w świętość tego rodzaju związ­
ków. Programowa obłuda dla podniesienia rasy. Podrobione losy mają pomagać doborowi płcio­
w e m u . Władze powinny przy tym kłamać zręcznie, aby się ich kłamstwo nie wykryło, bo w t e d y
grożą b u n t y i rozłamy. Bardzo naiwni będą musieli być ci strażnicy doskonali.
459 C Księga V 161

n e g o sposobu życia, to uważamy, że wtedy wystarczy i lichszy lekarz. Ale


jak potrzeba jeszcze i lekarstwa stosować, to wiemy, że p o t r z e b a tęższego
lekarza.
- To prawda. Ale do czego to stosujesz?
- Do tego - powiedziałem. - Zdaje się, że nasi rządzący będą musieli czę­
sto stosować kłamstwo i oszukiwanie dla dobra rządzonych. A mówiliśmy D
jakoś tak, że wszystkie takie rzeczy nadają się do użytku jako lekarstwa.
- I to słuszne - powiada.
- Zdaje się, że to „ s ł u s z n e " znajdzie nie najmniejsze zastosowanie w za­
ślubinach i w robieniu dzieci.
- W jakim sposobie?
- P o t r z e b a p r z e c i e ż - o d p o w i e d z i a ł e m - w o b e c tego, cośmy uchwalili,
żeby najlepsi mężczyźni obcowali z najlepszymi kobietami jak najczęściej,
a najgorsi z najlichszymi jak najrzadziej, i p o t o m k ó w z tamtych par trzeba E
chować, a z tych nie, jeżeli trzoda ma być pierwszej klasy. A o tym wszyst­
kim nie ma wiedzieć nikt, tylko sami rządzący, jeżeli znowu trzoda strażni­
cza ma być jak najbardziej wolna od rokoszów i rozłamów.
- Z u p e ł n i e słusznie - powiada.
- Więc prawda, trzeba b ę d z i e prawem ustanowić jakieś święta, podczas
których b ę d z i e m y zgromadzali p a n n y m ł o d e i p a n ó w m ł o d y c h , i będą się
odbywały ofiary, a nasi poeci ułożą h y m n y o d p o w i e d n i e do odbywających 460
się zaślubin. Ilość małżeństw każemy regulować rządzącym, aby jak najbar­
dziej zachowywali stale tę samą ilość mężczyzn, mając na u w a d z e wojny
i choroby, i wszystkie takie rzeczy. Aby się nasze miasto, ile możności, nie
robiło ani wielkie, ani małe.
- Słusznie - powiada.
- I losowania j a k i e ś - u w a ż a m - trzeba b ę d z i e c h y t r z e urządzać. Tak,
żeby ten gorszy mężczyzna o każdy swój związek obwiniał los, a nie rządzą­
cych.
- Bardzo chytrze - powiada.
- A m ł o d y m ludziom, którzy się odznaczą na wojnie albo gdzieś indziej, IX
trzeba dawać podarunki i nagrody, a między innymi częstsze pozwolenia na B
s t o s u n k i z k o b i e t a m i , aby - i to pod tym p o z o r e m - jak największa ilość
dzieci po nich została 9 .
9
Z a m i a s t orderów, bilety do pań dla typów rozpłodowych. Dzieci lepsze do ochronki, do urzędu
m a m e k , a noworodki gorsze p o d r z u c a ć albo zabijać. Ż a d n a m a t k a nie p o w i n n a wiedzieć, które
d z i e c k o jej, a które nie jej. T r z e b a im ułatwiać obowiązki macierzyńskie. Rodzić b ę d z i e trzeba
i b ę d z i e wolno tylko między d w u d z i e s t y m a czterdziestym rokiem życia, z a p ł a d n i a ć dla państwa
od d w u d z i e s t u pięciu do pięćdziesięciu pięciu. N i e są p r z e w i d z i a n e wyjątki j e d n o s t k o w e . Sto­
sunki płciowe dopuszczalne i poza tym w i e k i e m , byle tylko z nich nie było dzieci, i nie w rodzi­
nie najbliższej. G d y b y z takich s t o s u n k ó w przyszło j e d n a k d z i e c k o na świat, zabije się je z urzę­
du pod p o z o r e m , że nie dostało błogosławieństwa bożego. Ale m o ż e się obejść i p r z e r w a n i e m
ciąży.
D a t ę urodzenia będzie chyba każdy nosił na widocznym miejscu, aby każdy wiedział, kogo ma
nazywać swoim ojcem, s y n e m , w n u k i e m , babką, b r a t e m . Można też dopuszczać stosunki między
r o d z e ń s t w e m , jeżeli kapłani w Delfach wezmą to na swoją odpowiedzialność.
162 Platon, Państwo 460 B

- Słusznie.
- Prawda? I te wciąż rodzące się dzieci o d b i e r a osobny urząd do tego
c e l u u s t a n o w i o n y , a z a t r u d n i a j ą c y m ę ż c z y z n albo kobiety, albo j e d n y c h
i drugie, bo przecież chyba i w urzędach będą pracowały k o b i e t y pospołu
C z mężczyznami. I dzieci lepszych ludzi, tak uważam, będą brały i zanosiły
do ochronki, do jakichś mamek, które mieszkają osobno w pewnej dzielnicy
miasta. A dzieci tych gorszych, gdyby się tym innym jakieś u ł o m n e urodzi­
ło, to też w jakimś miejscu, o którym się nie mówi i nie bardzo wiadomo,
gdzie by ono było, ukryją, jak się należy.
- Jeżeli - powiedział - ród strażników ma być nieskażony.
- Nieprawdaż? I o to karmienie oni tam będą dbali. Będą do ochronki
sprowadzać matki, kiedy będą miały pokarm, zwracając baczną uwagę na to
D i robiąc, co tylko można, aby żadna swego dziecka nie spostrzegła. Wysta­
rają się też i o inne kobiety mające pokarm, gdyby go t a m t e nie miały dość,
i o same matki dbać będą, aby karmiły przez oznaczony czas, nie za długo
i nie za k r ó t k o , a czuwanie przy dzieciach i i n n e t t u d y oddadzą m a m k o m
i piastunkom?
- To wielkie ułatwienie macierzyństwa - powiada - to, co mówisz dla żon
strażników.
- To się należy - odpowiedziałem. - Ale przejdźmy i drugi p u n k t z kolei,
który leży w naszym planie. Bo mówiliśmy, że dzieci p o w i n n y p o c h o d z i ć
od ludzi w kwiecie wieku.
- Prawda.
E - A czy i tobie się tak wydaje jak mnie, że najlepszy okres rozwoju u ko­
biety - tak w sam raz - trwa dwadzieścia lat, a u mężczyzny trzydzieści?
- A które to lata u nich? - zapytał.
- Kobieta, począwszy od swoich d w u d z i e s t u lat aż po c z t e r d z i e s t k ę , po­
winna rodzić dla państwa. A mężczyzna, jak minie szczytowy okres spraw­
ności w b i e g a n i u , p o w i n i e n od t e g o czasu z a p ł a d n i a ć dla p a ń s t w a aż do
pięćdziesiątego roku życia.
461 - U obu płci - powiada - to jest szczyt rozwoju fizycznego i umysłowego.
- Nieprawdaż? I jeżeli ktoś powyżej lub poniżej tej granicy wieku pozwo­
li sobie wtrącić się do rozmnażania państwowego, powiemy, że to ani spra­
w i e d l i w e , ani z b o ż n e , tylko g r z e c h , bo taki zrobi dla p a ń s t w a d z i e c k o ,
k t ó r e , jeśli się to ukryje, przyjdzie na świat bez współudziału ofiar i mo­
dlitw przy zapłodnieniu. Przecież przy każdym ślubie będą się modliły ka­
płanki i kapłani, i całe państwo, aby się z dobrych rodzili lepsi i z pożytecz­
nych jeszcze bardziej pożyteczni, a ono przyjdzie na świat jako owoc ciem-
B ności i strasznej niestrzymałości.
- Słusznie - powiada.
- To samo prawo - powiedziałem - b ę d z i e stosowane, jeżeli ktoś jeszcze
w wieku właściwym, ale bez pozwolenia rządu b ę d z i e miał stosunki z ko-
461 B Księga V 163

bietami w wieku właściwym; powiemy, że on wprowadza do państwa dziec­


ko nieprawe, pozbawione poręki i uświęcenia.
- Z u p e ł n i e słusznie - powiedział.
- A jak kobiety i mężczyźni, takie moje zdanie, wyjdą z lat rozpłodu, to
pozwolimy im obcować z kim zechcą, będą teraz wolni, tylko nie z córką
i nie z matką, ani z córkami córek, ani z b a b k a m i . K o b i e t o m znowu nie C
wolno z s y n e m ani z ojcem, ani z ich p o t o m k a m i , ani z przodkami. Przy
tym wszystkim będą mieli rozkaz starać się, żeby najlepiej ani j e d e n owoc
takiego stosunku nie ujrzał światła d z i e n n e g o , jeżeliby się zalągł, a gdyby
j e d n a k na świat przyszedł jakoś wbrew usiłowaniom, to położyć to gdzieś
tak, żeby nie było pożywienia dla takiego.
- I to - mówi w sam raz powiedziane. Ale ojców i córki, i te pokrewień- D
stwa, któreś dopiero co wymienił, jak oni będą rozpoznawali między sobą?
- W żaden sposób - powiedziałem. - Tylko licząc od tego dnia, w którym
ktoś z nich brał ślub, wszystkie dzieci u r o d z o n e w dziesięć lub w s i e d e m
miesięcy po tym dniu, te wszystkie dzieci płci męskiej będzie każdy nazy­
wał synami, a płci żeńskiej córkami, a one jego będą nazywały ojcem. I tak
samo ich dzieci będą się nazywały w n u k a m i , a o n e znowu ich d z i a d k a m i
i babkami. A znowu dzieci urodzone w tym okresie, w którym ich ojcowie
płodzili, a matki rodziły, będą się nazywały braćmi i siostrami. W ten spo­
sób, jakeśmy przed chwilą mówili, nie dojdzie między nimi do zakazanych E
stosunków. A braciom i siostrom prawo pozwoli na zbliżenia płciowe, je­
żeli taki los w y p a d n i e przy losowaniu, a w d o d a t k u Pytia w e ź m i e to na
swoją odpowiedzialność.
- Z u p e ł n i e słusznie - powiedział.
- Otóż ta i taka wspólność kobiet i dzieci, mój Glaukonie, będzie pano- X
wała u strażników twojego państwa l 0 . Ze ona idzie k o n s e k w e n t n i e za ca­
łym ustrojem i że jest urządzeniem najlepszym bez żadnego porównania, to
trzeba teraz mocno uzasadnić argumentami. Czy jak zrobimy?
- Tak, na Zeusa - powiada. 462

10
Ta socjalizacja rodziny b ę d z i e najlepszym s p o s o b e m na z a p e w n i e n i e spoistości państwa. A to
jest cel g o d n y największych ofiar. P a ń s t w o złożone z wielu rodzin o s o b n y c h nie jest dość spoi­
ste. Każdy ma wtedy o s o b n e g o ojca dla siebie i o s o b n e dzieci. A jak wszyscy będą, z a l e ż n i e od
daty urodzenia, nazywali wszystkich ojcami i synami, państwo z m i e n i się w jedną wielką rodzinę.
Platon wyobraża sobie znowu, że za s a m y m wyrazem „ m ó j , moja, m o j e " pójdą a u t o m a t y c z n i e
szczere uczucia rodzinne. W i a d o m o j e d n a k , że nie każdy, kto na targu mówi do chłopa: „słuchaj­
cie, ojciec, po c z e m u jaja? " kocha go tym samym jak ojca. W klasztorach obowiązuje powszech­
nie t y t u l a t u r a rodzinna, tam są bracia, siostry, ojcowie i matki na niby, ale tam co i n n e g o tytuł,
a co i n n e g o uczucie. Z a m i a n a państwa w j e d e n organizm przez p o g w a ł c e n i e instynktów osobi­
stych i rodzinnych i w p r o w a d z e n i e tytulatury rodzinnej w e d ł u g metryki jest g r u b y m z ł u d z e n i e m
p s y c h o l o g i c z n y m u Platona. O n o się tłumaczy swoistymi rysami j e g o c h a r a k t e r u : po pierwsze,
oschłością schizotymika, która mu utrudnia wżycie się w uczucia innych ludzi, po drugie, b r a k i e m
s z a c u n k u dla nie swoich postaw uczuciowych; on d u s z e l u d z k i e traktuje z góry; gotów im narzu­
cać postawę, którą uważa za słuszną, i nie liczy się zgoła z tym, czy to b ę d z i e bolało, czy nie.
A w k o ń c u organicznym n i e z r o z u m i e n i e m z w y k ł e g o p e ł n e g o s t o s u n k u dwóch płci i n o r m a l n y c h
uczuć rodzinnych.
164 Platon, Państwo 462 A

- A czy nie stąd by zacząć drogę do uzgodnienia tej sprawy, żeby zapytać
siebie samych, jakie też to największe dobro potrafimy wymienić w organi­
zacji państwa, dobro, które powinien prawodawca mieć na oku, kiedy ukła­
da prawa, i jakie największe zło. A p o t e m zobaczyć to, cośmy teraz prze­
szli, zgodzi się nam ze śladem dobra, a nie zgodzi się ze śladem zła.
- Najlepiej tak będzie - powiada.
- A czy m a m y coś gorszego dla państwa niż to zło, które je rozsadza i robi
wiele państw, zamiast j e d n e g o ? I w i ę k s z e d o b r o niż to, k t ó r e je wiąże
i umacnia jego jedność?
B - N i e mamy.
- A prawda, że wspólność przyjemności i przykrości wiąże? To wtedy,
k i e d y ile możności, wszyscy o b y w a t e l e przy okazji powstawania i zatraty
tych samych rzeczy podobnie się cieszą i smucą?
- Ze wszech miar - powiada.
- A indywidualizacja takich rzeczy rozkłada państwo, kiedy j e d n i cierpią
niewymownie, a drudzy się bawią znakomicie przy sposobności tych samych
zdarzeń w życiu państwa i tych, którzy w państwie żyją?
C - C z e m u nie?
- A czy to się nie bierze stąd, że w p a ń s t w i e nie padają r ó w n o c z e ś n i e
z różnych ust takie słowa, jak „to m o j e " i „to nie moje". A tak samo, jeżeli
chodzi o to, co obce?
- Całkowicie tak przecież.
- Więc w którymkolwiek państwie jak największa ilość obywateli mówi te
słowa o tych samych rzeczach i z tego samego względu „to m o j e " i „to nie
moje", to państwo jest najlepiej zorganizowane?
- Bez porównania.
- T a k ż e i to, które jest najpodobniejsze do j e d n e g o człowieka. Tak, jak
kiedy u kogoś z nas palec zostanie zraniony, to cała wspólnota cielesna, do
której i dusza należy i wraz z nią tworzy j e d e n układ w niej panujący, spo-
D strzegą to i cała równocześnie wraz z tym palcem cierpi - cała, chociaż palec
to tylko jej część. My też tak mówimy, że człowieka boli palec. I poza
tym u człowieka tak jest, czyby szło o c i e r p i e n i e , kiedy cierpi jakaś jego
część, czy o przyjemność, kiedy jakaś jego część przychodzi do siebie?
- To tak samo - powiada. - A to, o co się pytasz, to państwo najlepiej zor­
ganizowane jest temu najbliższe.
- Więc kiedy j e d e n obywatel, tak uważam, dozna czegoś dobrego lub złe-
E go, to takie państwo najprędzej powie, że to jego własny członek czegoś do­
znaje, i albo całe b ę d z i e się razem z nim cieszyło, albo całe wraz z nim
cierpiało.
- To musi być, przynajmniej w państwie dobrze urządzonym.
XI - Byłaby teraz pora - powiedziałem - zajść do naszego miasta i popatrzeć,
czy to, na cośmy się zgodzili w rozmowie, znajdzie się w nim p r z e d e wszy­
stkim, czy też raczej w każdym innym państwie.
- No trzeba - mówi.
462 E Księga V 165

- W i ę c cóż? C z y są w i n n y c h p a ń s t w a c h rządzący i lud, a m a m y to


i u nas? 463
-Są.
- I oni wszyscy razem będą siebie nawzajem nazywali obywatelami?
- Jakżeby nie?
- Ale oprócz tytułu obywatela, jak lud w innych państwach nazywa rzą­
dzących?
- W wielu państwach nazywają ich panami, a w demokratycznych właśnie
tak: rządzącymi, czyli archontami.
- A jak nasz lud w naszym państwie? N i e tylko obywatelami ich nazywa,
ale jak jeszcze mówi o rządzących?
- Że to zbawiciele i opiekunowie nieustającej pomocy - powiada.
- A jak oni nazywają lud? B
- Mówią, że to dawcy pensji i żywiciele.
- A w innych państwach, jak rządzący nazywają lud?
- Niewolnikami ich nazywają, poddanymi - powiada.
- A jak rządzący nazywają siebie nawzajem?
- Kolegami w rządzie.
- A jak nasi?
- Kolegami w straży 11 .
- A jeżeli chodzi o rządzących w innych państwach, to czy mógłbyś po­
w i e d z i e ć , czy któryś z nich m o ż e o j e d n y m z k o l e g ó w w rządzie p o w i e - C
dzieć, że to swój człowiek, a o innym, że to obcy, że nie mój?
- N o , tak.
- A jak strażnicy u ciebie? Czy to możliwe, żeby któryś z nich mógł uwa­
żać kolegę ze straży za obcego albo go tak nazywać?
- W żaden sposób - powiada. - Bo kogokolwiek spotka, to zawsze b ę d z i e
przekonany, że spotyka brata albo siostrę, albo ojca, albo matkę, albo syna,
albo córkę; albo ich potomków, albo przodków.
- Bardzo pięknie mówisz - dodałem - ale jeszcze i to powiedz. Czy ty im
każesz się tylko tak familiarnie nazywać, czy też i całe postępowanie dosto­
sować do tych nazw. Więc w s t o s u n k u do ojców, jak to prawo nakazuje,
szanować ich i troszczyć się o ich dobro, i słuchać rodziców, bo inaczej to D
ani bóg nie pobłogosławi, ani ludzie nie pochwalą, i że to by nie było postę-

11
Znowu urocze nadzieje na uczucia lojalności państwowej i solidarności skutkiem przyjęcia
pewnej tytulatury nakazanej. W tym miejscu przychodzi Platonowi skrupuł, czy się nie skończy
na słowach i czy ze słowami pójdą uczucia. Uspokaja go w sobie bez trudności, sądząc, że naka­
zane zachowania się starczą za uczucia, a będzie je można wywoływać z pomocą sugestii religij­
nej i nakazanych zwyczajów językowych. Wielkie nieporozumienie. Przecież tą drogą można
szczepić tylko uczucia nieszczere, udane, wymuszone, zdawkowe. A jednak widzieliśmy, jak
państwa totalne wprowadzały za przykładem Kościoła umowne formuły powitań patriotycznych
s ł o w e m i gestem, i jakoś im to wystarczało. W życiu zbiorowym, ponieważ nikt i tak nic widzi,
co się dzieje w duszy drugiego człowieka, formy nawet zupełnie puste, udane - mają wielką do­
niosłość. Sugerują nieświadomych rzeczy, maskują różnice jednostkowe, szerzą pewien terror -
mało kto chce się z nich wyłamywać, i robią złudne wrażenie jednolitości ludzkiej.
166 Platon, Państwo 463 D

powanie ani zbożne, ani sprawiedliwe, gdyby ktoś postępował inaczej, a nie
tak? Takie czy nie takie śpiewki będą u ciebie dochodziły z ust wszystkich
obywateli do uszu dzieci i o ojcach, których im się wskaże, i o innych krew-
E nych?
- Takie - powiada. - To by przecież było śmieszne, gdyby u nich tylko na
ustach były takie zwroty familiarne, a w postępowaniu tego by nie było.
- Z a t e m ze wszystkich państw najbardziej w tym właśnie, jeżeli się k o m u ś
j e d n e m u b ę d z i e d o b r z e lub źle powodziło, wszyscy inni zgodnie będą wypo­
wiadali ten potoczny zwrot: „mojemu się dobrze powodzi" albo „mojemu ź l e " .
- Święta prawda - mówi.
464 - N i e p r a w d a ż ? A mówiliśmy, że za takim p r z e ś w i a d c z e n i e m i za t a k i m
zwrotem idzie wspólność radości i smutków?
- I słusznieśmy mówili.
- N i e p r a w d a ż ? Nasi obywatele będą mieli najwięcej w s p ó l n e g o z sobą
i będą to nazywali „ m o i m " ? A dzięki tej wspólnocie będzie ich wiązała naj­
większa wspólność przyjemności i przykrości?
- W wysokim stopniu.
B - A czy przyczyną tego, oprócz i n n y c h urządzeń, nie b ę d z i e wspólność
kobiet i dzieci między strażnikami?
- Ależ tak, w wysokim stopniu 12 .
- A myśmy się zgodzili, że to jest największe dobro dla państwa. Przy­
równywaliśmy dobrze zorganizowane państwo do ciała w stosunku do j e d n e j
jego części; ze względu na to, jak to j e s t z przykrościami i z p r z y j e m n o ­
ściami.
- I słusznieśmy się - powiada - zgodzili.
- Z a t e m p r z y c z y n ą n a j w i ę k s z e g o d o b r a dla p a ń s t w a o k a z u j e się n a m
wspólność dzieci i kobiet.
- I bardzo - powiada.
- Prawda? I na to, co p r z e d t e m , też się zgadzamy. M ó w i l i ś m y zaś, że
ani d o m ó w ci ludzie nie powinni m i e ć prywatnych, ani ziemi, ani ż a d n e j
C własności, tylko od innych powinni dostawać wikt, pensję za straż i wyda­
wać wszystko wspólnie, jeżeliby mieli być naprawdę strażnikami.
- Słusznie - powiada.
- Więc czy - ja mówię - to, co się p r z e d t e m powiedziało, i to, co się teraz
mówi, nie robi z nich w jeszcze wyższym stopniu prawdziwych strażników
i czy nie sprawia tego, że nie rozsadzają p a ń s t w a nazywając „ m o i m " nie
j e d n o i to samo, tylko każdy coś i n n e g o , przy czym by j e d e n do swojego
D d o m u ciągnął wszystko, co by mógł niezleżnie od drugich zdobyć, a drugi

12
K o m u n i z m z u p e ł n y ma panować, zdaje się, tylko między strażnikami; r o b o t n i k o m zostawia
Platon własność prywatni) i życie rodzinne, bo nic o tym nie mówi. Te warstwy najmniej go zre­
sztą, interesują. C h c e więc założyć niejako z a k o n rycerski i j e m u o d d a ć o b r o n ę paristwa na z e ­
wnątrz i na wewnątrz. Wszelkie spory między strażnikami odpadną, uważa. Familijne, majątko­
we, h o n o r o w e . Bo rodziny prywatnej i majątku nie b ę d z i e w ogóle, a h o n o r o w e sprawy będą się
załatwiały prywatnie na miejscu.
464 D Księga V 167

do swego, do innego i żonę, i dzieci, gdyby każdy miał swoje, a one by mu


wszczepiały jego własne, prywatne przyjemności i przykrości, bo same były­
by prywatne? A tu dzięki j e d n e j zasadzie dotyczącej własności prywatnej
wszyscy by ciągnęli do j e d n e g o i doznawali, ile możności, jednych s m u t k ó w
i jednych przyjemności.
- Z u p e ł n i e tak - powiada.
- No cóż? A procesy i oskarżenia wzajemne, te nie będą z nich wycho­
dziły, ż e b y się tak wyrazić, bo nie będą mieli niczego na własność, tylko
własne ciała, a wszytko inne wspólne; dzięki czemu nie będą zdolni do spo- E
rów, j a k to się l u d z i e spierają o p o s i a d a n i e p i e n i ę d z y albo o p o s i a d a n i e
dzieci i krewnych?
- Tak; to z konieczności musi odpaść. I skarg o gwałt, i o obrazę czci nie
b ę d z i e między nimi po sprawiedliwości; bo powiemy, że rówieśnikowi wy­
pada i godzi się bronić s a m e m u przed rówieśnikiem; nakażemy im przecież
k u l t u r ę fizyczną.
- Słusznie - powiada.
- To prawo - d o d a ł e m - ma jeszcze i tę dobrą stronę. Jeżeli się ktoś na 465
kogoś zgniewa, to tym samym zaspokajając swój gniew, mniej będzie skłon­
ny do wszczynania większych procesów.
- Tak jest.
- A każdy starszy będzie miał obowiązek rządzić młodszymi i karać ich.
- Jasna rzecz.
- I to, że młodszy starszemu bez nakazu rządzących żadnego gwałtu nig­
dy nie b ę d z i e p r ó b o w a ł zadawać ani bić, ma się r o z u m i e ć . A myślę, że
i w żaden inny sposób obrażać go nie będzie. N i e pozwolą mu na to dwaj B
strażnicy i ci wystarczą - strach i szacunek. Szacunek nie pozwoli mu ręki
podnosić na starszych, bo to rodzice, a strach dlatego, że zaczepionemu po­
mogą inni, jedni jako synowie, drudzy jako bracia, a inni jako ojcowie.
- Tak wynika - powiedział.
- Więc pod k a ż d y m w z g l ę d e m dzięki tym prawom będą ci ludzie mieli
spokój w stosunkach wzajemnych?
- Wielki spokój.
- A wobec tego, że się sami z sobą nie będą kłócili, nie ma obawy, żeby
się przeciw nim reszta państwa miała buntować, albo się sama rozpadła na
dwa obozy.
- N o nie.
- A o najmniejszych nieszczęściach waham się nawet i mówić, bo to nie C
wypada. Ale od tych z pewnością też będą wolni. Od schlebiania bogatym,
jak to ubodzy, od kłopotów i przykrości, jakie nieuchronnie za sobą dziś po­
ciąga kształcenie dzieci i staranie o pieniądze na dom. Tu się pożycza, tam
się nie oddaje, a skądinąd się pieniądze dobywa wszelkimi sposobami i daje
się to ż o n i e albo s ł u ż b i e , aby było na g o s p o d a r s t w o . Ile to, przyjacielu,
przez to przykrości i to jakich! Jasna rzecz, że to sprawy poziome i nie war- D
to o nich mówić.
168 Platon, Państwo 465 D

- Jasna rzecz - powiada - jasna i dla ślepego.


XIII - Więc tego wszystkiego się pozbędą i będą mieli życie szczęśliwe w naj­
13
wyższym stopniu . Będą żyli w szczęściu lepiej niż zwycięzcy na igrzy­
skach olimpijskich.
- Jakim sposobem?
- Bo ci się nazywają szczęśliwi dlatego, że posiadają tylko małą cząstkę
tego, co mają tamci. T a m t y c h zwycięstwo j e s t p i ę k n i e j s z e i u t r z y m a n i e
z funduszów publicznych pełniejsze. Ich zwycięstwo to dobro całego pań-
E stwa, a wikt i zaspokojenie wszystkich p o t r z e b życiowych dla siebie i dla
dzieci dostają w p o d a r u n k u od swojego państwa za życia, a po śmierci po­
grzeb honorowy.
- To bardzo piękne rzeczy - powiada.
- A czy ty pamiętasz - dodałem - że w poprzednich rozważaniach zasko­
czył nas, już nie wiem czyj, zarzut, że niby to strażników nie robimy szczę-
466 śliwymi, bo wolno by im było mieć wszystko to, co mają obywatele, a tym­
czasem oni nic nie mają. I myśmy powiedzieli tak jakoś, że jak gdzieś wy­
p a d n i e , to m o ż e i n n y m razem wrócimy do tej sprawy, a na razie r o b i m y
strażników strażnikami, a państwo robimy tak szczęśliwym, jak tylko potra­
fimy, a nie bierzemy tylko j e d n e j jego warstwy pod uwagę i nie tę robimy
szczęśliwą?
- P a m i ę t a m - powiada.
- Więc cóż? Skoro nam się teraz życie pomocników wydaje o wiele pięk­
niejsze i l e p s z e niż życie zwycięzców olimpijskich, to m o ż e ono się t a k
B przedstawia jak życie szewców albo innych rękodzielników, albo rolników?
- N i e wydaje mi się - powiada.
- A tylko, jak już i w t e d y m ó w i ł e m , godzi się powiedzieć, że jeśli taki
strażnik zacznie próbować być szczęśliwym tak, żeby przestać być strażni­
kiem, i nie wystarczy mu życie tak u t r z y m a n e w mierze i m o c n e , a jak my
mówimy, życie najlepsze, tylko go n a p a d n i e głupia i d z i e c i n n a myśl
C o szczęściu i g w a ł t e m go p o b u d z a ć zacznie, ż e b y sobie wszystko, co j e s t
w mieście, przywłaszczał, wtedy pozna, że Hezjod był naprawdę mądry, kie­
dy mówił, że w pewnym sposobie „więcej daje połowa niż całość".
- Gdyby słuchał mojej rady - powiada - to by pozostał przy t a m t y m życiu.
- Z a t e m zgadzasz się - dodałem - na wspólne życie kobiet z mężczyznami,
k t ó r e ś m y przeszli, jeżeli chodzi o w y c h o w a n i e i o dzieci, i o straż nad in­
nymi o b y w a t e l a m i , k i e d y siedzą w m i e ś c i e , i żeby na wojnę chodziły, i że
D powinny wspólnie straż pełnić i uczestniczyć w polowaniach jak psy, i wszy­
stko pod k a ż d y m w z g l ę d e m , ile m o ż n o ś c i , dzielić. Jeżeli tak będą robiły,
postąpią najlepiej i to nie będzie przeciw naturze, bo współpraca leży w isto­
cie wzajemnych stosunków obu płci, męskiej i żeńskiej?

13
Z a c z e m będą mieli święte życie, wolne od trosk i z a d r a ż n i e ń . Będą szczęśliwi n a p r a w d ę , by­
leby się k t ó r e m u nie zachciało szczęścia o s o b i s t e g o na własny r a c h u n e k i na własny s p o s ó b . J e ­
żeli nie, to będą mieli raj na ziemi.
466 D Księga V 169

- Zgadzam się - powiada.


- Nieprawdaż - ciągnąłem - to tylko jeszcze zostaje do rozważania, czy to XIV
i u ludzi możliwe, podobnie jak u innych istot żywych, żeby się u nich taka
wspólnota wytworzyła, i w jakim sposobie to być może?
- Uprzedziłeś moją myśl; poruszyłeś to, co ja właśnie miałem podchwycić.
- Bo jeżeli chodzi o wojnę - d o d a ł e m - to uważam, że to jasne, w jaki E
sposób będą wojnę prowadzili.
- W jaki sposób? - powiedział 14 .
- Że wspólnie będą ciągnęli na wojnę i do tego zabiorą ze sobą chłopców,
co najtęższych, żeby się wojnie przyjrzeli, p o d o b n i e jak dzieci innych pra­
cowników oglądają sobie to, co będą musiały same wykonywać, jak dorosną. 467
Chłopcy nie tylko się będą przypatrywali, ale będą usługiwali i podawali, co
tam na wojnie trzeba; będą do posługi ojcom i matkom. N i e uważałeś, jak
to jest w rzemiosłach, że na przykład synowie garncarzy długi czas posługu­
ją i przypatrują się, zanim się który weźmie sam do garncarstwa?
- I bardzo długo.
- A czy m o ż e oni muszą troskliwiej chować swoje dzieci niż strażnicy
swoich synów, przez doświadczenie i przez oglądanie tego, co wypada?
- To by doprawdy było śmieszne - powiada.
- No tak. I każde stworzenie walczy zacieklej w obecności istot, które na B
świat wydało.
- Jest tak; tylko grozi, Sokratesie, niebezpieczeństwo niemałe, że jak zo­
staną pobici, a to się lubi zdarzać na wojnie, to nie tylko sami zginą, ale
i dzieci potracą, i zrobią to, że reszta państwa nie potrafi się p o t e m pod­
nieść.
- Ty prawdę mówisz - powiedziałem. - Więc ty uważasz, że przede wszy­
stkim trzeba wszystko tak urządzić, żeby dzieci nigdy nie były narażone na
niebezpieczeństwo?
- Nigdy w t e n sposób.
- Więc cóż? Jeżeli gdziekolwiek mają się narażać na niebezpieczeństwo,
to czy nie tam, skąd wyjdą lepsi, jeżeli się im powiedzie?
- N o , jasna rzecz.
- A tylko myślisz, że to małe ma znaczenie, i to przyglądanie się nie jest C
w a r t e n i e b e z p i e c z e ń s t w a albo n i e c h b y sobie co i n n e g o oglądali chłopcy,
którzy mają być wojownikami?
- No nie, to ma swoje znaczenie z tego względu, o którym mówisz.
- Więc od tego trzeba zacząć - pokazywać chłopcom wojnę; niech będą
na niej widzami, a tylko postarać się dla nich o b e z p i e c z e ń s t w o i wszystko
będzie ładnie. Czy nie?
14
P l a t o n marzy o s k a u t i n g u i p r z y s p o s o b i e n i u w o j s k o w y m c h ł o p c ó w w w i e k u s z k o l n y m .
Za brak odwagi w polu przewiduje z d e g r a d o w a n i e do klasy r z e m i e ś l n i k ó w albo rolników i n i e
chce powrotu j e ń c ó w wojennych. Jako nagrodę honorową przewiduje między innymi prawo cało­
wania k a ż d e g o z kolegów albo z k o l e ż a n e k z p u ł k u w e d ł u g woli oraz, o m ó w i o n e już wyżej, bilety
do towarzystwa d a m poniżej czterdziestki. Zakłada, że nikt się nie b ę d z i e wzdrygał w e w n ę t r z n i e
przed p o c a ł u n k a m i d o b r e g o żołnierza, który się wykaże kwitem z k o m e n d y .
170 Platon, Państwo 467 C

- Tak.
- N i e p r a w d a ż - ciągnąłem - toż p r z e d e wszystkim ich ojcowie, o ile to
w ludzkiej mocy, nie będą nieukami, ale będą się znali na wyprawach wo-
D jennych i będą wiedzieli, które grożą niebezpieczeństwem, a które nie.
- Prawdopodobnie - powiada.
- Więc na j e d n e ich powiodą, a na drugich będą ostrożni.
- Słusznie.
- I d o w ó d c ó w - d o d a ł e m - nad nimi postanowią nie co najlichszych, ale
o d p o w i e d n i c h ze w z g l ę d u na d o ś w i a d c z e n i e i wiek, j a k o k o m e n d a n t ó w
i wychowawców.
- Wypada przecież.
- Ale, powiemy, i n i e o c z e k i w a n i e t e ż się n i e j e d n e m u n i e r a z coś przy­
darzy.
- I bardzo.
- Więc ze względu na takie tzeczy, przyjacielu, trzeba chłopaków uskrzy­
dlić zaraz od najmłodszych lat, aby w razie czego w lot uciekali.
- Jak to rozumiesz? - powiada.
E - Na konia ich trzeba sadzać jak najwcześniej i dopiero, jak się ich wy­
uczy jazdy k o n n e j , w t e d y ich na k o n i a c h p r o w a d z i ć na o g l ą d a n i e wojny.
N i e dawać im koni gorącej krwi ani bojowych, ale co najszybsze i co naj­
łatwiejsze do kierownia. W ten sposób będą się najlepiej przyglądali swojej
robocie, a w razie czego najbezpieczniej się uratują pod k o m e n d ą starszych
dowódców.
- Zdaje się - powiada - że słusznie mówisz.
468 - No a cóż? - powiedziałem. - A jak tam będzie na wojnie? Jak się mają
twoi żołnierze odnosić do siebie samych, a jak do nieprzyjaciół? Gzy słu­
sznie mi się wydaje, czy nie?
- Mów - powiada - co ci się wydaje.
- Jeżeli chodzi o nich samych - odpowiedziałem - to jeśli żołnierz opuści
szeregi albo rzuci broń, albo coś w tym rodzaju zrobi z tchórzostwa, to czy
nie trzeba go zrobić jakimś rzemieślnikiem albo rolnikiem?
- Tak jest.
- A jeżeli się któryś da żywcem wziąć do niewoli nieprzyjacielskiej, to
czy nie należy go nieprzyjaciołom darować w p r e z e n c i e - n i e c h sobie z tą
B zdobyczą robią, co chcą?
- Z u p e ł n i e słusznie.
- A k t o się c h l u b n i e odznaczy, to czy p r z e d e wszystkim jeszcze w polu
nie powinien od każdego z towarzyszów wyprawy dostać wieńca? Od każ­
dego z młodzieńców i z chłopców? Czy nie tak?
- Tak jest.
- No cóż? A wyciąganie rąk do niego?
- I to też.
- A żeby pocałował każdego, a każdy jego?
468 B Księga V 171

- To przede wszystkim - powiada. - I ja uzupełniam to prawo w ten spo­


sób, że jak długo będą na tej wyprawie, to nikt mu nie śmie odmówić, gdy­
by on chciał kogoś pocałować. To dlatego, że może się tam który kocha
w jakimś chłopcu albo w dziewczynie, to niechby miał większą p o d n i e t ę do
zdobycia tej odznaki.
- Pięknie - powiedziałem. - A że jest dzielny i za to mu się należy więcej
małżeństw niż innym i że się takiego będzie losem wybierać częściej niż in­
nych, aby jak najwięcej potomków zostawił, o tym się już mówiło.
- A powiedzieliśmy tak - mówi.
- T a k jest, a po h o m e r y c k u też trzeba uczcić takich dzielnych młodych
ludzi. H o m e r przecież opowiada, że jak się Ajas odznaczył na wojnie, to
dostał w nagrodę długi kawał polędwicy, bo to było takie swoiste odznacze­
nie dla człowieka młodego i mężnego. To będzie zaszczyt dla niego, i siły
mu przybędzie.
- Z u p e ł n i e słusznie - powiada.
- W i ę c p o s ł u c h a m y H o m e r a - d o d a ł e m - p r z y n a j m n i e j w tym miejscu.
Bo i my podczas ofiar i wszystkich takich sposobności ludzi dzielnych, o ile
się dzielnymi okażą, b ę d z i e m y czcili pieśniami i tym, o czym ostatnio była
mowa, a oprócz tego:

„damy fotele zaszczytne, i mięso, i pełne puchary",

15
aby i cześć oddać dzielnym mężczyznom i kobietom, i siły ich wzmagać .
- Bardzo pięknie mówisz - powiada.
- N o , dobrze. A spośród tych, co na wyprawie polegli, jeśli który pole­
gnie z chwałą, to czy nie p o w i e m y p r z e d e wszystkim, że należał do r o d u
złotego?
- Ze wszech miar przecież.

15
Z h u m o r e m mówi Platon o poprawie wiktu w nagrodę za dzielność żołnierski). Poległych go­
tów nagradzać czcią w e d ł u g tradycji ojczystej i szerzyć o nich m n i e m a n i a , które sam, jeśli sądzić
w e d ł u g księgi II i I I I , uważa za p o ż y t e c z n e bajki; szczegóły kultu zmarłych zostawia k a p ł a n o m
z Delf, mało go to interesuje i nie zna się na tym. jak wyznawał w księdze p o p r z e d n i e j .
J e ń c ó w helleńskich wziętych w polu radzi nigdy nie z a m i e n i a ć w niewolników. W s z y s t k i m
H e l l e n o m zarówno zagrażał z północy M a c e d o ń c z y k , a ze wschodu Pers. N i e p o t r z e b n i e się wy­
niszczali wzajemnie w wojnie peloponeskiej.
Z poległych nieprzyjaciół wystarczy zdzierać pancerz i broń; resztę na zwłokach zostawiać, bo
o d z i e r a n i e nieboszczyków rzecz to bardzo brzydka. To raz, a oprócz tego wielka z tym mitręga
i łatwo m o ż e w t e d y nieprzyjaciel zaskoczyć rabujących. To są dwa względy bardzo różnej na­
tury, a każdy z osobna mógłby i sam wystarczyć. Kiedy m a m y dwa naraz, nie w i a d o m o , który
wydaje się autorowi ważniejszy.
Pod k o n i e c interesująca uwaga o ślepej zajadłości niektórych k o b i e t i d o w c i p n e przeciwsta­
w i e n i e ciała i duszy. T y l k o że ci, którzy nieprzyjaźnie się odnoszą do ciał osób wrogich, wcale
nie muszą w tych ciałach widzieć nieprzyjaciół samych, tylko ulegają z n a n e m u procesowi irra-
diacji uczuć.
172 Platon, Państwo 468 E

- A czy nie posłuchamy Hezjoda, że gdy ludzie z takiego rodu umierają, to:

469 Duchy się robią z nich czyste i potem chodzą po ziemi


Dobre, szlachetne, pomocne i strzegą ludzi śmiertelnych?

- Posłuchamy.
- P o t e m się z a p y t a m y boga, w jaki s p o s ó b należy c h o w a ć ludzi p r z e z
boga nawiedzonych i boskich i czym się ma pogrzeb odznaczać, i wtedy tak
ich pochowamy, jak nam bóg odpowie?
- C z e m u byśmy nie mieli tak?
B - I później b ę d z i e m y ich czcili jako d u c h y o p i e k u ń c z e i czcią b ę d z i e m y
otaczali ich groby. To samo b ę d z i e m y zachowywali, jeżeli który ze starości
albo w jakiś inny sposób umrze spośród tych, co się w życiu osobliwą dziel­
nością odznaczali.
- Tak sprawiedliwość każe - powiedział.
- N o , tak. A w s t o s u n k u do nieprzyjaciół, jak będą u nas p o s t ę p o w a l i
żołnierze?
- W jakim względzie?
- P r z e d e wszystkim co się tyczy brania do niewoli, to czy uważasz za słu­
szne, żeby helleńskie państwa brały H e l l e n ó w za niewolników, zamiast żeby
na to nawet innym państwom nie pozwolić, ile możności, i przyzwyczaić je
do tego, że się ród H e l l e n ó w oszczędza? Powinniśmy uważać, żeby z nas
barbarzyńcy nie zrobili niewolników.
C - W ogóle ze wszech miar należy ród Hellenów oszczędzać.
- Więc nie mieć żadnego Hellena w charakterze niewolnika s a m e m u ani
tego nie doradzać innym Hellenom?
- T a k j e s t - p o w i a d a . - W t e d y by się w i ę c e j p r z e c i w b a r b a r z y ń c o m
zwrócili, a daliby pokój jedni drugim.
- No cóż? A obdzieranie poległych - dodałem - nie mówiąc o uzbrojeniu,
po zwycięstwie? Czy to ładnie? I czy nie stąd czerpią tchórze wymówki,
żeby nie nastawać na tego, który jeszcze walczy, jak gdyby jakiś swój obo-
D wiązek spełniali, kiedy się koło nieżywego pochyleni grzebią? Już się nie­
j e d n o wojsko zmarnowało przez taki rabunek.
- Z pewnością.
- Czy nie uważasz, że to jest podłość i brudna chciwość obdzierać trupa?
I trzeba na to kobiety i ciasnej głowy, żeby za nieprzyjaciela uważać ciało
nieboszczyka, z którego przecież wróg już odleciał, a zostawił to, czym wal-
E czył. Czy myślisz, że ci, którzy tak postępują, robią coś i n n e g o niż psy?
O n e się wściekają na kamienie, którymi je trafiono, a tego, co je rzucał, nie
tykają?
- N i e m a ł e podobieństwo - powiada.
- Więc dać pokój obdzieraniu trupów i nie przeszkadzać grzebaniu?
- Dać pokój, oczywiście - powiada - na Zeusa!
XVI - I nie b ę d z i e m y zdobytych zbroi zanosili do świątyń, żeby je tam wie-
470 A Księga V 173

szać j a k o wota; zwłaszcza zbroi h e l l e ń s k i c h , jeżeli nam t r o c h ę zależy na 470


życzliwości ze strony i n n y c h H e l l e n ó w . Raczej b ę d z i e m y się bali, ż e b y
w tym nie było jakiegoś ś w i ę t o k r a d z t w a w s t o s u n k u do świątyni, zanosić
,6
tam takie rzeczy od swoich, chyba że bóg powie coś innego .
- Z u p e ł n i e słusznie - powiada.
- No cóż? A jeżeli chodzi o pustoszenie ziemi, ziemi helleńskiej, i pale­
nie domów, jak pod tym w z g l ę d e m będą twoi żołnierze postępowali z nie­
przyjaciółmi?
- Gdybyś ty - powiada - wyjaśnił swoje zdanie, to c h ę t n i e bym posłuchał.
- Więc ja uważam, że nie należy robić ani j e d n e g o , ani drugiego, tylko B
zabierać plon z jednego roku. A dlaczego, czy chcesz, żebym ci powiedział?
- Tak jest.
- Wydaje mi się, że tak jak istnieją te dwie nazwy wojna i wojna d o m o ­
wa, tak istnieją ceż dwie sprawy związane z d w o m a rodzajami p o r ó ż n i e ń .
Mówię o dwóch sprawach; j e d n a między swoimi i krewnymi, druga między
o b c y m i i z różnych ziem. Wrogie s t o s u n k i m i ę d z y swoimi nazywają się
wojną domową, a między obcymi - wojną.
- To zrozumiałe, co mówisz - powiada.
- Więc patrz, czy i to będzie zrozumiałe, co powiem. Mówię tedy, że ród C
H e l l e n ó w to sami l u d z i e swoi i krewni, a dla b a r b a r z y ń c ó w to są l u d z i e
obcy i z cudzych ziem.
- N o , pięknie - powiada.
- Więc k i e d y się H e l l e n o w i e z barbarzyńcami biją i barbarzyńcy z H e l ­
lenami, to powiemy, że to jest wojna i że to są wrogowie z natury. T a k i e
wrogie stosunki należy nazywać wojną. A k i e d y H e l l e n o w i e z H e l l e n a m i
coś p o d o b n e g o robią, a są przecież z natury przyjaciółmi, to powiemy, że to D
jest choroba H e l l a d y i rozpad wewnętrzny. T a k i e wrogie stosunki t r z e b a
nazywać wojną domową.
- Ja się - powiada - zgadzam, że tak trzeba mówić.
- Rozważ więc, jak to jest podczas tego, co się teraz nazywa wojną domo­
wą, kiedy się coś takiego stanie i państwo się rozpadnie, jeśli jedni i drudzy
pustoszą sobie pola nawzajem i palą domy, jaka to grzeszna i z b r o d n i c z a
wydaje się ta wojna domowa i jak widać, że ani jedni, ani drudzy nie kocha­
ją swego państwa. Bo nie śmiałby przecież j e d e n z drugim matki i żywi­
cielki strzyc do gołego. Wystarczyłoby przecież, gdyby zwycięzcy zabrali E
plony zwyciężonym i pamiętali o tym, że się k i e d y ś pogodzą, a nie będą
z sobą wojowali wiecznie.

16
W świątyniach nie wieszać w c h a r a k t e r z e wotów d z i ę k c z y n n y c h zbroi ztupionych na innych
H e l l e n a c h i nie pustoszyć do naga ziemi helleńskiej podczas wojen między H e l l e n a m i . Miat Pla­
ton w oczach nieszczęsną wojnę p e l o p o n e s k a i pojmował ją jako rozterkę w e w n ę t r z n ą w ł o n i e
Hellady, a nie jako wojnę między wrogami naturalnymi, jak na przykład Grecy i Persowie. Widać
u niego żywe poczucie n a r o d o w e p a n h e l l e ń s k i e . Widać, jak przygotowana była w duszach hel­
leńskich droga dla Filipa i Aleksandra, c h o ć to byli M a k e d o n o w i e . D o k o n a l i z j e d n o c z e n i a H e l ­
lady i raz na zawsze położyli kres fatalnym rozterkom między Atenami, Spartą i T e b a m i .
174 Platon, Państwo 470 E

- Tak - powiada - to jest bardziej cywilizowane stanowisko niż t a m t o .


- N o , a cóż? To miasto, które ty zakładasz, czy nie ma być helleńskie?
- Powinno być - powiada.
- Więc to będą ludzie dobrzy i cywilizowani?
- Bardzo wysoko.
- A nie będą kochali Hellady? I nie będą jej uważali za swoją z i e m i ę ,
nie będą mieli tych samych świątyń razem z innymi Hellenami?
- Będą bardzo ściśle związani z innymi.
- N i e p r a w d a ż ? Więc p o r ó ż n i e n i a z H e l l e n a m i j a k o ze swoimi l u d ź m i
471 będą uważali za wojny domowe i nawet tego nie będą nazywali wojną?
- N o , nie.
- I będą się rozchodzili jak ci, co się znowu mają zejść?
- Tak jest.
- Więc łagodnie ich będą do o p a m i ę t a n i a przyprowadzali n i e karząc ich
ani niewolą, ani zagładą; to będzie karcenie, a nie wojna.
- No, tak - powiada.
- I n i e będą p u s t o s z y l i Hellady, bo H e l l e n a m i będą sami, i n i e b ę d ą
z d y m e m puszczali mieszkań, i nie będą uważali, że w k a ż d y m p a ń s t w i e
wszyscy są ich wrogami: i mężczyźni, i kobiety, i dzieci, ale że w k a ż d y m
B wypadku wrogów jest niewielu, to ci, którzy są winni poróżnienia. I z tych
wszystkich powodów ani ziemi ich nie zechcą pustoszyć, bo tam na niej sie­
dzi wielu przyjaciół, ani domów burzyć, tylko będą poróżnienie utrzymywać
tak długo, p o k ą d cierpiący a niewinni nie zmuszą winnych do p o n o s z e n i a
odpowiedzialności.
- Ja - powiada - zgadzam się, że trzeba tak traktować przeciwników, na­
szych własnych obywateli, a do barbarzyńców odnosić się tak, jak dziś H e l ­
lenowie jedni do drugich.
C - Więc n a d a m y i to prawo strażnikom; ani ziemi nie pustoszyć, ani do­
mów nie palić?
- Nadajmy - powiada. - I to będzie ładnie; razem z tym, co p r z e d t e m , 7 .
XVII - Ale wiesz, S o k r a t e s i e , zdaje się, że g d y b y ci pozwolić t a k i e r z e c z y
mówić w dalszym ciągu, to nigdy byś sobie nie przypomniał tego, coś po­
p r z e d n i o z a p o w i e d z i a ł odsuwając w s z y s t k i e t a k i e rzeczy na dalszy plan.
Miałeś mówić o tym, że takie państwo mogłoby istnieć, i w jaki sposób by­
łoby to możliwe. Bo ja się zgadzam, że gdyby powstało, wszystko najlepsze
spadłoby na takie państwo, o ile by ono tylko powstało. Ja nawet d o d a m to,
D co ty pomijasz, że i z wrogami najlepiej by sobie dawali rady, trzymając się
jak najbardziej razem i uznając jedni w drugich braci, ojców i synów, i uży-
17
Czy p a ń s t w o z u p e ł n i e tak zorganizowane, j a k e ś m y to z ust Sokratesa słyszeli, j e s t możliwe
w praktyce, tego Platon nie jest p e w n y . Powiada, że naszkicował p e w i e n ideał, a zadowoli się,
jeżeli państwo rzeczywiste b ę d z i e tylko w p e w n y m przybliżeniu do tego ideału p o d o b n e . To mu
wystarczy. P o d o b n i e , jeżeli chodzi o sprawiedliwość, czyli o dobry c h a r a k t e r j e d n o s t k i . Być
może nawet, że w rzeczywistości nie byłby możliwy człowiek tak d o s k o n a l e z r ó w n o w a ż o n y , ale
mogą być ludzie zbliżeni do tego ideału. Platon wyznacza tylko k i e r u n e k wskazany, a nie przy­
wiązuje wagi do szczegółów realizacji w praktyce.
471 E Księga V 175

wając tych nazw w stosunkach wzajemnych. A gdyby się jeszcze i płeć żeń­
ska wybrała razem na wojnę i albo w tym samym szyku stała, albo i na tyły
była o d k o m e n d e r o w a n a , aby n a p ę d z a ć strachu nieprzyjaciołom, i jako re­
zerwa, gdyby gdzieś było trzeba pomóc, to wiem, że dzięki temu wszystkie­
mu byliby niezwyciężeni. I w domu, ile tam na nich dobrych rzeczy ocze- E
kuje, ja to widzę. Więc skoro ja się zgadzam na to wszystko, że to by tak
było, i mnóstwo innych rzeczy oprócz tego, gdyby powstało takie państwo,
więc już więcej o nim nie mów, tylko o tym j e d n y m próbujmy się przeko­
nać, że to jest możliwe i jak to jest możliwe, a tej reszcie dajmy pokój.
- Z n i e n a c k a ś ty wyskoczył - o d p o w i e d z i a ł e m - jakbyś wypad zrobił na 472
mój wywód, i nie możesz mi przebaczyć, że się kręcę i tak rzecz po kropel­
ce puszczam. Bo ty pewnie nie wiesz, żem z wielkim t r u d e m dwóch bałwa­
nów uniknął, a oto ty na m n i e teraz największy i najprzykrzejszy ze wszyst­
kich trzech napędzasz. Jak go zobaczysz i usłyszysz, to mi wybaczysz i po­
wiesz, żem się słusznie wahał i obawiał w y p o w i e d z i e ć z d a n i e tak parado­
ksalne, i próbował rozważań nad jego treścią.
- Im więcej b ę d z i e s z tak mówił, tym m n i e j my ci pozwolimy pomijać
sprawę możliwości takiego państwa. Więc mów i nie trać czasu. B
- N i e p r a w d a ż - o d p o w i e d z i a ł e m - naprzód sobie to trzeba przypomnieć,
że myśmy aż tu zaszli szukając tego, co to jest sprawiedliwość i niesprawie­
dliwość.
- N o , trzeba. Ale co z tego? - powiada.
- N i c . Tylko, jeśli znajdziemy, czym jest sprawiedliwość, to czy będzie­
my uważali, że i człowiek sprawiedliwy nie p o w i n i e n się niczym od niej
różnić, tylko pod każdym względem musi być taki sam jak sprawiedliwość?
Czy też zadowolimy się, jeżeli będzie jej najbliższy i będzie jej miał w so- C
bie więcej niż wszyscy inni?
- Tak - powiada - zadowolimy się.
- Z a t e m tylko dla przykładu i na wzór - dodałem - szukaliśmy sprawiedli­
wości samej, czym by ona była, i człowieka doskonale sprawiedliwego, gdy­
by taki istniał i gdyby mógł istnieć, a tak samo niesprawiedliwości i czło­
w i e k a n a j n i e s p r a w i e d l i w s z e g o , abyśmy, patrząc na nich i widząc, jak się
nam przedstawia ich szczęście i nieszczęście, musieli się zgodzić, że i spo- D
śród nas samych, kto by był do nich najbardziej podobny, t e n b ę d z i e miał
d o l ę najpodobniejszą do ich doli. N i e na tośmy to robili, żeby d o w i e ś ć
możliwości istnienia takich ludzi.
- To - powiada - to prawda, co mówisz.
- Czy ty myślisz, że byłby mniej dobrym malarzem ktoś, kto by wyryso­
wał wzór, j a k i m by p o w i n i e n być człowiek najpiękniejszy, i należycie by
wszystkie rysy w rysunku oddał, ale nie potrafiłby dowieść, że może istnieć
taki człowiek?
- N o , nie, na Zeusa - powiada.
- Więc cóż? Czy i myśmy, powiemy, nie stworzyli w myśli wzoru dobre- E
go państwa?
176 Platon, Państwo 472 E

- Tak jest.
- Więc czy myślisz, że my może mniej dobrze mówimy, dlatego jeżeli nie
potrafimy dowieść, że państwo może być tak zorganizowane, jak się to mó­
wiło?
- Przecież nie - powiada.
- Z a t e m prawda - dodałem - tak wygląda. A jeżeli jeszcze trzeba próbo­
wać dla twojej przyjemności dowieść, w jakim sposobie i z jakich względów
byłoby to najbardziej możliwe, to znowu ze mną uzgodnij, jeżeli ci m a m
dać taki dowód.
- Co takiego uzgodnić?
473 - Czy m o ż e być cokolwiek d o k o n a n e tak, jak się o nim mówi? C z y też
z natury rzeczy praktyka mniej ścisły ma k o n t a k t z prawdą niż teoria? C h o ­
ciaż niejeden myśli inaczej. Ale ty, czy ty zgadzasz się na to, czy nie?
- Zgadzam się - powiedział.
- Więc do tego mnie nie zmuszaj, żebym to wszystko, cośmy myślą i sło­
w e m przeszli, pokazywał jeszcze, jak się to robi w praktyce. Ale jeżeli po­
trafimy dojść, jak by też to m o ż n a zorganizować państwo, odbiegając jak
n a j m n i e j od t e g o , co się p o w i e d z i a ł o , to powiemy, ż e ś m y już w y s z u k a l i
możliwość realizacji twoich wskazań. Czy nie zadowolisz się czymś takim?
B Bo ja bym się zadowolił.
- I ja też - powiada.
XVIII - A teraz chyba spróbujemy p o s z u k a ć i wskazać, co się też dziś w pań­
stwach robi n i e d o b r z e , przez co ich organizacja nie tak się p r z e d s t a w i a ,
i jaki najmniejszy drobiazg wystarczyłoby zmienić, a państwo by już wpadło
na tor t a k i e g o ustroju. N a j l e p i e j , ż e b y to był tylko taki j e d e n drobiazg,
a jak nie, to dwa, a jak nie, jak najmniej ich co do ilości i niechby były naj­
mniej doniosłe , s .
C - Ze wszech miar - powiada.
- Więc j e d n o - mówię - jedno gdyby się zmieniło, to już, uważam, potra­
fimy wykazać, że wszystko byłoby inaczej. Ale to nie jest mała rzecz i nie­
łatwa. C h o ć możliwa.
- Co to? - powiada.
- Ja do tego idę - ciągnąłem - cośmy do największego przyrównali bałwa­
na. Ta myśl tutaj padnie, chociaż m n i e ś m i e c h e m i utratą ludzkiego mnie­
mania, po prostu falą śmiechu zaleje. Ale uważaj, co ja chcę powiedzieć.
- Mów - powiada.

18 Przychodzi p u n k t najważniejszy i najbardziej paradoksalny. Z determinacją wypowiada Platon


ten postulat; N i e b ę d z i e dobrze w żadnym państwie ani na świecie, pokąd władzy królewskiej nie
obejmą filozofowie, albo ci, którzy panują dzisiaj, nie zaczną się należycie oddawać filozofii. Pla­
ton boi się najcięższych ataków na ten właśnie p u n k t swojego programu. Widać, jak g ł ę b o k i e
n i e p o r o z u m i e n i e musiało zachodzić między nim a współczesnymi co do wyrazu „filozofia", „filo­
z o f . Dla szerokich kól był ten wyraz s y n o n i m e m czegoś, co krańcowo dyskwalifikowało czło­
wieka, jeśli szło o władzę; dla Platona wprost przeciwnie. Stąd potrzeba jasnego określenia, o co
c h o d z i w ł a ś c i w i e , k t o j e s t filozofem, a k t o n i e jest, na c z y m p o l e g a u m i ł o w a n i e m ą d r o ś c i ,
o którym się mówi, a raczej na czym ono polegać powinno.
473 D Księga V 177

- J a k d ł u g o - z a c z ą ł e m - albo m i ł o ś n i c y mądrości nie b ę d ą mieli w p a ń - D


stwach władzy królewskiej, albo ci dzisiaj tak zwani królowie i władcy nie za­
czną się w mądrości kochać uczciwie i należycie, i pokąd to się w j e d n o nie
zleje - w p ł y w p o l i t y c z n y i u m i ł o w a n i e mądrości - a tym licznym n a t u r o m ,
które dziś idą osobno, wyłącznie tylko j e d n y m albo wyłącznie drugim torem,
drogi się n i e o d e t n i e , tak d ł u g o nie ma s p o s o b u , ż e b y zło u s t a ł o , k o c h a n y
G l a u k o n i e , nie ma r a t u n k u dla państw, a uważam, że i dla rodu l u d z k i e g o . E
Ani mowy o tym nie ma, żeby taki ustrój prędzej w granicach możliwości doj­
rzał i światło słońca zobaczył, ustrój, któryśmy teraz w myśli przeszli. To jest
to, co m n i e od dawna napawa w a h a n i e m , czy to mówić, bo to będzie brzmia­
ło b a r d z o o p a c z n i e i n i e w i a r y g o d n i e . Tak t r u d n o jest dojrzeć, że na i n n e j
drodze nie znajdzie się szczęścia ani dla jednostki, ani dla państwa.
A ten: Sokratesie - powiada - takieś słowo i takąś myśl z siebie wyrzucił,
że teraz uważaj; Idzie wielki tłum i to nie co najgorszych, jaki taki zrzuci
s u k n i e i goły chwyci, co k t ó r e m u w p a d n i e pod r ę k ę jako broń, pogoni za 474
tobą w y c i ą g n i ę t y m g a l o p e m i nie w i a d o m o , co z tobą zrobią. Jeżeli się
przed nimi nie zasłonisz a r g u m e n t e m i nie uciekniesz, to cię czeka śmiech
ludzki za karę.
- Nieprawdaż - mówię - a to wszystko spada na mnie z twojej winy?
- Ja d o b r z e zrobiłem - powiada. Ale też ja cię nie opuszczę, tylko cię
b ę d ę bronił, czym potrafię. A potrafię dobrym sercem i słowami pociechy,
a m o ż e i tym jeszcze, że b ę d ę ci o d p o w i a d a ł z większą uwagą niż m o ż e B
ktoś inny. Więc mając takiego pomocnika staraj się tym, co nie wierzą, do­
wieść, że jest tak, jak mówisz.
- Trzeba spróbować - mówię - skoro i ty tak wielkie posiłki przysyłasz.
Więc wydaje mi się rzeczą konieczną, jeżeli mamy którędyś u m k n ą ć przed
tymi, o których mówisz, określić im wyraźnie, których to ludzi nazywamy
miłośnikami mądrości i mamy odwagę powiedzieć, że oni powinni rządzić.
Abyśmy się mogli po tym wyjaśnieniu bronić, pokazując, że j e d n y m to jest C
d a n e z n a t u r y : być w k o n t a k c i e z u m i ł o w a n i e m m ą d r o ś c i i p r z e w o d z i ć
w państwie, a innym ten k o n t a k t nie jest dany; powinni tylko iść za tym,
który prowadzi.
- Byłby czas - powiada - zacząć określenie.
- Więc proszę cię; idź za mną tędy; może my to jakoś, tak czy siak, wy­
wiedziemy.
- Prowadź - powiada.
- Otóż trzeba ci będzie p r z y p o m n i e ć - zacząłem - albo i pamiętasz sam,
że jeśli o kimś mówimy, że on coś kocha, to jeśli się słusznie tego wyrazu
używa, t r z e b a o nim p o w i e d z i e ć nie to, że on w tym p r z e d m i o c i e k o c h a
jedno, a drugiego nie, tylko że kocha wszystko? 1 9

19
Pierwszy rys wszelkiego u m i ł o w a n i a : kocha się w p r z e d m i o c i e u k o c h a n y m wszystko, bez wy­
jątku. I to prawda. To się dzieje z dwóch powodów. Po pierwsze, miłość zaślepia, wpływa tak
na nasze sądy, że nie pozwala dojrzeć wad i braków p r z e d m i o t u u k o c h a n e g o . P o d o b n i e jak ża­
d e n przedmiot, który pała i świeci, nie mógłby dojrzeć cieni na przedmiotach, które sam oświeca.
178 Platon, Państwo 474 C

XIX - Zdaje się - powiada - że ttzeba mi przypomnieć, bo doprawdy, że nie


bardzo rozumiem.
D - I n n e m u by - o d r z e k ł e m - wypadało p o w i e d z i e ć to, co mówisz, Glau­
konie. A t a k i e m u specjaliście od spraw miłosnych nie wypada nie p a m i ę ­
tać, że wszyscy ładni chłopcy takiego, co lubi towarzystwo m ł o d y c h ludzi
i zna się na miłości, skubią jak dobry kąsek i niepokoją go uważając, że są
godni zabiegów i kochania. A czy wy też tak samo nie robicie z ł a d n y m i
c h ł o p c a m i ? J e d e n d l a t e g o , że ma nos perkaty, nazywa się u was p e ł e n
wdzięku i chwalą go, u drugiego nos garbaty, więc mówicie, że ma w sobie
coś królewskiego, a jak taki pośredni, to się mówi, że szalenie proporcjonal-
E ny. Jak czarny, to, że wygląda po męsku; jak biały, to prosto od bogów po­
chodzi. A ta cera złocistomiodowa? Myślisz, że ktoś inny stworzył ten wy­
raz, a nie zakochany, kiedy szukał pieszczotliwych zwrotów, a nic mu to nie
szkodziło, że k o c h a n e k był żółty, dość że p e ł e n uroku? S ł o w e m , wyma­
wiacie się wszelkimi pozorami i na wszystkie tony śpiewacie tak, żeby nie
475 odrzucić żadnego z tych, co kwitną i pachną.
- Jeżeli ty - powiada - do mnie pijesz mówiąc o zakochanych, że tak ro­
bią, to zgadzam się, bo mi idzie o tok myśli.
- No cóż? - dodałem. - A rozmiłowani w winie, czy nie widzisz, że robią
to samo? Przepadają za każdym winem, pod każdym pozorem?
- I bardzo.
- A ci, co kochają zaszczyty, myślę, że to widujesz; jak który nie m o ż e
zostać w o d z e m naczelnym, to będzie i sierżantem; jak nie może sobie zdo-
B być uznania u ludzi większych i poważniejszych, to się zadowala honorami

Do tego się dołącza proces irradiacji uczuć, który zabarwia d o d a t n i o wszystko, co się j a k o ś wiąże
z p r z e d m i o t e m u m i ł o w a n y m . I tak k o c h a m y człowieka razem z jego brzydotą, która gdzieś nam
znika w ogóle albo przestaje razić, albo się n a w e t zaczyna p o d o b a ć , choćby się o niej wiedziało,
że jest. I tak się gdzieś podziewa wszelka możliwa odraza i wszelkie skrzywienie w e w n ę t r z n e ,
i żal, i wyrzut, i p o c z u c i e krzywdy, choćby się wiedziało, że jakieś tam p o w o d y m o ż e były i n i e ­
raz wypadało cierpieć.
P o d o b n i e działają inne namiętności. I to jeszcze robi miłość, że p r z e d m i o t u k o c h a n y staje się
potrzebny i drogi w każdej postaci: jako o b e c n y fizycznie z bliska, i jako pomyślany, choć daleki,
i dany tylko p o ś r e d n i o przez jakieś znaki l u b osoby trzecie, i dany b e z p o ś r e d n i o z m y s ł o m . I za­
jęty pracą, i o d d a n y zabawie, i śpiący, i czuwający, i ubrany tak lub inaczej, i każdy w ogóle.
O t ó ż tak s a m o ci, którzy kochają mądrość, pragną jej w każdej postaci. To nie są ciaśni s p e ­
cjaliści, tylko ludzie o szerokich horyzontach, interesujący się k a ż d y m z a g a d n i e n i e m n a u k o w y m
i każdą teorią.
Ł a t w i e j było z n a l e ź ć takich przed d w o m a tysiącami lat, kiedy cała wiedza ó w c z e s n a dała się
streścić w j e d n e j n i e d u ż e j książce, ale i dawniej, i dziś można rozróżnić ludzi ciasnych i ograni­
czonych, chociaż pracują naukowo, i ludzi, którzy przeglądają czasopisma spoza swojej specjal­
ności i prywatnie, w rozmowach albo przy głośniku radiowym interesują się p o s t ę p e m wiedzy
także i poza swoją gałęzią. Więc takich i n t e l e k t u a l i s t ó w ma Platon na myśli, którzy mają oczy,
uszy i głowy otwarte. Ta myśl, żeby panujący był c z ł o w i e k i e m oświeconym i interesował się na­
ukami, nie jest w naszych czasach wcale taką opaczną, jak się nią mogła wydawać w czasach opo­
n e n t ó w Platona. A jeżeliby szło o ministrów, tym mniej.
N i e chodzi Platonowi o powierzchowną ruchliwość intelektualną, o płytką c i e k a w o ś ć na no­
wości i o jakieś a m a t o r s k i e majsterki. To m o ż e być bardzo uroczy, czarujący rys towarzyski, ale
to jeszcze nie jest umiłowanie mądrości; to jest coś p o d o b n e g o , ale to nie jest t o !
475 B Księga V 179

ze strony mniejszych i lichszych, bo u niego pożądanie zaszczytów dochodzi


do szczytu.
- To całkiem tak, przecież.
- A to też przyznaj, albo i nie; o kimkolwiek mówimy, że on ma namięt­
ność do czegoś, u tego stwierdzamy pożądanie wszelkich postaci tego cze­
goś, czy też jednych tak, a drugich nie?
- Wszelkich - powiada.
- Nieprawdaż? O miłośniku mądrości też powiemy, że on n a m i ę t n i e po- C
żąda mądrości i to nie jednej tak, a drugiej nie, tylko wszelkiej?
- Prawda.
- Więc kto się nie lubi uczyć, zwłaszcza k i e d y jest młody i jeszcze nie
ma tego rozeznania, co się przyda na coś, a co nie, o tym nie powiemy, że
to m i ł o ś n i k u c z e n i a się ani m i ł o ś n i k mądrości; z u p e ł n i e tak, jak o tym,
któremu pokarmy nie smakują, nie powiemy, że łaknie ani że pożąda pokar­
mów, ani że lubi jeść, tylko to, że ma jadłowstręt.
- I słusznie powiemy.
- A tego, który się garnie i pragnie kosztować wszelkich przedmiotów na­
uki, i z radością idzie się uczyć, i nigdy nie ma dość tego, słusznie nazwie­
my miłośnikiem mądrości, filozofem. Czy nie tak?
A G l a u k o n p o w i e d z i a ł : - Wielu b ę d z i e s z miał t a k i c h , i to n a r w a n y c h . D
Ci wszyscy, co się kochają w oglądaniu byle czego, ja mam wrażenie, że oni
są tacy dlatego, że dowiadywanie się sprawia im przyjemność. A ci, co się
kochają w słuchaniu, ci będą jakoś groteskowo wyglądali; przynajmniej je-
żelibyś ich do miłośników mądrości zaliczył. Na dyskusje i na i n t e l i g e n t n e
rozmowy żaden by sam nie chciał przyjść, a za to, jakby uszy odnajął, żeby
słuchać wszystkich chórów, biega j e d e n z drugim w czasie Wielkich Dioni-
zjów, żeby nie opuścić żadnego ani na mieście, ani po wsiach.
Więc tych wszystkich i innych też, tych, co się lubią uczyć jakichś takich E
rzeczy i bawią się jakimiś majsterkami, będziemy nazywali filozofami?
- Nigdy - powiedziałem. - Oni tylko są podobni do filozofów.
- A prawdziwymi - powiada - których ty nazywasz? XX
- Tych - powiedziałem - co się kochają w oglądaniu prawdy 2 0 .

20
Z a t e m gdzie się zaczyna filozofia prawdziwa? To nie jest u m i ł o w a n i e licznych j e d n o s t k o w y c h
p r z e d m i o t ó w k o n k r e t n y c h , które n a m zmysły pokazują co m o m e n t , i to nie jest tylko nałogowe
c z y n i e n i e j e d n o s t k o w y c h s p o s t r z e ż e ń . To robią i zwierzęta, które mają zmysły c z y n n e . C h o ć b y
i s p o s t r z e ż e ń prawdziwych. Filozofia to szukanie prawdy, a prawda w języku Platona to nie jest
c e c h a k a ż d e g o spostrzeżenia bez p o m y ł k i . Prawda to u niego właściwie tyle, co rzeczywistość,
a p o t o c z n e spostrzeżenia zmysłowe nie dotyczą rzeczywistości samej, tylko chwytają jakieś chwi­
lowe wyglądy, pozory rzeczywistości. R z e c z y w i s t e p r z e d m i o t y kryją się d o p i e r o za n a z w a m i
ogólnymi, jak p i ę k n o , brzydota, sprawiedliwość, dobro, zło, człowiek, zwierzę, roślina, p a ń s t w o
itd. O t ó ż są ludzie, którzy lubią i potrafią wiedzieć, czym jest każdy z p r z e d m i o t ó w ukrytych
pod takimi nazwami, i wiedzą, że d o p i e r o to są p r z e d m i o t y rzeczywiste, a nie ich widoki tylko,
pozory, przykłady, obrazy k o n k r e t n e . Jeżeliby na przykład szło o p r z e d m i o t y p i ę k n e , to obcować
z nimi \ cieszyć się nimi może każdy człowiek, ale ten d o p i e r o jest m i ł o ś n i k i e m mądrości, k t o
wie, że o n e wszystkie są tylko okazami piękna, a on pragnie wiedzieć i potrafi to dojrzeć, czym
w ł a ś c i w i e j e s t albo na czym p o l e g a p i ę k n o s a m o , w k a ż d y m z p r z e d m i o t ó w p i ę k n y c h j a k o ś
180 Platon, Państwo 475 E

- I to - powiada - słusznie. Ale jak to rozumieć?


- W żaden sposób - odpowiedziałem - nie jest to rzecz łatwa dla innego.
Ale ty, myślę, zgodzisz się ze mną na coś takiego.
- Na co takiego?
- Skoro piękno jest przeciwieństwem brzydoty, to są to dwie rzeczy?
- Jakżeby nie?
476 - Nieprawdaż? A jeżeli dwie, to każda z nich jest czymś jednym?
- I to też.
- A ze sprawiedliwością 1 z niesprawiedliwością, z d o b r e m i z ł e m , i ze
wszystkimi postaciami ta sama sprawa. Każde z osobna jest czymś jednym,
ale dzięki t e m u , że się to wiąże z działaniami i z ciałami, i ze sobą nawza­
j e m , w s z ę d z i e się każde z nich naszej wyobraźni p r z e d s t a w i a j a k o w i e l e
rzeczy.
- Słusznie mówisz - powiada.
- W i ę c ja t ę d y - d o d a ł e m - p r z e c i ą g a m g r a n i c ę . O s o b n o k ł a d ę tych,
którycheś w tej chwili wymienił, tych, co lubią patrzeć i majsttować, i lubią
życie praktyczne, a osobno znowu tych, o których mowa; tych tylko można
B słusznie zwać filozofami.
- Jak ty to myślisz? - powiada.
o d b i t e , z a z n a c z o n e , mieszkające w nim w p e w n y m sposobie. O n o jest czymś rzeczywistym i do­
p i e r o o n o . A p o s z c z e g ó l n e p i ę k n e sprawy i p i ę k n e p r z e d m i o t y k o n k r e t n e mają w s o b i e coś
z niego, każdy, jakby na nie padał odblask tej rzeczywistości i zabarwiał je, i u p o d a b n i a ł do pięk­
na s a m e g o to, co jest tylko pozorem, a nie prawdą, czyli rzeczywistością samą.
T o , co tu Platon mówi, m o ż e się wydawać zrazu bardzo c i ę ż k o filozoficznym z a w r a c a n i e m
głowy dla specjalistów, a j e d n a k to samo brzmi w najpospolitszej codziennej rozmowie. Na przy­
kład: „ T o b i e się zdaje tylko, że ty znasz c h ł o p a . Dlatego, ż e ś go widział dwa razy na targu tutaj
i raz na wycieczce. A gdybyś z nim życie spędził, a przynajmniej dwadzieścia lat, jak ja, d o p i e r o
byś wiedział, co to znaczy chłop". Albo „ C o ty możesz wiedzieć o kobiecie? Za k r ó t k o żyjesz na
t o " . Albo „Czy ty wiesz, co to jest służba?" Albo „Grzeczność nie jest rzeczą łatwą ani małą itd.;
ona polega na t y m i na t y m " . Przecież ci wszyscy ludzie odróżniają rzeczywistość pewną, ukrytą
poza wyrazami ogólnymi; chłop, kobieta, służba, grzeczność, oraz poznanie tej rzeczywistości, da­
jące się wyrazić w porządnych definicjach, od pozorów rzeczywistości, danych w n i e d o s t a t e c z n y m
doświadczeniu razem z pozorami poznania, z m n i e m a n i a m i p e w n y m i . To są rzeczy zwykłe i zro­
zumiałe.
Z a t e m p r z e d m i o t ó w samych, doskonale rzeczywistych, dotyczy poznanie ludzkie, a p r z e d m i o ­
t e m m n i e m a n i a jest zawsze coś, co niby to jest, a niby to go nie ma. Na przykład, ktoś m n i e m a ,
że p e w i e n p o m n i k nie jest dość m o n u m e n t a l n y albo p e w i e n styl jest zbyt p o p u l a r n y , przy czym
nikt d o b r z e nie wie, co to właściwie jest m o n u m e n t a l n o ś ć ani na czym ma polegać p o p u l a r n o ś ć
stylu. I to, co się j e d n e m u wydaje n i e p o p u l a r n e , to drugi widzi jako po prostu m ę t n e i blagier­
skie, a to, co j e d e n nazywa popularnym, to drugi uważa za jasne i proste, i j e d e n w tym widzi za­
letę, a drugi wadę, bo nikt dokładnie nie wie, co to ma być właściwie i o co chodzi na dobrą spra­
wę. W t e d y Platon powiada, że ta cała p o p u l a r n o ś ć stylu, o której mowa, wisi gdzieś p o m i ę d z y
b y t e m a n i e b y t e m i nie wiadomo, czy istnieje, czy nie istnieje. I ona jest tylko p r z e d m i o t e m
m n i e m a n i a , a nie jest p r z e d m i o t e m wiedzy. To samo, kiedy się ludzie spierają, czy w p e w n y m
obrazie m a m y do czynienia z „deformacją twórczą", czy tylko ze ztym rysunkiem, kiedy rozważa­
ją zagadnienie, czy Adam Mickiewicz był, czy nie był „wielkim poetą", a nikt jasno nie wie, co to
„deformacja twórcza" i na czym właściwie polega „wielkość p o e t y " , to znowu m a m y do czynie­
nia z m n i e m a n i a m i , a nie z wiedzą, bo chodzi o cechy m ę t n e , n i e d o s t a t e c z n i e o k r e ś l o n e , a więc
nie w i a d o m o , czy rzeczywiste, czy pozorne, wiszące niejako w powietrzu, na m g ł a c h . To prze­
cież są rzeczy proste i zrozumiałe.
476 B Księga V 181

- Ci tam - dodałem - co to lubią słuchać i patrzeć, kochają p i ę k n e głosy


i barwy, i kształty, i to wszystko, co z takich rzeczy w y k o n a n e , a n a t u r y
P i ę k n a samego dusza ich nie potrafi dojrzeć i ukochać.
- To już tak jest - powiada.
- A ci, którzy potrafią iść ku P i ę k n u samemu i widzieć je samo w sobie,
czy tych nie jest mało?
- I bardzo mało.
- Więc taki człowiek, który p i ę k n e sprawy uznaje, a P i ę k n a samego nie C
uznaje, ani, gdyby go ktoś do poznania prowadził, on by nie potrafił iść za
nim, t e n żyje, twoim z d a n i e m , we śnie czy na jawie? Zastanów się! Ma­
rzenie senne, czy to nie to, kiedy ktoś we śnie czy na jawie myśli, że jakaś
rzecz, podobna do innej, nie jest tylko podobna, ale jest właśnie tą, do któ­
rej jest podobna.
- Ja bym się może i zgodził - powiada - że marzenie s e n n e przeżywa ktoś
taki.
- No cóż? A drugi, który wprost przeciwnie uważa coś za P i ę k n o samo D
i potrafi je dojrzeć i samo i dojrzeć te rzeczy, w których ono tkwi, ale nie
uważa tych rzeczy za P i ę k n o samo, ani P i ę k n a s a m e g o za te rzeczy, t e n
znowu, twoim zdaniem, żyje we śnie czy na jawie?
- I bardzo - powiada - na jawie.
- Nieprawdaż? Dusza takiego człowieka poznaje; zatem słusznie nazwie­
my stan jej umysłu p o z n a n i e m , a stan tego drugiego m n i e m a n i e m , bo on
tylko mniema?
- Tak jest.
- No cóż? A gdyby się na nas taki człowiek gniewał, ten, k t ó r e m u ś m y tyl­
ko przypisali m n i e m a n i e , a odmówili poznania, i on by się z nami spierał, że
nie mówimy prawdy, czy potrafilibyśmy go czymś pocieszyć i spokojnie przy- E
wieść do naszego zdania, chowając to jakoś przed nim, że nie jest zdrów?
- Trzeba przecież jakoś - powiada.
- Więc proszę cię, rozważ, co my mu powiemy. A może chcesz, to zrobi­
my z nim wywiad. Powiemy mu naprzód, że jeśli coś wie, to nikt mu nie
zazdrości, my byśmy się bardzo cieszyli widząc, że on coś wie. A tylko nam
powiedz taką rzecz. Ten, który poznaje, poznaje coś czy nic? Ty mi odpo­
wiadaj, zamiast niego.
- O d p o w i e m - mówi - że poznaje coś.
- Coś, co istnieje, czy coś, co nie istnieje? 477
- Co istnieje. Jakżeby można poznawać coś, co nie istnieje?
- Więc to nam wystarcza i to trzymamy, choćbyśmy to i z wielu stron roz­
patrywali, że cokolwiek d o s k o n a l e istnieje, to się też d o s k o n a l e daje po­
znać, a co nie istnieje, to w każdym sposobie nie jest poznawalne?
182 Platon, Państwo 477 A

- To z u p e ł n i e wystarcza.
- N o , dobrze; a jeżeli coś jest takie, że jakby jest i nie jest, to czy ono
nie b ę d z i e leżało pomiędzy tym, co istnieje w sposób niepokonalny, a tym,
co w żadnym sposobie nie istnieje?
- Pomiędzy.
- Nieprawdaż? Skoro poznanie dotyczy tego, co istnieje, a brak poznania
z konieczności wiąże się z tym, co nie istnieje, to w związku z tym pośre-
B dnim trzeba szukać czegoś, co by było pomiędzy niewiedzą a wiedzą; m o ż e
się znajdzie coś takiego?
- Tak jest.
- Więc czy nazywamy coś m n i e m a n i e m ?
- Jakżeby nie?
- Czy to jakaś zdolność inna niż wiedza? Czy ta sama?
- Inna.
- Z a t e m czegoś innego tyczy się m n i e m a n i e , a czegoś innego wiedza, bo
j e d n o i drugie ma różną zdolność.
- Tak.
- N i e p r a w d a ż ? Wiedza z natury swej dotyczy tego, co istnieje, ona po­
znaje, że jest to, co istnieje. Ale właściwie uważam, że n a p r z ó d p o t r z e b a
tak rzecz rozebrać.
- Jak?
XXI - Z g o d z i m y się, że zdolności to j e s t taki rodzaj bytów, d z i ę k i k t ó r y m
C i my możemy, cokolwiek możemy, i wszystko inne, cokolwiek coś może. Ja
myślę na przykład, że wzrok i słuch należą do zdolności, jeżeli rozumiesz,
0 jakiej ja chcę mówić postaci 2 1 .
- Ja rozumiem - powiada.
- Więc posłuchaj, co mi się o nich wydaje. Bo w zdolności nie widzę ani
ż a d n e j barwy, ani kształtu, ani żadnych cech takich, ani wielu innych, na
które patrząc rozróżniam sobie rzeczy j e d n e od drugich. I mówię, że te są
D inne, a t a m t e znowu i n n e . A w zdolności na to tylko patrzę, czego ona się
tyczy i co sprawia, i ze względu na to nazywam poszczególne zdolności. Je­
żeli się odnoszą do tego samego p r z e d m i o t u i sprawiają to samo, to nazy­
wam je jedną i tą samą zdolnością. Jeżeli się któraś odnosi do innej rzeczy
1 co i n n e g o sprawia, w t e d y m ó w i ę , że to i n n a z d o l n o ś ć . A ty co? Jak
robisz?
- Tak samo - powiada.

21
W i e d z a to zbiór sądów prawdziwych i z a r a z e m zdolność do wydawania sądów prawdziwych,
a m n i e m a n i e to zbiór sądów m ę t n y c h i zdolność do wydawania sądów m ę t n y c h , k t ó r e d o p i e r o po
wyjaśnieniu mogą się okazać m y l n e albo prawdziwe. Z a t e m czymś i n n y m jest wiedza, a c z y m ś
i n n y m m n i e m a n i e . O n o jest może nieco jaśniejsze niż n i e w i e d z a z u p e ł n a , ale j e s t m n i e j j a s n e
niż wiedza. I tak m a m y dwa odpowiadające sobie szeregi, z trzech e l e m e n t ó w każdy: z j e d n e j
strony 1. byt, czyli to, co istnieje naprawdę, 2. rzeczy m ę t n e , o których nie w i a d o m o , czy istnieją,
czy nie, i 3. rzeczy nie istniejące na p e w n o . T y c h nie ma w ogóle. A z drugiej strony 1. wiedza,
2. m n i e m a n i e , opinie i 3. niewiedza, głupota, c i e m n o t a . To też wygląda jasno.
477 D Księga V 183

- Więc chodź no tu z powrotem, mój najlepszy. Wiedza to jest, powiesz,


pewna zdolność, czy do jakiego rodzaju ją zaliczysz?
- Do tego rodzaju - powiada. - To jest zdolność najtęższa ze wszystkich. E
- No cóż? A m n i e m a n i e w e ź m i e m y za pewną zdolność, czy o d n i e s i e m y
je do innej postaci?
- N i g d y d o i n n e j . M n i e m a n i e t o t e ż z d o l n o ś ć . D z i ę k i niej m o ż e m y
mniemać.
- A prawda? Z g o d z i ł e ś się n i e d a w n o , że to nie jest to samo - wiedza
i mniemanie?
- A jakżeby mógł człowiek inteligentny uważać za j e d n o i to samo to, co
nie może być mylne, i to, co może być mylne?
- To pięknie - powiedziałem. - I jasna rzecz, zgadzamy się, że m n i e m a n i e
to coś innego niż wiedza. 47!
- Coś innego.
- Bo każda z nich c z e g o ś i n n e g o d o t y c z y i coś i n n e g o z n a t u r y swej
może?
- Z konieczności.
- W i e d z a dotyczy tego, co istnieje, i m o ż e poznawać, jakie jest to, co
jest?
- Tak.
- A mniemanie, powiemy, pozwala mniemać?
- Tak.
- Czy ono poznaje to samo, co poznaje wiedza? I j e d n o , i to samo, czy
może być przedmiotem wiedzy i przedmiotem mniemania? Czy też to nie­
możliwe?
- To niemożliwe - powiada - na podstawie tego, na cośmy się zgodzili;
skoro się każda z d o l n o ś ć odnosi z natury do czegoś i n n e g o , a te o b i e są
zdolnościami, i m n i e m a n i e , i wiedza, zatem każda jest czymś innym.
Z tego wynika, że przedmiot wiedzy i przedmiot mniemania nie będzie t e n B
sam.
- Nieprawdaż? Jeżeli to, co istnieje, jest p r z e d m i o t e m wiedzy, to może
coś innego będzie przedmiotem mniemania, a nie to, co istnieje?
- Coś innego.
- Więc może m n i e m a n i e się odnosi do tego, co nie istnieje? Czy też to,
co nie istnieje, nie może być nawet p r z e d m i o t e m mniemania? Zastanówże
się! Czy ten, co m n i e m a , nie odnosi swojego m n i e m a n i a do czegoś? Czy
można mniemać, ale niczego nie mniemać?
- Nie można.
- Ale to jest czymś jednym, to, co mniema ten, który mniema?
- Tak.
- A tymczasem to, co nie istnieje, nie jest czymś j e d n y m , ale czymś żad­
nym; tak by się to najsłuszniej powinno nazywać. C
- Tak jest.
184 Platon, Państwo 478 C

- A więc my z tym, co nie istnieje, z konieczności zwiążemy brak pozna­


nia, a z tym, co istnieje, poznanie.
- Słusznie - powiada.
- Z a t e m m n i e m a n i e nie ma za p r z e d m i o t ani tego, co istnieje, ani tego,
co nie istnieje.
- N i e ma.
D - Więc ani wiedzą, ani niewiedzą nie może być mniemanie?
- Zdaje się, że nie.
- A m o ż e ono leży poza jedną i drugą i może przewyższa w i e d z ę jasno­
ścią, a m o ż e niewiedzę niejasnością?
- Ani jednej, ani drugiej.
- A m o ż e ci się wydaje, że m n i e m a n i e jest mniej jasne od wiedzy, a tro­
chę jaśniejsze niż niewiedza?
- To o wiele bardziej - powiada.
- I ono tam leży między jedną i drugą?
- Tak.
- Więc pomiędzy wiedzą i niewiedzą byłoby mniemanie.
- Całkowicie tak.
- A prawda, że mówiliśmy przedtem, że gdyby się coś tak ptzedstawiało,
że niby to istnieje i równocześnie nie istnieje, to ono b ę d z i e leżało gdzieś
p o m i ę d z y tym, co istnieje przeczysto, a tym, co w ogóle nie istnieje, i do
czegoś takiego nie będzie się odnosiła ani wiedza, ani niewiedza, tylko jak­
by coś pośredniego pomiędzy niewiedzą i wiedzą?
- Słusznie.
- A teraz się pomiędzy nimi pokazuje coś, co nazywamy m n i e m a n i e m
- Pokazuje się.
XXII - Więc jeszcze jedno zostało, zdaje się, i to wypadałoby nam znaleźć. To
E coś, co ma w sobie coś z bytu i z niebytu, i nie może się w czystym znacze­
niu słusznie nazywać ani tak, ani owak. Jeżeli ono się nam pokaże, to bę­
d z i e m y mieli prawo nazwać to p r z e d m i o t e m m n i e m a n i a . W t e n s p o s ó b
p r z y p o r z ą d k u j e m y k r a ń c e bytu k r a ń c o m poznania, a t e m u , co p o ś r e d n i e ,
przydamy to, co pośrednie. Czy nie tak?
- Tak.
479 - Kiedy to już leży u podstaw, to ja p o w i e m ; n i e c h się t e r a z o d e z w i e
i niech mi odpowiada ten dobrze myślący sympatyczny pan, który nie uzna­
je P i ę k n a samego i żadnej nie przyjmuje jakiejś tam idei P i ę k n a samego,
która by zawsze zostawała taka sama ze wszech względów i stron, a uznaje
tylko wiele pięknych przedmiotów; ten, który lubi patrzeć, a nie znosi żad­
ną miarą, żeby ktoś twierdził, że istnieje j e d n o P i ę k n o i j e d n a Sprawiedli-
479 A Księga V 185

wość, i inne tak. samo. My nie tak powiemy: pośród tych wielu rzeczy, pa­
nie szanowny, czy jest choćby jedna, która by się kiedyś nie wydala brzyd­
ka? A pośród sprawiedliwych taka, która by się nie wydała n i e s p r a w i e ­
22
dliwa? A pośród zbożnych - bezbożna?
- No nie - powiada - to musi tak być, że one się jakoś i piękne, i brzyd­
kie wydają, i wszystkie inne tak samo, o które ty się pytasz.
- No cóż? A te liczne rzeczy podwójnej wielkości, czy mniej często się
wydają połówkami niż podwojeniami?
- Wcale nie mniej.
- I wielkie tak samo, i małe, i lekkie, i ciężkie, one chyba nie częściej
będą tak nazywane, jak myśmy je nazywali, niż wprost przeciwnie?
- No nie - powiada. - Zawsze każde będzie miało w sobie coś z j e d n e g o
i coś z drugiego.
- Więc czy każda z tych wielu rzeczy jest raczej tym, czym ktoś powie,
że ona jest, czy też nie koniecznie tym jest?
22
Mówią, że teraz Platon pije do A n t y s t e n e s a , który miał p o w i e d z i e ć : „ja t a m konia widzę,
ale istoty konia, tej koniowatości, nie w i d z ę " . Mniejsza o to, do kogo pije. Jest więcej takich
„ s y m p a t y c z n y c h p a n ó w " , którzy nie uznają p r z e d m i o t ó w odpowiadających n a z w o m o g ó l n y m ,
a uznają tylko przedmioty nazw i zwrotów j e d n o s t k o w y c h . Platon zwraca im uwagę, że poszcze­
gólne p i ę k n e p r z e d m i o t y zmysłowe jakby się mieniły w oczach ludzkich, bo każdy prawie z nich
raz się podoba, a raz nie, i j e d n e m u człowiekowi wydaje się p i ę k n y , a d r u g i e m u brzydki. T y l k o
P i ę k n o samo, jasno ujęte, nie mieni się w oczach, jest zawsze i z k a ż d e g o względu p i ę k n e , nic
dla kogoś tam, tylko samo dla siebie.
P o d o b n i e ma się rzecz z takimi c e c h a m i , jak wielki, mały, ciężki, lekki, młody, miły itp. To
są cechy nieokreślone, więc to, co się j e d n e m u wydaje d u ż e , to dla drugiego małe itd. D o p i e r o
k i e d y je pookreślać, zastosowawszy miarę, wtedy dopiero w i a d o m o , czy która z tych cech przy­
sługuje j a k i e m u ś przedmiotowi naprawdę, czy nie. I wtedy się z m n i e m a n i a robi wiedza. Myśle­
nie z pomocą wyrazów n i e o k r e ś l o n y c h p r z y p o m i n a Platonowi dziecinną z a g a d k ę z t a m t y c h
czasów. W niej szło o takiego męża-nie męża, który ptaka-nie p t a k a zobaczył-nie zobaczył na
d r z e w i e - n i e drzewie, i k a m i e n i e m - n i e k a m i e n i e m w niego strzelił-nie ustrzelił. T r z e b a było
zgadnąć, że to e u n u c h krótkowzroczny n i e d o k ł a d n i e zobaczył nietoperza na krzaku i rzucił w nie­
go p u m e k s e m , ale go nic trafił.
Jak d ł u g o myślimy m ę t n i e z pomocą wyrazów nieokreślonych, nasze m y ś l e n i e p r z y p o m i n a
zbitki z marzeń sennych i nie ujmuje rzeczywistości, tylko jej pozory mgliste. Rzeczywistość uj­
m u j e d o p i e r o myślenie jasne, z pomocą wyrazów określonych. D o p i e r o o n o umożliwia nam ja­
kiekolwiek poznanie.
O t ó ż tych ludzi, którzy lubią, starają się i umieją myśleć jasno z pomocą wyrazów ogólnych,
ściśle określonych, i uważają, że d o p i e r o w ten sposób można poznawać rzeczywistość, nazywa
Platon miłośnikami mądrości, filozofami, a tych, którym wystarcza myślenie m ę t n e , bez ścisłych
o k r e ś l e ń , i sądzą, że cała rzeczywistość to tylko poszczególne p r z e d m i o t y k o n k r e t n e , z m y s ł o w e ,
tych nazywa miłośnikami m n i e m a n i a ludzkiego. Robi to nie bez pewnej aluzji do próżności tych
ludzi. Że pragną uchodzić za mądrych, podczas gdy tamci chcą być mądrzy.
Wszystko to nic ją ż a d n e , g ó r n o l o t n e , n i e p r z y s t ę p n e pomysły, o d e r w a n e od życia, tylko bar­
dzo słuszne i trzeźwe, i z r o z u m i a ł e uwagi o istocie nauki. N a u k a zaczyna się tam, gdzie się koń­
czy beletrystyka. N a u k a wymaga myślenia jasnego, ścisłego, wymaga wyrazów określonych defi­
nicjami i tylko nauka opisuje rzeczywistość taką, jaką ona jest, a nie jaką się ona wydaje na oko
p e w n e m u człowiekowi, w p e w n e j chwili. Przecież i dziś nie myślimy inaczej. Co filozofowie
Platona to są po prostu ludzie zdolni i zamiłowani w porządnej pracy n a u k o w e j . Platon wolałby
raczej takie głowy widzieć u steru państw niż literatów, d z i e n n i k a r z y lub a m a t o r ó w z n i e d o k o ń ­
czonym wykształceniem i z mętną głową. To nie są horrenda.
186 Platon, Państwo 479 C

C - O n e przypominają te dwuznaczniki, które się przy stole mówi, i dzie­


c i n n e zagadki o e u n u c h u , który rzucał na n i e t o p e r z a , a t r z e b a z g a d n ą ć ,
czym rzucał i na czym, i kto, i na kogo. Rzeczy też tak się chwieją w obie
strony i n i e p o d o b n a myślą ująć i ustalić, czy tam pośród nich coś istnieje,
czy nie istnieje, czy jedno i drugie, czy też ani jedno, ani drugie.
- Więc możesz - powiadam - coś z nimi począć albo masz dla nich gdzieś
piękniejsze miejsce niż między istnieniem a nieistnieniem? Bo ani się nie
będą wydawały ciemniejsze i mniej istniejące niż niebyt ani też jaśniejsze,
ani bardziej istniejące niż byt.
D - Najzupełniejsza prawda - mówi.
- Więc zdaje się, żeśmy znaleźli to, że zdania szerokich kół o p i ę k n i e
i tam dalej kręcą się gdzieś tak p o m i ę d z y tym, co nie i s t n i e j e w ogóle,
a tym, co istnieje najczyściej.
- Znaleźliśmy.
- A zgodziliśmy się przedtem, że gdyby się coś takiego pokazało, to trze­
ba powiedzieć, że to będzie przedmiot mniemania, a nie przedmiot wiedzy,
bo oto zdolność pośrednia chwyta to, co się kręci gdzieś pośrodku.
- Zgodziliśmy się.
E - Więc o tych, którzy się na wiele p i ę k n y c h rzeczy patrzą, a P ę k n ą sa­
mego nie widzą, ani, jeśli ich ktoś do niego prowadzi, iść za nim nie potra­
fią i widzą w i e l e rzeczy s p r a w i e d l i w y c h , ale Sprawiedliwości s a m e j n i e ,
i w s z y s t k o i n n e tak samo, powiemy, że oni mają o tych rzeczach p e w n e
m n i e m a n i e , ale oni nie poznają ż a d n e j z tych rzeczy, których dotyczą ich
mniemania.
- To konieczne - powiada.
- A co o tych powiedzieć, którzy widzą rzeczy same i zawsze takie same
pod tym samym względem? Czy nie to, że oni poznają, a nie mniemają?
- Koniecznie i to.
- Nieprawdaż? I powiemy to też, że oni kochają i wyciągają ręce do tych
rzeczy, których dotyczy poznanie, a tamci do tych, których m n i e m a n i e . Czy
480 n i e p a m i ę t a m y , j a k e ś m y mówili, że oni d ź w i ę k i i barwy p i ę k n e i t y m
p o d o b n e rzeczy kochają i oglądają, a co do P i ę k n a samego, to n a w e t nie
uznają, jakoby ono czymś było?
- Pamiętamy.
- Więc może nie chybimy nazywając ich kochankami mniemania ludzkie­
go raczej niż kochankami mądrości? I czy się będą bardzo na nas o to gnie­
wali, jeżelibyśmy tak mówili?
- N i e - powiada - jeżeliby m n i e posłuchali. Bo nie godzi się w y b u c h a ć
gniewem przeciwko prawdzie.
- A tych, którzy z miłością ręce wyciągają do wszystkiego, co istnieje na­
prawdę, tych trzeba nazywać kochankami mądrości, a nie kochankami ludz­
kiego mniemania.
- Ze wszech miar przecież.
KSIĘGA SZÓSTA

W i ę c kto jest filozofem, G l a u k o n i e , a k t o nie - p o w i e d z i a ł e m - to się 484


z wielkim trudem jakoś pokazało w końcu, ale dyskusja musiała za tym cho­
dzić długimi drogami, zanim się objawiło, jaki jest j e d e n i drugi 1 .
- Może być - powiada - że krótszą drogą nie jest łatwo.
- Widać, że nie - d o d a ł e m . - Ja przynajmniej mam to wrażenie, że to by
się było jeszcze lepiej wyjaśniło, tylko trzeba było mówić o tym j e d n y m te­
macie, a nie przechodzić licznych spraw pozostałych, chcąc dojrzeć, czym
się różni żywot sprawiedliwy od niesprawiedliwego. B
- Więc teraz - powiada - co przed nami?
- Cóż by innego - mówię - jak nie to, co z kolei? Skoro filozofowie to ci,
co potrafią dotykać tego, co jest zawsze takie same pod tym samym wzglę­
d e m ; a nie są filozofami ci, co tego nie potrafią, tylko się w ogóle wciąż
plączą w świecie tych licznych przedmiotów, to którzy powinni być wodza­
mi państwa?
- Jak by to odpowiedzieć - mówi - żeby odpowiedź była w sam raz?
- No tych - p o w i e d z i a ł e m - którzy wyglądają na to, że potrafią s t r z e c
ustaw i spraw państwowych, tych ustanowić strażnikami. C
- Słusznie - powiada.
- A czy ta sprawa - dodałem - jest jasna, kto właściwie - ślepy czy bystro
patrzący, powinien być strażnikiem, żeby strzec czegokolwiek?
- Jakżeż niejasna? - powiada.
- A jakże się wydaje? Czy różnią się czymś od ślepych ci, którym istot­
nie brak poznania istoty każdej rzeczy i którzy nie mają w duszy ż a d n e g o
wyraźnego pierwowzoru ż a d n e j , i nie mogą, tak jak malarze, na najpraw- D
dziwszy wzór tam spoglądać i do niego wszystko odnosić, i oglądać go jak
tylko można najwyraźniej, aby później i tu, gdy będzie szło o to, co p i ę k n e
i sprawiedliwe, i dobre, instytucje i normy prawne ustanawiać, jeżeliby ja­
kieś ustanawiać było potrzeba, a ustanowionych strzec i przez to je zacho­
wywać?
- No nie, na Zeusa - powiada. - To jakoś niewielka różnica.
- Więc raczej tych ślepych ustanowimy strażnikami czy też tych, którzy

1
Platon charakteryzuje i d e a l n e g o naukowca i stara się wykazać, że taki idealny typ o głowie ja­
snej, otwartej, ścisłej, który on nazywa filozofem, miałby zarazem d o s k o n a ł e warunki do kierowa­
nia p a ń s t w e m . Dlatego, że umiałby ustanawiać prawa dobre i p i ę k n e , bo wiedziałby jasno, jakie
o n e mają być, i musiałby z tego s a m e g o powodu prawa ustanowione ściśle zachowywać. N i e bra­
kłoby mu z pewnością także innych zalet charakteru.
188 Platon, Państwo 484 D

każdy byt znają, a doświadczeniem wcale nie ustępują tamtym i nie zostają
w tyle na żadnym innym odcinku dzielności?
- Nie miałoby sensu - powida - wybierać innych, gdyby ci poza tym, nie
zostawali w tyle. Bo może być, że z tego właśnie względu, a to wzgląd pra­
wie najważniejszy, to ci chyba górują.
485 - Nieprawdaż? O tym właśnie mówimy, w jaki sposób potrafią jedni i ci
sami ludzie mieć i tamte, i te zalety.
- No, tak.
- Więc tak, jakeśmy na początku tych rozważań mówili, trzeba naprzód
poznać ich naturę. Ja mam wrażenie, że jak się co do tego p u n k t u pogodzi­
my, to zgodzimy się i na to, że mogą i jedni i ci sami ludzie posiadać te za­
lety i że nikt inny nie powinien przewodzić w państwie tylko oni.
- Jak?
II - Więc, jeżeli chodzi o natury filozofów, to zgódźmy się, że oni zawsze
B kochają tę naukę, która im odsłania coś z owej istoty rzeczy, z tej, która ist­
nieje zawsze, a nie błąka się i nie plącze skutkiem powstawania i zatraty l .
- No, zgódźmy się.
- I na to też - d o d a ł e m - że oni ją wszystką kochają, i nie są s k ł o n n i
o d r z u c a ć jej ż a d n e j cząstki ani m a ł e j , ani większej, ani godniejszej, ani
m n i e j g o d n e j . Tak, j a k e ś m y to p r z e d t e m mówili o ludziach a m b i t n y c h
i o nastrojonych erotycznie.
- Słusznie mówisz - powiada.
- Więc zastanów się teraz nad tym, czy jeszcze i czego takiego nie muszą
mieć w naturze ci, którzy mają się stać tacy, jakeśmy mówili.
- Jakiego czegoś.
C - N i e z n o s z e n i a fałszu. Tego, żeby dobrowolnie w żaden sposób fałszu
nie przyjmowali; nienawidzili go, a kochali prawdę.
- Z a p e w n e - powiada.
- N i e tylko „ z a p e w n e " , przyjacielu, ale nieuchronnie i koniecznie musi
tak być, że ktokolwiek kocha coś z natury, ten musi kochać wszystko, co
jest pokrewne i bliskie przedmiotom kochania.
- Słusznie - powiada.
- A potrafisz znaleźć coś bliższego mądrości niż prawda?
- Ależ jak? - powiada.
- Więc czy może jedna i ta sama natura kochać równocześnie i mądrość,
i fałsz?
D - W żaden sposób przecież.

2
A więc odznaczaliby się na p e w n o ci ludzie miłością prawdy i nienawidziliby fałszu. Tego,
oczywiście, trzeba się po naukowcach spodziewać. Czyby j e d n a k nie stosowali kłamstwa jako le­
karstwa? Z a p e w n e tak, bo Platon to rządzącym zaleca. O d d a n i nauce nie tonęliby w rozpuście
i nie gonili za pieniędzmi, i nie walaliby się skąpstwem, a odznaczaliby się odwagą i łagodnością.
Pierwszym warunkiem takiego charakteru są wielkie zdolności intelektualne, wrodzone opanowa­
nie i wdzięk. Tc zalety rozwinąć musiałoby właściwe wychowanie. To byliby władcy idealni.
485 D Księga VI 189

- A kto istotnie kocha naukę, ten musi zaraz od najmłodszych lat jak naj­
więcej pragnąć wszelkiej prawdy?
- Ze wszech miar.
- A u kogo żądze gwałtownie pójdą w jednym kierunku, to wiemy chyba,
że w innych kierunkach tym słabiej prą, jakby prąd w tamtą stronę poszedł.
- N o , cóż?
- Więc u kogo one spłyną do nauk i do wszystkich takich rzeczy, to my­
ślę, że będą się trzymały tych rozkoszy, których dusza sama w sobie dozna­
je, jako dusza, a oddzielą się od rozkoszy, które przez ciało przechodzą, je­
żeliby ktoś był nie filozofem robionym, ale filozofem naprawdę.
- To wielce konieczne.
- Więc to b ę d z i e człowiek umiarkowany, skoro b ę d z i e taki i w ż a d n y m
razie nie będzie chciwy grosza. Bo to, dlaczego ludzie z wielkim nakładem
sił o p i e n i ą d z e zabiegają, to raczej każdy inny gotów brać p o w a ż n i e , ale
nie on.
- Tak jest.
- N o , a to też trzeba wziąć pod uwagę, kiedybyś zechciał osądzać n a t u r ę
filozofa i niefilozofa.
- Co takiego?
- Uważaj, aby się przed tobą nie ukryło jakieś jej d r o b n e b r u d n e skąp­
stwo, gdyby je ta natura miała w sobie. N i e ma nic bardziej przeciwnego
takiej duszy, jak drobiazgowość; duszy, która się zawsze chce garnąć do ca­
łości, do ogółu w sprawach boskich i ludzkich.
- Święta prawda - mówi.
- Takiej duszy, która u m i e patrzeć z góry, i ma przed oczami czas wszy­
stek i byt wszystek, czy myślisz, że może się czymś wielkim wydawać życie
ludzkie?
- N i e może - powiada.
- Nieprawdaż? Więc i śmierci nie b ę d z i e za coś strasznego uważał ktoś
taki?
- Bynajmniej.
- Więc tchórzliwa i nieszlachetna dusza, zdaje się, że z prawdziwą filozo­
fią nie będzie miała nic wspólnego?
- N i e wydaje mi się.
- Więc cóż? Człowiek porządny, nie chciwy, nie skąpy, nie blagier i nie
tchórz, czy może być niemożliwy w stosunkach albo niesprawiedliwy?
- N i e może być.
- Z a t e m , jeżeli będziesz szukał duszy zdolnej do filozofii i nie, to zaraz
już u młodych chłopców zwrócisz na to uwagę, czy która sprawiedliwa i ła­
godna, czy też nieznośna w pożyciu i dzika.
- Tak jest.
- A tego też nie pominiesz, uważam.
- Czego takiego?
190 Platon, Państwo 486 C

- Czy się łatwo uczy, czy trudno. Czy spodziewasz się, żeby ktoś kiedy­
kolwiek ukochał należycie coś, przy czym by cierpiał, robiąc to, i z wielkim
t r u d e m a powoli postępowałby naprzód?
- To niemożliwe.
- No cóż? A gdyby nie umiał zachować i ocalić w sobie nic z tego, czego
by się nauczył, bo byłby pełen zapomnienia, czy nie musiałby pozostać pró-
żen wiedzy?
- No jakże nie?
- A jak by się tak trudził bez pożytku, to czy nie uważasz, że w końcu
będzie musiał znienawidzić samego siebie i znienawidzi taką robotę.
- Jakżeby nie?
- Więc duszy, która zapomina, nigdy nie liczmy do tych, co się nadają do
filozofii; ale szukajmy duszy koniecznie mającej dobrą pamięć.
- Ze wszech miar.
- A prawda, że natura daleka od M u z i nie ujęta w formę piękną, nie do
czego innego ciągnie, powiemy, tylko do zerwania z wszelką miarą.
- No cóż?
- A ty uważasz, że prawda jest spokrewniona z brakiem wszelkiej miary,
czy też z trzymaniem się miary?
- Z trzymaniem się miary?
- Z a t e m szukajmy duszy p e ł n e j z natury umiarkowania i w d z i ę k u , o b o k
i n n y c h zalet. Jej własna n a t u r a ułatwi jej i otworzy d r o g ę do o g l ą d a n i a
istotnej formy każdej rzeczy.
- Jakżeby nie?
- Więc cóż? N i e myślisz chyba, żeśmy przeszli jakieś rysy n i e k o n i e c z n e
i nie wynikające j e d n e z drugich w duszy, która ma zostawać w n a l e ż y t y m
i doskonałym kontakcie z tym, co istnieje?
- To są przecież rysy najzupełniej konieczne - powiada.
- Więc czy potrafisz z jakiegokolwiek p u n k t u ganić takie zajęcie, które­
mu się nigdy nie potrafi należycie o d d a w a ć człowiek, j e ż e l i b y mu brakło
w naturze dobrej pamięci, łatwości do nauki, szlachetnej postawy, wdzięku,
przyjaźni i p o k r e w i e ń s t w a z prawdą, sprawiedliwości, odwagi, p a n o w a n i a
nad sobą.
- Czegoś takiego - powiada- - nawet i sam Momos ganić by nie potrafił.
- A jeśli takich ludzi - dodałem udoskonali wiek i wychowanie, to czy nie
takim tylko powierzyłbyś państwo?
Adejmant wtedy powiedział: - Sokratesie, nikt by nie potrafił spierać się
z tobą o ten p u n k t . Ale kiedy się ciebie słucha, jak mówisz takie rzeczy jak
teraz, to zawsze się człowiekowi robi coś w tym rodzaju, ma się wrażenie,
że c z ł o w i e k nie ma wprawy w p y t a n i u i w o d p o w i a d a n i u , więc go twoja
myśl z pomocą k a ż d e g o pytania o d r o b i n ę na bok odwodzi, a jak się tych
drobiazgów nazbiera, to się w końcu pokazuje błąd wielki i coś przeciwne­
go, niż było zrazu. Z u p e ł n i e jak w warcabach; taki co dobrze gra, z a m k n i e
w końcu tego, co grać nie umie, i ten nie ma już żadnego ciągu do zrobię-
487 C Księga VI 191

nia; tak i tu człowiek w końcu nie widzi wyjścia i nie ma co powiedzieć; bo


to też są warcaby, tylko takie inne, tu się nie gra kamykami, tylko myślami.
Z tego nie wynika wcale, żeby prawda była raczej po tej stronie. Ja to mó­
3
wię ze względu na to, co w tej chwili .
Przecież teraz mógłby ktoś powiedzieć, że teoretycznie nie potrafi ci się
przeciwstawić w odpowiedzi na żadne z poszczególnych pytań, ale w prak­
tyce widzi, że z tych, co się do filozofii biorą nie za młodu, dla wykształcę- D
nia, ż e b y się z nią z e t k n ą ć i dać jej pokój, ale bawią się nią dłużej, to po
większej części robią się wielkie dziwaki, żeby nie powiedzieć typy w ogóle
do niczego, a ci, którzy się wydają najprzyzwoitsi, to j e d n a k się na nich
mści to zajęcie, które ty chwalisz, i robią się dla państwa zgoła nieprzydat­
ni.
Ja to usłyszałem i m ó w i ę : - Czy sądzisz, że mylą się ci, którzy tak mó­
wią?
- Ja nie w i e m - p o w i a d a - ale twoje z d a n i e w tej m i e r z e c h ę t n i e bym
usłyszał.
- To usłyszałbyś, że moim zdaniem, oni chyba mówią prawdę. E
- Więc jak to można mówić - powiada - że nie prędzej ustanie zło w pań­
stwach, zanim w nich panować nie zaczną filozofowie, skoro się zgadzamy,
że oni się państwom na nic nie przydają?
- Zadajesz pytanie - o d p a r ł e m - na które o d p o w i e d z i e ć potrzeba za po­
mocą obrazu.
- A ty niby to nie zwykłeś mówić obrazami.
- N o , niech ci będzie - powiadam. - Drwisz ze mnie, a wpakowałeś m n i e IV
w z a g a d n i e n i e , z k t ó r e g o tak t r u d n o wyjść obronną ręką. Więc posłuchaj 488
obrazu, abyś jeszcze lepiej widział, jak ja się nie m o g ę obejść bez obrazo­
wych p o r ó w n a ń . Bo s t o s u n e k najprzyzwoitszych filozofów do państw jest
taki zawiły i trudny, że nawet nie ma żadnej innej poszczególnej jednostki,
która by zostawała do państwa w podobnym stosunku, tylko trzeba rysy tego
s t o s u n k u zbierać z wielu j e d n o s t e k , budując p o r ó w n a n i e i obmyślając ich
obronę, podobnie jak malarze łączą rysy kozłów i jeleni, i tam innych zwie­
rząt, kiedy swoje wytwory malują 4 .

3
A d e j m a n t zgadzał się cały czas, aż się ocknął w tej chwili i zobaczył w myśli tych, których na
mieście nazywano filozofami. Typy w y c h u d ł e , o b d a r t e , o d e r w a n e od życia i jego spraw, p s y c h o ­
p a t y c z n e , narwane, zdziwaczałe. W s p o m n i a ł może Chmury Arystofanesa i po doskonałej apostro­
fie na t e m a t m e t o d y Sokratesa oświadcza, że filozofowie, tacy, jakich zna, są zgoła n i e u ż y t e c z n i
dla państwa; więc jak można takim t y p o m powierzać rządy? I Sokrates zgadza się. On rysował
typ idealny; rzeczywistość wygląda inaczej. On to wie.
4
Dlaczego dziś filozofowie mają taką złą opinię, jeżeli chodzi o zdolność do pracy dla państwa?
To n a t u r a l n e , mówi Sokrates. To dlatego, że o wszystkich sprawach państwa d e c y d u j e lud na
z g r o m a d z e n i a c h . L u d , który się na niczym nie zna i nie daje się pouczyć. On jest jak t e n przy­
głuchy i niedowidzący kapitan o k r ę t u . A ci marynarze, którzy się o ster kłócą, to mówcy - polity­
cy, zwalczający się wzajem przed forum z g r o m a d z e ń ludowych; nie przygotowani wcale do rzą­
dzenia, a m b i t n i , chciwi, rozpustni, zazdrośni. Usuwają chytrze co najlepszych współzawodników,
a lud bałamucą m o w a m i , aby tylko zostać u władzy. Czerpią z niej zyski i d l a t e g o schlebiają lu­
dowi. Zwalczają każdego, kto im nie schlebia i nie służy, a najbardziej takiego, kto by głosił, że
192 Platon, Państwo 488 B

B Więc weź pod uwagę takie oto zdarzenie - na wielu okrętach albo na jed­
nym okręcie. Kapitan statku przewyższa wszystkich na okręcie wielkością
i siłą, a tylko przygłuchy jest i ma jakoś krótki wzrok, a na s z t u c e żeglar­
skiej też się mało rozumie. A żeglarze kłócą się z sobą o sterowanie. Każ­
dy z nich uważa, że powinien siedzieć przy sterze, chociaż się nigdy sztuki
sterowania nie uczył, ani nie potrafi wskazać tego, u kogo by się jej uczył,
ani czasu, w którym by tę naukę pobierał. Oprócz tego oni twierdzą nawet,
C że się tej sztuki nauczyć nie można. A jeśli kto mówi, że można, gotowi go
zabić. Sami wciąż t y l k o k a p i t a n a oblegają, nastają na n i e g o i robią co
mogą, żeby im ster powierzył. A nieraz, jeśli on im nie ulega, tylko innym
raczej, w t e d y oni tych innych albo zabijają, albo ich wyrzucają z o k r ę t u ,
a d z i e l n e m u kapitanowi podają ziółka czarodziejskie na sen albo go upijają
c z y m k o l w i e k , aby go z nóg zwalić, i panują nad o k r ę t e m , mają na swoje
usługi wszystko, co na nim jest; piją i używają sobie w podróży po swojemu,
oczywiście; a do tego chwalą jako z n a k o m i t e g o żeglarza i nazywają zawoła­
n y m s t e r n i k i e m i znawcą o k r ę t u k a ż d e g o , kto potrafi razem z nimi r ę k ę
D przykładać do tego, żeby im władza przypadła w udziale, kiedy zbałamucą
albo gwałtem zmogą kapitana. Każdego innego oni ganią i mówią, że jest
do niczego, a o prawdziwym sterniku nie mają bladego pojęcia, nie przeczu­
wają nawet, że on powinien się interesować porami roku i dnia, i n i e b e m ,
i gwiazdami, i wiatrami, i wszystkim, co leży w zakresie umiejętności, jeżeli
E ma być naprawdę przygotowany do prowadzenia okrętu. A żeby ktoś mógł
o k r ę t e m kierować, czy tam zgodnie z wolą tych, czy owych, czy wbrew ich
woli, tego, oni uważają, ani się wyuczyć, ani w tym wyćwiczyć nie można -
wraz z umiejętnością sterniczą. Kiedy się tak dzieje na okrętach, to czy nie
489 myślisz, że o s t e r n i k u p r a w d z i w y m będą r z e c z y w i ś c i e mówili, że t y l k o
w gwiazdy patrzy i w niebo, że dużo gada i że jest do niczego, ci, co w tych
stosunkach płyną okrętami?
- Z a p e w n e - odrzekł Adejmant.
- I ja sądzę - d o d a ł e m - że ci nie potrzeba szczegółowego rozbioru tego
obtazu, aby dojrzeć, jak na nim widać s t o s u n e k państw do prawdziwych fi­
lozofów; ty rozumiesz i tak, co mam na myśli.
- Z a p e w n e - powiada.
- Więc naprzód t e m u , który się dziwi, że filozofowie nie cieszą się czcią
B w p a ń s t w a c h , pokaż t e n obraz i s p r ó b u j go p r z e k o n a ć , że b y ł o b y rzeczą
o wiele bardziej dziwną, gdyby się cieszyli czcią.
- Już ja mu pokażę - powiada.
- Więc i to, że ty prawdę mówisz, że na nic się szerokim kołom nie przy­
dają najprzyzwoitsi spośród oddanych filozofii. Ale o tę nieużyteczność, po-
polityka jest umiejętnością, której się trzeba i można wyuczyć. Prawdziwy filozof musi zajmować
to stanowisko i dlatego nie może być popularny w dzisiejszym państwie i nikt go o rządy nie pro­
si. To miejsce t e k s t u m o ż e m i e ć ślad osobistej goryczy. O d t ą d nuta osobista zaczyna b r z m i e ć
coraz głośniej. Że się mędrcy kręcą koło drzwi bogaczów, to miał powiedzieć S i m o n i d e s i to zda­
nie boli P l a t o n a . Filozof prawdziwy jest zbyt d u m n y na to, żeby się uciekał do protekcji j e d n o ­
stek możnych; on czeka, żeby go proszono o rządy. Tak być powinno.
489 B Księga VI 193

wiedz, ż e b y obwiniał tych, którzy filozofów nie używają, a nie tych przy­
zwoitych filozofów. Bo to p r z e c i e ż nie jest n a t u r a l n e , ż e b y s t e r n i k miał
prosić marynarzy, aby go raczyli słuchać, ani żeby mądrzy mieli p u k a ć do
drzwi ludzi bogatych. Kto t e n dowcip powiedział, powiedział n i e p r a w d ę .
A prawda naturalna jest ta, że jeśli choruje bogaty czy tam choruje ubogi, to
j e d e n i drugi powinien pukać do drzwi lekarza, i tak samo każdy, komu po­
trzeba, żeby nim rządzono, do drzwi tego, który rządzić potrafi, a nie żeby C
rządzący prosił rządzonych o to, aby sobą rządzić pozwolili; jeżeli on tylko
j e s t n a p r a w d ę coś wart. Jeżeli tych, którzy dzisiaj w p a ń s t w a c h rządzą,
przyrównasz do tych marynarzy, o którycheśmy przed chwilą mówili, to nie
zbłądzisz, ani też, jeśli w tych, którym oni wszelkiej wartości odmawiają, że
to niby próżniacy wpatrzeni w niebo, dojrzysz sterników prawdziwych.
- Z u p e ł n i e słusznie - powiada.
- W o b e c tego, z a t e m i w tych w a r u n k a c h t r u d n o , ż e b y się zajęcie naj­
lepsze cieszyło zachowaniem pośród tych, którzy mają zajęcie wprost prze­
c i w n e . A największy i najmocniejszy cień rzucają na filozofię ci, k t ó r z y D
mówią, że się nią zajmują; to przecież przez nich t e n twój przeciwnik filo­
zofii m ó w i ł , że się do n i e j biorą po w i ę k s z e j części co najlichsze typy,
a z najprzyzwoitszych nawet nie ma pożytku. I jak się zgodziłem, że praw­
dę mówisz. Czy nie?
- Tak jest.
- Nieprawdaż? C z e m u się ci przyzwoici nie przydają, to jużeśmy przeszli? V
- O, tak.
- A dlaczego znowu ci liczni są licha warci, to, jeśli chcesz, przejdźmy te- E
raz. A że t e m u filozofia nie jest winna, to, jeśli potrafimy, czy b ę d z i e m y
próbowali wykazać?
- Tak jest.
- To słuchajmy i mówmy, przypomniawszy sobie rzecz od tego miejsca,
j a k e ś m y to przechodzili te rysy natury, koniecznie w r o d z o n e człowiekowi,
jeśli ma być doskonały. Przewodniczką jego była, jeśli pamiętasz, prawda. 490
On miał za nią iść bezwarunkowo i pod każdym względem albo inaczej zo­
s
stać blagierem i nie mieć nigdy nic wspólnego z filozofią prawdziwą .
- Mówiło się tak.
- Nieprawdaż? to j e d n o już tak mocno się sprzecza z tym, co o nim teraz
ludzie myślą?
- I bardzo - powiada.
- Więc czy to nie będzie w sam raz na jego obronę, jeśli powiemy, że kto
istotnie kocha wiedzę, ten się z natury na wyścigi rwie do tego, co istnieje,
a nie potrafi się zatrzymać przy licznych poszczególnych wypadkach, które B
tylko uchodzą za rzeczywistość; on b ę d z i e szedł dalej, nie o s ł a b n i e i nie
przestanie kochać, zanim nie d o t k n i e istoty każdej rzeczy tą częścią swojej
duszy, której d a n e jest d o t y k a ć czegoś takiego. A to d a n e jest tej, która
5
J e s z c z e raz w n a t c h n i o n y c h słowach charakteryzuje Platon filozofa i d e a l n e g o i jego pracę, po­
sługując się przenośniami zaczerpniętymi z życia płciowego i z teatru.
194 Platon, Państwo 490 B

sama jest bytowi pokrewna. On się nią do bytu istotnego zbliży, zespoli się
z nim, płodzić zacznie rozum i prawdę, dostąpi poznania i b ę d z i e żyl na­
prawdę i tym się karmił. Dopiero w t e d y przestanie się męczyć, a prędzej
nie. Czy nie tak?
- Tak jest. W sam raz - nie można lepiej.
- Więc cóż? Będzie w takim człowieku jakaś sympatia do fałszu czy też
wprost przeciwnie, nienawiść?
- Nienawiść - powiada.
- A kiedy prawda będzie szła na przodzie, to myślę, przyznamy, że chyba
nigdy za nią zły chór iść nie będzie.
- Jakimże sposobem?
- Tylko zdrowy i sprawiedliwy charakter, za którym i rozwaga pójdzie.
- Słusznie - powiada.
- A resztę chóru, który występuje w n a t u r z e filozofa, po cóż m a m y ko­
niecznie drugi raz ustawiać w szyk? Pamiętasz chyba przecież, że tam dalej
było miejsce odwagi i szlachetnej postawy, i talentów do nauki, i dobrej pa­
mięci. A kiedyś ty podchwycił, że każdy b ę d z i e musiał zgodzić się na to,
co mówimy, ale jak te wywody zostawi na boku, a obróci oczy na samych
ludzi, o których mowa, to powie, że jedni z nich są do niczego, a drudzy, ci
liczni, mają w s z e l k i e możliwe wady. Więc k i e d y ś m y zaczęli rozpatrywać
przyczynę, skąd pochodzą te cienie, znaleźliśmy się tu, gdzie teraz jeste­
śmy: dlaczego to ci liczni są źli, i z tego powodu zajęliśmy się znowu naturą
filozofów prawdziwych i określiliśmy ją z konieczności.
- Jest tak - powiada.
- Więc trzeba zobaczyć, jak się rozmaicie ta natura psuje, jak się marnuje
w licznych jednostkach. Unika zepsucia jakaś mała cząstka i o tych się nie
mówi, że źli, tylko, że są do niczego. A p o t e m te natury, k t ó r e filozofów
udają i biorą się do zajęć właściwych filozofom. D u s z e tego rodzaju wziąw­
szy się do zajęcia, do którego nie dorosły i ono ich siły przerasta, chybiają
na w s z y s t k i c h p u n k t a c h i ściągają na w s z y s t k i c h tę o p i n i ę o filozofii,
o której ty mówisz 6 .
- Ale jakie ty - powiada - masz na myśli rodzaje zepsucia?
- Ja ci spróbuję - odrzekłem - jeśli potrafię, przejść je po kolei. Więc na
to, myślę, każdy się z nami zgodzi, że taka natura i posiadająca to wszystko,

6
Dzisiejsza zła opinia o filozofii pochodzi t a k ż e stąd, że biorą się do niej Indzie bez t a l e n t u
i rzucają ciefi na wszystkich. A ci młodzi i zdolni, i z n a k o m i c i e wyposażeni od natury, zbyt łatwo
ulegają z e p s u c i u ; właśnie d l a t e g o , że posiadają p r z e d m i o t o w e warunki do kariery p o l i t y c z n e j ,
a nie natrafiają na warunki polityczne, które by ich mogły wyrobić. O b e c n e stosunki w państwie
d e m o k r a t y c z n y m najgorzej wpływają na m ł o d z i e ń c ó w najlepszych. Tym gorszącym c z y n n i k i e m
jest atmosfera z g r o m a d z e ń ludowych, która p o b u d z a ambicję młodych ludzi i asymiluje ich szyb­
ko do tych złych stosunków, które w państwie panują. Kto widział dziś jeszcze pionowy z ł o m
szarej skały na Pnyksie, naprzeciw Akropoli, który wtedy e c h o mów i oklasków odbijał, t e n zwró­
ci uwagę na p l a s t y k ę p l a t o ń s k i e g o opisu w t y m miejscu i dosłyszy gwałtowny a k c e n t uczuciowy,
który tę plastykę rodzi. To niewątpliwie własne, osobiste w s p o m n i e n i e s a m e g o P l a t o n a - p e ł n e
goryczy i g n i e w u .
491 B Księga VI 195

cośmy jej teraz przypisali, jeżeli się ma stać doskonałym filozofem, rzadko B
kiedy się zdarza między ludźmi. I mało takich jest. Czy nie myślisz?
- Bardzo mało, przecież.
- A tym nielicznym, zobacz, jak liczne i wielkie grożą rodzaje zguby.
- Jakież to?
- Najdziwniejsze to, że każda cecha takiej natury spośród tych cech tutaj
pochwalonych gubi duszę, która ją posiada, i odrywa ją od filozofii. Ja m a m
na myśli odwagę, rozwagę i te wszystkie, któreśmy przeszli.
- Dziwnie - powiada - słuchać. C
- A, oprócz tego - dodałem - oprócz tego, te tak zwane dobra wszelakiego
rodzaju psują człowieka i odrywają go - piękność i bogactwo, i siła fizyczna,
i silne związki familijne w państwie, i wszystko i n n e w tym rodzaju. O t o
masz zarys tego, o czym myślę.
- Zarys m a m - powiada. - Ale z przyjemnością dowiedziałbym się dokła­
dniej o tym, co masz na myśli.
- Więc uchwyć tę całość należycie - odrzekłem - a wyda ci się jasna i nie
będzie ci się wydawało nie na miejscu to, co się poprzednio o tych naturach
mówiło.
- Więc jak każesz? - powiada.
- O wszelkim - odpowiedziałem - nasieniu czy latorośli, czyby to o rośli- D
nę szło, czy o zwierzę, wiemy, że nie rozwinie się dobrze, jeżeli nie dosta­
nie pożywienia, jakie się każdemu należy, ani pogody nie znajdzie odpowie­
d n i e j , ani miejsca, a im b ę d z i e szlachetniejsze, tym większej ilości o d p o ­
w i e d n i c h w a r u n k ó w mu p o t r z e b a . Bo zło j e s t c h y b a bardziej p r z e c i w n e
temu, co dobre, niż temu, co niedobre.
- Jakżeby nie?
- Więc to, zdaje mi się, ma sens, że najlepsza natura przy mniej właści­
wym wikcie wychodzi gorzej niż licha.
- Ma sens.
- Więc prawda, Adejmancie - dodałem - tak samo i dusze, zgodzimy się, E
co najbardziej dorodne, pod wpływem złej pedagogii robią się osobliwie złe.
Czy ty myślisz, że wielkie zbrodnie i charaktery czarne bez domieszki wy­
rastają z n a t u r lichych, a nie z urodziwych, k t ó r e złe pożywienie popsuło?
N a t u r a słaba nigdy się nie z d o b ę d z i e ani na w i e l k i e d o b r o , ani na wiel­
kie zło?
- No nie - powiada - to już tak jest.
- Więc taka natura lgnąca do mądrości, jakąśmy założyli, taka natura filo- 492
zofa, jeżeli nauczanie o d p o w i e d n i e szczęśliwym trafem przejdzie, musi ko­
n i e c z n i e , wzrastając, dojść do wszelkiej dzielności, a jeżeli takie n a s i e n i e
padnie na grunt nieodpowiedni i tam wyrośnie, to się rozwinie w kierunku
wprost przeciwnym, jeżeli mu przypadkiem jakiś bóg nie pomoże. Czy i ty
myślisz tak, jak myśli wielu, że to sofiści psują młodzież, i ci gorszyciele to
mają być pewni sofiści o c h a r a k t e r z e prywatnym, i że warto o tym mówić,
a nie, że największymi sofistami są właśnie ci, którzy to mówią, i że to oni B
196 Platon, Państwo 492 B

wychowują po mistrzowsku i robią, co chcą z młodych i starszych, i z męż­


czyzn, i z kobiet?
- A on mówi: - Kiedy?
- W t e d y - odpowiedziałem - kiedy się tłum zbiera i zasiada wspólnie na
zgromadzeniach, na sądach, w teatrach, w obozach czy na innych zebraniach
pospólstwa, i w hałasie wielkim j e d n o chwalą, a drugie ganią z tego, co się
mówi albo co się robi, a j e d n o i drugie z przesadą, pośród okrzyków i okla-
C sków. A oprócz nich jeszcze i skały, i otoczenie, w którym są, e c h e m odbija
i podwaja hałas pochwał i nagan. W takich warunkach to, jak myślisz, co
się, jak to mówią, dzieje w sercu młodego człowieka? Jaką on osobistą kul­
turę potrafi t e m u przeciwstawić; której by nie zmyły fale takich nagan i po-
D chwał i która by nie poszła z prądem, gdziekolwiek ją prąd poniesie? Po­
tem młody człowiek dobrem i złem nazywa to samo, co oni, i robi to samo,
co oni, i będzie taki sam, jak oni.
- To już - powiada - musi tak być, Sokratesie.
VII - T a k j e s t - d o d a ł e m - a l e ś m y j e s z c z e n i e w y m i e n i l i p r z y c z y n y naj­
większej.
- Jakiej? - powiada.
- To, że ci wychowawcy i m ę d r c y dokładają p o b u d k i c z y n n e , jeżeli ich
wpływ słowny nie odnosi skutku. Czy nie wiesz, że kto ich nie słucha, na
tego spadają wyroki pozbawiające czci, kary pieniężne i kara ś m i e r c i ? 7
- Doskonale wiem - powiada.
- Więc jaki inny m ę d r z e c , myślisz, albo jaka osobista postawa myślowa
mogłaby się im przeciwstawić zwycięsko?
E - Myślę, że żadna - powiedział.
- N i e da rady - ciągnąłem - tego n a w e t i próbować nie ma s e n s u . Bo
tego nie ma i nie było, i być nie może, żeby się wbrew ich wpływom wy­
chowawczym uchował w c h a r a k t e r z e jakiś inny s t o s u n e k do dzielności, ja
mówię o charakterze ludzkim, przyjacielu. N i e mówimy o tym, co boskie.
Trzeba d o b r z e wiedzieć, że co się uratuje i zrobi się jak należy na tle ta-
493 kich stosunków w państwach, to łaska boska uratowała. Jeżeli tak powiesz,
to nie powiesz źle.
- I mnie się też - powiada - to nie inaczej przedstawia.
- Więc niechże ci się - dodałem - oprócz tego, jeszcze i to wydaje.
- Co takiego?

7
A k c e n t y u c z u c i o w e rosną. Filozofom grozi w A t e n a c h niesława i ś m i e r ć . Nic dziwnego,
że taki na przykład Alkibiades nie chciał pójść śladami Sokratesa. Widział, dokąd prowadzą. Jeśli
się w Atenach filozof prawdziwy uchowa, to musi w nim być coś boskiego - doprawdy. Sofiści
uczą tylko schlebiania tłumowi i o p o r t u n i z m u , obznajmiają m ł o d z i e ż z opiniami panującymi, za­
miast te o p i n i e pogłębiać krytycznie. W ten s p o s ó b ludzie najzdolniejsi wychodzą nie na wład­
ców, ale na niewolników t ł u m u i jego mętnych opinii.
D i o m e d e j s k a k o n i e c z n o ś ć - to tyle, co: n i e u c h r o n n a . P o d o b n o Trak, D i o m e d e s , miał córki
prostytutki i g w a ł t e m zmuszał obcych, żeby z nimi obcowali, chcąc czy nie chcąc. Obcowali na
p e w n o tylko ci, którzy w końcu chcieli. T a k jak ci młodzieńcy, którzy się zaasymilowali do d e ­
mokracji ateńskiej, choćby ich zrazu była brzydziła.
493 A Księga VI 197

- Każdy z tych z a r o b n i k ó w bez fachu, k t ó r y c h oni nazywają sofistami


i mają ich za rywali w zawodzie, uczy jako pedagog nie czegoś innego, tyl­
ko podaje te właśnie opinie tłumu, które się wypowiadają na zebraniach pu­
blicznych, i to nazywa mądrością. Z u p e ł n i e tak, jakby ktoś miał na wyży­
wieniu zwierzę wielkie i mocne, i zapoznałby się z jego wybuchami gniewu B
i żądzy, i wiedziałby, z której strony trzeba do niego p o d c h o d z i ć i jak go
dotykać, i kiedy ono się najwięcej drażni, a kiedy i pod wpływem jakich po­
d n i e t robi się najbardziej łaskawe, i jakie głosy ono kiedy zwykło wydawać,
i p o d w p ł y w e m jakich głosów c u d z y c h ł a g o d n i e j e albo w p a d a we wście­
kłość, i wyuczywszy się tego wszystkiego przez d ł u g i e współżycie z n i m
i wprawę, którą czas przynosi, nazywałby to mądrością, i zestawiwszy to so­
bie niby umiejętność, zabrałby się do nauczania tych rzeczy i naprawdę nie
wiedziałby nic o tych p r z e d m i o t a c h nauczania i o tych pożądaniach; k t ó r e
z nich jest p i ę k n e , a które s z p e t n e albo dobre, albo złe, albo sprawiedliwe,
albo n i e s p r a w i e d l i w e , a n a z y w a ł b y to w s z y s t k o z g o d n i e z o p i n i a m i t e g o C
wielkiego zwierzęcia i mówiłby, że dobre jest to, czym ono się cieszy, a złe
to, na co ono się gniewa, a inaczej tych rzeczy nie umiałby w żaden sposób
pojmować. Sprawiedliwym i pięknym nazywałby to, co konieczne, a jak da­
lece się w rzeczywistości różni natura tego, co konieczne, od tego, co do­
bre, tego by ani sam nie dojrzał, ani by tego d r u g i e m u pokazać nie umiał.
Gdyby ktoś taki był, to na Zeusa, czy nie wydaje ci się, że to wychowawca
nie na miejscu?

- Tak mi się wydaje - powiada.


- A czy myślisz, że różni się czymś od niego taki człowiek, który myśli, D
że mądrość polega na braniu pod uwagę niechęci i przyjemności wielu lu­
dzi, którzy się stąd i stamtąd razem zejdą, czyby to o malarstwo szło, czy
o m u z y k ę , czy o politykę? C z y nie myślisz, że jeśli k t o ś z nimi zostaje
w k o n t a k c i e i dla zdobycia sławy albo się twórczości poetyckiej oddaje, albo
i n n e j pracy twórczej, albo służbie dla państwa, to p a n a m i nad sobą czyni
tych, których jest wielu - a nie musiał być od nich zależny; i wtedy na nie­
go tak zwana diomedyjska konieczność spada; musi robić to, co oni pochwa­
lą. A że to jest dobre i p i ę k n e naprawdę, to czyś ty już kiedy słyszał, żeby
który z nich tego dowodził z sensem i nie na śmiech?
- Ja mam wrażenie - powiada - że nawet i nie b ę d ę słyszał. E
- Więc to wszystko razem wziąwszy pod uwagę przypomnij sobie tamtą VIII
rzecz, czy t ł u m potrafi z n i e ś ć albo u w i e r z y ć w i s t n i e n i e P i ę k n a s a m e g o
a nie - wielu rzeczy pięknych, albo w istnienie każdej rzeczy samej a nie - 494
wielu rzeczy każdego rodzaju?
- Zgoła nie - powiada.
- Więc miłośnikiem mądrości tłum być nie potrafi?
- N i e potrafi.
- Więc i tych, którzy lgną do mądrości, tłum ganić musi?
198 Platon, Państwo 494 A

- Musi.
- I muszą ich ganić ci niefachowcy, którzy będąc w kontakcie z t ł u m e m
starają się przypodobać.
- To jasne.
- Z tego wszystkiego, jakie ty widzisz wyjście dla natury filozofa, żeby
przy swoim zajęciu została, a do celu doszła? A nie zapominaj o tym, co się
B mówiło. Zgodziliśmy się, że ją cechuje łatwość do nauki, pamięć, odwaga
i szlachetna postawa wewnętrzna.
- Tak jest.
- Nieprawda? Już zaraz pomiędzy chłopcami taki człowiek będzie pierw­
szy do wszystkiego. Szczególniej jeżeli mu natura dała ciało dla takiej du­
szy odpowiednie.
- C z e m u by nie miał celować? - powiada.
- Jak podrośnie, to mam wrażenie, zechcą się nim posługiwać do swoich
spraw i krewni, i obywatele.
- Jakżeby nie?
C - Więc będą mu się kłaniali, obsypywali prośbami i objawami czci, pozy­
skując go sobie z góry i schlebiając mu na rachunek jego przyszłej potęgi.
- To się nieraz tak dzieje - powiada.
- A jak myślisz - d o d a ł e m - co taki robi w tych warunkach środowiska,
zwłaszcza jeżeli to będzie właśnie gdzieś w wielkim państwie, a młody czło­
wiek b ę d z i e bogaty i ze szlacheckiej rodziny, a do tego przystojny i duży?
Czy nie zacznie go rozpierać bezgraniczna nadzieja, czy nie zacznie mu się
zdawać, że potrafi dać rady i sprawom Hellenów, i sprawom barbarzyńców?
Więc czy nie zacznie na tym p u n k c i e wysoko zadzierać nosa, p e ł e n pozy
a próżen r o z u m u ? 8
D - I bardzo - powiada.
- I gdyby do człowieka tak usposobionego ktoś podszedł z cicha i powie­
dział mu prawdę, że on rozumu nie ma w głowie, a potrzebuje go; i że tego
nie osiągnie nikt, kto go sobie ciężką pracą nie wysłuży, czy myślisz, że on
takie słowa łatwo do ucha wpuści poprzez tyle zła, które go otacza?
- Bardzo trudno o to - powiada.
E - Więc jeżeliby - d o d a ł e m - ktoś miał dobrą naturę i r o z u m n e m y ś l e n i e
nie byłoby mu obce, więcby się zorientował jakoś i zawrócił z drogi, i dałby
się pociągnąć do filozofii, to jak się nam wydaje, co by zrobili tamci, którzy
by uważali, że tracą w nim swoje narzędzie i swego towarzysza? Czy nie
zaczną wszystkiego możliwego robić i mówić, zarówno w stosunku do niego
samego, aby się być może nie dał nakłonić, jak i w stosunku do tego, który
by go nawracał, aby mu się to p r z y p a d k i e m nie udało, czy nie rozpoczną
495 prywatnych intryg i nie wplączą go w publiczne procesy?
8
Tu j u ż chyba niewątpliwe wyznanie osobiste P l a t o n a . Krótko naszkicowana j e g o postawa d u ­
chowa z lat pierwszej młodości, s p o t k a n i e i wpływ Sokratesa, i nieprzyjemności z t y m związane,
i zawody. Uratowało go to, że miał w sobie pierwiastek boski, który Sokrates dojrzał i w j e g o bra­
ciach w księdze II.
495 A Księga VI 199

- To już musi koniecznie tak być - powiada.


- Więc czy może być, żeby się taki zajął filozofią?
- N i e bardzo.
- Więc widzisz - dodałem - że nie mówiliśmy źle, jak to nawet same skła- IX
dniki n a t u r y filozofa, przy zwykłych w a r u n k a c h odżywiania się i wzrostu,
stają się w p e w n y m sposobie powodem zejścia z właściwej drogi; tak samo
te tak zwane dobra i bogactwa, i w ogóle ten cały kram? 9
- No tak - powiada - słusznie się to mówiło.
- O t o jest - dodałem - mój drogi, zatrata i z e p s u c i e - tak wielkie i tego
jest rodzaju zepsucie natury najlepszej na t e r e n i e zajęcia najlepszego - tej
natury, która zresztą i tak rzadko się trafia, jak mówimy. Spośród tych lu- B
dzi wychodzą zarówno ci, co największe nieszczęścia przynoszą p a ń s t w o m
i ludziom prywatnym, jak i ci, co największe dobra, jeżeli który przypad­
kiem w tę stronę popłynie. A natura mała nigdy nic wielkiego nikomu nie
przyniesie, ani człowiekowi prywatnemu, ani państwu.
- Święta prawda - powiedział.
- Więc kiedy tak od filozofii odpadają ci, którym ona jest najbliższa, nie C
troszcząc się o jej osierocenie i los, wtedy oni sami pędzą życie ani stosow­
n e , ani prawdziwe, a ona zostaje jak sierota, którą opuścili krewni. W t e d y
się do niej zbliżają inni, niegodni - stąd i stamtąd - i przynoszą jej wstyd,
i ściągają na nią obmowy, które i ty przytaczasz za plotkarzami, że kto tylko
do niej przychodzi, t e n albo nic nie wart, albo też to po większej części
typy z wielu względów ujemne.
- No tak - powiada - tak ludzie mówią.
- I słusznie mówią - d o d a ł e m . - Bo jak inni ludziska widzą, że to pole D
leży o d ł o g i e m i p u s t e , a p e ł n o na nim p i ę k n y c h słów i wywieszek, robią
tak, jak ci, którzy z kryminałów uciekają do świątyń; łatwo jaki taki ciska
swój fach a przerzuca się do filozofii, co który sprytniejszy na swoim zagoni-
ku specjalnym. Bo chociaż tak jest z filozofią źle, to j e d n a k w porównaniu
do innych specjalności otacza ją pewien nimb wspaniały. On pociąga wielu,
choć ich natura do tego nie dorasta, rzucają się do niej typy fizycznie wyko­
ślawione, pod wpływem swoich specjalności i robót ręcznych, i duchowo po- E
łamane, i rozmienione na d r o b n e przez swoje rzemiosło poprzednie. Czy to
nie musi tak być?
- I bardzo - powiada.
- Więc co myślisz? - dodałem - kiedy tak na nich patrzeć, to czy nie wy­
glądają p o d o b n i e jak t e n kowal, który się p i e n i ę d z y d o r o b i ł , a jest łysy
i mały i n i e d a w n o z kryminału wyszedł, a już był w łaźni, umył się i ma
nową z a r z u t k ę , więc robi z siebie n a r z e c z o n e g o i c h c e się ż e n i ć z córką
swojego pana, bo zubożała i została sierotą?

9
Wiec ludzie wybitni ulegają zgorszeniu w sposób zrozumiały, a do filozofii garną się wybiórki
i o d p a d k i ludzkie. Platon ma tu ostre pióro satyryka, a pisze żółcią i krwią. C z u ć g n i e w wielkie­
go pana, który wypadł z równowagi.
200 Platon, Państwo 496 A

496 - N o , niewielka różnica - powiada.


- Więc co niby taki potrafi spłodzić? Czy nie jakieś bękarty i lichoty?
- N o , musi być tak.
- Więc cóż? L u d z i e nie dorośli do kultury, k i e d y się do niej zbliżają
i wchodzą z nią w kontakt, ale nie tak, jak się godzi, to jakież oni, powie­
my, będą płodzić myśli i mniemania? Czy to nie będą pomysły zasługujące
naprawdę na złą opinię sofizmatów, a nie myśli pochodzenia prawego, god­
ne i bliskie rozumu prawdziwego?
- Ze wszech miar przecież - powiedział.
X - Więc, mój A d e j m a n c i e - d o d a ł e m - zostaje jakaś n i e z m i e r n i e d r o b n a
B garstka tych, którzy godnie obcują z filozofią. Wszyscy od niej uciekają, ale
może j e d n a k przy niej zostanie jakiś charakter urodziwy i dobrze wychowa­
ny, bo go nie było komu popsuć, i t e n się przy niej zgodnie ze swą naturą
utrzyma; to może być w jakimś małym państwie, kiedy się tam wielka du­
sza urodzi i na sprawy państwa mało patrzy ceniąc je niezbyt wysoko '". Tu
i ówdzie m o ż e być, że i z innej specjalności jakiś zdolny człowiek do niej
przejdzie, bo słusznie się do swojego fachu zraził. Bywa też, że kogoś za-
C trzymać przy niej potrafi taka uzda, jak naszego przyjaciela Teagesa.
U Teagesa też wszystko się na to składało, żeby się filozofii s p r z e n i e w i e ­
rzył, ale go słabe zdrowie fizyczne od polityki odwraca, a przy filozofii trzy­
ma. A o tym, co u m i e , to i mówić nie warto, jak to mi D u c h znaki daje.
Może to ktoś miał przedtem, a może i nikt. Więc spośród tych niewielu ci,
co przyszli i zakosztowali, jaką słodycz i szczęście daje to dobro, i dosta­
t e c z n i e się napatrzyli szaleństwu szerokich kół, i zobaczyli, że po prostu
n i k t n i e p r o w a d z i w p a ń s t w a c h jakiejś p o l i t y k i z d r o w e j i że nie ma się
D z kim sprzymierzyć, żeby pójść sprawiedliwości na pomoc i nie zginąć, tyl­
ko j a k b y c z ł o w i e k w p a d ł p o m i ę d z y d z i k i e z w i e r z ę t a i ani r a z e m z nimi
ludzkiej krzywdy płodzić nie chce, ani się sam j e d e n w walce przeciw po­
w s z e c h n e m u zdziwieniu ostać nie potrafi, zanimby się na co mógł przydać
państwu i przyjaciołom, a ginąc przed czasem zejdzie bez pożytku dla sie­
bie i dla drugich; więc jak sobie człowiek to wszystko razem zrachuje, to ci­
cho siedzi i to tylko robi, co do niego należy; z u p e ł n i e tak j a k b y w i c h e r
zimą niósł kurz i ulewę, a on by gdzieś pod m u r k i e m przystanął i widział
p e ł n o nieprawości w innych, a sam byłby zadowolony, jeżeli jakoś zachowa
E ręce czyste, wolne od śladów ludzkiej krzywdy i od obrazy boskiej, i tak to
życie tutaj spędzi, a kiedy przyjdzie odejść, to odejdzie nie bez nadziei peł­
nej uroku; łagodnie i przy dobrej myśli.
- Chociaż - powiada - nie czegoś najmniejszego by d o k o n a ł , gdyby tak
odejść potrafił.

10
Ale już się w nim serce ucisza i już go dławią p o ł y k a n e łzy. Dlatego się u ś m i e c h a w tym ustę­
pie niezrównanym, którego czas nie tknął, i oto zdania w nim świecą niesamowicie. Tylko t r u d n o
uwierzyć, żeby jakikolwiek ustrój - choćby najbardziej idealny - mógł cokolwiek poradzić na zdzi­
c z e n i e serc ludzkich. T a k i e rzeczy się leczą powoli i nie drogą przewrotów politycznych. Więc
rzeczywiście: robić swoje, a nie tracić nadziei.
497 A Księga VI 201

- Ani też czegoś największego - dodałem - gdyby nie natrafił na odpowie- 497
dni ustrój państwowy. Na tle odpowiedniego ustroju i sam bardziej by urósł
i ocalając dobro własne, pomnażałby dobro pospolite.
Więc skąd pochodzą te potwarze na filozofię i że niesłusznie na nią spa- XI
dają, o tym, mam wrażenie, powiedziało się w sam raz tyle, ile trzeba, chy­
ba że ty powiesz może jeszcze coś innego 1 1 .
- N i e - powiada - ja już nic więcej nie b ę d ę o tym mówił. Ale który
z o b e c n i e istniejących ustrojów państwowych uważasz za najbardziej odpo­
wiedni jako grunt dla filozofii?
- Ż a d e n - o d p o w i e d z i a ł e m . - I to w ł a ś n i e j e s t moja skarga, że ż a d e n B
z dzisiejszych ustrojów państwowych nie jest godzien natury filozofa. Dla­
tego się też ta natura skręca i o d m i e n i a ; jakby kto o b c e nasienie w innej
ziemi posadził, ono zamiera powoli i pod przemocą warunków zwykło prze­
chodzić w postać miejscową. Tak i ten g a t u n e k dzisiaj nie posiada siły so­
bie właściwej, tylko się przeradza w obcy sobie typ charakteru. A jak do- C
stanie jako tło ustrój najlepszy, p o d o b n i e jak sam jest najlepszy, w t e d y do­
piero pokaże, że jest naprawdę boski, a wszystko i n n e było ludzkie, czyby
to o natury szło, czy o zajęcia. Ja widzę, że po tym wszystkim zapytasz, co
by to był za ustrój.
- N i e zgadłeś - powiada. - Ja się nie o to chciałem zapytać, tylko o to,
czy to ma być ten, któryśmy przeszli zakładając państwo, czy inny.
- Tak na ogół - o d p o w i e d z i a ł e m - ten. To samo mówiło się i wtedy, że
zawsze będzie potrzeba w państwie jakiegoś czynnika, który by zachowywał
tę samą myśl przewodnią ustroju, jaką miałeś ty, kiedyś jako prawodawca D
ustanawiał prawa.
- Mówiło się to - powiedział.
- Ale to się nie wyjaśniło należycie, bo zachodziła obawa pewna, wyście
ją objawili ze swojej strony, że rozwinięcie i uzasadnienie tego p u n k t u było­
by i długie, i t r u d n e . Chociaż i pozostały p u n k t przejść nie jest rzeczą naj-
łatwieszą ze wszystkich.
- Jaki punkt?
- W jaki sposób powinno się państwo odnosić do filozofii, jeżeli nie ma
zginąć. Bo wszystkie wielkie zagadnienia są śliskie i jak się to mówi, wszy­
stko, co piękne, jest naprawdę trudne. E
- A j e d n a k - powiada - niechby znalazło jakiś koniec to zagadnienie, sko­
ro wypłynęło na wierzch.
- Z pewnością nie brak chęci stanie na przeszkodzie, ale może być, że
11
Jakie w z m o ż o n e samopoczucie żywi Platon jako filozof, o tym świadczy to, że już nie nad tym
się zaczyna zastanawiać, jaki filozof przydałby się państwu najlepiej - to już powiedział, tylko nad
t y m , jaki ustrój p a ń s t w a p r z y d a ł b y się najlepiej j a k o g r u n t do rozwoju filozofa. O t ó ż ż a d e n
z o b e c n y c h ustrojów. Na to potrzeba ustroju nowego, idealnego. W każdym razie s t o s u n e k pań­
stwa do filozofii powinien być inny, niż jest dziś, i inny p o w i n i e n być tok wykształcenia filozo­
ficznego. N i e z b y t wczesny kurs logiki, a p o t e m nic, tylko naprzód wychowanie fizyczne, p o t e m
praca dla p a ń s t w a , a na starość d o p i e r o filozofia. P l a t o n wróci do t e g o t e m a t u i rozwinie go
szerzej.
202 Platon, Państwo 497 E

nie d a m rady. J e s t e ś przy m n i e , więc b ę d z i e s z widział moją dobrą wolę.


Zobacz i tetaz, jak ja gorąco i śmiało mam zamiar powiedzieć, że państwo
powinno się do tej sprawy brać wprost przeciwnie niż dziś.
- A jak?
- Dzisiaj - powiedziałem - biorą się do tego młodzi ludzie bardzo wcze­
śnie, zaraz od chłopięcych lat. P o m i ę d z y zajęciami domowymi i zarobko­
wymi zbliżają się do najtrudniejszych dziedzin filozofii i odchodzą co naj­
zdolniejsi. Najtrudniejszą nazywam dziedzinę logiki. A później, kiedy pod
wpływem innych, którzy się tym zajmują, ci chcą do nich chodzić na wykła­
dy, uważają to za wielką rzecz, a równocześnie myślą, że to trzeba trakto­
wać jako zajęcie uboczne. Pod starość zaś, z pewnymi nielicznymi wyjątka­
mi, gasną o wiele bardziej niż s ł o ń c e u H e r a k l i t a , bo nie zapalają się na
nowo.
- A to trzeba jak? - powiada.
- Wprost przeciwnie. Za młodu, w chłopięcych latach powinni się cho­
wać na filozofii dla m ł o d z i e ż y i tym n i e c h się bawią, a najwięcej dbają
0 ciało w okresie, kiedy ono rośnie i mężnieje, aby i ono mogło później słu­
żyć filozofii. A z wiekiem, w miarę jak dusza dojrzewać zaczyna, coraz pil­
niej c h o d z i ć tam, gdzie się dusza ćwiczy. A k i e d y siły fizyczne o p a d n ą
1 sprawy polityczne i wojskowe pozostaną za nimi dopiero w t e d y niech się
swobodnie pasą przy świątyni i nic i n n e g o nie robią, chyba żeby ubocznie,
ci, którzy mają żyć szczęśliwie i przeszedłszy to życie tutaj, u w i e ń c z y ć je
odpowiednim losem tam.
- N a p r a w d ę , Sokratesie, ja mam wrażenie, że ty z serca mówisz, ale my­
ślę sobie, że wielu spośród słuchaczy stanie przeciw tobie z zapałem jeszcze
większym, i nie uwierzą ci ani trochę - od Trazymacha począwszy.
- Tylko nie próbuj m n i e - o d p o w i e d z i a ł e m - poróżnić z T r a z y m a c h e m ,
myśmy się dopiero co pojednali, a przedtem też nie byliśmy wrogami. Zro­
bimy wszystko, co można, żeby bądź to jego i tych innych przekonać, bądź
t e ż zrobić coś dla nich na r a c h u n e k ich d r u g i e g o życia, k i e d y z n o w u na
świat przyjdą i na takie myśli natrafią 12 .
12
Tu bijący w oczy dowód, żc to, co mówił T r a z y m a c h w I księdze, i cala j e g o postać nie jest
straszakiem ani b ł a z n e m , wystawionym tam na p o ś m i e w i s k o czytelników, ani s m o k i e m , k t ó r e g o
Sokrates-Perseusz mial tam zabić e f e k t o w n i e . P r z e c i w n i e . Platon oświadcza tu wyraźnie, że So­
krates i Trazymach nic byli i nie są wrogami. M y ś m y t e ż to widzieli już w I k s i ę d z e , ale to nie
wszyscy widzą. T a k się Platon lubi z c z y t e l n i k i e m bawić w c h o w a n e g o . Ale oto mu na myśl
przyszło coś, w czym jest p e w i e n uśmiech pocieszenia. Może być, powiada, że nie p r z e k o n a m
was wszystkich dzisiaj, ale z r o z u m i e c i e m n i e i p o s ł u c h a c i e kiedyś, m o ż e po tysiącach lat, k i e d y
b ę d z i e c i e żyli drugi raz. Ci sami. co dziś. Bo czasy się zmieniają, a ludzie tacy sami zostają -
mówi przysłowie. N i e tylko J a c y s a m i " , mówi Platon, ale po prostu „(i s a m i " . Tu pierwszy raz
w ciągu tego dialogu pada pomysł powrotu dusz ludzkich na ziemię, przy czym ludzie w n a s t ę p ­
nych żywotach korzystaliby jakoś z tego, czego się nauczyli i czego doświadczyli w p o p r z e d n i c h .
Będzie o tym mowa przy samym końcu księgi dziesiątej. T e n dziwny pomysł mniej dz