Vous êtes sur la page 1sur 541

ALBER

T

CAMU

ESEJE

Wybór i przekład JOANNY GUZE Wstęp napisał JERZY KOSSAK

S

PAŃSTWOW Y

INSTYTU T

WYDAWNICZ Y

Wybór

i

przekład

na

podstawie

wydania:

Bibliothèque

de

la

Pléiade,

1965,

Albert

Camus

Essais

oraz

Carnets

I,

1962,

Carnets

II,

1964,

Paris,

Gallimard.

Przypisy z uwzględnieniem komentarza R. Quilliota

i

L.

Faucona

wydaniu

opracowała

w

Bibliothèque

Joanna

Guze

Okładkę

projektowała

Joanna

de

la

Gutt

Pléiade

KLASY K

TRAGICZNEG O

HEROIZM U

„Pracuję codziennie rano, trzy lub cztery godziny. Czę­ sto przerabiam to, co ju ż napisałem — coraz bardziej,

Po ­

stanowiłem wrócić do reżyserii. Przygotowuję festiwal

w

sceniczne j w rodzaj u Le Soulier de Satin Claudela . Będzi e to przemieszani e motywó w Fausta i Don Juana. Oczy ­ wiście Sganarelle będzie Mefistofelesem filozofem i loka­ j e m w jedne j osobie. Poruszę ta m furę myśli, będzie świet­ "

Myśl ę o adaptacj i Biesów i napisani u sztuk i

w miar ę

ja k

[

si ę

]

starzej ę

[

]

Planuj ę

takż e

powieś ć

[

]

Anger s

na zabawa

Wywiad udzielony Dominique Audry, współpracowniczce „Nouvelle Revu e Francaise" , jest jedny m z ostatnich zapi­ sów planów twórczych Camusa. Alber t Camus zginął w wypadku samochodowym 4 stycz­ nia 1960 roku. Czterdziestosiedmioletni pisarz zostawił po sobie spuś­ ciznę czysto literacką ilościowo niewielką; jedn ą powieść:

Dżuma, dw a większ e opowiadania : Obcy i Upadek, zbió r nowel : Wygnanie i królestwo, czter y dramaty : Kaligula, Nieporozumienie, Stan oblężenia, Sprawiedliwi, dw a tom y szkicó w filozoficznych : Mit Syzyfa, Człowiek zbuntowany, i bogatą eseistykę. Nagroda Nobla, którą otrzymał w roku 1957, będąc pisa­ rzem jeszcze młodym i o dorobku ilościowo tak niewielkim , przypadła m u jak o współczesnemu moraliście. Zawar ł bo­ wiem zarówno w swojej prozie literackiej, ja k dramatach,

publicystyce i szkicach filozoficznych niepokoje i nadzieje swojego czasu i swojego pokolenia.

W dziesięć lat po jeg o śmierci, kiedy literackie dzieła

Camusa ulegają procesow i przekształcania się w klasykę,

a wiele stronic tyc h dzieł zaczyna razić nas swoją czasem

zamierzoną, a częściej mimowoln ą retoryką — jego eseisty­ ka okazuje się żywa.

Odzwierciedla bowiem , w sposób bardziej jaskraw y niż twórczość literacka, intelektualn e i moraln e konflikty Ca ­ musa, ukazuje kierunki poszukiwań myślowych i przyczyny zahamowania w działaniu praktycznym .

euro­

pejskiej bardziej drastycznego przykładu wewnętrznyc h konfliktów zrodzonych przez przeciwstawność postawy bun­ tu społecznego z uchylanie m się od działania. Bądźm y zresztą sprawiedliwi: w okresie próby najcięższej Camu s wybra ł walkę, — kombatan t francuskiego Ruch u Oporu b y ł współzałożycielem i redaktore m konspiracyjnego, le ­ wicowego wówczas, pism a „Combat" . Jednakż e okres po­ wojenn y ukaże na m szamotanie się Camus a — pisarza, moralisty, polityka w dążeniu do jasnego określenia swojej postaw y ideowej i kierunk u praktycznego działania.

Urodzony w Mondovi w Algierii, Camus, półsierota, wy­ chowywał się w Belcour t w w środowisku białe j algierskiej biedoty. Algieria był a jego ojczyzną. W okresie rozognia­

n i a się kolonialnej

wojn y prowadzonej przez Francuzó w

przeciw algierskim powstańco m i algierskiej ludności arabskiej Camus, pełen odrazy wobec metod kolonialnego terroru, szuka jednocześnie gorączkowo jakiego ś kompro­ misowego rozwiązania. Rodzi się stąd kształt utopii: kon­

cepcja autonomicznej, federacyjnej Algierii n a wzór Szwaj­

pójść ni e mogę — napisze. — Jak o Francu z

carii.

nie mogę wszak zaciągnąć się do partyzantki algierskiej." 1

W

istocie

nie ma

chyb a

w

historii najnowszej

myśli

Dalej

którego cał e świadom e życie związane jes t z sze­

roko pojętą społeczną lewicą i który należy do lewic y

w okresie okupacji — pote m będzie się stale dystansował

Camus,

wobec program u rzeczywistej rewolucji społecznej i rzeczy­ wistego buntu zmieniającego historię. T o ten właśnie smut­ ny paradoks zrodzi gorzką ocenę Claude Bourdeta, niegdyś współtowarzysza Camus a z redakcji konspiracyjnego „Com ­ bat" , który po śmierci pisarza napisze:

„Dziwny wydaje się kontrast między jeg o chęcią działa­ nia i odmową wszelkiego działania; usprawiedliwianie tej odmowy , je j teoretyczn a motywacj a w Człowieku zbunto­ wanym mim o przejrzyste j analiz y trafi a w pustkę, prze - kładają c bun t jednostkow y nad rewolucję, podczas gdy

w artykul e w 1944 rok u ściśl e wiąza ł bun t z rewolucj ą [ Trzeb a również przypomnieć, że te n pisarz, który raczej

przysłużył się prawic y w ciągu kilku ostatnich lat, ponie­

w a ż atakował tylko lewicę, zachowywał się w

dlatego, iż z przeszłości działacza pozostało mu uparte po­ czucie nieuchronnego zwycięstwa rewolucji." 2

Jes t wszakże w twórczości filozoficznej i literackiej Ca ­ musa zawarty inny szczególny paradoks: oto myśliciel, któ­ ry podejmie wątki właściw e współczesnej koncepcji irra­ cjonalnego pesymizmu, przekształci owe wątki i motyw y tak, że będą przyświadczały racjonalizmowi, śmiałości myśli ludzkiej i głosiły pochwałę czasu skierowanego przeciw złu w świecie ludzkim. „Jeg o myśl — pisze Witold Zalewski — wychodziła na spotkanie czytelnika z głębi tego ciemnego obszaru, gdzie rozbudzone, ale ukryte, nadal nie rozpoznane czaiły się

sposób

]

te n

trwogi ludzkie. Z jeg o nazwiskiem łączy się literaturę prze­ nikniętą duchem absurdu. Ale inaczej niż Kafk a albo dzi­ siejsi przedstawiciele awangardy (Beckett, Ionesco), dla których absurd istnienia jest zamkniętym horyzontem twór­ czości, Camus, rozpoczynając od odkrycia absurdu, idzie

o kro k dalej . Ju ż w tomi e Dwie strony tego samego pisze :

«To, co mnie zajmuje, to nie tyle odkrycie absurdu; to je ­ go konsekwencje. » Kafk a widział jedynie człowieka skaza­ nego, Camus rozumie, że człowiek jest skazany, mim o to chce podjąć walkę. I nie jes t to walk a bez sensu. Bo ist-

nieje absurd życia ludzkiego, ale istnieje też najgłębiej za­ korzeniona w człowieku niezgoda na niweczącą podległość. Duc h buntu rodzi się z chwilą, kiedy człowiek dostrzeże, że szczeliny pomiędzy ni m samy m a jeg o lose m nie wypełnia żadna łaska celu, nie prowadzi ponad nią żaden most do boskiego ani do ziemskiego raju. Al e odrzucając kłamstw o transcendencji w przeciwieństwie do Kafki, który stwier­ dza też bezsiłę wobe c kategorii absurdu, Camu s mówi, że człowiek i tylko on jede n w przyrodzie posiada zdolność buntu." »

jedna k zrozumieć charakte r owe j szczególnej tran ­

spozycji myślowej, należy określić te motyw y filozoficzne,

któr e Camus podjął i przekształcił. Zmusza to nas do przy­ pomnienia kilku klasycznych wątkó w nurtu egzystencja- listycznego w filozofii oraz motywó w laickiego tragiczne­ go heroizm u w myśli współczesnej. Czynim y to wszakże nie

w zamiarze przedstawienia skróconej i z konieczności sche­

matycznej historii tego nurtu w myśli europejskiej — a je ­

Ażeby

dynie dla ukazania tych momentów, ze względu na które fascynowała Camusa twórczość Schopenhauera, Nietzsche- 1 go i Heideggera i ze względu na które odnajdował swoją problematyk ę w dziełach Conrada.

Przede wszystkim chcem y umiejscowić motyw y filozo- ficzne Camusa wśród innyc h koncepcji egzystencjalistycz-

nych. Oznacza to, że będziem y traktowa ć jeg o filozofię

i twórczość literacką jak o swoistą wersję egzystencjalizmu. Czy sa m Camus uważał się za egzystencjalistę? Trudn o od­ powiedzieć na to jednoznacznie. Nie wydaje się to zresztą kwestią pierwszoplanową. Jes t niewątpliwe, że Camu s przez sw ą twórczość do tego nurtu należy, ja k niewątpli­

w y jes t jeg o stosunek do określonych wersji tego nurtu.

Kied y spytano Alberta Camusa, czy bohate r jeg o powieści Upadek jak o „bohate r naszyc h czasów " jes t egzystencjali -

stą — pisarz odpowiedział, że od egzystencjalistów pocho­ dzi w te j postaci jedynie „mania samooskarżeń, dzięki który m tym łatwiej można oskarżać innych. Uważałe m to

zawsze — stwierdził Camu s — za sztuczką wyjątkowo pas­ kudną. Ta pasja oskarżania zawsze kończy się obroną niewoli, która jest bezpośrednim skutkiem egzystencja- lizmu." * Notabene nie m a innego kierunk u we współczesnej filo­ zofii, w który m tendencje autodestrukcyjne jeg o czołowych

twórcó w zaznaczyłyby się ta k silnie, ja k w egzystencjaliz- mie. Filozofowie, których nazwiska trwale związane są

z ty m nurte m filozoficznej refleksji, daleko odeszli od

swych pozycji wyjściowych. Heidegger od prób zbudowa­ nia wielkiego system u filozoficznego, który by wiódł od opisu ludzkich przeżyć, przez ukazanie istoty byt u ludzkie­ go, aż do odnalezienia i ugruntowania sensu życia i istnie­ nia, przeszedł do poetycko-literackich rozważań nad tajem ­ nicą byt u człowieka. Sartr e dał przekonywającą analizę dramatycznej drogi myślowej młodych intelektualistów,

którzy — krytyczni wobe c panujących kierunkó w miesz­ czańskiej filozofii, moralności, obyczajowości — w egzy-

stencjalizmie szukali prawdy

nać się, że owe opisy indywidualnych sytuacji, stanów

i zachowań, motywó w wyboru i samych wyborów, odgro­

dzone od historii, konkretu społecznego i realiów społecz­

walki, nie tylk o ni e wiodą do prawdy, ale budują no ­ we mistyfikacje. I

ne j

II

D o połowy XI X wiek u wszystkie kierunki filozoficzne,

nawe t te, o których mówimy, że miał y znamiona myśli

egzystencjalistycznej,głosił y tezę, że ludzkość lub jednost­ ka mają swój cel. Ty m celem mógł by ć Bó g lub idea ab­ solutna, rozwój naturalny, rozwój całe j ludzkości; mógł to b y ć cel jeszcze ni e poznany, który trzeba odnajdywać. Wreszcie cele m ty m mógł być spokój wewnętrzny jedno ­ stki . Dopier o u Schopenhaure a w dziele Świat jako wola

i

któr y

wyobrażenie

występuj e

now y

moty w

filozoficzny,

utwierdza ideę, że życie ni e ma celu w ogóle, że jest bez- rozumny m dążeniem be z celu. Istotną siłą ludzką według Schopenhauer a jest wola, ale jes t ona ślepo działającym popędem. A ponieważ jes t to popęd, który działa irra­ cjonalnie, bezrozumnie, nie m a żadnego celu, uzasadnie­ nia, żadnego ukierunkowania, więc też nie można znaleźć żadnego ukojenia. A ponieważ nie może nigdy znaleźć ukojenia, wię c człowiek m a stałe poczucie niezadowole­ nia, niepokoju, stałego niezaspokojenia. Życie zatem sta­

drobnych trosk, gonitwę za podstawowym i

potrzebami, sam o natomiast szczęście jes t nieosiągalne. Człowiek, który ugina się pod ciężare m życiowych po­ trzeb, stale żyje pod groźbą śmierci, zagrożony jes t śmier­ cią, lęk a się tej śmierci. Filozofia, religia stwarzają pozory rozwiązań, iluzję ce ­ lu losu ludzkiego, sensu istnienia i dają chwilową ulgę lu­ dziom, którzy uwierzyli w te miraże. Filozofia więc i re ­ ligia dają tylk o złudzenie znalezienia pewnyc h wartości, któryc h ni e ma, które nie istnieją w ogóle. Człowiek, któ­ ry pozbędzie się tyc h ułud, m a pewien rodzaj satysfakcji typu poznawczo-etycznego, ale ty m bardziej czuje męk ę życia i ma dokładną świadomość tej męki.

now i sum ę

C o może przynieść m u ulgę w ty m cierpieniu? Są dwie rzeczy, któr e według Schopenhauera dają tę ulgę. Przed e wszystkim kontemplacja cierpień innych ludzi. Nie jaka ś ocen a cierpień innych, która by wiodła do pomocy cier­ piącym . Po prostu współczucie, które daje chwilow e oder­ wanie się od własnego cierpienia. Kontemplacj a złego lo­ su innyc h pozwala na m łatwie j znosić swój własn y los, twierdzi Schopenhauer.

Chwilową ulgę może przynieść kontemplacja dzieł sztu­

ki. Kontemplowanie dzieł sztuki zatrzymuje bowie m dzia­

łanie woli. To roztopienie się w

pięknie daje jedna k tyl­

ko chwilow e pocieszenie. S t o lat tem u młody Nietzsche, podejmując Schopenhau - erowski moty w tragedii ludzkiego losu, pisał: „Winniśm y poznać, że wszystko, co powstaje, musi by ć przygotowane na bolesny upadek, jesteśm y zmuszeni wejrze ć w grozę

jednostkowego istnienia." 5 Jeśl i coś może

życiu stworzenia ludzkie, bezradne wobe c bólu istnienia, i zmusić je do dalszej wegetacji — to siłą tak ą może by ć tylk o złuda, oma m wartości. Trz y są stopnie złudy — two ­ rzą je : wiedza, sztuka i filozofia. Pisze więc Nietzsche:

„Jedneg o pęta sokratyczn a uciech a z poznania i urojenia, że zdoła ni m zaleczyć wieczną ran ę istnienia, innego usid­ la powiewająca przed jeg o oczym a uwodn a zasłona pięk­

ności sztuki, innego znowu pociecha metafizyczna, że pod wire m zjawisk życie wieczne niezniszczalnie dalej bieg

swój toczy." 6 Pociech a metafizyczna, która „wyryw a na s chwilowo z mrowia zmiennych postaci" 7 , i artystyczn a fantazja czerpią swoją mo c z mitycznego obrazu świata. Obrazy mitu są wszechobecnym i demonicznym i stróżami, pod których pieczą wzrasta now e pokolenie i które nadają

utrzymać przy

sens czynom i dążeniom dorosłych. Zniszczone przez

rac ­

jonalizm , intelektualizm , demokratyzm — wygnan e z

kul­

tur y współczesnej — pozostawiły po sobie moraln ą pusty­

nię. Be z mitó w wszelka kultura traci swe twórcze siły, po­ zbawiona jest jedności, tuła się be z wyboru. Myśl pozba­ wiona zostaje prawideł, wyobraźnia zbawiennych hamul­ ców. Kultur a odcięta od swych praźródeł, od rodzimego gruntu, od opiekuńczych tradycji skazana jes t na ślepe próbowanie wszystkich możliwości i czerpanie nędznego pokarm u z wszelkich spichlerzy. „I oto stoi człowiek be z

mitu, wiecznie głodny wśród wszystkich przeszłości, i szu­ ka, grzebiąc i dłubiąc, korzeni, choćby ich szukać miał na ­

we t w najodleglejszych starożytnościach. O czym świadczy

ta niezmierna historyczna potrzeba nie zaspokojonej kul­

tur y nowoczesnej, to gromadzenie wokoło siebie niezliczo­

nyc h innyc h kultur, ta trwająca chęć poznania, ja k nie

o stracie mitu, o stracie ojczyzny mitycznej, macierzyń­

skiego łon a mitycznego? Spytajm y się, czy gorączkowe i niesamowite poruszenie tej kultury jest czym inny m ja k

łakomy m gonieniem i chwytaniem straw y głodnego — i któż by chciał dać coś jeszcze takiej kulturze, która ni­ czy m połkniętym nasycić się nie może i za której dotknię­ cie m najtęższa, najliczebniejsza żywność zwykła się zmie­ niać w «historię i krytykę»." 8 Narodziny tragedii z ducha muzyki był y jedny m z pier ­ wszych manifestów współczesnego irracjonalizm u godzące­ go w wartość poznania i postępu, krytykującego cywili­ zację nowoczesną z pozycji ideowego wstecznictwa. W prze­ ciągu ostatniego wiek u rozkładowa myśl mieszczańskiego świata wydała cały zastęp ideologów krytykujących, z róż­

nyc h stanowisk , niezależn ą myś l laick ą — logos, przeciw ­

stawiając

ją systemo m irracjonalnych, uzasadniających

przewag ę

mythos — myśleni a mitycznego , religii . Róż ­

ne — niekiedy bardzo odległe od siebie — kierunki myśli idealistycznej spotykały się w punkcie, w którym głosiły pochwałę tradycyjnego irracjonalizm u lub tworzyły dlań now ą wykładnię mitologiczną. Nietzsche przy skrajny m relatywizmie głosił hasło powrotu do źródła pradawnej mocy — odrodzenie mitu niemieckiego. Szuka ł korzeni mi­ tologicznej jedności narodu. Ale również w koncepcji chrześcijańskiej — ta k dalekiej, wydawałoby się, od filo­ zofii dziewiętnastowiecznego niemieckiego antychrysta — odnajdziem y podobny ton, podobne hasło nawrotu do źró­ deł podupadającej mitologii. Myśliciele chrześcijańscy, zwłaszcza katoliccy, upatrują przyczyny moralnego i in­ telektualnego chaosu czasów obecnych w upadku religij­ nego ducha średniowiecza. Głoszą konieczność powrotu do powszechności idei Boga , bez którego obecności w duszy ludzkiej — świat natury zewnętrznej i wewnętrznej prze­ kształca się w bezsensowny i ponury koszmar, a społeczeń­ stwo ulega rozbiciu na atom y zagubionych jednostek. Pé - guy i Marcel, Gilson i Daniel-Rops głoszą w podobnych słowach ideał średniowiecznego świata chrześcijańskiego. Panowani e chrześcijańskiej koncepcji życia — twierdzą — oznaczało, iż Bóg, istniejący poza człowiekiem, tłumaczył

sens życia zewnętrznego i wewnętrznego. Rozkła d i prze­ mian a ideału średniowiecznego w epoce antropocentrycz- nego humanizm u spowodowały kryzys duchowy. Jednost ­ ka, pozbawiona Boga , samotna, skazana na wolność i nie­

pewność, staczała się siłą naturalnego zła, tkwiącego w je j

naturze skalanej grzeche m szy zamęt moraln y i chaos

ryczny m średniowiecza rządziły dwie dominanty — pisze Jaku b Maritain — z jedne j strony idea lub mit (w znacze­ niu, jaki e Jerz y Sore l nadawał tem u wyrazowi); siła n a służbie Boga ; z drugiej strony, te n fakt konkretny, że na­ we t cywilizacja ówczesna był a niejak o funkcją tego, co

sakralne, i gwałtownie wymagał a jedności religii." 9 „P o triumfie racjonalizm u i liberalizmu, to znaczy filozofii wolności, która z każdej jednostki abstrakcyjne j i z je j poglądów czyni źródło wszelkiego praw a i wszelkiej praw­ dy, skończyła się jedność duchowa i moglibyśm y zaznać dobrodziejstw rozproszenia." 1 0

Laicko-egzystencjalistyczna koncepcja kultury odwra­ cał a się od eschatologii, postulowała jedna k także koniecz­ ność mitu epoki, mitu scalającego sztucznie amorficzny zbió r ludzkich jednostek, składających się na społeczeństwo danego czasu. Wedłu g te j koncepcji pozbyć się złudzeń — to zrozumieć bezsens świata społecznego, własne j indywi­ dualnej egzystencji. Ow o poczucie bezsensu jest wyrazem rozdźwięku między duchem , który pragnie, a światem, któ­ ry rozczarowuje. Nasza tęsknota do jedności, scalania, kla­ rownego kształtu istnienia rozbija się o wielkość i chaos rzeczywistych zjawisk. A jedna k człowiek, nie mogący po­ jąć , uchwycić intelektualnie i realnie rzeczywistości, w któ­ r e j tkwi, i swego własnego wnętrza, ogarnięty jes t roz­ paczliwym pragnienie m jasności. Żyją c w świecie rozbi­ tym , gubiąc się wśród swoich własnyc h duchowych sprzecz­ ności, pragnie innego świata — świata lepszego. „Ale lep- szy — tłumaczy Alber t Camu s — nie znaczy inny. Prag ­ nienie trawiąc e jeg o serce w świecie rozbitym , którego

pierworodnym , w coraz więk­ intelektualny. „Ideałem histo­

wyrzec się przecież nie chce, jest pragnieniem jedności. Rozwiązaniem nie będzie jedna k nędzna ucieczka, lecz roszczenie jeszcze bardziej uparte. Każd y wysiłek ludz­ ki — religia ta k samo, ja k zbrodnia — podporządkowuje się w końcu tem u irracjonalnem u pragnieniu i próbuje

nada ć życiu formę." 1 1 Człowiek nie

swoją tradycję historyczną — kreując subiektywnie kon­

strukcje przeszłości. Takż e każda epoka — w myśl kon­ cepcji egzystencjalistycznych — buduje mity, które na­ dają je j sztuczną jednolitość. Mity te nadają pozorny sens jednostkowem u istnieniu, bytowi społecznemu i historycz­ nem u przebiegowi zdarzeń. Konstruują one sztuczny świat konwencjonalnych wartości, stwarzających namiastk ę ładu i harmonii. Mity zatem , ideały i ideologia stwarzają pozór zgody człowieka ze światem , sztucznie harmonizując bez­ ład rzeczywisty. Pozwalają zinterpretować świat w kate­ goriach prawidłowości, regularności i jedności nieobec­ nyc h de facto lu b nierozpoznawalnyc h w losac h ludzkic h

tylko sam tworzy

i losach świata. Ta k walcząc z abstrakcyjny m uniwersa­

lizmem systemów religijnych typu obiektywno-idealistycz- nego,koncepcj e te prezentują skrajn y subiektywizm, rela­ tywizm i ahistoryzm.

Jednocześnie, walcząc z abstrakcyjny m uniwersalizmem

urojeń,

egzysten-

cjalizm sam tworzy własn e mity uniwersaln e i ponadhi- storyczne. Nie wszystkie on e są oryginalnym produktem filozoficznej i filozoficzno-literackiej twórczości ostatnich dziesięcioleci. Mieszcząc się na ogół w szerszych ramac h nowożytnego pesymizm u sięga egzystencjalizm współczes­ ny po obrazowe przedstawienie mitologii antycznej, dora­ biają c do nich nową interpretację ideową.

i przeciwstawiając

któr e stwarzał sobie człowiek w toku

mu

wizję

tworzenia

kolejnych

historii,

Niewątpliwie mityczn y charakte r i fideistyczne źródła posiadają kategorie istnienia Marcin a Heideggera wra z z naczeln ą die Geworfenheit, objawiając ą ontologiczn ą sa ­ motność jednostki ludzkiej jak o istoty rzuconej w byt, nie-

zdeterminowanej, wyrwane j ze" wszystkich realnyc h związ­ kó w z innym i jednostkami, pozbawionej wewnętrzne j hi­ storii i zmuszonej do bezsensownej wegetacji. Kategori a ta dobrze tłumacz y konieczność poszukiwania złudnych in­ terpretacji swego losu i swego miejsca na ziemi w uciecz­ ce od tragicznej prawdy o ludzkiej kondycji. A l e z tą nowoczesną, pojęciow ą formułą mitu dobrze ko­ respondują przywrócone do nowego życia i nowej funkcji ideologicznej twory artystyczno-religijnej fantazji staro­ żytnych.

wnosi

ogromn y kamie ń na wysoką i strom ą górę. Syzy f z naj ­ większy m wysiłkie m wypych a głaz prawie pod sa m szczyt.

Ale tu kamie ń wyślizguje mu się z rąk i stacza się na sam o dno. Syzy f powtarza bezustannie swoją próbę. Jeśl i wyniesie kamień, będzie wolny. Ale właśnie wtedy, kie­

nie­

dy upragnione zwycięstw o jes t ju ż bliskie, następuje

uniknion a klęska. Zwycięstw a nie będzie. Prac ą Syzyfa

wysiłek, ażeby siłą własnych mięśni,

jes t bezcelowa. Jeg o

sprawnością fizyczną i uporem ducha zmienić własn y los, jes t bezsensowny. Jeg o trud jes t absurdem . „ Z wyrok u bogów Syzy f musiał nieustannie toczyć pod górę głaz, któ­

ry znalazłszy się na szczycie spadał siłą własnego ciężaru. Bogowi e nie bez racj i doszli do wniosku, że nie m a strasz­ niejszej kar y niż prac a bezużyteczna i be z nadziei." 1 2 Czło ­ wie k nie jes t kowale m swego losu, nie potrafi go zmienić. Będą c w sytuacji tragicznej i mają c świadomość absurdal­ ności swego położenia, może czuć radość istnienia jedynie dzięki beznadziejnej walc e ze swoim losem. W buncie i po­

zmiany swej kondycji czło­

wie k — zniewolony przez los — może znaleźć namiastk ę wolności.

T a k stare podanie przekształca się w ideę „wiecznej tra ­ gedii ludzkiej" — uniwersalnej doli całego rodu ludzkie­ go. Ta k współczesny irracjonaliz m ukazuje na m tylko trzy rozwiązania metafizyczne: ucieczkę w mistykę, kontempla -

Oto mit Syzyfa:ukaran y

przez

bogów

bohate r

nawianiu beznadziejnych pró b

cję

owocnej i beznadziejnej. Filozofia laickiego egzystencja- lizm u stworzyła również now ą interpretację dla legendy

o Tantal u — herosie, któr y zwątpił w boskość mieszkań­ ców Olimpu.

J a k głosi podanie, okrutn a kar a bogów każe m u stać w

wodzie pod drzewem pełny m owoców.

się posilić, gdyż owoce umykają przed nim , skoro tylk o po nie sięgnie. Spragnion y — nie potrafi schwyta ć ustam i wody, która znika z chwilą, gdy się ku niej pochyli. Pod chwiejącą się skałą — grożącą stale zwaleniem na stojące­ go u je j podnóża — przyjmuje swój los łaknący , spragnio­ ny i pełe n lęku. A oto współczesna wykładnia mitu. „Głód prawdziwego życia, pragnienie spełnienia i kara, która spo­ tyk a tyc h wszystkich, którzy zbuntowali się przeciw loso­

Głodn y — nie może

absurdu

i

tragiczny

heroizm

walk i

bezcelowej,

bez­

wi Tantala . Widzi on nieustannie wspaniałe pokarmy, czu­

je zapac h potra w i owocó w [

kają. Ale po chwili tortura zaczyna się od nowa, bowie m czym dla nienasyconego ciała są pokarm y i napoje, ty m

dla świadomości — cał a niewidzialna, a przecież obecn a

sfera myśli

wystawian e n a próby poczucie etyczne, ja k ciało Tantal a

znikającym i pokarmami, żywi się nadzieją, odnawiającą się w sposób okrutn y i nierozumny. Jeszcz e jede n dzień,

jeszcze jedn a noc, oczekiwanie świtu, kiedy wreszcie speł­

n i to , czeg o ni e spełnił o dotychczasow e życi e [

Absurdalność takiego oczekiwania nie jes t większa od bezsensu mijania bez głodu i pragnień, jeśli byt tak i jest rzeczywiście możliwy. Mit o Tantal u zdaje się potwierdzać przypuszczenie o powszechności poczucia braku, ustawicz­ nie wypełnianego przez fatamorganę. Lo s Tantal a jes t udziałem nas wszystkich, niezależnie od tego, czy zdajem y sobie spraw ę z tego, czy też pozwoliliśmy zapanować nad "

sobą złudzeniu zastępującem u prawdziwe życie

Ideały, do których dążymy, okazują się puste z chwilą ic h realizacji. W życiu jednostkowy m i w życiu społecznym

o doskonałym , znośniej szym życiu. Obrażane,

]

wyciąg a p o ni e ręc e — zni ­

]

1 8

widzim y rozdźwięk między zamiarem a rzeczywistością — projekte m a realizacją. Nasze cele oddalają się z chwilą, gdy wydaje się nam , że zaczęliśmy się do nich przybliżać. Jesteśm y ja k samotn y piechur idący k u odległej górze. Najistotniejsz a problematyk a Bytu i nicości Sartre' a — teza o stałej przepaści między intencją a rezultatem, idea­ ł e m a stane m faktycznym ; określenie byt u jak o tego, co istnieje i budzi niezadowolenie, nicości jak o ideału, do którego dążymy i który stale przesuwa się i wciąż jest nie­ osiągalny — wszystko to znalazło tu swoją ilustrację. Speł ­ nienie pragnień ni e jes t ich zaspokojeniem. Idziemy od marzenia do marzenia w ciągłym niepokoju, ciągłym poszu­ kiwaniu, z ciągłą tęsknotą do lepszego życia. Spełnienie dawnych dążeń odkrywa pustkę świadczącą o fałszu ukry­ t y m pod zewnętrzną powłoką zdarzeń. Stal e przekonujem y się o omyłce, jakie j ulegają ludzie utożsamiający szczęś­ cie ze spełnieniem niedawnych nawe t pragnień.

III

za swoje hasło Nietzchego: „Bó g

umarł. " N a miejsce Kierkegaardowskiej teorii człowieka

niepewności o zbawienie

i w rozpaczy, a przy ty m cierpi z powodu odłączenia od

Boga , rozwinął Heidegger swoją własn ą koncepcję egzys­

tencji zagrożonej przez bezwładny

Kierune k te n wychodzi w swy m żądaniu autentyzm u od negacji istniejących form życia społecznego. Ukazuje on

depersonalizację człowieka w społeczeństwie mieszczań­ skim, jeg o odosobnienie, samotność, zagubienie. W jaki ś sposób odzwierciedla istotne cechy amorfizmu i automa­ tyzacji, do jakic h prowadzi społeczeństwo cywilizacja

pozbawiony rzeczywistych

mieszczańska. Ukazuje tłu m

ciągłej

jak o

Heidegger

istoty,

przyjął

która

żyje

w

by t

w

sobie.

związków i poczucia wspólnoty, poddany działaniu sztucz­ nego ujednolicenia idei i poglądów poprzez prasę, radio, telewizję, reklamę.

Ów stan rodzi przymus ideologiczny, obyczajowy i ar-

tystyczny i powoduje zatratę osobowości, sloganowość stan­ dartowych idei, poglądów, płaskość ideałów, kariery ży­ ciowej, bra k wartości humanistycznych, głębszego sensu życia. Jednocześnie budzi się uczucie małości wobec ogro­

m u miasta współczesnego, jego machin y przemysłowej

i biurokratycznej, bezosobowości i anonimowości człowie­

ka wobec tych potęg, poczucie brak u inicjatywy, niemoż­ ności rzeczywistego oddziaływania indywidualnego na bieg wypadków .

Tak i stan rzeczy właśnie odmalowuje Heidegger, wpro­ wadzają c termi n man lebt — „żyje się" . Człowiek , ugięt y pod ciężarem środowiska i w obrębie tego środowiska zmuszony do powtarzania tyc h samych słów i gestów, za­ trac a swoją odrębność i ginie w masie. Przyzwyczaił się do owego stanu, uważa go za normalny . Ludzie, którzy go otaczają, wydają mu się znajom i i bliscy, a codzienność — naturalna. Heidegger przeciwstawia się ta k odmalowanem u światu — ukazuje życie społeczne jak o sztuczny i pozba­ wiony sensu twór chaotycznych wysiłkó w pokoleń. Świa t materii nie m a sensu. Dopiero ludzkie działanie porządku­ je go, konstruuje, nadaje sensowność i wartość. Ale w trakcie tej kreatorskie j pracy człowiek popada w niewolę własnyc h tworów. Rzeczy przez niego stworzone zaczyna­ ją panować nad nim . Zatroskany o tysiąc różnych spraw, człowiek traci poczucie sensu istnienia, nie panuje już nad życiem. Zamiast kierowa ć życiem własnym , przystosowu­ je się do rzeczy i ludzi, do potrzeb, wymogów, powinności i zależności. Zamiast więc konstruować świat w oparciu o własn e poczucie wartości i ładu, zamiast działać w spo­ sób wolny, człowiek zmuszony jes t do różnych czynności.

spełniania fun­ wymyślił. Staj e

się on jakb y jeszcze jedn ą rzeczą, bezmyślny m narzędziem wśród innych rzeczy i narzędzi bezmyślnie nagromadzo­

nych i automatycznie funkcjonujących. Ta k całość bytu

Jakie ś zewnętrzne wymogi pchają go do kcji, których nie wybrał, nie chciał, nie

i

sens

istnienia,

rozbite

przez

codzienną

krzątaninę,

zosta­

zagubione

a

nieautentyczna,

biern a

wegetacja

zastę­

puje

egzystencję

autentyczną.

Trzeb a

wię c

twierdzi

Hei-

degger — oderwać się od zajmowania się światem rzeczy, przestać się troszczyć o nasze miejsc e w świecie społecz­ n y m i o losy tego świata. Wówczas prawda o naszym byci e może nas nawiedzić na powrót. Całość bytu objawia się n a m niekiedy w totalny m znudzeniu światem . Nie wtedy,

kiedy

nudzi nas coś konkretnego lub konkretn y ktoś, lub

nasza

własn a bezczynność. Wybuch a wtedy, gdy „komuś

jes t nudno " w ogóle. Wówczas to, ja k mówi Heidegger:

„Głębok a nuda snuje się ja k milcząca chmura w przepaści bytu ludzkiego, przybliża człowieka do wszystkich rzeczy

i ludzi w znamiennej obojętności." 1 4 Ale dopiero w prze­

życiu trwogi w bycie ludzkim dokonuje się stan, w który m człowiek zostaje doprowadzony przed oblicze samej nicoś­ ci. Trwog a ta nie m a nic wspólnego ze strache m konkret­

n y m — strache m o coś i przed czymś. Te n ostatni to strach człowieka uwięzionego wśród rzeczy i ludzi, który zatra­ ca się wśród konkretó w i drobnych trosk. Wobec trwogi natomiast wszystko staje się obojętne. Wszystkie rzeczy

i my sam i zapadam y się w obojętność. Ale dzięki tem u

właśnie wracam y ku

tracim y iluzoryczne oparcia. Całość bytu, który ogarnę­

liśmy, okazuje się żadna. Trwog a objawia nicość. Zawie­

szeni w trwodze, pozbawieni tego, co dotąd było pozor­ n y m tylk o oparciem , odkrywam y by t ludzk i (Da-sein) jak o nicość. Teraz , kiedy wymknęliśm y się rzeczom konkret­ nym , myślom — uświadamiam y sobie nagle obcość nasze­ go prawdziwego bytu wobec codzienności, faktów działań praktycznyc h i idei. Powinniśm y pozostawać w trwodze — a b y istnieć. Możem y istnieć, autentycznie uświadamiając sobie nasz byt jak o nicość. Bowie m autentyczny byt ludzki pochodzi z objawienia nicości. Właśnie owo ujawnienie

rewelacją, która pozwala

pierwotnej nicości byt u jest tu

na m samym . Osaczeni w trwodze,

ustosunkować się do wszystkich konkretów , do świata i do siebie samego. Trwog a dopiero uświadamia człowiekowi to,

co powszechnie życie stara się zamaskować — to, że jeg o obecnoś ć w świeci e jes t byte m dl a śmierc i (Sein zum

Tode). Zrodzon a w sytuacjac h granicznyc h — w owyc h stanach na pograniczu życia i śmierci, w czasie katakliz­ mów, w tragicznych powikłaniach losu i ciężkich choro­ bac h — każ e trwog a (Angst) uświadomi ć sobie nasz ą ob ­ cość wobec świata i tragiczną samotność własnej opusz­ czonej przez wszystkich egzystencji. Wyzwalając człowie­ ka ty m samym spod władzy złudzeń i zmuszając do zaję­ cia wobec własnego istnienia stanowiska śmiałego, auten­ tycznego, napełnia go zarazem rozpaczą. Okazuje się on

którem u może położyć kres

lada podmuch żywiołu. Tera z człowiek wrac a do świata pełen tragicznej wiedzy o swym losie i egzystencji. Uświa­ domił już sobie, że jes t nicością, i ocenia życie z punktu widzenia nicości. Wie, że wszystkie jeg o dążenia, nawet akty wolnego wyboru i dokonania zostaną przekreślone przez bezwład świata materii. Wie, że jest samotny i ska­ zany na śmierć. Wie, że nie może oczekiwać żadnej po­ moc y z zewnątrz. Że jeg o myśli i czyny wyrażają tylko jeg o samego i nic ponadto. Wraca więc do życia, ale obec­ nie formy życia codziennego przedstawiają m u się jak o zespół złudzeń, kłamst w i iluzji, pomagających kryć jeg o istotny charakter. I teraz dochodzimy, moim zdaniem, do rzeczy najważniejszych. Otóż od krytyki pewnych rzeczy­ wistych przejawów rozkładu cywilizacji mieszczańskiej i opisu ich odbicia w odczuciach psychicznych jednostki przechodzi się w tej teorii do sformułowania istotnych ja ­ koby rysów ludzkiej egzystencji. A więc wtedy, kiedy człowiek pozna, że życie codzienne, które go otacza, jes t zlepkiem złudzeń, kłamst w i iluzji, wtedy odkrywa on, według Heideggera, rzeczywiste rysy ludzkiej autentycznej egzystencji, które polegają na wiecznym zagrożeniu, nie­ pokoju, braku sensu w działaniu własny m i innych, a wo­ be c tego na brak u także norm zewnętrznych i wewnętrz­ nych. Jeżeli nie ma w ogóle żadnego sensu w poczyna­ niach, trudno mówić o jakich ś racjonalnyc h normach, któ­ re by wyznaczały jakiekolwie k poczynania. Wtedy właśnie człowiek czuje, że został rzucony w świat — w świat obcy mu i wrogi, że jedyne, co mu pozostaje, to wolność śmier-

sa m sobie kruchy m

istnieniem,

ci, śmierci, która daje mu zadośćuczynienie za ból życia,

a Jednocześni e usuwa stały lęk, zagrożenie i niepokój. Oto słynn a „wolność śmierci " — Freiheit zum Tode.

Sartr e w owej koncepcji autentycznego istnienia jest na pozór bliski Heideggerowskiem u nihilizmowi. Przecież właśnie pod wpływem Heideggera zajmował się on pro­

w swym podstawowym

dziele By t i nicość od twierdzeni a Husserla , że „każd a świadomość jest świadomością jakiejś rzeczy i że powstaje jedynie przedstawiając sobie jaką ś rzecz obcą sobie, rodzi się skierowana na byt, który nie jest nią". O n także wal­ czy o autentyczność człowieka. Ale od początku swej twór­ czości szuka przede wszystkim odpowiedzi na kompleks pytań dotyczących możliwości życia zaangażowanego. Kon ­ centruje się na zagadnieniu wolności i zaangażowania oraz podejmuje próbę — przy pomocy psychoanalizy, którą sam dla egzystencjąlizm u zaadaptował — przetłumaczenia spo­ łecznyc h uwarunkowa ń człowieka na języ k indywidual­

blematyk ą ontologiczną, wychodząc

nyc h sytuacji i wyborów. W powojennej prac y Sartre' a Egzystencjalizm jest humanizmem pojawi ł się now y mo ­

ty w odpowiedzialności za innych oraz postulat afirmacji

humanizmu . W późniejszych pracach Sartr e wyszedł już

poza granice, jaki e walc e o autentyzm istnienia ludzkiego zakreśla egzystencjalizm, i w pewnyc h okresach zbliżał się, to znów oddalał od tego rozumienia życia, działania

i

zangażowania,

jaki e

wniósł

do

filozofii

marksizm.

Natomiast centralnym i pojęciam i zaproponowanej przez Camus a koncepcji życia autentycznego są pojęcia absurdu

i obcości. Camus wyszedł od pytania, czy życie musi mieć

sens, by można je było przeżyć, i doszedł do wniosku, że przeżyje się je ty m lepiej, im jaśnie j zrozumie się jego absurdalność. Jedyn ą bowiem konsekwencją świadomości absurdu może by ć bunt. Zajęcie pozycji absurdu daje czło­ wiekow i prawdziwą wolność, nieskrępowaną iluzję nadziei, prawdziwą pasję życia nie ograniczoną lękie m przed przy­ szłością. Ludzie są sobie nawzajem obcy. Przejmują c po­ gląd Schopenhauera, Camus twierdzi, że nawiązać kon­ tak t z innym i możem y tylko łącząc się z nim i w cierpie-

niu. Pozwala to oderwać się od własne j tragicznej świa­ domości absurdu. T a k tedy owa wspólność problematyk i „życia auten­

tycznego " okazuje się, przy bardzo pobieżnej nawet anali­ zie, wielością propozycji światopoglądowych. Proble m eg­ zystencji autentycznej ukazuje się to w świetle mistycz­

n y m (Kierkegaard), to nihilistycznym (Heidegger), feno¬

menologiczno-psychoanalitycznym (Sartre), wreszcie uj­ mowan y jes t z punktu widzenia koncepcji laickiego tra­ gicznego heroizm u (Camus). (Wielość poglądów odpowiada wielości funkcji. Ra z będzie to „budzenie i pogłębianie

w człowieku zwątpienia w sens jeg o istnienia, działania

i życia, rozkład jeg o społecznej świadomości, próba stwo­

rzenia ideologii bezsensu życia, zatopienia się w irracjo ­ nalny m ateizmie albo w równie irracjonalny m fideizmie". 1 5

I taką właśnie funkcję realną wydają się spełniać kon­ cepcje Heideggera-ateisty i Bierdiajewa-mistyk a chrześ­ cijańskiego. W innyc h wypadkach staje się egzystencja¬

lizm kontynuacją nurtu sokratycznego w filozofii, koncen­ trującego całokształt problematyki filozoficznej w swois­

ty

Wysuwając na plan pierwszy motyw y w ramac h innyc h kierunkó w często pomijane, zwłaszcza motyw y związane

z problematyką codziennego angażowania się ludzi w prze­

kształcanie własne j egzystencji, oraz akcentując koniecz­ ność ujmowania tej problematyki w kategoriach odpowie­ dzialności człowieka za świat, w który m żyje i który two­ rzy, egzystencjalizm w sposób zapładniający wpłynął na całą filozofię i kulturę współczesną Ma m tu na myśli zwłaszcza twórczość Alberta Camusa i wczesną twórczość

filozoficzną i literacką Sartre'a . (Twórczość Sartre' a z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych trudno zaliczać do two­

r ó w egzystencjalistycznych — można tu mówić raczej

o przemieszaniu i walc e różnoimiennych motywów ideo­ wych, społecznych, światopoglądowych.)

Ale także ten nurt nie jest jednoznaczny w swej wymo-

sposób

wokół

kwestii

antropologicznych.

wi e społecznej, w swej funkcji realnej. Wprost przeciw­ nie. Funkcj a tej filozofii jes t wyraźnie dwuznaczna. T a for­ m a negacji i bytu, która znienawidzone skutki moraln e mieszczańskiej cywilizacji ukazuje jak o konflikty i odczu­ cia ponadhistoryczne, ogólnoludzkie, niezmienne, utwier­ dza niejak o stan faktyczny. Gdy się czyni bowie m z histo­ rycznego dramatu proble m ahistoryczny, metafizyczny, utwierdza się rzeczywistość społeczną, która drama t ten rodzi. Wbre w własny m przekonaniom twórcy koncepcji egzystencjalistycznej przekształcają się w pośrednich apo­ logetów ustroju, którego nienawidzą. Tak i w szczególności charakte r m a owa swoista dla eg- zystencjalizm u przemian a prawdy o słabości mieszczań­ skiej i drobnomieszczańskiej inteligencji w metafizyczny drama t tragicznej doli ludzkiej — dramat niezgłębionej tragedii indywiduum .

strony, treść filozofii i literatury eg­ ukazująca moraln e i ideowe outsider-

stwo, pustkę i osamotnienie, pełną atomizację jednostk i w e współczesnym społeczeństwie mieszczańskim , jest cięż­ k i m oskarżeniem etyczny m i społecznym ustroju, który zohydził wszystkie uświęcone przez siebie wartości i nie może znaleźć nowych. Pośrednio ukazuje konieczność przej­ ścia do takic h stosunków, które usunęłyb y dręczącą ludzi świadomość tragicznej przepaści między społeczeństwem a jednostka .

T e dwie funkcje społeczne są wyraźnie sprzeczne. Od­ zwierciedlają on e konfliktowość i dwuznaczność społecz­ ne j sytuacji samyc h twórcó w owych koncepcji. Mówią

o wieloznaczności je j treści, która — różnie odczytywa­

na — może mieć zarówno konserwatywne, ja k i krytyczno- -opozycyjne znaczenie społeczne. W twórczości filozofów tego laicko-egzystencjalistycznego nurtu, wówczas gdy się­ gam y do bardziej szczegółowej analizy ich dzieł, odnajdu­ jem y fluktuację nastrojó w i treści, która raz wiedzie dc stężenia motywów tragizm u istnienia, metafizycznego prze­ kleństw a ludzkiego bytu, aby gdzie indziej gromadzić ele-

Z

drugiej

jedna k

zystencjalistycznej,

ment y moralnej krytyk i znienawidzonego etosu i obycza­ jowości rozkładającej się cywilizacji mieszczańskiej, kry­ tyki na pograniczu radykalnego protestu społecznego z po­ zycji postępu. Tak a jest istota owej wewnętrznej niespójności, konflik- towości i niepokoju filozofii i literatury laickiego egzys- tencjalizmu.

IV

„Czy byłoby to tylko tchórzliwe i egoistyczne odmówie­

ni e

się życia, ale racji życia. Odrzuca logiczność śmierci. Jeśl i nic nie trwa, nic nie m a żadnych usprawiedliwień, śmierć pozbawiona jes t sensu. Walczyć ze śmiercią znaczy więc domagać się sensu życia, walczyć o regułę i jedność." 1 6

Cał a twórczość Camusa — to poszukiwanie tego sensu, tej racji — bez której życie zamienia się w nie skoordynowa­ ny strumień przemijających wrażeń i pragnień. Obcy — pierwszy wybitn y utwó r literack i Camus a — dał kliniczny opis takiej nonsensownej egzystencji. Pokazał człowieka o pustym wnętrzu duchowym, opuszczonego i sa­ motnego wśród ludzi, człowieka w stanie emocjonalnej

i moralnej

Pozbawienie zewnętrznych racji działania dezorganizuje wewnętrzną strukturę ludzkiej osobowości. Ic h bra k stwa- rza ju ż nawet nie rozdarcie, ale pełne rozbicie świata myśli, woli i uczuć — zatapia wszystko w nonsensie i ukazuje nikczemną śmierć jak o nieubłagany koniec życiowej drogi. Camu s nie szuka społecznych czy historycznych przyczyn pojawienia się takich odczuć, takiego stanu ducha. Poświęci się jeg o psychologicznej analizie, ażeby stworzyć w rezul­ tacie nową postać literacką, nowy typ bohatera : Mersaul- ta — Obcego.

J u ż to samo jest protestem. „Jeśli powieść — powie —

Zbuntowan y ni e domag a

zgod y

n a

własn ą

śmierć ?

[

]

atrofii.

wyraż a tylk o nostalgię, rozpacz, niespełnienie, to przecież buduje form ę i daje zbawienn e rozwiązanie. Nazwać roz­ pacz to ju ż ją przezwyciężyć." 1 7 Ale to nie wystarcza. Ca ­ mus nie jes t tylko demaskatore m odsłaniającym przera­ żającą rzeczywistość egzystencji zarażonej poczuciem absur­ du. Star a się znaleźć rozwiązanie pozytywne. Star a się. sfor­ mułowa ć odpowiedź na pytanie. „dlaczęgp_iyj?|T"jak żyć". Czy znajdzie na to odpowiedź? Jeśl i jesteśm y sam i pod pustym niebem , jeśli trzeb a umrzeć n a zawsze, jakż e możem y istnieć naprawdę? Camu s przygląda się formo m buntu przeciw pustce i ni­ cości, przeciw nędzy doli ludzkiej. Oto na przykła d bun t surrealistyczny zrywający pozornie wszystkie pęta krępu­ jąc e jednostk ę — bun t absolutny, nihilizm doprowadzony do doskonałości. Czy nie przekształca się on w szaleństwo kary, w pochwałę zabójstw a i samobójstw a — we wstrzą­ sając y bunt: „W y wszyscy jesteście poeci, lecz ja jeste m p o stronie śmierci." 1 8 T o surrealizm ośmielił się powiedzieć, że najprostszym akte m surrealistycznym jest wyjść na uli­ cę z rewolwere m i strzelać do tłumu . „Kt o — pisze Ca ­ mus — odrzuca każdą determinację, prócz jednostk i i je j pragnienia, wszelkie pierwszeństwo, prócz pierwszeństwa nieświadomości, musi powstawać jednocześnie przeciwko

Najważniejsz e

to zerwać więzy, zapewnić trium f irracjonalności. Cóż in­

nego bowie m oznacza ta apologia zabójstw a niż to tylko, że w świecie pozbawionym znaczeń i honoru tylko prag­

nienie istnienia pod każdą postacią jes t uprawnione?" 1 9 Ludzie, którzy nie odnaleźli wartości społecznych, w

Ale miłość,

która staje się ojczyzną wygnańcó w z żywego świata spo­ łecznego — sam a również jes t moralnością trwogi. I ona

zresztą także jes t tylk o pozorem. Czyż może bowie m ist­

świecie wielka, kwitnąc a radość zgod­

nyc h i sprzyjających sobie ciał? Ludzie wymykają się sobie

społeczeństw u i rozumieni u zaraze m [

]

ucieczce od pełnego nihilizm u wybrali miłość.

nie ć i trwa ć na ty m

nawzajem . Życie jes t ruchem , który ściga swój kształt nie znajdując go nigdy. Człowiek szukający dla swojego ist­ nienia reguły, sensu, jedności tęskn i do żywej istoty, z którą mógłby się zjednoczyć na zawsze — znaleźć gra­ nicę, w obrębie które j byłb y królem . „Pragniemy, żeby miłość trwała, a wiemy, że nie trwa." 2 0 Nawet cierpienie nie jest wieczne. Nawet ono nie może stać się losem w bra ­ ku trwałego szczęścia. „Ale nie, nasze najgorsze męczarnie kiedyś się skończą. Pewneg o ranka, po tylu rozpaczach, nieodparte pragnienie życia oznajmi nam , że wszystko się skończyło i że cierpienie nie więcej ma sensu niż szczęś­ cie. " 2 1 Owa namiastk a lepszego scalonego bytu, jak ą lu­ dzie zagubieni starają się znaleźć w dobrej ziemskiej mi­ łości, przekształca się w tragedię patetycznych związków, które — skończone — ciągną się długo jeszcze w oczeki­ waniu na gest czy sytuację, która zamknie wreszcie spra­ wę, nada je j zakończeniu odpowiedni ton, znajdzie dla niej słowo ostateczne. Chę ć trwania w jedności, w bycie scalo­ n y m wywołuje bezsilne szaleństwo miłości. „Haniebne cier­ pienie samotnego kochank a polega nie tyle na tym, że nie jes t już kochany, ile na świadomości, że kochan a osoba mo­ że, i musi kocha ć znowu." 2 2 Najtkliwsze związki kończą się życzeniem zatraty najbliższej dotąd istoty. „Traktują c rzecz skrajnie — pisze Camu s — każdy człowiek w swoim obłęd­ n y m pragnieniu trwania i posiadania życzy istotom, które kochał, jałowości albo śmierci." 2 3

T a k oto nie znalazłszy sensu i racji istnienia w świecie

tragedię, jak ą rodzi miłość

przemijająca i niedoskonała — moralista sięga po racje ze­

wnętrzne, po wartości, które scaliłyby kształt postępują­ cych po sobie chwil, wprowadzając upragnioną harmonię do sfery myśli i sfery działania. Gdzie je odnajdzie? Czy odnajdzie? „Czy możliwe jes t — pyta Camus — stworzyć wartość

wewnętrzych pragnień, znając

wbre w historii wychodząc z same j tylko ponadhistorycz-

ne j refleksji? Byłob y to równoznaczne z akceptacją nie­

sprawiedliwości historycznej i

zate m stworzyć moralność bez wprowadzenia do historycz­ nej egzystencji — wartości obecne j historii? Camu s szuka takie j perspektyw y etycznej w rewolucji społecznej, ale patrząc na rewolucję socjalistyczną przez szkło, które zasłania widok rzeczywistych przeobrażeń społeczno-ekonomicznych i rzeczywistych przemian życia ludzi w skali masowej — zinterpretuje ją fałszywie jak o próbę urzeczywistnienia nowego sprawiedliwego porząd­ ku, zdobycie nowego istnienia przez czyn nie liczący się

z żadną regułą moralną. Co prawda czytam y u Camusa, iż w początkach rewo­ lucji i je j najgłębszych zrywach znajdujem y regułę, która

nie jes t formaln ą i która może je j służyć za przewodnika. Camu s staje także po stronie rewolucyjne j pogardy dla for­ malne j i mistyfikatorskiej moralności społeczeństwa bur- żuazyjnego. Ale śledząc losy rewolucji — z odrzuceniem analizy skomplikowanej sytuacji ekonomicznej, socjalnej, politycznej, osądzając ją w kategoriac h etyki abstrakcyj­

ne j — zarzuci je j pragmatyz m i relatywizm , wysunie na

pierwszy plan rzeczywiste tragiczn e błędy, ażeby zinter­ pretować je jak o istotę rewolucyjnego ustroju. Zawieszony między odrazą do kłamstwa, hipokryzji, nie­ sprawiedliwości mieszczańskiego świata a niezrozumieniem racji rewolucyjnyc h nowego społeczeństwa socjalistyczne­ go, będzie szukał ratunk u w eklektyczny m systemie zbu­ dowanym z motywó w anarchistyczne j utopii Proudhona, federalizm u paryskich komunardów, syndykalizm u Sorel a

i współczesnego socjalreformizmu. Jednocześnie będzie szu­

rozumienia charak ­

teru i losów ludzkiego buntu przeciw rzeczywistości — w historii myśli i historii walk społecznych. Ale jego rozwa­ żania nie są opisami historyka ani analizam i socjologa.

nędzy ludzi." 2 4 Czy można

ka ł potwierdzenia swej postawy, swego

Z historii rzeczywistej i z je j artystycznych i filozoficznych

mistyfikacji, z antycznych mitów i poezji ewangelicznej

czerpie Camus temat y do dramatów obrazujących etapy ludzkiej walki ze złem społecznym, walk i zakończonej klęs­ ką. Odnajdujem y obrazy tragicznych sprzeczności intencji

i skutków czynów, pragnień i warunków. Ta k powstają

portrety Syzyfa, Prometeusza, Spartakusa, Chrystusa, Saint- -Justa, Bakunina, Nietzschego — zwarte konspekty wiel­ kic h dramatów scenicznych, ukazujących podstawowy dy­ lemat, który pisarz widzi w dziejach społecznych i dziejach myśli: być posłusznym naturze, aby ujarzmić historię, czy ujarzmiać naturę, ab y stać się posłuszym historii.

Łatw o jest zakwalifikować Camusa w kategoriach ideo­ logicznych i filozoficznych — wziąwszy za podstawę szcze­ góln y idealizm, subiektywną interpretację dziejów, zamy­ kanie oczu na działanie praw historii. Ale kiedy pojawia się chęć takiej generalizacji, takiej jednoznacznej oceny, trzeba pamiętać o człowieku, który potrafił wybrać, kiedy płaciło się za to życiem , miejsce walczących o ludzką god­ ność przeciw hańbie faszyzmu. Trzeba pamiętać o człowie­ ku, który walczył o swoją moralność laicką, nie oczekując za czyny słuszne żadnej zapłaty i nagrody prócz spokoju własnego sumienia, który dążył do prawd y i dobra, nie chyląc czoła przed żadną aprioryczną religijną zasadą — wiern y tylko sile swego rozumu i dociekliwości racjonalnej analizy.

Dają c

„ —

autokomentar z

do

Motywem

centralny m

V

Upadku,

Camu s

powiedział:

jest

moty w

młodej

dziewczy­

ny,

która

rzuca

się

do

Sekwany .

 

No

i

bra k

reakcji

u

świadka?

Tak,

słabość

człowieka.

 

To

motyw

Conradowski:

człowiek

mężny,

który

nagle

staje

się

tchórzem.

 

— Właśnie.

— A jedna k jes t rozwiązanie?

— Myślę, że każdy, kto patrzy uważnie, znajdzie je , ale

Al e mnie j więce j wygląd a

to tak, że trzeba choć na chwilę zapomnieć o sobie dla ko­

goś

ni e umie m powiedzie ć gdzie [

Tak i

Lord

Ji m

w

miniaturze.

]

innego." 2 5

Sądzę, że inspiracja Conradowska nie ogranicza się do

stworzenia owego „Lorda Jim a w miniaturze". Wspólnotę motywów Conrada i Camusa odkrywam y wielokrotnie.

W twórczości Camusa stale odnajdujem y obecność idei,

której pierwowzory sięgają klasyk a tragicznego laickiego heroizmu. Kieruj ą nas on e do moralistyki Conrada,

a zwłaszcza do tyc h refleksji o życiu, które głosi bohate r

z Nostromo. Słuchani e głos u

Giles a utwierdził o bohater a Smugi cienia w przekonaniu ,

„że życie jes t bezmyślny m zabijaniem czasu i że po to tyl­

ko porzuciłem dogodną pracę w gronie życzliwych przyja­

ciół, by uciekając od pustki życiowej, odnaleźć ją w postaci

T o

sam o musiało by ć wszędzie, od zachodu na wschód, od

północy na południe, na każdym szczeblu drabiny społecz­

nej

nego, nic zdumiewającego, nic pouczającego. Nie ma w nim wiedzy do nabycia ni radości do przeżycia, ni wiel­ kich wydarzeń dających człowiekowi możność stwierdze­ nia własnej wartości. Wszystko jest nieobecne, płaskie

i

Smugi cienia i dr Monygha m

o wiel e dotkliwsze j n a pierwszy m zakręci e drogi. [

.

[

]

]

Świa t n a pewn o ni e zawier a w sobi e ni c oryginal ­

praecenione

"

2 6

Oto Lord Ji m — człowiek nie rozumiejący siebie do koń­

ca i jednocześnie trawiony lękie m przed samowiedzą, bo­

hate r samotny, nie zrozumiany, tragiczny, uporczywy w dążeniu do potwierdzenia własnej godności.

Mówi Stein : „Człowiek, który się rodzi, wpada w marze­ nie, ja k się wpada do morza. Jeżel i usiłuje się wydostać —

a robi ą to niedoświadczen i — top i się, nicht wahr? Nie ! mówię panu ! Jedyn y sposób to poddać się niszczącem u żywiołowi i wysiłkam i rąk i nóg sprawić, że głębokie,

głębokie morze utrzym a człowieka. Więc jeśli pan mnie

zapyta : ja k żyć ? [

]

Powie

m

panu !

N a

t o

jes t

takż e

tylk o

jedn a rada . [

]

Zanurzy ć

si ę

w

niszczący m

żywiole

[

]

To jedyn a właściwie droga. Iść za marzeniem i znowu iść

za marzenie m — i ta k ewig usque ad finem

A l e Ji m symbolizuje teraz ocalenie rzeczy ostatecznych,

"

w

pozostałych z program u społecznego życia — takich, ja k wybór, sumienie, miłość, męstwo, obowiązek. Jes t on także

dramate m wynikający m ze

ności wobec raz przyjętego światopoglądu.

Wreszcie Ji m uosabia potrzebę pełnej zgodności swych czynów z wyobrażeniam i o sobie. Zgoda sumienia ze świa­

i in­

tencji. Drama t Jim a — jak o dramat subiektywnej win y wobec światopoglądu — jes t jednocześnie dramate m nie­ zgodności wyobrażeń o sobie z wymow ą czynów. Ale obok kwestii winy i odpowiedzialności za skutki fałszywego

czynu w przeszłości do głosu dochodzi tu ocena Jim a w świetle pryncypialności etycznej i wyrzeczenia w imię ideału. Zamiast wizji ucieczki od podszeptów złej i grzesz­ nej natury na plan pierwszy wychodzi sprawa utrzyma­

ideału postępowania wbre w oporom zewnętrznym

Ji m „odchodzi od żywej kobiety,

ab y zawrzeć bezlitosne śluby z mglistym ideałem postę­ powania " 28 , stając się pierwowzorem idei, koncepcji i kon­ fliktów laickiego tragicznego heroizmu. Dochodzim y tu do problemó w szerszych — do roli twór­ czości Conrada i etyk i conradyzm u w ukształtowaniu tzw. postawy tragicznej w literaturze. Postaw ę tę możem y okreś­ lić za Wyką 2 9 jak o poszukiwanie metafizycznego lub często psychologicznego podłoża dramató w i tragedii ludzkich przy pominięciu społecznej i politycznej gry sił; twarde wejrzenie w motyw y psychologiczne dla ukazania drama­ tycznej, niespodziewanej gry tyc h motywów : zastąpienie realnego procesu historycznego procesem stanowisk mo-

t e m jes t tu równoznaczna z odpowiedniością czynów

świadomej i dobrowolnej wier­

nia

i pokusom życia. Lor d

ralnyc h będących poza historią; poszukiwanie tragicznego sporu dziejów przede wszystkim w grze postaw moralnych,

w nagłych jednorazowych rewelacjac h zła lub dobra w

człowieku, w

ryc h

Otóż dla reprezentantów ta k rozumianej postawy tra­ gicznej Conrad stanowił niewątpliwie bezpośrednie źródło fascynacji artystycznej i ideowej. Nie był o to tylko odna­ lezienie wspólnoty motywów, podobieństwa tematów i cią­ gów fabularnych, pra w i zasad motywacyjnych — a więc nie było to pokrewieństwo literackie. Conrad ujawniał przed pisarzami ich własn e głębokie konflikty wewnętrzne, kształtował ton ogólnego niepokoju i zwątpienia w form y klarownyc h pytań, przykuwał do określonej problematyki ideowo-etycznej i podsuwał rozwiązania. Prz y czym to pokrewieństw o ideowe wynikało z faktu, iż tragiczni po­ znali w Conradzie pisarza o podobnej ewolucji myślowej i twórczej, i podobnej, ale dojrzałej i mnie j mglistej po­ stawie wobec życia, społeczeństwa i siebie samego, wobec podstawowych wartości moralnych.

Spraw ę tę zobaczym y jaśniej, kiedy przypomnim y sobie etap y i płody tej ewolucji. Ucieczkę Conrad a od świata,

w który m królował wschodni despotzym, do świata za­

chodniego, świata rzekomej wolności i postępu społeczne­ go ukoronował o doświadczenie, z jakieg o zrodziły się Ją­ dro ciemności, Placówka postępu i Nostromo. Doświadcze­

nie to udowodniło brutaln ą siłę interesów materialnych, bra k praw a i sprawiedliwości w rozwoju cywilizacji ka­

pitalistycznej. Kazał o szukać prawości, ciągłości, wartości

nagłyc h olśnieniach wewnętrznych, po któ­

w

duszy

ponowne

ciemności.

zapadają

w abstrakcyjnyc h

Jeg o ocena sił rewolucji jak o wybuch u bezsensownej

rozpaczy wywołanej przez bezsensowną tyranię, jego wi­

po­

wodujących się wiarą w możliwość zmiany charakteru i natur y człowieka w drodze materialne j rewolucji i prze­ budow y stosunków społecznych, jeg o widzenie ludu w po­ staci szarej, bezimiennej masy, otumanionej, zapitej i nie­ zdolnej do czynu — wszystko to bliskie był o „tragicznym".

dzenie rewolucjonistów jak o utopijnych doktrynerów,

zasadach

moralnych.

Niewiara w rewolucyjną zmianę świata, pogarda do

świata istniejącego, załamanie się iluzji liberalnego po­ stępu doprowadziło Conrad a do heroicznego opowiedze­ nia się po stronie odchodzących w niepamięć podstawo­

wyc h wartości humanistycznych:

darności, wierności, honoru, odwagi, dyscypliny, ofiarnoś­

ci. Heroizm w pełne j ciemności, w świadomości okrutnej

„jałowości istnień i śmierci, trawionych w daremny m usi­ łowani u rozwiązania zagadki " (dr Monygha m z Nostro- rąo) — kaza ł budowa ć laick i tragiczn y światopogląd , wsparty o zasadę bezużytecznej odpowiedzialności, wier­

ności samem u sobie i wierności wobe c pra w zamknięte­ go kolektyw u ludzi morza. Te n kolektyw, z dala od spo­ łecznej dżungli lądowej, skazany na nieustanną walk ę

z żywiołem, miał strzec najwyższych cnót. „Poza linią

morskiego widnokręgu świat dla mnie nie istniał

tu o życiu najwewnętrzniejszym , o burzliwych głębiach

naszej istoty, gdzie spotyka nas to, co najlepsze i to, co najgorsze, gdzie człowiek musi żyć sam , lecz nie potrze­ buje się wyrzec wszelkiej nadziei porozumienia z bliźni­

mi.

Tragiczn y laicki heroizm Conrada miał więc racjonalne, realn e podstawy. Trzyma ł się desek okrętowego pokładu

i zasad „dobrej roboty " ludzi morza. Napisze

rad, że: „Z twardego trud u tych ludzi rodzi się współ­ czująca świadomość jednakiego przeznaczenia, wierność dla zasad pracy zawodowej właściw a dobrym praktykom , zmysł dla zasad prawego postępowania, które możem y nazwać honorem, poświęceniem dla obranego powołania,

więc Con­

Mówię

odpowiedzialności, soli­

i

ten idealizm, który nie jes t jakim ś mglistym, skrzydla­

ty

m aniołem bez oczu, ale boską postacią o ziemskim wy­

glądzie, z wejrzeniem jasny m i nogam i mocno opartym i

o ziemię, co go zrodziła." 3 1 Tę więź z realny m światem naderwali kontynuatorzy

z tragicznego pokolenia. Położyli nacisk na sa­

motność i tajemniczość ludzkiego wnętrza, pochylili się

Conrad a

mocnie j

nad

dramatycznym i

starciam i

wewnętrznyc h

mo­

tywó w

i

zinterpretowali

Conrad a

w

duchu

Dostojewskie-

go.

Ci

zaś

z

„tragicznych",

którzy

weszli

na

drogę mistycz­

nej ucieczki od świata — mogli łatwo zastąpić Conradow­

ski żywioł morski, z który m potyka się samotny kolek­

t y w — samotnością człowieka borykającego się z we­

wnętrzny m żywiołem własne j natury. „Skrzydlaty anioł

bez oczu " mógł się tera z pojawić w postaci uświęcającej

łask i — jedyne j ostoi w walc e z zawsze obecny m żywio­

ł e m grzechu. Dyscyplinie, gotowości i czujności w walc e

z morze m odpowiadać teraz miała dyscyplina wewnętrzna

i stała

A l e nawe t wówczas pozostawała jaka ś więź z laickim

wydanie m tragicznego heroizm u dzięki problematyc e ludz­

kiej tragicznej walki z naturą, losem — walki samotnej

i najczęściej

czujność

wobec

zakusów

zła.

kończącej

się

klęską.

V I

Egzystencjalizm lat trzydziestych ukazywał człowieka

zdruzgotanego, który rozpacza nad klęską wynikłą z roz­

wiania się ideału sytego, spokojnego życia mieszczańskie­

go — lub poddaje się tępej rezygnacji. Ukazywał go w sy­

tuacji granicznej, na przełomie życia i śmierci, która pu­

stoszyła jeg o dotychczasową wiarę i rozwiewała żywione

w świecie pozbawionym nagle złudzeń i świateł

człowie k czuj e si ę obcy . [

człowiekiem a jego życiem, pomiędzy aktore m a dekoracją,

T a niezgodnoś ć pomiędz y

iluzje"

]

jes t właśnie poczuciem absurdu." 3 2 Absurd by ł skutkiem

zakończonego klęską jednostki rozdźwięku między je j dą­

żeniam i i pragnieniam i a zewnętrznym światem , który sta­

wiał je j zapory nie do przebycia. Świadomość absurdu ro­

dziła stale na nowo poczucie sprzeczności między świa­

tem , który zdawał się by ć irracjonalny, niepojęty — a roz-

paczliwym pragnieniem jasności. Wobec grozy śmierci całe życie, wszystko, co się na ń składa, wydawało się tracić swój sens i nic nie miało znaczenia: bogowie ani ideały, ani cudza śmierć, ani miłość matk i — pozostawała koniecz­ ność przeżywania kolejnych godzin egzystencji czczej i ni­ jakiej , osądzanie zaś ludzkich czynów i wymia r sprawie­ dliwości przekształcało się w jeszcze jede n obja w nonsen­ su królującego w świecie ludzi, tragifarsę w imię idea­ ł ó w bez pokrycia.

A l e ju ż w przedwojennych latach, w obliczu groźby fa­

szyzmu, wolność człowieka — pojmowana w latac h dwu­ dziestych jak o nieskrępowany i szczery wyraz indywidual­ nyc h zachcianek — zaczęła przekształcać się w problem

jak o „niezgoda n a

zarazę " — kończyła się wewnętrzną emigracją. Wartość intencji i czynów mierzyła miarą czysto indywidualną. Prowadziła do samotnictwa, kazała bra ć rozbrat z panu­ jący m porządkiem rzeczy, izolowała od ludzi.

Dopiero „wybuch dżumy " — lata okupacyjne — posta­ wił ludzi jak o jednostki wobe c zła, które dotknęło wszy­ stkich. Wted y problem stosunku do spraw i cierpień in­ nyc h ludzi stał się sprawą naczelną i w świetle tego sto­ sunku ludzie okazywali się tchórzliwym i egoistami, hie­ nam i lub bohaterami. Mogli uciekać i bronić się samot­ nie, z wyłączną myślą o sobie. Mogli żerować na nieszczęś­

ciu innych, ale odkrywali też ludzkie praw o i ludzkie obo­ wiązki niesienia pomocy cierpiącym i poniżonym, prze­ ciwstawiania się zarazie nawe t za cenę własnego życia.

I okazało się, że wtedy ono sam o odzyskało zatracony sens

i w świetle tego sensu groza śmierci została przezwycię­ żona.

odpowiedzialności. Ujmowan a jedna k

przy­

nosi, trzeba być szaleńcem, ślepcem lub łajdakiem , żeby

Dżumy

jednostki walczącej o swoje tylko pra­

resztki

wo

i

„Kied y

się

się

na

nią

jedna k

zgodzić." 3 3

głos

w

widzi

Ta k

samotnej

biedę

mów i

i

cierpienie,

dokto r

jaki e

z

Rieu x

nie jes t to ju ż

do

życia

lub

ucieczce

salwującej

wewnętrznej godności, rozpamiętującej rozmiary swej własnej tylk o klęski i rozpaczy. To głos człowieka, który patrzy na zewnątrz, widzi konieczność obron y innych, czynnego przeciwstawienia się złu, które godzi we wspólny szereg. Samotnicz y indywidualizm cofa się. Ustępuje miej ­ sca poszukiwaniu ludzkiej solidarności. „Trzeb a odrzucić tęsknotę za odpoczynkiem i spoko­ j e m — czytam y w Człowieku zbuntowanym — jes t on a równoznaczna z akceptacją niesprawiedliwości. Ci, co skarżą się, że nie ma już szczęśliwych społeczeństw, przy­ znają się ty m samym , czego pragną: nie chcą ulżyć nędzy, chcą tylko, aby milczała. A tymczase m chwała należy się właśnie tej epoce, w której nędza krzyczy i nie daje spać sytym! " 3 5

Camu s nie wierzy w możliwość pełnego zniesienia z po­ wierzchni ziem i cierpienia i niesprawiedliwości, ale wie także, że siłą ludzkiego wysiłku można zmniejszyć cier­ pienie świata. Camu s oskarża fałszerstwo chrystianizmu, odpowiadającego na protest przeciw złu na ziemi zwiasto­ wanie m Królestw a i życia szczęśliwego po śmierci. „Tłum y pracujących — pisze — udręczone cierpieniem i śmiercią — to tłum y bez Boga . Nasze miejsc e jes t odtąd u ich "

nieczność walk i z realnym i siłam i rodzącymi zło spo­

3 5 Owo poczucie odpowiedzialności za innych i ko­

boku

łeczne odbudowuje świadomość związków społecznych, solidarność z pokrzywdzonymi, każe szukać towarzyszy czujących, myślących i czyniących podobnie ja k my.

Swoj ą postawę laickiego tragicznego heroizm u

Camu s paradoksalnie jak o „now y indywidualizm " i pisze

określa

o

nim :

„Jesteśm y

wobec

historii

i

historia

musi

się

liczyć z ty m

«jesteśmy», które z kolei musi się liczyć z historią. Mnie

potrzebni

inni,

a

ja

i

wszyscy

w

potrzebni

sensie ,

poniżono

jesteśm y

cięża r

we

in-.

nym .

ne j

ani

J a

godności

[

w

]

sa m

i

nie

dźwigam ,

mogę

Te n

pewny m

aby

wspól ­

mnie

nie jest przywilejem ,

dopuścić,

indywidualizm

innych.

lecz zawsze walką, czasem zaś, u szczytu pełnego dum y współczucia, radością, która nie m a sobie równej." 3 8 Najpełniejszy wyraz artystyczny tragicznego heroizm u Camusa odnajdujem y w jeg o jedynej większej powieści:

w Dżumie. W ty m typowy m tworz e kreacjonistyczne j li ­

teratury, której przedmiotem nie jes t rzeczywisty prze­

bieg procesów społecznych w ich historycznej konkretnoś­

dramat postaw moralnyc h ujawniających się w

sytuacjac h malowanych z ostrością symbolu — co kro k napotykam y twarze samego autora. Posta ć stworzona przez powieściopisarza — napisał kiedyś Camu s — nie jest ni­ gdy nim samym . Jednakż e powieściopisarz może by ć wszy­

stkim i postaciam i jednocześnie . Jes t wię c Dżuma przede wszystkim wielkim monologiem artysty — rozbitym na szereg kwestii ukazujących jeg o wewnętrzn e rozdarcie. Poznajem y wizerunek tyc h walk wewnętrznyc h pisarza

w szarpaninie młodego Rambert a — wahającego się mię­

dzy pragnieniem miłości, indywidualnego szczęścia a na­ kaze m społecznego obowiązku, Ramberta , który po przej­ ściu , tylu nieszczęść miał jeszcze doświadczyć tragedii przemijania uczucia. Widzim y go w zdziwaczałym Gran ­ dzie, który stara się uciec od swojej nieszczęśliwej świa­ domości, ażeby znaleźć ukojenie w czystym procesie twór­ czości artystycznej. Odnajdujem y jego twarz w cynicznym Tarrou , Tarro u bez złudzeń co do siebie i ludzi — który potrafi przecież znaleźć w walc e ze złem potwierdzenie swej godności i honoru. Jes t wreszcie nowy m doktorem — doktorem Rieu x — stojący m świadomie i z wyboru po stronie pokrzywdzonych i cierpiących. „Tarro u szepnął, że

to nigdy się nie skończy i że będą jeszcze ofiary, tak i jes t bowie m porządek rzeczy. «Możliwe — odparł doktor —

ci — ale

ale

widzi pan, czuję się bardziej solidarny ze zwyciężony­

mi

niż ze świętymi. Sądzę, że nie ma m upodobania do bo­

haterstw a i świętości. Obchodzi mnie tylko, żeby by ć czło­

wiekiem.» " 3 7

T a k Dżuma językie m proz y literackie j obrazuj e tezę.

któr ą dyskursywni e przekaza ł Camu s w Człowieku zbun­

Nauczy ć się ży ć i umierać , i ażeb y by ć czło ­

wiekiem , wyrzec się boskości." 3 8 Człowiek nie może się obejść bez człowieka — musi zaspokoić swój straszliwy głód braterstwa. Bun t nie może się obejść bez osobliwej miłości: „Ci, dla któryc h ani Bóg , ani historia nie są wy­

tchnieniem , skazują się na życie dla tych, którzy ja k i oni

ni

duszność jes t wielkodusznością buntu, który bez zwłoki czyni dar ze swej miłości i ta k sam o bez zwłoki odrzuca niesprawiedliwość. I w ty m jest wielkość buntu, że obce

m u jes t wszelkie wyrachowanie, że wszystko ofiarowuje

dniowi dzisiejszemu i żyjącym braciom . Dzięki tem u właś­

nie hojnie obdarza ludzi przyszłości." 3 9

„W południe życia, gdy osiągnie dojrzałość myśli, zbun­ towany odrzuca boskość i dzieli wspólny los i wspólną walkę. Wybierzem y Itakę, ziemię wierną, myśl śmiałą

i bez ozdóbek, działanie bez złudzeń, wielkoduszność czło­

wieka, który wszystkiego jest świadom . W świetle połu­ dnia świat staje się naszą pierwszą i ostatnią miłością. Nasi bracia oddychają pod ty m samy m niebe m co my, sprawiedliwość jes t żywa. Wted y to rodzi się owa szcze­ gólna radość, która pomaga żyć i umiera ć i której odtąd nie będziem y odkładać na później "

T a szaleńcz a wielko ­

towanym:

e

mog ą

żyć :

dl a

upokorzonyc h

[

]

4 0

Nagła śmierć w samochodowym wypadku, przez nikogo nie zawinionym, przerwała twórczość Camusa w momencie pasowania się ze współczesną problematyk ą polityczną, ideową, filozoficzno-moralną. Camusowi, którego książki przekształcają się obecnie w klasykę, za życia daleko było od akademizmu. Uzasadnienie Szwedzkiej Akademii przy­ znającej mu nagrod ę Nobla 17 października 1957 rok u w dziale literatury głosiło, że otrzymuje tę nagrodę „za ca -

łość dzieła rzucającego światło na problemy, któr e nasze dni stawiają przed świadomością ludzką" 4 1 . Taki e dzieło nigdy ni e może przybrać postaci skończonej. Odczytujem y dzisiaj jeg o książki jak o propozycje poszukiwania nowej moralności i demaskowania moralności starej, jak o wyraz niepokoju filozoficznego przeniesionego do literatury pięk­ nej . Jeg o publicystykę, eseje, szkice filozoficzne i literac­ kie odczytujem y jak o nazwanie wątków w tworzywie li­ terackim dopiero zarysowanych i oczekujących na now e realizacje artystyczne; odnajdujem y motyw y filozoficzne, które poszukują dopiero drogi do literatury, stanowiąc dzi­ siaj już tylko ślad zamiarów literackic h nigdy nie zreali­ zowanych.

Jerzy

Kossak

Jeanow i

Grenier

DWIE STRONY

TEGO

SAMEGO

PRZEDMOW A

Szkic e zebran e w ty m tomie zostały napisan e w 1935

i 1936 (miałem wówczas dwadzieścia dw a lata) i wydruko­

wan e w rok później, w Algierii, w niewielkiej ilości eg­ zemplarzy. Wydanie jest od dawna wyczerpane, ja zaś wciąż nie chciałe m się zgodzić na wznowienie. Mó j upór nie wynik a z tajemniczyc h powodów. Nie wy­ rzeka m się niczego, co jes t wyrażone w tyc h tekstach, ale i c h form a zawsze wydawał a m i się niezdarna. Przesądy, jaki e wbre w sobie żywię na tema t sztuki (wytłumaczę to dalej), nie pozwalały m i długo na reedycję . Wielk a próż­ ność, ja k widać, w której kryje się na domiar sugestia, jakob y moj e inne książki zaspokajały wszelkie wymagania.

Czy muszę dodawać, że ta k nie jest ? Jeste m tylk o bardziej uczulony na niezręczności te j książki niż innych, również

m i znane. Wyjaśnić to można ty m jedynie, że te pierwsze

prób y dotyczą temat u (i zdradzają go nieco), któr y najbar ­

spraw a wartości literac ­

kie j została ustalona, mogę wyznać, że w istocie wartość tej książeczki jak o świadectw a jes t dla mnie znaczna. Mó ­ wię: dla mnie, ponieważ świadczy ona dla mnie, ode mni e żąda wierności, które j ja tylk o zna m trudności i głębię. Spróbuję to wytłumaczyć.

dziej leży m i na sercu. Skor o ju ż

Parai n powiada często, że ta książeczka jest naj ­

lepsza z tego, co kiedykolwiek napisałem . Parai n się myli. Znają c jeg o lojalność, nie mówię tego powodowany roz­ drażnieniem , któr e ogarnia każdego artystę, gdy ktoś oś-

Bric e

mieli się twierdzić, że woli go takim, jak i był, niż takim , jak i jest. Nie, Parai n się myli, ponieważ mają c dwa­ dzieścia dwa lata nikt nie umie pisać, prócz geniuszy. Ale rozumiem, co Parain , uczony wróg sztuki i filozof współ­ czucia, ma na myśli. To mianowicie, i ma rację, że więcej jest prawdziwej miłości w tych nieporadnych stronicach

niż

W każdym artyście jest jedyn e źródło, które przez całe życie żywi jeg o samego i to, co on mówi. Kied y źródło wysycha, dzieło z wolna twardnieje, pęka. Są to nie­ wdzięczne ziemie sztuki, których niewidoczny strumień już nie nawadnia. Gd y włos rzednie i martwieje, artysta doj­ rzał ju ż do milczenia lub salonów, co wychodzi na jedno. Co do mnie, wiem, że moje źródło jest tutaj, w ty m świe­ cie biedy i światła, gdzie długo żyłem i którego wspomnie­ nie chroni mnie przed dwom a przeciwnym i niebezpieczeń­ stwam i grożącymi każdem u artyście; przed urazą i satys­ fakcją.

we

wszystkim,

co

napisałem

potem.

Bied a nigdy nie był a dla mnie nieszczęściem: światło wypełniało ją swoim bogactwem . Nawet moje bunty zna­ ły jeg o blask. Był y one niema l zawsze, i myślę, że mogę to powiedzieć uczciwie, buntam i w obronie wszystkich i po to, żeby życie wszystkich zaznało światła. Nie jest rzeczą pewną, czy moje serce miało naturaln e dyspozycje dla tego rodzaju miłości. Ale okoliczności mi pomogły. Żeb y obojętność mojej natury mogła zostać skorygowana, znalazłem się w pół drogi pomiędzy biedą a słońcem . Bie ­ da nie pozwoliła mi wierzyć, że wszystko jest dobre pod słońcem i w historii; słońce nauczyło mnie, że historia ni e jest wszystkim. Zmienić życie, tak, ale nie świat, który by ł moim bóstwem. W te n sposób rozpocząłem moją nie­ wygodną karierę, naiwnie stając na sznurze, gdzie nieła ­ two zachować równowagę; toteż posuwam się nie bez tru­ du, nie będąc pewien, czy dojdę do końca. Inaczej mówiąc zostałem artystą, jeśli jest prawdą, że nie m a sztuki bez wyrzeczenia i bez zgody. W każdym razie piękny płomień, unoszący się nad moim dzieciństwem, uwolnił mnie od wszelakiej urazy. Żyłe m

w niedostatku, ale i w poczuciu jakiego ś posiadania. Czu­

ł e m w sobie niewyczerpan e siły; trzeba było tylko znaleźć

dla nic h zastosowanie. T o nie bieda był a im przeszkodą:

w Afryc e morze i słońc e nic nie kosztują. Przeszkody był y

raczej w przesądach czy w głupocie. Miałe m ta m wszelkie okazje, żeby rozwinąć moją „kastylijską " dumę, któr a wy­

rządziła m i wiele zła, którą słusznie wykpiw a mój przy­ jacie l i mistrz, Jea n Grenier , i której na próżno usiłowa­ łe m się pozbyć aż do chwili, gd y zrozumiałem , że istnieje

wówczas zgodzić się n a

tę dum ę i zmusić ją do służby niż, ja k powiada Chamfort,

wyznawać zasady, które są silniejsze od charakteru . Ale

znając ju ż siebie mogę powiedzieć, że wśród moich licz­ nyc h słabości nie m a wad y najbardziej rozpowszechnionej,

to

T a szczęśliwa odporność nie jest moją zasługą. Zawdzię­ czam ją przede wszystkim moim bliskim , który m bra k był o

niema l wszystkiego i którzy nie zazdrościli niema l nicze­ go. T a rodzina, która nie umiał a nawet czytać, swoim mil­ czeniem , rezerwą, naturaln ą i skromną godnością nauczyła mnie rzeczy najważniejszych i te nauki przetrwały we mnie. Poza tym , zbyt byłe m zajęty odczuwaniem , żeby myśle ć o czym innym . Dziś jeszcze, gdy widzę, ja k żyją

w Paryż u ludzie o wielkic h fortunach, w moim oddale­

niu od nic h jes t troch ę politowania. Świa t jes t pełen nie­

jaka ś fatalność natury. Lepie j był o

znaczy

zawiści,

tego

rak a

społeczeństw

i

doktryn.

sprawiedliwości, ale o jedne j z nich nie mów i się

nigdy:

o

klimacie.

Nie

wiedząc

o

tym ,

długo

korzystałem

z tego

przywileju. Słysz ę ju ż zarzuty naszych okrutnyc h filan­

tropów, jeśli mnie czytają. Chc ę dać do zrozumienia, że robotnic y są bogaci, a burżuazja biedna, żeby nada l trwał a

Nie,

nie o to chodzi. Przeciwnie, jeśli bieda łączy się z ty m ży­

cie m bez nieba i nadziei, które dochodząc do wiek u doj­

rzałego poznawałem na strasznych peryferiach naszych miast, to znaczy, że dokonała się ostatnia i najbardziej wstrząsająca krzywda: trzeb a uczynić wszystko, żeby ci ludzie uszli podwójnej hańbie biedy i brzydoty. Uro ­ dzony wśród biedy, w dzielnicy robotniczej, ni e wiedzia-

t a k szczęśliwa niewola pierwszych i potęga drugich.

ł e m przecież, co to prawdziwe nieszczęście, zanim ni e poznałem naszych zimnych przedmieść. Nawet najgorsza nędza arabsk a nie da się z nim i porównać, bo jes t pod inny m niebem . Te n jednak, kto raz zobaczył przemysłow e przedmieścia, czuje się na zawsze splamiony i odpowie­ dzialny za ich istnienie.

A jedna k to, co powiedziałem, jes t nadal prawdziwe. Spotyka m czasem ludzi, którzy żyją wśród bogactw, jakic h nie mogę sobie nawe t wyobrazić. Trzeb a jedna k wysiłku,

aby m zrozumiał, że można im tego zazdrościć. Dawn o tem u

spędziłem tydzień , obdarowany wszystkim i bogactwam i świata: spaliśm y pod goły m niebem , na plaży, żywiłem się owocam i i spędzałem połow ę dnia w bezludnej wodzie. Nauczyłe m się wtedy prawdy, która zawsze skłaniała mnie do tego, żeby wygody, komfort, osiadłość traktowa ć

z ironią, niecierpliwością, a niekiedy nawet z wściekłoś­

cią. Chociaż żyję dziś bez troski o jutro , a więc jak o czło­

wie k uprzywilejowany, ni e umie m posiadać. Nie umie m

zachować tego, co ma m i co otrzymałe m bez stara ń z mo­

j e j strony. Mniej z marnotrawstw a niż z pewnego rodzaju skąpstwa: nie chc ę utracić te j wolności, która znika, led­ wo dostatek jest zbyt wielki. Największy zbytek zawsze kojarzy m i się z jakim ś wyzuciem . Lubi ę nagie domy Ara­

bó w czy Hiszpanów. Miejscem , gdzie najchętnie j mieszkam

i pracuję (i gdzie, rzecz bardziej rzadka, byłob y mi obo­

jętni e umrzeć), jes t pokój hotelowy. Nigdy ni e potrafiłem znaleźć uroku w tym , co nazyw a się życiem wnętrza (i co

jes t często przeciwieństwem życia wewnętrznego); ta k

zwane mieszczańskie szczęście nudzi mnie i przeraża.

W ty m nieprzystosowaniu nie m a zresztą nic chwalebne­

go; niemało przyczyniło się do utwierdzenia moich złych cech. Nie zazdroszczę niczego, to moj e prawo, ale nie zaw­ sze myślę o zawiściach innych, i to pozbawia mnie wyo­ braźni, to znaczy dobroci. C o prawda ukułe m sobie mak ­ sym ę na mój użytek prywatny: „Zasady trzeb a zachować dla spraw wielkich, mały m wystarczy miłosierdzie." Nie­ stety! człowiek ukuw a sobie maksymy, żeby zapełnić dziury we własny m charakterze. Miłosierdzie, o który m

mówię, jes t w e mnie raczej obojętnością. Jeg o skutki, ja k możn a przypuszczać, są mnie j cudowne. A l e chc ę jedynie podkreślić, że ubóstw o niekoniecznie rodzi zawiść. Nawet później, kiedy ciężka choroba pozba­ wił a mnie na pewien czas siły życia, która w e mni e prze­ kształca wszystko, mim o niewidocznych kalectw i nowych

przyczyną, mogłe m poznać strac h

i zniechęcenie, nigdy gorycz. Ta choroba do moic h wię­ zów dorzuciła nowe, jeszcze bardziej uciążliwe. Sprzyjała wreszcie te j wolności serca, tem u lekkiem u dystansowi wobe c interesó w ludzkich, które zawsze chronił y mnie przed urazą. Od kiedy mieszkam w Paryżu , wiem , że jes t to przywilej królewski. Ale korzystałem z niego bez ogra­ niczeń i wyrzutów, i przynajmnie j dotychczas rozświetlał moje życie. Jak o artysta, na przykład, zacząłem od podzi­ wu, co w pewny m sensie jes t raje m na ziemi. (Wiadomo, że ktoś, kto rozpoczyna dziś karier ę literack ą we Francji ,

słabości, jakic h był a

a nawe t chc e ją zakończyć, musi, na odwrót, znaleźć sobie artystę, z którego mógłb y szydzić.) Podobnie, moj e na ­ miętności dojrzałego wiek u nigdy nie był y „przeciw". Istoty, któr e kochałem , był y zawsze lepsze i większe ode

zaznałem , nie nauczył a mnie ura ­

zy, ale pewnej wierności i milczącego uporu. Jeśl i zda­ rzało m i się o ty m zapominać, win ę ponoszę ja sam czy moj e wady, nie świat, gdzie się urodziłem .

Pamię ć tyc h la t ustrzegła mnie również przed zadowo­

lenie m z uprawiania mego zawodu. Tu chciałby m z naj ­ większą prostotą, na jak ą mnie stać, powiedzieć o tym , co przemilczają zazwyczaj pisarze. Nie mówię nawe t o satys­ fakcji, jak ą znajduje się podobno wobec udanej książki czy stronicy. Nie wiem , czy zna ją wielu artystów. C o do

mnie, nie sądzę, aby m kiedykolwiek doznał radości

tując skończoną ju ż stronicę. Wyzna m nawet, choćby m mia ł zostać zrozumiany dosłownie, że powodzenie kilku moic h książek zawsze mnie zaskakiwało. Oczywiście, czło­ wie k się przyzwyczaja, i to w sposób dość nędzny. Mim o to dziś jeszcze czuję się uczniem żyjących pisarzy, który m daję miejsc e na miar ę ich zasług i wśród których jedny m

odczy­

mnie. Bied a więc, której

z pierwszych jest ten, kom u te próby był y dedykowane przed dwudziestu laty. 1 Naturalnie, pisarz zna radości, dla których żyje i które wystarczają, żeby go uszczęśli­ wić. Ale ja znajduję je w momencie, gdy rodzi się po­ mysł, w sekundzie, kiedy temat mi się odsłania, kiedy ar­ tykulacja dzieła ukazuje się odczuwaniu nagle jasno wi­ dzącemu, w tyc h cudownych chwilach, kiedy wyobraźnia stapia się całkowicie z inteligencją. Te chwile mijają rów­ nie szybko, ja k przyszły. Zostaje wykonanie, to znaczy długi trud.

W innej płaszczyźnie rzecz biorąc, artysta zna również

satysfakcje płynące z próżności. Zawód pisarza, zwłaszcza

w społeczeństwie francuskim , jes t w znacznym stopniu

zawodem opartym na próżności. Mówię to zresztą bez po­ gardy, z żalem zaledwie. Po d ty m względem jeste m po­

dobny do innych; któż mógłb y powiedzieć o sobie, że jes t wolny od tego śmiesznego kalectwa? W społeczeństwie, wydany m zawiści i kpinom , zawsze przychodzi w końcu dzień, kiedy pisarze, okryci szyderstwem, ciężko płacą za

te biedne radości. Al e dwadzieścia lat życia literackiego

przyniosło mi takic h radości niewiele i przynosi ich coraz

mniej w miarę, ja k czas upływa.

Moż e pamię ć pra w dostrzeżonyc h w Dwóch stronach tego samego ni e pozwal a mi czuć się dobrz e w publiczny m wykonywaniu mego zawodu i przywiodła mnie do tylu od­ mów, które nie zawsze przysparzały m i przyjaciół? Bo też lekceważąc komplement czy słowa uznania, pozwalam ich autorowi myśleć, że nim pogardzam, gdy wątpię tylk o

o sobie. Podobnie gdybym umiejętnie łączył cierpkość

i uprzejmość, ja k to czyni się często w

karierze literac­

kiej, gdybym popisywał się ja k tylu innych, zyskałbym więcej sympatii, brałby m bowiem udział w grze. Ale co robić, jeśli ta gra mnie nie bawi! Ambicja Lucjan a de Ru - bempr é czy Julian a Sorel a zbija mni e często z tropu swo­

ją naiwnością i skromnością. Ambicje Nietzschego, Toł ­

stoja czy Melville'a poruszają mnie do głębi, nawet z racji

ich klęsk. W skrytości serc a czuję pokorę tylko wobec naj ­

biedniejszych egzystencji albo wielkic h przygód ducha.

Pomiędzy obiem a jest dziś społeczeństwo, które budzi śmiech. Niekiedy n a tyc h „premierach " teatralnych, jedyny m

miejscu, gdzie spotykam ludzi, któryc h bezczelnie nazyw a

się „cały m Paryżem" , doznaję wrażenia, że sala zniknie,

że nie istnieje te n świat, taki, jaki m się zdaje. Inn i są dla mnie prawdziwi, wielkie postacie krzyczące ze sceny. Żeb y

nie uciec wówczas, trzeba sobie przypomnieć, że każdy

z tyc h widzów ma również jakie ś spotkanie ze sobą sa­ mym ; że wie o ty m i że zapewne uda się na nie za chwilę. Natychmiast stają się znów braterscy : samotność łączy tych, których zbiorowisko rozdziela. Wiedząc o tym , jak ­ że schlebiać tem u światu, ubiegać się o jeg o śmieszne przy­ wileje, gratulować wszystkim autoro m wszystkich książek, dziękować z wylanie m życzliwem u krytykowi; w imię cze­ go usiłować zjednać przeciwnika i, nade wszystko, z jak ą

twarzą przyjmować te komplementy i podziw, których spo­ łeczeństwo francuskie (w obecności autora przynajmniej,

bo kiedy go ju ż nie ma!

zużywa tyle samo, co aperiti-

fów i prasy brukowej? Nie potrafię tego wszystkiego, to

pewne. Może jes t w ty m dużo tej pychy, które j rozmiary i potęgę zna m w sobie. Ale gdyby był o tylko to, gdyby w grę wchodziła jedynie moja próżność, zdaje mi się, że,

na odwrót, potrafiłbym powierzchownie radować się kom ­

plementem , zamiast znajdować w ni m wciąż powtarzającą

się przykrość. Nie, próżność, którą dzielę z ludźmi mego

zawodu, reaguje przede wszystkim na te krytyki, któr e zawierają znaczną część prawdy. To nie dum a sprawia,

że przybieram te n wyraz twardy i niewdzięczny, dobrze

mi znany, ale (wraz z głęboką obojętnością, kalectwe m

mojej natury) to szczególne uczucie, które mów i m i wów­ "

wa, ja k to się powiada, jes t czasem ta k trudna do przyję­

cia, że znajduję jaką ś złośliwą radość w robieniu wszyst­ kiego, żeby ją stracić. N a odwrót, czytając na nowo po tyl u latac h Dwie strony tego samego, czuję instynktów -

)

czas: „T o nie jest to

Nie, to nie jest to, i dlatego sła ­

nie, że mim o nieporadności, pewne stronice to jest właś­

nie to. To, to znaczy ta stara kobieta, milcząca matka, bie­

da, światło na włoskich oliwkach, miłość samotna i zalud­ niona, wszystko, co w moich oczach jest świadectwem prawdy .

Od czasu, kiedy te stronice zostały napisane, zestarza­

ł e m się i przeszedłem wiele. Poznałe m siebie, wiem, jaki e

są moje granice i jaki e słabości. Mniej dowiedziałem się

o innych, ponieważ moja ciekawość kieruje mnie raczej ku ich losom niż reakcjom , a losy powtarzają się często. Do­ wiedziałem się przynamniej , że oni istnieją i że egoizm, jeśli nie można się go wyrzec, musi osiągnąć jasność wi­ dzenia. Cieszyć się sobą jest niemożliwe; wie m o ty m mim o moich wielkich w ty m zakresie talentów. Jeśl i istnieje sa­ motność, o czym nie wiem, człowiek miałb y prawo marzyć o niej czasem ja k o raju. Marzę o niej czasem, ja k wszy­ scy. Ale dwa ciche anioły wzbraniały m i je j zawsze: je ­ den ma twarz przyjaciela, drugi twarz wroga. Tak, wiem to wszystko i dowiedziałem się jeszcze, mniej więcej może, jak a jest cena miłości. Ale o samy m życiu nie wiem więcej nad to, co zostało powiedziane nieporadnie w Dwóch stronach tego samego.

„Nie ma miłości życia bez rozpaczy", napisałem na tych stronicach nie bez emfazy. Nie wiedziałem wówczas, ja k dalece mówię prawdę; nie znałem jeszcze czasów prawdzi­ wej rozpaczy. Te czasy nadeszły i mogły wszystko znisz­

czyć we mnie prócz bezładnej żądzy życia. Cierpię jeszcze

od tej namiętności płodnej i niszczycielskiej zarazem, która

błysk a nawet z najmroczniejszych stronic te j książki. Powiedziano, że żyjem y naprawdę tylko przez kilka godzin naszego życia. Jes t to prawdziwe w pewny m sensie, fał­

szywe w innym . Te n nienasycony żar, który czuje się w tych próbach, zawsze jes t ze mną, on jest dla mnie życiem najgorszym i najlepszym. Chciałe m oczywiście zmienić jeg o najgorsze efekty. Ja k wszyscy próbowałem , ja k mo­ głem , ulepszyć swój charakte r moralnością. Niestety! To właśnie kosztowało mni e najdrożej. Mając energię, a tej

mi nie brak, dochodzi się czasem do postępowania zgodne-

go z moralnością, ale nie do tego, żeby być moralnym . Ma ­

rzyć o moralności, gdy jest się człowiekiem pasji, to oddać

się niesprawiedliwości w te j samej chwili, kiedy mówi się

o sprawiedliwości. Człowiek wydaje mi się niekiedy cho­

dzącą niesprawiedliwością: myślę o sobie. Jeśl i zdaje mi się teraz, że myliłe m się czy kłamałe m w tym , co czasem pi­ sałem , to dlatego że nie wiem, ja k pokazać uczciwie moją niesprawiedliwość. Zapewne, nigdy nie mówiłem , że je ­

ste m sprawiedliwy. Zdarzało m i się tylk o niekiedy mówić,

że należy by ć sprawiedliwym i że jes t to trud i nieszczęś­ cie. Ale czy różnica jes t ta k wielka? I czy naprawd ę może głosić sprawiedliwość ten, kto nie potrafi nawet osiągnąć, żeby sprawiedliwość zapanowała w jego własny m życiu?

można był o żyć zgodnie z honorem ,

tą cnotą niesprawiedliwych! Ale nasz świat uważa to słowo za nieprzyzwoite; arystokrata, ten epitet należy do repertuaru obelg literackic h i filozoficznych. Nie jeste m arystokratą, moja odpowiedź zawiera się w te j książce:

oto moi bliscy, mo i mistrzowie, moje potomstwo; oto, co

łączy mnie poprzez nich z wszystkimi. A jedna k tak, trze­ ba m i honoru, ponieważ nie jeste m dość wielki, żeby m mógł się bez niego obejść.

jeśli

te j książki, nie

Gdyb y przynajmniej

A l e

mniejsza

o

to !

Chciałe m

tylk o

podkreślić,

że

przebyłe m szmat drogi od czasu napisania

posunąłem się ta k bardzo naprzód.

Myśląc,

że

idę

naprzód,

cofałe m

się

często

wstecz.

Ale

w

końc u

moj e

błędy,

moj a

niewiedza

i

moja

wierność

zawsze

sprowadzały

mnie

na

drogę , któr ą

otwarłe m

Dwoma

stronami

tego

samego; śla­

dy

tego

widać

we

wszystkim,

co

zrobiłem

potem ,

i

w

pew­

ne

poranki

algierskie

idę

nią

zawsze

z

tym

samy m

lekkim

upojeniem .

Jeśl i więc tak, dlaczego ta k długo nie chciałe m wzno­ wić tego słabego świadectwa? Przed e wszystkim dlatego, że są we mnie, muszę powtórzyć, opory artystyczne, ja k w innych są opory moraln e czy religijne. Zakaz, formuła, że „tego się nie robi", dość m i obca jak o synowi wolnej na­ tury, jes t ze mną — niewolnikiem surowej tradycji artys­ tycznej, i to niewolnikiem pełnym podziwu. Może też ta

ostrożność godzi w moją głęboką anarchię i dzięki tem u

jes t pożyteczna. Zna m mój bezład, gwałtowność pewnych

instynktów, które mogą mn ą zawładnąć. Dzieło sztuki, jeśli ma powstać, musi się posłużyć tym i ciemnym i siłam i du­

szy. Ale wpierw trzeba je skanalizować, otoczyć groblami, po to także, żeby fala był a wyższa. Moj e groble dziś jesz­

Po

prostu, gdy nadejdzie dzień, w którym ustali się równowa­ ga między tym , czym jestem , i tym, co mówię, w te n dzień może, ledwie śmie m to napisać, potrafię zbudować dzieło,

cze są może zbyt wysokie. Stą d czasem ta sztywność

o

jaki m marzę. Chciałe m tu tylk o powiedzieć, że będzie ono

w

te n czy w inn y sposó b podobn e do Dwóch stron tego sa­

mego i że będzie mówi ć o pewny m kształci e miłości. Zro ­ zumiały więc staje się drugi powód, dla którego zachowa­

ł e m dla siebie te młodzieńcze próby. Nieporadność i bez­ ład sprawia, że zdradzamy nasze najdroższe tajemnice;

zdradzamy je również, gdy mask a za dobrze przylega. Lepiej poczekać na chwilę, kiedy potrafi się nada ć im form ę nie przestając słuchać ich głosu, kiedy naturalność i sztuka znaj­ dą się w nich mniej więcej w równych proporcjach: a więc istnieć wreszcie. B o móc wszystko jednocześnie to istnieć.

W sztuce wszystko przychodzi razem albo nic nie przycho­

dzi; bez płomienia nie m a światła. Stendha l napisał kie­ dyś: „Moja dusza jes t ogniem, który cierpi, kiedy nie pło­ nie." Ci, którzy są w ty m do niego podobni, powinni two­

rzyć tylko w ogniu. U szczytu płomienia krzyk wybiega

prosto i znajduje słowa, które go powtarzają. Mówię tu

o tym, na co my wszyscy, artyści niepewni, czy są artys­

tami, ale pewni, że ni e mogą być niczym innym , czekam y dzień po dniu, żeby zgodzić się w końcu na życie.

Dlaczego więc, skoro chodzi o to czekanie, prawdopodob­ nie daremne, zgoda na tę publikację? Przed e wszystkim dla­ tego, że czytelnicy znaleźli argument, który mnie przeko­ nał. 2 Poza ty m zaś nadchodzi czas w życiu artysty, kiedy

musi postawić kropkę, zbliżyć się do tego, co jes t jeg o centrum , żeby ju ż ta m pozostać. Ta k jes t ze mną dzisiaj

ty m więcej. Jeśl i mim o tylu wysił­

ków, żeby zbudować języ k i ożywić mity, nie potrafię

pewneg o dni a napisa ć Dwóch stron tego samego na nowo , nie osiągnę nigdy nic, oto moje niejasne przekonanie.

W każdym razie nic nie stoi na przeszkodzie, by m mógł

wyobrażać sobie, że mi się powiedzie, że w środku tego

dzieła umieszczę cudowne milczenie matk i i wysiłek czło­ wiek a zmierzającego do znalezienia sprawiedliwości albo miłości, która zrównoważy to milczenie. Oto człowiek we śnie życia, na ziemi śmierci, który znajduje swoje prawdy

i który je traci, żeby poprzez wojny, krzyki, szaleństwo

sprawiedliwości i miłości, przez cierpienie wreszcie, po­ wrócić do tej cichej ojczyzny, gdzie nawet śmierć jes t

Tak , nic nie przesz­

kadza śnić, nawet w godzinie wygnania, skoro tyle wie m

przynajmniej i wie m to na pewno, że dzieło człowieka to nic innego ja k długa wędrówka, aby dzięki sposobom sztu­

i nie

muszę

mówić

o

szczęśliwym milczeniem . Oto jeszcze

ki

odnaleźć dwa albo trzy proste i wielkie obrazy, dla któ­

ryc

h po raz pierwszy otworzyło się serce. Może dlatego

po dwudziestu latach prac y żyję nadal w przekonaniu,

że

z okazji tego wydania wróciłem do moich pierwszych stro­ nic, to przede wszystkim pragnąłem powiedzieć.

Odkąd

moj e

dzieło

nie

jes t

jeszcze

nawe t

zaczęte.

IRONI A

Prze d dwoma laty poznałem starą kobietę. Był a chora

i sądziła, że od te j choroby umrze. Praw a stron a je j ciała

była całowicie sparaliżowana. Tylk o połowę siebie miał a

n a ty m świecie, druga połowa był a ju ż je j obca. Mał a sta­

ruszka, ruchliwa i gadatliwa, zmuszona do milczenia i bez­ władu. Sam a przez długie dni, analfabetka, mało wrażliwa, całe je j życie zwracało się ku Bogu . Wierzyła w niego. Dowodem, że miał a różaniec, Chrystusa z ołowiu i świę­ tego Józefa z Dzieciątkiem ze stiuku. Powątpiewała, czy j e j choroba jes t nieuleczalna, ale twierdziła, że jest , aby się nią interesowano, poza tym zdając się na Boga, któ­ rego ta k źle kochała.

Teg o dnia ktoś okazał je j zainteresowanie. By ł to młody

człowiek. (Sądził, że jes t tu jaka ś prawda, a wiedział skąd­ inąd, że ta kobieta umrze, ale nie troszczył się o rozwiąza­ nie tej sprzeczności.) Zmartwienia starej kobiety przejęły go szczerze. Czuła to. I to zainteresowanie był o dla niej niespodzianą gratką. Z ożywieniem opowiadała mu o swo­

u końc a drogi i trzeb a zrobić miejsce dla

ich troskach : jest

młodych. Czy się nudzi? Oczywiście. Nie rozmawiają z nią. Jes t w swoim kącie ja k pies. Lepie j by było, żeby już przy­ szedł koniec. B o woli umrzeć niż by ć komuś ciężarem .

Głos je j stał się kłótliwy. By ł to głos targu, głos, który się targuje. Mim o to młody człowiek rozumiał. Ale by ł zda­ nia, że lepiej być komuś ciężarem niż umrzeć. Co dowodzi­ ło tylko jednego: że na pewno nigdy nie był nikom u cięża­ rem . I właśnie mówił do starej kobiety — zauważywszy

to prawda. "Ale i tu ro­

biono je j przykrości. Jeśl i zdarzyło się, że modliła się dłu­ go, jeśli je j spojrzenie gubiło się w jakim ś wzorze tapety, j e j córka mówiła: „Znow u się modli! — Co ci to szkodzi? pytał a chora. — Nic mi nie szkodzi, ale mnie to w końcu drażni." I stara milkł a patrząc na córkę długo i z wyrzutem . Młody człowiek słuchał tego wszystkiego z przykrością ogromn ą i nieznaną, czując ucisk w sercu. A stara mówiła jeszcze: „Zobaczy, ja k to jest, kiedy sam a będzie stara. J e j także będzie tego trzeba! " Czuło się, że stara kobieta jest woln a od wszystkiego prócz Boga, wydan a całkowicie tej ostatniej chorobie, cnotliw a z konieczności, pewn a zbyt łatwo, że to, co je j pozostało, jes t jedyny m dobrem godnym miłości, pogrą­ żona ostatecznie i bezpowrotnie w tej nędzy, jak ą jes t człowiek w Bogu . Ale niec h nadzieja życia odżyje, a Bó g staje się bezsilny wobec spraw człowieka. Usiedli do stołu. Młod y człowiek by ł zaproszony na ko­ lację . Star a nie jadła , ponieważ jedzenie jes t ciężkostraw- ne wieczorem . Pozostała w swoim kącie, za plecam i tego, który je j słuchał. Czując się obserwowany, jad ł z trudem . Kolacj a jedna k szła swoim trybem . Żeb y przedłużyć to spotkanie, postanowiono iść do kina. Gran o właśnie weso­ ły film. Młody człowiek zgodził się nierozważnie, nie po­ myślawszy o istocie, która nadal trwał a za jeg o plecami.

Wszyscy wstali, żeby umyć ręce przed wyjściem . Oczy­ wiście nie było mow y o tym , żeby stara poszła także. Gdy­ by nawe t nie była bezwładna, nie potrafiłaby zrozumieć filmu. Mówiła, że nie lubi kina. Ale naprawd ę to nie rozu­ miała . Był a w swoim kącie i z wielkim pustym zaintere­ sowaniem przebierała ziarnka różańca. Pokładał a w nim całą swoją ufność. Trz y przedmioty, które posiadała, okreś­ lał y dla niej punkt materialny, od którego zaczyna się bos­ kie. Za różańcem , Chrystuse m i święty m Józefe m otwiera­ ła się wielka głębok a ciemność, w które j był a je j cała na ­ dzieja. Wszyscy byli gotowi. Podeszli do starej kobiety, żeby ją ucałować i życzyć dobrej nocy. Zrozumiała ju ż i ściska-

różaniec: „Bó g pan i zostaje." Był a

ła mocn o swój różaniec. Ale te n gest równie dobrze mógł

wyraża ć rozpacz, ja k żarliwość. Ucałowan o ją . Pozostał tylko młody człowiek. Uścisnął serdecznie je j ręk ę i od­ wrócił się. Ale ona rozumiała, że odchodzi ktoś, kto się nią zainteresował. Nie chciała by ć sama. Czuła już okrop­ ność te j samotności, długą bezsenność, rozpaczliwe sam

na sa m z Bogiem . Bał a się, oparcie znajdowała tylko w

człowieku i czepiając się jedyne j istoty, która okazała je j względy, nie wypuszczała jeg o ręki, ściskała ją, dziękując niezręcznie, by usprawiedliwić to naleganie. Młod y czło­

wie k czuł się skrępowany. Inn i już wołali, żeby się po­

zaczynał się o dziewiątej i lepiej było

przyjść troch ę Wcześniej, by nie czekać przy okienku. On zaś czuł, że znalazł się w obliczu najokropniejszego

ze znanych m u dotychczas nieszczęść: nieszczęścia starej

kalekie j kobiety, którą się opuszcza, by iść do kina. Chciał odejść, uwolnić się, ni e wiedzieć, cofnąć rękę. Prze z sekun­

śpieszył. Fil m

czuł do niej dziką nienawiść i pomyślał, że uderzy ją

w

twarz.

Wreszcie zdołał uwolnić się i odejść; chora, na wpół wy­ chylon a ze swojego fotela, patrzyła z przerażeniem , ja k niknie ostatnia pewność, która mogła być je j oparciem . Nic n i e chroniło je j teraz. I wydan a całkowicie myśli o włas­ ne j śmierci, nie wiedziała dokładnie, co ją przerażało, ale

czuła, że nie chc e by ć sama. Bó g nie przydawał je j się na nic, zabierał ją tylko ludziom i zostawiał samą. Nie chciała

porzucać ludzi. I

dlatego

zaczęła płakać .

Tamc i byli już n a ulicy. Uporczyw y wyrzu t dręczył młodego człowieka. Spojrza ł ku oświetlonem u oknu — wielkiem u martwem u oku w niemy m domu. Oko zam­ knęło się. Córka stare j chorej kobiety powiedziała do młodego człowieka: „Zawsze gasi światło, kiedy jes t sama. Lub i zostawać w ciemnościach."

Starze c triumfował, marszczył brwi, pouczająco potrzą­

sał

wskazującym

palcem .

Mówił:

„Mój

ojciec

dawał

m i

pięć

franków

z

moje j

tygodniówki,

żebym

mógł

się

zaba-

wić aż do następnej soboty. I co? Jeszcz e odkładałem z tego parę groszy. Przed e wszystkim, żeby zobaczyć się z moją narzeczoną, szedłem pieszo na wieś cztery kilometry w tam ­ tą stronę i cztery z powrotem . Mówię wam , dzisiejsza mło ­ dzież nie umie się bawić." Siedzieli przy okrągłym stole, trzech młodyc h i on, stary. Opowiadał swoje biedne przy­ gody: brednie w podniosłym tonie, obrzydliwości, które ce ­ lebrowa ł ja k zwycięstwa. W swoim opowiadaniu nie robił pauz i śpiesząc się, żeby powiedzieć wszystko, zanim go

opuszczą, ze swojej przeszłości wywleka ł to, co

nie m mogło zainteresować słuchaczy. Jeg o jedyn ą wadą było, że chciał, by go słuchano : zdawał się nie dostrzegać ironii w spojrzeniach ani rubasznej kpiny, której mu nie szczędzono. By ł dla nich starcem , o który m wiadomo, że za jeg o czasów wszystko był o dobre, gdy on sam uważał

się za poprzednika godnego szacunku, którego doświadcze­ nie się liczy. Młodzi nie wiedzą, że doświadczenie jes t klęs­ ką i że trzeba wszystko stracić, żeby dowiedzieć się odro­ binę. Star y wycierpiał swoje. Nie mówił nic o tym . Lepie j jes t uchodzić za szczęśliwego. Zresztą, jeśli popełniał tu błąd, popełniłby jeszcze większy chcąc wzruszyć swoim i nieszczęściami. Co mogą obchodzić cierpienia starego czło­ wieka, kiedy życie pochłania was bez reszty? Mówił i mó ­ wił, gubił się z rozkoszą w szarościach swego przygłuchłego głosu. Ale to nie mogło trwać. Jeg o przyjemność był a w osiągnięciu jakiego ś celu, a uwaga słuchaczy gasła. Nie by ł

i kar ­

j u ż nawe t zabawny; by ł stary. Młodzi zaś lubią bilard ty, niepodobne do głupiej prac y codziennej.

Po chwili by ł sam, mim o wysiłkó w i kłamstw , żeby uczy­ nić swoje opowiadanie bardziej zajmującym . Młodzi odeszli be z żadnych względów. Znow u sa m Nie by ć słuchanym : to straszne, gdy człowiek jes t stary. Skazywan o go na milcze­ nie i na samotność. Dawan o mu do zrozumienia, że wkrótc e umrze. A stary człowiek, który ma umrzeć, jes t niepotrzeb­ ny, krępujący nawet i podstępny. Niech sobie pójdzie. Alb o zamilknie: tyle przynajmniej. A on cierpi, ponieważ nie może milczeć nie myśląc o tym , że jes t stary. Wstał jedna k i odszedł uśmiechając się do wszystkich wokół. Ale napot-

jego zda­

ka ł tylko twarze obojętn e albo uczestniczące w wesołości,

do której nie miał

nie mówię, że nie, ale czasem w stary m piecu diabeł pali."

Inny, poważniej: „M y ta m nie jesteśm y

zjeść dobrze. Popatrz na mojego wnuka, je więcej od swego

taty.

nic. I do tego jeszcze kiełbasa, i do tego jeszcze ser! A cza­

sem, kiedy ju ż zjadł, woła : Ham ! Ham ! i zapycha dalej." Star y odszedł. Wolny m krokiem , krokie m spracowanego osła, przemierzał chodniki pełne ludzi. Czuł się źle i nie chcia ł wraca ć do domu. Zazwyczaj dość lubił te powroty:

stół, naftowa lampa, talerze, na których jego palc e machi­ nalnie odnajdują swoje miejsce. Lubił te milczące kolacje, star a naprzeciw niego, kęsy długo żute, głowa pusta, oczy nieruchome, martwe. Dziś wróci później. Kolacj a na stole

będzie zimna, stara w łóżku, spokojna, ponieważ znała jeg o nieoczekiwane spóźnienia. Mówiła: „Znó w go napadło "

i

Szedł teraz spokojnym , uparty m krokiem . By ł sam i sta­ ry. U końca życia starość jes t ja k powracające mdłości. Wszystko kończy się na tym, że nikt nie słucha. Idzie, za­ wrac a na rogu, potyka się i niemal upada. Widziałem go. To śmieszne, ale co robić. Mim o wszystko woli ulicę, ra­ czej ulica niż te godziny w domu, kiedy gorączka przesła­ nia mu starą i zostaje sam w swoim pokoju. I wówczas drzwi otwierają się wolno i pozostają przez chwilę uchylo­

ne. Wchodzi mężczyzna. Jes t jasn o ubrany. Siad a naprze­

c i w starca i milczy przez długie minuty. Nieruchom y ja k

uchylone przez chwilę drzwi. Od czasu do czasu przeciąga ręk ą po włosach i cicho wzdycha. Kied y już długo patrzył na starego jednaki m spojrzeniem ciężkim od smutku, ci­ cho odchodzi. Za ni m such y trzask drzwi; stary nie rusza się przerażony, z kwaśny m i bolesnym lękie m w środku. Ale na ulicy nie jes t sam, choć mało spotyka ludzi. Go ­ rączk a w ni m śpiewa. Przyśpiesza kroku : jutr o wszystko się zmieni, jutro . Nagle odkrywa, że jutr o będzie takie sa­ mo i pojutrze, i wszystkie inn e dni. I to nieodwracalne od­ krycie miażdży go. Taki e myśli zabijają. I człowiek się za-

prawa.

Kto ś

śmiał

się.

„Ona

jes t

stara,

bogaci, ale lubim y

Jeg o tacie wystarczy pół kilo chleba, a on zje kilo ja k

wszystko

było

jasne .

bija, ponieważ nie może ich znieść — albo, jeśli jes t młody, układ a je w zdania. Stary , szalony, pijany — niewiadomo. Konie c będzie miał godny, wśród szlochu i podziwu. Umrz e pięknie, to znaczy cierpiąc. To będzie mu pociechą. I dokąd zresztą iść:

jes t stary, n a zawsze. Ludzie budują n a starości. T ę sta­

rość, osaczoną wszystkim, co nieodwracalne, chcą uświęcić

próżnowaniem , lecz ono właśnie pozostawia ich bez obrony. Chcą zostać kierownikam i warsztatów, aby jak o emeryc i spędzić resztę dni w mały m domku. Ale kiedy już zaszli

im innyc h lu­ że żyje. Tera z

ulice był y ciemniejsze i bardziej puste. Głos y mijał y go jeszcze. W dziwnym uspokojeniu wieczora stawały się bar­ dziej uroczyste. Z a wzgórzam i otaczającym i miasto by ł jeszcze blask dnia. Ogromn y dym, nie wiadom o skąd, po­ jawi ł się za porośniętym i wierzchołkami. Wznosił się po­ woli i układał piętram i ja k świerk. Star y zamknął oczy. Wobe c życia, które zagarniały odgłosy miasta i głupi, obo­ jętn y uśmiech nieba, czuł się sam, bezradny, nagi, ju ż martwy .

w latach daleko, wiedzą, że to fałsz. Trzeb a

dzi. Jem u zaś trzeba słuchaczy, by uwierzył,

Czy trzeba opisywać drugą stronę tego pięknego meda­ lu? Można się domyślić, że w brudny m i ciemny m pokoju stara nakrył a do stołu, że kiedy kolacja był a gotowa, usiadła, spojrzała na zegarek, poczekała chwilę i z ape­ tyte m zabrała się do jedzenia. Myślała : „Znów go na­ padło." I wszystko był o jasne.

Mieszkali w pięcioro: babka, je j młodszy syn, je j starsza córk a i dwoje dzieci tej ostatniej. Sy n był prawie nie­

m y ; córk a ułomna, myślała z trudem , a z dwojga dzieci

starszy pracował ju ż w towarzystwie ubezpieczeń, młodszy zaś uczył się. Mają c siedemdziesiąt lat babk a rządziła jesz­ cze wszystkim . Nad je j łóżkiem można był o zobaczyć por­ tret, gdzie młodsza o pięć lat, wyprostowana w swojej czar­ ne j sukni spiętej u szyi medalionem , be z jedne j zmarszczki na twarzy o oczach ogromnych, jasnyc h i zimnych, trwała

w postawie królewskiej, której wyrzekł a się dopiero póź­

niej i którą usiłowała niekied y odnaleźć, gdy szła ulicą. T y m jasny m oczom wnu k je j zawdzięczał wspomnienie,

od którego rumieni się jeszcze. Star a kobieta czekała, aż zjawią się goście, po czym pytał a patrząc na niego surowo:

„Kog o wolisz, twoją matk ę czy twoją babkę? " Gr a nabie­

rał a ostrości, gdy córk a był o obecna. B o w e wszystkich

wypadkach dziecko odpowiadało: „Babkę" , z wielkim po­ rywe m miłości w sercu dla te j matki, która milczała zaw­ sze. Albo też, kiedy goście dziwili się tem u wyznaniu, mówiła : „B o ona go wychowała."

T a k wię c stara kobieta uważała, że miłość jes t rzeczą, które j się wymaga. Z poczucia, że jest dobrą matk ą rodzi­ ny, czerpała swoją surowość i nietolerancję. Nigdy nie zdradziła swego męża i urodziła mu dziewięcioro dzieci. Po

jeg o śmierci energicznie zajęła się rodziną. Opuściwszy

farm ę w okolicy, osiedli w stare j i ubogiej dzielnicy, gdzie mieszkali ju ż od dawna.

T e j kobiecie n a pewno nie brakł o zalet. Ale swoim wnukom , którzy byli w wieku sądów absolutnych, wyda­ wał a się tylk o komediantką. Dowiedzieli się na przykład

od jednego z wujów ciekawej historii. Te n ostatni, przy­ szedłszy z wizytą do teściowej, ujrzał ją siedzącą bezczyn­ nie przy oknie. Ale przyjęła go ze ścierką w ręce, przepra­ szając, że nie może przerwać pracy, zajęcia domowe nie

zostawiają

ze wszystkim . Po sporze rodzinnym mdlała z największą łatwością. Cierpiała też na okropne wymioty związane z podrażnieniem wątroby. Ale w ty m względzie nie czuła się zobowiązana do najmniejszej powściągliwości. Nie ro­ biąc ceregieli, wymiotowała hałaśliwie do kuchennego kub­ ła na śmieci. Wracał a blada, z oczami pełnym i łez od wy­

je j wolnej chwili. I prawdę mówiąc, ta k było

siłku, i kiedy proszono ją, by się położyła, przypominała, że kuchnia jes t na je j głowie i ile od niej zależy w domu:

„ T o ja tu robię wszystko." I jeszcze: „Co będzie z wami,

gdy

je j

wymioty, n a „ataki", ja k mówiła, ani n a je j skargi. Pew -

mni e

zabraknie!"

przyzwyczaiły

Dzieci

się,

by

nie

zwracać

uwagi

na

nego dnia położyła się i zażądała lekarza. Sprowadzono go, żeby zrobić, ja k chciała. Pierwszego dnia orzekł, że to zwykła niedyspozycja, drugiego, że to ra k wątroby, trze­

ciego, że ciężka żółtaczka. Ale młodsze z dzieci uparło się, żeby widzieć w ty m tylko nową komedię, bardziej prze­ myśln e udawanie. Nie czuło niepokoju. T a kobieta zbyt je uciskała, żeby jeg o pierwsze wrażenia mogły by ć pesymis­ tyczne. I jes t też rodzaj rozpaczliwej odwagi w jasnośc i widzenia i odmowie kochania. Ale grają c chorobę, możn a

j e j naprawd ę zaznać: babk a posunęła udawanie aż do

śmierci. Ostatniego dnia rozpierały ją gazy. Be z żenady

zwróciła się do wnuka : „Widzisz, pierdzę ja k prosię." Umarł a w godzinę potem .

J e j wnuk, czuł to teraz, nic z tego nie zrozumiał. Nie mógł uwolnić się od myśli, że ta kobieta odegrała przed nim ostatnią i najpotworniejszą ze swyc h komedii. Zastana ­ wiał się, czy czuje żal, ale nie czuł żadnego. Płaka ł dopiero w dniu pogrzebu, ponieważ płakali wszyscy, ale z obawą, że nie jes t szczery i że kłamie w obliczu śmierci. By ł to piękn y dzień zimow y z promieniam i słońca. W błękicie nie ­ ba odgadywało się chłód powleczony złotem . Cmentar z wznosił się nad miaste m i można było widzieć piękne, przejrzyste słońce, spadające na zatokę drżącą od światła

j a k

wilgotne

usta.

Wszystko to nie łączy się ze sobą? Piękn a prawda. Ko ­ bieta, którą się zostawia, by iść do kina, stary człowiek, którego się nie słucha, śmierć, która niczego nie odkupuje,

a z drugiej stron y cał e światło świata. I cóż to znaczy, jeśli zgodzić się na wszystko? Chodzi o trzy losy podobne,

a przecież różne. Śmier ć dla wszystkich, ale każdem u jeg o własna. Mim o wszystko słońce grzeje na m kości.

POMIĘDZ

Y

TA K

I

NI E

Jeśl i to prawda, że jedyn e raje to raje utracone, wie m teraz, ja k nazwać to czułe i nieludzkie, co jest dziś we mnie. Emigran t powraca do ojczyzny. A ja wspominam . Ironia, sztywność, wszystko niknie — wróciłem . Nie chc ę przeżuwać szczęścia. Prostsze to i łatwiejsze. W tych bo­ wiem godzinach, które z głębi zapomnienia przywołuję ku sobie, nietknięta pozostała pamięć czystego wzruszenia, chwila zawieszona w wieczności. Tylk o to prawdziwe jest we mnie i wiem o ty m zawsze za późno. Kocham y gest nagle się załamujący, drzewo dobrze osadzone w krajobra­ zie. I żeby odtworzyć tę miłość, mam y tylko szczegół, ale

to wystarcza: zapach pokoju zbyt długo zamkniętego, szcze­ gólny odgłos kroku na drodze. Ta k jest ze mną. I jeśli ko­

chałe m wówczas w oddaniu, byłe m sobą,

nas sobie przywraca. Powolne, spokojne i poważne wracają te godziny, tak samo mocne, ta k samo wzruszające — dlatego że jes t wie­ czór, czas smutny i niejasne pragnienie w niebie bez świat­ ła. Każd y gest odnaleziony odkrywa mnie sobie. Powie­ dziano mi kiedyś: „Ta k trudno jes t żyć." I słyszę ton. In ­ n y m razem ktoś szepnął: „Najgorszym błędem jest zada­ wać cierpienie." Kied y wszystko się skończy, głód życia zgaśnie. Czy to nazywają szczęściem? Przywołując te wspo­ mnienia, przybieram y mim o wszystko strój dyskretny i śmierć ukazuje się na m ja k tło o postarzałych tonach.

bo tylko miłość

Wracam y

do

siebie.

Czujem y

naszą

rozpacz

i

kocham y

lepiej. Tak , to może jes t szczęście,

litościwe

poczucie

na­

szego

T a k jes t dzisiejszego wieczora. W te j kawiarn i maure ­ tańskiej, na skraju arabskiego miasta, nie przywołuję mi­ nionego szczęścia, ale dziwne doznanie. Jes t ju ż noc. N a ścianach lw y kanarkoweg o koloru ścigają zielono ubra­

nyc h szejków wśród palm o pięciu gałęziach. W kącie ka ­

wiarni acetylenow a lampa rzuca niepewn e światło. Praw ­ dziwe światło płynie z ognia płonącego w mały m piecu, ozdobionym zieloną i żółtą emalią. Płomie ń oświetla śro­ dek sali i czuję jeg o odblask na twarzy. Siedzę twarzą do drzwi i do zatoki. Właściciel kawiarn i przykucnął w kącie i zdaje się patrzeć na mój pusty kieliszek z liściem mięty na dnie. W kawiarn i pusto, hałasy miasta w dole, dalej światła zatoki. Słysz ę mocn y oddech Araba, jeg o oczy

błyszczą

w półmroku . Czy daleko to głos morza? W długich

rytmac h świa t śle mi swoje westchnienie i ofiarowuje obo­

jętność i spokój tego, co nie umiera. W wielkich czerwo­

nyc h odblaskach lw y falują na ścianach . Rob i się chłodno.

Syren a n a morzu. Latarni e zaczynają się obracać: świa­ tło zielone, czerwone, białe . I wciąż to wielkie westchnie­ nie świata. Z te j obojętności rodzi się jakiś tajemniczy śpiew. I oto jeste m przywrócony moje j ojczyźnie. Myślę o dziecku, które mieszkało w biednej dzielnicy. Ta dziel­

nieoświe­

tlone. Dziś jeszcze, po długich latach, mógłby ta m wrócić nocą. Wie, że wpadłb y na górę biegiem , nie potknąwszy

się ani razu. Jeg o ciało jes t przesycone ty m domem . Jeg o nogi zachowały dokładną miarę wysokości stopni. Jeg o

ręk a — odrazę instynktowną, niezwalczoną nigdy, do po­

nieszczęścia.

nica, ten dom ! Był o tylk o jedn o piętro, schody

ręczy. T o przez karaluchy.

W letnie wieczory robotnicy zasiadają na balkonach .

U niego było tylk o mał e okno. Wynoszono więc krzesła

przed dom i delektowano się wieczorem . Ulica, obok sprzedawcy lodów, kawiarnie naprzeciw i hałas dzieci bie ­ gającyc h od bram y do bramy. Al e przede wszystkim nieb o pomiędzy wielkim i fikusami. W biedzie jes t samot-

ność, ale samotność, która każdej rzeczy przydaje cenę. Prz y pewny m stopniu bogactw a niebo i noc pełn a gwiazd zdają się dobram i naturalnymi. U dołu drabiny niebo od­ zyskuje jedna k cały swój sens: jest niezmierzoną łaską.

Letni e noce, tajemnice, w których drżą gwiazdy! Za dziec­

kie m by ł cuchnący korytarz, połamane krzesełko uginało

się troch ę pod nim. Al e wzniósłszy oczy, pił czystą noc. Czasem przejeżdżał wielki i szybki tramwaj. Na rogu uli­ cy podśpiewywał pijak nie mącą c jedna k ciszy.

Matk a dziecka także milczała. Czasem pytano ją :

„O czy m myślisz?" „O niczym", odpowiadała. I to była prawda. Wszystko było tu, wię c nic. Je j życie, je j spra­

wy, je j dzieci był y tu, obecność zbyt naturalna, żeby moż­

na ją odczuć. Był a ułomna, myślała z trudem . Matk ę mia­

ła surową i władczą, która poświęcała wszystko próżności drażliwego zwierzęcia i która długo rządziła słaby m umy­ słem córki. Wyzwolona dzięki małżeństwu, wróciła potul­ nie po śmierci męża. Poległ na polu chwały, ja k to się mó­ wi. W złoconej ramc e na poczesnym miejscu można zoba­ czyć krzyż wojenny i medal wojskowy. Ze szpitala przy­ słano też wdowie znaleziony w ciele odłamek granatu. Wdowa go zachowała. Od dawna ju ż się nie martwi. Za­ pomniała o mężu, ale mów i jeszcze o ojcu swoich dzieci. Żeb y wychować te dzieci, pracuje i oddaje zarobione pie­

niądze matce. Ta troszczy się o ich edukację przy pomocy rózgi. Kied y uderzy zbyt mocno, córka mówi: „Nie bij po głowie." Ponieważ są to je j dzieci, kocha je . Koch a je jed ­ nakow ą miłością, której nigdy im nie okazuje. Czasem, ja k

w jede n z tyc h wieczorów, któr e on pamięta, wróciwszy

po męczącej pracy (chodzi do sprzątania), zastaje dom pu­ sty. Star a wyszła po sprawunki, dzieci są jeszcze w szko­ le. Siad a wówczas na krześle i spojrzenie je j pustych oczu zatraca się w biegu rowka między deskami podłogi. Wo­ kół niej gęstnieje noc, w której to milczenie jes t nieule­ czalną rozpaczą. Jeśl i dziecko wchodzi w tej chwili, widzi chudą sylwetk ę o kościstych ramionach i staje: boi się. Zaczyna czuć wiele rzeczy. Nie całkie m jeszcze dostrzega własn e istnienie. Ale cierpi wobec tej zwierzęcej niemo-

ty. Czuje litość do matki; czy to znaczy kochać? Nigdy go

n i e pieściła,

przez

długie minuty. W poczuciu obcości zdaje sobie spraw ę

Sto i

nie

umiałaby .

więc

i

patrzy

na

nią

z

je j cierpienia. On a nie słyszy go, bo jes t głucha. Z a chwi­

star a wróci, życie odżyje: okrągłe światło naftowej lam ­

py, cerata, krzyki, grub e słowa. Ale tera z ta cisza zakreś­

la pauzę, chwilę niewymierną. Czując to niejasno, dziecko

myśli, że w jeg o porywie jes t miłość do matki. I ta k po­

winno być, skoro to jeg o matka.

Ona nie myśli o niczym . Zewnątrz światło, hałasy; tu cisza w ciemności. Dziecko wyrośnie, nauczy się. Wycho ­

wują je

czędzono mu cierpienia. Z jego matk ą na zawsze pozosta­ ną te cisze. O n wyrośnie w cierpieniu. By ć człowiekiem , to tylk o się liczy. Babk a umrze, pote m matka, on.

Matk a drgnęła. Przelękł a się. Wygląda idiotycznie ta k

odrobić lekcje . Dziecko od­

robiło lekcje. Jes t dziś w nędznej kawiarni. Jes t teraz

człowiekiem . Prawda , że to się liczy? Trzeb a jedna k

przyznać, że nie, skoro odrabianie lekcj i i zgoda na to, ab y

by

Ara b w swoim kącie, wciąż przykucnięty, trzym a stopy

w dłoniach. Z tarasó w dobiega zapach palonej kaw y i oży­ wion e rozmow y młodyc h głosów. Znow u poważny i deli­

katn y

i z wszystkich jeg o bezmiernyc h tros k pozostaje teraz

tylk o t a obietnica pokoju. Obojętnoś ć te j dziw ­

Świa t kończy się tu ja k co dzień

i zażądają od niego wdzięczności, ja k gdyby osz­

na nią patrząc. Niech idzie

ć

człowiekiem ,

prowadzi

tylk o

do

starości.

to n

holownika.

n

e j matki ! Jedyni e ogromna samotność świata daje

m

i miar ę te j obojętności. Pewneg o wieczora wezwano d o

niej syna, już wted y dorosłego. Z przerażenia dostała cięż­ kiego wstrząsu mózgu. Z końce m dnia lubiła siadywać na balkonie. Brał a krzesło i przykładała usta do zimnego

i słonego żelaza. Patrzył a wtedy na przechodniów. Za nią

ciemność zbierała się z wolna. Prze d nią nagle rozświetla­ ły się sklepy. Na ulicach przybywało ludzi i świateł. Za ­ tracał a się w ty m wpatrywaniu be z celu. Teg o wieczora pojawił się za nią jaki ś człowiek, powlókł ją, sterroryzo­ wał i uciekł słysząc hałas. Nie zauważyła nic i zemdlała.

Był a w łóżku, kiedy syn przyszedł. Postanowił zostać z nią

n a noc, ja k lekarz zalecił. Położył się n a łóżku obok niej,

na

kołdrze. Był o lato. Przegrzan y pokój pełen by ł jeszcze

lęk

u po niedawnym zajściu. Rozlegały się kroki i skrzy­

piały drzwi. W ciężkim powietrzu unosił się zapach octu, który m natarto chorą. Od czasu do czasu ruszała się, ję ­ czała, unosiła nagle. Wydzierała go wówczas z krótkiego

snu, z którego wynurzał się zlany potem, ale już przytom ­ ny — i w który zapadał ciężko, spojrzawszy wpierw na zegarek, gdzie tańczył, trzykrotnie powtórzony, płomy k lampk i nocnej. Dopiero później zrozumiał, ja k sam i byli

t e j nocy. Sam i przeciw wszystkim . „Inni " spali,

oddychali gorączką. W ty m stary m dom u wszystko zdawa­

ło się wówczas puste. Tramwaj e nocne oddalając się odsą­

czały całą nadzieję, którą przynoszą na m ludzie, wszystką

pewność, którą daje na m hałas miast. Do m odbrzmiewał jeszcze ich dźwiękiem, ale stopniowo wszystko gasło. Zo­ stawał tylko wielki ogród ciszy, w który m niekiedy prze­

mykał y się lękliw e jęk i chorej. Nigdy jeszcze nie czuł się t a k pozbawiony gruntu. Świa t stopniał, a wraz z nim złu­ dzenia, że z każdym dniem rozpoczyna się życie. Nie był o ju ż nic, ani studiów, ani ambicji, ani ulubionej potrawy

w restauracji, ani uprzywilejowanych kolorów. Nic tylk o

A jedna k

żył w te j samej godzinie, gdy świat runął. I nawe t w koń­

ze sobą rozpaczliwy i czuły

obraz samotności we dwoje. Później, znacznie później, miał sobie przypomnieć ten pomieszany zapach potu i octu,

tę chwilę, gdy czuł więzy łączące go z matką. Ja k gdyby

ona był a ogromną litością jeg o serca, otaczającą go zew­ sząd, cielesną teraz, i z wielki m staraniem , bez lęku o fałsz, grającą rolę starej biednej kobiety o wzruszającym losie.

west­

chnienie ziemi. Słycha ć perlisty śpiew ptaka, na który na­ kład a się roześmiany głos kobiecy. Światł a na zatoce są bliżej — rybackie łodzie wracają do portu. Z trójkąta nie­ ba, który widzę z mego miejsca, znikły chmury. Pełe n gwiazd drży pod czystym tchnieniem , wokół mnie z wolna

cu zasnął. Zabierając jedna k

choroba i śmierć, w których czuł się pogrążony

kiedy oni

Tera z

płomień

przykryw a

popiół.

Wciąż

to

sam o

noc,

bo

gdy

dostrzegło

się

pewną

przejrzystość

życia,

nic

już

nie

ma

znaczenia.

Człowiek

cierpi,

nieszczęścia

przy­

chodzą jedn e po drugich. Potrafi je

swój los. Szanują go.

nic : spotyka przyjaciela, który m u by ł bardzo bliski. Przy ­

jacie l

domu i zabija się.

pieniach i utajonym dramacie. Nie. I jeśli koniecznie już

trzeba znaleźć powód, zabił się, ponieważ przyjaciel roz­

mawiał

sensu

świata, wstrząsała mn ą jeg o prostota. Moj a matk a tamtego

wieczora i je j dziwna obojętność. Inny m razem

ko­

zdo­

łał a ich wykarmić . Kolejn o umierały. Pokó j był pełen nie ­ czystości. Co wieczór, kiedy wracałem , jedn o z kociąt le ­ żało sztywne, z wykrzywionym pyszczkiem. Pewnego razu zobaczyłem ostatnie, na wpół już zjedzone przez matkę . Cuchnęło . Zapach śmierci mieszał się z zapachem uryny.

w

Usiadłem

tó w i ich małymi:

ł e m sam w willi na przedmieściu,

gdy zdawało mi się,

znieść,

zgadza

się

na

co

do

I

nagle,

ja k

z

pewnego

obcym .

A

się

wię c

wieczora,

tamte n

tyle

wrac a

rozmawia

z

ni m

Pote m

opowiada

Ta k

o

za

miłosnych

każdym

głębokiego

tylko,

Kotk a

cier­

z

nim

ja k

z

obcym .

że

razem ,

doświadczam

mieszka­

parą

nie

z

pse m

czarne.

wszystkie

był y

wtedy

pośrodku

tej

całej

nędzy

i

z

rękam i

nieczystościach, wdychając zapach gnicia, patrzyłem długo na oszalały płomień w zielonych oczach kotki, nierucho­

m e j

nic już nie zostaje i nie ma czegokolwiek, co prowadziłoby

do czegokolwiek, ani nadzieja, ani rozpacz ni e zdają się uzasadnione i cał e życie streszcza się w jedny m obrazie.

A l e dlaczego przy

ty m się zatrzymywać? Proste, wszyst­

niema l

w

swoim

kącie.

Tak .

I

tak

jes t

dzisiaj.

Gd y

ko jes t proste w światłach latarń — zielonym, czerwonym, białym ; w świeżości nocy i zapachach miasta, i jeg o nędzy,

któr e docierają

lek­

stw a

do mnie. Jeśl i dziś pewien obraz dzieciń­

zjawia

się

przede

mną,

jakż e

nie

zgodzić

się

na

cję miłości i biedy? Jeśl i ta godzina jes t ja k pauza pomię­

dzy

wstrętu życia. Tak, zgarnąć jedynie przejrzystość i pro-

czy

ta k

i

nie,

inny m

pozostawiam

godziny

nadziei

stotę utraconych rajów : w jede n obraz. Ta k więc, całkie m niedawno, w domu starej dzielnicy syn odwiedził matkę . Usiedli naprzeciw siebie w milczeniu. Ic h spojrzenia spot­ kał y się:

— No tak, mamo.

— No tak.

— Nudzisz się? Nie mówię dużo?

— Nigdy nie mówiłeś dużo.

I piękn y uśmiech, w który m nie biorą udziału usta, za­ garnia je j twarz. To prawda, nigdy z nią nie mówił. Ale po co, doprawdy? Gd y się milczy, sytuacja staje się jasna. Jes t je j synem , ona jes t jego matką. Może m u powiedzieć:

„Wiesz."

Siedzi na skraju kanapy, stopy przy sobie, ręc e złączo­ ne na kolanach. O n na krześle; czasem na nią spogląda i pali bez przerwy. Cisza.

— Ni e powinieneś tyle palić.

— To

prawda.

Zapach y dzielnicy wchodzą przez okno. Harmonia z są­ siedniej kawiarni, przyśpieszony ruch wieczora, zapach mięsa pieczonego na rożnie, które wkłada się pomiędzy dwa kawałk i ciągnącej się bułki, dziecko płaczące na uli­ cy. Matk a wstaje i bierze robotę na drutach. Palc e m a zesztywniałe i zniekształcone przez artretyzm . Nie pracu­ je szybko: trzykrotnie nabiera to sam o oczko i kiedy pru­ je cał y rządek, słychać głuch y szmer.

— To

będzie

kamizelka.

Przypn ę

do

niej

biał y

kołnie­

rzyk.

To

i

mój

czarny

płaszcz

wystarczy

m i

na

całą

je ­

sień.

Wstała,

żeby

zapalić

światło.

Tera z

ściemnia

się

wcześnie.

To

prawda.

Nie

było

ju ż

lato,

a

jeszcze

nie

jesień.

W

spokojny m

niebie

pokrzykiwały

jerzyki.

 

— Przyjdziesz

niedługo?

 

— Przecież jeszcze nie odszedłem. Dlaczego o ty m mó ­

wisz?

— Nie,

to

tylko

tak,

żeby

coś

powiedzieć.

— Czy

to

prawda,

że

jeste m

podobny

do

ojca?

— O, wykapan y ojciec. Nie znałeś go, naturalnie. Mia ­

łeś pół roku, kiedy umarł. Ale gdybyś miał mał y wąsik!

Żadnego wspomnienia,

żadnego wzruszenia. N a pewno tak i sa m człowiek ja k wie ­

lu innych. Poszedł zresztą na wojn ę z wielkim zapałem . Czaszka rozłupana nad Marną. Ślep y i konający przez ty ­ dzień: nazwisko wypisane na pomniku ku czci poległych wzniesionym przez gminę.

— Zresztą to i lepiej — mówi matka. — Wróciłb y śle­ py albo obłąkany. I wtedy, biedak

B e z

przekonania

mówił

o

ojcu.

To

prawda .

Co więc zatrzymuje go w tym pokoju, jeśli nie pew­ ność, że ta k właśnie trzeba, jeśli nie poczucie, że cała ab - surdaln a prostota świata schroniła się tutaj?

dużo

pracujesz. Tylk o że od czasu do czasu Ale gdzie jeste m teraz? Ja k oddzielić tę pustą kawiarnię od tego pokoju z przeszłości? Nie wie m już, czy żyję, czy

wspominam . Widać światła latarń. Ara b staje przede mn ą i mówi, że zamyka. Trzeb a odejść. Nie chcę już schodzić po ty m ta k niebezpiecznym stoku. Patrz ę raz jeszcze n a zatokę i je j światła; to, co dobiega do mnie, nie jes t jed ­

n a k nadzieją lepszych dni, ale pogodną

cią wobec wszystkiego i wobec samego siebie. Trzeb a zła­ ma ć tę linię nazbyt miękką i nazbyt łatwą. I trzeba mi całe j jasności widzenia. Tak , wszystko jest proste. T o lu­ dzie wszystko komplikują. Niech nas nie karmią bajkami. Niech nie mówią o skazanym na śmierć : „Spłaci dług spo­ łeczeństwu", ale: „Utną m u głowę." T o wydaje się drob­ nostką. Ale jes t niejak a różnica. A poza ty m są ludzie, którzy wolą patrzeć swem u przeznaczeniu w oczy.

i prostą obojętnoś­

Przyjdziesz

znowu

powiedziała.

Wiem ,

że

ŚMIER Ć

W

DUSZ Y

Przyjechałe m do Prag i o szóstej wieczór. Baga ż zanio­

słe m od razu do przechowalni. Miałem dwie godziny na

znalezienie hotelu. I wypełniało mnie szczególne poczucie wolności, odkąd nie ciążyły mi już moj e dwie walizki.

Z

dworca ruszyłem wzdłuż ogrodów i znalazłem się nagle

w

samy m

centrum ,

na placu św. Wacław a przelewającym

się od ludzi o tej porze. Wokół milion istot, które żyły do­ tąd i z których egzystencji nic do mnie nie dotarło. Żyły. Byłe m o tysiące kilometrów od mojego kraju. Nie rozu­ miałe m ich języka. Wszyscy szli szybko. I wyprzedzając mnie wszyscy się ode mnie odłączali. Zgubiłem krok.

Miałe m mało pieniędzy. Na sześć dni. Pote m mieli przy­ jecha ć przyjaciele. Ale i to budziło we mnie obawy. Zaczą­ ł e m więc rozglądać się za skromny m hotelem . Byłe m w nieznanym mieście, wszystko wokół mnie pełne było świa­ teł, śmiechów i kobiet. Szedłem teraz szybciej. Te n poś­ pieszny kro k miał w sobie coś z ucieczki. Około ósmej, zmęczony, dotarłem do Stareg o Miasta. Hotel o skromny m wyglądzie i takimże wejściu wydał mi się zachęcający. Wchodzę. Wypełniam formularz, biorę klucz. Pokó j 34, na trzecim piętrze. Otwieram drzwi: wnętrze bardzo luksu­ sowe. Szuka m ceny: jest dwukrotnie wyższa, niż myśla­ łem . Spraw a pieniędzy staje się drażliwa. Muszę żyć ja k najtaniej w ty m wielkim mieście. Niepokój, niejasny jesz­ cze przed chwilą, nabiera kształtów. Nie czuję się dobrze:

pusty, wydrążony od środka. Momen t jasności jednak :

przypisywano mi zawsze, słusznie czy niesłusznie, najzu- pełniejszą obojętność w sprawach pieniężnych. Ską d więc ten głupi lęk ? Tymczase m myśl pracuje. Trzeb a zjeść, wyjść znowu i szukać skromnej restauracji. Na żaden po­ siłek nie powinienem wydawać więcej niż dziesięć koron. Z e wszystkich restauracji, które mijam , najtańsza wyglą­ da najmniej ponętnie. Maszeruję ta m i z powrotem . W re¬ sturacji zauważyli już moje manewry : trzeba wejść. Jes t

to ciemnaw a piwnica, ozdobiona pretensjonalnym i fres­ kami. Klientel a dość pomieszana. Kilk a dziewczyn w ką­ cie pali papierosy i rozmawia poważnie. Mężczyźni jedzą, większość bez wieku i bez barwy. Kelner , kolos w zatłusz¬ czonym smokingu, zwraca ku mnie ogromną twarz bez wy­ razu. Szybko, na chybił trafił, pokazuję m u na karcie jaką ś niezrozumiałą dla mnie nazwę. Ale nie wygląda na to, że obejdzie się bez wyjaśnień. Kelne r zadaje mi pytanie po czesku. Odpowiadam przy pomocy tej odrobiny niemiec­ kiego, którą znam. Nie zna niemieckiego. Ogarnia mnie zdenerwowanie. On woła jedną z dziewczyn, która zbli­ ża się w pozie klasycznej, lewa ręka na biodrze, w prawej papieros i wilgotny uśmiech. Siad a przy moim stole i pyta po niemiecku, najwyraźniej znając ten języ k równie licho,

j a k ja . Wszystko się wyjaśnia. Kelne r

chciał m i polecić

specjalność kuchni. Ryzykuję, zgadzam się na specjalność kuchni. Dziewczyna mówi do mnie, ale już nic nie rozu­

z największym przejęciem, na

jaki e mnie stać. Ale jeste m tu obcy. Wszystko mnie draż­

ni, nie czuję już głodu. I wciąż to bolesne ostrze we mnie

i ściśnięcie w środku. Zamawia m dla niej piwo, znam

przecież obyczaje. Zjawia się specjalność kuchni, zabieram

się do jedzenia: klajster z mąki i mięsa, mdlący wskutek nieprawdopodobnej ilości kminku. Ale myślę o czym in­ nym , o niczym raczej, patrząc na grube i uśmiechnięte usta kobiety siedzącej naprzeciw. Może myśli, że to pro­

pozycja? Jes t teraz przy mnie i już się lepi. Powstrzymu­

ję ją machinalny m gestem. (Był a brzydka. Często myśla­

łem , że gdyby ta dziewczyna był a piękna, uniknąłby m

miem . Potakuję, oczywiście

wszystkiego, co nastąpiło potem.) Bałe m się zachorować tu, pośród tyc h wszystkich ludzi gotowych do śmiechu. Jeszcz e bardziej bałe m się samotności w moim pokoju hotelowym , bez pieniędzy i bez żaru, zdany na siebie i swoje nędzne myśli. Dziś jeszcze zapytuję się z zawstydzeniem, ja k to

się stało, że ta dzika i tchórzliwa istota, jak ą byłe m wtedy,

ze mnie. Wyszedłem . Włóczyłe m się po Sta ­

r y m Mieście, ale niezdolny już dłużej do sam na sa m ze sobą, wróciłe m do hotelu, położyłem się i czekałem na sen, który przyszedł niemal natychmiast.

Każd y kraj, gdzie się nie nudzę, jest krajem , który mnie niczego ni e uczy. Takim i zdaniami starałe m się podnieść na duchu. Czy ma m opisywać następne dni? Wróciłe m do mo­

j e j restauracji. Ran o i wieczór udziałem moi m było strasz­ liwe danie z kminkiem , od którego robiło mi się niedobrze.

W rezulatacie przez cały dzień zbierało mnie na wymioty.

Ale opierałem się, wiedząc, że trzeba się odżywiać. Czym to

było zresztą w porównaniu z ceną, jak ą musiałbym zapła­ cić, gdybym chciał zmienić restaurację? Tu przynajmniej

mnie znano. Uśmiechan o się do mnie i nikt ju ż do mnie nie mówił. Lę k tymczasem rósł. Z a bardzo byłe m zajęty ty m ostrzem tkwiącym w moim mózgu. Postanowiłe m zorgani­ zować sobie czas, znaleźć w dniu punkty oparcia. Leżałe m

w łóżku możliwie najdłużej, co odpowiednio skracało dzień.

się i metodycznie zwiedzałem miasto. Gu ­

biłe m się w e wspaniałych barokowych kościołach, usiłując

w nich znaleźć ojczyznę, ale opuszczałem je bardziej jesz­ cze pusty i zrozpaczony po tym nieudanym sam na sa m

ze sobą. Błąkałe m się nad Wełtaw ą przeciętą spienionym i zaporami. Spędzałem długie godziny na pustym i milczą­

c y m Hradczynie. W cieniu katedry i pałaców, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, mój samotn y kro k głośno od- brzmiewał na ulicach. Gd y docierało to do mojej świado­ mości, ogarniała mnie panika. Jadłe m kolację wcześnie

i kładłe m się o wpół do dziewiątej. Słońc e odrywało mni e

od siebie samego. Kościoły, pałace i muzea: próbowałe m

uśmierzyć

tu ratować się melancholią. Ale na próżno. Ledw o tylko wy-

wydostała się

Pote m ubierałem

te n

lę k

dziełam i sztuki. Chwyt klasyczny: od bun­

szedłem, byłe m obcy. Ra z jednak, w barokowy m klasztorze

na skraju miasta, w łagodnej porze zmierzchu, gdy dzwony

powoli dzwoniły i gron a gołębi zawisły wokół starej wie­

ży, zapach ziół jakb y i nicości zrodził we mnie ciszę całą wypełnioną łzam i i byłe m już kro k od wyzwolenia. Wró ­ ciwszy wieczorem napisałe m jedny m tche m to, co następu­ j e , powtórzone wiernie, bo w tej emfazie nawet odnajduję złożoność moich ówczesnych odczuć: „I jakic h innyc h ko­

podróży? Oto jeste m bez żadnego stroju. szyldów nie umie m czytać, dziwne litery,

z którym i nie łączy żadna bliskość, nie mają c do kogo prze­

mówić, nie mogąc na na żadną rozrywkę liczyć. Nic nie

wydrze mnie z tego pokoju, dokąd dochodzą odgłosy obce­

go miasta, nic nie powiedzie ku światłu domu, ku miejscu,

które kocham . Ma m wołać, krzyczeć? Zjawią się obce twa­ rze. Kościoły, złoto, kadzidło — wszystko odrzuca mnie

w codzienność, gdzie ceną każdej rzeczy jest mój lęk. Kur ­

rzyści szukać w Miasto, którego

tyn

a przyzwyczajeń utkan a z gestów i słów, które ucisza­

serce, odsuwa się z wolna, i widać bladą twarz niepo­

koju. Człowiek sa m na sam ze sobą: żądam, aby by ł szczęś­

liwy

niezgoda rodzi się między człowiekiem i przedmiotami. Do

A jedna k dlatego właśnie podróż oświeca. Wielk a

mniej odpornego serca łatwiej przenika muzyka świata.

W ty m wielkim ogołoceniu samotne i nędzne drzewo staje

się najczulszym i najbardziej kruchy m z obrazów. Dzieła

sztuki i uśmiechy kobiet, ludzie na swojej ziemi, pomniki,

w

któryc h streszczają się wieki: wzruszający i dostrzegal­

ny

pejzaż podróży. I potem, u końc a dnia, ten pokój hote­

lowy, gdzie jaki ś now y głód duszy rodzi się we mnie." Nie muszę jedna k dodawać, że był y to bajki, żebym mógł za­ snąć. I wie m teraz, że z Prag i pozostał mi zapach ogórków w occie, które sprzedają na każdym rogu i które się je na ulicy; ten ostry i kwaśny zapach budził mój niepokój

i wzmagał go, ledwo przekroczyłem próg hotelu. To i może

jeszcze pewna melodia na akordeon. Grywa ł ją pod moim i

oknam i bezręki ślepiec; siedząc, pośladkiem przytrzymywał instrumen t i naciska ł klawisze zdrową ręką. Zawsze była

to ta sam a dziecinna i czuła melodia, która budziła mnie

ran o i wtrącała natychmiast w rzeczywistość bez dekoracji,

w której się szamotałem . Przypomina m sobie również, że na brzegu Wełtaw y

stawałe m nagle, bezbronny wobec tego zapachu albo tej melodii, i mówiłem do siebie szeptem: „Co to znaczy? Co to znaczy? " Ale nie doszedłem jeszcze wówczas do kresu. Czwartego dnia, około dziesiątej rano, przygotowywałem się do wyjścia. Chciałem zobaczyć pewien żydowski cmentarz, którego nie mogłem znaleźć poprzedniego dnia. Zapukano do drzwi sąsiedniego pokoju. Po chwili zapukano znowu. Długo ty m razem, ale najwidoczniej daremnie. Kto ś scho­ dził ciężkim krokiem po schodach. Nie zastanawiając się nad tym , pusty od środka, marudziłem jeszcze trochę za­ brawszy się do odczytywania sposobu użycia krem u do go­ lenia, którego używałem zresztą od miesiąca. Dzień był duszny. Z zasnutego nieba miedziany poblask schodził na wieże i kościoły starej Pragi. Ja k co dzień sprzedawcy ga­ zet zachęcali do kupienia „Narodni Politika" . Z trudem wydobyłe m się z ogarniającego mnie osłupienia. Ale wy­ chodząc napotkałem posługacza uzbrojonego w klucze. Stanąłem . Posługacz zapukał znowu, potem raz jeszcze próbował otworzyć drzwi. Be z skutku. Drzwi był y widać zamknięte na zasuwkę od wewnątrz. Ponown e pukanie.

pokoju ta k głucho i ponuro, że

zgnębiony wyszedłem nie chcąc o nic pytać. Al e na ulicy ścigało mnie bolesne przeczucie. Ja k ma m zapomnieć głu­ pią twarz posługacza, jeg o lakierowane, dziwacznie wygię­ te buty i bra k guzika przy marynarce ? Zjadłe m w końcu obiad, ale z rosnącą wciąż odrazą. Około drugiej wróciłe m do hotelu.

Szepty personelu na dole. Od razu wszedłem na scho­ dy, by szybciej zobaczyć to, czego oczekiwałem . I to był o to. Prze z na wpół uchylon e drzwi pokoju widać było tyl­ ko wielką, niebiesko pomalowaną ścianę. Al e przytłumio­ ne światło, o którym już wspominałem , rzucało na te n ekra n cień trupa wyciągniętego na łóżku i cień policjanta stojącego na straży przy ciele. Dwa cienie przecinały się pod kąte m prostym. To światło mną wstrząsnęło. Auten-

Pukani e odbrzmiewało w

tyczne, prawdziwe światło życia, popołudnia życia, świat­ ło, w który m widzi się, że się żyje. On nie żył. Sa m w swo­ im pokoju. Wiedziałem, że to nie samobójstwo. Wszedłem szybko do mojego pokoju i rzuciłem się na łóżko. Czło­ wie k ja k wielu innych, mały i gruby, jeśli wierzyć cienio­ wi. Na pewno od dawna ju ż nie żył. A życie szło swoim trybe m w hotelu, aż służący wpadł na pomysł, by zastu­ kać. Przyjecha ł do hotelu bez żadnych podejrzeń i umarł samotnie. Ja przez ten czas czytałem reklam ę krem u do golenia. Popołudnie spędziłem w stanie ducha, który trud­ no mi opisać. Leżałe m wyciągnięty, z pustą głową i ściś­ nięty m sercem . Obcinałe m sobie paznokcie. Liczyłem row- "

ki parkietu. „Gdybym potrafił doliczyć do tysiąca

pięćdziesiątym czy sześćdziesiątym by ł koniec. Nie mogłem liczyć dalej. Nie słyszałem hałasów z ulicy. Ra z tylko do­ biegł mnie z korytarza zduszony głos, głos kobiety mówią­ cej po niemiecku: „By ł tak i dobry." Wówczas pomyśla­ ł e m rozpaczliwie o moim mieście na brzegu Morza Śród­

ziemnego, o letnich wieczorach, które ta k kocham , łagod­ nyc h w zielonym świetle i pełnych młodych, pięknych ko­ biet. Od kilku dni nie powiedziałem ani słowa i serce pę­ kał o mi od powstrzymywanych krzykó w i buntów. Pła ­ kałby m ja k dziecko, gdyby ktoś otworzył m i ramiona. Pod wieczór, złamany zmęczeniem, wpatrywałem się obłędnie w zatrzask u drzwi, z głową bez jedne j myśli i popularną melodią akordeonu w uszach. Byłe m u kresu, Nie ma ojczyzny, nie ma miasta, nie ma hotelowego pokoju, nie ma imienia, szaleństwo czy zwycięstwo, upokorzenie czy natchnienie — dowiem się, czy zginę? Zapukano do drzwi i weszli moi przyjaciele. Byłe m uratowany, nawet jeśli na manowcach . Sądzę, że powiedziałem: „Cieszę się, że was widzę." Ale jeste m pewien, że na tym skończyły się moje zwierzenia i że w ich oczach pozostałem ty m samy m czło­ wiekiem, z którym się rozstali.

Przy

Niedługo

ł e m

się

tym,

potem

co

opuściłem

Pragę.

później.

zobaczyłem

Na

Mógłby m przypomnieć

interesowa­

pewno

pewn ą godzinę na mały m cmentarzu gotyckim w Budzi-

szynie, olśniewającą czerwień pelargonii, niebieski pora­

nek . Mógłby m mówić o nie kończących się równinach Śląs­

ka, niewdzięcznych i bezlitosnych. Przejeżdżałem tamtęd y

o

świcie. W mglistym i tłusty m świetle ptaki leciały cięż­

ko

nad lepką ziemią. Polubiłe m także łagodne i poważne

Morawy, ich czyste przestrzenie i drogi wysadzone śliwa­

mi o cierpkich owocach. Nie opuszczało mnie jedna k oszo­

łomienie człowieka, który zbyt długo patrzył w szczelinę

bez dna. Przyjechałe m do Wiednia i zostałem ta m przez tydzień, ale wciąż czułem się własny m więźniem .

A jedna k w pociągu, który wiózł mnie z Wiednia do We ­ necji, czegoś wypatrywałem . Byłe m ja k rekonwalescent, którego karmiono bulionam i i który myśli o smak u pierw­ szego kawałk a chleba. Rodziło się światło. Wie m teraz: by­ ł e m gotów do szczęścia. Powie m tylko o sześciu dniach, które spędziłem w pobliżu Vicenzy. Jeste m ta m jeszcze lub raczej odnajduję ta m siebie niekiedy; Vicenz a powraca do mnie w zapachu rozmarynu.

Wjeżdżam do Italii. Ziemia stworzona dla moje] duszy, zbliża się, rozpoznaję kolejno je j znaki. Oto pierwsze dom y

o łuskowych dachówkach, winorośl przy murze pobłękit-

niały m od siarki, bielizna rozwieszona na podwórzach,

przedmioty w nieładzie, niedbale ubran i ludzie. I pierw­ szy cyprys (tak wątły, a ta k przecież prosty), pierwsza oliwka, zakurzone drzewko figowe. Zacienion e place w miasteczkach włoskich, południowe godziny, kiedy gołębie szukają schronienia, powolność i lenistwo, w których za­

trac a się bun t duszy. Niepokój z

I potem Vicenza. Dn i w jednaki m rytmie, od świtu peł­

nego wrzasku kur aż do wieczora, który spada miękko za cyprysami, niezrównany, słodki i czuły, długo mierzony śpiewem cykad. T a cisza wewnętrzna, która jest ze mną, rodzi się z tego powolnego biegu, w który m dzień prze­ chodzi w dzień inny. Czego mogę chcie ć jeszcze w ty m po­ koju otwarty m na równinę, wśród starych mebli i koro­ n e k robionych szydełkiem ? Całe niebo jes t n a mojej twa­ rzy i wydaje mi się, że mógłby m zawsze trwać w rytmie

woln a zmierza ku łzom .

tyc h dni, nieruchom y w ich stały m obrocie. Doznaję jedy ­ nego szczęścia, do jakieg o jeste m zdolny — uważnej i przy­ jaznej świadomości. Chodzę przez cał y dzień: ze wzgórza ku Vicenzy albo przed siebie, polami. Każd a napotkan a istota, każdy zapach z ulicy otwierają moje serce do mi­ łości. Młode kobiety opiekujące się wakacyjn ą kolonią, trąbka sprzedawcy lodów (jego wózek to przenośna gondo­ la na kółkach), stragan y z owocami, czerwone arbuzy

o czarnych pestkach, przezroczyste i lepkie winogrona —

wszystko to są punkty oparcia dla kogoś, kto nie umie by ć sam. 3 Ale cierpki i delikatny flecik cykad, zapach wody

i gwiazdy w nocy sierpniowej, pachnące ścieżki pomiędzy

pistacjam i i trzcinami, wszystko to są znaki miłości dla kogoś, kto musi by ć sam. 3 Ta k mijają dni. P o olśniewają­ cyc h godzinach słońca przychodzi wieczór przybrany w złoto zachodu i czerń cyprysów. Idę wówczas ku cykadom , które słychać z daleka. W miarę ja k się zbliżam, ich

ustaje. Idę powolnym krokiem ,

czując na sobie ciężar tego gorejącego piękna. Za mną cy­

kady podejmują swój śpiew: sekret tego nieba, skąd spa­ da obojętność i piękno. W ostatnim blasku światła czytam

na frontoni e willi : In magnificenti a naturae , resurgit spi­ ritus. T u trzeb a stanąć . Pierwsz a gwiazda, pote m trz y światła na wzgórzu naprzeciw, i nagle zapada noc, które j

nic nie zapowiedziało: szept

śpiew przygasa, a potem

i wiat r w krzakach za mną,

dzień odszedł, pozostawiając mi swoją słodycz.

Nie zmieniłem się, oczywiście. Tyl e tylko, że nie byłe m

ju ż sam. W Pradze dusiłem się wśród murów. Tu znajdo­

wałe m się wobec świata i mogłe m wypełnić ten świat kształtam i do mnie podobnymi. Bo nie mówiłem jeszcze

o słońcu. Podobnie ja k trzeba mi było wiele czasu, aby m

zrozumiał moją miłość do świata biedy, w który m

upły­

nęło moje dzieciństwo, ta k teraz dopiero mogłem

pojąć

nauk i słońca i ziemi, skąd się wywodzę. Blisk o południa szedłem ku znanem u m i miejscu, górującem u nad ogrom­ ną równiną Vicenzy. Słońc e było niema l w zenicie, niebo

mocno błękitn e i nasycone powietrzem. Światł o spadało na stoki wzgórz, kładło cały swój żar na cyprysach i oliw­ kach, na białych domach o czerwonych dachach, potem gi­ nęło w dymiącej słońcem równinie. I za każdym razem

to samo poczucie ogołocenia. Poziom y cień małego, grube­

go mężczyzny trwał we mnie. Na tych równinach w słoń­ cu i kurzu, na wzgórzach nagich i pokrytych skorupą spa­ lonych traw dotykałem kształtu nicości, pozbawionego wszelkiego powabu: był we mnie i powracałe m do siebie, stawałem twarzą w twarz z moim utajonym lękiem. Lę k

z Prag i i nie ten jednocześnie. Ja k to wytłumaczyć? Włoska równina, pełna drzew, słońca i uśmiechu, najdoskonalej po­

zwalała mi pochwycić tamtą śmierć i nieludzkość towarzy­ szące mi od miesiąca. Tak, pełnia bez łez, spokój bez ra­

dości dawały jasn ą świadomość tego, co nie budziło już lęku: wyrzeczenia się i obojętności. Ta k ktoś, kto ma um ­ rzeć i wie, że umrze, nie interesuje się już losem swojej żony, chyba że to powieść. Wypełnia to, do czego jest po­ wołany, a powołany jest, aby był egoistą, to znaczy, by poznał rozpacz. Ta ziemia nie przyrzekała mi nieśmier­ telności. Cóż mi po życiu duszy, jeśli nie będę miał oczu, by widzieć Vicenzę, ani rąk, by dotykać winogron z Vi- cenzy, ani skóry, by czuć dotknięcie nocy w drodze z Mon­

te

Tak , wszystko to było prawdą. Ale razem ze słońcem do­ cierało do mnie coś, czego nie potrafię dobrze wyrazić.

U skraju tej ostatecznej świadomości wszystko się łączyło

i życie zdawało mi się jedną całością, którą albo trzeba

przyjąć, albo odrzucić. Jeśl i wielkość był a m i niezbędna,

to

najgłęb ­

sza rozpacz stykała się z obojętnością jednego z najpięk­ niejszych pejzaży świata. I tu było źródło siły: odwagi

i świadomości. Te j rzeczy ta k trudnej i tak paradoksalnej było dość dla mnie. By ć może przerysowałem to, co wów­

czas czułem tak dobrze. Powraca m zresztą często do Pra ­

gi i strasznych dni, które ta m przeżyłem. Odnalazłem moje

miasto. Niekiedy tylko cierpki zapach ogórka i octu budzi we mnie niepokój. Trzeb a mi wtedy pomyśleć o Vicenzy.

Beric o

do

Villa

Valmarana ?

odnajdowałem

w

owym

punkcie,

gdzie

moja

Ale Prag a i ona są mi jednako drogie i nie potrafią oddzie­ lić moje j miłości światła i życia od intymnego związku z rozpaczliwym doświadczeniem, które chciałem opisać. Można to wszystko zrozumieć, a takż e i to, że nie chc ę wybierać. N a przedmieściu Algieru jes t mał y cmentarz zamknięty żelazną bramą. Jeśli iść ty m cmentarze m do końca, ukaże się dolina i zatoka w głębi. Można zatracić się w ty m widoku, który ofiarowuje morze. Ale za po­ wrote m trafia się na tabliczkę na opuszczonym grobie; „Wieczny żal", głosi napis. Na szczęście są idealiści, któ­ rzy załatwią wszystko.

MIŁOŚ Ć

ŻYCI A

Nocą w Palmi e życie odpływa z wolna ku dzielnicy ka­ baretów za rynkiem : ulice są czarne i milczące, póki nie trafi się przed wejście osłonięte żaluzją, skąd sączy się światło i muzyka. W jedny m z takich kabaretó w spędzi­ ł e m prawie całą noc. Sal a był a mała, bardzo niska i kwa­ dratowa, pomalowana na zielono i przyozdobiona różowy­ mi girlandami. Drewnian y sufit zapełniały malutkie czer­ won e żarówki. W tej niewielkiej przestrzeni cudownym sposobem mieściła się orkiestra, ba r z kolorowymi butel­ kam i i "publiczność morderczo ściśnięta, ramię przy ramie­ niu. Sam i tylko mężczyźni. Pośrodku dwa kwadratowe metry wolnej przestrzeni. Napoje, które na wszystkie strony rozdawał kelner, rozpryskiwały się z butelek i kie­ liszków. An i jeden człowiek nie był tu przytomny. Wszy­ s c y wrzeszczeli. Jaki ś oficer marynarki dyszał mi w twarz uprzejmościam i ciężkimi od alkoholu. Prz y moim stole ka­ rzeł bez wieku opowiadał swoje życie. Ale byłe m w zbyt wielkim napięciu, żeby słuchać. Orkiestra bez przerwy grała melodie, których ryt m tylko można było uchwycić, wybijan y przez wszystkie stopy. Pośród nieustającego wrzasku próbowano umieścić nowego przybysza pomiędzy dwom a krzesłami. 4

wolnej

Nagle uderzenie w cymbał y i

w

wąskim

kręgu

cy­

wilizację, a lud hiszpański należy do nielicznych cywilizowanych

ludów

Jest

w

pewna

Europie.

swoboda

(Przyp.

w

wesołości,

autora.)

która

określa

prawdziwą

przestrzeni pojawiła się kobieta. „Dwadzieścia jede n lat", powiedział do mnie oficer. Osłupiałem . Twar z młodej dziewczyny, ale wyrzeźbiona w górze mięsa. Mogła mieć met r osiemdziesiąt wzrostu. Tusza niesłychana, nie mniej j a k sto pięćdziesiąt kilogramów . Ubran a w żółtą siatkę, które j oczka wzdymały je j białą skórę, z rękam i na bio­ drach, stała uśmiechając się; kąciki je j ust, unoszące się

w

ty m uśmiechu, wprawiał y w falowanie skórę twarzy —

do uszu. Podniecenie zebranych było u szczytu. Dziew­

czyna najniewątpliwiej znana, lubiana, oczekiwana. Uśmie­

chała się ciągle. Milcząc i uśmiechając się potoczyła okiem po publiczności i falistym i rucham i wysunęła naprzód brzuch. W odpowiedzi wielki ry k i wołanie o piosenkę, naj­

widoczniej dobrze znaną. By ł to

którego rytm wybijała perkusja, co trzeci takt. Dziewczyna śpiewała; przy każdym uderzeniu miłosny ruch ciała. W tej pantominie, namiętne j i monotonnej, fale prawdziwie cie­ lesn e szły od je j bioder i zamierały przy ramionach. Sala

oniemiała. Kied y jedna k dziewczyna rozchyliwszy czerwo­ ne i wilgotne usta, obracając się wokół i trzymając piersi

w rękach, zaczęła refren, wszyscy podjęli chórem melodię

i

On a pośrodku, lepk a od potu, z włosam i w nieładzie, pro­ stowała swoje potężne, wzdęte żółtą siatką ciało. Był a ja k potworna bogini o pustych oczach, niskim i tępym czole, która wynurzyła się z wody i znieruchomiała: życie zdra­ dzało w niej tylko kolan o drgające ja k u konia po biegu. Był a nib y niegodny i zachwycający obraz życia, gdy ta k stała wśród powszechnej radości — oko rozpaczliwie puste, pot spływający z brzucha

Gdyb y nie kawiarnie i gazety, trudno by