Vous êtes sur la page 1sur 829

PIERRE JOSEPH PHOUDHON

(1809—1865)

Wybór pism

Tom I

Wstęp Jana Garewicza

Dygitalizacja

hooltaj

KSIĄŻKA i WIEDZA-1974

Tłumaczyli:

JADWIGA BORNSTEIN, HALINA MOBTIMER, BARBARA SIEROSZEWSKA, BOLESŁAW WSCIEKLICA

Redaktor ALEKSANDRA BARANOWSKA Redaktor techn. K. Woroniecki

Korektorzy: S. Snopek i Z. Kołodziejczyk

Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa—Książka—Ruch". Wydawnictwo „Książka i Wiedza". Warszawa, styczeń 1974 r. Wyd. I. Nakład 1500 + 260 egz. Obj. ark. wyd. 34,6. Obj. ark.

druk. 50,0 (43,0). Papier druk. sat. kl. III, 65 g, 84X108 cm.

Oddano do składania 8.XII.1972 r.

Podpisano do druku

w grudniu 1973 ir. Druk

ukończono w styczniu 1974 r.

Zakłady

Graficzne „Dom Słowa Polskiego". Warszawa, ul. Miedziana 11/13. Zam. 284/73. R-22.

WSTĘP

KOLEJE ŻYCIA P.J. PROUDHONA

Jakkolwiek oceni się działalność Proudhona, o życiu jego na pewno nie da się powiedzieć, że toczyło się gładko i spokojnie. Inteligentny, nieprzeciętnie uzdolniony, porywający pisarz, człowiek obdarzony urokiem i darem jednania sobie ludzi, Proudhon stale był ze światem w wojnie, stale z wszystkimi skłócony, wcielona opozycja wobec wszystkiego, co uznane, wobec każdego dogmatu. W walkach, jakie toczył, nie chodziło nigdy o zniszczenie osobistych przeciwników, o korzyści lub ambicje, stale zaś o zasady i ich konsekwencje praktyczne. Należał do ludzi, którzy zawsze idą pod prąd i czynią to w sposób prowokacyjny. Epatował klerykałów, czyniąc z Mojżesza obrońcę równości, i ateistów, powołując się na Pismo święte. Stypendium przyznane przez uniwersytet w Besancon nie tylko wykorzystał dla napisania rozprawy o tożsamości własności i kradzieży, ale na domiar złego zadedykował ją czcigodnym akademikom, wyrażając nadzieję, że staną się na równi z nim heroldami i propagatorami równości. Odżegnał się od rewolucji lutowej w chwili powszechnego entuzjazmu i sam jeden wystąpił w Izbie Deputowanych w obronie pokonanych robotników w dniach czerwcowych. W momencie gdy cała Francja solidaryzowała się z walką Włochów o zjednoczenie, Proudhon ogłaszał artykuły kwestionujące jego wartość, a w roku 1863 stwierdzał, że rozbiory Polski były aktem

w pełni praworządnym i zgodnym z interesami postępu, był wcielonym zaprzeczeniem. Zwalczał własność prywatną i własność wspólną, Boga i bezbożność, autokratyzm i demokrację, zachowawczość i

wywrotowość. Płacił za swoje poglądy nędzą, więzieniem

i wygnaniem, a mimo to pomawiano go o oportunizm.

Celestyn Bougle, wielki znawca socjalizmu, nazwał go Proteuszem; i rzeczywiście myśl jego skrzy się i mieni wszystkimi barwami, wprawiając w zakłopotanie interpretatorów, zarazem jednak sprawiając, że jako je- den z nielicznych socjalistów dziewiętnastowiecznych interesuje wciąż jeszcze nie tylko badaczy i działa na wyobraźnię ludzi naszej epoki — jego portrety na zbuntowanej Sorbonie w maju 1968 roku są tego wy- mownym dowodem. Zajmował się wszystkimi formami życia społecznego

i wypowiadał we wszystkich dziedzinach nauk społecznych. Filozofia, najszerzej pojęta socjologia, ekonomia, lingwistyka, religioznawstwo, politologia — wszystko mieściło się w obrębie jego zainteresowań. 26 tomów, łącznie około 7000 stron obejmuje zbiorowe wydanie jego pism z roku 1868. Do tego dochodzi 14 tomów korespondencji, bynajmniej nie kompletnej, zapoczątkowana dopiero edycja notatek, kilkadziesiąt zeszytów dzienników lektury. Jeśli uwzględnić, że do czterdziestego niemal roku życia pracował ponadto zawo- dowo jako drukarz i prokurent handlowy, a w późniejszym okresie kilka lat spędził w więzieniu, podziw ogarnia wobec tego ogromu pracy. Myśli przez niego wypowiadane odznaczały się przy tym dużą oryginalnością i płodnością, nawet jeśli poprawność

rozumowania niejedno pozostawiała do życzenia, wypowiadane zaś bywały w formie tak błyskotliwej, że słusznie zalicza się go dziś nie tylko do myślicieli, ale i do wybitnych pisarzy. Proudhon całe życie był postacią kontrowersyjną, pozostał nią też po śmierci. Doczekał się interpretacji zupełnie przeciwstawnych i ocen, które różniły się krańcowo. Systematyczny wykład jego poglądów nastręcza ogromne trudności i zawsze obarczony jest su- biektywizmem: kiedy ma się do czynienia z tezami sprzecznymi, nieuniknione jest eksponowanie pewnych dzieł, pewnych wypowiedzi z niekorzyścią dla innych. Prezentując poglądy Proudhona będziemy się zatem starali wyjaśnić przede wszystkim, jakie przesłanki legły u podstaw tych sprzeczności wewnętrznych i w jakim sensie dzieło Proudhona stanowi mimo wszystkich niekonsekwencji jednolitą całość.

I. FILIUS FABRI

Pierwsze dziesięciolecie rządów Ludwika Filipa nale- ży do najpłodniejszych okresów w dziejach francuskie- go piśmiennictwa. Nieograniczona swoboda wypowiedzi przyniosła powódź pism, w których wyrażano stosunek do przeszłości, opisywano i oceniano teraźniejszość i tworzono niezliczone wizje przyszłości, rysującej się niezależnie od różnicy ujęć z reguły niemal w świetla- nych barwach. Przewrotu dokonanego nie kwestiono- wano, żądano natomiast nieraz doprowadzenia go do końca, lecz zawartą w tych żądaniach groźbę dla istnie- jącego ustroju uświadomić miało dopiero Stowarzysze-

nie Pór Roku. W powieści francuskiej otwiera ten okres Czerwone i czarne, a zamyka go Wędrowny czeladnik. Nieprzy- padkowo wymieniamy te książki, przybliżają one bo-

wiem ogromnie postać Proudhona. Jego dzieciństwo jest, jak zobaczymy, poniekąd młodością Juliana Sorel, dojrzałość zaś zdobywa w warunkach przypominają- cych losy bohatera George Sand. Proudhon to Julian, którego ambicją staje się podniesienie do własnego po- ziomu wszystkich wyzutych z własności. „Zrodzony

i wychowany wśród klasy robotniczej — napisze w po-

daniu o stypendium — przynależny do niej wciąż jeszcze, teraz i na zawsze, sercem, umysłem, obyczaja- mi, a nade wszystko wspólnotą interesów i dążeń, kan- dydat, jeśli uzyska Wasze głosy, dozna, nie wątpcie, Pa- nowie, o tym, największej radości, o ile w jego osobie uwagę Waszą przykuje ta interesująca część społeczeń- stwa, którą tak pięknie zdobi miano robotników; o ile uznacie, że godzien jest być wśród Was jej pierwszym przedstawicielem; o ile będzie mógł odtąd pracować

w dziedzinie filozofii i nauki bez wytchnienia, całą siłą woli i całą potęgą umysłu nad zupełnym wyzwoleniem swych braci i towarzyszy". Dwóch rówieśników, Weitling w Niemczech i Proud- hon we Francji, otwiera niemal równocześnie nową kartę w dziejach myśli socjalistycznej. Poprzedni teore- tycy występujący w imieniu „klas najliczniejszych

i najbiedniejszych" znali ich położenie i dążenia tylko

z zewnętrznej obserwacji. Saint-Simon był arystokratą z krwi i kości, Fourier synem bogatego kupca, Owen — Fabrykantem, Sismondi — synem pastora; z mieszczań-

skich lub inteligenckich środowisk wywodzili się przy- wódcy saińtsimonistyczni i fourieryści, a nawet ówcześni komuniści francuscy; do wyjątków należeli

tu Leroux i Cabet, ale Cabet zdobył wykształcenie i wy-

bił się już jako adwokat. Teraz w roli teoretyków pro- letariatu wystąpili ludzie, którzy jego sytuację, myśli

i odczucia znali z własnego doświadczenia. Podkreślając ten fakt Marks stwierdzał: „Proudhon nie tylko pisze

w interesie proletariuszy; sam on jest proletariuszem,

sam on jest ouvrier. Dzieło jego to naukowy manifest proletariatu francuskiego". Pojawienie się w samym proletariacie ludzi o ambicjach teoretycznych było ważkim świadectwem przemian zachodzących w jego świadomości, tak jak świadectwem rosnącego społeczne-

go zainteresowania klasą robotniczą jest pojawienie się robotniczego bohatera w powieści. Warto też dodać, że zainteresowania teoretyczne szły u Proudhona i Weitlin- ga w parze z dumą z własnego pochodzenia. „Oto czym jest szlachectwo rodu — pisał Proudhon wspominając swoją rodzinę. To ja jestem szlachcicem, ja właśnie". Potomek wolnych, jak to z naciskiem podkreślał, chło- pów, nie zamierzał czuć się mniej wolny jako proleta- riusz. Proudhon pochodził z pogranicza Szwajcarii, z rejo- nu, który do Francji należał dopiero od 130 lat, gdzie obok panującej kultury katolicko-romańskiej zaznacza-

ły się wpływy kultury germańskiej i protestantyzmu,

przenikające z sąsiedniej Szwajcarii i z Alzacji. Być

może, krzyżowaniu się tych wpływów przypisać należy dużą prężność intelektualnego środowiska: z Besancon, stolicy prowincji, i jego okolic wyszli w stosunkowo

krótkim czasie ludzie tej miary co Wiktor Hugo, Karol Nodier, w którego salonie ogniskowali się romantycy francuscy, przywódca fourierystów Considerant, filo- zof Jouffroy, główny obok Cousina rzecznik eklek- tyzmu, wcześniej zaś sam Fourier.

Piotr Józef Proudhon urodził się na przedmieściu Besancon 15 stycznia 1809 roku. Rodzice jego pocho- dzili ze wsi, sami jednak byli już robotnikami. Praco- wali w browarze do chwili, gdy spłonął podczas działań wojennych w roku 1814 — ojciec jako bednarz, matka jako posługaczka. Odtąd podstawą utrzymania rodziny miało być warzenie domowym sposobem piwa, prze- mysł niepopłatny, zwłaszcza że ojciec Proudhona miał jako kupiec obyczaje raczej osobliwe: odmawiał z za- sady sprzedawania swego towaru kobietom, cenę zaś wyznaczał w ten sposób, że do kosztów poniesionych dorzucał niewielką kwotę jako wynagrodzenie za włas- ną pracę. Głodu w domu nie było, lecz stały niedo- statek, szczególnie dokuczliwy, od kiedy Proudhon zna- lazł się wśród zamożniejszych kolegów. Tradycje patriarchalnego chłopstwa były w rodzinie bardzo jeszcze żywe. Wspominano przodków, zwłaszcza dziada ze strony matki, byłego żołnierza w wojnie siedmioletniej, który broniąc praw chłopskich przed dziedzicem zabił kiedyś zbyt gorliwego leśnika. Kulty- wowano więzy rodzinne, szczególnie silne między sy- nem i matką, kobietą rozumną o dużym poczuciu godności. Tradycje te uległy niewątpliwie jeszcze wzmoc- nieniu podczas kilkuletniego pobytu Proudhona na wsi, gdzie oddawał się zajęciu — według określenia samego

Proudhona — szczególnie sprzyjającemu kontemplacji, a zarazem rozwijającemu zmysł realizmu, mianowicie pasaniu krów. Miał lat 11, kiedy udało się uzyskać dla niego stypen- dium w gimnazjum państwowym. Był rok 1820; za- bójstwo następcy tronu pociągnęło za sobą zmianę ga- binetu i gwałtowny zwrot w prawo. Okólnik ministe- rialny głosił, że „podstawą wychowania w kolegium są:

religia, monarchia, praworządność i Karta". Dyrekto- rem gimnazjum był ksiądz (biskup Frayssinous, który został niebawem kuratorem wszystkich uniwersytetów, a zarazem ministrem wyznań); przed przyjęciem Proudhona do szkoły upewnił się on, czy ojciec ucznia nie był kiedykolwiek jakobinem — „na szczęście był na to za młody". Zwolnienie z opłat szkolnych otwierało przed Proudhonem szansę niewspółmierną do sytuacji rodzinnej, ale równocześnie pobyt w gimnazjum nara- żał go na nieustanne upokorzenia. „Pierwszym uczu- ciem, które wpoił mi widok mojej względnej niższości, był wstyd. Czerwieniłem się z powodu ubóstwa, jak gdyby było karą. Niejasno odczuwałem prawdę słów starej kobiety, że bieda to nie grzech, lecz coś gorszego, że nas poniża, upadla i sprawia, iż stopniowo staje- my się jej godni". Konieczność pozostawiania przy drzwiach szkoły sabotów i wkraczanie bez butów do klasy, brak kapelusza, brak podręczników, do czego nie mógł się przyznać, godząc się raczej na kary za ich „gubienie", wszystko to stwarzało sytuację, w której można było tylko albo godzić się na upokorzenie, albo — jak Julian Sorel — bronić się przed nim po- czuciem własnej wartości. Proudhon, wsparty przez

matkę, potrafił się zdobyć na dumę. Przez kilka lat, przepisując zadane lekcje z książek kolegów, zdobywał nagrody, doznając jednak nawet przy tej okazji upo- korzeń, wybierano bowiem dla niego zawsze książki mające umocnić jego wiarę, gdy tymczasem koledzy dostawali dzieła historyczne i literackie. Jak bardzo stał na straży swej godności, świadczy anegdota po- wtórzona przez Sainte-Beuve'a: Proudhon korzystał

z biblioteki miejskiej czytając wszystko, co mu wpadło w ręce. Kiedyś bibliotekarz zapytał żartobliwie, po co

mu tyle książek. Trzynastolatek spojrzał na niego spo- de łba i warknął w odpowiedzi: nie pańska sprawa .

6 lat trwała nauka Proudhona w kolegium besan-

cońskim. Zakończyła się przed maturą, kiedy przegra-

ny proces zrujnował ostatecznie rodzinę i trzeba było iść do pracy. Jako zawód wybrał drukarstwo, zajęcie umożliwiające kontakt z książką. Z autobiografii wi- dać, że miejsce zatrudnienia zmieniał wielokrotnie.

W przedsiębiorstwach, w których pracował przede

wszystkim w charakterze korektora, drukowano prze- ważnie dzieła treści religijnej. Proudhonowi praca ta dała wyjątkowo dobrą znajomość całego Pisma świę- tego; rozwinął też swą znajomość łaciny, i to do tego itopnia, że mógł pisać w tym języku tak jak po fran- CUlku; wreszcie dla lepszego zrozumienia tekstów, I którymi miał do czynienia, nauczył się około ro- ku 1830 hebrajskiego. W Besancon, w drukarni Gnuthierów — z nazwiskiem tym jeszcze się spotka- my - brał też udział w pracy nad edycją Nowego świa- ta industrialnego. Wpływ Fouriera, z którego w owym czasie często dworował sobie, miał się okazać silniejszy,

niż można było wówczas przypuszczać. W tejże drukarni nawiązał też Proudhon pierwszą przyjaźń na podłożu wspólnych zainteresowań. Młody lingwista, Gustaw Fallot, wydawał u Gauthierów po łacinie żywoty świętych z komentarzem. Korektor, za- miast ograniczyć się do sprawdzenia druku z rękopi-

sem, poczynił na marginesie, również po łacinie, uwagi

na temat szeregu zwrotów językowych autora, propo-

nując na ich miejsce inną wersję. Kiedy Fallot dowie- dział się, że adnotacje te pochodzą od jednego z robot- ników drukarni (korektor nie był wówczas pracowni- kiem umysłowym), zdumiony jego wiedzą zawarł z nim

przyjaźń. Przetrwała ona aż do śmierci Fallota w ro- ku 1836.

Fallot właśnie, który po rewolucji lipcowej udał się do Paryża (później został tam bibliotekarzem Insty- tutu Francuskiego i sekretarzem komisji przygotowu- jącej pod prezydencją Guizota wydanie dokumentów z dziejów Francji), skłonił Proudhona do próby zmia- ny zawodu. Na jego zaproszenie i koszt Proudhon przy- był do stolicy, by razem z przyjacielem prowadzić stu- dia językoznawcze. Był to jednak rok cholery. Fallot zachorował. Pielęgnowany przez Proudhona powrócił wprawdzie do zdrowia, lecz środki pieniężne zostały wyczerpane. Nie znajdując w Paryżu pracy w drukarstwie, Proudhon zdecydował się na wyjazd. Do- rywczo udało mu się zdobyć pracę w Lyonie, Marsylii i Draguignan, wreszcie jednak powrócił do Besancon.

Z tej wędrówki pochodzi anegdota

Proudhona w dziele O sprawiedliwości w rewolucji i Kościele, która charakteryzuje nową sytuację we

opisana przez

Francji. Proudhon przywędrował do Tulonu mając

w kieszeni 3,5 franka. Pracy nie znalazł. W tym po-

łożeniu, jak pisze, „przyszła mi pewna myśl do głowy, prawdziwe natchnienie przez epokę: podczas gdy w Pa-

ryżu robotnicy bez pracy zaatakowali rząd , ja ze swej strony zdecydowałem się zwrócić do władz urzędo- wo". Udał się zatem do mera, okazał paszport i oświad- czył, iż zgodnie z oświadczeniem komisarza policji, z którego rąk dokument ten otrzymał, uprawnia go on

w razie potrzeby do uzyskania pomocy i opieki od

wszystkich francuskich władz cywilnych i wojskowych. Skoro zaś nie może otrzymać pracy, a prawo karze kra- dzież i żebraninę, przeto w imię praw przysługujących mu na mocy posiadanego paszportu „stawia się do dyspozycji" mera, czyli żąda od niego zatrudnienia w swym zawodzie. W tej bufonadzie brzmi już głos no- wych czasów. Mer, wzbogacony adwokat, jeden z owych arywistów monarchii lipcowej, opisywanych przez Balzaka, nie dał się jednak stropić: „Pańska reklamacja jest nader osobliwa i źle pan interpretuje swój paszport" — brzmiała jego odpowiedź. „Oznacza on, że gdyby pana ktoś napadł, gdyby pana ktoś okradł, władza pośpieszyłaby panu z pomocą — nic więcej". Lekcja była pouczająca, Proudhon nie omieszka z niej skorzystać.

Najbliższe lata po powrocie do Besancon były jednym , nielicznych okresów względnego dobrobytu w jego życiu. Oprócz pracy w zawodzie, którą w rodzinnych okolicach znalazł bez trudu, czekała na niego oferta bardzo nęcąca: Just Muiron zaproponował mu kiero-

wanie pismem „l'Impartial", które w Besancon głosiło, nader zresztą ostrożnie, ideały fourierystów. Warunkiem była jednak powściągliwość w wypowiedziach, ale na to Proudhon żadną miarą przystać nie chciał. To- też współpraca zakończyła się po napisaniu przez niego pierwszego artykułu: Proudhon nie mógł pojąć, czemu przed złożeniem ma on uzyskać akceptację prefekta. Powrócił do drukarstwa, które — jak pisze — „odry- wając mnie od lektur pozostawia mi pełną i całkowitą swobodę umysłu w celu medytacji".

W dalszym ciągu stałą lekturą Proudhona były w

owych czasach pisma religijne: siedmiotomowy dykcjo- narz teologiczny księdza Bergier, osiemnastowiecznego teologa, który współpracował z Encyklopedią, a rów- nocześnie odrzucał prymat rozumu i głosił, że jeśli stworzenie świata jest rzeczą tajemniczą, jego niestwo- rzenie byłoby nie mniej tajemnicze, a filozofię potępiał jako „sztukę gubienia wiary"; oraz Biblia, ściślej: „jego Biblia", przez niego samego przygotowana do druku i opatrzona wstępami wybranymi z pism Ojców Kościo- ła. Proudhon pracował nad nią z zapałem; wierność francuskiego przekładu sprawdzał nie tylko z Wulgatą, lecz także z hebrajskim oryginałem. Przy tej okazji odkrył, że w dekalogu, gdzie w przyjętej powszechnie wersji widnieje przykazanie „nie kradnij", hebrajski oryginał posługuje się zwrotem, który, według niego, znaczy: „nie odkładaj niczego na bok dla siebie", in- nymi słowy, „niczego sobie nie przywłaszczaj". W roku 1836 Proudhon przestał być pracownikiem najemnym i został „patronem". Zakupił do spółki nie- wielką drukarnię, sam jej zresztą nie prowadząc. Dzięki

temu przedsięwzięciu, które okazało się nb. kiepskim interesem, mógł po raz pierwszy wystąpić jako autor. Do drukowanej u siebie książki tegoż księdza Bergier pt. Prymitywne elementy języka dodał mianowicie, bez podania autora, w formie aneksu własną pracę pt. Próba gramatyki ogólnej. Rok 1837, w którym się ukazała, jest datą narodzin Proudhona-pisarza.

II. STYPENDYSTA IM. SUARDA

Próba gramatyki ogólnej podejmowała pytania, nad którymi Proudhon pracował wspólnie z Fallotem w Pa- ryżu. Badanie języka, a ściślej jego form najpierwot- niejszych, miało dostarczyć klucza do zrozumienia ładu świata. Zarazem, ponieważ wszelkie idee muszą znaleźć wyraz w słowach, poznanie źródeł języka miało być równoznaczne z poznaniem zasad wszelkiej wiedzy. Uważne studium Biblii w jej pierwotnej, hebrajskiej wersji miało dostarczyć pod tym względem bezcennych informacji. Gramatycy twierdzą np., że u podstaw wszelkiej mowy leży czasownik „być". Odpowiada temu przekonanie, że abstrakcyjny byt, równy samemu sobie, legł u podstaw wszystkiego, co istnieje. „Jam jest, któ- rym jest" — głosi potoczna wersja Pisma świętego. Ale język hebrajski nie znał w ogóle słowa „być"; zamiast niego występował w nim czasownik, który należałoby oddać jako „stawać się", „żyć", „działać". Bóg przema- wiał do patriarchów nie jako byt, lecz jako siła twórcza. Bynonimem tej siły było dla niego „ja". A kiedy pro- wadził rozmowy ze swymi kreaturami, miał przed sobą Btale istoty stworzone na obraz i podobieństwo własne,

manifestujące się nie w tym, że „są", lecz że „żyją", „działają". W Próbie gramatyki ogólnej myśli te ledwie się zarysowały, niemniej jednak już tu wskazany jest kierunek, w którym pójdą w przyszłości poszukiwania Proudhona. Tymczasem pojawiła się możliwość podjęcia studiów. Po śmierci pani Suard, wdowy po literacie i wieloletnim sekretarzu Akademii Francuskiej, który pochodził z Be- sancon, ufundowane zostało stypendium dla młodych mieszkańców Franche-Comte, którzy zamierzali poświę- cić się literaturze lub nauce, przyznawane przez senat akademicki na okres trzyletni w wysokości 1500 fr. rocznie. Stypendystów, z których pierwszym był Fallot, obowiązywał pobyt w Paryżu i okresowe pisemne spra- wozdania z postępu prac. Zanim Proudhon złożył podanie, odwiedził ponownie stolicę. Wrócił z niej rozczarowany, pobyt na prowincji wyraźnie bardziej mu odpowiadał. Protektorom na- mawiającym go do studiowania prawa lub medycyny w Paryżu odpowiadał, że zamierza pracować w Besan- con nad dziełem filozoficznym, poświęconym rewolucji, które będzie wstępem do rozważań nad historią po- wszechną. O zgłoszeniu podania o stypendium zadecydowały okoliczności zewnętrzne. Wspólnik kierujący drukarnią popełnił samobójstwo. Analiza ksiąg handlowych wy- kazała deficyt tak poważny, że należało się zdecydować na likwidację przedsiębiorstwa lub bankructwo. Czym było dla kupca to ostatnie, można wyczytać w Cezarze Birotteau. Stopniowa likwidacja zależała jednak od zdo- bycia jakiegoś źródła dochodów. Ten wzgląd zadecydo-

wał o formalnym zgłoszeniu przez Proudhona swej kandydatury. Zacytowaliśmy już deklarację, jaką zakończył swoje podanie. Był to akt dużej odwagi, biorąc pod uwagę wpływ sił konserwatywno-klerykalnych w komisji de- cydującej o przyznaniu stypendium, a jego odmowa

oznaczała powrót, prawdopodobnie na zawsze, do kon- dycji robotnika. Protektor Proudhona, sekretarz senatu Perennes, zdołał go ostatecznie skłonić do skreślenia tych zdań, które brzmiały jak wyzwanie. Mimo to kan- dydatura Proudhona przeszła ze znacznymi oporami: za głosowało 19, przeciw niej — 14 członków komisji. Ostatecznie stypendium zostało więc przyznane. Pod koniec roku 1838 Proudhon wyjechał do Paryża. Sytuacja jego w stolicy nie przedstawiała się bynaj- mniej w jasnych barwach. Stypendium było obciążone spłatą długów, Proudhon pomagał ponadto rodzicom, w rezultacie żył w nędzy. „Będę miał 250 fr. na prze- życie od 20 marca do 20 września — pisał do przyja-

ciela —

kiedy indziej myślę o kradzieży. Poczucie nędzy jest

u mnie tak silne, że gdybym jutro znalazł majątek, ko-

szmar, który mnie prześladuje, zniknąłby nie wcześniej niż za dwa lata". Położenie materialne było prawdopodobnie jednym

z powodów decydujących o tym, że Proudhon nie na- wiązał w Paryżu niemal żadnych przyjaźni. W Besan- con bliższe stosunki duchowe łączyły go z trzema tylko

ludźmi. Jednym był Fallot, drugim Alzatczyk Berg- mann, niebawem profesor literatur obcych w Stras- burgu, trzecim niedoszły pastor kalwiński, Ackermann,

czasem

idąc mostem spoglądam na Sekwanę,

który przeniósł się potem na stałe do Berlina. Łączyły ich zainteresowania językoznawcze. Ponadto wszyscy ówcześni przyjaciele Proudhona mieli jakiś związek z kulturą germańską — rzecz godna podkreślenia, mo- żna bowiem przyjąć ze znacznym prawdopodobień- stwem, że dzięki nim najgłośniejsze przynajmniej nie- mieckie nazwiska i prądy myślowe nie były mu całkiem obce. Późniejsze zainteresowanie Kantem, Heglerń, Straussem i Feuerbachem nie zrodziło się dopiero pod wpływem emigrantów niemieckich, z którymi zetknął się w połowie lat 40-ych — korzenie jego sięgały okre- su znacznie wcześniejszego. Zgodnie z wymogami stypendium Proudhon uczęsz- czał na wykłady w College de France i na Sorbonie. Paryż intelektualny w dalszym ciągu nie robił na nim wielkiego wrażenia. Z krajanami — Jouffroyem i Dro- zem — bliższych stosunków nie nawiązał; o Michelecie, który objął właśnie wykłady w College de France i cie- szył się wyjątkową popularnością, wyrażał się z nie- chęcią; Lamennais'go, który od kilku lat bulwersował Francję swym zerwaniem z kościołem, nazywał wprost jednym z biczów bożych zesłanych na kraj. Nie widać, by ktokolwiek z wykładowców lub ówczesnych parys- kich autorytetów intelektualnych zrobił na nim silniej- sze wrażenie. Pracował samotnie. Przede wszystkim przerobił rozprawę o gramatyce ogólnej i przedstawił ją do nagrody Volneya, z nie najlepszym zresztą skut- kiem, bo przyznano mu tylko wyróżnienie. Następna praca związana była z dorocznym konkursem rozpisy- wanym przez Akademię w Besancon. Konkursy te miały z reguły tematykę społeczną. W poprzednim roku

pytanie dotyczyło rosnącej liczby samobójstw, ich przyczyn i środków przeciwdziałania. W roku 1839 problem brzmiał: „Pożytki płynące ze świętowania nie- dzieli z punktu widzenia higieny, moralności, stosun- ków rodzinnych i obywatelskich". Zamiast sprawo- zdania z postępu swych prac Proudhon nadesłał na konkurs rozprawę zatytułowaną O świętowaniu nie- dzieli. Zagadnienie to miało swą tradycję w literaturze so- cjalistycznej. Podejmował je m. in. Owen w Nowym poglądzie na społeczeństwo oraz Sismondi w Nowych zasadach ekonomii. Czy Proudhon znał wówczas te dzieła, trudno orzec, w każdym razie do zagadnienia podszedł z zupełnie innej strony. Obowiązkowy dzień wypoczynku obchodził go ze względu na jego konsek- wencje społeczne, nie chodziło mu jednak o wpływ, jaki wywiera na stan fizyczny mas, na ich zdrowie i zdol- ność do pracy, lecz o moralny aspekt zagadnienia. Zno- wu sięgnął do Biblii. Czym kierował się Mojżesz włą- czając do dekalogu nakaz świętowania dnia świętego? Proudhon w odpowiedzi nawiązał do swych rozważań w Próbie gramatyki ogólnej. Jeśli człowiek ma się róż- nić od zwierzęcia, jeśli praca jego ma być działalnością twórczą, a nie tylko bezmyślnym spełnianiem narzuco- nych z zewnątrz czynności, niezbędne jest po temu życie wewnętrzne. Warunkiem zaś tego jest dzień wy- poczynku, dzień, w którym człowiek ma czas zastano- wić się nad sobą. W tym sensie staje się on gwarancją równości, która u ludzi nie polega na tym, że wszyscy są tacy sami, lecz że wszyscy działają jako ludzie, to znaczy jako istoty podobne Bogu, rozumne i wolne.

O ile już w Próbie gramatyki zawarty był wątek per-

sonalistyczny, o tyle teraz wątek ten nabierał zabar-

wienia społecznie radykalnego. Jeśli tam akcentowane było boskie „ja", to teraz okazywało się, że owo „ja" przysługuje każdemu człowiekowi bez różnicy i ode- branie go komukolwiek godzi w ład świata. W ten spo-

sób prawodawca Zakonu stawał się rzecznikiem rów- ności. Odwoływanie się do autorytetu Ewangelii celem uza- sadnienia ideału równości należało do żelaznego reper- tuaru ideologii plebejskich i rozpowszechnione było także we wczesnym socjalizmie. Osobliwość Proudhona polega jednak na powołaniu się na Stary Testament. Można też postawić pytanie, czy odwoływał się do niego jako do źródła objawionego, czy też jako do pierwszego świadectwa ludzkiej refleksji nad światem. W świetle późniejszych rozważań nad epokami rozwoju ludzkości,

do których jeszcze powrócimy, druga interpretacja wy-

daje się bardziej prawdopodobna. Jedno w każdym ra- zie wątpliwości nie ulega: katolicka wykładnia Pisma została już przez Proudhona odrzucona. Równocześnie Proudhon sformułował swój program społeczny: „Zna- leźć taki stan równości społecznej, który nie byłby ani wspólnotą, ani despotyzmem, ani rozdrobnieniem, ani anarchią, lecz wolnością w ramach ładu i niepodległo-

ścią w jedności"17. Uzasadnienie tego ideału oraz po- szukiwanie warunków, w których stan ten będzie urze- czywistniony, wypełni odtąd wszystkie jego pisma. Nadsyłając rozprawę na konkurs Proudhon wydał ją równocześnie drukiem. Czytelnicy byli zdezorientowa- ni. Naczelny organ liberałów „Le National" uznał ją

za pracę kryptojezuicką; równocześnie kuria w Besan- con wymogła zakaz sprzedaży. Sąd konkursowy, posta- wiony w kłopotliwej sytuacji, wybrnął z niej wyrokiem salomonowym: przyznał Proudhonowi za rozprawę brą- zowy medal, wyróżnił ją więc, a zarazem do pewnego stopnia zdyskwalifikował. Była to postawa przezorna, kolejny bowiem tekst miał wywołać skandal. Tematem konkursu na rok na- stępny były konsekwencje moralne i ekonomiczne wy- nikające z równego prawa dzieci do spuścizny po ojcu. Prawo to, wprowadzone przez Kodeks Napoleona, było przedmiotem ataków z dwóch stron. Krytycy z pozycji ancien regime'u podważali zasadę równości dziedzicze- nia, sprzeczną z zasadą majoratu obowiązującą w ustro- ju feudalnym i przyjętą również w odniesieniu do dóbr ziemskich i związanych z nimi tytułów przez prawo angielskie. Z kręgów socjalistycznych natomiast wy- chodziła krytyka samej zasady dziedziczenia jako pod- stawy wszelkich przywilejów społecznych . Proudhon przeniósł pytanie na inną płaszczyznę: „Skoro prawo mogło na mocy przepisu przyznać dziedzictwo pospołu wszystkim dzieciom jednego ojca, czyż nie może zatem przyznać go na równi wszystkim jego wnukom i dal- szym potomkom? Skoro prawo nie uznaje już „młod- szych synów" w rodzinie, czyż nie mogłoby za po- mocą przepisów o dziedziczeniu sprawić, by nie było ich także w ramach szczepu, plemienia, narodu? Czy można na mocy przepisów o sukcesji zachować równość między obywatelami, tak jak zachowuje się ją między kuzynami i braćmi? Jednym słowem, czy zasada dzie- dziczenia może stać się zasadą równości?" Na pytania

te miała odpowiedzieć najgłośniejsza książka Proudho-

na pt. Co to jest własność, czyli rozważania nad zasadą

prawa i rządu. Nie będziemy w tym miejscu omawiali jej dłużej, wskażemy tylko na pewne cechy. Podtytuł Pierwszy memoriał wskazywał, że Proudhon nie uważał zagad-

nienia za rozwiązane definitywnie. Praca miała przede wszystkim charakter krytyczny, chodziło w niej nie o konstruktywne rozwiązania, ale o podważenie zako- rzenionych poglądów na własność, wykazanie jej bez- zasadności i przygotowanie w ten sposób gruntu pod rozważania nad przyszłością społeczeństwa. Dopiero

w ostatnim rozdziale pojawia się więc zarys własnej

wizji przyszłości, utrzymany zresztą w kategoriach tak ogólnych, że umożliwiał nader różnorodne interpretacje. W przeciwieństwie do tak częstych w myśli komu- nistycznej owego okresu rozważań, jakie były fak- tyczne źródła nierówności i własności, Proudhona pytanie, quid facti, w odniesieniu do własności nie inte- resowało zupełnie. Jedynym przedmiotem jego rozwa- żań o własności jest pytanie, quid iuris; analizował nie źródła, lecz sposoby uzasadniania własności. Proudhona krytyka własności była więc przede wszyst- kim krytyką teorii własności. Dopiero wykazanie, że nie ma dla własności racjonalnego uzasadnienia, otwierało, zdaniem Proudhona, drogę do rozważań, czym można i należy ją zastąpić. Powrócimy jeszcze zarówno do treści tej pracy, jak i do jej oceny przez Marksa. Chwilowo zwróćmy uwa- gę na pewną zbieżność zastosowanych przez obu metod. Marks doszedł mianowicie do wniosku, że w dziełach

klasyków ekonomii kryje się już implicite w nich za- warte wyjaśnienie praw rządzących społeczeństwem kapitalistycznym, a na przeszkodzie ich ujawnieniu stoi w pierwszym rzędzie niewłaściwe sformułowanie

pytań pod adresem nagromadzonego materiału. Wska- zywał on wielokrotnie, że klasycy — zwłaszcza Ricardo

i ricardiańscy socjaliści — byli o krok od odpowiedzi

na pytanie o mechanizm wartości. Jego krytyka do- tychczasowej ekonomii politycznej nie oznaczała jej odrzucenia, lecz odczytanie jej na nowo. Podobnie było z Proudhonem. Metoda przyjęta w Co to jest własność? polegała na wykazaniu, że obrońcy własności nie wyciągają do końca wniosków z własnych rozważań. Wszystkie przesłanki, na jakich opiera się obrona własności — prawo natury, równość wobec pra- wa jako podstawa umowy, praca jako źródło wszelkich dóbr itd. — kolidują, jeśli rozumowanie zostaje prze- prowadzone poprawnie, z ostatecznym wnioskiem, jaki się z nich wyciąga w postaci prawa własności, tj. prawa do wyłącznego posiadania i korzystania z dóbr w do- wolny sposób, aż do ich zniszczenia, przy równoczesnym wykluczeniu od udziału w nich pozostałych ludzi. Wy- starczy zatem przemyśleć argumenty obrońców włas- ności, by dojść do wniosku, że jest ona „niemożliwa", czyli nie posiada uzasadnienia. W przeciwieństwie do poprzednich dzieł Proudhona, ta praca natychmiast zdobyła rozgłos. Autor zrobił zresztą wszystko, by sąd konkursowy nie mógł przejść nad nią do porządku dziennego. W tym celu zadedyko- wał ją Akademii. „Memoriał ten o własności Waszych jest myśli owocem" — pisał. — „Jeśli na zawsze uni-

cestwiłem własność, Wam to, Panowie, przypada cała chwała. Waszej pomocy i inspiracji to zawdzięczam". Równocześnie deklarował swój stosunek do ideałów wyznawanych przez członków Akademii: „Czemuż nie miałbym się przyznać, Panowie? Ubiegałem się o Wa- sze głosy i starałem o godność Waszego stypendysty

z nienawiści do wszystkiego, co istnieje, i w zamiarach

niszczycielskich

Odkrycie prawdy ostudziło krew mo-

ją bardziej, niż ją wzburzyła świadomość ucisku; naj- cenniejszym zaś owocem, jaki chciałbym, aby przy- niósł ten memoriał, byłoby wpojenie mym czytelnikom tego spokoju duchowego, który przynosi jasne dostrze- żenie zła i jego przyczyn, a którego siła większa jest niż namiętność i entuzjazm. Moja nienawiść do przywileju

i autorytetu człowieka była bez granic

tylko gardzić i czuć litość; aby przestać nienawidzić, wystarczyło mi poznać". Zakończenie dedykacji dopeł- niało miary: „Obyście mogli, Panowie, pragnąć rów- ności tak, jak ja jej pragnę; obyście mogli stać się jej propagatorami i heroldami w imię wiecznego szczęścia naszej ojczyzny; obym mógł być ostatnim z Waszych stypendystów. Ze wszystkich życzeń, jakie umiem wy- razić, to jest Was najgodniejsze i najzaszczytniejsze dla mnie". Czyż mogła w Besancon nie wybuchnąć burza? „Wo- łano o skandalu, o niewdzięczności — pisał Proudhon do przyjaciela. — Jestem potworem, wilkiem, żmiją". Zdaje się, że reakcja przeszła oczekiwania samego auto-

ra, który swą sytuację oceniał w zbyt czarnych bar- wach, twierdząc, że odwrócili się od niego wszyscy przyjaciele i dobroczyńcy, wydając go na potępienie.

teraz mogę już

Tymczasem Akademia ogłosiła wprawdzie oświadcze- nie, że nie podziela absolutnie poglądów swego stypen- dysty opublikowanych bez jej zezwolenia, ale wniosek

o pozbawienie go stypendium upadł — zabrakło nie- zbędnej kwalifikowanej większości głosów. Ale i w Paryżu, gdzie dedykacja nie była znana

(Proudhon dopiero w późniejszych wydaniach zamieścił

ją zamiast wstępu), książka zrobiła wrażenie. Paryski

nakładca był przezorny: zażądał od autora gwarancji, że sam pokryje koszty druku, przejmując w razie nie- powodzenia część nakładu, odmówił też zamieszczenia

w prasie jakichkolwiek anonsów. Tymczasem koszty

druku pokryła sprzedaż w ciągu pierwszych dwóch ty- godni, a po miesiącu nakład był wyczerpany i przystą-

piono de reedycji. Ukazała się ona zresztą w sprzedaży

z dużym opóźnieniem. Powodem był

księgarz nie był pewien, czy nowy minister spraw wewnętrznych nie nakaże konfiskaty i czy autorowi nie zostanie wytoczona sprawa sądowa. Obawy te nie były bezpodstawne. Gabinet, na któ- rego czele stanął marszałek Soult, a w którym główną

rolę grał Guizot,

wewnętrznej. Rozważano też rzeczywiście sprawę, czy nie wytoczyć autorowi Co to jest własność? procesu

o szerzenie idei wywrotowych. Uratowała go przedło-

żona na życzenie ministra spraw wewnętrznych opinia Adolfa Hieronima Blanąui, brata słynnego rewolucjo- nisty, jednego z największych wówczas autorytetów francuskich w zakresie ekonomii politycznej. Materialna sytuacja Proudhona pomimo sukcesu książki pozostała bez zmian. Właśnie z tego okresu po-

kryzys rządowy;

oznaczał uwstecznienie polityki

chodzi cytowany już list do Bergmanna. We wrześniu

1840

roku, kiedy drugie wydanie, podobno w nakładzie

3500

egzemplarzy , leżało już na składzie, Proudhon,

chcąc zobaczyć się z Bergmannem przed jego wyjazdem do Strasburga, wybrał się z Besancon do Paryża pie- chotą (prawie 400 km). Po latach napisze: „Wiem, co to nędza. Żyłem w niej". Najgorsze zaś było to, że przyszłość rysowała się bardzo niepewnie. Stypendium, nawet kiedy wiadomo już było, że nie zostanie cofnięte, zapewnione było tylko do końca roku akademickiego 1840/41. Po tym terminie Proudhon musiał albo zara- biać ponownie jako robotnik, albo znaleźć inne źródła utrzymania. Szukając ich od początku roku 1841, pod- jął się na pewien czas funkcji sekretarza u sędziego, który swe ambicje polityczne wiązał z opublikowaniem pracy na temat procedury śledczej, inaczej mówiąc, peł- nił funkcję literackiego „murzyna". Kiedy ten sposób zarobkowania zawiódł, w Besancon zaś po procesie, o którym za chwilę, powstała chwilowo sprzyjająca dla niego sytuacja, starał się przy pomocy przyjaciół o po- sadę archiwisty w prefekturze — także na próżno. Pracy pisarskiej w każdym razie nie przerwał. W ro- ku 1841 i w początku roku następnego wydał dwa me- moriały o własności. Pierwszy miał postać listu do nie- dawnego obrońcy, Adolfa Blanąui; drugi, zatytułowa- ny Przestroga dla właścicieli, zaadresowany był do przywódcy fourierystów, Wiktora Consideranta. Punk- tem wyjścia Listu do pana Blanąui było następujące stwierdzenie tego ostatniego: „Co się tyczy własności, praktyka jaskrawo dementuje teorie. W rzeczywistości jest rzeczą dowiedzioną, że o ile własność jest bezpra-

wiem w oczach świadomości filozoficznej, o tyle

w mniemaniu społecznym rozwija się coraz bardziej".

Blanąui wnioskował stąd, że zawodzi logika, gdyż mnie- manie powszechne mylić się nie może. Proudhon odpo-

wiadał na to, że Blanąui błędnie ocenia stan faktyczny. Własność nie tylko się nie rozwija, lecz przeciwnie, co- raz bardziej upada lub raczej podlega przemianie. Aby mieć o niej właściwe wyobrażenie, należy spojrzeć na nią z innego punktu widzenia, niejako odwrócić lorne- tę. Ta praca utrzymana była w tonie umiarkowanym, natomiast w następnej poniósł Proudhona tempera- ment. Wyrażając w zasadzie te same myśli co w po- przednich memoriałach, szczególny nacisk położył na postulat bezwzględnej równości. Jest rzeczą znamien- ną dla usposobienia Proudhona, że była to reakcja na radę Blanąuiego, który list do niego wystosowany za- kończył słowami: „Napisał Pan dwa wspaniałe mani- festy, drugi bardziej powściągliwy od pierwszego; niech Pan napisze trzeci, bardziej jeszcze umiarkowany niż drugi, a zajmie Pan poczesne miejsce w nauce, w któ- rej naczelnym obowiązkiem jest spokój i bezstron- ność". Tym razem wkroczył prokurator. W Besancon, gdzie broszurę drukowano, nakład został skonfiskowany,

w paryskim mieszkaniu Proudhona nastąpiła rewizja

połączona z konfiskatą dalszej partii, wreszcie sprawa

trafiła do sądu. Uprzedzając oskarżenie, Proudhon od- wołał się do ministra. Przesłał mu wszystkie swoje publikacje załączając list będący wyznaniem wiary. Przedstawiał w nim, wedle własnego określenia, jak można spożytkować dla dobra rządu idee najbardziej

radykalne. Historyk socjalizmu francuskiego do- patrzył się w tym kroku przejawu „najbardziej ma- łostkowego oportunizmu". Jest to ocena jawnie nie- sprawiedliwa, o oportunizmie w potocznym sensie sło- wa nie może być mowy. Proudhon był rzeczywiście przeświadczony, że działalność jego nie ma charakteru wywrotowego, i do przewrotu siłą nigdy nie dążył (w tej sprawie jasny wyraz jego stanowisku daje zamieszczo- ny w niniejszym tomie list do Marksa, por. s. 185). Był jednak także przekonany, że nowe idee zwyciężają, kiedy nadchodzi ich czas, i że najlepszą rzeczą, jaką może uczynić rząd w interesie powszechnym, jest po- zwolić im swobodnie dojrzewać w świadomości ludz- kiej. Idee te muszą nawiązywać do poglądów rozpo- wszechnionych; w tym też sensie propagują je i utrwa- lają — do czasu. Rząd może więc tylko na tym sko- rzystać, jeśli zamiast prześladować nowe idee, wyjdzie im naprzeciw. Wywód ten był niewątpliwie obliczony na obronę przed zarzutem uprawiania agitacji wywro- towej, nie był jednak zaparciem się własnych poglą- dów. Proces zakończył się pomyślnie. Po wygłoszeniu przez Proudhona na sali sądowej wielkiego przemówienia, w którym wyłożył on raz jeszcze swe poglądy, ława przysięgłych przy aplauzie publiczności uwolniła go od winy i kary. Uznano, „że jest myślicielem, a nie wywrotowcem; ekonomistą, a nie anarchistą, że zgodnie z określeniem przewodniczącego sądu, dąży do nawrócenia rządu i posiadaczy", a wobec tego ja- ko człowiek, „który nie zajmuje się konspiracją", może czynić, co mu się podoba.

Formalnie nic nie stało więc na przeszkodzie konty- nuacji pracy pisarskiej. Lecz równocześnie wszystkie stronnictwa patrzyły na Proudhona podejrzliwie: kon- serwatyści, którzy zadenuncj owali go przed władzami powodując proces; liberałowie skupieni wokół dzienni- ka „National", przeciw którym obrócił się w memoria- łach o własności; a także socjaliści i komuniści wszel- kiej odmiany, których skrytykował zarówno za zasadę równego podziału, jak za tendencje do hierarchizacji społeczeństwa oraz za program wspólnej własności, która w jego mniemaniu oznaczać miała tylko ucisk a rebours. Stein słusznie scharakteryzował jego położe- nie pisząc: „Wreszcie, co się tyczy Proudhona w ruchu socjalistycznym i komunistycznym, to jest on absolut- nie samotny".

III. BUDOWA SYSTEMU

Wszystkie trzy memoriały o własności były pismami par excellence krytycznymi. Proudhon zdawał sobie sprawę, że są to tylko prace wstępne, coraz bardziej też odczuwał potrzebę sformułowania propozycji po-

zytywnych. Już w lipcu 1841 roku, a więc niemal na- tychmiast po publikacji listu do Blanąuiego, a na pół roku przed ogłoszeniem Przestrogi, anonsował w liście Bergmannowi, że pracuje nad nowym dziełem, w któ- rym zamierza wyłożyć prawa rządzące społeczeństwem. Ukończone w następnym, wydane zaś w roku 1843, nosiło ono tytuł O ustanowieniu ładu w społeczeństwie,

czyli zasady organizacji politycznej. Ostatni przy- miotnik należało rozumieć w sensie arystotelesowskim; nie chodziło o zasady ustroju państwowego, lecz o za- sady organizacji społecznej. Trojakiego rodzaju bodźce przyczyniły się do powsta- nia tej pracy. Przede wszystkim chęć przeciwstawienia się tendencjom do stworzenia nowej encyklopedii

w tym sensie, jak rozumieli ją saintsimoniści i fourie-

ryści. „Żaden człowiek na ziemi — pisał Proudhon do Gauthiera 2 maja 1841 roku — nie jest w stanie, jak się to przypisuje Saint-Simonowi i Fourierowi, dać sy- stemu złożonego ze wszystkich części, systemu kom- pletnego, który odtąd będzie funkcjonował samorzutnie. Jest to najgorsze kłamstwo, jakie można rzec ludziom,

i dlatego właśnie występuję tak ostro przeciw fourie-

ryzmowi. Nauka o społeczeństwie jest nieskończona:

żaden człowiek jej nie posiada, tak jak nikt nie zna me- dycyny, fizyki ani całej matematyki. Możemy nato- miast odkryć jej zasady, potem elementy, po- tem poznać jakąś jej część, która stale będzie się

powiększała. Otóż to, co ja teraz robię, jest określeniem elementów nauki polityki i prawa". Bodźcem drugim był niewątpliwie Kurs filozofii po- zytywnej Comte'a, której ostatni tom ukazał się

w roku 1842. Proudhon wymienia Comte'a; zapożyczył

od niego niewątpliwie podział dziejów ludzkości na trzy

epoki, co najważniejsze zaś, ogólna tendencja omawia- nej pracy pokrywa się z dążeniami Comte'a. O ustano-

wieniu ładu miało być metodologicznym wstępem do całej nauki o społeczeństwie, miało ustalić jej przesłan-

ki i metody.

Najważniejszy chyba jednak bodziec przyszedł z trze- ciej strony. Trudno dokładnie ustalić, kiedy Proudhon zainteresował się po raz pierwszy bliżej filozofią nie- miecką. Gurvitch wysuwa sugestię, że nastąpiło to już podczas studiów, że Proudhon słuchał wówczas w Colle- ge de France wykładów, jakie na jej temat prowadził emigrant niemiecki, uczeń Krausego, Ahrens. Jest to teza nie udowodniona, choć prawdopodobna. Warto przypomnieć, że w latach trzydziestych filozofia nie- miecka, w szczególności Hegel, budziła we Francji, głównie pod wpływem Cousina, coraz większe zainte- resowanie. Poczynając od roku 1832 „Revue Encyclo- pediąue", kierowana przez Leroux, informowała swych czytelników o wielkiej edycji spuścizny heglowskiej przez Gansa, Micheleta, Marheineckego i innych uczniów; w roku 1835 Józef Willm, profesor w Stras- burgu, ogłosił cykl artykułów o Heglu, zebranych następnie w broszurę. W następnym roku Barchou de Penhoen wydał drugi tom swej Historii fiłozofii nie- mieckiej, gdzie Heglowi poświęcono ponad 120 stron. Tissot, z którym Proudhon pozostawał w listownym kontakcie, przetłumaczył na francuski Krytyką czyste- go rozumu Kanta, a w roku 1840 zaczął się ukazywać przekład Estetyki Hegla. Co do Hegla, wiadomo na pewno, że Proudhon znał go tylko z drugiej ręki, chociaż o triadzie heglowskiej wspomina już w Co to jest własność? Natomiast Kry- tykę czystego rozumu czytał niewątpliwie we fran- cuskim przekładzie przed napisaniem O ustanowieniu ładu, gdzie wyraźnie się do niej odwołuje. Wydaje się, że dopiero ta lektura uświadomiła mu w pełni wagę

problematyki metodologicznej. Koncepcję wyłożoną w O ustanowieniu ładu omówi- my niżej, obecnie wróćmy do życiorysu. Kiedy starania o posadę w Besancon zawiodły, Proudhon postanowił przenieść się do Paryża. Po dłuższych pertraktacjach, na początku 1843 roku sprzedał drukarnię ze znaczną stratą. „Nie mam już nic do roboty w Besancon" — do- nosił przyjacielowi. W nową fazę życia wchodził obcią- żony długami w wysokości przeszło 10 000 franków. Zamierzenia na przyszłość związane były ściśle z po- wodzeniem książki O ustanowieniu ładu. Niestety, nie okazała się sukcesem. Zabrakło w niej tego, co zapewni- ło powodzenie pierwszemu memoriałowi o własności:

werwy polemicznej, elementu prowokacji. Obszerny, miejscami rozwlekły, zawiły traktat, pisany raczej na sposób niemiecki niż francuski, nikogo nie elektryzo- wał. Rugę uznał go za pracę stojącą poniżej poprzed- nich, sam zaś Proudhon nazwał go po latach pracą chy- bioną, zawiłą, nudną. Docenić jej wartość można było dopiero z perspektywy rozwoju socjologii; na to jednak było za wcześnie. Z pomocą przyszli dawni koledzy szkolni, bracia Gauthier. Proudhon objął kierownictwo ich przedsię- biorstwa transportowego w Lyonie. Zaletą tej pracy była duża swoboda w dysponowaniu czasem oraz częste wyjazdy do Paryża. W przeciwieństwie do Marksa, którego zdolności ekonomiczne przejawiały się wyłącznie na polu teorii, Proudhon okazał się przedsiębiorcą rzutkim i praktycznym; w Lyonie nazywano go żar- tobliwie adwokatem Gauthierów. Pierwszy dłuższy pobyt w Paryżu przypadł na prze-

łom lat 1843 i 44. Za pośrednictwem księgarza Guillau- mina, wydawcy O ustanowieniu ładu, który dwa lata wcześniej założył pismo „Journal des Economistes", Proudhon wszedł w kręgi tzw. koterii ekonomicznej, na czele której, oprócz Guillaumina, stał sekretarz to- warzystwa ekonomicznego Garnier, a której patronował Blanąui. Już w O ustanowieniu ładu wysunął Proudhon tezę, że ogólne prawa życia społecznego odkrywa nie historia, lecz ekonomia. W stronę ekonomii skłaniał się też coraz bardziej zarówno pod wpływem własnych doświadczeń, jak środowiska naukowego, w którym się obracał. Rodzi się przy tym pomysł, że ekonomię należy pojmować jako naukę o rachunku gospodarczym na skalę społeczną. Myśl o organizacji wielkiej rachunkowości społecznej towarzyszyła w wieku XIX wszystkim utopiom ko- lektywistycznym: przypomnijmy choćby Weitlinga i jego idee godzin komercyjnych, tj. godzin pracy zaksięgowanych na dobro pracownika, który po odby- ciu obowiązkowego pensum przepracował dodatkowo pewien czas w dowolnej gałęzi wytwarzania. Ale we wszystkich tych koncepcjach rachunkowość pełniła wyłącznie funkcję techniczną, miała być narzędziem zapewniającym równowagę między produkcją a spoży- ciem oraz stać na straży zasady podziału dochodu spo- łecznego przyjętej w danym systemie socjalistycznym lub komunistycznym. Proudhon pierwszy bodaj przy- znał jej większą rolę, przy czym zasługi jego na tym polu doceniono dopiero w ostatnich czasach33. Rachu- nek społeczny miał, w jego mniemaniu, z jednej strony wyjaśnić źródło wyzysku, z drugiej zaś, prawidłowo

zastosowany, był zasadniczym warunkiem realizacji sprawiedliwości społecznej. Idea rachunku, w którym każdemu „winien" odpowiadać musi odpowiednie „ma", zaciąży też na ujęciu przez niego sprzeczności w społe- czeństwie. W przedsiębiorstwie transportowym Proudhon pra- cował do jesieni 1847 roku, czyli niemal do wybuchu nowej rewolucji. W tym okresie szczególne znaczenie miało nawiązanie przez niego stosunków z emigracją niemiecką. Co najmniej od początku stulecia, wyraźnie zaś od rewolucji lipcowej, w obozie demokratycznym w Niem- czech i we Francji torowała sobie drogę myśl o potrze- bie „aliansu intelektualnego" między obydwoma kra- jami, który polegać miał w pierwszym rzędzie na synte- zie filozofii niemieckiej z francuską myślą społeczno- -polityczną. Postępowe Niemcy szukały na zachód od Renu wzorów i ideałów politycznych, we Francji rosło zainteresowanie Kantem i Heglem. W budowaniu po- mostów między środowiskami intelektualnymi obu kra- jów wielką rolę odegrali dwaj ludzie: Heine i Cousin. Po roku 1840 zagadnienie stanęło na nowej płasz- czyźnie. W roku tym Thiers o mało nie doprowadził do wojny francusko-pruskiej, a poniesiona wówczas klęska dyplomatyczna zadecydowała o jego upadku. Po obu stronach Renu wybuchła fala nacjonalizmu, która w Niemczech znalazła programowy wyraz w przemó- wieniu Fryderyka Wilhelma IV z okazji podjęcia prac nad zakończeniem budowy katedry kolońskiej. W tych warunkach odrodziła się wśród demokratów niemiec- kich idea „aliansu intelektualnego" między postępowy-

mi siłami Niemiec i Francji. Jej głównym rzecznikiem był Arnold Rugę, współpracowali z nim m. in. Feuer-

bach, Marks, z cudzoziemców zaś Bakunin. Idei „alian- su" służyć miało wysłanie przez „Gazetę Reńską" do Paryża pod koniec roku 1842 swego korespondenta

w osobie Hessa. W następnym roku podążył za nim

Rugę z konkretnym planem pisma (późniejszych „Rocz- ników Niemiecko-Francuskich") propagującego i urze- czywistniającego zbliżenie lewicy intelektualnej w obu krajach. Czemu plany te zawiodły, nie jest w pełni jasne. Po- czątkowo Rugę spotkał się raczej z przyjęciem przy- chylnym, później jednak niemal wszyscy jego roz- mówcy, na których współudział liczył, przede wszyst- kim Lamennais, Louis Blanc, Cabet, wycofali się

z przedsięwzięcia. Jedną z przyczyn był prawdopo-

dobnie wojujący ateizm, z jakim obnosili się emigranci niemieccy, kolidujący z nastawieniem francuskich socjalistów. Proudhon, z którym pod tym względem rozbieżności nie było, miał w tej sytuacji szczególną wartość dla Niemców. Jego z kolei, jak już o tym była mowa, myśl, a zwłaszcza filozofia niemiecka wyraźnie interesowały. Do zbliżenia dążyły więc obie strony. Pierwszy kontakt został nawiązany jesienią 1844 ro- ku. Proudhon przybył do Paryża pod koniec września. W stolicy Francji już nie było Rugego ani Hessa, był natomiast Marks i Ewerbeck, a niebawem miał przy- jechać Grim. Wszyscy trzej nawiązali z Proudhonem

znajomość. Marks pisał później o całonocnych dys- kusjach z Proudhonem, podczas których, ku jego wielkiej szkodzie, zaraził go heglizmem. Griin z kolei

sobie przypisywał zasługę zaznajomienia Proudhona z dorobkiem młodoheglizmu. „Przypadła mi w udzia- le — pisał ku oburzeniu Marksa — ogromna przyjem- ność stać się niejako privatdocentem człowieka, które- go bystrością nie przewyższył bodaj nikt od czasu Lessinga i Kanta. Tuszę, że pod tym względem przy-

gotowałem wstępnie co najmniej całkowite pojednanie i zespolenie krytyki społecznej po tej i po tamtej stro- nie Renu". Pytanie, kto naprawdę wprowadził Proudhona w taj- niki młodoheglizmu, istotne jest o tyle tylko, że wiąże się z całym późniejszym stosunkiem Marksa do Proudhona. Wbrew świadectwu Marksa wszystko wska- zuje na to, że stosunki między nimi nigdy nie były bliskie. Nazwisko Marksa nie pojawia się ani w za- piskach, ani w korespondencji Proudhona z lat 1844—45. Co więcej, w zamieszczonym w niniejszym tomie liście do Marksa z 17 maja 1846 roku właśnie Griin i Ewerbeck wymienieni są jako osoby, które za- poznały Proudhona z treścią prac Marksa, Engelsa i Feuerbacha. Z książki Griina wiadomo, że pierwsze rozmowy z nim na ten temat miały miejsce jeszcze pod- czas pobytu Marksa w Paryżu, wszystko więc wskazu- je, że „całonocne rozmowy" mocniej utkwiły w pamię-

ci Marksa niż Proudhona: jeśli Marks naprawdę zaraził

go heglizmem, dokonało się to zupełnie nieświadomie

dla samego delikwenta. Wchodząc w stosunki z emigrantami niemieckimi

w Paryżu, Proudhon mimo woli wciągnięty został w ich dyskusje i spory. A był to właśnie okres, w którym Marks i Engels zrywali z dotychczasowymi towarzy-

szami broni, zarówno demokratami jak socjalistami, precyzując własne stanowisko w obrębie myśli i ruchu komunistycznego. W lutym 1845 roku ukazała się Święta rodzina, krytyka lewicy demokratycznej, której przywódcami byli Rugę i bracia Bauer, a w latach 1845—46 powstała Ideologia niemiecka, w której kryty-

ce poddany został humanizm Feuerbacha i dwa wy- wodzące się z niego prądy: anarchizm Stirnera i „praw- dziwy socjalizm" reprezentowany m. in. przez Griina; niebawem dojść do tego miała krytyka Weitlinga

i Hessa. Walka o zasady toczyła się równolegle z walką

o wpływy w rodzącym się niemieckim ruchu robotni- czym. Paryż zaś, wielkie skupisko rzemieślników nie- mieckich — ich liczbę szacowano na kilkadziesiąt ty-

sięcy — grał w tej walce ważną rolę.

W tej sytuacji Proudhon był sojusznikiem bardzo

pożądanym; zabiegano też o przeciągnięcie go na własną stronę. Griin miał tę przewagę, że był w Paryżu i pod- trzymywał osobiste stosunki z Proudhonem. Marks

i Engels ze swej strony starali się działać przez pośred-

ników, przestrzegając Proudhona przed Griinem jako szarlatanem, który idee socjalistyczne głosi wyłącznie dla pieniędzy i rozgłosu. Proudhon w całym sporze dostrzegał wyłącznie ma- łostkowe swary emigrantów. Opowiadać nie chciał się po żadnej stronie, ale sposób, w jaki Marks atakował Griina, wyraźnie go raził. Starając się zrozumieć filo- zofię Hegla i Feuerbacha, korzystał zarówno z jego po-

mocy, jak z pomocy Ewerbecka, który całe strony tłu- maczył dla niego na francuski, i cenił sobie tę pomoc. Odstręczała go apodyktyczność Marksa, do tego zaś do-

chodziły rozbieżności natury bardziej zasadniczej. Ujawniły się one w maju 1846 roku przy okazji wy- miany listów z Marksem. Marks i Engels pracowali podówczas w Brukseli nad stworzeniem komunistyczne- go komitetu korespondencyjnego, niejako wstępnej fazy przyszłej Międzynarodówki, którego zadania okre-

ślali następująco: „nawiązanie kontaktu między socja- listami niemieckimi a francuskimi i angielskimi; stałe informowanie cudzoziemców o ruchach socjalistycznych

w Niemczech oraz informowanie Niemców, przebywa-

jących w kraju, o postępach socjalizmu we Francji i w Anglii". Przyświecały im w gruncie rzeczy dwa cele:

stworzenie kierowniczego ośrodka, wokół którego sku- piliby się komuniści niemieccy, oraz wymiana infor-

macji i doświadczeń z komunistami i socjalistami w obu pozostałych krajach. Drugi cel był dla nich ważny zwłaszcza w obliczu nadciągającej, ich zdaniem, nie- uchronnie rewolucji. Pozyskanie dla takiego planu ludzi w świecie zna- nych zwiększało niewątpliwie szanse jego powodzenia. Wśród Niemców jeden tylko komunista miał wówczas naprawdę imię międzynarodowe: Weitling; ale właśnie

z nim doszło dopiero co do rozłamu. Z cudzoziemców

w grę wchodził przede wszystkim Proudhon, którego

pisma Marks i Engels wysoko wówczas cenili. Wysunęli więc propozycję, by Proudhon, „przez Anglików

i Niemców

własnych rodaków", podjął się roli paryskiego ko- respondenta. Odpowiedź Proudhona zawarta jest w niniejszym to- mie, nie warto więc jej cytować. Zastrzeżenia jego do-

dotychczas bardziej ceniony niż przez

tyczyły dwóch spraw: żądał absolutnej swobody pole- miki i nie narzucania nikomu z jej uczestników włas- nych poglądów oraz wypowiadał się zdecydowanie przeciw propagowaniu rewolucji. Podtrzymywał w tym względzie stare swe stanowisko, że warunkiem istotnych przemian społecznych jest zmiana w sposobie myślenia, i uważał, że polemika w szeregach socja- listycznych powinna służyć przede wszystkim zdoby- waniu i szerzeniu wiedzy o społeczeństwie, a nie propa- gandzie haseł. Nie znaczy to zresztą, by Proudhon był pryncypialnie przeciwny rewolucji. Dopuszczał ją jed- nak tylko jako ruch spontaniczny. Organizowanie re- wolucji było dla niego równoznaczne z apelacją do prze- mocy i samowoli, czyli do tych samych czynników w życiu społecznym, przeciw którym rewolucja się kie- rowała. Jak widać, rozbieżność z Marksem miała cha- rakter zasadniczy. Niebawem też ujawni się to na zewnątrz. Książka O ustanowieniu ładu zapoczątkowała pracę nad własnym systemem. Proudhon przerwał ją na krótko tylko, by w roku 1845 ogłosić krytykę kazań Lacordaire'a. W następnym roku ukazał się dawno zapowiadany dwutomowy traktat zatytułowany System sprzeczności ekonomicznych, czyłi filozofia nędzy. „Nie wystarcza, by krytyka burzyła, trzeba ponadto, by coś afirmowała i rekonstruowała. Bez tego socjalizm pozostałby ciekawostką niepokojącą burżuazję, ale nie przynoszącą pożytku ludowi" — pisał Proudhon w Zwierzeniach rewolucjonisty. Należało zatem „stworzyć metodę inwencji rewolucyjnej, filozofię już nie nega- tywną, lecz — by posłużyć się językiem p. Augusta

Comte'a — pozytywną" . W tym celu posłużyć miały dwa podstawowe pojęcia: sprzeczności i serii, pierwsze

przejęte z filozofii niemieckiej, drugie — od Fouriera. Myśl zasadnicza polegała na ukazaniu wszelkich form ludzkiego współżycia i współdziałania, utrwalonych w postaci określonych instytucji społecznych, jako ukła- dów względnej równowagi, stale rozsadzanych przez dwie siły odśrodkowe, powodujące zgoła przeciwstawne efekty. Sprzeczność jest istotą wszelkich stosunków międzyludzkich. A ponieważ najważniejszą formą współżycia i współdziałania ludzi jest praca, zatem

w nauce o pracy, w ekonomii politycznej, najłatwiej ją

dostrzec. Każda instytucja ekonomiczna posiada „do- brą" i „złą" stronę, pociąga za sobą korzystne i nieko-

rzystne skutki. Ten stan rzeczy jest niezależny od for- my współdziałania, w tym więc sensie jest wieczny. Można to stwierdzić analizując po kolei wszystkie ka- tegorie ekonomiczne w społeczeństwie istniejącym, któ-

re są tylko nazwą określonych instytucji: podział pracy, produkcję maszynową, konkurencję, monopol, system podatkowy, system wymiany, kredyt, własność pry- watną i własność wspólną. Błąd, jaki popełniają za-

równo ekonomiści, jak i reformatorzy społeczni, pole- ga na absolutyzacji jednej ze stron sprzeczności. Usiłu-

je się uzasadnić i zrealizować absolutną własność, lub

absolutną wspólnotę, absolutną wolność konkurencji lub absolutny monopol, podobnie jak w dziedzinie ustroju politycznego przeciwstawia się absolutną wol- ność jednostki autorytetowi, czyli obywatela państwu, a w dziedzinie religii — człowieka Bogu. Nie bierze się przy tym pod uwagę, że sprzeczność jest cechą konsty-

tutywną wszelkiego życia społecznego, jeśli więc rozsa- dza ona jakikolwiek układ względnej równowagi, to powstaje na jego miejscu nowy, nie mniej sprzeczny wewnętrznie. Rozwiązanie problemu nie polega więc na tym, by jedne instytucje społeczne, jedne formy ludzkiego współżycia zastąpić innymi, co głoszą wszyscy socjaliści, lecz na tym, by dostrzec rzeczywiste sprzecz- ności zawarte w instytucjach istniejących i zadbać o to, by przeciwstawne strony każdego zjawiska społecznego wzajemnie się równoważyły. Książka ukazała się w połowie października. Marks, któremu Engels przekazał już nieco informacji o jej treści, otrzymał ją dopiero w końcu grudnia i natych- miast zasiadł do pisania odpowiedzi. Jest to jedyny wypadek, kiedy Marks napisał obszerną pracę pole- miczną wymierzoną przeciwko cudzoziemcowi i czło- wiekowi, z którym bliżej nie współpracował. Ogłosił ją po francusku, a więc nie z myślą o doraźnym wpływie, jakie idee Proudhona mogły wywierać na komunistach niemieckich (według świadectwa Weitlinga robotnicy niemieccy w Paryżu z reguły znali francuski niezmier- nie słabo, idee Proudhona docierały do nich przede wszystkim za pośrednictwem Griina). Świadczyć to mo- że o niechęci do Proudhona, ale chyba bardziej o zna- czeniu, jakie Marks przypisywał jego dziełom. W okre- sie wcześniejszym, nawet krytykując go, wyrażał się o nim z dużym szacunkiem. Zestawiał wówczas Proudhona z Feuerbachem, podkreślał wartość jego dialektyki serii jako „próby dania metody myślenia, która zastąpiłaby samoistnie myśli procesem myśle- nia". Nie był to stosunek bezkrytyczny, ale widoczne

jest przeświadczenie, że ma się do czynienia z myśli- cielem rzetelnym i poważnym. Teraz stosunek ten uległ zasadniczej zmianie. Nędza filozofii była nie tylko po- lemiką, lecz także pamfletem: przeciwnik został nie tylko skrytykowany, ale również ośmieszony. Psychologiczne motywy tej zmiany stanowiska nas tu nie interesują, ważne są zarzuty merytoryczne. Marksa odstręczyły dwie przede wszystkim spra- wy: ahistoryczność dialektyki zaprezentowanej przez Proudhona oraz rekoncyliacyjny stosunek do form in- stytucjonalnych ustroju kapitalistycznego. Podkreśle- nie, że każda z nich posiada dobrą i złą stronę, Marks odczytał jako ich faktyczną obronę. Cały wywód Proudhona zmierza do zanegowania konieczności przewrotu społecznego. W Systemie sprzeczności eko- nomicznych dochodzi do głosu „socjalizm konserwa- tywny, czyli burżuazyjny", niezdolny ani do zrozu- mienia istniejącego społeczeństwa, ani do pokierowania walką o jego zmianę. Zarówno z punktu widzenia ana- lizy ekonomicznej, jak z punktu ideologii socjalistycz- nej książka nie przedstawia żadnej wartości. Marks nie był jedynym, który skrytykował Filozofię nędzy. Proudhon tym razem nie miał dobrej prasy, a mając o sobie i swym dziele wysokie mniemanie, od- czuł to bardzo boleśnie. Ujemne oceny skłonny był przypisywać złej woli recenzentów i niezrozumieniu przez nich jego myśli. „Wszyscy, którzy dotąd zabrali głos, powodowali się skrajnie złą wolą, zazdrością lub głupotą" — notował w swym karnecie, wymieniając nazwiska Marksa, Vidala, Bucheza, Cabeta oraz pisma „Journal des Economistes", „Revue Encyclopediąue"

i

„Univers Religieux". Szczególnie dotknęła go krytyka

Marksa. „Jest to kłąb grubiaństw, oszczerstw, fał- szerstw i plagiatów" — pisał. W bezpośrednim też związku z tą krytyką pozostają wyraźne wypowiedzi antysemickie, zanotowane w karnecie, oraz projekt artykułu domagającego się wypędzenia Żydów z Fran- cji. O dalszej współpracy z Marksem na jakimkolwiek polu nie mogło być już mowy. W ogóle stosunki Proudhona z dawnymi przyjaciółmi ulegały rozluźnieniu. Odchodził coraz bardziej od „ko- terii ekonomicznej", coraz mniej miał wspólnych zain- teresowań z przyjaciółmi młodości. Zbliżył się nato- miast w tym okresie do człowieka, który miał w przy- szłości podjąć ideę anarchizmu — do Bakunina. Lata 1846—1847 przyniosły dalszą zmianę w życiu Proudhona. W niedługim odstępie czasu zmarli jego rodzice, z którymi — zwłaszcza z matką — do końca był w bliskich stosunkach. Późną jesienią 1847 roku zakończył pracę u Gauthierów. Z 200 frankami majątku

i prawie 10 000 długów przeniósł się na stałe do Paryża, gdzie zamierzał odtąd żyć z pióra.

IV. REWOLUCJA

Charakteryzując ex post nastroje panujące w opinii publicznej w przededniu rewolucji, Proudhon pisał:

„Ludwik XIV panował dzięki temu, że ubóstwił sam siebie; Cezar i Bonaparte — dzięki powszechnemu uwielbieniu; Sulla i Robespierre — za pomocą terroru; Burbonowie — dzięki reakcji Europy na cesarskie pod-

boje. Panowanie Ludwika Filipa po raz pierwszy i je- dyny opierało się na powszechnej pogardzie". Słowa te oddają wiernie stopień zdyskredytowania rządu i monarchy w oczach Francuzów. Pierwsze miesiące po przeniesieniu się do Paryża Proudhon poświęcił na zorganizowanie pisma, które podczas Wiosny Ludów miało mu służyć za trybunę. Powstało ono dopiero w styczniu 1848 roku; stosunek Proudhona do wydarzeń, osób i stronnictw przed re- wolucją oddają jednak dokładnie notatki, których opublikowana część obejmuje okres do abdykacji Lud- wika Filipa. Uderza w nich przede wszystkim krytyczny stosunek do opozycji oraz brak zaufania do republiki i do de- mokracji jako form ustrojowych w ogóle. Cały obóz demokratyczny lansował wówczas hasło reformy wy- borczej i powszechnego głosowania. W tym ujęciu re- formę społeczną miała poprzedzić i umożliwić dopiero reforma polityczna. Proudhon ujmował to zagadnienie odwrotnie, przemiany polityczne miały być skutkiem, a nie przyczyną istotnych reform społecznych. „Rady- kałowie — pisał — mówią o prawach, zasadach, moral- ności etc. — Chleba, pracy, dobrobytu, oto czego pragnie lud". Hasło głosowania powszechnego było dla niego „wielką mistyfikacją demokratyczną". Demokracja bez równych warunków pracy, bez sprawiedliwej wymia- ny dóbr, nie dająca gwarancji, że nędzy zostanie poło- żony kres, była w jego oczach jedynie inną formą ty- ranii. Mówców opozycji, występujących na bankietach publicznych, nazywał „arystokracją blagi", w dema- skowaniu przez nich korupcji dopatrywał się wyłącz-

nie manewru obliczonego na zdobycie władzy i czerpa- nie z niej korzyści. Dla Proudhona „demokracja umar- ła i została pochowana", a próba wskrzeszenia roku 1793 była dla niego komedią. Motywem ataków na hasło reformy wyborczej był nie tylko brak zaufania do głoszących je ludzi, lecz przede wszystkim odrzucenie samej zasady przedstawi- cielstwa narodowego. Zarzuty Proudhona można spro- wadzić do czterech. 1° Instytucja przedstawicielstwa narodowego koliduje z zasadą suwerenności ludu. Prze- kazanie władzy reprezentacji narodowej wyłonionej w drodze wyborów oznacza zawsze, niezależnie od ordy- nacji wyborczej, alienację suwerenności ludu, dobro- wolne wyzbycie się przez niego władzy i przekazanie jej w ręce ciała, które się z ludu wyobcowuje. Lud utrwala w ten sposób własną niewolę. „Demokracja jest tyranią, najgorszą z tyranii". 2° Zasada wybierania przedstawicieli oraz podejmowania przez nich wszel- kich decyzji większością głosów jest nieracjonalna: za- miast ważyć argumenty, liczy się głosy. Słuszna sprawa może zostać w tych warunkach zaprzepaszczona przez demagogię, zręczność polityka lub zbieg okoliczności. 3° Instytucja przedstawicielstwa narodowego jest nie tylko nierozumna, lecz koliduje ponadto z zasadą wol- ności indywidualnej i z prawami mniejszości. Proudhon nie tylko przyznawał mniejszości prawo do zachowania odrębnego zdania, ale domagał się też, by wola jej była respektowana przez większość. „Każdy człowiek, który nie może czynić tego, co chce, i wszystkiego, co chce, ma prawo do buntu, choćby był sam jeden przeciw rzą- dowi, choćby rząd ten stanowili wszyscy inni". Ty-

ranią było dla Proudhona zarówno panowanie mniej- szości nad większością, jak panowanie większości nad

mniejszością. I wreszcie 4°, zasada przedstawicielstwa narodowego dotyczy wyłącznie formy sprawowania władzy, gdy sedno sprawy leży w zmianie jej treści. Istotna zmiana organizacji politycznej możliwa jest tylko w wyniku zmiany całokształtu stosunków mię- dzyludzkich, tych zaś wprowadzenie głosowania powszechnego nie dotyczy. „Odrzucam reformę wybor- czą z tego samego powodu, z jakiego odrzucam włas- ność. — Jest to ta sama zasada pod inną postacią". W tym kontekście należy, naszym zdaniem, czytać wszystkie wypowiedzi Proudhona, w których opowiada się po stronie rządu lub sił konserwatywnych przeciw opozycji, demokratom i socjalistom. W notatkach jest ich wiele i mogą wprowadzić w błąd. Pisał, że rząd Guizota jest bardziej postępowy od głównych fakcji, które rozdzierają Francję; z wyraźnym zadowoleniem przyjął zawieszenie wykładów Micheleta, a w szwaj- carskiej wojnie domowej (tzw. wojnie Sonderbundu) opowiadał się po stronie kantonów konserwatywnych. Posłuchajmy jednak jego argumentów. „Powiadają mi:

Ludwik Filip i jego rząd oddają usługi, z których nie zdają sobie sprawy. — Właśnie dlatego mam do nich zaufanie". W sprawie szwajcarskiej zaś pisał:

„Wszyscy są zgodni, jeśli idzie o potępienie buntu

mniejszości przeciw większości

publikańską zasadą buntu? Co do mnie, podtrzymuję tę zasadę". Z tych przesłanek wynikał stosunek Proudhona do rewolucji. Z początku cechowała go ambiwalencja: nie

Cóż się stało z re-

wierzył w możliwość dokonania rzeczywistego przewro- tu, powstanie uważał za przedwczesne i bezskuteczne, ale bierność ludu w obliczu represji rządowych uważał również za rzecz niedopuszczalną. Na trzy dni przed abdykacją króla pisał: „Cokolwiek się zdarzy, przyznam rację ludowi, zwłaszcza w razie zamieszek i pogromu. Najgorzej byłoby, gdyby zgromadził się na darmo. Z je- go strony byłby to dowód wyjątkowo zimnej krwi i nie- zwykłego zgoła opanowania, lecz postąpiłby absurdal- nie. Lud wypowiada się w czynach, nie w słowach. Czy sprawią, że zada kłam swej naturze? Spodziewam się i życzę sobie tego. — Wolę głupstwo niż błąd, a w chwili kiedy żadna idea nie przemawia do mas, innej alternatywy nie ma. Pojutrze wszędzie rozbrzmiewać będą pochwały spokoju zachowanego przez ludność Paryża; ja jeden go nie pochwalę". W tych warun- kach widział przed sobą dwa zadania: demaskowanie całej opozycji — patriotycznej, socjalistycznej i komu- nistycznej — oraz przygotowanie programu przyszłego przewrotu. Ocena nastrojów panujących w kraju, sił rządu i opo- zycji okazała się błędna, ocena natomiast możliwości pokierowania rewolucją przez opozycję — nader trafna. „Nie ma w głowach żadnych idei — pisał w dniu abdy- kacji króla. Ciżba adwokatów i literatów, sami ignoran- ci, jeden większy od drugiego, którzy zaczną się spierać o władzę. Nie mam wśród nich nic do roboty" . Opra- cowanie programu dalszego działania Proudhon uznał za sprawę palącą. W końcu marca 1848 roku w parodniowych odstępach ogłosił trzy broszury programowe: Rozwiązanie proble-

mu społecznego, Demokracja oraz Organizacja kredytu i obiegu i rozwiązanie problemu społecznego. Zawarte

tu myśli rozwijał następnie na łamach „Reprezentanta

Ludu" („Le Representant du Peuple"; pismo było trzykrotnie zamykane i reaktywowane pod nieco zmie- nioną nazwą), gdzie na uwagę zasługuje zwłaszcza Program rewolucyjny skierowany do wyborców Sekwa- ny, oraz w broszurach, z których najważniejsza nosiła tytuł Podsumowanie kwestii społecznej: bank łudowy. Oprócz krytyki demokracji pisma te zawierały też pro- gram pozytywny. Jego myśl zasadnicza wyłożona już została w Systemie sprzeczności ekonomicznych i wy- śmiana wówczas przez Marksa. Polegała ona na refor- mie systemu kredytowego, której konsekwencją miało

być przeobrażenie całokształtu stosunków społecznych. Jej narzędziem miał być bank ludowy oparty na za- sadach spółdzielczych i dostarczający swym udzia- łowcom bezpłatnego kredytu, dzięki czemu zrzeszeni

w

w

nim wytwórcy uniezależnić się mieli od kapitału. Pomysł nie był nowy. Zgłoszono i wypróbowano go

Anglii już w połowie lat trzydziestych z fatalnym

skutkiem. Marks nie bez powodu traktował go jako czystą utopię. Z dwóch względów zasługuje on jednak na uwagę. Po pierwsze, była to wyraźna kontrpropo- zycja w stosunku do lansowanej przez Louis Blanca idei warsztatów narodowych, której realizacja zadecy- dowała o losach rewolucji w dniach czerwcowych. Blanc wiązał, jak wiadomo, poprawę położenia robotni- ków z inicjatywą rządu, który miał dostarczyć robotni- kom pracy w przedsiębiorstwach państwowych. Proud- hon przeciwstawił temu programowi „centralizację

spontaniczną, niezależną i społeczną", czyli ideę sa- mopomocy wytwórców. Po wtóre, program banku lu- dowego odbiega znacznie od programu samego Proudho- na, naszkicowanego w listopadzie 1847 roku w notatce pt. Co uczynimy nazajutrz po rewolucji, gdzie na pierwszym planie stała nacjonalizacja głównych gałęzi produkcji, przedsiębiorstw transportowych i banko- wych i gdzie główna rola przypadała w udziale pań- stwu. Nawiasem mówiąc, szereg zawartych tu po- mysłów zrealizowała później Komuna Paryska, w któ- rej proudhoniści odegrali czołową rolę. Wydaje się, że tej rozbieżności między własnymi po- mysłami przed rewolucją i podczas jej przebiegu, jak i tej gwałtownej opozycji przeciw projektom Louis Blanca nie sposób zrozumieć bez uświadomienia sobie, jak Proudhon oceniał układ sił w rewolucji lutowej i stojące przed nią możliwości. Interesujący jest zwłasz- cza jego stosunek do chłopstwa. Traktuje się go zazwy- czaj jako rzecznika interesów drobnomieszczaństwa rujnowanego przez rozwijający się kapitalizm, a przede wszystkim jako rzecznika własności chłopskiej. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana; stosunek Proudho- na do chłopstwa był bowiem ambiwalentny. W notatkach z listopada jest strona poświęcona chłopstwu. „To, co myśli lud, nie jest bynajmniej tym, co myśli chłop, ten chłop, który zasłużył na naj- gorsze słowa, jakie wyrzekł o nim p. de Balzak. Chłop, który we Francji stanowi przytłaczającą większość, jest klasą obrzydliwą, najbardziej egoistyczną, zupełnie pozbawioną szlachetnych instynktów, w najwyższym stopniu sprzedajną, konserwatywną, obłudną, najbar-

dziej zajadłą na punkcie własności. Złe skłonności tej kasty powodują, że bezpośredni frontalny atak na własność ziemską oraz własność przemysłową i handlo-

wą jest

postępu jest chłop. Chłop i robotnik to dziś takie samo przeciwieństwo, jak niegdyś szlachcic i poddany. Chłop to dzisiejszy szlachcic". Jak widać, zanim jeszcze wybuchła rewolucja, niepo- koiła Proudhona możliwość konfliktu między robotni- kami a chłopstwem, tego konfliktu, który według oce- ny Marksa zadecydował o klęsce rewolucji. Proudhon niczego nie lękał się w tym stopniu, co izolacji robotni- ków, oceniając słusznie, że konsekwencją jej będzie nie tylko niespełnienie ich żądań, lecz odwrót całego ru- chu i zwycięstwo reakcji. Te obawy, potwierdzone rozwojem wydarzeń po dniach czerwcowych, tłumaczą też dalszą ewolucję jego poglądów. Aby nie dopuścić do rozłamu wśród sił, które dokonały rewolucji, gotów był nawet, jak zobaczymy poniżej, przyznać burżuazji rolę kierowniczą. Sformułować programu, który wy- rażając dążenia robotników byłby zarazem atrakcyjny dla innych grup społecznych, nie umiał, dlatego w po- szukiwaniu sojuszów głosił program w istocie drobno- mieszczański. Nie należy jednak zapominać, że u podło- ża jego koncepcji, nawet zupełnie chybionych i zgoła utopijnych, leżała trafna ocena niebezpieczeństwa gro- żącego rewolucji i dążenie, by za wszelką cenę powstrzymywać jej odwrót. Kierując się tymi motywami Proudhon po ogłoszeniu swego programu postanowił rozwinąć działalność poli- tyczną w Zgromadzeniu Narodowym. Wybory w kwiet-

Prawdziwą

przeszkodą na drodze

niu 1848 roku nie dały mu mandatu, ale już z wyborów uzupełniających w dniu 4 czerwca wyszedł jako poseł departamentu Sekwany. Pismo „Reprezentant Ludu" osiągało w tym czasie nakład 80 000 egz. dziennie.

Zaledwie kilkanaście dni dzieliło jego wybór do Zgro- madzenia od rozwiązania warsztatów narodowych, któ- rego konsekwencją był krwawo stłumiony bunt robot- ników paryskich. Nastąpiło zatem to, czego Proudhon najbardziej się obawiał. I wtedy raz jeszcze pokazał charakter. Represje Cavaignaca były w pełnym toku, kiedy Proudhon wystąpił w Zgromadzeniu Narodowym

w obronie robotników, domagając się zarazem ustawo-

wego obniżenia czynszów na okres trzyletni, co uznano za zamach na własność prywatną. 31 lipca wystąpił

w Izbie ponownie z wielkim przemówieniem, w którym

stwierdził, że istnieje zasadnicze przeciwieństwo inte- resów między proletariatem a burżuazją. Sala 493 gło- sami na 495 obecnych uchwaliła udzielenie mu nagany. Według relacji Hercena jednomyślna opinia Izby brzmiała: „Mowę do «Monitora», mówcę do szpitala wariatów". Proudhon nie dał się jednak zastraszyć i po kilku tygodniach wystąpił raz jeszcze na bankiecie publicznym z toastem na cześć rewolucyj, w których przejawia się i realizuje sprawiedliwość dziejowa. Reaktywował również pod nową nazwą pismo, które uległo zawieszeniu, kiedy nakładane nieustannie kary pieniężne wyczerpały wymaganą kaucję. Nowy dzien- nik pod nazwą „Lud" („Le Peuple") przetrwał do

czerwca 1849 roku, kiedy to redakcja zdemolowana została przez Gwardię Narodową. Tymczasem kontrrewolucja posuwała się szybko na-

przód. W grudniu 1848 roku Ludwik Bonaparte wybra- ny został prezydentem Francji. Proudhon zetknął się z przyszłym cesarzem zaraz po jego powrocie z wygna- nia i nie miał żadnych złudzeń co do jego osoby. W dwa dni po zaprzysiężeniu prezydenta pisał publicz- nie: „Demokracja i socjalizm nie mają dziś większego wroga niż Bonaparte". Pod koniec stycznia 1849 roku ogłosił trzy pamflety wymierzone w Bonapartego. Po- ciągnięty za to do odpowiedzialności sądowej, po uchy- leniu immunitetu przez Zgromadzenie Narodowe, Prou- dhon został skazany na trzy lata więzienia i grzyw- nę. Uciekł do Belgii, powrócił jednak niebawem i w czerwcu osadzony został w paryskim więzieniu Sw. Pelagii. Uwięzienie nie oznaczało jednak przerwania działal- ności politycznej. Proudhon utrzymywał kontakt ze światem i z więzienia kierował nadal pismem, ogłasza- jąc w nim równocześnie własne artykuły. Przysługiwało mu prawo do wychodzenia trzy razy w miesiącu na kilka godzin na miasto; jeden z takich „dni wychodnych" wykorzystał, by się ożenić. Swe warunki więzienne sam scharakteryzował następująco: „U Św. Pelagii mam się tak dobrze, jak to tylko jest możliwe w więzieniu. Zajmuję kwadratowy pokój, którego każdy bok ma 5 metrów, z dwoma oknami wychodzącymi na przytu- łek i ogród botaniczny. Tak dobrego lokum nie miałem nawet przy ul. Mazarina, kiedy byłem posłem. Jem chleb więzienny, całkiem dobry; z rana dostaję bulion, dwa razy w tygodniu tłusty, pięć razy chudy. Resztę przynoszą mi z restauracji. Administracja dostarcza mi wina po 12 sous litr; jest lepsze od tego, które sprzeda-

je się po 1,50 franka butelka. Przyjmuję wizyty. Wolno

mi dostarczać broszury i dzienniki. Kazałem sobie spro-

wadzić wszystkie moje szpargały, wszystko więc, co po- siadam, jest wraz ze mną pod kluczem. Chociaż przykro

jest być zamkniętym i choć wynikają stąd różne niedo- godności fizyczne i moralne, tego tylko sobie życzę, że-

by

pozostać tu, gdzie jestem, przynajmniej przez "

18 miesięcy

Ostatnie życzenie staje się w pełni zrozumiałe, kiedy sobie uświadomimy, że Proudhon bynajmniej nie za- przestał walki z rządem. W deklaracji programowej reaktywowanego raz jeszcze pisma, którego pierwszy

numer ukazał się już po jego uwięzieniu, pisał wpraw- dzie, że o ile „Lud" był organem walki, o tyle „Głos

ludu" będzie organem dyskusji, ale w tym samym piśmie ogłosił 2 lutego 1850 roku artykuł pt. Niech żyje cesarz! — gdzie stwierdzał bez ogródek: „Teraz to już rzecz pewna: stoimy przed zamachem stanu". Aż do ostatecznego upadku, który nastąpił w październiku 1850 roku, pismo Proudhona nie przestawało ostrzegać przed niebezpieczeństwem grożącym republice. Ukarany za swe artykuły karcerem, przeniesieniem

do cięższego więzienia, a przejściowo nawet do twier-

dzy, Proudhon, który przejrzał zamiary Ludwika Na- poleona, usiłował uniemożliwić mu ich realizację. 2 grudnia 1851 roku na wieść o zamachu stanu zażądał przysługującej mu przepustki i wyszedł na miasto. Chciał na własne oczy ocenić, czy istnieją jakiekolwiek

szanse stawienia oporu. Doszedł do wniosku, że jest to niemożliwe, i wrócił do celi pisać książkę o zamachu stanu.

V. BURZYCIEL AUTORYTETÓW

W dziejach francuskiej myśli socjalistycznej rewolu-

cja roku 1848 była próbą, której nie wytrzymał prawie

żaden z wcześniejszych teoretyków. Większość z nich zniknęła po upadku rewolucji z widowni publicznej,

nieliczni, np. Cabet i Considerant, próbowali wcielić

w życie swoje ideały na emigracji, najczęściej w Ame-

ryce; byli wreszcie i tacy, którzy poszli na współpracę z rządem napoleońskim; dotyczyło to zwłaszcza byłych

saintsimonistów: braci Pereirę, którzy stanęli na czele wielkiego domu bankowego, Ferdynanda Lessepsa, twórcy Kanału Sueskiego, a także samego „ojca naj- wyższego" Prospera Enfantin.

Po wyeliminowaniu myślicieli socjalistycznych z ży-

cia publicznego lub rezygnacji przez nich z ideałów so-

cjalizmu Proudhon pozostał we Francji jedynym jego teoretycznym kontynuatorem. Poza nim z dawnych so-

cjalistów rolę odegrać miał tylko August Blanąui, był

to jednak przede wszystkim organizator, nie myśliciel.

Przez kilkanaście lat Proudhon był niejako oficjalnym rzecznikiem socjalizmu we Francji; przez słowo „so- cjalizm" rozumiano w tym kraju to, co głosił Proudhon. W tym też okresie ukształtował się ostatecznie zespół poglądów, które dziś zwykło się nazywać proudhoni- zmem. Płodność Proudhona-pisarza nie zmalała bynajmniej za cesarstwa. Nie licząc prac drobniejszych, wydał w ciągu 16 lat, jakie pozostały mu jeszcze do życia, 11 dzieł

(w tym jedno czterotomowe, liczące ponad 1500 stron). Wachlarz poruszonych w nich zagadnień był ogromny. Nie zaniedbując problematyki ekonomicznej, Proudhon wypowiadał się na temat historiozofii i polityki, etyki i stosunków międzynarodowych, rodziny i prawa autor- skiego etc. Sprecyzował w tym czasie swą koncepcję anarchizmu, stworzył teorię syndykalizmu i sformuło- wał zasadę federalizmu. Katalog pism Proudhona wyczerpuje niemal bez resz- ty jego biografię w omawianym okresie. Zanim jed- nak do nich przejdziemy, należy wspomnieć o jego sy- tuacji osobistej i stosunkach z nowym rządem. Była i będzie jeszcze mowa o walce toczonej przez Proudhona, by nie dopuścić do ponownego przekształ- cenia republiki w monarchię. Przypłacił ją więzieniem. Kiedy po odbyciu kary opuścił je w połowie roku 1852, cesarstwo było już faktem dokonanym, przy czym nie bez znaczenia była okoliczność, że powołane zostało do życia drogą referendum, w którym — uwzględniając nawet nadużycia wyborcze — ogromna większość na- rodu opowiedziała się za tą formą władzy. Trudno było nie liczyć się z nowym stanem rzeczy myślicielowi, który nie zamierzał ani zamilknąć, ani emigrować, a któremu działalność spiskowa była zupełnie obca. Mu- siał więc akomodować się do istniejących warunków, dbając jedynie o to, by prawa głosu nie przypłacać re- zygnacją z własnych poglądów i z niezależności. Sytuacja Proudhona po wyjściu z więzienia zaiste nie była łatwa. Obarczony rodziną — w latach 1850—56 urodziły mu się 4 córki (dwie z nich umarły w dzie- ciństwie) — utrzymywał się z pisarstwa i musiał pu-

blikować, aby żyć. Władze, rzecz jasna, nie darzyły go zaufaniem, nie uzyskał np. zezwolenia na wydawanie pisma, zarazem jednak czyniono zabiegi, aby go pozy- skać, ewentualnie skompromitować. Typowym posu-

nięciem tego rodzaju była propozycja odszkodowania z tytułu przyznania koncesji na budowę linii kolejowej między Besancon a Belforten domowi bankowemu braci Pereirę. Proudhon, korzystając ze znajomości z cesar- skim kuzynem i domniemanym następcą tronu, ks. Na- poleonem Hieronimem Bonaparte, z którym zasiadał w Zgromadzeniu Narodowym, usiłował uzyskać tę kon- cesję dla innego towarzystwa akcyjnego głównie po to, by przeszkodzić monopolizacji kolejnictwa w ręku jed- nego konsorcjum. Propozycja odszkodowania była w tym wypadku zwykłą próbą uzależnienia go za pomo- cą korzyści materialnych. Pojmując to Proudhon w liś- cie do ks. Napoleona z 7 września 1853 roku następu- jąco motywował swą odmowę: „P. Pereirę jest rzecz- nikiem panującej obecnie w naszej gospodarce narodo- wej zasady feudalizmu industrialnego i jego przywódcą; zasadę tę uważam za antydemokratyczną i antyliberal-

nie tego systemu; byłoby rzeczą zgoła osobliwą, godną rycerza przemysłu, gdybym przyjął gratyfikację od przeciwnika". Podobnie jak odmówił przyjęcia odszko- dowania, nie wyraził też zgody na kandydowanie do Zgromadzenia Narodowego, uważając zasiadanie w ce- sarskim parlamencie za formę afirmacji ustroju. Nie zrywał natomiast kontaktów z ks. Napoleonem i za jego pośrednictwem przedkładał kilkakrotnie rządowi pro- jekty reform, które w jego przekonaniu prowadzić mia-

Moim obowiązkiem i przeznaczeniem jest zwalcza-

ły do podkopania ustroju i utorować drogę dalszemu rozwojowi rewolucji. W stosunku do okresu przedrewolucyjnego tematyka prac Proudhona uległa znacznej zmianie. O ile w la- tach 1840—46 zainteresowania jego ogniskowały się co- raz bardziej na zagadnieniach ekonomicznych, i w tych kategoriach rozpatrywany był ogół stosunków spo- łecznych, o tyle pod wpływem rewolucji na pierwszy plan wysunęły się zagadnienia władzy. Punktem wyj- ścia tych rozważań była opozycja wobec stanowiska re- prezentowanego przez wszystkich niemal socjalistów ówczesnych, a przede wszystkim przez Louis Blanca, których zdaniem rewolucja polityczna miała umożliwić dokonanie rewolucji społecznej. W koncepcji tej istot- ne przeobrażenie stosunków społecznych miało być dziełem władzy państwowej, a rola ludu kończyła się na obaleniu rządu dotychczasowego i powołaniu no- wego. Tę ideę rewolucji „odgórnej" zakwestionował Proud- hon jeszcze podczas pobytu w więzieniu w Zwierzeniach rewolucjonisty, jednej z najgłośniejszych książek fran- cuskiej literatury socjalistycznej, ogłoszonej jesienią 1849 roku, oraz w pracy pt. Myśl ogólna rewolucji w XIX wieku, wydanej w połowie roku 1851. Pierwsza omawiała przebieg wydarzeń podczas rewolucji. Wy- chodząc z założenia, że główną korzyścią, jaką przynosi badanie dziejów, jest uświadomienie błędnych kroków w przeszłości i wyeliminowanie z rozważań nad przy- szłością dróg, które wiodą do nikąd, Proudhon usiło- wał wykazać, że historia wydała już wyrok na próbę zespolenia idei socjalizmu z ideą demokracji parlamen-

tarnej i przekreśliła nadzieje związane z rewolucją po- lityczną. Rewolucja taka musi nieuchronnie zakończyć się odbudowaniem władzy autorytatywnej. Klęska re- wolucji była więc konsekwencją przyjęcia fałszywej zasady, której podporządkowano całą działalność re- wolucyjną. Tę samą tezę w postaci rozważań teoretycz- nych, nie posługując się tym razem szczegółowym ma- teriałem historycznym, rozwinął Proudhon w pracy Myśl ogólna rewolucji w XIX wieku. Poświęcił to dzie- ło analizie zasady wszelkiej dotychczasowej władzy politycznej. Podstawowy błąd wszystkich rewolucji w wieku XIX polegał na akceptacji zasady autorytetu jako podstawy nowego porządku. Miały one bowiem na celu zdobycie władzy, nie zburzenie władzy. Stąd też natychmiast po obaleniu dotychczasowego rządu przystępowano do re- konstrukcji władzy, sprawowanej wprawdzie przez no- wych ludzi, lecz opartej na nie zmienionej zasadzie. Na- dal, jak poprzednio, uważano, idąc świadomie lub nie- świadomie śladem Hegla, że społeczeństwo obywatel- skie pełny wyraz znajduje dopiero w państwie i że pań- stwo warunkować powinno wszelkie formy życia spo- łecznego. Cały wysiłek wkładano zatem w urządzenie życia politycznego, którego szczytową formę upatry- wano w demokracji parlamentarnej, pozostawiając po- litycznej reprezentacji narodu troskę o organizację ca- łego życia społecznego. We wszystkich rewolucjach po- czynając od roku 1789 dążono nieświadomie do znie- sienia autorytetu państwowego; każda z nich zatrzy- mywała się jednak wpół drogi i ostatecznie odbudowy- wała autorytet władzy, pieniądza i kościoła w nieznacz-

nie tylko zmodyfikowanej postaci. Źródłem niepowodzenia dotychczasowych rewolucji była niedojrzałość świadomości ich uczestników. Rewo- lucja jest procesem żywiołowym, ale skutki jej zależą od ludzkich wyobrażeń na temat społeczeństwa, jakie się buduje. Myśl ta została wyrażona dobitnie w Zwie- rzeniach rewolucjonisty. „Nie miejcie, przyjaciele, wat- pliwości: jeśli poczynając od lutego odkładano stale re- wolucję, spowodowane to było potrzebą wychowania naszej młodej demokracji. Nie dojrzeliśmy do wolności; szukaliśmy jej tam, gdzie jej nie ma, gdzie nigdy jej nie będzie. Spróbujmy ją teraz zrozumieć, a sam fakt, że ją rozumiemy, sprawi, iż się pojawi" 55. Błędy tak- tyczne wynikały z niezrozumienia zadań rewolucji, to z kolei z niezrozumienia istoty wolności, a to znów — z niewłaściwej metody badania zjawisk społecznych. W mniemaniu Proudhona wolność była nieodłączna od równości. Zasadę ich połączenia nazywał Proudhon sprawiedliwością, zasadę wykluczającą zarówno wol- ność jak równość — zasadą autorytetu. Jej przejawem jest podporządkowanie ludzi ludziom, a więc ustano- wienie między nimi stosunku podległości. Na takim sto- sunku opierała się dotąd wszelka organizacja, i to za- równo w sferze życia politycznego, w stosunkach gos- podarczych, jak i w sferze życia duchowego. Rzeczy- wistość ukształtowała wyobrażenie o ideale: zamiast zakwestionować samą zasadę autorytetu, reformatorzy społeczni cały wysiłek wkładali w uzasadnienie nowych form władzy autorytatywnej. Monarchę-jedynowładcę zastępowano więc przedstawicielstwem narodowym, pa- nowanie pieniądza — wszechwładzą wspólnoty, kościół

katolicki — hierarchią socjalistyczną. W rozważaniach tych jeden zwłaszcza wątek godzien jest podkreślenia: potraktowanie ideałów jako faktów społecznych, które są wprawdzie przyczynowo uwarun- kowane, ale zarazem zachowują wśród innych swą autonomię. Niedocenianie tej autonomii było, według Proudhona, jednym z głównych błędów rzeczników „odgórnej rewolucji". Wyobrażają oni sobie, że z chwilą dokonania zmian społeczno-ustrojowych świadomość ogółu ludzi zmieni się automatycznie w pożąda- nym przez nich kierunku, sądzą, że można dekretem przekształcić ludzkie mniemania. Zarzut Proudhona do- tyczy w istocie traktowania zjawisk społecznych na modłę zjawisk przyrodniczych, przypisywania życiu ludzkiemu uwarunkowań przyczynowych działających tak samo jak w przyrodzie. Przy tym ujęciu zapo- mina się zupełnie o wolności, jaką posiada każdy czło- wiek jako jednostka. Jej myślenie poddaje się nawy- kom, poddaje się także wpływom zewnętrznym, zawsze jednak może ono pójść w kierunku nieoczekiwanym. Dlatego rzeczywiste przemiany społeczne muszą iść w parze z odpowiednimi zmianami w świadomości. Rewolucja powinna wydobyć na jaw to, co w ludziach tkwi naprawdę: ich wolność i równość. Na przeszkodzie temu stoi zasada autorytetu. Wiekowe doświadczenie uczyniło z niej nawyk myślowy. Zniszczyć go może tyl- ko nowe doświadczenie i do tego właśnie powinna dą- żyć wszelka władza rzeczywiście rewolucyjna. Musi więc ona przystąpić do świadomej autodestrukcji, po- pierając wszelkie formy życia społecznego nie oparte na autorytecie.

Aby jednak pojąć w pełni błędność zasady autoryte- tu, nie wystarcza wskazać na jej skutki, lecz należy po- nadto wyjaśnić jej genezę. Błąd nie polega po prostu na jej ustanowieniu, tkwi głębiej, tkwi nie w samej za- sadzie, lecz w sposobie jej pojmowania i w jej absolu- tyzacji. Błędna jest przede wszystkim metoda myśle- nia, która traktuje społeczeństwo jako całość bez- względnie jednorodną i wobec tego szuka jedynej

zasady, która ma

służyć

za uniwersalny regulator

stosunków między ludźmi. Tymczasem społeczeństwo jest wprawdzie jednością, lecz jednością wewnętrznie zróżnicowaną. Więzi społeczne, na jakich opiera się ro- dzina, stowarzyszenie wytwórcze, organizm polityczny, mają charakter różny. Zasada, która w jednej grupie społecznej rodzi harmonię, w innej wywołuje dyshar- monię. Próba organizacji społeczeństwa we wszystkich jego przejawach według jednego modelu musi nieu- chronnie prowadzić do konfliktów społecznych. Proudhon rozwinął szerzej tę myśl dopiero w pracy wydanej w roku 1858 pt. O sprawiedliwości tv rewolu- cji i Kościele. Zasada autorytetu jest naturalną podsta- wą rodziny. Więź rodzinna łączy jednostki z natury nie- równe i nierównoprawne: kobieta ustępuje mężczyźnie nie tylko siłami fizycznymi, ale również duchowymi — intelektem i charakterem. Przeznaczeniem jej jest być albo gospodynią, albo prostytutką. Jest to wątek tym ciekawszy, że w socjalizmie francuskim równoupraw- nienie kobiety i swoboda seksualna były nieledwie do- gmatem; Proudhon opowiadał się natomiast za rodziną patriarchalną, w której ojciec miał być elementem de- cydującym, a decyzje jego miały mieć charakter wią-

żący i ostateczny. Ojciec włada więc rodziną na mocy swego autorytetu, ale autorytet ten oparty jest na mi- łości i szacunku, nie ma więc w nim nic z zewnętrzne- go przymusu. Kiedy jednak zasada patrymonialna roz- ciągnięta została na inne sfery współżycia ludzkiego, nastąpiła nieunikniona jej degeneracja. Przymus, znie- wolenie zastąpiły miłość i poważanie. Było to nieu- chronne; biorąc pod uwagę, że w stosunkach ekono- micznych i politycznych występują partnerzy równo- prawni, utrwalenie autorytetu jest więc równoznaczne z pogwałceniem wolności i równości. Oprócz rozważań teoretycznych obie wspomniane powyżej prace, podobnie jak wydana w roku 1852, w trzy miesiące po opuszczeniu więzienia, książka Rewo- lucja społeczna dowiedziona przez zamach stanu 2 grud- nia, zawierały też program działania. Ostatnią z nich wymienił zresztą Marks w 1869 roku w przedmowie do drugiego wydania 18 brumaire'a Ludwika Bonaparte, polecając ją razem z pamfletem Wiktora Hugo na Na- poleona Małego jako jedyne zasługujące na uwagę pra- ce na temat zamachu stanu z 2 grudnia 1851 roku. Marks podkreślał, iż Proudhon „usiłuje przedstawić za- mach stanu jako rezultat poprzedzającego zamach roz- woju historycznego", zarzucając zarazem Proudho- nowi, że obraz rozwoju wydarzeń zamienia się u niego niepostrzeżenie w apalogię cesarza. Proudhonowski program działania można rozpatry- wać z dwóch punktów widzenia. Był to przede wszyst- kim doraźny program ratowania rewolucji, obrony re- publiki przed monarchicznym zamachem stanu. Swe nadzieje w tym względzie pokładał Proudhon nie w

proletariacie, który po dniach czerwcowych nie miał już żadnego wpływu na rządy, a ponadto ulegał dema- gogii Bonapartego, lecz w klasach średnich, w burżua- zji. Głosił, mianowicie, sojusz burżuazji (rozumiejąc przez ten termin przede wszystkim drobnych posiada- czy) i proletariatu w obronie republiki, w którym kie- rownictwo miało przypaść burżuazji. W przedmowie do Myśli ogólnej rewolucji zwracał się do niej z gorącym apelem: „Lud oczekuje was jak w latach 89, 93, 1830, 1848. Rewolucja wyciąga do was rękę: ocalcie lud, ocal- cie się sami, tak jak ojcowie wasi — przez rewolu- cję". Proudhon liczył jeszcze, że uda mu się dokonać rozłamu w obozie rządowym, liczył na konflikt między wielką własnością a rzeszą drobnych posiadaczy, a wy- wody jego obliczone były na przekonanie tych ostat- nich, że ze strony proletariatu nic im nie grozi, jedy- nym zaś realnym niebezpieczeństwem jest dla nich peł- ne zwycięstwo reakcji, przypieczętowane powrotem monarchicznej formy rządu. Ten doraźny program znajdował jednak szersze uza- sadnienie w teorii rewolucji. Logiczną konsekwencją poglądu, który istotę rewolucji upatrywał w dążeniu do odrzucenia wszelkiego autorytetu, było zbagatelizo- wanie samego aktu przejęcia władzy w toku rewolucji. Proudhon nie był zresztą pod tym względem konse- kwentny; świadczy o tym walka, jaką prowadził prze- ciw restytucji cesarstwa. Pełny sens jego teorii rewo- lucji ujawnia się dopiero po zamachu stanu, ale wcześ- niejsze prace zawierają już wszystkie myśli dla niej istotne. W przekonaniu Proudhona rewolucja polityczna była

konsekwencją rewolucji społecznej, nie jej przesłanką. Ta ostatnia polegać miała na tworzeniu warunków umożliwiających całkowity zanik władzy autorytatyw- nej, tj. na przekształceniu zarówno sposobu myślenia, jak i najważniejszych instytucji społecznych. Nie mo- gło to nastąpić w wyniku jednorazowego aktu ani na- wet w stosunkowo krótkim okresie przejściowym; moż- liwe było jedynie jako proces ciągły i długotrwały.

W związku z tym Proudhon ukuł termin „rewolucja

permanentna", który, jak wiadomo, funkcjonował rów- nież podczas rewolucji rosyjskiej; u Proudhona jednak miał on inne znaczenie. „Rewolucja ciągła" oznaczała rewolucję dokonywaną stopniowo, niemal niepostrzeże- nie, rewolucję, w której nie dochodzi do wielkich starć

klasowych, przede wszystkim zaś do starcia między nie- posiadającymi a drobnymi właścicielami. Była to wła-

ściwie idea stopniowego przerastania kapitalizmu w so- cjalizm, w której nie było miejsca nawet na decydują-

cy strajk generalny głoszony potem przez anarchosyn-

dykalizm (Proudhon do końca życia pozostał zdecydo- wanym przeciwnikiem strajków). Cała działalność obli- czona na postęp rewolucji sprowadzała się w tym uję- ciu do krzewienia idei sprawiedliwej wymiany między producentami i tworzenia ram organizacyjnych, które jej sprzyjają. Tego typu działalność mogła być podej- mowana równie dobrze za rządów republikańskich, jak i w cesarstwie. Przez krótki czas Proudhon liczył na- wet, że zdoła skłonić rząd do podjęcia kroków sprzyja-

jących jego zamysłom. Wyraziło się to w przedłożeniu dwóch memoriałów w roku 1855. Jeden dotyczył prze- kształcenia drugiej wystawy powszechnej, otwartej w

Paryżu, w stały bazar, prowadzony przez powołane spe- cjalnie w tym celu koncesjonowano i nadzorowane przez państwo towarzystwo, którego zadaniem byłoby ułatwianie bezpośredniej wymiany między producen- tami bez udziału pośredników i z wyeliminowaniem pieniądza nie tylko jako środka wymiany, lecz także jako miernika wartości, oraz dostarczanie producentom nie oprocentowanego kredytu — była to nowa wersja banku ludowego. Drugi memoriał dotyczył reformy ko- lejnictwa i domagał się przeciwdziałania monopolizacji transportu kolejowego. Środkiem po temu miała być znów polityka koncesji na budowę linii kolejowych oraz nadzór państwowy nad istniejącymi przedsiębiorstwami. W obu wypadkach Proudhon nie postulował upaństwowienia odnośnych sfer życia gospodarczego, ale nadzór państwa nad nimi w celu zachowania wol- nej konkurencji między przedsiębiorstwami usług pu- blicznych, obrony konsumentów przed dyktowaniem cen zapewniających nieuprawnione zyski oraz podtrzy- mania drobnej wytwórczości za pomocą taniego kre- dytu. Wspomnieć też należy, że zawarta w tych me- moriałach krytyka wielkiego kapitału i tendencji do jego koncentracji zawierała u Proudhona wyraźne akcenty antysemickie. Memoriały te potwierdzają opinię Marksa o Proud- honie jako ideologu drobnomieszczaństwa. Ale choć dla ustroju nie przedstawiały one żadnego niebezpieczeń- stwa, w oczach reakcji Proudhon pozostał l'homme-ter- reur. Z tej strony wyszedł więc nowy atak przeciw nie- mu, który przyspieszył konflikt z rządem. Można rzec,

że Proudhon zmuszony został do zaostrzenia swego sta-

nowiska. Próby porozumienia z władzą cesarską podej- mował zawsze contrę coeur, zmuszony do tego okolicz- nościami. Teraz, kiedy rząd się cofał, kiedy dawna de-

magogia społeczna Napoleona III złożona została do la- musa, a giełda i Kościół uznane zostały oficjalnie za podporę tronu, kiedy więc wypadki potoczyły się tym torem, który Proudhon wprawdzie uważał za wysoce prawdopodobny, lecz nie za jedynie możliwy, doszło znów do starcia. Bezpośrednim powodem był atak przypuszczony na Proudhona przez katolickiego pisarza, Eugeniusza de Mirecourt, którego inspirowała po cichu kuria w Be- sancon. W roku 1855 ogłosił on w cyklu „Nasi współ- cześni" biografię Proudhona, gdzie napisał m. in.:

„W razie rewolucji jest dwóch ludzi, których dyktator powinien zmusić za wszelką cenę do milczenia: Proud- hon i Girardin". Była to jawna denuncjacja połączo- na z ingerencją w najbardziej prywatne sprawy, przedstawione nb. nieściśle lub wręcz kłamliwie. Proudhon, według własnego określenia, żył wówczas

na bocznym torze. Po pracach poświęconych rewolucji

i zamachowi ogłosił w roku 1853 Filozofię postępu, któ- ra nie znalazła szerszego oddźwięku, oraz napisał do spółki dla zarobku ironiczny Podręcznik spekulanta giełdowego, gdzie nazwisko jego jako współautora po- jawiło się dopiero w 3 wydaniu w roku 1857. Pamflet Mirecourta skłonił go do podjęcia walki z Kościołem.

W kwietniu 1858 roku, po przeszło dwuletniej pracy,

ogłosił wspomniane już ogromne (ponad 1500 stron)

dzieło O sprawiedliwości w rewolucji i Kościele.

Książka takiego autora i pod takim tytułem od po- czątku była podejrzana. Policja nachodziła drukarnię, aby dowiedzieć się czegoś bliższego o jej treści. Osta- tecznie dopuszczono ją do sprzedaży, ale po tygodniu, podczas którego rozeszło się 6000 egz., prokurator na- kazał konfiskatę, a autorowi wytoczono proces o sianie niepokoju, obrazę moralności publicznej, publiczną po- chwałę zbrodni itp. Proudhon zresztą jak zwykle pro- wokował. W książce zamieścił szereg listów otwartych do kardynała arcybiskupa Besancon, w których prostu- jąc kalumnie na temat własnej osoby przyznawał się dumnie do swego pochodzenia, opisywał warunki ży- cia w młodości i doznane upokorzenia, a równocześnie demaskował rolę kurii jako inspiratora książki Mire-

courta i źródło informacji o sobie i swej rodzinie. Pierw- szy egzemplarz książki posłał ks. Napoleonowi. W do- łączonym, ostatnim w ich korespondencji liście prze- powiadał upadek cesarstwa: ,,W chwili gdy ukazuje się ta książka, konflikt między ustanowioną władzą i świa- domością rewolucyjną, która sama tylko ją usprawied- liwia, pogłębił się tak, że myśl o królobójstwie krąży

wszędzie

dla pana". Przypomnijmy, że słowa te pisał w chwili, gdy cesarstwo było u szczytu powodzenia. W wytoczonym Proudhonowi procesie zapadł wyrok skazujący go na 3 lata więzienia i grzywnę. Niedługo pociągnięto też do odpowiedzialności wydawcę. Proud- hon apelował, ale przede wszystkim chciał się odwołać do opinii publicznej. Wszyscy wydawcy i księgarze otrzymali jednak poufną przestrogę ze strony policji, że każde pismo Proudhona może ich narazić na przy-

Obawiam się, książę, że złe czasy nadchodzą

krości. Ucieczka była więc nie tylko ratowaniem wol- ności, lecz ratowaniem możliwości dalszego działania.

W zapiskach z 11 maja 1858 roku czytamy: „Skazany

lub nie, trzeba, bym udał się do Belgii powiedzieć, co

mam na sercu". Uszedł w połowie lipca. Wydana tam apologia pt. Sprawiedliwość prześladowana przez Koś- ciół nie została we Francji dopuszczona do sprzedaży. O sprawiedliwości w rewolucji i Kościele, owa summa proudhonizmu, porusza tyle zagadnień, że nie sposób omówić jej tutaj bardziej szczegółowo. W opinii po-

wszechnej była to zresztą praca żle napisana, chaotycz-

na

i rozwlekła, niemniej jednak odegrała ogromną rolę

w

życiu umysłowym Francji; cały antyklerykalizm

francuski drugiej połowy XIX wieku z niej się wywo- dził lub na nią powoływał. Z konieczności zatrzymamy się tylko na jednym zagadnieniu, mianowicie na pro-

blematyce wolności i konieczności w procesie dziejo- wym, które zresztą kilkakrotnie już wypływało w in- nych aspektach. Jest to jednak chyba kluczowy punkt

w całej myśli Proudhona i dlatego warto wrócić do nie-

go raz jeszcze. Termin „wolność" występuje u Proudhona w różnych

kontekstach i znaczeniach. Pierwotnie, w Co to jest własność?, oznaczał stan, do którego ludzkość dojdzie

w przyszłości, trzeci, a zarazem ostatni szczebel uspo-

łecznienia. W owym czasie Proudhon głosił prawidło- wość postępu. Ludzkość przebywa w swych dziejach trzy stadia: religijne, filozoficzne i metafizyczne. Świa-

domość jej rozwija się od instynktownego, nader suma- rycznego wyobrażenia o ładzie powszechnym, które znajduje wyraz w pojęciu Boga, poprzez dążenie do po-

znania wszelkich zjawisk za pomocą formuły przyczy- nowości, aż do stworzenia ogólnej teorii ładu, czyli stworzenia metody naukowej, która pozwoli zrozumieć zjawiska otaczającego świata w ich całokształcie i zróż- nicowaniu. Wolność występowała zatem jako etap końcowy prawidłowego procesu. Ale zanim jeszcze wy- buchła rewolucja, pojawiły się u Proudhona wyraźne wątki antydeterministyczne. Słynne zdanie: „Bóg to zło", pojmuje się często jako wypowiedź ateisty czy ra- czej antyteisty; wydaje się jednak, że chodziło tu prze- de wszystkim o zakwestionowanie wszelkiej zewnętrz- nej wobec człowieka konieczności, zakwestionowanie jej nie w tym sensie, iżby w ogóle nie była możliwa, lecz w tym, że człowiekowi nie wolno się na nią zgodzić. Po- dobny wątek spotkamy w dziele O sprawiedliwości. W części pt. Postęp i dekadencja, po wyjaśnieniu obu terminów, pisał: „W obu wypadkach powiadam, że ludz- kość sama się doskonali lub cofa, ponieważ wszystko zależy tu wyłącznie od świadomości i wolności, tak iż ruch, którego podstawą jest sprawiedliwość, a siłą na- pędową wolność, nie może już zachować nic z fatal- ności". Ruch sprawiedliwości „jest ad libitum całkowi- cie fakultatywny i może wedle upodobania, z wolnej woli przyśpieszać się, zwalniać kroku, przerywać bieg, cofać się, odżywać na nowo". Postępu sprawiedliwości nie dyktuje więc żadna konieczność. Więcej nawet, „gdzie w ruchu społecznym dostrzega się konieczność, tam można rzec a priori, że w stosunku do postępu jest ona czymś obcym". Wydawałoby się, że konieczność została zupełnie za- negowana. Wniosek przedwczesny. Po pierwsze, istnieje

imperatyw moralny. Jego wieczysta obecność sprawia, że ludzie nieustannie poszukują sprawiedliwości i ni- gdy w poszukiwaniach tych nie ustaną. Z wolnością

w pojęciu Proudhona koliduje tylko przymus z e-

wnętrzny, a nie obligatoryjny nakaz wewnętrzny. Przeciwnie, dopiero świadome posłuszeństwo temu na- kazowi ze strony wszystkich ludzi zapoczątkuje pano- wanie sprawiedliwości. Ale nie koniec na tym, istnieją też konieczności zewnętrzne. Narzucają się one wów- czas, kiedy ludzie nie idą z dobrawoli za popędem we- wnętrznym, lecz tworzą sobie własne bogi — autory- tety. Konieczność przejawia się zatem we wszystkich procesach żywiołowych, wolność jest nieodłączna od świadomości.

Cóż znaczą jednak procesy żywiołowe? Proudhon wie dobrze, że świadomość zawsze uczestniczy w ludzkich działaniach. Żywiołowość oznacza więc tylko bezmyślne uleganie nawykom, kierowanie się prawdami uznany- mi, bez próby ich weryfikacji. Ostatecznie dochodzimy więc do tego, że ludzie zawsze są wolni, lecz nie zawsze czynią ze swej wolności należyty użytek. Całe zadanie filozofii sprowadza się więc do wykazania, że własny los leży w ich własnych rękach, że nikt, ani Bóg, ani przyroda, ani Historia, nie zdejmie z nich ciężaru od- powiedzialności za przyszłość, że wszystkie możliwości stoją przed nimi otworem. Jeśli jednak nie potrafią z wolności swej skorzystać i wybrać właściwej drogi, wówczas zwalą się na nich plagi i będą dręczyły dopó-

ty, dopóki tej drogi nie odnajdą. Takie nauki płyną ze

wszystkich rewolucji, z całej historii, która poucza prze-

de wszystkim, jakimi drogami iść nie należy, bo wypró-

bowano je już z wynikiem ujemnym. W ten sposób drogą eliminacji błędnych rozwiązań ludzkość posuwa się naprzód i realizuje coraz pełniej swą wolność. Wolność i konieczność, świadomość i żywiołowość po- zostają wieczyście w związku dialektycznym. Proudhon skłaniał się coraz bardziej do koncepcji, że zniesienie alienacji wolności nie jest aktem, jak u Feuerbacha, lecz nieskończonym procesem. Żywiołowość nigdy nie ulegnie zupełnej likwidacji, będzie jedynie coraz szyb- ciej przez ludzi przyswajana. Dlatego też rewolucja ni- gdy nie dobiegnie końca, nigdy bowiem nie zostaną stworzone formy społeczne, które nie podlegają już do- skonaleniu. Tak jak nie ma końca wiedzy o świecie, tak też nie ma końca przemianom zachodzącym w społe- czeństwie. Wolność nie jest stanem, lecz ruchem. Praw- dziwe zwycięstwo rewolucji polega na świadomym za- akceptowaniu jej permanencji. Jednym ze sposobów wyrażenia tej myśli przez Prou- dhona jest przeciwstawienie „sprawiedliwości" i „idea- łu". Ideał był dla Proudhona dobrem wyabsolutyzowa- nym, oderwanym od człowieka i wyniesionym na ze- wnątrz. Cechą ideałów jest to, że pozostają w sprzecz- ności z czynami wyznających je ludzi. Najjaskrawszym przykładem tego była dla Proudhona moralność Kościo- ła, której przeciwstawiał moralność rewolucji. Pierwsza objawia się wyłącznie w myśli, jako abstrakcja; druga przejawia się w działaniu. Myśl i działanie zawsze są z sobą związane, idzie jednak o to, by uświadomić sobie dwustronność tego związku, dostrzec zależność myśli od czynu i czynu od myśli. „Idea rodzi się z czynu Idea powinna powrócić do czynu". Cały problem wy-

zwolenia pracy sprowadzał się do wyciągnięcia wniosku z obu formuł równocześnie. Wolność pojawia się u Proudhona z jednej strony jako przyrodzona właściwość natury ludzkiej, z drugiej jako cel, którego realizacja dokonuje się w nieskończo- nym procesie rozwoju. Nieskończoność tego procesu wynika stąd, że sam cel nie jest dany ostatecznie, raz na zawsze, lecz rozwija się razem z dążeniem do jego osiągnięcia. Cel ten zależy bowiem od aktualnego stanu świadomości zbiorowej, raison collective, której rozwój niczym nie jest ograniczony. Dwoistość, o której mowa na wstępie niniejszego akapitu, wynika stąd, że czło- wiek jest równocześnie istotą indywidualną i społecz- ną, jest człowiekiem tylko w społeczeństwie, lecz jest nim w społeczeństwie tylko jako jednostka, jako indy- widualność obdarzona własnym rozumem i własną wolą. Ilekroć zatem Proudhon akcentuje indywidual- ność człowieka, tylekroć wolność pojawia się jako jego cecha przyrodzona; ilekroć akcentuje jego społeczny byt, tylekroć wolność występuje jako treść wewnętrzna procesu rozwojowego, jako istota rewolucji. Sprzeczność w ujęciu wolności, podobnie zresztą jak wszystkie sprzeczności w poglądach Proudhona, wynika ze spo- glądania na to samo zjawisko, na ten sam problem z różnych punktów widzenia. Sprzeczność jest bowiem sposobem ujawniania wielostronności, nieskończonego bogactwa świata.

VI. PROUDHON I KWESTIA NARODOWA

Emigracja otwiera nowy okres w działalności Proud- hona. Na pierwszy plan wysuwają się teraz zagadnie- nia dotąd marginalnie tylko poruszane: problematyka jedności narodowej i samodzielnego bytu państwowego narodów oraz problematyka stosunków międzynarodo- wych, w szczególności zasad, na jakich stosunki te po- winny być oparte, by zapewnić wszystkim maksimum bezpieczeństwa i stabilizacji. Dwie przyczyny tłumaczą fakt, czemu zainteresowa- nia Proudhona wkroczyły na nowe tory. Z jednej stro- ny — sytuacja międzynarodowa i rola, jaką grała w niej napoleońska Francja; z drugiej — doświadczenia oso- biste. Prestiż międzynarodowy Francji wzrósł ogromnie po Kongresie Paryskim. Aspirowała ona do roli arbitra Europy. Do pomocy Francji odwoływały się ludy dą- żące do zjednoczenia i do odzyskania niepodległości — Włosi i Polacy. Spraw wewnętrznych nie dało się już w tych warunkach rozpatrywać w oderwaniu od za- gadnień międzynarodowych. Do tego doszły względy bardziej subiektywne. Proudhon dotychczas dwukrotnie tylko przez krótki czas przebywał za granicą. Po- zostałe kraje interesowały go w nieznacznym tylko stopniu, na wszystkie poruszane przez siebie zagad- nienia patrzył przez pryzmat Francji. Teraz po raz pierwszy znalazł się w sytuacji człowieka, któremu wypadło urządzić się za granicą na stałe. Francja na- dal leżała w centrum jego zainteresowań, ale była to już Francja widziana z zewnątrz.

Cykl prac na wspomniane na wstępie tematy otwiera Wojna i pokój, rozważania nad zasadą i charakterem

prawa narodów. Wydana w początkach roku 1861, praca ta wywołała wśród przyjaciół Proudhona prawdziwą konsternację, gdyż odczytano ją jako apologię siły

i gwałtu. Były po temu powody. Podejmując próbę na-

pisania — według własnego określenia — „fenomeno- logii wojny", Proudhon traktował wojnę jako „boskie zdarzenie" i „prawo dziejowe". Tylko wojna ustanawia równowagę sił, tylko w wyniku wojny równowaga ta zostaje przywrócona, jeśli uległa zachwianiu. Przyja- ciół Proudhona tezy te szokowały z jednej strony przez swą zbieżność z teodyceją tradycjonalistów francuskich, zwłaszcza de Maistre'a, z drugiej — przez zawartą w nich na pozór afirmację polityki wojennej cesarza. Uważniejsza lektura Wojny i pokoju oraz korespon- dencji Proudhona z owego okresu rozwiewa te niepo- rozumienia. Dla Proudhona wojna była prawem dzie- jowym tylko w odniesieniu do przeszłości, tj. do okre- su, w którym stosunki między narodami regulowano wyłącznie na płaszczyźnie politycznej, utożsamiając je ze stosunkami między rządami. Wojny są nieodłączne od istnienia państw. Im większe państwa, tym bardziej niszczycielskie są wojny między nimi, a tendencja do wyeliminowania wojen za pomocą stworzenia monarchii uniwersalnej doprowadziła jedynie do wojen o zasięgu światowym. Stąd dwa wnioski: pierwszy, że dla usta- nowienia pokojowych stosunków między narodami trze- ba znaleźć inną, pozapaństwową formę ich organizacji; drugi, że dopóki to nie nastąpi, należy konserwować istniejącą równowagę sił, co w tłumaczeniu na język

praktyczny oznaczało postulat niezmieniania statusu politycznego Europy, ustanowionego przez Kongres Wiedeński. Drugi wniosek spotkał się z żywym sprze- ciwem całej demokracji europejskiej. Nastąpiło to zwłaszcza wówczas, kiedy Proudhon opowiedział się najpierw przeciw zjednoczeniu Włoch, a potem prze- ciw restytucji niepodległej Polski. Zjednoczenie Włoch, dokonane przy współudziale Na- poleona III (nb. wbrew jego pierwotnym zamiarom), wywarło ogromne wrażenie. „Armaty pod Magenta i Solferino obudziły narody; gdziekolwiek uciśniona była w Europie indywidualność narodowa, duszom za- świtała nadzieja" — pisał Kossuth. Dokonany został zasadniczy wyłom w systemie politycznym stworzo- nym w roku 1815, wyłom, który polegał nie na tym, że powstało nowe państwo i uległ zmianie układ sił w Europie, lecz że zasadzie równowagi europejskiej, przestrzeganej skrupulatnie przez mocarstwa od pół wieku, przeciwstawiła się skutecznie nowa zasada, któ- ra odtąd miała w stosunkach międzynarodowych grać coraz większą rolę: zasada prawa narodów do samosta- nowienia i własnego bytu państwowego. Dokoła tej zasady obracają się też nowe rozważania Proudhona. Na wydarzenia włoskie zareagował trzema artykułami, które w roku 1862 ukazały się łącznie w broszurze pt. Federacja i jedność we Włoszech. Ich kontynuacją była wydana w następnym roku na mar- ginesie wypadków w Polsce praca pt. Czy traktaty z ro- ku 1815 przestały istnieć? oraz Nowe obserwacje nad jednością włoską z roku 1865. Pełniejsze teoretyczne uzasadnienie wyłożonych tu poglądów zawierała książ-

ka O zasadzie federacji i o konieczności odbudowy partii rewolucji, która ukazała się w roku 1863. Przedmiotem tych prac była krytyka zasady suwe- renności narodowej, której najwybitniejszym wówczas przedstawicielem w obozie demokratycznym był Mazzi- ni. Proudhon odrzucał ideę państwa narodowego z kil-

ku względów. Przede wszystkim naród nie jest ciałem jednolitym. Występują w nim grupy regionalne róż- niące się dialektem, tradycjami, obyczajem. W grupach tych ludzie oddychają niejako jednym powietrzem, znają się nawzajem nie koniecznie w sensie znajomości osobistej, lecz w sensie bliskości kulturowej. Państwo narodowe prowadzi nieuchronnie do zaniku grup lokal- nych. Następuje w nim „unicestwienie poszczególnych narodowości, w obrębie których obywatele żyją i znają się nawzajem, na rzecz narodowości abstrakcyjnej,

w której nie oddycha się [swobodnie] i nie zna wzajem-

nie". Własne państwo nie przyczynia się więc do wzbogacenia życia duchowego narodu, jego kultury, lecz przeciwnie, zuboża ją. Wbrew pozorom suwerenność narodowa nie przyczy- nia się też do złagodzenia ucisku społecznego. Insty- tucjonalnym wyrazem suwerenności narodowej staje się własna machina biurokratyczna, własna armia, obie

tym liczniejsze, im większa jest liczba obywateli. Bożek suwerenności narodowej domaga się kadzidła. Potrze- ba mu wystawności i przepychu, funkcji i pensji, chwa-

ły wojennej i prestiżu u innych narodów. Własne pań-

stwo oznacza więc dla każdego narodu, że wyodrębnia się w nim grupa uprzywilejowana i panująca. „Komu więc służy państwo narodowe? Ludowi? Nie, klasom

wyższym". Zasada suwerenności narodowej burzy wreszcie cały istniejący ład polityczny w Europie i na miejsce względnie stabilnej równowagi wprowadza stan po- wszechnego zagrożenia i niepewności. Skoro bowiem wolno Mazziniemu proklamować świętą wojnę narodu włoskiego przeciw Austrii celem przyłączenia do Włoch Wenecji, któż może zabronić Napoleonowi III zgłaszać pretensje do ziem belgijskich zamieszkałych przez lud- ność mówiącą językiem francuskim? Nawiasem mówiąc, ten przykład odczytano w Belgii jako wezwanie do aneksji tego kraju przez Francję. Zasada suwerenności narodowej grozi więc rozpętaniem nowych wojen w Europie. Wzmocniłoby to tylko wszelką władzę pań- stwową i powiększyło ucisk ludu. W zasadzie niepodległości i jedności narodowej znaj- dują więc wyraz nie interesy ogólnoludzkie, nie interes postępu, rewolucji, ludu pracującego, lecz interesy par- tykularne, które przy bliższym zbadaniu okazują się nawet nie interesami narodowymi, lecz interesami wyż- szych warstw poszczególnych narodów. Zdaniem Proud- hona szczególnie dobitnym tego przykładem jest spra- wa polska. Broszura Czy traktaty z roku 1815 przestały istnieć? tej właśnie sprawie była poświęcona. Ogłoszona pod koniec 1863 roku, kiedy sympatia całej demokracji europejskiej była po 'stronie ginącego powstania, spo- tkała się z powszechnym potępieniem. Marks nazwał ją pismem haniebnym; Polacy zaprzyjaźnieni z Proudho- nem, wśród nich bardzo mu bliski Edmund Chojecki, pisujący pod pseudonimem Charles Edmond, zerwali

z nim w ogóle stosunki. Stanowisko Proudhona wobec Polski przypominało pod pewnymi względami stosunek Marksa i Engelsa do Czechów i Chorwatów podczas Wiosny Ludów. Polska była dla niego krajem skazanym na byt bezpaństwowy. Zawiniła temu polska szlachta. Doprowadzając po śmierci Sobieskiego kraj do kompletnego bezładu, spra- wiła ona, że stał się on stałym ogniskiem zapalnym, wrzodem na ciele Europy, którego usunięcie było ko- niecznością dziejową. Rozbiory były zatem w pełni usprawiedliwione z punktu widzenia postępu i rewo- lucji. Do tego momentu rozumowanie Proudhona szło tymi samymi torami, co rozumowanie oficjalnej hi- storiografii rosyjskiej. Ale zarzuty jego pod adresem Polski szły dalej. Polska służyła Proudhonowi za przy- kład egoizmu klasowego warstw uprzywilejowanych. W żadnym kraju arystokracja i kler nie zdradziły w sposób równie bezprzykładny własnego ludu. Szlachta polska, utożsamiając się z narodem, zawierała sojusze z wszystkimi wstecznymi rządami francuskimi — z dy- rektoriatem, konsulatem i cesarstwem, a nadzieje swe na odbudowę własnego państwa wiązała z udziałem Po- laków w gnębieniu dążeń wolnościowych innych naro- dów — Murzynów na San Domingo, Hiszpanów, Wło- chów, Niemców, Rosjan, z podbojami Napoleona i jego dążeniem do monarchii uniwersalnej. W przekonaniu Proudhona odbudowa Polski nie leżała ani w interesie ludu polskiego, ani w interesie pozostałych ludów euro- pejskich. Wzmacniając pozycję szlachty polskiej, po- zwalając jej na nieograniczony wyzysk chłopa, odbu- dowa państwa polskiego opóźniłaby o całe wieki eman-

cypację polskiego ludu. Równocześnie zahamowałaby ona reformy w państwie rosyjskim, powodując powrót do mikołajowskich form absolutyzmu. Wreszcie uwi- kłałaby całą Europę w nowe konflikty zbrojne, burząc ostatecznie równowagę sił ustanowioną przez Kongres Wiedeński, a taki stan zakłócenia równowagi i po- wszechnej niepewności sprzyjałby jedynie umocnieniu władzy w pozostałych państwach, hamując postęp so- cjalizmu i rewolucji. Jakie względy skłoniły Proudhona do zajęcia takiego stanowiska? Przede wszystkim pamiętać należy, że Proudhonowska krytyka włoskich i polskich dążeń do stworzenia własnego państwa wynikała z negatywnego stosunku do wszelkiej scentralizowanej władzy państ- wowej. Zasada państwa narodowego oznaczała dla nie- go degenerację idei równouprawnienia wszystkich na- rodów, którą akceptował bez zastrzeżeń. Równość na- rodów powinna się wyrazić w równości ich poziomu ekonomicznego i kulturalnego, w maksimum wolności przysługującej każdej jednostce i każdej społeczności lokalnej, a nie w rządach własnej arystokracji, własne- go kleru i własnej plutokracji. Dla Proudhona Francja nie była bardziej wolna od Włoch przez to, że jej gra- nice państwowe pokrywały się z grubsza z obszarem zamieszkałym przez naród francuski. W istocie rzeczy Francja przesłaniała Proudhonowi świat i tym w znacznej mierze tłumaczy się jego stano- wisko w kwestii narodowej. Ruchy narodowe oceniał przede wszystkim z punktu widzenia ich wpływu na sytuację wewnętrzną we Francji. Wcześnie, bo już pod- czas wojny krymskiej, dostrzegł, że Napoleon III wy-

stępuje w roli obrońcy narodów uciśnionych po to, aby rzekomą postępowością w polityce zagranicznej uza- sadnić rosnące uwstecznienie w polityce wewnętrznej:

ograniczanie swobód, rozbudowę armii, sojusz z klerem maskowany hasłem jedności narodowej. Jako obrońca narodów uciskanych Napoleon III usiłował narzucić się Europie w roli arbitra, podczas gdy w rzeczywistości był, zdaniem Proudhona, żandarmem rewolucji. Kiedy więc cesarz w przemówieniu wygłoszonym 4 listopada 1863 roku oświadczył, że „traktaty z roku 1815 prze- stały istnieć", i kiedy dla uregulowania sprawy polskiej zaproponował zwołanie nowego kongresu europejskie- go, Proudhon odpowiedział apologią traktatu wiedeń- skiego, wskazując, że od niego rozpoczęła się w Europie era konstytucjonalizmu i że kwestionując te układy Na- poleon III nie ma na myśli oparcia stosunków między- narodowych na bardziej sprawiedliwej zasadzie, lecz powrót do sytuacji sprzed roku 1815, tj. do wojen obli- czonych na stworzenie monarchii uniwersalnej, i do systemu bezwzględnej dyktatury. Zasady głoszone przez Mazziniego sprzyjają tym zamiarom. Idei uregulowania stosunków politycznych na świe- cie w oparciu o zasadę państwowej suwerenności każ- dego narodu przeciwstawił Proudhon ideę federacji. Pojmował ją wielostopniowo. Zasada federacji miała regulować zarówno stosunki między społecznościami lo- kalnymi w obrębie istniejących aktualnie państw, jak i stosunki międzypaństwowe. Państwo scentralizowane zastąpić miała federacja samorządowych, autonomicz- nych gmin, a stosunki międzypaństwowe miały być za- stąpione federacją federacji.

Na temat źródeł tych myśli różne się snuje przypusz- czenia. Idea federacji jako podstawy prawa narodów występowała u Kanta w Projekcie wiecznego pokoju. Powtarzał ją Saint-Skrion w O reorganizacji społeczeń- stwa europejskiego. Federalizm jako zasadę ustroju państwowego omawiał obszernie Tocqueville w Demo-

kracji amerykańskiej. Istniał ponadto przykład Szwaj- carii znany Proudhonowi z autopsji. U Proudhona idea federacji wiąże się ściśle z postulowaną przez niego od dawna równowagą sił i sprzecznych tendencji, z którą wiązał nadzieje na wyeliminowanie w przyszłości ostrych konfliktów klasowych i międzynarodowych

i zapewnienie maksimum wolności jednostce. Istotna

samorządność grupy społecznej, obojętne, jakiego ro- dzaju, osiągalna jest tylko na takim szczeblu, na którym wszyscy jej członkowie znają się nawzajem i w codzien- nej współpracy oraz wymianie myśli są w stanie usta- lić, na czym polega ich interes grupowy. Na tym szcze- blu — w rodzinie, we wspólnym warsztacie, w społecz- ności lokalnej — zrealizowane zostaje maksimum wol- ności indywidualnej. Nie oznacza to zupełnego wyeli- minowania przymusu, żadna organizacja bowiem nie może się bez niego obejść, ale sprowadzenie go do naj- niezbędniejszego minimum, gdyż wszelkie ograniczenie wolności oparte jest w takiej społeczności nie na samo- wolnej decyzji mniejszości i nie na woli większości na- rzucanej mniejszości, lecz na zgodzie powszechnej. A zgodę taką osiągnąć się da wtedy tylko, kiedy każdy członek społeczności będzie do głębi przekonany, że świadczy na rzecz innych dokładnie tyle, ile oni świad- czą na jego rzecz. W społeczności tego typu równoważ-

ność świadczeń obowiązuje zatem nie tylko między po- szczególnymi członkami, lecz także między każdym członkiem grupy a kolektywem. Z kolei, tak jak jed- nostki harmonizują swe interesy w ramach grup, w których wszyscy się znają i wszyscy na co dzień ze sobą współpracują, tak harmonia i współpraca między gru- pami realizuje się w ich federacji na coraz wyższym szczeblu. Teoretycznie biorąc, federacja powinna w ostatecznym wyniku ogarnąć całą ludzkość; ale ta wizja nie gra w rozważaniach Proudhona roli istotnej, cały proces musi bowiem dokonać się stopniowo, od dołu, i świadomość punktu, do którego ludzkość, być może, kiedyś dotrze, bynajmniej go nie przyspiesza. Nowego ładu nie zbuduje się od góry; musi rozwinąć się samo- rzutnie, budowany przez ludzi, którzy nie usiłują na- rzucić światu pewnej doktryny, lecz poczynając od najbliższego kręgu opierają swe stosunki z innymi ludź- mi na zasadzie równości świadczeń, wzajemnego posza- nowania wolności i opartej na tym współpracy. Zjednoczenie Włoch zaprzepaściło, zdaniem Proudho- na, wielką szansę na stworzenie federacji, która dałaby przykład, jak można zharmonizować interesy narodowe przy pełnym poszanowaniu lokalnych odrębności. Pod- sycając nienawiść do innych narodów jako do barba- rzyńców (słynne hasło fuori i barbari, które Mazzini przejął od papieża Juliusza II) stworzono, zamiast do- browolnego zrzeszenia lokalnych narodowości w jed- nym wielkim organizmie narodowym, władzę centralną opartą na zasadzie autorytetu, wyposażoną w środki przymusu — narzędzie panowania, wyzysku i ucisku nie mniejszego niż dotąd, tyle że służącego rodzimym

klasom uprzywilejowanym. Jeśli dojdzie obecnie do rozpadu istniejących państw wielonarodowych, zdaniem

Proudhona efekt będzie ten sam. Rewolucja nie posunie się przez to ani o krok naprzód. Prawdziwy zaś interes każdego narodu leży w jej postępie, zarówno we włas- nym kraju, jak w innych. Nie ulega wątpliwości, że Proudhon, wychowany

w kraju, który nie znał ucisku narodowego, nie zdawał

sobie sprawy z wielorakich konsekwencji braku własne- go państwa dla narodu. Warto jednak podkreślić, że nie należał ani do doktrynerów traktujących miłość ojczyzny jako przesąd, ani do myślicieli stosujących

w sprawach narodowych podwójną miarę. Jedno z nie-

bezpieczeństw hasła jedności Włoch polegało jego zda- niem na tym, że może ono zostać podchwycone przez nacjonalistów francuskich, którzy w imię tejże zasady zgłoszą pretensję do Belgii i Sabaudii. Oskarżając Mazziniego o nacjonalizm, Proudhon przeciwstawiał mu własny patriotyzm, posługując się tymi właśnie ter- minami. „Mój patriotyzm — pisał — nie kryje w sobie żadnej zaborczości ani ekskluzywności; moje oddanie własnemu krajowi nie posunie się nigdy do poświęce- nia praw ludzkości. Jeśli rząd Francji popełnia jakąś niesprawiedliwość w stosunku do jakiegoś narodu, tra- pię się tym i protestuję w miarę moich możności; jeśli Francja zostaje ukarana za winy jej przywódców, skła- niam głowę i mówię z głębi duszy: meńto haec pati- mur [słusznie zostaliśmy ukarani]. Brutus, być może bez koniecznego powodu, poświęcił ojczyźnie w ofierze swych synów; co do mnie, gotów byłbym poświęcić ojczyznę moją na rzecz sprawiedliwości, gdybym zmu-

szony został do wyboru między nimi" 67. W przekona- niu Proudhona interesy narodowe nie były czymś

podrzędnym w stosunku do dobra rewolucji. Protesto- wał nie przeciw idei narodowej, lecz przeciw temu, co uważał za jej wypaczenie, przeciw koncepcjom, które

w jego mniemaniu szkodziły ludzkości, szkodząc tym samym także narodowi.

VII. SCHYŁEK ŻYCIA. SPUŚCIZNA PIŚMIENNICZA

Demonstracje pod oknami po ogłoszeniu artykułów o zjednoczeniu Włoch, uznanych za wezwanie do aneksji części Belgii do Francji, oraz związane z tym zamknięcie łamów prasy belgijskiej przed Proudhonem zmusiły go do opuszczenia kraju, który przez 4 lata udzielał mu politycznego azylu. Od dwóch łat mógł powrócić bezpiecznie do Francji, gdzie kara uległa umo- rzeniu na mocy amnestii, i nie czynił tego tylko ze względu na większą swobodę wypowiedzi w Belgii. Te- raz zdecydował się na ten krok. Jesienią 1862 roku zna- lazł się z powrotem w Paryżu. Francja widziana z bliska zrobiła na nim bardzo złe wrażenie. Z jednej strony obserwował rozkwit „feuda- lizmu industrialnego", z drugiej — bezsilność i zamęt ideowy w szeregach opozycji. Korespondencja z tego okresu świadczy o wielkim przygnębieniu Proudhona, z którego jednak szybko się otrząsnął. Przyczyniły się do tego sukcesy pisarskie. Artykuły na tematy włoskie, wydane po powrocie do Francji

w postaci broszury, rozeszły się w nakładzie 12 000 egz.;

O zasadzie federacji — w ciągu 2 tygodni w nakładzie 6000 egz. Proudhon znów stał się postacią pierwszopla- nową we francuskim życiu politycznym i natychmiast się w nim zaangażował. Chodziło o wybory do Zgromadzenia Narodowego wyznaczone na rok 1863. W ich obliczu Proudhon po- stanowił odbudować „partię rewolucji". Należy pamię- tać, że termin ten nie oznaczał dla niego bynajmniej zwartej organizacji politycznej, lecz tylko propagandę określonych idei. Idee te wyłożone zostały w broszu-

rze Demokraci zaprzysiężeni i odstępcy, którą Proudhon

w liście do Ch. Beslaya z 10 marca 1863 scharaktery-

zował następująco: „Jest to mała filozofia głosowania powszechnego, w której pokazuję, że wielka ta zasada

demokracji jest bądź dopełnieniem zasady federalizmu, bądź też niczym". Z inicjatywy Proudhona powstał też komitet propagandy bojkotu wyborów; policja cesarska skutecznie storpedowała jego działalność. W pismach poświęconych federalizmowi zawarta jest jednak myśl, która znalazła żywy oddźwięk wśród ro- botników francuskich. Proudhon rozwinął ją w (wy- danej pośmiertnie) pracy O zdolności politycznej klas pracujących. Było to zerwanie z poglądem wyłożonym

w Myśli ogólnej rewolucji w XIX wieku. Rozwijając

teorię federalizmu Proudhon doszedł nie tylko do wniosku, że wiek XX będzie wiekiem federacji i że federacja jest tożsama z wolnością, republiką i socja- lizmem, lecz także proletariatowi, i tylko jemu, przy-

znał funkcję realizatora tej nowej formy społecznej. W broszurze przedwyborczej padały na ostatnich stro- nach zdania o konieczności politycznej emancypacji

klasy robotniczej, o potrzebie zerwania z opozycją mieszczańską i potrzebie własnej organizacji i własnej reprezentacji. Myśl tę podchwycili autorzy tzw. Mani- festu Sześćdziesięciu, pierwszego dokumentu programo- wego francuskiego ruchu robotniczego, którzy w naj- bliższej przyszłości mieli reprezentować Francję w I Międzynarodówce. Intensywność i wielostronność działalności pisar- skiej Proudhona w ostatnich dwóch latach jego życia mimo stałego pogorszania się stanu jego zdrowia jest naprawdę imponująca. Omawiana broszura o aktual- ności Kongresu Wiedeńskiego była tylko produktem ubocznym pracy nad historią Polski, zakrojoną na znacznie szerszą skalę, która miała nosić podtytuł Roz- ważania o życiu i śmierci narodów, pracy nie zakończo- nej i po dziś dzień nie opublikowanej. Zagadnieniu tzw. granic naturalnych poświęcona była praca pt. Francja i Ren, napisana tylko fragmentarycznie i ogłoszona pośmiertnie w roku 1867. Pośmiertnie też ukazały się w roku 1865 dalsze trzy prace: wymieniona powyżej O zdolności politycznej klas pracujących, nazwana przez Bouglego „brewiarzem nowej rewolucji", O zasa- dach sztuki i jej społecznym przeznaczeniu oraz Teoria własności. Każda z dyktowanych po części na łożu śmierci prac zawierała idee nowe lub rozwijała przy- najmniej idee naszkicowane zaledwie w pracach wcześ- niejszych. O zdolności politycznej było odpowiedzią na Manifest Sześćdziesięciu i jego krytyką. Proudhon prze- ciwstawiał hasłu wysunięcia przez robotników włas- nych kandydatur do Zgromadzenia Narodowego hasło tworzenia własnych, czysto robotniczych organizacji

i „praktycznej separacji" od burżuazji. W książce O za- sadach sztuki i jej społecznym przeznaczeniu rozwijał wątek społecznych zobowiązań i społecznej funkcji artysty, który w jego przeświadczeniu powinien współ- uczestniczyć za pomocą swych dzieł w wychowaniu ludzkości. W Teorii własności powracał do problemu wzajemnej zależności między wolnością a posiadaniem. Pisał przed ćwierć wiekiem, że własność jest kradzieżą. Nie kwestionował również obecnie tej tezy. Podkreślał jednak, że własność posiada także drugą stronę: wa- runkuje indywidualną wolność. Nie chodzi więc o to, by własność zlikwidować, lecz by uniemożliwić wy- zysk oparty na posiadaniu. Federacja miała być formą społeczną, w której cel ten zostanie w maksymalnym stopniu zrealizowany. Pozostały ponadto w spuściźnie po Proudhonie, któ- ry zmarł 15 stycznia 1865 roku, inne jeszcze prace. Nie wszystkie bynajmniej wydano. Znalazła się wśród nich praca o sprzecznościach politycznych, pomyślana jako teoria ruchu konstytucyjnego w wieku XIX, książka poświęcona emancypacji kobiet, której Proudhon do końca pozostał zajadłym wrogiem, pt. Pornokracja, czyli kobiety w czasach dzisiejszych, dalej'Jezus i po- czątki chrześcijaństwa, Odpowiedź na „Życie Jezusa" Renana, Cezaryzm i chrześcijaństwo, Biblia skomento- wana, Napoleon I, Napoleon III i Wellington i inne. Sam ten przegląd pozwala się zorientować w zasięgu zainte- resowań Proudhona. Jego wpływ pośmiertny jest tematem wymagającym osobnego opracowania. O rozmiarach tego wpływu świadczy fakt, że już w 3 lata po śmierci Proudhona,

w

roku 1868, ukazało się zbiorowe wydanie jego pism

w

26 tomach. Nie minęły dalsze 3 lata, kiedy ludzie

z założonego przez niego komitetu propagandy bojkotu wyborów razem z sygnatariuszami Manifestu Sześćdzie- sięciu stanęli na czele Komuny Paryskiej.

Czy istniała jakaś jedność w tej myśli tak wielostron-

nej, tak zmiennej, pełnej na pozór sprzeczności? Bougle szukał jej w Proudhonowskiej socjologii, Bancal —

w ekonomii, Haubtmann eksponował stosunek do Boga.

Marks, jak wiadomo, tłumaczył oscylacje i wahania Proudhona szamotaniem się drobnomieszczanina spy- chanego w szeregi proletariatu, lecz zapatrzonego

wstecz, który każdą sprawę skłonny jest rozpatrywać

„z jednej strony" i „z drugiej strony". Każde z tych

ujęć da się uzasadnić na podstawie pism Proudhona. Nam osobiście wydaje się jednak, że jedność jego myśli

polega na przyjęciu określonych założeń heurystycz- nych i wynika z określonej ściśle postawy poznawczej

i związanej z nią postawy praktycznej, czyli z akcepta-

cji określonych wartości.

Dla Proudhona świat był nie tylko złożony, ale również nieredukowalny do jakichkolwiek elementów

prostych. W jego mniemaniu daremne były wysiłki obliczone na sprowadzenie go do jakichkolwiek zjawisk lub praw elementarnych. Nie wytłumaczy się świata ani odwołując się do jego jednorodnej substancji, ani

do

przyczynowości jako najogólniejszego w nim prawa.

W

metodologii Proudhona pojęciem podstawowym, sto-

sowanym zwłaszcza we wczesnych pracach, nie było ani pojęcie „faktu", ani pojęcie „prawa", lecz „seria"; to zaś oznaczało nie tylko ciąg zdarzeń lub odtwarzających

i tłumaczących je myśli, lecz także określoną struktu- rę ich powiązań. Serii jest wiele. Uporządkowany obraz świata nie może być jego symplifikacją. Chodzi o to, by każde zjawisko przyporządkować określonej serii, rozpatrywać je w jego wielorakich powiązaniach w ra- mach pewnej całości. Stąd też Proudhon w swej dia- lektyce nie poprzestaje na dostrzeganiu powszechnie występujących sprzeczności, ale uwzględnia też obok opozycji powiązania innego typu: komplementarność zjawisk, ich implikację, wzajemne zakreślanie pola możliwości. W tym tkwiły korzenie pryncypialnego antydogma- tyzmu Proudhona. Ilekroć bronił jakiegoś punktu wi- dzenia, a bronił go z reguły namiętnie, traktował go zawsze jako istotny, lecz nie jako jedynie możliwy. Naiwne nieco określenie, iż każda rzecz posiada „dobrą" i „złą" stronę, z którego tak natrząsał się Marks, godzi- ło we wszelką absolutyzację. Walka z autorytetem była walką z prawdą absolutną, prawdą wyczerpującą i je- dyną. Punktem, do którego zmierzać musi wiedza, nie jest formuła ogarniająca świat bez reszty, lecz uświa- domienie ludziom jego bogactwa i złożoności, nieskoń- czonej różnorodności występujących w nim powiązań. Różnorodność świata była dla Proudhona nie tylko faktem, lecz także wartością. Heurystycznemu postula- towi uwzględnienia tej różnorodności w badaniu towa- rzyszył postulat uszanowania jej w praktyce. Tak jak odrzucał uproszczenia myślowe, gotów zawsze podejść do rozpatrywanego zagadnienia od innej strony lub w inny sposób, tak też nienawidził wszelkiego dążenia do uniformizacji świata. Rzeczywistość bezwzględnie zde-

terminowana, poddana sztywnym regułom była dla niego nie do przyjęcia. Ludzie podporządkowani naj- mądrzejszym choćby prawom, ale w sposób wyklucza- jący zupełnie żywiołowość ich myśli, uczuć i dążeń, przestawali być ludźmi. Naturalną i moralną koniecz- nością było więc zachowanie wolności. Ale wolność in- dywidualna nie istniała dla niego poza całością po- nadindywidualną, poza społeczeństwem. Wolność, jeśli pojmuje się ją jako odosobnienie jednostki, jako zbudo- wanie między nią a resztą świata przegrody nie do prze- bycia, jest nie tylko niemożliwa, lecz daje się pomy- śleć tylko jako zaprzeczenie wolności. Cała Proudho- nowska krytyka własności, przy równoczesnym uzna- niu jej za warunek wolności indywidualnej, na tym się opierała. Wolność bowiem nie polega w jego mniema- niu na postawieniu siebie poza lub ponad innymi ludźmi, lecz na wzajemnej afirmacji równości, tj. na współpracy opartej na wzajemności świadczeń. Dlatego naczelną kategorią, w której Proudhon roz- patruje stosunki międzyludzkie, a zarazem naczelnym jego postulatem staje się sprawiedliwość. Domagał się jej nie tylko w stosunkach między jednostkami, lecz także między jednostką a grupą społeczną, do której ona należy, i między rozmaitymi grupami społecznymi. Wzajemność świadczeń oraz wzajemne poszanowanie wolności i odrębności partnera obowiązywać ma we wszystkich dziedzinach życia, a więc zarówno w sto- sunkach gospodarczych, jak politycznych, zarówno w życiu materialnym, jak w duchowym. Służyć miał te- mu ścisły rachunek gospodarczy, postulowana stale przez Proudhona „rachunkowość Francji", ale także za-

sada jednomyślności, a nie większości głosów przy po- dejmowaniu jakichkolwiek decyzji społecznych oraz bezwzględna tolerancja w stosunku do wszelkich poglą- dów i zasada rozstrzygania wszelkich sporów wyłącznie

w drodze dyskusji.

Dla Proudhona jedyną dyscypliną możliwą do przy-

jęcia była autodyscyplina. Uważał ją za możliwą i ko- nieczną. Anarchia nie oznaczała dla niego absolutnej swobody działania, bezwzględnej samowoli, pozwala- jącej narzucać światu własną miarę, ale poczucie nie- rozerwalnego związku własnej wolności z wolnością in- nych. Wolność jest integralna. Nigdzie nie można jej gwałcić bez dalszych reperkusji. Wszelki przymus po- ciąga za sobą przymus. Zlikwidować skutecznie niewo-

można tylko na skalę powszechną. Trzeba to uczynić

w

skali ogólnoludzkiej i we wszystkich sferach życia

ludzkiego. Wolności nie można też oktrojować, musi ona rozwinąć się samorzutnie od dołu. Anarchia ozna- czała więc dla Proudhona bezrząd, lecz nie nierząd, oznaczała likwidację rządu jako organu stojącego po-

nad społeczeństwem, ale nie samowolę jednostek i brak wszelkiego prawa. Jasne, że konsekwencją takiego rozumowania był postulat równoległej przebudowy form instytucjonal- nych i przemian w świadomości społecznej. Proudho- nowski ideorealizm głosił wzajemne sprzężenie bytu i świadomości ludzkiej i negował sensowność pytania

o

prymat jednego z nich. Praca dlatego właśnie grała

w

systemie Proudhona tak wielką rolę, że w niej prze-

de wszystkim realizowała się jedność materialnej i du-

chowej działalności człowieka. Sposobu, w jaki reali-

zuje się naprawdę ta jedność w społecznej działalności ludzi, Proudhon nigdy nie zdołał zadowalająco wytłu- maczyć; nigdy, mimo że stale operował pojęciami bur- żuazji i proletariatu, nie przeanalizował zagadnienia

w kategoriach sytuacji klasowej i świadomości klaso-

wej. Wyjątkowo ostro dostrzegał natomiast niebezpie-

czeństwo rozdźwięku międy stanem umysłów i forma-

mi instytucjonalnymi społeczeństwa, dostrzegając nie

tylko hamujące postęp społeczny działanie form prze- starzałych, lecz również niebezpieczeństwa związane

z narzucaniem społeczeństwu form, do których nie

dojrzała jego świadomość. Stąd właśnie wynikało ujęcie

rewolucji jako procesu ciągłego i nieskończonego i od- rzucenie gwałtu jako metody przebudowy społeczeń- stwa. Proudhonowi brakło ścisłości i systematyczności ce- chujących wielkiego uczonego. Nie był też politykiem

w potocznym sensie słowa, nie umiał wyznaczać real-

nych celów i organizować do walki o nie sił w osiągnię- ciu ich zainteresowanych. W ideologii jego znalazły wyraz wszystkie wahania klasy, która wstępowała do- piero na widownię dziejową. Na rozwój jej wywarł jed- nak istotny wpływ i po dziś dzień prace jego skłaniają

do refleksji nad sensem terminu „sprawiedliwość spo-

łeczna", którego zgłębieniu i realizacji poświęcił życie.

O USTANOWIENIU ŁADU W SPOŁECZEŃSTWIE

czyli zasady organizacji politycznej

Rozdział piąty

HISTORIA

§ I

Różnorodność problematyki historycznej. Historia nie jest nauką, lecz materiałem dla nauki

454. Politycy kształcą się przez studiowanie historii:

doświadczenie przeszłości jest nauką dla przyszłości. Tak mówi mądrość narodów. Nie zamierzam przeczyć jej świadectwu: historia jest nauczycielką prawodawców; tak się mówi, sądzę, że tak jest, i wierzę w to. Lecz cóż nam przyjdzie z czytania, czy nawet szerze- nia znajomości historii, jeżeli nie umiemy jej interpre- tować; jeżeli przypisujemy zjawiskom sens inny, niż one mają; jeśli nazywamy prawami zwykłe pozory, surowe

fakty, a często, niestety, zakłócenia i nieprawidłowości? Zagadnienie konieczności studiowania historii sprowa- dza się więc do tego, w jakich warunkach historia wspo- maga wiedzę; inaczej mówiąc, jak należy studiować historię? 455. Historia, tak samo jak filozofia, nie jest bynaj-

mniej nauką: nie ma ona ani specyfiki i jedności przed- miotu, ani własnej metody. Historia jest następowaniem po sobie różnych stanów, przez które przechodzi inteli- gencja i społeczeństwo, zanim pierwsza dojdzie do czystej nauki, a drugie do realizacji swoich praw. Jest to panorama tworów w trakcie ich powstawania, które po- ruszają się chaotycznie, przenikają wzajemnymi wpły- wami i przedstawiają dla oka mniej lub więcej regular- ny ciąg obrazów; gdy w końcu każda idea znajdzie się na swoim miejscu, a każdy element społeczny zostanie opracowany i zaklasyfikowany, dramat rewolucyjny osiąga kres, a historia jest już tylko rejestracją obser- wacji naukowych, form sztuki i postępów przemysłu. Ruch pokoleń ludzkich przypomina wówczas medyta- cje samotnika; cywilizacja przywdziewa płaszcz wiecz- ności. Tak, przyjdzie czas, kiedy zaburzenia polityczne, któ- re zajmują tak doniosłe miejsce w naszych kronikach, znikną prawie zupełnie; kiedy narody sunąć będą bez- głośnie w swojej ziemskiej wędrówce jak milczące cie-

nie. Czy człowiek będzie przez to szczęśliwszy?

nie wiem. Skoro więc przedmiot historii jest wieloraki, wynika stąd, że historia nie jest wcale nauką, lecz — zgodnie z etymologią słowa — ekspozycją, świadectwem: wobec

Tego

tego użyteczność jej polega z jednej strony na potwier- dzaniu względnie dementowaniu hipotez teoretycznych przy pomocy faktów, a z drugiej — na wyjawianiu nam pracy natury przy tworzeniu porządku. 456. Artysta widzi w historii tylko epopeję, obraz; filozof szuka w niej raczej postępu wiedzy i wyłaniania się praw. Stąd dwa sposoby rozpatrywania wydarzeń lub materiału historycznego: jeden polega na podzia- łach tego materiału wedle miejsca i czasu, drugi na rozkładaniu go wedle specyfiki. Tak więc okres wojny trojańskiej tworzy jedność epicką Iliady, wojna peloponeska i spisek Katyliny sta- nowią jedności epickie u Tucydydesa i Salustiusza. Pisarz obejmuje całość historii, dzieli więc swe opo- wiadanie na analogiczne grupy: a ponieważ wszystkie te podziały mają charakter przestrzenno-czasowy, na- zywam ten sposób traktowania historii metodą integral- ną albo artystyczną. Ale czy w historii szukamy postępu umysłowego w jednej z tysiąca specjalności poznawczych, czy orga- nicznego rozwoju instytucji społecznych? Historia, tak jak praca, dzieli się na specjalności, z których czerpie swoją formę i prawa: nazywam to metodą specjalną i naukową. 457. Ostatnio ludzie usilnie starali się poznać prawa rozwoju historycznego; pragnęli, rzec można, odgadnąć najwyższą formułę Opatrzności. Łatwo teraz zrozumieć, jak bardzo się łudzili. Historia jest ogólnym obrazem rozwoju wszystkich nauk; a skoro specjalności nauko- we nie sprowadzają się jedne do drugich (§ 191 i nast.), to nie ma ogólnych praw historycznych, ponieważ nie

ma ogólnej nauki. Tracą więc czas w pogoni za nie- uchwytnym cieniem ludzie, którzy na podobieństwo filozofów wykraczają poza wszelkie znane specjalności i w poszukiwaniu urojonej ogólności gromadzą fakty bez rozróżniania i bez metody i wyobrażają sobie, że si- łą podziałów logicznych i analogii (§ 241) osiągną dar przewidywania. 458. Przyznaję, że różne dziedziny poznania, które nazwałbym chętnie formami naukowymi, aby je bardziej zbliżyć do instytucji albo form politycznych, kształtują się mniej więcej w tym samym czasie; że następnie fazy ich rozwoju są prawie równoległe; że odznaczają się uderzającym podobieństwem pewnych rysów; że wobec tego można do pewnego stopnia po- równywać między sobą wieki Peryklesa, Augusta. Leo- na X i Ludwika XIV. Ale poszukiwanie absolutnej for- muły dla tych czterech epok jest absurdem niezależnie od tego, czy się je porównuje, czy bada oddzielnie. Bo podobnie jak nauki nie mają wspólnego wyrazu poza ciągiem, tak i epoka historyczna, a tym bardziej hi- storia powszechna, nie ma innego wyrazu jak p o- s t ę p. Ale również tak samo jak teoria ciągów nie za- wiera w sobie żadnego poznania, lecz tylko wskazuje ogólny sposób istnienia, i może być określona jako pro- pedeutyka rozumu — tak i postęp, ogólny sposób bos- kiego działania ewolucji politycznej, nie może służyć do ustalenia formuły ani dla historii epoki, ani dla ca- łości historii. Postęp, tak jak i ciąg, przejawia się wszędzie: w przy- ciąganiu, wegetacji, rozmnażaniu się, asymilacji, choro- bach, naukach i w instytucjach politycznych; ale ten

postęp, który nie jest niczym innym jak siłą lub ży- ciem, wszędzie podlega różnym prawom, danym przez

samą naturę rzeczy. Dlatego niewiele mnie nauczycie,

jeśli zamiast wyodrębniać

i określać, stwierdzicie, że

wszystko jest w Bogu; że szczęście jest celem społeczeń- stwa; że ciąg jest ogólną formą nauk; że prawem hi- storii jest postęp. Bo ja chcę wiedzieć, wedle jakiego ciągu każda rzecz jest uporządkowana i wedle jakiej zasady podlega postępowi. Umysł ma bardzo silne skłonności do tłumaczenia faktu przez fakt i do oszukiwania samego siebie przy pomocy synonimów; z drugiej strony słowo „prawo" było tak nadużywane, że dobrze będzie, jeśli rozwinę nieco swoją myśl. Posłuży to zresztą wykazaniu, jak mało jesteśmy zaawansowani w naukach społecznych i w inteligencji historycznej. 459. Widzieliśmy, że poznanie kształtuje się w trzech następujących po sobie etapach: 1) okres religijny lub okres kontemplacji panteistycznej; 2) okres filozoficz- ny lub okres przyczynowości; 3) okres naukowy lub okres specjalizacji albo porządkowania według ciągów. Począwszy od tego ostatniego okresu postęp jest już tylko nagromadzaniem odkryć i obserwacji ciągów; w gruncie rzeczy rozum nie podlega już postępowi, tyl- ko gromadzi. Taka była wspólna droga nauk; zanim opracowały swoją metodę analizy, wszystkie przeszły erę mistycyzmu i przesądów, w czasie której umysł po- chłonięty był urojeniami albo też odrywał się od zja- wisk tylko po to, żeby poszukiwać ich przyczyny. Po- stępowanie takie sprowadzało go zawsze z powrotem do punktu wyjścia, to znaczy do wyjaśniania faktu

przez fakt. Jeśli chodzi o nauki moralne i polityczne, jesteśmy jeszcze ciągle na tym etapie. 460. Tak więc skoro w historii cywilizacji zauważo- no stopniowe rozszerzanie się prawa obywatelskiego

i zwiększanie zakresu praw politycznych przyznawa-

nych proletariuszom, uznano zaraz ten fakt, bardzo ważny sam w sobie i wiele znaczący, za prawo rozwo- ju historycznego; panowie Ballanche i Lamennais formułowali je kolejno w taki sposób: „Dochodzenie do władzy elementu plebejskiego"; — „Postęp wolności przez inteligencję i miłość" (253). Ale czy to jest formuła? czy to jest wyrażenie prawa? — nie mówiąc już o tym, że wyzwolenie proletaria- tu jest w historii faktem szczególnym, wobec czego nie może służyć jako jej interpretacja. Każde społeczeń- stwo zaczyna od antytezy stanu patrycjuszowskiego

i niewolniczego: w jaki sposób w tym stanie rzeczy na-

stępuje stopniowe wyzwalanie niewolników, wzrost proletariatu i w końcu wyparcie przezeń arystokracji? Gdybyśmy to wiedzieli, znalibyśmy zasadę rządzącą faktem i moglibyśmy sądzić o jej prawomocności, o jej konieczności, o jej celu. Prawo rozwoju proletariatu, prawo złożone i o bardzo trudnej formule, może więc znajdować się tylko w nauce ekonomicznej: tym samym było ono nieuchwytne dla ludzi niewątpliwie bardzo zasłużonych, ale nie wykraczających swym talentem poza horyzont literatury. Postęp wolności jest więc jedną stroną historii cy- wilizacji, ale nie stanowi całej tej historii; wobec tego nie stanowi jej formuły, bo zresztą sam potrzebuje for-

muły. 461. Drugą, nie mniej interesującą stroną historii spo- łeczeństw jest rodzina. Wszędzie gdzie cywilizacja nie była w zastoju, obserwujemy postęp w konstytuowa- niu się rodziny, w prawie kobiety i w prawie małżeń- skim. Ale jaka jest zasada tego postępu? Czy stanowi ją „inteligencja i miłość"? Tutaj również, tak jak w poprzednim zagadnieniu, po- trzebne są specjalne badania, potrzebna jest, być może, nauka, którą należy dopiero stworzyć, nauka, która tak jak ekonomia polityczna będzie musiała znaleźć swoje potwierdzenie w historii. Już teraz nawet dokonany po- stęp może nam służyć za wskazówkę przewodnią: mał- żeństwo przejawia ogólną tendencję rozwoju w kie- runku monogamii i nierozerwalności. Mojżesz ograni- Cza luksus małżeński patriarchów, nadaje prawa żonie, reguluje rozwody, przyznaje wolność niewolnicy, któ- rą jej pan uczynił matką. Grecja, tolerancyjna w spra- wach nałożnictwa i stosunków z wyzwoleńcami, otacza czcią i poważaniem gineceum i z małymi wyjątkami proklamuje jedność i nierozerwalność małżeństwa. Rzym uświęca je przez swoje prawa; chrześcijaństwo doskonali dzieło i skazuje żądzę na wygnanie z małżeń- stwa. Mahomet, idąc z daleka za tymi przykładami, re- dukuje liczbę legalnych żon do czterech. Rozwód nie sprzeciwia się bynajmniej tej tendencji, lecz ją potwier- dza: prawdziwy sens rozwodu tkwi w stwierdzeniu, że wskutek niezdolności jednej ze stron albo popełnienia przez nią przestępstwa małżeństwo w ogóle nie miało miejsca lub przestało istnieć. Niechże nie próbują tu przytaczać zwyczajów Wscho-

du czy swobody obyczajów Polinezji. Te czysto nega- tywne fakty nie obalają pozytywnego faktu postępu na- rodów europejskich. Poligamia utrzymuje się tylko tam, gdzie cywilizacja nie posuwa się naprzód lub gdzie natura ludzka wydaje się osłabiona; nawet gdyby are- ną omawianego postępu w instytucji małżeńskiej był jeden tylko szczep złożony z pięciuset osób, zastój miliona innych nie dowodziłby niczego. Opóźnienie do- tyczące całego niemal gatunku ludzkiego może być wy- jaśnione niemocą organiczną lub przeszkodą zewnętrz- ną: lecz rozwój dowolnie małej cząstki ludzkości w ja- kimkolwiek kierunku wynika nieuchronnie z dyspo- zycji ustrojowej i, jako ruch, zakłada impuls, siłę na- pędową. Niewątpliwie nie osiągnęliśmy celu, do które- go zmierzamy, pozostało jeszcze coś do zrobienia: ale na pewno nie w kierunku kiepskiej maskarady Fourie-

ra ani też nie w kierunku wspólnoty kobiet i dzieci, pro- klamowanej przez niektórych saintsimonistów i komu- nistów. Emancypacja kobiety, jej godność, jej rola muszą być dopiero określone: jest do tego obfitość materia- łów, ale badania nie zostały jeszcze przeprowadzone. Poznanie dokonanego postępu może być w tym celu użyteczne, ale nie daje ono formuły emancypacji ko- biety, tak samo jak nie daje formuły historii.

462. Czym głębiej studiuje się historię w jej podzia-

łach, tym bardziej nabiera się przekonania o tym, że owa formuła ogólna, postęp, jest niewystarczająca. Któż nie wie tego, że religia, to znaczy idee dotyczące Boga, duszy, celu człowieka od zarania społeczeństw podlegają postępowi pod względem swej jasności? Jest

to fakt tak oczywisty, że Bossuet w swej słynnej Roz- prawie o historii powszechnej posłużył się nim jako for- mułą. Zdaniem biskupa z Meaux przyczyną celową przemian imperiów, to znaczy racją postępu, jest usta- nowienie religii Chrystusa. Idea boskości wznosi się, rośnie i oczyszcza się w miarę, jak doskonali się cywi- lizacja; można określić niemal dzień, w którym zrodził się dogmat nieśmiertelności. Kiedy filozofia osiemnaste- go wieku pokazała opracowany przez Dupuisa, przy dość dużych błędach, rodowód biegu idei religijnych, sądziła, że skończyła przez to z tymi ideami; obejmując tym samym potępieniem formę i treść religii, filozofia wierna była swoim zwyczajom, ale sprzeniewierzyła się zdrowemu rozsądkowi. Dziwne by to było w istocie, gdyby ruch ewolucyjny zawierał w sobie tylko uroje- nie, gdyby tak długo opracowywane idee zmierzały do nicości. Sam fakt postępu w ideach religijnych świad- czy o tym, że wiara w to, że idee te odpowiadają obiek- tywnej rzeczywistości, która wcześniej czy później roz- sunie swe symboliczne zasłony i ukaże się nam, jest przesądem uprawnionym. Lecz jaki będzie ten jutrzejszy Bóg, absolutny Bóg rozumu? Wedle jakiej formuły metafizycznej przebie- ga postęp naszych idei ku temu wielkiemu Nieznane- mu? Dwa systemy tworzą obecnie prawdziwą antyno- mię, której teza i antyteza są równie racjonalne i rów- nie niezbite, aczkolwiek wykluczają się wzajemnie: je- den system w każdym swym uogólnieniu stwierdza identyczną naturę, substancję uniwersalną, przyczynę uniwersalną, wewnętrzną, nieskończoną, niezróżnico- waną, i sam określając się przez stopniowe różnicowa-

nie dochodzi do świadomości i do rozumu, fit Deus; — drugi uznaje zwierzchni byt, zewnętrzny wobec świata, poprzedzający świat, byt, który stworzył świat z włas- nej woli na swoją chwałę; wiecznie osobowy, rozumny

i wolny, prawodawca, reformator i sędzia; Bóg żydów, Bóg chrześcijan, którego pojęcie jest nie do pogodzenia z pojęciem Boga Spinozy, est Deus. Oto dokąd dopro- wadził nas postęp: w którego więc z tych sprzecznych bogów, w którą z tez tej antynomii należy wierzyć? Jeśli kiedyś każdy naród miał swego boga i swoją mszę,

to czy teraz, kiedy zrozumieliśmy porządek i poznali-

śmy antynomie teologiczne, mamy sobie wykuć no- wego bożka, przerobić religię? Broń Boże 463. W ten sposób ukazują się nam w swoim rozwoju, jako różne oblicza ludzkości, Wolność, Równość, Ro- dzina, Religia. Każde z tych oblicz ma swój odrębny charakter, swoje atrybuty, swój język, swoje prawa. Wolność jest dumna, zapalczywa, szlachetna, nosi berło i miecz. Równość, Temida starożytnych, trzyma w swych rękach wagę, wzywa wszystkich ludzi na ucztę życia, nakłada im te same obowiązki i obiecuje równe wynagrodzenie. Emblematem Rodziny jest Dziewica

niebieska, w złotej aureoli, o piersi niewinnej, z nie- mowlęciem „swobodnym" i „pełnym prostoty". Religia

o cudownych symbolach, o nieprzeniknionych tajem-

nicach pokazuje nam owoc z drzewa wiadomości do- brego i złego i wprowadza nas do ogrodu przeznaczeń. 464. Ale najstraszniejszą i najbardziej enigmatyczną postacią historii jest prawodawstwo karne. Cóż mają znaczyć kaci, narzędzia tortur i kajdany? Rossi12 twier- dzi, że był czas, kiedy tortura stanowiła postęp: ale cóż

to jest za przerażająca droga? Po co ci sędziowie, te przesłuchania, te formuły przysięgi, ci świadkowie, ta procedura? Czy człowiek może sądzić człowieka? Czy człowiek ma prawo karać? — a jeśli przysługuje mu takie uprawnienie, to jaka ma być kara? Jaki jest sto- sunek przestępstwa do kary? Jak zabezpieczyć się przed

wypaczeniem intencji?

równie niebezpiecznie jest stawiać, jak trudno rozwią-

zać. Wszystkim kryminologom znany jest fakt, że od cza- sów starożytności surowość kar zmniejszała się wraz ze wzrostem nauki i gładkości obyczajów; że formy sądu stawały się coraz bardziej łagodne i ochronne (§ 501), i że teraz poglądy rozwijają się w kierunku stosowania środków poprawczych, rehabilitacji sumień, niemal zniesienia kar. Jak to? Czyżby zbiorowy rozum skłon- ny był sądzić, że skoro zbrodnia jest czymś nienormal- nym, to kara sądowa jest zemstą, i że „poza przypad- kiem uprawnionej obrony śmierć i uwięzienie skaza- nego są nadużyciem siły? — że pomiędzy fanatykiem godzącym w króla na zakręcie ulicy a społeczeństwem zabijającym zbrodniarza w uroczystym obrzędzie nie ma takiego dystansu, żeby nie można było utożsamić

tych czynów za pomocą szeregu równań?

na tajemnica, straszna tajemnica; obecny stan społe- czeństwa pozwala zaledwie uchylić jej zasłony. Drży- my już na myśl, że nasze prawo własności jest tylko wielką niesprawiedliwością, na nasze szczęście ukrytą przez obyczaj przed oczami ograbionego tłumu: ale co się stanie, jeśli odkryjemy, że karząca sprawiedliwość, która powstała dla obrony tego prawa, jest podstę-

Straszne zagadnienia, które

Jeszcze jed-

pem?

stępu historycznego, długo jeszcze będzie istniała po- trzeba skazywania i zabijania; no cóż, skoro jest to wa- runek naszego istnienia, zamykajmy oczy i zadawajmy ciosy Zwróćmy uwagę na pewnego rodzaju równoważenie się instytucji i poglądów, które przejawia się na każ- dym szczeblu rozwoju społecznego. Powiedzieliśmy przed chwilą, że surowość prawa karnego zmniejsza się w miarę, jak społeczeństwo się doskonali; zupełnie tak samo religia ulega osłabieniu w miarę, jak oczyszcza się pojęcie Boga i wzmacnia się rozum; Równość rośnie wraz z chyleniem się do upadku przywileju i własności; więzy małżeńskie wzmacniają się, gdy słabnie pociąg zmysłowy. Postęp ku lepszemu jest powszechny: han- del prowadzi do jedności ludów i wspólnoty interesów; zawiści narodowe wygasają; równość uprawnień za- ciera różnice między żydem i chrześcijaninem, i chętnie oddajemy się już przewidywaniom powszechnego po- koju. Charakter występków i zbrodni w społeczeństwie również uległ zmianie; a jeśli w wielu duszach ludz- kich zachwianie się religii narusza też zasady moral- ności i sprawiedliwości, zakłócenie to jest zupełnie przypadkowe: obyczaje kształtujące się poza wychowa- niem i wpływami religijnymi przewyższają pod każdym względem te, które wytworzyły kiedyś praktyki reli- gijne i wiara w misteria. Ludzie uczciwi wedle norm, które wytworzyła epoka współczesna, zaczynają być bardziej współczujący, sprawiedliwi i dobrzy niż ludzie uczciwi wedle norm katechizmu: można nawet zauwa- żyć, że dewocja traktowana jest z uprzedzeniem jako

Jakakolwiek byłaby w tym względzie racja po-

coś śmiesznego i nie zasługującego na szacunek. Różni- ca między etyką chrześcijańską a świecką bije w oczy zwłaszcza w ocenie wad ludzkich, tak rozpowszechnio- nych wskutek sprzecznych skłonności naszej natury:

dla chrześcijan są to występki, dla niewierzących sła- bości. W pierwszym wypadku grzechowi towarzyszy prawie zawsze ohydny osad i hipokryzja; w drugim grzech znajduje częściej usprawiedliwienie w lekko- myślności oraz szczerej i naiwnej namiętności. Jakaż różnica pomiędzy wolną, ale w pewnym sensie uzna- waną za przyzwoitą miłością studenta i gryzetki

a wstrętną lubieżnością mnicha. Z jednej strony zmy- słowość wzmożona przez sztuczną wstrzemięźliwość,

z drugiej — zbyt wcześnie rozbudzona miłość, poszu-

kujące się serca, uczucia, którym warunki społeczne nie pozwalają się rozwinąć. W ogóle, jeśli weźmiemy pod uwagę obyczaje jakie- gokolwiek narodu, nie w dwóch przypadkowo wybra- nych i zamkniętych w wąskich granicach epokach, ale przez cały ciąg historii, to stwierdzimy wyraźną popra- wę świadomości moralnej. Lubieżność i tytaniczna żar- łoczność Rzymian, jońska zniewieściałość, rozpusta Azji są już daleko za nami; charakteryzują nas cechy tak szlachetne, jak rozpowszechnienie uczucia życzliwości dla człowieka, głęboki szacunek dla jego godności, du- ma, która nie ma nic wspólnego z germańską pychą ani latyńską drapieżnością. Nasze przywary są mniej potworne, mniej ekscentryczne; nasz epikureizm połą- czony jest z większą wrażliwością i subtelnością; kłam- stwo i perfidia w stosunkach handlowych zaczyna zni- kać; i szczególna rzecz: najwięksi oszuści, jacy się ostat-

nio ujawnili, byli to przeważnie ludzie nie mający nic wspólnego z przemysłem i handlem, agenci fikcyjnych towarzystw, spekulanci giełdowi i rejenci. Stała poprawa obyczajów poprzez liczne oscylacje jest więc faktem postępu, faktem, którego ogólna przy- czyna tkwi niewątpliwie w rozwoju rozumu i idei, sło- wem: w koncepcji porządku. Otóż jakkolwiek trzeba by było przełożyć prawo postępu nauki, aby otrzymać for- mułę postępu moralnego, oczywistą jest rzeczą, że jak wszędzie, tak i tu zjawisko wymaga racji, która by je uczyniła zrozumiałym, i że tłumaczenie poprawy oby- czajów postępem jest czymś równie dziecinnym jak tłumaczenie zdrowia wzrostem. 466. Powiecie, że uwagi te są tak oczywiste, że można

było oszczędzić sobie trudu pisania ich; bo któż ośmie- liłby się im przeczyć? — Jakkolwiek są to rzeczy tak proste, to jednak Filozofia nigdy ich nie zauważyła;

a ponieważ nie potrafiła ich dostrzec, błąkała się w po-

szukiwaniach prawa postępu historycznego; nawet dziś nasi najbardziej uczeni publicyści skłonni są brać opisy

i tautologie za formuły. „Jeśli się usiłuje rozwiązać tego rodzaju problemy — woła Ortolan 13 — łatwo jest wydać swój rozum na łup miraży idealizmu. Z tych fantastycznych objawień otrzymuje się jako najwyższe prawo ludzkości mylną formułę, do której nagina się następnie kilka oddziel- nych faktów, dowolnie wybranych z mrocznego często bezmiaru historii. Tak wygląda postępowanie a priori. „Od czasów neapolitańskiego filozofa Vico 14 i jego ucznia Pagano aż do bliższych nam myślicieli, którzy rzucili się w ich ślady i zgłębiają owe idee transcenden-

talne, nic innego w ogóle się nie robiło. Problem został postawiony; uchyliło się kilka fałd zasłony; uchwycono kilka elementów prawdy; lecz wszystko to było podpo- rządkowane, a często zagubione w systemie olśniewa- jących hipotez. Gdzie jest ten prosty i racjonalny łań- cuch rozumowań; gdzie jest ten uchwytny i przekony- wający dowód, wymagany zawsze przez naukę, który by nam powiedział: Oto prawda; czy prawo zjawisk zostało poznane?" Trudno byłoby krócej i dosadniej wyrazić to, czym powinna być prawda; i wykazać braki jej poszukiwa- czy. Lecz Ortolan wystąpił bezpośrednio po pisarzach religijnych i symbolistach; przeto aczkolwiek zalecał metodę eksperymentalną, musiał wejść na drogę my- ślenia filozoficznego i po mistycyzmach i alegoriach wiary obdarzyć nas sylogistycznymi abstrakcjami przy- czynowymi. Według Ortolana porządek kierujący rozwojem ludz- kości wyraża się w czterech wielkich prawach koniecz- nych i wiecznych: 1) Prawo „rodzenia": „Jest to zasada przyczynowa, pojęcie rządzące inteligencją ludzką, któ-

ra ze szczebla na szczebel wznosi się ku nieskończo-

ności". — 2) Prawo „rozpowszechniania": „Jest to nieu- stanna wymiana idei, zwyczajów, dobrych lub złych uczuć między człowiekiem a człowiekiem, miastem

a miastem, ludem a ludem". — 3) Prawo „podobień-

stwa": autor powinien był powiedzieć prawo upodab- niania, coś aktywnego zamiast pasywnego, ruch zamiast

bezwładności. Istotnie wedle Ortolana: „Prawo to idzie

w ślad za rozpowszechnianiem, zacierając stale różnice

czeniem ludzkości". — 4) Prawo „postępu": „Prawo

ostatnie, prawo celowe

stwo darzą nas zarówno dobrem, jak i złem, zarówno prawdą, jak błędem: przebiegają one ziemię i są raz użyteczne, raz zgubne; to popychają naprzód, to ścią- gają wstecz; lecz te przeciwstawne elementy są ma- teriałem do dzieła doskonalenia ludzkości. Zło, błąd, elementy przemijające, produkowane i reprodukowane nieustannie w tysiącach form, upadają i nikną. Dobro, prawda, elementy nieśmiertelne przeżywają każdą ruinę, wyłaniają się stopniowo jeden po drugim, nagro- madzają się i utrwalają w osiągniętych rezultatach". Łatwo zauważyć, że system Ortolana sprowadza się do analogii. Społeczeństwo, mówił J. B. Say 15, jest by- tem zorganizowanym i żyjącym; ekonomia polityczna stanowi jego fizjologię. Tak samo jak ruch witalny przejawia, się w czterech następujących po sobie mo- mentach: rodzeniu, asymilacji, wzroście, który jest jej wynikiem, a następnie w pełnym i całkowitym rozwoju władz i organów, tak i ludzkość — powiada Ortolan — wielki Byt kolektywny, przebiega w każdym ze swych przejawów przez cztery różne okresy: wylęganie lub rodzenie, rozpowszechnianie, podobieństwo, doskonale- nie lub postęp. Wszystko to jest na pewno niezaprze- czalne; w dzisiejszych czasach tylko jakieś prowincjo- nalne akademie odważają się jeszcze negować ruch. Ale czy to są prawa? Czy zrozumieliśmy postęp dzięki te- mu, że na nie oznaczonej linii historii postawiliśmy te cztery tyczki? 467. Bez postępu historia nie istnieje; więcej nawet, historia nie jest niczym innym jak tylko postępem, to

Rozpowszechnianie i podobień-

znaczy sposobem, według którego dochodzi do skutku wszelkie tworzenie. Te dwa wyrazy są synonimami,

kiedy się więc twierdzi, że postęp jest prawem historii,

<to tak jakby się mówiło, że historia jest prawem hi-

storii. Wyłożenie praw Opatrzności, albo jak dziś mówi-

my — postępu, nie polega bynajmniej na tym, żeby

znaleźć formułę stosowalną do całości przedmiotu hi-

storii, jak to usiłowali robić Bossuet, Vico i inni; tak rozumiana historia jest czymś niemożliwym, chimerą; wyłożenie tych praw polega na tym, żeby w odniesie-

niu do każdej ze stron, czyli specjalności historii, po-

wiedzieć, w jaki sposób dokonuje się tam postęp, jaki-

mi środkami i wedle jakiego porządku. Niestrudzony

Ortolan może gromadzić fakty polityczne, prawne i in- ne; może porównywać epoki i klimaty; może pokazy-

wać powolny i majestatyczny pochód społeczeństw, a następnie rozklasyfikować wszystkie badane materia-

ły na cztery wielkie kategorie, będące zwięzłym wyra-

zem jednostajnego ruchu: nie osiągnie przez to, jak już

powiedziałem, nic więcej poza podziałem i chronolo- gicznym uporządkowaniem swego materiału; oznaczy

w sposób konwencjonalny (ciąg logiczny — § 241) fakty

jeszcze nie zbadane, ale prawa dotyczące istoty tych

faktów pozostaną po tej pracowitej operacji najzupeł- niej nieznane. „Rodzenie, rozpowszechnianie, podobień- stwo, doskonalenie" — czymże są wszystkie te abstrak-

cje, jeśli nie etykietami służącymi do tego, aby w skró-

towej formie przypominać pewne analogie lub pewne momenty trwania? Zastąpcie każdy z tych terminów czterema nowymi synonimami, mnóżcie podziały i pe-

ryfrazy: ścigając alegorię, będziecie się zawsze obracać

w tym samym błędnym kole i po przebyciu olbrzymiej

drogi wrócicie dokładnie do tego punktu, z którego wy- szliście, to znaczy do tego, że każda rzecz ma początek i koniec w czasie, rozchodzi się w przestrzeni, i że po- stęp jest formą historii. Ale prawa pozostaną ciągle nie odkryte, a przecież tylko prawa mogą tę formę uczynić zrozumiałą w każdym fakcie; zasadą przyczynowości, którą posługuje się Ortolan, jest więc zupełnie bezużyteczna.

§ II

W odniesieniu do organizacji prawa ekonomii politycznej są prawami historii

468. Skoro mamy przy pomocy faktów stwierdzić pewność nauki ekonomicznej, musimy studiować hi- storię pod kątem widzenia pracy, to znaczy: 1) produk- tu, wartości, tworzenia kapitałów, kredytu, wymiany, pieniądza itp.; — 2) specjalizacji i syntezy pracy, koor- dynacji funkcji, solidarności i odpowiedzialności pra- cownika; — 3) podziału narzędzi pracy i repartycji pro- duktów wedle zasługi i sprawiedliwości, Pierwsza część tego zadania została wypełniona przez pierwszorzędnego ekonomistę Blanąuiego16, auto-

ra Histoire de l'economie politiąue en Europę, depuis

les anciens jusąu'a nos jours. Dzięki temu znakomite-

mu dziełu wiemy, jak praca przekształcona w przemysł oddziałuje na ekonomikę społeczeństw, wyzwala pro- letariat, daje i odbiera bogactwo narodom, prowadzi

powoli do przymierza narodów i równości stanów, osa- dza porządek publiczny i moralność na niezniszczalnej

podstawie, Będę powtarzał niezmordowanie, że takie dzieła tysiąc razy lepiej odkrywają nam prawa historii niż wszystkie pisma Bossuetów, Vico'ów, Monteskiu- szów i masy innych

469. Ale skoro zaobserwowaliśmy już wpływ pracy

na społeczeństwo w zakresie produkcji i krążenia bo- gactw, należy teraz prześledzić jej organiczne przejawy w ruchach rewolucyjnych i formach rządu. Trzeba zo- baczyć, czy te nowe fakty obalają, czy potwierdzają wnioski wyprowadzone z teorii; czy system społeczny

i wszystko, co się w nim zawiera, religia, wojna, han-

del, nauki i sztuki itd., rzeczywiście określa się i kon-

stytuuje według praw organizacji, które opisaliśmy, czy też jest z nim sprzeczny. Rezultatem tego badania bę- dzie zbudowanie topografii ruchów ludzkości i rozpo- znanie, do jakiego szczebla rozwoju doszła dziś cywi- lizacja dzięki swej własnej energii i swoim prawom „opatrznościowym". Społeczeństwo jest w trakcie two- rzenia porządku: od pierwszego dnia wytyczyło ono linię, której nie wolno nam bezkarnie przekraczać, któ- rej kierunek i cel musimy obliczyć, jeśli chcemy kon- tynuować i powodzeniem pracę rozpoczętą z natchnie- nia samego Boga. Nie mam najmniejszego zamiaru podejmować na na- stępnych stronach zadania słynnego pisarza, którego wymieniłem przed chwilą, ani tym bardziej pokazywać mu, co powinien był zrobić: chcę tylko dla potrzeb mo- jej tezy naszkicować pobieżnie drugą stronę interesu- jącej historii.

470.

Pierwotną formą społeczeństwa jest szczep,

to znaczy niezróżnicowane, identyczne, nie uporządko- wane skupisko. Ważna rola niektórych naczelników po- zwala zaledwie niejasno dostrzegać pierwsze zarysy ko- lektywnego bytu, rządów królewskich, senatu. Żadnego podziału pracy: każdy wytwarza wszystko sam i dla

siebie; poligamia panuje w rodzinie; żaden rys społecz- ny nie ujawnia osobowości człowieka.

471. Powoli szczep ze względu na swoją liczebność

osiedla się nad brzegiem rzeki, w głębi wąwozu, na sto-

ku wzgórza i przywiązuje się do ziemi przez uprawia- nie jej: osada ma miejsce centralne otoczone wokół fol- warkami. Natychmiast zaczyna się rozwój życia indy- widualnego i niemal jednocześnie pojawiają się główne kategorie funkcjonariuszy, z których każda ma swoją specjalność i swoją godność, juxta genus suum et spę- dem suam: Król, Kapłan, Wojownik, Rolnik lub Pa- sterz, Rzemieślnik, Kupiec i Niewolnik. W zależności od położenia dodać trzeba Rybaka i Żeglarza. Podział pracy dokonuje się więc początkowo przez powstanie siedmiu czy ośmiu kategorii obejmujących swym zasięgiem wszystkie przyszłe funkcje. Konstytuo- wanie społeczeństwa, organizowanie pracy zasadza się, jak zobaczymy, na tym, żeby iść za ruchem rozwojo- wym tych kategorii, poznać ich charakter i tendencje oraz sformułować ich prawa.

472. Zaledwie wydzieliły się te pierwotne funkcje,

a już zaczęły się utrwalać w pewnych rodzinach i stały

się ich udziałem: stąd kasty, które znajdujemy wszę- dzie tam, gdzie społeczeństwo zrobiło pierwszy krok poza barbarzyństwo, i które zależnie od okoliczności,

takich jak klimat czy geniusz rodowy, zyskują na prze- mian przewagę, aż w końcu, za sprawą pracy, despo-

tyzmu lub wolności, pochłaniają jedna drugą i stapiają się na nowo. Kasta, instytucja z istoty swej przejściowa, była więc

w swoim czasie postępem

przeznaczeń. Interes dynastyczny i symbolizm religij- ny kładą swą pieczęć na cywilizacji i powiadają jej:

Dalej nie pójdziesz. Zwierzę polityczne wzbrania się przed dalszym wzrostem; zaczyna się wojna między ru- chem a oporem. Według teologii hinduskiej kapłani wy- szli z głowy Brahmy, wojownicy z jego piersi, rolnicy

z jego ud i ramion, rzemieślnicy z jego stóp; pariasi

byli niewątpliwie potomstwem ekskrementalnym tego boga. 473. Podział społeczeństwa na kasty, pierwszy w po- rządku czasowym, jest także pierwszym podziałem, na którego pomysł wpadli twórcy utopii: wystarczy przy-

pomnieć republikę Platona i instytucje Salentum17. Zauważymy w związku z tym, że rozwój myślenia filo-

zoficznego jest zupełnie zgodny z rozwojem zbiorowych odruchów: jeśli ktoś chce, może to uważać za dowód siły tradycji historycznych, ale dowodzi to także mo- ralności filozofii. 474. Przebiegnijmy szybko pierwsze kategorie pracy, tak dobrze uwydatnione w historii pod nazwą kast,

i spróbujmy przewidzieć przyszłość każdej z nich na podstawie ich cech fizjologicznych.

Jednostka — król, na podobieństwo bytów wystę- pujących w historii nauk przyrodniczych jako gatunek

Ale już zamyka się księga

stach funkcja stanowi własność dziedziczną, tak samo

i berło królewskie jest przedmiotem własności i dzie-

dziczenia. Ale ten wspaniały symbol kryje w sobie fakt, że władza królewska obejmuje wiele kategorii funk- cyjnych oraz stanowi warunek życia społecznego, cen- tralizacji i jedności. Rządy królewskie od samego po- czątku odkrywają nam to w sposób niedwuznacz- ny. Król — zasadniczy element ciągu, pierwiastek kie- rownictwa i ruchu, serce i mózg społeczeństwa — po- wstaje najpierw: potem przychodzą inne funkcje i gru- pują się wokół niego. Władza królewska jest zaborcza

i zawistna, nie znosi żadnej rywalizującej władzy, zmie-

rza do suwerenności we wszystkim: jakże republikanie mogli nie spostrzec, że to właśnie stanowiło warunek postępu? Przed przystąpieniem do podziału pracy we- dle kategorii trzeba było zapewnić zbieżność i harmonię funkcji: w tym celu potrzebne więc było to, żeby król uważany był za jedynego prawodawcę, jedynego na- czelnika policji, dowódcę armii, jedynego właściciela, kupca i przemysłowca, administratora i sędziego; żeby przysięga wierności ojczyźnie i posłuszeństwa prawom składana była na jego ręce; żeby rolnik od niego otrzy- mywał swój pług, rzemieślnik swój przywilej, artysta swój dyplom, sędzia swój mandat, żołnierz swój sztan- dar, kupiec swój patent. Był to obraz uprzedzający to, czego żądamy dziś my, reformiści — rzucając hasło:

„Organizacja pracy, solidarność, zabezpieczenie". W tym przygotowawczym okresie zagadnienie monarchizmu nie było bynajmniej zagadnieniem prawowitości: była to kwestia życia, to znaczy kwestia siły.

475. Jedność i centralizacja — takie było posłannic- two królów wśród gwałtów nie do zniesienia. Dzięki Bogu, czas ich dobiega końca; lecz tylko ci oddali usłu- gi ludzkości, którzy okazali się wierni jej charakterowi. Niewybaczalną zbrodnią władzy królewskiej jest prze- kształcenie ekspansywnej siły berła w pierwiastek bez- władu i utwierdzenie się w zabójczym status quo przez karygodny sojusz z potężnymi kastami. Najbardziej ruchliwy i nowatorski monarcha był zawsze dla ludz- kości najlepszy: świadczą o tym Karol Wielki, Ludwik XIV i Napoleon. Kiedyś korony przywdziewało tylu królów, ile szczepów budowało wioskę: historia mówi, że Jozue obalił trzydziestu jeden królów. Najużytecz- niejszym zajęciem królów jako właścicieli jest wynisz czanie się przez konkurencję i pozostawianie na tym stanowisku tylko producentów: niech pomocna im bę- dzie Opatrzność! Jeżeli więc ktoś za moim przykładem przeciwstawia się rządom królewskim, musi pamiętać, że przed przy- stąpieniem do ich obalenia należy odpowiedzieć na na- stępujące pytania: Czy dzieło królów jest wypełnio- ne? — Czy możemy bez ich pomocy zakończyć nasz proces konstytuowania się? — W jakim stanie będzie społeczeństwo, gdy skończy się suwerenność człowieka? Ale nie przeklinajmy rządów królewskich, gdyż by- łoby to przeklinanie samej ludzkości. 476. Formą organizacyjną rządów królewskich jest hierarchia; zasadą ich jest władza, zarówno wtedy kie- dy powołują się one na prawo boskie, jak i wtedy gdy pochodzą z podboju czy z wyboru; ich podstawowym atrybutem jest siła; ich cechą charakterystyczną jest

jedność i spontaniczność; ich dążeniem w sprawach zewnętrznych jest podbój, a w sprawach wewnętrznych zachowawczość. Dla osiągnięcia celu rządów królewskich król przy-

właszcza sobie całość lub część władzy ustawodawczej, administracyjnej i sądowniczej; ale niezależnie od spo- sobu posługiwania się tą władzą, gdy zaczyna stanowić ustawy, doznaje ograniczenia w administrowaniu i są- dzeniu; im więcej wydaje przepisów, tym bardziej za- ciska sobie pętlę na szyi; a kiedy przychodzi chwila, że musi ustąpić pod groźbą popadnięcia w opozycję przeciwko sobie, nie może tego uczynić na zasadzie własnego wyroku; wtedy podmuch rewolucji kładzie kres rządom królewskim, rzucając je w mroki wiecz- ności.

477. Powiedzmy teraz, żeby już więcej

do tego nie

wracać, czym miało być kapłaństwo, czym ono było i czym jest. Jako urzędnicy kultu, to znaczy symbolicznych i uro- czystych ceremonii, które geniusz ludów ustanowił na całej ziemi, aby przypominały wielkie idee Porządku, Nauki, Cnoty i Przyszłości, księża mieli za zadanie utrzymywać w ludzkich sercach szlachetne uczucia i wielkie myśli, zachowywać tradycje, obyczaje, ducha narodowego i występować jednocześnie w charakterze żarliwych obrońców nauki, propagatorów, przyjaciół to- lerancji i prawdy. Religia była tylko pewnym stanem problemu kosmicznego i społecznego, a kapłaństwo —

ośrodkiem badań i najwyższej wiedzy: kapłaństwo mu- siało kierować ruchem. To właśnie podpowiadał in- stynkt pierwszym ludziom, dlatego modlili się do bo-

gów i słuchali przepowiedni; to właśnie wyrażała opa- ska Aarona, symbol nauki i prawdy; funkcję tę speł- niali przez pewien czas bramini, druidzi i bardowie, piewcy bohaterów, doradcy królów, nauczyciele ludów. Taka też była idea Chrystusa, kiedy założył swój Koś- ciół, swoją Wszechnicę. 478. Ale stan kapłański, biorąc formę za treść, przy- wiązuje się do obrzędu, narzędzia lub pozoru swej wła- dzy, i nie chce już z tego zrezygnować; w cudownych alegoriach, które powinien interpretować, widzi nad- przyrodzone prawdy i pod groźbą bezbożnictwa narzu- ca obowiązek wierzenia w nie; w końcu stawia się poza społeczeństwem, staje się nieproduktywną i wyzysku- jącą kastą, która raz jest w niewoli u królów, to znów panuje nad nimi. Odtąd nie ma już lekarstwa: zbunto- wana świadomość wypełnia posłannictwo kapłaństwa poprzez innych ludzi; kapłanowi przeciwstawiony zo- staje filozof. Dwa kolejne stany inteligencji wyznaczyły dwie wrogie sekty i rozpoczął się śmiertelny pojedy- nek między Filozofią a Religią. W walce tej zginęły obydwie; lecz z płodnego łona Filozofii zrodziła się Nau- ka, nieśmiertelna i promieniejąca, podczas gdy Religia przeminęła bezpłodnie, przeklęta przez wiele ludzi. Wszystkie funkcje, które miały być udziałem stanu kapłańskiego, są obecnie zorganizowane poza kapłań- stwem: ksiądz nie jest ani uczonym, ani artystą, ani le- karzem, ani historykiem, ani politykiem, ani filologiem; uniwersytet nie ma nic wspólnego z seminarium ani to ostatnie z teatrem; ksiądz jest wyłączony ze wszystkich dziedzin życia: czymże więc jest? — niestety, niczym. 479. Chciałbym, żeby księża, zamiast dopatrywać się

w tej pobieżnej krytyce ich stanu czarnej nienawiści

i fanatycznej bezbożności, skorzystali z niej i otwo-

rzywszy oczy na swoją sytuację ocenili całe niebezpie- czeństwo swojej izolacji. Czy wyobrażają sobie, że gło-

szę koniec religii przez zamiłowanie do paradoksów?

Si pergama dextra defendi possent, etiam hac defensa

fuissent; tak, broniłbym religii, broniłbym sprawy księ-

dza przed epoką, gdyby religia miała jakąś ideę, gdyby

ksiądz był czymś; nie jestem jednak zdolny sprawić, żeby obrazy przemawiały, a abstrakcje żyły. Sytuacja kleru jest dziwna. Księża są funkcjonariu- szami pobierającymi uposażenie, ale nie są funkcjo- nariuszami publicznymi; ich mandat nie płynie z kon- stytucji, lecz z innych źródeł; ich prawa nie są prawa-

mi kodeksu; ich naczelnikiem nie jest naczelnik pań-

stwa; ich usługi nie są opłacane tylko złotem, trzeba

im jeszcze na dodatek składać ofiarę z poglądów i su- mienia. Ale przejdźmy do porządku nad tą dziwacznością in- stytucji i prerogatyw i zapytajmy: czy kapłaństwo wy- pełnia jakąś normalną i użyteczną funkcję? Czy ksiądz wykonuje jakąś specjalną pracę moralną i odpowie-

dzialną?

Przy każdym z tych pytań wzrasta zakłopotanie. Mó- wi się, że księża pełnią urząd duchowny, onus angelicis humeris formidandum; oto ich specjalność. Wykonują swą pracę przez słuchanie spowiedzi, wygłaszanie ka- zań, nauczanie katechizmu, odprawianie nabożeństw

i odmawianie brewiarza; to znaczy, że życie ich upływa na wykonywaniu szeregu gestów pamiątkowych, pozo- stałych po funkcjach, które utracili, funkcjach nau-

czania, kierowania sztuką i uprawiania^ literatury. To- też zajęcia urzędnika kultu nie zaspokajają już żarłocz- nej aktywności jego inteligencji, zanadto oświeconej do zawodu, na który go skazano; potrzeba myślenia i dzia- łania, która dręczy księdza, znajduje ujście w wynaj- dywaniu uroczystości, w bigoteryjnych stowarzysze- niach, w intrygach, przekupstwach, spekulacjach, ucz- tach, a czasem w nadużyciach władzy lub rozpuście. Prorok powiedział, że jeśli ksiądz zaniedba nawróce- nia grzesznika i ten będzie zgubiony, to Bóg zażąda od księdza jego duszy. Zgadzam się na taką teologię: księża odpowiedzialni są za nasze zbawienie; ale jakże to —

przed Bogiem?

cownika gwarancji skutecznej, zapewniającej już teraz

odszkodowanie, a tu się nam mówi o odpowiedzial- ności, która niczego nie naprawi, odpowiedzialności po- zagrobowej!

Ekonomia polityczna wymaga od pra-

480. Wady instytucji kapłaństwa

są najlepszym

wskaźnikiem środków, jakie należy przedsięwziąć, aże- by włączyć Kościół do Państwa i zmierzać ostrożnie do zniesienia kultów. Nawyk posłuszeństwa i wierzenia wytwarza u księdza poważne skostnienie władz umysłowych i wielką bojaźliwość ducha. — Trzeba, żądając od każdego kan- dydata na księdza dyplomu uniwersyteckiego, okazać surowość przy egzaminie z filozofii. Poza czytaniem filozofów nie widzę nic, co mogłoby wyzwolić rozum i rozproszyć księżą apatię. Drugą przeszkodę w sekularyzacji księdza stanowi celibat. Trzeba opóźnić o dwa lata przystąpienie do służby i ograniczyć trwanie ślubów do lat pięciu. Rzym

początkowo zaprotestuje, potem ustąpi, żeby się tylko chciało i umiało wziąć do tego. Kler izoluje się od społeczeństwa i dąży stale do zre- konstytuowania się w kastę: stąd jego wieczne intrygi, roszczenia i skryte manewry. Trzeba doprowadzić do tego, żeby księży mianowali parafianie, trzeba uzależ- nić ich bardziej od merostwa, a trochę mniej od bisku- pa; związać ich z ciałem nauczycielskim i poprzez małe inspekcje uczynić ich odpowiedzialnymi przed radami miejskimi i rektorami. Wreszcie, skoro religia jest osta- tecznie dobrem publicznym, trzeba zmusić ich do udzie- lania ślubów i pogrzebów bez spowiedzi. W ten sposób ksiądz stanie się obywatelem, człowiekiem wykształco- nym, światowym i wcześniej czy później skorzysta ze swobody zapewnionej mu przez czasowość ślubów, aże- by stać się ojcem rodziny: wtedy będzie koniec z re- ligią i kapłaństwem. Czy protestantyzm jest religią? Czy pastorzy to księża? 481. Żołnierz jest czymś analogicznym do księdza. Wojna jest faktem nienormalnym tak jak kult, faktem, który z czasem zniknie; gdyby nawet ludziom zabrakło woli, zniknie on wskutek siły ich środków, uczoności ich przywódców i praw rozwoju ludzkości, które przy- czynią się do tego. Zawód wojskowego ma działy i specjalności, lecz wszystkie specjalności wojskowe są tylko specjalnościa- mi naukowymi i przemysłowymi. Robotnik rolny jest w armii piechurem, stajenny kawalerzystą, a artyle- rzystą jest chemik, mierniczy lub architekt. Podział uprawnień podporządkowany jest wymogom bitwy. Długa praktyka wykazała, że jeżeli dwie stutysięczne

armie mają się bić tak, żeby w ciągu godziny połowa walczących została zabita, trzeba podzielić te armie na kompanie, szwadrony, bataliony i kolumny, dowodzone przez tyluż przywódców podporządkowanych jedni drugim i wykonujących w mgnieniu oka rozkazy gene- rała. Ten arytmetyczny ciąg posłużył do ustalenia żoł- du i zasług jednostek: problem rozdziału uposażeń zo- stał rozcięty niczym węzeł gordyjski szablą Aleksandra. Dowodzenie armiami wymaga wielkiego geniuszu, rozległych i różnorodnych wiadomości; pod tym wzglę- dem nie zamierzamy nie doceniać wysokich kwalifika- cji Vaubana18, Turenne'a 19 czy Bonapartego. Ale jeśli pominąć naczelnego dowódcę, który jest zarazem admi- nistratorem, dyplomatą, geografem, matematykiem itp., jeśli pominąć oficerów specjalnych broni i tych, któ- rych ambicja skłania do studiowania filozofii swego zawodu, to suma inteligencji potrzebna żołnierzowi jest tak niewielka, że po pewnym czasie służby można u nie- go zauważyć znaczne przytępienie władz umysłowych, a zwłaszcza poczucia moralności. Zaledwie młody czło- wiek, mieszczanin czy wieśniak, wstąpi do wojska, a już zapomina o rodzinie, przyjaciołach, uczuciach i wierze- niach: zmienił ojczyznę — mieszczanin jest jego wro- giem, wieśniak niewolnikiem. Ręce jego oduczają się pracować; w koszarowej atmosferze ubożeje rozum; godność osobista wyradza się w tępą apatię, słabo maskowaną aroganckim i brutalnym sposobem zachowania się. Kokietki, kobiety lubiące górować lub też wyposa- żone w inne dziwaczne cechy chętnie na ogół poślu- biają wojskowych: doświadczenie pokazało, że spośród

wszystkich mężów oni właśnie są najbardziej ulegli, łatwi do prowadzenia i najmniej przenikliwi. Mitologia utrwaliła tę obserwację w alegorii: „Mars był zawsze przyjacielem Wenery". Zwróćcie uwagę, że poeta nie mówi, iż był przyjacielem Pallady lub Junony, tylko przyjacielem Wenery: nie wymaga to komentarzy. Do utrzymania armii potrzebna jest aprowizacja, do- stawy: wiadomo, co należy sądzić o rachunkowości woj- skowej, począwszy od ksiąg kaprala w kuchni, a skoń- czywszy na buchalterii ministra. Wszystko tam jest przedmiotem spekulacji: ubranie, bielizna i obuwie, żywność, pasza, amunicja, szpitale. Jakaż może być mo- ralność żołnierza w obliczu tylu kradzieży, głośnych nawet wśród klasy przemysłowców, którzy bywają na- rzędziem lub wspólnikami spekulantów? 483. Rozkładowy wpływ żołnierskiego zawodu działa nie tylko na jednostki: oddziaływa również na gospo- darkę społeczną, zagrażając jej porządkowi i istnieniu. Dzieła ducha wojskowego można poznać z daleka po rozbitej ziemi, zahamowaniu płodności, zarazie. Do- dajcie do tego, że każdy wielki wojownik był ciemięzcą swego kraju albo miał w tym kierunku skłonności. De- prawacja charakteru żołnierzy oddaje wspaniałe przy- sługi planom ambitnego dowódcy. Gdy w latach 92 i 93 La Fayette i Dumouriez20 chcieli ruszyć przeciwko Konwentowi, armia, która ich kochała, opuściła ich:

składała się bowiem z poborowych, a ci byli obywate- lami. W kilka lat później Bonaparte, łamiąc konstytucję i uzurpując sobie wszystkie władze, miał za wspólników bohaterów spod Arcole i Marengo: ich uczucia obywatelskie miały już czas się zużyć.

W kolizji między władzą a ludem na próżno liczyło- by się na inteligencję bagnetów: nie ma inteligentnych bagnetów poza bagnetami gwardii narodowych, toteż rządy dynastyczne nie chcą ich. Ta niechęć wskazuje nam niebezpieczeństwo i środki zaradcze jednocześnie. Niech w przyszłości każdy obywatel będzie żołnie-

rzem; niech niestała gwardia narodowa zajmie miejsce armii stałych; niech czas służby wojskowej będzie skró- cony o trzy czwarte; niech z ćwiczeniami wojskowymi łączą się prace przy zalesianiu, karczowaniu, kanali- zacji itp. (§ 531); niech gwardie miejskie i gwardie nie- stałe konkurują ze sobą w służbie wewnętrznej; niech gwardie te bratają się ze sobą nieustannie. Duch lat 1793 i 1830 był zapowiedzią tej reformy:

jaki to demon rwie ciągle wątek naszej równości? Sły- szę, że deputowani nasi boją się Bastylii: niech więc przerobią prawo poborowe! 484. Jak religia i wojna są niczym dla nauki i rozu- mu, tak dla kapłaństwa i armii nie ma miejsca w po- rządku politycznym. Rodząc się, społeczeństwo przy- nosi ze sobą na świat pewne instytucje nienormalne,

a jednak konieczne; porównuję je chętnie do owych

mlekonośnych narządów, które ukazują się na korzon- ku roślin w okresie kiełkowania i które wysychają

i obumierają, gdy tylko roślina podrośnie. Rola żołnie-

rza i księdza dobiega końca: zanim jednak będziemy dziękować Bogu za ten postęp, starajmy się nań za- służyć. 485. Nie powiem wiele na temat innych kast albo ka- tegorii pracy, gdyż krytyka ich funkcji powinna znaleźć miejsce gdzie indziej. Zwrócę tylko uwagę na to, że

funkcje rolnicze, przemysłowe i handlowe organizują się jedynie poprzez rząd, to znaczy przez to, że stają się funkcjami władzy zwierzchniej (§ 444), i upodob- niają się do funkcji politycznych we właściwym tego słowa znaczeniu (§§ 494, 506—508). W Rzymie, Sparcie, Palestynie i w ogóle w krajach,

gdzie panowała równość, władzę miała kasta rolników, czyli właścicieli ziemi, tożsama z kastą szlachty, czyli wojowników. Kasta ta wysoko ceniła kapłaństwo i kró- la, a pogardzała przemysłem, który pozostawiony był niewolnikom. Lecz ta nadrzędna władza sprawowana przez własność ziemską nie była bynajmniej wynikiem organizacji rolniczej, skutkiem zjednoczenia rolników

i zabezpieczenia własności: była to po prostu preroga- tywa, która przypadała w udziale pewnym ludziom

o wspólnych zwyczajach, ale poza tym niezależnym od

siebie i nie stowarzyszonym. Senat rzymski, złożony całkowicie z wieśniaków, nigdy nic nie zrobił dla zor- ganizowania rolnictwa i scentralizowania terytorium:

przedmiotem praw agrarnych, proponowanych przez trybunów, było nadanie ziemi tym, którzy jej nie mieli; nie dotyczyły one w żadnej mierze skonfederowania pracy i zapewnienia produkcji. Słowem, rolnictwo ni- gdy nie weszło w Rzymie w zakres zainteresowań rządu, i to była główna przyczyna rozkładu i upadku rzymskiego imperium. 486. Podczas gdy jedne ludy stawiały na pierwszym miejscu bogactwa ziemi, drugie zajmowały się wyłącz-

nie handlem i przemysłem. Ateny, Tyr, Kartagina, Da- maszek były wielkimi warsztatami, w których państwa szlacheckie, takie jak Sparta i Rzym, oparte na rol-

nictwie i zorganizowane dla wojny, musiały zaopatry- wać się w produkty, których ziemia nie dostarczała; były one uważane za ludy służebne. Górująca kasta stanowiła w mieście ustawy i utrzymywała się tu jesz-

cze u władzy, łecz konkurencja przemysłowa, dzieląc interesy, stała się źródłem niezgody, podobnie jak się to przydarzyło o wiele później włoskim republikom. Zawiść w interesach niszczyła Kartaginę bardziej niż armie rzymskie: był to przejaw tego, że przemysł w tej republice, tak jak rolnictwo w Rzymie, nie mógł nigdy stać się elementem politycznym, przedmiotem admini- strowania i rządzenia.

487. W ten sposób natura tworzy obszerne działy,

wielkie kategorie, następnie różnicuje te pierwotnie ukształtowane twory i specjalizuje je w nieskończoność. Król, jak legenda, streszcza w sobie wszystkie funkcje związane z prawodawstwem, administracją, sądownic- twem i obroną; kapłaństwo kryje w sobie reakcyjne za-

rodki filozofii, elementy nauki i sztuki; w kastach rol- ników i rzemieślników pokazują się niezliczone formy produkcji rolnej i przemysłowej. Historia Ludzkości nie jest niczym innym jak przygotowaniem i syntezą tych elementów.

488. Lecz wobec tego, że konstytuowanie się społe-

czeństwa dokonuje się przez nieprzerwane łączenie się różnych specjalności pracy z ciałem politycznym, a przyciąganie rozchodzi się od środka w kierunku ob- wodu koła, organizm społeczny przedstawia początko- wo obraz piramidalnie uporządkowanego ciągu, którego szczyt zajmuje książę, a podstawą jest proletariat. Pi- sarze polityczni w ten sposób pojmowali zawsze rządy

w społeczeństwie i stosunki między obywatelami. Ten złudny pogląd, który dziś jeszcze panuje wśród mężów stanu, wśród ludu, a nawet wśród teoretyków, unie- możliwia projekty jakichkolwiek reform, a nawet czyni je czymś sprzecznym; władzę doprowadza nie uchronnie do despotyzmu i podnosi przeciwko niej szemrania ludu. Ale iskra przebiegła już tę materię organiczną; głos równości rozprasza złudzenia; ludzie zaczynają rozumieć, że życie nie może powstać z figury sylogistycznej (§ 120), że jest ono wynikiem syntezy i równowagi.

§ III

Rozwój społeczeństwa pod wpływem praw ekonomicznych

489. Dla przekształcenia religii i wojska w instytucje użyteczności publicznej, instytucje przyszłości, bez pogwałcenia świadomości i narażenia bezpieczeństwa Państwa, należy — jak powiedzieliśmy — natchnąć nowym duchem kler i armię, nadać im społeczny cha- rakter; trzeba je zanurzyć w społeczeństwie. Otóż je- żeli obejdziemy się w sposób analogiczny ze wszystki-

mi funkcjami, dzieląc jedne, precyzując i określając

drugie, i wrzucając wszystko do tygla praw ekonomicz- nych, to wydaje się oczywiste, że:

1) Funkcje społeczne wyjdą z tej krytyki czyste, pra- widłowe, gotowe do działania, i pozostanie tylko do zro- bienia zebranie ich w całość,

2) Dzięki tej metodzie pozostaniemy stale na linii tradycji i postępu, tak że przejście i organizacja będą dla nas terminami równoznacznymi. 3) Jak teoria ciągów dała nam przez podział i synte-r zę pracy miarę porównawczą zdolności, tak samo da nam jeszcze miarę postępu przez nieustanne określanie

funkcji. 4) Wreszcie, skoro będziemy znali istotę, granice i od- powiedzialność każdej funkcji, będziemy mogli położyć fundament pod ostateczną jurysprudencję. Odtąd jest to zadanie ekonomii politycznej. Porządek społeczny nie jest kwestią arbitralnych kombinacji, od- dalonych od utartych szlaków i pozbawionych prze- szłości historycznej; tkwi on w przykładach i pamiąt- kach przeszłości; a przede wszystkim tkwi w teraźniej- szości. Wystarczy jeden jedyny argument, żeby przy- prawić o zmieszanie wszystkich wynalazców utopii

społecznych: „A wasi poprzednicy, przodkowie?

Po-

każcie, jaki stopień pokrewieństwa łączy was z obecnym społeczeństwem? " 490. Na pierwszym szczeblu rozwoju społecznego specjalności naukowe i przemysłowe pozostawały w obrębie kasty; funkcje publiczne należały niepodzielnie do króla. W języku hebrajskim „królowanie" i „sądze- nie" są synonimami. Język grecki wyraża tę samą ideę słowami o ogólniejszym jeszcze znaczeniu: Homer na- zywa królów poimenas laon, kosmetoras laon, pasterza- mi, budowniczymi narodów, co zakłada władzę abso- lutną albo lepiej — niepodzielną. W czasach wojny tro- jańskiej Grecja miała tylko królów i kasty; powiadają, że homerydzi rozpoczęli zatarg filozofii z kapłaństwem.

Pod niebem Germanii sprawy przebiegały nieco ina- czej. Naczelnicy mieli tylko wojskowe prerogatywy: ich królewskość sprowadzała się tylko do tego, że w dniu bitwy kroczyli na czele wojowników. Poza tym

o wszystkim decydowało ogólne zgromadzenie; znaczy

to, że w tych gromadach ludzi nic nie było zorganizo-

wane. Lud był tam tym, czym gdzie indziej był król, to znaczy stanowił ustawy, administrował, wydawał wyroki, wykonywał je, regulował wszystko na podsta- wie obyczajów i przepowiedni. Otóż jeżeli władza jest niepodzielna, to niezależnie od tego, czy suwerenem jest lud, czy monarcha, nie ma żadnych funkcjonariu- szy, żadnych organów, a więc żadnej organizacji. Mo- narchia i demokracja różnią się tylko swoją zasadą,

a poza tym we wszystkim są podobne; są to raczej ce-

chy charakterystyczne rasy niż różnice polityczne. 491. Tylko konieczność sprawiła, że społeczeństwo wyszło z tego stanu niepodzielności i że załamała się jedność władzy; genialne pomysły na nic się tu nie przydały. Powiedzmy, że jeden człowiek ma sprawować rządy, sądownictwo i administrację wśród szczepu liczącego dwa do trzech tysięcy dusz, albo że ten szczep ma się zbierać w określony dzień, wybrać sobie przewodniczą- cego i sam decydować o swoich sprawach; jak dotąd rzecz jest jeszcze możliwa. Ale jeżeli zwiększycie lud- ność dziesięciokrotnie, stokrotnie, to będziecie musieli w pewnej proporcji pomnożyć suwerena. Jest bowiem

rzeczą równie niemożliwą, żeby sto tysięcy ludzi obra- dujących codziennie nad swoimi sprawami publicznymi i prywatnymi sprawowało niepodzielną władzę, jak

i żeby jeden człowiek, król tych stu tysięcy ludzi, speł- niał wszystkie funkcje rządzenia. Trzeba więc scentralizować, a zarazem pomnożyć su- werena. Otóż pomnożenie to może się dokonać na dwa

sposoby: 1) albo wedle ekonomicznego prawa podzia- łu, specjalizacji i ciągu, przez rozczłonkowanie; 2) albo też wedle zasady feudalnej przez rozbicie (§ 416, 417). 492. Nie ma nic bardziej trywialnego jak wyłożenie podstawowego prawa organizacji politycznej; nie ma nic bardziej przestarzałego jak zasada podziału władz;

a jednocześnie nie ma na świecie nic, co realizowałoby

się tak powoli i mozolnie. Ile to wieków upłynęło, za- nim szczep wytworzył nie patriarchę, vir gregis, ale króla? Nikt nie umiałby tego powiedzieć; dla każdego ludu historia zaczyna się w chwili powstania władzy królewskiej — do tego momentu nie ma dla człowieka ani ruchu, ani trwania, nie ma idei i nie ma pamięci. Społeczeństwo jest w stanie embrionalnym: tyle tylko, że nie śpi. Kiedy się wreszcie ukonstytuuje organ centralizują- cy, długie wieki upłyną jeszcze na działaniu po omacku. W tak wielkich monarchiach jak Egipt, Persja, Asyria, które tak wcześnie zjednoczyły pod jednym berłem niezliczone szczepy, podział władzy istniał tylko dla ra- bunku albo był czystą dziecinadą. W Babilonii urzędy publiczne pochodzące od władcy podzielone były nastę- pująco: był wielki wezyr, kapitan gwardii, przywódca eunuchów, przywódca podczaszych; poborcy podatków, magowie i historycy; wreszcie inspektorzy ziemscy. Satrapowie, podobnie jak paszowie, reprezentowali suł- tana w prowincjach. Nie było zresztą żadnych różnic

we władzach ani też żadnej ustalonej granicy. Starcy, poważani dla swej domniemanej mądrości, czuwali nad obyczajami i prowadzeniem się obywateli; wykrywali, sądzili i karali zbrodnie i występki. 493. Toteż te wielkie twory były niezwykle kruche. Trzeba bowiem uważać za pewnik to, że siła jakiegoś państwa, jeżeli będziemy abstrahować od jego wiel- kości, nie zasadza się na liczności i hierarchii urzędni- ków; siła ta tkwi w ich specjalizacji, niezależności, od- powiedzialności, w proporcjonalności ich liczby; tkwi ona zwłaszcza w koniecznym i naturalnym powstaniu urzędników jako instytucji. Monarchie wschodnie utrzymywały tyluż synekurzystów, dworzan i błaznów,. co i nasza konstytucyjna Francja; ich armie skarbowe wcale nie ustępowały naszym; prawo miecza sankcjo- nowało w razie potrzeby wolę monarchy; nie brako- wało wielkich dygnitarzy tworzących świtę jego do- stojności. Lecz cały naród, podzielony na kategorie pro- dukcyjne i urzędnicze, który powinien był być zarazem •podmiotem i przedmiotem rządzenia, tworzyć jedno ciało złożone z nerwów, ścięgien i organów, był bierną i niespoistą masą, utrzymującą się w całości tylko dzię- ki terrorowi książęcemu oraz interesom i wierności książęcych urzędników. Nie będę rozszerzał tego wywodu opowiadaniem o stosunkach egipskich, chińskich, hinduskich, perskich czy innych; wiedza w tym zakresie dostępna jest dla każdego; wystarczy tu tylko wskazać, pod jakim kątem widzenia powinniśmy studiować historię. Aczkolwiek podział władzy w starożytnych monarchiach był w swych początkach bardzo ograniczony i skażony błę-

dami, to jednak był zgodny z głównymi zasadami nauki. Zbyt słaby dla skonsolidowania tak wielkich mas, spra- wiał on, że centrum państwa przenosiło się z jednego miejsca na drugie; to właśnie było przyczyną płyn- ności wschodnich monarchii, które po kolei łączyły w jedną całość te same narody i których zasadniczy błąd wyrażają dobrze znane słowa: chaos, rudis indigestaąue moles. 494. W Grecji, kraju demokratycznym, panował ten sam system podziału władz, ten sam podział potęgi su- werena. Ograniczmy się do Attyki. Po śmierci Kodrusa lud nie chciał już uznawać inne- go władcy poza sobą samym. „Wszyscy Ateńczycy są królami" — woła entuzjasta grecki Ajschylos. Ale wszyscy ci królowie nie mogli sprawować władzy; po- I rzebne były dwie rzeczy, podział władzy i odnowa urzędów. Z kolei dla przeprowadzenia prawidłowego podziału kolektywnej władzy królewskiej Ateńczyków potrzebna była jeszcze jedna rzecz: wyłonienie z ludu, wyspecjalizowanie i określenie pewnej jedności, ko- lektywnej, że ośmielę się tak rzec, osoby. Wybierał więc lud co roku pięciuset obywateli, któ- rzy skupiali w swych rękach całą władzę polityczną na podstawie bezpośredniego upoważnienia. Tych pięciu- set wybranych dzieliło się następnie na dziesięć klas, zwanych „prytanie", z których każda składała się z pięćdziesięciu członków: każda prytania rządziła pań- stwem przez trzydzieści pięć dni. — Spośród tych pięć- dziesięciu miesięcznych władców wybierano w drodze losowania dziesięciu, których nazywano „proedros", czyli przewodniczącymi; spomiędzy tych dziesięciu wy-

bierano siedmiu, którzy dzielili pomiędzy siebie dni tygodnia. Ten, któremu przypadał dzień bieżący, nazy- wał się księciem lub naczelnikiem. W taki oto sposób poprzez kolejne wybory wyłaniano jedność monarszą. Lecz wybrany w ten sposób, przez pięć kolejnych głosowań, książę nie posiadał już całej władzy: byłoby

to za wiele na jednego człowieka, i Ateńczycy nie by- liby z tego zadowoleni. Każda z pozostałych dziewięciu prytanii mianowała „archonta", czyli ministra: pierwszy był „poliarchą", prefektem miasta; drugi — „królem", zajmującym się religią; trzeci — „polemarchą", mi- nistrem wojny; sześciu pozostałych — „tesmoteci", pra- wodawcy, tworzyli rodzaj rady państwa, której zada- niem było tworzenie i rewizja ustaw. Poliarchą podpo- rządkowany był „areopagowi", specjalnemu trybunało- wi ustanowionemu dla pewnych spraw politycznych

i karnych. Urzędom tym podlegała cała masa niższych urzędni-

ków obarczonych funkcjami policyjnymi i nadzorczy- mi. Właśnie w Atenach policja po raz pierwszy chyba oddzieliła się wyraźnie od wymiaru sprawiedliwości. Pomimo tak licznego personelu administracyjnego

i takiej masy urzędów ważne decyzje należały jednak ostatecznie do zgromadzenia ogólnego: lud zachował inicjatywę w rządzeniu, a urzędnikom swoim pozosta- wił tylko poszczególne zadania wykonawcze.

495. Wady takiej organizacji są jaskrawo widoczne:

z jednej strony zbyt wielka ilość i nadmierna zmienność

tych pogmatwanych, źle odgraniczonych od siebie funkcji oraz brak odpowiedzialności, z wyjątkiem funkcji związanych z majątkiem publicznym, z którego

każdy miał prawo żądać rachunków; z drugiej zaś — zupełny brak instytucji, które wiązałyby ze sprawami publicznymi handel i przemysł. Lud ateński, czuły na punkcie nadużycia władzy, nie umiał ani rozdzielić tej władzy w sposób korzystny dla swoich interesów, ani wykonywać jej kolektywnie. Każdy chciał tam być funkcjonariuszem publicznym, każdy chciał żyć na koszt skarbu: żeby zaspokoić tyle ambicji, trzeba było jakoś rozdrabniać władzę i zmie- niać co chwila urzędników; doszło do tego, że obywa- telom nie zajmującym żadnych stanowisk płacono od- szkodowanie za udział w zgromadzeniach agory. Prze- mysł uważano za zajęcie niegodne wolnego obywatela; życie z własnej pracy traktowane było jako hańba, z której wszyscy na wyścigi oczyszczali się przez przy- właszczanie sobie grosza publicznego i głosowanie za konfiskatami, podatkami, zaborczymi i rabunkowymi wojnami, z których grosz ten napływał. Nie potrzeba było wielu lat, żeby Grecja doczekała się owoców swoich instytucji politycznych i doświad- czyła ich żywotności. Od czasów Solona, którego wiek uważam za środkowy okres legislatur greckich, do śmierci Aleksandra nie upłynęło więcej niż dwieście pięćdziesiąt lat; w dodatku ten krótki okres czasu obfi- tował w różne przemiany i rewolucje. Po podziale kró- lestwa macedońskiego Grecja ustabilizowała się dopie- ro pod wpływem rzymskiego oręża. Helleńska centra- lizacja, tak dobrze zapoczątkowana przez Filipa, została zaprzepaszczona na zawsze po śmierci Aleksandra: było to może największe nieszczęście, jakie kiedykolwiek spotkało świat.

496. W Rzymie podział władzy dokonuje się z ma- jestatyczną powolnością i z długimi przerwami. Władza forum rozwija się w miarę, jak ager romanus rozciąga się stopniowo na zwyciężone kraje. Władze pochodne układają się jedna na drugiej jak złoża granitu. Ten okres porodu politycznego trwał niemal tysiąc lat, od konsulatu Juniusza Brutusa 21 aż do upadku zachodnie- go cesarstwa. Po usunięciu Tarkwiniusza 22, kiedy terytorium Rzy- mu nie wykraczało poza piętnasty słup milowy, wszyst- kie funkcje polityczne spełniali kolejno lub łącznie konsulowie przy pomocy doradców czy asesorów, któ- rzy nie dzielili z nimi władzy. Podział władz, wywołany niewolnictwem plebsu, był nieustanną przyczyną zabu- rzeń w republice i zawiści. Zresztą system, który się tam przyjął, był taki sam jak w Azji i Grecji: początko- wo część funkcji administracyjnych przeszła z konsu- lów na kwestorów; następnie, po długim okresie czasu pokazali się trybunowie, którzy reprezentowali lud wobec arystokratycznych rządów i którzy, podobnie jak u nas parlament, mogli inicjować pewne ustawy. Wkrótce trybunowie zażądali i otrzymali władzę mia- nowania edylów, specjalnych urzędników obarczonych funkcjami policyjnymi i pracami publicznymi, którzy później stworzyliby pełną organizację społeczeństwa, gdyby handel i przemysł zaliczony został do „uczci- wych" \ cywilizacyjnych czynności. Nieco później po- jawili się cenzorzy, których głównym zadaniem była gospodarka publiczna, statystyka, finanse, ruch lud- ności, obyczaje i podatki. Ostatnim wreszcie rozczłon- kowaniem władzy konsulów było pozbawienie ich

funkcji sądowniczych i powstanie instytucji pretorów. Pomijam podział ludności na kurie, działalność comitia, kompetencje zgromadzenia ludowego i senatu i całą masę niższych urzędów. Nie piszę przecież historii po- równawczej systemów politycznych; szkicuję tylko zarys tej wspaniałej nauki. 497. A więc jak na Wschodzie i w Grecji tak i tutaj uwagę ekonomisty przyciąga niezmienna tendencja spo- łeczeństwa do konstytuowania się najpierw w postaci ciała politycznego, do wytwarzania zewnętrznych orga- nów zachowania i centralizacji pod nazwą „magistra- tów", zanim społeczeństwo rozwinie się wewnętrznie jako ośrodek produkcji i konsumpcji. Niechże więc ci, którzy wskutek fatalnego błędu aż nadto usprawiedli- wionego niewątpliwie dążą obecnie do przeprowadzenia reformy socjalnej przed reformą polityczną, zdadzą so- bie sprawę z tego wielkiego prawa historii, jeżeli potra- fią. Wschodni despotyzm pięć czy sześć razy odradzał się z popiołów, by wreszcie upaść wskutek braku po- działu władzy; demokratyczna Grecja zginęła wskutek nadmiaru władz, a także wskutek pogardy dla upra- wiania przemysłu; Rzym republikański i cesarski zgi- nął, gdyż po stworzeniu silnej hierarchii urzędniczej zatrzymał się przed własnością kwirytów, latyfundia- mi, niewolnictwem i lichwą i nie potrafił objąć gospo- darką państwową rolnictwa, przemysłu i handlu. Wszystko to jest niewątpliwie prawdą; ale też wszędzie widzimy, że porządek polityczny pojawił się najpierw, że był wstępem do stworzenia porządku przemysłowe- go 23. Wreszcie przychodzi ta chwila, do której my właśnie dochodzimy, kiedy wydaje się, że forma

zewnętrzna społeczeństwa nie może już doznać żadnych zmian, ponieważ ostateczne wykończenie tej części bu-

dowli zależy od opracowania przez naukę formy no- wych organów, roli, jaką one mają spełniać, i miejsca, jakie mają zajmować. Ale kiedy nauka dokona już tego opracowania, impuls musi być jednak nadany z góry,

a rozkwit władz wewnętrznych musi być poprzedzony

rewizją władz zewnętrznych. 498. Z rozwoju instytucji możemy czerpać inne jeszcze nauki, tym bardziej cenne, że pokazują nam, iż prawo ciągu przewodzi sile twórczej i kieruje przeznaczeniem poprzez kunsztowne przemiany. a) Zauważmy najpierw powolność postępu. Porządek nie tworzy się u ludzkości za jednym zamachem: two- rzy się on stopniowo, każdy organ zostaje wypróbowa- ny we wszystkich kombinacjach. Wzlot cywilizacji raz

jest szybszy, raz powolniejszy, ale żadne przejście nie zostaje pominięte. A ileż jest przeszkód do pokonania! Ile raf do wyminięcia! Ilu próbom trzeba się poddać! Jak przerażające są straty w ludziach! Jakie wahania i śmiertelny strach w społeczeństwie! Ruch organiczny, zaledwie przekazany szczepom pierwotnym, ustaje

u większości, koncentruje się wokół Morza Śródziemne-

go i ciągle zmienia ognisko. Azja, Afryka, Grecja, Italia dzierżą po kolei berło filozofii i sztuki, a życie opuszcza je po kolei: umierają z wyczerpania i wracają do barba- rzyństwa. Od czasów reformy Niemcy wstrzymały już swój pochód; Anglia obawia się iść dalej naprzód;

Francja, wyczerpana pięćdziesięcioletnim marszem, chce już zawrócić z drogi, jak się zdaje. Przywódcy na- rodów wydali skrytą wojnę ideom; jak średniowieczni

magowie królobójcy, chcą oni rzucić zaklęcie na ducha przez zawiązanie węzła na nitce. Tak bardzo człowiek

boi się ruchu; tak lubi spoczynek wśród swych ciasnych myśli, uśpienie w gnuśności! Oh, nie oskarżajmy na- szych ministrów bardziej niż siebie samych: kimkol- wiek jesteśmy, wzdychamy potajemnie do status quo naszych utopii. Ale boska siła wciąga nas wszystkich w ten sam wir; a pogląd każdego z nas jest jak tchnie- nie nieskończonego umysłu, który pędzi okręt ludzkości po oceanie wieków.

499. b) Wszystkie społeczeństwa, jakie ukazały się

na ziemi, stworzyły pewien porządek, jakiś system administrowania i rządzenia. Był porządek u Kreteń- czyków, tych pederastycznych komunistów, „leniwych brzuchów" i „niegodziwych bydląt", jak mówił Apostoł. Republika ich wydała się tak piękna Likurgowi, że wziął ją za wzór dla swojej. Był też porządek w tej Sparcie, którą Platon udoskonalił w utopii, a której mieszkańcy równie dzielni, silni i wstrzemięźliwi jak pierwsi Rzymianie nie potrafili ani podporządkować sobie i scentralizować Grecji, ani zachować własnych cnót. Rząd samego papieża jest uporządkowany, a to na podstawie jałmużny, w oczekiwaniu na śmierć z nędzy i głupoty. Nigdy w żadnym kraju nie było zupełnego braku porządku; obraz zaś naszej centralizacji, równo- wagi władz i hierarchii administracyjnej jest na pewno godny podziwu; mówię to z większą szczerością, niż może ktoś przypuszczać. Dlaczego więc u dawnych ludów społeczeństwo, za- miast rozwijać się stale, ginęło? Dlaczego cierpi ono jeszcze w czasach współczesnych? Dlaczego nie sądzi-

my, że jesteśmy u kresu rewolucji? Jeśli nie dlatego, że porządek społeczny był zawsze nienaturalny, że za- równo u starożytnych, jak i u nas system polityczny był zawsze dziełem sztuki, nie zaś nauki, że cywilizacja nasza oparta jest na przesądzie, a nie na właściwych człowiekowi prawach, jeżeli nie z tych powodów, to dlaczego? Społeczeństwa religijne opierały się na symbolu; spo- łeczeństwa wojujące zorganizowane były dla podbo- jów; społeczeństwa komunistyczne były zaprzeczeniem wolności indywidualnej; społeczeństwa arystokratycz- ne — zaprzeczeniem równości cywilnej; społeczeństwa hierarchiczne oparte były na przewadze kapitału i po- gardzie dla pracy — były to układy sztuczne (§§ 232, 233), a w konsekwencji systemy nienormalne i przejściowe. 500. Poza religią i wojną, poza wspólnotą i nierów- nością jest jeszcze jedna nieprawidłowość społeczna, której nie możemy pominąć milczeniem: mam na myśli trybunały karne. Instytucje powołane w celu represji są podobnie jak zbrodnie i występki, które czynią je czymś koniecznym i usprawiedliwionym, zorganizowa- ne w sposób sztuczny i są faktami przeznaczonymi do obalenia lub raczej faktami przemijającymi: dowodzi nam tego teoria faktów nienormalnych (§§ 308—311). Dramat sądowy w takiej postaci, w jakiej rozgrywa się przed naszymi oczami obecnie, po długim szeregu udoskonaleń i reform, z których większość pozostawia wiele do życzenia, rozpada się w naturalny sposób na dwie główne części; dochodzenie w ścisłym tego słowa znaczeniu i rozprawę. Jeśli dodamy do tego karę, otrzy-

mamy prawdziwą trylogię w guście tragedii greckich. Aktorami tego dramatu w kolejności ukazywania się na scenie są: 1) Komisarz policji, zewnętrzny organ pro- kuratury, którego zadaniem jest czuwać nad porząd- kiem w mieście, nad spoczynkiem i bezpieczeństwem mieszkańców: oko i ucho sprawiedliwości. 2) Prokura- tor królewski, sądowy organ czucia pobudzany przez skargę publiczną lub raport komisarza policji. 3) Sędzia śledczy, który wskutek zawiadomienia lub żądania pro- kuratora królewskiego prowadzi postępowanie w celu stwierdzenia przestępstwa, aresztuje oskarżonego, prze- słuchuje świadków i przedsiębierze wszelkie środki ostrożności stosownie do natury przestępstwa i ciężaru poszlak. 4) Izba Rady i Izba Oskarżeń, których zada- niem jest wydawanie orzeczenia w sprawie raportu sę- dziego śledczego oraz zarządzenie zwolnienia podejrza- nego lub postawienia go w stan oskarżenia. 5) Świadko- wie. 6) Publiczność w rozprawach uroczystych. 7) Oskar- żony. 8) Prokurator i Adwokat. 9) Ława przysięgłych. 10) Sędzia. Od tej pory zaczyna się okres pokutny ze swoim korowodem dozorców więziennych i katów; po- tem, ale tylko dla niewielkiej liczby wybranych — łaska i rehabilitacja. Wszystkie te role nie są jeszcze zarysowane tak wy- raźnie, jak mogłyby być i jak tego wymaga szybka, życzliwa, ale surowa sprawiedliwość; tak więc sędzia śledczy jest z jednej strony zanadto zależny od proku- ratury, z drugiej zaś — korzysta z nadmiaru samowoli bez żadnej odpowiedzialności; Izba Rady i Izba Oskar- żeń są niczym nie usprawiedliwionym zdwojeniem wła- dzy, która powinna by być jedna. Pomimo tych i kil-

ku innych wad, które znikną z czasem, postępowanie karne we Francji jest najlepiej i najkompletniej zorga- nizowane ze wszystkich władz. Ale smutny to przed- miot dumy! Ta mistrzowsko zorganizowana instytucja jest tylko anomalią, która przemawia przeciwko spo- łeczeństwu zdolnemu do zorganizowania zemsty, ale nie zdolnemu do zorganizowania pracy. 501. Jeśli zbadamy istotę tych rozmaitych ról, które składają się na dramat sądowy, i jeśli porównamy je ze sobą, to odkryjemy, sprowadzając je do ich naj- prostszego wyrazu, że przedstawiają władze duchowe w naturalnym porządku ich przejawiania się. Komisarz policji Prokurator królewski

Sędzia śledczy

Izba Rady i Izba Oskarżeń- Świadkowie Publiczność Oskarżony Prokurator

Adwokat

Ława przysięgłych Sędzia

narządy zmysłowe - Sensorium

-

commune, umysł wewnętrzny

- Uwaga,

porównanie,

refleksje

- Sądzenie

- Pamięć

- Wyobraźnia

- Wola

- Świadomość społeczna,

- która oskarża

- Świadomość podejrza-

nego, który się broni

- Wolność

- Rozum Dramat sądowy jest uroczystym przedstawieniem walki wewnętrznej, w której akt Woli, skazany przez Zmysły, dostrzeżony przez Wrażenie, badany przez Refleksję, oceniany przez Sądzenie, zachowany w Pa- mięci, przedstawiony w Wyobraźni, pozwany jest przez Świadomość, która oskarża się i broni zarazem przed trybunałem Wolności, i następnie skazany jest lub unie- winniony przez Rozum. „Kara" i „łaska", następujące po skazaniu, odpowiadają najdawniejszym i najbardziej zakorzenionym w duszy człowieka przesądom, jakimi są „Piekło" i „Raj". W ten sposób ta olbrzymia praca cywilizacji, zaled- wie wśród nas zakończona, ten mistrzowski podział urzędów, ta piękna organizacja sprawiedliwości, wszystko to w ostatecznej analizie okazuje się tylko demonstracją procesu psychicznego, którego zasięg sta- nowią władze psychiczne, a osią jest wola. I podczas gdy kler ukonstytuował się wedle porządku zaczerpnię- tego z królestwa zwierząt i roślin (§ 284), armia wedle porządku arytmetycznego, podczas gdy Fourier organi-

zuje swoich robotników wedle kombinacji muzycz- nych — instytucje sądowe dążą w swoim rozwoju do układania się wedle porządku naszych władz ducho- wych. Historia postępowania karnego, jego formy, jego organa i jego konsekwencje mogłyby dostarczyć mate- riału do olbrzymiego dzieła, które sięgałoby do naj- głębszych zagadnień religii i moralności, a które mimo istnienia olbrzymiej masy publikacji dotyczących tych tematów zasłużyłoby jeszcze na miano nowego zarówno w treści, jak i w formie.

§ IV

Perturbacje społeczne spowodowane przez pogwałcenie praw ekonomicznych.

Podział władzy przez rozbicie

502. Jeśli pominiemy drobne modyfikacje spowodo- wane charakterem klimatu, specjalnością produktów i tradycjami, mamy jedno tylko prawo organizacji pracy: prawo podziału. Wszędzie tam, gdzie nie zauwa- żono tego prawa, gdzie nie mógł się urzeczywistnić na- turalny porządek pracy, powstawał porządek sztuczny:

toteż widzieliśmy narody zatrzymane w rozwoju wsku- tek rachityzmu ustrojowego, narody podlegające cier- pieniom wewnętrznym i gwałtownym wstrząsom, w których dochodziło do dezorganizacji i w końcu do śmierci.

Dlatego też ekonomia polityczna, przez którą rozu- miem tu organizację pracy i rządy społeczeństw, nie jest bynajmniej sztuką, lecz prawdziwą nauką. Sztuką bowiem jest tylko to, co polega na naśladowaniu, na sztucznym ułożeniu, na przeniesieniu porządku z jed- nej natury do drugiej; nauką zaś jest to, co obejmuje wszystkie stosunki przedmiotu wewnętrznie uporządko- wanego i rządzonego przez prawa specyficzne. Od tej chwili historia jest wyjaśniona; przedtem nie była wy- jaśniona, gdyż mogła ją wyjaśnić tylko ekonomia poli- tyczna: potrzebna była nowa nauka, aby odkryć tajem- nice rozwoju społecznego. 503. Od najdawniejszych czasów pewne społeczeń- stwa konstytuowały się w sposób sztuczny, inne zaś, chociaż odkryły naturalną zasadę uporządkowania, sto- sowały ją jednak w sposób niedostateczny i błędny; stąd rozmaitość ich losów. Mojżesz, który, jak się zdawało, kierował się głównie odrazą do kast i wschodniego despotyzmu, ustanowił równość wobec prawa, wolność wytwórczości i do pewnego stopnia zabezpieczenie pracy i własności. Pod względem produkcji i rozdziału bogactw prawo- dawstwo jego było może najdoskonalsze w świecie sta- rożytnym. Praca, która w Grecji i Italii uważana była za hańbę i pozostawiona niewolnikom, u Hebrajczyków była podstawą majątku publicznego i źródłem dobro- bytu obywateli. Na nieszczęście reformator nie stwo- rzył żadnej organizacji politycznej. Brak było centrali- zacji, chyba że chcielibyśmy nazwać tym słowem wspólność chwiejnego kultu i przywilej kapłański le- witów; tak samo można by uważać, że dzisiejsza Euro-

pa jest scentralizowana, ponieważ wszyscy jej miesz- kańcy otrzymują chrzest w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego. Nie było podziału władz: zgromadzenia miejskie asystowały przy umowach, wysłuchiwały skarg, sprawowały sądy; guasż-demokracja kierowana była przez księży: nie było śladu administracji. Ta- kie, można powiedzieć, bezgłowe społeczeństwo nie mogło żyć, lud więc obok swojej teokracji stworzył wła- dzę królewską; były więc dwie, trzy władze zamiast jednej. Następnie nieszczęśliwy los chciał, żeby królo- wie nie potrafili ani opanować, ani wytępić kapłaństwa, ani podzielić własnej władzy. Stali się despotami. Zna- my smutny koniec tego ludu, którego początki były tak pomyślne i który zdawał się przez chwilę kryć w swoim łonie losy świata. 504. Przyczyną upadku była więc u Żydów samowo- la kapłaństwa, teokracja: w Sparcie przyczyną tą była wspólnota. W końcowym okresie wolności greckiej jeden ze spartańskich królów podjął dzieło ożywienia instytucji Likurga i trzeba mu oddać sprawiedliwość, że nie- szczęśnik świecił przykładem. Agis, podobnie jak wszystkie wsteczne umysły, przypisywał upadek oby- czajów i republiki zanikowi starych instytucji: nie po- dejrzewał, że to te instytucje właśnie sfałszowały idee, zdeprawowały moralność, rozluźniły więź polityczną i przez swoje skryte, ale nieustanne oddziaływanie do- prowadziły do tego opłakanego stanu rzeczy. Iluż pochwałami obsypano bez zastanowienia prawodawcę Sparty! I cóż, okazało się, że niepodzielna gerontokracja ustanowiona przez Likurga uległa zmianom zaraz po

śmierci swego twórcy, że była nie do zniesienia dla wszystkich ludzi obdarzonych inteligencją i że skrępo- wane w swym działaniu wolne jednostki uciekały

z ojczyzny, w której nie mogły żyć. Pauzaniasz, Li-

zander, Agesilaos trzymali się, o ile tylko mogli,

z daleka od Lacedemonii: wojna stała się dla nich środ-

kiem wyzwolenia, tak jak w Rzymie była środkiem istnienia dla proletariatu. Zakaz działania i samodziel- nego istnienia prowadził do tyranii i dezercji, zalecenie bezinteresowności wytwarzało skąpców, zalecenie bra- terstwa — egoistów; i kiedy wreszcie Sparta ogołoco- na została ze swych sztucznych obyczajów, okazała się pozbawiona wszelkich obyczajów, wszelkich praw, wszelkich instytucji i idei. Sparta była martwa jeszcze przed rozwiązaniem Związku Ateńskiego i zanim jeszcze Grecja stała się prowincją rzymską.

505. Pierwsze wieki po ustanowieniu instytucji olim-

piad były, jak się zdaje, epoką demokratycznego roz-

drobnienia i wspólnot. Instytut Pitagorasa, który

o mało nie zawładnął w ciągu kilku lat całą Wielką

Grecją, zniknął pewnego dnia w zawierusze. Mówiło się, że sprawił to spisek bogaczy, których przepych i na- miętności nie mogły ścierpieć stałej kontroli surowego reformatora. Żli nie powstają przeciwko dobrym bez powodu, a przynajmniej bez pretekstu. Podejrzewam, że prawdziwą przyczyną katastrofy były otwarcie i nie- ostrożnie ogłoszone plany propagandy, którą zamierza- no objąć cały świat. Instytucje Pitagorasa skończyły

tak jak instytucje jezuitów: każda nowa wspólnota, która jest dość potężna, aby odegrać rolę polityczną, budzi antypatię mas i wcześniej czy później niszczą ją

przemożne siły wolności. Wydaje się, że dla wolnego państwa bliskość wspólnoty jest bliskością śmierci.

Człowiek zgadza się odpowiadać za swoje czyny, byle- by pozostał panem swojej woli: odbierzcie człowieko- wi myśl i świadomość, a wspólnota stanie się regułą rodzaju ludzkiego.

506. O żałosne oznaki zawistnej wolności! Człowiek

mógł odrzucić nawet samo stowarzyszenie: próbowano okropnego systemu, jak gdyby doświadczenie to było konieczne dla wykazania praw ekonomicznych; w nie- których krajach istnieje on jeszcze dotychczas. Feuda- lizm ciążył na Europie przez dziesiątki wieków i wszę-

dzie pozostawił niezatarte ślady.

507. W dawnej Germanii ziemia nie była bynajmniej

przedmiotem własności: każda rodzina zaorywała i ob- siewała każdego roku pewną część terenu; następnie, po zbiorach, ziemia znów stawała się wspólna; rolnictwo nie wymagało ani posiadania, ani własności. Zresztą wszyscy ludzie byli równi, wolni i suwerenni. Ale po zdobyciu prowincji rzymskich barbarowie odstąpili od zwyczaju rocznej eksploatacji i podzielili opanowane terytorium: ziemie uznane za łup zostały tak jak ruchomości, cenne tkaniny, srebro i klejnoty rozlosowane, i z tego podziału zrodziły się alodia, stanowiące swobodną własność, niezależną, osobistą, absolutną, nietykalną. Mógłby się ktoś zapytać, dlaczego ci sami ludzie, któ- rzy w swojej własnej ojczyźnie nie tolerowali żadnego przywłaszczania ziemi, zarzucili tak szybko zwyczaj, który dawał im najpewniejszą gwarancję równości i niezależności. Może należy dopatrywać się w tym

wydarzeniu tylko przełomu psychologicznego: podbój cesarstwa, kładąc kres grecko-rzymskiej cywilizacji, sprawił jednocześnie, że barbarowie osiągnęli wiek męski i wyszli ze stanu koczowniczego. Rzeczywiście od tego momentu zanika u nich szczep, aby ustąpić miejsca człowiekowi: kiedy obudziła się żądza łupów rzymskich, zaczyna się wytwarzać w tych bandach, w których dotychczas nie istniały imiona własne, indy- widualny charakter. Własność alodialna powstała sa- morzutnie jak gdyby wskutek ogólnej milczącej umo- wy; nie potrzeba było do tego ani obrad, ani uchwał. Każdego nęcił łup i każdy rad był mieć w nim swój udział i posiadać z wyłączeniem innych część, która mu przypadła. Nikt nie wnosił protestów: ziemia, którą dzielono, była ziemią wroga; wydawało się, że własność tego, co pochodziło od wroga, jest dozwolona. A zresztą, kto spośród Rzymian czy barbarów w Kościele czy na forum potrafiłby przewidzieć rzeczy tak odległe? 508. W konsekwencji podziału ziem i zgodnie z ger- mańskim poczuciem równości wolny człowiek był pa- nem i władcą swego majątku, sprawował władzę i sądy nad wszystkim, co do niego należało: ruchomościami i nieruchomościami, ludźmi i zwierzętami. Własność wolnych wojowników, czyli własność alodialna, obej- mowała prawo' sądzenia i karania, prawo rozkazu chwycenia za broń i poprowadzenia na wojnę, prawo nad- zoru, pracy, koncesji i prawo martwej ręki29. Wolny człowiek w swoim alodialnym majątku mógł się uwa- żać, i był rzeczywiście królem, administratorem i sę- dzią, jedynym i wyłącznym przedsiębiorcą. Jeśli chodzi o zatargi pomiędzy wolnymi ludźmi oraz

sprawy dotyczące ogółu, wszystkie takie zagadnienia były decydowane na „wielkich sesjach" przez naród zgromadzony pod przewodnictwem księcia lub jego na- miestnika. Sprawy prywatne załatwiano polubownie na podstawie wyroków arbitra lub ordaliów30; decyzje w sprawach publicznych podejmowane były przez akla- mację lub większością głosów. W ten sposób owe sesje były uroczystym uznaniem wszystkich tych pojedyn- czych godności królewskich, publicznym wyrazem czci oddanej równości. Tylu było książąt, ilu wojowników; tylu władców suwerennych, ile majątków alodialnych. Nie było między nimi żadnej różnicy uprawnień i kom- petencji, co najwyżej pewne nierówności w wielkości dóbr, zależnie od stopnia, jaki zajmował wojownik; nie było podziału władz, ponieważ każdy wolny człowiek miał sam wszystkie władze i wszystkie uprawnienia. Ktokolwiek poza nim zajmował się na jego ziemi jakąś sztuką czy rzemiosłem, musiał pracować na mocy udzie- lonej przez niego koncesji, i zarówno osoba tego czło- wieka, jak i produkt należały całkowicie do właściciela. „Własność rzeczy, mówi Kodeks Cywilny, czy to rucho- mości, czy nieruchomości, daje prawo do wszystkiego, co ta rzecz wytwarza, do wszystkiego, co się do niej przyłącza dodatkowo w sposób naturalny czy też sztucz- ny" (art. 346). Prawo feudalne nie było niczym innym jak szerokim zastosowaniem tej zasady Kodeksu Napo- leona. 509. Rozumie się, że gdyby podobne społeczeństwo przeczuwało najwyższy stopień wolności i niezależności, jaki człowiek miał osiągnąć, społeczeństwo takie nie byłoby trwało. Stosunki wynikające z użytkowania,

mieszkania i sąsiedztwa, aczkolwiek mniej skompliko- wane niż stosunki wynikające z pracy i handlu, musia- ły z konieczności wywoływać spory, których sądow- nictwo germańskie nie potrafiło rozstrzygnąć, zwłaszcza wobec zasady wyłączności i nietolerancji, którą usta- nowiła własność alodialna. Sama walka sądowa, ratio ultima barbarów, nie zawsze wystarczała do przecięcia sporów; zwyciężeni zachowywali nienawiść; krewni, przyjaciele i towarzysze broni stron brali sprawę na siebie: a ponieważ podstawowym prawem wolnego wo- jownika, ahrimana, tak jak i władców konstytucyjnych, było zawieranie pokoju i wypowiadanie wojny, rozpo- czyna się wśród tych wolnych ludzi dzieło wzajemnego wytępiania i ujarzmiania, które doprowadza w końcu do zupełnego przekształcenia ich warunków. Podczas gdy pierwotnie wszyscy ahrimanowie byli równi, to waśnie doprowadziły do tego, że nastąpił wśród nich podział na wasali i zwierzchników lennych, poczynając od zwykłego właściciela majątku alodialnego aż do króla Francji i cesarza, którzy stali najwyżej w tej hie- rarchii. W ten sposób majątki alodialne nie zostały, ściśle mówiąc, zniesione, ale podporządkowane jedne drugim. Jednak wobec tego, że wojna była w owych czasach jedynym rzemiosłem, ambicja germańska kierowała się bardziej ku człowiekowi niż ku własności; ponieważ system zwierzchnictwa lennego miał na celu głównie zapewnienie hrabiemu, markizowi czy baronowi pomo- cy w wyprawach wojennych ze strony licznych wasali, majątki alodialne nie zostały początkowo obciążone na rzecz zwierzchników; właściciele sprawowali w nich

nadal pełną władzę i wymiar sprawiedliwości i obowią- zani byli tylko do składania hołdu swojemu zwierzch- nikowi oraz podlegali prawu do wezwania, które przy- sługiwało nawet najdrobniejszym lennikom. Sprawo- wanie całkowitej władzy cywilnej, politycznej, admi- nistracyjnej i sądowniczej, a nawet sprawy rolnictwa i rzemiosła, słowem: pełna władza zwierzchnia była w sposób tak istotny związana z własnością lenną, że wy- prowadzano stąd następujący aksjomat prawny: Con- cesso, castro, censetur concessa juridictio.

510. Nie uchwycił tego Loyseau31, który posiadał zresztą olbrzymią wiedzę w sprawach dotyczących po- czątków instytucji senioratu. „Księciu, markizowi, hra- biemu, wicehrabiemu, baronowi i kasztelanowi prawo wymiaru sprawiedliwości przysługuje z natury rzeczy; ale zwykłym lennikom przysługuje ono tylko na pod- stawie przyzwolenia lub uzurpacji. Lenno i wymiar sprawiedliwości nie mają ze sobą nic wspólnego". To twierdzenie Loyseau ujmuje system feudalny opacznie. Lenno wywodzi się w sposób nieuchronny

z własności alodialnej, to znaczy wolnej i suwerennej,

a więc wyposażonej przez swą własną naturę w prawo wymiaru sprawiedliwości. Prawdą jest, że wszelkie zwierzchnictwo było lennem, nawet korona Francji:

skądże by wielcy lennicy czerpali swój przywilej? Lecz dobra alodialne pożerały jedne drugie; zapomniano

o prawdziwej naturze i pochodzeniu wszelkiego lenna

i doszło do tego, że sądzono, iż każde drobne lenno są-

siadujące z większym musi być tym samym od niego zależne. Jednakże zależność i podporządkowanie, które zaprowadziła wśród właścicieli majątków alodialnych

wojna, nie miały same przez się mocy odebrania włas- ności lennej jej pierwotnych atrybutów; jeśli więc po- tem hrabia udzielając, a właściwie zwracając lenno do- łączał do niego prawo wymiaru sprawiedliwości, to

w gruncie rzeczy nie nadawał tego prawa, a tylko je

restytuował. 511. Zresztą z punktu widzenia zagadnienia, które nas interesuje, nie jest sprawą ważną, czy własność alo- dialna zgodnie z obyczajami germańskimi była od po- czątku i miała pozostać wolna, czy też zgodnie z feu- dalnym zwyczajem była ona zależna od innej własności; nie zmienia to charakteru faktów. Tak jak sądownictwo książęce płynęło z dobrowolnego lub wymuszonego na- dania króla Francji, któremu prawoznawcy przypisy- wali od początku całą władzę w zakresie wymiaru spra- wiedliwości, tak samo sądownictwo wiejskie było rze-

czywistą lub fikcyjną cząstką oderwaną od sądownic- twa książęcego: sprawą zasadniczą jest to, że przyzna- nie lenna pociągało za sobą zawsze przyznanie władzy,

a stąd wyniknął szczególnego rodzaju podział władzy. O ile dziś władca powierza jednemu zadanie sądze- nia, drugiemu władzę administracyjną, trzeciemu god-

ność admirała, czwartemu roboty publiczne, innemu jeszcze finanse itd., i każdemu przyznaje uposażenie,

to wielki pan feudalny przyznawał swoim baronom

i ich spadkobiercom hrabstwa, księstwa i margrabstwa

ma wieczystą i nieodwołalną własność w zamian za czynsz w ludziach, a niekiedy w pieniądzach; ci z ko-

lei przyznawali wicehrabstwa, kasztelanie i dobra lenne dalej; ostatni w tym łańcuchu miał tyle samo funkcji

król. Te proste i harde umysły uważały wojnę za jedyne zajęcie godne siebie i nie znały innej przewagi poza przewagą broni ani innych urzędów poza zarządzaniem swoimi sprawami domowymi (to znaczy pracą swoich niewolników, egzekwowaniem swoich uprawnień zwierzchniczych, kosztów sądowych, grzywien i kon- fiskat). Gdy długotrwałe spory uzależniły jedne dobra od drugich, nastąpiło całkowite rozdrobnienie władzy, ale nie podział rzeczowy. Gdy Karol Wielki ustanowił urzędników, którzy mieli w jego imieniu sprawować sądy w jego wielkim imperium, rozstrzygać spory i osą- dzać przestępstwa w każdej miejscowości — było to za- powiedzią prawidłowego podziału władz. Lecz ci kró- lewscy urzędnicy (missi dominici) faktycznie mogli sprawować swoje funkcje dopiero wtedy, kiedy stali się panami lennymi w wyznaczonych sobie miejscach i zaczęli sprzedawać lenna i kompetencje sądowe. Za-

danie wymierzania sprawiedliwości łączyło się dla nich

z panowaniem i własnością. Wysiłki władcy nie potra-

fiły zapobiec uzurpacjom; wkrótce też wskutek nieudol- ności jego następców, którzy zupełnie nie rozumieli prawidłowego podziału władz, uzurpacje te uprawo- mocniły się przez przedawnienie. 512. Zwiększające się ciągle rozdrobnienie sprawiało, że powstawały tysiące okręgów sądowych, zachodzą- cych jedne na drugie niczym gałęzie drzewa genealo- gicznego: lecz wielcy panowie feudalni stopniowo rezer-

wowali dla siebie prawo rozpatrywania i sądzenia w ostatniej instancji wszystkich spraw, a jednocześnie trybunały królewskie, seneszalowie i sejmy dążyły na

wyścigi do niezależności; ten konflikt uzurpacji zrodził nie znaną w starożytności instytucję, która została póź- niej zachowana — sądy apelacyjne, hierarchię trybu- nałów i w końcu centralizację. Lecz wówczas jeszcze ujemne strony głuszyły stro- ny dodatnie: „Ci, którym hrabiowie, wicehrabiowie

i kasztelanowie powierzyli wymiar sprawiedliwości —

mówi Loyseau — nie zadowolili się tym, że mieli w rę- kach całe sądownictwo, i dążyli do zdobycia prawa sądu wyższej instancji, takiego jakie przysługiwało ich zwierzchnikom, inne zaś sądy odstępowali stojącym ni- żej od siebie. Ci z kolei odstępowali je znowu dalej,

i tak to szło niemal w nieskończoność. W rezultacie by- wało tak, że w niektórych miejscowościach istniały

nawet cztery szczeble w sądownictwie sprawowanym przez panów feudalnych i trzeba było przechodzić przez sześć instancji dla otrzymania wyroku. Tak na przy- kład w hrabstwie Dunois sąd Rameau odsyłał sprawę do Prepalteau, Prepalteau do Montigny, Montigny do Chateaudun, Chateaudun do Blois, a Blois do sejmu:

w ten sposób procesy żyły tak długo jak ludzie". 513. Czymże więc jest ustrój feudalny? „Jest to — odpowiada Filangieri — rodzaj ustroju, w którym państwo podzielone jest na wiele małych

państw, a władza na wiele władz

wanie władzy wcale nie jest rozdzielone, tylko sama władza jest rozbita i odstępowana; jest to sposób rzą- dzenia, który zrywa więź społeczną, zamiast ją zacieś-

niać, który daje ludowi wielu tyranów zamiast jednego króla; zamiast powstrzymywać monarchę przed czynie- niem zła, mnoży on wokół niego przeszkody w czynie-

w którym wykony-

niu dobra; między księciem a ludem formuje potężny zastęp ludzi, którzy zajęci są stale przywłaszczaniem sobie praw jednych i gnębieniem drugich; liczna ary- stokracja dzieli między sobą despotyczną władzę. W ten

właśnie sposób powstaje zależna monarchia bez pręż- ności ustroju monarchicznego i republikański nieład bez republikańskiej wolności: oto są cechy charakterystycz- ne ustroju feudalnego". Nie ma w tym obrazie ani jednego rysu, którego nie można by było odnaleźć dziś jeszcze w najbardziej po- stępowym kraju Europy. Jako system polityczny feu- dalizm upadł wskutek zjednoczonych wysiłków komun

i królów, ale w administracji, w przemyśle, w sądow-

nictwie, w oświeceniu publicznym, w armii ciągle nas jeszcze przytłacza. 514. Feudalizm został osądzony: prace współczesne wykazały gruntownie jego błędy i jego niemożliwość. Trzeba jednak oddać należną cześć Ludzkości i powie- dzieć, że ten okropny system miał swoją rację bytu

i swoje opatrznościowe przeznaczenie, choć nie polegały

one na tym, co sądziły rządy na ten temat i co głosiły przesądy religijne. Feudalizm był potężnym protestem przeciwko zakusom klasztornym, wspomaganym przez księży i wszechpotęgę papieską, które w średniowieczu groziły zagładą cywilizacji, rodziny, wolności. Feu- dalizm przeciwstawił się katolickiemu monarchizmowi, tak jak niegdyś demokracja grecka przeciwstawiła się komunizmowi Likurga i Pitagorasa; zastąpił monar- chiczną koncentrację nową zasadą, centralizacją; zanim pod naciskiem zjednoczonych wysiłków władzy królew- skiej i przemysłu wyzionął ducha, przygotował tę wspa-

niałą syntezę, którą zapoczątkowała rewolucja z roku

1789 i która nie przestała rozwijać się

mimo błędów

ludu, tchórzostwa burżuazji i zdrad rządzących. 515. Oto synoptyczny obraz głównych form naiwnych i sztucznych sposobów rządzenia w logicznym porząd- ku ich przejawiania się:

Oś albo Centrum

1.

Teza

2.

Druga strona

3.

Antyteza

4.

Druga strona

5.

Synteza

6.

Stowarzyszenie

Szczep: brak przemysłu, brak podziału Wspólnota

A. Monarchia

B. Demokracja

Feudalizm Równość, koordynacja Teokracja i arystokracja, rządy kasty kapłańskiej

i

szlacheckiej są odmianami antytezy. Po wyjściu z okresu nieorganicznego siła kolektywna

i solidarność ukazują się najpierw we Wspólnocie; na-

stępnie jedność początkowa pracy i jej prawo podziału

występują w Monarchii, i wraz z wolnością w Demo- kracji; centralizacja przejawia się następnie w Feuda- lizmie; w końcu elementy te układają się harmonijnie

w Równości.

§ V

Ewolucja praw ekonomicznych; stopniowe konstytuowanie się społeczeństwa

516. Dotychczas proces organizacji zamykał się w sfe-

rze politycznej, administracyjnej i sądowniczej i ogra- niczał się do dwóch pierwszych praw pracy, podziału

i specyfikacji (§§ 400—408). Pozostaje nam jeszcze po- kazać, jak obejmuje on stopniowo naukę, przemysł,

handel i rolnictwo i wytwarza swoje dwa ostatnie pra- wa: syntezę i odpowiedzialność. Widzieliśmy, że rządy królewskie, zasada jedności

i koncentracji, przejawiały się początkowo w łonie szczepu, podporządkowywały kasty i próbowały podzie-

lić się i rozłożyć na specjalne podległe sobie organa. Po-

tem antyteza tej zasady — wolność indywidualna, uka- zała się nam w demokracji, krocząc poprzez równość

polityczną i konkurencję przemysłową ku zrównaniu funkcji. W końcu wspomnieliśmy o pewnych odśrod- kowych formach stowarzyszenia, takich jak wspólnota

i feudalizm, i pokazaliśmy, że w tych dwóch nieprawi- dłowych formach tkwi uświęcenie nieśmiertelnych za-

sad: 1) kolektywnej siły i solidarności, którą ona obej- muje; 2) osobowości pracującego i małżeństwa, które jest jej wyrazem; 3) centralizacji lub koordynacji cią- gów produkcyjnych. Jednocześnie przez krótką analizę funkcji księdza, żołnierza i sędziego dokonaliśmy wstępu do wielkiego dzieła naszej ostatecznej organizacji, która musi wy- niknąć z zastosowania diakrytycznych praw ekonomii do każdej po kolei funkcji albo jednostki społecznej.

517. Synteza dzieła i odpowiedzialność pracującego

związane są ze sobą tak, jak to, co uwarunkowane, związane jest z warunkiem (§§ 443—445); ich wspól- nym wyrazem jest płaca; pojawiają się one w historii jednocześnie. Warto zatrzymać się nad sposobem ich pojawienia się. W monarchii uważa się, że każda funkcja należy pier- wotnie wyłącznie do króla (§ 511), od którego pochodzi ona jako od swego źródła. Sądownictwo, handel, rolnic- two, wojna i żeglarstwo, kopalnie i rzeczy bezpańskie stanowią własność króla. — W Egipcie król jest jedy- nym właścicielem ziemi, którą wydzierżawia swym poddanym za czynsz; Salomon osobiście wymierza spra- wiedliwość, tak jak Karol Wielki i wszyscy baronowie; konsulowie rzymscy byli sędziami, generałami, administratorami i kapłanami. Chlodwig i jego następcy nie gardzili funkcją kata. Cesarz Chin podczas uroczystych świąt własnoręcznie wytyczał miedzę: powiadano, że było to publiczne oddanie czci rolnictwu pod ojcowski-

mi rządami. Czy nie było to raczej uroczyste przypo-

mnienie o własności cesarskiej?

Tak więc początkowo książę reprezentuje coś więcej niż Suwerena, czyli Człowieka zbiorowego, lud: jest on bowiem osobiście, prawnie i faktycznie jedynym właś- cicielem i jedynym producentem. Ponieważ królewskie prawo własności rozciąga się na wszystko i nie podlega utracie przez przedawnienie, nikt nie może nabyć włas- ności ani przez umowę, ani przez pracę, ani w jakikol- wiek inny sposób. Byłby on bowiem wówczas królem obok króla, to znaczy konkurentem lub uzurpatorem. Uniwersalność prawa królewskiego nie istniała po- czątkowo w zupełnie ścisłym sensie: trzeba było dłu- giej pracy społeczeństwa, pod najbardziej absoluty- stycznymi rządami, aby dorzucić do zasady monarchicz-

nej wszystkie jej konsekwencje. Niemniej jednak za-

sada ta implikowała absolutną władzę nad dobrami

i ludźmi, i wszędzie, gdzie dopuszczono do jej swobod-

nego rozwoju, doprowadzała do uniwersalnego przy- właszczenia. — Nie jest zresztą ważne to, że monarchia

i demokracja nigdy nie ukonstytuowały się w swej czy-

stej formie; jest nawet rzeczą pewną, że jedna i druga miały zawsze przymieszki obcych elementów: zadaniem nauki jest przede wszystkim określić to, co jest właści- we i istotne dla każdej z nich. 518. Z tych dyspozycji ustroju monarchicznego wy- nika różnica pomiędzy stanem przedstawiciela królew- skiego a stanem urzędnika republikańskiego. Prawdę

mówiąc, różnica ta dotyczy bardziej formy niż treści, ale wystarczyło to do pogłębienia rozbieżności między tymi dwiema formami rządów.

Jakikolwiek był, w zależności od czasu i miejsca, spo- sób rozdziału władzy królewskiej, wysłannik księcia, wykonujący za niego część władzy i otrzymujący w jego imieniu związane z tym korzyści, był w myśl poglądów monarchistycznych czynszownikiem króla, a w kon- sekwencji jego dłużnikiem. Tak więc za ziemię musiał płacić czynsz; dla uzyskania wymiaru sprawiedliwości (było to bardzo obfite źródło dochodów z uwagi na

grzywny i konfiskaty) musiał opłacać listy królewskie; za podatek od soli płacił czynsz; dla uzyskania warszta-

tu rzemieślniczego musiał opłacać patent lub przywi-

lej itd. W republice przeciwnie, urzędnik, zamieniając swój tytuł osoby prywatnej na tytuł osoby publicznej, nie

płaci za to, lecz sam otrzymuje wynagrodzenie. Jakkol- wiek te dwa systemy wynagradzania są przeciwstaw- ne, to jednak, jeśli nie rozpatrujemy ich z prawnego punktu widzenia, są one dokładnie równoważne: tylko role są odwrócone. Bo niezależnie od tego, czy król przyznaje stanowisko żądając w zamian czynszu, czy też powierza funkcję za wynagrodzeniem, w obu wy- padkach wspólne jest to, że funkcja jest użyteczną usługą, która to usługa musi być opłacona. Tylko

w pierwszym wypadku sędzia królewski na własne ry-

zyko czerpie zyski z królewskiego sądu i płaci czynsz,

w drugim natomiast — urzędnik reprezentuje władcę,

który nie wyzbywa się władzy, i za to otrzymuje wy- nagrodzenie. Zauważmy jeszcze, że poglądy monarchistyczne przy- pisują wszelkiej funkcji społecznej zależność od korony; stąd tendencja mnożenia lenników w nieskończoność,

jako że zwiększenie liczby faworytów zwiększa sumę dochodów; tymczasem poglądy republikańskie uznają, że wszelka własność jest wolna od opłaty, że każdy ma prawo zajmować się wytwórczością i że wszyscy mają równe prawa, a wobec tego koszty służby publicznej po- krywane są ze składek, co wywołuje tendencję nieogra- niczonego redukowania funkcji. W ten sposób w monar- chii wszystko jest oddawane w lenno i oczynszowane, w demokracji zaś wszystko jest wolne: płaca istnieje tylko dla urzędników i wyrobników; ponadto istotną cechą republikańskich urzędników jest ich odwoływal- ność. 519. Wady obydwu tych systemów są równe. Zasada monarchiczna doprowadza w końcu do odstąpienia wła- dzy, niesubordynacji i rewolty, co niszczy centralizację i jedność, które stanowią cel wszelkiej monarchii. De- mokracja ma tendencję do wytwarzania chaosu i rywa- lizacji, co sprzeczne jest z celem wszelkiego społeczeń- stwa. Zresztą pisarze wykazali już wady systemu sprze- dawania urzędów, oczynszowywania podatków, przywi- lejów przemysłowych itp., tak samo jak wady usuwal- ności urzędników, konkurencji handlowej i braku cen- tralizacji — wszystkie te zagadnienia są wyczerpane. 520. Widzimy więc, że problem organizacji społe- czeństw zostaje sprowadzony po raz drugi (§ 408) do określenia płacy: cóż mówi historia w tej trudnej kwestii i czego dokonał dotychczas postęp ludzkości? Czy prak- tyka rządów będzie jeszcze raz zgodna ze wskazaniami teorii? Ponieważ w naturze wszelkiej istoty zorganizowanej leży unikanie tego, co jest dla niej szkodliwe, a przyswa-

janie tego, co sprzyja życiu, przeto między monarchią a demokracją zachodzi rodzaj wymiany. Dla zachowania siły kierowniczej i władzy rządzenia królowie prze- kształcili swych wysłanników feudalnych, którzy w większości zeszli już do rzędu indywidualnych właś- cicieli, w opłacanych urzędników (usuwalnych i nieusu- walnych) i uczynili ich odpowiedzialnymi; — demokra- cja przyjęła nieusuwalność i zrepublikanizowała wszyst- ko, co wydawało się możliwe do zrepublikanizowania. W ten sposób od roku 1789, słynnego z ugody pomiędzy monarchią a demokracją, funkcje sądowe, które dawniej były przywłaszczane i wynagradzane przez zyski, stały się dobrem publicznym: uznano nieusuwalność urzędni- ków sprawujących te funkcje i postanowiono wynagra- dzać ich ze skarbu państwa. Analogiczna rewolucja dokonała się w armii, a także w systemie oświaty:

młodzi oficerowie nie kupowali już swoich patentów. Profesorowie uniwersytetów korzystali, podobnie jak sędziowie, z nieusuwalności; cała masa wszelkiego ro- dzaju urzędników, którzy podlegają pewnym warun- kom przy awansowaniu i mają zabezpieczenia emery- talne, stanowi widoczny postęp w kierunku nieza- leżności i równości. Wreszcie cywilna ustawa dotycząca kleru zapoczątkowała sekularyzację Kościoła. Plebania stała się własnością gminy, a ksiądz zaczął otrzymywać wynagrodzenie od Państwa. 521. Nieusuwalność urzędników jest w gruncie rze- czy naruszeniem zasady nieodstępowalności władzy zwierzchniej; ale w społeczeństwie o ustroju monar- chicznym czy też w początkach demokracji jest to ko- nieczna gwarancja niezależności i zabezpieczenia urzę-

du, postęp w kierunku centralizacji i równowagi władz. Kiedy jednak zapanuje już równość, nieusuwalność sta- nie się tylko prawem do pracy, prawem nie ulegającym przedawnieniu: można będzie przedłużać kadencje urzędnicze bez wyrządzania niesprawiedliwości wobec nabytych praw i utrzymywać funkcjonariuszy publicz-

nych bez szkody dla regularności w usługach. Ileż trud- ności, które dziś są nie do rozwiązania, zniknie w obli- czu równości płacy!

522. Jaki więc jest kierunek ruchu, który właśnie opi-

sujemy? Ekonomia polityczna głosi, że praca jest prawem na- turalnym, nie podlegającym przedawnieniu i odstępo- waniu. — Wobec tego, odpowiada władca, powierzając pewną funkcję, dam funkcjonariuszowi odszkodowanie w postaci nieusuwalności i zapewnię mu dochód. Ale praca musi być użyteczna, żeby zasługiwała na płacę, dodaje nauka. — Doskonale, odpowiada rząd, pod-

porządkuję funkcjonariuszy pewnym regułom, przepi- som i uczynię ich odpowiedzialnymi za ich przestrzega- nie. Jaki jest stosunek pracy do płacy? Ekonomia politycz- na tego nie wie. Rząd zaś, nie przesądzając miary po- równawczej usług, ogranicza się do równego wynagra- dzania urzędników tego samego stopnia, pełniących te same funkcje.

523. Lecz doniosły fakt przyłączenia do dziedziny

publicznej pewnych funkcji, fakt, którego konsekwencją

była nieusuwalność i odpowiedzialność funkcjonariuszy, odkrywa coś znacznie jeszcze głębszego. Czym się różnią funkcje (stałe lub przejściowe, w tej

chwili to nie jest ważne) już uspołecznione od funkcji nie uspołecznionych? Łatwo jest na to odpowiedzieć, ponieważ sprawa ta interesuje nas tylko z punktu widzenia praw ekono- micznych czy też warunków pracy. Funkcje uspołecznione wyróżniają się swym „doktry- nalnym" charakterem, co pozwala poddawać kandyda- tów próbom zdolności, a wtajemniczonych przepisom

i metodom. Nauki prawne, polityka, teologia i filozofia

nie są niewątpliwie naukami ścisłymi: od czasów Talesa do Cousina, od Areopagu do Trybunału Kasacyjnego badania prawne są tylko mnemonicznym poznawaniem tradycyjnych szablonów; filozofia jest badaniem pozba- wionym przedmiotu, które zatrzymuje się na odkryciu

prawdy. Ale któż nie wie, że pod nazwą nauk prawnych, filozofii itd. kryły się zawsze najdonioślejsze dziedziny poznania; że w różnych okresach filozofowie i księża by- li jedynymi uczonymi; że z ich szeregów wyszło wielu czołowych myślicieli; że dążyli oni stale do metody twórczej i absolutnego dowodu; że nawet dziś uprawia- nie tych rzekomych nauk wymaga pewnej erudycji, któ- ra zapładnia ducha i przygotowuje umysł do syntezy? Dzięki całokształtowi swoich badań, swoim nawykom logicznym, przedmiotowi swoich prac badawczych

i wreszcie opinii, jaką mieli zawsze wśród pospólstwa,

poszukiwacze sprawiedliwości, świętości i prawdy win- ni zajmować pierwsze miejsce w państwie i stać na czele szeregu funkcji społecznych.

524. Co mówi nam teoria (§§ 420—447)?

Z jednej strony mówi nam ona, że drugim prawem pracy jest układ funkcji, to znaczy określenie funkcji

jako metafizycznej specjalności, słowem jako nauki; z drugiej strony — że o ile wyrazem odpowiedniości

jest płaca, o tyle zasadą jej jest znajomość metod, filozofia zawodu albo, pozwolę sobie powiedzieć ina- czej — transcendentalne wykształcenie pracującego.

A więc tak jak ludzkość rozpoczyna od podziału wła-

dzy i wyodrębnienia funkcji zgodnie z pierwszym pra- wem pracy, tak samo dokonuje dzieła zrównoważonej koordynacji, nakładając na swe organa pieczęć nieusu- walności i zabezpieczenia społecznego, ponieważ wydają się one zapewniać spełnienie wymaganych warunków wysokiego wykształcenia oraz syntetycznej i odpowie- dzialnej inteligencji. Nie badajmy więc wcale, czy protokoły dyplomatycz-

ne i kodeksy postępowania cywilnego i karnego, przepi- sy rzeczników i notariuszy, logika Arystotelesa i kościel- ne księgi rytualne godne są porównania z metodami używanymi w naukach fizycznych i matematycznych, świadczącymi o wysokiej i dojrzałej inteligencji. Takie postawienie zagadnienia byłoby aż nadto niepoważne. Chodzi przecież o to, czy Ludzkość, rozpoczynając swoje dzieło organizacji przy pomocy wizjonerów i sofistów, postępowała zgodnie ze swoim prawem, chociaż jego sto- sowanie często ją zawodziło. 525. Otóż utrzymujemy, że proces cywilizacji, który stworzył początkowo kult, sprawiedliwość, państwo i je- go liczne akcesoria, określany był nie tyle przez same

te różne instytucje i funkcje, ile przez idee, które one

reprezentowały, i nadzieje, które rodziły. — Numa, według Plutarcha, zajmował się klasyfikacją i porząd- kowaniem sztuk i zawodów; Ludwik Święty zorgani-

zował korporacje i nałożył im regulaminy; rozkwit repu- blik włoskich i miast hanzeatyckich opierał się całkowi- cie na wolności i czci dla pracy; polityka mieszała się często w mniej lub bardziej brutalny sposób do spraw przemysłu i rolnictwa; Bonaparte mówił z uzasadnioną obawą: „Ludzie zupełnie nie znają się na handlu". Dla- czego więc przemysł, rolnictwo i handel, pomimo wy- siłków pracujących i dobrej woli despotycznych wład- ców, nie mogły się nigdy scentralizować, ukonstytuować

w sposób zarazem demokratyczny i jednoczący, jeżeli

nie dlatego, że nie zostały nigdy zaliczone do dziedziny tego, co intelektualne i idealne, aczkolwiek dawno już wyspecjalizowały się w równej mierze, a może nawet bardziej niż funkcje polityczne; jeżeli nie dlatego, że te-

olog widział w nich tylko materiał dla spraw sumienia, prawnik okazję do procesu, filozof praktykę niegodną

swoich wysokich spekulacji; dlatego, że rolnik, rzemieśl- nik i kupiec uginali się od początku pod ciężarem tej po- trójnej anatemy; dlatego wreszcie, że wolność, która musi ich wynieść do godności uczonych i artystów, funkcjonariuszy społecznych, do godności ludzkiej

w końcu, zaledwie zaczęła się rodzić?

526. Mówiliśmy o historii przeszłości: zaraz będziemy

mówić o historii przyszłości. Wszechpotężna siła, podle- gająca pewnym prawom, pcha nas po nieugiętej linii; rozpoczęta droga musi się skończyć, tak jak się zaczęła:

świat się raczej zawali, niżby miało być inaczej. Ale pozostaje nam jeszcze ostatnie prawo procesu

organizacji. Ekonomika polityczna mówi, że praca rozczłonkowana na fragmenty, praca monotonna, żmudna i odpychająca,

jest podstawą praktyki (§ 432). Trzeba zobaczyć, w jaki sposób ludzkość stosowała tę zasadę i jaka stąd płynie konsekwencja dla organizacji społeczeństw.

527. Kamieniem, o który potykają się pisarze zajmu-

jący się sprawami ustrojowymi, skałą, z której wszyscy niemal spadali, jedni w piaski monarchii, inni w padół republiki, podczas gdy jeszcze inni zawracali aż na bag- na teokracji i wspólnoty — są właśnie żmudne i odpy- chające funkcje. Rousseau, a jeszcze przed nim Platon nie wyobrażali sobie równości bez niewolnictwa jako podstawy. Była to idea starożytności. Można powiedzieć, że w oczach leniwego i gadatliwego Ateńczyka wszelka praca była odrażająca. W Atenach, które były ukoronowaniem cywilizacji greckiej, niewol- nictwo dawało klasie wolnej wszystko: 400 tysięcy nie- wolników utrzymywało 20 tysięcy obywateli. Plebejanizm w Rzymie był traktowany tak samo lub prawie tak samo. Plebejusze, pozbawieni własności i za- sobów, stale zadłużeni, mogli pokładać nadzieje tylko w rabunku; ich przeznaczeniem oraz koniecznością było wykonywanie pospolitych i haniebnych zawodów. Czym byli w istocie owi plebejusze? Minores gentes, mali lu- dzie, niższe rasy, jak mówi Vico. W okresie średniowiecza, aż do rewolucji, praca po- rzucona przez szlachtę i kler spadła na ludzi pańszczyź- nianych, którzy stopniowo przekształcali się w plebeju- szy, a następnie w bourgeois. Jednakże pamięć pierwot- nego stanu pracujących uświęcona została przez Kościół zakazem zajmowania się w niedziele i święta „pracami służebnymi". Kościół w swoim sennym błogostanie zapo- mina o tym, że obecnie nie ma już ludności służebnej.

Wyjątek, który stanowią prace wolne, tak wydrążył przepis, że została z niego tylko skorupa. Chłop poddany należał do pana, obciążony był pań- szczyzną i stanowił przedmiot nieprzenośnej własności;

tak jak niewolnik i początkowo plebejusz był on capitis minor i nie liczył się w państwie jako głowa.

528. Dziś praca jest honorowana i nikomu nie przyno-

si wstydu; istnieje jednakże pewna liczba prac odpycha- jących, cząstkowych, rozdzielanych skąpą ręką, prac, których wszyscy unikają, a które stały się jak gdyby nieodłącznym udziałem najliczniejszej i najbiedniejszej klasy — proletariatu. Dziewiętnastowieczny proletariusz jest przede wszyst- kim, powtarzam to, wykonawcą prac cząstkowych, po- zbawionym rzemieślniczego fachu oraz inicjatywy; żyje z dnia na dzień i nie ma nawet prawa porozumiewania się z równymi sobie co do środków polepszenia swojej doli; dobrze, jeżeli pospolitość życia, do którego jest zmuszony, oraz polityczna izolacja nie zniszczą w nim doszczętnie poczucia dobra i uczciwości. Proletariusz jest więc czymś niższym w społeczeń- stwie. Wybitni pisarze opisali cierpienia tej nieszczęsnej ka- tegorii ludzi, która pod nazwą niewolników, plebejuszy, ludności pańszczyźnianej i proletariatu występuje u wszystkich ludów i we wszystkich epokach historycz- nych: ukazali oni pocieszający fakt stopniowego wy- zwalania proletariatu przez pracę i przepowiedzieli wy- gaśnięcie pauperyzmu i nierówności; lecz nikt, o ile wiemy, nie określił prawdziwych przyczyn tej anomalii, a zwłaszcza nie wyświetlił jej znaczenia.

529.

Źródłem pauperyzmu jest brak równowagi po-

między produktem a pracą robotnika, to znaczy renta przejmowana przez próżnującego kapitalistę; teza ta została aż nadto obszernie udowodniona — opatrznościo- wym celem proletariatu jest określenie obowiązku mło- dego człowieka i warunków przyjęcia go w poczet oby- wateli. Jeżeli historia jest rozciągającym się w czasie obra- zem zbiorowego organizmu, to niewolnik, plebejusz, chłop pańszczyźniany, proletariusz są symbolem obywa- tela „mniejszego", „młodego" w pracy, jednym słowem „terminatora". Ale cóż to jest terminowanie? Czy trzeba wracać do unicestwionego na zawsze ustroju korporacji i praw cechowych i tak jak niegdyś pozbawić terminatora ho- noru, wiedzy i świadomości? Dla nas terminowanie jest kształceniem publicznym, władzą, która nim kieruje, jest Wszechnica, nie ta ograniczona do czterech czy pięciu fakultetów, lecz wszechnica naprawdę powszechna, w której obszernym łonie mieściłaby się nauka, literatura, sztuka, przemysł, rolnictwo, handel, roboty publiczne, armia, gospodarka społeczna, słowem wszystko, co jest przeznaczeniem ro- dzaju ludzkiego: od pierwocin myśli aż do największych głębi inteligencji. Prawem terminatora jest poznanie wszystkiego, zoba- czenie wszystkiego, wypróbowanie wszystkiego; obo- wiązkiem jego jest pogodne i odważne spełnianie wszystkich prac, które narzucają potrzeby społeczeń- stwa i wewnętrzna obsługa tego wielkiego przedsiębior- stwa; taki jest dług wynikający z terminowania i takie

jest prawo równości.

W naszych czasach, kiedy zgłasza się kandydat do

kariery administracyjnej, stawia mu się przede wszyst- kim pytanie: „Czy dopełnił pan warunków ustawy wer- bunkowej?" Chcę, żeby tak samo pytano młodego czło- wieka przed nadaniem mu praw obywatelskich —

wolności indywidualnej, prawa do pracy, płacy, mał- żeństwa, praw wyborczych, prawa petycji, prawa oskar- żania i kontroli: Czy otrzymał pan przepisane wykształ- cenie? Czy odbył pan praktykę? Czy wypełnił pan obo- wiązki związane z terminowaniem? Czy uzyskał pan odpowiednie oceny? Proszę o pokazanie dyplomów 530. Czytelniku, jeśli twoje serce wolne jest od ary- stokratycznego fermentu, jeśli nie wstydzisz się sza- cunku dla człowieka, śledź moją myśl do końca; jeśli nie, opuść ten artykuł, nie jesteś godzien go czytać. Trzeba najpierw zauważyć, że istnieje okres kształ- cenia początkowego, identyczny dla wszystkich jedno- stek, przynajmniej o tyle, o ile nie mamy do czynienia

z jakąś wyjątkową, przedwczesną dojrzałością. Ten

pierwszy okres edukacji obejmuje mniej więcej te same przedmioty, które są wykładane w naszych szkołach początkowych do czwartej klasy; należałoby tylko do- łączyć do nich jako ćwiczenia pewne proste zajęcia rol- nicze i rzemieślnicze, zarówno jako środek higieny, jak też dla umocnienia charakteru i uwydatnienia zdolności. Za pośrednictwem zajęć tego rodzaju mogłoby się już rozwijać pojęcie tego, co użyteczne, zwłaszcza gdyby się wprowadziło premie i nagrody. Nauczanie przed- miotów szkolnych opóźniłoby się przez to co prawda, ale wpłynęłoby to dodatnio na siłę fizyczną dzieci i za-

hartowało ich dusze; wreszcie, jeżeli nawet nie będzie- my mieli czternastoletnich oratorów ani piętnastolet-

nich uczonych, czy to taka wielka szkoda?

czy kosztów, to kiedy młodzieniec wyjdzie z domu ro- dzinnego, przestanie być na utrzymaniu rodziny. Trzeba też zaznaczyć, że w pierwszych latach tego ustroju nie można będzie nakładać na wszystkie jed- nostki tych samych obowiązków; dopóki rodziny prole- tariackie, minores gentes, na ogół zepsute duchowo i cie- leśnie przez nędzę, skostnienie szlachetnych uczuć i ospałość religijną nie odrodzą się, nie należy oczeki- wać, żeby u wielu z nich inteligencja doszła do rów- nowagi i wzniosła się do poziomu moralności. Lecz skoro w tej chwili zakładamy równość zdolności wśród ludzi, spróbujmy przy pomocy jednego lub dwóch przykładów dać wyobrażenie tych prób, jakim będzie musiał być poddany terminator przed uznaniem go za „towarzysza", zanim zaliczony zostanie do rzędu obywateli. Byłoby bowiem czymś dziwacznym wyobra- żać sobie, że jednostka korzysta z uprawnień społecznych przez sam fakt przynależności do gatunku, i uwa- żać, że sam fakt urodzenia konstytuuje jej godność. Jest to, jak sądzę, przesąd monarchistyczny i szlachecki, przesąd w najwyższym stopniu dezorganizujący i an- tyspołeczny. Przecież człowiek, zanim zostanie ukształ- towany przez wychowanie, jest „dziki", a dziki nie może rościć sobie praw do niczego. Prawa dzikiego, wedle Fouriera, to: „polowanie, rybołówstwo, zbiera- nie i pokarm"; czy można przypisać ich mniej dzikie- mu zwierzęciu? A naprawdę proletariusz nie ma u nas nawet tego prawa dzikich zwierząt.

Co się ty-

531. W komunie brakuje kowala, ślusarza lub me- chanika: rada miejska poszukuje robotnika. Dziwne może się wydać wymaganie od kandydata, żeby wyka- izał się nie tylko umiejętnością władania pilnikiem czy młotem, ale także rozległymi wiadomościami z meta- lurgii, chemii, geologii i kopalnictwa; żeby miał odbyte próby w hutach i zbrojowniach; żeby w mundurku szkolnym obserwował w laboratoriach prawa przyrody nieorganicznej i borykał się z procederem sztuki w pra- cowniach uniwersyteckich; żeby w pionierskiej bluzie i w żołnierskiej zbroi złożył swój kontyngent pracy przy wydobywaniu węgla i na straży ojczyzny: a wszy- stko to przed ukończeniem 27 lub 28 roku życia. Czyż, doprawdy, potrzebna mu jest ta cała wiedza i te kam- panie do naprawiania motyk i okuwania pojazdów? Taki człowiek godzien jest być inżynierem, a nawet generałem. No, niewątpliwie jest godzien! I dlatego właśnie jesteśmy zwolennikami równości, czy rozumiecie? Ale idźmy dalej. Komuna potrzebuje murarzy, kamieniarzy. — Oto młodzieńcy rosłej postaci, o dłoni silnej i pewnej, o duszy artystów, z których każdy obok praktyki zawodo- wej zna geometrię, statykę, architekturę, skład ce- mentu itd. i z których każdy pracował w kamienioło- mach! Cóż jeszcze trzeba powiedzieć? W szkole rolniczej prace przy karczowaniu, odwadnianiu i zalesianiu; — w szkole handlowej konserwacja portów, dróg i rzek; — we wszystkich szkołach kopanie kanałów, roboty ziem- ne, niwelacyjne, przewozowe. A jeśli niektórzy z po-

śród tej entuzjastycznej młodzieży będą obdarzeni bos- kim darem talentu artystycznego, niech uczą się jesz- cze więcej i większą daninę pracy składają społeczeń- stwu: oczekiwane od nich owoce dojrzeją tylko wtedy, kiedy zrosi je pot i krew. Jakże, doprawdy, mogliby przemawiać do społeczeństwa, jak mogliby odtwarzać jego harmonię i jego różne cechy, gdyby przez ścisły związek z nim nie byli sami jego wiernym i żywym wyrazem? 532. To, co powiedziałem, wystarczy tym, którzy umieją czytać i rozumieć: co do innych, to nie warto roztaczać przed ich osłupiałymi oczami podobnych pa- radoksów. Ale jest pewna rzecz, której nie możemy pominąć milczeniem: jedynymi ludźmi popierającymi te poglądy są dziś komuniści i zwolennicy falansterów, ale oni tworzą dwie odrębne sekty, dwie partie, i sądzę, że z samej swej istoty partie te są sobie wrogie. Zorganizowane przez Fouriera grupy pod nazwą pe- tites hordes i armees industrielles stanowiły organiza- cję oświecenia publicznego mniej więcej podobną do tej, którą opisaliśmy przed chwilą; tylko że w tej kwe- stii, jak i we wszystkich innych, brakuje Fourierowi uchwycenia samej podstawy cywilizacji jako punktu wyjścia dla jej reform oraz przemawiania w imię prawa i postępu, zamiast nieustannego powoływania się na rzeczy niemożliwe do udowodnienia a priori. Co do komunistów, to ośmielę się powiedzieć w ich imieniu, że przez oświatę powszechną nie rozumieją ani mniej, ani więcej jak tylko szkołę społeczną; dlaczego więc przedstawiciele tych poglądów deklarują sobie wzajem- nie antypatię, czyżby tylko dla utrzymania odrębności

sformułowań oraz dla egoistycznej i małostkowej przy- jemności noszenia odrębnych imion własnych? Czy prawda nie jest przekazywalna? Czy nauka jest włas- nością? 533. Organizacja wszechnicy, obraz samego społe- czeństwa, jest tym, co pieczętuje równość: wiążąc dwa

bieguny tego olbrzymiego organizmu, władzę i mło- dzież, nada ona społeczeństwu jego ostateczną formę i zamknie ciąg rewolucji. Aby przekonać się o tej prawdzie, przedstawimy w skrócie obraz rozwoju historycznego. Ale nie zapominajmy, że na tej rozległej scenie żad- na faza nie następuje bez walki, postęp nie realizuje się nigdy bez użycia gwałtu, że w ostatecznym rezultacie jedynym środkiem przejawiania się Idei jest Siła. Można zdefiniować ruch jako przezwyciężanie oporu; mniej więcej podobnie definiował Życie Bichat:

jako zespół zjawisk odnoszących tryumf nad Śmier- cią. To prawo przyrody prawdziwe jest zwłaszcza w odniesieniu do cywilizacji, w której nowe zasady stale zwyciężają zasady przeżyte. 534. a) Praca jest osią, na której obraca się ekonomia polityczna (§ 383). Podobnie Władca Suwerenny, czyli zbiorowy Pra- cownik, który przejawia się albo w postaci króla, sym- bolu władzy scentralizowanej, albo w postaci ludu zor- ganizowanego w konstytuantę, jest podstawą wszel- kiej postępowej i regularnej organizacji.

b) Prawami pracy są: podział, specjalizacja i układ,

który tworzy równowagę funkcji i zdolności oraz równość majątkową; wreszcie solidarność i odpowie-

dzialność, zagwarantowane przez sankcję w postaci równości płacy i produktu oraz równości nagrody i kary. Każda funkcja, polityczna, sądownicza, administra-

cyjna, przemysłowa czy też nauczycielska, jest w spo- łeczeństwie częścią władzy suwerennej czy też organu centralnego, który koordynuje te funkcje w miarę, jak stają się one funkcjami naukowymi i zaczynają podle- gać normom płacy. Zróbmy teraz przegląd ważniejszych zastosowań tych praw; pominiemy przy tym Wschód i Greków i roz- poczniemy dopiero od Rzymian. Po okresie panowania siedmiu królów, z których każ-

dy pozostawił po sobie zwycięstwa, ustawy, instytucje

i pomniki, dała się odczuć potrzeba zniżenia władzy

do ludu. — Rewolucja usuwa Tarkwiniuszy i zastępuje

królestwo konsulatem, urzędem początkowo niepodziel- nym, ale przynajmniej czasowym, wybieralnym, a w konsekwencji bliższym, bardziej dostępnym. Przykład patrycjuszy uczy lud, w jaki sposób zdo- bywa się prawa polityczne — nowa rewolucja wpro- wadza urząd trybuna, trzecia obala decemwirat.

W pierwszej rewolucji widzieliśmy zniewoloną matro-

nę, starego króla skazanego na wygnanie, drugiego za-

mordowanego, konsula, który był katem swoich dzie-

ci. W następnych sprzymierzony lud odmawia pracy:

młoda dziewczyna zostaje porwana, a następnie za- sztyletowana; naczelnik państwa umiera w więzieniu;

banita powracający z wrogami ojczyzny doprowadza nieomal do zagłady miasta. Władza konsula ulega stałemu podziałowi, a republi-

ka staje się przez to coraz silniejsza: ale każdy krok postępu znaczą zaburzenia, morderstwa, wygnania. Ile krwi przelanej z powodu praw agrarnych! Była to pró- ba ustanowienia porządku rolniczo-przemysłowego obok porządku politycznego: ale idee nie były jeszcze doj- rzałe; zamiast nauki ekonomicznej były Kodeksy, Di- gesta, Pandekty; zamiast naukowego systemu gorsza niż dawniej lichwa i niewolnictwo; zamiast równości — panowanie. 536. Cała ta olbrzymia praca organizacyjna spełzła na niczym i trzeba było zaczynać od początku. Pojawia się chrystianizm, który w mistycznych sło- wach zapowiada równość, powszechną solidarność i od- powiedzialność jednostek. — Znowu niezgody, potwa- rze, wygnania i rewolucje. Była to kąpiel Achillesa, albo raczej odmłodzenie Peliasa. Rodzi się feudalizm, który wedle Guizota daje wol- ność indywidualną i rodzinę. — Wojny, masakry, znisz- czenia i rewolucje trwają przez dziesięć wieków. Wyzwalają się komuny: oto przybycie Pana, chlubne zwycięstwo Pracy. — Opór szlachty, opór kleru, ma- kiawelizm królów, zdrady, wojny domowe. Powstaje monarchia absolutna: jest to centralizacja i jedność. — Rewolta szlachty, opór parlamentów, szem- rania stanu trzeciego. Wreszcie ukazuje się Ludwik XIV i świat przed nim milknie. 537. Dalszy ciąg jest znany. Po trzydziestu latach gi- gantycznych walk zawarty zostaje rodzaj kompromisu między antagonistycznymi zasadami: ale ostatnie pra- wo świata nie zostało zrealizowane, ostatni układ orga- niczny nie ujrzał światła dziennego i zło trwa jeszcze:

cierpienie żyje, głuche, pożerające, aż zmusi społeczeń- stwo do wybuchu. Przypatrzcie się tylko. 538. Niecierpliwa demokracja, słusznie przekonana, że wszelkie polepszenie zależy od rządu, domaga się rozszerzenia praw politycznych. Jeśli zdusicie demo- krację, będzie rewolucja; jeśli spełnicie jej żądania — też będzie rewolucja. Mamy nadmierną koncentrację władzy wykonawczej; uprawnienia jej głównych organów nie są dobrze okreś- lone i odgraniczone; organ centralny, który je personi- fikuje, wymaga nowych podziałów. — Rewolucja. Trzeba zdemokratyzować bank, uspołecznić kasy ubezpieczeniowe, wyznaczyć minimum płacy, znieść cła, prohibicje, taryfy. Poglądy te są już bardzo roz- powszechnione, ale wyzyskiwacze stawiają opór. — Re- wolucja. Żeby lud żył i społeczeństwo trwało, trzeba scentra- lizować handel, rolnictwo i przemysł; dostosować pro- dukcję do potrzeb, zorganizować prawidłową gospo- darkę bogactwami mineralnymi, zwiększyć obszar ziem uprawnych; trzeba wprowadzić w odpowiednie dzie- dziny administracji notariuszy, rzeczników, komorni- ków, kancelistów, licytatorów, syndyków, aptekarzy, lekarzy, drukarzy, księgarzy, wszystkie stanowiska, które się kupuje, wszystkie zawody wymagające dy- plomu czy patentu; jednocześnie trzeba stopniowo likwidować funkcje nienormalne lub dublujące się; trzeba wydać odpowiednie przepisy dotyczące warszta- tów, uobyczajnić handel, opodatkować rentę kapitali- styczną, zrepublikanizować, jak mówił Cam- bon , Własność. Droga jest już otwarta: izby han-

dlowe, towarzystwa rolnicze, zjazdy rolne, kataster, państwowa własność wód, lasów i kopalni; prawa prze- wozu i składu, państwowy monopol na tytoń, proch, pieniądz, pocztę, telegraf itp.; powstawanie prawa ad- ministracyjnego — wszystko to jest wyraźnym świa- dectwem procesu przemian. Ale królowie monopolu prywatnego, anarchistyczna i rozproszona własność stawia opór i zawsze będzie go stawiała; bronią jej sprzedajne pióra, wspiera zabłąkany tłum, władza jest jej posłuszna. — Będzie to ostatnia rewolucja. 539. Nie bądźmy zresztą przerażeni ani zdziwieni ta- kim biegiem rzeczy. Wedle starożytnej mitologii każda potęga, która ulega zmianie, jest umierającym bóstwem, zabitym lub zwyciężonym geniuszem. Współczesna fi- lozofia mówi tak samo: Każda rewolucja polityczna, jak powiada Cousin, jest urzeczywistniającą się ideą, to znaczy ideą, która znosi ideę poprzednią, zabija ją. Otóż ponieważ w społeczeństwie idee to są interesy, a inte- resy to są ludzie, to trudno, żeby ludzie panujący przez swoje interesy i swoje idee zgodzili się ustąpić i znik- nąć. Trzeba ich zwyciężyć: autor Soirees de Saint-Pe- tersbourg powiedziałby swoim inkwizytorskim stylem, ze trzeba ich zabić. Nie można bowiem oczekiwać tego, żeby przekonały ich jakieś racje; żeby oczywistość prawa i grożące niebezpieczeństwo skłoniło ich do ustą- pienia: jest to dla nich kwestia życia lub śmierci mo- ralnej, ustąpią tylko przed siłą. Zresztą rzućmy okiem na to, co się dzieje; a ponie- waż wskutek ułomności naszej natury bardziej uderza nas jaskrawość faktów niż powiązanie idei, uczmy się z faktów.

540. Codziennie bardziej nagląca staje się sprawa re- wizji ustawy cywilnej kleru, wyjście naprzeciw rewo- lucji, która już się dokonuje. — Czy myślicie, że rząd, który na pewno nie jest zbyt nabożny, zajmuje się tym? Oh, byłoby to zalegalizowaniem ateizmu; a uniwersy- tet ma już dość biskupich kalumnii. Do tego, by ośmie- lono się tknąć kadzielnicy, trzeba będzie, żeby rząd wpadł w ręce komunistów; ale wówczas będą ofiary. Mówi się o wskrzeszeniu księży państwowych; potem powróci się do dziedziczności tytułu para: pięćsetty- sięczna armia trzymana jest w pogotowiu wojennym; wznosi się twierdze; władza centralna umacnia się wszelkimi środkami. — Sądzicie, że robi się to wszyst- ko w celu przygotowania klasy robotniczej do życia po- litycznego? Że rząd zamierza rozwinąć demokratyczną instytucję gwardii narodowych, zamienić pobór na służ- bę powszechną, uświęcić jedność władzy przedstawi- cielskiej zniesieniem izby wyższej i ograniczyć rządy osobowe? Od piętnastu lat ministrowie nie mogą ani przepro- wadzić konwersji rent, ani pogodzić cukru trzcinowego z cukrem buraczanym, ani cofnąć bariery celnej, ani stworzyć banków rolniczych, ani obniżyć taryf, ani przeciąć wrzodu, jakim są synekury. — Wyobrażacie sobie, że jeśli jutro państwo stanie się bankierem, to wprowadzi 2-procentową stopę dyskontową, wyznaczy pensje w wysokości 6000 franków dla swoich najważ- niejszych urzędników, oczyści swoje biura z próżnia- ków? A potem w oparciu o zachwycony proletariat zaj- mie się budową kolei, uwolni kanały od myta i od spó- łek, za jednym zamachem otworzy na oścież wszystkie

bramy graniczne dla zagranicznych towarów, zorgani- zuje produkcję narodową na zasadzie kosztów wytwa- rzania produktów, ogłosi zniesienie konkurencji, nie- aktualność własności i niemożliwość systemu hierar- chii? 541. Oczywiście postęp dokonywałby się w sposób

idealny, gdyby parlament i rząd zatroszczyły się o przy- szłość, nie o przeszłość; gdyby zrozumiały w końcu sprawiedliwość i nieuchronność wszystkich tych re- wolucji; gdyby stały się nagle radykalne i spontanicz- nie przystąpiły do reform; gdyby rewolucje nie koń- czyły się wojną domową, tylko dokonywały się odtąd poprzez walki na trybunie i w prasie. Co za radość

w fabrykach! Jakiż grad błogosławieństw spadłby na

głowy królewskie! Jaki zaszczyt dla współczesnych patrycjuszy! Może zobaczylibyśmy urzeczywistnienie tego cudu, gdyby jakiś mąż stanu doznał nagle olśnienia, pogodził się z nieuniknioną przyszłością i stał się narzędziem konieczności wobec potęg; gdyby zagadnienia te, pod-

niesione przez samą władzę, poruszyły burżuazję. Bied-

ni bourgeois są bowiem jeszcze bardziej bojaźliwi niż

egoistyczni. Obawiają się oni zamętu i grabieży: ale niech tylko rząd, oświecony całą mądrością epoki i opie- raj ący się na życzeniach narodu, zarządzi przeprowa- dzenie badań, a następnie po przedyskutowaniu pro- jektów przystąpi do ich wykonania, burżuazja nie bę- dzie się wcale uskarżać, uzna nawet, że nie idzie się

dość szybko. Ten bezlitosny obraz sytuacji ośmieliłem się roztoczyć tu właśnie w nadziei, że prąd myślowy, którego nikt dziś nie może się ustrzec, poniesie wy-

soko i daleko tę drobną daninę mojej myśli, przewi- dziana rewolucja jest bowiem groźna tylko dla tych, którzy ją lekceważą. Wiem zresztą, że lud, tak samo jak przeznaczenie, nie czyni ani nie przyjmuje łaski; dlatego też uznałem, że powinienem przypomnieć tym, którzy czytają moje słowa, przypomnieć za pomocą przykładów zaczerpniętych z wszystkich epok i w powołaniu na poglądy filozofów, że istnieją takie przypadki, kiedy rewolucja przeciw rządowi staje się zarazem prawem i obowiązkiem. Nie pozwólmy, aby osłabł wśród nas duch rewolucyjny, ten duch wolności i postępu. Skoro odkryliśmy, że tylko on stanowi zabezpieczenie przeciwko systematycznym zdradom i bodziec dla naszych miękkich i niezdecydowanych posłów, nie powinniśmy nigdy pozwolić, żeby wygasł ten święty ogień. 542. Ale teraz już żadna rewolucja nie przyniesie owoców, jeżeli nie zostanie uwieńczona odrodzeniem oświaty publicznej. Czy chcecie uwiecznić na ziemi nę- dzę, zbrodnię, wojnę, wstrząsy i despotyzm? Uwiecznij- cie więc proletariat. Organizacja nauczania jest zarazem warunkiem równości i uświęceniem postępu. Wszyst- ko jest już przygotowane do tego wielkiego dzieła, o którym Rzym nie miał nawet pojęcia, aczkolwiek po- zostawił nam tak wiele wzorów. Sto lat temu mieliśmy tylko kolegia jezuickie z nędznymi nauczycielami; nie było żadnej jedności i centralizacji fakultetów. Obecnie publiczne nauczanie obejmuje wszystko: literaturę, naukę, sztukę, handel, żeglarstwo, kopalnie, wody i lasy itp.; należy się spodziewać, że wkrótce obejmie także rolnictwo i rzemiosła.

O nie, nie zginiemy; nie, demokratyczna Francja nie

skończy tak jak republikański Rzym: świadczy o tym ta rosnąca Wszechnica. tych z wszystkich epok i w powołaniu na poglądy filo- zofów, że istnieją takie przypadki, kiedy rewolucja przeciw rządowi staje się zarazem prawem i obo- wiązkiem. Nie pozwólmy, aby osłabł wśród nas duch re- wolucyjny, ten duch wolności i postępu. Skoro odkry- liśmy, że tylko on stanowi zabezpieczenie przeciwko systematycznym zdradom i bodziec dla naszych mięk- kich i niezdecydowanych posłów, nie powinniśmy nigdy pozwolić, żeby wygasł ten święty ogień. 542. Ale teraz już żadna rewolucja nie przyniesie owoców, jeżeli nie zostanie uwieńczona odrodzeniem oświaty publicznej. Czy chcecie uwiecznić na ziemi nę- dzę, zbrodnię, wojnę, wstrząsy i despotyzm? Uwiecznij-

cie więc proletariat. Organizacja nauczania jest zarazem warunkiem równości i uświęceniem postępu. Wszyst- ko jest już przygotowane do tego wielkiego dzieła, o którym Rzym nie miał nawet pojęcia, aczkolwiek po- zostawił nam tak wiele wzorów. Sto lat temu mieliśmy tylko kolegia jezuickie z nędznymi nauczycielami; nie było żadnej jedności i centralizacji fakultetów. Obecnie publiczne nauczanie obejmuje wszystko: literaturę, naukę, sztukę, handel, żeglarstwo, kopalnie, wody i lasy itp.; należy się spodziewać, że wkrótce obejmie także rolnictwo i rzemiosła.

O nie, nie zginiemy; nie, demokratyczna Francja nie

skończy tak jak republikański Rzym: świadczy o tym ta rosnąca Wszechnica.

LISTY MARKS – PROUDHON

MARKS DO PIERRE'A-JOSEPHA PROUDHONA W PARYŻU

Drogi Proudhonie!

Od czasu, gdy opuściłem Paryż, niejednokrotnie miałem już zamiar napisać do Pana; okoliczności nie- zależne od mojej woli przeszkadzały mi jednak aż do chwili obecnej. Proszę mi wierzyć, że nadmiar pracy, kłopoty związane ze zmianą miejsca pobytu itd. są je- dynymi przyczynami mojego milczenia. A teraz od razu in medias res. W porozumieniu z dwoma mymi przyjaciółmi, Fryderykiem Engelsem i Filipem Gigotem (obaj przebywają w Brukseli), zorga- nizowałem stałą korespondencję z komunistami i socja- listami niemieckimi. Przedmiotem jej będzie zarówno dyskusja na tematy naukowe, jak i nadzór nad wy- dawnictwami popularnymi oraz propaganda socja- listyczna, którą można w ten sposób uprawiać w Niem-

czech. Głównym celem naszej korespondencji będzie jednak nawiązanie kontaktu między socjalistami nie- mieckimi a francuskimi i angielskimi, stałe informowa- nie cudzoziemców o ruchach socjalistycznych w Niem-

czech oraz informowanie Niemców, przebywających w kraju, o postępach socjalizmu we Francji i w Anglii.

W ten sposób będą mogły ujawniać się różnice poglą-

dów, a także doprowadzi to do wymiany myśli i do bez- stronnej krytyki. Jest to krok naprzód, jeśli chodzi o literacki wyraz ruchu społecznego, konieczny do wy- zwolenia się z ograniczonych ram narodowych. W mo- mencie akcji zaś będzie chyba dla każdego rzeczą bar-

dzo pożyteczną znać stan rzeczy za granicą równie do- brze jak u siebie w kraju.

Poza komunistami w Niemczech będziemy również korespondować z socjalistami niemieckimi w Paryżu i Londynie. Z Anglią nawiązaliśmy już kontakt; co się tyczy Francji, to wszyscy jesteśmy zdania, że nie mo- żemy tam znaleźć lepszego korespondenta aniżeli Pan; wiadomo Panu, że przez Anglików i Niemców jest Pan, jak dotąd, bardziej ceniony niż przez własnych roda- ków. Widzi Pan zatem, że chodzi tylko o to, by nawiązać regularną korespondencję i stworzyć możliwość bada- nia ruchu społecznego w różnych krajach, co przyniesie wiele różnorodnych korzyści, jakich nigdy nie dałaby praca Jeżeli przystanie Pan na naszą propozycję, to opłaty pocztowe za listy, które będzie Pan otrzymywał, oraz

za listy, które Pan będzie do nas wysyłał, zostaną tu pokryte; przeprowadzane w Niemczech zbiórki mają

na celu pokrycie kosztów korespondencji.

Listy swoje-będzie Pan kierował pod adresem p. Fi- lipa Gigota, &, rue Bodenbroek. On też upoważniony jest do podpisywania listów z Brukseli. Nie potrzebuję dodawać, że cała ta korespondencja wymaga zachowania przez Pana absolutnej tajemnicy. Nasi przyjaciele w Niemczech muszą działać z naj- większą Ostrożnością, aby uniknąć kompromitacji. Proszę o jak najszybszą odpowiedź i przyjęcie wy- razów szczerej przyjaźni.

oddanego Panu Karola Marksa

Bruksela, 5 maja 1846 r.

PS. Ostrzegam Pana przed panem Griinem2 z Pary- ża. Ten człowiek jest hochsztaplerem literackim, swego rodzaju szarlatanem, który chciałby handlować nowy-

mi ideami. Usiłuje on ukryć swą ignorancję pod na-

puszonymi i górnolotnymi frazesami, ale zdołał jedynie ośmieszyć się swym galimatiasem. Człowiek ten jest poza tym niebezpieczny. Nadużywa znajomości, które dzięki zuchwalstwu zawarł ze znanymi autorami, aby stworzyć sobie z nich piedestał i skompromitować ich w ten sposób w oczach publiczności niemieckiej. W swo-

jej książce o „francuskich socjalistach"3 ośmiela się mówić o sobie jako nauczycielu Proudhona (Pri- vatdozent — tytuł akademicki w Niemczech), twierdzi, że wyjaśnił mu najważniejsze aksjomaty nauki nie- mieckiej i kpi z jego prac. Miej się Pan na baczności

przed tym pasożytem. Może później powrócę jeszcze do tego osobnika. [Dopisek Filipa Gigota ] Z przyjemnością korzystam z okazji, która nadarza

mi

się dzięki temu listowi, aby zapewnić Pana, że jest

mi

bardzo miło nawiązać korespondencję z tak wybit-

nym jak Pan człowiekiem. Na razie kreślę się oddany Panu

Filip Gigot

[Dopisek Engelsa] Jeśli o mnie chodzi, mogę tylko wyrazić nadzieję, że Pan, Panie Proudhon, zgodzi się na propozycję, którą Panu przedłożyliśmy, i łaskawie zechce z nami współ- pracować. Zapewniam Pana o głębokim szacunku, któ- ry wzbudziły we mnie Pana prace, i kreślę się oddany Panu

Fryderyk Engels

PROUDHON DO MARKSA

Lyon, 17 maja 1846 r.

Drogi Panie!

Chętnie zgadzam się być jednym z oczek Pańskiej sieci korespondencyjnej, której cel i organizacja po- winny być, jak mi się wydaje, wielce użyteczne. Nie obiecuję Panu jednak, że będę pisał do Pana dużo i często: różnorodne moje zajęcia w połączeniu z wro- dzonym lenistwem nie obiecują wysiłków w dziedzinie

korespondencji. Pozwolę sobie też zrobić kilka zastrze- żeń, które nasunęły mi się na myśl w związku z pewny-

mi ustępami Pańskiego listu. Przede wszystkim, chociaż

myśli moje w sprawie organizacji i realizacji, przynaj-

mniej co się tyczy zasad, są całkowicie ustalone, sądzę, że jest moim obowiązkiem, że jest obowiązkiem każde-

go socjalisty, zachować jeszcze na jakiś czas formę kry-

tyczną i powątpiewającą; jednym słowem, uprawiam

z publicznością proceder prawie zupełnego antydogma-

tyzmu ekonomicznego. Szukajmy razem, jeśli Pan sobie

życzy, praw rządzących społeczeństwem, sposobu, w ja- ki te prawa się urzeczywistniają, śledźmy razem postęp,

a może zdołamy je odkryć; ale na Boga! — po obaleniu

a priori wszelkich dogmatyzmów, nie chciejmy marzyć, my z kolei, o zaciąganiu ludu w służbę doktryny, nie popadajmy w sprzeczność, w jaką wpadł Pański rodak, Marcin Luter, który obaliwszy teologię katolicką zabrał się natychmiast do budowania, i to nie bez gromów i klątw, teologii protestanckiej. Od trzech stuleci Niem- cy zajęte są tylko i wyłącznie usuwaniem ozdóbek Marcina Lutra; nie przysparzajmy rodowi ludzkiemu nowej roboty nowymi ozdóbkami8. Cieszy mnie z ca- łego serca Pańska myśl ukazania w pełnym świetle wszelkich możliwych opinii; starajmy się umożliwić uczciwą i lojalną polemikę; dajmy światu przykład ro- zumnej i dalekowzrocznej tolerancji; i skoro znajduje- my się na czele ruchu, nie róbmy z siebie prowodyrów nowej nietolerancji; nie starajmy się być apostołami nowej religii, choćby nawet religia ta była religią lo- giki, religią rozumu. Wysłuchajmy wszelkich sprzeci- wów, inspirujmy je, piętnujmy wszystkie wyłączności, wszystkie mistycyzmy, nie uważajmy żadnej kwestii za wyczerpaną, a kiedy użyjemy już wszystkich, do ostatniego, argumentów, zacznijmy od początku, jeśli będzie trzeba, ze swadą i ironią. Pod tym warunkiem z przyjemnością przystąpię do Pańskiego zespołu, w przeciwnym razie — nie! Muszę jeszcze wypowiedzieć uwagę o pewnym wy- rażeniu z Pańskiego listu, mianowicie: „w momencie akcji". Może obstaje Pan jeszcze przy opinii, że w chwili obecnej żadna reforma nie jest możliwa bez przewrotu, bez tego, co niegdyś nazywano rewolucją, a co jest po prostu wstrząsem. Co do tego poglądu, który rozumiem, który usprawiedliwiam, o którym

chętnie bym podyskutował i który sam przez długi czas podzielałem, wyznaję, że ostatnie moje dociekania cał- kowicie mnie od niego odstręczyły. Sądzę, że nie jest

to nam potrzebne, aby osiągnąć cel, i że, co za tym

idzie, nie powinniśmy wysuwać kwestii akcji rewolucyjnej jako środka przeprowadzenia reformy społecz- nej, bo ten domniemany środek byłby po prostu od- wołaniem się do siły, do samowoli, słowem, byłby sam

w sobie sprzeczny. Stawiam przed sobą następujące

zadanie: za pomocą pewnego układu stosunków ekono- micznych przywrócić społeczeństwu bogactwo, którego zostało ono pozbawione przez inny układ stosunków

ekonomicznych. Innymi słowy: obrócić teorię własności

w dziedzinie ekonomii politycznej przeciwko własności

tak, żeby dać początek temu, co wy, socjaliści nie- mieccy, nazywacie wspólnością, ja natomiast nazywam wolnością, równością. Otóż myślę, że znam środek, za pomocą którego można rozwiązać w krótkim czasie ten problem: wolę więc raczej palić własność na wolnym ogniu, niż przydawać jej nowej siły, urządzając właści- cielom Noc Świętego Bartłomieja. Moja najbliższa praca, która w połowie jest wydru- kowana, powie Panu więcej. Oto, Mój Drogi Filozofie, gdzie się w tej chwili znaj- duję; chyba że się mylę, a wtedy jeśli uzna Pan tę po- trzebę, własnoręcznie natrze mi Pan uszu, czemu chęt- nie się poddam w oczekiwaniu odwzajemnienia się. Nadmienię Panu mimochodem, że — jak mi się- wyda-

je — takie same skłonności przejawia klasa robotnicza

we Francji; nasi proletariusze są tak spragnieni wie-

dzy, że ten, co proponowałby im pić tylko krew, byłby

przez nich bardzo źle przyjęty. Krótko mówiąc, by- łoby, moim zdaniem, robieniem złej polityki, gdybyśmy przemawiali do nich jako eksterminatorzy; środków przymusu nie zabraknie; lud nie potrzebuje żadnych napomnień. Szczerze ubolewam z powodu drobnych waśni, któ- re, jak się zdaje, nękają już socjalizm niemiecki i któ rych dowodem są Pańskie skargi na Griina. Obawiam się, że Pan widzi tego pisarza w fałszywym świetle; od- wołuję się, Drogi Panie, do Pańskiego zdrowego roz- sądku. Griin przebywa tutaj jako wygnaniec, bez ma- jątku, z żoną i dwojgiem dzieci; nie mają z czego żyć, jak tylko z jego pióra. Czym, zdaniem Pana, miałby się on posługiwać, aby zarobić na życie, jeśli nie no- woczesnymi ideami? Rozumiem Pańskie oburzenie fi- lozoficzne i zgadzam się, że święte słowo ludzkości nie powinno być nigdy przedmiotem handlu, ale nie chcę tu widzieć nic prócz nieszczęścia, skrajnego niedostatku i dlatego usprawiedliwiam tego człowieka. Ach! Gdy- byśmy wszyscy byli milionerami, sprawy układałyby się dużo lepiej; bylibyśmy świętymi i aniołami. Ale trzeba żyć, a Pan wie, iż daleko jeszcze do tego, żeby to słowo wyrażało myśl, jaką nam daje czysta teoria asocjacji. Trzeba żyć, czyli kupować chleb, mięso, drewno, opłacać nauczyciela domowego i, dalibóg, ten, co sprzedaje idee społeczne, nie jest bardziej niegodzi- wy od tego, co sprzedaje kazania. Nie wiem absolutnie nic o tym, żeby Griin podawał się za mojego nauczy- ciela; nauczyciela czego? Nie zajmuję się niczym poza ekonomią polityczną, to jest dziedziną, o której on nie wie prawie nic; na literaturę patrzę jak na zabawkę

małej dziewczynki; a co się tyczy mojej filozofii, to wiem o niej dosyć, aby mieć prawo pośmiać się przy sposobności. Griin absolutnie nic nie odsłonił; jeśli to powiedział, to powiedział impertynencję, i jestem pew- ny, że tego żałuje. Tym, czego mam świadomość i co szanuję bardziej, niż ganię — drobny objaw próżności, tym, co rzeczy- wiście zawdzięczam Grimowi, podobnie jak jego przyja- cielowi Ewerbeckowi8, jest znajomość Pańskich prac, Drogi Panie, prac pana Engelsa i doniosłej pracy Feuerbacha. Na moją prośbę panowie ci zechcieli uprzejmie zrobić dla mnie po francusku (bo, niestety. zupełnie nie czytam po niemiecku) kilka analiz naj- ważniejszych publikacji socjalistycznych, i na ich właśnie nalegania do następnej mojej pracy mam za- miar wprowadzić wzmiankę o pracach pp. Marksa, Engelsa, Feuerbacha i innych. Wreszcie Griin i Ewer- beck pracują nad podtrzymaniem świętego ognia wśród Niemców mieszkających w Paryżu, a szacunek, jaki dla tych panów mają robotnicy zasięgający u nich ra- dy, wydaje mi się gwarantem prawości ich poczynań. Z przyjemnością przyjmę Pańskie odstąpienie od te- go poglądu podyktowanego chwilową irytacją; pisząc do mnie, był Pan w gniewie. Griin wyraził zamiar prze- tłumaczenia książki, którą właśnie mam na warsztacie. Zrozumiałem, że ten przekład, poprzedzający każdy inny, będzie dla niego pewną pomocą. Będę Panu bar- dzo zobowiązany, jak również Pańskim przyjaciołom, i to nie ze względu na siebie, ale na niego, jeśli przy tej sposobności okażecie mu, Panowie, pomoc, przy- czyniając się do sprzedaży publikacji, która przy Pań-

skim współdziałaniu bez wątpienia mogłaby przynieść mu więcej korzyści niż mnie. Jeśli Pan zechce dać mi zapewnienie Pańskiego współdziałania, Drogi Panie, to natychmiast prześlę moje odbitki Grimowi i sądzę, że pomimo osobistych pretensji, których sędzią pragnął- bym ustanowić siebie, takie postępowanie przyniesie zaszczyt nam wszystkim. Mnóstwo życzliwości Pańskim przyjaciołom, panom Engelsowi i Gigotowi

Oddany Panu Proudhon

SYSTEM SPRZECZNOŚCI EKONOMICZNYCH

czyli filozofia nędzy

Rozdział pierwszy

O NAUCE EKONOMII

§ I

Przeciwieństwo między faktem a prawem w gospodarce społeczeństw

Stwierdzam realność nauki ekonomicznej. Teza ta, w którą niewielu tylko ekonomistów odwa- ża się wątpić, jest, być może, najśmielszą, jaką filozof kiedykolwiek podtrzymywał; dalszy ciąg tych dociekań wykaże, mam nadzieję, że udowodnienie jej wymaga największego wysiłku ludzkiego umysłu. Z drugiej strony z bezwzględną pewnością utrzymuję równocześnie, że nauka ekonomiczna, najczystsza, naj- bardziej, moim zdaniem, zrozumiała ze wszystkich nauk, znajdująca najlepsze wytłumaczenie w faktach, ma charakter postępowy: oto nowa teza, która czyni

z tej nauki logikę lub metafizykę in concreto i radykal-

nie zmienia podstawy dawnej filozofii. Inaczej mówiąc, naukę ekonomii traktuję jako obiektywną formę

i realizację metafizyki; jest to metafizyka w działaniu, metafizyka w perspektywie czasu; i ktokolwiek zajmu- je się prawami pracy i wymiany — jest naprawdę

Po tym, co już powiedziałem w prologu, nie powinno to być niczym dziwnym. Praca człowieka to dalszy ciąg dzieła Boga, który stwarzając wszystkie istoty działa poza sferą wiecznych praw rozumu. Nauka eko- nomiczna jest więc siłą konieczności zarazem teorią idei, teologią przyrodzoną i psychologią. I to samo przez się powinno wystarczyć do wytłumaczenia, dlaczego podejmując tematy ekonomiczne powinienem uprzed- nio przypuścić istnienie Boga i dlaczego ja, zwykły ekonomista, aspiruję do rozwiązania zagadnienia pew- ności. Pośpieszam jednak powiedzieć, że nie uważam za naukę ekonomiczną niespójnego zbioru teorii, którym prawie od stu lat nadaje się oficjalnie nazwę ekonomii politycznej, którą to nazwą, wbrew jej etymologii, obejmuje się w najlepszym razie kodeksowy czy też tradycyjny zbiór nawyków opartych na własności. Teorie te wnoszą do naszej wiedzy jedynie elementy, czyli pierwszy zarys nauki ekonomicznej. Oto dlaczego, podobnie jak własność, wszystkie one pozostają ze so- bą w sprzeczności, a połowa z nich jest nie do zastoso- wania. Dowód na to twierdzenie, stanowiące w pewnym sensie negację ekonomii politycznej w tej postaci, jak ją przedstawili A. Smith, Ricardo, Malthus, J. B. Say, i której zastój widzimy od pół wieku, będzie przedmio- tem niniejszych uwag. Nieporadność ekonomii politycznej od niepamiętnych czasów zwracała uwagę umysłów skłonnych do roz- myślań, które nazbyt rozmiłowane w swych marze- niach, aby móc pogłębić stronę praktyczną, i skłonne do opierania swych sądów o niej na pozorach, utworzyły

od początku grupę opozycyjną wobec status quo

i poświęciły się wytrwale i systematycznie satyrze na

cywilizację i jej zwyczaje. W zamian za to własności, tej podstawie wszystkich instytucji społecznych, nie brakło nigdy gorliwych obrońców, co chlubiąc się tytu- łem praktyków odpłacali wojną za wojnę tym, co spotwarzali ekonomię polityczną, i śmiało a często zręcznie pracowali nad umocnieniem budowli, którą wzniosły pospołu powszechne przesądy i wolność indy- widualna. Trwający wciąż jeszcze spór między konser- watystami a reformatorami przypomina średniowieczny spór o uniwersalia, znany z historii filozofii. Nie trzeba chyba dodawać, że zarówno z jednej, jak i z drugiej strony błąd i słuszność równoważą się i że jedyną przy- czyną nieporozumienia jest rywalizacja, ciasnota po- glądów i nietolerancja. Tak więc dwie potęgi walczą o rządy nad światem

i rzucają na siebie wzajem klątwy z żarliwością dwóch wrogich obrządków: ekonomia polityczna, czyli trady- cyjna, i socjalizm, czyli utopia. Co to jest, nazywając rzecz po imieniu, ekonomia po- lityczna? Co to jest socjalizm? Ekonomia polityczna to zbiór spostrzeżeń czynionych do dziś dnia nad zjawiskami produkcji i podziału bo- gactw, czyli nad najogólniejszymi, najbardziej samo- rzutnymi, a wobec tego najbardziej autentycznymi for- mami pracy i wymiany. Ekonomiści sklasyfikowali swe obserwacje tak do- brze, jak tylko umieli; opisali zjawiska, stwierdzili ich cechy przypadkowe i zachodzące między nimi stosunki; zauważyli, że w różnych okolicznościach mają one cha-

rakter konieczności, i wtedy nazwali je prawami. Ten całokształt wiadomości opartych na najbardziej prymi- tywnych, że się tak wyrazimy, przejawach życia społe- czeństwa stanowi ekonomię polityczną. Ekonomia polityczna jest więc historią naturalną obyczajów, tradycji, działań i nawyków najbardziej oczywistych i najpowszechniej praktykowanych w dzie- dzinie produkcji i podziału bogactw. Z tego tytułu eko- nomia polityczna uchodzi za uznaną faktycznie i prawnie: faktycznie, bo zjawiska, które bada, są stałe, samorzutne i uniwersalne; prawnie, bo te zjawiska ma- ją za sobą autorytet rodzaju ludzkiego, który jest auto- rytetem najwyższym z możliwych. Toteż ekonomia po- lityczna uznawana jest za naukę, czyli za wiedzę opar- tą na dowodach i systematyczną, o faktach zgodnych z rzeczywistością i koniecznych. Socjalizm, który na podobieństwo boga Wisznu ciągle umiera i ciągle zmartwychwstaje i który dokonał w ciągu jakichś dwudziestu lat dziesięciu tysięcy wcie- leń w osoby pięciu czy sześciu odkrywców — otóż socjalizm twierdzi, że obecna budowa społeczeństwa, a więc i wszystkich poprzednich ustrojów, jest anoma- lią. Utrzymuje on i udowadnia, że ustrój cywilizacyjny jest sztuczny i nieskuteczny, że sam z siebie wytwarza ucisk, nędzę i przestępstwo; oskarża, aby nie powie- dzieć: szkaluje, całą przeszłość życia społecznego i z ca- łej siły dąży do przeistoczenia obyczajów i instytucyj. W konkluzji socjalizm stoi na stanowisku, że eko- nomia polityczna jest hipotezą fałszywą, sofistyką wy- nalezioną w imię korzyści płynących z uciskania więk- szej liczby ludzi przez mniejszą; i posługując się afo-

ryzmem fructibus cognoscetis kończy na tym, że do- wodzi bezsilności i nicości ekonomii politycznej za po- mocą wykazu klęsk ludzkich, za które czyni ją odpo- wiedzialną. Ale jeżeli ekonomia polityczna jest nauką fałszywą, to orzecznictwo sądowe jest jeszcze bardziej fałszywe, jest bowiem oparte na rozróżnieniu tego, co twoje, i te- go, co moje, i przyjmuje za uprawnione fakty zare- jestrowane przez ekonomię polityczną. Teorie prawa publicznego i międzynarodowego, nie wyłączając wszystkich odcieni rządów przedstawicielskich, są jeszcze bardziej fałszywe, bo opierają się na zasadzie zawłaszczenia indywidualnego i na bezwzględnej suwe- renności woli jednostek. Socjalizm akceptuje wszystkie te konsekwencje. Dla niego ekonomia polityczna, uważana przez wielu za fizjologię bogactwa, to nic innego jak zorganizowana praktyka kradzieży i nędzy, podobnie jak orzecznictwo, ozdabiane przez wielu mianem sprawiedliwości pisanej, jest w jego oczach niczym innym jak zbieraniną rubryk rozboju legalnego i oficjalnego, czyli własności. Rozważane w związku ze sobą te dwie rzekome nauki, tj. ekonomia polityczna i prawo, stanowią z punktu wi- dzenia socjalizmu kompletną teorię niesprawiedliwości i niezgody. Przechodząc następnie od negacji do afir- macji, socjalizm przeciwstawia zasadzie własności za- sadę stowarzyszenia, zobowiązuje się zbudować od góry do dołu na nowo ekonomię społeczną, a zatem ustano- wić nowe prawo, nowe instytucje, zapoczątkować nową politykę i obyczaje diametralnie przeciwne względem dawnych form.

Linia odgraniczająca socjalizm od ekonomii politycz- nej została więc nakreślona; wrogość ich jest oczy- wista. Ekonomia polityczna skłonna jest uświęcić egoizm; socjalizm wynosi ponad wszystko zasadę współwłas- ności. tywnych, że się tak wyrazimy, przejawach życia społe- czeństwa stanowi ekonomię polityczną. Ekonomia polityczna jest więc historią naturalną obyczajów, tradycji, działań i nawyków najbardziej oczywistych i najpowszechniej praktykowanych w dzie- dzinie produkcji i podziału bogactw. Z tego tytułu eko- nomia polityczna uchodzi za uznaną faktycznie i prawnie: faktycznie, bo zjawiska, które bada, są stałe, samorzutne i uniwersalne; prawnie, bo te zjawiska ma- ją za sobą autorytet rodzaju ludzkiego, który jest auto- rytetem najwyższym z możliwych. Toteż ekonomia po- lityczna uznawana jest za nauką, czyli za wiedzę opar- tą na dowodach i systematyczną, o faktach zgodnych z rzeczywistością i koniecznych. Socjalizm, który na podobieństwo boga Wisznu ciągle umiera i ciągle zmartwychwstaje i który dokonał w ciągu jakichś dwudziestu lat dziesięciu tysięcy wcie- leń w osoby pięciu czy sześciu odkrywców — otóż socjalizm twierdzi, że obecna budowa społeczeństwa, a więc i wszystkich poprzednich ustrojów, jest anoma- lią. Utrzymuje on i udowadnia, że ustrój cywilizacyjny jest sztuczny i nieskuteczny, że sam z siebie wytwarza ucisk, nędzę i przestępstwo; oskarża, aby nie powie- dzieć: szkaluje, całą przeszłość życia społecznego i z ca- łej siły dąży do przeistoczenia obyczajów i instytucyj.

W konkluzji socjalizm stoi na stanowisku, że eko- nomia polityczna jest hipotezą fałszywą, sofistyką wy- nalezioną w imię korzyści płynących z uciskania więk- szej liczby ludzi przez mniejszą; i posługując się afo- ryzmem fructibus cognoscetis kończy na tym, że do- wodzi bezsilności i nicości ekonomii politycznej za po-

mocą wykazu klęsk ludzkich, za które czyni ją odpo- wiedzialną. Ale jeżeli ekonomia polityczna jest nauką fałszywą, to orzecznictwo sądowe jest jeszcze bardziej fałszywe, jest bowiem oparte na rozróżnieniu tego, co twoje, i te- go, co moje, i przyjmuje za uprawnione fakty zare- jestrowane przez ekonomię polityczną. Teorie prawa publicznego i międzynarodowego, nie wyłączając wszystkich odcieni rządów przedstawicielskich, są Jeszcze bardziej fałszywe, bo opierają się na zasadzie zawłaszczenia indywidualnego i na bezwzględnej suwe- renności woli jednostek. Socjalizm akceptuje wszystkie te konsekwencje. Dla niego ekonomia polityczna, uważana przez wielu za fizjologię bogactwa, to nic innego jak zorganizowana praktyka kradzieży i nędzy, podobnie jak orzecznictwo, ozdabiane przez wielu mianem sprawiedliwości pisanej, Jest w jego oczach niczym innym jak zbieraniną rubryk rozboju legalnego i oficjalnego, czyli własności. Rozważane w związku ze sobą te dwie rzekome nauki, I j. ekonomia polityczna i prawo, stanowią z punktu wi- dzenia socjalizmu kompletną teorię niesprawiedliwości

i niezgody. Przechodząc następnie od negacji do afir-

macji, socjalizm przeciwstawia zasadzie własności za- sadę stowarzyszenia, zobowiązuje się zbudować od góry

do dołu na nowo ekonomię społeczną, a zatem ustano- wić nowe prawo, nowe instytucje, zapoczątkować nową politykę i obyczaje diametralnie przeciwne względem dawnych form. Linia odgraniczająca socjalizm od ekonomii politycz- nej została więc nakreślona; wrogość ich jest oczy- wista. Ekonomia polityczna skłonna jest uświęcić egoizm; socjalizm wynosi ponad wszystko zasadę współwłas- ności. Ekonomiści, poza przypadkami naruszenia pewnych ich zasad, o co uważają za słuszne oskarżać rządy, są optymistami, gdy idzie o fakty dokonane; socjaliści na- tomiast są optymistami w odniesieniu do faktów przy- szłych. Pierwsi twierdzą, że to, co być powinno — jest; dru- dzy — że tego, co być powinno — nie ma. A zatem pierwsi uważają się za obrońców religii, władzy i in- nych zasad współczesnych uznających własność, cho- ciaż krytyka oparta tylko na założeniach rozumowych często powoduje ataki na ich przesądy; drudzy odrzu- cają władzę i wiarę i powołują się wyłącznie na naukę, jakkolwiek pewna religijność, nie całkiem liberalna, i pewne niepoważne lekceważenie faktów stanowią naj oczy wiściej cechę charakterystyczną ich poglądów. Zresztą jedni i drudzy nie przestają się wzajemnie oskarżać o nieudolność i jałowość. Socjaliści przedstawiają swym przeciwnikom rachu- nek za nierówność kondycji, za rozpustny handel, gdzie monopol i konkurencja w potwornej jedności wiecznie rodzą zbytek i nędzę; teoriom ekonomicznym, stale

wzorującym się na przeszłości, zarzucają, że przyszłość w tym stanie przedstawia się beznadziejnie; krótko mó- wiąc, wskazują dobitnie, że ustrój oparty na własności to straszliwe przewidzenie, przeciwko któremu ludz- kość od czterech tysięcy lat protestuje i broni się rę- kami i nogami. Ekonomiści ze swojej strony nie ufają socjalistom, nie wierzą, że stworzą oni system, w którym będzie się można obejść bez własności, konkurencji i policji; wy- kazują z dowodami w ręku, że wszystkie projekty re- form były tylko i wyłącznie zlepkami idei zapożyczo- nych od tegoż ustroju, który socjalizm oczernia, były, jednym słowem, plagiatem. Poza granicami ekonomii politycznej socjalizm nie jest zdolny do powzięcia ani do sformułowania żadnej idei. Widać, jak co dzień narasta ten doniosły proces, jak co dzień sprawa staje się coraz bardziej zagmatwana. Podczas gdy społeczeństwo posuwa się naprzód, po- tyka się, cierpi i bogaci się idąc utartymi drogami gospodarowania, socjaliści, od Pitagorasa, Orfeusza i niezgłębionego Hermesa, pracują nad ustanowieniem cłogmatu przeciwstawnego ekonomii politycznej. Zgod- nie z ich poglądami przeprowadzono tu i ówdzie kilka prób zrzeszenia się 5; dotąd jednak rzadkie, usiłowania te, zagubione w oceanie własności prywatnej, pozosta- ły bez rezultatu; i jak gdyby los postanowił wyczerpać hipotezę ekonomistów, zanim zabierze się do utopii socjalistycznej, partia reformatorska zmuszona jest cierpieć sarkazm swych przeciwników, oczekując swe- go dnia. Oto gdzie tkwi przyczyna. Socjalizm bez ustanku wy-

tyka niepowodzenia cywilizacji, dzień za dniem stwier- dza bezsilność ekonomii politycznej w dziele harmo- nijnego zaspokajania pożądań ludzkich i wnosi skargi za skargami; ekonomia polityczna uzupełnia swe akta dotyczące systemów socjalistycznych, które wszystkie, jedne za drugimi, przemijają zlekceważone przez zdro- wy rozsądek. Uporczywość zła karmi skargę jednych, podczas gdy równocześnie stałe niepowodzenia refor- matorów przyczyniają się do umocnienia złośliwej iro- nii drugich. Kiedy dojdzie do wyroku? Sąd jest nie- obecny; tymczasem ekonomia polityczna korzysta ze swej przewagi i choć nie udziela poręki, w dalszym ciągu przewodzi na świecie: possideo ąuia possideo. Jeżeli z dziedziny idei zejdziemy w świat realny, antagonizm wyda się nam jeszcze większy i jeszcze groźniejszy. Z chwilą gdy socjalizm, sprowokowany długotrwa- łymi burzami, pojawił się wśród nas jak jakaś fan- tastyczna zjawa, ludzie, którzy dotąd podczas wszelkich sporów zachowywali obojętność i spokój, z przeraże- niem zwrócili się ku ideom monarchicznym i religij- nym; demokracja, której zarzucano, że wyciągnęła swe ostateczne konsekwencje, została wyklęta i odrzucona. To oskarżenie demokratów przez konserwatystów było potwarzą. Demokracja z natury rzeczy żywi antypatię do myśli socjalistycznej, tak samo jak nie jest zdolna do zastąpienia władzy królewskiej, przeciwko której samo przeznaczenie popycha ją na drogę spisku, przy czym nigdy nie osiąga ona celu. Codziennie jesteśmy tego świadkami, przejawia się bowiem jasno: w wyzna- niach wiary chrześcijańskiej i wiary we własność, skła-

danych przez publicystów demokratycznych, którzy nie zauważyli, że opuścił ich lud. Z drugiej strony filozofia, jak się okazało, nie była mniej obca ani mniej wroga socjalizmowi niż polityka i religia. Podobnie jak w dziedzinie polityki demokracja opie- ra się na suwerenności wielu, a monarchia na suweren- ności monarchy, podobnie jak w sprawach sumienia religia to nic innego jak poddanie się istocie mistycznej nazywanej Bogiem i duchownemu, który go reprezen- tuje, podobnie wreszcie jak w dziedzinie ekonomii własność, to jest wyłączna sfera działania jednostki za pomocą narzędzi pracy, jest punktem wyjścia teorii — tak samo filozofia, biorąc za podstawę domniemaną aprioryczność rozumu, zmuszona jest przyznać, że tylko ja tworzy idee i ich samowładztwo, i odmówić wartości metafizycznej doświadczeniu, czyli na miejsce prawa obiektywnego wszędzie umieszczać samowolę — despo- tyzm. Otóż doktryna, która nagle powstała w sercu społe- czeństwa, bez poprzedników, bez antenatów, usuwała z wszystkich dziedzin świadomości i ze społeczeństwa zasadę samowoli po to, by — jako jedyną prawdą — zastąpić ją związkiem faktycznym, który zrywał z tra- dycją i nie pozwalał posługiwać się przeszłością inaczej niż jako punktem wyjścia ku przyszłości. Taka doktry- na nie mogła nie zwrócić przeciwko sobie istniejących władz; dziś można zobaczyć, jak pomimo waśni wewnętrznych wspomniane władze dochodzą do zgody, aby zwalczyć potwora, który wkrótce może ich pochłonąć.

Robotnikom, którzy uskarżają się na zbyt niskie płace i na niepewność pracy, ekonomia polityczna przeciwsta- wia wolność handlu; obywatelom poszukującym warun- ków dla wolności i porządku ideologowie podsuwają system przedstawicielski; czułym duszom pozbawionym dawnej wiary, które pytają o rację i cel istnienia, reli- gia przedstawia niezbadane tajemnice Opatrzności, a filozofia ma w rezerwie wątpienie. Wykręty — zawsze. Idee pełne, dające wypocząć sercu i umysło- wi — nigdy. Socjalizm krzyczy, że nadszedł czas, aby dotrzeć do stałego lądu i wejść do portu; ale ludzie aspołeczni mówią, że port nie istnieje; ludzkość posuwa się naprzód pod boską opieką pod przewodem księży, filozofów, mówców i ekonomistów; i tak ta podróż do- koła świata trwa wiecznie. Tym sposobem społeczeństwo od początku dzieli się na dwa wielkie obozy: jeden tradycyjny, który z istoty rzeczy jest hierarchiczny i w zależności od przedmiotu, jaki ma na względzie, nazywa się na przemian to wła- dzą królewską, to demokracją, filozofią, to znów religią, jednym słowem, własnością; i drugi, który zmartwych- wstając przy każdym kryzysie cywilizacji występuje jako anarchiczny i ateistyczny, a więc jako oporny wszelkiej władzy — i boskiej, i ludzkiej; i to jest socja- lizm. Otóż nowoczesna krytyka dowiodła, że w tego rodza- ju konflikcie prawda powstaje nie przez wykluczenie jednego z przeciwieństw, ale tylko i wyłącznie przez pogodzenie jednego z drugim 6. Twierdzę więc, iż to, że wszelkie przeciwieństwo, czy to w naturze, czy też w dziedzinie idei, znajduje rozwiązanie w fakcie bardziej

ogólnym albo w złożonej formule, która doprowadza oponentów do zgody, wchłaniając, jeśli można się tak

wyrazić, i jedno, i drugie, stanowi zdobycz nauki. Czyż my, ludzie o zdrowym rozsądku, w oczekiwaniu na roz- wiązanie, które przyszłość bez wątpienia przyniesie,

nie moglibyśmy przygotować się do tej wielkiej prze-

miany przez zanalizowanie sił walczących, ich właści- wości dodatnich i ujemnych? Praca taka, przeprowa- dzona dokładnie i sumiennie, jeśli nawet nie doprowa- dziłaby nas od razu do rozwiązania, miałaby przynaj- mniej tę nieocenioną zaletę, że odkryłaby nam warun-

ki, których spełnienia wymaga rozwiązanie zagadnie-

nia, co pozwoliłoby nam mieć się na baczności wzglę- dem wszelkiego rodzaju utopii.

Cóż jest zatem koniecznego i prawdziwego w ekono-

mii politycznej? Dokąd ona zmierza? I co może? Co nam

obiecuje? Oto co pragnę ustalić w swojej pracy. — Co wart jest socjalizm, dowiemy się tego z tych samych dociekań. Skoro bowiem cel, do którego zmierza i socjalizm, i ekonomia polityczna, jest koniec końców jeden i ten sam, mianowicie wolność, porządek i dobrobyt wśród

ludzi, jest rzeczą oczywistą, że warunki, które trzeba spełnić, innymi słowy, trudności, które trzeba przezwy- ciężyć, aby dopiąć tego celu, są także dla nich obu te same; i pozostaje tylko rozważyć środki przedsiębrane

lub proponowane zarówno z jednej, jak i z drugiej

strony. Ponieważ jednak jak dotąd tylko ekonomia po- lityczna mogła urzeczywistniać swe idee, socjalizm bowiem stale poświęcał się jedynie satyrze, jest rzeczą oczywistą, że oceniając należycie usługi, jakie oddały

prace ekonomiczne, sprowadzimy tym samym do ich właściwej wartości socjalistyczne deklamacje; w ten sposób nasza na pozór szczególna krytyka będzie pod- stawą konkluzji bezwzględnych i definitywnych. Zanim z dociekaniami nad ekonomią polityczną sięgniemy do sedna rzeczy, należy dla lepszego zrozu- mienia sprawy posłużyć się kilkoma przykładami.

§ II

Braki teoryj i krytyki

Zanotujemy na wstępie ważne spostrzeżenie: oto współzawodnicy zgodni są co do tego, że odwołują się do wspólnego autorytetu, o którym każdy z nich mnie- ma, że ma go tylko dla siebie, a mianowicie do nauki. Utopista Platon organizował swą idealną rzeczpospo- litą w imię nauki, którą przez skromność i eufemizm nazywał filozofią. Praktyczny Arystoteles odrzucał uto- pię platońską w imię tejże filozofii. Tak więc wojna spo- łeczna trwa od czasów Platona i Arystotelesa. Nowocześni socjaliści żądają, aby nauka była jedna i niepo- dzielna, ale nie mogą dojść do porozumienia ani co do treści, ani co do granic, ani co do metody tej nauki; ekonomiści ze swojej strony twierdzą, że nauka spo- łeczna to nic innego jak ekonomia polityczna. Idzie więc przede wszystkim o ustalenie, czym może być nauka o społeczeństwie. Nauka w ogólności jest wiedzą rozumowaną i syste- matyczną o tym, co jest. Stosując to podstawowe pojęcie do społeczeństwa, po- wiemy: Nauka społeczna jest wiedzą rozumowaną i sy-

stematyczną nie o tym, czym było społeczeństwo, ani też o tym, czym będzie, ale o tym, czym jest w ciągu całego swego życia, to jest we wszystkich swych ko- lejnych przejawach: tam bowiem tylko istnieć może rozsądek i system. Nauka społeczna powinna obejmo- wać ustrój humanitarny nie tylko w tym a tym okre- sie jego istnienia ani też w postaci pewnych jego ele- mentów, ale w zasięgu wszystkich jego zasad i w ca- łokształcie jego egzystencji: jak gdyby rozwój społecz- ny, rozciągający się w czasie i przestrzeni, został nagle stłoczony w jeden ruchomy obraz, który ukazując sze- reg lat wieku i następowanie po sobie, jedno po dru- gim, zjawisk, wydobywałby na jaw ich wzajemną za- leżność i ich jedność. Taka powinna być nauka o każ- dej rzeczywistości żywej i postępującej naprzód; taka też jest niezaprzeczenie nauka społeczna. Być więc może, iż ekonomia polityczna mimo dążeń indywidualistycznych i ekskluzywnych zapewnień była częścią konstytuującą nauki społecznej, w ramach któ- rej zjawiska przez nią opisywane były jak gdyby pod- stawowymi punktami rozległej triangulacji i elemen- tami całości organicznej i złożonej. Z tego punktu wi- dzenia postęp ludzkości, dokonujący się od form pro- stych do złożonych, byłby całkowicie zgodny z postę- pem nauk, a fakty niezgodne z tą zasadą i tak często obalające ją, fakty, które stanowią dziś podstawę i przedmiot ekonomii politycznej, powinny być trakto- wane jako hipotezy szczególne, stopniowo realizowane przez ludzkość mającą na względzie hipotezę nadrzęd- ną, której urzeczywistnienie rozwiązałoby wszelkie trudności i bez przekreślenia ekonomii politycznej da-

wałoby zadośćuczynienie socjalizmowi. — Ale, jak to powiedziałem w prologu, nie możemy w żaden sposób przypuścić, że bez względu na sposób wyrażania się ludzkość jest w błędzie. Przedstawmy to teraz jaśniej, przekładając na język faktów.

Sprawą najbardziej sporną jest dzisiaj niezaprzecze- nie organizacja pracy. Podobnie jak święty Jan Chrzciciel, który nauczał na

pustyni: Czyńcie pokutą

socjaliści wszędzie krzyczą

, tę nowość starą jak świat: Organizujcie pracą! — przy czym nie mogą nigdy powiedzieć, na czym miałaby, ich zdaniem, polegać ta organizacja. Jakkolwiek się ta sprawa miała, ekonomiści dopatrzyli się w tej wrzawie socjalistów zniewagi dla swych teorii; wyglądało to rze- czywiście, jakby im zarzucano, że nie wiedzieli nic o najważniejszej rzeczy, jaką powinni znać — o pracy. Odpowiedzieli więc na prowokację ze strony swych przeciwników, utrzymując z początku, że nie istnieje inna organizacja pracy niż wolność produkowania i do- konywania wymiany, bądź na swój rachunek osobisty, bądź też na spółkę z innymi, w którym to wypadku sposób postępowania przewidziany jest przez prawo cy- wilne i handlowe. Następnie wobec tego, że argumentacja ta ośmieszyła ich w oczach przeciwników, podjęli ofensywę i wykazując, że socjaliści sarni nic nie rozu- mieją z tej organizacji, którą przedstawiali jako stracha na wróble, zakończyli stwierdzeniem, że była to tylko jedna więcej chimera socjalistyczna, słowo pozbawione jakiegokolwiek sensu, niedorzeczność. Najnowsze pis- ma ekonomistów pełne są bezlitosnych sądów o tej spra-

wie. Nie ulega jednak wątpliwości, że pojęcie organizacja pracy jest równie jasne i równie racjonalne jak nastę- pujące wyrażenia: organizacja zakładu wytwórczego, organizacja armii, organizacja policji, organizacja do- broczynności, organizacja wojny. Z tego punktu wi- dzenia wystąpienia ekonomistów noszą na sobie piętno pożałowania godnego braku rozsądku. Nie mniej pew- ną jest rzeczą, że organizacja pracy nie może być utopią ani chimerą, ponieważ od chwili gdy praca, ten zasad- niczy warunek cywilizacji, istnieje, to z tego już wy- nika, że podlega ona jakiejś organizacji, którą ekono- miści mogą uważać za dobrą, a jednocześnie socjaliści mogą uważać za ohydną. W sprawie sformułowanej przez socjalizm propozycji zorganizowania pracy należałoby więc uznać, że praca została zorganizowana. Otóż takie twierdzenie jest abso- lutnie nie do utrzymania, jest bowiem rzeczą bezspor- ną, że w dziedzinie pracy — podaż, popyt, podział, ilość, proporcja, cena, gwarancja — nic, absolutnie nic nie jest uregulowane, wręcz przeciwnie, wszystko jest zda- ne na kaprysy swobodnej gry, czyli na przypadek. Co się tyczy nas samych, którzy kierujemy się my- ślą, że musimy się stosować do nauki moralnej, to wbrew socjalistom i wbrew ekonomistom będziemy stali na stanowisku: nie, że trzeba organizować pracę ani też że jest ona zorganizowana, ale że się ona orga- nizuje. Praca — mówimy — organizuje się: jest więc w trak- cie organizowania się od początku świata i będzie się organizowała do końca świata. Ekonomia polityczna

uczy nas pierwszych elementów tej organizacji: ale socjalizm ma słuszność, gdy utrzymuje, że w obecnej

postaci organizacja jest niedostateczna, że ma charak-

ter przejściowy, a całe posłannictwo nauki polega na

nieprzerwanym dociekaniu — mając na względzie uzy- skane wyniki i zjawiska będące w stadium realiza-

cji — jakie innowacje mogą być od razu urzeczywist-

nione. Socjalizm i ekonomia polityczna, wydając sobie kro- tochwilną wojnę, działają w istocie rzeczy w imię jed- nej i tej samej idei — organizacji pracy. Ale i na socjalizmie, i na ekonomii politycznej ciąży wina niewierności nauce i wzajemnych zniewag, skoro ekonomia polityczna, biorąc te strzępy teorii za naukę,

wyrzeka się wszelkiego postępu w przyszłości i skoro socjalizm, wyrzekając się tradycji, dąży do odbudowy społeczeństwa na podstawach, których znaleźć niepo- dobna. Tak więc socjalizm jest niczym bez głębokiej krytyki

i nieustannego rozwoju ekonomii politycznej; i że po-

służymy się tutaj słynnym aforyzmem: Nihil est in in- tellectu, ąuod prius non juerit in sensu, w hipotezach

socjalistów nie ma nic takiego, czego nie można by zna- leźć w praktyce ekonomicznej. Ekonomia polityczna aś nie jest niczym innym jak nie skoordynowanym zlepkiem, skoro uważa za bezwarunkowo pozostające

w mocy fakty zgromadzone przez Adama Smitha

i J. B. Saya. Drugą kwestią, nie mniej sporną niż pierwsza, jest sprawa lichwy, czyli pożyczki na procent. Procent, czyli jak to się mówi — cena użytkowania,

jest to zapłata, bez względu na jej charakter, którą uzyskuje właściciel danej rzeczy za jej wypożyczenie. Quidquid sorti accrescit usura est — mówią teologowie Procent, podstawa kredytu, wysuwa się na pierwszy plan wśród czynników, które automatyzm społeczny wprowadza w grę w swej działalności organizacyjnej i których analiza odsłania głębokie prawa cywilizacji. Starożytni filozofowie i Ojcowie Kościoła — których trzeba tu uważać za przedstawicieli socjalizmu w pierw- szych wiekach ery chrześcijańskiej — przez osobliwą niekonsekwencję, co było wynikiem ówczesnego ubó- stwa pojęć ekonomicznych, dopuszczali czynsz dzier- żawny, a potępiali procent płatny w pieniądzu, bo ich zdaniem pieniądze były nieproduktywne. W ostatecz-

nym wyniku rozróżniali pożyczanie rzeczy, które nisz- czą się przez zużycie — do ich liczby zaliczali pieniądze, i pożyczanie rzeczy, które nie niszcząc się przynoszą użytkownikowi zysk w postaci swego produktu. Ekonomiści, uogólniając pojęcie komornego, bez tru-

du wykazali, że w gospodarce społecznej działanie ka-

pitału, czyli jego produkcyjność, było takie samo bez względu na to, czy był on zużywany na wynagrodzenie robotników, czy też zachowywał rolę narzędzia, i że

w rezultacie należało albo znieść czynsz od dzierżawy

ziemi, albo dopuścić procent w pieniądzu, ponieważ jedno i drugie było na tej samej podstawie rekompen-

satą za przywilej, wynagrodzeniem za pożyczkę. Trze-

ba było z górą pięciu stuleci, aby przeprowadzić, tę myśl

i uspokoić sumienia wystraszone klątwami rzucanymi przez katolicyzm na lichwę. Przemówiła tu sama oczy wistość, i głos ogółu wypowiedział się za pożyczający-

mi; wygrali oni walkę z socjalizmem, a ówczesnemu społeczeństwu poprzez uznanie procentu od pożyczek przypadły bezspornie ogromne korzyści. W tych wa- runkach socjalizm, który usiłował upowszechnić prawo

wprowadzone przez Mojżesza tylko dla Izraelitów. Non foeneraberis proximo tuo, sed alieno, został pobity przez ideę, którą uznał zgodnie z obyczajem ekonomicznym,

a mianowicie czynsz dzierżawny wyniesiony został do

godności teorii produkcyjności kapitału. Ale z kolei ekonomiści byli mniej szczęśliwi, gdy póź- niej zażądano od nich, żeby uzasadnili dzierżawę jako taką i zbudowali teorię produkcyjności kapitałów. Moż- na powiedzieć, że w tym punkcie utracili całą przewagę, jaką uzyskali na wstępie we współzawodnictwie z so-

cjalizmem. Bez wątpienia — a ja jestem pierwszy, co to uzna-